czwartek, 23 czerwca 2016

Wierzę w Anioła Stróża i jego pomocników!!!!

Pamiętacie swój czas dzieciństwa, gdy nad głową waszego łóżeczka mama zawieszała obrazek z Aniołem Stróżem?
     Pamiętam tako obrazek w moim pokoju, na którym ludowy artysta namalował dwoje dzieci stojących nad urwiskiem, a za nimi, bliziutko stał anioł z wielkimi skrzydłami. Ten Boży posłaniec pilnował ich wyprawy przez niebezpieczną okolicę, gdy jeden fałszywy krok, albo podmuch nieprzyjaznego wiatru, groziły im tragedią!
Często patrzyłem przed zaśnięciem na te dzieci i wtedy pytałem, czy każdy człowiek ma takiego Bożego pomocnika?
Moja mama siadała wtedy przy mnie i trzymając mnie za rękę, z uśmiechniętymi oczami mówiła:
-Dobry Bóg każdemu człowiekowi, w chwili narodzin przydziela takiego opiekuna i on zawsze przy nas jest i będzie zawsze przy tobie.
Później jej twarz spoważniała, ale była nadal pogodna dobrocią jej matczynej miłości:
-Kiedyś, gdy będziesz już duży, dorosły, a mnie zabraknie przy tobie, to pamiętaj, że będę pomocnikiem twojego Anioła Stróża i razem z nim będę się tobą opiekowała .
    Minęło wiele lat od tamtej, naszej wieczornej rozmowy i w chwilach, gdy jest mi źle, uświadamiam sobie, że nawet w trudnych sytuacjach: gdy zdrowie już nie do końca nam sprzyja, gdy na naszej drodze pojawiają się źli ludzie, którzy karmią się cudzym nieszczęściem i są gotowi posunąć się do każdej nikczemności, aby nam zaszkodzić; wtedy przypomnijmy  sobie, że i nad nami zawsze czuwa Anioł Stróż z kochającymi nas pomocnikami.
Kryspin

 

czwartek, 16 czerwca 2016

Kobieta kapłanem? A dlaczego nie?

Dlaczego kobieta nie może zostać księdzem?
     Wielokrotnie słyszałem to pytanie, które w kontekście żeńskiej duchowości[widzimy to gołym okiem w czasie kościelnych nabożeństw!] wydaje się uprawnione.
Gdybyśmy prześledzili najstarsze doniesienia o początku Chrystusowego Kościoła, to widzimy, że od pierwszej chwili, czyli Wielkiego Czwartku, gdy Nauczyciel z Nazaretu ustanowił sakrament Eucharystii, w Wieczerniku zasiedli z Nim tylko mężczyźni-Apostołowie!
     Ale czy jest to do końca prawdą? Kto szykował wieczerzę? To było zajęcie kobiet tamtego czasu!
O wyłącznie męskim składzie biesiadników Wieczernika wiemy z relacji zapisanych w Ewangeliach. Autorzy tych ksiąg spisali historię Jezusa po kilkudziesięciu latach na podstawie relacji świadków tych zdarzeń [Łukasz od św. Pawła, a Marek od św. Piotra ]
Tylko Mateusz i Jan spisali swoje wspomnienia!
     No i tu trochę mijamy się z prawdą, bo tak do końca nie wiemy, kto gęsie pióro maczał w inkauście, gdyż w tamtym czasie piśmiennych było niewielu.
Przyjmijmy, że jakiemuś skrybie świadkowie Jezusowych dziejów podyktowali swoje wspomnienia i z tego powstały zapisy przez raczkujący Kościół uznane jako księgi kanoniczne[jedyne do zaakceptowania]!
Zauważmy jednak, ze to wszystko działo się na Bliskim Wschodzie, prawie dwa tysiące lat temu!
Trudno wtedy byłoby sobie wyobrazić, że ktoś wpadłby na pomysł, aby swoje wspomnienia, ze spotkań z Mistrzem, opowiedziały niewiasty, które w tamtej kulturze po dziś dzień chodzą kilka kroków za mężczyzną i zabrania się im odzywać w jego obecności!
     Ale wracając do początków, to nawet na kartach Ewangelii[pomimo, że to były wyłącznie męskie relacje] nie dało się pominąć roli kobiet w otoczeniu Chrystusa.
Nie potrzeba odwoływać się do tej najważniejszej, Jego Matki, by stwierdzić, że w wielu wypadkach one lepiej odpowiadały na jego nauczanie. Były odważniejsze[nie bały się trwać pod jego krzyżem, gdy uczniowie spanikowani uciekli i pochowali się ]
W poranek Zmartwychwstania były pierwszymi, które zastały pusty grób Mistrza.
Pewnie, że w większości zajmowały się zadaniami, które kobietom przydzielono w tamtych realiach: prały, sprzątały, szykowały posiłki, ale i przy tej okazji, były blisko Nauczyciela i słuchając Jego nauki, przechodziły swoiste Seminarium Duchowne.
Uczniowie, którzy z racji przynależności do rodzaju męskiego, zaklepali sobie pierwsze miejsca przy Chrystusowym stole, wcale nie górowali duchowym rozwojem nad pobożnymi niewiastami.
Marii Magdalenie wystarczyło dobre słowo Mistrza, aby zmieniła swoje życie, bo pokochała Go bez reszty i blado na jej tle wypada Piotr, który choć został naznaczony [tak twierdzą Ewangelie] na tego, który miał utwierdzać innych w wierze, był długo chwiejną chorągiewką i trzy razy w panice wykrzyczał:”Nie znam tego człowieka!”
     Tak naprawdę nie wiem, dlaczego sakrament kapłaństwa jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn?
Autorytety: Jan Paweł II, a ostatnio i Papież Franciszek, na tak zadane pytanie podobnie odpowiadają: 
„Bo Jezus był mężczyzną i na Apostołów powołał samych mężczyzn. Tak głosi Tradycja i koniec dyskusji!”
     A ja teraz zapytam: Czy Jezus mógł wtedy zrobić inaczej? Czy w świecie mężczyzn mógł wychylić się i utworzyć kobiecy oddział Apostolski?
-No, nie mógł! I każdy to samo stwierdzi!
     Ale to wcale nie uprawnia do wyciągania wniosku, że nie wolno zmienić tradycji, bo wtedy równie dobrze można by zarzucić Kościołowi jej złamanie chociażby w kwestii celibatu ? Chrystus powołał przecież żonatych facetów, aby byli pierwszymi uczniami[ z jednym tylko wyjątkiem- bezżennym Janem], a w nauczaniu Apostołów czytamy, że biskup powinien być mężem jednej żony!
Czy Tradycja Kościoła w tej kwestii jest mniej święta?
     Już niebawem prezydentem USA może zostać pierwsza kobieta, a jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu jej poprzedniczki nie miały nawet prawa wyborczego!
Ale świat dojrzał do zmian i zrozumiał, że kobieta[tak samo jak mężczyzna] będąc człowiekiem, zasługuje na równość praw!
Kiedyś słyszałem stwierdzenie, że gdyby światem polityki rządziły kobiety, to on byłby lepszy!
     A może Kościół z kobietami - kapłanami byłby też lepszy? Może byłby bliższy nauce Chrystusa?
Tego nie wiem, ale z pewnością nie burzyłby Tradycji, a już na pewno nie byłby wbrew woli Zbawiciela!
Kryspin

środa, 8 czerwca 2016

Pieczeń z żubra!

      Jest taka mała miejscowość na zakręcie drogi, przez którą przejeżdżają podróżni zmierzający do obranego gdzieś celu. Za oknami swoich aut widzą ścianę lasu i nieco z boku pyszniący się misterną architekturą, neogotycki pałacyk otulony pięknym parkiem.
To dla wielu wystarczający powód, aby zatrzymać się na chwilę i pooddychać pięknem przeszłości. A gdy na miejscu dowiadują się, że ten las porastający okolicę, skrywa jeszcze inną atrakcję, nie są wstanie odmówić sobie zachwytu podziwiania stada dumnych żubrów, o których do tej pory myśleli, że tylko Białowieża jest ich królestwem.
     Pośrodku miejscowości stoi kościół z czerwonej cegły a nieco z boku budynek plebani.
Do tej parafii przed dwudziestoma laty władze diecezji skierowały młodego wówczas księdza, aby opiekował się, powierzoną mu przez biskupa, parafialną trzódką.
Przez lata ksiądz zakochał się w tym miejscu jego posługi, a i parafianie polubili prostotę i charyzmę pobożnego kapłana.
     Duszpasterz nie tylko dbał o duchowy rozwój owieczek, ale także troszczył się o wizerunek kościoła i jego otoczenia:Naprawiał, remontował, wprowadzał udogodnienia dla niepełno sprawnych, by korzystając z zamontowanych podjazdów, mogli w drodze do świątyni omijać niedogodne dla ich kalectwa schody.
Ksiądz proboszcz uwielbiał spotykać swoich wiernych nie tylko w kościelnych murach i dlatego był częstym gościem pobliskiego parku, gdzie w wolnym czasie zażywając spacerów zatrzymywał się na kilka słów rozmowy ze spotykanymi wiernymi.
Był to uśmiechnięty i pogodny kapłan, zarażający innych miłością do wszystkiego, co piękne, bo jak często mówił:”Należy uśmiechać się do pięknych dzieł naszego Stwórcy!”
Wrażliwość swego wnętrza uwiecznił na kartkach zapisanych wierszami wydał nawet tomik poezji, co było kolejnym powodem do dumy jego parafian!
     Na nieszczęście wiernych i proboszcza, uroki tego miejsca odkrył także jego przełożony:Ksiądz biskup, ordynariusz diecezji.
Hierarcha także polubił spacery po parkowych alejkach i w wolnych chwilach wsiadał w samochód by po kilkunastu minutach zażywać przyjemnych chwil odpoczynku w parku.
Raz nawet spotkał go tam ksiądz proboszcz, który w tym samym czasie przemierzał alejki.
Obaj byli zaskoczeni niespodziewanym spotkaniem, ale to gospodarz pierwszy opanował zdziwienie i po wymianie kilku grzecznościowych zdań, zaprosił dostojnego gościa na plebanię.
Zbliżała się pora obiadu i był to znakomity pretekst do ugoszczenia przełożonego.
Ten jednak odmówił, tłumacząc się nawałem pracy i obiadem, który czekał na niego w rezydencji.
Tak naprawdę nie zamierzał zaszczycić gospodarza swoją obecnością, bo u niego posiłki były takie jakieś skromne[co zapamiętał po ostatniej wizytacji], a do tego po prostu nie lubił tego księdza!
Biskup nie każdemu jednak odmawiał zaszczytu wspólnego posiłku, co wielokrotnie wykorzystywał proboszcz z innej parafii. Jak przystało na diecezjalnego duszpasterza myśliwych, w trakcie obiadów z ekscelencją u niego zawsze na stole była smaczna dziczyzna!
Do tego wszystkiego był w bardzo zażyłych stosunkach z hierarchą i mógł zawsze liczyć na jego przychylność.
Miał co prawda raz po raz jakieś zatargi z wiernymi w parafii, którzy niejednokrotnie żalili się na jego pazerność i butę wobec owieczek, ale co tam!
    Łaska biskupa była ponad to wszystko, dlatego ordynariusz pomyślał sobie, że przyjaciel od myśliwskich specjałów dobrze by pasował w otoczeniu tej parafii.
Co prawda pieczeni z żubra nie zaserwuje, bo te rogacze są pod ochroną, ale miło by było kończyć spacerek po pięknym parku przy stole ze smaczną dziczyzną.
To wystarczyło do podjęcia decyzji o roszadach personalnych w kilku parafiach!
    A co z dotychczasowym duszpasterzem?
Jemu można zaproponować nową parafię i aby nikt nie zarzucił ordynariuszowi bezduszności- najlepiej dać mu dwie propozycje, niech sobie wybierze!
    Ekscelencjo: A może przy podejmowaniu tak ważnych decyzji inne kryteria [nie tylko to, że się kogoś lubi] winny decydować w doborze kandydatów na pasterzy wspólnot parafialnych?
Może warto pozostawić tak jak jest? Może warto posłuchać głosu wiernych i nie zabierać i niszczyć tego co dobre dla ich wspólnoty?
    A dziczyzna na stole wiernego sługi i tak będzie nadal czekała, bo on zawsze będzie pracował na przychylność swojego przełożonego, taka jego natura!
Kryspin 
P.S. Podobieństwo miejsc i osób o których piszę, jest przypadkowe, choć może nie do końca?

sobota, 4 czerwca 2016

Lednica 2016!

     Jest niedzielny poranek i na Polach Lednickich rozpościera się mglista cisza.
Jeszcze kilka godzin temu było tam zupełnie inaczej.
Mieszkam blisko i dlatego byłem mimowolnym świadkiem tego masowego przeżywania  misterium wspólnoty [nie koniecznie wiary!] młodych ludzi, którzy w minioną sobotę, od samego rana ściągali z najodleglejszych zakątków, by być razem.
Teraz pewnie docierają zmęczeni do swych rodzinnych domów i przez najbliższe godziny będą odsypiać to spotkanie.
     Inni uczestnicy Lednicy, którzy przybyli tam z bardziej przyziemnych pobudek: wszelkiej maści kramarze, mali gastronomicy, zwijają swoje kramiki i pewnie jeszcze nie oddają się objęciom Morfeusza, licząc zyski z jednodniowego biznesu.
     Wielebni Ojcowie Dominikanie, przed skłonieniem na białych poduszkach swych szumiących od głośnej muzyki głów, pewnie jeszcze rozpamiętują to, co się wydarzyło i robią podsumowanie, czy podołali zadaniu i czy impreza była kolejnym "sukcesem"?
     A ja siedzę sobie patrząc w ciszę Lednicy i zastanawiam się, ile z tego wczorajszego zapału [także zapału wiary] pozostanie w sercach młodych uczestników tej masowej imprezy?
Piszę celowo"imprezy", bo wczoraj, gdy z moimi pieskami odbywałem spacer po wiejskich dróżkach okalających teren tego już 20-tego spotkania młodości, miałem nieco mieszane uczucia, gdy mijały mnie grupki uczestników wyposażonych w butelki z piwami.
Przez chwilę, gdyby zapomnieć o intencji ich przyjazdu, pomyślałbym, że udają się na koncert rockowy lub na mecz ulubionej drużyny piłkarskiej.
     A może w tym jest zawarty urok Lednicy, że gromadzi wszystkich?
     Pozostaję z nadzieją, że to jest także siła tego miejsca i ci, którzy tam dotarli nawet tylko po to, by zaliczyć kolejną, rozrywkową imprezę, powrócili z niej trochę w inni, może bardziej świadomi, może lepsi wobec drugiego człowieka?
Kryspin 

"Musimy o tym mówić!"- fragment "Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd"

*
      Minął kolejny rok mojej iluzji spokoju. Jednak każdego dnia bałem się, że wśród przypadkowo spotkanych ludzi, znajdzie się ktoś, kto powie:
Ja ciebie znam i słyszałem o twoich koszmarach na plebani!”
-Bałem się tego każdego dnia, aż do chwili, gdy jedna rozmowa uwolniła mnie od strachu.
Było to 7 kwietnia - początek ciepło zapowiadającej się wiosny.
Do późnego wieczora łaziłem po ulicach i cieszyłem się świeżym powietrzem po dopiero co spadłym deszczu. Nie chciało mi się wracać do czterech ścian mojej samotni i do domu przyszedłem dobrze po dwudziestej drugiej.
Zaraz po powrocie zamierzałem wziąć prysznic i się położyć i wtedy odezwał się dzwonek mojej komórki. Wyświetlił mi się nieznany numer i jak zawsze zamierzałem odrzucić to połączenie, ale pomyliłem klawisz i usłyszałem znajomy głos.
     To był Jurek Maciejewski z mojej rodzinnej miejscowości.
On przed laty także doświadczył „przyjaźni” księdza proboszcza i przez kolejne lata dochodził do normalności, będąc stałym klientem poradni zdrowia psychicznego.
Jego historia była podobna do mojej.
      Przed laty, będąc na studiach, poznał dziewczynę, z którą się ożenił. 
Ich związek przetrwał jednak tylko niecały rok i zakończył się rozwodem.
Od tego momentu wrócił do rodzinnego domu i przez kolejne lata mieszkał z matką. Długo był praktycznie na jej utrzymaniu. Nie pracował i nawet nie szukał jakiegokolwiek zajęcia, choć skończył studia i był dobrze zapowiadającym się nauczycielem historii.
      *
     Teraz zadzwonił do mnie, prosząc o spotkanie i chwilę rozmowy.
Gdybym nie słyszał determinacji w jego głosie, pewnie bym się nie zgodził, bo wiedziałem o czym miałaby ta rozmowa być, a na to nie miałem ochoty i siły.
On pewnie także to wiedział i może dlatego tym bardziej nalegał.
W końcu się zgodziłem!
       Przyjechał następnego dnia i przegadaliśmy całe popołudnie.
Opowiedział mi ze szczegółami swoją historię plebanijnej „przyjaźni”. 
Później mówił o latach traumy, nieudanych próbach powrotu do normalnego życia, niezliczonych sesji terapeutycznych, które tak naprawdę nic nie zmieniły. Wraz z upływem lat było tylko gorzej i dlatego zadzwonił do mnie, czując, że to może być jego droga ocalenia.
     Także opowiedziałem mu swoją historię i nic to, że była ona tak bardzo podobna do jego doświadczeń. Ja tego potrzebowałem, czułem to, że muszę wyrzucić z siebie to wszystko...
Podobnie jak on, ja także wielokrotnie trafiałem na kozetkę psychologa, czy psychiatry i tam mówiłem o tym, ale za każdym razem efekt, podobnie jak u Jurka, był mizerny, żeby nie powiedzieć- żaden!
      Tego wieczoru po naszej rozmowie obaj zrozumieliśmy, że to jest to!
Nam było potrzeba właśnie takiej oczyszczającej wzajemnej spowiedzi naszej krzywdy.
     Wtedy narodził się nam pomysł powołania stowarzyszenia, które mogłoby służyć innym, takim samym ofiarom skrzywdzonym przez ludzi w sutannach....
Od ponad dwóch lat spotykamy się cyklicznie na czymś w rodzaju mitingów. Za każdym razem w innym mieście spotykamy się ze sobą, aby mówić o sukcesach i porażkach w drodze do normalności.
Każdy z nas jest na innym etapie swojego piekła.
Niektórzy dopiero wyszli z tej matni, inni mają już bagaż lat, ale nadal zmagają się z koszmarami wspomnień.
-Co miesiąc spotykamy się w małych kręgach, podobnie jak anonimowi alkoholicy.
-Może to mało stosowne porównanie, ale oni także odnajdują siły na codzienną walkę o normalność, mówiąc o swoim przeszłym koszmarze....
Kryspin

czwartek, 2 czerwca 2016

"Karmię was tym, czym sam żyję!"[św. Augustyn]


     „Do Kościoła przestałam chodzić, bo nie mogłam słuchać kazań o polityce, pieniądzach, albo o tym, że jestem grzesznikiem i tylko w nieskończonej dobroci Stwórcy mogę mieć nadzieję, że kiedyś ominie mnie piekło...[czytelniczka Angory]
Pierwszą część każdej[także niedzielnej] mszy stanowi Liturgia słowa.
Składa się z fragmentów Pisma świętego, które wiernym przybliża czytający je przedstawiciel wspólnoty.
I tu zaczynają się „schody”, gdy do przybliżania biblijnych historii zostaje poproszony lektor. Co prawda w szkole podstawowej uczniowie zaliczają czytanie ze zrozumieniem, to jednak wielokrotnie ta czynność wykonywana w trakcie mszy nie ma nic wspólnego z takim czytaniem.
Słuchacze narażeni są na odbiór bełkotu, lub monotonnego potoku słów i ani o jotę nie przybliża im to istoty treści.
      Nieco lepiej sprawa się ma, gdy dochodzi do czytania Ewangelii. Zwykle czyni to kapłan celebrujący nabożeństwo lub diakon asystujący we mszy świętej.
      Po tym wszystkim następuje kulminacja tej części niedzielnego spotkania, gdy ksiądz staje na mównicy[kiedyś była to ambona] i wygłasza kazanie!
No i tu, przynajmniej dla mnie rodzi się problem, bo w potoku mniej lub bardziej kwiecistych zdań[jest to zależne od tego, czy Bozia obdarzyła księdza darem przemawiania, czy też nie], rozmywają się najważniejsze przesłania z Ewangelii, czyli słowa Chrystusa zapisane przez świadków jego nauczania.
„Nie słucham kazań, bo są nudne!”-to częsty głos uczęszczających na niedzielne nabożeństwa!Większa część uczestników niedzielnych mszy[wiernych] przyjmuje kryterium czasu twierdząc, że kazanie było dobre, bo krótkie!
A treść, przesłanie...? To już interesuje nielicznych zebranych!
      No i efekt jest taki, że 90% wiernych nie słucha kazań, a na pytanie zadane bezpośrednio po wyjściu z kościoła: o czym było homilia, odpowiadają lapidarnie, że o Panu Bogu!
Większa część uczestników niedzielnych mszy [wiernych] przyjmuje kryterium czasu twierdząc, że kazanie było dobre, bo było krótkie! A treść, przesłanie ?- To już interesuje nielicznych zebranych!
     Są dwa rodzaje homilii, które przyprawiają słuchaczy o ziewanie:
1- Kazanie erudyty- Kapłan wychodzący na mównicę[dawniej była to ambona] z góry zakłada, że ma monopol na wiedzę i do tego mieni się ekspertem od wielu dziedzin:
a- znawca Biblii i do tego egzegeta Pisma świętego. Taki kaznodzieja nie odpuści sobie, by słowo po słowie nie powtórzyć dopiero co przeczytany fragment Ewangelii, ale z odpowiednim, teologicznym komentarzem!
b- oczytany, znawca literatury wszelakiej:świeckiej i tej duchowej[ze szczególnym uwzględnieniem cytatów z Jana Pawła II, bo to jest w modzie]. Taki kapłan lubuje się w cytatach, którymi podpiera słowa Chrystusa, jakby one straciły na wartości przez upływ czasu, gdy te nauki rozumieli prości[aby nie powiedzieć prymitywni analfabeci] rybacy i pracownicy winnic.
2- Kazanie obarczone cierpieniem:
W tym przypadku niedzielne męki przeżywają parafianie, gdy ich duszpasterz jest od wielu lat z nimi i wena dawno go opuściła, dlatego powraca do ulubionych przez siebie tematów, niezależnie od okoliczności!
      Święty Augustyn[Doktor Kościoła] powiedział znamienne słowa, które może winny być zawsze w głowie tych, którzy stają na mównicy kościelnego zgromadzenia:”Karmię was tym, czym sam żyję”!
Kapłan żyjący wiarą nigdy nie czyni z ambony mównicy rodem z politycznego wiecu, ani miejscem biznesowego mitingu, gdzie mamona staje się głównym tematem.
Ks. Tischner wygłosił kiedyś kazanie, które trwało minutę. W niedzielę Zmartwychwstania powiedział:”Dzisiaj Chrystus Zmartwychwstał...Wierzysz w to...? Ja wierzę!!!”
     I to wystarczyło, by przekazał słuchaczom całą istotę przesłania Bożej tajemnicy i największego daru dla wierzących, jakim był triumf Chrystusa nad grzechem!
„Karmię was tym, czym sam żyję”!
Kazanie kapłana, nawet tego, który nie jest mistrzem erudycji, nigdy nie będzie nudne, gdy będzie głosem człowieka wiary!
I takich życzmy sobie księży, abyśmy ziewaniem i spoglądaniem na zegarek nie zabijali nudy w czasie niedzielnych homilii!
Kryspin

piątek, 20 maja 2016

Rdza z kluczy świętego Piotra!


      Wielu z nas pamięta fragment z powieści Henryka Sienkiewicza, gdy obwieś i moczymorda prowadził rozmowę ze Zbyszkiem z Bogdańca.[w przerwach pomiędzy kolejnymi łykami miodowego alkoholu mówił o „skarbach”, które trzymał w swoim mieszku: rdza z kluczy św. Piotra, kopytko osiłka, którym święta Rodzina uciekała do Egiptu itp]
Przedstawił mu się jako pobożny pielgrzym, który swe życie poświęcił na nawiedzanie świętych miejsc i przy tej okazji gromadził szczególne pamiątki po pobożnych mężach[i kobietach także], którzy na ziemskim padole heroicznością cnót, a niekiedy i męczeńską śmiercią zasłużyli sobie na miano świętych i takowymi ogłosił ich Kościół.
N o i po nich pozostały pamiątki, które odznaczały się cudowną mocą, którą emanowały na tych, którzy z wiarą je przyjmowali i modlili się o łaski Pana Boga ściskając w swych dłoniach te relikwie, za które oczywiście zapłacili i to nie mało!
     Średniowiecze doszło do mistrzostwa biznesowego w handlu świętymi pozostałościami; niekiedy prawdziwymi, a niekiedy tylko ubranymi w legendę prawdziwości.
     Na szczecie tej korporacji stali ci, którzy z racji swej pozycji w strukturach Kościoła byli najwyżej: Papiestwo, biskupi zaliczani do grona najbardziej zaufanych następcy świętego Piotra i przełożeni zakonni, którzy także liczyli się w tym gronie.
    Myliłby się jednak ktoś, gdyby pomyślał, że ten proceder stał się pieśnią przeszłości.
Wręcz przeciwnie, dzisiejszy Kościół nadal pielęgnuje tradycję relikwii i co bardziej szanująca się świątynia, zabiega o to, aby na poczesnym miejscu eksponować taką niezwykłą pamiątkę.
Dlaczego tak jest?
Bo nadal jest to intratny interes!
    No bo przecież popularny święty, którego odpust odpowiednio się nagłośni i do tego, jeżeli w trakcie takiej uroczystości przybyłym zaprezentuje się pamiątkę oprawioną w kosztowny relikwiarz[na przykład kawałek kości lub odzienia świętego], to wierny ludek, czując bliskość patrona, w większej liczbie stawi się ze swoimi sprawami, które święty załatwi.
Oczywiście taka niezwykła pamiątka musi być prawdziwa, a o to dbają już wyższe instytucje kościelne, które zajmują się certyfikacją świętych pozostałości!
No to teraz naraziłem się wielu i ktoś pewnie napisze do mnie: że szargam świętości, neguję pośrednictwo świętych w naszych modlitwach i drwię z najcenniejszych pamiątek po największych synach[i córkach] Kościoła!
Nic bardziej mylnego!
     Mam dwoje wspaniałych dzieci: starszego syna i młodszą o cztery lata córkę[niestety już są dorośli]. Gdy byli jeszcze mali, to ona, bardziej śmiała, często przychodziła do mnie załatwiać sprawy w imieniu brata i wtedy siadając mi na kolanach mówiła na przykład: „Tatusiu, a ja bym bardzo ucieszyła się, gdyby na gwiazdkę święty Mikołaj przyniósł nam zestaw Lego, o taki jak ten!” i pokazywała mi w katalogu wymarzoną zabawkę, ale to było pragnienie mojego synka.
Uśmiechałem się wtedy i prosiłem, aby przyprowadziła ze sobą braciszka i by ponownie razem przedstawili tę prośbę.
     Wracając do naszych świętych i pamiątek[relikwii] z nimi związanych; Nie zlecajcie świętemu Antoniemu, aby za was szukał zgubionego portfela, świętemu Judzie Tadeuszowi, by za was załatwił beznadziejną sprawę w urzędzie.
Zamiast tego zaproście ich, aby zatrzymali się obok was i może razem poszukacie, czy załatwicie!
Tak rozumiem kult świętych i szacunek do ich relikwii!
Sądzę, że powinniśmy wykreślić z naszych myśli słowo: „Za przyczyną”, a zastąpić je :”w obecności!”
Bóg jest dawcą łask i on najlepiej wie, czego nam potrzeba, a święci?
     Oni dodają nam odwagi i stają przy nas w naszych prośbach i tylko tyle od nich wymagajmy!
P.S.
    Dziwnym zrządzeniem losu jestem w posiadaniu ostatniego podpisu Kardynała Wyszyńskiego, który ten złożył w Gnieźnie przed śmiercią. Zważywszy na proces kanonizacyjny jego osoby, który zakończy się ogłoszeniem go błogosławionym albo nawet świętym, pomyślałem sobie, że może oprawię moją Biblię[z tym podpisem] w złoty relikwiarz i zapoczątkuję coś na kształt sanktuarium jego osoby?
    Nie! Jednak tego nie zrobię, bo nie mam żyłki do biznesu !
Kryspin

wtorek, 17 maja 2016

Więzień tabernakulum!


  Już za kilka dni na uliczkach naszych miast pojawią się kolorowe płatki kwiatów, które rozsypią dziewczynki na trasie przejścia uroczystej procesji Bożego Ciała.
W ten sposób upiększą drogę, którą odbędzie Chrystus w Eucharystycznej postaci, ubranej w złoto monstrancji niesionej przez kapłana.
Na trasie przemarszu zgromadzą się tłumy pragnących być blisko swojego Zbawiciela i rzesze ciekawskich, dla których to święto będzie tylko kolejną okazją do wolnego od pracy dnia.
Wszyscy ulegną jednak magii niecodziennego wydarzenia i na głos uroczystego hejnału odgrywanego w chwili, gdy procesja dotrze do kolejnego z czterech ołtarzy polowych, przyklękną w geście pokory.
Później kolejny raz skłonią swoje karki, gdy kapłan uniesie wysoko w górę zdobną monstrancję, aby dokonać aktu błogosławieństwa zebranych.
I po tym wszystkim zakończy się ten doroczny przemarsz Chrystusa po ulicach naszych miast, miasteczek i wiejskich dróżek.
W kolejnych dniach oktawy[ośmiodniowy okres po święcie] procesje ograniczą się tylko do terenu przykościelnego, gdzie potrzebę kolejnych spotkań z procesyjnym orszakiem Chrystusa spełnią tylko ci, którzy odwiedzą Go w czasie popołudniowej liturgii.
Procesja Bożego Ciała to nie jedyna okazja spotkania Eucharystycznego Chrystusa na ulicy naszych miast, choć ci, którzy głośno domagają się ograniczenia Jego obecności w przestrzeni publicznej, z tego faktu pewnie nie są zadowoleni?
Bliskie spotkania z Panem Bogiem odbywają się przypadkowo.
Najczęściej zdarza się to, gdy kapłani podążają z posługą chorym lub umierającym.
Wtedy Chrystus, pod postacią małego białego komunikantu, zanoszony jest tym, którzy z racji swej choroby, nadwątlonego zdrowia lub starości, sami nie mogą stawić się w świątyni, aby w sakramencie komunii świętej go przyjąć.
Wcześniej wspomniałem, że taka obecność Boga w przestrzeni publicznej drażni niektórych ludzi dalekich od Kościoła, ale trzeba powiedzieć, że takie przypadkowe spotkania Chrystusa rodzą kłopotliwą sytuację także dla wielu wierzących.
Wielokrotnie tego doświadczałem, gdy udawałem się z posługą sakramentalną do chorych w parafii: do ich domów, czy szpitala.
Wtedy przechodzący, widząc kapłana w białej komży z korporałem na piersi [rodzaj ozdobnej saszetki do przenoszenia eucharystii], nagle zdawali się być bardzo zainteresowani źdźbłami trawy na kwietniku, lub czymkolwiek innym, aby tylko móc znaleźć pretekst do odwrócenia głowy.
Bardzo nieliczni przystawali na chwilę w swoim zabieganiu i przyklękali, albo choćby schylali głowę w geście pokornego przywitania ze swoim Bogiem!
Po upływie wielu lat [ponad 30] od tamtych zdarzeń, obserwuję, że dzisiaj nawet takich pretekstów nikt nie szuka, jakby wymiotło wiarę z naszych ulic, a i kapłani „starają się”jakoś bardziej dyskretnie „transportować” Eucharystycznego, bez otoczki białej komży i z małym naczyniem wciśniętym gdzieś za pazuchę[zimą!] lub skrywanym pod letnim okryciem.
W czasach poprzedniego „jedynie słusznego” ustroju tamtejsze władze próbowały sprowadzić wiarę do kościelnych murów i wtedy Prymas Tysiąclecia polecił swoim kapłanom, w miejscach publicznych przebywać w stroju duchownym, sutannie, aby choć w takiej formie świadczyć o tym, że Chrystus ma prawo być w przestrzeni publicznej.
W procesjach Bożego Ciała Bóg dał nam okazję, do zamanifestowania wiary! Może warto to świadectwo naszego przywiązania do czegoś więcej, aniżeli dary tego świata, manifestować tak zwyczajnie, na co dzień.
Także wtedy, gdy „Więźnia tabernakulum” spotkamy przypadkowo na naszej drodze, kiedy kapłan będzie go niósł do chorego lub tego, kto ma wkrótce rozpocząć swoją ostatnią podróż.
A tak na koniec: Boję się dożyć takiego czasu, gdy w imię postępu i wolności od Boga w naszej publicznej przestrzeni, Ciało Chrystusa chorym i innym potrzebującym, w zaklejonej kopercie, będzie przynosił przedstawiciel poczty.
Kryspin

niedziela, 15 maja 2016

"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"- rozmowa z księdzem Kanclerzem!

     Kanclerz był człowiekiem w mocno średnim wieku, z pasemkami siwych włosów na skroniach i posturze gladiatora rodem z rzymskiego Koloseum.
Wskazał nam krzesła stojące półkolem przed wielkim, jakby na jego miarę skrojonym biurkiem, za którym zasiadł w równie okazałym fotelu.
W narożniku olbrzymiego pokoju było jeszcze jedno biurko, mniejsze.
Przy nim zasiadł sekretarz i rozłożył białe, puste kartki papieru.
     Dopiero później zrozumieliśmy, że zajął to dyskretne miejsce, aby notować przebieg spotkania, notując każde padające tam słowo.
Przez moment poczuliśmy się jak w sali rozpraw sądowych, a przed nami siedział sędzia mający rozpatrzyć naszą krzywdę.
     Przez kilka minut mówiła tylko moja matka.Ksiądz kanclerz, nie przerywając jej relacji, siedział z posągową miną do chwili, aż zasugerował, że wobec tak drastycznych spraw, o których go informowała, najlepszym byłoby, aby dalszy ciąg rozmowy mógł przeprowadzić tylko ze mną i to bez obecności świadków.
      Rozmowa trwała ponad godzinę i w większości był to monolog z mojej strony. Ja mówiłem swoją historię, a on słuchał w skupieniu i tylko, gdy w emocjach przyspieszałem wypowiadane zdania, prosił, abym jeszcze raz spokojnie opowiedział dany fragment, aby sekretarz mógł wszystko zanotować.
Ani jednym słowem nie komentował tego, o czym mówiłem. Słuchał mnie ze stoickim spokojem i tylko raz wyraz jego posągowej twarzy uległ zmianie, gdy opowiadałem o gościach rozpasanego wieczoru sprzed kilku tygodni, kiedy to w plebanijnym wieczorze brali udział księża na co dzień zajmujący eksponowane stanowiska w kościelnych strukturach... 
Ale nawet wtedy nie odezwał się, nie zadał mi żadnego pytania.
      Gdy moja spowiedź krzywdy dobiegła końca, poprosił do pokoju pozostałe osoby, które przyjechały ze mną tego dnia.
Długo milczał świdrując po kolei każdą osobę chłodnym spojrzeniem, jakby jeszcze raz chciał się upewnić, że to wszystko, co usłyszał, było prawdą.
    Po chwili podszedł do niego sekretarz z plikiem zapisanych odręcznie kartek, na których znajdował się protokół z tego wszystkiego, o czym mówiliśmy.
-”No tak....
-Teraz pozostaje tylko podpisami, które złożycie na tych kartach, potwierdzić to wszystko, o czym tu dzisiaj usłyszałem....”     
    Powiedział to niskim, zmęczonym głosem cały czas trzymając w wielkich dłoniach zapisy krzywd, których doznaliśmy za przyczyną człowieka, który zawiódł nie tylko nasze zaufanie.
Kurialista jeszcze przez chwilę skupiał swoje spojrzenie na zapisanych kartach, jakby chciał jeszcze raz poznać ich treść, a może po prostu tłukł się z myślami, co dalej z tym wszystkim zrobić.
Na koniec kolejny raz powiódł wzrokiem po przybyłych i powiedział:
-”Jesteście świadomi, że to wszystko, co zostało tu spisane, może wyrządzić wiele krzywdy i zniszczyć ludzkie życie...? „
Zadał pytanie niby do wszystkich, ale poczułem, że szczególnie kierował je do mnie.
     W jednej chwili ogarnęła mnie wściekłość, bo dotarło do mnie, że ten człowiek nic nie zrozumiał z tego wszystkiego, o czym mówiłem, albo w imię niezrozumiałej dla mnie logiki, najchętniej w wielkich łapach podarłby te zapisane karty naszych krzywd, aby było po sprawie.
     Wstałem i zdecydowanie podszedłem do biurka. Nie mówiąc nic, wziąłem do ręki długopis leżący w zagłębieniu marmurowego, zabytkowego kałamarza stojącego przy mosiężnej lampie z witrażowym abażurem w kształcie małej kopuły zakończonej pozłacanym krzyżem i patrząc cały czas w jego zimne spojrzenie, złożyłem podpis na zakończeniu protokołu.
-To wszystko zostało tu spisane, bo ta krzywda się już dokonała i zniszczyła niejedno życie, także i moje!-Wycedziłem, patrząc mu cały czas w oczy z coraz bardziej narastającą złością.

wtorek, 10 maja 2016

Gipsowa Madonna!

      „Jestem człowiekiem niewierzącym, po 60. Oczywiście urodzony, ochrzczony w rodzinie wiejskiej, chodzący niegdyś  do kościoła, spowiedzi, itp. Co mnie skłoniło do mej niewiary? Już we wczesnej młodości w salce katechetycznej zastanawiało mnie, dlaczego ksiądz tak krytykował oddawanie czci przez  plemiona drewnianemu  Światowidowi z czterema obliczami, a na koniec odwracaliśmy się do glinianej Matki Boskiej, robiąc to samo?”
To fragment listu od czytelnika rubryki: Ksiądz w cywilu.
     W dalszej części tej korespondencji mój rozmówca[mailowy] wykazał się dożą, aby nawet nie powiedzieć głęboką wiedzą od procesu powstawania Biblii, a na fizyce kwantowej, w której szukał odpowiedzi na ciągle rodzące się w nim pytania dotyczące wiary, kończąc.
    Na początku listu zaznaczył jednak, że jest człowiekiem niewierzącym, czyli jakby się przyznał, iż lata dociekań nie dostarczyły mu dowodów, na których mógłby oprzeć swoją wiarę.
     Ktoś teraz powie, że to ja wyciągam błędne wnioski, bo równie dobrze można by powiedzieć, że to jego wiedza dostarczyła mu przesłanek, aby uznał, że wiara jest tylko wymysłem pragnienia bycia kimś większym od innych ssaków żyjących obok nas.
     Sądzę jednak, że porównanie figury słowiańskiego Światowida z gipsowym odlewem postaci Matki Boskiej trąci prowokacją, którą stosują ludzie szukający pretekstu swojej niewiary.
     Gdy na biurku szefa w firmie zauważymy zdjęcia jego żony i dzieciaków, to rozumiemy, że znalazły się tam, ponieważ on kocha swoją rodzinę i w chwili rozłąki choć w takiej formie pragnie czuć ich bliskość.
Gdyby jednak tenże przy swoim miejscu pracy w antyramie miał tylko zdjęcie wymyślonej postaci z kreskówki, to pewnie by nas to trochę zdziwiło.
Aby jednak poruszać się w realiach wiary, trzeba zauważyć, że niektórzy katolicy mają obrazoburcze skłonności traktując wizerunki Madonny[ także figury z jej podobizną], jak swego rodzaju magiczne totemy żywcem przeniesione z wierzeń ludów pierwotnych.
     Drugie przykazanie z Dekalogu wyraźnie zabrania obdarzania czcią malowideł i figur, choćby powstały z religijnych pobudek i właśnie na ten zakaz przez wieki powoływali się przeciwnicy takich religijnych dzieł.
To między innymi stało się przyczyną rozłamów w Kościele, gdyż Prawosławie i Protestantyzm nie zaakceptowały interpretacji Kościoła Rzymskiego, że istotą kultu wizerunków świętych, jest cześć oddawana bohaterom tych religijnych dzieł, a nie samym wizerunkom!
Taka teologiczna wykładnia wydaje się być logiczna i słuszna, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że w wielu przypadkach mamy do czynienia z niekonsekwencją ze strony hierarchów posługujących się skrótami teologicznego rozumowania.
    Wystarczy udać się do miejsc kultu wizerunków Madonny: Jasna Góra, Licheń i wiele innych pomniejszych ośrodków „szczególnej łaski”, a może należałoby powiedzieć-nadziei, rozsianych w pobliżu naszego miejsca zamieszkania, aby zaobserwować folklor wiary prostych ludzi.
Z pokorą, niekiedy z poranionymi kolanami[ bo w takim geście uniżenia przebywają niekiedy setki metrów przed dotarciem przed Jej oblicze] przychodzą „załatwić” z Nią swoje sprawy.
Na koniec pielgrzymiego trudu jeszcze zakup kiczowatej kopii cudownego obrazu i można wracać do codzienności.
Takich miejsc kultu wizerunków Bożej Rodzicielki jest bez liku i to trochę trąci obrazoburstwem, ale czy można krytykować, ba :potępiać taką prostą wiarę?
     Panu Bogu i Jego Matce z pewnością to nie przeszkadza i może tylko niekiedy uśmiechają się do tych prostych serc, które kochają Ich wiarą dziecka
Jeśli jednak taka forma ludowej pobożności czyni ludzi lepszymi, to co w tym złego?
Najważniejsze jest to, aby oczami wiary sięgać do osoby uwiecznionej na omodlonych obrazach, czy figurach, nawet gdyby były z przysłowiowego gipsu.
     Mój mailowy rozmówca, jako młody chłopak, nie dostrzegał różnicy pomiędzy posągiem Światowida, a figurą Bożej Rodzicielki i choć trudno mi uwierzyć w niezrozumienie u niego wtedy, to z pewnością mogę stwierdzić, że takim niezrozumieniem dorosły i myślący człowiek stara sam sobie wytłumaczyć swoją niewiarę!
Kryspin

czwartek, 5 maja 2016

Mam dwie Matki!

     Do końca życia pozostanie mi w pamięci chwila, gdy w szpitalnej sali ostatni raz trzymałem w dłoni rękę mojej umierającej matki.
Do szpitala trafiła po udarze mózgu i lekarze jednoznacznie określili jej stan [zważywszy na zaawansowany wiek-86 lat] jako nie dający nadziei na pozytywne zakończenie.
Od dwóch dni była w półśnie bez świadomości i dlatego czuwaliśmy przy jej łóżku wiedząc, że chwila ostatecznego pożegnania jest tylko kwestią godzin.
Odeszła w południe ściskając moją rękę do ostatniego tchnienia. Później jej dłoń rozluźniła się i osunęła na białą pościel szpitalnego łóżka.
I tylko jej twarz nabrała wyrazu spokoju i uwolniła się od bólu smutku rozstania.
      Wtedy zrozumiałem tak do końca, że śmierć matki staje się końcem rodzinnego domu!
Już dawno staliśmy się dorośli i rozjechaliśmy się po świecie, ale były takie dni, niekiedy krótkie chwile, gdy wracaliśmy do rodzinnego domu, gdzie ona była i za każdym razem, gdy nasze odwiedziny dobiegały końca, stawała w oknie za firanką i długo patrzyła w dal naszej drogi, jakby chciała nadal chronić nas swoją miłością.
     Jest teraz maj, czas kwitnącej wiosny, ale to także piękny miesiąc naszych mam, choć dopiero u jego schyłku podążymy do nich z bukietami wdzięczności, to cały maj wydaje się być dla nich!
Kiedyś usłyszałem zdanie od gorliwego w swej wierze ewangelika, który z nutą smutku powiedział:”Czcimy tego samego Boga, gromadzimy się w podobnych świątyniach, ale zazdroszczę katolikom, że w waszych kościołach macie tę, która zrodziwszy naszego zbawiciela, stała się Matką każdego z was!”
A to wszystko z naszej, ludzkiej perspektywy zaczęło się pod krzyżem, gdy Zbawiciel dopełniając w cierpieniu ostatecznego zadośćuczynienia, pozostawił nam ostatni swój dar: „Oto matka twoja!”
     Aby zrozumieć wielkość tego daru, musimy powrócić do wydarzeń wcześniejszych, gdy w betlejemskiej stajni Bóg narodził się tak zwyczajnie, po ludzku [Ewangelia mówi wprost, że:”Stał się jednym z nas”] i stało się to z udziałem Maryi, którą wybrał na Swoją Matkę!
Pobożność Maryjna wcale nie stanowi sprzeczności, swoistego zagrożenia dla należytego kultu, jaki człowiek winien jest samemu Bogu [ a takie zarzuty stawiają wyznawcy kościołów protestanckich powołując się na nauczanie swojego założyciela: Lutra]
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że Kościół katolicki prze wieki „zapracował ” na głosy krytyczne ze strony wyznawców innych kościołów chrześcijańskich, mnożąc dogmaty i wszelakie tytuły, którymi oplótł matkę naszego Zbawiciela [ Niepokalanie poczęta, Wniebowzięta z duszą i ciałem, Królowa nieba i ziemi itd.], a to wszystko nie znajdowało akceptacji ze strony innych wyznań!
Gdy do tego dodamy ciężkie, kapiące od złota feretrony zakładane na jej obrazy i wszelkiej maści figurki Niepokalanej obnoszone w trakcie pobożnych procesji, a na rozrosłych sanktuariach, w których według mniej czy bardziej wiarygodnych świadectw, dokonują się niezwykłe rzeczy za jej wstawiennictwem, to jakoś stajemy się przed nią coraz mniejsi, gdy Ona swą doskonałością dotyka wyżyn boskości!
-Oto matka twoja!
Ktoś powie, że mógł dodać: To moja Matka, Rodzicielka dla Syna Bożego, a teraz ja ciebie maluczki człowiecze wynoszę na wyżyny boskości czyniąc ją także twoją matką!
On nie musiał wygłaszać litanii o jej niezwykłości, bo w tych trzech słowach powiedział wszystko: 
Oto Matka twoja!
     Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo mam dwie matki i tak sobie myślę, że nawet ludzie niewierzący, dalecy od Boga wyznający inny światopogląd, też są szczęściarzami, bo i oni mają także dwie matki!
     Czasem, gdy w maju przejeżdżam alejami kwitnących drzew, mijam figury Matki Bożej poustawiane na rozstajach wiejskich dróg i gdy tam widzę gromadki rozmodlonych wiernych śpiewających dla niej pieśni nabożeństwa majowego, to przychodzi mi na myśl obraz mojej matki.
Widzę ją wtedy stojącą w oknie, za firanką.
      Pewnie teraz tak jest, wiem to, że stoi gdzieś w oknie nieba, a obok niej, za firanką jest także Ona!
Moje dwie matki, które mnie chronią swoją miłością!
Kryspin

sobota, 30 kwietnia 2016

"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"- fragment:"Niepokojące wspomnienie wujka Mietka!"

-”Nasz Michał nie musi zastanawiać się nad wyborem kierunku studiów i szukaniu odpowiedniej uczelni, bo będzie księdzem i od października rozpocznie studia w seminarium!”
     Po tej nowinie, którą obwieściła z uśmiechem na rozpromienionej twarzy, przy stole zapadła kłopotliwa cisza.
     Poczułem się wtedy bardzo głupio i przez chwilę byłem nawet ściekły, że nie uzgadniając tego ze mną, roztrąbiła nowinę, która zważywszy na wydarzenia ostatnich tygodni, wcale nie była taka oczywista.
Zakłopotanie przy stole nie było jednak tylko moim udziałem, bo po jej słowach Mietek nagle spoważniał i milcząc wlepił we mnie zdziwione spojrzenie.
     Mama zrozumiała, że niezręcznie to wyszło i chcąc ratować sytuację dodała, że już od dłuższego czasu więcej godzin spędzam w kościele, aniżeli w domu i do tego ksiądz proboszcz wielokrotnie nie mógł się mnie nachwalić i  także wyraził swoją nadzieję na temat mojej przyszłości w kapłańskim stanie.
     Ta kolejna przemowa wcale mnie nie uspokoiła i dlatego nagle wstałem od stołu i przeprosiwszy obecnych, poszedłem do swojego pokoju.
Na odchodne rzuciłem tylko, że za tydzień mam maturę i niestety muszę się uczyć.
     Już nie zszedłem do gości i całe popołudnie przesiedziałem skulony na swoim tapczanie i zwyczajnie ryczałem jak bóbr.
Nie miałem ani ochoty, ani siły, aby rozmawiać z kimkolwiek i nawet nie pożegnałem się z krewnymi, gdy wyjechali od nas późnym popołudniem.
Moja mama przyszła do mojego pokoju dopiero przed kolacją.
Usiadła na brzegu tapczanu i przez chwilę milczała.
    Nawet nie próbowałem ukrywać podłego nastroju i podświadomie czekałem, aby zadała mi pytanie, co się ze mną stało.
Czułem, że po nim byłbym wstanie wyrzucić z siebie to wszystko, co paliło mnie w środku niczym rozżarzone węgle.
Ona tylko patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem, w którym widziałem strach przed tym, co miałaby usłyszeć.
    Po dłuższej chwili matowym głosem powiedziała:
-”Rozmawiałam z Mitkiem po obiedzie. Poprosił mnie do drugiego pokoju i opowiedział mi o tym, co zdarzyło się dawno temu.
    Gdy wujek był jeszcze w liceum, nasz ksiądz pracował w ich parafii jako wikariusz. Zajmował się tam grupą ministrantów i lektorów.
Mieciu opowiedział mi o młodym chłopaku, który popełnił samobójstwo będąc w drugiej klasie liceum.
    Wtedy w parafii ludzie mówili, że winnym jego śmierci był nasz ksiądz.
Wtedy już powszechnie krążyły plotki, że miał skłonności do lubienia małych chłopców, ale nic poza szemranymi nowinkami mu nie udowodniono, a dzieciaki nie chciały nic mówić przeciwko opiekunowi.
Jedyny Maciek wyłamał się z tej zmowy milczenia, szkoda tylko że zrobił to w tak dramatycznych okolicznościach....Zostawił list pożegnalny w którym napisał, że nie chce dalej żyć właśnie przez niego. Podobno opisał bardzo szczegółowo wszystko, co go spotkało ze strony księdza.
    Jego rodzice z tym listem pojechali do kurii, ale na niewiele się to zdało, bo jedyne, co zrobili przełożeni kapłana, to nagłe odwołanie i przeniesienie na inną parafię, z której po dwóch latach dostał awans na proboszcza i od tego czasu jest u nas.”
Kryspin

środa, 27 kwietnia 2016

Tam, gdzie jest miłość, nie ma zdrady!

     Jeden z arcybiskupów naszego episkopatu w trakcie cyklicznego spotkania z wiernymi ustosunkował się do spraw małżeńskich, a konkretnie do przypadku zdrady jednego z zaślubionych.
Arcypasterz zdecydowanie odrzucił możliwość rozstania z tak „prozaicznego” powodu stwierdzając, że w formule przysięgi małżeńskiej nie ma ani słowa o warunkowaniu trwałości związku od wierności współmałżonków!
Jakby tego było mało, powołał się na przykład przebaczenia, jakim Piotra obdarował Chrystus po jego zdradzie pierwszego wśród Apostołów!
Wisienką na torcie było podsumowanie prelegenta w sutannie, że sama zdrada w małżeństwie może być zaczynem lepszej miłości takiego związku!
A mnie się wydaje czcigodny księże biskupie, że w ogóle nie powinniśmy mówić w takim przypadku o sakramencie małżeństwa!
Rozstanie dwojga osób, po zdradzie jednego z nich, czy też po obopólnej niewierności nie powinno być traktowane jako rozwód!
     Według prawa świeckiego, rozwód ma miejsce wtedy, gdy uprzednio obie strony zawarły ważny akt małżeństwa.
Ludzie wyrażeniem woli w obecności urzędnika stanu cywilnego zostają uznani jako małżeństwo i tu sprawa jest prosta . Świecki prawodawca dopuszcza możliwość wycofania się z takiego przyrzeczenia i dlatego ludzie na życiowych zakrętach mogą wystąpić o rozwód, czyli o przywrócenie wolności od nieudanego związku!
Inaczej jednak jest z sakramentem małżeństwa, który pieczętuje Kościół.
Przyrzeczenie przed ołtarzem jest według prawa kanonicznego ostatecznym i wiążącym aż do śmierci [co najmniej jednej ze stron tak danego słowa]!
Krótko mówiąc: Nie ma rozwodu od sakramentu małżeństwa, co zresztą kościelny świadek małżeńskiej przysięgi, którym jest kapłan sprawujący liturgię, przypomina pod koniec ceremonii: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela!”
W Kościele nie ma rozwodów, ale co jakiś czas słyszymy, że ktoś tam uzyskał orzeczenie o nieważności swojego niedanego związku!
W jednym z felietonów Księdza w cywilu już pisałem o warunkach koniecznych do uzyskania takiego werdyktu ze strony kościelnych władz, ale chciałbym powrócić jeszcze raz do tej kwestii w związku z wypowiedzią, którą opisałem powyżej.
Kluczem i przepustką do ważności sakramentu małżeństwa jest Miłość!
Wierność, uczciwość i zapewnienie, że cię nie opuszczę, są tylko pochodnymi tej najważniejszej z cnót i bez niej nie mają żadnej wartości.
Problem jest w tym, że niewiele osób potrafi z całą pewnością stwierdzić, że kochają drugą osobę i zauroczenie, chwilowy zachwyt, błędnie utożsamiają z Miłością!.
Miłość to pełna rezygnacja z siebie na rzecz drugiej osoby, którą chcemy uczynić jedynym właścicielem wszystkiego, co nas stanowi!
Jeśli to samo otrzymujemy z drugiej strony, to dopiero wtedy możemy odpowiedzialnie zdecydować o wspólnej drodze w małżeństwie!
Taką właśnie definicję Miłości przekazał nam św. Paweł w „Hymnie o Miłości” !
W Kościele nie ma rozwodów, ale wiele par stających na ślubnym kobiercu nigdy nie doświadcza mocy sakramentu małżeństwa, bo nie otwarli się na Miłość, czyli ich zapewnienie w czasie kościelnej uroczystości jest tylko odklepaniem martwej formułki bez żadnej wartości!
Małżeństwa oplecione prawdziwą Miłością obojga, nigdy nie popadną w kryzys związku wywołany niewiernością czy innymi ekscesami, które są zaprzeczeniem Miłości!
Wielebny Hierarcho świętego Kościoła!
-Nie piętnuj w swym nauczaniu osób okaleczonych przez brak miłości i nie przekonuj, że niewierność może być drogą do naprawy budowli małżeństwa, bo jej prawdopodobnie nigdy tak naprawdę nie było.
-Nie mów kobietom poniewieranym przez męża sadystę, że to krzyż ich małżeństwa i muszą w nim trwać, bo tego ślubu[sakramentu] w takim chorym związku nigdy nie było!
A może warto by było młodym ludziom zafundować dobrą edukację do życia w Miłości?
Gdy ani w szkole, ani wśród najbliższych nie mogą liczyć na taką naukę, to może Kościół podejmie trud wychowywania ich do życia w Miłości, tej prawdziwej cnocie, która w przyszłości będzie chroniła ich związki przed kryzysami!
Kryspin

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Mierna, ale wierna[swojej miernocie!]

     Na koniec kwietnia Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu organizuje w ramach tzw: "Poznaniady" Kiermasz Wydawców Książek.
     Na tę imprezę, w trakcie której mieszkańcy tego szacownego grodu mogliby zapoznać się z dokonaniami literackimi rodzimych twórców, mój wydawca zaproponował mi udział. Decydującym w tej kwestii było to, że moje książki:"Zakochana koloratka" i "Zatroskana koloratka-pasterze i najemnicy" nieprzerwanie cieszą się zainteresowaniem czytelników i dlatego  Wydawca uznał, że dobrze byłoby, aby zainteresowani mogli w trakcie takiej imprezy poznać autora książek, które przypadły im do serca.
Bardzo ucieszyłem się i zgodziłem się wziąć udział w takim spotkaniu.
    No i po kilku dniach zimny prysznic, gdy przedstawiciel wydawnictwa z nietęgą miną i trochę zażenowany poinformował mnie, że jednak do takiego spotkania z czytelnikami niestety nie dojdzie, bo pani dyrektor Biblioteki Raczyńskich nie wyraziła zgody na mój udział!
Po tej informacji zadałem sobie retoryczne pytanie: Dlaczego?
Piszę retoryczne, bo pani "wielki cenzor" unika rozmowy ze mną i w tej kwestii odsyła mnie[przez sekretarkę] do działu promocji, a tam rozkładają ręce i informują grzecznie, że oni nic nie mogą, gdy szefowa powie:Nie!
    Zadałem sobie więc kolejny raz retoryczne pytanie, ale już trochę inne: Czy ta pani przeczytała moje książki i krytycznie uznała, że nie zasługują na popularyzację?
No ale wtedy obraża gust i ocenę tysięcy moich czytelników, którzy z wielkim entuzjazmem je przeczytali- czego mam dowody w niezliczonych mailach z podziękowaniami!
Dlaczego?- Kolejny raz pytam siebie   i aż boję się odpowiedzi, która mi się nasuwa!
     Pani Aniu [nazwisko pomijam] zachęcam do przeczytania fragmentu "Zatroskanej koloratki"-konkretnie o nauczycielu PO[przysposobienie obronne] w mojej szkole[tam, gdzie pracowałem]. Był to prymitywny karierowicz, który nieustannie węszył skąd dmucha wiatr historii i zgodnie z nim ustawiał żagielek swojej łódeczki, aby popłynąć zgodnie z obowiązującym aktualnie prądem.
Oślizły, mały człowieczek, który swoją osobę nieustannie rozmieniał na drobne w myśl zasady : "Mierny, ale wierny [ale tylko na jakiś czas]
A fe pani dyrektor! Nie godzi się być tak zastraszoną osobą, która nieustannie zmusza samą siebie do czynienia zwrotów w stronę wietrzyka historii.
A może nie nadaje się pani do zarządzania tą szacowną instytucją?
     Literaturze szkodzą grafomani, ale równie groźni są "cenzorzy", którzy uzurpują sobie prawo do decydowania, która książka winna trafiać do czytelników[znamy takich z naszej historii i z okresu, gdy na stosach palono  literaturę nieprzystającą do ideologii]
      Cieszę się, że za każdym razem literatura wychodzi z takich konfrontacji obronną ręką, a jej przeciwnicy prędzej czy później trafiają na śmietnik historii i nawet ich nazwisk nikt nie pamięta i dobrze!
Kryspin Krystek

czwartek, 21 kwietnia 2016

Ewolucja zmian, czy rewolucja...., którą drogą pójdzie Kościół?

Dlaczego musiał umrzeć Jezus z Nazaretu?
      Domorosły teolog odpowiedziałby krótko: Jezus Chrystus musiał umrzeć, abyśmy otrzymali przebaczenie naszych win i by otworzyła się dla wszystkich ludzi perspektywa wiecznego szczęścia!
A gdybyśmy dalej drążyli temat i zadali kolejne pytanie: Czym się tak naraził współbraciom z Narodu Wybranego, że zawlekli go przed oblicze Piłata, aby ten „przyklepał” wyrok na Niego?
Na tak zadane pytanie mamy odpowiedzi zawarte w ewangelicznych relacjach z ostatnich dni Chrystusa w Jerozolimie.
      Mistrz z Nazaretu „zapracował” sobie na wielkopiątkowy krzyż: Ośmielił się polemizować z Uczonymi w Piśmie, mianem „pobielanych grobów” nazwał Faryzeuszy [najbardziej elitarną grupę w społeczności izraelskiej], a na koniec rozprawił się z kramarzami z dziedzińca świątynnego, przepędzając z tego szczególnego miejsca drobnych handlarzy, ale tym samym targnął się na źródło niebagatelnych dochodów kapłanów[ bo to oni pobierali swoiste „franczyzy” od każdego stoiska!]
     Od ponad dwóch tysięcy lat istnieje Kościół Katolicki, który w tak dramatyczny sposób [od krzyża i męczeńskiej śmierci] zainicjował Jezus Chrystus!
Analizując wydarzenia, które towarzyszyły narodzinom Kościoła, musimy zgodzić się z tym, że powstał on w wyniku rewolucyjnego sprzeciwu.
Przez trzy ostatnie lata swojego ziemskiego życia, Nauczyciel z Nazaretu wskazywał konieczność zmiany starego porządku, odrzucenia obrosłych ludzką pychą zasad Jerozolimskiej Świątyni, w której Bóg stał się kimś odległym dla zwykłych wiernych będąc jednocześnie orężem władzy garstki uprzywilejowanych.
     Historia zna dwa określenia na zmiany porządku rzeczy: ewolucja lub rewolucja.
Ewolucja zmian przegrywa jednak w konfrontacji z pychą i przekonaniem o monopolu na mądrość, a taką postawę prezentowali arcykapłani i faryzeusze.
Stary porządek przegrał wobec konieczności zmian i naprawy tego, co nie przemawiało już do serc szeregowych wyznawców!
     U początku Kościoła, mieliśmy klasyczny przykład rewolucyjnego zwrotu historii .Od religii niewolników, lokalnego ruchu wyznawców człowieka, który po ludzku przegrał na drzewie hańby [do tego działo się to w mało znaczącej rzymskiej prowincji gdzieś na obrzeżach imperium], aż do potęgi religii ogólnoświatowej, jaką jest Chrześcijaństwo dzisiaj!
Ale czy Kościół wyciągnął naukę z tej historii, nie wiem?
     Gdy rozpoczynałem swoją drogę seminaryjną, nasz przełożony często powtarzał: „Kościół nigdy nie będzie klubem dyskusyjnym, a jego siłą jest: „Precedencja i posłuszeństwo!”[czyli: „Znaj swoje miejsce w szeregu i bądź posłuszny temu, który jest nad tobą!]
To jest zasada hierarchiczności w Kościele, w którym nie ma miejsca na demokrację i zdanie inne, aniżeli głosi oficjalna nauka sterników Łodzi Piotrowej.
Pewnie ku temu służyło ustanowienie dogmatu o nieomylności Papieża, który wiernym Kościół zafundował w 1870 roku!
     Gwoli ścisłości- Nieomylne nauczanie następcy św. Piotra obwarowane jest pewnymi uściśleniami: Dogmat precyzuje, że chodzi o nauczanie ex cathedra [oficjalne stanowisko!] i tylko w sprawach wiary i obyczajów!
     Kościół Powszechny jest od pewnego czasu w kryzysie[odpływ wiernych i coraz większa liczba osób manifestujących swoją dezaprobatę do nakazów nie przystających do współczesnych realiów świata] i musi z tym się zmierzyć!
     Papież Franciszek zdaje się pokazywać drogę przyszłego Kościoła, i dlatego opowiada się za ewolucyjnymi zmianami w tej instytucji.
Stara się przy tym wsłuchiwać w głos wszystkich, którzy stanowią Kościół, także tych maluczkich, szeregowych członków wspólnoty i to budzi nadzieję!
Ojciec Święty jest człowiekiem pokory i nie chodzi tylko o skromność, którą zawstydza możnych Kościoła, ale jest pokorny w poszukiwaniu drogi, a to budzi nadzieję.
     A nam, zwyczajnym wiernym pozostaje nadzieja, że inni decydenci Winnicy Pańskiej będą podążać jego śladem, czyli ewolucyjną drogą zmian, wsłuchując się także, a może przede wszystkim w oddolny głos, zwykłych członków tego samego Kościoła, bo przecież: vox populi vox Dei!
Kryspin