czwartek, 15 września 2016

„Przekażcie sobie znak pokoju”


    No i znowu się narobiło!
   Na słupach ogłoszeniowych, przystankach autobusowych i innych miejscach naszych miast pojawiły się kolorowe plakaty dwóch dłoni złączonych w geście powitania.
   Całość opatrzono wezwaniem: „Przekażcie sobie znak pokoju!”, aby było ciekawiej, medialnym patronatem akcję objęły znane redakcje katolickich pism i to wydawało się słuszne, bo przecież wezwanie żywcem pochodziło z apelu, który w czasie każdej mszy kieruje kapłan do zgromadzonych, bezpośrednio przed rozdawaniem Ciała Eucharystycznego.
   No i wszystko wydawało się ok. ale tylko do czasu, aż rzecznik KEP [Konferencja Episkopatu Polski] poinformował, że ten plakat jest:Be!
Gdyby nie stanowcza reakcja księdza rzecznika, to pewnie większości nie przyszło by do głowy, że on promuje wartości gejowskie, namawia do homoseksualizmu, gloryfikuje akty homoseksualne jako moralnie dobre i jakby tego było mało, zachęca do podważania istoty małżeńskiego związku: tego właściwego, czyli męsko-damskiego
    A całość wniosków została wyciągnięta z małego szczegółu, na który większość owieczek katolickiego Kościoła nawet by nie zwróciła uwagi:
Na plakacie lewą rękę oplata kolorowa bransoletka w kolorach tęczy , a te barwy niektórym dociekliwym kojarzą się ze środowiskiem osób o innej od powszechnie akceptowanej orientacji seksualnej, czyli z gejami!
O wiele lepiej dla poprawnie zorientowanych[seksualnie] prezentuje się prawa dłoń opasana różańcem i od razu widać, kto jest po właściwej stronie w kwestii moralności!
No i się narobiło.
   Według badań uczonych [o różnych orientacjach seksualnych], w naszym kraju jest od 5 do 10% osób, które są gejami, homoseksualistami, kochającymi inaczej, aby nie używać innych, mało przyjemnych określeń ich preferencji w kwestii spraw intymnych!
    W parafiach, w których znak pokoju wierni przekazują sobie skinieniem głowy, to pół biedy, ale w tych, gdzie zebrani podają sobie rękę, to już zgroza! A nuż wśród stojących obok znajdzie się taki człowiek z kolorową bransoletką, to może pobożnej duszyczce zburzyć cały spokój i to bezpośrednio przed przyjęciem Pańskiego Ciała.
   A mnie się wydaje, że nie powinniśmy dać się zwariować w kwestii, kto jest porządny, a kto be. Może powinniśmy mniej zaglądać ludziom do ich sypialni, a oceniać ich z tego jakimi są dla innych.
   A mnie się podoba samo przesłanie: „Przekażcie sobie znak pokoju” i wcale nie gorszy mnie w nim kolorowa bransoletka, ani nie wywołuje świętego zadowolenia różaniec oplatający tą drugą dłoń.
Najważniejsze, że one mówią: Nie potępiam cię i jesteś mi kimś bliskim!
„Pokój z tobą”!
    W niektórych wspólnotach parafialnych, zebrani w trakcie mszy świętej kończą ceremonię przekazania sobie tego znaku chrześcijańskiej jedności właśnie tymi słowami i może tylko trochę żal, że nie zawsze wypowiadają je szczerze.
    Niezależnie z czyjej inspiracji pojawiły się te kolorowe plakaty na ulicach naszych miast, to może i za przyczyną medialnego, ale i tego kościelnego szumu wokół nich, wyniknie coś dobrego?
Może ci stojący po tej „właściwej[prawej]stronie” moralności, z większą świadomością podadzą swoją rękę do zgody [pokoju] drugiemu człowiekowi i to nie tylko w czasie niedzielnej mszy, ale także w codziennych relacjach z bliźnimi!
    A doszukiwanie się drugiego dna, stawianie wątpliwości co do czystości intencji tej drugiej strony, to na pewno nie służy dążeniu do jedności, a przecież o nią najbardziej zabiegał Chrystus w swoim nauczaniu.
Kryspin

poniedziałek, 12 września 2016

Konkubinat, lekarzu ulecz samego siebie!

       Przed kilkoma laty odwiedziłem mojego kursowego kolegę.
On już wtedy był szacownym proboszczem w nowo budowanej parafii i z tego powodu miał w perspektywie nagrodę, w postaci godności kanonickiej, którą po kilku latach otrzymał.
     Wtedy, gdy odwiedziłem go pierwszy raz, był jeszcze normalnym księdzem w czarnej sutannie i może dlatego przyjął mnie z serdecznością i poświęcił mi sporo ze swego czasu. Wspominaliśmy dawne dzieje i trochę plotkowaliśmy o naszych wspólnych znajomych, kapłanach. Gdy zapytałem go o kolegę, który z woli biskupa zarządzał sąsiednią parafią, mój znajomy proboszcz uśmiechnął się i powiedział:
A on ma się całkiem dobrze, ma na plebani panią, która co trzeba zauważyć, pracuje w urzędzie samorządowym, a na probostwo wraca tylko po południu, ale i tak zajmuje się naszym kolegą jak dobra żona: ugotuje, zadba o czystość, a i przypilnuje, by ten nie za często zaglądał do szklanych naczyń z perlistym napojem i ogólnie jest dobrze!
Swoją relację zakończył uśmiechem i podsumował:
No co by tu nie mówić, to w jego przypadku mamy do czynienia z nieformalnym konkubinatem i tak to trzeba określić....Ale nikomu to nie przeszkadza, więc jest ok”
     No tak, w tej chwili pewnie oczy przecierają cywile, którym Kościół odmówił prawa do życia sakramentalnego: do spowiedzi i komunii św., tłumacząc, że osoby żyjące w nieformalnych związkach, a także te w związkach niesakramentalnych- same wykluczyły się z pełni prawa w Kościele i basta!
     Dziwi mnie „logika” uczonych teologów, którzy definiując związek nieformalny, za kluczowe przyjęli wspólne gospodarstwo domowe niegodziwców!
Idąc tym torem rozumowania:
Ktoś kto mieszka u rodziców i systematycznie zachodzi do wybranki swojego serca, która także pomieszkuje o swoich bliskich, no i spędza u niej[w osobnym pokoju] prawie codziennie po kilka godzin i jak możemy się domyślać, nie zajmują się w tym czasie odmawianiem pobożnych modlitw, to nie ma do czynienia z nieformalnym związkiem?
Czyli: Raz po raz spowiedź, a że te same grzechy się powtarzają, to przecież można złożyć to na karb ludzkiej ułomności, słabej woli i po sprawie.
Z „czystym” sumieniem można przystąpić do Pańskiego stołu i ?
No właśnie, i następnie można wrócić do codziennych miłych chwil sam na sam!
I tu rodzi się pytanie:
A gdzie postanowienie poprawy, o żalu za grzechy popełnione nie wspominając?
Przecież to są konieczne warunki dobrej spowiedzi, ważnej, takiej która gładzi grzechy i przywraca stan łaski uświęcającej!
Kolega Anioł z „Alternatyw 4” z największym wzburzeniem piętnował mieszkańców bloku, którzy wdawali się w nieformalne związki.
Blokowy cieć odkrywszy ten proceder, z odrazą informował pozostałych, że:
Ci niegodziwcy nawet razem jedli i to jeszcze jak jedli!”
Komedia w śmieszny sposób ukazywała absurdy naszej rzeczywistości, ale kościelna wykładnia dotycząca nieformalnych związków także trąci farsą!
A gdyby tak, wzorem niektórych wrażliwych owieczek, które nie przystępują do komunii świętej, uznających swoją winę bycia w nieformalnym związku, podobnie zachowaliby się kapłani ?
Ksiądz przystępujący do sprawowania ofiary eucharystycznej winien być w stanie łaski uświęcającej [czyli po uczciwej spowiedzi, z zachowaniem pięciu warunków ważności sakramentu pokuty !]
Obawiam się, że mogłoby się tak zdarzyć, iż w wielu naszych świątyniach zamiast niedzielnej mszy, mogłyby co najwyżej odbyć się nabożeństwo pokutne?
A może byłoby to dobre, bo uczciwe zapewne!
Kryspin

poniedziałek, 5 września 2016

Powołanie do życia samotnego, to rzadki dar!

    Na początku mojej seminaryjnej drogi[po pierwszym roku], w czasie wakacji z przyjaciółmi pojechaliśmy do Bieniszewa.
Kilkanaście kilometrów od Konina, wśród lasów poszliśmy leśną dróżką, by u jej kresu zobaczyć, otoczony białym murem klasztor Kamedułów.
    W obrębie tej historycznej budowli znajdował się kościół, którego wnętrze było przedzielone masywną, drewnianą kratą, poza którą ludzie ze świata nie mieli wstępu. Ta część świątyni była przeznaczona dla mnichów przebywających na terenie klasztoru. Zakonnicy, jak nas poinformował jeden z nich, mieszkali w małych domkach rozsianych w pobliżu budynku świątyni.
Te małe budowle były pustelniami, w których poza surowymi pryczami, drewnianym stolikiem i niezbyt wygodnym krzesłem, nie było nic więcej.
   Gdy dowiedzieliśmy się, że mnisi praktycznie przeżywają swoje życie w milczeniu[poza wspólnie wypowiadanymi słowami modlitw] i nawet w czasie wspólnie spożywanych, bardzo skromnych posiłków, przestrzegają tej reguły, to nas trochę zmroziło.
    Po kilku godzinach przyglądania się ich niezwykłemu życiu, wracaliśmy leśną drogą do cywilizacji i wtedy wszyscy stwierdziliśmy to samo: „Ja bym tak nie potrafił!”
Powołanie do życia w samotności i rezygnacja z wszystkiego, jest czymś wyjątkowym i niewielu jest ludzi, którzy takiego daru doświadczają!
Potwierdzają to dane o liczbie ojców i braci tego jednego z najsurowszych zakonów w Polsce. Obecnie jest zaledwie kilkunastu mnichów żyjących w dwóch klasztorach na terenie Polski. Kandydatów do takiego powołania jest także niewielu, bo zaledwie kilku na przestrzeni ostatnich lat.
*
   Po zakończonych wakacjach powróciłem do seminaryjnych murów, ale często wracałem wspomnieniami do obrazów z Biniszewa.
Nasz świat „powołanych”, był zupełnie inny i nawet namiastka klasztornej reguły, jaką było silentium religiosum [ święte milczenie, nakazane od godziny 21.00 do śniadania następnego dnia] respektowaliśmy z przymrużeniem oka.
   Często zastanawiałem się, jakie to moje, nasze kapłaństwo będzie w przyszłości i wtedy najbardziej obawiałem się samotności!
Pomimo, że nasi przełożeni wielokrotnie wbijali nam do głów, że ksiądz nigdy nie odczuwa samotności,, bo jego rodziną jest parafia i wspólnota współbraci w kapłaństwie; to jednak nie łagodziło obaw.
    Sześć lat seminaryjnego przygotowania do życia w samotności nie realizuje szczytnych założeń:
Prawie dwustu facetów przez 365 dni w roku było ciągle razem[ przez 24 godziny na dobę!] i później, po święceniach taki konsekrowany młodzieniec trafił na plebanię, gdzie na parterze rezydował proboszcz, niekiedy zramolały, stary zgred, który o wspólnocie kapłańskiej już dawno zapomniał, a młodego księdza traktował jako wyrobnika, który powinien przejąć większość duszpasterskich posług za swojego przełożonego i tyle!
A młody kapłan próbując zagłuszyć strach samotności i rzucał się w wir duszpasterskich zajęć, wieczorem siadał przed telewizorem bądź przerzucał kolejny raz książkę już wielokrotnie przeczytaną, a jeśli miał szczęście, że kolega z roku pracował w pobliskiej parafii, wsiadał w samochód i go odwiedzał.
To jeden ze sposobów oszukania samotności, ale ile razy można rozmawiać o swoich szefach, nieżyciowych facetach, którzy swoje samotności zagłuszyli poczuciem władzy i pragnieniem mamony już tak dawno, że nie potrafili zrozumieć tych młodych w koloratkach.
A później, w kolejnym etapie ucieczki od samotnych wieczorów, następuje ożywienie życia towarzyskiego, odwiedziny u zaprzyjaźnionych parafian i tak dalej...
Powołanie do życia samotnego, to wielki dar i wyjątkowo rzadki.
   Zastanawiam się, czego w ludziach Kościoła, decydujących o narzuconej [celibatem] samotności kapłanów, jest więcej: świętej naiwności, czy zwyczajnej hipokryzji?
Kryspin, 

piątek, 2 września 2016

"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"

       Przed kilkoma dniami zapowiadałem inaugurację mojej książki: "Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd". Dzisiaj mój wydawca przesłał mi projekt okładki, którą chciałbym Wam przedstawić.
Wielu czytelników, którzy poznali "Zakochaną koloratkę-10000 dni"oraz "Zatroskaną koloratkę-Pasterze i najemnicy", z niecierpliwością oczekuje na tę niezwykłą książkę, która  pod koniec października trafi do księgarń.
Dzięki możliwości wcześniejszego zamówienia[ w formie przedsprzedaży] za 29.90 zł [Promocyjna cena z dedykacją autora], będziecie mogli poznać wstrząsające świadectwa bohaterów "Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd" jako pierwsi[kilkanaście dni przed premierą!]
Tel: 536 425  831 lub mail:kryspinkrystek@onet.eu
Zadzwoń, albo napisz, aby zamówić książkę!
Wysyłek będziemy dokonywali wg kolejności zamówień!

Pozdrawiam Kryspin

niedziela, 28 sierpnia 2016

Nie przyszedłem aby służyć, ale by mi służono!

 
     Był listopad 1975 roku. Będąc w klasie maturalnej pojechałem na krótkie [3 dni] rekolekcje dla młodzieży, które kilkanaście kilometrów od mojej miejscowości, organizowali Ojcowie Paulini.
    W małej, wiejskiej parafii pracowało wtedy czterech zakonników. Nad wszystkimi górował nie tylko pełnioną funkcją, ale i wzrostem[2,05] przeor tej mini wspólnoty.
Lubiłem tego olbrzyma, którego poznałem już wcześniej, gdy odwiedzał naszą parafię, za każdym razem budząc małą sensację z powodu swojej wielkości.
Przy całej swej „niezwykłości” był do tego szalenie miłym człowiekiem.
Zdziwiło mnie, gdy w trakcie naszego pobytu u gościnnych zakonników[ w trakcie naszych rekolekcji], Ojciec Przeor przedstawił nam swoich pomocników, wśród których jeden zdawał się jakoś za bardzo posunięty w latach, jak na prostego mnicha.
     Gospodarz wyjaśnił nam, że to był były Generał ich zakonu [ najważniejsza osoba w dużym zgromadzeniu zakonnym], ale po skończonej kadencji, powrócił do grona szeregowych Ojców!
Później, wyjaśniając nam zasady panujące w zakonie, dodał, że on także po maksymalnie dwóch kadencjach[czteroletnich] pewnie zostanie przydzielony do innych zadań.
Tak też się stało, gdy po kilku latach, w czasie mojego pobytu na Jasnej Górze, spotkałem go w klasztorze. Był wtedy zwyczajnym Ojcem zakonnym, jakich tam było wielu, ale nadal ujmował serdecznością i szczerym, uśmiechem!
     Przed kilkoma dniami w trakcie popołudniowej kawy, na którą zaprosiliśmy sąsiadów. Justyna wiedząc o mojej przeszłości, poruszyła temat proboszcza z jej rodzinnej parafii:
-” Od ponad dwunastu lat w mojej rodzinnej parafii zostaliśmy skazani na proboszcza, który delikatnie to ujmując, nie jest lubiany. Przez te wszystkie lata niechęć do tego kapłana narosła konfliktami, w których on chyba się lubuje, bo co chwilę swoją postawą zraża sobie kolejnych wiernych i w efekcie coraz mniej ludzi chodzi do kościoła...
Najgorsze jednak jest to, że on ma dopiero 58 lat i jeszcze długo u nas pozostanie!”
     Może puśćmy wodze fantazji...
    Gdyby kościelne władze wprowadziły obligatoryjnie kadencyjność stanowisk proboszczowskich.
Dajmy na to: Proboszcz powoływany byłby na okres, powiedzmy 4 lat..
Pod koniec pierwszej kadencji parafialna wspólnota w powszechnym głosowaniu wyrażałaby coś w rodzaju wotum zaufania, oceniając jego czteroletnie rządy dusz i dodatkowo Kuria[organ nadrzędny z biskupem jako decydentem], przeprowadziłaby coś w rodzaju audytu-zewnętrznej oceny poczynań gospodarza parafii.
W efekcie zapadłaby decyzja o ewentualnym kolejnym[ostatnim] okresem jego posługi w danej wspólnocie.
Później cztery lata przerwy i powrót do posługi pomocniczej[ wikariusz] , no a potem ewentualny, kolejny, kadencyjny czas proboszczowania w innej parafii!
No to teraz ktoś powie, że to czysta utopia i coś, czego nie da się wprowadzić w życie...
     Co prawda Kościół przez wieki żył hierarchicznym systemem sprawowania władzy nad pracownikami Winnicy Pańskiej, ale to wcale nie wyklucza, żeby kapłani mieli świadomość, że na tym ziemskim padole nic i nikomu nie bywa dane na zawsze.
Władza dana na jakiś czas,sprawuje w rządzącym poczucie służby i odpowiedzialności przed tymi, którzy nią kogoś obdarzyli.
Człowiek posiadający władzę, bez ograniczenia czasu, niekiedy staje się satrapą, który zatraca poczucie powołania do służby, a po jakimś czasie zaczyna żyć żądzą tego, aby mu służono!
Kryspin
P.S. Napiszcie mi o swoich Proboszczach: Czy są duszpasterzami z prawdziwego zdarzenia, czy satrapami , którzy zatracili istotę powołania!

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Zakonny habit na plaży!

   Ostatnio władze francuskie wprowadziły zakaz przebywania na plażach kobiet w tradycyjnych muzułmańskich hidżabach [kobiecy strój szczelnie zasłaniający całe ciało kobiety], jako wyraz fundamentalizmu religijnego, który jest sprzeczny z laickim charakterem państwa z Lazurowym Wybrzeżem. Niejako drugorzędnym argumentem był problem higieny, pożądany w miejscach, gdzie ludzie zażywają kąpieli.
    Z pewnością w świecie muzułmańskim takie obostrzenia będą traktowane jako nieprzyjazne i prowokująco wrogie wobec osób wyznających islam, no i zarzewie konfliktu gotowe.
    Swoją drogą pewnie wielu z nas dziwi takie poddańcze stosowanie się młodych kobiet islamu tak drastycznym ograniczeniom, które w naszej kulturze europejskiej, nie miałyby żadnych szans.
No, ale to wcale nie jest prawdą!
    W naszym kręgu cywilizacyjnym, w kulturze mającej korzenie w chrześcijaństwie, także z takim fundamentalizmem się spotykamy!
Jeszcze jako bardzo młody ksiądz przed wyjazdem nas letni urlop, rozmawiałem z siostrą zakonną, która pracowała w mojej parafii.
Dowiedziawszy się o moich planach wyjazdu nad morze, nieco posmutniała i z żalem powiedziała:
-”Wy, księża macie dobrze...możecie bez żadnego problemu poopalać się nad wodą, zażywać morskich kąpieli i po dniu spędzonym na plaży, spędzić wieczór w nadmorskiej kawiarni, nie budząc sensacji pozostałych obecnych.”
Zdziwiony odpowiedziałem bez namysłu:
-Przecież siostra też pojedzie na urlop, więc jaki problem, aby spędzić go podobnie ?
Odpowiedziała mi jeszcze bardziej poważna:
-”My nie mamy problemu, ale regułę zakonną i ten habit, który od chwili złożenia ślubów wieczystych, a nawet od czasu, gdy już na początku naszej drogi powołania zostałyśmy w niego przyobleczone; stał się jakby naszą drugą skórą...
     Żal mi, gdy mijam na ulicy młodą kobietę w zakonnym habicie i za każdym razem zastanawiam się co nią kierowało, że postanowiła tak spędzić resztę życia?
No i znowu narobiłem sobie kłopotów! Już wyobrażam sobie lawinę głosów obrońców odwiecznej tradycji, gdy od zawsze siostry zakonne realizowały swoje powołanie do modlitwy i ofiarnej służby i jakoś im habity w tym nie przeszkadzały!
To oczywiście jest prawdą, ale ?
     Ostatnio na jednym z portali internetowych zamieszczono wywiad z kobietą, która opuściła zgromadzenie zakonne po czternastu latach bycia w klasztorze.
Z żalem opowiadała o przyczynach opuszczenia wspólnoty. Na początku jak wiele jej rówieśniczek, cieszyła się, że będzie mogła realizować swoje marzenia o pełnej miłości służbie bliźnim, o radości bycia blisko Boga poprzez wspólnotę modlitwy.
    I to wszystko przez lata bledło w klasztornej rzeczywistości: zazdrość pomiędzy siostrami, nieustanna walka o względy przełożonej, absurdalne[na dzisiejsze czasy] nakazy reguły zakonnej pamiętające lata matki założycielki[ XVI wiek], permanentna inwigilacja i nieustanna konieczność rezygnacji ze wszystkiego w imię bezdyskusyjnego posłuszeństwa.
I znowu ktoś powie: przecież wiedziały na co się decydują.
    Sądzę, że nie do końca wiedziały, bo świadczą choćby o tym dane o odejściach z zakonnych wspólnot?
Pod koniec wywiadu z byłą siostrą padło pytanie ile z dziewczyn, które rozpoczęły z nią drogę klasztornego powołania, po latach pozostało w zgromadzeniu:
-”Z siedemnastu pozostały dwie!”-padła odpowiedź.
     A może potrzeba trochę świeżego powietrza, które padłoby na zakurzone dawnymi czasami zakonne reguły.
Chwile oddechu, takiego ludzkiego bycia wśród zwykłych ludzi, z pewnością nie zburzyłyby kobietom[na co dzień chodzącym w zakonnych habitach] istoty ich powołania
Kryspin

wtorek, 16 sierpnia 2016

Dożywocie!


     Miałem niecałe osiem lat, gdy pierwszy raz zaliczyłem wakacje u mojego wujostwa na wsi.
Byłem dzieciakiem z miasta i pobyt w gospodarstwie moich krewnych dostarczał mi niesamowitych przeżyć.
Tam szczególnie polubiłem codzienne spotkania ze zwierzętami:z Azorem, psem pilnującym obejścia, z krowami leniwie przeżuwającymi zieloną karmę by każdego poranka odwdzięczać się ciepłym mlekiem [z którego ciocia robiła pyszne masło i biały ser], oraz z innymi zwierzęta w obejściu.
     Bardzo lubiłem z wujkiem zajmować się końmi, które w niedzielne przedpołudnie były zaprzęgane do bryczki, którą udawaliśmy się na mszę odprawianą w parafialnym kościele.
Obok zagrody wujostwa było gospodarstwo sąsiadów. Tam od kilku lat gospodarzyła wraz ze swoim mężem córka starych rolników. Jej rodzice zaraz po ślubie przekazali młodym dorobek swojego życia w zamian za ”dożywocie”[ w tamtym czasie rolnicy, którzy przechodzili w stan spoczynku, nie otrzymywali państwowej emerytury i byli zdani tylko na łaskę swoich pociech]
    Starzy sąsiedzi w swej przezorności dokonali nawet stosownego zapisu przed sołtysem, że :dożywotnio będą otrzymywali od młodych pól litra mleka dziennie i do tego jedno jajko.
Wkrótce zmarła stara matka i ojciec nowej gospodyni pozostał sam. W dniu pogrzebu zięć wziął go na stronę i wyjaśnił: „Teraz, gdy ojciec został sam, mleka należy się jedna szklanka, a jajko będzie co drugi dzień!”
    To zdarzyło się dawno i może na szczęście teraz „dożywocie” w formie emerytury dla rolników zapewnia KRUS, ale pieniądze, które co miesiąc dostarcza listonosz, nie zastąpią wrażliwego serca najbliższych.
*
„Ojciec już jest stary i nie pasuje do naszego nowego domu. Jest marudny, niedosłyszy i najgorsze, że przy jedzeniu rozlewa nawet herbatę, nie mówiąc już o innych naczyniach, których wytłukł już co niemiara. W starej chacie z pewnością będzie się czuł lepiej, bo to jego świat.”
    Tak tłumaczyła się przed sąsiadami właścicielka pięknego i dużego gospodarstwa w zamożnej wielkopolskiej wsi.
    Córka mieszkająca w nowo pobudowanym, olbrzymim domu „dbała” o to, by staruszek nie czuł się niezręcznie i może dlatego posiłki zanosiła mu w metalowym naczyniu do szarej od starości izby.
Do stołu w pięknym salonie nie zapraszała go nigdy, choć często właśnie tam odbywały się przyjęcia z okazji imienin, urodzin, czy innych rodzinnych uroczystości.
Wtedy zdobywała się na gest „dobroci” i wysyłała córkę, aby dziadkowi zaniosła na tekturowej tacce kawałek ciasta.
     Staruszek był zapraszany do ich domostwa tylko raz w roku, przy okazji corocznej kolędy, ale gdy wielebny zasiadał z domownikami do uroczystej kolacji [ którą jadał tam co roku], on zbierał się i wracał do siebie.
    Smutne „dożywocie” miał ten staruszek bo jedyne, czego miał nadmiar, to samotność. Po kilku latach zmarł w swojej chacie. Lekarz wezwany z powiatu wpisał datę śmierci na dzień poprzedni, ale co do godziny, tego po czasie nie umiał dokładnie określić, bo staruszek odszedł po cichu i nikogo wtedy przy nim nie było.
Nic nie zastąpi wrażliwego serca najbliższych, zwłaszcza starym ludziom dożywającym swego „dożywocia”!
    Zawsze, gdy widzę w oczach starych ludzi smutek samotności wśród najbliższych, przypomina mi się „Drewniany talerz” ze wspaniałą rolą Kazimierza Opalińskiego[ Teatr telewizji 1968 rok] i końcowa scena, gdy wnuczka zabiera „pamiątkę” po dziadku, którego pozbyła się najbliższa rodzina. Na pytanie, po co jej ten drewniany talerz, odpowiedziała: „zostawię go dla was”!
Może w Roku Miłosierdzia warto byłoby pomyśleć, że Pan Bóg kiedyś wystawi nam rachunek za wrażliwość naszych serc, także w stosunku do naszych bliskich przeżywających obok nas swoje „dożywocie”!
Kryspin

piątek, 12 sierpnia 2016

Proszę:Przeczytaj i podaj dalej!!!

Do wszystkich znajomych Ważne!!!
     Przed chwilą wróciłem z mojego wydawnictwa, które zajmuje się dystrybucją moich dwóch pierwszych części Koloratki: "Zakochanej koloratki" i "Zatroskanej koloratki-Pasterzy i najemników".
     Obecnie Wydawnictwo zajmuje się przygotowaniem do publikacji trzeciej części:"Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd"! przy tej okazji wyrazili obawę, że z tą książką może być problem, bo "klimat" polityczny i powiązanie obecnej opcji politycznej z kręgami kościelnymi, może torpedować dystrybucję, jako niewygodną dla wielu kręgów!!!
     Obawiam się, że to skutecznie zamknie drogę dotarcia do czytelników-taka cenzura naszych czasów!!
"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd" to zapis skargi tych, którzy doznali krzywd ze strony Kościoła i chcą o swoim bólu mówić, bo to dla nich jest formą terapii!
     Wszyscy słyszeliśmy wielokrotnie o takich brudach Kościoła, ale do tej pory były to tylko zdawkowe informacje, niekiedy plotki!
     Teraz do Waszych rąk trafia swoista "spowiedź" ludzi, którzy osobiście doznali krzywd i pragną, aby świat o tym się dowiedział u źródła!
W związku z licznymi pytaniami dotyczącymi terminu ukazania się "Zaufanej koloratki", informuję, że do rąk czytelników może ona trafić około 20.10.2016 roku. Napisałem-może, bo nie mam pewności, czy będzie dostępna w normalnej dystrybucji!!! 

     Dlatego w dniu dzisiejszym rozpoczynamy przedsprzedaż i osoby, które będą zainteresowane nabyciem tej pozycji, po wpłacie na niżej podane konto kwoty zakupu, otrzymają ją w pierwszej kolejności i do tego w promocyjnej cenie wraz z dedykacją autora-
Nr konta: 06 1910 1048 2944 3926 0942 0001
Kryspin Krystek
Wojskowa 21/7
60-802 Poznań 

Koszt: "Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"- 29,90 zł[ cena księgarni-39,90 zł] Istnieje także możliwość zakupu wszystkich części- cena 70 zł lub jednej z dwóch pierwszych części i do tego przedpłata na "Zaufaną koloratkę"- 49,90 zł[ koniecznie proszę podać tytuł zamówionej części]
     W razie pytań proszę dzwonić:
536 425 831, mail: kryspinkrystek@ onet.eu
     Na koniec gorąca prośba: Wielu czytelników moich książek nie zna mojego bloga! Im także przekażcie  tę informację!
Pozdrawiam wszystkich:Kryspin

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Życie z uczynkami miłosierdzia!


     W cieniu Sanktuarium Bożego Miłosierdzia , do tego w roku Miłosierdzia, który Papież ogłosił, aby w sercach wierzących obudzić wrażliwość duszy, odbywała się pielgrzymka Franciszka do naszej ojczyzny.
Ojciec Święty wielokrotnie mówił o potrzebie miłosierdzia, którym można zmieniać oblicze świata i to powtórzył w czasie pobytu u nas!
    Na spotkania z nim ściągnęły tłumy. W rzeszy słuchających jego przemówień byli młodzi ludzie i ci posunięci wiekiem także. Na specjalnie przygotowanych miejscach zasiedli wyróżnieni goście: przedstawiciele najwyższych władz i hierarchowie, którzy przez swoją obecność manifestowali jedność z Głową Kościoła i co za tym idzie, wyrażali akceptację poglądów Franciszka!
     A on mówił o potrzebie uczynków miłosierdzia, którymi dokonuje się przemiana naszych serc!
Nie poprzestał jednak tylko na słowach, ale sam w trakcie pobytu u nas czynił drobne gesty, którymi chciał pokazać wszystkim, że tak niewiele potrzeba, aby ze słów przechodzić do czynów.
Nie wystarczy o miłosierdziu tylko mówić i w potoku słów, nawet najpiękniejszych, uspokoić swoje sumienie, to za mało!
     W trakcie pobytu w Krakowie Papież postanowił [poza oficjalnym programem] odwiedzić umierającego przyjaciela, kardynała Macharskiego. Był to uczynek miłosierdzia: chorych odwiedzać!
Taki mały, zwyczajny gest serca otwartego na miłość do bliźniego w potrzebie.
Franciszek zrobił to nie dla poklasku, dla fleszy dziennikarskich aparatów, ale z potrzeby serca, którą żyje na co dzień, także u siebie w Watykanie.
*
     Wśród wszystkich uczynków miłosierdzia, jeden jest kluczem otwierającym ludzkie serce:
Urazy chętnie darować!
Jeśli tego klucza zabraknie, inne uczynki miłosierdzia pozostaną tylko w słowach pustych zapewnień!
Dotyczy to wszystkich: nas maluczkich, ale także tych, którzy zajmowali honorowe miejsca na spotkaniach z Papieżem.
*
    W liturgii Mszy świętej jest taki fragment, gdy zgromadzeni w spowiedzi powszechnej wypowiadają słowa żalu, przepraszając Boga, że zgrzeszyli: myślą , mową i uczynkiem!
I właściwie na tym kończy się czas refleksji nad wszystkimi brudami, którymi ubabrali swoje sumienia!
A może, gdyby zamiast tych wyklepanych słów, przez chwilę, w sercu rozliczyli się z zaniedbanych uczynków miłosierdzia: z braku pocieszenia dla strapionych, odmówionemu chleba głodnym, zaniechanych odwiedzin u schorowanego bliskiego, który w szpitalnej sali czeka na ich wrażliwe serce, podania ręki do zgody skłóconemu z nimi sąsiadowi, puszczenie w niepamięć zadawnionych pretensji; to może na koniec tego spotkania wyszliby inni, lepsi ?
Franciszek powrócił do siebie i rozjechali się do swoich zajęć ci, którzy jeszcze tak niedawno przeżywali zachwyt nad prostotą jego nauki o potrzebie miłosierdzia i może nawet w głębi siebie poczynili postanowienia, że i oni coś zmienią w swoim życiu......
Ale może jeszcze nie teraz, bo to by było tak jakoś głupio porzucić dawne przyzwyczajenia.
      Dlatego na nowo odżyły kłótnie politycznych adwersarzy, kapłan mający swoją siedzibę o kilkaset metrów od mieszkania staruszki, która przed laty była częstym gościem jego przyjaciela, pewnie jej nie odwiedzi, pielęgnując dawną urazę, a pobożny katolik [ co niedzielę zajmujący czołową ławkę w kościele], nadal będzie żył nienawiścią do wszystkich, których nie lubi.....
A może uczynki miłosierdzia wcale nie są takie łatwe do spełnienia......?
Kryspin


czwartek, 4 sierpnia 2016

Uśmiech uczciwego poranka!

Zarobić 50 zł w ciągu jednej  minuty!
To wielka radość, prawda?
Robiłem po drodze zakupy w sklepie sieciowym. Pani przy kasie wyliczyła mi należność za produkty w moim koszyku i podała kwotę do zapłaty.
Po uiszczeniu rachunku, kierując się w stronę samochodu, zabrałem się do chowania pozostałych pieniędzy, które starym zwyczajem[nie do końca dobrym], zamierzałem umieścić w kieszeni koszuli.
I tu zdziwienie???
   Wchodziłem do sklepu mając 90 zł, zrobiłem zakupy za około 40 zł, a w ręce miałem teraz dwa banknoty po 50 zł, czyli równo 100 zł ???
O, jakie to miłe przemknęło mi przez myśl, ale po chwili przed oczami zobaczyłem smutną minę tej kobiety, która przy wypłacie otrzyma 50 zł mniej!!!
Nie zastanawiając się wcale, wróciłem do sklepu i podałem zdziwionej kasjerce banknot.
Była zaskoczona i w pierwszym odruchu próbowała zasugerować, że to moje pieniądze, ale po chwili zrozumiała, że popełniła błąd, który skutkowałby jej smutną miną przy wypłacie!
    Podsumowując: z takiego drobnego wydarzenia oboje zaliczyliśmy uśmiechnięty początek dnia:
Ona, bo ktoś przywrócił jej wiarę w uczciwość i uratował ją od może małej, ale jednak troski;
a ja, że nie uległem pokusie, może niewielkiej, zważywszy na małą kwotę, ale zawsze wiążącej się z ludzką krzywdą!!!
Jak miło jest tak właśnie rozpocząć dzień!!!
Polecam wszystkim, Kryspin

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Niewerbalny przekaz Franciszka


     Gdy w jednym z poprzednich postów pisałem o zbliżających się ŚDM, w zakończeniu napisałem z nutą obawy, czy nie będzie to tylko spotkanie z Idolem?
Teraz, gdy o tamtych dniach mówi się w czasie przeszłym, mogę powiedzieć, że w tym jednym miałem rację:
To było wielkie spotkanie młodych z całego świata z Idolem, który zaczarował przybyłych swoim przesłaniem!
    Papież Franciszek do maksimum wykorzystał tę „imprezę”, aby mając fantastyczną umiejętność kontaktu z morzem młodości, nieustannie mówił do nich, nawet wtedy, gdy nie posługiwał się wyszukanymi słowami!
Przekaz niewerbalny, którym nieustannie dotykał obecnych, pewnie dalece dłużej pozostanie w umysłach zgromadzonych, aniżeli nauki głoszone dla setek tysięcy zgromadzonych w czasie uroczystych liturgii.
    Mnie zafascynowały dwa przekazy, którymi Franciszek obdarował wszystkich obecnych w Krakowie, ale i miliony przed telewizorami:
    Już od kilku lat tabloidy mówiły o kardynale Bergolio, późniejszym Papieżu Franciszku, że jest człowiekiem skromnym, ale i trochę dziwnym zarazem.
No bo jako swego rodzaju dziwactwo odbierano jego przejazdy do siedziby biskupiej metrem , gdy w garażach kurialnych oczekiwały wypasione fury zakupione na potrzeby kardynała. Później jedna z pierwszych decyzji nowo wybranego gospodarza Watykanu, że po wyborze na Stolicę Piotrową zamierza nadal mieszkać w skromnym domu pielgrzyma, gdy o kilkaset kroków oczekiwały odnowione apartamenty papieskie, była także niespotykana.
No i oto ten ekscentryczny Papież, jak pewnie z niesmakiem określają go jego współpracownicy, przybył do naszej ojczyzny!
I znowu dziwne życzenie, że Ojciec Święty będzie się poruszał normalnym samochodem, który nadzwyczaj skromnie by wyglądał obok limuzyn, którymi przybyli inni dostojnicy kościelni i państwowi!
     Trzeba jednak przyznać, że w trosce o dobry wizerunek, większość tychże krążowników szos, na czas pobytu Franciszka, zakotwiczono na parkingach, gdzie spokojnie oczekiwały na chwile po odlocie dostojnego gościa!
    Do historii przejdzie także tramwaj, którym Franciszek udał się na spotkanie z młodymi.
Od tej pory przez wiele kolejnych lat, każdy będzie mógł poczuć radość przejazdu tramwajem Franciszka i to jest piękne!
     Papieski volkswagen także przejdzie do historii, gdy pójdzie na aukcję i pieniądze pozyskane z jego sprzedaży zasilą biednych w afrykańskim kraju.
     Swoją drogą zastanawiam się, ile z tego niewerbalnego przekazu Ojca Świętego odciśnie się zmianą w myśleniu tych, którzy byli blisko niego w tamtych dniach?
     A co by było, gdyby w przykład kapłana w białej sutannie zapatrzyli się i inni duchowni, także ci, którzy do swych stolic biskupich rozjechali się limuzynami z parkingu?
Gdyby także te samochody posłużyły jako dawcy środków na pomoc tym, którzy na co dzień nie mają nawet na tramwajowy bilet?
     Czyż nie byłby to piękny odzew na niewerbalny przekaz Idola Franciszka?
Czcigodni Hierarchowie, i tak w samochodach ze średniej półki bylibyście o krok przed Franciszkiem, bo on na co dzień porusza się starym Renault 4, co wcale nie umniejsza jego wielkości!
Kryspin

piątek, 22 lipca 2016

Laikat, to nie laik!

    W jednym z programów telewizyjnych, poprzedzających Światowe Dni Młodzieży, redakcja zaprosiła do rozmowy znanego ojca Dominikanina i dziewczynę, która reprezentowała środowisko młodych katolików.
Odpowiadając na pytanie gospodyni spotkania, czego młodzi oczekują od Kościoła, zaproszona powiedziała: „Młodzi, wierzący są przygotowani pod względem duchowym i merytorycznym, aby uczestniczyć w odpowiedzialnym zmienianiu Kościoła. Aby jednak było to możliwe, potrzebujemy traktowania nas w sposób podmiotowy!”
     Jan Paweł II od pierwszego spotkania z młodymi ludźmi, z okazji inauguracyjnego ŚDM w 1985 roku w Rzymie powiedział: „Wy jesteście nadzieją Kościoła!”. Ojciec Święty powtórzył wtedy za św. Piotrem, uczniem Chrystusa i pierwszym Papieżem:”Abyście umieli zdać sprawę z nadziei, która jest w was[1P3,15]”
Kościół, to hierarchia i laikat-tak definiuje się ogół tworzących tę wspólnotę!
I znowu odwołam się do maila od czytelnika rubryki-Ksiądz w cywilu:”..Stanowisko Kościoła jest..., a wygłasza to nabzdyczony hierarcha i, na pewno nie ma na myśli laikatu”[przytoczone dosłownie]
„Młodzi, świadomi katolicy, oczekują podmiotowego traktowania!”
     Bezpowrotnie skończył się czas ciemnego ludu, który w zasłuchaniu przyjmował prawdy „oświecone” mądrością wygłaszaną im z ambony i to wbrew pozorom jest szansą Kościoła!
W połowie lat siedemdziesiątych byłem pierwszy raz na rekolekcjach oazowych w Krościenku.
Tam miałem okazję na spotkanie z rzeszą młodych ludzi, którzy poświęcając swój wakacyjny czas, decydowali się na pogłębianie swojej wiedzy, by stawać się bardziej świadomymi w wierze!
     Ruch odnowy Kościoła, zapoczątkowany przez charyzmatycznego ks. Blachnickiego, był szansą nie tylko dla młodych, ale także dla rodzin i duchownych, otwartych na podmiotowość świadomego laikatu.
     Z perspektywy lat odnoszę jednak wrażenie, że wiele z tych dobrych inicjatyw rozmyło się w niezrozumieniu i po części i strachu przed nowym.
Może dlatego uczestników wakacyjnych[oazowych] rekolekcji w rodzimych parafiach miejscowi duchowni odbierali jako dopust Boży i grupę, która trąciła sekciarstwem!
Wiele szczęścia mieli ci młodzi, gdy ksiądz z ich kościoła otarł się o ruch oazowy, wtedy kontynuował pracę zapoczątkowaną w czasie wyjazdowych rekolekcji.
To jednak dla większości nie trwało długo, bo z woli przełożonych opiekun zmieniał miejsce swojej posługi, a następca często robił wszystko, aby wygasić zapał parafialnych aktywistów!
W trakcie mojej seminaryjnej formacji, jeden z naszych przełożonych, specjalista od Ecclesiologii [nauki o Kościele] tłumaczył nam, że: „ Kościół nigdy nie będzie klubem dyskusyjnym, a istotą jego trwałości jest precedencja [uznanie pierwszeństwa] i posłuszeństwo!”
     Z pewnością Kościół nie będzie klubem dyskusyjnym, ale z drugiej strony nie może też pozbawić głosu laikatu, który jest jego integralną częścią i chce uczestniczyć w jego odnowie!
Laikat nie jest synonimem laika, o czym zapominają niektórzy hierarchowie!
Laikiem nazywa się ignoranta w jakiejś dziedzinie, a określenie : laikat używa się w stosunku do ogółu świeckich członków Kościoła, głównie tych, którzy są aktywnie zaangażowanych w szerzenie wiary![definicja z encyklopedii PWN]
     Dzisiejszego Kościoła zwyczajnie nie stać na to, aby nie wsłuchiwać się w ten głos i o tym winni pamiętać wszyscy ci, którzy są na szczytach, jak to kiedyś określił mój profesor: precedencji!
Kryspin


środa, 13 lipca 2016

Światowe Dni Młodzieży- wielkie rekolekcje, czy tylko spotkanie z Idolem?

    Po miesiącach przygotowań wielkie wydarzenie wkrótce stanie się faktem: Światowe Dni Młodzieży z Papieżem Franciszkiem odbędą  się w Polsce!
    Od 25.07 do 31.07 Kraków będzie rozbrzmiewał wielojęzycznym gwarem. Po uliczkach Starego Rynku i po tych dalszych także, przetaczać się będą kolorowe tłumy młodych, uśmiechniętych ludzi, którzy zdecydowali się uczestniczyć w tym święcie wiary!
Pewnie po kilku dniach, może tygodniach; gdy tegoroczne Światowe Dni Młodzieży przejdą do historii, organizatorzy tej niewątpliwie ważnej imprezy, odtrąbią sukces, rzucając w świat informację o frekwencji liczonej w setkach tysięcy, a może nawet jeszcze większej?
     Może już trochę ciszej będzie się mówiło o frekwencji na imprezach towarzyszących: spotkaniach modlitewnych organizowanych w pobliskich parafiach diecezji krakowskiej, o spektaklach mniej lub bardziej profesjonalnych grup religijnych, czy zainteresowaniu targami powołaniowymi, gdzie swoje kramy porozstawiali przedstawiciele wspólnot zakonnych.
*
    Najbliższe tygodnie zapowiadają trzy wielkie imprezy, w tym dwie z nich odbędą się w naszej ojczyźnie. Oprócz wspomnianych powyżej Światowych Dni Młodzieży, prawie w tym samym czasie Jerzy Owsiak zaprosił na pola nieopodal Kostrzyna nad Odrą miłośników głośnej muzyki, .organizując kolejny Przystanek Woodstock i na koniec wydarzenie, którym. co cztery lata ekscytują się miłośnicy sportu na całym świecie, czyli Igrzyska Olimpijskie. Odbędą się one co prawda w dalekim Rio de Janeiro, ale i my będziemy śledzili ten spektakl!
Ktoś zapyta: co one mają ze sobą wspólnego?
    Elementem łączącym te wydarzenia są miesiące, a niekiedy i lata przygotowań organizatorów, aby przebiegły one bez przykrych wpadek, czy jakichkolwiek zagrożeń!
    Od kilku lat śledziliśmy poczynania brazylijskiego gospodarza, który musi uporać się z budową infrastruktury[stadiony, trasy do zmagań zawodników, hale do rozgrywania konkurencji sportowych i na koniec zapewnienie godziwych warunków zakwaterowania zawodników, kadry pomocniczej i milionów kibiców, którzy na czas olimpijskich zmagań przybędą do ich kraju]
Owsiak po zakończonej, corocznej zimowej zbiórce do puszek, rozpoczyna ze sztabem współpracowników przygotowania do letniego Woodstocku i znowu moglibyśmy wyliczać ogrom pracy, którą wkładają, aby młodzi ludzie nie tylko dotarli na koncerty, .beztrosko się bawili, .ale i bezpiecznie powrócili do swych domów..!
    Podobnie sprawa się ma ze ŚDM, o czym od miesięcy informują nasze media i tak musi być!
Jest jeszcze jeden element łączący te imprezy. Na każdą z nich zapraszani są młodzi ludzie, którzy zasłużyli sobie, aby w nich uczestniczyć: Owsiak organizuje Woodstock, jako podziękowanie dla setek tysięcy wolontariuszy, którzy corocznie obsługują WOŚP, na Olimpiadę jadą sportowcy, którzy ciężką pracą na treningach zdobyli tzw. minima olimpijskie, a na ŚDM ?
No i teraz odezwą się głosy, że ŚDM są czymś innym i to jest prawda, a przynajmniej winny być czymś wyjątkowym!
Krakowskie spotkanie z Papieżem. Franciszkiem to wielkie rekolekcje dla młodego świata !
     I tu rodzi się moja obawa,. że wśród setek tysięcy młodych ludzi większość stanowią ci, którzy te dni potraktują, jak kolejną imprezę, w czasie której można zwyczajnie przyjemnie spędzić czas!
W trakcie przygotowań do ŚDM organizatorzy apelowali do mieszkańców podkrakowskich miejscowości, by przygotowali kwatery, w których mogliby przyjąć [w trakcie tych dni ] młodych z całego świata. Myślę jednak, że to nie był najlepszy pomysł?
W Polsce jest ponad 1000 domów zakonnych z pokojami gościnnymi i z obszernymi ogrodami, w których mogłyby na kilka dni wyrosnąć namiotowe miasteczka młodych pielgrzymów. Kolejnymi odpowiednimi miejscami, w których zakwaterowanie znalazłoby kolejne kilka tysięcy przybyłych, to kilkadziesiąt obszernych budynków seminariów duchownych[pustych w czasie wakacji].
Do tego wszystkiego są jeszcze domy rekolekcyjne przy sanktuariach, które w tym czasie mogłyby posłużyć jako miejsca pobytu młodych z ŚDM!
Takie „rozlokowanie” pielgrzymów, to nie tylko załatwienie sprawy noclegów, ale także możliwość duchowego przygotowania przybyłych !
Takie rekolekcje przed rekolekcjami na podkrakowskich Błoniach pozwoliłyby młodym ludziom pooddychać magią miejsc, w których na co dzień przebywają ludzie starający się być blisko Boga.
Kryspin

sobota, 9 lipca 2016

Czy Biblia jest niebezpieczna dla wiary?

Czy Biblia, która stanowi kodeks wiary dla chrześcijan, może tejże wierze szkodzić?
Pytanie z gatunku absurdalnych, ale jednak zasadne, o czym może świadczyć choćby fragment listu czytelnika, który pozwolę sobie zacytować: „Ja też jestem człowiekiem wierzącym. Jednak nie jestem w żadnym kościele.
 Byłem katolikiem ale w miarę pogłębiania swojej wiedzy na temat historii kościoła i jego funkcjonowania w obecnym czasie zdecydowanie odciąłem się od niego. Uważam że kościół katolicki ma bardzo mało (zbyt mało) wspólnego z nauką Chrystusa i z prawem Boskim zawartym w Biblii. Czy się mylę ?
Na początek weźmy na przykład problem który omówił Pan w artykule Gipsowa Madonna.
Dlaczego nie przedstawił Pan drugiego przykazania Dekalogu w jego pełnym brzmieniu ?
A brzmi ono :
"Nie będziesz miał bogów innych oprócz Mnie. Nie uczynisz sobie posągu ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko albo na ziemi nisko, lub w wodzie poniżej ziemi.
Nie będziesz oddawał im pokłonu ani służył. Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu a tych, którzy Mnie nienawidzą, a który okazuje łaskę w tysiącznym pokoleniu tym, którzy Mnie miłują i strzegą moich przykazań".(według Biblii Tysiąclecia)
Czy nie jasno Bóg określił swoje stanowisko ? Czym więc jest to co się dzieje jak nie ewidentnym łamaniem Boskiego prawa. ?”
Gdy w aptece kupujemy medykament, na opakowaniu znajdujemy pouczenie, aby zasadę jego stosowania konsultować z lekarzem, lub farmaceutą i robimy to, aby coś, co wyprodukowano dla poprawy naszego zdrowia, nie stało się dla nas zagrożeniem!
Podobnie jest z Pismem Świętym: Jeśli nie rozumiesz danego przesłania, skonsultuj się z tym, który poprowadzi cię przez zawiłości tekstu!
Najbardziej szkodzą sobie domorośli egzegeci, którzy nie mając podstawowej wiedzy z zakresy teologii i historii, podejmują się wyciągania wniosków z przeczytanego fragmentu tej natchnionej [inspirowanej Bożymi zaleceniami] księgi.
Cytowany powyżej fragment skierowany był do Narodu Wybranego, który wtedy stanowiła garstka prymitywnych potomków Abrahama, która tworzyła zręby państwowości w otoczeniu starożytnych potęg:Asyrii, Babilonu i Egiptu. Te państwa oprócz swojej historii, miały rozbudowany politeistyczny system bóstw, które oplatały życie codzienne mieszkańców.
I w tym tyglu wielobóstwa plemię Izraelitów z Bożego pouczenia, wchodzi z wiarą monoteistyczną w jednego Boga!
W takim kontekście Biblijne pouczenie nie mogło nie zawierać tak rygorystycznego nakazu i zakazu zarazem!
A czy dzisiaj to Boże pouczenie ma znaczenie?
Oczywiście, że ma, choć świat wraz z postępem stworzył inny panteon bóstw[mamona nałogi itd]!
Ale o tym wiernych winni informować kapłani, choćby w czasie niedzielnych homilii.
Tak na koniec: Przestroga dla wszystkich domorosłych „egzegetów”, którzy bezrefleksyjnie odczytują Boże słowa z Biblii uważając, że natchnienie całości .tekstu czyni świętymi każde słowo i słowa łączone w dowolny sposób są głosem Boga i nie podlegają interpretacji:
Ewangelista dramat Judasza zakończył stwierdzeniem:”Judasz poszedł na pole Garncarza i się powiesił!” W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie Chrystus chwaląc wrażliwość serca poganina, stwierdza:”A ty czyń podobnie!”
A teraz połączmy te dwa teksty: „Judasz poszedł na pole Garncarza i się powiesił, a ty czyń podobnie!”
I mamy naukę Biblii, w której Bóg namawia do czynów samobójczych- absurd, prawda?
Gdy człowiek wyłącza milczenie, nawet cudowne lekarstwo może zaszkodzić, Biblia także!

poniedziałek, 4 lipca 2016

Teorie spiskowe!

Prze kilkoma laty dotarły do nas książki Dana Browna wywołując poruszenie wśród czytelników spragnionych teorii spiskowych.
Gdy pojawił się u nas opasły tom „Kodu Leonarda da Vinci”, książkę przekazywano sobie z rąk do rąk niczym bibuły[nielegalne książki, pisane przez opozycjonistów poza granicami PRL i kopiowane na powielaczach ] z czasu wojennego.
No i wybuchła fala dyskusji na temat „rewelacji”, które mogłyby podważyć całą doktrynę Watykanu!
Amerykański twórca mógł tylko zacierać ręce i sprawdzać pęczniejące konto .
Jego sensacyjna powieść z szybkością światła przekraczała kolejne rekordy nakładu i stała się światowym bestselerem.
Autor, to trzeba przyznać, w mistrzowski sposób manipulował czytelnikami, przeplatając fakty historyczne z fikcją ubraną w pozory prawdy.
Gdyby książki Browna pojawiły się kilkaset lat wcześniej, pewnie ich autor skończyłby na stosie podpalonym przez inkwizytora.
Jeszcze do niedawna wylądowałaby na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych i szkodliwych!
I w tym wypadku musiałbym się choć po części zgodzić z cenzorami w sutannach!
Tego rodzaju literatura jest niebezpieczna i może szkodzić, zwłaszcza czytelnikowi o małej wiedzy z zakresu spraw związanych z historią Kościoła.
Gdy „Kod Leonarda da Vinci”, a po nim „Anioły i demony”.narobiły w umysłach czytelników bałaganu,. niczym po przejściu trąby powietrznej, wielokrotnie słyszałem krótkie, ale i pełne przekonania stwierdzenia:
-”a jednak coś w tym musi być!”
-”no to nareszcie ktoś powiedział prawdę!”
  1. No i co z takim „pasztetem” zrobić i jak winni zareagować przedstawiciele Kościoła?
Oficjalna postawa Hierarchów chyba zaskoczyła wszystkich? Nie wdali się w teologiczną dysputę i nie starali się w oficjalnych pismach walczyć z wybujałymi teoriami Dona Browna i dobrze!
Jednocześnie jednak zabrakło głosu oddolnego, choćby w czasie niedzielnych homilii; rozsądnego wytłumaczenia absurdalności rewelacji głoszonych przez zwolenników teorii spiskowych.
Weźmy dla przykładu tylko dwie, bardzo popularne, także obecnie „rewelacje”:
1- „Jezus miał żonę i była nią Maria Magdalena![ do tego urodziła mu potomstwo, którego potomkowie żyją po dziś dzień!”
2-”Maria Magdalena była autorką Ewangelii, której Kościół jako niewygodną dla swojej doktryny, po prostu nie uznał!”
Nie zamierzam teraz przekonywać żadnego z miłośników teorii spiskowych i poszukiwaczy sensacji, ale chciałbym,. aby nad tymi „rewelacjami” zastanowili się ci, którzy są członkami Kościoła i mienią się ludźmi wierzącymi!
-Czy Jezus mógł mieć żonę?
Jako normalny, dorosły mężczyzna pewnie tak?.
Ale jej nie miał! W najstarszych przekazach świadków jego historii[w Ewangeliach i innych pismach historyków z tamtego czasu] nie ma wzmianki o Jego małżeństwie,. a z pewnością musiałaby się pojawić!
„Podobny do nas we wszystkim oprócz grzechu!”- to jeden z kanonów naszej wiary, prawda?
Czyż nie byłoby szczytem. egoizmu [jeden z głównych grzechów!] zakładać rodzinę,. gdy w perspektywie czekał krzyż?
-Sprawa Marii Magdaleny?
Z pewnością Go kochała i była Nim zafascynowana, ale trudno się dziwić, bo to On przywrócił jej godność nie potępiając jej!
- Czy Maria Magdalena napisała Ewangelię?
Z pewnością nie! Zwyczajnie nie umiała pisać!
Pewnie wielokrotnie o Nim. mówiła wszystkim tym, którzy nie dostąpili szczęścia być blisko Nauczyciela z Nazaretu i nic poza tym!
Gdy na przełomie I i II wieku pierwsi Ojcowie Kościoła tworzyli Kanon ksiąg Nowego Testamentu, podstawowym kryterium, jakie przyjmowali było to, czy spisane relacje pochodzą od Apostołów, bądź ich bezpośrednich uczniów, którzy od nich czerpali wiedzę.
Uściślając: Ewangelie były spisaną relacją świadków będących stale przy Mistrzu.
Maria Magdalena nie była w „gronie” uczniów Chrystusa!
I tak na koniec!
Naszą wiarę budujmy na Ewangelii! Dzieła artystów, nawet tak genialnych jak Leonardo, czy lekkiego pióra jak Brown, to tylko ich fantazje na temat Prawdy!
Kryspin