środa, 19 kwietnia 2017

Majowy zawrót głowy


    Pamiętacie swoją pierwszą komunię?
    W tym roku mija dokładnie pół wieku, gdy dane mi było przeżyć ten magiczny dzień i choć minęło tak wiele czasu, pamiętam wszystko, czego doświadczyłem w trakcie tej słonecznej niedzieli.
    Staliśmy w równym szeregu przed wejściem do wrzesińskiej Fary: na początku dziewczynki w białych sukienkach i kolorowych, splecionych z wiosennych kwiatów wianuszkach, a za nimi chłopcy w krótkich spodenkach i odświętnych koszulach ze śmiesznymi krawacikami na gumkach. Po obu stronach przygotowanego pochodu stali zgromadzeni dorośli: nasi rodzice i krewni, którzy przyjechali, aby towarzyszyć nam w tym pięknym przeżyciu.
Później w uroczystej procesji weszliśmy do chłodnego kościoła, gdzie czekały na nas ubrane w białe wstążeczki ławki głównej nawy.
    Po chwili ciszę przerwały organy i głos parafialnego chóru, który zaintonował pieśń na początek mszy.
Później już tylko było nasze oczekiwanie i pamiętam, że w tym dniu msza jakoś dziwnie wolno biegła, a myśmy z niecierpliwością czekali na tę chwilę, gdy będziemy pierwszy raz klęczeli przy rzeźbionych balustradach oddzielających ołtarz od reszty kościoła.
Nareszcie nadszedł ten moment, do którego przygotowywaliśmy się od tak dawna.
    Pierwszy raz dane nam było do swoich serc przyjąć ciało Pana Jezusa i to było niesamowite.
    Poczułem się dumny i szczęśliwy, że od tego dnia będę mógł pielęgnować przyjaźń z Panem Bogiem podobnie jak wszyscy ci, którzy w czasie niedzielnych mszy przystępowali do komunii.
    Po skończonych kościelnych uroczystościach dopełnieniem przyjemnych chwil był odświętny obiad w rodzinnym domu, w którym uczestniczyli zaproszeni goście: rodzice chrzestni i jeszcze dwoje wujostwa z moim kuzynem, który rok wcześniej przeżywał swoją pierwszą komunię.
Oczywiście były życzenia i prezenty. Pamiętam, że w białych pudełeczkach ozdobionych okolicznościowym motywem, oprócz życzeń znajdowały się małe koperty, a w nich pieniądze zamiast innych prezentów.(w poniedziałek rodzice kupili mi za nie młodzieżowy rower)
Domowe przyjęcie nie trwało długo, bo na 16.00 musieliśmy wrócić do kościoła na zbiorową fotografię i majowe nabożeństwo.
    Wtedy, oczekując na popołudniową wizytę w kościele, pierwszy raz opowiadaliśmy sobie o domowych uroczystościach i otrzymanych prezentach także.
    Zdecydowanie nie przypominam jednak, abyśmy wcześniej z rówieśnikami(moimi kolegami) prowadzili giełdę życzeń dotyczących prezentów od gości naszego przyszłego święta.
Takich rozmów nie było także w naszych domach.
Owszem, wiedzieliśmy, że nasze mamy przygotują odświętny obiad i coś słodkiego do kawy, która miała być zwieńczeniem domowego poczęstunku z tej okazji, ale nic ponad to(nie licząc tego, że na ten dzień ojciec zakupił skrzynkę oranżady- taką miłą niespodziankę dla dzieciaków, i to wszystko!)
     Minęło pięćdziesiąt lat od tego niesamowitego dla mnie dnia, a ja nadal z przyjemnością wspominam ten czas i jestem wdzięczny moim rodzicom, że nie było wtedy zamieszania poprzedzającego moje spotkanie z Jezusem.
Nie biegali przez długie tygodnie po lokalach, by zarezerwować termin przyjęcia.
Nie prowadzili ze mną rozmów na temat listy prezentów, które zaspokoiłyby moje oczekiwania.
Nie zaskoczyli mnie obecnością gości, których miałbym zobaczyć pierwszy raz w życiu, w trakcie mojego komunijnego przyjęcia.
    Cieszę się, że nie marzyłem o quadzie, czy wypasionym komputerze( wtedy ich jeszcze nie było i dobrze). Nie zaplanowałem sobie także podróży na koniec świata, o której ostatnio z dumą( w trakcie telewizyjnego programu) informowała mama dziewczynki, gdy na wizji mówiła o komunijnym marzeniu swojej pociechy.
    Minęło tak wiele czasu, a ja nadal się cieszę, że miałem rozsądnych, wierzących rodziców, bo dzięki ich mądrej miłości mogłem się cieszyć z najpiękniejszego prezentu, jakim było moje spotkanie z Jezusem.
Kryspin

wtorek, 18 kwietnia 2017

"Cóż to jest prawda?"



„Cóż to jest prawda?"
    Chyba każdy z nas przypomina sobie retoryczne pytanie Piłata, który nie zdobył się jednak na refleksję, by zrozumieć, dlaczego żydowski Mesjasz gotów był za nią ponieść najwyższą karę.
    Podobnie nie podjęli jej także ci, którzy w imię ratowania starego porządku, załatwili krzyż temu, który sam o sobie mówił, że przyszedł na świat, aby dać świadectwo Prawdzie.
    Wielkanocny poranek i wieść, że w grobie nie ma ciała tego, którego ukrzyżowali, nie zmieniła ich stanowiska i dlatego rozgłosili plotkę, że uczniowie Nazareńczyka, w ciemnościach nocy, wykradli zwłoki swojego mistrza.
    Plotka, zmyślona historia przeciwko faktom, wtedy okazała się tylko połowicznie skuteczna. Owszem, była wytłumaczeniem dla tych, którzy tworzyli twardą opozycję: uczeni w piśmie i przedstawiciele władzy, którym Chrystus zdawał się być zagrożeniem dla ich poukładanego świata.
Nie zachwiała jednak wiary tych, którzy dopiero po wielkanocnym poranku zaczęli rozumieć niezwykłość zdarzeń, których dane im było doświadczyć.
Przyjęcie Prawdy Wielkanocnego Misterium poskutkowało przemianą tych, którzy uwierzyli.
    Bardzo prawdziwie ukazuje to autor Dziejów Apostolskich :”Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa(Dz.Ap.4,12-13)
Miłość do drugiego człowieka, gotowość do poświęcenia swojego partykularnego interesu na rzecz wspólnego dobra i radość tej samej perspektywy, której nie były wstanie zmącić żadne przykre doświadczenia ze strony świata ludzi nie rozumiejącego przesłania Chrystusowego świadectwa, były siłą pierwszych chrześcijan.
Jesteśmy świeżo po kolejnym „przypomnieniu” sobie o tajemnicy Wielkanocy. Boży Syn dokonał aktu naszego odkupienia, jak to celebruje Kościół.
Ofiara na krzyżu i tajemnica Zmartwychwstania nie załatwiła jednak ostatecznie naszego przyszłego losu, zbawienia!
    Chrystus swoim doskonałym posłuszeństwem woli Ojca „załatwił” nam bilet uprawniający do odbycia podróży. Jednak na każdym z nas pozostał obowiązek zajęcia miejsca w tym jedynym w swoim rodzaju pociągu, którego stacją przeznaczenia jest wieczna bliskość z Bogiem.
Odwieczny jest Prawdą, która wypełnia radością tych, którzy obleczeni w szatę miłości i pokory, zmierzają na jej spotkanie.
    Minęło tak wiele lat od tamtego dnia i trochę powinno nam być wstyd, że tak niewiele przechowaliśmy z depozytu, testamentu krzyża.
Historia Kościoła targana przesileniami(rozdarcia podziałów, głoszenie „prawdy krzyża” przy pomocy mieczy i pielęgnacja innych ludzkich przywar wśród jego sług) zamazała drogę pokory i miłości, a tylko ona prowadzi do Prawdy!
Pokora i miłość winna wyznaczać także drogę w dochodzeniu do ludzkiej prawdy i osądzania zdarzeń, nawet tych najtrudniejszych, które nas dotykają.
Owszem, prawda, nawet smutna jest lepsza od uśmiechniętego kłamstwa, ale dochodzenie do niej, poprzez rozkopane rowy podziałów, z pewnością nie jest realizacją testamentu krzyża!
    W niedzielę Palmową w Aleksandrii dokonano mordu w koptyjskiej świątyni. Nienawiść do ludzi innego wyznania przyniosła śmierć kilkudziesięciu niewinnym. Kapłan tej wspólnoty w rozmowie z mediami, nie pałał chęcią odwetu, a powiedział tylko, że ci, którzy ocaleli( choć wielu z nich straciło tam najbliższych) modlą się za sprawców ich krzywdy.
    Wyznawca Chrystusa powinien wzorem Zbawiciela swoim życiem dawać świadectwo prawdzie, czyli ukazywać innym Tego, który jest Prawdą!
Bóg nigdy nie był siewcą nienawiści, obrzucania inwektywami swoich wrogów.
W nim nie ma żądzy odwetu, bo Jego Prawda obleczona jest pokorą i miłością do każdego człowieka.
    Może więc choćby raz na jakiś czas warto by było zatrzymać się przed samym sobą, podejść do lustra swojej duszy i tam poszukać choćby małych przebłysków prawdy o nas samych?
Kryspin

niedziela, 9 kwietnia 2017

Bierzmowanie-sakrament dla dojrzałych wierzących!



    Kilka przecinających się ulic, a przy nich rzędy domków szeregowych osiedla położonego na obrzeżu miasta. Pomiędzy domami znajduje się plac zabaw dla dzieciaków, a po sąsiedzku kilka małych sklepików, w których można zrobić zakupy, gdy zapomniało się o czymś przy okazji pobytu w markecie znajdującym się daleko poza terenem tej małej, miejskiej ojczyzny.
   Całości tego sielskiego obrazu dopełnia świątynia stojąca obok szeregowców. Swego czasu pobudowano ją wysiłkiem i hojnością wszystkich mieszkańców i to był wtedy miły czas, gdy gromadzili się wszyscy, aby pomagać przy stawianiu murów, a później przy upiększaniu terenu wokół Bożego Domu.
   Trochę ze smutkiem wspominają mieszkańcy szeregowców czasy, gdy zapraszali się nawzajem na kawę serwowaną na nie do końca skończonych tarasach swych domów. Jaki to był miły czas, gdy po sąsiedzku gospodynie domowych ognisk pożyczały sobie szklankę cukru, bo akurat którejś go zabrakło.
   Później coś się popsuło we wzajemnej życzliwości, bo sąsiad kupił wypasiony samochód, a do tego, jego dziecko dostało się na prestiżowe studia i jakoś zaczęło się mu powodzić lepiej, aniżeli pozostałym.
   Początkowo brak życzliwości mieszkańcy szeregowych domów załatwiali donosami pisanymi cierpliwie do wszystkich możliwych organów ścigania, a później było jeszcze gorzej.
   Teraz przyszedł czas na milczące mijanie się przy przypadkowym spotkaniu i na wzywanie policyjnego patrolu, gdy przypadkowy gość zaparkuje na wysokości domu sąsiada.
Jedno tylko nie uległo zmianie, gdy zwyczajowo w każdą niedzielę mieszkańcy szeregowców zaliczają spotkanie z Chrystusem w parafialnym kościele i tylko ten moment, gdy kapłan wzywa zebranych do przekazania sobie znaku pokoju, jakoś do nich nie przemawia.
Taka swoista „dojrzałość” bez wzajemnej życzliwości cechuje niestety wielu dorosłych wierzących i może to stało się powodem reakcji Episkopatu, który ostatnio doprecyzował proces przygotowywania młodych katolików do dobrego przyjęcia sakramentu bierzmowania.
Wśród zadań, które postawiono przed nimi, dwa wydają się znaczące:
-Kandydat powinien w kontaktach z rówieśnikami przeprowadzić rozmowę o Panu Bogu!
-W sytuacji konfliktowej(której stał się mimowolnym świadkiem), winien podjąć się roli mediatora, by pojednać zwaśnionych!
Chyba nikt nie mógłby stwierdzić, że w samym założeniu te wytyczne są słuszne, ale?
   Trudno mi wyobrazić sobie trzynastoletniego mediatora, który skutecznie doprowadziłby do zgody skłóconych od lat dorosłych, a wkraczając w konflikt pomiędzy rówieśnikami, naraziłby się na solidnego guza od nieco silniejszych od siebie kolesi.
   Podobnie mało atrakcyjnie brzmi zadanie alternatywne: Rozmowa o Panu Bogu w czasie np. przerwy pomiędzy lekcjami.
Może więc lepiej byłoby, gdyby te zadnia szacowni przedstawiciele Episkopatu nałożyli na rodziców kandydatów (w tym także na chrzestnych)?
   W parafialnych kościołach proboszczowie często organizują ceremonie odnowienia przyrzeczeń ślubnych. Może także warto by było dorosłym wierzącym organizować takie odnowienie przyrzeczeń z sakramentu bierzmowania?
A wśród nich jednego, które winno być synonimem chrześcijańskiej dojrzałości: życzliwość do drugiego człowieka (tak na co dzień - zawsze!)?
   Ostatnio byłem świadkiem telefonicznej rozmowy dwóch pań, z których jedna mieszka na zachodzie Europy, a jej rozmówczyni w Polsce.
   Nasza krajanka, gdy rozmawiały o nadchodzącej wiośnie, żartobliwie stwierdziła, że nawet pogoda u tamtej jest lepsza i częściej im świeci słońce.
    Pani z zachodu odpowiedziała z uśmiechem: „bo u nas są ludzie bardziej życzliwi dla siebie!”
    I po chwili dodała już trochę miej radosna:”może dlatego, że u nas jest mniej katolików?”
Kryspin, 

wtorek, 4 kwietnia 2017

Pomóżmy w spełnieniu marzenia niezwykłego człowieka


   To już stało się tradycją, że przed kolejnymi świętami, gdy z wypiekami na twarzy zaliczamy rozmaite sklepy, spotykamy tam wolontariuszy z koszami, zachęcających nas, abyśmy w odruchu serca, wspomogli tych, których nie stać na „godne” przygotowanie wielkanocnego śniadania.
Może trochę dziwne miejsce wybrałem, ale chciałbym przed wami postawić także taki kosz.
   Nie ustawiłem go w delikatesowym sklepie, gdzie swoje dary wrzucamy dla anonimowych odbiorców i w tym upatruję jego przewagę.
Adresatem naszej wspólnej pomocy jest niezwykły człowiek, którego historia mogłaby być kanwą ciekawego filmu.
Niecierpliwych, czy zniesmaczonych kolejną potencjalną prośbą o wsparcie jakiegoś nieszczęśnika, który wyciąga rękę, aby np. załatwić sobie drogą terapię, czy kosztowny zabieg w zagranicznej klinice; pragnę uspokoić, że nie o to chodzi!
   Adresat mojego apelu od roku prowadzi fundację „Agapa”, w której pragnie stworzyć ośrodek rehabilitacyjny dla dzieci dotkniętych wrodzonymi ułomnościami( porażenia poporodowe, maluchy z zespołem Dawna, czy innymi dolegliwości psychicznymi lub fizycznymi)
   Pragnieniem założyciela „Agapy” są kilkutygodniowe turnusy, w trakcie których skrzywdzone przez los dzieci (pod okiem wykwalifikowanych rehabilitantów i wolontariuszy) mogłyby mieć chwile uśmiechniętych wakacji w pięknej okolicy. Nie bez znaczenia w tym wszystkim jest fakt, że taki pobyt maluchów w „Agapie” byłby także okresem oddechu od 24-godzinnej opieki, na którą w ciągu roku skazani są ich rodzice.
Teraz trzeba powrócić do tego, dlaczego nazwałem fundatora „Agapy” niezwykłym człowiekiem!
Michał był kiedyś dzieckiem szczęścia. Jako bardzo zdolny, młody człowiek, po studiach zrobił błyskawiczną karierę w polskiej polityce: Poseł na Sejm, V-minister w dwóch resortach i człowiek, o którym mówiono, że może bardzo wiele!
  Tak było do czasu, gdy podwładni znaleźli go nieprzytomnego w ministerialnym gabinecie.
Diagnoza lekarzy zabrzmiała jak wyrok: rozległy wylew i rokowania bardziej niż złe.
Przez pół roku był w śpiączce i według specjalistów, nie miał szans na powrót do normalnego życia!
   I tu zdarzyła się rzecz trudna do wytłumaczenia. Michał obudził się i podjął walkę, by powrócić do normalnego świata. Dwa lata zajęło mu odzyskanie mowy i kolejny rok, by zrobić pierwszy, samodzielny krok po chorobie.
Później powrócił do swojej wiejskiej posiadłości, ale to już nie był ten dawny, silny i bezczelny sukcesem człowiek. Z dnia na dzień zdecydował o całkowitej odmianie swojego życia.
   Powołał fundację przekazując na jej rzecz cały swój majątek (piękną stadninę koni oraz inne budynki i rozległy teren obok malowniczego jeziora). Od tej chwili dobra zgromadzone kiedyś dla jednego człowieka, miały służyć dzieciom skrzywdzonym przez los.
Przy realizacji zamierzenia, dla którego powstała „Agapa”, wyczyścił resztki konta i pobudował pawilony, w których chciał stworzyć warunki do godnego odpoczynku i skutecznej rehabilitacji podopiecznych.
Pieniędzy wystarczyło mu jednak tylko na stan surowy i trzeba było szukać darczyńców gotowych wesprzeć jego plany.
I tu nastąpiło rozczarowanie, którego nie potrafił zrozumieć?
Przecież w telefonie miał ponad 2500 dawnych kontaktów. Kiedyś byli to bardzo bliscy mu przyjaciele. Niektórzy z nich nadal są na świecznikach władzy, ale jakoś trudno im umówić się z nim na spotkanie, bo przecież on już niewiele znaczy i na dodatek stał się dziwakiem, który rozdał wszystko, i nie daj boże zechciałby wyciągnąć rękę po kasę?
Michałowi pozostała samotność i pewnie trochę smutku, że telefony dawnych przyjaciół jakoś dziwnie są stale zajęte.
Pozostała mu jednak także nadzieja, że Szef(tak określa Pana Boga) pomoże i bardzo w to wierzy.
Kochani: 
   Jeżeli uznacie, że warto pomóc w tej sprawie, napiszcie lub zadzwońcie.(tel:536 425 831, lub napiszcie:kryspinkrystek@onet.eu)
Razem możemy sprawić, że w domach „Agapy” szybko zagości gwar i uśmiech skrzywdzonych losem maluchów.
    Spełni się wtedy także niespełnione póki co marzenie niezwykłego człowieka, Michała!
Kryspin

piątek, 24 marca 2017

Medice cura te ipsum


    Gdy swego czasu pisałem o kościelnym feudale, który uzurpował sobie prawo do dysponowania wiejską remizą strażacką (ściślej salką spotkań), myślałem, że jest to oddolna inicjatywa proboszcza, który w taki sposób chciał „chronić” swoje owieczki przed zgubnymi skutkami lektury moich książek, no i się myliłem!
   Ostatnio odwiedziłem wielebnego (mojego starszego kolegę z seminarium) i dowiedziałem się, że nie poznał moich książek i nie będzie mógł się z nimi zaznajomić, bo …..?
    Mój dawny kolega okazał się na tyle otwarty ( gadatliwy), że nie uciął sprawy prostym: nie interesują mnie twoje książki i dlatego nie zamierzam ich przeczytać, a poinformował mnie, że na dekanalnym spotkaniu wszyscy księża zostali zobowiązani do powstrzymania się od ich lektury!
    Już to mnie zwaliło z nóg, ale dalsze rewelacje dotyczące moich „Koloratek” spowodowały mój uśmiech pomieszany z niedowierzaniem.
    Kolejnym zaleceniem (władz kościelnych) było to, aby dyskretnie, aczkolwiek stanowczo odradzać ich lekturę wiernym, jako dalece dla nich szkodliwą!
No i tu się poczułem zawiedziony!
Wszystko rozbiło się o to jedno słowo: dyskretnie!
    Określenie: dyskretnie jest co najmniej dziwne, bo obarczone jest niebezpieczeństwem, że jakaś część parafialnych owieczek może taką szeptaną przestrogą nie zostać objęta i przez to narazi się ją na poznanie zakazanych tekstów?
Czyż nie prościej byłoby w ogłoszeniach parafialnych poinformować wiernych o takim zaleceniu?
Jeżeli do tego dołożyłoby się informację, że wobec autora skierowano do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przez niego przestępstwa: np. obrazy uczuć religijnych, lub szkalowania instytucji, jaką jest Kościół, to by uwiarygodniło takie stanowisko.
    No, ale w takim przypadku zawiadamiający musieliby najpierw przeczytać ze zrozumieniem te „niebezpieczne” publikacje i dopiero wtedy starać się zająć stanowisko.
Chociażby tak jak to czynią osoby, które po lekturze tych „szkodliwych” książek, piszą do mnie dokonując swoistej recenzji. Jestem wdzięczny za każdy taki głos, niezależnie, czy są to słowa podziękowania (przytłaczająca większość z kilkuset nadesłanych do mnie maili), czy dezaprobaty (to znikoma grupa przeciwników „Koloratek” i do tego w większości deklarujących, że swoją opinię wyrazili nie czytając ani jednej strony!)
    Pragnę zaznaczyć, że nigdy moi mailowi rozmówcy nie stwierdzili, że treści zawarte w moich książkach spowodowały w nich zachwianie wiary, czy byłyby inspiracją do odejścia ze wspólnoty wierzących!
Wielokrotnie jednocześnie wyrażali żal, że Kościół o niewygodnych sprawach bardzo niechętnie mówi i prawie nigdy nie zajmuje stanowiska wobec zła w swoich szeregach.
    W grupie moich czytelników, którzy mówili o swoim odejściu ze wspólnoty wierzących, prawie wszyscy ( może to tylko próby samousprawiedliwienia ich decyzji) jako powód podawali to, że zawiedli się na ludziach w sutannach.
Może więc (czcigodni kapłani) moje książki nie są niebezpieczne, a tylko niewygodne?
    Gdy dopada człowieka choroba, sięga po lekarstwo i nic to, że niekiedy jest one zaprawione goryczą, trzeba je zażyć, by się lepiej poczuć i do zdrowia powrócić!
A na koniec jako P.S.
Fragment z Ewangelii św. Łukasza (12,1-3):
”Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajnego, co by się nie stało wiadome......” taka przestroga od samego Szefa!
(To tak przy okazji dyskretnego zalecenia, o którym było na początku!)
Kryspin

wtorek, 21 marca 2017

Ukryty okres życia Jezusa.


     Przed kilkoma laty miałem okazję obejrzeć ciekawy dokument zrealizowany w państwie, które można określić jako ostatni przykład komunistycznego absurdu.
Autor tego reportażu pokazał światu maszerujących w idealnym porządku mieszkańców tego państwa, którzy z uśmiechem na ustach pozdrawiali swojego przywódcę, wznosząc gromkie okrzyki zadowolenia ze swego losu. Cały przemarsz odbywał się na wielkim placu stolicy, którego najważniejszym miejscem był olbrzymi pomnik, co prawda już zmarłego, ale nieustannie pielęgnowanego we wdzięcznej pamięci, ojca założyciela ich krainy „szczęścia”.
    Dopełnieniem tego obrazu i odpowiedzią na narzucające się pytanie o szczerość uśmiechu kroczącego tłumu, były obrazy wplatane w relację reportera.
   Autor dokumentu umieścił w nich rozmowę z kobietą, która oprowadzała go po ogrodach pamięci z młodzieńczych lat Wielkiego Ojca Narodu(określenie założyciela tego nierealnego świata).
Z jej relacji dowiadujemy się o niezwykłości tego człowieka, który od chwili narodzin objawiał się swoim przyszłym „wyznawcom”, jako ktoś niezwykły, naznaczony wręcz, by dokonywać rzeczy przekraczających ludzkie wyobrażenie.
   Przez lata reżim władz tego kraju stworzył photoshop satrapy, którego poddani muszą kochać!
I te mityczne, bzdurne opowieści, którymi tamtejsi ludzie są karmieni od najmłodszych lat, skutkują ich bezrefleksyjną wiarą i ślepym, dodatkowo naładowanym strachem, posłuszeństwem.
Od dłuższego czasu prześladuje mnie pytanie, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi?
W okresie seminaryjnej edukacji poznałem dogłębnie historię początków mojej wiary.
   Na wykładach z Nowego Testamentu zaznajomiono nas z historią Jezusa, która została zapisana na kartach Ewangelii. Te zaliczone do kościelnego kanonu księgi, przybliżają wiernym Jego narodziny w betlejemskiej stajni, pokazują dramatyczną ucieczkę przed zbrodniczym zamysłem Heroda, który pragnąc pozbyć się konkurenta do tronu, nakazuje rzeź małych chłopców z całej okolicy. Dalej na kolejnych stronach czytamy o tym jak 12 letniego syn cieśli z Nazaretu zalicza spotkanie z uczonymi w Piśmie i zadziwia ich swoją mądrością. I po tym wszystkim następuje przeskok w historii przyszłego Zbawiciela, bo Ewangelie przybliżają nam tylko trzyletni, ostatni czas czas Mesjańskiej misji Bożego Syna, zakończony tragedią krzyża i triumfem Zmartwychwstania.
Już wtedy stawiałem sobie pytanie o 18 lat z życia Jezusa, o których nie ma żadnych informacji.
    Moi profesorowie ten okres skwitowali jednym lapidarnym stwierdzeniem: „To czas ukrytego życia Chrystusa” i to wszystko.
Czyli inaczej mówiąc: 
Nie ma żadnych wiarygodnych źródeł, które by o tym czasie przyszłego Mesjasza pisały i kropka!
    Przez wiele lat nie wracałem do mojego pytania i zdawało mi wystarczać to krótkie zapewnienie.
Teraz jednak po latach to pytanie powróciło i zwyczajnie mnie nurtuje!
Okazuje się, o czym się przekonałem poszukując odpowiedzi na moje pytanie, że przez stulecia, właściwie od samego początku chrześcijaństwa, te 18 lat intrygowało wielu.
   Próbę znalezienia odpowiedzi podejmowali zarówno mądrzy teologowie( w tym gronie i Doktorzy Kościoła), jak i zwolennicy teorii spiskowych. Efektem dociekań tych pierwszych były baśniowe opowiadania żywcem przypominające historię klepaną przez opiekunkę ogrodów pamięci Ojca Narodu( o których pisałem na początku), owocem zwolenników sensacji stały się zaś relacje o podróżach Jezusa na Daleki Wschód i historie o bardzo ludzkim zachowaniu przyszłego Zbawiciela w tym czasie.
Daleko mi zarówno do przesłodzonych historyjek pobożnych mężów jak i do teorii w stylu Dana Browna, no i dlatego pozostaję nadal bez odpowiedzi ze swoim pytaniem?
    Mam jednak nieodparte wrażenie, że ten okres „ukrytego czasu życia Chrystusa” jest bardzo ważny i dlatego nasuwa mi się jeszcze jedno domniemanie:
Sądzę, że niektórym zależy na tym, aby prawda o tych latach pozostała nieznana?
W jednym z fragmentów Ewangelii Jezus kreślił przed słuchaczami wizję drogi ku Ojcu i wtedy oświadczył, że Tylko On jest tą drogą!(J14,6)
    Na koniec zatem jeszcze jedno pytanie: Czy tylko droga Kościoła jest tą jedyną drogą ku Ojcu, czy raczej jedną ze ścieżek, które prowadzą ku Odwiecznemu?
Może w tych 18 ukrytych latach z życia Jezusa zawarta jest odpowiedź na moje oba pytania?
Kryspin

środa, 15 marca 2017

Kościelny ZDZ



    Gdy rozpoczynałem moją drogę powołania, z niecierpliwością oczekiwałem na początek drugiego roku, gdy w seminarium odbywały się nasze obłóczyny( ceremoniał pozwolenia na noszenie sutanny). Od tego październikowego popołudnia poczułem dumę bycia podobnym do kapłana.
   Co prawda nadal moje prawa posługi przy ołtarzu bardziej przypominały ministranturę, ale zawsze.
Dopiero na czwartym roku studiów zezwolono nam na głoszenie kazań i do tego, tylko po ich zatwierdzeniu przez profesora homiletyki.
Prawie księdzem tak naprawdę poczułem się dopiero po przyjęciu( pod koniec piątego roku pobytu w seminarium) święceń diakonatu. Od tej chwili mogłem udzielać sakramentu chrztu, przewodniczyć uroczystościom pogrzebowym i czytać w czasie mszy świętej fragmenty Ewangelii. Najbardziej czułem się wyróżniony, gdy od chwili tych święceń mogłem także udzielać komunii wiernym.
    Takie zasady panowały w Kościele do początku lat osiemdziesiątych minionego wieku.
Póki co, w bardzo ograniczonym stopniu realizował zalecenia niedawno co zakończonego Soboru, który stawiał na świadomy i aktywny udział świeckich wiernych w sprawowaniu eucharystii.
I pewnie jedyną zauważalną zmianą byłoby odejście od łaciny i wprowadzenie języków narodowych w sprawowanych obrzędach, gdyby nie narastający kryzys wiary i coraz bardziej puste świątynie.
Kościół doszedł do przekonania, że dotychczasowa forma żywo przypominająca teatralną relację: aktor-widz, wypaliła się i trzeba coś zmienić?
-A może dać szeregowym uczestnikom kościelnego życia poczucie, że są ważni i potrzebni?
Noszenie baldachimu w czasie parafialnej procesji, zbieranie składki w trakcie mszy świętej, czy funkcja lektora czytającego przed Ewangelią mniej „dostojne” fragmenty z Biblii, zdawały się nie wystarczać?
-”Szafarz nadzwyczajny”- to brzmiało dumnie, no i w parafiach pojawiać się świeccy pomocnicy , którzy (po pozytywnej weryfikacji za strony biskupa) zajęli się szczególną pomocą przy eucharystii. Dorośli, parafialni aktywiści zamienili teraz ministranckie komeżki na białe alby i pod koniec mszy zaczęli zajmować się rozdawaniem komunii.
Mnie jakoś to nie pasuje....
    Irytuje mnie(pewnie nie tylko mnie?) gdy w trakcie niedzielnej mszy księża wikariusze wyruszają z koszykami i zbierają datki, a do tabernakulum udaje się świecki wierny, by po chwili rozdawać Ciało Chrystusa bogobojnym uczestnikom świętej liturgii.
    Podobnie nie widzę sensu, gdy ksiądz odprawiający mszę rozdaje komunię tylko ministrantom i zaraz po tym zasiadając w fotelu celebransa, tylko przygląda się posłudze nadzwyczajnego szafarza, który „obsługuje” pozostałych.
    Laicyzacja, konsumpcjonizm i kryzys wielu wartości, stają się swoistą modą współczesnego, sytego świata Dotykają one także Kościoła, który z każdym rokiem traci pozycję lidera moralnego autorytetu, co spędza sen z oczu watykańskim decydentom.
Kościół wymaga mądrych reform, aby zażegnać ten największy być może (w jego historii) kryzys!
    Papież Franciszek, wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, w nieoficjalnym(póki co!) wystąpieniu poddał pomysł, aby do święceń kapłańskich dopuścić mężczyzn związanych małżeńską przysięgą. Miałoby to złagodzić problem braku powołań.
    Pewnie ( na siłę) można by doszukiwać się w tym pomyśle powrotu do tradycji początków Kościoła, gdy takie praktyki były czymś normalnym, ale?
    Są pewne profesje, przy których używa się określenia: powołanie!
Wśród nich są dwie szczególne- kapłan i lekarz.
    Trudno byłoby mi zaakceptować pomysł, by lekarzem był ktoś tak przy okazji, bo lubi pomagać ludziom.
Takich zapaleńców, którzy bez ukończonych, trudnych studiów medycznych, zajmują się leczeniem dolegliwości ludzkich ciał, nazywa się znachorami i są ścigani przez prawo!
    Idea kościelnego ZDZ( zakład doskonalenia zawodowego), a do tego sprowadza się pomysł święceń kapłańskich dla żonatych mężczyzn, jest co najmniej dziwna.
Kryspin

wtorek, 7 marca 2017

Flakonik na rozwiązanie problemu.

       Przeżywamy okres Wielkiego Postu. Fioletowy kolor liturgicznych szat, kazania o męce Chrystusa w czasie nabożeństw Gorzkich Żali wprowadzają nas w nastrój zadumy, żalu i może trochę wstydu, że swoimi słabościami zgotowaliśmy cierpienie Odwiecznemu.
Zaledwie kilka dni temu ucichły karnawałowe zabawy, a kapłani w posypali wiernym głowy popiołem na znak czasu pokuty i refleksji nad złem.
       Pierwszy piątek tegorocznego okresu Wielkiego Postu nasi hierarchowie ogłosili dniem modlitwy przebłagalnej za grzechy pedofilii w szeregach kapłanów.
No i na pierwszy rzut oka ta inicjatywa jak najbardziej wydaje się być właściwa i na czasie, bo kiedy jak nie w okresie Wielkiego Postu przepraszać za takie bezeceństwa?
       Mnie jednak ręce nie składają się do oklasków, gdyż nie widzę w tym szczerości i skruchy nawróconego grzesznika, a zwyczajne działanie obliczone na medialny poklask( teraz w dobrym tonie) i rodzaj „igrzysk” dla pospólstwa!
       Duchowni, w okresie przygotowań do Wielkanocy, odbywają swoje doroczne, wielkopostne rekolekcje. Najczęściej na 2-3 dni zjeżdżają do zamkniętych ośrodków(klasztory, domy rekolekcyjne, seminaria duchowne itd.), by tam słuchając nauk przewodników duchowych, poświęcając czas na osobistą modlitwę, dokonywać swoistego resetu swojego powołania i wytyczyć dla siebie drogę poprawy tego, co w tym kapłaństwie uległo duchownemu zababraniu.
      Może przy takiej okazji warto by było, aby np. jeden dzień(o chlebie i wodzie) spędzić na klęczkach w zakonnej kaplicy, aby przepraszać Boga (i ludzi także) za patologię zachowań seksualnych niektórych duchownych?
Swoją drogą zdziwiło mnie to, że Kościół powrócił do problemu pedofilii. Od półtora roku media nie sygnalizowały żądnego skandalu z udziałem kapłanów i może można by było odtrąbić koniec tej wstydliwej choroby?
Ten problem jednak nadal jest i może dlatego ta wielkopostna akcja ze strony naszych Pasterzy?
Seksuologia, mówiąc o pedofilii, wskazuje, że jest ona chorobą wrodzoną (ale w znikomym procencie), a w większości jest skłonnością nabytą!
       Znany autorytet o tych sprawach mówi wprost: „Pedofilia częściej jest nabyta wskutek nieudanych związków z kobietami, niezaspokojonej potrzeby władzy i uznania, czy nieudanego współżycia seksualnego"
       Przez sześć lat pobytu w seminarium poznałem ponad 300 młodych facetów realizujących swoją drogę ku kapłaństwu i wtedy nie spotkałem żadnego, powtarzam: żadnego ze skłonnościami pedofilskimi!
       W tym okresie, który nazywano czasem formacji do służy, zadbano jednak o skuteczne wspomaganie hamowania „grzesznych” myśli kandydatów.
I tu nasuwa mi się porównanie do praktyk z kultowej komedii, gdzie naturalny popęd seksualny załatwiała tabletka podawana kobietom żyjącym w nierealnym, podziemnym świecie.
W seminarium dbały o to siostry zakonne serwujące klerykom posiłki obficie skrapiane bromem (był w herbacie, cukrze oraz innych posiłkach) i sprawa była załatwiona!
        Modlitwa przebłagalna zaordynowana w pierwszy piątek Wielkiego Postu na niewiele się zda, gdy nie zostanie uzupełniona o refleksję nad przyczynami tkwiącymi u źródeł tej choroby!
Jeśli jej zabraknie i nie zostaną w Kościele podjęte decyzje o koniecznych zmianach, to w kolejnych latach Hierarchowie będą zmuszeni enty raz zwoływać wiernych, by przepraszali za ciągle nowe ogniska tej patologii!
Bóg obdarzył każdego człowieka ludzkimi skłonnościami i potrzebami.
       Seksualność i wszystko co jest z nią związane, są wpisane w naturę każdego i nie da się z tym walczyć!
No chyba, że przy dekretach, którymi biskupi posyłają adeptów kapłańskiego powołania do parafialnych posług, będą wręczać każdemu flakonik z miksturą tonującą ich ludzkie, wpisane w naturę człowieka potrzeby?
Ale czy to załatwi problem? Obawiam się, że nie!
Kryspin,

poniedziałek, 27 lutego 2017

Grzech śmiertelny to owoc złej woli


     W mieście mojego dzieciństwa mieszkał i pracował lekarz ginekolog, o którym było powszechnie wiadomo, że nie wszystkie jego medyczne działania były zgodne z przysięgą Hipokratesa, w której kiedyś zobowiązał się do ratowania każdego ludzkiego życia. Pan doktor „niósł pomoc” kobietom w szerokim zakresie. W szpitalu leczył patologie ciąż niosąc spragnionym paniom nadzieję na szczęśliwe macierzyństwo, a w prywatnym gabinecie „przywracał” spokój tym kobietom, dla których perspektywa narodzin dziecka była kłopotem.
    Mieszkańcy miasteczka pokazywali lekarzowi, że wiedzą o jego prywatnej „aktywności”i dawali jasny sygnał, że jej nie pochwalają zapalając mu w dniu święta zmarłych znicze przed bramą domu, gdzie mieścił się też gabinet lekarza.
    Ten w ramach rewanżu co roku pielęgnował dziwny rytuał. Zawsze w Wielki Piątek przychodził do popularnej w miasteczku restauracji i zamawiał wielki kotlet schabowy, który ostentacyjnie pałaszował, gorsząc personel i nielicznych w tym dniu gości tego lokalu.
Przed tygodniem zapowiadałem, że przy następnym spotkaniu z Księdzem w cywilu porozmawiamy na temat grzechu śmiertelnego(ciężkiego), który zamyka katolikowi drogę do godnego przyjęcia, w trakcie mszy św. Eucharystycznego Chrystusa i naraża go na wieczne potępienie, gdyby w takim stanie Bóg powołał takiego niegodziwca do wieczności.
     Dzisiejszy człowiek najczęściej poszukuje informacji w internecie.
Przestrzegam jednak przed tą formą nabywania wiedzy na powyższy temat, a jeśli już to tylko do prześledzenia zawiłych poglądów wszelkiej maści mniej, czy bardziej pobożnych ludzi Kościoła, którzy przez stulecia próbowali mierzyć się z precyzyjnego określenia czym on jest i kiedy coś zasługuje na takie miano, a w jakich wypadkach jednak nie.
    Najbardziej zrozumiałym źródłem wiedzy o grzechu ciężkim jest Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) więc w ramach powtórki z lekcji religii, przypomnijmy sobie, co on mówi na ten temat:
„Grzech śmiertelny niszczy miłość w sercu człowieka wskutek poważnego wykroczenia przeciwko prawu Bożemu, podsuwając człowiekowi dobra niższe, odwraca go od Boga, który jest jego celem i szczęściem”
Tyle definicja zawarta w KKK i znowu odnoszę wrażenie, że jest ona na tyle mało jasna, by zwykły katolik mógł uzyskać pełną wiedzę: czy danym czynem ubabrał się już w śmiertelnym błocie, czy tylko pobrudził łapki lekkim nieposłuszeństwem.
      Katechizm w dalszej częściej stara się precyzować, czym jest ten nieszczęsny grzech śmiertelny:
1- dotyczy bardzo ważnej sprawy(przekroczenie jednego z Przykazań Bożych!
2-popełniony z pełną świadomością - wiem, że to grzech ciężki, a mimo to czynię!
3-dokonany z premedytacją i świadomością, że coś jest poważnym złem!
     Tenże sam Katechizm podaje jednak także tzw. okoliczności łagodzące „śmiertelność” czynu:
-Popełnienie czynu w afekcie, pod wpływem uczuć i namiętności zmniejszających dobrowolny charakter złego uczynku, podobnie jak presja zewnętrzna i patologiczne zaburzenia!
Czy teraz po tej „powtórce z przeszłości”,jesteśmy bardziej uświadomieni, kiedy popełniamy grzech śmiertelny? Może tak, a może jednak nie?
     Problem tkwi w tym, że przytoczone powyżej przepisy KKK wkuwają kandydaci do pierwszej komunii świętej. To tak, jakby przygotowanie do egzaminu na prawo jazdy przeprowadzano wśród dziewięciolatków i później oczekiwać , że będą dobrymi użytkownikami ruchu drogowego.
No tak, ale przecież to nie jedyny raz, gdy człowiek styka się z KKK, bo co gorliwsi kapłani robią powtórkę zasad KKK choćby kandydatom do bierzmowania, czy w trakcie nauk dla przyszłych małżonków.
Niewiedza wiernych, że grzech śmiertelny zachodzi tylko wtedy, gdy wynika ze złej woli i pełnej świadomości złego czynu, powoduje w nich strach przed komunią i dlatego do niej nie przystępują.
Może więc warto przypominać sobie częściej, przy każdym rachunku sumienia:
     Tylko zła wola i świadomy wybór zła, rodzą śmiertelny grzech!
Mądra matka wychowując swoje dziecko, chwali je za dobre postępowanie i pomaga mu przezwyciężać niedoskonałości, ale nigdy nie mówi mu: jest złym dzieckiem!
     Mnie w Kościele brakuje tego pozytywnego budowania pokładów dobra, które z natury ma w sobie każdy człowiek, a zamiast tego zbyt często wytyka się wiernym, że są grzesznikami!
Kryspin,

wtorek, 21 lutego 2017

"We mszy świętej nabożnie uczestniczyć"


     Chyba większość z nas pamięta kabaretową scenę, gdy pracownik zakładu zbrojeniowego, przed udzieleniem odpowiedzi na postawione przez redaktora pytanie, sam zapytał:
”A dla kogo ten wywiad?”
     Przed kilkoma dniami ośrodek badania opinii publicznej podał wyniki badań religijności naszego społeczeństwa i odniosłem wrażenie, że przy przyjęciu tego zlecenia, przedstawiciele szacownego ośrodka zadali takie samo pytanie.
     Z oficjalnych(podanych do publicznej wiadomości) danych wynika, że ponad 85% Polaków, to ludzie wierzący, z czego 98% należy do Kościoła katolickiego.
Najbardziej zaskakują jednak dalsze liczby: 55% uczestniczy w coniedzielnych nabożeństwach, kolejne 20% kościół odwiedza kilka razy w miesiącu, a pozostali (kilkanaście procent ) w obrzędach liturgicznych uczestniczą okazjonalnie (od wielkiego święta, lub przy okazji uroczystości rodzinnych)
W każdą ostatnią niedzielę roku liturgicznego w naszych kościołach odbywa się liczenie wiernych i ich wyniki dalece odbiegają od tych podanych przez ośrodek badawczy.
I aby była jasność, kościelne liczenie pokazuje, że 55%, to liczba mocno zawyżona.
Gdzie więc tkwi prawda?
    Ilu wiernych należycie spełnia kościelne przykazanie:”W niedzielę i święta we mszy nabożnie uczestniczyć!”?
Według kapłanów, z którymi rozmawiałem: 25%w parafiach miejskich, do 35% w mniejszych, najczęściej wiejskich wspólnotach.
     Już kiedyś przytaczałem próby znalezienia przyczyny tak niskiej frekwencji, o których mówią sami duchowni:laicyzacja, takie czasy, konsumpcjonizm itd.
W kościelnych statystykach proboszczowie raportują swoim przełożonym ilość wiernych uczestniczących w sposób pełny w niedzielnej mszy świętej, czyli ilu parafian przystępuje do niedzielnych komunii.
To kilkanaście procent obecnych na niedzielnym nabożeństwie.
I tu rodzi się kolejne pytanie: dlaczego jest tak źle?
     Dlaczego kościelne przykazanie tak naprawdę spełnia jeszcze mniej osób, bo tylko nieliczni wypełniają istotny warunek:”nabożnie”, czyli w pełni, z pobożnością?
Aby poszukać przyczyn tego stanu rzeczy, trzeba by odnieść się jeszcze do jednego kościelnego przykazania, które zobowiązuje katolika do spowiedzi i komunii co najmniej raz w roku(około Wielkanocy)- To zwyczajne minimum, ale do czego?
     Czy w przyjaźni z Bogiem mam być tylko raz w roku? A co z pozostałymi 364 dniami?
Gdy małe dziecko( 9 letnie) przygotowuje się do pierwszego, uroczystego spotkania z Chrystusem Eucharystycznym, katecheci tygodniami ćwiczy ceremonię poruszania się w czasie przyszłej uroczystości.     Najbardziej istotną kwestię, sakrament spowiedzi, oczyszczający duszę grzesznika przed przyjęciem Boskiego Ciała, ogranicza się do wykucia na blachę zasad katechizmu i do jednej”próbnej” i później już tej prawdziwej spowiedzi, w trakcie której mały nieborak klepie przy konfesjonale wyliczankę swoich przewinień, które pewnie u Pana Boga wywołują tylko życzliwy uśmiech.
     Kościół uczy, że do sakramentu Eucharystii może przystąpić wierny wolny od grzechu ciężkiego (śmiertelnego) i to wiedzą maluchy od pierwszej komunii, ale na tym kończy się znajomość tematu.
    Dorosły wierny ma znikomą wiedzę, czym jest grzech śmiertelny, bo edukację na ten temat zakończył dawno i na wszelki wypadek uznaje siebie za niegodnego, by gościć w swoim sercu Chrystusa Eucharystycznego.
    I tu tkwi odpowiedź na temat przyczyn tak niskiego procenta wiernych nabożnie we mszy uczestniczących.
A może czcigodni przewodnicy po zawiłościach ludzkiego sumienia, warto by wykorzystać niedzielne homilie, by nie tylko gromić nieobecnych, lub zwyczajnie mówić o niczym, a zamiast tego uczyć przybyłych, że msza, to nie tylko rodzaj spektaklu, a uczta w której powinni w pełni uczestniczyć, bo grzech śmiertelny wcale nie tak często nam się zdarza.
Ale o tym następnym razem.
Kryspin

poniedziałek, 13 lutego 2017

Celibat-"prezent z kuferka kłamstwa"

     „Znakiem diabła” określił ostatnio zjawisko pedofilii w Kościele Papież Franciszek.
Nie było to oficjalne stanowisko Stolicy Apostolskiej, a jedynie(a może aż!) Jego komentarz i wstęp do książki człowieka, który przez lata był ofiarą dewiacyjnych zachowań szwajcarskiego zakonnika.
Ojciec Święty przy tej okazji kolejny raz przeprosił za grzechy pedofilii wśród duchownych i enty raz zapowiedział stanowcze działanie przeciwko takim zachowaniom.
„Znak diabła”, a może trzeba by powiedzieć działanie diabła?
      Kościół rzadko przypomina o jego istnieniu, choć jest on ważną stroną naszej wiary.
Szatan, piekło, potępienie, od początku towarzyszyły nauczaniu Kościoła, jako finał przegranej batalii o zbawienie duszy.
Z tym przeciwnikiem Bożej Miłości spotkał się także nasz Zbawiciel, gdy przygotowując się do spełnienia swojej misji, kończył czterdziestodniowy post.
Chyba wszyscy wierzący znają historię z Góry Kuszenia?
Obietnice: bogactwa, władzy i to wszystko tylko za jeden pokłon, którym uznałby wielkość szatana!
Wtedy książę kłamstwa przegrał z doskonałym posłuszeństwem w wypełnieniu Bożego planu i jak mówi Biblia:”odstąpił od Niego”.
     Upokorzony, zły swoją porażką szatan jednak do końca nie zrezygnował i na tej górze pozostał cierpliwie czekając, by swój „kuferek kłamliwych obietnic” sprzedawać innym: mniej świętym, mniej doskonałym w posłuszeństwie Bogu, bardziej skłonnym do kompromisu ze złem.
I tak przez wielki na jego górę ciągnęły tabuny chętnych, którzy dla: władzy, majątku, gotowi byli porzucić wszelkie zasady moralne i oddawali mu pokłon dla złudnej nadziei szczęścia.
Szatan jednak nigdy nie był „detalistą” i swój apetyt na sianie zła mógł zaspokoić tylko sukcesem na miarę rewanżu za porażkę z Bożym Synem!
     Takim przeciwnikiem mógł być tylko Kościół - dziecko i nadzieja Jezusa.
Dużo czasu szatan potrzebował, by skutecznie zaprosić go na swoją górę. Przez pierwsze wieki, gdy pamięć Zbawiciela rozpalała szczerą pobożność pierwszych chrześcijan, było to prawie niemożliwe, ale później, gdy rządy Cesarstwa Rzymskiego legły w gruzach i nastał czas wolności dla wyznawców Jezusowej wiary, było już łatwiej.
     Władza i bogactwo(nieustanna w oferta pana tej góry) wreszcie skusiły tych, którzy byli przecież powołani przez Chrystusa, by być Pasterzami Bożego stada.
Zaślepieni żądzą tego co tu i teraz, stali się zwykłymi najemnikami(szerzej piszę o tym w „Zatroskanej koloratce-Pasterzach i najemnikach”)
I na deser bonus od niego: celibat!
„Genialny prezent” szatana dla Kościoła, który od chwili wprowadzenia (XII wiek) stał się swoistym „samograjem” zła.
Ojcze Święty!
     Może już czas, by Kościół zszedł z góry kuszenia?
Może już najwyższy czas, by odrzucił dary z „kuferka kłamstwa” i powrócił do drogi, którą kiedyś nakreślił mu jego założyciel, Jezus Chrystus?
     Pedofilia w szeregach duchownych to tylko jeden z zatrutych „kwiatów” rośliny, którą jest celibat!
Bardzo żałuję, że nie jest mi dane przekazać Tobie Ojcze Święty „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”, bo w niej swoją skargę podnoszą i inne ofiary „prezentu” szatana:
     Może warto pochylić się nad głosem setek tysięcy ofiar celibatu: księży łamiących kościelny zakaz, kobiet uwikłanych w nieformalnych związkach z nimi i milionów tych, którzy odchodzą z Kościoła w smutnym przekonaniu, że się na nim zawiedli.
Kryspin

wtorek, 7 lutego 2017

Smuci mnie Kościół syty władzą

 .
     Prawie za każdym razem, gdy w mediach pojawiają się doniesienia dotyczące naszego Kościoła, przychodzą mi na myśl obrazy z „Zatroskanej koloratki-Pasterze i najemnicy”.
     Tak samo było, gdy kilka tygodni temu w naszej TV obszernie relacjonowano uroczystość ingresu nowego Metropolity Krakowa.
W katedrze na Wawelu zebrało się grono znamienitych gości, a wśród nich prawie wszyscy członkowie polskiego Episkopatu, zaproszeni dostojnicy kościelni z Watykanu i kwiat polskiej polityki z samego wierzchołka władzy .
Kamery relacjonowały każdy szczegół tych uroczystości i dzięki temu wszyscy ci, którzy nie mieli szczęścia, albo protekcji, by załatwić sobie wejściówki, mogli na ekranie poczuć podniosłość tamtego wydarzenia. No może byli pozbawieni głębszych doznań, jak chociażby zapach wonnych kadzideł, którymi mogli rozkoszować się tylko tam bezpośrednio zebrani, ale i tak wszyscy odczuwali niezwykłość tego spektaklu.
     A ja zobaczyłem wtedy obraz sytego polskiego Kościoła, który na bogato pokazał się swoim wiernym.
I właśnie wtedy powróciło mi wspomnienie księdza katechety z „Zatroskanej koloratki”
Mijałem go na szkolnym korytarzu, gdy udawał się na lekcje.
Stałem nieco z boku i obserwowałem samozadowolenie malujące się na jego twarzy.
Minął mnie po chwili i tylko lekkim skinieniem głowy dał znać, że łaskawie zauważył moją obecność i jeszcze bardziej uniósł głowę jakby chciał pokazać wszystkim, kto tu zasługiwał na szacunek.
Syty, zadowolony, tryumfujący przedstawiciel Kościoła napawający się ….No właśnie, czym?
No tak po ludzku mógł być zadowolony, pomyślałem wtedy:
Państwo zatrudniło go na etacie nauczyciela i co miesiąc płaciło pensję, i gdy inni pedagodzy żalili się, że była zbyt mała, on nie musiał stawać po stronie niezadowolonych, bo dodatkowo, niejako po godzinach „dorabiał” sobie w parafii intencjami mszalnymi, a wikt i opierunek miał za friee, bo o to dbał jego proboszcz.
A że szkolne katechezy wyglądały tak, jak wyglądały i często młodzież traktowała je jak kolejną wolną od zajęć godzinę, to już inna sprawa. Najważniejsze, że w dzienniku rozpisał kolejne tematy lekcyjnej edukacji, no i jeszcze dopilnował frekwencji młodych, których odtransportował do pobliskiego kościoła w trakcie wielkopostnych rekolekcji organizowanych dla szkolnej gromadki.
     No tak po ludzku nasz Kościół może być zadowolony, myślę teraz.
Państwo łaskawą ręką dorzuca się do jego utrzymania, wierni dołożą swoje(choć mogliby więcej, ale trudno), a jeśli do tego dołożyć poczucie sytości władzy, to czego chcieć więcej?
I znowu powraca mi obraz z „Zatroskanej koloratki”, gdy poznajemy młodego(przed trzydziestką) kanonika.
    Były wtedy lata trzydzieste XX wieku- jako naród cieszyliśmy się odzyskaną niepodległością, a polski Kościół przy tej okazji odbierał wdzięczność za niewątpliwe zasługi, jakimi dał się poznać w czasie zaborów, gdy był swoistym depozytariuszem polskości i pomógł naszym dziadom w zachowaniu narodowej świadomości.
I byłoby pięknie, gdyby w tym wszystkim nie uległ pokusie bycia sytym i pragnieniu władzy, która dalece wybiegała poza jego posłannictwo.
Młody jeszcze wiekiem Kanonik, pewnie nigdy by nie dostrzegł istoty swego powołania, gdyby nie wojenne doświadczenia, które okrutnie zweryfikowały życie naszego narodu.
Jego samego dosięgnął koszmar koncentracyjnego obozu. Przeżył to piekło i powrócił do kapłańskiej służby. Był już jednak innym człowiekiem i gdy jego współbracia mniej, czy bardziej szczerze starali się okazywać mu współczucie, on uśmiechał się tylko życzliwie i milczał.
Tylko raz wspomniał obozowe doświadczenia, gdy goszcząc kapłanów na odpustowym obiedzie, wytłumaczył im, na co przeznaczył pieniądze, które otrzymał jako zadośćuczynienie ( w obozie był ofiarą pseudo medycznych doświadczeń):
„Pieniądze były dla Niego”-wyjaśnił, gdy pokazał im odnowioną świątynię.
”To zapłata za rekolekcje, którymi dla mojego kapłaństwa był czas obozu”.
Kryspin

niedziela, 5 lutego 2017

Ania zdecydowała! A Ty? Napisz swoją historię biznesu po godzinach!

                                              Biznes po godzinach!
      Pani Ania uczestniczyła w biznesowej kolacji, na której podjęła decyzję o przystąpieniu do programu Przyjaciół Cuisine Companion(PCC). 
     Uznała, że to może zmienić (poprawić) jej sytuację finansową. W dotychczasowej pracy nie mogła liczyć na poprawę swojej sytuacji finansowej, ale na inne zajęcie nie miała widoków, dlatego ze spuszczoną głową przyjmowała swój los...
Aż do tamtego wieczoru, gdy przyjaciele zaprosili ją do programu PCC!
                         Pierwszy krok do nowej nadziei na lepsze jutro:
Inwestycja: zakup urządzenia Cuisine Companion-3699 zł( na dogodne 20 rat po 185zł)
Działanie:
     Na piątkowy wieczór Ania zaprosiła na biznesową kolację czworo przyjaciół.
Arek-znajomy, który zaproponował jej udział w PCC, pomógł w przygotowaniu poczęstunku z wykorzystaniem CC. Później wszystkim przedstawił biznesową szansę programu PCC i zaprosił ich (w imieniu Ani) do udziału w nim!
      Na biznesowej kolacji decyzję na tak podjęło dwoje: Beata i Cyryl. Daria stwierdziła, że musi to przemyśleć, a Elka podsumowała, że nie wierzy w takie projekty!
Efekt spotkania: 2 osoby weszły do biznesu!
Ania zainkasowała 2x 200 zł i 2 punkty do portfela kariery
                       Drugi krok-duplikacja!
W kolejnym tygodniu kolację dla swoich przyjaciół zorganizowali:
w czwartek-Beata, w piątek Cyryl, a Ania urządziła spotkanie dla kolejnych swoich przyjaciół w sobotę!
Efekt: Beata i Cyryl zdobyli swoje pierwsze punkty: Beata 3(i 3x200 zł),
Cyryl 2(i 2x200zł).
Ania do portfela kariery zainkasowała 2+3 pkt i już miała ( 2+3 +2)- 7pkt
Na jej kolacji kolejne dwie osoby przystąpiły do projektu: 2X200 zł dla Ani i 2 koleje punkty do jej portfela i miała już 9 punktów!
                     Trzeci krok- droga do awansu na poziom drugi kariery(20 punktów!)
W grupie Ani 9 osób na kolejnych, organizowanych przez siebie kolacjach, do projektu pozyskały kolejne 11 osób- portfel kariery Ani dobił 20 punktów i awansował ją na poziom drugi biznesowej tabeli!
                    Czwarty krok: efekt MLM
      Członkowie grupy Ani na biznesowych kolacjach(17) wprowadzili do programu PCC 17x2- 34 osoby. Ania w tym czasie zaprosiła do PCC 1 osobę!
Jej portfel kariery urósł do(20+43+1) 55 punktów
Ania na konto otrzymała : 34x 150 zł= 5100 zł i 350zł (za ostatnio, bezpośrednio zaproszoną osobę!)
Podsumowanie: Ania zorganizowała 3 kolacje i bezpośrednio do projektu skutecznie (z pomocą Arka) zaprosiła 5 przyjaciół. Ma obecnie 55 punktów w swoim portfelu kariery i zarobiła : 2x200zł+2x 200zł+ 34x150zł+350zł  =   5850 zł!
       Cuisine Companion nie tylko pomaga jej smacznie gotować, ale także stało się znakomitym narzędziem biznesowym!
                    A to dopiero początek!
Zadzwoń i rozpocznij swoją historię biznesu po godzinach:  536 425 831

wtorek, 31 stycznia 2017

Przekroczyć Tajemnicę


-„ Co mnie czeka po drugiej stronie życia?
Wielokrotnie spotykamy się z tym pytaniem, na które tak naprawdę nikt nie jest wstanie udzielić odpowiedzi.
-„Nikt, nigdy stamtąd nie wrócił i nie powiedział wprost, że istnieje ten inny świat rzeczywistości po ludzkiej śmierci!” Wielokrotnie słyszałem to stwierdzenie od ludzi, którzy zadawali mi takie pytanie, i wcale nie był to głos niewiary.
    Pewnie takie i inne pytania, rodzące się w umysłach ludzi wierzących, skutkują tym, że zaledwie co drugi katolik przyznaje, że spodziewa się dalszego ciągu swojego „życia po życiu”.
Co prawda u fundamentów katolickiej doktryny znajduje się olbrzymi dział teologii zwany Eschatologią, w którym Kościół tłumaczy zasady ostatecznego czasu: końca tego świata i przeznaczenia ludzi, jakim jest zbawienie; to jednak nie zaspakaja chęci zrozumienia i poznania jak będzie to wyglądało.
Inne religie teistyczne(islam, judaizm) oraz te pozostałe(zwłaszcza religie dalekiego wschodu, które pomimo że nie odnoszą się do idei Boga-Stwórcy wszechrzeczy), przyjmują istnienie dalszego ludzkiego istnienia po śmierci.
    Jest w tym jakiś uniwersalizm pragnienia nieśmiertelności, który nosi w sobie każdy żyjący. Nawet człowiek, który jasno deklaruje swoją niewiarę w wieczną przyszłość, mówiąc:”jestem niewierzący”, także w sobie je ma.
    Kilka tygodni temu w mediach pojawiła się informacja o śmierci młodego jeszcze człowieka, który będąc osobą publiczną, większości kojarzył się z kimś dalekim od spraw związanych z wiarą.
W kilka godzin po informacji o jego śmierci, telewizja wyemitowała ciekawy wywiad, wspomnienie, z bardzo już chorym bohaterem smutnej informacji dnia.
W rozmowie z redaktorem powiedział wtedy swoim odczuciu wiary, czymś, co słuchacze mogli uznać za uzasadnienie swojego nawrócenia.
Na początku swej wypowiedzi zaznaczył, że nie chciałby być stawiany w jednym szeregu ze znanymi wrogami wiary, którzy w świetle reporterskich fleszy dokonali przed śmiercią pojednania się z Bogiem.
„W pewnym momencie doznałem dziwnego uczucia, jakby ktoś dotknął mojego ramienia i poczułem wtedy niesamowity spokój i pewność, że w chwili, która zbliżą się do mnie nieuchronnie, nie będę sam”.
To był ostatni wywiad tego człowieka, a później już tylko były wspomnienia tych, którzy wspominając go za każdym razem mówili: „To był człowiek o dobrym sercu i dlatego tak wielu będzie go brakować”
Napisał do mnie 80 letni ateista (tak sam siebie określił) pytając o możliwość zbawienia poza wiarą katolicką.
Odpowiadając mu, powołałem się na przykład Huberta z „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”.
Poznałem historię krótkiego życia tego człowieka kilka lat po jego odejściu. Na pogrzebie tego młodego, świetnie zapowiadającego się lekarza, było wielu ludzi wdzięcznych za dobroć, którą realizował swoim życiem.
Hubert wychowany przez niewierzących rodziców nawet nie był ochrzczony, ale nikomu, kto znał go za życia, nawet przez myśl by nie przeszło, by Chrystus odmówił mu prawa do zbawienia!
Już słyszę głosy wyciągających wygodne dla siebie wnioski: „Jeśli sprawa się tak ma, to po co komu klepanie pacierzy, czas odstany gdzieś w ciemnym kącie świątyni i wysłuchiwanie nudnych nauk człowieka w złoconych liturgicznych szatach, skoro tak niewiele potrzeba, aby załapać się na ten pociąg naszego przeznaczenia- do wiecznego szczęścia?”
Rzeczywiście: bezmyślnie klepane pacierze, zaliczane niedzielne msze, czy sakramenty przyjmowane raz około Wielkanocy nie dadzą biletu na ten pociąg zmierzający do stacji Zbawienie, gdy zabraknie w nas świadomości potrzeby bycia dobrym, coraz lepszym człowiekiem.
Po to Chrystus powołał kiedyś swój Kościół, by ten, niczym dobry trener, pomagał być coraz lepszymi tym wszystkim, którzy uwierzyli, że poprzez byciem dobrym, coraz lepszym człowiekiem, zasłużą sobie na  niezwykły bilet do poznania tajemnicy.
Kryspin

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Metoda na strusia

    Ksiądz Wojciech, kapelan szpitala na południu Polski, przez lata zapracował sobie na miano kapłana z sercem, przez co bardzo polubili go pacjenci i personel leczniczej placówki. Jako jeszcze młody człowiek kipiał wręcz potrzebą niesienia pomocy i nadziei tym, których życie sponiewierało i przysłoniło słońce optymizmu na szpitalnych oddziałach. Po pewnym czasie czując niedosyt dotychczasowych zajęć, poprosił swojego biskupa, by mógł cyklicznie( także w ramach swojego urlopowego czasu) realizować powołanie niesienia Chrystusa także poza granicami diecezji, ba nawet Polski, w dalekim kraju Ameryki Południowej.
    Co roku wyjeżdżał na dwa miesiące, aby w dalekim Paragwaju mówić tamtejszym biednym ludziom, że kiedyś pojawił się na palestyńskiej ziemi taki dziwny gość, który pokochał ludzi tak do końca, że dla ich Zbawienia nie zawahał się oddać swojego życia na krzyżu. Ksiądz Wojciech nie tylko mówił im o Chrystusie, ale także starał się, w miarę swoich możliwości, zaradzać ich egzystencjalnym kłopotom i dlatego postanowił zrobić dla nich coś więcej.
    W indiańskiej rodzinie spotkał małą 4 letnią dziewczynkę, która w tamtych warunkach zostałaby skazana na na nieodwracalne kalectwo. Kapłan postanowił zorganizować operację dla małej, którą można by przeprowadzić w Polsce i do swoich bliskich powróciłaby już zdrowa.
I tu zaczęły się kłopoty, bo szpitalny duszpasterz nie tylko zarażał innych ideą pomagania na krańcu świata, ale stał się osobą medialną.
    Pytany przez dziennikarzy, co skłoniło go do szukania na krańcach świata przestrzeni do czynienia dobra, odpowiedział:”Tam też jest Kościół naszego Pana, a tak wielu ludzi go jeszcze nie poznało. Owszem, są tam kapłani, ale jest ich zbyt mało, by sprostać wyzwaniu. Obok szeregowych duszpasterzy są także hierarchowie tamtejszego Kościoła i ich postawa mnie zachwyciła. Oni są blisko ze swoimi wiernymi i zauważyłem, jak bardzo zależy im na pomaganiu najbiedniejszym. Tamtejsi biskupi tak bardzo różnią się od naszych duszpasterzy, którzy tkwią w jakimś odrealnionym świecie, bardzo daleko od ludzkich spraw!”
    Po takiej wypowiedzi ksiądz misjonarz musiał liczyć się z reakcją swoich zwierzchników. Konsekwencją był list biskupa ordynariusza, który pogroził zbyt wylewnemu kapłanowi i wezwał go do stonowania swoich wypowiedzi(duchowny miał przestać gwiazdorzyć!)
   Czarę goryczy ksiądz Wojciech przelał, gdy publicznie wypowiedział się na temat celibatu, twierdząc, że ten kościelny nakaz nałożony na kapłanów prowadzi do skandali z pedofilią wśród duchownych włącznie!
   Teraz odpowiedź przełożonych była szybka i stanowcza: Ksiądz Wojciech został ukarany suspensy (zakaz noszenia stroju duchownego i sprawowania czynności kapłańskich wynikających z mocy święceń!), aby nie wyglądało to na rodzaj zemsty, w uzasadnieniu napisano, że w postępowaniu duchownego doszukano się nieuczciwości w sprawach finansowych i gdyby to nie przemawiało; zachowanie księdza, jego wypowiedzi podyktowane są zaburzeniami psychicznymi!
    Kościół(zwłaszcza Polski) nie lubi problemów i zachowuje się jak struś.
Jeśli jest jakiś kłopot, to głowa w piach i przeczekanie, może ludzie zapomną.
   Kościół nie lubi rozwiązywać problemów, zwłaszcza takich, które mogłyby zburzyć samozadowolenie tej instytucji i to niezależnie na jakim poziomie pojawia się problem.
    Ostatnio sam doświadczyłem tego, gdy do moich drzwi zapukał miejscowy proboszcz. Muszę powiedzieć, że wykazał się nieostrożnością, bo kilka tygodni wcześniej zablokował możliwość mojego spotkania z czytelnikami(pisałem o tym), a teraz przestąpił próg mojego domu. Oczywiście ucieszyła mnie ta duszpasterska wizyta, bo mogłem poinformować go, że moje książki nie są przeciwko Kościołowi, a ukazują tylko(a może aż) problem, o którym powinno się rozmawiać. Położyłem na kolędowym stole moje książki(„Zakochaną koloratkę”,”Zatroskaną koloratkę-Pasterzy i najemników” oraz „Zaufaną koloratkę-konfesjonał krzywd”) i chciałem je ofiarować wielebnemu, by poznawszy ich treść, mógł obiektywnie się do nich ustosunkować.
Ksiądz zaskoczony moją „ofiarą”, po chwili namysłu zaproponował, że zabierze książki w drodze powrotnej, po skończonym kolędowym obchodzie.
Czekałem do późnych godzin wieczornych, ale się już nie pojawił.
Zapomniał-sądzę, że nie?
Głowa w piach i przeczekanie, może problem zniknie, albo ludzie zapomną?
Mam jednak nadzieję, że nie!
Kryspin