Pamiętacie swój czas dzieciństwa, gdy nad głową waszego łóżeczka mama zawieszała obrazek z Aniołem Stróżem?
Pamiętam tako obrazek w moim pokoju, na którym ludowy artysta namalował dwoje dzieci stojących nad urwiskiem, a za nimi, bliziutko stał anioł z wielkimi skrzydłami. Ten Boży posłaniec pilnował ich wyprawy przez niebezpieczną okolicę, gdy jeden fałszywy krok, albo podmuch nieprzyjaznego wiatru, groziły im tragedią!
Często patrzyłem przed zaśnięciem na te dzieci i wtedy pytałem, czy każdy człowiek ma takiego Bożego pomocnika?
Moja mama siadała wtedy przy mnie i trzymając mnie za rękę, z uśmiechniętymi oczami mówiła:
-Dobry Bóg każdemu człowiekowi, w chwili narodzin przydziela takiego opiekuna i on zawsze przy nas jest i będzie zawsze przy tobie.
Później jej twarz spoważniała, ale była nadal pogodna dobrocią jej matczynej miłości:
-Kiedyś, gdy będziesz już duży, dorosły, a mnie zabraknie przy tobie, to pamiętaj, że będę pomocnikiem twojego Anioła Stróża i razem z nim będę się tobą opiekowała .
Minęło wiele lat od tamtej, naszej wieczornej rozmowy i w chwilach, gdy jest mi źle, uświadamiam sobie, że nawet w trudnych sytuacjach: gdy zdrowie już nie do końca nam sprzyja, gdy na naszej drodze pojawiają się źli ludzie, którzy karmią się cudzym nieszczęściem i są gotowi posunąć się do każdej nikczemności, aby nam zaszkodzić; wtedy przypomnijmy sobie, że i nad nami zawsze czuwa Anioł Stróż z kochającymi nas pomocnikami.
Kryspin
czwartek, 23 czerwca 2016
czwartek, 16 czerwca 2016
Kobieta kapłanem? A dlaczego nie?
Dlaczego kobieta nie może zostać
księdzem?
Wielokrotnie słyszałem to
pytanie, które w kontekście żeńskiej duchowości[widzimy to gołym
okiem w czasie kościelnych nabożeństw!] wydaje się uprawnione.
Gdybyśmy prześledzili najstarsze
doniesienia o początku Chrystusowego Kościoła, to widzimy, że od
pierwszej chwili, czyli Wielkiego Czwartku, gdy Nauczyciel z
Nazaretu ustanowił sakrament Eucharystii, w Wieczerniku zasiedli z
Nim tylko mężczyźni-Apostołowie!
Ale czy jest to do końca prawdą? Kto
szykował wieczerzę? To było zajęcie kobiet tamtego czasu!
O wyłącznie męskim składzie
biesiadników Wieczernika wiemy z relacji zapisanych w Ewangeliach.
Autorzy tych ksiąg spisali historię Jezusa po kilkudziesięciu
latach na podstawie relacji świadków tych zdarzeń [Łukasz od św.
Pawła, a Marek od św. Piotra ]
Tylko Mateusz i Jan spisali swoje
wspomnienia!
No i tu trochę mijamy się z prawdą,
bo tak do końca nie wiemy, kto gęsie pióro maczał w inkauście,
gdyż w tamtym czasie piśmiennych było niewielu.
Przyjmijmy, że jakiemuś skrybie
świadkowie Jezusowych dziejów podyktowali swoje wspomnienia i z
tego powstały zapisy przez raczkujący Kościół uznane jako księgi
kanoniczne[jedyne do zaakceptowania]!
Zauważmy jednak, ze to wszystko działo
się na Bliskim Wschodzie, prawie dwa tysiące lat temu!
Trudno wtedy byłoby sobie wyobrazić,
że ktoś wpadłby na pomysł, aby swoje wspomnienia, ze spotkań z
Mistrzem, opowiedziały niewiasty, które w tamtej kulturze po dziś
dzień chodzą kilka kroków za mężczyzną i zabrania się im
odzywać w jego obecności!
Ale wracając do początków, to
nawet na kartach Ewangelii[pomimo, że to były wyłącznie męskie
relacje] nie dało się pominąć roli kobiet w otoczeniu Chrystusa.
Nie potrzeba odwoływać się do tej
najważniejszej, Jego Matki, by stwierdzić, że w wielu wypadkach
one lepiej odpowiadały na jego nauczanie. Były odważniejsze[nie
bały się trwać pod jego krzyżem, gdy uczniowie spanikowani
uciekli i pochowali się ]
W poranek Zmartwychwstania były
pierwszymi, które zastały pusty grób Mistrza.
Pewnie, że w większości zajmowały
się zadaniami, które kobietom przydzielono w tamtych realiach:
prały, sprzątały, szykowały posiłki, ale i przy tej okazji, były
blisko Nauczyciela i słuchając Jego nauki, przechodziły swoiste
Seminarium Duchowne.
Uczniowie, którzy z racji
przynależności do rodzaju męskiego, zaklepali sobie pierwsze
miejsca przy Chrystusowym stole, wcale nie górowali duchowym
rozwojem nad pobożnymi niewiastami.
Marii Magdalenie wystarczyło dobre
słowo Mistrza, aby zmieniła swoje życie, bo pokochała Go bez
reszty i blado na jej tle wypada Piotr, który choć został
naznaczony [tak twierdzą Ewangelie] na tego, który miał utwierdzać
innych w wierze, był długo chwiejną chorągiewką i trzy razy w
panice wykrzyczał:”Nie znam tego człowieka!”
Tak naprawdę nie wiem, dlaczego
sakrament kapłaństwa jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn?
Autorytety: Jan Paweł II, a ostatnio i
Papież Franciszek, na tak zadane pytanie podobnie odpowiadają:
„Bo
Jezus był mężczyzną i na Apostołów powołał samych mężczyzn.
Tak głosi Tradycja i koniec dyskusji!”
A ja teraz zapytam: Czy Jezus mógł
wtedy zrobić inaczej? Czy w świecie mężczyzn mógł wychylić się
i utworzyć kobiecy oddział Apostolski?
-No, nie mógł! I każdy to samo
stwierdzi!
Ale to wcale nie uprawnia do
wyciągania wniosku, że nie wolno zmienić tradycji, bo wtedy równie
dobrze można by zarzucić Kościołowi jej złamanie chociażby w
kwestii celibatu ? Chrystus powołał przecież żonatych facetów,
aby byli pierwszymi uczniami[ z jednym tylko wyjątkiem- bezżennym
Janem], a w nauczaniu Apostołów czytamy, że biskup powinien być
mężem jednej żony!
Czy Tradycja Kościoła w tej kwestii
jest mniej święta?
Już niebawem prezydentem USA może
zostać pierwsza kobieta, a jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu jej
poprzedniczki nie miały nawet prawa wyborczego!
Ale świat dojrzał do zmian i
zrozumiał, że kobieta[tak samo jak mężczyzna] będąc
człowiekiem, zasługuje na równość praw!
Kiedyś słyszałem stwierdzenie,
że gdyby światem polityki rządziły kobiety, to on byłby lepszy!
A może Kościół z kobietami -
kapłanami byłby też lepszy? Może byłby bliższy nauce Chrystusa?
Tego nie wiem, ale z pewnością nie
burzyłby Tradycji, a już na pewno nie byłby wbrew woli Zbawiciela!
Kryspin
środa, 8 czerwca 2016
Pieczeń z żubra!
Jest taka mała miejscowość na
zakręcie drogi, przez którą przejeżdżają podróżni zmierzający
do obranego gdzieś celu. Za oknami swoich aut widzą ścianę lasu i
nieco z boku pyszniący się misterną architekturą, neogotycki
pałacyk otulony pięknym parkiem.
To dla wielu wystarczający powód, aby
zatrzymać się na chwilę i pooddychać pięknem przeszłości. A
gdy na miejscu dowiadują się, że ten las porastający okolicę,
skrywa jeszcze inną atrakcję, nie są wstanie odmówić sobie
zachwytu podziwiania stada dumnych żubrów, o których do tej pory
myśleli, że tylko Białowieża jest ich królestwem.
Pośrodku miejscowości stoi
kościół z czerwonej cegły a nieco z boku budynek plebani.
Do tej parafii przed dwudziestoma laty
władze diecezji skierowały młodego wówczas księdza, aby
opiekował się, powierzoną mu przez biskupa, parafialną trzódką.
Przez lata ksiądz zakochał się w
tym miejscu jego posługi, a i parafianie polubili prostotę i
charyzmę pobożnego kapłana.
Duszpasterz nie tylko dbał o
duchowy rozwój owieczek, ale także troszczył się o wizerunek
kościoła i jego otoczenia:Naprawiał, remontował, wprowadzał
udogodnienia dla niepełno sprawnych, by korzystając z zamontowanych
podjazdów, mogli w drodze do świątyni omijać niedogodne dla ich
kalectwa schody.
Ksiądz proboszcz uwielbiał spotykać
swoich wiernych nie tylko w kościelnych murach i dlatego był
częstym gościem pobliskiego parku, gdzie w wolnym czasie zażywając
spacerów zatrzymywał się na kilka słów rozmowy ze spotykanymi
wiernymi.
Był to uśmiechnięty i pogodny
kapłan, zarażający innych miłością do wszystkiego, co piękne,
bo jak często mówił:”Należy uśmiechać się do pięknych dzieł
naszego Stwórcy!”
Wrażliwość swego wnętrza uwiecznił
na kartkach zapisanych wierszami wydał nawet tomik poezji, co było
kolejnym powodem do dumy jego parafian!
Na nieszczęście wiernych i
proboszcza, uroki tego miejsca odkrył także jego przełożony:Ksiądz
biskup, ordynariusz diecezji.
Hierarcha także polubił spacery po
parkowych alejkach i w wolnych chwilach wsiadał w samochód by po
kilkunastu minutach zażywać przyjemnych chwil odpoczynku w parku.
Raz nawet spotkał go tam ksiądz
proboszcz, który w tym samym czasie przemierzał alejki.
Obaj byli zaskoczeni niespodziewanym
spotkaniem, ale to gospodarz pierwszy opanował zdziwienie i po
wymianie kilku grzecznościowych zdań, zaprosił dostojnego gościa
na plebanię.
Zbliżała się pora obiadu i był to
znakomity pretekst do ugoszczenia przełożonego.
Ten jednak odmówił, tłumacząc się
nawałem pracy i obiadem, który czekał na niego w rezydencji.
Tak naprawdę nie zamierzał zaszczycić
gospodarza swoją obecnością, bo u niego posiłki były takie
jakieś skromne[co zapamiętał po ostatniej wizytacji], a do tego po
prostu nie lubił tego księdza!
Biskup nie każdemu jednak
odmawiał zaszczytu wspólnego posiłku, co wielokrotnie
wykorzystywał proboszcz z innej parafii. Jak przystało na
diecezjalnego duszpasterza myśliwych, w trakcie obiadów z
ekscelencją u niego zawsze na stole była smaczna dziczyzna!
Do tego wszystkiego był w bardzo
zażyłych stosunkach z hierarchą i mógł zawsze liczyć na jego
przychylność.
Miał co prawda raz po raz jakieś
zatargi z wiernymi w parafii, którzy niejednokrotnie żalili się na
jego pazerność i butę wobec owieczek, ale co tam!
Łaska biskupa była ponad to
wszystko, dlatego ordynariusz pomyślał sobie, że przyjaciel od
myśliwskich specjałów dobrze by pasował w otoczeniu tej parafii.
Co prawda pieczeni z żubra nie
zaserwuje, bo te rogacze są pod ochroną, ale miło by było kończyć
spacerek po pięknym parku przy stole ze smaczną dziczyzną.
To wystarczyło do podjęcia decyzji o
roszadach personalnych w kilku parafiach!
A co z dotychczasowym
duszpasterzem?
Jemu można zaproponować nową parafię
i aby nikt nie zarzucił ordynariuszowi bezduszności- najlepiej dać
mu dwie propozycje, niech sobie wybierze!
Ekscelencjo: A może przy
podejmowaniu tak ważnych decyzji inne kryteria [nie tylko to, że
się kogoś lubi] winny decydować w doborze kandydatów na pasterzy
wspólnot parafialnych?
Może warto pozostawić tak jak jest?
Może warto posłuchać głosu wiernych i nie zabierać i niszczyć
tego co dobre dla ich wspólnoty?
A dziczyzna na stole wiernego sługi i
tak będzie nadal czekała, bo on zawsze będzie pracował na
przychylność swojego przełożonego, taka jego natura!
Kryspin
P.S. Podobieństwo miejsc i osób o których piszę, jest przypadkowe, choć może nie do końca?
sobota, 4 czerwca 2016
Lednica 2016!
Jest niedzielny poranek i na Polach Lednickich rozpościera się mglista cisza.
Jeszcze kilka godzin temu było tam zupełnie inaczej.
Mieszkam blisko i dlatego byłem mimowolnym świadkiem tego masowego przeżywania misterium wspólnoty [nie koniecznie wiary!] młodych ludzi, którzy w minioną sobotę, od samego rana ściągali z najodleglejszych zakątków, by być razem.
Teraz pewnie docierają zmęczeni do swych rodzinnych domów i przez najbliższe godziny będą odsypiać to spotkanie.
Inni uczestnicy Lednicy, którzy przybyli tam z bardziej przyziemnych pobudek: wszelkiej maści kramarze, mali gastronomicy, zwijają swoje kramiki i pewnie jeszcze nie oddają się objęciom Morfeusza, licząc zyski z jednodniowego biznesu.
Wielebni Ojcowie Dominikanie, przed skłonieniem na białych poduszkach swych szumiących od głośnej muzyki głów, pewnie jeszcze rozpamiętują to, co się wydarzyło i robią podsumowanie, czy podołali zadaniu i czy impreza była kolejnym "sukcesem"?
A ja siedzę sobie patrząc w ciszę Lednicy i zastanawiam się, ile z tego wczorajszego zapału [także zapału wiary] pozostanie w sercach młodych uczestników tej masowej imprezy?
Piszę celowo"imprezy", bo wczoraj, gdy z moimi pieskami odbywałem spacer po wiejskich dróżkach okalających teren tego już 20-tego spotkania młodości, miałem nieco mieszane uczucia, gdy mijały mnie grupki uczestników wyposażonych w butelki z piwami.
Przez chwilę, gdyby zapomnieć o intencji ich przyjazdu, pomyślałbym, że udają się na koncert rockowy lub na mecz ulubionej drużyny piłkarskiej.
A może w tym jest zawarty urok Lednicy, że gromadzi wszystkich?
Pozostaję z nadzieją, że to jest także siła tego miejsca i ci, którzy tam dotarli nawet tylko po to, by zaliczyć kolejną, rozrywkową imprezę, powrócili z niej trochę w inni, może bardziej świadomi, może lepsi wobec drugiego człowieka?
Kryspin
Jeszcze kilka godzin temu było tam zupełnie inaczej.
Mieszkam blisko i dlatego byłem mimowolnym świadkiem tego masowego przeżywania misterium wspólnoty [nie koniecznie wiary!] młodych ludzi, którzy w minioną sobotę, od samego rana ściągali z najodleglejszych zakątków, by być razem.
Teraz pewnie docierają zmęczeni do swych rodzinnych domów i przez najbliższe godziny będą odsypiać to spotkanie.
Inni uczestnicy Lednicy, którzy przybyli tam z bardziej przyziemnych pobudek: wszelkiej maści kramarze, mali gastronomicy, zwijają swoje kramiki i pewnie jeszcze nie oddają się objęciom Morfeusza, licząc zyski z jednodniowego biznesu.
Wielebni Ojcowie Dominikanie, przed skłonieniem na białych poduszkach swych szumiących od głośnej muzyki głów, pewnie jeszcze rozpamiętują to, co się wydarzyło i robią podsumowanie, czy podołali zadaniu i czy impreza była kolejnym "sukcesem"?
A ja siedzę sobie patrząc w ciszę Lednicy i zastanawiam się, ile z tego wczorajszego zapału [także zapału wiary] pozostanie w sercach młodych uczestników tej masowej imprezy?
Piszę celowo"imprezy", bo wczoraj, gdy z moimi pieskami odbywałem spacer po wiejskich dróżkach okalających teren tego już 20-tego spotkania młodości, miałem nieco mieszane uczucia, gdy mijały mnie grupki uczestników wyposażonych w butelki z piwami.
Przez chwilę, gdyby zapomnieć o intencji ich przyjazdu, pomyślałbym, że udają się na koncert rockowy lub na mecz ulubionej drużyny piłkarskiej.
A może w tym jest zawarty urok Lednicy, że gromadzi wszystkich?
Pozostaję z nadzieją, że to jest także siła tego miejsca i ci, którzy tam dotarli nawet tylko po to, by zaliczyć kolejną, rozrywkową imprezę, powrócili z niej trochę w inni, może bardziej świadomi, może lepsi wobec drugiego człowieka?
Kryspin
"Musimy o tym mówić!"- fragment "Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd"
*
Minął
kolejny rok mojej iluzji spokoju. Jednak każdego dnia bałem się,
że wśród przypadkowo spotkanych ludzi, znajdzie się ktoś, kto
powie:
„Ja
ciebie znam i słyszałem o twoich koszmarach na plebani!”
-Bałem
się tego każdego dnia, aż do chwili, gdy jedna rozmowa uwolniła
mnie od strachu.
Było
to 7 kwietnia - początek ciepło zapowiadającej się wiosny.
Do
późnego wieczora łaziłem po ulicach i cieszyłem się świeżym
powietrzem po dopiero co spadłym deszczu. Nie chciało mi się
wracać do czterech ścian mojej samotni i do domu przyszedłem
dobrze po dwudziestej drugiej.
Zaraz
po powrocie zamierzałem wziąć prysznic i się położyć i wtedy
odezwał się dzwonek mojej komórki. Wyświetlił mi się nieznany
numer i jak zawsze zamierzałem odrzucić to połączenie, ale
pomyliłem klawisz i usłyszałem znajomy głos.
To
był Jurek Maciejewski z mojej rodzinnej miejscowości.
On
przed laty także doświadczył „przyjaźni” księdza proboszcza
i przez kolejne lata dochodził do normalności, będąc stałym
klientem poradni zdrowia psychicznego.
Jego
historia była podobna do mojej.
Przed
laty, będąc na studiach, poznał dziewczynę, z którą się
ożenił.
Ich związek przetrwał jednak tylko niecały rok i zakończył
się rozwodem.
Od
tego momentu wrócił do rodzinnego domu i przez kolejne lata
mieszkał z matką. Długo był praktycznie na jej utrzymaniu. Nie
pracował i nawet nie szukał jakiegokolwiek zajęcia, choć skończył
studia i był dobrze zapowiadającym się nauczycielem historii.
*
Teraz
zadzwonił do mnie, prosząc o spotkanie i chwilę rozmowy.
Gdybym
nie słyszał determinacji w jego głosie, pewnie bym się nie
zgodził, bo wiedziałem o czym miałaby ta rozmowa być, a na to nie
miałem ochoty i siły.
On
pewnie także to wiedział i może dlatego tym bardziej nalegał.
W
końcu się zgodziłem!
Przyjechał
następnego dnia i przegadaliśmy całe popołudnie.
Opowiedział
mi ze szczegółami swoją historię plebanijnej „przyjaźni”.
Później
mówił o latach traumy, nieudanych próbach powrotu do normalnego
życia, niezliczonych sesji terapeutycznych, które tak naprawdę
nic nie zmieniły. Wraz z upływem lat było tylko gorzej i dlatego
zadzwonił do mnie, czując, że to może być jego droga ocalenia.
Także
opowiedziałem mu swoją historię i nic to, że była ona tak bardzo
podobna do jego doświadczeń. Ja tego potrzebowałem, czułem to,
że muszę wyrzucić z siebie to wszystko...
Podobnie
jak on, ja także wielokrotnie trafiałem na kozetkę psychologa, czy
psychiatry i tam mówiłem o tym, ale za każdym razem efekt,
podobnie jak u Jurka, był mizerny, żeby nie powiedzieć- żaden!
Tego
wieczoru po naszej rozmowie obaj zrozumieliśmy, że to jest to!
Nam
było potrzeba właśnie takiej oczyszczającej wzajemnej spowiedzi
naszej krzywdy.
Wtedy
narodził się nam pomysł powołania stowarzyszenia, które mogłoby
służyć innym, takim samym ofiarom skrzywdzonym przez ludzi w
sutannach....
Od
ponad dwóch lat spotykamy się cyklicznie na czymś w rodzaju
mitingów. Za każdym razem w innym mieście spotykamy się ze sobą, aby
mówić o sukcesach i porażkach w drodze do normalności.
Każdy
z nas jest na innym etapie swojego piekła.
Niektórzy
dopiero wyszli z tej matni, inni mają już bagaż lat, ale nadal zmagają
się z koszmarami wspomnień.
-Co miesiąc spotykamy się w małych kręgach, podobnie jak anonimowi alkoholicy.
-Może
to mało stosowne porównanie, ale oni także odnajdują siły na
codzienną walkę o normalność, mówiąc o swoim przeszłym
koszmarze....
Kryspin
czwartek, 2 czerwca 2016
"Karmię was tym, czym sam żyję!"[św. Augustyn]
„Do Kościoła przestałam
chodzić, bo nie mogłam słuchać kazań o polityce, pieniądzach,
albo o tym, że jestem grzesznikiem i tylko w nieskończonej dobroci
Stwórcy mogę mieć nadzieję, że kiedyś ominie mnie
piekło...[czytelniczka Angory]
Pierwszą część każdej[także
niedzielnej] mszy stanowi Liturgia słowa.
Składa się z fragmentów Pisma
świętego, które wiernym przybliża czytający je przedstawiciel
wspólnoty.
I tu zaczynają się „schody”, gdy
do przybliżania biblijnych historii zostaje poproszony lektor. Co
prawda w szkole podstawowej uczniowie zaliczają czytanie ze
zrozumieniem, to jednak wielokrotnie ta czynność wykonywana w
trakcie mszy nie ma nic wspólnego z takim czytaniem.
Słuchacze narażeni są na odbiór
bełkotu, lub monotonnego potoku słów i ani o jotę nie przybliża
im to istoty treści.
Nieco lepiej sprawa się ma, gdy
dochodzi do czytania Ewangelii. Zwykle czyni to kapłan celebrujący
nabożeństwo lub diakon asystujący we mszy świętej.
Po tym wszystkim następuje
kulminacja tej części niedzielnego spotkania, gdy ksiądz staje na
mównicy[kiedyś była to ambona] i wygłasza kazanie!
No i tu, przynajmniej dla mnie rodzi
się problem, bo w potoku mniej lub bardziej kwiecistych zdań[jest
to zależne od tego, czy Bozia obdarzyła księdza darem
przemawiania, czy też nie], rozmywają się najważniejsze
przesłania z Ewangelii, czyli słowa Chrystusa zapisane przez
świadków jego nauczania.
„Nie słucham kazań, bo są
nudne!”-to częsty głos uczęszczających na niedzielne
nabożeństwa!Większa część uczestników niedzielnych
mszy[wiernych] przyjmuje kryterium czasu twierdząc, że kazanie było
dobre, bo krótkie!
A treść, przesłanie...? To już
interesuje nielicznych zebranych!
No i efekt jest taki, że 90%
wiernych nie słucha kazań, a na pytanie zadane bezpośrednio po
wyjściu z kościoła: o czym było homilia, odpowiadają lapidarnie,
że o Panu Bogu!
Większa część uczestników
niedzielnych mszy [wiernych] przyjmuje kryterium czasu twierdząc, że
kazanie było dobre, bo było krótkie! A treść, przesłanie ?- To
już interesuje nielicznych zebranych!
Są dwa rodzaje homilii, które
przyprawiają słuchaczy o ziewanie:
1- Kazanie erudyty- Kapłan wychodzący
na mównicę[dawniej była to ambona] z góry zakłada, że ma
monopol na wiedzę i do tego mieni się ekspertem od wielu dziedzin:
a- znawca Biblii i do tego egzegeta
Pisma świętego. Taki kaznodzieja nie odpuści sobie, by słowo po
słowie nie powtórzyć dopiero co przeczytany fragment Ewangelii,
ale z odpowiednim, teologicznym komentarzem!
b- oczytany, znawca literatury
wszelakiej:świeckiej i tej duchowej[ze szczególnym uwzględnieniem
cytatów z Jana Pawła II, bo to jest w modzie]. Taki kapłan lubuje
się w cytatach, którymi podpiera słowa Chrystusa, jakby one
straciły na wartości przez upływ czasu, gdy te nauki rozumieli
prości[aby nie powiedzieć prymitywni analfabeci] rybacy i
pracownicy winnic.
2- Kazanie obarczone cierpieniem:
W tym przypadku niedzielne męki
przeżywają parafianie, gdy ich duszpasterz jest od wielu lat z nimi
i wena dawno go opuściła, dlatego powraca do ulubionych przez
siebie tematów, niezależnie od okoliczności!
Święty Augustyn[Doktor
Kościoła] powiedział znamienne słowa, które może winny być
zawsze w głowie tych, którzy stają na mównicy kościelnego
zgromadzenia:”Karmię was tym, czym sam żyję”!
Kapłan żyjący wiarą nigdy nie czyni
z ambony mównicy rodem z politycznego wiecu, ani miejscem
biznesowego mitingu, gdzie mamona staje się głównym tematem.
Ks. Tischner wygłosił kiedyś
kazanie, które trwało minutę. W niedzielę Zmartwychwstania
powiedział:”Dzisiaj Chrystus Zmartwychwstał...Wierzysz w to...?
Ja wierzę!!!”
I to wystarczyło, by przekazał
słuchaczom całą istotę przesłania Bożej tajemnicy i
największego daru dla wierzących, jakim był triumf Chrystusa nad
grzechem!
„Karmię was tym, czym sam żyję”!
Kazanie kapłana, nawet tego,
który nie jest mistrzem erudycji, nigdy nie będzie nudne, gdy
będzie głosem człowieka wiary!
I takich życzmy sobie księży, abyśmy
ziewaniem i spoglądaniem na zegarek nie zabijali nudy w czasie
niedzielnych homilii!
Kryspin
piątek, 20 maja 2016
Rdza z kluczy świętego Piotra!
Wielu z nas pamięta fragment z
powieści Henryka Sienkiewicza, gdy obwieś i moczymorda prowadził
rozmowę ze Zbyszkiem z Bogdańca.[w przerwach pomiędzy kolejnymi
łykami miodowego alkoholu mówił o „skarbach”, które trzymał
w swoim mieszku: rdza z kluczy św. Piotra, kopytko osiłka, którym
święta Rodzina uciekała do Egiptu itp]
Przedstawił mu się jako pobożny
pielgrzym, który swe życie poświęcił na nawiedzanie świętych
miejsc i przy tej okazji gromadził szczególne pamiątki po
pobożnych mężach[i kobietach także], którzy na ziemskim padole
heroicznością cnót, a niekiedy i męczeńską śmiercią zasłużyli
sobie na miano świętych i takowymi ogłosił ich Kościół.
N o i po nich pozostały pamiątki,
które odznaczały się cudowną mocą, którą emanowały na tych,
którzy z wiarą je przyjmowali i modlili się o łaski Pana Boga
ściskając w swych dłoniach te relikwie, za które oczywiście
zapłacili i to nie mało!
Średniowiecze doszło do
mistrzostwa biznesowego w handlu świętymi pozostałościami;
niekiedy prawdziwymi, a niekiedy tylko ubranymi w legendę
prawdziwości.
Na szczecie tej korporacji stali
ci, którzy z racji swej pozycji w strukturach Kościoła byli
najwyżej: Papiestwo, biskupi zaliczani do grona najbardziej
zaufanych następcy świętego Piotra i przełożeni zakonni, którzy
także liczyli się w tym gronie.
Myliłby się jednak ktoś, gdyby
pomyślał, że ten proceder stał się pieśnią przeszłości.
Wręcz przeciwnie, dzisiejszy Kościół
nadal pielęgnuje tradycję relikwii i co bardziej szanująca się
świątynia, zabiega o to, aby na poczesnym miejscu eksponować taką
niezwykłą pamiątkę.
Dlaczego tak jest?
Bo nadal jest to intratny interes!
Bo nadal jest to intratny interes!
No bo przecież popularny święty,
którego odpust odpowiednio się nagłośni i do tego, jeżeli w
trakcie takiej uroczystości przybyłym zaprezentuje się pamiątkę
oprawioną w kosztowny relikwiarz[na przykład kawałek kości lub
odzienia świętego], to wierny ludek, czując bliskość patrona, w
większej liczbie stawi się ze swoimi sprawami, które święty
załatwi.
Oczywiście taka niezwykła pamiątka
musi być prawdziwa, a o to dbają już wyższe instytucje kościelne,
które zajmują się certyfikacją świętych pozostałości!
No to teraz naraziłem się wielu
i ktoś pewnie napisze do mnie: że szargam świętości, neguję
pośrednictwo świętych w naszych modlitwach i drwię z
najcenniejszych pamiątek po największych synach[i córkach]
Kościoła!
Nic bardziej mylnego!
Mam dwoje wspaniałych dzieci:
starszego syna i młodszą o cztery lata córkę[niestety już są
dorośli]. Gdy byli jeszcze mali, to ona, bardziej śmiała, często
przychodziła do mnie załatwiać sprawy w imieniu brata i wtedy
siadając mi na kolanach mówiła na przykład: „Tatusiu, a ja bym
bardzo ucieszyła się, gdyby na gwiazdkę święty Mikołaj
przyniósł nam zestaw Lego, o taki jak ten!” i pokazywała mi w
katalogu wymarzoną zabawkę, ale to było pragnienie mojego synka.
Uśmiechałem się wtedy i prosiłem,
aby przyprowadziła ze sobą braciszka i by ponownie razem
przedstawili tę prośbę.
Wracając do naszych świętych i
pamiątek[relikwii] z nimi związanych; Nie zlecajcie świętemu
Antoniemu, aby za was szukał zgubionego portfela, świętemu Judzie
Tadeuszowi, by za was załatwił beznadziejną sprawę w urzędzie.
Zamiast tego zaproście ich, aby
zatrzymali się obok was i może razem poszukacie, czy załatwicie!
Tak rozumiem kult świętych i szacunek
do ich relikwii!
Sądzę, że powinniśmy wykreślić z
naszych myśli słowo: „Za przyczyną”, a zastąpić je :”w
obecności!”
Bóg jest dawcą łask i on najlepiej
wie, czego nam potrzeba, a święci?
Oni dodają nam odwagi i stają przy
nas w naszych prośbach i tylko tyle od nich wymagajmy!
P.S.
Dziwnym zrządzeniem losu jestem w
posiadaniu ostatniego podpisu Kardynała Wyszyńskiego, który ten
złożył w Gnieźnie przed śmiercią. Zważywszy na proces
kanonizacyjny jego osoby, który zakończy się ogłoszeniem go
błogosławionym albo nawet świętym, pomyślałem sobie, że może
oprawię moją Biblię[z tym podpisem] w złoty relikwiarz i
zapoczątkuję coś na kształt sanktuarium jego osoby?
Nie! Jednak tego nie zrobię, bo nie
mam żyłki do biznesu !
Kryspin
wtorek, 17 maja 2016
Więzień tabernakulum!
Już za kilka dni na uliczkach naszych miast pojawią się kolorowe płatki kwiatów, które rozsypią dziewczynki na trasie przejścia uroczystej procesji
Bożego Ciała.
W ten sposób upiększą drogę,
którą odbędzie Chrystus w Eucharystycznej postaci, ubranej
w złoto monstrancji niesionej przez kapłana.
Na trasie przemarszu zgromadzą się
tłumy pragnących być blisko swojego Zbawiciela i rzesze
ciekawskich, dla których to święto będzie tylko kolejną okazją do
wolnego od pracy dnia.
Wszyscy ulegną jednak magii
niecodziennego wydarzenia i na głos uroczystego hejnału odgrywanego
w chwili, gdy procesja dotrze do kolejnego z czterech ołtarzy
polowych, przyklękną w geście pokory.
Później kolejny raz skłonią swoje
karki, gdy kapłan uniesie wysoko w górę zdobną monstrancję, aby
dokonać aktu błogosławieństwa zebranych.
I po tym wszystkim zakończy się ten
doroczny przemarsz Chrystusa po ulicach naszych miast, miasteczek i
wiejskich dróżek.
W kolejnych dniach oktawy[ośmiodniowy
okres po święcie] procesje ograniczą się tylko do terenu
przykościelnego, gdzie potrzebę kolejnych spotkań z procesyjnym
orszakiem Chrystusa spełnią tylko ci, którzy odwiedzą Go w
czasie popołudniowej liturgii.
Procesja Bożego Ciała to nie
jedyna okazja spotkania Eucharystycznego Chrystusa na ulicy naszych
miast, choć ci, którzy głośno domagają się ograniczenia Jego
obecności w przestrzeni publicznej, z tego faktu pewnie nie są
zadowoleni?
Bliskie spotkania z Panem Bogiem
odbywają się przypadkowo.
Najczęściej zdarza się to,
gdy kapłani podążają z posługą chorym lub umierającym.
Wtedy Chrystus, pod postacią małego
białego komunikantu, zanoszony jest tym, którzy z racji swej
choroby, nadwątlonego zdrowia lub starości, sami nie mogą stawić
się w świątyni, aby w sakramencie komunii świętej go przyjąć.
Wcześniej wspomniałem, że taka
obecność Boga w przestrzeni publicznej drażni niektórych ludzi
dalekich od Kościoła, ale trzeba powiedzieć, że takie przypadkowe
spotkania Chrystusa rodzą kłopotliwą sytuację także dla wielu
wierzących.
Wielokrotnie tego doświadczałem, gdy
udawałem się z posługą sakramentalną do chorych w parafii: do
ich domów, czy szpitala.
Wtedy przechodzący, widząc kapłana w
białej komży z korporałem na piersi [rodzaj ozdobnej saszetki do
przenoszenia eucharystii], nagle zdawali się być bardzo
zainteresowani źdźbłami trawy na kwietniku, lub czymkolwiek innym,
aby tylko móc znaleźć pretekst do odwrócenia głowy.
Bardzo nieliczni przystawali na chwilę
w swoim zabieganiu i przyklękali, albo choćby schylali głowę w
geście pokornego przywitania ze swoim Bogiem!
Po upływie wielu lat [ponad 30] od
tamtych zdarzeń, obserwuję, że dzisiaj nawet takich pretekstów
nikt nie szuka, jakby wymiotło wiarę z naszych ulic, a i kapłani
„starają się”jakoś bardziej dyskretnie „transportować”
Eucharystycznego, bez otoczki białej komży i z małym naczyniem
wciśniętym gdzieś za pazuchę[zimą!] lub skrywanym pod letnim
okryciem.
W czasach poprzedniego „jedynie
słusznego” ustroju tamtejsze władze próbowały sprowadzić wiarę
do kościelnych murów i wtedy Prymas Tysiąclecia polecił swoim
kapłanom, w miejscach publicznych przebywać w stroju duchownym,
sutannie, aby choć w takiej formie świadczyć o tym, że Chrystus
ma prawo być w przestrzeni publicznej.
W procesjach Bożego Ciała Bóg
dał nam okazję, do zamanifestowania wiary! Może warto to
świadectwo naszego przywiązania do czegoś więcej, aniżeli dary
tego świata, manifestować tak zwyczajnie, na co dzień.
Także wtedy, gdy „Więźnia
tabernakulum” spotkamy przypadkowo na naszej drodze, kiedy kapłan
będzie go niósł do chorego lub tego, kto ma wkrótce rozpocząć
swoją ostatnią podróż.
A tak na koniec: Boję się dożyć
takiego czasu, gdy w imię postępu i wolności od Boga w naszej
publicznej przestrzeni, Ciało Chrystusa chorym i innym
potrzebującym, w zaklejonej kopercie, będzie przynosił
przedstawiciel poczty.
Kryspin
niedziela, 15 maja 2016
"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"- rozmowa z księdzem Kanclerzem!
Kanclerz
był człowiekiem w mocno średnim wieku, z pasemkami siwych włosów
na skroniach i posturze gladiatora rodem z rzymskiego Koloseum.
Wskazał
nam krzesła stojące półkolem przed wielkim, jakby na jego miarę
skrojonym biurkiem, za którym zasiadł w równie okazałym fotelu.
W
narożniku olbrzymiego pokoju było jeszcze jedno biurko, mniejsze.
Przy
nim zasiadł sekretarz i rozłożył białe, puste kartki papieru.
Dopiero
później zrozumieliśmy, że zajął to dyskretne miejsce, aby
notować przebieg spotkania, notując każde
padające tam słowo.
Przez
moment poczuliśmy się jak w sali rozpraw sądowych, a przed nami
siedział sędzia mający rozpatrzyć naszą krzywdę.
Przez
kilka minut mówiła tylko moja
matka.Ksiądz kanclerz, nie przerywając jej relacji, siedział z posągową miną do chwili, aż zasugerował, że wobec tak
drastycznych spraw, o których go informowała, najlepszym byłoby, aby dalszy ciąg rozmowy mógł przeprowadzić tylko ze mną i to bez obecności świadków.
Rozmowa trwała ponad godzinę i w większości był to monolog z mojej strony. Ja mówiłem swoją historię, a on słuchał w skupieniu i tylko, gdy w
emocjach przyspieszałem wypowiadane zdania, prosił, abym
jeszcze raz spokojnie opowiedział dany fragment, aby sekretarz mógł
wszystko zanotować.
Ani
jednym słowem nie komentował tego, o czym mówiłem. Słuchał mnie ze stoickim spokojem i tylko raz wyraz jego posągowej twarzy uległ zmianie, gdy opowiadałem o gościach
rozpasanego wieczoru sprzed kilku tygodni, kiedy to w plebanijnym
wieczorze brali udział księża na co dzień zajmujący eksponowane
stanowiska w kościelnych strukturach...
Ale nawet wtedy nie odezwał
się, nie zadał mi żadnego pytania.
Gdy moja spowiedź krzywdy dobiegła końca, poprosił do pokoju pozostałe osoby, które przyjechały ze mną
tego dnia.
Długo milczał świdrując po kolei każdą osobę chłodnym
spojrzeniem, jakby jeszcze raz chciał się upewnić, że to
wszystko, co usłyszał, było prawdą.
Po
chwili podszedł do niego sekretarz z plikiem zapisanych odręcznie
kartek, na których znajdował się protokół z tego wszystkiego, o czym
mówiliśmy.
-”No
tak....
-Teraz
pozostaje tylko podpisami, które złożycie na tych kartach, potwierdzić
to wszystko, o czym tu dzisiaj usłyszałem....”
Powiedział to niskim, zmęczonym głosem cały czas trzymając w
wielkich dłoniach zapisy krzywd, których doznaliśmy za
przyczyną człowieka, który zawiódł nie tylko nasze
zaufanie.
Kurialista
jeszcze przez chwilę skupiał swoje spojrzenie na zapisanych
kartach, jakby chciał jeszcze raz poznać ich treść, a może po
prostu tłukł się z myślami, co dalej z tym wszystkim zrobić.
Na
koniec kolejny raz powiódł wzrokiem po przybyłych i powiedział:
-”Jesteście
świadomi, że to wszystko, co zostało tu spisane, może wyrządzić
wiele krzywdy i zniszczyć ludzkie życie...? „
Zadał
pytanie niby do wszystkich, ale poczułem, że szczególnie kierował je
do mnie.
W jednej chwili ogarnęła mnie wściekłość, bo dotarło do mnie, że ten człowiek nic nie
zrozumiał z tego wszystkiego, o czym mówiłem, albo w imię niezrozumiałej dla mnie
logiki, najchętniej w wielkich łapach podarłby te zapisane
karty naszych krzywd, aby było po sprawie.
Wstałem
i zdecydowanie podszedłem do biurka. Nie mówiąc nic, wziąłem do
ręki długopis leżący w zagłębieniu marmurowego, zabytkowego
kałamarza stojącego przy mosiężnej lampie z witrażowym abażurem
w kształcie małej kopuły zakończonej pozłacanym krzyżem i
patrząc cały czas w jego zimne spojrzenie, złożyłem podpis na
zakończeniu protokołu.
-To
wszystko zostało tu spisane, bo ta krzywda się już dokonała i
zniszczyła niejedno życie, także i moje!-Wycedziłem, patrząc mu cały czas w oczy z coraz bardziej narastającą złością.
wtorek, 10 maja 2016
Gipsowa Madonna!
„Jestem człowiekiem
niewierzącym, po 60. Oczywiście urodzony, ochrzczony w rodzinie
wiejskiej, chodzący niegdyś do kościoła, spowiedzi, itp. Co
mnie skłoniło do mej niewiary? Już we wczesnej młodości w salce
katechetycznej zastanawiało mnie, dlaczego ksiądz tak krytykował
oddawanie czci przez plemiona drewnianemu Światowidowi z
czterema obliczami, a na koniec odwracaliśmy się do glinianej Matki
Boskiej, robiąc to samo?”
To fragment listu od czytelnika
rubryki: Ksiądz w cywilu.
W dalszej części tej
korespondencji mój rozmówca[mailowy] wykazał się dożą, aby
nawet nie powiedzieć głęboką wiedzą od procesu powstawania
Biblii, a na fizyce kwantowej, w której szukał odpowiedzi na ciągle
rodzące się w nim pytania dotyczące wiary, kończąc.
Na początku listu zaznaczył jednak,
że jest człowiekiem niewierzącym, czyli jakby się przyznał, iż
lata dociekań nie dostarczyły mu dowodów, na których mógłby
oprzeć swoją wiarę.
Ktoś teraz powie, że to ja
wyciągam błędne wnioski, bo równie dobrze można by powiedzieć,
że to jego wiedza dostarczyła mu przesłanek, aby uznał, że wiara
jest tylko wymysłem pragnienia bycia kimś większym od innych
ssaków żyjących obok nas.
Sądzę jednak, że porównanie
figury słowiańskiego Światowida z gipsowym odlewem postaci Matki
Boskiej trąci prowokacją, którą stosują ludzie szukający
pretekstu swojej niewiary.
Gdy na biurku szefa w firmie
zauważymy zdjęcia jego żony i dzieciaków, to rozumiemy, że
znalazły się tam, ponieważ on kocha swoją rodzinę i w chwili
rozłąki choć w takiej formie pragnie czuć ich bliskość.
Gdyby jednak tenże przy swoim
miejscu pracy w antyramie miał tylko zdjęcie wymyślonej postaci z
kreskówki, to pewnie by nas to trochę zdziwiło.
Aby jednak poruszać się w
realiach wiary, trzeba zauważyć, że niektórzy katolicy mają
obrazoburcze skłonności traktując wizerunki Madonny[ także
figury z jej podobizną], jak swego rodzaju magiczne totemy żywcem
przeniesione z wierzeń ludów pierwotnych.
Drugie przykazanie z Dekalogu
wyraźnie zabrania obdarzania czcią malowideł i figur, choćby
powstały z religijnych pobudek i właśnie na ten zakaz przez wieki
powoływali się przeciwnicy takich religijnych dzieł.
To między innymi stało się przyczyną
rozłamów w Kościele, gdyż Prawosławie i Protestantyzm nie
zaakceptowały interpretacji Kościoła Rzymskiego, że istotą kultu
wizerunków świętych, jest cześć oddawana bohaterom tych
religijnych dzieł, a nie samym wizerunkom!
Taka teologiczna wykładnia wydaje
się być logiczna i słuszna, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że
w wielu przypadkach mamy do czynienia z niekonsekwencją ze strony
hierarchów posługujących się skrótami teologicznego rozumowania.
Wystarczy udać się do miejsc kultu
wizerunków Madonny: Jasna Góra, Licheń i wiele innych pomniejszych
ośrodków „szczególnej łaski”, a może należałoby
powiedzieć-nadziei, rozsianych w pobliżu naszego miejsca
zamieszkania, aby zaobserwować folklor wiary prostych ludzi.
Z pokorą, niekiedy z poranionymi
kolanami[ bo w takim geście uniżenia przebywają niekiedy setki
metrów przed dotarciem przed Jej oblicze] przychodzą „załatwić”
z Nią swoje sprawy.
Na koniec pielgrzymiego trudu jeszcze
zakup kiczowatej kopii cudownego obrazu i można wracać do
codzienności.
Takich miejsc kultu wizerunków
Bożej Rodzicielki jest bez liku i to trochę trąci obrazoburstwem,
ale czy można krytykować, ba :potępiać taką prostą wiarę?
Panu Bogu i Jego Matce z
pewnością to nie przeszkadza i może tylko niekiedy uśmiechają
się do tych prostych serc, które kochają Ich wiarą dziecka
Jeśli jednak taka forma ludowej
pobożności czyni ludzi lepszymi, to co w tym złego?
Najważniejsze jest to, aby oczami
wiary sięgać do osoby uwiecznionej na omodlonych obrazach, czy
figurach, nawet gdyby były z przysłowiowego gipsu.
Mój mailowy rozmówca, jako młody
chłopak, nie dostrzegał różnicy pomiędzy posągiem Światowida,
a figurą Bożej Rodzicielki i choć trudno mi uwierzyć w
niezrozumienie u niego wtedy, to z pewnością mogę stwierdzić, że
takim niezrozumieniem dorosły i myślący człowiek stara sam sobie
wytłumaczyć swoją niewiarę!
Kryspin
czwartek, 5 maja 2016
Mam dwie Matki!
Do końca życia pozostanie mi w
pamięci chwila, gdy w szpitalnej sali ostatni raz trzymałem w dłoni
rękę mojej umierającej matki.
Do szpitala trafiła po udarze mózgu i
lekarze jednoznacznie określili jej stan [zważywszy na zaawansowany
wiek-86 lat] jako nie dający nadziei na pozytywne zakończenie.
Od dwóch dni była w półśnie bez
świadomości i dlatego czuwaliśmy przy jej łóżku wiedząc, że
chwila ostatecznego pożegnania jest tylko kwestią godzin.
Odeszła w południe ściskając moją
rękę do ostatniego tchnienia. Później jej dłoń rozluźniła się
i osunęła na białą pościel szpitalnego łóżka.
I tylko jej twarz nabrała wyrazu
spokoju i uwolniła się od bólu smutku rozstania.
Wtedy zrozumiałem tak do końca,
że śmierć matki staje się końcem rodzinnego domu!
Już dawno staliśmy się dorośli i
rozjechaliśmy się po świecie, ale były takie dni, niekiedy
krótkie chwile, gdy wracaliśmy do rodzinnego domu, gdzie ona była
i za każdym razem, gdy nasze odwiedziny dobiegały końca, stawała
w oknie za firanką i długo patrzyła w dal naszej drogi, jakby
chciała nadal chronić nas swoją miłością.
Jest teraz maj, czas kwitnącej wiosny,
ale to także piękny miesiąc naszych mam, choć dopiero u jego
schyłku podążymy do nich z bukietami wdzięczności, to cały maj
wydaje się być dla nich!
Kiedyś usłyszałem zdanie od
gorliwego w swej wierze ewangelika, który z nutą smutku
powiedział:”Czcimy tego samego Boga, gromadzimy się w
podobnych świątyniach, ale zazdroszczę katolikom, że w waszych
kościołach macie tę, która zrodziwszy naszego zbawiciela, stała
się Matką każdego z was!”
A to wszystko z naszej, ludzkiej
perspektywy zaczęło się pod krzyżem, gdy Zbawiciel dopełniając
w cierpieniu ostatecznego zadośćuczynienia, pozostawił nam ostatni
swój dar: „Oto matka twoja!”
Aby zrozumieć wielkość tego daru,
musimy powrócić do wydarzeń wcześniejszych, gdy w betlejemskiej
stajni Bóg narodził się tak zwyczajnie, po ludzku [Ewangelia mówi
wprost, że:”Stał się jednym z nas”] i stało się to z
udziałem Maryi, którą wybrał na Swoją Matkę!
Pobożność Maryjna wcale nie
stanowi sprzeczności, swoistego zagrożenia dla należytego kultu,
jaki człowiek winien jest samemu Bogu [ a takie zarzuty stawiają
wyznawcy kościołów protestanckich powołując się na nauczanie
swojego założyciela: Lutra]
Trzeba jednak uczciwie
powiedzieć, że Kościół katolicki prze wieki „zapracował ”
na głosy krytyczne ze strony wyznawców innych kościołów
chrześcijańskich, mnożąc dogmaty i wszelakie tytuły, którymi
oplótł matkę naszego Zbawiciela [ Niepokalanie poczęta,
Wniebowzięta z duszą i ciałem, Królowa nieba i ziemi itd.], a to
wszystko nie znajdowało akceptacji ze strony innych wyznań!
Gdy do tego dodamy ciężkie, kapiące
od złota feretrony zakładane na jej obrazy i wszelkiej maści
figurki Niepokalanej obnoszone w trakcie pobożnych procesji, a na
rozrosłych sanktuariach, w których według mniej czy bardziej
wiarygodnych świadectw, dokonują się niezwykłe rzeczy za jej
wstawiennictwem, to jakoś stajemy się przed nią coraz mniejsi, gdy
Ona swą doskonałością dotyka wyżyn boskości!
-Oto matka twoja!
Ktoś powie, że mógł dodać: To
moja Matka, Rodzicielka dla Syna Bożego, a teraz ja ciebie maluczki
człowiecze wynoszę na wyżyny boskości czyniąc ją także twoją
matką!
On nie musiał wygłaszać litanii o
jej niezwykłości, bo w tych trzech słowach powiedział
wszystko:
Oto Matka twoja!
Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo
mam dwie matki i tak sobie myślę, że nawet ludzie niewierzący,
dalecy od Boga wyznający inny światopogląd, też są
szczęściarzami, bo i oni mają także dwie matki!
Czasem, gdy w maju przejeżdżam
alejami kwitnących drzew, mijam figury Matki Bożej poustawiane na
rozstajach wiejskich dróg i gdy tam widzę gromadki rozmodlonych
wiernych śpiewających dla niej pieśni nabożeństwa majowego, to
przychodzi mi na myśl obraz mojej matki.
Widzę ją wtedy stojącą w oknie, za
firanką.
Pewnie teraz tak jest, wiem to, że
stoi gdzieś w oknie nieba, a obok niej, za firanką jest także Ona!
Moje dwie matki, które mnie chronią
swoją miłością!
Kryspin
sobota, 30 kwietnia 2016
"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"- fragment:"Niepokojące wspomnienie wujka Mietka!"
-”Nasz
Michał nie musi zastanawiać się nad wyborem kierunku studiów i
szukaniu odpowiedniej uczelni, bo będzie księdzem i od października
rozpocznie studia w seminarium!”
Po
tej nowinie, którą obwieściła z uśmiechem na rozpromienionej
twarzy, przy stole zapadła kłopotliwa cisza.
Poczułem
się wtedy bardzo głupio i przez chwilę byłem nawet ściekły, że
nie uzgadniając tego ze mną, roztrąbiła nowinę, która zważywszy
na wydarzenia ostatnich tygodni, wcale nie była taka oczywista.
Zakłopotanie
przy stole nie było jednak tylko moim udziałem, bo po jej słowach
Mietek nagle spoważniał i milcząc wlepił we mnie zdziwione
spojrzenie.
Mama
zrozumiała, że niezręcznie to wyszło i chcąc ratować sytuację dodała, że już od dłuższego czasu więcej godzin spędzam w
kościele, aniżeli w domu i do tego ksiądz proboszcz wielokrotnie
nie mógł się mnie nachwalić i także wyraził swoją nadzieję
na temat mojej przyszłości w kapłańskim stanie.
Ta
kolejna przemowa wcale mnie nie uspokoiła i dlatego nagle
wstałem od stołu i przeprosiwszy obecnych, poszedłem do swojego
pokoju.
Na
odchodne rzuciłem tylko, że za tydzień mam maturę i niestety
muszę się uczyć.
Już
nie zszedłem do gości i całe popołudnie przesiedziałem skulony
na swoim tapczanie i zwyczajnie ryczałem jak bóbr.
Nie
miałem ani ochoty, ani siły, aby rozmawiać z kimkolwiek i nawet
nie pożegnałem się z krewnymi, gdy wyjechali od nas późnym
popołudniem.
Moja
mama przyszła do mojego pokoju dopiero przed kolacją.
Usiadła
na brzegu tapczanu i przez chwilę milczała.
Nawet
nie próbowałem ukrywać podłego nastroju i podświadomie czekałem,
aby zadała mi pytanie, co się ze mną stało.
Czułem,
że po nim byłbym wstanie wyrzucić z siebie to wszystko, co paliło
mnie w środku niczym rozżarzone węgle.
Ona
tylko patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem, w którym widziałem strach przed
tym, co miałaby usłyszeć.
Po
dłuższej chwili matowym głosem powiedziała:
-”Rozmawiałam
z Mitkiem po obiedzie. Poprosił mnie do drugiego pokoju i
opowiedział mi o tym, co zdarzyło się dawno temu.
Gdy
wujek był jeszcze w liceum, nasz ksiądz pracował w ich parafii
jako wikariusz. Zajmował się tam grupą ministrantów i lektorów.
Mieciu
opowiedział mi o młodym chłopaku, który popełnił samobójstwo
będąc w drugiej klasie liceum.
Wtedy
w parafii ludzie mówili, że winnym jego śmierci był nasz ksiądz.
Wtedy
już powszechnie krążyły plotki, że miał skłonności do
lubienia małych chłopców, ale nic poza szemranymi nowinkami mu nie
udowodniono, a dzieciaki nie chciały nic mówić przeciwko
opiekunowi.
Jedyny
Maciek wyłamał się z tej zmowy milczenia, szkoda tylko że zrobił
to w tak dramatycznych okolicznościach....Zostawił list pożegnalny
w którym napisał, że nie chce dalej żyć właśnie przez niego.
Podobno opisał bardzo szczegółowo wszystko, co go spotkało ze
strony księdza.
Jego
rodzice z tym listem pojechali do kurii, ale na niewiele się to
zdało, bo jedyne, co zrobili przełożeni kapłana, to nagłe
odwołanie i przeniesienie na inną parafię, z której po dwóch
latach dostał awans na proboszcza i od tego czasu jest u nas.”
Kryspin
środa, 27 kwietnia 2016
Tam, gdzie jest miłość, nie ma zdrady!
Jeden z arcybiskupów naszego
episkopatu w trakcie cyklicznego spotkania z wiernymi ustosunkował
się do spraw małżeńskich, a konkretnie do przypadku zdrady
jednego z zaślubionych.
Arcypasterz zdecydowanie odrzucił
możliwość rozstania z tak „prozaicznego” powodu stwierdzając,
że w formule przysięgi małżeńskiej nie ma ani słowa o
warunkowaniu trwałości związku od wierności współmałżonków!
Jakby tego było mało, powołał się
na przykład przebaczenia, jakim Piotra obdarował Chrystus po jego
zdradzie pierwszego wśród Apostołów!
Wisienką na torcie było podsumowanie
prelegenta w sutannie, że sama zdrada w małżeństwie może być
zaczynem lepszej miłości takiego związku!
A mnie się wydaje czcigodny
księże biskupie, że w ogóle nie powinniśmy mówić w takim
przypadku o sakramencie małżeństwa!
Rozstanie dwojga osób, po zdradzie
jednego z nich, czy też po obopólnej niewierności nie powinno być
traktowane jako rozwód!
Według prawa świeckiego, rozwód ma
miejsce wtedy, gdy uprzednio obie strony zawarły ważny akt
małżeństwa.
Ludzie wyrażeniem woli w obecności
urzędnika stanu cywilnego zostają uznani jako małżeństwo i tu
sprawa jest prosta . Świecki prawodawca dopuszcza możliwość
wycofania się z takiego przyrzeczenia i dlatego ludzie na życiowych
zakrętach mogą wystąpić o rozwód, czyli o przywrócenie wolności
od nieudanego związku!
Inaczej jednak jest z sakramentem
małżeństwa, który pieczętuje Kościół.
Przyrzeczenie przed ołtarzem jest
według prawa kanonicznego ostatecznym i wiążącym aż do śmierci
[co najmniej jednej ze stron tak danego słowa]!
Krótko mówiąc: Nie ma rozwodu od
sakramentu małżeństwa, co zresztą kościelny świadek małżeńskiej
przysięgi, którym jest kapłan sprawujący liturgię, przypomina
pod koniec ceremonii: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie
rozdziela!”
W Kościele nie ma rozwodów, ale co
jakiś czas słyszymy, że ktoś tam uzyskał orzeczenie o
nieważności swojego niedanego związku!
W jednym z felietonów Księdza w
cywilu już pisałem o warunkach koniecznych do uzyskania takiego
werdyktu ze strony kościelnych władz, ale chciałbym powrócić
jeszcze raz do tej kwestii w związku z wypowiedzią, którą
opisałem powyżej.
Kluczem i przepustką do
ważności sakramentu małżeństwa jest Miłość!
Wierność, uczciwość i zapewnienie,
że cię nie opuszczę, są tylko pochodnymi tej najważniejszej z
cnót i bez niej nie mają żadnej wartości.
Problem jest w tym, że niewiele
osób potrafi z całą pewnością stwierdzić, że kochają drugą
osobę i zauroczenie, chwilowy zachwyt, błędnie utożsamiają z
Miłością!.
Miłość to pełna rezygnacja z siebie na rzecz
drugiej osoby, którą chcemy uczynić jedynym właścicielem
wszystkiego, co nas stanowi!
Jeśli
to samo otrzymujemy z drugiej strony, to dopiero wtedy możemy
odpowiedzialnie zdecydować o wspólnej drodze w małżeństwie!
Taką właśnie definicję Miłości
przekazał nam św. Paweł w „Hymnie o Miłości” !
W Kościele nie ma rozwodów, ale wiele
par stających na ślubnym kobiercu nigdy nie doświadcza mocy
sakramentu małżeństwa, bo nie otwarli się na Miłość, czyli ich
zapewnienie w czasie kościelnej uroczystości jest tylko odklepaniem
martwej formułki bez żadnej wartości!
Małżeństwa oplecione prawdziwą
Miłością obojga, nigdy nie popadną w kryzys związku wywołany
niewiernością czy innymi ekscesami, które są zaprzeczeniem
Miłości!
Wielebny Hierarcho świętego
Kościoła!
-Nie piętnuj w swym nauczaniu osób
okaleczonych przez brak miłości i nie przekonuj, że niewierność
może być drogą do naprawy budowli małżeństwa, bo jej
prawdopodobnie nigdy tak naprawdę nie było.
-Nie mów kobietom poniewieranym przez
męża sadystę, że to krzyż ich małżeństwa i muszą w nim
trwać, bo tego ślubu[sakramentu] w takim chorym związku nigdy nie
było!
A może warto by było młodym
ludziom zafundować dobrą edukację do życia w Miłości?
Gdy ani w szkole, ani wśród
najbliższych nie mogą liczyć na taką naukę, to może Kościół
podejmie trud wychowywania ich do życia w Miłości, tej prawdziwej
cnocie, która w przyszłości będzie chroniła ich związki przed
kryzysami!
Kryspin
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Mierna, ale wierna[swojej miernocie!]
Na koniec kwietnia Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu organizuje w ramach tzw: "Poznaniady" Kiermasz Wydawców Książek.
Na tę imprezę, w trakcie której mieszkańcy tego szacownego grodu mogliby zapoznać się z dokonaniami literackimi rodzimych twórców, mój wydawca zaproponował mi udział. Decydującym w tej kwestii było to, że moje książki:"Zakochana koloratka" i "Zatroskana koloratka-pasterze i najemnicy" nieprzerwanie cieszą się zainteresowaniem czytelników i dlatego Wydawca uznał, że dobrze byłoby, aby zainteresowani mogli w trakcie takiej imprezy poznać autora książek, które przypadły im do serca.
Bardzo ucieszyłem się i zgodziłem się wziąć udział w takim spotkaniu.
No i po kilku dniach zimny prysznic, gdy przedstawiciel wydawnictwa z nietęgą miną i trochę zażenowany poinformował mnie, że jednak do takiego spotkania z czytelnikami niestety nie dojdzie, bo pani dyrektor Biblioteki Raczyńskich nie wyraziła zgody na mój udział!
Po tej informacji zadałem sobie retoryczne pytanie: Dlaczego?
Piszę retoryczne, bo pani "wielki cenzor" unika rozmowy ze mną i w tej kwestii odsyła mnie[przez sekretarkę] do działu promocji, a tam rozkładają ręce i informują grzecznie, że oni nic nie mogą, gdy szefowa powie:Nie!
Zadałem sobie więc kolejny raz retoryczne pytanie, ale już trochę inne: Czy ta pani przeczytała moje książki i krytycznie uznała, że nie zasługują na popularyzację?
No ale wtedy obraża gust i ocenę tysięcy moich czytelników, którzy z wielkim entuzjazmem je przeczytali- czego mam dowody w niezliczonych mailach z podziękowaniami!
Dlaczego?- Kolejny raz pytam siebie i aż boję się odpowiedzi, która mi się nasuwa!
Pani Aniu [nazwisko pomijam] zachęcam do przeczytania fragmentu "Zatroskanej koloratki"-konkretnie o nauczycielu PO[przysposobienie obronne] w mojej szkole[tam, gdzie pracowałem]. Był to prymitywny karierowicz, który nieustannie węszył skąd dmucha wiatr historii i zgodnie z nim ustawiał żagielek swojej łódeczki, aby popłynąć zgodnie z obowiązującym aktualnie prądem.
Oślizły, mały człowieczek, który swoją osobę nieustannie rozmieniał na drobne w myśl zasady : "Mierny, ale wierny [ale tylko na jakiś czas]
A fe pani dyrektor! Nie godzi się być tak zastraszoną osobą, która nieustannie zmusza samą siebie do czynienia zwrotów w stronę wietrzyka historii.
A może nie nadaje się pani do zarządzania tą szacowną instytucją?
Literaturze szkodzą grafomani, ale równie groźni są "cenzorzy", którzy uzurpują sobie prawo do decydowania, która książka winna trafiać do czytelników[znamy takich z naszej historii i z okresu, gdy na stosach palono literaturę nieprzystającą do ideologii]
Cieszę się, że za każdym razem literatura wychodzi z takich konfrontacji obronną ręką, a jej przeciwnicy prędzej czy później trafiają na śmietnik historii i nawet ich nazwisk nikt nie pamięta i dobrze!
Kryspin Krystek
Na tę imprezę, w trakcie której mieszkańcy tego szacownego grodu mogliby zapoznać się z dokonaniami literackimi rodzimych twórców, mój wydawca zaproponował mi udział. Decydującym w tej kwestii było to, że moje książki:"Zakochana koloratka" i "Zatroskana koloratka-pasterze i najemnicy" nieprzerwanie cieszą się zainteresowaniem czytelników i dlatego Wydawca uznał, że dobrze byłoby, aby zainteresowani mogli w trakcie takiej imprezy poznać autora książek, które przypadły im do serca.
Bardzo ucieszyłem się i zgodziłem się wziąć udział w takim spotkaniu.
No i po kilku dniach zimny prysznic, gdy przedstawiciel wydawnictwa z nietęgą miną i trochę zażenowany poinformował mnie, że jednak do takiego spotkania z czytelnikami niestety nie dojdzie, bo pani dyrektor Biblioteki Raczyńskich nie wyraziła zgody na mój udział!
Po tej informacji zadałem sobie retoryczne pytanie: Dlaczego?
Piszę retoryczne, bo pani "wielki cenzor" unika rozmowy ze mną i w tej kwestii odsyła mnie[przez sekretarkę] do działu promocji, a tam rozkładają ręce i informują grzecznie, że oni nic nie mogą, gdy szefowa powie:Nie!
Zadałem sobie więc kolejny raz retoryczne pytanie, ale już trochę inne: Czy ta pani przeczytała moje książki i krytycznie uznała, że nie zasługują na popularyzację?
No ale wtedy obraża gust i ocenę tysięcy moich czytelników, którzy z wielkim entuzjazmem je przeczytali- czego mam dowody w niezliczonych mailach z podziękowaniami!
Dlaczego?- Kolejny raz pytam siebie i aż boję się odpowiedzi, która mi się nasuwa!
Pani Aniu [nazwisko pomijam] zachęcam do przeczytania fragmentu "Zatroskanej koloratki"-konkretnie o nauczycielu PO[przysposobienie obronne] w mojej szkole[tam, gdzie pracowałem]. Był to prymitywny karierowicz, który nieustannie węszył skąd dmucha wiatr historii i zgodnie z nim ustawiał żagielek swojej łódeczki, aby popłynąć zgodnie z obowiązującym aktualnie prądem.
Oślizły, mały człowieczek, który swoją osobę nieustannie rozmieniał na drobne w myśl zasady : "Mierny, ale wierny [ale tylko na jakiś czas]
A fe pani dyrektor! Nie godzi się być tak zastraszoną osobą, która nieustannie zmusza samą siebie do czynienia zwrotów w stronę wietrzyka historii.
A może nie nadaje się pani do zarządzania tą szacowną instytucją?
Literaturze szkodzą grafomani, ale równie groźni są "cenzorzy", którzy uzurpują sobie prawo do decydowania, która książka winna trafiać do czytelników[znamy takich z naszej historii i z okresu, gdy na stosach palono literaturę nieprzystającą do ideologii]
Cieszę się, że za każdym razem literatura wychodzi z takich konfrontacji obronną ręką, a jej przeciwnicy prędzej czy później trafiają na śmietnik historii i nawet ich nazwisk nikt nie pamięta i dobrze!
Kryspin Krystek
czwartek, 21 kwietnia 2016
Ewolucja zmian, czy rewolucja...., którą drogą pójdzie Kościół?
Dlaczego musiał umrzeć Jezus z
Nazaretu?
Domorosły teolog odpowiedziałby
krótko: Jezus Chrystus musiał umrzeć, abyśmy otrzymali
przebaczenie naszych win i by otworzyła się dla wszystkich ludzi
perspektywa wiecznego szczęścia!
A gdybyśmy dalej drążyli temat
i zadali kolejne pytanie: Czym się tak naraził współbraciom z
Narodu Wybranego, że zawlekli go przed oblicze Piłata, aby ten
„przyklepał” wyrok na Niego?
Na tak zadane pytanie mamy odpowiedzi
zawarte w ewangelicznych relacjach z ostatnich dni Chrystusa w
Jerozolimie.
Mistrz z Nazaretu „zapracował”
sobie na wielkopiątkowy krzyż: Ośmielił się polemizować z
Uczonymi w Piśmie, mianem „pobielanych grobów” nazwał
Faryzeuszy [najbardziej elitarną grupę w społeczności
izraelskiej], a na koniec rozprawił się z kramarzami z dziedzińca
świątynnego, przepędzając z tego szczególnego miejsca drobnych
handlarzy, ale tym samym targnął się na źródło niebagatelnych
dochodów kapłanów[ bo to oni pobierali swoiste „franczyzy” od
każdego stoiska!]
Od ponad dwóch tysięcy lat
istnieje Kościół Katolicki, który w tak dramatyczny sposób [od
krzyża i męczeńskiej śmierci] zainicjował Jezus Chrystus!
Analizując wydarzenia, które
towarzyszyły narodzinom Kościoła, musimy zgodzić się z tym, że
powstał on w wyniku rewolucyjnego sprzeciwu.
Przez trzy ostatnie lata swojego
ziemskiego życia, Nauczyciel z Nazaretu wskazywał konieczność
zmiany starego porządku, odrzucenia obrosłych ludzką pychą zasad
Jerozolimskiej Świątyni, w której Bóg stał się kimś odległym
dla zwykłych wiernych będąc jednocześnie orężem władzy garstki
uprzywilejowanych.
Historia zna dwa określenia na zmiany
porządku rzeczy: ewolucja lub rewolucja.
Ewolucja zmian przegrywa jednak w
konfrontacji z pychą i przekonaniem o monopolu na mądrość, a taką
postawę prezentowali arcykapłani i faryzeusze.
Stary porządek przegrał wobec
konieczności zmian i naprawy tego, co nie przemawiało już do serc
szeregowych wyznawców!
U początku Kościoła, mieliśmy
klasyczny przykład rewolucyjnego zwrotu historii .Od religii
niewolników, lokalnego ruchu wyznawców człowieka, który po ludzku
przegrał na drzewie hańby [do tego działo się to w mało
znaczącej rzymskiej prowincji gdzieś na obrzeżach imperium], aż
do potęgi religii ogólnoświatowej, jaką jest Chrześcijaństwo
dzisiaj!
Ale czy Kościół wyciągnął naukę
z tej historii, nie wiem?
Gdy rozpoczynałem swoją drogę
seminaryjną, nasz przełożony często powtarzał: „Kościół
nigdy nie będzie klubem dyskusyjnym, a jego siłą jest:
„Precedencja i posłuszeństwo!”[czyli:
„Znaj swoje miejsce w szeregu i bądź posłuszny temu, który jest
nad tobą!]
To jest zasada hierarchiczności w
Kościele, w którym nie ma miejsca na demokrację i zdanie inne,
aniżeli głosi oficjalna nauka sterników Łodzi Piotrowej.
Pewnie ku temu służyło ustanowienie
dogmatu o nieomylności Papieża, który wiernym Kościół
zafundował w 1870 roku!
Gwoli ścisłości- Nieomylne nauczanie
następcy św. Piotra obwarowane jest pewnymi uściśleniami: Dogmat
precyzuje, że chodzi o nauczanie ex cathedra [oficjalne
stanowisko!] i tylko w sprawach wiary i obyczajów!
Kościół Powszechny jest od
pewnego czasu w kryzysie[odpływ wiernych i coraz większa liczba
osób manifestujących swoją dezaprobatę do nakazów nie
przystających do współczesnych realiów świata] i musi z tym się
zmierzyć!
Papież Franciszek zdaje się
pokazywać drogę przyszłego Kościoła, i dlatego opowiada się za
ewolucyjnymi zmianami w tej instytucji.
Stara się przy tym wsłuchiwać w głos
wszystkich, którzy stanowią Kościół, także tych maluczkich,
szeregowych członków wspólnoty i to budzi nadzieję!
Ojciec Święty jest człowiekiem
pokory i nie chodzi tylko o skromność, którą zawstydza możnych
Kościoła, ale jest pokorny w poszukiwaniu drogi, a to budzi
nadzieję.
A nam, zwyczajnym wiernym
pozostaje nadzieja, że inni decydenci Winnicy Pańskiej będą
podążać jego śladem, czyli ewolucyjną drogą zmian, wsłuchując
się także, a może przede wszystkim w oddolny głos, zwykłych
członków tego samego Kościoła, bo przecież: vox populi vox Dei!
Kryspin
Subskrybuj:
Posty (Atom)