wtorek, 14 listopada 2017

Czy to tylko moje utopijne marzenie?


    Gdy po jakimś czasie kolejny raz czytam fragmenty „Koloratek”, odkrywam coś nowego w ich przesłaniu.
    Dzisiaj chciałbym przypomnieć fragment z „Zatroskanej koloratki-Pasterzy i najemników”, w którym opisałem kościół, do którego chciałbym chodzić:
   ”Na ławkach leżały małe książeczki, śpiewniki z zapisanymi tekstami kościelnych pieśni....Uprzedzę Pani pytanie...Nie, nie giną, bo i po co ktoś miałby je stąd zabierać?
Gdy je wyłożyliśmy, powiedziałem, że jeżeli ktoś chce poćwiczyć w domu, to może wypożyczyć sobie śpiewnik....No i na [początku „rozeszło” się kilkanaście sztuka, ale po jakimś czasie powróciły i są tu, służąc wszystkim.
Po chwili doszliśmy do końca nawy i zatrzymaliśmy się przed lekko podwyższonym miejscem, na którym w samym centrum stał duży stół nakryty białym obrusem.
To normalny, gościnny stół i normalny biały obrus, taki sam, jaki kładziemy na przybycie gości.
I na tym zakończyłoby się nasze kościelne spotkanie, gdyby nie moje kolejne zdziwienie...
-Tak, ma Pani rację....odpowiedział przyklękając nieco z boku- Nie ma takiego cytatu w Biblii.
„Witajcie przyjaciele”-przeczytał słowa widniejące na drzwiczkami tabernakulum tak ciepło, że przez chwilę zgłupiałam, odnosząc wrażenie, że słyszę kogoś zupełnie innego.
Było w tym tyle radości i ciepła, a jednocześnie słowa emanowały wielkością Tego, który je wypowiadał.
Przez chwilę poczułam coś w rodzaju zaszczytu, wyróżnienia, jakiego doznaje człowiek w rozmowie z kimś niezwykłym, gdy ten szczerze obdarza go swoją przyjaźnią,...
Pani Małgosiu, jesteśmy teraz w gościnie naszego najlepszego Przyjaciela, który zawsze ma dla nas czas i cieszy się, gdy do niego przychodzimy: z naszymi sukcesami, smutkami, niezrozumieniem, niekiedy bólem; bo od tego jest przyjaciel, powiernik naszych spraw, prawda?
U nas nie ma obowiązku bycia na niedzielnej mszy....Naszym owieczkom nie narzucamy żadnych odgórnych nakazów.... ale czy wypełnia przykazanie ktoś przychodzący do świątyni zdyszany, spocony od pośpiechu i nieustannie przebierający nogami, albo ziewający z miną znużonego mopsa, czekając, kiedy wreszcie odstoi swój obowiązek i czym prędzej czmychnie do swojej codzienności?
-”Nabożnie uczestniczyć”, prawda?., ..
-Nasi wierni uczestnictwo w niedzielnej mszy traktują jak zaproszenie na przyjęcie, Uczta z Chrystusem, Bożym Synem!...
Na taki „raut”nie wypada przychodzić bez prezentu i taki prezent ze swojego tygodnia składają ci, którzy przychodzą na spotkanie z Nim.
Pewnie, że nie jesteśmy aniołami, nie jesteśmy doskonali, nic z tych rzeczy - i On to wie
Moja córeczka, gdy miała zaledwie kilka lat, uwielbiała dawać mi prezenty, niekiedy z okazji imienin, urodzin, czy innych uroczystości; ale zawsze robiła ja własnoręcznie:wyklejanka,niekiedy rysunek, albo zabawka z kasztana i zapałek.
Siadała mi wtedy na kolanach i wręczając niespodziankę, szeptała mi do ucha:”kocham cię tatusiu”.
I choć niekiedy jej dzieło nie było najbardziej udane, zapałka wypadała i pajacyk zostawał o jednej nóżce, sreberko nie chciało słuchać kleju i złośliwie odpadało, a słonko było za bardzo pomarańczowe, bo właściwa kredka gdzieś uciekła w czasie zabawy, to sprawiała mi za każdym razem niesamowitą radość; i choćby nie kończyła tej „ceremonii” rozkosznymi słowami szeptanymi bezpośrednio do mnie, to i tak odczuwałem jej miłość.
Tak samo jest w naszych relacjach z Nim; tak wiele i niewiele jednocześnie potrzeba, abyśmy w naszym zabieganym życiu znaleźli choćby mały podarunek dla tego Gospodarza przyjęcia, naszego Przyjaciela...”
Marzy mi się taki kościół, taka parafia...,.Czy to tylko moje utopijne pragnienie?

Kryspin, 

wtorek, 7 listopada 2017

Smutek radosnego święta.


   Mamy za sobą kolejny szczyt listopadowych wypraw na groby naszych bliskich. Policja podsumowała akcję „Znicz” podając tragiczne statystyki ludzkiej nieostrożności, które jak co roku dostarczyła kolejnych „lokatorów” naszych miejsc wiecznego spoczynku.
   Pewnie jak co roku, także główni organizatorzy cmentarnych uroczystości, czyli strona kościelna, dokonała takiego podsumowania.
   Co prawda nikt nie poustawiał elektronicznych czytników, które przy wejściowych bramach policzyłyby przybyłych na te uroczystości, ale jakoś można było dokonać chociażby porównania do lat minionych, przeliczając zawartość płóciennych woreczków umieszczonych na długich kijach, aby nie ominąć żadnego z odwiedzających w tym dniu swoich bliskich zmarłych.
   Swoją drogą to bardzo zmyślny sposób, dzięki któremu panowie z rad parafialnych, mogli rzetelnie wypełnić zadanie postawione przed nimi: zebrać ofiarność co do ostatniego ziarenka(także od tych, którzy widząc nadchodzących poborców cmentarnej daniny, próbowali schronić się za pomnikami)
   Oczywiście składka została poprzedzona informacją wielebnego celebransa, który w kilku słowach wyjaśnił cel zbiórki.
  Na cmentarzu, na którym byłem tego roku, zebrani zostali poinformowani, że pieniążki będą przeznaczone na gruntowny remont zabytkowego kościółka, który od wieków jest chlubą miasta, jako najstarszy, drewniany zabytek budowli sakralnej w okolicy.
   Co prawda jakąś kasę dorzuci Unia Europejska(o czym enigmatycznie wspomniał kościelny organizator tej imprezy), ale na owieczki zgromadzone przy mogiłach przypadł obowiązek wsparcia tego zamierzenia w kwocie(tu pominę jej wielkość).
   O godzinie 14.00 na cmentarzu rozpoczęły się oficjalne, kościelne uroczystości Wszystkich Świętych.
Ku mojemu zdziwieniu mszę polową (pod gołym niebem), co powinno być żelaznym i pierwszym punktem religijnych celebracji, poprzedziła procesja żałobna z pięcioma przystankami(logicznym i religijnie uzasadnionym powinna odbywać się w następnym dniu, gdy Kościół wspomina i modli się za wszystkich zmarłych).
   Co prawda kondukt modlitewny ograniczył się tylko do kilku alejek rozległego cmentarza, ale dzięki solidnemu nagłośnieniu, mogli w nim czuć się uczestnikami wszyscy, nawet stojący w najbardziej oddalonych miejscach nekropolii.
   I tu miałem co najmniej mieszane uczucia, bo szczerze zamierzałem uczestniczyć w procesyjnej modlitwie, ale …..
   No właśnie- po każdej modlitewnej przerwie, gdy modliliśmy się w intencjach naszych zmarłych, następował czas, gdy kondukt posuwał się do następnego przystanku i wtedy wkraczał parafialny „wirtuoz”, miejscowy organista. Za każdym razem, gdy zaczynał kolejną pieśń, miałem wrażenie, jakbym się przeniósł do okupowanej Warszawy, gdzie uliczny grajek wyśpiewywał kuplety przeciwko okupantowi.
   Wielkim uproszczeniem jednak byłoby zwalić całą winę na nieboraka, który pewnie i miał dobre chęci, ale „repertuar” kościelnych pieśni go ograniczał i było jak było.
   Dzień Wszystkich Świętych z założenia jest dniem radosnym, przenikniętym nadzieją, że nasi zmarli dostąpili szczęścia zbawionych, więc smętne zawodzenie pieśni sprzed wieków, nie pasuje do radości nadziei.
Pewnie mój punkt widzenia podziela coraz więcej ludzi, bo w trakcie cmentarnych uroczystości zauważyłem (pomimo, że pogoda tego roku była w miarę łaskawa) wyjątkowo mało ludzi przy grobach.
   Gdy wracałem po zakończonej mszy, na drodze prowadzącej do cmentarza mijałem bardzo wielu ludzi, którzy udawali się na mogiły swoich bliskich dopiero po zakończonym nabożeństwie.
   Może w podsumowaniu tego szczególnego święta warto zastanowić się także nad tym dostojni przedstawiciele Kościoła.
   Cmentarze i tam spoczywający, to tylko przeszłość wiary.
Kryspin, 

niedziela, 5 listopada 2017

Cel i zamierzenia projektu "Perły z szuflady"

   Perły w szufladach zapomnienia.
   Dla mnie los był łaskawy i dzięki życzliwym ludziom, którzy zorganizowali promocję mojej pierwszej książki:"Zakochanej koloratki" w TV("Pytanie na śniadanie"), redaktorom stacji radiowych oraz przedstawicielom prasy, stałem się mniej anonimowym autorem i przez to mogłem dotrzeć do większego grona czytelników.
  Później było mi już łatwiej,  bo uwierzyłem w to, iż powinienem pisać dalej i w efekcie powstały kolejne części "Koloratki".
   Kolejnym szczęśliwym trafem stała się propozycja stałej współpracy z ogólnopolskim tygodnikiem Angora, gdzie od dwóch lat prowadzę rubrykę "Księdza w cywilu".
   Przez ten okres mógłbym liczyć w tysiącach głosy czytelników, którzy potwierdzają mi potrzebę takiej prasowej formy rozmowy  na tematy,  których oficjalnie nikt ( chodzi o ludzi czynnie działających w strukturach Kościoła) nie chce dotykać.
   Ostatnio otrzymałem bardzo przyjemną dla mnie informację, że uchwałą Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, zostałem przyjęty do tego szacownego grona i tak sobie pomyślałem, że to kolejny powód do tego, bym zrobił coś dobrego dla wszystkich.
   Pewnie mógłbym oznajmić, że mój dług wobec życzliwego losu najlepiej spłacę kolejną moją książką, ale byłoby to minimalizmem z mojej strony i dlatego postanowiłem dzięki  Klubowi Przyjaciół Książki wcielić w życie projekt o nazwie: "Perły z szuflady"!
   Całość zamierzenia przewidziana jest na pięć lat.
   Co trzy miesiące będziemy powiększać kolekcję "Pereł z szuflady"o kolejną książkę współczesnego autora( może jeszcze mało znanego), który zasługuje, by jego twórczość poznało  szersze grono czytelników.
Każda z książek będzie, w swej zewnętrznej formie, unikatowa!
1- wszystkie tomy (20) będą miały jednolitą szatę graficzną:  ręcznie robioną( w artystycznej introligatorni ) obwolutę z naturalnej skóry!
2-każda książka będzie opatrzona autentycznym autografem autora!
3-Każdy kolejny tom tej wyjątkowej kolekcji będzie dostępny tylko dla osób mających umowę członkowską  KPK
4-Członkowie KPK, którzy nabędą jedną z książek tej niezwykłej kolekcji, nabędą prawa rekomendowania nowych członków KPK  zapewniając sobie darmowe nabywanie kolejnych tomów "Pereł z szuflady"
5- Aktywni członkowie KPK będą zapraszani na wieczory autorskie i inne imprezy organizowane przez KPK.
   To tylko kilka powodów, dla których warto przystąpić do naszego Klubu....
Ale najważniejszym i kluczowym zarazem jest ten, że dzięki temu  staniemy się Mecenasami dobrej literatury i przyczynimy się do tego, by wartościowe dokonania literackie nie skończyły żywota w szufladach zapomnienia!
Teraz na koniec mój gorący apel:
   Tego wszystkiego nie zdołam dokonać sam i dlatego gorąco zapraszam Was do otwartej aktywności w tym zamierzeniu.
   Dla niektórych,( którym chce się więcej), mam propozycję ściślejszej współpracy w tworzeniu wielkości projektu KPK.
   Te osoby proszę o kontakt tel: 536 425 831,
 lub mailowy: kryspinkrystek@onet.eu
P.S.
   Poszukuję także udziałowców otwartych na ciekawą formę aktywności biznesowej, koniecznej do rozwoju projektu "Perły z szuflady". W tym przypadku proszę także o kontakt telefoniczny:536 425 831
Kryspin
  
     

sobota, 4 listopada 2017

Perły w szufladach zapomnienia.

   -Chciałbym wydać książkę....
Tak rozpocząłem rozmowę z Panem Piotrem, jak się później okazało, wydawcą mojej pierwszej książki.
Początek tamtego spotkania wcale nie napawał mnie optymizmem, bo właściciel wydawnictwa skutecznie zgasił zapał w moich oczach, gdy krótko podsumował moją prośbę:
-"Oczywiście każdy może wydać książkę, jeżeli ma pieniądze i zapał przelany na papier.....ale po co?
-Dzisiaj książek prawie nikt nie czyta....no może jeżeli do druku trafiłaby jakaś sensacja, albo jakiś celebryta zapragnął poprawić sobie humor i poczuć się literatem.....?
-No to mogłoby mieć jakiś sens....?"-zakończył smutnym głosem, a po chwili podprowadził mnie do regału, na którym karnym rzędem stały książki.
-"Niech pan spojrzy, to są książki, nawet dobre, wartościowe, ale zostały wydane w kilkudziesięciu egzemplarzach i pewnie za kilka lat pokryje je kurz zapomnienia, bo ich autorzy nie mieli szczęścia, by świat ich zauważył i docenił....
-Może Pan, a raczej Pana książka będzie miała więcej szczęścia i nie skończy tak jak te perełki, których przeznaczeniem są jedynie szuflady autorów.....
A oni, choć obdarzeni Bożą iskierką, prawdziwym talentem, już nigdy nic nie napiszą, bo i po co?"
   Choć minęło kilka lat od tamtej rozmowy i dziwnym zrządzeniem losu nie doświadczyłem smutku nieznanego autora, to jednak nieustannie dźwięczą mi w duszy te smutne słowa starego wydawcy, który na koniec wspomniał o szufladach zapomnienia, w których lądują perły literatury.
   Teraz po latach wiem, że właśnie wtedy zrodził się we mnie niepokój i pragnienie,aby zrobić coś, by ocalić od zapomnienia wartościowe książki i być może ich autorom przywrócić wiarę, że powinni Bożą iskierkę talentu rozniecić płomieniem kolejnych, wspaniałych książek.
    Efektem tamtego impulsu stał się pomysł powołania do życia Klubu Przyjaciół Książki. To wyjątkowy Klub, do którego chciałbym zaprosić wszystkich tych, którzy nie zatracili pragnienia czytania.
   Teraz pewnie usłyszę głosy, że przecież takie potrzeby każdy może realizować bez jednoczenia się w jakimś Klubie, bo to zaspakajają biblioteki publiczne, a dla bardziej majętnych księgarnie zawalone po brzegi  hitami literatury, agdyby i tego było mało, książki można przecież kupić  wszędzie, nawet na poczcie, o marketach nie wspominając.
   To prawda, ale nie do końca, bo tam nie dokopiemy się do tych pozycji, dla których powstał KPK.
   Tylko KPK, realizując projekt:"Perły z szuflady", umożliwi szerszemu gronu czytelników dotarcie do perełek z szuflad zapomnienia, o których wcześniej wspomniałem.
   Tyle na dziś.
Jutro przybliżę szczegóły projektu "Perły z szuflady".
Kryspin



piątek, 3 listopada 2017

A mnie się jeszcze chce!!!

   Minęło zaledwie kilka dni od moich urodzin. To był szczególny dzień, który przeżyłem w gronie najbliższych i przyjaciół.
60 lat minęło jak chwila i wszedłem w wiek  seniora.
   Okropne jest to słowo, które kojarzy mi się z Uniwersytetem Trzeciego Wieku i zaraz przed oczami mam  zgraję staruchów, którym wtłoczono do głowy, że wszystko już jest za nimi, a jeżeli już chcieliby coś zrobić ze swoją starością, to niech oswajają ją w gronie tetryków bawiących się w zdobywanie wiedzy o szydełkowaniu lub innych bzdetach.
By było to ubrane w jakąś "poważniejszą" formę, wymyślono tę idiotyczną nazwę.
   Jeżeli w pobliżu nie ma takowej formy aktywności staruszków, to zawsze można sobie wymyślić namiastkę normalności, o której kiedyś poinformował mnie mój starszy kuzyn.
   Żartobliwie poinformował mnie, że właśnie założył firmę i widząc moje zaciekawione zdziwienie, dodał: "To prywatny żłobek i przedszkole, czyli opieka nad wnukami". Był rozbawiony moim zdziwieniem, ale zaraz spoważniał i widziałem, że w jego oczach nie było już blasku, którym zachwycał, gdy prowadził poważne biznesy.
"Teraz już tylko to mi zostało dokończył już bez uśmiechu"
   A mnie wcale to nie odpowiada i nie zamierzam powielać przekonania, że w pewnym wieku człowiek wkracza na ostateczny tor i powinien żyć tylko wspomnieniem dawnej aktywności!
Mnie się jeszcze chce i choć może niektórzy określą mnie "niepoprawnym optymistą", to wcale nie zamierzam przejść w stan beznadziei!
Mnie się jeszcze chce robić coś pożytecznego, działać i zarażać innych chęcią do tworzenia rzeczy wielkich!
Pewnie kiedyś i mnie dopadnie czas, gdy powiem sobie: wszystko już za mną, czas podsumować swoje życie i przyszykować się do tej ostatniej podróży, ale na miły Bóg jeszcze nie teraz, bo mnie się jeszcze chce zrobić coś, co po mnie zostanie!
60 lat to szmat czasu i gdy powracam wspomnieniami do tego, co minęło, to trochę żal tego, co już poza mną, ale bilans i tak jest na plus: Miałem czas szczęśliwej miłości, dochowałem się dwojga wspaniałych dzieci, napisałem kilka książek, a teraz nadal kocham i jestem kochany przez cudowną kobietę, do tego mam grono niesamowitych przyjaciół i czego jeszcze więcej pragnąć?
   Ale mnie się jeszcze chce czegoś więcej.
   Przez długi  czas obijałem się w gronie ludzi, którzy przez lata byli związani z biznesem marketingowym. Niektórzy odn0osili w nim wielkie {mierzone w milionach złotych}sukcesy, ale wielu żyło ciągle niespełnioną nadzieją, że może i im się uda.
   Napisałem ,że "obijałem się", bo tak naprawdę coś mnie hamowało, by na maksa poświęcić się takiej formie biznesowej.
Najbardziej, w kolejnych "niesamowitych" okazjach do zarabiania fortuny , raziły mnie dwie sprawy:
1- prawie każdy kolejny biznes marketingowy był importem z nieodłącznymi przykładami, jak to gdzieś tam ktoś zarobił już krocie i teraz pora, aby i u nas było podobnie....
2-dorabianie historii o cudownym działaniu jakiegoś specyfiku, aby pozyskać jak największą liczbę osób w tzw, strukturze i na tym zarabiać!
   Nie czułem się dobrze w biznesie, który opierając się na emocjach, budował iluzję i pozostawiał po sobie ogon zawiedzionych(tych w kwestii zdrowia i tych w nadziei na zrobienie biznesu)
Długo szukałem odpowiedzi, czy jest możliwy etyczny biznes marketingowy i wydaje mi się, że znalazłem takowy.
   Nie....nie jest to kolejny produkt z importu, nie ma mniej lub bardziej wymyślonej historii sukcesu tych, którzy już stali się milionerami, ale sądzę, że udało mi się znaleźć sposób, by zrobić coś wielkiego dla wielu!
   Aby nie zanudzić czytelników zbyt długim postem, pozwolę sobie pozostawić margines niewiadomej do następnego spotkania i niebawem przybliżę Wam, co chodzi mi po głowie.
   Mam nadzieję, że zainteresuję moim projektem tych wszystkich, którym (niezależnie od wieku) jeszcze chce się zrobić coś-dla siebie i dla innych,
Kryspin
 

 
 

wtorek, 31 października 2017

Kazanie na pogrzebie


   W tych dniach najczęściej odwiedzanym miejscem, do którego pielgrzymują tłumy, są cmentarze.
Z racji święta 1 listopada gromadzimy się wokół tych, których kiedyś odprowadziliśmy w ich ostatnią drogę.
  Może zapalając na ich grobie lampkę pamięci, snujemy wspomnienia z nimi związane.
Przetaczają się nam przed oczami sceny z ich życia, a niekiedy także i te z ich ostatniego pożegnania, pogrzebu.
   Był wtedy kondukt żałobników: bliska rodzina, grono znajomych, sąsiadów i tych wszystkich pozostałych, którzy przyszli z różnych powodów.
   A..., i jeszcze ksiądz, który przewodniczył ceremonii.
Pogrzebowy marsz poprzedziła msza w cmentarnej kaplicy, bądź w parafialnym kościele i to wszystko....
  No może warto wspomnieć, że celebrans w kazaniu mówił tak ciepło, starając się pokrzepić zasmuconych.
A o czym konkretnie było pogrzebowe kazanie?
-„No jak to o czym....? Ksiądz mówił o Panu Bogu i o naszym przeznaczeniu”-odpowiedzą ci bardziej gorliwi, a reszta wspominających zbywa pytanie ogólnikiem:
-”No to co zawsze się mówi przy takiej okazji”
   Rytuał, ściśle przewidziane modlitwy, których słowa często jawią się uczestnikom kościelnych uroczystości niczym tajemnicze zaklęcia, to nie sprzyja głębi przeżywania liturgicznego zgromadzenia.
   Owszem, będąc częstym uczestnikiem takowych, nawet potrafimy recytować odpowiedzi z mszalnego dialogu, czy śpiewać żałobne „Witaj Królowo.”, ale co po tym wszystkim w nas zostaje, gdy powracamy do życia poza ?
   Jest jeden element zmienny i stały zarazem, który Kościół przewidział jako dodatkowe duszpasterskie narzędzie, to homilia, kazanie głoszone w czasie liturgii, także pogrzebowej
-„Byłam ostatnio na kilku pogrzebach moich bliskich i odczuwam niedosyt związany z kazaniami, które za każdym razem były takie same. Stek ogólników przeplatanych urywkami z Biblii i ani jednego słowa o zmarłym, jakby całe jego życie było mało istotnym epizodem.
Owszem, jeden z pogrzebów odbywał się na dużym, miejskim cmentarzu, gdzie ceremonię prowadził jakiś „dyżurny” kapłan, który tego dnia odprowadzał któregoś tam zmarłego i miał pewnie przed sobą jeszcze kilka takich „taśmowych” pochówków ( kolejna ceremonia miała się odbyć za pół godziny), ale pozostałe prowadzili kapłani z małych parafii i znali zmarłych, których pogrzebom przewodniczyli.”
   Podzielam poczucie niedosytu, jakie towarzyszyło mojej mailowej rozmówczyni, bo także ostatnio miałem wątpliwą przyjemność wysłuchiwać tego rodzaju „oratorskich” popisów kapłanów, których homilie brzmiały w podobnym tonie.
   Pewnie teraz mógłbym przenieść się do ubolewań nad kazaniami w trakcie niedzielnych liturgii i bez większego trudu dojść do podobnych konkluzji, ale pozostawmy to.
   Homilia pogrzebowa to jedna z nielicznych okazji do rozmowy księdza z tymi, którzy swoje kontakty z Panem Bogiem ograniczyli już dawno do absolutnego minimum i tylko przy takiej (smutnej) okazji zostają niejako „zmuszeni” do refleksji nad swoim przeznaczeniem.
   W „Zatroskanej koloratce” opisałem pogrzeb „Barana”, parafialnego pijaczyny, w którego życiorysie trudno by było szukać pokrzepiających przykładów. Mądry proboszcz go jednak nie przekreślił i choć nie próbował wybielić jego „życiorysu”, to jednak z pożegnania Józefa uczynił duszpasterskie narządzie dla żywych uczestników pogrzebu tego człowieka.
   Życie każdego człowieka ma znaczenie i nigdy nie powinno być traktowane jako mało znaczący epizod.
  Watro, aby o tym pamiętał każdy z nas, także kapłan, który w imieniu Kościoła odprowadza zmarłego w ostatnią, ziemską drogę.
Kryspin, 

wtorek, 24 października 2017

Więzień kościelnej kraty

                           
   „Mieszkam w małej miejscowości z kilkoma uliczkami, które schodzą się przy niewielkim wzniesieniu, na którym stoi nasz parafialny kościół. W pobliżu, nieco z boku naszej świątyni biegnie uliczka handlowa z małymi sklepikami, w których mieszkańcy dokonują codziennych zakupów, a zaraz obok, o kilkanaście metrów, mamy także dyskont spożywczy z dużym parkingiem i placem, gdzie dodatkowo w czwartki rozkładają swoje stragany obwoźni sprzedawcy i rolnicy z okolicznych wsi.
   Podsumowując: na miejscu mamy wszystko, co jest do życia potrzebne, gdyby nie nasza świątynia, a właściwie to, że w tygodniu jest zamknięta na cztery spusty, niczym jakaś niedostępna twierdza.
Owszem, kościelny otwiera masywne drzwi wejściowe do naszego kościoła na pół godziny przed wieczornym nabożeństwem (ale tylko wtedy, gdy proboszcz odprawia popołudniową mszę, czyli w poniedziałki , środy i w sobotę)
   Jestem osobą wierzącą(jak większość mieszkańców naszego miasteczka) i biorę udział w coniedzielnej mszy, ale niekiedy chciałabym w tygodniu, w normalnym dniu wejść choć na chwilę do kościoła, usiąść w ławce, pobyć z Panem Jezusem tak sam na sam, w ciszy.
   Myślę, że wielu z nas, zabieganych codziennością, także chciałoby  choć na chwilę skorzystać z możliwości takiego spotkania Boga w ciszy kościoła poza czasem liturgii.”

   Przyznam, że także nie rozumiem, dlaczego większość parafialnych kościołów bywa zamkniętych na cztery spusty poza czasem wyznaczonym na liturgię?
   Księża proboszczowie pytani w tej kwestii, przytaczają rozmaite powody: a to ktoś mógłby zaprószyć ogień, a nasza świątynia jest drewniana, a trzeba pilnować drogocennych zabytków przed złodziejami, a w jesienne słoty zabrudziłaby się posadzka i kto to miałby sprzątać?
   Jakiś czas temu sam zadałem takie pytanie mojemu dawnemu koledze, gdy w trakcie naszego spotkania oprowadzał mnie po swoich parafialnych włościach. Najpierw pochwalił się piękną plebanią stojącą pośrodku zadbanego ogrodu. Na koniec zaprosił mnie do kościoła, by pokazać mi odnowiony, zabytkowy ołtarz.
Zanim jednak dostaliśmy się do środka świątyni, przez chwilę mocował się z ciężkimi drzwiami tego przybytku, a później musieliśmy jeszcze sforsować żelazną kratę w kruchcie i nareszcie mogłem z uznaniem podziwiać piękno odnowionych rzeźb barokowego artysty.
Wychodząc zapytałem wprost: dlaczego kościół jest zamknięty w ciągu dnia?
Gospodarz zatrzymał się na chwilę i ze zdziwieniem odpalił: „No a kto by tego wszystkiego pilnował?”
-Ale Pan Jezus jest tu jak więzień, do którego wiernym dostępu bronią kraty niczym w jakiejś twierdzy- dodałem czując niedosyt takiej odpowiedzi.
On znowu spojrzał na mnie zdziwiony i dopowiedział: „Na niedzielną mszę przychodzi mniej niż połowa parafian, a na adorację Najświętszego Sakramentu, którą mamy raz w miesiącu, kilkanaście osób i to wszystko....więc po co ma być stale otwarty?”
    Miałem niedawno urodzinowo-imieninowych gości. Było miło, choć czułem, że to do końca nie było to, czego oczekiwałem. Odwiedzili mnie, bo tak wypadało, a największą przyjemność odczuwam, gdy odwiedza mnie ktoś bliski bez powodu, czy okazji, abyśmy zwyczajnie mogli pobyć ze sobą i może porozmawiać szczerze, jak przyjaciele, którzy zwyczajnie cieszą się sobą.
    On jest stale w kościelnym budynku, o czym przypomina nam czerwona lampka przy tabernakulum i tak sobie myślę, że odczuwa radość, gdy ktoś go odwiedza, tak bez okazji, nawet na chwilę, aby zwyczajnie z Nim pobyć.
    Tak na koniec, czcigodni księża proboszczowie; nie mówcie:” A kto by tego pilnował?
    Mając wśród parafian gorliwe owieczki gromadzące się we wszelakich kółkach różańcowych, oazach, czy innych grupach parafialnej aktywności; możecie zorganizować opiekę nad Jego domem nieustannie, tak by był”bezpieczny”, a ci mniej gorliwi, gdy pod nakazem serca zechcieliby pobyć z nim w ciszy pustego kościoła, nie odbijali się od zamkniętych drzwi.
Kryspin

wtorek, 17 października 2017

Urodziny


   Mamy już jesień, choć tak niedawno cieszyliśmy się wiosną, rozwijającą piękno kolorowych kwiatów, które cieszyły nasze oczy w letnich promieniach słońca i wtedy pragnęliśmy, by tamten czas trwał jak najdłużej, ale upływające dni przeniosły nas w nową rzeczywistość i mamy jesień.
   W połowie października obchodziłem swoje urodziny.
Niby nic takiego, bo przecież każdy z nas corocznie doświadcza tej chwili, gdy zmienia się cyfra kolejnych przeżytych lat.
  Tak sobie myślę, że wielu z nas podobnie przeżywa ten szczególny dzień, gdy na stole pojawia się tort ze świeczkami, a później odbieramy życzenia od najbliższych i tylko trochę żal, że minął kolejny rok zbliżający nas do kresu naszej ziemskiej przygody.
   W połowie października skończyłem 60 lat i uświadomiłem sobie, że w moim życiu nadeszła jesień.
   Choć staram się snuć plany na przyszłość, być aktywnym i z optymizmem myśleć o tym, co jeszcze dane mi będzie przeżyć, to jednocześnie mam świadomość, że minął już czas mojej wiosny i intensywnego lata. Może dlatego coraz częściej wracam wspomnieniami do przeszłości?
   Nagle uświadomiłem sobie, że pozostała mi tylko jesień i przyszłość: lat, miesięcy, a może dni, gdy świeczka moich marzeń dopali się na urodzinowym torcie mojego życia i …..?
No właśnie na końcu każdemu z nas pozostaje ten znak zapytania, na który szukamy odpowiedzi w trakcie całego naszego ziemskiego bytowania.
   Kilka tygodni temu pisałem, że skazani jesteśmy na to, by wierzyć i naraziłem się wtedy tym wszystkim, którzy w imię pragmatyzmu i empirycznemu podejściu do świata odrzucają nadzieję na przyszłość po.....
   Za kilka dni zatrą się jednak te linie podziałów i gremialnie udamy się na cmentarze, by zatrzymać się na chwilę przy grobach: naszych bliskich, znajomych, ale także i tych, których znaliśmy, bo byli za życia po prostu znani.
   W naszych wędrówkach po przeszłości może zatrzymamy się przy anonimowych mogiłach rozsianych niekiedy gdzieś poza cmentarzami i tam także zapalimy światełko przywracające pamięć o nich, bo taką odczuwamy potrzebę.
   Pierwszy dzień listopada będzie dla wielu wyrazem wiary, dla innych przekonaniem o tym, że człowiek żyje dopóty, dopóki zachowana jest pamięć o nim, a dla jeszcze innych ten dzień będzie okazją do zadumy nad przemijaniem wszystkiego i chwilą szukania odpowiedzi, której tak do końca wcale nie pragną poznać, bo mogłaby zburzyć ich racjonalizm co do przyszłości.
   Nie zamierzam teraz czynić teologicznej wykładni na temat święta, które w kościelnym nauczaniu zarezerwowane jest dla tych z naszych zmarłych, którzy swoim życiem doczesnym zasłużyli na nagrodę wiecznego zbawienia.
   O tym mniej lub bardziej jasno powiedzą księża w trakcie okolicznościowych kazań w trakcie liturgii sprawowanej na cmentarzach.
I być może ich słowa dotrą do tych (od dawna przekonanych), którzy kolejny raz utwierdzą się w swojej wierze?
Ale co z pozostałymi?
Co z tymi stojącymi daleko od wiary, albo mającymi zupełnie inną wizję przyszłości?
   Cmentarze mają w sobie fenomen równości i powszechności,
Każdy człowiek, niezależnie od statusu społecznego, zgromadzonego majątku czy innych zasług, jest równy wobec konieczności śmierci.
   Czy chwila, ta ostatnia, w której dokonało się zatrzymanie czasu, dla tego, którego pożegnaliśmy i oddaliśmy jego doczesne szczątki ziemi, to koniec ?
Sądzę, że nie i pewnie mój pogląd podziela bardzo wielu, niezależnie od osobistych deklaracji w kwestii wiary.
   Pierwszego listopada są urodziny tych wszystkich, dla których już zatrzymał się ziemski czas. Dla nas, dla naszej pamięci oni wciąż żyją i dlatego ich odwiedzamy w tym dniu.
Kryspin,

wtorek, 10 października 2017

"Nasz proboszcz nigdy nie ma czasu"



   Zdarzyło się kiedyś, że po wywiadzie, którego udzieliłem redaktorowi popularnego tygodnika, ten naszą rozmowę zatytułował:”Telefon zaufania dla księży”. Było to wtedy trochę nad wyraz, bo księża czynnie realizujący swoje powołanie tylko sporadycznie zaszczycają mnie rozmową.
   Artykuł w gazecie nie pozostał jednak bez echa, bo piszą i dzwonią do mnie zwyczajni parafianie, by stawiać pytania, z którymi nie mogą sobie poradzić, a miejscowego księdza (z różnych powodów) pomijają .
Przyznam, że w niektórych przypadkach staję w dylemacie, bo minęło już sporo czasu od dnia, gdy postanowiłem zostać księdzem w cywilu i choć staram się być na bieżąco ze sprawami Kościoła, to i mnie trudno podążać na bieżąco za aktualnymi wytycznymi tej instytucji.
  Rozmaitość problemów wymagają niekiedy skonsultowania mojej dawnej wiedzy ( z zakresu spraw związanych z Kościołem) z tym, co aktualnie jest poprawne.
W takich przypadkach staram się szukać pomocy u zaprzyjaźnionych kapłanów (z tytułami naukowymi z zakresu teologii) i w ten sposób uzupełniać moją wiedzę, by potem odpowiadać na pytania stawiane mi przez czytelników.
„Piszę do pana, bo nasz ksiądz nigdy nie ma czasu i trudno się z nim umówić na rozmowę, a w godzinach, gdy jest czynne biuro parafialne, tłumaczy, że to nie miejsce i pora, by zajmować jego czas prywatnymi sprawami, bo inni też czekają, aby załatwić swoje sprawy: intencje mszalne, sprawy pogrzebów, czy uregulowania opłat związanych z dzierżawą miejsca na cmentarzu itd.”
   Może to i racja, że w biurze parafialnym i to jeszcze w godzinach wyznaczonych na „urzędowanie”, proboszcz nie ma za wiele czasu, by prowadzić indywidualne duszpasterskie rozmowy, ale przecież poza godzinami wypisanymi na drzwiach kościelnej kancelarii kapłan nie przestaje być duszpasterzem i powinien mieć czas dla swoich owieczek, pomyślałem.
   Idąc za tym przekonaniem, postanowiłem sprawdzić jak to jest w praktyce i w jednej ze spraw ( zasygnalizowanej przez kolejnego czytelnika), postanowiłem zasięgnąć rady u proboszcza z okolicy mojego domostwa.
  Udałem się na plebanię, by umówić się na duszpasterską rozmowę.
Przykościelne domostwo było zamknięte na cztery spusty i tylko tabliczka umieszczona na drzwiach informowała o tym, że sprawy parafialne można załatwiać przed lub po mszy świętej, a w kwestii pogrzebu można dzwonić o każdej porze pod podany poniżej numer.
  Co prawda nikt mi nie umarł, ale co tam, zadzwoniłem i …...cisza.
Nie miałem szczęścia, więc może w kolejnej miejscowości(już nieco oddalonej) uda mi się porozmawiać- pomyślałem i pojechałem dalej i to samo.
Później jeszcze cztery kolejne parafie i ten sam efekt: zamknięte drzwi i głuchy telefon.
   Następnego dnia postanowiłem skorzystać z telefonu, ale dopiero przy piątym parafialnym adresie( dzwoniłem w godzinach popołudniowych) udało mi się zastać jednego z proboszczów(mojego dawnego kolegę) i zamienić z nim kilka słów. Choć i w tym przypadku dało się odczuć, że nie bardzo chciał tracić swojego cennego czasu na dłuższą rozmowę, czego nie starał się nawet ukryć, zmierzając do szybkiego jej zakończenia.
„Piszę do pana, bo nasz ksiądz nigdy nie ma czasu i trudno się z nim umówić na rozmowę.....”
   Po tych moich nieudanych próbach, o których pozwoliłem sobie napisać powyżej, rozumiem, dlaczego moja mailowa poczta jest tak często zasilana „rozmowami” od parafian.
   Tak mi się marzy(pewnie nie tylko mnie), aby na białych tabliczkach parafialnych plebani także znalazły się informacje o godzinach ( nawet ściśle określonych), w których można umówić się na rozmowę z miejscowym duszpasterzem.
   Krótkie spotkanie kolędowe raz do roku, spowiedź, czy choćby coniedzielna msza w kościele, nie załatwiają wszystkiego.
   Niekiedy warto poświęcić dodatkowy czas na rozmowę, taką osobistą, pełną życzliwości, w trakcie której znikają chmury niezrozumienia, a wątpliwości bledną radą tego, który niczym dobry pasterz, zawsze ma czas dla swoich owieczek.
Kryspin

wtorek, 3 października 2017

Moralność niepoprawna


    Napisała do mnie młoda kobieta z nadzieją, że pomogę jej w kwestii poczucia winy, którą nosi w sobie z racji wykonywanej profesji, która ją cieszy, ale i obciąża jej sumienie
   Czytelniczka w obszernym liście opisała mi swoją historię, akcentując, że pochodzi z rodziny mało zaangażowanej w głębię religijnego życia. Od dzieciństwa jej kontakt z kościołem nie był inspirowany przykładem głębokiej wiary rodzicieli, którzy owszem, pilnowali aby uczęszczała na lekcje religii, zadbali o kolejne sakramenty dla jej duszyczki (komunia, bierzmowanie), ale sami ograniczali się tylko do roli strażników tradycji, osobiście będąc dalekimi od dawania jej dobrego przykładu chociażby co do niedzielnej obecności na mszy świętej, w której bardzo rzadko brali udział.
    Młoda dziewczyna nie powieliła domowego „stylu” religijności najbliższych i wraz z upływem lat wiara stawała się dla niej czymś coraz ważniejszym i determinującym jej codzienne wybory, w których Kościół i jego nauczanie odgrywało istotną rolę.
   Po skończonej szkole średniej swoje dorosłe życie zapragnęła poświęcić służbie innym ludziom, dlatego wybrała dla siebie kierunek studiów, po których mogłaby realizować swoje plany i została położną.
   W krótkim czasie podjęła pracę w klinice leczenia niepłodności i się nią szczerze cieszyła.
  Teraz, niejako na pierwszej linii mogła się spotykać z kobietami, które po smutku porażki nadziei na urodzenie dziecka, tam odnajdywały nadzieję na radość cudu macierzyństwa.
   Jej radość została jednak prędko zgaszona, gdy w trakcie sakramentu pojednania (spowiedzi) usłyszała wyrok kościelnego sędziego:
„Nie możesz otrzymać rozgrzeszenia, bo uczestniczysz w grzesznym procederze, którego nauka Kościoła nigdy nie zaakceptuje.”
Kobieta, po chwili szoku zapytała spowiednika:
„Co mają zrobić ludzie, którzy pragną zostać rodzicami, a tylko w taki sposób mogą spełnić swoje marzenie”
Kapłan chłodnym tonem pouczył ją:
Jest wiele dzieci czekających na adopcję i one także zasługują na to, by ktoś okazał im rodzicielską miłość....a ty moja droga możesz zmienić pracę i realizować się tam, gdzie będziesz pomagała tym kobietom, które w godny sposób cieszą się macierzyństwem!”
To ostatnie autorytatywne stwierdzenie spowiednika zakończyło dyskusję przy konfesjonale i tylko pozostało w niej niezrozumienie, dlaczego niesienie nadziei na macierzyństwo jest czymś tak złym, że nie zasługuje na rozgrzeszenie?
Przyznam, że nie czuję się władnym, aby oceniać kogokolwiek w tej kwestii: ani tego kapłana, który wydał werdykt zgodny z zaleceniem kościelnego kodeksu, ale i sposobu myślenia owej kobiety, która nie mogła zrozumieć w czym zawiniła aż tak bardzo, że nie zasługiwała na sakramentalne przebaczenie?
Teraz ktoś, moralnie poprawny, pewnie skwitowałby to wszystko jednym krótkim stwierdzeniem:
„Cel nie może uświęcać środków i basta, a in vitro daje „radość”narodzin okupioną śmiercią zarodków, które przy tej okazji skazane są na śmierć!”
   A głos tych moralnie niepoprawnych?
Czy celem Chrystusa, gdy zakładał Kościół, było zgromadzenie w nim tylko tych moralnie poprawnych?
Na początku każdej mszy celebrans przypomina zgromadzonym, że wszyscy jesteśmy grzeszni, dlatego eucharystia rozpoczyna się od aktu skruchy, żalu, który zebrani wyrażają w słowach tzw. spowiedzi powszechnej.
    Tak na koniec chciałbym zastanowić się nad tym, jak zachowałby się Chrystus, gdyby zasiadł w kościelnym konfesjonale, do którego podeszłaby ta kobieta?
Kryspin

wtorek, 26 września 2017

Różaniec dla żywych, umarłym kadzidło



    Słyszałem kiedyś historię o bogatym Żydzie, któremu zmarło się po ciężkiej chorobie.
   Jego bliscy( na swój sposób bardzo bogobojni ludzie) postanowili, że pomogą drogiemu zmarłemu w jego dalszej drodze ku wiecznemu szczęściu i pochowali nieboraka na siedząco, z przytroczonym do martwych dłoni płóciennym mieszkiem pełnym złotych monet.
   Pozostałym żałobnikom, którzy nie kryli zdziwienia, wytłumaczyli, że zrobili to, by zmarły przy zmartwychwstaniu mógł szybko stawić się przed obliczem Najwyższego (siedzący szybciej wstanie, aniżeli ten, który leży), a mieszek ze złotem zawsze się przyda, by mógł opłacić ewentualne swoje winy.
Pewnie ta historia u wielu z nas wywoła uśmiech politowania nad naiwną wiarą tamtych żałobników, którzy sądzili, że z Panem Bogiem można w taki sposób „załatwić” zmarłemu wieczne lokum u Jego boku.
   Może to tylko zmyślona historia, ale jakże trafnie ukazująca także nasze zwyczaje odnoszące się do kwestii „wyposażania” naszych bliskich na drogę ku wieczności.
   Jest taki jeden szczególny „gadżet”, znany każdemu, kto kiedyś przeżywał swoje święto przystępując do uroczystej, pierwszej komunii.
  Na kilka miesięcy przed wyznaczoną datą naszej uroczystości, w trakcie październikowego nabożeństwa, ksiądz poświęcił, dumnie trzymane w naszych małych dłoniach różańce, ozdobne sznury koralików zakończone posrebrzanym krzyżykiem.
Pewnie wtedy pierwszy raz powtarzaliśmy chórem słowa zdrowasiek i może trochę byliśmy znużeni monotonią powtarzanych w kółko tych samych słów, ale tak było trzeba.
Przy poświęceniu naszych modlitewnych paciorków kapłan pewnie powiedział nam coś jeszcze, co pozostało w naszej pamięci na lata:
„Niech ten różaniec i modlitwa na nim, towarzyszy wam w trakcie całego waszego życia”
Może warto by zadać sobie pytanie:
Co zostało nam z tamtych lat?
   Takie pytanie zadają sobie często( choć może nie dosłownie) bliscy zmarłego, gdy w panice przeszukują szuflady, bądź inne zakamarki, by dokopać się do różańca, bo jak tu pochować nieboraka nie oplatając zesztywniałych, martwych jego dłoni tymi modlitewnymi paciorkami.
   Różaniec dla wielu stał się tylko zwyczajnym gadżetem, rodzajem totemu, który warto zachować, tak na wszelki wypadek.
Może dlatego niektórzy kierowcy wieszają go na wewnętrznym lusterku swojego samochodu, a bogobojne panie noszą w zakamarku codziennej torebki?
   Uczestniczyłem swego czasu w pogrzebie znajomego. W cmentarnej kaplicy na ostatnie pożegnanie zebrało się sporo ludzi, bo zmarły za życia dał się poznać jako dobry, życzliwy wszystkim człowiek.
Do otwartej trumny podszedł jeden z żałobników i włożył do kieszeni zmarłego małe zawiniątko. Później powiedział, że w paczuszce, którą podarował zmarłemu przyjacielowi, były papierosy i mała buteleczka mocniejszego trunku, bo tamten za życia lubił jedno i drugie.
   Nie wszystkim obecnym spodobało się zachowanie tego młodego człowieka z zawiniątkiem, które włożył do kieszeni przyjaciela, co skutkowało krytycznymi komentarzami takiego zachowania.
   A mnie się wydaje, że tam, po drugiej stronie życia, Dobry Bóg ocenił go z tego, jakim był człowiekiem, a małą paczuszkę potraktował jako drobny dowód słabości, od których nikt z nas przecież nie jest wolny.
  Myślę także, że o wiele większym kłopotem dla Niego są ci, którym na drogę ku wieczności, do ręki przytroczono „gadżet” nigdy przez nich nie używany za życia.
  Rozpoczyna się październik, dla wierzących jest on miesiącem różańca i może warto teraz przeszukać nasze zapomniane szuflady, by spod rupieci wygrzebać nasz modlitewny sznur koralików i skorzystać ze sposobności, aby z niego zrobić użytek.
Kryspin

wtorek, 19 września 2017

Ślub bez bierzmowania?


„Ślubuję Ci miłość,wierność i uczciwość małżeńską...”
Później dalsza część uroczystej ceremonii zaślubin i na koniec oboje, z wypiekami wzruszenia, wśród szpaleru zaproszonych gości, mogą już kroczyć kościelną nawą ku przyszłości.
Ślub kościelny- małżeństwo, to bardzo istotny sakrament dla człowieka wierzącego, który Kościół w swym nauczaniu stawia jako warunek, bez którego choćby intymne pożycie dwojga ludzi uznaje za coś moralnie niewłaściwego, czyli po prostu jako grzeszne.
Tak się teraz zastanawiam, jak to więc jest, że wśród młodych ludzi ten sakrament się zwyczajnie zdewaluował?
Nie jest dla nikogo tajemnicą, że młodzi bardzo wcześnie podejmują decyzję o łamaniu kościelnego zakazu intymnego pożycia przed sakramentalnym Tak.
-Mieszkamy razem, bo oboje studiujemy poza domem i taniej nam wynajmować wspólne mieszkanie.
-Mieszkamy razem, bo się kochamy, ale tak do końca jeszcze nie wiemy, czy nasze uczucie przetrwa próbę czasu i nie chcemy później narażać się na trudności, bo w Kościele nie ma przecież rozwodów.
-Nie stać nas jeszcze na ślub w kościele i weselną uroczystość. Może kiedyś, jak się trochę dorobimy, to wyprawimy nasze zaślubiny.
-Nie zamierzamy w naszym życiu nic zmieniać, bo uważamy że nie potrzebujemy potwierdzenia (papierka) dla naszej miłości.
To tylko kilka przykładów tłumaczenia, którym posługują się dzisiaj młodzi ludzie z tradycyjnych, katolickich rodzin.
-”Czego innego uczyliśmy nasze dziecko”-twierdzi matka, która ni jak nie może zrozumieć, dlaczego jej syn żyje z kobietą na „kocią łapę” i nie zamierza wziąć z nią ślubu.
Reasumując taki stan rzeczy, trzeba jasno stwierdzić, że w tej kwestii, mamy do czynienia z porażką procesu religijnego wychowania.
Największym przegranym jawi się Kościół, choć przecież w religijnej edukacji młodych się starał, stosując nawet formę szantażu:
-Nie zaliczysz katechizmu, który winieneś wykuć na blachę, nie dostąpisz zaszczytu Pierwszej komunii.
-Nie odbędziesz cyklu nauk (potwierdzonych kościelnym stempelkiem w kajeciku), biskup nie udzieli ci sakramentu bierzmowania ( a bez niego nie myśl o kościelnym ślubie!)
-Nie zaliczysz kursu przedmałżeńskiego, nie uklękniesz na ślubnym klęczniku!
Nie zawsze jednak jedynym winnym w tej kwestii jest Kościół, choć i tu nie do końca!
Chodzi mi o kandydatów na „sakramentalnych” małżonków, którzy mając „letnio wierzących” rodziców, nie doświadczyli w swoim rodzinnym domu życia wiary.
Pozwolę sobie w tej chwili na jeden przykład:
Byli młodzi i pokochali się. Ona z katolickiego, pielęgnującego praktyki religijne domu, nie wyobrażała sobie, by w niedzielę nie być na mszy świętej, albo nie pościć w piątek. Jego religijne doświadczenia ograniczyły się do chrztu i nawet do Pierwszej komunii rodzice go nie posłali.
Ponad dwadzieścia lat są razem i pielęgnują wartości, które ona wyniosła z rodzinnego domu.
W każdą niedzielę i święto, razem z dorosłą już córką , można ich spotkać w parafialnym kościele. W codziennym życiu kierują się zasadą, by nigdy nie krzywdzić innych ludzi i w miarę możliwości pomagać potrzebującym i tylko mają jeden smutek, gdy w czasie mszy świętej, gdy inni przystępują do komunii, oni pozostają z tyłu kościoła.
Owszem, starali się o zawarcie sakramentalnego związku, ale słyszeli za każdym razem:”Nie możecie otrzymać tego sakramentu, bo Jacek nie ma bierzmowania, o komunii nie wspominając”
Ktoś teraz powie, że mają to na własne życzenie, bo przecież wystarczyłoby „zaliczyć” bierzmowanie i po sprawie.
Pewnie w tym jest trochę racji, ale tak sobie myślę, że sakrament małżeństwa przyjęty ze szczerym pragnieniem, ma także w sobie Bożą moc, która pomaga w dochodzeniu do dojrzałości wiary.
Kryspin

wtorek, 12 września 2017

Jesteśmy skazani na to, aby wierzyć!



    W roku 2013, na terenie Republiki Południowej Afryki, dwaj speleolodzy (Hartcourt i Schmidt), w trakcie wyprawy do jednej z jaskiń dokonali intrygującego odkrycia.
    Wewnątrz komory, do której prowadził bardzo mały otwór, znaleźli szczątki istot, które na pierwszy rzut oka wyglądały na szczątki ludzkie, choć szkielety miały zbyt małe czaszki, jak na współczesnego człowieka.
    Znaleziskiem zainteresowali się naukowcy z dziedziny antropologii i stwierdzili, że w ciasnej grocie zostały złożone szczątki dalekich przodków człowieka współczesnego(Homo Sapiens), które nazwali Homo Nalendi.
    Najbardziej zaskakującym w tym znalezisku było to, że kości tych hominidów nie znalazły się w jaskini przypadkowo i jak twierdzi prof. Lee Berger, jedynym wytłumaczeniem jest to, że nasi dalecy przodkowie, będąc na zdecydowanie niższym poziomie rozwoju, mieli zwyczaj grzebania swoich zmarłych i nie wykluczył, że było to związane z jakimś rytuałem.
    To znalezisko(wcale nie jedyne), potwierdza, że człowiek od zarania swoich dziejów żył w przeświadczeniu wiary, iż czas jego życia nie dobiega kresu z chwilą ostatniego ziemskiego oddechu.
    Przed dwoma tygodniami napisałem, że nie tylko fizyka jest nauką i nadal podtrzymuję swoje zdanie, choć po tamtej publikacji napisało do mnie wielu czytelników stojących murem za Panem Henrykiem, podzielając jego pogląd, że:”wszystko, co głosi religia, kłóci się z rozumem i jest jego obrazą”.
Moi adwersarze sugerowali także, że wykorzystując cotygodniowe felietony, uprawiam rodzaj krypto-reklamy Kościoła i jego nauczania, które odbierają jako „ogłupianie” naiwnych ludzi dla korzyści ( rząd dusz, władza nad kieszeniami naiwniaków) i to mnie obraża.
Jeden z największych naszych rodaków, Jan Paweł II powiedział kiedyś znamienne słowa:
”Nie można do końca zrozumieć człowieka bez Boga i sam człowiek nie może zrozumieć siebie bez Boga!”
    Zważmy na to, że (będąc najwyższym dostojnikiem Kościoła Katolickiego), nie użył wtedy stwierdzenia, w którym sugerowałby, iż tylko jego Bóg spełnia kryteria prawdziwości!
    W XI wieku żył mądry człowiek, którego historia zapamiętała jako Anzelma z Canterbery.
Filozof, myśliciel, Doktor Kościoła, który swoimi poglądami naraził się wielu jemu współczesnym, ślepo i bezkrytycznie uznającym prymat słów zawartych w Piśmie Świętym i pobożnym nauczaniu mistyków, nad zdroworozsądkowym myśleniem.
Anzelm, korzystając z mądrości filozofów(na przykład Platona) żyjących dalece wcześniej, aniżeli powstały zwoje Nowego Testamentu, twierdzi, że:
”Rozum jest niezbędny do wytworzenia w umyśle ludzkim idei Boga i dopiero potem należy w sobie rozwijać swoją wiarę!
Powaga Pisma Świętego nie może być ponad własny intelekt i w swoich poszukiwaniach człowiek winien skupić się na głosie rozumu, a nie Pisma....
Prawdy wiary należy dochodzić wyłącznie swoim rozumem (Sola Ratio)”
Ślepy los sprawił, że urodziliśmy się w środowisku, w którym „monopolistą”w kwestiach wiary, jest Kościół Katolicki ukazujący nam Boga w takiej , a nie innej odsłonie.
To jednak nikogo nie zwalnia z używania rozumu, aby kształtować w sobie świadomość potrzeby wiary, która jest istotą ludzkiego dziedzictwa!
„Laicyzacja, odchodzenie od nauczania Kościoła (od wiary)jest procesem nieuchronnym i wprost proporcjonalnym do rozwoju człowieka”-napisał mi jeden z moich rozmówców, a mnie wcale to nie cieszy.
Kryspin

wtorek, 5 września 2017

Początek szkoły w dymie kościelnych kadzideł


  
    Wrzesień każdemu uświadamia, że skończył się czas beztroskiego lata i trzeba powrócić do szarej rzeczywistości.
    Dla kilku milionów uczniów rozpoczął się okres nauki, którą rozpoczęli na uroczystościach inauguracyjnych, które odbyły się w każdej ze szkół. Prawie wszędzie wyglądały one podobnie. W obszernej sali gimnastycznej, w równych rzędach ustawiły się dziewczynki w białych bluzeczkach i chłopcy w koszulach tego samego koloru. Na honorowych miejscach, z dyrekcją na czele, miejsca zajęli zaproszeni goście: lokalni notable, oraz ksiądz, który dołączył do pozostałych po mszy, którą zainaugurowano szkolną uroczystość.
    No i po takim dniu winno pojawić się w mediach ( zwłaszcza tych, którym z zasady wszystko przeszkadza) larum i krzyk niezadowolenia, że szkoła zatraciła swoją wolność w kwestiach światopoglądowych i stała się elementem doktryny państwa wyznaniowego, do którego dążą obecne władze!
     Nie zamierzam wyręczać „obrońców” wolności przekonań, ale uważam, że taka „ewangelizacja”(odgórnie narzucona) w miejscu, gdzie spotykają się ludzie o różnych poglądach religijnych, odnosi skutek daleki od zamierzonego.
    Pozwolę sobie powrócić do przeszłości, gdy Kościół nie był mile widziany w życiu publicznym.
    Moje pokolenie pamięta rozpoczęcia corocznej edukacji, gdy szkolne aule obwieszone były krzykliwymi transparentami „reklamującymi” jedynie słuszny kierunek, w którym winna iść edukacja przyszłych strażników socjalistycznego porządku.
     Po takiej świeckiej imprezie gremialnie i dobrowolnie udawaliśmy się wtedy do parafialnego kościoła, by tam uroczystą mszą rozpoczynać kolejny rok edukacji religijnej
     Winienem teraz uściślić moje stwierdzenia( zwłaszcza młodszym czytelnikom): gremialnie - to znaczy, że w przytłaczającej większości, bo na palcach jednej ręki można było policzyć tych, którzy w religijnej edukacji nie uczestniczyli; dobrowolnie – bo bez przymusu!
     Sporo czasu upłynęło od tamtych lat: zmienił się ustrój i tylko we wrześniu jak co roku, w naszych szkołach dzieciaki rozpoczynają kolejne lata swojej edukacji.
     Obalenie dawnego porządku, poza wolnością: w gospodarce, kulturze, życiu codziennym zwykłych ludzi, poskutkowało czymś jeszcze, czyli wolnością w aktywności Kościoła zagwarantowaną w Konkordacie! Ten zaś skwapliwie rozpoczął „konsumpcję”przywilejów wynikających z podpisanej umowy.
Jednym z pierwszych”sukcesów” tego porozumienia było przywrócenie należnego miejsca dla lekcji religii, która odtąd powróciła do szkół stając się jednym z przedmiotów wpisanych w tygodniowy plan zajęć dla dzieciaków! Pozwoliłem sobie słowo sukces oznaczyć cudzysłowem, bo wcale nie uważam( w przeciwieństwie do większości kapłanów), że to była dobra decyzja!
     Może to tylko zbieg okoliczności(bo świat się zmienił, bo laicyzacja, bo takie czasy....), ale jakimś dziwnym trafem pokolenie wyedukowane w trakcie szkolnych lekcji religii( ludzie w wieku: 30-40 lat), stanowią obecnie grupę najmniej religijną.
    W tym przedziale wiekowym jest najwięcej tzw:”wierzących, niepraktykujących”, którzy swoje kontakty z Kościołem ograniczają do okazjonalnych ceremonii: chrzcin, pierwszych komunii ich pociech, ślubów czy pogrzebów najbliższych, i na tym kończy się ich „przygoda”z Religią.
    Jeżeli zatem tak jest, to wynika z tego, ze teraz w szkolnych ławach zasiadają dzieci tychże rodziców i ceremonia inauguracji roku szkolnego w dymie kościelnego kadzidła, staje się dla nich mało zrozumiałym, folklorystycznym spektaklem, który trzeba odstać i koniec.
    To samo tyczy się lekcji religii, w trakcie których facet ubrany w czarną sukienkę opowiada im historie, które odbierają niczym mity z antycznej cywilizacji.
Kryspin

wtorek, 29 sierpnia 2017

Nie tylko fizyka jest nauką



  W pierwszych latach drugiej połowy minionego wieku przeżywaliśmy zachwyt nad potęgą ludzkiego rozumu, który zaowocował epokowym osiągnięciem, jakim stał się początek podboju kosmosu.
  Od tego czasu poczuliśmy moc ludzkiej myśli, która miała otworzyć nam obszary dotąd nieznane, które fascynowały naszych przodków od zarania dziejów.
Tajemnica wszechświata zdawała się być dosłownie na wyciągnięcie ręki. Znalezienie odpowiedzi na fundamentalne pytania: kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy i jakie jest nasze przeznaczenie, zdawało się być tylko kwestią czasu.
 Zaufanie w siłę rozumu, rozwój naukowego pragmatyzmu zdawały się dawać człowiekowi wolność między innymi od wiary, którą winien zastąpić wiedzą empiryczną!
  Gdy na ziemię powrócili pierwsi kosmonauci naszego wielkiego sąsiada, stwierdzili, że tam w oddali od naszej planety widzieli: gwiazdy, galaktyki, niezliczone ciała niebieskie, ale nigdzie nie dostrzegli Boga, więc to jest dowód, że On nie istnieje!
  Nie potrzeba być nadzwyczaj bystrym, bo śmiechem skwitować taką konkluzję osób, które były z pewnością fachowcami od fizyki, astronomii, czy innych nauk empirycznych, ale na pewno nie byli uprawnieni do zajmowania stanowiska w sprawach, którymi zajmują się filozofia i teologia.(Od stuleci, przez świat nauki, uznane jako dziedziny wiedzy!)
Mam 74 lata, ale od dwunastego roku życia zacząłem wątpić w to, co głosi religia!
Wychowywałem się na wsi wśród wierzących w Boga, biednych ludzi. Od zawsze fascynowałem się fizyką, matematyką i naukami przyrodniczymi.
Religia kłamie, że człowieka stworzył Bóg! Człowiek powstał na drodze ewolucji, a w kosmosie żadne niebo, piekło, czy czyściec nie istnieją.
Bogowie i religie są tworem ludzkiej wyobraźni i tylko w ludzkich głowach.
Jakie to bardzo naiwne wierzyć w anioły czy modlitwę. One mają rację tylko w atmosferze, a przecież poza nią skrzydła są nieprzydatne, ani słowa się nie rozchodzą. Podobnie z wymyśloną sprawą, że człowiek ma duszę. Niby jest wrażliwa na ogień, piekło, a na zimno już nie?
A w kosmosie jest 269 stopni na minusie!
Wszystko, co głosi religia, kłóci się z rozumem i jest jego obrazą!”
No i co mam odpowiedzieć Panu Henrykowi?
  Z pewnością oczekiwałby jakiejś polemicznej dyskusji z mojej strony, ale może zamiast niej, opowiem historię, która ponoć zdarzyła się wiele lat temu.
  W latach pięćdziesiątych minionego wieku, gdy władza ludowa na polskiej wsi prowadziła akcję uświadamiania ciemnego ludu, w wiejskich świetlicach odbywały się prelekcje na temat tego, że wiara to zabobon, z którym najlepiej się rozstać.
 W trakcie jednego z takich spotkań, które realizował „ekspert” po WUML-u (Wieczorowym Uniwersytecie Marksizmu i Leninizmu), zgłosił się gospodarz zadając mu pytanie:
 Drogi prelegencie, mam owcę, konia i krowę. Wszystkie pasą się na tym samym pastwisku i jedzą trawę. Później koń robi pączki, krowa placki, a owca małe kuleczki.
Jak to wytłumaczyć?
Prelegent nieco zaskoczony pytaniem, zupełnie odbiegającym od tematu spotkania, po chwili odpowiedział:
-No nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo się na tym nie znam.
-A to ciekawe? - Powiedział gospodarz z retorycznym tonem i zaraz potem dodał:
-Na g.....ch się Pan nie zna, a poucza Pan nas o Bogu?
   Tak na koniec mój gorący apel do panów Henryków, których jest bardzo wielu. Nikt nie zabrania mieć wam osobistego zdania na temat waszej wiary, wątpliwości, czy niewiary.
 Jeżeli jednak potrzebujecie uzasadnienia (często dla samych siebie), waszego przekonania, podejmijcie trud edukacji także w tych kwestiach.
Kryspin,