wtorek, 19 września 2017

Ślub bez bierzmowania?


„Ślubuję Ci miłość,wierność i uczciwość małżeńską...”
Później dalsza część uroczystej ceremonii zaślubin i na koniec oboje, z wypiekami wzruszenia, wśród szpaleru zaproszonych gości, mogą już kroczyć kościelną nawą ku przyszłości.
Ślub kościelny- małżeństwo, to bardzo istotny sakrament dla człowieka wierzącego, który Kościół w swym nauczaniu stawia jako warunek, bez którego choćby intymne pożycie dwojga ludzi uznaje za coś moralnie niewłaściwego, czyli po prostu jako grzeszne.
Tak się teraz zastanawiam, jak to więc jest, że wśród młodych ludzi ten sakrament się zwyczajnie zdewaluował?
Nie jest dla nikogo tajemnicą, że młodzi bardzo wcześnie podejmują decyzję o łamaniu kościelnego zakazu intymnego pożycia przed sakramentalnym Tak.
-Mieszkamy razem, bo oboje studiujemy poza domem i taniej nam wynajmować wspólne mieszkanie.
-Mieszkamy razem, bo się kochamy, ale tak do końca jeszcze nie wiemy, czy nasze uczucie przetrwa próbę czasu i nie chcemy później narażać się na trudności, bo w Kościele nie ma przecież rozwodów.
-Nie stać nas jeszcze na ślub w kościele i weselną uroczystość. Może kiedyś, jak się trochę dorobimy, to wyprawimy nasze zaślubiny.
-Nie zamierzamy w naszym życiu nic zmieniać, bo uważamy że nie potrzebujemy potwierdzenia (papierka) dla naszej miłości.
To tylko kilka przykładów tłumaczenia, którym posługują się dzisiaj młodzi ludzie z tradycyjnych, katolickich rodzin.
-”Czego innego uczyliśmy nasze dziecko”-twierdzi matka, która ni jak nie może zrozumieć, dlaczego jej syn żyje z kobietą na „kocią łapę” i nie zamierza wziąć z nią ślubu.
Reasumując taki stan rzeczy, trzeba jasno stwierdzić, że w tej kwestii, mamy do czynienia z porażką procesu religijnego wychowania.
Największym przegranym jawi się Kościół, choć przecież w religijnej edukacji młodych się starał, stosując nawet formę szantażu:
-Nie zaliczysz katechizmu, który winieneś wykuć na blachę, nie dostąpisz zaszczytu Pierwszej komunii.
-Nie odbędziesz cyklu nauk (potwierdzonych kościelnym stempelkiem w kajeciku), biskup nie udzieli ci sakramentu bierzmowania ( a bez niego nie myśl o kościelnym ślubie!)
-Nie zaliczysz kursu przedmałżeńskiego, nie uklękniesz na ślubnym klęczniku!
Nie zawsze jednak jedynym winnym w tej kwestii jest Kościół, choć i tu nie do końca!
Chodzi mi o kandydatów na „sakramentalnych” małżonków, którzy mając „letnio wierzących” rodziców, nie doświadczyli w swoim rodzinnym domu życia wiary.
Pozwolę sobie w tej chwili na jeden przykład:
Byli młodzi i pokochali się. Ona z katolickiego, pielęgnującego praktyki religijne domu, nie wyobrażała sobie, by w niedzielę nie być na mszy świętej, albo nie pościć w piątek. Jego religijne doświadczenia ograniczyły się do chrztu i nawet do Pierwszej komunii rodzice go nie posłali.
Ponad dwadzieścia lat są razem i pielęgnują wartości, które ona wyniosła z rodzinnego domu.
W każdą niedzielę i święto, razem z dorosłą już córką , można ich spotkać w parafialnym kościele. W codziennym życiu kierują się zasadą, by nigdy nie krzywdzić innych ludzi i w miarę możliwości pomagać potrzebującym i tylko mają jeden smutek, gdy w czasie mszy świętej, gdy inni przystępują do komunii, oni pozostają z tyłu kościoła.
Owszem, starali się o zawarcie sakramentalnego związku, ale słyszeli za każdym razem:”Nie możecie otrzymać tego sakramentu, bo Jacek nie ma bierzmowania, o komunii nie wspominając”
Ktoś teraz powie, że mają to na własne życzenie, bo przecież wystarczyłoby „zaliczyć” bierzmowanie i po sprawie.
Pewnie w tym jest trochę racji, ale tak sobie myślę, że sakrament małżeństwa przyjęty ze szczerym pragnieniem, ma także w sobie Bożą moc, która pomaga w dochodzeniu do dojrzałości wiary.
Kryspin

wtorek, 12 września 2017

Jesteśmy skazani na to, aby wierzyć!



    W roku 2013, na terenie Republiki Południowej Afryki, dwaj speleolodzy (Hartcourt i Schmidt), w trakcie wyprawy do jednej z jaskiń dokonali intrygującego odkrycia.
    Wewnątrz komory, do której prowadził bardzo mały otwór, znaleźli szczątki istot, które na pierwszy rzut oka wyglądały na szczątki ludzkie, choć szkielety miały zbyt małe czaszki, jak na współczesnego człowieka.
    Znaleziskiem zainteresowali się naukowcy z dziedziny antropologii i stwierdzili, że w ciasnej grocie zostały złożone szczątki dalekich przodków człowieka współczesnego(Homo Sapiens), które nazwali Homo Nalendi.
    Najbardziej zaskakującym w tym znalezisku było to, że kości tych hominidów nie znalazły się w jaskini przypadkowo i jak twierdzi prof. Lee Berger, jedynym wytłumaczeniem jest to, że nasi dalecy przodkowie, będąc na zdecydowanie niższym poziomie rozwoju, mieli zwyczaj grzebania swoich zmarłych i nie wykluczył, że było to związane z jakimś rytuałem.
    To znalezisko(wcale nie jedyne), potwierdza, że człowiek od zarania swoich dziejów żył w przeświadczeniu wiary, iż czas jego życia nie dobiega kresu z chwilą ostatniego ziemskiego oddechu.
    Przed dwoma tygodniami napisałem, że nie tylko fizyka jest nauką i nadal podtrzymuję swoje zdanie, choć po tamtej publikacji napisało do mnie wielu czytelników stojących murem za Panem Henrykiem, podzielając jego pogląd, że:”wszystko, co głosi religia, kłóci się z rozumem i jest jego obrazą”.
Moi adwersarze sugerowali także, że wykorzystując cotygodniowe felietony, uprawiam rodzaj krypto-reklamy Kościoła i jego nauczania, które odbierają jako „ogłupianie” naiwnych ludzi dla korzyści ( rząd dusz, władza nad kieszeniami naiwniaków) i to mnie obraża.
Jeden z największych naszych rodaków, Jan Paweł II powiedział kiedyś znamienne słowa:
”Nie można do końca zrozumieć człowieka bez Boga i sam człowiek nie może zrozumieć siebie bez Boga!”
    Zważmy na to, że (będąc najwyższym dostojnikiem Kościoła Katolickiego), nie użył wtedy stwierdzenia, w którym sugerowałby, iż tylko jego Bóg spełnia kryteria prawdziwości!
    W XI wieku żył mądry człowiek, którego historia zapamiętała jako Anzelma z Canterbery.
Filozof, myśliciel, Doktor Kościoła, który swoimi poglądami naraził się wielu jemu współczesnym, ślepo i bezkrytycznie uznającym prymat słów zawartych w Piśmie Świętym i pobożnym nauczaniu mistyków, nad zdroworozsądkowym myśleniem.
Anzelm, korzystając z mądrości filozofów(na przykład Platona) żyjących dalece wcześniej, aniżeli powstały zwoje Nowego Testamentu, twierdzi, że:
”Rozum jest niezbędny do wytworzenia w umyśle ludzkim idei Boga i dopiero potem należy w sobie rozwijać swoją wiarę!
Powaga Pisma Świętego nie może być ponad własny intelekt i w swoich poszukiwaniach człowiek winien skupić się na głosie rozumu, a nie Pisma....
Prawdy wiary należy dochodzić wyłącznie swoim rozumem (Sola Ratio)”
Ślepy los sprawił, że urodziliśmy się w środowisku, w którym „monopolistą”w kwestiach wiary, jest Kościół Katolicki ukazujący nam Boga w takiej , a nie innej odsłonie.
To jednak nikogo nie zwalnia z używania rozumu, aby kształtować w sobie świadomość potrzeby wiary, która jest istotą ludzkiego dziedzictwa!
„Laicyzacja, odchodzenie od nauczania Kościoła (od wiary)jest procesem nieuchronnym i wprost proporcjonalnym do rozwoju człowieka”-napisał mi jeden z moich rozmówców, a mnie wcale to nie cieszy.
Kryspin

wtorek, 5 września 2017

Początek szkoły w dymie kościelnych kadzideł


  
    Wrzesień każdemu uświadamia, że skończył się czas beztroskiego lata i trzeba powrócić do szarej rzeczywistości.
    Dla kilku milionów uczniów rozpoczął się okres nauki, którą rozpoczęli na uroczystościach inauguracyjnych, które odbyły się w każdej ze szkół. Prawie wszędzie wyglądały one podobnie. W obszernej sali gimnastycznej, w równych rzędach ustawiły się dziewczynki w białych bluzeczkach i chłopcy w koszulach tego samego koloru. Na honorowych miejscach, z dyrekcją na czele, miejsca zajęli zaproszeni goście: lokalni notable, oraz ksiądz, który dołączył do pozostałych po mszy, którą zainaugurowano szkolną uroczystość.
    No i po takim dniu winno pojawić się w mediach ( zwłaszcza tych, którym z zasady wszystko przeszkadza) larum i krzyk niezadowolenia, że szkoła zatraciła swoją wolność w kwestiach światopoglądowych i stała się elementem doktryny państwa wyznaniowego, do którego dążą obecne władze!
     Nie zamierzam wyręczać „obrońców” wolności przekonań, ale uważam, że taka „ewangelizacja”(odgórnie narzucona) w miejscu, gdzie spotykają się ludzie o różnych poglądach religijnych, odnosi skutek daleki od zamierzonego.
    Pozwolę sobie powrócić do przeszłości, gdy Kościół nie był mile widziany w życiu publicznym.
    Moje pokolenie pamięta rozpoczęcia corocznej edukacji, gdy szkolne aule obwieszone były krzykliwymi transparentami „reklamującymi” jedynie słuszny kierunek, w którym winna iść edukacja przyszłych strażników socjalistycznego porządku.
     Po takiej świeckiej imprezie gremialnie i dobrowolnie udawaliśmy się wtedy do parafialnego kościoła, by tam uroczystą mszą rozpoczynać kolejny rok edukacji religijnej
     Winienem teraz uściślić moje stwierdzenia( zwłaszcza młodszym czytelnikom): gremialnie - to znaczy, że w przytłaczającej większości, bo na palcach jednej ręki można było policzyć tych, którzy w religijnej edukacji nie uczestniczyli; dobrowolnie – bo bez przymusu!
     Sporo czasu upłynęło od tamtych lat: zmienił się ustrój i tylko we wrześniu jak co roku, w naszych szkołach dzieciaki rozpoczynają kolejne lata swojej edukacji.
     Obalenie dawnego porządku, poza wolnością: w gospodarce, kulturze, życiu codziennym zwykłych ludzi, poskutkowało czymś jeszcze, czyli wolnością w aktywności Kościoła zagwarantowaną w Konkordacie! Ten zaś skwapliwie rozpoczął „konsumpcję”przywilejów wynikających z podpisanej umowy.
Jednym z pierwszych”sukcesów” tego porozumienia było przywrócenie należnego miejsca dla lekcji religii, która odtąd powróciła do szkół stając się jednym z przedmiotów wpisanych w tygodniowy plan zajęć dla dzieciaków! Pozwoliłem sobie słowo sukces oznaczyć cudzysłowem, bo wcale nie uważam( w przeciwieństwie do większości kapłanów), że to była dobra decyzja!
     Może to tylko zbieg okoliczności(bo świat się zmienił, bo laicyzacja, bo takie czasy....), ale jakimś dziwnym trafem pokolenie wyedukowane w trakcie szkolnych lekcji religii( ludzie w wieku: 30-40 lat), stanowią obecnie grupę najmniej religijną.
    W tym przedziale wiekowym jest najwięcej tzw:”wierzących, niepraktykujących”, którzy swoje kontakty z Kościołem ograniczają do okazjonalnych ceremonii: chrzcin, pierwszych komunii ich pociech, ślubów czy pogrzebów najbliższych, i na tym kończy się ich „przygoda”z Religią.
    Jeżeli zatem tak jest, to wynika z tego, ze teraz w szkolnych ławach zasiadają dzieci tychże rodziców i ceremonia inauguracji roku szkolnego w dymie kościelnego kadzidła, staje się dla nich mało zrozumiałym, folklorystycznym spektaklem, który trzeba odstać i koniec.
    To samo tyczy się lekcji religii, w trakcie których facet ubrany w czarną sukienkę opowiada im historie, które odbierają niczym mity z antycznej cywilizacji.
Kryspin

wtorek, 29 sierpnia 2017

Nie tylko fizyka jest nauką



  W pierwszych latach drugiej połowy minionego wieku przeżywaliśmy zachwyt nad potęgą ludzkiego rozumu, który zaowocował epokowym osiągnięciem, jakim stał się początek podboju kosmosu.
  Od tego czasu poczuliśmy moc ludzkiej myśli, która miała otworzyć nam obszary dotąd nieznane, które fascynowały naszych przodków od zarania dziejów.
Tajemnica wszechświata zdawała się być dosłownie na wyciągnięcie ręki. Znalezienie odpowiedzi na fundamentalne pytania: kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy i jakie jest nasze przeznaczenie, zdawało się być tylko kwestią czasu.
 Zaufanie w siłę rozumu, rozwój naukowego pragmatyzmu zdawały się dawać człowiekowi wolność między innymi od wiary, którą winien zastąpić wiedzą empiryczną!
  Gdy na ziemię powrócili pierwsi kosmonauci naszego wielkiego sąsiada, stwierdzili, że tam w oddali od naszej planety widzieli: gwiazdy, galaktyki, niezliczone ciała niebieskie, ale nigdzie nie dostrzegli Boga, więc to jest dowód, że On nie istnieje!
  Nie potrzeba być nadzwyczaj bystrym, bo śmiechem skwitować taką konkluzję osób, które były z pewnością fachowcami od fizyki, astronomii, czy innych nauk empirycznych, ale na pewno nie byli uprawnieni do zajmowania stanowiska w sprawach, którymi zajmują się filozofia i teologia.(Od stuleci, przez świat nauki, uznane jako dziedziny wiedzy!)
Mam 74 lata, ale od dwunastego roku życia zacząłem wątpić w to, co głosi religia!
Wychowywałem się na wsi wśród wierzących w Boga, biednych ludzi. Od zawsze fascynowałem się fizyką, matematyką i naukami przyrodniczymi.
Religia kłamie, że człowieka stworzył Bóg! Człowiek powstał na drodze ewolucji, a w kosmosie żadne niebo, piekło, czy czyściec nie istnieją.
Bogowie i religie są tworem ludzkiej wyobraźni i tylko w ludzkich głowach.
Jakie to bardzo naiwne wierzyć w anioły czy modlitwę. One mają rację tylko w atmosferze, a przecież poza nią skrzydła są nieprzydatne, ani słowa się nie rozchodzą. Podobnie z wymyśloną sprawą, że człowiek ma duszę. Niby jest wrażliwa na ogień, piekło, a na zimno już nie?
A w kosmosie jest 269 stopni na minusie!
Wszystko, co głosi religia, kłóci się z rozumem i jest jego obrazą!”
No i co mam odpowiedzieć Panu Henrykowi?
  Z pewnością oczekiwałby jakiejś polemicznej dyskusji z mojej strony, ale może zamiast niej, opowiem historię, która ponoć zdarzyła się wiele lat temu.
  W latach pięćdziesiątych minionego wieku, gdy władza ludowa na polskiej wsi prowadziła akcję uświadamiania ciemnego ludu, w wiejskich świetlicach odbywały się prelekcje na temat tego, że wiara to zabobon, z którym najlepiej się rozstać.
 W trakcie jednego z takich spotkań, które realizował „ekspert” po WUML-u (Wieczorowym Uniwersytecie Marksizmu i Leninizmu), zgłosił się gospodarz zadając mu pytanie:
 Drogi prelegencie, mam owcę, konia i krowę. Wszystkie pasą się na tym samym pastwisku i jedzą trawę. Później koń robi pączki, krowa placki, a owca małe kuleczki.
Jak to wytłumaczyć?
Prelegent nieco zaskoczony pytaniem, zupełnie odbiegającym od tematu spotkania, po chwili odpowiedział:
-No nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo się na tym nie znam.
-A to ciekawe? - Powiedział gospodarz z retorycznym tonem i zaraz potem dodał:
-Na g.....ch się Pan nie zna, a poucza Pan nas o Bogu?
   Tak na koniec mój gorący apel do panów Henryków, których jest bardzo wielu. Nikt nie zabrania mieć wam osobistego zdania na temat waszej wiary, wątpliwości, czy niewiary.
 Jeżeli jednak potrzebujecie uzasadnienia (często dla samych siebie), waszego przekonania, podejmijcie trud edukacji także w tych kwestiach.
Kryspin, 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Węzeł gordyjski



     Oboje są już w „słusznym” wieku (tak mniemam po długim małżeńskim stażu).
Kiedyś połączyła ich miłość, która przetrwała wiele lat i zaowocowała potomstwem, bardzo już dorosłym (wszyscy mają swoje rodziny).
    Kobieta w tym związku zadbała o ich religijne (katolickie) wychowanie i sama przez lata dochowała wierności wierze uczestnicząc systematycznie w niedzielnych nabożeństwach z jednym, ale jakże dla niej bolesnym ograniczeniem.
   Od lat nie może cieszyć się pełnią sakramentalnego życia, bo systematycznie spotyka się z odmową rozgrzeszenia.
Powodem tego jest fakt, że przed laty pokochała mężczyznę innego wyznania. Miłość jej życia, ojciec ich dzieci co niedziela chodzi do cerkwi, gdzie pielęgnuje tradycję wiary swoich przodków.
   Aby przypadek zdał się jeszcze bardziej zawiły, niewiasta napisała, że ich związek od lat (od czasu choroby nowotworowej jej ukochanego), nie jest „konsumowany” w ludzkim rozumieniu.
Po takim bagażu informacji moja rozmówczyni zapytała mnie jakie widziałbym rozwiązanie jej problemu?
    Pozornie sprawa wydała mi się banalnie prosta i dlatego odpisałem, aby zwyczajnie zawarli kościelny ślub w formule sakramentalnego związku katolika z osobą innego wyznania i sprawa załatwiona.
Gdyby jednak z jakiegoś powodu nie zamierzali pójść tą drogą i zostawić wszystko po staremu, to istniała przecież jeszcze inna przesłanka( wspomniała o niej pisząc o chorobie ukochanego), która otwierała drzwi do pełni sakramentalnego życia zatroskanej niewiasty.
    No i przeliczyłem się z moim optymizmem, o czym świadczył kolejny mail, gdy już od pierwszych słów odpowiedziała zdecydowanym tonem: ”Nie zamierzamy nic zmieniać w naszym związku!”
   W pierwszej chwili poirytowała mnie taka odpowiedź, ale gdy przeczytałem dlaczego w takim tonie wyraziła swój sprzeciw wobec moich sugestii, zrozumiałem.
   Kobieta uzasadniła swój sprzeciw wiarą i przekonaniem religijnym jej i życiowego towarzysza także.
Nie mogli zawrzeć związku małżeńskiego w kościele katolickim (w formule sakramentu z osobą innego wyznania), gdyż to równałoby się z wykluczeniem jej ukochanego z kościoła prawosławnego, a w przypadku ślubu w cerkwi, to ona musiałaby przejść na prawosławie.
Oboje pragnęli zachować swoją wiarę i przez lata starali się być dobrymi członkami swoich religijnych wspólnot:ona kościoła, a on cerkwi.
Pewnego razu jeden z kapłanów poinformował ją, że znalazł „sposób”, aby mogła otrzymać rozgrzeszenie.
Zaprosił oboje do biura parafialnego i podsunął im do podpisu zobowiązanie, iż od tej pory ich związek będzie „białym” (czyli, że deklarują trwałą rezygnację z cielesnych zbliżeń)
Zszokowana kobieta odpowiedziała:
-”Codziennie modlę się o to, aby Dobry Bóg przywrócił mojemu ukochanemu zdrowie, a wtedy pierwsza będę pragnęła cielesnego spełnienia z nim, bo go kochałam, kocham i zawsze będę kochała, więc nie mogę tego podpisać!”
Innym razem, pobożny zakonnik odesłał nieboraków do Sądu biskupiego, który winien rozeznać ich problem.
I tak ten swoisty „gordyjski węzeł” trzyma ich w swoich pętach po dziś dzień!
A mnie się wydaje, że jedynym, koniecznym rozwiązaniem dla nich jest to, aby trafili na mądrego kapłana, który ucieszyłby się co najmniej dwoma powodami, dla których zasługują na pełnię praw w kościele i w cerkwi:
Pierwszym jest ich wierność swojej wierze, a drugim miłość wzajemna, pielęgnowana przez lata.
Każde(także kościelne)prawo winno pomagać człowiekowi być: dobrym, prawym, uczciwym wobec Boga i ludzi; a takim się staje, gdy kieruje się miłością!
Kryspin 

środa, 16 sierpnia 2017

Ucho igielne



„Wiele lat obserwuję otaczającą mnie rzeczywistość i zwróciłem szczególną uwagę na działania KK. Przypomina mi się również pewien cytat:”Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne”. Obraz, który widzę na co dzień, jest zatrważający. Wygląda na to, że większość (i to znakomita)” pracowników” KK nie chce się dostać do miejsca, o którym tak chętnie opowiadają...
Reszta wniosków sama się nasuwa i nie muszę ich tutaj przytaczać. Pozdrawiam”-
Podpisany imieniem i nazwiskiem czytelnik.
Jeden z wielu listów, po którym moi mailowi rozmówcy oczekują, że wpiszę się w ten nośny trend wyliczania bogactwa, w jakim pławi się Kościół i gorszącego zachowania jego „pracowników”, łączących swoją aktywność zawodową (powołanie) z mamoną.
Teraz powinienem pobawić się w wyliczankę(najlepiej popartą przykładami) : podać miejsca (parafie) i nazwiska kapłanów, którzy posiadają luksusy, niekiedy niedostępne dla maluczkich.
No mógłbym jeszcze pojechać po hierarchach, mających do swojej dyspozycji samochody z najwyższej półki dilerskich salonów.
I na koniec „wisienką na torcie”, byłby przykład zakonnika -biznesmena, który w podległych mu mediach modlitewne zdrowaśki przeplata numerem konta, na które pobożne duszyczki winny wpłacać spore datki.
Zawiodę jednak( i pewnie kolejny raz spotkam się z zarzutem o sprzyjanie moim dawnym kolegom-kapłanom KK) i nie wpiszę się w tę wyliczankę katolików(i pewnie nie tylko tych praktykujących), będącą tematem rozmów przy niedzielnym placuszku zajadanym w otoczeniu najbliższych.
Przed kilkoma laty w Indiach, kraju wielkim jak kontynent i ludnym ponad wyobrażenie, pojawił się inwestor (Anglik z urodzenia) i założył tam fabrykę produkującą tkaniny. Pewnie był jednym z tysięcy inwestorów, którzy w tym wielkim i biednym kraju zwietrzyli szansę na tanią siłę roboczą, przez co mogli liczyć na szybkie wzbogacenie się.
Ten człowiek był jednak inny. W jego zakładach(zatrudnia kilka tysięcy pracowników), ludzie zarabiają dwa razy więcej, aniżeli pracownicy podobnych firm rozsianych na terenie tego wielkiego kraju. Ekscentryczny biznesmen nie robi tam interesu życia- nie pławi się w luksusie, jeździ skromnym samochodem i zostawia dla siebie kilkaset dolarów, bo stwierdził, że to mu wystarcza, a i tak żyje na całkiem dobrym poziomie.
Może teraz trochę bliższy nam przykład.
Człowiek, którego znają chyba wszyscy. Lider wielkiej partii, który na co dzień budzi w naszym społeczeństwie skrajne emocje-od uwielbienia po nienawiść.
Pewnie wzorem innych liderów politycznych powinien poużywać luksusu bogactwa, a poprzestaje na skromnym, lekko już znoszonym garniturze i mieszka w leciwym szeregowcu, który pewnie odziedziczył po rodzinie.
Ktoś powie, że jest już w wieku, gdy nie przykłada się wagi do dóbr materialnych i nie ma rodziny(poza kotem), więc po co mu góra bogactwa?
On pewnie myśli podobnie, bo zrezygnował z dobrodziejstwa comiesięcznej emerytury, którą przeznacza na cele charytatywne i zadowala się poselską dietą( choć pewnie teraz ktoś zauważy, że ona wcale do małych nie należy i to prawda)
Łatwo potrafimy wyliczać nadmiar innym i słusznie zauważamy, że w przypadku ludzi Kościoła to szczególnie razi.
Pozwolę sobie jednak zauważyć, że KK (Kościół katolicki) to nie tylko ludzie w sutannach, ale my wszyscy, którzy stanowimy wspólnotę w nim.
A gdyby tak każdy z wiernych parafialnej trzódki oddawał na rzecz biedniejszych, powiedzmy 10% ze swoich zarobków (tych ponad przeciętnych!), to może byśmy się czuli trochę lepiej i to „igielne ucho” nie byłoby czymś niemożliwym do przebrnięcia?
I może na koniec warto przypomnieć sobie przypowieść Chrystusa o Bogaczu i Łazarzu?
Na końcu naszego ziemskiego czasu Bóg będzie rozliczał nas z wrażliwości wobec naszego bliźniego, każdego z nas: tego w sutannie, ale i chodzącego w krawacie biznesowego sukcesu także!
Kryspin

wtorek, 8 sierpnia 2017

Toaleta przy kościele.


Przyznaję, że po każdym artykule, z wielką przyjemnością czytam na mojej skrzynce mailowej listy od czytelników.
Staram się odpisywać na każdy z nich, niezależnie, czy piszący zgadzają się z moim stanowiskiem, czy mają odmienne zdanie.
Są także takie maile, w których dostaję prośby, by w kolejnych artykułach poruszyć jakiś temat nurtujący czytelników.
Właśnie w takim tonie napisał do mnie starszy mężczyzna i przyznaję, że zaskoczył mnie problemem, z którym się zwrócił:
„....Zawsze czytam Pana artykuły z wielkim zainteresowaniem. Sam kiedyś chciałem być księdzem, ale dobrze, że nim nie jestem. Kiedy widzę rozbieżność między tym co mówią, a co robią, to gdyby to widział Jezus, to pewnie nie chciałby być jednym z nich. A przecież podobno gdzieś napisano, że”nie słowa, ale czyny twoje zostaną policzone”.
Zadaję sobie często pytanie o to, czy modlitwa polega tylko na bezmyślnym klepaniu paciorków, zaliczaniu pielgrzymek, klęczeniu z przekrzywioną głową itd.?
Nie!!! Po stokroć nie!!! Ona polega na codziennym czynieniu dobra, czyli na robieniu dobrych uczynków oraz na realizowaniu(a nie tylko na gadaniu) codziennie aktów miłosierdzia. Jest to znacznie trudniejsze, aniżeli klepanie paciorków.
Podam tylko jeden przykład. Przy wielu kościołach istnieją toalety, wybudowane nawet przed wojną(pamiętam to!) Ale dlaczego są one zawsze zamknięte?
Kiedy zwróciłem się do kilku proboszczów z prośbą o codzienne(nie tylko w niedzielę) stałe udostępnienie ich wiernym, odpowiedzieli, że nie jest to możliwe(choć były otwarte przed wojną), ponieważ mogliby korzystać z nich:narkomani, tzw. „ciemny element”, drobni złodzieje, niszczyciele sprzętów, a może nawet prostytutki itd!
To ja zapytałem, czy to także nie są nasi bliźni, którym szczególnie należy okazywać miłosierdzie?
Bo nie chodzi tylko o puste gadanie o miłosierdziu, ale na czynieniu dobra!
Jest przecież wiele kobiet w ciąży, małych dzieci, seniorów, mężczyzn z problemami prostaty, osób z problemami dróg moczowych itp. którzy ciągle muszą korzystać z takich przybytków.
A że przy tym nieco nabrudzą, to co z tego? Nawet jeśliby trzeba było po nich posprzątać, nawet kilka razy dziennie. Jest to problem, ale tylko dla tych wygodnickich proboszczów, którzy trzymają głowy zadarte wysoko i starają się unikać trudu....”
Przez chwilę zastanawiałem się nad tym nietypowym problemem o którym napisał ten człowiek, ale zaraz przypomniałem sobie, że to ma sens.
Papież Franciszek, specjalista od zadziwiania swoich współpracowników, poszedł przecież o wiele dalej, udostępniając bezdomnym watykańskie prysznice. Do tego zaprosił okolicznych fryzjerów, by za darmo tam strzygli biedaków. Nie poprzestał jednak tylko na tym, bo obok łaźni polecił urządzić jadalnię, by tam ich częstować posiłkami( w których nota bene sam często uczestniczy)!
Jest jeszcze coś niesamowitego w tym wszystkim, co możemy zaobserwować, gdy media pokazują takie „wydarzenia” zza Spiżowej Bramy. Ojciec Święty tryska radością i widać, że nie jest to uśmiech na potrzeby wizerunku. On autentycznie jest wtedy szczęśliwy!!
„Nie słowa, ale czyny twoje zostaną policzone"
Może warto mieć to na uwadze czcigodni zarządcy parafialnych trzódek?
Pomysł starego człowieka z kościelnymi toaletami nie jest wcale taki absurdalny....
A gdyby tak jeszcze go poszerzyć?
Gdyby przy parafiach stworzyć miejsca do przywracania higieny, w których biedni, bezdomni, nawet ci, co w oparach alkoholowego nałogu zatracili zapach czystego ciała, mogliby poczuć się na nowo ludźmi, to nie byłby to wspaniały uczynek wrażliwości wierzącej wspólnoty?
A koszty, trud poniesiony, by takim zagubionym owieczkom okazać odrobinę serca?
One nie są wcale takie duże, gdy zważymy na to, że te uczynki miłosierdzia, po stokroć zostaną zapisanie jako bilet wstępu do wiecznego przeznaczenia nas wszystkich!
Kryspin, 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Parafie gorszego Boga



    Są dwie profesje, które wyróżnia się dodatkowym określeniem: Powołanie: to zawód lekarza i posługa kapłańska.
    Wśród podobieństw możemy wyliczyć: identyczny czas studiów(6 lat) i następne lata praktyki w „zawodzie”. Lekarz staje się rezydentem i robi specjalizację, a ksiądz rozpoczyna posługiwanie jako wikariusz w kolejnych parafiach i także się dokształca, by po cyklicznych kurialnych kursach, złożyć egzamin proboszczowski.
    Później jeden i drugi musi już tylko czekać na realizację swoich pragnień.
Lekarz podejmuje praktykę w wybranej przez siebie specjalizacji, a ksiądz wikariusz otrzymuje dekret, w którym biskup powierza mu samodzielność na parafialnej niwie.
    Podobieństwa w powołaniu tych dwóch ludzi wcale się jednak na tym nie kończą i nadal występują:
Lekarz realizujący się w prestiżowej klinice, z pewnością czuje się lepiej od kolegi, któremu udało się załatwić etat gdzieś w prowincjonalnym szpitalu?
Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku kapłanów delegowanych do samodzielnej pracy w przydzielonych im parafiach.
    W każdej diecezji można podzielić parafie na dwie kategorie: chwilówki i placówki docelowe.
Chwilówka, to parafia, którą kapłan obejmuje z nietęgą miną i uważa, że doznał krzywdy.
W takiej wspólnocie duszyczek jest mało, a jeszcze większość z nich to bezrobotni (np. parafie popegeerowskie).
No i ksiądz proboszcz czuje się zawiedziony, dlatego całą energię kieruje na znalezienie wyjścia z tej niezręczności.
     W podobnej sytuacji znalazł się kiedyś mój seminaryjny kolega, gdy została mu przydzielona pierwsza samodzielna parafia. To była dla niego sytuacja jak z sennego(kapłańskiego) koszmaru. Wszem i wobec żalił się na niesprawiedliwość (bez wycieczek personalnych, tak dla ostrożności) i zastanawiał jak odmienić swój los?
Ale od czego ma się przyjaciół?
    Innemu koledze bardziej się poszczęściło. Biskup skierował go do ciekawszej parafii, w której łatwiej związać koniec z końcem, a i perspektywy awansu rysowały się całkiem spore.
Kursowy kolega miał jeszcze jeden atut: był ulubieńcem kościelnego hierarchy i bez większego trudu załatwił nieszczęśnikowi nowe, „lepsze” miejsce proboszczowskiej posługi.
    No i wszyscy byli zadowoleni...
Takie zadowolenie winni przejawiać także parafianie z tej „chwilówkowej” parafii, bo może w końcu trafią na kapłana z powołaniem, a jeśli nawet nie, to po krótkim czasie doczekają się zmiany.
    W gorszej sytuacji są wierni, których kościelne władze na długie lata uszczęśliwiają proboszczami traktującymi parafialną wspólnotę jak dopust Boży.
    Był wtorkowy poranek, gdy przed laty spotkałem w moim osiedlowym sklepie dawnego kolegę z seminarium, a którym mówiono, że przeszedł do cywila.
Zapytałem go, czy mieszka gdzieś niedaleko, a on z rozbrajającą miną oznajmił mi, że robi zakupy, bo za chwilę wraca do swojej parafii.
Odpowiadając na moje zdziwienie, oznajmił, że jego miejsce kapłańskiej posługi, to popegeerowska dziura, w której nie ma co robić, no ale zważywszy na to, że powrócił po trzech latach do duchownego stanu, nie wypadało więcej biadolić.
Póki co, to często w gorszej sytuacji są wierni parafii, które określiliśmy mianem docelowych.
    Biskupia „ruletka”( albo subiektywna ocena kościelnego przełożonego), często „uszczęśliwia” takich parafian proboszczem, który przez długie lata(niekiedy kilkanaście i więcej), robi wszystko, by pokazać im, że nie przyszedł służyć, ale by mu służono.
A przecież mogłoby być tak pięknie, zwyczajnie.
    Gdyby posługa proboszcza była kadencyjna (np. 4 + 4 lata max) i po tym okresie następowała by zmiana?
    Gdyby ksiądz nie spełniający się w samodzielnej(proboszczowskiej) posłudze, powracał do pozycji wikariusza, tak dla przypomnienia sobie, na czym polega kapłańska posługa?
Kryspin

wtorek, 25 lipca 2017

Rozwód z biskupem



Dzień dobry Kryspinie.
Czytałem Twoje książki. Jestem kapłanem, który pokochał kobietę taką zwyczajną, ludzką miłością. Wykonuję każdego dnia moją kapłańską posługę, ale gdy przychodzi wieczór i próbuję kończyć go kapłańską modlitwą brewiarzową, moje myśli biegną do niej i wtedy przeżywam wielkie cierpienie. Pragnę szczerego kapłaństwa i staram się uciekać od myśli o kobiecie, którą pokochało moje serce, ale nie potrafię. Choć rozum stara się mi narzucić, że muszę uwolnić się od tej „słabości”, to i tak przegrywam tę walkę z samym sobą.
Kocham i żyję nadzieją, iż nadejdzie takin dzień, gdy będę z moją ukochaną tak normalnie, bez strachu, bez wścibskich oczu, które karmią się skandalami kapłańskich, zakazanych miłości.
Zazdroszczę tym wszystkim, którzy mogą iść przez życie mając u swojego boku ukochaną osobę, a mnie tego nie wolno.
Nie mam z kim o tym porozmawiać, choć kiedyś wbijano mi do głowy, że ksiądz nigdy nie jest samotny, bo ma współbraci w kapłaństwie i wiernych w parafii, którzy tworzą z nim rodzinę.
Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy kilkunastu lat, które upłynęły od dnia moich święceń; mogę powiedzieć, że to są puste frazesy.
Kapłan jest skazany na samotność, nawet gdy otacza go tłum.
Przeżywam stan beznadziei, załamania, bo uświadamiam sobie, że nie chcę tak żyć
Boję się jednak podjąć decyzję o mojej przyszłości.”
     Przez kilka dni pozostawiłem ten list bez odpowiedzi zastanawiając się, czy mam prawo zająć stanowisko i otwarcie udzielić mu odpowiedzi, w której zawarta by była jasna sugestia:
Zrób tak a tak i problem pozostanie poza Tobą.
Nie zrobiłem tego, ale zadzwoniłem i zwyczajnie z nim porozmawiałem, nie sugerując, co powinien zrobić ze swoją przyszłością.
W pewnym momencie zapytałem go, czy o tych swoich rozterkach próbował porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi, kapłanami?
Po chwili ciszy odpowiedział:” Wśród kapłanów nie ma przyjaźni i o takich sprawach trudno się rozmawia, a gdy już, to w żartobliwej formie.”
     Kilka miesięcy temu mój dawny seminaryjny kolega, obecnie nobliwy kanonik, dziekan, powiedział mi, że w mich książkach szkaluję stan duchowny i szkodzę Kościołowi i on będzie się modlił o moje nawrócenie.
     Jestem wdzięczny za zapewnienie o modlitwie,ale nie uważam, abym robił coś złego rozmawiając z tymi, którzy szukają pomocy stojąc przed koniecznością wyboru.
„Bądź zimny, albo gorący”,( Apokalipsa św. Jana, 3,15), czyli bądź autentycznym wobec siebie i innych!
Prawie dwa lata temu napisała do mnie młoda kobieta będąca w nieformalnym, wieloletnim związku ze starszym od siebie kapłanem. Przed kilkoma dniami odezwała się do mnie kolejny raz:
Mój ukochany jest wreszcie po „rozwodzie z biskupem”, a wczoraj poprosił mnie o rękę!”
Tak na koniec mój apel i gorąca prośba:do kapłanów, którzy są w nieformalnych związkach, bo pokochali „ ludzką miłością”.
Bądźcie:”zimni, albo gorący”!
     Często przed podjęciem decyzji:: Odchodzę, bo kocham", przeżywacie lęk przed napiętnowaniem, niezrozumieniem środowiska, czy zgorszeniem, jakie będą wam przypisywać wasi kościelni przełożeni.
Prawdziwym zgorszeniem i godnymi napiętnowania są ci, o których Apokalipsa mówi w dalszej części:”a tak, skoro jesteście letni....będę was wypluwać z moich ust”
W tym gronie są wasi współbracia, którzy nie raz żartobliwie tłumaczą samym sobie, że:
 „Celibat to tylko bezżeństwo, ale wcale nie zabrania cielesnych uciech ”
W gronie tych letnich są także decydenci Kościoła godzący się na fikcję nieludzkiego (Bożego tym bardziej!) wymogu celibatu!
Kryspin, 

wtorek, 18 lipca 2017

Fioletowy pomponik



    Dzisiaj spróbuję przybliżyć czytelnikom sprawę awansów w hierarchii kościelnej na poziomie parafialnym. Do przybliżenia tego tematu zainspirował mnie list jednego z czytelników.
  „W naszej parafii przez ponad trzydzieści lat proboszczem był ksiądz Mieczysław, który przez lata stał się bliskim znakomitej większości tych, którzy co niedziela wypełniali naszą świątynię.
   Pomimo upływających lat, gdy myśmy dorastali, zakładali nowe rodziny i tak po ludzku stawaliśmy się coraz bardziej dojrzałymi ludźmi, on pozostawał nieustannie taki sam: z nieodłącznym, życzliwym uśmiechem, pamiętający każdego z nas z imienia, zawsze znajdujący chwilę, by zwyczajnie porozmawiać o radościach i troskach nas dotykających.
    Parafianie lgnęli do niego i nawet ci, którym mógłby za niejedno pogrozić palcem, nie uciekali od spotkań z nim, bo wiedzieli, że w każdym człowieku potrafił dostrzec dobro i przez to potrafił wskazywać drogę powrotu na ścieżkę lepszego życia i wielu na nią wracało.
Jedynym, co szczerze nas martwiło, to zdrowie księdza Miecia, który będąc jeszcze dzieckiem, zaliczył koszmar obozu koncentracyjnego i tamten czas upomniał się o zapłatę w postaci postępującej choroby.
    W ostatnich miesiącach służby dla naszej wspólnoty dało się zauważyć, że nawet odprawianie mszy świętej sprawiało mu zwyczajne cierpienie. Drżący głos i coraz bardziej rozdygotane dłonie, w których ukazywał nam eucharystycznego Chrystusa sprawiały, że te nabożeństwa były inne od tych z czasu, gdy nasz proboszcz zarażał wiernych radością przeżywania uczty Pana, jak zwykł nazywać niedzielną mszę.
    Od ponad dwóch lat mamy nowego proboszcza, Księdza Mirosława: od roku kanonika, o którym to wyróżnieniu poinformował nas biskup po bierzmowaniu w naszym kościele.
    Nasz nowy proboszcz jest inny od ks. Mieczysława i nie chodzi mi tylko o wiek, czy zewnętrzny wygląd.
    Nie ma w nim ciepła i życzliwości tamtego kapłana, a zamiast tego emanuje oziębłością kościelnego inkwizytora i człowieka biznesu, który bez skrupułów potrafi łupić naiwnych, by zrealizować swoje wizje.
    Kilka tygodni po objęciu naszej parafii dał się poznać z tego, że pieniądz rzucony na tacę, więcej dla niego znaczy, aniżeli poczucie bliskości z Chrystusem, co tak nas fascynowało w postawie naszego poprzedniego proboszcza. Teraz tego nie ma i pozostał tylko chłód.
    Prawie w tym samym czasie, gdy nasz biskup poinformował nas o nadaniu godności kościelnej naszemu proboszczowi, doszła do nas smutna nowina z domu księży emerytów, że zmarł nasz stary proboszcz
Wkrótce nasz stary duszpasterz ostatni raz powrócił do ukochanej przez siebie świątyni, gdzie odbyły się uroczystości pogrzebowe. Na cmentarz odprowadzała go chyba cała parafia i ludzie na zmianę nieśli trumnę z czarnym biretem umieszczonym na wielu obok krzyża i chyba nie tylko mnie było trochę przykro, że to nakrycie głowy noszone przez kapłanów, nie wieńczył fioletowy pompon, który dumnie wieńczył głowę naszego nowego proboszcza.
    Ks. Mirosław został przeniesiony do nas z parafii położonej na drugim krańcu naszej diecezji, z której odszedł w atmosferze obyczajowego skandalu ( o czym dowiedziałem się od mojej siostry, która mieszka w tamtejszej parafii)
Pytam więc: Czym kierują się hierarchowie przy przyznawaniu wyróżnień i godności, jakimi nagradzają niektórych kapłanów?”
No cóż?
Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć i dlatego tylko mogę tylko zacytować wyjaśnienie Wikipedii:
    „Kanonik (łac:canonicus), wczesnośredniowieczna nazwa duchownych, żyjących według reguł kanonicznych przy kościołach biskupich(katedrach); obecnie duchowny uhonorowany godnością za szczególne zasługi dla kościoła lokalnego”
    A swoją drogą, może warto by zapytać swojego biskupa o te „szczególne zasługi” jakimi musiał wykazać się wasz proboszcz, by załapać się na prawo do fioletowego pomponika na swoim birecie?
Kryspin,

wtorek, 11 lipca 2017

Propozycja dla Radia Maryja

    Zupełnie przypadkowo trafiłem ostatnio w naszej TV na relację z dorocznej pielgrzymki miłośników Radia Maryja do Częstochowy. Na błoniach rozciągających się wokół murów sanktuarium Czarnej Madonny rozlokowało się miasteczko namiotowe, w którym organizatorzy tego wydarzenia zadbali o „kompleksową” obsługę pobożnych pielgrzymów.
    Było tam wszystko, co zdawało się być niezbędne, by rozmodleni entuzjaści toruńskiej rozgłośni czuli się bezpieczni o swoje ciała i dusze także.
Ojciec Dyrektor bacznym okiem obserwował falujący tłum kilkudziesięciu tysięcy wiernych i tylko dyskretnie przekazywał sugestie pomagierowi w czarnej sutannie, a ten kierował grupy nadchodzących pielgrzymów, informując ich o wolnej przestrzeni pośrodku wielkiego placu, gdzie powinni się udać, by zrobić miejsce oczekującym na obrzeżach.
    Przy tej okazji młody redemptorysta ( zgromadzenie do którego należy Ojciec Dyrektor) instruował zebranych, że w kolorowych namiotach ustawionych na skraju placu, mogą zakupić wartościowe książki i inne „święte gadżety”, z którymi powrócą niebawem do swych rodzinnych domów.
    Na terenie pielgrzymiego spotkania porozstawiane były także małe, białe namioty, na które toruński animator szczególnie zwrócił uwagę zebranych.
Tam znajdowały się punkty składania ofiar na działalność i rozwój Radia Maryja.
   Młody zakonnik w czarnej sutannie szczególnie polecał zebranym, by nie omijali tych białych przybytków i głęboko sięgnęli do kieszeni, by wesprzeć toruńską rozgłośnię.
Niby żartem, ale jednocześnie poważnym głosem dodał: „Jeżeli chcemy świętować kolejne nasze pielgrzymki do Matki Bożej i zależy nam na naszej rozgłośni, to nie powinniśmy być skąpi w ofiarności na ten cel”
    Po tej telewizyjnej relacji uświadomiłem sobie, że w tym religijnym ruchu drzemie wielka siła, która owocuje imponującym medialnym imperium zrzeszającym wrażliwe serca oddanych słuchaczy.
    Do pełni zachwytu nad dziełem toruńskich redemptorystów czegoś jednak jeszcze mi brakowało i dlatego przewertowałem internet mając nadzieję, że tam znajdę przykłady owoców darów serc miłośników tej rozgłośni.
   I tu trochę się rozczarowałem, bo trudno byłoby znaleźć jakieś spektakularne akcje charytatywne, którymi ojcowie animatorzy mogliby się pochwalić, co media mało przychylne Radiu Maryja nie omieszkały wypomnieć, porównując jego dokonania chociażby z coroczną fiestą dobroczynności pana Owsiaka.
    Nie poprzestałem jednak tylko na wyciąganiu wniosków z ocen „centrali”tegoż ruchu, bo znalazłem informacje o oddolnych strukturach miłośników tej katolickiej rozgłośni.
   Przy wielu parafiach działają aktywiści ze znaczkiem RM(Radio Maryja) w klapie i organizują pozostałych zwolenników w zbożnych akcjach: Cykliczne spotkania modlitewne, organizowanie zbiorowych wyjazdów do centrali i innych miejsc kultu, organizowanie pomocy charytatywnej dla biednych parafian oraz pielęgnowanie postaw pro-life wśród członków wspólnoty wierzących.
   I tu zapaliło mi się kolejny raz zielone światełko nadziei w związku z inicjatywą pomocy kobietom w ciąży i mamom „trudnych ciąż”, które wybrały życie dla swoich dzieci.
Pisałem o tym niedawno w artykule:”Dom mam” mając nadzieję, że zainteresują się tą ideą kościelni hierarchowie. Odpowiedzią była jednak tylko cisza i zero reakcji.
Może to był wtedy naiwny pomysł Księdza w cywilu, na którego apel niezręcznie byłoby zareagować, nie wiem?
    Zdeklarowana postawa pro-life, którą w swoich działaniach wpisują miłośnicy Radia Maryja, znakomicie współgra z ideą Domu mam.
Dzisiaj nie napiszę listu otwartego do Ojca Dyrektora, bo przecież nadal jestem tylko Księdzem w cywilu, ale może mogę liczyć na Waszą uwagę i wrażliwość serc.
    W Radiu Maryja słuchacze mogą stawiać pytania i dzielić się inicjatywą dobrych serc.
Może podsuniecie decydentom Waszej rozgłośni pomysł z „Domem mam”.
   Wtedy oprócz słów(nawet najpiękniejszych), ofiarujecie Bogu wrażliwość dobrych uczynków, a bez nich przecież wiara martwą jest!
Kryspin

wtorek, 4 lipca 2017

"Dwa teatry"



   Przed sześciu laty pierwszy raz odpowiedziałem na zaproszenie i spotkałem się z koleżankami i kolegami z mojego liceum. Co pięć lat absolwenci naszego rocznika przybywają do dawnej szkoły, by wspominać czas, gdy stanęliśmy u progu dorosłego życia.
   Przyznam, że trochę z obawą udałem się na to spotkanie po latach.    Bezpośrednio przed zjazdem maturzystów rocznika 1976 zastanawiałem się, czy nie będę stremowany spotkaniem dawnych przyjaciół z licealnej klasy i czy rozpoznam w mocno dorosłych ludziach dawnych nastolatków, z którymi kiedyś zaliczaliśmy wspólne imprezy( nie zawsze organizowane po myśli dorosłych), ale i wspieraliśmy się, gdy komuś zabrakło determinacji w nauce i na klasowym sprawdzianie rozpaczliwie oczekiwał pomocy w postaci podpowiedzi kolegi, czy przysłowiowej ściągi ratującej go przed kolejną „pałą” w dzienniku.
Od pierwszej chwili, gdy się spotkaliśmy, wszystkie, (pewnie nie tylko moje) obawy rozwiały się niczym poranna mgła. Powitaliśmy się serdecznie, by później przez długie godziny ze sobą rozmawiać. Do późnej nocy w atmosferze szczerej radości snuliśmy wspomnienia i dzieliliśmy się tym, co dzisiaj, nie unikając szczerych wyznań o tym, co obecnie nas dotyczy, niekiedy gryzie, z czego jesteśmy dumni i co było naszą osobistą życiową porażką także.
    To było bardzo miłe spotkanie przyjaciół. Przez minione lata życie rzuciło nas w różnych kierunkach dając jednym garść sukcesów, innym nie szczędząc porażek i przegranych. To jednak nie przekreśliło naszej młodzieńczej przyjaźni i wszyscy się z tego cieszyliśmy.
Może dlatego rozstając się bladym świtem poranka następnego dnia, obiecaliśmy sobie, że spotkamy się kolejny raz i tylko zrobiło się nam trochę smutno, że dopiero za pięć lat, ale mieliśmy świadomość, że prawdziwa przyjaźń nie uchodzi z serc pomimo upływającego czasu i to pozwoliło nam zachować uśmiech nadziei.
   Nomen omen, w minionym miesiącu dane mi było przeżywać identyczną rocznicę wydarzenia, którego byłem uczestnikiem w 1982 roku ( 04.06.1982).
   W sobotnie przedpołudnie tegoż roku, w Archikatedrze Gnieźnieńskiej odbyły się święcenia kapłańskie.
Byłem wtedy jednym z 20 diakonów, których Chrystus wybrał do swojej szczególnej posługi.
   Doroczne spotkanie moich dawnych kolegów z seminarium zostało zaplanowane w mojej rodzinnej miejscowości. Ksiądz Kanonik(mój znajomy jeszcze z czasu liceum, które wspólnie kończyliśmy) poinformował i zaprosił na tę uroczystość swoich parafian, aby i oni uczestniczyli we wspólnej mszy księży jubilatów (35 lat od święceń).
   Postanowiłem skorzystać z okazji i wziąć udział w tym spotkaniu, bo właściwie choć teraz jestem „księdzem w cywilu” to przecież także ta rocznica mnie dotyczy,
   Przyznam, że chciałem po latach zobaczyć się z ludźmi, z którymi przeżyłem dziesięć lat (6 lat Seminarium i 4 lata kapłańskiej posługi).
   Może także liczyłem na to(wspominając licealny zjazd), że będzie to miłe, choćby krótkie spotkanie z przyjaciółmi, których tak dawno nie widziałem.
Przed plebanię, w której później mój kolega zaplanował ugoszczenie przybyłych, zajechali się dostojni kapłani. Stałem nieco z boku i patrzyłem starając się rozpoznać w nich dawnych, kipiących młodością, radosnych sług ołtarza, bo takimi ich zapamiętałem.
    Nie było wśród nich jednak tych dawnych moich przyjaciół, z którymi przez sześć lat zdawaliśmy się być jedną, zgraną kompanią. Zamiast tego przede mną stał krąg podstarzałych facetów, z grymasem na twarzy, niczym u aktorów zmuszonych do chałtury w prowincjonalnym teatrze.
   Trochę mnie to zmroziło, ale podszedłem bliżej i wtedy jeden z nich przywitał mnie zdziwiony:”A ty co tu robisz? To przypadek, czy ktoś ci doniósł?”.
Zrobiło mi się przykro i straciłem chęć do rozmowy z pozostałymi.
    Powróciłem do siebie i trochę mi smutno, bo do tej pory sądziłem, że sześć lat wspólnej, seminaryjnej drogi rodzi to, co w świecie nazywa się przyjaźnią.
Jezus był przyjacielem wszystkich (także celników i grzeszników)?
   Tego i wam życzę, moi dawni koledzy, choć może nie użyję już określenia przyjaciele.
Kryspin

wtorek, 27 czerwca 2017

Bóg nie jest szefem mafijnego klanu



    Pamiętacie scenę z „Ojca Chrzestnego”, filmu Coppoli, gdy Corleone, szef sycylijskiego klanu, świętował pierwszą komunię swojego syna, na wystawne przyjęcie zorganizowane w ogrodach jego posiadłości, zaprosił sporą gromadkę  gości?
    Niewielu z nich było spokrewnionych z mafijną rodziną, ale skorzystali z zaproszenia i poczuli się wyróżnieni przez Ojca Chrzestnego: Don Corleone.
W czasie uczty goście, oprócz zabawy i degustacji wyszukanych dań, udawali się do domowego biura właściciela, by tam osobiście dziękować mu za zaproszenie i składali na jego ręce prezenty dla małego dziedzica.
    Większość z obecnych, przy tej okazji, próbowała sobie załatwić różne swoje sprawy. Jedni prosili mafioza o pomoc w naprawie krzywdy, która ich spotkała., inni zabiegali o pomoc w zrobieniu interesu, czy wsparciu kariery.
Don Corleone słuchał, przyjmował zapewnienia o ich wierności (wyrażane pocałunkiem ręki Ojca Chrzestnego) i w swojej głowie podejmował decyzje dotyczące ich dalszego losu.
     Niekiedy odnoszę wrażenie, że my, ludzie wierzący podobnie podchodzimy do Eucharystycznej Uczty, jaką jest msza święta.
Boży Syn zaprasza nas, byśmy uczestniczyli w radosnej uczcie, na której każdorazowo ponawia cud Bożej Miłości, wyrażonej w ofierze krzyża i triumfie Zmartwychwstania.
To jest istota i intencja każdej mszy świętej!
No, ale jak to pogodzić z tradycją intencji mszalnymi, które od wieków Kościół pielęgnuje w świadomości wiernych?
Przecież zamawiamy msze za zmarłych i żywych, z prośbą o załatwienie różnych, mniej lub bardziej ważnych dla nas spraw?
    Kiedy słyszę na początku liturgii, że: „Dzisiejsza msza będzie sprawowana w intencji św. pamięci Nowaka, lub o powodzenie w egzaminach Irenki, albo powrót do zdrowia chorego Damiana; to czuję się jednak nieco nieswojo.
Nie zamierzam negować wartości i potrzeby modlitwy w różnych intencjach, ale łączenie ich na przykład z niedzielną ucztą eucharystyczną, wydaje mi się mało szczęśliwe.
    Jeden z czytelników opisał mi swoje doświadczenia z uczestnictwa we mszach świętych w intencji powrotu do zdrowia. Od kilkunastu lat cierpi na kręgosłup, a ostatnio choroba rozwinęła się i zaowocowała trudnościami w chodzeniu.
Nieszczęśnik wyszukał w internecie informację, gdzie w najbliższym czasie takowa msza będzie sprawowana, załatwił sobie transport i pojechał kilkadziesiąt kilometrów, by wśród takich samych desperatów jak on sam, „załatwić” sobie uzdrowienie.
    W czasie nabożeństwa, które sprawował zaproszony na tę okazję zakonnik, działy się dziwne rzeczy: ktoś nagle głośno oznajmił, że opuściła go choroba, inny w modlitewnym uniesieniu wykrzyczał niezrozumiałe dla zebranych słowa, co uznali za przejaw działania Ducha świętego, a prowadzący mszę kapłan w tym samym czasie nieustannie podsycał nadzieję pozostałych, zapewniając, tłum: że” Bóg także im objawi swoją moc i dotknie ich cudem uleczenia”.
Po kilku godzinach Damian powrócił do swojego domu i zawiedziony stwierdził, że stan jego zdrowia się nie poprawił. Pozostał mu tylko smutek, rozgoryczenie i złość, które długo jeszcze przelewał na wszystkich (łącznie z Panem Bogiem).
Damianie, Bóg nie jest przywódcą mafijnego klanu, a msza nie jest tylko czasem „załatwiania” naszych interesów, czy bolących nas problemów.
Msza jest przyjęciem, na które Boży Syn zaprasza każdego.
   On najlepiej wie, z jakim bagażem trosk na nie przybywamy, ale daje nam to, co jest dla nas najlepsze: swoją przyjaźń i nadzieję.
   Może po ludzku trudno zrozumieć Jego intencje, ale wierzę w to, że zawsze wybiera dla nas to, co jest najlepsze!
Kryspin

poniedziałek, 19 czerwca 2017

"Chrystus ma dzisiaj twarz uchodźcy"



    Mieszkaliśmy na drugim piętrze kamienicy w centrum Poznania.
Dzwonek do drzwi, a za nimi młody, może 12 letni chłopak, który grzecznie przedstawił powód swojej wizyty: „ Nasza mama choruje, mam czworo rodzeństwa, ojciec nie żyje od roku i zwyczajnie cierpimy biedę”. Moja małżonka bez namysłu wróciła do kuchni, by uszykować wsparcie dla tych nieboraków: kostka masła, puszka szynki, spory kawał żółtego sera i pół bochenka chleba.      Chłopak grzecznie podziękował i oddalił się z reklamówką.
   Pół godziny później wychodząc z mieszkania, na oknie klatki schodowej, zobaczyłem znajomą siatkę, a w niej wszystko to, co daliśmy dla tej rodziny.
W pobliżu naszej kamienicy, często, po obu stronach ruchliwego chodnika siadało w kucki dwóch braci. Przed sobą stawiali małe puszeczki i prosili przechodzących o wsparcie.
   Zatrzymałem się przed jednym z nich i widząc, że jest człowiekiem w sile wieku(mógł mieć około 35 lat), zaproponowałem mu 20 zł za pomoc przy wrzuceniu węgla do piwnicy(pół tony!). Spojrzał na mnie z wyrzutem, który okrasił epitetami( których nie godzi się cytować) no i odszedłem.
   To tylko dwa przykłady z wielu, które nauczyły mnie, że przy odruchu serca potrzeba zawsze rozsądku, aby pomagając innym nie stać się ofiarą zwyczajnych naciągaczy tworzących żebracze gangi wykorzystujące kobiety i dzieci, do żerowania na litości nas wszystkich.
   Teraz, gdy od dłuższego czasu naczelnym tematem stała się sprawa pomocy uchodźcom zalewającym Europę, mam mieszane uczucia.
Mój głos serca zmaga się z głosem rozsądku i obawą.
Media każdego dnia informują nas o kolejnych tysiącach desperatów napływających do granic Europy twierdząc, że są uchodźcami uciekającymi przed wojną.
Trudno mi jednak uwierzyć, że są to nieszczęśnicy wypędzeni w środku nocy ze swoich domostw i uciekający w popłochu przed wojenną pożogą, gdy każdy z nich jest ubrany w dobrej jakości ciuchy i dodatkowo wyposażony w telefon komórkowy najnowszej generacji.
    Gdy u naszego wschodniego sąsiada, (na Ukrainie) przelała się fala wojennej przemocy, do Polski dotarły setki uchodźców z terenów ogarniętych nieszczęściem.
Ale oni nie szli zorganizowanym tabunem do naszych granic, a uratowali się wsiadając do samolotów, którymi ich ewakuowano.
    Z pewnością i teraz w ruinach syryjskich miast są tacy nieszczęśnicy, którym wojna zabrała wszystko, ale ich nie stać na to, żeby zapłacić kilka tysięcy dolarów gangom przemytników ludzi za miejsce na prymitywnej tratwie płynącej przez morze Śródziemne.
Pewnie miał rację Kardynał z Warszawy, gdy wiernym w czasie procesji Bożego Ciała powiedział, że:” Dzisiaj Chrystus ma twarz uchodźcy”.
Może powinien jednak doprecyzować, że: Chrystus dzisiaj ma twarz osieroconych dzieci bezradnie szukających swoich rodziców, dla których ich dawne domy stały się cmentarzami? Ma oblicze ludzi ocalałych z wojennej pożogi, bezskutecznie szukających nadziei i nie potrafiących nawet poprosić o wsparcie, bo ból doświadczonego zła odebrał im sens wszystkiego?
    Jeśli mnie pamięć nie myli, to państwa Zachodu nie wysłały w rejon konfliktu żadnego samolotu, aby nim ewakuować uchodźców, a ograniczyły swoją aktywność do bojowych nalotów, które przypominają manewry, w trakcie których można przetestować skuteczność nowych broni.
    Europa, z obecnym problemem „fali wędrówki ludów”, stała się zakładnikiem własnej naiwności?
Wolę tak myśleć!
Ale prześladuje mnie jednocześnie i inna myśl, że to tylko cyniczna polityka!
Niestety utwierdzają mnie w tym sami politycy, gdy każdego dnia kłócą się w świetle telewizyjnych kamer, zarzucając sobie nawzajem brak wrażliwości na los nieszczęśników uciekających przed wojną.
    Wystąpienie(kazanie) Kardynała budzi we mnie nadzieję, że Kościół nie będzie klakierem żadnej ze stron politycznej kłótni, bo Chrystus ma twarz prawdziwego uchodźcy - człowieka ocalałego z wojennej pożogi! I dla nich trzeba mieć otwarte serca!
Kryspin

wtorek, 13 czerwca 2017

Wyautowani przez miłość


    Młoda dziewczyna na pierwszym roku studiów poznała chłopaka, także uczącego się na tej samej uczelni. Oboje pochodzili z małych miejscowości i przez najbliższe lata ich domem stały się wynajęte, na czas nauki, małe kawalerki. Po kilku romantycznych spotkaniach we dwoje, oboje w tej samej chwili powiedzieli:”Kocham Cię i pragnę z tobą być już na zawsze.”
    Później zgodnie doszli do wniosku, że bezsensem są ich rozstania pod koniec dnia, gdy każde powracało do „swojego” mieszkania, skoro i tak ich myśli nieustannie jednoczyły się w pragnieniu bycia ze sobą, a niekończące się rozmowy telefoniczne i esemesy, które wymieniali ze sobą do późnej nocy, nie załatwiały sprawy.
    Dzień, gdy pierwszy raz zapewnili siebie o prawdziwym, wzajemnym uczuciu, zakończył się dla nich pierwszym fizycznym spełnieniem i po tym, wszystkim czuli się cudownie.
    Bardzo szybko podjęli decyzję, że powinni zamieszkać razem i tak zrobili.
Prawdziwy kłopot pojawił się, gdy na święta pojechali do swoich rodzinnych domów. Oboje byli wychowani w katolickich rodzinach i idąc za przykładem pozostałych domowników, zamierzali w pełni uczestniczyć w religijnym przeżyciu tych radosnych dla nich dni. Spowiedź i komunia święta, to były żelazne punkty, które wszyscy w ich domach praktykowali od lat.
     No i tu problem, bo ksiądz, niczym prokurator, dla którego litera prawa nie pozostawiała miejsca na jakiekolwiek okoliczności łagodzące, powiedział stanowcze:Nie!
     Owszem, pokazał furtkę, którą mógłby otworzyć, by łaskawie udzielić im sakramentu pojednania, ale pod warunkiem, że będą żałowali tego wszystkiego, co sprowadziło ich na „złą drogę” i dodatkowo zobowiązali się do zaniechania grzesznego układu!
     Dziewczyna ze łzami w oczach odeszła od kratek konfesjonału i nie umiała zrozumieć, że złem było to, iż pokochała i była kochana.
    Najtrudniejszy moment liturgii przeżywała w chwili komunii, gdy ludzie gremialnie ruszyli do Stołu Pańskiego i niewielu pozostało wtedy na swoich miejscach.
    Obok niej we mszy uczestniczyła jej koleżanka ze szkolnej ławy, która podobnie jak ona, od kilku miesięcy mieszkała w akademiku jej uczelni. Prze pierwsze miesiące studenckiej przygody jej pasją, daleko większą od nauki, były imprezy i cielesne uciechy, których nie odmawiała sobie, zmieniając kolejnych partnerów fizycznych uniesień.
    Aśka, zadowolona z siebie, dumnie przemaszerowała w procesji przystępujących do komunii i tylko z politowaniem spojrzała w kierunku „naiwniaczki”, której ksiądz odmówił rozgrzeszenia.
    Tę historię opisała mi czytelniczka z pytaniem o moje zdanie i pewnie ograniczyłbym się do mailowej odpowiedzi, gdyby nie jej przemyślenia, które zakończyła pytaniem:”Szóste przykazanie-, nie odnosi się do osób, które kochają prawdziwą miłością. Fizyczne spełnienie tego uczucia staje się tylko umocnieniem ich więzi.
Może dlatego coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy w trakcie spowiedzi powinnam mówić o moim związku, którego nie uważam z coś złego i nie potrafię winić się za to, że Dobry Bóg obdarzył mnie takim szczęściem”
Zakochana Izabelo, odpowiadając na Twoje pytanie, kolejny raz posłużę się stwierdzeniem św. Augustyna, którego nie bez powodu Kościół ogłosił Doktorem: „Kochaj i czyń co chcesz”.
    Choć pewnie znowu zostanę posądzony o herezję podważania „oficjalnej” nauki głoszonej w Kościele, to ośmielę się stwierdzić, że tam, gdzie jest miłość, zło (grzech) nie ma dostępu!
    Wspomniałaś w swym liście, że:” Kościół w wielu sprawach winien zrewidować swoją „nadinterpretację” Bożych przepisów, które Odwieczny nam pozostawił, byśmy kroczyli Jego ścieżką.
I ja żywię taką nadzieję, choćby po ostatniej Konferencji Episkopatu Polski, w trakcie której Biskupi rozważali kwestię komunii dla osób w niesakramentalnych związkach.
     Co prawda lapidarny komunikat(nie informując o szczegółach) głosi:” Będzie ona dozwolona tylko pod pewnymi warunkami”; to mam nadzieję, że najbardziej istotnym z nich będzie miłość tychże osób, by już nigdy nie czuli się „wyautowani” z powodu uczucia, które ich połączyło.
Kryspin,