wtorek, 25 lipca 2017

Rozwód z biskupem



Dzień dobry Kryspinie.
Czytałem Twoje książki. Jestem kapłanem, który pokochał kobietę taką zwyczajną, ludzką miłością. Wykonuję każdego dnia moją kapłańską posługę, ale gdy przychodzi wieczór i próbuję kończyć go kapłańską modlitwą brewiarzową, moje myśli biegną do niej i wtedy przeżywam wielkie cierpienie. Pragnę szczerego kapłaństwa i staram się uciekać od myśli o kobiecie, którą pokochało moje serce, ale nie potrafię. Choć rozum stara się mi narzucić, że muszę uwolnić się od tej „słabości”, to i tak przegrywam tę walkę z samym sobą.
Kocham i żyję nadzieją, iż nadejdzie takin dzień, gdy będę z moją ukochaną tak normalnie, bez strachu, bez wścibskich oczu, które karmią się skandalami kapłańskich, zakazanych miłości.
Zazdroszczę tym wszystkim, którzy mogą iść przez życie mając u swojego boku ukochaną osobę, a mnie tego nie wolno.
Nie mam z kim o tym porozmawiać, choć kiedyś wbijano mi do głowy, że ksiądz nigdy nie jest samotny, bo ma współbraci w kapłaństwie i wiernych w parafii, którzy tworzą z nim rodzinę.
Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy kilkunastu lat, które upłynęły od dnia moich święceń; mogę powiedzieć, że to są puste frazesy.
Kapłan jest skazany na samotność, nawet gdy otacza go tłum.
Przeżywam stan beznadziei, załamania, bo uświadamiam sobie, że nie chcę tak żyć
Boję się jednak podjąć decyzję o mojej przyszłości.”
     Przez kilka dni pozostawiłem ten list bez odpowiedzi zastanawiając się, czy mam prawo zająć stanowisko i otwarcie udzielić mu odpowiedzi, w której zawarta by była jasna sugestia:
Zrób tak a tak i problem pozostanie poza Tobą.
Nie zrobiłem tego, ale zadzwoniłem i zwyczajnie z nim porozmawiałem, nie sugerując, co powinien zrobić ze swoją przyszłością.
W pewnym momencie zapytałem go, czy o tych swoich rozterkach próbował porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi, kapłanami?
Po chwili ciszy odpowiedział:” Wśród kapłanów nie ma przyjaźni i o takich sprawach trudno się rozmawia, a gdy już, to w żartobliwej formie.”
     Kilka miesięcy temu mój dawny seminaryjny kolega, obecnie nobliwy kanonik, dziekan, powiedział mi, że w mich książkach szkaluję stan duchowny i szkodzę Kościołowi i on będzie się modlił o moje nawrócenie.
     Jestem wdzięczny za zapewnienie o modlitwie,ale nie uważam, abym robił coś złego rozmawiając z tymi, którzy szukają pomocy stojąc przed koniecznością wyboru.
„Bądź zimny, albo gorący”,( Apokalipsa św. Jana, 3,15), czyli bądź autentycznym wobec siebie i innych!
Prawie dwa lata temu napisała do mnie młoda kobieta będąca w nieformalnym, wieloletnim związku ze starszym od siebie kapłanem. Przed kilkoma dniami odezwała się do mnie kolejny raz:
Mój ukochany jest wreszcie po „rozwodzie z biskupem”, a wczoraj poprosił mnie o rękę!”
Tak na koniec mój apel i gorąca prośba:do kapłanów, którzy są w nieformalnych związkach, bo pokochali „ ludzką miłością”.
Bądźcie:”zimni, albo gorący”!
     Często przed podjęciem decyzji:: Odchodzę, bo kocham", przeżywacie lęk przed napiętnowaniem, niezrozumieniem środowiska, czy zgorszeniem, jakie będą wam przypisywać wasi kościelni przełożeni.
Prawdziwym zgorszeniem i godnymi napiętnowania są ci, o których Apokalipsa mówi w dalszej części:”a tak, skoro jesteście letni....będę was wypluwać z moich ust”
W tym gronie są wasi współbracia, którzy nie raz żartobliwie tłumaczą samym sobie, że:
 „Celibat to tylko bezżeństwo, ale wcale nie zabrania cielesnych uciech ”
W gronie tych letnich są także decydenci Kościoła godzący się na fikcję nieludzkiego (Bożego tym bardziej!) wymogu celibatu!
Kryspin, 

wtorek, 18 lipca 2017

Fioletowy pomponik



    Dzisiaj spróbuję przybliżyć czytelnikom sprawę awansów w hierarchii kościelnej na poziomie parafialnym. Do przybliżenia tego tematu zainspirował mnie list jednego z czytelników.
  „W naszej parafii przez ponad trzydzieści lat proboszczem był ksiądz Mieczysław, który przez lata stał się bliskim znakomitej większości tych, którzy co niedziela wypełniali naszą świątynię.
   Pomimo upływających lat, gdy myśmy dorastali, zakładali nowe rodziny i tak po ludzku stawaliśmy się coraz bardziej dojrzałymi ludźmi, on pozostawał nieustannie taki sam: z nieodłącznym, życzliwym uśmiechem, pamiętający każdego z nas z imienia, zawsze znajdujący chwilę, by zwyczajnie porozmawiać o radościach i troskach nas dotykających.
    Parafianie lgnęli do niego i nawet ci, którym mógłby za niejedno pogrozić palcem, nie uciekali od spotkań z nim, bo wiedzieli, że w każdym człowieku potrafił dostrzec dobro i przez to potrafił wskazywać drogę powrotu na ścieżkę lepszego życia i wielu na nią wracało.
Jedynym, co szczerze nas martwiło, to zdrowie księdza Miecia, który będąc jeszcze dzieckiem, zaliczył koszmar obozu koncentracyjnego i tamten czas upomniał się o zapłatę w postaci postępującej choroby.
    W ostatnich miesiącach służby dla naszej wspólnoty dało się zauważyć, że nawet odprawianie mszy świętej sprawiało mu zwyczajne cierpienie. Drżący głos i coraz bardziej rozdygotane dłonie, w których ukazywał nam eucharystycznego Chrystusa sprawiały, że te nabożeństwa były inne od tych z czasu, gdy nasz proboszcz zarażał wiernych radością przeżywania uczty Pana, jak zwykł nazywać niedzielną mszę.
    Od ponad dwóch lat mamy nowego proboszcza, Księdza Mirosława: od roku kanonika, o którym to wyróżnieniu poinformował nas biskup po bierzmowaniu w naszym kościele.
    Nasz nowy proboszcz jest inny od ks. Mieczysława i nie chodzi mi tylko o wiek, czy zewnętrzny wygląd.
    Nie ma w nim ciepła i życzliwości tamtego kapłana, a zamiast tego emanuje oziębłością kościelnego inkwizytora i człowieka biznesu, który bez skrupułów potrafi łupić naiwnych, by zrealizować swoje wizje.
    Kilka tygodni po objęciu naszej parafii dał się poznać z tego, że pieniądz rzucony na tacę, więcej dla niego znaczy, aniżeli poczucie bliskości z Chrystusem, co tak nas fascynowało w postawie naszego poprzedniego proboszcza. Teraz tego nie ma i pozostał tylko chłód.
    Prawie w tym samym czasie, gdy nasz biskup poinformował nas o nadaniu godności kościelnej naszemu proboszczowi, doszła do nas smutna nowina z domu księży emerytów, że zmarł nasz stary proboszcz
Wkrótce nasz stary duszpasterz ostatni raz powrócił do ukochanej przez siebie świątyni, gdzie odbyły się uroczystości pogrzebowe. Na cmentarz odprowadzała go chyba cała parafia i ludzie na zmianę nieśli trumnę z czarnym biretem umieszczonym na wielu obok krzyża i chyba nie tylko mnie było trochę przykro, że to nakrycie głowy noszone przez kapłanów, nie wieńczył fioletowy pompon, który dumnie wieńczył głowę naszego nowego proboszcza.
    Ks. Mirosław został przeniesiony do nas z parafii położonej na drugim krańcu naszej diecezji, z której odszedł w atmosferze obyczajowego skandalu ( o czym dowiedziałem się od mojej siostry, która mieszka w tamtejszej parafii)
Pytam więc: Czym kierują się hierarchowie przy przyznawaniu wyróżnień i godności, jakimi nagradzają niektórych kapłanów?”
No cóż?
Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć i dlatego tylko mogę tylko zacytować wyjaśnienie Wikipedii:
    „Kanonik (łac:canonicus), wczesnośredniowieczna nazwa duchownych, żyjących według reguł kanonicznych przy kościołach biskupich(katedrach); obecnie duchowny uhonorowany godnością za szczególne zasługi dla kościoła lokalnego”
    A swoją drogą, może warto by zapytać swojego biskupa o te „szczególne zasługi” jakimi musiał wykazać się wasz proboszcz, by załapać się na prawo do fioletowego pomponika na swoim birecie?
Kryspin,

wtorek, 11 lipca 2017

Propozycja dla Radia Maryja

    Zupełnie przypadkowo trafiłem ostatnio w naszej TV na relację z dorocznej pielgrzymki miłośników Radia Maryja do Częstochowy. Na błoniach rozciągających się wokół murów sanktuarium Czarnej Madonny rozlokowało się miasteczko namiotowe, w którym organizatorzy tego wydarzenia zadbali o „kompleksową” obsługę pobożnych pielgrzymów.
    Było tam wszystko, co zdawało się być niezbędne, by rozmodleni entuzjaści toruńskiej rozgłośni czuli się bezpieczni o swoje ciała i dusze także.
Ojciec Dyrektor bacznym okiem obserwował falujący tłum kilkudziesięciu tysięcy wiernych i tylko dyskretnie przekazywał sugestie pomagierowi w czarnej sutannie, a ten kierował grupy nadchodzących pielgrzymów, informując ich o wolnej przestrzeni pośrodku wielkiego placu, gdzie powinni się udać, by zrobić miejsce oczekującym na obrzeżach.
    Przy tej okazji młody redemptorysta ( zgromadzenie do którego należy Ojciec Dyrektor) instruował zebranych, że w kolorowych namiotach ustawionych na skraju placu, mogą zakupić wartościowe książki i inne „święte gadżety”, z którymi powrócą niebawem do swych rodzinnych domów.
    Na terenie pielgrzymiego spotkania porozstawiane były także małe, białe namioty, na które toruński animator szczególnie zwrócił uwagę zebranych.
Tam znajdowały się punkty składania ofiar na działalność i rozwój Radia Maryja.
   Młody zakonnik w czarnej sutannie szczególnie polecał zebranym, by nie omijali tych białych przybytków i głęboko sięgnęli do kieszeni, by wesprzeć toruńską rozgłośnię.
Niby żartem, ale jednocześnie poważnym głosem dodał: „Jeżeli chcemy świętować kolejne nasze pielgrzymki do Matki Bożej i zależy nam na naszej rozgłośni, to nie powinniśmy być skąpi w ofiarności na ten cel”
    Po tej telewizyjnej relacji uświadomiłem sobie, że w tym religijnym ruchu drzemie wielka siła, która owocuje imponującym medialnym imperium zrzeszającym wrażliwe serca oddanych słuchaczy.
    Do pełni zachwytu nad dziełem toruńskich redemptorystów czegoś jednak jeszcze mi brakowało i dlatego przewertowałem internet mając nadzieję, że tam znajdę przykłady owoców darów serc miłośników tej rozgłośni.
   I tu trochę się rozczarowałem, bo trudno byłoby znaleźć jakieś spektakularne akcje charytatywne, którymi ojcowie animatorzy mogliby się pochwalić, co media mało przychylne Radiu Maryja nie omieszkały wypomnieć, porównując jego dokonania chociażby z coroczną fiestą dobroczynności pana Owsiaka.
    Nie poprzestałem jednak tylko na wyciąganiu wniosków z ocen „centrali”tegoż ruchu, bo znalazłem informacje o oddolnych strukturach miłośników tej katolickiej rozgłośni.
   Przy wielu parafiach działają aktywiści ze znaczkiem RM(Radio Maryja) w klapie i organizują pozostałych zwolenników w zbożnych akcjach: Cykliczne spotkania modlitewne, organizowanie zbiorowych wyjazdów do centrali i innych miejsc kultu, organizowanie pomocy charytatywnej dla biednych parafian oraz pielęgnowanie postaw pro-life wśród członków wspólnoty wierzących.
   I tu zapaliło mi się kolejny raz zielone światełko nadziei w związku z inicjatywą pomocy kobietom w ciąży i mamom „trudnych ciąż”, które wybrały życie dla swoich dzieci.
Pisałem o tym niedawno w artykule:”Dom mam” mając nadzieję, że zainteresują się tą ideą kościelni hierarchowie. Odpowiedzią była jednak tylko cisza i zero reakcji.
Może to był wtedy naiwny pomysł Księdza w cywilu, na którego apel niezręcznie byłoby zareagować, nie wiem?
    Zdeklarowana postawa pro-life, którą w swoich działaniach wpisują miłośnicy Radia Maryja, znakomicie współgra z ideą Domu mam.
Dzisiaj nie napiszę listu otwartego do Ojca Dyrektora, bo przecież nadal jestem tylko Księdzem w cywilu, ale może mogę liczyć na Waszą uwagę i wrażliwość serc.
    W Radiu Maryja słuchacze mogą stawiać pytania i dzielić się inicjatywą dobrych serc.
Może podsuniecie decydentom Waszej rozgłośni pomysł z „Domem mam”.
   Wtedy oprócz słów(nawet najpiękniejszych), ofiarujecie Bogu wrażliwość dobrych uczynków, a bez nich przecież wiara martwą jest!
Kryspin

wtorek, 4 lipca 2017

"Dwa teatry"



   Przed sześciu laty pierwszy raz odpowiedziałem na zaproszenie i spotkałem się z koleżankami i kolegami z mojego liceum. Co pięć lat absolwenci naszego rocznika przybywają do dawnej szkoły, by wspominać czas, gdy stanęliśmy u progu dorosłego życia.
   Przyznam, że trochę z obawą udałem się na to spotkanie po latach.    Bezpośrednio przed zjazdem maturzystów rocznika 1976 zastanawiałem się, czy nie będę stremowany spotkaniem dawnych przyjaciół z licealnej klasy i czy rozpoznam w mocno dorosłych ludziach dawnych nastolatków, z którymi kiedyś zaliczaliśmy wspólne imprezy( nie zawsze organizowane po myśli dorosłych), ale i wspieraliśmy się, gdy komuś zabrakło determinacji w nauce i na klasowym sprawdzianie rozpaczliwie oczekiwał pomocy w postaci podpowiedzi kolegi, czy przysłowiowej ściągi ratującej go przed kolejną „pałą” w dzienniku.
Od pierwszej chwili, gdy się spotkaliśmy, wszystkie, (pewnie nie tylko moje) obawy rozwiały się niczym poranna mgła. Powitaliśmy się serdecznie, by później przez długie godziny ze sobą rozmawiać. Do późnej nocy w atmosferze szczerej radości snuliśmy wspomnienia i dzieliliśmy się tym, co dzisiaj, nie unikając szczerych wyznań o tym, co obecnie nas dotyczy, niekiedy gryzie, z czego jesteśmy dumni i co było naszą osobistą życiową porażką także.
    To było bardzo miłe spotkanie przyjaciół. Przez minione lata życie rzuciło nas w różnych kierunkach dając jednym garść sukcesów, innym nie szczędząc porażek i przegranych. To jednak nie przekreśliło naszej młodzieńczej przyjaźni i wszyscy się z tego cieszyliśmy.
Może dlatego rozstając się bladym świtem poranka następnego dnia, obiecaliśmy sobie, że spotkamy się kolejny raz i tylko zrobiło się nam trochę smutno, że dopiero za pięć lat, ale mieliśmy świadomość, że prawdziwa przyjaźń nie uchodzi z serc pomimo upływającego czasu i to pozwoliło nam zachować uśmiech nadziei.
   Nomen omen, w minionym miesiącu dane mi było przeżywać identyczną rocznicę wydarzenia, którego byłem uczestnikiem w 1982 roku ( 04.06.1982).
   W sobotnie przedpołudnie tegoż roku, w Archikatedrze Gnieźnieńskiej odbyły się święcenia kapłańskie.
Byłem wtedy jednym z 20 diakonów, których Chrystus wybrał do swojej szczególnej posługi.
   Doroczne spotkanie moich dawnych kolegów z seminarium zostało zaplanowane w mojej rodzinnej miejscowości. Ksiądz Kanonik(mój znajomy jeszcze z czasu liceum, które wspólnie kończyliśmy) poinformował i zaprosił na tę uroczystość swoich parafian, aby i oni uczestniczyli we wspólnej mszy księży jubilatów (35 lat od święceń).
   Postanowiłem skorzystać z okazji i wziąć udział w tym spotkaniu, bo właściwie choć teraz jestem „księdzem w cywilu” to przecież także ta rocznica mnie dotyczy,
   Przyznam, że chciałem po latach zobaczyć się z ludźmi, z którymi przeżyłem dziesięć lat (6 lat Seminarium i 4 lata kapłańskiej posługi).
   Może także liczyłem na to(wspominając licealny zjazd), że będzie to miłe, choćby krótkie spotkanie z przyjaciółmi, których tak dawno nie widziałem.
Przed plebanię, w której później mój kolega zaplanował ugoszczenie przybyłych, zajechali się dostojni kapłani. Stałem nieco z boku i patrzyłem starając się rozpoznać w nich dawnych, kipiących młodością, radosnych sług ołtarza, bo takimi ich zapamiętałem.
    Nie było wśród nich jednak tych dawnych moich przyjaciół, z którymi przez sześć lat zdawaliśmy się być jedną, zgraną kompanią. Zamiast tego przede mną stał krąg podstarzałych facetów, z grymasem na twarzy, niczym u aktorów zmuszonych do chałtury w prowincjonalnym teatrze.
   Trochę mnie to zmroziło, ale podszedłem bliżej i wtedy jeden z nich przywitał mnie zdziwiony:”A ty co tu robisz? To przypadek, czy ktoś ci doniósł?”.
Zrobiło mi się przykro i straciłem chęć do rozmowy z pozostałymi.
    Powróciłem do siebie i trochę mi smutno, bo do tej pory sądziłem, że sześć lat wspólnej, seminaryjnej drogi rodzi to, co w świecie nazywa się przyjaźnią.
Jezus był przyjacielem wszystkich (także celników i grzeszników)?
   Tego i wam życzę, moi dawni koledzy, choć może nie użyję już określenia przyjaciele.
Kryspin

wtorek, 27 czerwca 2017

Bóg nie jest szefem mafijnego klanu



    Pamiętacie scenę z „Ojca Chrzestnego”, filmu Coppoli, gdy Corleone, szef sycylijskiego klanu, świętował pierwszą komunię swojego syna, na wystawne przyjęcie zorganizowane w ogrodach jego posiadłości, zaprosił sporą gromadkę  gości?
    Niewielu z nich było spokrewnionych z mafijną rodziną, ale skorzystali z zaproszenia i poczuli się wyróżnieni przez Ojca Chrzestnego: Don Corleone.
W czasie uczty goście, oprócz zabawy i degustacji wyszukanych dań, udawali się do domowego biura właściciela, by tam osobiście dziękować mu za zaproszenie i składali na jego ręce prezenty dla małego dziedzica.
    Większość z obecnych, przy tej okazji, próbowała sobie załatwić różne swoje sprawy. Jedni prosili mafioza o pomoc w naprawie krzywdy, która ich spotkała., inni zabiegali o pomoc w zrobieniu interesu, czy wsparciu kariery.
Don Corleone słuchał, przyjmował zapewnienia o ich wierności (wyrażane pocałunkiem ręki Ojca Chrzestnego) i w swojej głowie podejmował decyzje dotyczące ich dalszego losu.
     Niekiedy odnoszę wrażenie, że my, ludzie wierzący podobnie podchodzimy do Eucharystycznej Uczty, jaką jest msza święta.
Boży Syn zaprasza nas, byśmy uczestniczyli w radosnej uczcie, na której każdorazowo ponawia cud Bożej Miłości, wyrażonej w ofierze krzyża i triumfie Zmartwychwstania.
To jest istota i intencja każdej mszy świętej!
No, ale jak to pogodzić z tradycją intencji mszalnymi, które od wieków Kościół pielęgnuje w świadomości wiernych?
Przecież zamawiamy msze za zmarłych i żywych, z prośbą o załatwienie różnych, mniej lub bardziej ważnych dla nas spraw?
    Kiedy słyszę na początku liturgii, że: „Dzisiejsza msza będzie sprawowana w intencji św. pamięci Nowaka, lub o powodzenie w egzaminach Irenki, albo powrót do zdrowia chorego Damiana; to czuję się jednak nieco nieswojo.
Nie zamierzam negować wartości i potrzeby modlitwy w różnych intencjach, ale łączenie ich na przykład z niedzielną ucztą eucharystyczną, wydaje mi się mało szczęśliwe.
    Jeden z czytelników opisał mi swoje doświadczenia z uczestnictwa we mszach świętych w intencji powrotu do zdrowia. Od kilkunastu lat cierpi na kręgosłup, a ostatnio choroba rozwinęła się i zaowocowała trudnościami w chodzeniu.
Nieszczęśnik wyszukał w internecie informację, gdzie w najbliższym czasie takowa msza będzie sprawowana, załatwił sobie transport i pojechał kilkadziesiąt kilometrów, by wśród takich samych desperatów jak on sam, „załatwić” sobie uzdrowienie.
    W czasie nabożeństwa, które sprawował zaproszony na tę okazję zakonnik, działy się dziwne rzeczy: ktoś nagle głośno oznajmił, że opuściła go choroba, inny w modlitewnym uniesieniu wykrzyczał niezrozumiałe dla zebranych słowa, co uznali za przejaw działania Ducha świętego, a prowadzący mszę kapłan w tym samym czasie nieustannie podsycał nadzieję pozostałych, zapewniając, tłum: że” Bóg także im objawi swoją moc i dotknie ich cudem uleczenia”.
Po kilku godzinach Damian powrócił do swojego domu i zawiedziony stwierdził, że stan jego zdrowia się nie poprawił. Pozostał mu tylko smutek, rozgoryczenie i złość, które długo jeszcze przelewał na wszystkich (łącznie z Panem Bogiem).
Damianie, Bóg nie jest przywódcą mafijnego klanu, a msza nie jest tylko czasem „załatwiania” naszych interesów, czy bolących nas problemów.
Msza jest przyjęciem, na które Boży Syn zaprasza każdego.
   On najlepiej wie, z jakim bagażem trosk na nie przybywamy, ale daje nam to, co jest dla nas najlepsze: swoją przyjaźń i nadzieję.
   Może po ludzku trudno zrozumieć Jego intencje, ale wierzę w to, że zawsze wybiera dla nas to, co jest najlepsze!
Kryspin

poniedziałek, 19 czerwca 2017

"Chrystus ma dzisiaj twarz uchodźcy"



    Mieszkaliśmy na drugim piętrze kamienicy w centrum Poznania.
Dzwonek do drzwi, a za nimi młody, może 12 letni chłopak, który grzecznie przedstawił powód swojej wizyty: „ Nasza mama choruje, mam czworo rodzeństwa, ojciec nie żyje od roku i zwyczajnie cierpimy biedę”. Moja małżonka bez namysłu wróciła do kuchni, by uszykować wsparcie dla tych nieboraków: kostka masła, puszka szynki, spory kawał żółtego sera i pół bochenka chleba.      Chłopak grzecznie podziękował i oddalił się z reklamówką.
   Pół godziny później wychodząc z mieszkania, na oknie klatki schodowej, zobaczyłem znajomą siatkę, a w niej wszystko to, co daliśmy dla tej rodziny.
W pobliżu naszej kamienicy, często, po obu stronach ruchliwego chodnika siadało w kucki dwóch braci. Przed sobą stawiali małe puszeczki i prosili przechodzących o wsparcie.
   Zatrzymałem się przed jednym z nich i widząc, że jest człowiekiem w sile wieku(mógł mieć około 35 lat), zaproponowałem mu 20 zł za pomoc przy wrzuceniu węgla do piwnicy(pół tony!). Spojrzał na mnie z wyrzutem, który okrasił epitetami( których nie godzi się cytować) no i odszedłem.
   To tylko dwa przykłady z wielu, które nauczyły mnie, że przy odruchu serca potrzeba zawsze rozsądku, aby pomagając innym nie stać się ofiarą zwyczajnych naciągaczy tworzących żebracze gangi wykorzystujące kobiety i dzieci, do żerowania na litości nas wszystkich.
   Teraz, gdy od dłuższego czasu naczelnym tematem stała się sprawa pomocy uchodźcom zalewającym Europę, mam mieszane uczucia.
Mój głos serca zmaga się z głosem rozsądku i obawą.
Media każdego dnia informują nas o kolejnych tysiącach desperatów napływających do granic Europy twierdząc, że są uchodźcami uciekającymi przed wojną.
Trudno mi jednak uwierzyć, że są to nieszczęśnicy wypędzeni w środku nocy ze swoich domostw i uciekający w popłochu przed wojenną pożogą, gdy każdy z nich jest ubrany w dobrej jakości ciuchy i dodatkowo wyposażony w telefon komórkowy najnowszej generacji.
    Gdy u naszego wschodniego sąsiada, (na Ukrainie) przelała się fala wojennej przemocy, do Polski dotarły setki uchodźców z terenów ogarniętych nieszczęściem.
Ale oni nie szli zorganizowanym tabunem do naszych granic, a uratowali się wsiadając do samolotów, którymi ich ewakuowano.
    Z pewnością i teraz w ruinach syryjskich miast są tacy nieszczęśnicy, którym wojna zabrała wszystko, ale ich nie stać na to, żeby zapłacić kilka tysięcy dolarów gangom przemytników ludzi za miejsce na prymitywnej tratwie płynącej przez morze Śródziemne.
Pewnie miał rację Kardynał z Warszawy, gdy wiernym w czasie procesji Bożego Ciała powiedział, że:” Dzisiaj Chrystus ma twarz uchodźcy”.
Może powinien jednak doprecyzować, że: Chrystus dzisiaj ma twarz osieroconych dzieci bezradnie szukających swoich rodziców, dla których ich dawne domy stały się cmentarzami? Ma oblicze ludzi ocalałych z wojennej pożogi, bezskutecznie szukających nadziei i nie potrafiących nawet poprosić o wsparcie, bo ból doświadczonego zła odebrał im sens wszystkiego?
    Jeśli mnie pamięć nie myli, to państwa Zachodu nie wysłały w rejon konfliktu żadnego samolotu, aby nim ewakuować uchodźców, a ograniczyły swoją aktywność do bojowych nalotów, które przypominają manewry, w trakcie których można przetestować skuteczność nowych broni.
    Europa, z obecnym problemem „fali wędrówki ludów”, stała się zakładnikiem własnej naiwności?
Wolę tak myśleć!
Ale prześladuje mnie jednocześnie i inna myśl, że to tylko cyniczna polityka!
Niestety utwierdzają mnie w tym sami politycy, gdy każdego dnia kłócą się w świetle telewizyjnych kamer, zarzucając sobie nawzajem brak wrażliwości na los nieszczęśników uciekających przed wojną.
    Wystąpienie(kazanie) Kardynała budzi we mnie nadzieję, że Kościół nie będzie klakierem żadnej ze stron politycznej kłótni, bo Chrystus ma twarz prawdziwego uchodźcy - człowieka ocalałego z wojennej pożogi! I dla nich trzeba mieć otwarte serca!
Kryspin

wtorek, 13 czerwca 2017

Wyautowani przez miłość


    Młoda dziewczyna na pierwszym roku studiów poznała chłopaka, także uczącego się na tej samej uczelni. Oboje pochodzili z małych miejscowości i przez najbliższe lata ich domem stały się wynajęte, na czas nauki, małe kawalerki. Po kilku romantycznych spotkaniach we dwoje, oboje w tej samej chwili powiedzieli:”Kocham Cię i pragnę z tobą być już na zawsze.”
    Później zgodnie doszli do wniosku, że bezsensem są ich rozstania pod koniec dnia, gdy każde powracało do „swojego” mieszkania, skoro i tak ich myśli nieustannie jednoczyły się w pragnieniu bycia ze sobą, a niekończące się rozmowy telefoniczne i esemesy, które wymieniali ze sobą do późnej nocy, nie załatwiały sprawy.
    Dzień, gdy pierwszy raz zapewnili siebie o prawdziwym, wzajemnym uczuciu, zakończył się dla nich pierwszym fizycznym spełnieniem i po tym, wszystkim czuli się cudownie.
    Bardzo szybko podjęli decyzję, że powinni zamieszkać razem i tak zrobili.
Prawdziwy kłopot pojawił się, gdy na święta pojechali do swoich rodzinnych domów. Oboje byli wychowani w katolickich rodzinach i idąc za przykładem pozostałych domowników, zamierzali w pełni uczestniczyć w religijnym przeżyciu tych radosnych dla nich dni. Spowiedź i komunia święta, to były żelazne punkty, które wszyscy w ich domach praktykowali od lat.
     No i tu problem, bo ksiądz, niczym prokurator, dla którego litera prawa nie pozostawiała miejsca na jakiekolwiek okoliczności łagodzące, powiedział stanowcze:Nie!
     Owszem, pokazał furtkę, którą mógłby otworzyć, by łaskawie udzielić im sakramentu pojednania, ale pod warunkiem, że będą żałowali tego wszystkiego, co sprowadziło ich na „złą drogę” i dodatkowo zobowiązali się do zaniechania grzesznego układu!
     Dziewczyna ze łzami w oczach odeszła od kratek konfesjonału i nie umiała zrozumieć, że złem było to, iż pokochała i była kochana.
    Najtrudniejszy moment liturgii przeżywała w chwili komunii, gdy ludzie gremialnie ruszyli do Stołu Pańskiego i niewielu pozostało wtedy na swoich miejscach.
    Obok niej we mszy uczestniczyła jej koleżanka ze szkolnej ławy, która podobnie jak ona, od kilku miesięcy mieszkała w akademiku jej uczelni. Prze pierwsze miesiące studenckiej przygody jej pasją, daleko większą od nauki, były imprezy i cielesne uciechy, których nie odmawiała sobie, zmieniając kolejnych partnerów fizycznych uniesień.
    Aśka, zadowolona z siebie, dumnie przemaszerowała w procesji przystępujących do komunii i tylko z politowaniem spojrzała w kierunku „naiwniaczki”, której ksiądz odmówił rozgrzeszenia.
    Tę historię opisała mi czytelniczka z pytaniem o moje zdanie i pewnie ograniczyłbym się do mailowej odpowiedzi, gdyby nie jej przemyślenia, które zakończyła pytaniem:”Szóste przykazanie-, nie odnosi się do osób, które kochają prawdziwą miłością. Fizyczne spełnienie tego uczucia staje się tylko umocnieniem ich więzi.
Może dlatego coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy w trakcie spowiedzi powinnam mówić o moim związku, którego nie uważam z coś złego i nie potrafię winić się za to, że Dobry Bóg obdarzył mnie takim szczęściem”
Zakochana Izabelo, odpowiadając na Twoje pytanie, kolejny raz posłużę się stwierdzeniem św. Augustyna, którego nie bez powodu Kościół ogłosił Doktorem: „Kochaj i czyń co chcesz”.
    Choć pewnie znowu zostanę posądzony o herezję podważania „oficjalnej” nauki głoszonej w Kościele, to ośmielę się stwierdzić, że tam, gdzie jest miłość, zło (grzech) nie ma dostępu!
    Wspomniałaś w swym liście, że:” Kościół w wielu sprawach winien zrewidować swoją „nadinterpretację” Bożych przepisów, które Odwieczny nam pozostawił, byśmy kroczyli Jego ścieżką.
I ja żywię taką nadzieję, choćby po ostatniej Konferencji Episkopatu Polski, w trakcie której Biskupi rozważali kwestię komunii dla osób w niesakramentalnych związkach.
     Co prawda lapidarny komunikat(nie informując o szczegółach) głosi:” Będzie ona dozwolona tylko pod pewnymi warunkami”; to mam nadzieję, że najbardziej istotnym z nich będzie miłość tychże osób, by już nigdy nie czuli się „wyautowani” z powodu uczucia, które ich połączyło.
Kryspin, 

wtorek, 6 czerwca 2017

Majowy ból głowy!



    Mamy już za sobą „majowy zawrót głowy”, o którym pisałem w jednym z minionych felietonów
    Dla niektórych rodziców był to jednak nie tylko czas gorączkowych przygotowań swoich pociech do należytego(nie jest to równoznaczne z określeniem-godnego) przeżycia ich święta, ale także był to czas, który nazywam „majowym bólem głowy”.
W tej grupie rodzicieli znaleźli się członkowie wspólnot parafialnych, którzy przez lata zaniedbali swoje religijne praktyki i w kościele pojawiali się bardzo rzadko, albo wcale.
Wielu proboszczów nie pozostawiło złudzeń w tej kwestii: „Pociechy takich rodziców nie dostąpią zaszczytu spotkania z Eucharystycznym Jezusem i koniec tematu!”
     To, że nie były to tylko czcze groźby, świadczą liczne sygnały od czytelników.
Ani w prywatnych, mailowych odpowiedziach, ani teraz nie będę jednak zajmował stanowiska w tej kwestii (i pewnie znowu spotkam się z zarzutem: „że jestem zbyt ostrożny w ocenie, albo wręcz prowadzę krypto-kościelną propagandę”). Powiem jednak, że widzę w tym wszystkim kolejną zmarnowaną szansę duszpasterskiego działania i szkoda!
     Przed rokiem, przy okazji komunii syna moich przyjaciół, którzy trochę z własnej winy zafundowali sobie i swojemu dziecku, „majowy ból głowy”, miałem sposobność spotkać proboszcza małej, wiejskiej parafii, który w okolicy był znany z tego, że nie czynił „problemów” proszącym go o możliwość przyjęcia sakramentów.
    Może z tej „otwartości” tegoż kapłana, przez lata nazbierało się spore grono małżonków(spoza jego parafii), których związki błogosławił w małym, drewnianym kościółku.
    Nie inaczej się także miała sprawa z coroczną majową uroczystością. Choć parafia nieduża, to w pierwszo-komunijnej procesji zawsze maszerowała spora gromadka „aniołków”, jak ich nazywał pochylony latami( w tym roku będzie obchodził 50 lecie kapłaństwa) miejscowy proboszcz.
    Do dnia uroczystości, na którą dotarliśmy w piękny, niedzielny poranek, nie znałem tego kapłana i mogłem tylko polegać na wcześniejszej relacji moich przyjaciół, którzy byli wręcz zachwyceni przychylnym jego podejściem do „kłopotu”, z którym się do niego zwrócili.
    Teraz, będąc wśród zaproszonych gości, mogłem potwierdzić ich odczucia i cieszyć się uśmiechem szczęścia ich syna, gdy pierwszy raz przyjmował do serca Pana Jezusa.
    Mały kościółek w tym dniu cały czas emanował radością podniosłej uroczystości, a ksiądz Jerzy(stary proboszcz) niczym dyrygent symfonicznej orkiestry, dyskretnie wyzwalał piękne dźwięki przeżyć wiary, które dotykały wszystkich zgromadzonych.
Po skończonych uroczystościach, gdy rodziny przed kościółkiem składały życzenia swoim pociechom, zobaczyłem proboszcza. Stał nieco z boku i tylko uśmiechem odwzajemniał pozdrowienia od wychodzących. Podszedłem i podziękowałem mu za piękną, przyjaźnie radosną uroczystość i zapytałem, dlaczego tak jest, że wielu kapłanów nie widzi krzywdy, jaką wyrządzają dzieciom, odmawiając im prawa przyjęcia Pana Jezusa, nakładając na nich „karę za winy” rodziców?
    Stary ksiądz zastanowił się przez chwilę i odpowiedział:
”Nie wiem dlaczego?”
Zaraz jednak dodał:
Mogę powiedzieć tylko dlaczego ja nie stawiam przed nimi barier, bo lubię karmić się ludzkim szczęściem. Uśmiechem aniołków przyjmujących Pana Jezusa i szczęściem małżonków, którzy w mojej obecności Panu Bogu mówią, że się kochają i proszą, by On pobłogosławił ich miłość!”
”Komunia, czy ślub w moim kościele nie jest jednak wyjściem awaryjnym, bo z każdym maluchem {i jego rodzicami także), zawsze zawieram dżentelmeński układ, że „zaliczą”(całą rodziną) co najmniej jedno nabożeństwo majowe i wezmą udział w „Białej niedzieli”(niedziela po I komunii).
Podobnie robię z nowożeńcami. Po zakończonej uroczystości, gdy w zakrystii dopełniamy formalności(wpisy do księgi ślubów), składają mi obietnicę, że przez kolejne cztery niedziele będą uczestniczyć w nabożeństwach.
Choć dane słowo mogą spełniać w dowolnym kościele, wielu na mszy widzę u siebie, a spora grupa w późniejszych latach nadal się pojawia w moim kościele.
Tych nazywam „cichociemnymi”, takimi zrzutami z innych parafii”.
Kryspin

poniedziałek, 29 maja 2017

Dom mam!



    Pewnie jeszcze nie straciły blasku kwiaty, które mamy otrzymały od swoich pociech w dniu ich święta i nadal cieszą oczy tych, które oddały im swoje serca bez reszty.
    Gdyby zastanowić się nad macierzyństwem, to jest to najpiękniejszy , ale i często najtrudniejszy temat.
    W „Zatroskanej koloratce-Pasterzach i najemnikach” opisałem parafię moich (i pewnie nie tylko moich) marzeń, gdzie przy kościele znajdował się( pełen rodzinnego ciepła) „Dom mam”.
    Ten fragment książki stał się mi bardzo bliski i znowu muszę powiedzieć, nie tylko mnie.
    Wielu czytelników pisząc do mnie, lub kontaktując się bezpośrednio, jakby zapominając, że jest to tylko literacka fikcja, często pytało o adres tej parafii, bo chcieliby do niej należeć.
    Na stawiane przeze mnie pytanie:Dlaczego, co ich tak urzekło w tej społeczności?
Najczęściej odpowiadali:
Nasze pragnienia zniewolił Dom mam, który powinien być w każdej parafialnej wspólnocie!
    No tak, ale to tylko literacka fikcja, projekt marzeń autora, który nigdy nie spełni się w rzeczywistym świecie, bo: parafie są zbyt małe, by zrealizować taki projekt. Ba nawet gdyby dekanaty postanowiły go wdrożyć w życie, to znowu pojawiłoby się jakieś ale.
Do tego jeszcze potrzeba by księży, którym chciałoby się trochę więcej, a to nie przynosiłoby zysków, rodząc tylko kłopoty.
    Czyli zwyczajna utopia- pomyślałem ze smutkiem i pewnie nie powracałbym już do tego, gdyby nie jakiś dziwny impuls, a mój przyjaciel Michał (Poznaliście go w jednym z minionych artykułów Księdza w cywilu) stwierdził wtedy krótko:
”Duch Święty niekiedy rzuca przed nami światło i wtedy nic nie jest niemożliwe!”)
Przecież to wszystko już prawie jest, pomyślałem nagle!
To, co przerasta wyobrażenie małej parafii, staje się możliwe dla Diecezji(milion wiernych!)
    Michał zbudował w pięknej okolicy Pól Lednickich trzy pawilony, w których mieszczę 24 pokoje, znakomicie nadające się na stworzenie „Domu mam”!
Całość została zbudowana w pięknej okolicy parku krajobrazowego i potrzeba tylko dokończyć to zamierzenie!
Macierzyństwo, to piękny i niestety niekiedy trudny temat.
    Wiedzą o tym dziewczyny z niechcianą ciążą, a także kobiety borykające się z trudnościami(kilka rodzin w ciasnym mieszkaniu) i znają ten ból kobiety, które nigdy nie będą mogły urodzić, a tak bardzo pragną mieć dziecko i dlatego chcą spełnić to marzenie na drodze adopcji.
    To wszystko mógłby zapewnić im „Dom mam”, w którym przyszli rodzice adopcyjni (i ci biologiczni także) mogliby w czasie specjalnych turnusów poznawać piękno bycia rodziną. Tam mogłyby młode mamy i dziewczyny oczekujące narodzin swojego dziecka, podejmować decyzję o tym, czy potrafią w przyszłości kochać je pomimo trudności i „napiętnowania” tych „porządnych”.
Naprawdę niewiele potrzeba, by to niby utopijne marzenie przerodziło się w piękną rzeczywistość!
     Fundacja Michała („Agapa”) jest na terenie Archidiecezji gnieźnieńskiej, dlatego do Ciebie, czcigodny księże Prymasie kieruję tą drogą serdeczny apel:
Podejmij trud pochylenia się nad możliwością stworzenia takiego pierwszego „Domu mam”!
-Na dokończenie projektu potrzeba tylko jednego miliona złotych! (to tylko jedna złotówka przypadająca na wiernego w diecezji.)
-Po 100 zł miesięcznie z parafii-wystarczy na bieżącą działalność „Domu mam”.
-Po jednym wolontariuszu z dekanatu, który chciałby poświęcić odrobinę swojego czasu, wystarczy by pomagać w byciu mamami goszczącym w tym niezwykłym domu!
    Wiesz jak nikt inny księże Wojciechu( Przepraszam, że pozwalam sobie na taki zwrot do młodszego kolegi z gnieźnieńskiego seminarium)
-Prymas, to godność, która zobowiązuje i niesie nadzieję, że inni pójdą tę drogą, a to byłby najpiękniejszy prezent dla Mamy wszystkich Mam, Maryi Niepokalanej!
    P.S. Nie mam pewności, czy nawał obowiązków i majestat godności księdza Prymasa pozwolą mu na poznanie tego artykułu, więc proszę:
Przesyłajcie na adres gnieźnieńskiej kurii(na Jego ręce) ten tekst!
Może przeczyta, a Duch Święty zrobi resztę?
Wierzę w to!
Kryspin, 

wtorek, 23 maja 2017

Donieś Kościołowi!



    Każdorazowo po kolejnym artykule „Księdza w cywilu”, otrzymuję wiele maili i listów, w których czytelnicy wyrażają swoją opinię na tematy tam poruszane. Niekiedy stawiają pytania i proszą o wyjaśnienie sprawy, której nie do końca nie pojmują. W takich przypadkach po prostu im odpisuję, starając się w prosty sposób wyjaśnić im wątpliwości. Są jednak i takie maile, których adresatem się nie czuję. Te listy piszą ludzie widzący smutne przykłady złych zachowań ludzi w sutannach, którzy zatracili gdzieś istotę swojego powołania i niewiele mają wspólnego z obrazem kapłana-pasterza.
    Lokalni hierarchowie zdają się tkwić w błogiej nieświadomości i rzadko sami zauważają „czarne owce” w swojej zagrodzie, ale w jednym przypadku nie mogą tłumaczyć się ze swojej niewiedzy.
    Mówi o tym Ewangelia traktując o obowiązku napominania brata, który zawinił wobec nas i jeżeli wasz głos jest bezskuteczny, wtedy donieście to Kościołowi!
    No więc proszę potraktować mail o d czytelniczki „Księdza w cywilu” jako niepokojącą informację (donos), czcigodni przełożeni kapłana ze szpitalnego oddziału.
List czytelniczki przytaczam w całości:
„Niedawno leżałam w klinice na oddziale chirurgicznym. Towarzyszką niedoli była 82 letnia kobieta spod gorzowskiej wsi. Absolutnie zagubiona w miejskiej rzeczywistości, nie radząca sobie ze szpitalnym życiem, do tego dochodził strach przed poważną operacją, której miejscowi lekarze obawiali się podjąć...Widziałam w jakim jest stanie, więc starałam się ją "zagadywać"...Poznałam całą jej rodzinę. Odwiedzali ją codziennie, przyjeżdżali nawet z Niemiec. Gwoli wyjaśnienia - nie czekali na spadek Po prostu chłopi w ciężkim momencie życiowym byli razem. Bardzo mi się to podobało.
Jestem z wykształcenia prawnikiem czyli wiem jak rozmawiać, żeby się czegoś dowiedzieć. Wiadomo, że szpital jest specyficznym miejscem, w którym dużo myślimy co dalej ? Nawet nie wiedziała kiedy opowiedziała mi całe swoje życie. Zauważyłam , że ma stare pretensje do męża, który od 20 lat już nie żył,  z sąsiadami też nie jest najlepiej. Była wręcz nabuzowana złością, żalem i pretensjami do wszystkich...
  Pomalutku zaczęłam rozmawiać o Bogu - wierzy,ale te „ksindze”...Więc mówię,że nie wierzy w księdza tylko w Boga ...no tak...u spowiedzi była dawno...mówię, że tu jest wspaniała okazja, bo przychodzi kapelan, przed operacja się uspokoi , ja wyjdę na korytarz,mogą być sami i sobie porozmawiać, chce pani ? Oj, chce...To ok.
  Wieczorem przychodzi ksiądz: okrąglutki, różowiutki pączuszek, istny okaz zdrowia, nie pasował do szpitalnych korytarzy...
- Ktoś do komunii ?
- Ja, a pani chce się wyspowiadać...
- Chce pani ?
- Nie jestem właściwie przygotowana, ale chcę...
- To się trzeba przygotować,
 - Ok, ale może ksiądz pomóc jej ? Panią czeka poważna operacja ...to moje pytanie, bo ciężka idiotka myślałam, że można tak się spowiadać
- nie, on idzie do innych sal.
Zagotowało się we mnie, wyszłam na korytarz poczekałam na niego , jak wracał i powiedziałam , że powinien zmienić zawód,bo trudno to nazwać powołaniem...
 "Pani mnie nie będzie uczyć..."
Jasne, jest niereformowalny, zapomniał, że jest dla ludzi, że ma być pomostem do Boga...
Zresztą może i dobrze, że jej nie spowiadał, może by zrobił więcej złego  niż dobrego. Już Bóg najlepiej wie jak do człowieka dotrzeć...
Poszłam na mszę, którą ten kapłan odprawiał w kaplicy szpitalnej, kazanie beznadziejne, żadnego duchowego wsparcia, nic, absolutnie nic...
Dziękuję za Pana artykuły w ANGORZE, od Pana zaczynam lekturę, trochę mnie podnosi na duchu myśl,że  dosyć dużo jest tego "gorszego sortu".
    Na koniec moja prośba do was, czytelnicy „Księdza w cywilu”:Piszcie o takich smutnych przykładach, bo poprzez nagłaśnianie patologii możemy sprowokować do działań naprawczych tych, którzy w większy sposób odpowiadają za Kościół!
Kryspin,

wtorek, 16 maja 2017

Bliskość spojrzenia Madonny


     Bardzo lubię odwiedzać małe, najczęściej drewniane kościółki, których jest bez liku na szlakach naszych(nie tylko wakacyjnych) wędrówek. Gdy szczęście dopisze, to zdarza się, że te Boże przybytki są otwarte, pomimo pory dalekiej od wyznaczonej godziny, gdy kapłan sprawuje tam Eucharystię.
Półmrok tych miejsc łagodzony promieniami słońca, które zagląda do środka przez kolorowe szybki sfatygowanych starością witraży i lekki chłód (pomimo upalnej, letniej pogody) otulający wchodzącego, sprawiają, że od pierwszej chwili człowiek doznaje przyjemnego uczucia, że znalazł się w miejscu, gdzie choćby na chwilę dozna azylu od trosk świata przetaczającego się na zewnątrz.
    Bardzo lubię w takiej chwili zająć miejsce w ławce z klęcznikiem, na którym czas pozostawił ślady modlących się na nim wielu pokoleń wiernych, po których pozostała już tylko mglista pamięć i może obrośnięte mchem nagrobki na małym, przykościelnym cmentarzyku.
    Bardzo lubię tam siedzieć wpatrując się w skaczące światełko wiecznej lampki przy ołtarzu. Wtedy po kilku chwilach zaczynam słyszeć ciszę tego miejsca, która nabiera dźwięków modlitw, napełniających to miejsce od niepamiętnych czasów.
Zamykam oczy i wyobrażam sobie pątników przynoszących ze sobą prośby i podziękowania z nadzieją, że Dobry Bóg nie pozostawi ich samymi z troskami trudnego życia.
Później otwieram oczy i powracam wzrokiem do miejsca obok skaczącego, czerwonego światełka.
    On tam jest i mówi do mnie ciszą, a ja siedząc na końcu małego kościółka, staram się wsłuchiwać w jego głos i jest mi dobrze.
Szczególnie lubię małe, lokalne sanktuaria Maryjne, w których od niepamiętnych czasów na poczesnych miejscach(często w ołtarzu kościółka) znajdują się ikony Matki Bożej, albo figurki Madonny wyrzeźbione ręką najczęściej anonimowego artysty. Pewnie znawcy sztuki mieliby niekiedy swoje krytyczne zdanie na temat poziomu artystycznego tych religijnych dzieł, ale one mają w sobie coś niesamowitego i od pierwszego spojrzenia stają się bliskie tym, którzy przed nimi stają.
     Przed laty, gdy byłem w drugiej klasie liceum, ktoś z mojej rodziny zaproponował, abyśmy zrobili sobie wycieczkę w pobliże Konina, gdzie w małej wiosce znajdował się kościół z obrazem Matki Boskiej, którą miejscowi nazywali Licheńską Panią.
    Według lokalnych podań, jej mały obrazek wisiał kiedyś na jednym z drzew pobliskiego lasku. Nikt tak dokładnie nie wiedział od jakiego czasu się tam znajdował, ani kto go tam powiesił, ale wszyscy powtarzali historie osób, które doznawały cudów(ozdrowienia, nawrócenia itp.) po spotkaniu z leśną Madonną. To zainspirowało kapłana miejscowej parafii, by Madonna trafiła do ich kościoła, by tam mogli się z nią spotykać pobożni pielgrzymi.
    Moje pierwsze spotkanie z Licheńską Panią miało miejsce właśnie w tej świątyni, gdzie jej obraz umieszczono w głównym ołtarzu. Na ścianie obok znajdowały się gabloty z wotami, które ofiarowali jej ci, którzy uznali potrzebę podziękowania za doznane łaski.
    Pamiętam z tego czasu ciepło bliskości jej oczu, którymi zdawała się przesyłać słowa pocieszenia i nadziei tym, którzy do niej przychodzili.
    Kolejne moje spotkanie z Licheniem miało miejsce kilka lat później, gdy odbywałem tam rekolekcje przed święceniami kapłańskimi( szerzej o tych nie zawsze miłych doznaniach napisałem w „Zatroskanej koloratce-Pasterzach i najemnikach”)
    Madonna była jeszcze wtedy w starym kościółku, ale w planach Marianów już jawił się nowy jej dom, którego zarysy powstawały na olbrzymim polu obok kiczowatych kapliczek i ścieżek pątniczych, które Ojcowie wytyczyli, by na nich pielgrzymi kruszeli przed audiencją u Matki Bożej.
    Od tego czasu nie odwiedziłem Lichenia i tylko z doniesień medialnych poznałem ogrom nowego domu-pałacu Licheńskiej Madonny.
    Osobiście wolę jednak odwiedzać małe, wiejskie sanktuaria Maryjne (wolne od komercyjnego hałasu), w których nadal mogę doświadczać bliskości Jej spojrzenia, bo tylko wtedy odczuwam spokój i głębię spotkania z Matką naszego Pana.
Kryspin

wtorek, 9 maja 2017

Kapelan w szpitalu-"listonosz, czy Boży pomocnik?"


   W jednym z programów telewizyjnych, pani redaktor przeprowadziła sondę, pytając ludzi o najważniejsze miejsce w ich życiu.
   Zaczepiani przez nią przechodnie bardzo różnie odpowiadali: Dla młodego chłopaka takim miejscem, które na zawsze pozostanie w jego pamięci był pokój w akademiku, gdzie spotkał swoją miłość. Dla starszego mężczyzny był nim dom rodzinny, którego pamięć przywraca mu wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. Dla nobliwej pani w gustownym kapeluszu stał się nim kościół, w którym niedawno zakończyła się msza za jej zmarłego przed dwoma laty męża:” Dzięki temu miejscu i modlitwie w czasie mszy, poczułam na nowo jego bliskość, choć tak po ludzku już go z nią nie ma”
   Gdyby kilka tygodni wcześniej takie pytanie mnie przedstawiono , pewnie odpowiedziałbym podobnie: Dom ze wspomnieniem beztroskiego dzieciństwa, miejsce w którym doznaliśmy cudu pierwszej miłości, czy kościół, w którym doświadczamy nadziei przyszłości przekraczającej smutek śmierci.
Teraz, po doświadczeniu szpitalnej sali, wiem, że takim ważnym miejscem dla bardzo wielu ludzi powinien być szpital!
   To jest miejsce szczególne, które spina nasz czas.
Tam najczęściej nastąpił początek naszej ziemskiej drogi, gdy w sali porodowej pierwszy raz ujrzeliśmy blask światła i później, gdy może po wielu latach trafiamy tam, pokaleczeni życiowymi perypetiami. I wreszcie, gdy bieg naszego życia dociera do końcowej stacji, często szpital jest tym miejscem naszego odejścia.
  Może dlatego nie lubimy szpitala i pewnie nikt z nas nie trafia tam z uśmiechem na twarzy.
Gdy jednak uświadamiamy sobie, że to jest jedyny sposób, aby ratować nasze zdrowie bądź życie, zaczynamy odbierać go inaczej.
  Tak było i w moim przypadku. Dopiero po skutecznym i co muszę podkreślić, sprawnym działaniu lekarzy i pozostałego personelu tej placówki, uświadomiłem sobie, że zawdzięczam im bardzo wiele.
I może dlatego, choć zabrzmi to zabrzmi dziwnie: Dobrze się czułem w szpitalu!
Spotkałem tam miłych ludzi, począwszy od personelu medycznego, a na  
W harmonogramie szpitalnego dnia, oprócz zabiegów medycznych, stałymi elementami są wizyty lekarskie. To ranny obchód z ordynatorem oddziału na czele oraz wieczorna wizyta lekarza , któremu powierzono pieczę nad chorymi w trakcie nocnego dyżuru.
  Pobyt w szpitalu to czas szczególny, który skutkuje zmianami, które zalecają lekarze jako konieczność w dalszym procesie leczenia: zaczynamy stosować dietę, porzucamy nałogi, zwalniamy nasze codzienne zabieganie itd.
Szczególną szpitalną wizytą w popołudniowej porze, były odwiedziny księdza kapelana. Zważywszy, że większość przebywających na szpitalnych oddziałach, to ludzie wierzący, wydawała się ona jak najbardziej wskazana.
I tu miałem niedosyt. Kapłan przemykał sprawnie od sali do sali z krótkim pytaniem: kto do komunii i w mgnieniu oka oddalał się. Bardziej przypominał listonosza z żołnierskich koszar, aniżeli Bożego sługę, który w takim miejscu, choćby krótką rozmową z chorymi, powinien otwierać drogę Chrystusowi, jedynemu lekarzowi poranionych ludzkich dusz.
  Czas w szpitalu to rodzaj zatrzymania się w biegu i rachunku z samym sobą, podobnie jak to ma miejsce w czasie kościelnych rekolekcji.
  Tak sobie myślę, że szpitalny pobyt mógłby być takim czasem i to nie tylko dla ludzi wierzących, ale i dla tych pozostałych, którzy często stojąc przed bramą przejścia do nieznanej rzeczywistości, zadają sobie pytania, na które nie potrafią sami sobie udzielić odpowiedzi.
  Do tego wszystkiego potrzeba jednak mądrych szpitalnych kapelanów obdarzonych empatią i świadomych jak ważne zadanie spełniają.
I takich Bożych pośredników życzę wszystkim, którzy doświadczą czasu szpitalnego pobytu.
Kryspin 

środa, 3 maja 2017

Prymas,to brzmi dumnie?



   Zrządzeniem losu trafiłem ostatnio do gnieźnieńskiego szpitala. Mój pobyt w lecznicy, która mieści się w pobliżu katedry Prymasów Polski, przypadł akurat na czas odpustu św. Wojciecha.
   W tym roku kalendarz idealnie dopasował się do daty, bo 23 kwiecień( dzień patrona Polski) przypadł w niedzielę. Jeżeli do tego dołożyć okrągłą rocznicę ustanowienia na naszych ziemiach godności Prymasa (600 lat temu, w 1417 roku Sobór w Konstancji wyniósł do tej godności biskupa gnieźnieńskiego Mikołaja Trąbę ), to można by spodziewać się, że tegoroczne uroczystości w Gnieźnie będą miały wyjątkowy charakter.
   Moje oczekiwania opierałem na wspomnieniu minionych lat, gdy będąc w gnieźnieńskim seminarium. Brałem wtedy udział w przygotowaniach do tego corocznego odpustu, który był wyjątkowym.
   Uroczystości ku czci św. Wojciecha zawsze miały stałe akcenty, którymi żyły tłumy wiernych ściągających pod koniec kwietnia do relikwii biskupa-męczennika. Zawsze w przeddzień uroczystości odpustowych szczątki patrona prymasowskiej świątyni, w asyście wielu biskupów, jeszcze większej ilości duchowieństwa, były niesione w procesji ulicami prastarego Gniezna, by wierni mogli przeżywać noc czuwania przy nich w kościele świętego Michała.
  Kulminacja uroczystości następowała w niedzielne przedpołudnie, gdy uroczysta procesja z doczesnymi szczątkami świętego wracała na wzgórze przy Katedrze, gdzie odbywała się uroczysta suma odpustowa.
   W tym dniu szczególną atrakcją dla obecnych byli znamienici goście, którzy przybywali na doroczne uroczystości. Wśród nich wyróżniali się purpuraci i rzesza biskupów (także spoza Polski) oraz delegacje wiernych, niekiedy przyjeżdżających z odległych diecezji. Szczególnie miło było podziwiać górali w kolorowych strojach, którzy tworzyli rodzaj straży honorowej dla drugiego patrona Polski, świętego Stanisława, którego relikwie były niesione obok szczątków Wojciecha.
   Od wielu lat(jak sięgam wspomnieniem), patronowi z Krakowa towarzyszył biskup tamtejszej diecezji, kardynał Karol Wojtyła, celebrans sumy odpustowej.
Zwieńczeniem duchowych przeżyć w tym dniu stawało się kazanie Prymasa Wyszyńskiego, którego słuchano w niesamowitym skupieniu, by później jeszcze długo powracać do słów Kardynała potrafiącego jak nikt inny docierać do serc słuchaczy.
Mimo mojego pobytu w szpitalu, liczyłem, że będę mógł śledzić ten szczególny odpust w naszej TV. Taką nadzieję mieli także pozostali chorzy z mojej sali. Zrobiliśmy więc zrzutkę(w szpitalu TV jest płatna) i tu rozczarowanie. Owszem w pierwszym programie szła relacja religijnych uroczystości, ale z Krakowa. Dopiero po chwili zrozumieliśmy, że media relacjonują mszę ze Świątyni Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach.
Relację ze Świętowojciechowego odpustu podobno prowadziła w tym samym czasie TV Polonia? W naszych, szpitalnych kanałach nie było jednak tego programu i dlatego dopiero w wieczornych wiadomościach mogliśmy zobaczyć migawki z Gniezna.
   Trudno określać wagę wydarzeń, tych religijnych także, ale ?
Jeden z moich towarzyszy ze szpitalnej sali ( człowiek nieco starszy ode mnie), po zakończeniu religijnej transmisji stwierdził ze smutkiem:
-„No i nasz Wojciech przegrał z biskupami z Krakowa”.
Zaraz po nim sąsiad, leżący na łóżku obok, dodał:
-”Pamiętam Świętowojciechowe odpusty, gdy dwóch kardynałów(Wyszyński i Wojtyła) prowadziło procesję, a za nimi szły tłumy.
To był piękny widok jedności naszego Kościoła i to była siła, którą przekazywali wszystkim, choć czasy wtedy były trudne”
   Teraz są nowe czasy i słyszymy, że wcale nie łatwiejsze dla naszej wiary: bo laicyzacja, świat odrzucający wartości itd.
Może i tak, ale?
   Okrągła rocznica ustanowienia godności Prymasa w naszej ojczyźnie(600 lat) winna być taką okazją pokazania siły jedności Kościoła, bo tylko taki potrafi ją przekazywać nam wszystkim!
Kryspin 

środa, 19 kwietnia 2017

Majowy zawrót głowy


    Pamiętacie swoją pierwszą komunię?
    W tym roku mija dokładnie pół wieku, gdy dane mi było przeżyć ten magiczny dzień i choć minęło tak wiele czasu, pamiętam wszystko, czego doświadczyłem w trakcie tej słonecznej niedzieli.
    Staliśmy w równym szeregu przed wejściem do wrzesińskiej Fary: na początku dziewczynki w białych sukienkach i kolorowych, splecionych z wiosennych kwiatów wianuszkach, a za nimi chłopcy w krótkich spodenkach i odświętnych koszulach ze śmiesznymi krawacikami na gumkach. Po obu stronach przygotowanego pochodu stali zgromadzeni dorośli: nasi rodzice i krewni, którzy przyjechali, aby towarzyszyć nam w tym pięknym przeżyciu.
Później w uroczystej procesji weszliśmy do chłodnego kościoła, gdzie czekały na nas ubrane w białe wstążeczki ławki głównej nawy.
    Po chwili ciszę przerwały organy i głos parafialnego chóru, który zaintonował pieśń na początek mszy.
Później już tylko było nasze oczekiwanie i pamiętam, że w tym dniu msza jakoś dziwnie wolno biegła, a myśmy z niecierpliwością czekali na tę chwilę, gdy będziemy pierwszy raz klęczeli przy rzeźbionych balustradach oddzielających ołtarz od reszty kościoła.
Nareszcie nadszedł ten moment, do którego przygotowywaliśmy się od tak dawna.
    Pierwszy raz dane nam było do swoich serc przyjąć ciało Pana Jezusa i to było niesamowite.
    Poczułem się dumny i szczęśliwy, że od tego dnia będę mógł pielęgnować przyjaźń z Panem Bogiem podobnie jak wszyscy ci, którzy w czasie niedzielnych mszy przystępowali do komunii.
    Po skończonych kościelnych uroczystościach dopełnieniem przyjemnych chwil był odświętny obiad w rodzinnym domu, w którym uczestniczyli zaproszeni goście: rodzice chrzestni i jeszcze dwoje wujostwa z moim kuzynem, który rok wcześniej przeżywał swoją pierwszą komunię.
Oczywiście były życzenia i prezenty. Pamiętam, że w białych pudełeczkach ozdobionych okolicznościowym motywem, oprócz życzeń znajdowały się małe koperty, a w nich pieniądze zamiast innych prezentów.(w poniedziałek rodzice kupili mi za nie młodzieżowy rower)
Domowe przyjęcie nie trwało długo, bo na 16.00 musieliśmy wrócić do kościoła na zbiorową fotografię i majowe nabożeństwo.
    Wtedy, oczekując na popołudniową wizytę w kościele, pierwszy raz opowiadaliśmy sobie o domowych uroczystościach i otrzymanych prezentach także.
    Zdecydowanie nie przypominam jednak, abyśmy wcześniej z rówieśnikami(moimi kolegami) prowadzili giełdę życzeń dotyczących prezentów od gości naszego przyszłego święta.
Takich rozmów nie było także w naszych domach.
Owszem, wiedzieliśmy, że nasze mamy przygotują odświętny obiad i coś słodkiego do kawy, która miała być zwieńczeniem domowego poczęstunku z tej okazji, ale nic ponad to(nie licząc tego, że na ten dzień ojciec zakupił skrzynkę oranżady- taką miłą niespodziankę dla dzieciaków, i to wszystko!)
     Minęło pięćdziesiąt lat od tego niesamowitego dla mnie dnia, a ja nadal z przyjemnością wspominam ten czas i jestem wdzięczny moim rodzicom, że nie było wtedy zamieszania poprzedzającego moje spotkanie z Jezusem.
Nie biegali przez długie tygodnie po lokalach, by zarezerwować termin przyjęcia.
Nie prowadzili ze mną rozmów na temat listy prezentów, które zaspokoiłyby moje oczekiwania.
Nie zaskoczyli mnie obecnością gości, których miałbym zobaczyć pierwszy raz w życiu, w trakcie mojego komunijnego przyjęcia.
    Cieszę się, że nie marzyłem o quadzie, czy wypasionym komputerze( wtedy ich jeszcze nie było i dobrze). Nie zaplanowałem sobie także podróży na koniec świata, o której ostatnio z dumą( w trakcie telewizyjnego programu) informowała mama dziewczynki, gdy na wizji mówiła o komunijnym marzeniu swojej pociechy.
    Minęło tak wiele czasu, a ja nadal się cieszę, że miałem rozsądnych, wierzących rodziców, bo dzięki ich mądrej miłości mogłem się cieszyć z najpiękniejszego prezentu, jakim było moje spotkanie z Jezusem.
Kryspin

wtorek, 18 kwietnia 2017

"Cóż to jest prawda?"



„Cóż to jest prawda?"
    Chyba każdy z nas przypomina sobie retoryczne pytanie Piłata, który nie zdobył się jednak na refleksję, by zrozumieć, dlaczego żydowski Mesjasz gotów był za nią ponieść najwyższą karę.
    Podobnie nie podjęli jej także ci, którzy w imię ratowania starego porządku, załatwili krzyż temu, który sam o sobie mówił, że przyszedł na świat, aby dać świadectwo Prawdzie.
    Wielkanocny poranek i wieść, że w grobie nie ma ciała tego, którego ukrzyżowali, nie zmieniła ich stanowiska i dlatego rozgłosili plotkę, że uczniowie Nazareńczyka, w ciemnościach nocy, wykradli zwłoki swojego mistrza.
    Plotka, zmyślona historia przeciwko faktom, wtedy okazała się tylko połowicznie skuteczna. Owszem, była wytłumaczeniem dla tych, którzy tworzyli twardą opozycję: uczeni w piśmie i przedstawiciele władzy, którym Chrystus zdawał się być zagrożeniem dla ich poukładanego świata.
Nie zachwiała jednak wiary tych, którzy dopiero po wielkanocnym poranku zaczęli rozumieć niezwykłość zdarzeń, których dane im było doświadczyć.
Przyjęcie Prawdy Wielkanocnego Misterium poskutkowało przemianą tych, którzy uwierzyli.
    Bardzo prawdziwie ukazuje to autor Dziejów Apostolskich :”Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa(Dz.Ap.4,12-13)
Miłość do drugiego człowieka, gotowość do poświęcenia swojego partykularnego interesu na rzecz wspólnego dobra i radość tej samej perspektywy, której nie były wstanie zmącić żadne przykre doświadczenia ze strony świata ludzi nie rozumiejącego przesłania Chrystusowego świadectwa, były siłą pierwszych chrześcijan.
Jesteśmy świeżo po kolejnym „przypomnieniu” sobie o tajemnicy Wielkanocy. Boży Syn dokonał aktu naszego odkupienia, jak to celebruje Kościół.
Ofiara na krzyżu i tajemnica Zmartwychwstania nie załatwiła jednak ostatecznie naszego przyszłego losu, zbawienia!
    Chrystus swoim doskonałym posłuszeństwem woli Ojca „załatwił” nam bilet uprawniający do odbycia podróży. Jednak na każdym z nas pozostał obowiązek zajęcia miejsca w tym jedynym w swoim rodzaju pociągu, którego stacją przeznaczenia jest wieczna bliskość z Bogiem.
Odwieczny jest Prawdą, która wypełnia radością tych, którzy obleczeni w szatę miłości i pokory, zmierzają na jej spotkanie.
    Minęło tak wiele lat od tamtego dnia i trochę powinno nam być wstyd, że tak niewiele przechowaliśmy z depozytu, testamentu krzyża.
Historia Kościoła targana przesileniami(rozdarcia podziałów, głoszenie „prawdy krzyża” przy pomocy mieczy i pielęgnacja innych ludzkich przywar wśród jego sług) zamazała drogę pokory i miłości, a tylko ona prowadzi do Prawdy!
Pokora i miłość winna wyznaczać także drogę w dochodzeniu do ludzkiej prawdy i osądzania zdarzeń, nawet tych najtrudniejszych, które nas dotykają.
Owszem, prawda, nawet smutna jest lepsza od uśmiechniętego kłamstwa, ale dochodzenie do niej, poprzez rozkopane rowy podziałów, z pewnością nie jest realizacją testamentu krzyża!
    W niedzielę Palmową w Aleksandrii dokonano mordu w koptyjskiej świątyni. Nienawiść do ludzi innego wyznania przyniosła śmierć kilkudziesięciu niewinnym. Kapłan tej wspólnoty w rozmowie z mediami, nie pałał chęcią odwetu, a powiedział tylko, że ci, którzy ocaleli( choć wielu z nich straciło tam najbliższych) modlą się za sprawców ich krzywdy.
    Wyznawca Chrystusa powinien wzorem Zbawiciela swoim życiem dawać świadectwo prawdzie, czyli ukazywać innym Tego, który jest Prawdą!
Bóg nigdy nie był siewcą nienawiści, obrzucania inwektywami swoich wrogów.
W nim nie ma żądzy odwetu, bo Jego Prawda obleczona jest pokorą i miłością do każdego człowieka.
    Może więc choćby raz na jakiś czas warto by było zatrzymać się przed samym sobą, podejść do lustra swojej duszy i tam poszukać choćby małych przebłysków prawdy o nas samych?
Kryspin