środa, 12 września 2018

Czy Kościół powinien płacić podatki?



Wychowała pięcioro dzieci. W ich domu nigdy się nie przelewało, bo jej małżonek zmarł nagle, gdy najstarszy syn miał zaledwie 17 lat.
Kobieta została sama z gromadką do wykarmienia. Nie załamała się, choć w pierwszych tygodniach po stracie ukochanego przyszłość jej przyszłość była owiana ciemnymi chmurami.
Wtedy jej pierworodny, gdy widział troskę malującą się na jej smutnej twarzy, przysiadł tuż obok ni tuląc ją serdecznie powiedział:
-”Nie smuć się już mamo. Po ciemnych chmurach nastają słoneczne dni.
Dobry Bóg nie zostawi nas bez opieki, a my wszyscy już niedługo będziemy dorośli i będziemy zawsze pamiętali o tym, jak wiele serca nam oddałaś.”
To nie były tylko czcze zapewnienia; bo po latach, gdy cała piątka dorosła i zaczęła swoje samodzielne życie, zdecydowali zgodnie, że teraz nastał czas, by spłacali dług miłości.
W pierwszą niedzielę każdego miesiąca, i tak jest już od lat, przyjeżdżają do niej ze swoimi rodzinami na świąteczny obiad, a przy pożegnaniu zostawiają dyskretnie na kredensie koperty, w których są pieniądze dla niej.
W stosunku do skromnej emerytury, jest to znaczące wsparcie, za które ona jest im wdzięczna i nawet niekiedy żartuje, że gdyby urząd skarbowy dowiedział się o skali hojności jej dzieci, to pewnie wstrzymałby jej comiesięczną ZUS-owską jałmużnę.
No cóż?
Sądzę, że gdyby ktoś z urzędników wpadł na taki pomysł, to zebrałby solidne cięgi i uśmiech politowania nad jego głupotą i dezaprobata wyrażona znanym powszechnie gestem, byłby najłagodniejszą oceną takiego idiotyzmu.
Jesteśmy w przededniu wyborów do władz samorządowych i z tej okazji kandydaci na lokalnych mędrców, prześcigają się w obietnicach, że spełnią każdą, nawet irracjonalną zachciankę miejscowego elektoratu, byle tylko postawili znaczek przy ich nazwisku.
W licytacji na niekiedy bardzo radykalne pomysły prym wiodą ich partyjni liderzy, skwapliwie wykorzystując swoją rozpoznawalność i dostęp do mediów.
Liderka opcji politycznej mającej swoistą „alergię” na wszystko, co związane jest z Kościołem, odgrzała ostatnio dawno nie używanego politycznego „kotleta”, czyli sprawę podatków, których ta nie lubiana przez nią instytucja nie płaci, a powinna.
I tu spotykamy się z klasyczną manipulacją obliczoną na niewiedzę jednych, a poklask tych, którym zależy tylko na stawianiu zarzutów , niezależnie od tego, czy są zgodne z prawdą, czy nie.
Z pewnością ludzie Kościoła odniosą się do pytania szanownej pani przewodniczącej, ale nie będzie to dostatecznie wiarygodne dla nieprzejednanych.
Kościół płaci podatki!
Jako właściciel nieruchomości (pola uprawne, budynki przy parafiach, lub inne nieruchomości, które mogą służyć jako obiekty komercyjne) odprowadza stosowne podatki z zysków za najem lub dzierżawę. Księża zatrudnieni w szkołach (katecheci), czy w innych resortach (szpitale więziennictwo, wojsko), mają pobierany podatek od wynagrodzeń.
A co z kościelną tacą, ofiarami za kapłańskie posługi?
Czy od tych dochodów Kościół powinien płacić podatek?
Zasadniczo te pieniądze nie powinny podlegać takiemu obowiązkowi, bo ze swojej natury są one dobrowolną daniną, którą parafianie przeznaczają na funkcjonowanie ich wspólnoty, czyli: utrzymywanie kościoła i terenu wokół-remonty konserwacje, bieżące rachunki za energię i ogrzewanie itp.
Dla należytego funkcjonowania tego organizmu potrzebni są także księża (proboszczowie, wikariusze), których poszczególni członkowie parafialnej rodziny mają niejako na utrzymaniu.
Inną sprawą jest to, jeżeli miejscowy kapłan nie zadowala się tym, co łaska i ma wyznaczony taryfikator duchowych świadczeń.
W takim przypadku winien w biurze parafialnym obok tacy posiadać kasę fiskalną, nabijać na nią opłaty za kapłańską posługę i na koniec miesiąca odprowadzać fiskusowi podatek.
I tu dochodzimy do konsensusu-taki Kościół powinien płacić podatki!
Kryspin

środa, 5 września 2018

Czy Kościół jest sektą?



-”Nie chodzę do kościoła, gdy jest pełen spoconych tygodniowym pośpiechem ludzi, którzy najczęściej zachowują się jak uczestnicy partyjnego wiecu z czasu komuny. Trzeba być, zaliczyć cotygodniowy spęd, by przypadkiem parafialny nadzorca nie odnotował w pamięci naszej nieobecności. No i jeszcze jeden ważny powód - co ludzie powiedzą, gdy przy niedzielnym obiedzie przekażą sobie nowinę, że Kowalska kolejny raz nie pokazała się przy ołtarzu, a przecież na chorą nie wyglądała.
W takim jarmarcznym zgiełku: przy płaczliwym wrzasku dzieciaków znudzonych bezsensownym ślęczeniem w jednym miejscu i gapieniu się w plecy jakiegoś człowieka rozpierającego się w niewygodnej, kościelnej ławie, czy obserwowaniu (z poziomu czterolatka) szpaleru nóg tych stojących przed nimi; trudno mi było dostrzec Boga, i może dlatego zaczynałam rozumieć ich zniecierpliwienie i coraz głośniej powtarzane pytanie: kiedy wreszcie wrócimy do domu!
Nie umiem odnaleźć Boga w zatłoczonym kościele, ale przy okazji licznych wyjazdów służbowych staram się w danej miejscowości wejść do kościoła.
Siadam w półmroku gdzieś na końcu świątyni i milcząc chłonę bliskość Boga, który mówi do mnie. Zapominam o upływającym czasie i czuję się cudownie......”
    Gdyby na tym czytelniczka „Księdza w cywilu” zakończyła swój list, można by pozazdrościć jej tych spotkań z Bogiem, ale?
    W dalszej części Kobieta pisze o „ciemniejszej” stronie takiego przeżywania wiary, bo mieszka w małej miejscowości i wśród członków parafialnej wspólnoty czuje swoiste napiętnowanie.
Najgorsze, że miejscowi duszpasterze przyłączają się do grona zgorszonych jej „uczuleniem” na wspólnotowe przeżywanie eucharystycznych spotkań z Chrystusem w trakcie niedzielnych nabożeństw i w pouczających rozmowach stosują coś w rodzaju szantażu:
-”Nie żyjesz zgodnie z kościelnymi prawami (niedzielna msza, spowiedź raz do roku), czyli on jest teraz tobie niepotrzebny. Nie oczekuj więc od niego niczego w przyszłości.”
Przeciwnicy Kościoła (katolickiego szczególnie) lansują określenie, że jest on rodzajem sekty, która stosując swoisty szantaż, próbuje trzymać w ryzach swoich wyznawców.
Pozwolę sobie nie zgodzić się z takim stwierdzeniem, ale dla wielu osób, zwłaszcza dalekich od Kościoła, jego niektóre zasady noszą znamiona takowej.
Kiedy zapoznamy się z definicją określenia sekta:”Określenie grupy wyznawców, których poglądy religijne są sprzeczne z oficjalnie dominującą doktryną”- to w żaden sposób nie możemy Kościoła tym mianem określić.
    Mnie jednak zaniepokoiło co innego. Na samym końcu przytoczonej definicji możemy przeczytać o cechach sekty:
-misjonarska gorliwość,
-charyzmatyczny przywódca,
-monopol na prawdę,
-dławienie indywidualności.
     I tu znalazłoby się wiele swojsko brzmiących określeń, choć apologeci(obrońcy) kościelnego stanowiska zaraz dodali by, że w przypadku sekty te określenia noszą w sobie pejoratywną wymowę, a ich zbieżne brzmienie z cechami określającymi posłannictwo Kościół, to nabierają wartości pozytywnych.
Pewnie wypadałoby się zgodzić z takim stanowiskiem, ale nie do końca.
     Kościół jak najbardziej winien być misjonarsko gorliwym, dobrze, by na jego czele stał człowiek obdarzony charyzmą ( na każdym szczeblu kościelnej hierarchii), ale już co do trzeciej, to mam wątpliwości, bo monopol naprawdę zamyka drogę do międzywyznaniowego dialogu i oddala pragnienie Chrystusa:”Aby wszyscy byli jedno
Już na pewno nie mogę się zgodzić się na dławienie indywidualności, a w Kościele jest to częsta praktyka.
     Czytelniczka z przytoczonego powyżej listu wybrała inną drogę do Boga, ale czy przez to należy ją skreślić i powiedzieć, że On nie ciszy się z jej wiary, może inaczej manifestowanej, ale z pewnością także Mu miłej?
Kryspin, 

środa, 29 sierpnia 2018

Czy Bóg złączył ten związek?



     Na ścianie ich sypialni, której ona już nie dzieli ze swoim mężem, bo ten, jeżeli wraca na noc do domu, zajmuje sofę w salonie, gdzie odsypia swoją miłość do mocnych trunków.
I tylko dzieci kiedyś wstając rano do szkoły, pytały o to, dlaczego tatuś znowu nie nocował w sypialni?
    Tak było do czasu, gdy były małe i zadowalały się tłumaczeniem mamy, że ich ojciec wrócił późno z pracy i nie chciał niepokoić mamy.
    Teraz, gdy dorosły, widząc jej podkrążone oczy i sińce skrywane pod słonecznymi okularami, które zakłada nawet w pochmurny dzień, już nie zadają takich pytań.
    Przed trzema laty zdecydowała się na sądowną separację korzystając z rady kapłana, który stanowczo zabronił jej nawet myśleć o rozwodzie:
-”Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”- powiedział jej na odchodne, a i jeszcze obiecał, że będzie się modlił za ich rodzinę....
    No i tu rodzi się problem.
    Bo kto dokonuje swoistego zerwania małżeńskiego węzła?
    Czy zdesperowana kobieta (niekiedy mężczyzna postawiony w takiej sytuacji) mówiąc dość i składając rozwodowy pozew, posuwa się do czynu zabronionego ?
    W kościelnym rozumieniu tak, i w konsekwencji zamyka sobie choćby drogę do życia sakramentalnego z komunią świętą na czele, do której nie ogranicza się dostępu tym, którzy de facto są odpowiedzialni za tę pełną desperacji decyzję współmałżonka.
Jeszcze większy zgryz wiary mają te osoby, którym pokopało się dotychczasowe, małżeńskie życie i odpowiadając na miłość drugiej osoby, decydują się kolejny raz powiedzieć małżeńskie (tylko przed cywilnym urzędnikiem) tak.
Ale przecież Kościół w szczególnych przypadkach orzeka, że małżeński związek był nieważny od samego początku i taka osoba może ponownie zawrzeć sakrament małżeństwa- odpowiedzą obrońcy czystości katolickiego zachowania.
    Pewnie mógłbym im rzucić pytanie:
-Ilu katolików dotkniętych domową przemocą, osób żyjących pod jednym dachem z człowiekiem uzależnionym od tego wszystkiego, co rozwala miłość(pijaków, ludzi uzależnionych od pornografii, czy uważających, że skok w bok, to przecież to takie nic), zdobywa się na odwagę przejścia drogi, którą chcieliby fundować im sędziowie w kościelnych trybunałach?
    Nie zadam jednak tego pytania, a zamiast tego chciałbym, aby ci sami obrońcy katolickiej moralności zastanowili się nad wyżej przytoczonym stwierdzenie, którym niejako na odchodne częstuje nowożeńców kapłan asystujący przy ich sakramencie:
-„Co Bóg złączył...”
Bóg tylko i aż, błogosławi ich decyzję o wspólnej drodze.
Małżeństwo to sakrament udzielany sobie nawzajem przez zakochanych w sobie ludzi, którzy takową drogę obierają, aby być jednym we dwoje.
     I tu mam problem, który wydaje się trudny do wyjaśnienia, ale spróbuję się z nim zmierzyć.
     Nasz Stwórca, dla którego nie ma czasu, czyli zna także naszą przyszłość, obdarowuje swoim błogosławieństwem kogoś, kto w małżeńskiej przyszłości wybiera drogę łajdaka i jest gnębicielem najbliższej (kiedyś) mu osoby?
    W jednym z minionych felietonów napisałem, że wielu ludzi stających na ślubnym, kościelnym kobiercu, wcale nie doświadcza sakramentu i w takim przypadku ich małżeństwo od samego początku jest nieważne.
    Pisałem wtedy o szczerości wypowiadanych słów małżeńskiej przysięgi i konkludując stwierdziłem, że w wielu przypadkach tam tkwi swoisty „feler”- gdy te słowa nie do końca szczerze i świadomie są wypowiadane.
    Kiedy odbieram masę listów od osób skrzywdzonych przez współmałżonków, nie mogę się uwolnić od przekonania, że dobry Bóg nie przyłożył swojej ręki do ich nieszczęścia skazując ich na wyrok dożywocia z kimś, kto ich nigdy nie kochał.
    Powiem więcej, głęboko wierzę w to, że ten sam Bóg szczerze błogosławi im w związku, w którym doświadczyli prawdziwej miłości.
Kryspin

środa, 22 sierpnia 2018

Ubolewanie, wstyd i głęboki żal!



Na zakręcie drogi, prawie u wylotu z miejscowości, pobudowano szkołę dla miejscowych maluchów.
Piękny, nowy obiekt stał się chlubą i powodem do dumy mieszkańców, którzy cieszyli się, że ich latorośle będą zdobywały wiedzę o świecie w pięknych lekcyjnych salach. Władze oświatowe zadbały także o to, by miały na terenie placówki tereny do rekreacji i uprawiania sportu na przyszkolnym boisku, z którego młodzież mogłaby korzystać w wolnych od zajęć chwilach.
I pewnie byłoby sielankowo, gdyby nie niebezpieczne dojście do edukacyjnej placówki, zmuszające maluchy do przejścia przez ruchliwą drogę.
Nie trzeba było długo czekać, aby wydarzyła się pierwsza tragedia. Kilka metrów od szkoły zginęła mała dziewczynka, Ola z IIIc. Zabił ją kierowca, który pędził przez ich miejscowość jak szalony.
Później tłumaczył się, że nie wiedział, iż zaraz za zakrętem jest szkoła, bo nawet nie było żadnego znaku informacyjnego, czy ograniczającego prędkość.
Gdy wydarzył się kolejny wypadek, w którym ucierpiało dwoje chłopców z II klasy, władze odpowiedzialne za bezpieczeństwo na drodze skierowały do mieszkańców list, w którym wyraziły ubolewanie i głęboki smutek, po zaistniałych nieszczęściach.
Ubolewanie, smutek i nic poza tym!
Przez kolejne lata: nie wprowadzili ograniczenia prędkości na niebezpiecznym odcinku, nie założyli sygnalizacji świetlnej, czy nie poprowadzili kładki [ponad niebezpieczną drogą-tylko słowa wyrażające ubolewanie!
Na szczęście to tylko zmyślona przeze mnie historia, która w normalnym życiu nie mogłaby mieć miejsca.
Ostatnio jednak wybrzmiały w naszych umysłach słowa: ubolewanie, smutek, głęboki żal; którymi skomentował kolejne doniesienia o pedofilii ludzi Kościoła Papież Franciszek.
Ale to przecież była reakcja na dewiacje wśród kapłanów za oceanem i to w okresie minionych 70 lat, dopowie ktoś broniący tematu.
Mnie przeraziło co innego.
Przedstawiciel Watykanu komentując medialne doniesienia w tej ponurej sprawie, przyznał, że problem pedofilii dotyka 2% kapłanów, jak wynika z oficjalnych badań.
Opierając się na jego stwierdzeniu można łatwo wyliczyć, że w Kościele polskim ta dewiacja dotyczy około 500 duchownych (25000 kapłanów pracujących w naszym kraju-2% z tej liczby daje 500) i śmiem twierdzić, że to są dane zaniżone!
Póki co, w naszym Kościele zalega cisza, jakby ten problem nas nie dotyczył, czy na pewno?
Mnie w tym wszystkim jest żal (może nie najbardziej, bo największymi ofiarami są dzieci krzywdzone przez dewiantów) tych 24500 duchownych, na których podejrzliwym wzrokiem patrzą wierni, zastanawiając się nad ich seksualnymi preferencjami.
Żal mi młodych ludzi, którzy chcieliby realizować drogę kapłańskiego powołania i przeżywają huśtawkę emocji, czy w przyszłości potrafią wytrzymać presję „łatki” potencjalnego dewianta w sutannie, i rezygnują z marzenia o stanie duchownym.
I znowu poniosły mnie emocje, i może wychylam się przed szereg, uzurpując sobie prawo do zabierania głosu w sprawach, na które nie mam wpływu i umocowania do ich zmienienia, ale mogę pytać:
Czcigodni Hierarchowie, do was kierują pytanie, bo w Waszych rękach dzierżycie władzę zmian.
O ilu przypadkach pedofilii wśród duchownych innych chrześcijańskich wspólnot słyszeliście.
W Kościele Protestanckim, Prawosławnym i innych pomniejszych wyznaniach mających w nazwie przymiotnik-chrześcijański?
Czcigodni Hierarchowie, pewnie nie doczekam się Waszej odpowiedzi.
Ale na nią oprócz tysięcy skrzywdzonych dzieci oczekuje 24500 waszych „frontowych żołnierzy”. Im wszystkim chodzi o coś więcej, aniżeli słowa, które Kościół powtarza przy takich okazjach: Ubolewanie, wstyd i głęboki żal- to za mało!
Kryspin

środa, 15 sierpnia 2018

"Kto sieje wiatr...."



Na niedzielną mszę udają się do tego samego kościoła. Mieszkając w dość dużej parafii, mogliby wybrać dowolną godzinę liturgicznego spotkania, to jakimś dziwnym trafem decydują się na mszę odprawianą o godzinie 9.00.
Pod koniec liturgii, w trakcie której przezornie zajmują miejsca oddalone od siebie, podobnie jak pozostali w świątyni, na wezwanie kapłana skinieniem głowy przekazują znak pokoju stojącym obok nich.
Ten ceremoniał nie osłabia jednak ich czujności, bo w tym samym momencie ich spojrzenia biegną dalej, aby ich wzrok, teraz już pełen nienawiści spotkał się gdzieś pośrodku świątyni.
Później następuje kolejna odsłona liturgicznego ceremoniału, czas komunii, w której obaj aktywnie uczestniczą.
No i to by było na tyle, chciałoby się podsumować przytoczoną przed chwilą scenkę niedzielnej „pobożności”. Aktorami tego spektaklu są zwyczajni katolicy, sąsiedzi mieszkający na co dzień obok siebie, niekiedy przez ścianę swoich piekiełek (mieszkań), do których powracają zadowoleni z nienawiści wobec siebie, którą kolejny raz mogli zamanifestować.
Ich sprawa- mógłby ktoś powiedzieć, oceniając postawę tych skłóconych sąsiadów, ale nie do końca tak jest, bo.....
No właśnie. Ci ludzie nie zadowalają się osobistą niechęcią wobec siebie, bo przy byle okazji próbują swoje nastawienie rozsiewać szerzej: najpierw najbliżsi, rodzina, przyjaciele, znajomi.
Przy każdej sposobności są instruowani, jakim niegodziwcem jest ten sąsiad, którego najlepiej, gdyby także i oni nie darzyli sympatią.
Gdyby natomiast ktoś zapytał zwaśnionych o praprzyczynę ich sporu, to pewnie byłoby im trudno tak z marszu odpowiedzieć: Dlaczego?
Przecież kiedyś żyli w zgodzie. Pomagali sobie przy domowych obejściach, użyczając sobie młotka, czy innych drobnych narzędzi. Ich żony piły ze sobą kawę wymieniając się przepisami pysznych wypieków, z których były dumne, a dzieciaki godzinami na placu zabaw kopały ze sobą piłkę, ciesząc się ze słońca i wolności dzieciństwa.
Dlaczego to wszystko poszło w niepamięć?
Może ktoś powiedział jedno słowo za dużo, może ktoś inny włożył kij w ich zgodne do tej pory mrowisko, a może tak po prostu dozwolili dojść do głosu swoim przywarom, z których zazdrość o sukces tego drugiego zaczęła uwalniać nienawiść, a ta zrodziła stan ruiny wzajemnych relacji, w którym trwają po dziś?
Niedzielna liturgia, której zwieńczeniem jest komunia, za każdym razem poprzedzana jest słowami kapłana: ”Przekażcie sobie znak pokoju” i to jest nie tylko apel o zasypanie dołów wzajemnych animozji, żalów pamięci krzywd (domniemanych, czy rzeczywistych), z którymi przychodzimy na spotkanie z Chrystusem, ale szansa i warunek godnego spotkania z Nim.
Wzajemna nienawiść względem siebie pojedynczych ludzi niesie w sobie jeszcze jedno niebezpieczeństwo. W szczególnych okolicznościach następuje zjawisko kumulacji wzajemnych animozji i staje się prostą drogą do tego, co od pewnego czasu w naszej ( choćby politycznej) rzeczywistości zaczęto określać „wojną plemion”, i to winno budzić nie tylko niepokój, ale stanowczy sprzeciw.
Wśród wojowników tychże zwaśnionych obozów wielu jest katolików i w ich przypadku Kościół winien stanowczo przypominać, że słowa o przekazaniu sobie znaku pokoju, to nie tylko zwyczajowa formułka bez znaczenia.
Tym zaś, dla których wartości chrześcijańskie niewiele znaczą, można by przypomnieć choćby słowa ludowej mądrości:
”Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”.
Inaczej mówiąc: kto epatuje nienawiścią do drugiego człowieka (często usprawiedliwiając swoje nastawienie odmiennymi poglądami tamtego), ten podsyca płomień „wojny plemion”.
Kryspin, 

środa, 8 sierpnia 2018

Mszalna piramida



Pamiętam ze mojego dzieciństwa wieczory pełne emocji.
I wcale nie mam na myśli godzin spędzanych przed szklanym ekranem, bo telewizja w tamtym czasie (jeden program) takowych nie dostarczała: kilka programów publicystycznych, krótka dobranocka, wiadomości, no i wieczorny film (najczęściej ze słusznej strony żelaznej kurtyny), nie były spełnieniem naszych oczekiwań.
Najbardziej lubiłem historie, którymi raczyła nas mama, gdy siadając w starym fotelu, brała do ręki iglice i dziergała na nich wełniane cudeńka mające nam służyć w czasie zimowych dni, które spędzaliśmy na godzinnych zabawach w parku, który rozciągał się zaraz obok naszego domu.
W takie wieczory uwielbialiśmy rozsiadać się na wielkim tapczanie, by z wypiekami słuchać niesamowitych historii, którymi nas raczyła.
Najbardziej lubiliśmy opowiadania o duchach budzących przerażenie tych, którym przyszło się z nimi w jakiś sposób spotkać.
W mojej pamięci szczególnie zapadła historia nawiedzonej plebani.
Było to ponoć w parafii, w której moi rodzice mieszkali zaraz po wojnie (około 1946 roku).
Prawie każdego wieczoru przykościelny budynek nawiedzał duch w stroju kapłana. Pomimo zamkniętych drzwi pojawiał się w pokoju parafialnej kancelarii i zatrzymywał się przy starej biblioteczce.
Po chwili, dziwnie skulony padał na kolana i zaraz potem jego postać się rozpływała w ciemnościach.
Proboszcz, który ponoć kilka razy był świadkiem takiej sytuacji, postanowił poszukać odpowiedzi, co chciał mu przekazać ten przybysz zza światów i dlatego zabrał się do przeszukania starego mebla. Za drewnianą ścianką natknął się na zwitek pożółkłych karteczek z zapisanymi intencjami mszalnymi.
Następnego dnia zaczął odprawiać msze w tych odnalezionych intencjach i w dniu, gdy odprawił ostatnią liturgię w intencjach ze znalezionych zapisków, postać w czarnej sutannie zaprzestała nawiedzać jego plebanię.
Może to tylko legenda, a może i było w tym wszystkim ziarno prawdziwej historii, tego nie wiem?
Kościół przyjmuje wielką wagę do liturgii mszy świętej i szczegółowo określa obowiązki kapłanów w tej kwestii.
Jedną z fundamentalnych zasad jest ta, że ksiądz może przyjąć ofiarę z jednej mszy odprawianej w danym dniu i zdawałoby się, że w tej kwestii wszystko jest jasne, ale nie!
Świadczą o tym liczne maile od czytelników „Księdza w cywilu”, które po ostatnim artykule:”Ile się należy za mszę?”
Oczekiwałem, że pojawią się sygnały o taryfach określających wielkość ofiary, której żądają księża za odprawienie mszy, ale one były w znakomitej mniejszości.
Kilkoro z moich mailowych rozmówców sygnalizowało mi, że jestem naiwny tłumacząc, że ksiądz „zarabia” marne grosze za „trud” codziennej mszy (intencja max-50zł).
„.....Nasz proboszcz otwarcie stosuje kumulację intencji i zamiast odprawić za zmarłego kilkanaście zamówionych (np. przy okazji pogrzebu), ogranicza się do zebrania ofiar od poszczególnych wiernych i wyznacza jedną mszę. Tym samym godzinna liturgia ma cenę
+/- 1500 zł.”
Podobny list skierował do mnie parafianin (podał miejscowość), który opisał podobny proceder, gdy proboszcz ze mszy świętej, łącząc intencje wielu rodzin, robi coś na kształt „wypominek”, które wiernym kojarzą się z okresem Wszystkich Świętych.
Najprościej byłoby zgłosić to kurii, ale tu pojawia się problem i obawa „zemsty” ze strony wkurzonego księdza, więc milcząco godzą się na takie parafialne „mszalne piramidy.”
Taki proceder trzeba piętnować i zgodnie z ewangeliczną zasadą:”Zgłosić Kościołowi”, dla tego mój apel, abyście pisali mi o tym, i gdy w korespondencji wyrazicie zgodę na to, by „Ksiądz w cywilu „ był Waszym głosem sprzeciwu, to nim będę!
Kryspin, 

środa, 1 sierpnia 2018

Ile się należy za mszę?



Kto z nas nie pamięta kultowego filmu z udziałem Kargula i Pawlaka?
W pamięci widzów zapadły nie tylko dialogi kłótliwych sąsiadów, ale i ich zachowania, z których się zaśmiewamy po dziś dzień.
Mnie szczególnie bawiły sceny spotkań Pawlaka z kapłanami, a wśród nich te, kiedy to bogobojny (na swój sposób) bohater zamawiał msze święte. W sumie trzy razy sięgał do sakiewki, by opłacić trud duchownych osób (aby wnuczce powinęła się noga na egzaminach, by szczęśliwie dopłynąć do Ameryki i na koniec za spokój duszy zmarłego brata Jaśka)
Nie będę teraz rozwodził się nad tymi intencjami, przez które Pawlak próbował z Panem Bogiem załatwić sprawy, bo to było już tematem wcześniejszego mojego artykułu:”Łapówka dla Pana Boga”, kiedy to podzieliłem się z czytelnikami moim stanowiskiem na ten temat.
Dzisiaj spróbujmy odpowiedzieć na pytanie:
-”Ile się należy za mszę świętą?”
Pozwoliłem sobie na użycie pytania, które zadają wierni, wybierający się do biura parafialnego, aby dopełnić formalności związanych z zamówieniem mszy.
„Rozsądny” kapłan, na tak postawioną kwestię, zareaguje od razu, tłumacząc, że nie ma z góry ustalonej taryfy, a całość wyczerpuje się określeniem: „Co łaska”, które z góry zakłada dowolną wielkość ofiary.
„Przewidujący” zaraz doprecyzuje, że zwyczajowo jest to kwota zawierająca się w przedziale: od kwoty X, do.....no i tu już nie ma Y, czyli górnej granicy.
„Bezpośredni” bez zbędnych dyskusji poda kwotę i koniec, bo nie wypada urządzać targu nabywając Bożą przychylność!
No i nadal pozostaje pytanie: Ile się należy?
Każdy kapłan powinien odprawić minimum tyle mszy świętych, ile jest dni w danym roku (odliczając Wielki Piątek, gdy w Kościele nie sprawuje się Eucharystii).
W rzeczywistości ta liczba jest większa: dodatkowe msze w niedziele i święta, msze pogrzebowe, ślubne itd.
Gwoli ścisłości trzeba zaznaczyć, że Kościół reguluje ilość mszy „płatnych”, za które ksiądz może do swojej kieszeni zainkasować ofiarę- to jedna msza dziennie.
Pozostałe: niedzielne, świąteczne i okolicznościowe są w pewien sposób „bezpłatne” i za nie ofiara złożona przez wiernych powinna zasilać inne, zbożne cele.
Reasumując, jeżeli uśredniona ofiara za odprawioną mszę mieści się w przedziale: 30 zł do 50 zł, to miesięcznie daje od 900 zł do 1500 zł.
Nawet krytycy kościelnej zamożności muszą przyznać, że nie są to powalające sumy w zderzeniu ze średnią krajową systematycznie podawaną przez GUS.
Dociekliwi, drążąc zasobność księżowskiej sutanny, nie tracąc krytycznego spojrzenia zauważą z pewnością, że to nie jedyny składnik kapłańskiego dochodu, bo …....i tu doliczą się kolejnych składowych.
Najciekawszym w tym wszystkim jest to, że tych samych wyliczeń mogą użyć obrońcy obecnego stanu rzeczy tłumacząc, że kapłan i tak odprawia codziennie Eucharystię i te grosze z ofiar osób zamawiających mszalną intencję, nie rzutują na jakość jego życia.
Istotnym (zdawałoby się) argumentem jest także i to, że wierny składając „ofiarę” za mszę, w jakimś stopniu ponosi trud podzielenia się swoim dobrem i jest to forma podziękowania za łaski płynące z tego sakramentu.
A Franciszek otwarcie mówi, że nie powinno się pobierać opłaty od sprawowanej Eucharystii!
Ile się więc należy za mszę?
Odpowiedź podsunął nam sam Papież:
- Nic się nie należy.......
A jeżeli chcemy ( określenie - chcemy, wyraża wolę, a nie narzucony nakaz zapłaty) w formie ofiary pieniężnej podziękować za nadzieję łaski płynącej z sakramentu, to przy zamawianiu osobistej intencji mszy świętej, jasno określmy cel, w jakim takową ofiarę zamierzamy złożyć.
Kryspin

środa, 25 lipca 2018

"....A bramy piekielne go nie przemogą...."



    Po publikacji mojej pierwszej książki („Zakochana koloratka”) rozpisały się maile od księży, którzy odeszli z szeregów kapłańskich i rozpoczęli życie w cywilu. 
    Wielu było dopiero na początku nowej rzeczywistości i ci często pytali o to, jak znaleźć się w nowej dla nich sytuacji, i jak przełamywać w sobie poczucie wstydu, że zawiedli.
    Wśród moich mailowych rozmówców byli także „weterani”, którzy decyzję o wyborze nowej drogi życiowej podjęli (podobnie jak ja) już bardzo dawno, i od lat z mniejszym, lub większym powodzeniem realizują się w „normalnym” świecie.
    Wojciech decyzję o przejściu do stanu świeckiego podjął ponad czterdzieści lat temu i odnalazł się w nowym życiu w USA, dokąd rzucił go ślepy traf. Nie był już kapłańskim „żółtodziobem”, bo miał za sobą doktorat z teologii i watykański epizod, ale odszedł.
    W jednej z pierwszych naszych rozmów opowiedział mi o reakcji kościelnego zwierzchnika, gdy poinformował go o swojej decyzji.
    Biskup najpierw próbował go od niej odwieść, proponując danie sobie czasu na przemyślenie (najlepiej gdzieś w klasztornym odosobnieniu), ale gdy on kategorycznie się temu sprzeciwił, jego hierarcha z niezadowoleniem przyjął to do wiadomości, i tylko na odchodne polecił mu, by nowe (cywilne) życie rozpoczął gdzieś daleko (najlepiej poza granicami diecezji), by nie siać zgorszenia.
    Kiedy przed laty znalazłem się w podobnej sytuacji, pofatygował się do mojego poznańskiego mieszkania ksiądz dziekan i otwarcie zaproponował mi pomoc, bym mógł wrócić pod kurialne skrzydła.
    Przeżyłem wtedy szok, i wcale nie chodziło o propozycję pomocy w „odkęceniu niezręcznej sytuacji”, ale o reakcję wielebnego, gdy ucinając rozmowę, powiedziałem:
-Księże dziekanie, ja mam syna i uczciwość wymaga, bym był mu ojcem?
-”A myślisz, że tylko ty masz taki kłopot.....?
-Gdyby w naszej diecezji każdy rodzic w koloratce decydował się na przejście do życia w cywilu, to w wielu parafiach ludzie byliby zmuszeni modlić się przy pustych ornatach.”
    Ta rozmowa odbyła się ponad trzydzieści lat temu i pewnie przez kolejne lata takich propozycji rozwiązania „problemłów” było wiele i wielu je usłyszało.
    Tak sobie myślę, że słowo: "zgorszenie" odeszło gdzieś w niepamięć, bo dzisiaj odejścia kapłanów z hierarchicznych szeregów, mogą wywołać co najwyżej lokalną sensacyjkę i to na kilka dni. „Pobożni” parafianie urozmaicą sobie taką nowiną obiad po niedzielnej sumie i na tym koniec.
    Daleko poważniejszym problemem dla Kościoła są ci kapłani, którzy stosując zasadę relatywizmu moralnego, przyjmują w sprawach moralnych dla siebie inną miarę.
Od tego już jest prosta droga do „rozgrzeszania” swoich słabości, czy praktyk budzących niesmak wiernych, którzy wiedzą więcej, aniżeli się im wydaje.
    Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że hierarchowie Kościoła dają ku temu nadal ciche przyzwolenienie i starają się bagatelizować problem.
    Polski Kościół odtrąbił ostatnio kolejny sondażowy sukces!
Według najnowszych badań 34 miliony naszych rodaków w rubryce: wyznanie postawiło krzyżyk przy określeniu katolik.
    Ta „beczka miodu” ma jednak gorzki smak.
-Praktyki religijne spełnia obecnie tylko dwadzieściakilka procent wiernych.
-Połowa Polaków opowiada się za liberalizacją ustaw antyaborcyjnych, i w tej grupie miażdżącą przewagę mają ci, którzy w/w ankiecie zdeklarowali się jako ludzie wierzący!
-Większość katolickich małżeństw dożywa swojego czasu na sądowej sali rozwodowej, i może dlatego wśród młodego pokolenia ten sakrament staje się coraz mniej atrakcyjny....
-Ponad 30% systematycznie biorących udział w religijnych praktykach nie wierzy w życie wieczne, nie mówiąc już o nadziei na zbawienie.
„Na skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”(MT 16)- zapewnił Chrystus u jego początku.
Czy dzisiaj Jego zapewnienie nadal obowiązuje?
Kryspin

środa, 18 lipca 2018

Dogmaty nie dają odpowiedzi na trudne pytania.



     Jeden z czytelników moich cotygodniowych felietonów, przed zadaniem pytania Księdzu w cywilu, opisał spotkanie z kapłanem swojej parafii, w trakcie którego pierwszy raz poprosił o wytłumaczenie problemu zła w człowieku, skoro zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Stwórcy, bytu doskonałego i wolnego od takiej przypadłości.
     Proboszcz po chwili namysłu odpowiedział mu pytaniem:”Adasiu, czy wolałbyś być pieskiem prowadzonym na smyczy, czy mieć wolność wyboru drogi, którą chciałbyś podążać?
    W następnych zdaniach kapłan odniósł się do wolnej woli, jako największego daru Boga względem swojego dzieła (człowieka) i na tym zakończył odpowiedź.
    Adam po tej rozmowie nie poczuł się bardziej świadomym, i nadal nie wiedział: dlaczego człowiek w swoim postępowaniu potrafi posunąć się do największych świństw, a nawet zbrodni, skoro jest doskonałym stworzeniem.
    Swój niepokój zawarł w pytaniach, którymi wprawił mnie w zakłopotanie, bo jak miałem odpowiedzieć na tezę zawartą w mailu od niego, w której stwierdził, że może Bóg wcale nie tak do końca jest bytem doskonałym, wolnym od słabości (skłonności do zła), a idąć tym tokiem rozumowania: może człowiek wcale nie jest tak doskonałym jego dziełem?
    Odpowiadając na tak postawione pytania starałem się użyć całej mojej wiedzy, którą przez lata tłoczono w moje szare komórki na wykładach z teologii fundamentalnej i dogmatyki, i odpisałem mu.
    Minęło kilka tygodni od mojej korespondencji z Adamem i nie wiem, czy zdołałem choć odrobinę rozproszyć jego niepewność, i to nie daje mi spokoju.
    Im więcej czasu minęło od naszej mailowej rozmowy, tym bardziej odnoszę wrażenie, że moje tłumaczenie niczym się nie różniło od tego, jakiego w swojej odpowiedzi użył jego duszpasterz.
    Tak sobie myślę, że tak musiało być, bo przecież obaj wywodzimy się z tego samego pnia i przed laty zgłębialiśmy tajniki prawd teologicznych podawanych z tego samego źródła.
    Mam jednak pewną przewagę nad wielebnym, bo będąc teraz księdzem w cywilu, mogę przyznać, że i ja nie potrafię pewnych spraw zrozumieć.
    Owszem, przed laty także mieliśmy (pamiętam) wątpliwości i zadawaliśmy trudne pytania naszym profesorom, ale wtedy musiało nam wystarczyć, że niektórych spraw nie można tak po ludzku zrozumieć i w takim przypadku winno nam wystarczyć to, że są to tajemnice Boga, które staną się nam zrozumiałe dopiero wtedy, gdy dostąpimy pełni wiedzy w wiecznym szczęści, czyli niebie.
    Aby tak do końca odebrać nam ochotę do wątpliwości, teologia została naszpilkowaną dogmatami, czyli prawdami wiary nie podlegającymi dyskusji i podawanymi do bezkrytycznej akceptacji.
Czy to załatwiło sprawę?
    Na poziomie seminaryjnej edukacji tak, bo kto chciałby się wtedy narazić na łatkę niedowiarka, który ( w opinii przełożonych) byłby wątpliwym materiałem na przyszłego szafarza Bożych tajemnic?
    Także na poziomie kapłanów w „czynnej służbie”, sprawa wydaje się oczywista.
To jednak nie działa na poziomie pytań stawianych przez dociekliwych wiernych, którym stwierdzenie: że to jest prawda dogmatyczna, nie wystarcza.
„Nie potrafię zrozumieć, mam wątpliwości, czuję się zawiedziony, odchodzę!”- To skutek, o którym często informują mnie czytelnicy.
     Pewnie mógłbym odciąć się od tego wszystkiego i odpisywać: Jestem Księdzem w cywilu i to już nie moje zmartwienie, a jednak nie!
     Może dlatego mam propozycję dla czcigodnych teologicznych gigantów, może by zechcieli spożytkować swoją wiedzę, by rozwiać mroki niezrozumienia tym, którzy pytając, wcale nie są wrogami wiary.
     Mój mail jest dla Waszej dyspozycji dostojni znawcy teologicznych tajemnic, starajmy się razem pomagać.
Kryspin, 

środa, 11 lipca 2018

Chocholi taniec.



    W jednym z minionych artykułów napisałem, że Jezus z Nazaretu nie umiał robić interesów.
    Ze swoimi ponadludzkimi zdolnościami (jako Boży Syn potrafił przecież czynić cuda) i z charyzmą, którą przyciągał tłumy, mógłby zapewnić sobie (i swoim najbliższym towarzyszom) raj na ziemi; a skończył jak pospolity wichrzyciel, na drzewie hańby.
    Dzisiaj dołożę jeszcze jeden „zarzut”.
Nauczyciel z Nazaretu nie miał politycznego nosa.
    Przecież mógł zaistnieć jako zręczny polityczny „żongler” i w przyjaźni z możnymi tamtego czasu budować swoją pozycję, a przy okazji stworzyć podwaliny przyszłego Kościoła.
    Wystarczyło pójść o krok dalej ponad to, gdy w rozmowie ze świątynnymi prowokatorami tłumaczył, że trzeba oddawać Cezarowi, co należy do Cezara. Świątynni spece od prawniczych pułapek postawili mu pytanie, na które każda inna odpowiedź byłaby dalece niezręczna, a nawet niebezpieczna dla niego samego.
    Mógł wtedy pójść krok dalej i załatwić sobie posłuchanie u Piłata, by w bezpośredniej rozmowie zapewnić Namiestnika, że w żaden sposób nie zamierza być jego konkurentem, a co najwyżej sprzymierzeńcem w studzeniu zapędów świątynnych wrogów okupacyjnego decydenta.
    Gdyby Jezus pozyskał przyjaźń Namiestnika Rzymu (przedstawiciela realnej władzy), z pewnością załatwiłby sobie immunitet-nietykalność przed religijnymi wrogami i mógłby spokojnie rozwijać ideę, dla której został posłany.
    Piłatowi taki układ z pewnością by odpowiadał, bo gwarantowałby mu spokój kolejnych lat rządów w niespokojnej dotąd prowincji.
    Mając za sobą tak przemożnego mecenasa, Nauczyciel z Nazaretu mógłby dokonywać kolejnych „cudów”, bez angażowania swojej boskiej mocy.
Chciałby organizować wiece poparcia dla siebie - jaki problem?
    Żołnierze rzymskiej kohorty zapewnialiby należytą oprawę (bezpieczeństwo), bo może i sam Piłat zaszczycałby takowe. Każda taka sposobność przecież byłaby dobra i warta wykorzystania, aby wśród gawiedzi pozyskiwać kolejnych lojalnych poddanych.
   Zgłębianie bożych tajemnic wymagało wiedzy, a na edukację w rabinackich szkołach zwolennicy Jezusa z Nazaretu nie mogli liczyć, więc i ten problem wymagałby rozwiązania.
To także żaden kłopot!
   Nawet Piłat, który nie lubił rozstawać się z groszem, zainwestowałby w edukację przyszłych, lojalnych poddanych, a jeżeli Jezus przemówiłby do sakiewek swoich wyznawców i dorzuciłby co nieco, to sukces murowany.
   Ostatnim, najważniejszym efektem takiej politycznej przyjaźni mogłoby być jeszcze jedno: Rzymski Namiestnik pewnie przyjąłby chrzest i stał się wyznawcą nowej , ale jakże słusznej religii.
   Podsumowująć- byłyby z tego same korzyści:
-Kościół uniknąłby pierwszych wieków prześladowań (kilkadziesiąt tysięcy wyznawców, którzy stracili życie za wiarę opartą na krzyżu)
-Historia nie odnotowałaby w pamięci Cesarza Konstantyna, którego wspominamy jako tego, który uczynił z chrześcijaństwa religię legalną, bo niemiałby żadnej zasługi w jej wyzwoleniu.
   To tylko moja wizja, namalowana ludzkim myśleniem, a takowe często prowadzi do ślepego zaułka.
   Dwa tysiące lat historii Kościoła pokazało, że najciemniejszymi czasami dla niego były te, gdy wydawał się nietykalnym poprzez polityczne przyjaźnie z możnymi tego świata.
   Może dlatego smuci mnie takie ludzkie kalkulowanie ludzi Kościoła, jak chociażby miało to miejsce w trakcie dorocznych uroczystości „wyznawców” Radia Maryja, zakończone obrazkiem jakby żywcem przejętym z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego, gdy uczestnicy bronowickiego wesela tańczą w rytm muzyki chochoła.
   A Jezus z Nazaretu nie był zręcznym politykiem, a zamiast układów z możnymi tego świata wybrał krzyż i od ponad dwóch tysięcy lat on jest drogowskazem Jego Kościoła.
Kryspin

wtorek, 3 lipca 2018

Nadzwyczajna kasta



    Był wtedy koniec maja. Do święceń kapłańskich pozostało nam kilkanaście dni.
Siedzieliśmy wtedy w przyseminaryjnym parku i zastanawialiśmy się nad naszym przyszłym kapłaństwem. Jeden z kolegów (teraz po latach zacny kanonik) p[odsumował wtedy naszą dyskusję ciekawym stwierdzeniem:
-„Nie wiemy, jak potoczą się nasze kapłańskie losy, ile będzie sukcesów, a ile zawiedzionych nadziei, ale jedno jest pewne:
-dzięki święceniom zaklepiemy sobie chociaż czyściec i to jest najważniejsze”
    Zapadło mi w pamięci to zdanie i nadal nie do końca pojmuję, czy to był tylko żart, czy jego przeświadczenie, że święcenia kapłańskie stają się przepustką do układu z Panem Bogiem.
Od miesięcy nasze media żyją tematem sędziów, jak to określiła jedna z Pań będących kimś ważnym w tym środowisku: „stanowiących szczególną kastę, której nie można porównywać z innymi profesjami”.
    Czyli idąc tym torem rozumowania: Sędziowie - to ludzie, którym więcej wolno i którym nie wypada przykładać miary przewidzianej dla maluczkich.
    Wracając jednak do istoty, która winna wyznaczać ramy działania tej grupy zawodowej, ich aktywność winna realizować się w służbie sprawiedliwości i prawdy, którą winni chronić swoimi wyrokami.
    Liczne skandale w orzeczeniach, nierówne traktowanie tych, których sprawy rozpatrywali, do tego arogancja i gotowość do ferowania werdyktów krzywdzących tych, którzy w sądach liczyli na sprawiedliwość i poczuli się oszukani; to przelało czarę goryczy i ponad 80% społeczeństwa opowiedziało się za gruntownym posprzątaniem tego „bałaganu”, co skutkowało zamianami, i chwała tym, którzy odważyli się na takowe działanie.
    Kiedy wspominam zdanie mojego kursowego kolegi, gdy mówił o gwarancji czyśćca dla ludzi naznaczonych sakramentem kapłaństwa, to jakbym kolejny raz słyszał zdanie, którym zapamiętaliśmy Panią w sędziowskiej todze:
-„Kapłani, to kasta wyjątkowych ludzi, którym z racji święceń należy się więcej!”
Czy rzeczywiście tak jest?
    Kilka dni temu przedstawiciel jednego z zakonów, analizując przyczynę laicyzacji naszego społeczeństwa, postawił tezę, że to wcale nie jest efekt „mody zachodniej cywilizacji”, którą tak często przywołują analitycy problemu odchodzenia ludzi z Kościoła.
-”Wierni odchodzą z polskiego Kościoła z winy księży, a ściślej rzecz ujmując, krytycznie odbierając, manifestowaną przez kler przepaść pomiędzy osobami duchownymi, a wiernymi.
    Zakonnik twierdzi, że:" Postawy kapłanów, którzy uważają się za kogoś ponad pozostałymi duszyczkami stada, nie tworzą wspólnotowej więzi i w efekcie prowadzą do dramatu osamotnienia i poczucia wśród wiernych, że są kimś gorszym i wszelkie starania o doskonalenie wewnętrzne, z góry skazane są na niepowodzenie, więc nie warto się trudzić i odchodzą!
    Tezy te zdają się potwierdzać przeprowadzone w tej materii badania, w których pytani podawali powody swojego odejścia od kościelnych praktyk.
    Najwięcej z nich wskazało na rozczarowanie kapłanami: ich pazernością, politykierstwem i pychą w stosunku do pozostałych wiernych.
    Gwoli ścisłości, wśród odpowiadających znaleźli się także i ci, którzy swoje odejścia wiązali z osobistym zaniedbaniem i wygodnictwem. Takich odpowiedzi była jednak znacząca mniejszość.
    Papież Franciszek wyniósł ostatnio do godności kardynalskiej naszego rodaka: księdza Konrada Krajewskiego, jałmużnika Stolicy Apostolskiej. Gdy ten odchodząc od zwyczaju wydania z tej okazji wystawnego przyjęcia, zamiast tego zaprosił na obiad 250 biedaków, Ojciec Święty także pojawił się na ich wspólnym posiłku.
-„Nie przyszedłem tu dla ciebie, ale dla nich”- powiedział, witając się z nowo mianowanym purpuratem.
     Tak sobie myślę, że kiedyś Dobry Bóg, przy ostatecznym spotkaniu z kapłanem powie:
-Przyczyną twojej nagrody nie były święcenia, a ta rzesza owieczek, które do mnie prowadziłeś swoją pokorną służbą.

Kryspin

wtorek, 26 czerwca 2018

Proboszcz na pensji.... a czemu nie?



     „Pod koniec pierwszego miesiąca mojej pracy proboszcza, ogłosiłem,m że w następną niedzielę odbędą się wybory członków nowej Rady Parafialnej.
      W trakcie moich domowych spotkań z rodzinami naszej parafialnej wspólnoty powstała lista kandydatów w liczbie 26.
      Biorąc pod uwagę, że nasza parafia nie należała do zbyt dużych, zdecydowałem (zgodnie z wytycznymi naszej kurii), że nasza Rada będzie liczyła 12 członków.
      Pomysł z parafialnymi wyborami pewnie spodobał się moim owieczkom, bo w dniu głosowania (w czasie niedzielnych nabożeństw), ilość uczestniczących we mszy świętej znacząco się zwiększyła.
     To był pierwszy krok, którym chciałem im uświadomić, że wszyscy tworzymy wspólnotę i każdy ma prawo decydować o niej, jak przystało na dobrą rodzinę.
    „Rada Parafialna ma być ciałem doradczym, pomagającym proboszczowi w administrowaniu parafią i winna dbać o sprawy związane z jej należytym funkcjonowaniem- tyle w największym skrócie podaje definicja tego organu.
I tu dochodzimy do istoty sprawy, czyli jak przełożyć to na praktykę?
     Dla nikogo nie jest tajemnicą, że najbardziej drażliwym tematem, o którym się dyskutuje, są sprawy finansowe.
    W przypadku księży, ich dostatniego życia, pieniędzy, którymi napychają sutanny, można by zapisać wiele tomów sensacyjnych czytadeł i to nie zakończyłoby sprawy.
    Aby ten temat nie krążył wśród moich owieczek, zdecydowałem się poinformować ich o moim „stanie majątkowym”.
    Miałem wtedy roczny samochód dobrej klasy (w bankowym kredycie) i kilka tysięcy oszczędności z czasu wikariuszoskiej posługi, o czym poinformowałem w czasie niedzielnych ogłoszeń.
    Później przy pulpicie zastąpił mnie Pan Mieczysław, członek naszej Rady Parafialnej i poinformował zebranych o decyzjach podjętych w trakcie pierwszego zebrania.
    Od tej chwili nasza wspólnota przekształciła się w swego rodzaju jednostkę budżetową, z proboszczem otrzymującym uzgodnioną pensję i aktywną Radą, która nie tylko jest ciałem doradczym, ale i głosem inicjującym aktywność poszczególnych grup parafialnych.
    Każdej pierwszej niedzieli miesiąca parafianie otrzymują sprawozdanie ze stanu naszego budżetu i informacje o etapie realizacji zaplanowanych działań, i tak jest już od kilku lat.”
    -Może na koniec kilka konkretów – wtrąciłem prowokując księdza Marka do „pochwalenia się” zmianami, które zaszły w jego parafii.
   -"Gdy rozpoczynałem moją posługę, na niedzielnych mszach było kilkanaście procent wiernych, teraz ponad 80% duszyczek spełnia swój niedzielny obowiązek.
    Problemem u nas była i jest bieda, ale największym wyzwaniem były dwie sprawy: samotność ludzi starszych, których dzieci wyjechały(niekiedy bardzo daleko) i alkohol, w którym topili smutek beznadziei ci, którzy nie potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
    I teraz przyszedł czas, abym powrócił do roli tego stołu, przy którym piliśmy kawę.
    Dwa razy w miesiącu organizujemy przy nim niedzielny obiad, na który zapraszamy samotnych z naszej parafii, ale powiem jeszcze, że nie jest to jedyny taki stół w naszej parafii, bo z tego co wiem, na takie niedzielne obiady zapraszają swoich samotnych sąsiadów i inni parafianie.
   W każdy czwartek zapraszam do siebie na kolację naszych współbraci, którzy mają problem z chorobą alkoholową.
   Jest tylko jeden warunek: że w minionym tygodniu nie umoczyli dzioba. Pozostali muszą się zadowolić spotkaniem AA, które w salce obok organizuje Pan Henryk- od czterech lat niepijący alkoholik.
   Można by jeszcze długo tak wymieniać zmiany, które zaszły od tamtego czasu, gdy pierwszy raz pojawiłem się w mojej pierwszej parafii, ale mogę na koniec powiedzieć jedno:
   Tego wszystkiego nie zdołałbym osiągnąć bez pomocy innych, którzy poczuli w sobie odpowiedzialność za nasz wspólny dom, którym przecież jest Kościół.”
   Rozmowę z Proboszczem małej parafii spisał Kryspin.

wtorek, 19 czerwca 2018

Jak zmienić ugór w piękny ogród?



    Na kawę i apetycznie pachnące ciasto przeszliśmy do jadalni, w której większość miejsca zajmował obszerny stół, przy którym mogło biesiadować nawet kilkanaście osób. Całość tego pokoju dopełniał mały kredens i masa kwiatów, poustawianych w zielone piramidy. Przy ścianie, obok drzwi balkonowych prowadzących na obszerny taras od strony ogrodu, z było ustawione wielkie akwarium, w którym baraszkowały kolorowe rybki.
-Piękny salon i ten ogromny stół-wyraziłem swój podziw rozglądając się po tym salonie.
-”I nie jest wykorzystywany tylko sporadycznie, z okazji odpustu, czy imienin proboszcza”-wtrącił z uśmiechem i dodał:
-”Później opowiem o jego przeznaczeniu, ale najpierw podzielę się wspomnieniem moim początu w tej parafii.
-”Ksiądz dziekan, jak obiecał, pojawił się na pierwszej niedzielnej mszy(o 9.00), by przedstawić mnie moim naiwym duszyczkom. Ludzi w kościele nie było jednak zbyt wielu, bo swobodnie mieścili się w ławkach, a i ter nie do końca były zajęte.
    Mój przełożony poinformował zebranych o decyzji biskupa i na tym skończyła się uroczystość powitalna. Po skończonej mszy, ksiądz kanonik przeprosił mnie, że nie skorzysta ze śniadania, które zaproponowałem (tłumaczył się brakiem czasu) i odjechał.
   W niedzielnym grafiku naszego kościoła była jeszcze jedna msza o godzinie 11.00, więc nie miałem wiele czasu na rozmowy z nielicznymi parafianami, którzy stojąc obok świątyni, bacznie mnie obserwowali.
   Druga Eucharystia niewiele różniła się od wcześniejszej mszy, jeśli chodzi o ilość duszyczek spełniających swój niedzielny obowiązek. Ludzi było chyba jeszcze mniej, bo miejsc pustych zdecydowanie przybyło.
Przyznam, że byłem smutny tak niską frekwencją, która pobieżnie licząc nie dobiła do 20%.
Byłem załamany i czułem się bezradny.
    W poniedziałek postanowiłem odwiedzić wójta, którego urząd mieścił się nieopodal kościelnego muru.
    Wypadało przedstawić się sąsiadowi i zaliczyć kurtuazyjną wizytę, pomyślałem i tak zrobiłem, nie licząc na to, że te odwiedziny poprawią mój przygnębiający nastrój, i pomyliłem się.
"-Witam sąsiada w niedoli początku"-powitał mnie w progu swojego biura.
    Później odpowiadając na moje zaskoczenie, opowiedział mi o swoich pierwszych miesiącach pracy w tym urzędzie, gdy jego poprzednik odszedł w trakcie trwania kadencji. Oficjalnie ze względu na stan zdrowia, a publiczną tajemnicą było to, że ciągnął się za nim ogon nadużyć z perspektywą prokuratorskich zarzutów włącznie.
-”Przez rok, do kolejnych wyborów byłem pełniącym obowiązki wójta, a później już oficjalnie wygrałem, i już drugą kadencję uprawiam tę rolę.
-Na początku był to zwyczajny ugór, ale teraz, po tych liku latach stał się ona żyzną glebą, choć ziemie u nas słabe, ale ludzie są dobrzy.....Trzeba tylko pobudzić w nich podmiotowość, świadomość odpowiedzialności i tego, że ich: wieś, gmina - to ich wspólne dobro.
-Sam bym tego nie dokonał, dlatego po roku czekania, przy okazji wyborów, zachęciłem mieszkańców, by dobrali mi odpowiednich ludzi, którzy nie tylko będą przyklepywać moje decyzje, ale i sami będą proponować to, czego naszej gminie najbardziej potrzeba.
No i udało się, mam 12 radnych, którzy tworzą taki zespół.
-Ksiądz Proboszcz ma łatwiej, bo już od razu może to zrobić wybierając odpowiednich ludzi do Rady Parafialnej"- powiedział na koniec naszego spotkania.
To pierwszy krok, który powinienem uczynić, aby ten parafialny ugór zmienić w piękny ogród-pomyślałem wychodząc wtedy z budynku gminy.
     W najbliższych , niedzielnych ogłoszeniach poinformowałem, że zamierzam powołać nową Radę Parafialną i z tego powodu, w celu konsultacji ze wszystkimi członkami naszej wspólnoty, zamierzam niebawem odwiedzić każdy dom w naszej parafii.
   Przez kolejne pięć tygodni poznałem prawie wszystkie moje owieczki (372 rodziny), zachęcając przy tej okazji, by zgłaszali swoich kandydatów na członków naszej, parafialnej Rady.”
Całość wysłuchał Kryspin
(Za tydzień: codzienność parafii Księdza Marka)

wtorek, 12 czerwca 2018

Nie chciałem być postrzygaczem baranów.



   „Pochodzę z dużego miasta. Ojciec odkąd sięgam pamięcią, prowadził dochodowy interes, a mama realizowała się w pracy lekarza i oprócz etatu w szpitalu, popołudniami przyjmowała pacjentów w prywatnej przychodni mieszczącej się na tyłach naszego domu.
    Mogę powiedzieć, że miałem szczęśliwe dzieciństwo i nigdy nie brakowało mi chlebka z masełkiem i na dodatek szyneczki na nim.
    Po skończeniu liceum zdecydowałem się na seminarium duchowne, co nie wszystkim przypadło do gustu i niekiedy dawali mi to odczuć, otwarcie dziwiąc się mojej decyzji.
    Po święceniach moi przełożeni skierowali mnie do pierwszej parafii, gdzie miałem realizować swoją posługę wikariusza.
    Była to duża wielkomiejska parafia z trzema wikariuszami i nobliwym(choć jeszcze wcale nie tak posuniętym w latach) kanonikiem.
    Moja pierwsza kapłańska placówka niczym specjalnym jednak mnie nie zaskoczyła, bo moja rodzima parafia także była takim miejskim kolosem, gdzie duszpasterstwo przypominało bardziej fabrykę, aniżeli wspólnotę owieczek kroczących ku wiecznej nadziei.
   Tego samego odczucia doświadczałem w moich kolejnych placówkach, które hierarchowie stawiali na mojej drodze.
   Zawsze były to miejskie parafie, w których pracowało się według ustalonego grafiku: ileś niedzielnych mszy, dyżury w biurze parafialnym, pogrzeby, chrzciny i śluby według wyznaczonych tygodni, a do tego lekcje religii według szkolnego planu oraz comiesięczny objazd chorych, no i kolęda ciągnąca się tygodniami(po kilkadziesiąt adresów dziennie).”
   Mój gospodarz przerwał na chwilę, jakby chciał uspokoić emocje, które rysowały się grymasem w jego spojrzeniu.
- „Nie pamiętam tytułu filmu, w którym głównym bohaterem jest postrzygacz owiec, który przemierzał australijskie bezdroża, by zatrudniać się na farmach owiec. Tam właściciele tych ogromnych farm dawali mu lokum do spania, całodzienne wyżywienie i zatrudniali do tego, by strzygł barany...
    Gdy odpowiadając no wewnętrzny głos wzywający mnie:”Pójdź za mną”, zdecydowałem się na kapłańską drogę, nie myślałem o perspektywie pracy w roli postrzygacza owiec, a tak wielokroć się czułem w czasie mojej kapłóańskiej posługi.
    Moi koledzy niekiedy uważali, że przesadzam, gdy otwarcie wyrażałem swoje wątpliwości, co do „taśmowego”duszpasterstwa, bo tak nazywaliśmy pracę w miejskich parafiach.
-”Zmienisz zdanie, gdy pójdziesz na swoje”-Odprawił moje wątpliwości starszy kolega, gdy otrzymał swój pierwszy proboszczowski dekret.
Aby do końca uświadomić mi, że nie mam racji, dodał na koniec:
-”A mnie wcale by nie przeszkadzało, gdybym dostał taki miejski kąsek i dlatego pomęczę się przez jakiś czas na tym wiejskim zadupiu (otrzymał dekret do parafii, w której było niespełna tysiąc wiernych) licząc na to, że nasze władze awansują mnie już niebawem.”
    Ksiądz Marek kolejny raz zatrzymał się w swoim opowiadaniu, by po chwili z pogodnym spojrzeniem stwierdzić:
-”Dwa lata później i mnie biskup wezwał do kurii, by wręczyć mi mją pierwszą proboszczowską nominację....
    Przypomniałem sobie wtedy pouczenie mojego starszego kolegi i poczułem dumę z tego, że nie miał racji.
-Nie zmieniłem swojego zdania, co do istoty kapłańskiej posługi i może dlatego nie czułem się zawiedziony parafią, przed którą wzbraniali się inni kandydaci.
-Od ponad siedmiu lat jestem wśród ludzi, którzy każdego dnia potwierdzają mi sens mojego powołania i czuję się wśród nich szczęśliwym.
     Bliżej o tym, jak wspólnie realizujemy nasze powołanie do nadziei w Bogu, opowiem po przerwie na kawę. Pani Maria nie darowałaby nam, gdybyśmy przy tej okazji nie skosztowali jej niebiańskiego wypieku.”
Za tydzień zapraszam do ostatniej części rozmowy z księdzem Markiem.
Kryspin

wtorek, 5 czerwca 2018

A jednak jest taka parafia



     Kiedy pisałem „Zatroskaną Koloratkę - Pasterzy i najemników”, w zamyśle miałem intencję retrospektywnego spojrzenia na bliskie mi sprawy związane z Kościołem i moją drogą powołania do kapłańskiej służby.
     Efektem wspomnień z lat seminaryjnej drogi i wiedzy, którą nabyłem w tamtym okresie, były dwie pierwsze części książki, i na tym zamierzałem zakończyć.
     Pozostało mi tylko ( tak wtedy myślałem) dokonać korekt redakcyjnych i oddać całość do druku.
Zaraz potem uświadomiłem sobie jednak, że moje literackie dziecko wcale nie jest skończone i czegoś w nim brakuje?
„Jeżeli chcesz mnie poinformować o problemie, nie wchodź! Jeśli chciałbyś porozmawiać o jego rozwiązaniu- Zapraszam!”
     Przypomniałem sobie wtedy tę sentencję wypisaną na drzwiach jednego z szefów korporacyjnego biura!
     Trzecia część „Zatroskanej koloratki”, to była moja wizja rozwiązania problemów, o których pisałem na początku książki.
     I tak powstał wywiad z parafii, która póki co, była tylko moim marzeniem, i chyba także marzeniem wielu czytelników, którzy w mailach prosili mnie o adres tejże parafii, bo :
”Chcieliby do takiej wspólnoty należeć...”
     I tak byłem zmuszony studzić ich pragnienia, mówiąc że to była tylko literacka fikcja i niestety takiej parafii nie ma....... ale może kiedyś-dodawałem bez wiary....?
     I myliłem się, o czym przekonałem się niedawno, gdy poznałem księdza z małej parafii we wschodniej Polsce.
     Do naszego spotkania doszło z jego inicjatywy, gdy (łamiąc cichy zakaz kościelnych cenzorów) przeczytał moją książkę.
    W krótkich słowach zaprosił mnie do siebie, bym osobiście się przekonał, że wcale nie byłem daleki od prawdy w moim wywiadzie z parafii marzeń.
    Jego krótki list sprawił, że odbyłem siedmiogodzinną podróż i spotkałem się na miejscu z księdzem Markiem, który od kilku lat prowadzi duszpasterską pracę, będąc proboszczem w miejscowości, która choć mała, jest także siedzibą gminy.
    Naszą rozmowę, zaczęliśmy na słonecznym tarasie umieszczonym na tyłach skromnego, ale bardzo schludnego proboszczowskiego domu, gdzie gospodarz poczęstował mnie kawą i pysznym wypiekiem plebanijnej gospodyni.
-„Kiedy otrzymałem dekret biskupa, w którym mój przełożony skierował mnie do pracy na rubieżach naszej diecezji, nie do końca byłem ucieszony tym „awansem”.
Parafia mała (nieco ponad 1000 dusz), ludzie biedni, w większości żyjący w popegeerowskich czworakach i zaledwie kilkanaście prywatnych gospodarstw, choć i tam nie było obszarników, bo licha ziemia nie dawała krociowych zysków.
Mój poprzednik na plebanijnym gospodarstwie nie czekał nawet na mój przyjazd, bo dwa dni przed terminem zdał klucze od kościoła kurialnemu wizytatorowi i razem z nim (zabierając ze sobą tylko małą podręczną walizkę) odjechał do szpitala, gdzie nasze władze załatwiły mu pobyt, dla poratowania nadwątlonego zdrowia (wersja oficjalna)...
A tak naprawdę skierowały go na leczenie odwykowe, bo biedak już od dawna topił w alkoholu swoją beznadzieję i nie był wstanie dłużej być przewodnikiem parafialnego stadka.
Do nowego gospodarstwa wprowadził mnie ksiądz dziekan, z którym udałem się do parafii w piątkowe przedpołudnie.
-”To są klucze od plebanii, a te do kościoła”-oznajmił przed odrapanymi drzwiami, za którymi miał być mój dom.
Nie wszedł ze mną do środka. Zamiast tego, poinformował krótko, że zjawi się na pierwszej, niedzielnej mszy, by przedstawić mnie parafianom, i się oddalił.
Rozpakowałem swoje podręczne bagaże w przedsionku i zaraz potem otworzyłem okna, by pozbyć się przykrego zaduchu, który wypełniał pozostałe pomieszczenia.....”
Na tym ksiądz Marek przerwał swoje wspomnienia i zaraz potem z uśmiechem dodał:
-”Dalszy ciąg po obiedzie...... bo zdaje się, że z jadalni dochodzi zapach pyszności, które przygotowała Pani Maria”
Na dalszy ciąg rozmowy z księdzem Markiem zapraszam za tydzień.
Kryspin,