wtorek, 23 maja 2017

Donieś Kościołowi!



    Każdorazowo po kolejnym artykule „Księdza w cywilu”, otrzymuję wiele maili i listów, w których czytelnicy wyrażają swoją opinię na tematy tam poruszane. Niekiedy stawiają pytania i proszą o wyjaśnienie sprawy, której nie do końca nie pojmują. W takich przypadkach po prostu im odpisuję, starając się w prosty sposób wyjaśnić im wątpliwości. Są jednak i takie maile, których adresatem się nie czuję. Te listy piszą ludzie widzący smutne przykłady złych zachowań ludzi w sutannach, którzy zatracili gdzieś istotę swojego powołania i niewiele mają wspólnego z obrazem kapłana-pasterza.
    Lokalni hierarchowie zdają się tkwić w błogiej nieświadomości i rzadko sami zauważają „czarne owce” w swojej zagrodzie, ale w jednym przypadku nie mogą tłumaczyć się ze swojej niewiedzy.
    Mówi o tym Ewangelia traktując o obowiązku napominania brata, który zawinił wobec nas i jeżeli wasz głos jest bezskuteczny, wtedy donieście to Kościołowi!
    No więc proszę potraktować mail o d czytelniczki „Księdza w cywilu” jako niepokojącą informację (donos), czcigodni przełożeni kapłana ze szpitalnego oddziału.
List czytelniczki przytaczam w całości:
„Niedawno leżałam w klinice na oddziale chirurgicznym. Towarzyszką niedoli była 82 letnia kobieta spod gorzowskiej wsi. Absolutnie zagubiona w miejskiej rzeczywistości, nie radząca sobie ze szpitalnym życiem, do tego dochodził strach przed poważną operacją, której miejscowi lekarze obawiali się podjąć...Widziałam w jakim jest stanie, więc starałam się ją "zagadywać"...Poznałam całą jej rodzinę. Odwiedzali ją codziennie, przyjeżdżali nawet z Niemiec. Gwoli wyjaśnienia - nie czekali na spadek Po prostu chłopi w ciężkim momencie życiowym byli razem. Bardzo mi się to podobało.
Jestem z wykształcenia prawnikiem czyli wiem jak rozmawiać, żeby się czegoś dowiedzieć. Wiadomo, że szpital jest specyficznym miejscem, w którym dużo myślimy co dalej ? Nawet nie wiedziała kiedy opowiedziała mi całe swoje życie. Zauważyłam , że ma stare pretensje do męża, który od 20 lat już nie żył,  z sąsiadami też nie jest najlepiej. Była wręcz nabuzowana złością, żalem i pretensjami do wszystkich...
  Pomalutku zaczęłam rozmawiać o Bogu - wierzy,ale te „ksindze”...Więc mówię,że nie wierzy w księdza tylko w Boga ...no tak...u spowiedzi była dawno...mówię, że tu jest wspaniała okazja, bo przychodzi kapelan, przed operacja się uspokoi , ja wyjdę na korytarz,mogą być sami i sobie porozmawiać, chce pani ? Oj, chce...To ok.
  Wieczorem przychodzi ksiądz: okrąglutki, różowiutki pączuszek, istny okaz zdrowia, nie pasował do szpitalnych korytarzy...
- Ktoś do komunii ?
- Ja, a pani chce się wyspowiadać...
- Chce pani ?
- Nie jestem właściwie przygotowana, ale chcę...
- To się trzeba przygotować,
 - Ok, ale może ksiądz pomóc jej ? Panią czeka poważna operacja ...to moje pytanie, bo ciężka idiotka myślałam, że można tak się spowiadać
- nie, on idzie do innych sal.
Zagotowało się we mnie, wyszłam na korytarz poczekałam na niego , jak wracał i powiedziałam , że powinien zmienić zawód,bo trudno to nazwać powołaniem...
 "Pani mnie nie będzie uczyć..."
Jasne, jest niereformowalny, zapomniał, że jest dla ludzi, że ma być pomostem do Boga...
Zresztą może i dobrze, że jej nie spowiadał, może by zrobił więcej złego  niż dobrego. Już Bóg najlepiej wie jak do człowieka dotrzeć...
Poszłam na mszę, którą ten kapłan odprawiał w kaplicy szpitalnej, kazanie beznadziejne, żadnego duchowego wsparcia, nic, absolutnie nic...
Dziękuję za Pana artykuły w ANGORZE, od Pana zaczynam lekturę, trochę mnie podnosi na duchu myśl,że  dosyć dużo jest tego "gorszego sortu".
    Na koniec moja prośba do was, czytelnicy „Księdza w cywilu”:Piszcie o takich smutnych przykładach, bo poprzez nagłaśnianie patologii możemy sprowokować do działań naprawczych tych, którzy w większy sposób odpowiadają za Kościół!
Kryspin,

wtorek, 16 maja 2017

Bliskość spojrzenia Madonny


     Bardzo lubię odwiedzać małe, najczęściej drewniane kościółki, których jest bez liku na szlakach naszych(nie tylko wakacyjnych) wędrówek. Gdy szczęście dopisze, to zdarza się, że te Boże przybytki są otwarte, pomimo pory dalekiej od wyznaczonej godziny, gdy kapłan sprawuje tam Eucharystię.
Półmrok tych miejsc łagodzony promieniami słońca, które zagląda do środka przez kolorowe szybki sfatygowanych starością witraży i lekki chłód (pomimo upalnej, letniej pogody) otulający wchodzącego, sprawiają, że od pierwszej chwili człowiek doznaje przyjemnego uczucia, że znalazł się w miejscu, gdzie choćby na chwilę dozna azylu od trosk świata przetaczającego się na zewnątrz.
    Bardzo lubię w takiej chwili zająć miejsce w ławce z klęcznikiem, na którym czas pozostawił ślady modlących się na nim wielu pokoleń wiernych, po których pozostała już tylko mglista pamięć i może obrośnięte mchem nagrobki na małym, przykościelnym cmentarzyku.
    Bardzo lubię tam siedzieć wpatrując się w skaczące światełko wiecznej lampki przy ołtarzu. Wtedy po kilku chwilach zaczynam słyszeć ciszę tego miejsca, która nabiera dźwięków modlitw, napełniających to miejsce od niepamiętnych czasów.
Zamykam oczy i wyobrażam sobie pątników przynoszących ze sobą prośby i podziękowania z nadzieją, że Dobry Bóg nie pozostawi ich samymi z troskami trudnego życia.
Później otwieram oczy i powracam wzrokiem do miejsca obok skaczącego, czerwonego światełka.
    On tam jest i mówi do mnie ciszą, a ja siedząc na końcu małego kościółka, staram się wsłuchiwać w jego głos i jest mi dobrze.
Szczególnie lubię małe, lokalne sanktuaria Maryjne, w których od niepamiętnych czasów na poczesnych miejscach(często w ołtarzu kościółka) znajdują się ikony Matki Bożej, albo figurki Madonny wyrzeźbione ręką najczęściej anonimowego artysty. Pewnie znawcy sztuki mieliby niekiedy swoje krytyczne zdanie na temat poziomu artystycznego tych religijnych dzieł, ale one mają w sobie coś niesamowitego i od pierwszego spojrzenia stają się bliskie tym, którzy przed nimi stają.
     Przed laty, gdy byłem w drugiej klasie liceum, ktoś z mojej rodziny zaproponował, abyśmy zrobili sobie wycieczkę w pobliże Konina, gdzie w małej wiosce znajdował się kościół z obrazem Matki Boskiej, którą miejscowi nazywali Licheńską Panią.
    Według lokalnych podań, jej mały obrazek wisiał kiedyś na jednym z drzew pobliskiego lasku. Nikt tak dokładnie nie wiedział od jakiego czasu się tam znajdował, ani kto go tam powiesił, ale wszyscy powtarzali historie osób, które doznawały cudów(ozdrowienia, nawrócenia itp.) po spotkaniu z leśną Madonną. To zainspirowało kapłana miejscowej parafii, by Madonna trafiła do ich kościoła, by tam mogli się z nią spotykać pobożni pielgrzymi.
    Moje pierwsze spotkanie z Licheńską Panią miało miejsce właśnie w tej świątyni, gdzie jej obraz umieszczono w głównym ołtarzu. Na ścianie obok znajdowały się gabloty z wotami, które ofiarowali jej ci, którzy uznali potrzebę podziękowania za doznane łaski.
    Pamiętam z tego czasu ciepło bliskości jej oczu, którymi zdawała się przesyłać słowa pocieszenia i nadziei tym, którzy do niej przychodzili.
    Kolejne moje spotkanie z Licheniem miało miejsce kilka lat później, gdy odbywałem tam rekolekcje przed święceniami kapłańskimi( szerzej o tych nie zawsze miłych doznaniach napisałem w „Zatroskanej koloratce-Pasterzach i najemnikach”)
    Madonna była jeszcze wtedy w starym kościółku, ale w planach Marianów już jawił się nowy jej dom, którego zarysy powstawały na olbrzymim polu obok kiczowatych kapliczek i ścieżek pątniczych, które Ojcowie wytyczyli, by na nich pielgrzymi kruszeli przed audiencją u Matki Bożej.
    Od tego czasu nie odwiedziłem Lichenia i tylko z doniesień medialnych poznałem ogrom nowego domu-pałacu Licheńskiej Madonny.
    Osobiście wolę jednak odwiedzać małe, wiejskie sanktuaria Maryjne (wolne od komercyjnego hałasu), w których nadal mogę doświadczać bliskości Jej spojrzenia, bo tylko wtedy odczuwam spokój i głębię spotkania z Matką naszego Pana.
Kryspin

wtorek, 9 maja 2017

Kapelan w szpitalu-"listonosz, czy Boży pomocnik?"


   W jednym z programów telewizyjnych, pani redaktor przeprowadziła sondę, pytając ludzi o najważniejsze miejsce w ich życiu.
   Zaczepiani przez nią przechodnie bardzo różnie odpowiadali: Dla młodego chłopaka takim miejscem, które na zawsze pozostanie w jego pamięci był pokój w akademiku, gdzie spotkał swoją miłość. Dla starszego mężczyzny był nim dom rodzinny, którego pamięć przywraca mu wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. Dla nobliwej pani w gustownym kapeluszu stał się nim kościół, w którym niedawno zakończyła się msza za jej zmarłego przed dwoma laty męża:” Dzięki temu miejscu i modlitwie w czasie mszy, poczułam na nowo jego bliskość, choć tak po ludzku już go z nią nie ma”
   Gdyby kilka tygodni wcześniej takie pytanie mnie przedstawiono , pewnie odpowiedziałbym podobnie: Dom ze wspomnieniem beztroskiego dzieciństwa, miejsce w którym doznaliśmy cudu pierwszej miłości, czy kościół, w którym doświadczamy nadziei przyszłości przekraczającej smutek śmierci.
Teraz, po doświadczeniu szpitalnej sali, wiem, że takim ważnym miejscem dla bardzo wielu ludzi powinien być szpital!
   To jest miejsce szczególne, które spina nasz czas.
Tam najczęściej nastąpił początek naszej ziemskiej drogi, gdy w sali porodowej pierwszy raz ujrzeliśmy blask światła i później, gdy może po wielu latach trafiamy tam, pokaleczeni życiowymi perypetiami. I wreszcie, gdy bieg naszego życia dociera do końcowej stacji, często szpital jest tym miejscem naszego odejścia.
  Może dlatego nie lubimy szpitala i pewnie nikt z nas nie trafia tam z uśmiechem na twarzy.
Gdy jednak uświadamiamy sobie, że to jest jedyny sposób, aby ratować nasze zdrowie bądź życie, zaczynamy odbierać go inaczej.
  Tak było i w moim przypadku. Dopiero po skutecznym i co muszę podkreślić, sprawnym działaniu lekarzy i pozostałego personelu tej placówki, uświadomiłem sobie, że zawdzięczam im bardzo wiele.
I może dlatego, choć zabrzmi to zabrzmi dziwnie: Dobrze się czułem w szpitalu!
Spotkałem tam miłych ludzi, począwszy od personelu medycznego, a na  
W harmonogramie szpitalnego dnia, oprócz zabiegów medycznych, stałymi elementami są wizyty lekarskie. To ranny obchód z ordynatorem oddziału na czele oraz wieczorna wizyta lekarza , któremu powierzono pieczę nad chorymi w trakcie nocnego dyżuru.
  Pobyt w szpitalu to czas szczególny, który skutkuje zmianami, które zalecają lekarze jako konieczność w dalszym procesie leczenia: zaczynamy stosować dietę, porzucamy nałogi, zwalniamy nasze codzienne zabieganie itd.
Szczególną szpitalną wizytą w popołudniowej porze, były odwiedziny księdza kapelana. Zważywszy, że większość przebywających na szpitalnych oddziałach, to ludzie wierzący, wydawała się ona jak najbardziej wskazana.
I tu miałem niedosyt. Kapłan przemykał sprawnie od sali do sali z krótkim pytaniem: kto do komunii i w mgnieniu oka oddalał się. Bardziej przypominał listonosza z żołnierskich koszar, aniżeli Bożego sługę, który w takim miejscu, choćby krótką rozmową z chorymi, powinien otwierać drogę Chrystusowi, jedynemu lekarzowi poranionych ludzkich dusz.
  Czas w szpitalu to rodzaj zatrzymania się w biegu i rachunku z samym sobą, podobnie jak to ma miejsce w czasie kościelnych rekolekcji.
  Tak sobie myślę, że szpitalny pobyt mógłby być takim czasem i to nie tylko dla ludzi wierzących, ale i dla tych pozostałych, którzy często stojąc przed bramą przejścia do nieznanej rzeczywistości, zadają sobie pytania, na które nie potrafią sami sobie udzielić odpowiedzi.
  Do tego wszystkiego potrzeba jednak mądrych szpitalnych kapelanów obdarzonych empatią i świadomych jak ważne zadanie spełniają.
I takich Bożych pośredników życzę wszystkim, którzy doświadczą czasu szpitalnego pobytu.
Kryspin 

środa, 3 maja 2017

Prymas,to brzmi dumnie?



   Zrządzeniem losu trafiłem ostatnio do gnieźnieńskiego szpitala. Mój pobyt w lecznicy, która mieści się w pobliżu katedry Prymasów Polski, przypadł akurat na czas odpustu św. Wojciecha.
   W tym roku kalendarz idealnie dopasował się do daty, bo 23 kwiecień( dzień patrona Polski) przypadł w niedzielę. Jeżeli do tego dołożyć okrągłą rocznicę ustanowienia na naszych ziemiach godności Prymasa (600 lat temu, w 1417 roku Sobór w Konstancji wyniósł do tej godności biskupa gnieźnieńskiego Mikołaja Trąbę ), to można by spodziewać się, że tegoroczne uroczystości w Gnieźnie będą miały wyjątkowy charakter.
   Moje oczekiwania opierałem na wspomnieniu minionych lat, gdy będąc w gnieźnieńskim seminarium. Brałem wtedy udział w przygotowaniach do tego corocznego odpustu, który był wyjątkowym.
   Uroczystości ku czci św. Wojciecha zawsze miały stałe akcenty, którymi żyły tłumy wiernych ściągających pod koniec kwietnia do relikwii biskupa-męczennika. Zawsze w przeddzień uroczystości odpustowych szczątki patrona prymasowskiej świątyni, w asyście wielu biskupów, jeszcze większej ilości duchowieństwa, były niesione w procesji ulicami prastarego Gniezna, by wierni mogli przeżywać noc czuwania przy nich w kościele świętego Michała.
  Kulminacja uroczystości następowała w niedzielne przedpołudnie, gdy uroczysta procesja z doczesnymi szczątkami świętego wracała na wzgórze przy Katedrze, gdzie odbywała się uroczysta suma odpustowa.
   W tym dniu szczególną atrakcją dla obecnych byli znamienici goście, którzy przybywali na doroczne uroczystości. Wśród nich wyróżniali się purpuraci i rzesza biskupów (także spoza Polski) oraz delegacje wiernych, niekiedy przyjeżdżających z odległych diecezji. Szczególnie miło było podziwiać górali w kolorowych strojach, którzy tworzyli rodzaj straży honorowej dla drugiego patrona Polski, świętego Stanisława, którego relikwie były niesione obok szczątków Wojciecha.
   Od wielu lat(jak sięgam wspomnieniem), patronowi z Krakowa towarzyszył biskup tamtejszej diecezji, kardynał Karol Wojtyła, celebrans sumy odpustowej.
Zwieńczeniem duchowych przeżyć w tym dniu stawało się kazanie Prymasa Wyszyńskiego, którego słuchano w niesamowitym skupieniu, by później jeszcze długo powracać do słów Kardynała potrafiącego jak nikt inny docierać do serc słuchaczy.
Mimo mojego pobytu w szpitalu, liczyłem, że będę mógł śledzić ten szczególny odpust w naszej TV. Taką nadzieję mieli także pozostali chorzy z mojej sali. Zrobiliśmy więc zrzutkę(w szpitalu TV jest płatna) i tu rozczarowanie. Owszem w pierwszym programie szła relacja religijnych uroczystości, ale z Krakowa. Dopiero po chwili zrozumieliśmy, że media relacjonują mszę ze Świątyni Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach.
Relację ze Świętowojciechowego odpustu podobno prowadziła w tym samym czasie TV Polonia? W naszych, szpitalnych kanałach nie było jednak tego programu i dlatego dopiero w wieczornych wiadomościach mogliśmy zobaczyć migawki z Gniezna.
   Trudno określać wagę wydarzeń, tych religijnych także, ale ?
Jeden z moich towarzyszy ze szpitalnej sali ( człowiek nieco starszy ode mnie), po zakończeniu religijnej transmisji stwierdził ze smutkiem:
-„No i nasz Wojciech przegrał z biskupami z Krakowa”.
Zaraz po nim sąsiad, leżący na łóżku obok, dodał:
-”Pamiętam Świętowojciechowe odpusty, gdy dwóch kardynałów(Wyszyński i Wojtyła) prowadziło procesję, a za nimi szły tłumy.
To był piękny widok jedności naszego Kościoła i to była siła, którą przekazywali wszystkim, choć czasy wtedy były trudne”
   Teraz są nowe czasy i słyszymy, że wcale nie łatwiejsze dla naszej wiary: bo laicyzacja, świat odrzucający wartości itd.
Może i tak, ale?
   Okrągła rocznica ustanowienia godności Prymasa w naszej ojczyźnie(600 lat) winna być taką okazją pokazania siły jedności Kościoła, bo tylko taki potrafi ją przekazywać nam wszystkim!
Kryspin 

środa, 19 kwietnia 2017

Majowy zawrót głowy


    Pamiętacie swoją pierwszą komunię?
    W tym roku mija dokładnie pół wieku, gdy dane mi było przeżyć ten magiczny dzień i choć minęło tak wiele czasu, pamiętam wszystko, czego doświadczyłem w trakcie tej słonecznej niedzieli.
    Staliśmy w równym szeregu przed wejściem do wrzesińskiej Fary: na początku dziewczynki w białych sukienkach i kolorowych, splecionych z wiosennych kwiatów wianuszkach, a za nimi chłopcy w krótkich spodenkach i odświętnych koszulach ze śmiesznymi krawacikami na gumkach. Po obu stronach przygotowanego pochodu stali zgromadzeni dorośli: nasi rodzice i krewni, którzy przyjechali, aby towarzyszyć nam w tym pięknym przeżyciu.
Później w uroczystej procesji weszliśmy do chłodnego kościoła, gdzie czekały na nas ubrane w białe wstążeczki ławki głównej nawy.
    Po chwili ciszę przerwały organy i głos parafialnego chóru, który zaintonował pieśń na początek mszy.
Później już tylko było nasze oczekiwanie i pamiętam, że w tym dniu msza jakoś dziwnie wolno biegła, a myśmy z niecierpliwością czekali na tę chwilę, gdy będziemy pierwszy raz klęczeli przy rzeźbionych balustradach oddzielających ołtarz od reszty kościoła.
Nareszcie nadszedł ten moment, do którego przygotowywaliśmy się od tak dawna.
    Pierwszy raz dane nam było do swoich serc przyjąć ciało Pana Jezusa i to było niesamowite.
    Poczułem się dumny i szczęśliwy, że od tego dnia będę mógł pielęgnować przyjaźń z Panem Bogiem podobnie jak wszyscy ci, którzy w czasie niedzielnych mszy przystępowali do komunii.
    Po skończonych kościelnych uroczystościach dopełnieniem przyjemnych chwil był odświętny obiad w rodzinnym domu, w którym uczestniczyli zaproszeni goście: rodzice chrzestni i jeszcze dwoje wujostwa z moim kuzynem, który rok wcześniej przeżywał swoją pierwszą komunię.
Oczywiście były życzenia i prezenty. Pamiętam, że w białych pudełeczkach ozdobionych okolicznościowym motywem, oprócz życzeń znajdowały się małe koperty, a w nich pieniądze zamiast innych prezentów.(w poniedziałek rodzice kupili mi za nie młodzieżowy rower)
Domowe przyjęcie nie trwało długo, bo na 16.00 musieliśmy wrócić do kościoła na zbiorową fotografię i majowe nabożeństwo.
    Wtedy, oczekując na popołudniową wizytę w kościele, pierwszy raz opowiadaliśmy sobie o domowych uroczystościach i otrzymanych prezentach także.
    Zdecydowanie nie przypominam jednak, abyśmy wcześniej z rówieśnikami(moimi kolegami) prowadzili giełdę życzeń dotyczących prezentów od gości naszego przyszłego święta.
Takich rozmów nie było także w naszych domach.
Owszem, wiedzieliśmy, że nasze mamy przygotują odświętny obiad i coś słodkiego do kawy, która miała być zwieńczeniem domowego poczęstunku z tej okazji, ale nic ponad to(nie licząc tego, że na ten dzień ojciec zakupił skrzynkę oranżady- taką miłą niespodziankę dla dzieciaków, i to wszystko!)
     Minęło pięćdziesiąt lat od tego niesamowitego dla mnie dnia, a ja nadal z przyjemnością wspominam ten czas i jestem wdzięczny moim rodzicom, że nie było wtedy zamieszania poprzedzającego moje spotkanie z Jezusem.
Nie biegali przez długie tygodnie po lokalach, by zarezerwować termin przyjęcia.
Nie prowadzili ze mną rozmów na temat listy prezentów, które zaspokoiłyby moje oczekiwania.
Nie zaskoczyli mnie obecnością gości, których miałbym zobaczyć pierwszy raz w życiu, w trakcie mojego komunijnego przyjęcia.
    Cieszę się, że nie marzyłem o quadzie, czy wypasionym komputerze( wtedy ich jeszcze nie było i dobrze). Nie zaplanowałem sobie także podróży na koniec świata, o której ostatnio z dumą( w trakcie telewizyjnego programu) informowała mama dziewczynki, gdy na wizji mówiła o komunijnym marzeniu swojej pociechy.
    Minęło tak wiele czasu, a ja nadal się cieszę, że miałem rozsądnych, wierzących rodziców, bo dzięki ich mądrej miłości mogłem się cieszyć z najpiękniejszego prezentu, jakim było moje spotkanie z Jezusem.
Kryspin

wtorek, 18 kwietnia 2017

"Cóż to jest prawda?"



„Cóż to jest prawda?"
    Chyba każdy z nas przypomina sobie retoryczne pytanie Piłata, który nie zdobył się jednak na refleksję, by zrozumieć, dlaczego żydowski Mesjasz gotów był za nią ponieść najwyższą karę.
    Podobnie nie podjęli jej także ci, którzy w imię ratowania starego porządku, załatwili krzyż temu, który sam o sobie mówił, że przyszedł na świat, aby dać świadectwo Prawdzie.
    Wielkanocny poranek i wieść, że w grobie nie ma ciała tego, którego ukrzyżowali, nie zmieniła ich stanowiska i dlatego rozgłosili plotkę, że uczniowie Nazareńczyka, w ciemnościach nocy, wykradli zwłoki swojego mistrza.
    Plotka, zmyślona historia przeciwko faktom, wtedy okazała się tylko połowicznie skuteczna. Owszem, była wytłumaczeniem dla tych, którzy tworzyli twardą opozycję: uczeni w piśmie i przedstawiciele władzy, którym Chrystus zdawał się być zagrożeniem dla ich poukładanego świata.
Nie zachwiała jednak wiary tych, którzy dopiero po wielkanocnym poranku zaczęli rozumieć niezwykłość zdarzeń, których dane im było doświadczyć.
Przyjęcie Prawdy Wielkanocnego Misterium poskutkowało przemianą tych, którzy uwierzyli.
    Bardzo prawdziwie ukazuje to autor Dziejów Apostolskich :”Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa(Dz.Ap.4,12-13)
Miłość do drugiego człowieka, gotowość do poświęcenia swojego partykularnego interesu na rzecz wspólnego dobra i radość tej samej perspektywy, której nie były wstanie zmącić żadne przykre doświadczenia ze strony świata ludzi nie rozumiejącego przesłania Chrystusowego świadectwa, były siłą pierwszych chrześcijan.
Jesteśmy świeżo po kolejnym „przypomnieniu” sobie o tajemnicy Wielkanocy. Boży Syn dokonał aktu naszego odkupienia, jak to celebruje Kościół.
Ofiara na krzyżu i tajemnica Zmartwychwstania nie załatwiła jednak ostatecznie naszego przyszłego losu, zbawienia!
    Chrystus swoim doskonałym posłuszeństwem woli Ojca „załatwił” nam bilet uprawniający do odbycia podróży. Jednak na każdym z nas pozostał obowiązek zajęcia miejsca w tym jedynym w swoim rodzaju pociągu, którego stacją przeznaczenia jest wieczna bliskość z Bogiem.
Odwieczny jest Prawdą, która wypełnia radością tych, którzy obleczeni w szatę miłości i pokory, zmierzają na jej spotkanie.
    Minęło tak wiele lat od tamtego dnia i trochę powinno nam być wstyd, że tak niewiele przechowaliśmy z depozytu, testamentu krzyża.
Historia Kościoła targana przesileniami(rozdarcia podziałów, głoszenie „prawdy krzyża” przy pomocy mieczy i pielęgnacja innych ludzkich przywar wśród jego sług) zamazała drogę pokory i miłości, a tylko ona prowadzi do Prawdy!
Pokora i miłość winna wyznaczać także drogę w dochodzeniu do ludzkiej prawdy i osądzania zdarzeń, nawet tych najtrudniejszych, które nas dotykają.
Owszem, prawda, nawet smutna jest lepsza od uśmiechniętego kłamstwa, ale dochodzenie do niej, poprzez rozkopane rowy podziałów, z pewnością nie jest realizacją testamentu krzyża!
    W niedzielę Palmową w Aleksandrii dokonano mordu w koptyjskiej świątyni. Nienawiść do ludzi innego wyznania przyniosła śmierć kilkudziesięciu niewinnym. Kapłan tej wspólnoty w rozmowie z mediami, nie pałał chęcią odwetu, a powiedział tylko, że ci, którzy ocaleli( choć wielu z nich straciło tam najbliższych) modlą się za sprawców ich krzywdy.
    Wyznawca Chrystusa powinien wzorem Zbawiciela swoim życiem dawać świadectwo prawdzie, czyli ukazywać innym Tego, który jest Prawdą!
Bóg nigdy nie był siewcą nienawiści, obrzucania inwektywami swoich wrogów.
W nim nie ma żądzy odwetu, bo Jego Prawda obleczona jest pokorą i miłością do każdego człowieka.
    Może więc choćby raz na jakiś czas warto by było zatrzymać się przed samym sobą, podejść do lustra swojej duszy i tam poszukać choćby małych przebłysków prawdy o nas samych?
Kryspin

niedziela, 9 kwietnia 2017

Bierzmowanie-sakrament dla dojrzałych wierzących!



    Kilka przecinających się ulic, a przy nich rzędy domków szeregowych osiedla położonego na obrzeżu miasta. Pomiędzy domami znajduje się plac zabaw dla dzieciaków, a po sąsiedzku kilka małych sklepików, w których można zrobić zakupy, gdy zapomniało się o czymś przy okazji pobytu w markecie znajdującym się daleko poza terenem tej małej, miejskiej ojczyzny.
   Całości tego sielskiego obrazu dopełnia świątynia stojąca obok szeregowców. Swego czasu pobudowano ją wysiłkiem i hojnością wszystkich mieszkańców i to był wtedy miły czas, gdy gromadzili się wszyscy, aby pomagać przy stawianiu murów, a później przy upiększaniu terenu wokół Bożego Domu.
   Trochę ze smutkiem wspominają mieszkańcy szeregowców czasy, gdy zapraszali się nawzajem na kawę serwowaną na nie do końca skończonych tarasach swych domów. Jaki to był miły czas, gdy po sąsiedzku gospodynie domowych ognisk pożyczały sobie szklankę cukru, bo akurat którejś go zabrakło.
   Później coś się popsuło we wzajemnej życzliwości, bo sąsiad kupił wypasiony samochód, a do tego, jego dziecko dostało się na prestiżowe studia i jakoś zaczęło się mu powodzić lepiej, aniżeli pozostałym.
   Początkowo brak życzliwości mieszkańcy szeregowych domów załatwiali donosami pisanymi cierpliwie do wszystkich możliwych organów ścigania, a później było jeszcze gorzej.
   Teraz przyszedł czas na milczące mijanie się przy przypadkowym spotkaniu i na wzywanie policyjnego patrolu, gdy przypadkowy gość zaparkuje na wysokości domu sąsiada.
Jedno tylko nie uległo zmianie, gdy zwyczajowo w każdą niedzielę mieszkańcy szeregowców zaliczają spotkanie z Chrystusem w parafialnym kościele i tylko ten moment, gdy kapłan wzywa zebranych do przekazania sobie znaku pokoju, jakoś do nich nie przemawia.
Taka swoista „dojrzałość” bez wzajemnej życzliwości cechuje niestety wielu dorosłych wierzących i może to stało się powodem reakcji Episkopatu, który ostatnio doprecyzował proces przygotowywania młodych katolików do dobrego przyjęcia sakramentu bierzmowania.
Wśród zadań, które postawiono przed nimi, dwa wydają się znaczące:
-Kandydat powinien w kontaktach z rówieśnikami przeprowadzić rozmowę o Panu Bogu!
-W sytuacji konfliktowej(której stał się mimowolnym świadkiem), winien podjąć się roli mediatora, by pojednać zwaśnionych!
Chyba nikt nie mógłby stwierdzić, że w samym założeniu te wytyczne są słuszne, ale?
   Trudno mi wyobrazić sobie trzynastoletniego mediatora, który skutecznie doprowadziłby do zgody skłóconych od lat dorosłych, a wkraczając w konflikt pomiędzy rówieśnikami, naraziłby się na solidnego guza od nieco silniejszych od siebie kolesi.
   Podobnie mało atrakcyjnie brzmi zadanie alternatywne: Rozmowa o Panu Bogu w czasie np. przerwy pomiędzy lekcjami.
Może więc lepiej byłoby, gdyby te zadnia szacowni przedstawiciele Episkopatu nałożyli na rodziców kandydatów (w tym także na chrzestnych)?
   W parafialnych kościołach proboszczowie często organizują ceremonie odnowienia przyrzeczeń ślubnych. Może także warto by było dorosłym wierzącym organizować takie odnowienie przyrzeczeń z sakramentu bierzmowania?
A wśród nich jednego, które winno być synonimem chrześcijańskiej dojrzałości: życzliwość do drugiego człowieka (tak na co dzień - zawsze!)?
   Ostatnio byłem świadkiem telefonicznej rozmowy dwóch pań, z których jedna mieszka na zachodzie Europy, a jej rozmówczyni w Polsce.
   Nasza krajanka, gdy rozmawiały o nadchodzącej wiośnie, żartobliwie stwierdziła, że nawet pogoda u tamtej jest lepsza i częściej im świeci słońce.
    Pani z zachodu odpowiedziała z uśmiechem: „bo u nas są ludzie bardziej życzliwi dla siebie!”
    I po chwili dodała już trochę miej radosna:”może dlatego, że u nas jest mniej katolików?”
Kryspin, 

wtorek, 4 kwietnia 2017

Pomóżmy w spełnieniu marzenia niezwykłego człowieka


   To już stało się tradycją, że przed kolejnymi świętami, gdy z wypiekami na twarzy zaliczamy rozmaite sklepy, spotykamy tam wolontariuszy z koszami, zachęcających nas, abyśmy w odruchu serca, wspomogli tych, których nie stać na „godne” przygotowanie wielkanocnego śniadania.
Może trochę dziwne miejsce wybrałem, ale chciałbym przed wami postawić także taki kosz.
   Nie ustawiłem go w delikatesowym sklepie, gdzie swoje dary wrzucamy dla anonimowych odbiorców i w tym upatruję jego przewagę.
Adresatem naszej wspólnej pomocy jest niezwykły człowiek, którego historia mogłaby być kanwą ciekawego filmu.
Niecierpliwych, czy zniesmaczonych kolejną potencjalną prośbą o wsparcie jakiegoś nieszczęśnika, który wyciąga rękę, aby np. załatwić sobie drogą terapię, czy kosztowny zabieg w zagranicznej klinice; pragnę uspokoić, że nie o to chodzi!
   Adresat mojego apelu od roku prowadzi fundację „Agapa”, w której pragnie stworzyć ośrodek rehabilitacyjny dla dzieci dotkniętych wrodzonymi ułomnościami( porażenia poporodowe, maluchy z zespołem Dawna, czy innymi dolegliwości psychicznymi lub fizycznymi)
   Pragnieniem założyciela „Agapy” są kilkutygodniowe turnusy, w trakcie których skrzywdzone przez los dzieci (pod okiem wykwalifikowanych rehabilitantów i wolontariuszy) mogłyby mieć chwile uśmiechniętych wakacji w pięknej okolicy. Nie bez znaczenia w tym wszystkim jest fakt, że taki pobyt maluchów w „Agapie” byłby także okresem oddechu od 24-godzinnej opieki, na którą w ciągu roku skazani są ich rodzice.
Teraz trzeba powrócić do tego, dlaczego nazwałem fundatora „Agapy” niezwykłym człowiekiem!
Michał był kiedyś dzieckiem szczęścia. Jako bardzo zdolny, młody człowiek, po studiach zrobił błyskawiczną karierę w polskiej polityce: Poseł na Sejm, V-minister w dwóch resortach i człowiek, o którym mówiono, że może bardzo wiele!
  Tak było do czasu, gdy podwładni znaleźli go nieprzytomnego w ministerialnym gabinecie.
Diagnoza lekarzy zabrzmiała jak wyrok: rozległy wylew i rokowania bardziej niż złe.
Przez pół roku był w śpiączce i według specjalistów, nie miał szans na powrót do normalnego życia!
   I tu zdarzyła się rzecz trudna do wytłumaczenia. Michał obudził się i podjął walkę, by powrócić do normalnego świata. Dwa lata zajęło mu odzyskanie mowy i kolejny rok, by zrobić pierwszy, samodzielny krok po chorobie.
Później powrócił do swojej wiejskiej posiadłości, ale to już nie był ten dawny, silny i bezczelny sukcesem człowiek. Z dnia na dzień zdecydował o całkowitej odmianie swojego życia.
   Powołał fundację przekazując na jej rzecz cały swój majątek (piękną stadninę koni oraz inne budynki i rozległy teren obok malowniczego jeziora). Od tej chwili dobra zgromadzone kiedyś dla jednego człowieka, miały służyć dzieciom skrzywdzonym przez los.
Przy realizacji zamierzenia, dla którego powstała „Agapa”, wyczyścił resztki konta i pobudował pawilony, w których chciał stworzyć warunki do godnego odpoczynku i skutecznej rehabilitacji podopiecznych.
Pieniędzy wystarczyło mu jednak tylko na stan surowy i trzeba było szukać darczyńców gotowych wesprzeć jego plany.
I tu nastąpiło rozczarowanie, którego nie potrafił zrozumieć?
Przecież w telefonie miał ponad 2500 dawnych kontaktów. Kiedyś byli to bardzo bliscy mu przyjaciele. Niektórzy z nich nadal są na świecznikach władzy, ale jakoś trudno im umówić się z nim na spotkanie, bo przecież on już niewiele znaczy i na dodatek stał się dziwakiem, który rozdał wszystko, i nie daj boże zechciałby wyciągnąć rękę po kasę?
Michałowi pozostała samotność i pewnie trochę smutku, że telefony dawnych przyjaciół jakoś dziwnie są stale zajęte.
Pozostała mu jednak także nadzieja, że Szef(tak określa Pana Boga) pomoże i bardzo w to wierzy.
Kochani: 
   Jeżeli uznacie, że warto pomóc w tej sprawie, napiszcie lub zadzwońcie.(tel:536 425 831, lub napiszcie:kryspinkrystek@onet.eu)
Razem możemy sprawić, że w domach „Agapy” szybko zagości gwar i uśmiech skrzywdzonych losem maluchów.
    Spełni się wtedy także niespełnione póki co marzenie niezwykłego człowieka, Michała!
Kryspin

piątek, 24 marca 2017

Medice cura te ipsum


    Gdy swego czasu pisałem o kościelnym feudale, który uzurpował sobie prawo do dysponowania wiejską remizą strażacką (ściślej salką spotkań), myślałem, że jest to oddolna inicjatywa proboszcza, który w taki sposób chciał „chronić” swoje owieczki przed zgubnymi skutkami lektury moich książek, no i się myliłem!
   Ostatnio odwiedziłem wielebnego (mojego starszego kolegę z seminarium) i dowiedziałem się, że nie poznał moich książek i nie będzie mógł się z nimi zaznajomić, bo …..?
    Mój dawny kolega okazał się na tyle otwarty ( gadatliwy), że nie uciął sprawy prostym: nie interesują mnie twoje książki i dlatego nie zamierzam ich przeczytać, a poinformował mnie, że na dekanalnym spotkaniu wszyscy księża zostali zobowiązani do powstrzymania się od ich lektury!
    Już to mnie zwaliło z nóg, ale dalsze rewelacje dotyczące moich „Koloratek” spowodowały mój uśmiech pomieszany z niedowierzaniem.
    Kolejnym zaleceniem (władz kościelnych) było to, aby dyskretnie, aczkolwiek stanowczo odradzać ich lekturę wiernym, jako dalece dla nich szkodliwą!
No i tu się poczułem zawiedziony!
Wszystko rozbiło się o to jedno słowo: dyskretnie!
    Określenie: dyskretnie jest co najmniej dziwne, bo obarczone jest niebezpieczeństwem, że jakaś część parafialnych owieczek może taką szeptaną przestrogą nie zostać objęta i przez to narazi się ją na poznanie zakazanych tekstów?
Czyż nie prościej byłoby w ogłoszeniach parafialnych poinformować wiernych o takim zaleceniu?
Jeżeli do tego dołożyłoby się informację, że wobec autora skierowano do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przez niego przestępstwa: np. obrazy uczuć religijnych, lub szkalowania instytucji, jaką jest Kościół, to by uwiarygodniło takie stanowisko.
    No, ale w takim przypadku zawiadamiający musieliby najpierw przeczytać ze zrozumieniem te „niebezpieczne” publikacje i dopiero wtedy starać się zająć stanowisko.
Chociażby tak jak to czynią osoby, które po lekturze tych „szkodliwych” książek, piszą do mnie dokonując swoistej recenzji. Jestem wdzięczny za każdy taki głos, niezależnie, czy są to słowa podziękowania (przytłaczająca większość z kilkuset nadesłanych do mnie maili), czy dezaprobaty (to znikoma grupa przeciwników „Koloratek” i do tego w większości deklarujących, że swoją opinię wyrazili nie czytając ani jednej strony!)
    Pragnę zaznaczyć, że nigdy moi mailowi rozmówcy nie stwierdzili, że treści zawarte w moich książkach spowodowały w nich zachwianie wiary, czy byłyby inspiracją do odejścia ze wspólnoty wierzących!
Wielokrotnie jednocześnie wyrażali żal, że Kościół o niewygodnych sprawach bardzo niechętnie mówi i prawie nigdy nie zajmuje stanowiska wobec zła w swoich szeregach.
    W grupie moich czytelników, którzy mówili o swoim odejściu ze wspólnoty wierzących, prawie wszyscy ( może to tylko próby samousprawiedliwienia ich decyzji) jako powód podawali to, że zawiedli się na ludziach w sutannach.
Może więc (czcigodni kapłani) moje książki nie są niebezpieczne, a tylko niewygodne?
    Gdy dopada człowieka choroba, sięga po lekarstwo i nic to, że niekiedy jest one zaprawione goryczą, trzeba je zażyć, by się lepiej poczuć i do zdrowia powrócić!
A na koniec jako P.S.
Fragment z Ewangelii św. Łukasza (12,1-3):
”Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajnego, co by się nie stało wiadome......” taka przestroga od samego Szefa!
(To tak przy okazji dyskretnego zalecenia, o którym było na początku!)
Kryspin

wtorek, 21 marca 2017

Ukryty okres życia Jezusa.


     Przed kilkoma laty miałem okazję obejrzeć ciekawy dokument zrealizowany w państwie, które można określić jako ostatni przykład komunistycznego absurdu.
Autor tego reportażu pokazał światu maszerujących w idealnym porządku mieszkańców tego państwa, którzy z uśmiechem na ustach pozdrawiali swojego przywódcę, wznosząc gromkie okrzyki zadowolenia ze swego losu. Cały przemarsz odbywał się na wielkim placu stolicy, którego najważniejszym miejscem był olbrzymi pomnik, co prawda już zmarłego, ale nieustannie pielęgnowanego we wdzięcznej pamięci, ojca założyciela ich krainy „szczęścia”.
    Dopełnieniem tego obrazu i odpowiedzią na narzucające się pytanie o szczerość uśmiechu kroczącego tłumu, były obrazy wplatane w relację reportera.
   Autor dokumentu umieścił w nich rozmowę z kobietą, która oprowadzała go po ogrodach pamięci z młodzieńczych lat Wielkiego Ojca Narodu(określenie założyciela tego nierealnego świata).
Z jej relacji dowiadujemy się o niezwykłości tego człowieka, który od chwili narodzin objawiał się swoim przyszłym „wyznawcom”, jako ktoś niezwykły, naznaczony wręcz, by dokonywać rzeczy przekraczających ludzkie wyobrażenie.
   Przez lata reżim władz tego kraju stworzył photoshop satrapy, którego poddani muszą kochać!
I te mityczne, bzdurne opowieści, którymi tamtejsi ludzie są karmieni od najmłodszych lat, skutkują ich bezrefleksyjną wiarą i ślepym, dodatkowo naładowanym strachem, posłuszeństwem.
Od dłuższego czasu prześladuje mnie pytanie, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi?
W okresie seminaryjnej edukacji poznałem dogłębnie historię początków mojej wiary.
   Na wykładach z Nowego Testamentu zaznajomiono nas z historią Jezusa, która została zapisana na kartach Ewangelii. Te zaliczone do kościelnego kanonu księgi, przybliżają wiernym Jego narodziny w betlejemskiej stajni, pokazują dramatyczną ucieczkę przed zbrodniczym zamysłem Heroda, który pragnąc pozbyć się konkurenta do tronu, nakazuje rzeź małych chłopców z całej okolicy. Dalej na kolejnych stronach czytamy o tym jak 12 letniego syn cieśli z Nazaretu zalicza spotkanie z uczonymi w Piśmie i zadziwia ich swoją mądrością. I po tym wszystkim następuje przeskok w historii przyszłego Zbawiciela, bo Ewangelie przybliżają nam tylko trzyletni, ostatni czas czas Mesjańskiej misji Bożego Syna, zakończony tragedią krzyża i triumfem Zmartwychwstania.
Już wtedy stawiałem sobie pytanie o 18 lat z życia Jezusa, o których nie ma żadnych informacji.
    Moi profesorowie ten okres skwitowali jednym lapidarnym stwierdzeniem: „To czas ukrytego życia Chrystusa” i to wszystko.
Czyli inaczej mówiąc: 
Nie ma żadnych wiarygodnych źródeł, które by o tym czasie przyszłego Mesjasza pisały i kropka!
    Przez wiele lat nie wracałem do mojego pytania i zdawało mi wystarczać to krótkie zapewnienie.
Teraz jednak po latach to pytanie powróciło i zwyczajnie mnie nurtuje!
Okazuje się, o czym się przekonałem poszukując odpowiedzi na moje pytanie, że przez stulecia, właściwie od samego początku chrześcijaństwa, te 18 lat intrygowało wielu.
   Próbę znalezienia odpowiedzi podejmowali zarówno mądrzy teologowie( w tym gronie i Doktorzy Kościoła), jak i zwolennicy teorii spiskowych. Efektem dociekań tych pierwszych były baśniowe opowiadania żywcem przypominające historię klepaną przez opiekunkę ogrodów pamięci Ojca Narodu( o których pisałem na początku), owocem zwolenników sensacji stały się zaś relacje o podróżach Jezusa na Daleki Wschód i historie o bardzo ludzkim zachowaniu przyszłego Zbawiciela w tym czasie.
Daleko mi zarówno do przesłodzonych historyjek pobożnych mężów jak i do teorii w stylu Dana Browna, no i dlatego pozostaję nadal bez odpowiedzi ze swoim pytaniem?
    Mam jednak nieodparte wrażenie, że ten okres „ukrytego czasu życia Chrystusa” jest bardzo ważny i dlatego nasuwa mi się jeszcze jedno domniemanie:
Sądzę, że niektórym zależy na tym, aby prawda o tych latach pozostała nieznana?
W jednym z fragmentów Ewangelii Jezus kreślił przed słuchaczami wizję drogi ku Ojcu i wtedy oświadczył, że Tylko On jest tą drogą!(J14,6)
    Na koniec zatem jeszcze jedno pytanie: Czy tylko droga Kościoła jest tą jedyną drogą ku Ojcu, czy raczej jedną ze ścieżek, które prowadzą ku Odwiecznemu?
Może w tych 18 ukrytych latach z życia Jezusa zawarta jest odpowiedź na moje oba pytania?
Kryspin

środa, 15 marca 2017

Kościelny ZDZ



    Gdy rozpoczynałem moją drogę powołania, z niecierpliwością oczekiwałem na początek drugiego roku, gdy w seminarium odbywały się nasze obłóczyny( ceremoniał pozwolenia na noszenie sutanny). Od tego październikowego popołudnia poczułem dumę bycia podobnym do kapłana.
   Co prawda nadal moje prawa posługi przy ołtarzu bardziej przypominały ministranturę, ale zawsze.
Dopiero na czwartym roku studiów zezwolono nam na głoszenie kazań i do tego, tylko po ich zatwierdzeniu przez profesora homiletyki.
Prawie księdzem tak naprawdę poczułem się dopiero po przyjęciu( pod koniec piątego roku pobytu w seminarium) święceń diakonatu. Od tej chwili mogłem udzielać sakramentu chrztu, przewodniczyć uroczystościom pogrzebowym i czytać w czasie mszy świętej fragmenty Ewangelii. Najbardziej czułem się wyróżniony, gdy od chwili tych święceń mogłem także udzielać komunii wiernym.
    Takie zasady panowały w Kościele do początku lat osiemdziesiątych minionego wieku.
Póki co, w bardzo ograniczonym stopniu realizował zalecenia niedawno co zakończonego Soboru, który stawiał na świadomy i aktywny udział świeckich wiernych w sprawowaniu eucharystii.
I pewnie jedyną zauważalną zmianą byłoby odejście od łaciny i wprowadzenie języków narodowych w sprawowanych obrzędach, gdyby nie narastający kryzys wiary i coraz bardziej puste świątynie.
Kościół doszedł do przekonania, że dotychczasowa forma żywo przypominająca teatralną relację: aktor-widz, wypaliła się i trzeba coś zmienić?
-A może dać szeregowym uczestnikom kościelnego życia poczucie, że są ważni i potrzebni?
Noszenie baldachimu w czasie parafialnej procesji, zbieranie składki w trakcie mszy świętej, czy funkcja lektora czytającego przed Ewangelią mniej „dostojne” fragmenty z Biblii, zdawały się nie wystarczać?
-”Szafarz nadzwyczajny”- to brzmiało dumnie, no i w parafiach pojawiać się świeccy pomocnicy , którzy (po pozytywnej weryfikacji za strony biskupa) zajęli się szczególną pomocą przy eucharystii. Dorośli, parafialni aktywiści zamienili teraz ministranckie komeżki na białe alby i pod koniec mszy zaczęli zajmować się rozdawaniem komunii.
Mnie jakoś to nie pasuje....
    Irytuje mnie(pewnie nie tylko mnie?) gdy w trakcie niedzielnej mszy księża wikariusze wyruszają z koszykami i zbierają datki, a do tabernakulum udaje się świecki wierny, by po chwili rozdawać Ciało Chrystusa bogobojnym uczestnikom świętej liturgii.
    Podobnie nie widzę sensu, gdy ksiądz odprawiający mszę rozdaje komunię tylko ministrantom i zaraz po tym zasiadając w fotelu celebransa, tylko przygląda się posłudze nadzwyczajnego szafarza, który „obsługuje” pozostałych.
    Laicyzacja, konsumpcjonizm i kryzys wielu wartości, stają się swoistą modą współczesnego, sytego świata Dotykają one także Kościoła, który z każdym rokiem traci pozycję lidera moralnego autorytetu, co spędza sen z oczu watykańskim decydentom.
Kościół wymaga mądrych reform, aby zażegnać ten największy być może (w jego historii) kryzys!
    Papież Franciszek, wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, w nieoficjalnym(póki co!) wystąpieniu poddał pomysł, aby do święceń kapłańskich dopuścić mężczyzn związanych małżeńską przysięgą. Miałoby to złagodzić problem braku powołań.
    Pewnie ( na siłę) można by doszukiwać się w tym pomyśle powrotu do tradycji początków Kościoła, gdy takie praktyki były czymś normalnym, ale?
    Są pewne profesje, przy których używa się określenia: powołanie!
Wśród nich są dwie szczególne- kapłan i lekarz.
    Trudno byłoby mi zaakceptować pomysł, by lekarzem był ktoś tak przy okazji, bo lubi pomagać ludziom.
Takich zapaleńców, którzy bez ukończonych, trudnych studiów medycznych, zajmują się leczeniem dolegliwości ludzkich ciał, nazywa się znachorami i są ścigani przez prawo!
    Idea kościelnego ZDZ( zakład doskonalenia zawodowego), a do tego sprowadza się pomysł święceń kapłańskich dla żonatych mężczyzn, jest co najmniej dziwna.
Kryspin

wtorek, 7 marca 2017

Flakonik na rozwiązanie problemu.

       Przeżywamy okres Wielkiego Postu. Fioletowy kolor liturgicznych szat, kazania o męce Chrystusa w czasie nabożeństw Gorzkich Żali wprowadzają nas w nastrój zadumy, żalu i może trochę wstydu, że swoimi słabościami zgotowaliśmy cierpienie Odwiecznemu.
Zaledwie kilka dni temu ucichły karnawałowe zabawy, a kapłani w posypali wiernym głowy popiołem na znak czasu pokuty i refleksji nad złem.
       Pierwszy piątek tegorocznego okresu Wielkiego Postu nasi hierarchowie ogłosili dniem modlitwy przebłagalnej za grzechy pedofilii w szeregach kapłanów.
No i na pierwszy rzut oka ta inicjatywa jak najbardziej wydaje się być właściwa i na czasie, bo kiedy jak nie w okresie Wielkiego Postu przepraszać za takie bezeceństwa?
       Mnie jednak ręce nie składają się do oklasków, gdyż nie widzę w tym szczerości i skruchy nawróconego grzesznika, a zwyczajne działanie obliczone na medialny poklask( teraz w dobrym tonie) i rodzaj „igrzysk” dla pospólstwa!
       Duchowni, w okresie przygotowań do Wielkanocy, odbywają swoje doroczne, wielkopostne rekolekcje. Najczęściej na 2-3 dni zjeżdżają do zamkniętych ośrodków(klasztory, domy rekolekcyjne, seminaria duchowne itd.), by tam słuchając nauk przewodników duchowych, poświęcając czas na osobistą modlitwę, dokonywać swoistego resetu swojego powołania i wytyczyć dla siebie drogę poprawy tego, co w tym kapłaństwie uległo duchownemu zababraniu.
      Może przy takiej okazji warto by było, aby np. jeden dzień(o chlebie i wodzie) spędzić na klęczkach w zakonnej kaplicy, aby przepraszać Boga (i ludzi także) za patologię zachowań seksualnych niektórych duchownych?
Swoją drogą zdziwiło mnie to, że Kościół powrócił do problemu pedofilii. Od półtora roku media nie sygnalizowały żądnego skandalu z udziałem kapłanów i może można by było odtrąbić koniec tej wstydliwej choroby?
Ten problem jednak nadal jest i może dlatego ta wielkopostna akcja ze strony naszych Pasterzy?
Seksuologia, mówiąc o pedofilii, wskazuje, że jest ona chorobą wrodzoną (ale w znikomym procencie), a w większości jest skłonnością nabytą!
       Znany autorytet o tych sprawach mówi wprost: „Pedofilia częściej jest nabyta wskutek nieudanych związków z kobietami, niezaspokojonej potrzeby władzy i uznania, czy nieudanego współżycia seksualnego"
       Przez sześć lat pobytu w seminarium poznałem ponad 300 młodych facetów realizujących swoją drogę ku kapłaństwu i wtedy nie spotkałem żadnego, powtarzam: żadnego ze skłonnościami pedofilskimi!
       W tym okresie, który nazywano czasem formacji do służy, zadbano jednak o skuteczne wspomaganie hamowania „grzesznych” myśli kandydatów.
I tu nasuwa mi się porównanie do praktyk z kultowej komedii, gdzie naturalny popęd seksualny załatwiała tabletka podawana kobietom żyjącym w nierealnym, podziemnym świecie.
W seminarium dbały o to siostry zakonne serwujące klerykom posiłki obficie skrapiane bromem (był w herbacie, cukrze oraz innych posiłkach) i sprawa była załatwiona!
        Modlitwa przebłagalna zaordynowana w pierwszy piątek Wielkiego Postu na niewiele się zda, gdy nie zostanie uzupełniona o refleksję nad przyczynami tkwiącymi u źródeł tej choroby!
Jeśli jej zabraknie i nie zostaną w Kościele podjęte decyzje o koniecznych zmianach, to w kolejnych latach Hierarchowie będą zmuszeni enty raz zwoływać wiernych, by przepraszali za ciągle nowe ogniska tej patologii!
Bóg obdarzył każdego człowieka ludzkimi skłonnościami i potrzebami.
       Seksualność i wszystko co jest z nią związane, są wpisane w naturę każdego i nie da się z tym walczyć!
No chyba, że przy dekretach, którymi biskupi posyłają adeptów kapłańskiego powołania do parafialnych posług, będą wręczać każdemu flakonik z miksturą tonującą ich ludzkie, wpisane w naturę człowieka potrzeby?
Ale czy to załatwi problem? Obawiam się, że nie!
Kryspin,

poniedziałek, 27 lutego 2017

Grzech śmiertelny to owoc złej woli


     W mieście mojego dzieciństwa mieszkał i pracował lekarz ginekolog, o którym było powszechnie wiadomo, że nie wszystkie jego medyczne działania były zgodne z przysięgą Hipokratesa, w której kiedyś zobowiązał się do ratowania każdego ludzkiego życia. Pan doktor „niósł pomoc” kobietom w szerokim zakresie. W szpitalu leczył patologie ciąż niosąc spragnionym paniom nadzieję na szczęśliwe macierzyństwo, a w prywatnym gabinecie „przywracał” spokój tym kobietom, dla których perspektywa narodzin dziecka była kłopotem.
    Mieszkańcy miasteczka pokazywali lekarzowi, że wiedzą o jego prywatnej „aktywności”i dawali jasny sygnał, że jej nie pochwalają zapalając mu w dniu święta zmarłych znicze przed bramą domu, gdzie mieścił się też gabinet lekarza.
    Ten w ramach rewanżu co roku pielęgnował dziwny rytuał. Zawsze w Wielki Piątek przychodził do popularnej w miasteczku restauracji i zamawiał wielki kotlet schabowy, który ostentacyjnie pałaszował, gorsząc personel i nielicznych w tym dniu gości tego lokalu.
Przed tygodniem zapowiadałem, że przy następnym spotkaniu z Księdzem w cywilu porozmawiamy na temat grzechu śmiertelnego(ciężkiego), który zamyka katolikowi drogę do godnego przyjęcia, w trakcie mszy św. Eucharystycznego Chrystusa i naraża go na wieczne potępienie, gdyby w takim stanie Bóg powołał takiego niegodziwca do wieczności.
     Dzisiejszy człowiek najczęściej poszukuje informacji w internecie.
Przestrzegam jednak przed tą formą nabywania wiedzy na powyższy temat, a jeśli już to tylko do prześledzenia zawiłych poglądów wszelkiej maści mniej, czy bardziej pobożnych ludzi Kościoła, którzy przez stulecia próbowali mierzyć się z precyzyjnego określenia czym on jest i kiedy coś zasługuje na takie miano, a w jakich wypadkach jednak nie.
    Najbardziej zrozumiałym źródłem wiedzy o grzechu ciężkim jest Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) więc w ramach powtórki z lekcji religii, przypomnijmy sobie, co on mówi na ten temat:
„Grzech śmiertelny niszczy miłość w sercu człowieka wskutek poważnego wykroczenia przeciwko prawu Bożemu, podsuwając człowiekowi dobra niższe, odwraca go od Boga, który jest jego celem i szczęściem”
Tyle definicja zawarta w KKK i znowu odnoszę wrażenie, że jest ona na tyle mało jasna, by zwykły katolik mógł uzyskać pełną wiedzę: czy danym czynem ubabrał się już w śmiertelnym błocie, czy tylko pobrudził łapki lekkim nieposłuszeństwem.
      Katechizm w dalszej częściej stara się precyzować, czym jest ten nieszczęsny grzech śmiertelny:
1- dotyczy bardzo ważnej sprawy(przekroczenie jednego z Przykazań Bożych!
2-popełniony z pełną świadomością - wiem, że to grzech ciężki, a mimo to czynię!
3-dokonany z premedytacją i świadomością, że coś jest poważnym złem!
     Tenże sam Katechizm podaje jednak także tzw. okoliczności łagodzące „śmiertelność” czynu:
-Popełnienie czynu w afekcie, pod wpływem uczuć i namiętności zmniejszających dobrowolny charakter złego uczynku, podobnie jak presja zewnętrzna i patologiczne zaburzenia!
Czy teraz po tej „powtórce z przeszłości”,jesteśmy bardziej uświadomieni, kiedy popełniamy grzech śmiertelny? Może tak, a może jednak nie?
     Problem tkwi w tym, że przytoczone powyżej przepisy KKK wkuwają kandydaci do pierwszej komunii świętej. To tak, jakby przygotowanie do egzaminu na prawo jazdy przeprowadzano wśród dziewięciolatków i później oczekiwać , że będą dobrymi użytkownikami ruchu drogowego.
No tak, ale przecież to nie jedyny raz, gdy człowiek styka się z KKK, bo co gorliwsi kapłani robią powtórkę zasad KKK choćby kandydatom do bierzmowania, czy w trakcie nauk dla przyszłych małżonków.
Niewiedza wiernych, że grzech śmiertelny zachodzi tylko wtedy, gdy wynika ze złej woli i pełnej świadomości złego czynu, powoduje w nich strach przed komunią i dlatego do niej nie przystępują.
Może więc warto przypominać sobie częściej, przy każdym rachunku sumienia:
     Tylko zła wola i świadomy wybór zła, rodzą śmiertelny grzech!
Mądra matka wychowując swoje dziecko, chwali je za dobre postępowanie i pomaga mu przezwyciężać niedoskonałości, ale nigdy nie mówi mu: jest złym dzieckiem!
     Mnie w Kościele brakuje tego pozytywnego budowania pokładów dobra, które z natury ma w sobie każdy człowiek, a zamiast tego zbyt często wytyka się wiernym, że są grzesznikami!
Kryspin,

wtorek, 21 lutego 2017

"We mszy świętej nabożnie uczestniczyć"


     Chyba większość z nas pamięta kabaretową scenę, gdy pracownik zakładu zbrojeniowego, przed udzieleniem odpowiedzi na postawione przez redaktora pytanie, sam zapytał:
”A dla kogo ten wywiad?”
     Przed kilkoma dniami ośrodek badania opinii publicznej podał wyniki badań religijności naszego społeczeństwa i odniosłem wrażenie, że przy przyjęciu tego zlecenia, przedstawiciele szacownego ośrodka zadali takie samo pytanie.
     Z oficjalnych(podanych do publicznej wiadomości) danych wynika, że ponad 85% Polaków, to ludzie wierzący, z czego 98% należy do Kościoła katolickiego.
Najbardziej zaskakują jednak dalsze liczby: 55% uczestniczy w coniedzielnych nabożeństwach, kolejne 20% kościół odwiedza kilka razy w miesiącu, a pozostali (kilkanaście procent ) w obrzędach liturgicznych uczestniczą okazjonalnie (od wielkiego święta, lub przy okazji uroczystości rodzinnych)
W każdą ostatnią niedzielę roku liturgicznego w naszych kościołach odbywa się liczenie wiernych i ich wyniki dalece odbiegają od tych podanych przez ośrodek badawczy.
I aby była jasność, kościelne liczenie pokazuje, że 55%, to liczba mocno zawyżona.
Gdzie więc tkwi prawda?
    Ilu wiernych należycie spełnia kościelne przykazanie:”W niedzielę i święta we mszy nabożnie uczestniczyć!”?
Według kapłanów, z którymi rozmawiałem: 25%w parafiach miejskich, do 35% w mniejszych, najczęściej wiejskich wspólnotach.
     Już kiedyś przytaczałem próby znalezienia przyczyny tak niskiej frekwencji, o których mówią sami duchowni:laicyzacja, takie czasy, konsumpcjonizm itd.
W kościelnych statystykach proboszczowie raportują swoim przełożonym ilość wiernych uczestniczących w sposób pełny w niedzielnej mszy świętej, czyli ilu parafian przystępuje do niedzielnych komunii.
To kilkanaście procent obecnych na niedzielnym nabożeństwie.
I tu rodzi się kolejne pytanie: dlaczego jest tak źle?
     Dlaczego kościelne przykazanie tak naprawdę spełnia jeszcze mniej osób, bo tylko nieliczni wypełniają istotny warunek:”nabożnie”, czyli w pełni, z pobożnością?
Aby poszukać przyczyn tego stanu rzeczy, trzeba by odnieść się jeszcze do jednego kościelnego przykazania, które zobowiązuje katolika do spowiedzi i komunii co najmniej raz w roku(około Wielkanocy)- To zwyczajne minimum, ale do czego?
     Czy w przyjaźni z Bogiem mam być tylko raz w roku? A co z pozostałymi 364 dniami?
Gdy małe dziecko( 9 letnie) przygotowuje się do pierwszego, uroczystego spotkania z Chrystusem Eucharystycznym, katecheci tygodniami ćwiczy ceremonię poruszania się w czasie przyszłej uroczystości.     Najbardziej istotną kwestię, sakrament spowiedzi, oczyszczający duszę grzesznika przed przyjęciem Boskiego Ciała, ogranicza się do wykucia na blachę zasad katechizmu i do jednej”próbnej” i później już tej prawdziwej spowiedzi, w trakcie której mały nieborak klepie przy konfesjonale wyliczankę swoich przewinień, które pewnie u Pana Boga wywołują tylko życzliwy uśmiech.
     Kościół uczy, że do sakramentu Eucharystii może przystąpić wierny wolny od grzechu ciężkiego (śmiertelnego) i to wiedzą maluchy od pierwszej komunii, ale na tym kończy się znajomość tematu.
    Dorosły wierny ma znikomą wiedzę, czym jest grzech śmiertelny, bo edukację na ten temat zakończył dawno i na wszelki wypadek uznaje siebie za niegodnego, by gościć w swoim sercu Chrystusa Eucharystycznego.
    I tu tkwi odpowiedź na temat przyczyn tak niskiego procenta wiernych nabożnie we mszy uczestniczących.
A może czcigodni przewodnicy po zawiłościach ludzkiego sumienia, warto by wykorzystać niedzielne homilie, by nie tylko gromić nieobecnych, lub zwyczajnie mówić o niczym, a zamiast tego uczyć przybyłych, że msza, to nie tylko rodzaj spektaklu, a uczta w której powinni w pełni uczestniczyć, bo grzech śmiertelny wcale nie tak często nam się zdarza.
Ale o tym następnym razem.
Kryspin

poniedziałek, 13 lutego 2017

Celibat-"prezent z kuferka kłamstwa"

     „Znakiem diabła” określił ostatnio zjawisko pedofilii w Kościele Papież Franciszek.
Nie było to oficjalne stanowisko Stolicy Apostolskiej, a jedynie(a może aż!) Jego komentarz i wstęp do książki człowieka, który przez lata był ofiarą dewiacyjnych zachowań szwajcarskiego zakonnika.
Ojciec Święty przy tej okazji kolejny raz przeprosił za grzechy pedofilii wśród duchownych i enty raz zapowiedział stanowcze działanie przeciwko takim zachowaniom.
„Znak diabła”, a może trzeba by powiedzieć działanie diabła?
      Kościół rzadko przypomina o jego istnieniu, choć jest on ważną stroną naszej wiary.
Szatan, piekło, potępienie, od początku towarzyszyły nauczaniu Kościoła, jako finał przegranej batalii o zbawienie duszy.
Z tym przeciwnikiem Bożej Miłości spotkał się także nasz Zbawiciel, gdy przygotowując się do spełnienia swojej misji, kończył czterdziestodniowy post.
Chyba wszyscy wierzący znają historię z Góry Kuszenia?
Obietnice: bogactwa, władzy i to wszystko tylko za jeden pokłon, którym uznałby wielkość szatana!
Wtedy książę kłamstwa przegrał z doskonałym posłuszeństwem w wypełnieniu Bożego planu i jak mówi Biblia:”odstąpił od Niego”.
     Upokorzony, zły swoją porażką szatan jednak do końca nie zrezygnował i na tej górze pozostał cierpliwie czekając, by swój „kuferek kłamliwych obietnic” sprzedawać innym: mniej świętym, mniej doskonałym w posłuszeństwie Bogu, bardziej skłonnym do kompromisu ze złem.
I tak przez wielki na jego górę ciągnęły tabuny chętnych, którzy dla: władzy, majątku, gotowi byli porzucić wszelkie zasady moralne i oddawali mu pokłon dla złudnej nadziei szczęścia.
Szatan jednak nigdy nie był „detalistą” i swój apetyt na sianie zła mógł zaspokoić tylko sukcesem na miarę rewanżu za porażkę z Bożym Synem!
     Takim przeciwnikiem mógł być tylko Kościół - dziecko i nadzieja Jezusa.
Dużo czasu szatan potrzebował, by skutecznie zaprosić go na swoją górę. Przez pierwsze wieki, gdy pamięć Zbawiciela rozpalała szczerą pobożność pierwszych chrześcijan, było to prawie niemożliwe, ale później, gdy rządy Cesarstwa Rzymskiego legły w gruzach i nastał czas wolności dla wyznawców Jezusowej wiary, było już łatwiej.
     Władza i bogactwo(nieustanna w oferta pana tej góry) wreszcie skusiły tych, którzy byli przecież powołani przez Chrystusa, by być Pasterzami Bożego stada.
Zaślepieni żądzą tego co tu i teraz, stali się zwykłymi najemnikami(szerzej piszę o tym w „Zatroskanej koloratce-Pasterzach i najemnikach”)
I na deser bonus od niego: celibat!
„Genialny prezent” szatana dla Kościoła, który od chwili wprowadzenia (XII wiek) stał się swoistym „samograjem” zła.
Ojcze Święty!
     Może już czas, by Kościół zszedł z góry kuszenia?
Może już najwyższy czas, by odrzucił dary z „kuferka kłamstwa” i powrócił do drogi, którą kiedyś nakreślił mu jego założyciel, Jezus Chrystus?
     Pedofilia w szeregach duchownych to tylko jeden z zatrutych „kwiatów” rośliny, którą jest celibat!
Bardzo żałuję, że nie jest mi dane przekazać Tobie Ojcze Święty „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”, bo w niej swoją skargę podnoszą i inne ofiary „prezentu” szatana:
     Może warto pochylić się nad głosem setek tysięcy ofiar celibatu: księży łamiących kościelny zakaz, kobiet uwikłanych w nieformalnych związkach z nimi i milionów tych, którzy odchodzą z Kościoła w smutnym przekonaniu, że się na nim zawiedli.
Kryspin