piątek, 22 lipca 2016

Laikat, to nie laik!

    W jednym z programów telewizyjnych, poprzedzających Światowe Dni Młodzieży, redakcja zaprosiła do rozmowy znanego ojca Dominikanina i dziewczynę, która reprezentowała środowisko młodych katolików.
Odpowiadając na pytanie gospodyni spotkania, czego młodzi oczekują od Kościoła, zaproszona powiedziała: „Młodzi, wierzący są przygotowani pod względem duchowym i merytorycznym, aby uczestniczyć w odpowiedzialnym zmienianiu Kościoła. Aby jednak było to możliwe, potrzebujemy traktowania nas w sposób podmiotowy!”
     Jan Paweł II od pierwszego spotkania z młodymi ludźmi, z okazji inauguracyjnego ŚDM w 1985 roku w Rzymie powiedział: „Wy jesteście nadzieją Kościoła!”. Ojciec Święty powtórzył wtedy za św. Piotrem, uczniem Chrystusa i pierwszym Papieżem:”Abyście umieli zdać sprawę z nadziei, która jest w was[1P3,15]”
Kościół, to hierarchia i laikat-tak definiuje się ogół tworzących tę wspólnotę!
I znowu odwołam się do maila od czytelnika rubryki-Ksiądz w cywilu:”..Stanowisko Kościoła jest..., a wygłasza to nabzdyczony hierarcha i, na pewno nie ma na myśli laikatu”[przytoczone dosłownie]
„Młodzi, świadomi katolicy, oczekują podmiotowego traktowania!”
     Bezpowrotnie skończył się czas ciemnego ludu, który w zasłuchaniu przyjmował prawdy „oświecone” mądrością wygłaszaną im z ambony i to wbrew pozorom jest szansą Kościoła!
W połowie lat siedemdziesiątych byłem pierwszy raz na rekolekcjach oazowych w Krościenku.
Tam miałem okazję na spotkanie z rzeszą młodych ludzi, którzy poświęcając swój wakacyjny czas, decydowali się na pogłębianie swojej wiedzy, by stawać się bardziej świadomymi w wierze!
     Ruch odnowy Kościoła, zapoczątkowany przez charyzmatycznego ks. Blachnickiego, był szansą nie tylko dla młodych, ale także dla rodzin i duchownych, otwartych na podmiotowość świadomego laikatu.
     Z perspektywy lat odnoszę jednak wrażenie, że wiele z tych dobrych inicjatyw rozmyło się w niezrozumieniu i po części i strachu przed nowym.
Może dlatego uczestników wakacyjnych[oazowych] rekolekcji w rodzimych parafiach miejscowi duchowni odbierali jako dopust Boży i grupę, która trąciła sekciarstwem!
Wiele szczęścia mieli ci młodzi, gdy ksiądz z ich kościoła otarł się o ruch oazowy, wtedy kontynuował pracę zapoczątkowaną w czasie wyjazdowych rekolekcji.
To jednak dla większości nie trwało długo, bo z woli przełożonych opiekun zmieniał miejsce swojej posługi, a następca często robił wszystko, aby wygasić zapał parafialnych aktywistów!
W trakcie mojej seminaryjnej formacji, jeden z naszych przełożonych, specjalista od Ecclesiologii [nauki o Kościele] tłumaczył nam, że: „ Kościół nigdy nie będzie klubem dyskusyjnym, a istotą jego trwałości jest precedencja [uznanie pierwszeństwa] i posłuszeństwo!”
     Z pewnością Kościół nie będzie klubem dyskusyjnym, ale z drugiej strony nie może też pozbawić głosu laikatu, który jest jego integralną częścią i chce uczestniczyć w jego odnowie!
Laikat nie jest synonimem laika, o czym zapominają niektórzy hierarchowie!
Laikiem nazywa się ignoranta w jakiejś dziedzinie, a określenie : laikat używa się w stosunku do ogółu świeckich członków Kościoła, głównie tych, którzy są aktywnie zaangażowanych w szerzenie wiary![definicja z encyklopedii PWN]
     Dzisiejszego Kościoła zwyczajnie nie stać na to, aby nie wsłuchiwać się w ten głos i o tym winni pamiętać wszyscy ci, którzy są na szczytach, jak to kiedyś określił mój profesor: precedencji!
Kryspin


środa, 13 lipca 2016

Światowe Dni Młodzieży- wielkie rekolekcje, czy tylko spotkanie z Idolem?

    Po miesiącach przygotowań wielkie wydarzenie wkrótce stanie się faktem: Światowe Dni Młodzieży z Papieżem Franciszkiem odbędą  się w Polsce!
    Od 25.07 do 31.07 Kraków będzie rozbrzmiewał wielojęzycznym gwarem. Po uliczkach Starego Rynku i po tych dalszych także, przetaczać się będą kolorowe tłumy młodych, uśmiechniętych ludzi, którzy zdecydowali się uczestniczyć w tym święcie wiary!
Pewnie po kilku dniach, może tygodniach; gdy tegoroczne Światowe Dni Młodzieży przejdą do historii, organizatorzy tej niewątpliwie ważnej imprezy, odtrąbią sukces, rzucając w świat informację o frekwencji liczonej w setkach tysięcy, a może nawet jeszcze większej?
     Może już trochę ciszej będzie się mówiło o frekwencji na imprezach towarzyszących: spotkaniach modlitewnych organizowanych w pobliskich parafiach diecezji krakowskiej, o spektaklach mniej lub bardziej profesjonalnych grup religijnych, czy zainteresowaniu targami powołaniowymi, gdzie swoje kramy porozstawiali przedstawiciele wspólnot zakonnych.
*
    Najbliższe tygodnie zapowiadają trzy wielkie imprezy, w tym dwie z nich odbędą się w naszej ojczyźnie. Oprócz wspomnianych powyżej Światowych Dni Młodzieży, prawie w tym samym czasie Jerzy Owsiak zaprosił na pola nieopodal Kostrzyna nad Odrą miłośników głośnej muzyki, .organizując kolejny Przystanek Woodstock i na koniec wydarzenie, którym. co cztery lata ekscytują się miłośnicy sportu na całym świecie, czyli Igrzyska Olimpijskie. Odbędą się one co prawda w dalekim Rio de Janeiro, ale i my będziemy śledzili ten spektakl!
Ktoś zapyta: co one mają ze sobą wspólnego?
    Elementem łączącym te wydarzenia są miesiące, a niekiedy i lata przygotowań organizatorów, aby przebiegły one bez przykrych wpadek, czy jakichkolwiek zagrożeń!
    Od kilku lat śledziliśmy poczynania brazylijskiego gospodarza, który musi uporać się z budową infrastruktury[stadiony, trasy do zmagań zawodników, hale do rozgrywania konkurencji sportowych i na koniec zapewnienie godziwych warunków zakwaterowania zawodników, kadry pomocniczej i milionów kibiców, którzy na czas olimpijskich zmagań przybędą do ich kraju]
Owsiak po zakończonej, corocznej zimowej zbiórce do puszek, rozpoczyna ze sztabem współpracowników przygotowania do letniego Woodstocku i znowu moglibyśmy wyliczać ogrom pracy, którą wkładają, aby młodzi ludzie nie tylko dotarli na koncerty, .beztrosko się bawili, .ale i bezpiecznie powrócili do swych domów..!
    Podobnie sprawa się ma ze ŚDM, o czym od miesięcy informują nasze media i tak musi być!
Jest jeszcze jeden element łączący te imprezy. Na każdą z nich zapraszani są młodzi ludzie, którzy zasłużyli sobie, aby w nich uczestniczyć: Owsiak organizuje Woodstock, jako podziękowanie dla setek tysięcy wolontariuszy, którzy corocznie obsługują WOŚP, na Olimpiadę jadą sportowcy, którzy ciężką pracą na treningach zdobyli tzw. minima olimpijskie, a na ŚDM ?
No i teraz odezwą się głosy, że ŚDM są czymś innym i to jest prawda, a przynajmniej winny być czymś wyjątkowym!
Krakowskie spotkanie z Papieżem. Franciszkiem to wielkie rekolekcje dla młodego świata !
     I tu rodzi się moja obawa,. że wśród setek tysięcy młodych ludzi większość stanowią ci, którzy te dni potraktują, jak kolejną imprezę, w czasie której można zwyczajnie przyjemnie spędzić czas!
W trakcie przygotowań do ŚDM organizatorzy apelowali do mieszkańców podkrakowskich miejscowości, by przygotowali kwatery, w których mogliby przyjąć [w trakcie tych dni ] młodych z całego świata. Myślę jednak, że to nie był najlepszy pomysł?
W Polsce jest ponad 1000 domów zakonnych z pokojami gościnnymi i z obszernymi ogrodami, w których mogłyby na kilka dni wyrosnąć namiotowe miasteczka młodych pielgrzymów. Kolejnymi odpowiednimi miejscami, w których zakwaterowanie znalazłoby kolejne kilka tysięcy przybyłych, to kilkadziesiąt obszernych budynków seminariów duchownych[pustych w czasie wakacji].
Do tego wszystkiego są jeszcze domy rekolekcyjne przy sanktuariach, które w tym czasie mogłyby posłużyć jako miejsca pobytu młodych z ŚDM!
Takie „rozlokowanie” pielgrzymów, to nie tylko załatwienie sprawy noclegów, ale także możliwość duchowego przygotowania przybyłych !
Takie rekolekcje przed rekolekcjami na podkrakowskich Błoniach pozwoliłyby młodym ludziom pooddychać magią miejsc, w których na co dzień przebywają ludzie starający się być blisko Boga.
Kryspin

sobota, 9 lipca 2016

Czy Biblia jest niebezpieczna dla wiary?

Czy Biblia, która stanowi kodeks wiary dla chrześcijan, może tejże wierze szkodzić?
Pytanie z gatunku absurdalnych, ale jednak zasadne, o czym może świadczyć choćby fragment listu czytelnika, który pozwolę sobie zacytować: „Ja też jestem człowiekiem wierzącym. Jednak nie jestem w żadnym kościele.
 Byłem katolikiem ale w miarę pogłębiania swojej wiedzy na temat historii kościoła i jego funkcjonowania w obecnym czasie zdecydowanie odciąłem się od niego. Uważam że kościół katolicki ma bardzo mało (zbyt mało) wspólnego z nauką Chrystusa i z prawem Boskim zawartym w Biblii. Czy się mylę ?
Na początek weźmy na przykład problem który omówił Pan w artykule Gipsowa Madonna.
Dlaczego nie przedstawił Pan drugiego przykazania Dekalogu w jego pełnym brzmieniu ?
A brzmi ono :
"Nie będziesz miał bogów innych oprócz Mnie. Nie uczynisz sobie posągu ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko albo na ziemi nisko, lub w wodzie poniżej ziemi.
Nie będziesz oddawał im pokłonu ani służył. Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu a tych, którzy Mnie nienawidzą, a który okazuje łaskę w tysiącznym pokoleniu tym, którzy Mnie miłują i strzegą moich przykazań".(według Biblii Tysiąclecia)
Czy nie jasno Bóg określił swoje stanowisko ? Czym więc jest to co się dzieje jak nie ewidentnym łamaniem Boskiego prawa. ?”
Gdy w aptece kupujemy medykament, na opakowaniu znajdujemy pouczenie, aby zasadę jego stosowania konsultować z lekarzem, lub farmaceutą i robimy to, aby coś, co wyprodukowano dla poprawy naszego zdrowia, nie stało się dla nas zagrożeniem!
Podobnie jest z Pismem Świętym: Jeśli nie rozumiesz danego przesłania, skonsultuj się z tym, który poprowadzi cię przez zawiłości tekstu!
Najbardziej szkodzą sobie domorośli egzegeci, którzy nie mając podstawowej wiedzy z zakresy teologii i historii, podejmują się wyciągania wniosków z przeczytanego fragmentu tej natchnionej [inspirowanej Bożymi zaleceniami] księgi.
Cytowany powyżej fragment skierowany był do Narodu Wybranego, który wtedy stanowiła garstka prymitywnych potomków Abrahama, która tworzyła zręby państwowości w otoczeniu starożytnych potęg:Asyrii, Babilonu i Egiptu. Te państwa oprócz swojej historii, miały rozbudowany politeistyczny system bóstw, które oplatały życie codzienne mieszkańców.
I w tym tyglu wielobóstwa plemię Izraelitów z Bożego pouczenia, wchodzi z wiarą monoteistyczną w jednego Boga!
W takim kontekście Biblijne pouczenie nie mogło nie zawierać tak rygorystycznego nakazu i zakazu zarazem!
A czy dzisiaj to Boże pouczenie ma znaczenie?
Oczywiście, że ma, choć świat wraz z postępem stworzył inny panteon bóstw[mamona nałogi itd]!
Ale o tym wiernych winni informować kapłani, choćby w czasie niedzielnych homilii.
Tak na koniec: Przestroga dla wszystkich domorosłych „egzegetów”, którzy bezrefleksyjnie odczytują Boże słowa z Biblii uważając, że natchnienie całości .tekstu czyni świętymi każde słowo i słowa łączone w dowolny sposób są głosem Boga i nie podlegają interpretacji:
Ewangelista dramat Judasza zakończył stwierdzeniem:”Judasz poszedł na pole Garncarza i się powiesił!” W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie Chrystus chwaląc wrażliwość serca poganina, stwierdza:”A ty czyń podobnie!”
A teraz połączmy te dwa teksty: „Judasz poszedł na pole Garncarza i się powiesił, a ty czyń podobnie!”
I mamy naukę Biblii, w której Bóg namawia do czynów samobójczych- absurd, prawda?
Gdy człowiek wyłącza milczenie, nawet cudowne lekarstwo może zaszkodzić, Biblia także!

poniedziałek, 4 lipca 2016

Teorie spiskowe!

Prze kilkoma laty dotarły do nas książki Dana Browna wywołując poruszenie wśród czytelników spragnionych teorii spiskowych.
Gdy pojawił się u nas opasły tom „Kodu Leonarda da Vinci”, książkę przekazywano sobie z rąk do rąk niczym bibuły[nielegalne książki, pisane przez opozycjonistów poza granicami PRL i kopiowane na powielaczach ] z czasu wojennego.
No i wybuchła fala dyskusji na temat „rewelacji”, które mogłyby podważyć całą doktrynę Watykanu!
Amerykański twórca mógł tylko zacierać ręce i sprawdzać pęczniejące konto .
Jego sensacyjna powieść z szybkością światła przekraczała kolejne rekordy nakładu i stała się światowym bestselerem.
Autor, to trzeba przyznać, w mistrzowski sposób manipulował czytelnikami, przeplatając fakty historyczne z fikcją ubraną w pozory prawdy.
Gdyby książki Browna pojawiły się kilkaset lat wcześniej, pewnie ich autor skończyłby na stosie podpalonym przez inkwizytora.
Jeszcze do niedawna wylądowałaby na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych i szkodliwych!
I w tym wypadku musiałbym się choć po części zgodzić z cenzorami w sutannach!
Tego rodzaju literatura jest niebezpieczna i może szkodzić, zwłaszcza czytelnikowi o małej wiedzy z zakresu spraw związanych z historią Kościoła.
Gdy „Kod Leonarda da Vinci”, a po nim „Anioły i demony”.narobiły w umysłach czytelników bałaganu,. niczym po przejściu trąby powietrznej, wielokrotnie słyszałem krótkie, ale i pełne przekonania stwierdzenia:
-”a jednak coś w tym musi być!”
-”no to nareszcie ktoś powiedział prawdę!”
  1. No i co z takim „pasztetem” zrobić i jak winni zareagować przedstawiciele Kościoła?
Oficjalna postawa Hierarchów chyba zaskoczyła wszystkich? Nie wdali się w teologiczną dysputę i nie starali się w oficjalnych pismach walczyć z wybujałymi teoriami Dona Browna i dobrze!
Jednocześnie jednak zabrakło głosu oddolnego, choćby w czasie niedzielnych homilii; rozsądnego wytłumaczenia absurdalności rewelacji głoszonych przez zwolenników teorii spiskowych.
Weźmy dla przykładu tylko dwie, bardzo popularne, także obecnie „rewelacje”:
1- „Jezus miał żonę i była nią Maria Magdalena![ do tego urodziła mu potomstwo, którego potomkowie żyją po dziś dzień!”
2-”Maria Magdalena była autorką Ewangelii, której Kościół jako niewygodną dla swojej doktryny, po prostu nie uznał!”
Nie zamierzam teraz przekonywać żadnego z miłośników teorii spiskowych i poszukiwaczy sensacji, ale chciałbym,. aby nad tymi „rewelacjami” zastanowili się ci, którzy są członkami Kościoła i mienią się ludźmi wierzącymi!
-Czy Jezus mógł mieć żonę?
Jako normalny, dorosły mężczyzna pewnie tak?.
Ale jej nie miał! W najstarszych przekazach świadków jego historii[w Ewangeliach i innych pismach historyków z tamtego czasu] nie ma wzmianki o Jego małżeństwie,. a z pewnością musiałaby się pojawić!
„Podobny do nas we wszystkim oprócz grzechu!”- to jeden z kanonów naszej wiary, prawda?
Czyż nie byłoby szczytem. egoizmu [jeden z głównych grzechów!] zakładać rodzinę,. gdy w perspektywie czekał krzyż?
-Sprawa Marii Magdaleny?
Z pewnością Go kochała i była Nim zafascynowana, ale trudno się dziwić, bo to On przywrócił jej godność nie potępiając jej!
- Czy Maria Magdalena napisała Ewangelię?
Z pewnością nie! Zwyczajnie nie umiała pisać!
Pewnie wielokrotnie o Nim. mówiła wszystkim tym, którzy nie dostąpili szczęścia być blisko Nauczyciela z Nazaretu i nic poza tym!
Gdy na przełomie I i II wieku pierwsi Ojcowie Kościoła tworzyli Kanon ksiąg Nowego Testamentu, podstawowym kryterium, jakie przyjmowali było to, czy spisane relacje pochodzą od Apostołów, bądź ich bezpośrednich uczniów, którzy od nich czerpali wiedzę.
Uściślając: Ewangelie były spisaną relacją świadków będących stale przy Mistrzu.
Maria Magdalena nie była w „gronie” uczniów Chrystusa!
I tak na koniec!
Naszą wiarę budujmy na Ewangelii! Dzieła artystów, nawet tak genialnych jak Leonardo, czy lekkiego pióra jak Brown, to tylko ich fantazje na temat Prawdy!
Kryspin

czwartek, 23 czerwca 2016

Wierzę w Anioła Stróża i jego pomocników!!!!

Pamiętacie swój czas dzieciństwa, gdy nad głową waszego łóżeczka mama zawieszała obrazek z Aniołem Stróżem?
     Pamiętam tako obrazek w moim pokoju, na którym ludowy artysta namalował dwoje dzieci stojących nad urwiskiem, a za nimi, bliziutko stał anioł z wielkimi skrzydłami. Ten Boży posłaniec pilnował ich wyprawy przez niebezpieczną okolicę, gdy jeden fałszywy krok, albo podmuch nieprzyjaznego wiatru, groziły im tragedią!
Często patrzyłem przed zaśnięciem na te dzieci i wtedy pytałem, czy każdy człowiek ma takiego Bożego pomocnika?
Moja mama siadała wtedy przy mnie i trzymając mnie za rękę, z uśmiechniętymi oczami mówiła:
-Dobry Bóg każdemu człowiekowi, w chwili narodzin przydziela takiego opiekuna i on zawsze przy nas jest i będzie zawsze przy tobie.
Później jej twarz spoważniała, ale była nadal pogodna dobrocią jej matczynej miłości:
-Kiedyś, gdy będziesz już duży, dorosły, a mnie zabraknie przy tobie, to pamiętaj, że będę pomocnikiem twojego Anioła Stróża i razem z nim będę się tobą opiekowała .
    Minęło wiele lat od tamtej, naszej wieczornej rozmowy i w chwilach, gdy jest mi źle, uświadamiam sobie, że nawet w trudnych sytuacjach: gdy zdrowie już nie do końca nam sprzyja, gdy na naszej drodze pojawiają się źli ludzie, którzy karmią się cudzym nieszczęściem i są gotowi posunąć się do każdej nikczemności, aby nam zaszkodzić; wtedy przypomnijmy  sobie, że i nad nami zawsze czuwa Anioł Stróż z kochającymi nas pomocnikami.
Kryspin

 

czwartek, 16 czerwca 2016

Kobieta kapłanem? A dlaczego nie?

Dlaczego kobieta nie może zostać księdzem?
     Wielokrotnie słyszałem to pytanie, które w kontekście żeńskiej duchowości[widzimy to gołym okiem w czasie kościelnych nabożeństw!] wydaje się uprawnione.
Gdybyśmy prześledzili najstarsze doniesienia o początku Chrystusowego Kościoła, to widzimy, że od pierwszej chwili, czyli Wielkiego Czwartku, gdy Nauczyciel z Nazaretu ustanowił sakrament Eucharystii, w Wieczerniku zasiedli z Nim tylko mężczyźni-Apostołowie!
     Ale czy jest to do końca prawdą? Kto szykował wieczerzę? To było zajęcie kobiet tamtego czasu!
O wyłącznie męskim składzie biesiadników Wieczernika wiemy z relacji zapisanych w Ewangeliach. Autorzy tych ksiąg spisali historię Jezusa po kilkudziesięciu latach na podstawie relacji świadków tych zdarzeń [Łukasz od św. Pawła, a Marek od św. Piotra ]
Tylko Mateusz i Jan spisali swoje wspomnienia!
     No i tu trochę mijamy się z prawdą, bo tak do końca nie wiemy, kto gęsie pióro maczał w inkauście, gdyż w tamtym czasie piśmiennych było niewielu.
Przyjmijmy, że jakiemuś skrybie świadkowie Jezusowych dziejów podyktowali swoje wspomnienia i z tego powstały zapisy przez raczkujący Kościół uznane jako księgi kanoniczne[jedyne do zaakceptowania]!
Zauważmy jednak, ze to wszystko działo się na Bliskim Wschodzie, prawie dwa tysiące lat temu!
Trudno wtedy byłoby sobie wyobrazić, że ktoś wpadłby na pomysł, aby swoje wspomnienia, ze spotkań z Mistrzem, opowiedziały niewiasty, które w tamtej kulturze po dziś dzień chodzą kilka kroków za mężczyzną i zabrania się im odzywać w jego obecności!
     Ale wracając do początków, to nawet na kartach Ewangelii[pomimo, że to były wyłącznie męskie relacje] nie dało się pominąć roli kobiet w otoczeniu Chrystusa.
Nie potrzeba odwoływać się do tej najważniejszej, Jego Matki, by stwierdzić, że w wielu wypadkach one lepiej odpowiadały na jego nauczanie. Były odważniejsze[nie bały się trwać pod jego krzyżem, gdy uczniowie spanikowani uciekli i pochowali się ]
W poranek Zmartwychwstania były pierwszymi, które zastały pusty grób Mistrza.
Pewnie, że w większości zajmowały się zadaniami, które kobietom przydzielono w tamtych realiach: prały, sprzątały, szykowały posiłki, ale i przy tej okazji, były blisko Nauczyciela i słuchając Jego nauki, przechodziły swoiste Seminarium Duchowne.
Uczniowie, którzy z racji przynależności do rodzaju męskiego, zaklepali sobie pierwsze miejsca przy Chrystusowym stole, wcale nie górowali duchowym rozwojem nad pobożnymi niewiastami.
Marii Magdalenie wystarczyło dobre słowo Mistrza, aby zmieniła swoje życie, bo pokochała Go bez reszty i blado na jej tle wypada Piotr, który choć został naznaczony [tak twierdzą Ewangelie] na tego, który miał utwierdzać innych w wierze, był długo chwiejną chorągiewką i trzy razy w panice wykrzyczał:”Nie znam tego człowieka!”
     Tak naprawdę nie wiem, dlaczego sakrament kapłaństwa jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn?
Autorytety: Jan Paweł II, a ostatnio i Papież Franciszek, na tak zadane pytanie podobnie odpowiadają: 
„Bo Jezus był mężczyzną i na Apostołów powołał samych mężczyzn. Tak głosi Tradycja i koniec dyskusji!”
     A ja teraz zapytam: Czy Jezus mógł wtedy zrobić inaczej? Czy w świecie mężczyzn mógł wychylić się i utworzyć kobiecy oddział Apostolski?
-No, nie mógł! I każdy to samo stwierdzi!
     Ale to wcale nie uprawnia do wyciągania wniosku, że nie wolno zmienić tradycji, bo wtedy równie dobrze można by zarzucić Kościołowi jej złamanie chociażby w kwestii celibatu ? Chrystus powołał przecież żonatych facetów, aby byli pierwszymi uczniami[ z jednym tylko wyjątkiem- bezżennym Janem], a w nauczaniu Apostołów czytamy, że biskup powinien być mężem jednej żony!
Czy Tradycja Kościoła w tej kwestii jest mniej święta?
     Już niebawem prezydentem USA może zostać pierwsza kobieta, a jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu jej poprzedniczki nie miały nawet prawa wyborczego!
Ale świat dojrzał do zmian i zrozumiał, że kobieta[tak samo jak mężczyzna] będąc człowiekiem, zasługuje na równość praw!
Kiedyś słyszałem stwierdzenie, że gdyby światem polityki rządziły kobiety, to on byłby lepszy!
     A może Kościół z kobietami - kapłanami byłby też lepszy? Może byłby bliższy nauce Chrystusa?
Tego nie wiem, ale z pewnością nie burzyłby Tradycji, a już na pewno nie byłby wbrew woli Zbawiciela!
Kryspin

środa, 8 czerwca 2016

Pieczeń z żubra!

      Jest taka mała miejscowość na zakręcie drogi, przez którą przejeżdżają podróżni zmierzający do obranego gdzieś celu. Za oknami swoich aut widzą ścianę lasu i nieco z boku pyszniący się misterną architekturą, neogotycki pałacyk otulony pięknym parkiem.
To dla wielu wystarczający powód, aby zatrzymać się na chwilę i pooddychać pięknem przeszłości. A gdy na miejscu dowiadują się, że ten las porastający okolicę, skrywa jeszcze inną atrakcję, nie są wstanie odmówić sobie zachwytu podziwiania stada dumnych żubrów, o których do tej pory myśleli, że tylko Białowieża jest ich królestwem.
     Pośrodku miejscowości stoi kościół z czerwonej cegły a nieco z boku budynek plebani.
Do tej parafii przed dwudziestoma laty władze diecezji skierowały młodego wówczas księdza, aby opiekował się, powierzoną mu przez biskupa, parafialną trzódką.
Przez lata ksiądz zakochał się w tym miejscu jego posługi, a i parafianie polubili prostotę i charyzmę pobożnego kapłana.
     Duszpasterz nie tylko dbał o duchowy rozwój owieczek, ale także troszczył się o wizerunek kościoła i jego otoczenia:Naprawiał, remontował, wprowadzał udogodnienia dla niepełno sprawnych, by korzystając z zamontowanych podjazdów, mogli w drodze do świątyni omijać niedogodne dla ich kalectwa schody.
Ksiądz proboszcz uwielbiał spotykać swoich wiernych nie tylko w kościelnych murach i dlatego był częstym gościem pobliskiego parku, gdzie w wolnym czasie zażywając spacerów zatrzymywał się na kilka słów rozmowy ze spotykanymi wiernymi.
Był to uśmiechnięty i pogodny kapłan, zarażający innych miłością do wszystkiego, co piękne, bo jak często mówił:”Należy uśmiechać się do pięknych dzieł naszego Stwórcy!”
Wrażliwość swego wnętrza uwiecznił na kartkach zapisanych wierszami wydał nawet tomik poezji, co było kolejnym powodem do dumy jego parafian!
     Na nieszczęście wiernych i proboszcza, uroki tego miejsca odkrył także jego przełożony:Ksiądz biskup, ordynariusz diecezji.
Hierarcha także polubił spacery po parkowych alejkach i w wolnych chwilach wsiadał w samochód by po kilkunastu minutach zażywać przyjemnych chwil odpoczynku w parku.
Raz nawet spotkał go tam ksiądz proboszcz, który w tym samym czasie przemierzał alejki.
Obaj byli zaskoczeni niespodziewanym spotkaniem, ale to gospodarz pierwszy opanował zdziwienie i po wymianie kilku grzecznościowych zdań, zaprosił dostojnego gościa na plebanię.
Zbliżała się pora obiadu i był to znakomity pretekst do ugoszczenia przełożonego.
Ten jednak odmówił, tłumacząc się nawałem pracy i obiadem, który czekał na niego w rezydencji.
Tak naprawdę nie zamierzał zaszczycić gospodarza swoją obecnością, bo u niego posiłki były takie jakieś skromne[co zapamiętał po ostatniej wizytacji], a do tego po prostu nie lubił tego księdza!
Biskup nie każdemu jednak odmawiał zaszczytu wspólnego posiłku, co wielokrotnie wykorzystywał proboszcz z innej parafii. Jak przystało na diecezjalnego duszpasterza myśliwych, w trakcie obiadów z ekscelencją u niego zawsze na stole była smaczna dziczyzna!
Do tego wszystkiego był w bardzo zażyłych stosunkach z hierarchą i mógł zawsze liczyć na jego przychylność.
Miał co prawda raz po raz jakieś zatargi z wiernymi w parafii, którzy niejednokrotnie żalili się na jego pazerność i butę wobec owieczek, ale co tam!
    Łaska biskupa była ponad to wszystko, dlatego ordynariusz pomyślał sobie, że przyjaciel od myśliwskich specjałów dobrze by pasował w otoczeniu tej parafii.
Co prawda pieczeni z żubra nie zaserwuje, bo te rogacze są pod ochroną, ale miło by było kończyć spacerek po pięknym parku przy stole ze smaczną dziczyzną.
To wystarczyło do podjęcia decyzji o roszadach personalnych w kilku parafiach!
    A co z dotychczasowym duszpasterzem?
Jemu można zaproponować nową parafię i aby nikt nie zarzucił ordynariuszowi bezduszności- najlepiej dać mu dwie propozycje, niech sobie wybierze!
    Ekscelencjo: A może przy podejmowaniu tak ważnych decyzji inne kryteria [nie tylko to, że się kogoś lubi] winny decydować w doborze kandydatów na pasterzy wspólnot parafialnych?
Może warto pozostawić tak jak jest? Może warto posłuchać głosu wiernych i nie zabierać i niszczyć tego co dobre dla ich wspólnoty?
    A dziczyzna na stole wiernego sługi i tak będzie nadal czekała, bo on zawsze będzie pracował na przychylność swojego przełożonego, taka jego natura!
Kryspin 
P.S. Podobieństwo miejsc i osób o których piszę, jest przypadkowe, choć może nie do końca?

sobota, 4 czerwca 2016

Lednica 2016!

     Jest niedzielny poranek i na Polach Lednickich rozpościera się mglista cisza.
Jeszcze kilka godzin temu było tam zupełnie inaczej.
Mieszkam blisko i dlatego byłem mimowolnym świadkiem tego masowego przeżywania  misterium wspólnoty [nie koniecznie wiary!] młodych ludzi, którzy w minioną sobotę, od samego rana ściągali z najodleglejszych zakątków, by być razem.
Teraz pewnie docierają zmęczeni do swych rodzinnych domów i przez najbliższe godziny będą odsypiać to spotkanie.
     Inni uczestnicy Lednicy, którzy przybyli tam z bardziej przyziemnych pobudek: wszelkiej maści kramarze, mali gastronomicy, zwijają swoje kramiki i pewnie jeszcze nie oddają się objęciom Morfeusza, licząc zyski z jednodniowego biznesu.
     Wielebni Ojcowie Dominikanie, przed skłonieniem na białych poduszkach swych szumiących od głośnej muzyki głów, pewnie jeszcze rozpamiętują to, co się wydarzyło i robią podsumowanie, czy podołali zadaniu i czy impreza była kolejnym "sukcesem"?
     A ja siedzę sobie patrząc w ciszę Lednicy i zastanawiam się, ile z tego wczorajszego zapału [także zapału wiary] pozostanie w sercach młodych uczestników tej masowej imprezy?
Piszę celowo"imprezy", bo wczoraj, gdy z moimi pieskami odbywałem spacer po wiejskich dróżkach okalających teren tego już 20-tego spotkania młodości, miałem nieco mieszane uczucia, gdy mijały mnie grupki uczestników wyposażonych w butelki z piwami.
Przez chwilę, gdyby zapomnieć o intencji ich przyjazdu, pomyślałbym, że udają się na koncert rockowy lub na mecz ulubionej drużyny piłkarskiej.
     A może w tym jest zawarty urok Lednicy, że gromadzi wszystkich?
     Pozostaję z nadzieją, że to jest także siła tego miejsca i ci, którzy tam dotarli nawet tylko po to, by zaliczyć kolejną, rozrywkową imprezę, powrócili z niej trochę w inni, może bardziej świadomi, może lepsi wobec drugiego człowieka?
Kryspin 

"Musimy o tym mówić!"- fragment "Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd"

*
      Minął kolejny rok mojej iluzji spokoju. Jednak każdego dnia bałem się, że wśród przypadkowo spotkanych ludzi, znajdzie się ktoś, kto powie:
Ja ciebie znam i słyszałem o twoich koszmarach na plebani!”
-Bałem się tego każdego dnia, aż do chwili, gdy jedna rozmowa uwolniła mnie od strachu.
Było to 7 kwietnia - początek ciepło zapowiadającej się wiosny.
Do późnego wieczora łaziłem po ulicach i cieszyłem się świeżym powietrzem po dopiero co spadłym deszczu. Nie chciało mi się wracać do czterech ścian mojej samotni i do domu przyszedłem dobrze po dwudziestej drugiej.
Zaraz po powrocie zamierzałem wziąć prysznic i się położyć i wtedy odezwał się dzwonek mojej komórki. Wyświetlił mi się nieznany numer i jak zawsze zamierzałem odrzucić to połączenie, ale pomyliłem klawisz i usłyszałem znajomy głos.
     To był Jurek Maciejewski z mojej rodzinnej miejscowości.
On przed laty także doświadczył „przyjaźni” księdza proboszcza i przez kolejne lata dochodził do normalności, będąc stałym klientem poradni zdrowia psychicznego.
Jego historia była podobna do mojej.
      Przed laty, będąc na studiach, poznał dziewczynę, z którą się ożenił. 
Ich związek przetrwał jednak tylko niecały rok i zakończył się rozwodem.
Od tego momentu wrócił do rodzinnego domu i przez kolejne lata mieszkał z matką. Długo był praktycznie na jej utrzymaniu. Nie pracował i nawet nie szukał jakiegokolwiek zajęcia, choć skończył studia i był dobrze zapowiadającym się nauczycielem historii.
      *
     Teraz zadzwonił do mnie, prosząc o spotkanie i chwilę rozmowy.
Gdybym nie słyszał determinacji w jego głosie, pewnie bym się nie zgodził, bo wiedziałem o czym miałaby ta rozmowa być, a na to nie miałem ochoty i siły.
On pewnie także to wiedział i może dlatego tym bardziej nalegał.
W końcu się zgodziłem!
       Przyjechał następnego dnia i przegadaliśmy całe popołudnie.
Opowiedział mi ze szczegółami swoją historię plebanijnej „przyjaźni”. 
Później mówił o latach traumy, nieudanych próbach powrotu do normalnego życia, niezliczonych sesji terapeutycznych, które tak naprawdę nic nie zmieniły. Wraz z upływem lat było tylko gorzej i dlatego zadzwonił do mnie, czując, że to może być jego droga ocalenia.
     Także opowiedziałem mu swoją historię i nic to, że była ona tak bardzo podobna do jego doświadczeń. Ja tego potrzebowałem, czułem to, że muszę wyrzucić z siebie to wszystko...
Podobnie jak on, ja także wielokrotnie trafiałem na kozetkę psychologa, czy psychiatry i tam mówiłem o tym, ale za każdym razem efekt, podobnie jak u Jurka, był mizerny, żeby nie powiedzieć- żaden!
      Tego wieczoru po naszej rozmowie obaj zrozumieliśmy, że to jest to!
Nam było potrzeba właśnie takiej oczyszczającej wzajemnej spowiedzi naszej krzywdy.
     Wtedy narodził się nam pomysł powołania stowarzyszenia, które mogłoby służyć innym, takim samym ofiarom skrzywdzonym przez ludzi w sutannach....
Od ponad dwóch lat spotykamy się cyklicznie na czymś w rodzaju mitingów. Za każdym razem w innym mieście spotykamy się ze sobą, aby mówić o sukcesach i porażkach w drodze do normalności.
Każdy z nas jest na innym etapie swojego piekła.
Niektórzy dopiero wyszli z tej matni, inni mają już bagaż lat, ale nadal zmagają się z koszmarami wspomnień.
-Co miesiąc spotykamy się w małych kręgach, podobnie jak anonimowi alkoholicy.
-Może to mało stosowne porównanie, ale oni także odnajdują siły na codzienną walkę o normalność, mówiąc o swoim przeszłym koszmarze....
Kryspin

czwartek, 2 czerwca 2016

"Karmię was tym, czym sam żyję!"[św. Augustyn]


     „Do Kościoła przestałam chodzić, bo nie mogłam słuchać kazań o polityce, pieniądzach, albo o tym, że jestem grzesznikiem i tylko w nieskończonej dobroci Stwórcy mogę mieć nadzieję, że kiedyś ominie mnie piekło...[czytelniczka Angory]
Pierwszą część każdej[także niedzielnej] mszy stanowi Liturgia słowa.
Składa się z fragmentów Pisma świętego, które wiernym przybliża czytający je przedstawiciel wspólnoty.
I tu zaczynają się „schody”, gdy do przybliżania biblijnych historii zostaje poproszony lektor. Co prawda w szkole podstawowej uczniowie zaliczają czytanie ze zrozumieniem, to jednak wielokrotnie ta czynność wykonywana w trakcie mszy nie ma nic wspólnego z takim czytaniem.
Słuchacze narażeni są na odbiór bełkotu, lub monotonnego potoku słów i ani o jotę nie przybliża im to istoty treści.
      Nieco lepiej sprawa się ma, gdy dochodzi do czytania Ewangelii. Zwykle czyni to kapłan celebrujący nabożeństwo lub diakon asystujący we mszy świętej.
      Po tym wszystkim następuje kulminacja tej części niedzielnego spotkania, gdy ksiądz staje na mównicy[kiedyś była to ambona] i wygłasza kazanie!
No i tu, przynajmniej dla mnie rodzi się problem, bo w potoku mniej lub bardziej kwiecistych zdań[jest to zależne od tego, czy Bozia obdarzyła księdza darem przemawiania, czy też nie], rozmywają się najważniejsze przesłania z Ewangelii, czyli słowa Chrystusa zapisane przez świadków jego nauczania.
„Nie słucham kazań, bo są nudne!”-to częsty głos uczęszczających na niedzielne nabożeństwa!Większa część uczestników niedzielnych mszy[wiernych] przyjmuje kryterium czasu twierdząc, że kazanie było dobre, bo krótkie!
A treść, przesłanie...? To już interesuje nielicznych zebranych!
      No i efekt jest taki, że 90% wiernych nie słucha kazań, a na pytanie zadane bezpośrednio po wyjściu z kościoła: o czym było homilia, odpowiadają lapidarnie, że o Panu Bogu!
Większa część uczestników niedzielnych mszy [wiernych] przyjmuje kryterium czasu twierdząc, że kazanie było dobre, bo było krótkie! A treść, przesłanie ?- To już interesuje nielicznych zebranych!
     Są dwa rodzaje homilii, które przyprawiają słuchaczy o ziewanie:
1- Kazanie erudyty- Kapłan wychodzący na mównicę[dawniej była to ambona] z góry zakłada, że ma monopol na wiedzę i do tego mieni się ekspertem od wielu dziedzin:
a- znawca Biblii i do tego egzegeta Pisma świętego. Taki kaznodzieja nie odpuści sobie, by słowo po słowie nie powtórzyć dopiero co przeczytany fragment Ewangelii, ale z odpowiednim, teologicznym komentarzem!
b- oczytany, znawca literatury wszelakiej:świeckiej i tej duchowej[ze szczególnym uwzględnieniem cytatów z Jana Pawła II, bo to jest w modzie]. Taki kapłan lubuje się w cytatach, którymi podpiera słowa Chrystusa, jakby one straciły na wartości przez upływ czasu, gdy te nauki rozumieli prości[aby nie powiedzieć prymitywni analfabeci] rybacy i pracownicy winnic.
2- Kazanie obarczone cierpieniem:
W tym przypadku niedzielne męki przeżywają parafianie, gdy ich duszpasterz jest od wielu lat z nimi i wena dawno go opuściła, dlatego powraca do ulubionych przez siebie tematów, niezależnie od okoliczności!
      Święty Augustyn[Doktor Kościoła] powiedział znamienne słowa, które może winny być zawsze w głowie tych, którzy stają na mównicy kościelnego zgromadzenia:”Karmię was tym, czym sam żyję”!
Kapłan żyjący wiarą nigdy nie czyni z ambony mównicy rodem z politycznego wiecu, ani miejscem biznesowego mitingu, gdzie mamona staje się głównym tematem.
Ks. Tischner wygłosił kiedyś kazanie, które trwało minutę. W niedzielę Zmartwychwstania powiedział:”Dzisiaj Chrystus Zmartwychwstał...Wierzysz w to...? Ja wierzę!!!”
     I to wystarczyło, by przekazał słuchaczom całą istotę przesłania Bożej tajemnicy i największego daru dla wierzących, jakim był triumf Chrystusa nad grzechem!
„Karmię was tym, czym sam żyję”!
Kazanie kapłana, nawet tego, który nie jest mistrzem erudycji, nigdy nie będzie nudne, gdy będzie głosem człowieka wiary!
I takich życzmy sobie księży, abyśmy ziewaniem i spoglądaniem na zegarek nie zabijali nudy w czasie niedzielnych homilii!
Kryspin

piątek, 20 maja 2016

Rdza z kluczy świętego Piotra!


      Wielu z nas pamięta fragment z powieści Henryka Sienkiewicza, gdy obwieś i moczymorda prowadził rozmowę ze Zbyszkiem z Bogdańca.[w przerwach pomiędzy kolejnymi łykami miodowego alkoholu mówił o „skarbach”, które trzymał w swoim mieszku: rdza z kluczy św. Piotra, kopytko osiłka, którym święta Rodzina uciekała do Egiptu itp]
Przedstawił mu się jako pobożny pielgrzym, który swe życie poświęcił na nawiedzanie świętych miejsc i przy tej okazji gromadził szczególne pamiątki po pobożnych mężach[i kobietach także], którzy na ziemskim padole heroicznością cnót, a niekiedy i męczeńską śmiercią zasłużyli sobie na miano świętych i takowymi ogłosił ich Kościół.
N o i po nich pozostały pamiątki, które odznaczały się cudowną mocą, którą emanowały na tych, którzy z wiarą je przyjmowali i modlili się o łaski Pana Boga ściskając w swych dłoniach te relikwie, za które oczywiście zapłacili i to nie mało!
     Średniowiecze doszło do mistrzostwa biznesowego w handlu świętymi pozostałościami; niekiedy prawdziwymi, a niekiedy tylko ubranymi w legendę prawdziwości.
     Na szczecie tej korporacji stali ci, którzy z racji swej pozycji w strukturach Kościoła byli najwyżej: Papiestwo, biskupi zaliczani do grona najbardziej zaufanych następcy świętego Piotra i przełożeni zakonni, którzy także liczyli się w tym gronie.
    Myliłby się jednak ktoś, gdyby pomyślał, że ten proceder stał się pieśnią przeszłości.
Wręcz przeciwnie, dzisiejszy Kościół nadal pielęgnuje tradycję relikwii i co bardziej szanująca się świątynia, zabiega o to, aby na poczesnym miejscu eksponować taką niezwykłą pamiątkę.
Dlaczego tak jest?
Bo nadal jest to intratny interes!
    No bo przecież popularny święty, którego odpust odpowiednio się nagłośni i do tego, jeżeli w trakcie takiej uroczystości przybyłym zaprezentuje się pamiątkę oprawioną w kosztowny relikwiarz[na przykład kawałek kości lub odzienia świętego], to wierny ludek, czując bliskość patrona, w większej liczbie stawi się ze swoimi sprawami, które święty załatwi.
Oczywiście taka niezwykła pamiątka musi być prawdziwa, a o to dbają już wyższe instytucje kościelne, które zajmują się certyfikacją świętych pozostałości!
No to teraz naraziłem się wielu i ktoś pewnie napisze do mnie: że szargam świętości, neguję pośrednictwo świętych w naszych modlitwach i drwię z najcenniejszych pamiątek po największych synach[i córkach] Kościoła!
Nic bardziej mylnego!
     Mam dwoje wspaniałych dzieci: starszego syna i młodszą o cztery lata córkę[niestety już są dorośli]. Gdy byli jeszcze mali, to ona, bardziej śmiała, często przychodziła do mnie załatwiać sprawy w imieniu brata i wtedy siadając mi na kolanach mówiła na przykład: „Tatusiu, a ja bym bardzo ucieszyła się, gdyby na gwiazdkę święty Mikołaj przyniósł nam zestaw Lego, o taki jak ten!” i pokazywała mi w katalogu wymarzoną zabawkę, ale to było pragnienie mojego synka.
Uśmiechałem się wtedy i prosiłem, aby przyprowadziła ze sobą braciszka i by ponownie razem przedstawili tę prośbę.
     Wracając do naszych świętych i pamiątek[relikwii] z nimi związanych; Nie zlecajcie świętemu Antoniemu, aby za was szukał zgubionego portfela, świętemu Judzie Tadeuszowi, by za was załatwił beznadziejną sprawę w urzędzie.
Zamiast tego zaproście ich, aby zatrzymali się obok was i może razem poszukacie, czy załatwicie!
Tak rozumiem kult świętych i szacunek do ich relikwii!
Sądzę, że powinniśmy wykreślić z naszych myśli słowo: „Za przyczyną”, a zastąpić je :”w obecności!”
Bóg jest dawcą łask i on najlepiej wie, czego nam potrzeba, a święci?
     Oni dodają nam odwagi i stają przy nas w naszych prośbach i tylko tyle od nich wymagajmy!
P.S.
    Dziwnym zrządzeniem losu jestem w posiadaniu ostatniego podpisu Kardynała Wyszyńskiego, który ten złożył w Gnieźnie przed śmiercią. Zważywszy na proces kanonizacyjny jego osoby, który zakończy się ogłoszeniem go błogosławionym albo nawet świętym, pomyślałem sobie, że może oprawię moją Biblię[z tym podpisem] w złoty relikwiarz i zapoczątkuję coś na kształt sanktuarium jego osoby?
    Nie! Jednak tego nie zrobię, bo nie mam żyłki do biznesu !
Kryspin

wtorek, 17 maja 2016

Więzień tabernakulum!


  Już za kilka dni na uliczkach naszych miast pojawią się kolorowe płatki kwiatów, które rozsypią dziewczynki na trasie przejścia uroczystej procesji Bożego Ciała.
W ten sposób upiększą drogę, którą odbędzie Chrystus w Eucharystycznej postaci, ubranej w złoto monstrancji niesionej przez kapłana.
Na trasie przemarszu zgromadzą się tłumy pragnących być blisko swojego Zbawiciela i rzesze ciekawskich, dla których to święto będzie tylko kolejną okazją do wolnego od pracy dnia.
Wszyscy ulegną jednak magii niecodziennego wydarzenia i na głos uroczystego hejnału odgrywanego w chwili, gdy procesja dotrze do kolejnego z czterech ołtarzy polowych, przyklękną w geście pokory.
Później kolejny raz skłonią swoje karki, gdy kapłan uniesie wysoko w górę zdobną monstrancję, aby dokonać aktu błogosławieństwa zebranych.
I po tym wszystkim zakończy się ten doroczny przemarsz Chrystusa po ulicach naszych miast, miasteczek i wiejskich dróżek.
W kolejnych dniach oktawy[ośmiodniowy okres po święcie] procesje ograniczą się tylko do terenu przykościelnego, gdzie potrzebę kolejnych spotkań z procesyjnym orszakiem Chrystusa spełnią tylko ci, którzy odwiedzą Go w czasie popołudniowej liturgii.
Procesja Bożego Ciała to nie jedyna okazja spotkania Eucharystycznego Chrystusa na ulicy naszych miast, choć ci, którzy głośno domagają się ograniczenia Jego obecności w przestrzeni publicznej, z tego faktu pewnie nie są zadowoleni?
Bliskie spotkania z Panem Bogiem odbywają się przypadkowo.
Najczęściej zdarza się to, gdy kapłani podążają z posługą chorym lub umierającym.
Wtedy Chrystus, pod postacią małego białego komunikantu, zanoszony jest tym, którzy z racji swej choroby, nadwątlonego zdrowia lub starości, sami nie mogą stawić się w świątyni, aby w sakramencie komunii świętej go przyjąć.
Wcześniej wspomniałem, że taka obecność Boga w przestrzeni publicznej drażni niektórych ludzi dalekich od Kościoła, ale trzeba powiedzieć, że takie przypadkowe spotkania Chrystusa rodzą kłopotliwą sytuację także dla wielu wierzących.
Wielokrotnie tego doświadczałem, gdy udawałem się z posługą sakramentalną do chorych w parafii: do ich domów, czy szpitala.
Wtedy przechodzący, widząc kapłana w białej komży z korporałem na piersi [rodzaj ozdobnej saszetki do przenoszenia eucharystii], nagle zdawali się być bardzo zainteresowani źdźbłami trawy na kwietniku, lub czymkolwiek innym, aby tylko móc znaleźć pretekst do odwrócenia głowy.
Bardzo nieliczni przystawali na chwilę w swoim zabieganiu i przyklękali, albo choćby schylali głowę w geście pokornego przywitania ze swoim Bogiem!
Po upływie wielu lat [ponad 30] od tamtych zdarzeń, obserwuję, że dzisiaj nawet takich pretekstów nikt nie szuka, jakby wymiotło wiarę z naszych ulic, a i kapłani „starają się”jakoś bardziej dyskretnie „transportować” Eucharystycznego, bez otoczki białej komży i z małym naczyniem wciśniętym gdzieś za pazuchę[zimą!] lub skrywanym pod letnim okryciem.
W czasach poprzedniego „jedynie słusznego” ustroju tamtejsze władze próbowały sprowadzić wiarę do kościelnych murów i wtedy Prymas Tysiąclecia polecił swoim kapłanom, w miejscach publicznych przebywać w stroju duchownym, sutannie, aby choć w takiej formie świadczyć o tym, że Chrystus ma prawo być w przestrzeni publicznej.
W procesjach Bożego Ciała Bóg dał nam okazję, do zamanifestowania wiary! Może warto to świadectwo naszego przywiązania do czegoś więcej, aniżeli dary tego świata, manifestować tak zwyczajnie, na co dzień.
Także wtedy, gdy „Więźnia tabernakulum” spotkamy przypadkowo na naszej drodze, kiedy kapłan będzie go niósł do chorego lub tego, kto ma wkrótce rozpocząć swoją ostatnią podróż.
A tak na koniec: Boję się dożyć takiego czasu, gdy w imię postępu i wolności od Boga w naszej publicznej przestrzeni, Ciało Chrystusa chorym i innym potrzebującym, w zaklejonej kopercie, będzie przynosił przedstawiciel poczty.
Kryspin

niedziela, 15 maja 2016

"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"- rozmowa z księdzem Kanclerzem!

     Kanclerz był człowiekiem w mocno średnim wieku, z pasemkami siwych włosów na skroniach i posturze gladiatora rodem z rzymskiego Koloseum.
Wskazał nam krzesła stojące półkolem przed wielkim, jakby na jego miarę skrojonym biurkiem, za którym zasiadł w równie okazałym fotelu.
W narożniku olbrzymiego pokoju było jeszcze jedno biurko, mniejsze.
Przy nim zasiadł sekretarz i rozłożył białe, puste kartki papieru.
     Dopiero później zrozumieliśmy, że zajął to dyskretne miejsce, aby notować przebieg spotkania, notując każde padające tam słowo.
Przez moment poczuliśmy się jak w sali rozpraw sądowych, a przed nami siedział sędzia mający rozpatrzyć naszą krzywdę.
     Przez kilka minut mówiła tylko moja matka.Ksiądz kanclerz, nie przerywając jej relacji, siedział z posągową miną do chwili, aż zasugerował, że wobec tak drastycznych spraw, o których go informowała, najlepszym byłoby, aby dalszy ciąg rozmowy mógł przeprowadzić tylko ze mną i to bez obecności świadków.
      Rozmowa trwała ponad godzinę i w większości był to monolog z mojej strony. Ja mówiłem swoją historię, a on słuchał w skupieniu i tylko, gdy w emocjach przyspieszałem wypowiadane zdania, prosił, abym jeszcze raz spokojnie opowiedział dany fragment, aby sekretarz mógł wszystko zanotować.
Ani jednym słowem nie komentował tego, o czym mówiłem. Słuchał mnie ze stoickim spokojem i tylko raz wyraz jego posągowej twarzy uległ zmianie, gdy opowiadałem o gościach rozpasanego wieczoru sprzed kilku tygodni, kiedy to w plebanijnym wieczorze brali udział księża na co dzień zajmujący eksponowane stanowiska w kościelnych strukturach... 
Ale nawet wtedy nie odezwał się, nie zadał mi żadnego pytania.
      Gdy moja spowiedź krzywdy dobiegła końca, poprosił do pokoju pozostałe osoby, które przyjechały ze mną tego dnia.
Długo milczał świdrując po kolei każdą osobę chłodnym spojrzeniem, jakby jeszcze raz chciał się upewnić, że to wszystko, co usłyszał, było prawdą.
    Po chwili podszedł do niego sekretarz z plikiem zapisanych odręcznie kartek, na których znajdował się protokół z tego wszystkiego, o czym mówiliśmy.
-”No tak....
-Teraz pozostaje tylko podpisami, które złożycie na tych kartach, potwierdzić to wszystko, o czym tu dzisiaj usłyszałem....”     
    Powiedział to niskim, zmęczonym głosem cały czas trzymając w wielkich dłoniach zapisy krzywd, których doznaliśmy za przyczyną człowieka, który zawiódł nie tylko nasze zaufanie.
Kurialista jeszcze przez chwilę skupiał swoje spojrzenie na zapisanych kartach, jakby chciał jeszcze raz poznać ich treść, a może po prostu tłukł się z myślami, co dalej z tym wszystkim zrobić.
Na koniec kolejny raz powiódł wzrokiem po przybyłych i powiedział:
-”Jesteście świadomi, że to wszystko, co zostało tu spisane, może wyrządzić wiele krzywdy i zniszczyć ludzkie życie...? „
Zadał pytanie niby do wszystkich, ale poczułem, że szczególnie kierował je do mnie.
     W jednej chwili ogarnęła mnie wściekłość, bo dotarło do mnie, że ten człowiek nic nie zrozumiał z tego wszystkiego, o czym mówiłem, albo w imię niezrozumiałej dla mnie logiki, najchętniej w wielkich łapach podarłby te zapisane karty naszych krzywd, aby było po sprawie.
     Wstałem i zdecydowanie podszedłem do biurka. Nie mówiąc nic, wziąłem do ręki długopis leżący w zagłębieniu marmurowego, zabytkowego kałamarza stojącego przy mosiężnej lampie z witrażowym abażurem w kształcie małej kopuły zakończonej pozłacanym krzyżem i patrząc cały czas w jego zimne spojrzenie, złożyłem podpis na zakończeniu protokołu.
-To wszystko zostało tu spisane, bo ta krzywda się już dokonała i zniszczyła niejedno życie, także i moje!-Wycedziłem, patrząc mu cały czas w oczy z coraz bardziej narastającą złością.

wtorek, 10 maja 2016

Gipsowa Madonna!

      „Jestem człowiekiem niewierzącym, po 60. Oczywiście urodzony, ochrzczony w rodzinie wiejskiej, chodzący niegdyś  do kościoła, spowiedzi, itp. Co mnie skłoniło do mej niewiary? Już we wczesnej młodości w salce katechetycznej zastanawiało mnie, dlaczego ksiądz tak krytykował oddawanie czci przez  plemiona drewnianemu  Światowidowi z czterema obliczami, a na koniec odwracaliśmy się do glinianej Matki Boskiej, robiąc to samo?”
To fragment listu od czytelnika rubryki: Ksiądz w cywilu.
     W dalszej części tej korespondencji mój rozmówca[mailowy] wykazał się dożą, aby nawet nie powiedzieć głęboką wiedzą od procesu powstawania Biblii, a na fizyce kwantowej, w której szukał odpowiedzi na ciągle rodzące się w nim pytania dotyczące wiary, kończąc.
    Na początku listu zaznaczył jednak, że jest człowiekiem niewierzącym, czyli jakby się przyznał, iż lata dociekań nie dostarczyły mu dowodów, na których mógłby oprzeć swoją wiarę.
     Ktoś teraz powie, że to ja wyciągam błędne wnioski, bo równie dobrze można by powiedzieć, że to jego wiedza dostarczyła mu przesłanek, aby uznał, że wiara jest tylko wymysłem pragnienia bycia kimś większym od innych ssaków żyjących obok nas.
     Sądzę jednak, że porównanie figury słowiańskiego Światowida z gipsowym odlewem postaci Matki Boskiej trąci prowokacją, którą stosują ludzie szukający pretekstu swojej niewiary.
     Gdy na biurku szefa w firmie zauważymy zdjęcia jego żony i dzieciaków, to rozumiemy, że znalazły się tam, ponieważ on kocha swoją rodzinę i w chwili rozłąki choć w takiej formie pragnie czuć ich bliskość.
Gdyby jednak tenże przy swoim miejscu pracy w antyramie miał tylko zdjęcie wymyślonej postaci z kreskówki, to pewnie by nas to trochę zdziwiło.
Aby jednak poruszać się w realiach wiary, trzeba zauważyć, że niektórzy katolicy mają obrazoburcze skłonności traktując wizerunki Madonny[ także figury z jej podobizną], jak swego rodzaju magiczne totemy żywcem przeniesione z wierzeń ludów pierwotnych.
     Drugie przykazanie z Dekalogu wyraźnie zabrania obdarzania czcią malowideł i figur, choćby powstały z religijnych pobudek i właśnie na ten zakaz przez wieki powoływali się przeciwnicy takich religijnych dzieł.
To między innymi stało się przyczyną rozłamów w Kościele, gdyż Prawosławie i Protestantyzm nie zaakceptowały interpretacji Kościoła Rzymskiego, że istotą kultu wizerunków świętych, jest cześć oddawana bohaterom tych religijnych dzieł, a nie samym wizerunkom!
Taka teologiczna wykładnia wydaje się być logiczna i słuszna, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że w wielu przypadkach mamy do czynienia z niekonsekwencją ze strony hierarchów posługujących się skrótami teologicznego rozumowania.
    Wystarczy udać się do miejsc kultu wizerunków Madonny: Jasna Góra, Licheń i wiele innych pomniejszych ośrodków „szczególnej łaski”, a może należałoby powiedzieć-nadziei, rozsianych w pobliżu naszego miejsca zamieszkania, aby zaobserwować folklor wiary prostych ludzi.
Z pokorą, niekiedy z poranionymi kolanami[ bo w takim geście uniżenia przebywają niekiedy setki metrów przed dotarciem przed Jej oblicze] przychodzą „załatwić” z Nią swoje sprawy.
Na koniec pielgrzymiego trudu jeszcze zakup kiczowatej kopii cudownego obrazu i można wracać do codzienności.
Takich miejsc kultu wizerunków Bożej Rodzicielki jest bez liku i to trochę trąci obrazoburstwem, ale czy można krytykować, ba :potępiać taką prostą wiarę?
     Panu Bogu i Jego Matce z pewnością to nie przeszkadza i może tylko niekiedy uśmiechają się do tych prostych serc, które kochają Ich wiarą dziecka
Jeśli jednak taka forma ludowej pobożności czyni ludzi lepszymi, to co w tym złego?
Najważniejsze jest to, aby oczami wiary sięgać do osoby uwiecznionej na omodlonych obrazach, czy figurach, nawet gdyby były z przysłowiowego gipsu.
     Mój mailowy rozmówca, jako młody chłopak, nie dostrzegał różnicy pomiędzy posągiem Światowida, a figurą Bożej Rodzicielki i choć trudno mi uwierzyć w niezrozumienie u niego wtedy, to z pewnością mogę stwierdzić, że takim niezrozumieniem dorosły i myślący człowiek stara sam sobie wytłumaczyć swoją niewiarę!
Kryspin

czwartek, 5 maja 2016

Mam dwie Matki!

     Do końca życia pozostanie mi w pamięci chwila, gdy w szpitalnej sali ostatni raz trzymałem w dłoni rękę mojej umierającej matki.
Do szpitala trafiła po udarze mózgu i lekarze jednoznacznie określili jej stan [zważywszy na zaawansowany wiek-86 lat] jako nie dający nadziei na pozytywne zakończenie.
Od dwóch dni była w półśnie bez świadomości i dlatego czuwaliśmy przy jej łóżku wiedząc, że chwila ostatecznego pożegnania jest tylko kwestią godzin.
Odeszła w południe ściskając moją rękę do ostatniego tchnienia. Później jej dłoń rozluźniła się i osunęła na białą pościel szpitalnego łóżka.
I tylko jej twarz nabrała wyrazu spokoju i uwolniła się od bólu smutku rozstania.
      Wtedy zrozumiałem tak do końca, że śmierć matki staje się końcem rodzinnego domu!
Już dawno staliśmy się dorośli i rozjechaliśmy się po świecie, ale były takie dni, niekiedy krótkie chwile, gdy wracaliśmy do rodzinnego domu, gdzie ona była i za każdym razem, gdy nasze odwiedziny dobiegały końca, stawała w oknie za firanką i długo patrzyła w dal naszej drogi, jakby chciała nadal chronić nas swoją miłością.
     Jest teraz maj, czas kwitnącej wiosny, ale to także piękny miesiąc naszych mam, choć dopiero u jego schyłku podążymy do nich z bukietami wdzięczności, to cały maj wydaje się być dla nich!
Kiedyś usłyszałem zdanie od gorliwego w swej wierze ewangelika, który z nutą smutku powiedział:”Czcimy tego samego Boga, gromadzimy się w podobnych świątyniach, ale zazdroszczę katolikom, że w waszych kościołach macie tę, która zrodziwszy naszego zbawiciela, stała się Matką każdego z was!”
A to wszystko z naszej, ludzkiej perspektywy zaczęło się pod krzyżem, gdy Zbawiciel dopełniając w cierpieniu ostatecznego zadośćuczynienia, pozostawił nam ostatni swój dar: „Oto matka twoja!”
     Aby zrozumieć wielkość tego daru, musimy powrócić do wydarzeń wcześniejszych, gdy w betlejemskiej stajni Bóg narodził się tak zwyczajnie, po ludzku [Ewangelia mówi wprost, że:”Stał się jednym z nas”] i stało się to z udziałem Maryi, którą wybrał na Swoją Matkę!
Pobożność Maryjna wcale nie stanowi sprzeczności, swoistego zagrożenia dla należytego kultu, jaki człowiek winien jest samemu Bogu [ a takie zarzuty stawiają wyznawcy kościołów protestanckich powołując się na nauczanie swojego założyciela: Lutra]
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że Kościół katolicki prze wieki „zapracował ” na głosy krytyczne ze strony wyznawców innych kościołów chrześcijańskich, mnożąc dogmaty i wszelakie tytuły, którymi oplótł matkę naszego Zbawiciela [ Niepokalanie poczęta, Wniebowzięta z duszą i ciałem, Królowa nieba i ziemi itd.], a to wszystko nie znajdowało akceptacji ze strony innych wyznań!
Gdy do tego dodamy ciężkie, kapiące od złota feretrony zakładane na jej obrazy i wszelkiej maści figurki Niepokalanej obnoszone w trakcie pobożnych procesji, a na rozrosłych sanktuariach, w których według mniej czy bardziej wiarygodnych świadectw, dokonują się niezwykłe rzeczy za jej wstawiennictwem, to jakoś stajemy się przed nią coraz mniejsi, gdy Ona swą doskonałością dotyka wyżyn boskości!
-Oto matka twoja!
Ktoś powie, że mógł dodać: To moja Matka, Rodzicielka dla Syna Bożego, a teraz ja ciebie maluczki człowiecze wynoszę na wyżyny boskości czyniąc ją także twoją matką!
On nie musiał wygłaszać litanii o jej niezwykłości, bo w tych trzech słowach powiedział wszystko: 
Oto Matka twoja!
     Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo mam dwie matki i tak sobie myślę, że nawet ludzie niewierzący, dalecy od Boga wyznający inny światopogląd, też są szczęściarzami, bo i oni mają także dwie matki!
     Czasem, gdy w maju przejeżdżam alejami kwitnących drzew, mijam figury Matki Bożej poustawiane na rozstajach wiejskich dróg i gdy tam widzę gromadki rozmodlonych wiernych śpiewających dla niej pieśni nabożeństwa majowego, to przychodzi mi na myśl obraz mojej matki.
Widzę ją wtedy stojącą w oknie, za firanką.
      Pewnie teraz tak jest, wiem to, że stoi gdzieś w oknie nieba, a obok niej, za firanką jest także Ona!
Moje dwie matki, które mnie chronią swoją miłością!
Kryspin