sobota, 29 marca 2025

 

Wiatr zmian

No i się narobiło, kiedy w Białym Domu zagościł nowy, stary Prezydent największego mocarstwa jakim bezsprzecznie są Stany Zjednoczone.

Chociaż naszą Europę dzieli od tego hegemona ogrom oceanu, to jednak decyzje tam zapadające z pewnością odcisną ślad na tym, w jakim kierunku będzie zmierzała polityka naszego grajdołka.

Prezydent Trump od pierwszych chwil swojego urzędowania nie tylko ogłosił powrót do tradycyjnych wartości w kwestiach gospodarczych, ale zapowiedział także całkowity zwrot w kwestiach obyczajowych, kładąc nacisk na przywrócenie tradycyjnych wartości kształtujących pogląd na to czym jest rodzina, jako fundament przyszłości.

Trochę nie po drodze z tym wszystkim jest to, w jakim kierunku zmierzają gorączkowo przygotowywane zmiany w kwestiach obrazu rodziny w naszej rzeczywistości, kiedy w resorcie edukacji trwają usilne starania nad zmianami, aby poprzez szkołę stworzyć nowy model człowieka, dla którego tradycyjne wartości oparte o chrześcjańskie korzenie to li tylko kłoda na drodze do postępu.

Staraniem sterników tego resortu już rozprawiono się z kwestią religii w szkolnych murach uznajać ją jako zbędny balast dla uczniów, dlatego nakazano nie tylko ograniczenie godzin religijnej edukacji, ale także w siatce godzin umieszczono go na końcu zajęć, aby chętnym do absencji umożliwić wcześniejszy powrót do domowych pieleszy, otwarcie sugerując, że jest to przedmiot zupełnie zbędny dla ich przyszłego i wolnego od religijnego opium życia.

Dodatkowym komponentem zmian stało się rugowanie z programu przedmiotu Przygotowanie do życia w rodzinie, bo przecież nikomu nie powinno utrwalać się przekonania, że rodzina jest ważnym komponentem ich przyszłego życia, kiedy od lat lansuje się idee wolnych związków, w czym dzielnie asystują „oświeceni”piewcy wolności bez kagańca moralności, którzy w naszej przestrzeni politycznej aktywnie pracują nad tworzeniem równościowych ustaw dla tych, którzy zamierzają realizować się w całkowitej swobodzie od tego, co jeszcze tak niedawno zdawało się być normą postępowania.

Swoistą wisieńką na tym torcie zmian stał się ostatnio lansowany przedmiot mający bardzo pojemy tytuł: Edukacja zdrowotna, jako panaceum na zapóźnienia kulturowe jakimi była przesiąknięta edukacja czasu minionego.

Jak sięgam pamięcią taką edukację młodego pokolenia szkoła realizowala od zawsze i to w ramach innych przedmiotow obowiązkowych: na bilogii uczono o seksualności człowieka, na zajęciach wf krzewiono kulturę dbania o zdrowie fizyczne, a przy okazji lekcji wychowawczych poruszano sprawy związane z trudnościami, także psychicznymi, dotykającymi młodzież w okresie dojrzewania i to wychowawcy najlepiej znający powierzone ich opiece dzieci mogli zaradzać ich problemom.

Trudno w tym wszystkim, co dotyka wiatr zmian w naszej edukacji, nie doszukać się prawdziwego powodu tych zabiegów, bo jest nim dążenie do opiłowywania chrześcijańskich korzeni w tych, którzy mają się stać awangardą nowego człowieka „wolnego” od kościelnego wpływu i dlatego tenże nie może spokojnie przyglądać się temu procederowi.

Polska była od zawsze bastionem chroniącym tradycyjne wartości, choć trzeba otwarcie przyznać ten mur obrony wiary w naszych sercach skruszał ostanio pod naporem laickiego tajfunu, to jednak nie stanowi o tym, że stoi na przegranej w walce o zachowanie tych wartości.

Głęboko wierzę w to, że ludzi trzeźwo myślących jest więcej, aniżeli piewców zmian i chociaż po wielokroć zawodzimy w kwestiach moralnego ładu, to w ostatecznej bitwie o przyszły kształt naszego życia potrafimy obronić to, co nie jest na sprzedaż, czyli wartości wyznaczające ramy przyszłości w jedności z tradycją.

Kościół, póki co musi uwolnić się od kunktatorskiego obserwowania tej walki i porzucić postawę wyczekiwania, że inni za niego załatwią problem.

Jak nigdy potrzeba jasnego i stanowczego jego głosu w tych kwestiach, aby nie pozostał na marginesie tego, co najważniejsze.

Kryspin

niedziela, 23 marca 2025

 

Zmarnowane szanse

Była połowa lat pięćdziesiątych, absolutne apogeum szerzenia na naszych terenach ideologii państwa bez Boga, kiedy to młody kapłan Franciszek Blachnicki, narażąjąc się na represje władz, zorganizował pierwsze wyjazdowe rekolekcje dla ministrantów z okolicznych parafii, które po latach przerodziły się w ruch znany pod nazwą rekolekcji oazowych.

Z tą formą religijnej formacji dane mi było się zapoznać w połowie lat siedemdziesiątrych, kiedy zaczynajac moją formację seminaryjną udałem się do Krościenka, aby tam zaliczyć moją pierwszą Oazę.

Wtedy było to już masowe zjawisko gromadzące na czternastodniowych rekolekcjach tysiące młodych ludzi przybywających tam, aby we wspólnocie przeżywać bliskość Boga w otoczeniu magicznych szczytów okolicznych gór.

Dla wszystkich z nas największym przężyciem były liturgie sprawowane przez Ojca Blachnickiego, wysokiego kapłana, który pomimo ascetycznego wyglądu emanował ciepłem dobrego człowieka potrafiącego zarażać zatopieniem się w tajemnicy przeżywania liturgicznego zespolenia z Odwiecznym, czego i my doświadczaliśmy.

Oazowe rekolekcje były swoistą kuźnią wiary dla uczestników, którzy po ich odbyciu wracali do swoich parafii, aby tam stawać się tymi, którzy w lokalnych wspólnotach potrafiliby zarażać tą ideą innych, ale nie zawsze tak się działo i to za sprawą lokalnych duszpasterzy, proboszczów parafii podejrzliwie nieufnych religijności wykraczającej poza zaściankowość tradycyjnych form duszpasterskich wyuczonych przez lata ich posługi.

Niektórzy księża otwarcie sabotowali pierwotny żar młodych adeptów oazowych rekolekcji i najchętniej zakazali by im obnoszenia się z ich doświadczeniami, uznając je za rodzaj sekciarskiego amoku niewiele mającego wspólnego z prawdziwą wiarą.

Takie nastawienie pełne nieufności zaowocowało stopniowym przygaszaniem prawie wszystkich inicjatyw oazowych aktywistów, skutecznie sprowadzając ich do roli religijnych dziwaków, od których „porządni” katolicy winni trzymać się na bezpieczny dystans.

Trzeba z przykrością stwierdzić, że sami księża przez lata, zupełnie nie czując niezwykłości szansy jaką dla Kościoła stał się ten ruch wiary, przyczynili się do wygaszania tej formy religijnego przeżywania bliskości z Chrystusem.

Kolejną zmarnowaną szansą dla wiary stało się pokolenie JPII, oddolny ruch młodych zarażonych charyzmą Papieża Polaka, którzy po jego odejściu pragnęli pielęgnować jego prostotę zawierzenia Chrystusowi i być blisko wartościom, które przyświecały pontyfikatowi Jana Pawła II.

W ich przypadku kościelni animatorzy kolejny raz nie sprostali zadaniom, aby umiejętnie podsycać te płomyki wiary i pozostawali na uboczu, ograniczając się najczęściej do roli obserwatorów tego młodzieńczego zapału.

Wraz z upływem lat od śmierci naszego świętego Papieża ten ogień wiary JPII zaczął przygasać, i o irobnio, po jakiś czasie zaowocował obojętnością wobec tego, co jeszcze tak niedawno było ich swoistym azymutem wiary i stali się synonimem pokolenia masowo wybierającym drogę, na której Bóg stał się li tylko porzuconym wspomnieniem.

Bezsprzecznie historia dała Kościołowi dwóch wielkich wizjonerów, którzy swoim życiem odcisnęli wyraźny ślad ukierunkowany na odnowę religijnego życia wśród ludzi młodych, ale w obu tych przypadkach po latach pozostało z tego tylko wspomnienie zmarnowanej szansy.

Trudno nie odnieść wrażenia, że stało się to na wyraźne życzenie hierarchów, którzy nie zrobili nic, aby te płomienie zapału młodych skutecznie animować swoimi mądrymi inicjatywami, których zwyczajnie zabrakło.

Nawet najpiękniejsze idee pozostaną martwymi, kiedy zabraknie animatorów podejmiujących działania, a takich w przeważąjącej mierze zabrakło chociażby ze strony kleru, księży będących na pierwszej linii frontu walki o autentyczność wiary wśród powierzonych ich pieczy wiernych.

Kościół przespał ten czas i zapał pozostawiony samemu sobie stopniowo przygasał, a w przypadku pokolenia JPII poskutkował efektem wahadła i to z najgorszym skutkiem.

Kryspin

poniedziałek, 17 marca 2025

 

Najgorzej być pominiętytm

No i kolejny raz doczekałem się, a raczej muszę stwierdzić, że enty raz proboszcz mojej parafii zdecydował o pominięciu mojego domostwa przy sposobności dorocznej kolędy.

Niby powinienem być gotowym na ten manifest dezaprobaty mojej osoby, bo przecież jestem solą w oku kościelnych decydentów, bo niby ksiądz, ale jednak w cywilu, i o czym z takim gadać, a jeśli nie daj Boże wielebny by się zasiedział, to co by pomyśleli ci sprawiedliwi oczekujący na kapłana w swoich domostwach?

Chrystus goszcząc w domach grzeszników i celników, bardzo naraził się zgorszonym tym zachowaniem wszelkiej maści „sprawiedliwym” z elit izraelskiego społeczeństwa i jakby tego było mało odpowiedział wprost na ich zgorszenie:

-”Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają....nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”(Łk 5, 31-32)

Na przełomie roku coraz bardziej wtapiamy się jako społeczeństwo w gorączkę, póki co prekampanii, mającej wyłonić najważniejszą osobę w naszym państwie, Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Kandydaci aspirujacy do tej godności rozjechali się po Polsce, aby uczestniczyć w spotkaniach z elektoratem. Sztabowcy ich kampanii zdają sobie sprawę, że nie wystarczy im poklask już przekonanych do ich wizji, dlatego kładą nacisk na to, aby odbywali spotkania otwarte, także dla tych, którzy do tej pory nie pałali miłością do konkretnego kandydata.

Ilość tysięcy uściśniętych rąk, wprost przekałada się na słupki poparcia, dlatego kandydaci każdego dnia poświęcają wiele czasu na bezpośrednie kontakty z wyborcami.

Tylko wyjście ze strefy komfortu i otwartość na podejmowanie niekiedy i niewygodnych wyzwań, czy wręcz narażanie się na chłodną reakcję w niektórych kręgach, to konieczność i droga do przyszłego wyborczego sukcersu.

Z podobną sytuacją mamy do czynienia, kiedy chodzi o poświąteczną peregrynację ludzi w sutannach, odwiedzających owieczki z przynależnej im owczarni, parafialnej wspólnoty.

Pewnie, że można tak jak ksiądz proboszcz z naszego kościoła, który zdecydował, że spotka się tylko z tymi owieczkami, które zapewniają mu obszar komfortu i świętego spokoju.

Odhaczy kolejne numery domów z podległych mu rewirów, prześle do centrali raporty postępującej laicyzacji, bo co roku przecież mniej otwartych drzwi dla kapłańskich odwiedzin, na koniec odliczy należną kurialnym przełożonym kopertę zawierającą część z kolędowego utargu i można będzie zażyć świętego spokoju do kolejnej duszpasterskiej kampanii w końcu kolejnego roku.

Jeden z zaawansowanych stażem proboszczów, z nie za dużej parafii, miał zwyczaj kolędowego wparaszania się do domów swoich parafian i zwyczajnie nie akceptował odmowy z ich strony.

Opornym mówił, na początku niekiedy kłopotliwego dla nich spotkania, że muszą choć przez chwilę porozmawiać, bo to bardzo ważne dla niego.

Później, kiedy już zdołał przełamywać ich początkową niechęć, przechodził do sedna:

-”Wiem, że już tyle lat jesteście skazanina moją osobę, ale póki co biskup każe mi tu trwać no i musimy wspólnien się znosić.

Kiedy zauważam, że szerokim łukiem omijacie naszą światynię, to dochodzę do wniosku, że to moja wina, bo przecież nie obrazilibyście się na Pana Boga, dlatego proszę o szczerość, abym mógł w sobie zmienić te przywary, które was irytują.”

Całość okraszał szczerym uśmiechem i tak łamał ostanie lody, aby później kierować rozmowę na sprawy istotne dla całej wspólnoty i indywidualne oczekiwania swoich owieczek.

Chyba udawało mu się w ten sposób docierać do zaniedbanych w wierze, bo po takich rozmowach wielu wracało do religijnych praktyk i także na ich twarzach gościł uśmiech zadowolenia.

Stary proboszcz już od kilku lat jest na kapłańskiej emeryturze, ale z jego oczu nadal nie znikął figlarny uśmiech.

Kryspin

niedziela, 9 marca 2025

 

Góra kuszenia

Ewangelista św. Mateusz w czwartym rozdziale swojego biblijnego przekazu szczegółowo opisał spektakularne spotkanie Mistrza z upadłym aniołem, który przystąpił do niego zaraz po czterdziestodniowym poście, którym Chrystus przygotowywał się do spełnienia swojej odkupieńczej misji mającej się zakończyć na drzewie krzyża.

Szatan stopniował swoje pokusy zaczynając od propozycji, aby Syn Boży z okolicznych kamieni cudownie stworzył chleb, którym mógłby zaspokoić głód po dopiero co zakończonym poście. Była to nieudana próba, ale nie zniechęciła go przed kolejnymi, jednak i one zakończyły się niepowodzeniem, i w końcu odwieczny wróg Boga odstąpił.

Kuferek kłamst jeszcze powielokroć służył złemu, kiedy na przestrzeni dziejów przed ludzką słabością po wielokroć go otwierał i często z zamierzonym skutkiem osiągał swój niecny cel, kiedy adresaci jego podstępu oddawali mu cześć za garść pozornych korzysci.

Takie spektakularne kuszenie zaliczył z pewnością Kościół, kiedy w ostatniej dekadzie zatapiał się w ułudzie dobrobytu i poczucia, że jest czymś wyjątkowym i już z samego samozadowolenia utrwalał w sobie dobre samopoczucie, kiedy jego próżność systematycznie karmiła ówczesna władza uznając go za szczególnie przydatnego partnera do utrawalania swojego panowania naiwnie licząc na to, że ten stan będzie wiecznym rajem dla obu stron tego układu.

To, że obie ze stron doświadczyły goryczy efektów działania księcia ciemności, mogliśmy się przekonać w czasie, kiedy Polacy udając się do urn wyborczych powiedzieli dość patologii niszczącej ich marzenia o sprwiedliwym układzie, który okazał się czymś na kształt mafijnego kartelu, nie tylko mającego gdzieś podstawowe wartości jak prawda i sprawiedliwość zastępując je sloganami mającymi ukryć postępowania nie przynoszące chwały.

Rządzący tolerując patologiczne działania wśród swoich i jednocześnie stając się ślepymi na obyczajowego raka trawiącego kościelnego sojusznika, doprowadzili do kryzysu zaufania nawet wśród największych swoich zwolenników nie widząc nawet tego, że realizowali ten sposób spektakl, którego reżyserem był ten, który ich zaprosił na górę kuszenia.

Największą tragedią tej sytuacji pozostał jednak fakt, że szatan nie zadowolił się zatruciem tylko jednej ze stron naszej politycznej rzeczywistości, bo równolegle prowadził swoję dzieło także wśród tych, w których przez lata umiejętnie podsycał poczucie krzywdny, kiedy czując się kimś lepszym, byli skazani na konieczność uginania karków przed współczesnymi Wandalami, ludźmi o niskim intelekcie, ale póki co dzierżącymi władzę.

Pielęgnowanie poczucia krzywdy tłamszonego intelektu przez motłoch póki co rządzących wyedukowało w opozycji nowego człowieka, światłego i otwartego na wszystko, co negowało dotychczasowy układ i tylko czekającego na czas rozprawy z poprzednikami.

To z pewnością ukształtowało swoistą modę na bycie intelektualnie zaangażowanym w negację wsztkiego, co było przynależne poprzedniemu politycznemu rozdaniu.

W trakcie jednego z rodzinnych spotkań młoda mama snując pragnienia dotyczące przyszłości jej jeszcze małego synka wprost stwierdziła, że już teraz zastanawiają się z mężem nad wyborem szkoły dla swojej pociechy, bo póki co zauważają problem, gdyż wśród okolicznych placówek jest dużo takich, które są skażone pisowskim genem, a oni chcieli by ich latorośl pobierała edukację w szkole otwartej na wyzwania wsółczesności, a nie drążącej li tylko to, czym żyli nasi przodkowie.

Kiedy zadałem pytanie, czy nie widzą zagrożeń w radykalnych zmianach programowych mających wyznaczać trendy nowoczesnej edukacji, usłyszałem, że nie analizowali tych zmian w takim kontekście, bo tak do końca nie obchodzą ich polityczne wydźwięki tychże.

Nie mam absolutnie wątpliwości, że szatan nadal wykorzystuje swoją górę kuszenia do organizowania spektakli, w kórych będąc jedynym reżyserem, nieustannie porusza kolejnymi marionetkami w pełnym intrygi i zakłamania spektaklu i najgorszym w tym wszystkim jest niewiedza z jaką poddajemy się planowanym przez niego kilejnym ruchom, bo efektem końcowym dla nas i tak będzie gorycz przegranych.

Kryspin

niedziela, 2 marca 2025

Plebania”

Ostatnio jeden z czytelników zarekomendował mi lekturę książki pana Nowaka „Plebania”, jako pasjonujący dokument ukazujący życie ludzi Kościoła w zaciszu parafialnej alkowy.

Już wczeniej miałem okazję zapoznać się z tym literackim dokonaniem tego autora i przyznam, że odebrałem jego spisaną relację z jasną konkluzją.

Pan Nowak, niewątpliwie obdarzony lekkością pióra, niczym mnie nie zaskoczył, zważywszy na nieukrywaną niechęć do Kościoła wynikającą być może z traumatycznego przeżycia z młodości, kiedy to, jak sam wspominał, stał się ofiarą kapłańskiej, chorej żądzy.

To pewnie ukształtowało jego pragnienie zemsty wobec tej instytucji, co zaowocowało szeregiem literackich dokonań, z których „Plebania”jest tylko jednym z nich.

O popularność swojego literackiego dokonania autor zadbał bardzo skrupulatnie będąc w zażyłych stosunkach z braćmi Sekielskimi i swoim mentorem w sianiu nienawiści wobec ludzi Kościoła, dawnym duchownym prof. Obirkiem.

Cztając książkę pana Nowaka nie można postawić mu zarzutu, że napisał nieprawdę opisując patalogie z kościlenych plebani, bo rzeczywiście nie są one wolne od ekscesów opisywanych przez autora, ale to nie wyczerpuje całej prawdy.

Przed kilkoma laty sam opisałem ciemne strony kapłańskiej codzienności, kiedy księża stawali się bohaterami „Konfesjonału krzywd” i przybliżyłem czytelnikom patologiczne przykłady zwyrodnialców z koloratkami na szyi, ale na miły Bóg, nie można w tym wszystkim nie stosowć miary skali tych patologicznych zachowań.

Po lekturze „Plebani” czytelnik odnosi wrażenie, że cały Kościół do szpiku kości jest przeżarty patologią, a księży trzeba umieścić w jakichś miejscach resocjalizacyjnego odosobnienia, albo co najmniej omijać szerokim łukiem, i to jest dalece krzywdzące dla tysięcy prawych kapłanów codziennie realizujących swoją drogę powołania do służby.

Kiedyś mądry biskup, trzeźwo stąpający po ziemi, przy okazji akcji powołaniowej w jednej z parafii otwarcie odniósł się do poziomu moralnego w kapłańskich szeregach:

-”Księża nie pochodzą z bliżej nam nie znanej planety, ale swoje korzenie mają w rodzinach i to od nich wprost zależy ich jakość, dlatego dzisiaj nie będziemy modlili się o świętych kapłanów, czy odpowiednich kandydatów do tej służby, ale pochylimy się nad tym, aby w naszej społeczności było jak najwięcej dobrych rodzin kierujących się wartościami w swoim postępowaniu, a wtedy dobry Bóg sam dokona wyboru tych, których powoła na pracowników do swojej winnicy.”

Z pewnością Kościół ma wiele do zrobienia, aby zmierzyć się z problemami, które między innymi zostały napiętnowane w „Plebani” i może warto się nad tym pochylić.

Kandydaci do służby ołtarza przez sześć lat mierzą się z wymogasmi formacji do tej funkcji i może warto pochylić się nad tym, czy gdzieś nie popełniono błędów u samego początku tejże.

Mogę zabierać głos w tej kwestii, bo kiedyś sam przechodziłem ten etap.

Seminarium nie spełnia swojej formacyjnej funkcji w dwóch kwestiach.

Po pierwsze ten styl duchowej formacji nie wychodzi naprzeciw problemowi samotności kapłanów bezpośrednio po święceniach.

Przez sześć lat żyli we wspólnocie, w której ich życie kształtował regulamin i wszędobylskie dzownki wyznaczające czas na modlitwę, naukę i szczątkowo na rekreację, i po tym okresie zostają rzuceni do życia w czterech scianach wikariatu z starszym proboszczem za ścianą, który prawie nigy nie będzie ich starszym kolegą, a co najwyżej mniej lub bardziej zrzędliwym przełożonym.

Samotność prowadzi do małpiego rozumu i wyzwala w człowieku nie zawsze dobre pragnienia.

Drugim kamykiem w trybie seminaryjnej formacji jest kwestia seksualności, którą co prawda można tłumić póki co bromem, ale później pozostaje wolny od tego tłumiacza świat ze swoimi pokusami i w połączeniu z syndromem samotności daje upust pragnieniu bliskości z drugim człowiekiem.

Pewnie będę mało oryginalny kolejny raz powtarzając apel o konieczną reformę w Kościele w kwestii celibatu, ale to bardzo istotna droga ku naprawie obecnej rzeczywistości.

Kryspin 

niedziela, 23 lutego 2025

Fenomen Biblii

Biblia to najbardziej znana książka w dziejach świata i tego nikt nie neguje.

Przez wieki doczekała się liczonych w milionach egzemplarzy wydań, będąc dla jednych świętością, a dla innych ciekawym dokonaniem literackim i do tego spisywanym przez ponad tysiąc lat (od VIII wieku przed naszą erą aż po II wiek naszej ery). Jeżeli do tego dołożyć to, iż autorzy opisali w niej zdarzenia dalece poprzedzające czas ich publikacji, to mamy gotowy materiał do sporów i przetaczających się przez różne gremia mniej lub bardziej uprawnionych badaczy pragnących potwierdzić lub zanegować historie w niej opisane.

Ostatnio uaktywniła się opcja zwolenników prawdy zawartej w tej księdze, którzy byliby gotowi poświęcić wiele (także finasowo), aby dowieść, że Biblia zawiera tylko prawdę z zamierzchłej historii i dlatego nie przeszkadzało im to w zakrojonych na dużą skalę poszukiwaniach najstarszych artefaktów, jak chociażby szczątków arki Noego ocalałej ponoć gdzieś na zboczach góry Ararat, czy próby odnalezienia najświętszej pamiatki antycznych Izraelitów jaką była Arka Przymierza.

Póki co ich wysiłki pozostały w swerze niespełnionych oczekiwań, co jednak nie zniechęciło najbardziej wytrwałych do dalszych działań.

Po drugiej stronie tego jedynego w swoim rodzaju sporu stanęli ci, którzy zanegowali jakąkolwiek wartość Biblii w obszarach prawdy historycznej.

Kilka dni po Bożym Narodzeniu w jednym z ważniejszych portali internetowych ukazał się obszerny materiał pewnego historyka kultury, który w sposób stanowczy zawarł swoją krytykę na tematy historycznej prawdy opisanej w tej księdze. Najpierw rozprawił się z dziejami Mojżesza i szroko opisanej ucieczce Izraelitów z egipskiej niewoli.

Autor tegoż reportażu z góry przekreślił możliwosć takiego faktu, bo jak stwierdził, nie odnaleziono żadnych artefaktów potwierdzających te wydarzenia.

Później zabrał się za krytykę idei wielkiego Izraela z czasu Dawida i Salomona wyrokując, że w Biblii mamy do czynienia ze swoistą megalomanią w ukazywaniu ich królestwa jako znaczącego podmiotu na ówczesnej mapie Bliskiego Wschodu i przyznał że w tym przypadku można by mówić li tylko o mało znaczącej nacji luźnych w swoich strukturach plemion.

Bardzo ciekawie natomiast przedstwił swoje stanoiwisko co do narodzin Jezusa w okolicach Betlejem. Nie zanegował samego faktu narodzin, ale powołując się na bliżej nie znane apokryficzne przekazy „doprecyzował” jak miały one przebiegać.

Maryja, według autora. nie rodziła w samotności, bo towarzyszyły jej dwie akuszerki, z których jedna miała nawet potwierdzić niezwykłość tego zdarzenia, bo matka maleństwa faktycznie była dziewicą w sensie medycznym.

Przyznam, że ze zdziwieniem przeczytałem ten fragment artykułu i tylko pozostało mi w głowie pytanie: do jakich tajemnych źródeł dotarł autor, że w tak dokładny sposób zrelacjonował zdarzenie, które według bliższych świadków odbyło się przy asyście tylko prymitywnych pasterzy z oklicznych łąk i może jeszcze kilku bydlątek, ale one były mało istotnym źródłem informacji.

Czym jest więc Biblia?

Sądzę, że ani zwolennicy teorii o jej historycznej prawdziwości, ani ci, którzy w cłości negują jej wartość, są bliscy prawdy.

Biblia to szczególny przekaz majacy ukazać drogę relacji zbliżania się Boga do ludzi i fakty z historii Narodu Wybranego są tylko dodatkowym tłem tych wydarzeń. Autorzy spisujacy te historie przekazywali treści strawne ludziom tamtego czasu i ich mentalności, i nic ponad to.

Biblia nie aspiruje do miana księgi historycznej, ale jest teologicznym przekazem procesu nawiązywania przyjaźni Boga z ludźmi i to ze wszystkich okresów dziejących się na przestrzeni tysięcy lat.

Mając to na względzie można śmiało wysnuć tezę, że była ona aktualna dla wiary minionych pokoleń, ale także jej przesłanie nigdy nie straciło na wadze nie tylko dla nas tu i teraz żyjacych, ale i dla tych, którzy będą po nią sięgali w ciagu następnych tysiącleci, bo historia nawiązywania przyjaznych relacji Boga z człowiekiem nigdy nie ulegnie przedawnieniu.

Kryspin 

poniedziałek, 17 lutego 2025

 

Siła gromnicy

Kiedy zdarza się, że w wyniku awarii dostawcy energii elektrycznej przerywają przesył prądu do naszych mieszkań, wtedy powracamy do już nieco zapomnianych alternatywnych źródeł rozpraszających mrok naszych domostw, woskowych świec.

To one rozpraszają mrok, który od zawsze budzi w człowieku niepokój przywracając spokój w czasie tych niedogodności.

Świece, będące następcami oliwnych kaganków, towarzyszą nam już od bardzo dawna i zawsze budzą dobre emocje, może dlatego lubimy ich skaczące płomienie chętnie zapalane przy wielu okazjach, kiedy pragniemy uczynić je wyjątkowymi.

Płomień palącego się wosku ma także swoiste przesłanie, bo symbolizuje życie i może dlatego tak chętnie zapalamy znicze kiedy pragniemy rozproszyć mroki przeszłości odwiedzając mogiły naszych bliskich, po ludzku będących już po drugiej stronie źycia, ale w naszej pamięci ciągle pozostających żywymi.

Na początku lutego corocznie obchodzimy święto Ofiarowania Pańskiego upamiętniające odwiedziny w jerozolimskiej świątyni młodej żydówki, która w zawiniątku przyniosła swojego pierworodnego synka, aby ofiarować go Odwiecznemu. W tej, wynikającej z tradycji powinności towarzyszył jej opiekun maleńkiego Jezusa, jej małżonek Józef, który w imieniu całej rodziny złożył u stóp ołtarza dwie synogarlice, jako należną ofiarę.

To święto obchodzone już od V wieku z czasem utrwaliło się w chrześcijańskiej tradycji jako święto Matki Bożej Gromnicznej i tak towarzyszy nam po dziś dzień, a jego nieodłącznym atrybutem od X wieku stał się zwyczaj święcenia zapalonej świecy jako symbolu żywego Chrystusa.

Płomień zapalonej świecy to od niepamiętnych czasów to nieodłączny towarzysz wiary naszych przodków, ale i zwyczajowy atrybut naszych obrzędów religijnych.

Pierwszy raz zapalamy ją przy okazji inicjacji chrześcijańskiej w trakcie obrzędu chrztu, kiedy dzierżą to światło chrzestni, jako dar życia w Chrystusie. Później, już nieco zapomniany przedmiot powraca jako znak przyjaźni z Bożym Synem, kiedy nasze pociechy przystępują do pierwszej komunii, ale potem najczęściej ląduje w jakiejś domowej graciarni jako zbędna i mało istotna pamiątka minionego czasu.

Taki niestety los dotyka ten ważny dla naszej wiary atrybut w dzisiejszej rzeczywistości i mało kto pamięta, że dla naszych przodków świeca-gromnica stanowiła bardzo ważny element wiary.

Co prawda może budzić uśmiech dzisiejszego, oświeconego wiedzą człowieka przypisywanie jej nadzwyczajnej mocy jaką jej przypisywali nasi przodkowie, kiedy w obliczu szalejącej burzy stawiali ją zapaloną w oknie swojego domostwa wierząc w to, że palący się płomień ochroni ich siedzibę przed najgorszym, to jednak dawni ludzie wierzyli w tę moc.

W podobny sposób niekiedy odbieramy pragnienie stroskanych domowników w chwili śmierci kogoś bliskiego, kiedy to usiłują umieścić w jego gasnących dłoniach woskową świecę wierząc w to, że ona stanie się przepustką do szczęśliwej wieczności.

Może i w tej tradycyjnej wierze jest wiele akcentów budzących sprzeciw bądź politowanie u trzeźwo stąpających po ziemi wyznawcach racjonalizmu, w których sercach nie ma miejsca na pielęgnowanie ciemogrodu, ale czy tak do końca mogą być pewni, że prawda jest tylko w tym co empirycznie mierzalne?

Pewnie, że płomień nawet najbardziej magicznej świecy nie załatwi nam nietykalności, czy przepustki do wiecznego szczęścia, ale jeżeli otoczony jest prostą wiarą, że za nim stoi ten, który pojawił się wśród nas po to, aby rozproszyć mrok i wprowadzić nas na drogę światla przyjaźni z Odwiecznym, to nabiera to innego znaczenia.

Może warto więc korzystać z tego zapomnianego nieco akcentu zawierzenia, kiedy nasze racjonalne życie solidnie daje nam w kość i czujemy się bezradni wobec mroku niepewności, wtedy jej płomień przypomni nam, że nie jesteśmy z tym sami, bo On rozświetla nawet największy mrok.

Kryspin

wtorek, 11 lutego 2025

 

Czas na zmianę

Kiedy Mojżesz udał się na górę Synaj, aby tam spotkać się z Bogiem, jego podopieczni, których dopiero co uwolnił z egipskiej niewoli, czyjąc pustkę opuszczenia, kiedy Odwieczny zdawał się im kimś odległym i nie do końca zrozumiałym, zdecydowali się przetopić zebrane kosztowności, aby z nich odlać złotego cielca, jako substytut zaspokajający potrzebę wiary.

Trudno się dziwić, że ich przywódca w chwili gniewu roztrzaskał o skały kamienne tablice, na których zapisany był kodeks moralny przekazany mu przez samego Boga; ale tak nie do końca należy potępiać zachowanie tych oczekujacych u stóp góry, bo przecież ich historia wiary była dotąd bardzo krótka i tak nie do końca wrosła w ich dusze, dlatego zawiedli.

My obecnie jesteśmy w zupełnie innej sytuacji, bo korzenie naszej wiary możemy liczyć wiekami tradycji, a jednak i dzisiaj przychodzi się nam mierzyć z wątpliwościami podgryzającymi korzenie naszej pewności w tych kwestiach.

Kiedy Bóg zdaje się być dla nas odległym na tyle, że zaciera się jego obraz, człowiek popada w przekonanie prowadzące do wątpliwości, czy On faktycznie istnieje.

Dodatkowo mogą dotknąc nas zrządzenia losu sprzyjające tym narastającym wątpliwościom, czego mogliśmy doświadczyć chociażby w mininym wieku, kiedy świat pogrążył się w czarnym czasie II Wojny Światowej, która przyniosła nam śmierć milionów niewinnych ludzi nie tylko na wojennych frontach, ale i w koszmarze nienawiści nazistowskiej filozofii tworzącej obozy zagłady dla całych narodów.

Niejednokrotnie spotykałem się z zarzutem stawianym mi przez czytelników: jak można akceptowac wiarę w Boga, jeżeli On biernie się przyglądał gehennie milionów i nie reagował?

Po tak stawianym pytaniu moi mailowi rozmówcy otwarcie deklarowali, że oni z takim Odwiecznym nie chcą mieć nic do czynienia i zwyczajnie negowali jego istnienie.

Po ludzku sądząc trudno jest dyskutować z takim zarzutem, ale po chwili dochodziłem do wniosku, że te radykalne głosy krytyki wobec Boga stawiali ci, których los bezpośrednio nie doświadczył tą nieludzką traumą, a kiedy analizowałem wspomnienia bezpośrednich ofiar tych koszmarów, to prawie zawsze stawiali świadectwo wręcz przeciwne, kiedy otwarcie mówili, iż tylko wiara pozwoliła im przetrwać ten koszmar.

Inną grupę stworzyli wierzący co prawda w Boga, ale będąc zawiedzionymi samym Kościołem, zdecydowali się na opuszczenie tej wspólnoty.

-”Kościół zrobił wszystko, abym odszedł”.-stwierdził młody człowiek w luźnej rozmowie w gronie przyjaciół i aby nie być gołosłownym dodał:

-”Nie wierzę księżom, biskupom i całej tej zgrai ludzi w sutannach, kiedy głoszą niby szczytne idee o ubustwie, a sami pławią się w dostatku i za nic mają moralość, kiedy są nieustannie bohaterami obyczajowych skandali.”

Nie ma co dyskutować nad marerią zarzutów tego młodego człowieka, ale o jednym zapomniał.

Kościół to nie tylko sprawa tych, którzy stroją się w liturgiczne szaty, ale to współnota nas wszystkich, bo każdy wierzący jest cegiełką tego gmachu, który powołał do istnienia Chrystus.

Pewnie, że można opuścić rodzinę deklarując, że nie chcę z nią mieć nic wspólnego, ale to nie wyczerpuje sprawy.

Można Boga zamienić na złotego cielca i starać się czuć szczęśliwym, ale to nie poskutkuje, bo drzewko wyrwane z korzeni nie przetrwa na skalnym podłożu bez żyznej gleby.

Przed nami szczególna noc, kiedy dokonamy rozbrartu z odchodzącym rekiem licząc na to, że spełnią się życzenia, iż ten nadchodzący przyniesie nam oczekiwaną odmianę.

Będziemy tego sobie życzyć wzajemnie i może to dobry czas, aby na chwilę zatrzymać się w upojnym tańcu, usiąść z samym sobą w chwili ciszy i pomyśleć nad tym, co moglibyśmy zmienić w sobie, aby w pogoni za sukcesem nie zatracić w swoim istnieniu tego, co jest ważne dla naszej przyszłości i to nie tylko na nadchodzące 365 najbliższych dni.

Takiej chwili zastanowienia nad tym co ważne życzmy sobie w trakcie tej magicznej nocy.

Kryspin

niedziela, 2 lutego 2025

 

Zbrodnia herodowa

W mroku nadchodzącej nocy pogrążyło się Betlejem, małe miasteczko w Judei od pewnego czasu będące miejscem spotkania potomków Dawida, którzy przybywszy na spis ludności ogłoszony przez rzymskiego cesarza, teraz zgromadzili się w cieple okolicznych zajazdów i pewnie kończyli wieczorny posiłek, kiedy na obrzeżach tej miejscowości, w skalnej grocie pełniącej dotąd rolę stajni dla owiec wypasanych na okolicznych pastwiskach, dokonał się cud narodzin.

Młoda kobieta tam powiła swoje dziecię, bo nie było miejsca bardziej przychylnego dla nowonarodzonego.

Urodziła swojego syna w zupełnej samotności, kiedy jedynymi świadkami tego cudu były tylko zwierzęta zgromadzone tam na nocny spoczynek.

Chociaż obolała po dopiero co przeżytym porodem, zawinęła malca w kawałek płutna i położyła w żłobie wymoszczonym słomą. Jej mąż pewnie nazbierał chrustu, by rozpalić ognisko, aby choć trochę ogrzać malca

Po chwili w grocie pojawili się okoliczni pasterze zaciekawieni tym, co się przed chwilą wydarzyło i podzielali radość rodzicieli z narodzin małego synka.

Betlejem pogrążone w nocy nawet nie zauważyło, że tuż obok dokonał się cud narodzin, ale nie wszyscy przeszli do porządku nad tym faktem, bo w pałacu Heroda, satrapy rządzącego w Judei, nikt nie spał tej nocy.

Powodem niepokoju króla stała się diagnoza nadwornych doradców, którzy interpretując zapowiedzi proroków i obserwując niezwykłe znaki na niebie, stwierdzili, że właśnie teraz w Betlejem na świat przyszedł przyszły władca Izraela.

Nowonarodzony stał się zagrożeniem dla tronu i spowdował paniczny strach starego władcy, że jego panowanie mogłoby być zagrożone.

Dziecko stało się przyczyną paniki Heroda więc na jego rozkaz, niejako prewencyjnie, siepacze z pałacu dokonali rzezi zabijając kilkanaście niemowląt z okolicznych miejscowości.

Historia zapamiętała te haniebne wydarzenia jako zbrodnię herodową.

Małe dziecko już przez sam fakt narodzin może budzić niepokój także i dziś, o czym mogą swiadczyć co chwilę wybuchające emocje związane z prawem aborcyjnym.

Wszyscy pamiętamy nieodległy czas, kiedy przez ulice naszych miast przetoczyły się czarne marsze kobiet domagających się poluzowania restrykcyjnych w ich mniemaniu rozwiązań prawnych, które wychodząc naprzeciw prawom nienarodzonych, ograniczały dysponowanie swoim ciałem kobietom.

-”Moje ciało, moja sprawa”- to sztandarowe wezwanie zwolenniczek liberalizacji praw aborcyjnych, które ochoczo podjęli ludzie sprawujący obecnie władzę i dlatego z uporem godnym lepszej sprawy, co chwilę wystepują z inicjatywami legislaicyjnymi mającymi usankcjonować żądania aborcyjnych aktywistek.

Z przykrością zauważąm, że dzieci nie mają dobrego czasu w naszej rzeczywistości, co widać, kiedy decyzją ministerstwa zdrowia zamierza się ograniczać ilość porodówek dla przyszłych matek, gdy jednocześnie szpitale obliguje się do gotowości powszechnego świadczenia usług aborcyjnych.

Dziecko zagrożeniem mojej wolności, to argument kobiet domagających się prawa do powszechnej możliwości zabicia nowego życia do 12 tygodnia życia nienarodzonego.

Rodzi się w tej chwili pytanie:

Czym różni się 12 tygodniowe dziecko w łonie matki od tego, które miało szczęście się narodzić?

Herod uzurpował sobie prawo do decydowania, czy ma prawo żyć dziecko, które w jego mniemaniu zagrazało jego dobremu samopoczuciu i delatego skazał je na śmierć.

Historia milczy o tym, czy spotkała go za tę zbrodnię kara, ale chyba wystarczającą sprawiedliwością stał się utrwalony przez historię kazus zbrodni herodowej i to z nim pozostanie już na zawsze.

-”Moje ciało, moja sprawa”, i to prawda głoszona przez „wyzwolone” kobierty, ale to wezwanie nie może usprawiedliwiać zabicia dziecka, które już nie jest jej ciałem.

Kryspin

poniedziałek, 20 stycznia 2025

 

Klimat dla nowego życia.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że jako społeczeństwo borykamy się z widmem kryzysu urodzin, co już teraz spędza sen z oczu demoghrafom, którzy otwarcie roztaczają przed nami wszystkimi czarne wizje dotyczące braku tych, którzy w przyszłości mieliby swoją aktywnością zawodową zapewnić przetrwanie tym, którzy z racji wielu nie będą wstanie zadbać o swoją jesień życia.

Co prawda pozostaje jeszcze szansa, że opuszczone przez emerytów stanowiska pracy obejmą przybysze z przemytniczych łodzi, które Europę „zasilają”emigrantami z krajów skrajnie pogrążonych niedostatkiem, ale czy ci będą chcieli czegoś więcej poza socjalem bogatych frajerów z wymierającej części starego świata, i tu mam wiele wątpliwości.

Według demografów populacja Polaków ulegnie pomniejszeniu do roku 2050 do 25 milionów (obecnie jest nas 37, 5 miliona!), czyli będziemy potrzebować solidnego zasilenia, aby zwyczajnie przetrwać.

No i tu rodzi się problem, bo póki co na niewiele się zdały zabiegi rządzących starających się zachęcić młodych do tego, aby wykazywali się odpowiedzialnością i zadbali o przyrost naturalny.

Co prawda 800+ wyhamowalo nieco niechęć przed powiększaniem naszych rodzin, ale to za mało, bo nadal więcej ludzi umiera, niż się rodzi.

W naszej ojczyźnie są dwa ośrodki odpowiedzialne za przyszlość naszego społeczeństwa: Rząd i Kościół.

Pierwszy winien swoimi decyzjami sprzyjać klimatowi odpowiedniemu do tego, aby narodziny nowych Polaków były naturalnym trendem wspieranym przez władze, a tego zwyczajnie nie ma, kiedy w Sejmie nieustannie wałkuje się sprawę „wolności kobiet” w kwestiach aborcyjnych i lansuje się tezę,że jest to kolejne nadrabianie zapóźnienia kulturowego względem „oświeconego” Zachodu.

Naprzeciw oczekiwaniom aborcyjnych wyznawców zdaje się także wychodzić resort zdrowia wprowadzając dekretem prawo do pozbycia się dziecka nienarodzonego z byle powodu, bo na przykład niedoszła matka odczuwa dyskonfort psychiczny i jej samopoczucie mogłoby ulec pogorszeniu, gdyby była zmuszona usłyszeć głos nowonarodzonego.

Kolejnym ważnym „dobrem” staje się kwestia zrównania ludzi preferujących wole związki poza małżeństwami, jako kolejne osięgnięcie nowoczesnego człowieka, i jakoś nikt nie zauważa, że w takich związkach na wysyp dzieci nie ma co liczyć.

Kamyczek do spokoju ogródka należy się także Kościołowi, bo choć jest nadal autorytetem dla wielu z nas, niewiele robi w tych kwestiach.

Kapłani realizując linię hierarchów często akcentują wagę rodziny i piętnują zwolenników aborcyjnej wolności, to jednak próżno szukać systemowych dzialań wspierania rodzin i kobiet majacych przeżywać cód narodzin.

Co prawda niekiedy akcyjnie pojawiają się na naszych ulicach oplakatowane busy pro life, a mateczki w zakonnych domach tworzą kolejne okna życia, ale to stanowczo za mało.

Kiedy podróżnego w drodze napadli zbójcy, tylko Samarytanin okazał mu współczucie i opatrzył jego rany. Kapłan i Lewita przeszli obok problemu.

Kościół i rzadzący winni współdziałać na rzecz spraw dzieci, które od poczęcia mają prawo do szczęścia i życia.

Może pierwszym krokiem winno być stworzenie klimatu dla nowego życia..

Zabieg aborcyjny i związane z nim koszty(dotacja NSZ dla szpitala, zwolnienie lekarskie płacone przez ZUS) to okoiło 10000 zł, tyle państwo angażuje w zabicie dziecka w łonie niedoszłej matki.

Świadczenie 800+, którym objęto by kobiety w ciąży to krok w dobrą stronę.

Nawet w przypadku podjętej przez kobietę decyzji, że nie chce być matką dla nowonarodzonego maluszka, winna być uproszczona procedura adopcyjna już w szpitalu, a to z pewnością zwiększenie szansy na to, że kobiety nie czułyby się opuszczone w tak trudnym dla nich okresie, jakim jest niechciana ciąża.

Kryspin

sobota, 18 stycznia 2025

 

Testament

Każdy z nas ma za sobą traumatyczne przeżycie, kiedy przyszło mu odprowadzać w ostatnią drogę kogoś z bliskich. Często była to matka, ojciec , niekiedy syn czy córka.

Udział w uroczystościach pogrzebowych kogoś bliskiemu naszemu sercu to dopiero pierwszy etap trudnych dni, z ktorymi muszą się zmierzyć ci, którzy pozostali.

Częstym drugim etapem przeżywania tego ostatecznego rozstania jest zapoznanie się z testamentem zmarłego. Rodzina gromadzi się w biurze notarialnym z nadzieją, że zmarły pozostawił po sobie nie tylko ból smutku, ale i może coś, czego dorobił się za swojego życia i teraz urzędnik ogłosi zebranym ostatnią wolę tego, który przecież na drugi świat niczego już nie mógł zabrać.

Jeżeli zmarły był za życia poukładanym w swoich dokonaniach i los sprzyjał jego zapobiegliwości, to spadkobiercom pozostawia niekiedy spore aktywa, doczesne dobra, którymi teraz oni będą zarządzać. Gorzej jednak się dzieje, kiedy obok majątku spadkowego pojawiają się niespłacone zobowiązania, inaczej rzecz ujmując długi pozostałe po nim.

Wtedy jedynym spsobem odcięcia się od tego garbu pozostawionego przez naszego bliskiego pozostaje zrzeczenie się prawa do spadku, aby uniknąć kłopotłów.

W trakcie uroczystości pogrzebowych prowadzący ceremonię kapłan przypomina obecnym, że życie nie kończy się z chwilą śmierci, a dokonuje się tylko jedyna w swoim rodzaju zmiana i następuje etap wieczności.

Kościół w swoim nauczaniu wielokrotnie uświadamia wiernym, że czas doczesnego życia, to etap drogi, pielgrzymowania ku wiecznemu naszemu przeznaczeniu i dlatego ważnym jest, abyśmy byli poukładani w swoich działaniach i zapobiegliwi w trosce o to, aby przeżywać kolejne dni w poczuciu odpowiedzialności wobec Boga i innych ludzi.

Śmierć kończy ten doczesny etap drogi i z jej chwilą dokonuje się swoiste podsumowanie naszego minionego już życia, i podlegamy indywidualnej ocenie aktywów i pasywów minionych dokonań.

Trochę zapomnianą prawdą naszej wiary jest sprawa tego co nas czeka po śmierci.

Chrystus niejednokrotnie nauczał swoich słuchaczy, że celem kążdego ludzkiego istnienia jest zamieszkanie w domu Ojca, ale mówił także, że tylko ci, którzy doczesnymi dokonaniami zasłużą sobie na szatę doskonałości, będą uczestnikami tego wiecznego szczęścia.

Przedsionkiem nieba jest czyściec, stan oczekiwania i oczyszczania naszych nieco pobrudzonych doczesnymi słabościami szat uprawniających nas do przekroczenia bram domu Ojca i tu Kościół uczy żyjących o wielkiej roli, jaką mogą odegrać w tej kwestii.

Człowiekowi z chwilą śmierci kończy czas na naprawę niedoskonałości stojących na przeszkodzie osiągnięcia ostatecznego celu, jakim jest niebo i wtedy żywi mogą pospieszyć mu z pomocą.

Miesiąc listopad od lat kieruje nas na cmentarze, gdzie spotykamy się z przeszłością tych, którzy poprzedzili nas w tej sztafecie pokoleń i już nic dla nich nie jest tajemnicą.

Na grobach naszych bliskich zapalamy znicze pamięci, składamy wiązanki kwiatów i wspominamy ich dobre chwile, które i nas cieszyły, kiedy byli wśród żywych.

To są wszystko ludzkie dobre odruchy pamięci i wdzięczności, ale dla wierzących nieco za mało istotne.

Oni potrzebują naszego wsparcia zwłaszcza wtedy, kiedy ich doczesne rachunki zysków i strat nie do końca udało im się spiąć i w swoistym testamencie swojego życia pozostawili nieco niezałatwionydch spraw.

Nie musimy się bać przejąć ich testamentu, bo pamięć poparta modlitwą stanie się wystarczającą spłatą ich niezałatwionego zobowiązania.

Modlitwa za zmarłych to także pielęgnowanie nadziei, że i nam ktoś kiedyś odwiedzając naszą mogiłę, nie tylko zapali znicz, położy kwiaty, ale do datkowo ofiaruje nam chwilę modlitwy, a to będzie swoista spłata naszego być może zobowiązania stojącego na drodze naszego wiecznego szczęścia.

Kryspin

niedziela, 12 stycznia 2025

 

Zbrodnia herodowa

W mroku nadchodzącej nocy pogrążyło się Betlejem, małe miasteczko w Judei od pewnego czasu będące miejscem spotkania potomków Dawida, którzy przybywszy na spis ludności ogłoszony przez rzymskiego cesarza, teraz zgromadzili się w cieple okolicznych zajazdów i pewnie kończyli wieczorny posiłek, kiedy na obrzeżach tej miejscowości, w skalnej grocie pełniącej dotąd rolę stajni dla owiec wypasanych na okolicznych pastwiskach, dokonał się cud narodzin.

Młoda kobieta tam powiła swoje dziecię, bo nie było miejsca bardziej przychylnego dla nowonarodzonego.

Urodziła swojego syna w zupełnej samotności, kiedy jedynymi świadkami tego cudu były tylko zwierzęta zgromadzone tam na nocny spoczynek.

Chociaż obolała po dopiero co przeżytym porodem, zawinęła malca w kawałek płutna i położyła w żłobie wymoszczonym słomą. Jej mąż pewnie nazbierał chrustu, by rozpalić ognisko, aby choć trochę ogrzać malca

Po chwili w grocie pojawili się okoliczni pasterze zaciekawieni tym, co się przed chwilą wydarzyło i podzielali radość rodzicieli z narodzin małego synka.

Betlejem pogrążone w nocy nawet nie zauważyło, że tuż obok dokonał się cud narodzin, ale nie wszyscy przeszli do porządku nad tym faktem, bo w pałacu Heroda, satrapy rządzącego w Judei, nikt nie spał tej nocy.

Powodem niepokoju króla stała się diagnoza nadwornych doradców, którzy interpretując zapowiedzi proroków i obserwując niezwykłe znaki na niebie, stwierdzili, że właśnie teraz w Betlejem na świat przyszedł przyszły władca Izraela.

Nowonarodzony stał się zagrożeniem dla tronu i spowdował paniczny strach starego władcy, że jego panowanie mogłoby być zagrożone.

Dziecko stało się przyczyną paniki Heroda więc na jego rozkaz, niejako prewencyjnie, siepacze z pałacu dokonali rzezi zabijając kilkanaście niemowląt z okolicznych miejscowości.

Historia zapamiętała te haniebne wydarzenia jako zbrodnię herodową.

Małe dziecko już przez sam fakt narodzin może budzić niepokój także i dziś, o czym mogą swiadczyć co chwilę wybuchające emocje związane z prawem aborcyjnym.

Wszyscy pamiętamy nieodległy czas, kiedy przez ulice naszych miast przetoczyły się czarne marsze kobiet domagających się poluzowania restrykcyjnych w ich mniemaniu rozwiązań prawnych, które wychodząc naprzeciw prawom nienarodzonych, ograniczały dysponowanie swoim ciałem kobietom.

-”Moje ciało, moja sprawa”- to sztandarowe wezwanie zwolenniczek liberalizacji praw aborcyjnych, które ochoczo podjęli ludzie sprawujący obecnie władzę i dlatego z uporem godnym lepszej sprawy, co chwilę wystepują z inicjatywami legislaicyjnymi mającymi usankcjonować żądania aborcyjnych aktywistek.

Z przykrością zauważąm, że dzieci nie mają dobrego czasu w naszej rzeczywistości, co widać, kiedy decyzją ministerstwa zdrowia zamierza się ograniczać ilość porodówek dla przyszłych matek, gdy jednocześnie szpitale obliguje się do gotowości powszechnego świadczenia usług aborcyjnych.

Dziecko zagrożeniem mojej wolności, to argument kobiet domagających się prawa do powszechnej możliwości zabicia nowego życia do 12 tygodnia życia nienarodzonego.

Rodzi się w tej chwili pytanie:

Czym różni się 12 tygodniowe dziecko w łonie matki od tego, które miało szczęście się narodzić?

Herod uzurpował sobie prawo do decydowania, czy ma prawo żyć dziecko, które w jego mniemaniu zagrazało jego dobremu samopoczuciu i delatego skazał je na śmierć.

Historia milczy o tym, czy spotkała go za tę zbrodnię kara, ale chyba wystarczającą sprawiedliwością stał się utrwalony przez historię kazus zbrodni herodowej i to z nim pozostanie już na zawsze.

-”Moje ciało, moja sprawa”, i to prawda głoszona przez „wyzwolone” kobierty, ale to wezwanie nie może usprawiedliwiać zabicia dziecka, które już nie jest jej ciałem.

Kryspin

czwartek, 9 stycznia 2025

 

Ustawa Kamilka

Kilka lat temu w trakcie jednego ze spotkań towarzyskich mój znajomy, starszy już jegomość podzielił się z obecnymi swoim niepokojem w kwestii kontaktów z dziećmi:

”Żyjemy w oparach absurdu, kiedy człowiek musi się obawiać wziąć na kolena dziecko bliskiej osoby, aby nie narazić się na pomówienie, że jest pedofilem...”

Obecni nie podjęli tematu uważając, że przesadził w swoim niepokoju, ale minęło niewiele czasu i jego stwierdzenie nabrało innego znaczenia, bo problem stał się nad wyraz aktualny.

Na terenie Archidiecezji wrocławskiej wprowadzono rozporządzenie precyzujące zasady odwiedzin duszpasterskich (kolędy) nakładające na ksieży obowiązek dochowania szczególnej ostrożności w kwestii ochrony dzieci przed nadużyciami z ich strony.

W tych ustaleniach wprost odwołano się do sprawy Kamilka, co prawda ofiary przemocy domowej, który w rodzinnym domu stał się ofiarą bestialstwa zwyrodniałych rodziców, ale w świadomości odbiorców tegoż zakazu, to kapłani stali się potencjalnymi czarnymi charakterami, przed którymi trzeba chronić kolejne ofiary.

Zgodnie z rozporządzeniem kapłani nie powinni dopuszczać do sytuacji sam na sam z dziećmi przy okazji kolędowych, duszpasterskich wizyt.

Pewenie przedstawiciele kościelnych władz zamierzali dmuchać na zimne pragnąc jednocześnie, aby rodzice mogli poczuć się uspokojeni, mając póki co w pamieci świeże jeszcze sensacyjne doniesienia o skandalach obyczajowych z udziałem ludzi w sutannach.

Przyglądając się nieco z boku współczuję moim dawnym kamratom, którym przyjdzie się mierzyć ze spojrzeniami domowników podejmujących ich w swoich mieszkaniach (jeżeli już zdacydują się na takowe odwiedziny), kiedy z tyłu głowy będzie się im kołatało, czy aby ten ksiądz nie jest z tych, przed którymi trzeba chronić swoje pociechy.

Trzeba przyznać, że ich przełożeni, decydując się na wpisanie się w narrację Ustawy Kamilka, walnie przyczynili się do tego, aby w społecznym odbiorze utrwalać czarny obraz kapłana jako potencjalnego pedofila.

A przecież problem jakim jest pedofilia, wśród księży wcale nie odbiega od statystyk innych grup społecznych.

Dotknięci tą dżumą naszej rzeczywistości są i pedagodzy, prawnicy oraz przedstawiciele wielu innych profesji, nie pomijając na końcu bliskich dzieciom dorosłych zwyrodnialców.

Wracając jednak do kościelnej łączki nie sposób pominąć winy hierarchów za zamiatanie pod kościelny dywan wykrytych przypadków dewiantów w sutannach i nic nierobienie w tej kwestii, a to w prosty sposób prowadzi do powiększającego się braku zaufania do całej rzeszy dobrych duszpasterzy.

Z pewnością Ustawa Kamilka powinna być ciągle swoistym mementum dla nas wszystkich, bo krzywda nawet jednego dziecka jest zbrodnią obciążającą sumienie nie tylko bezpośredniego sprawcy tej niegodziwości, ale pozostaje jak ciężki wyrzut wobec tych wszystkich, którzy nie wykazali się dostateczną wrażliwością, aby uchronić przed tym złem niewinnego malca.

Choć od śmierci tego ośmioletniego chłopca minęło już trochę czasu, to jednak jego głos, za sprawą ludzi zasiadających w polskim Parlamencie, już zawsze będzie głośno wybrzmiewał, aby chronić najsłabszych.

Za kilkanaście dni bezpośrednio po Bożym Narodzeniu do domów katolików zapukają kapłani pragnący z nimi porozmawiać przy okazji dorocznych duszpasterskich odwiedzin.

Może kolejny raz będą to czcze rozmowy o niczym i zakończą się przyjęciem kolejnej koperty na parafialne potrzeby, ale wcale tak być nie musi.

A może warto by było, aby hierarchowie, i to nie tylko z wrocławskiej Archidiecezji, wręcz nakazali kapłanom w trakcie kolędy mówić o Ustawie Kamilka, o zagrożeniach złych dotyków ze strony niekiedy najbliższych dorosłych i bez zażenowania przestrzegali przed dewiantami niszczącymi życie niewinnym dzieciom.

To bardzo potrzebny głos świadczący o tym, że wraz z rodzicami stoją po tej samej stronie, że są pełni troski, aby już nigdy nie powtórzył się dramat kolejnego Kamilka

Kryspin

wtorek, 31 grudnia 2024

 

Nie mamy miejsca.

Po dekrecie cesarza Augusta o powszechnym spisie poddanych rzymskiego imperium, w dalekiej prowincji obejmującej piachy Galilei rozpoczął się swoisty eksodus, kiedy do rodzinnych korzeni pielgrzymowali potomkowie Dawida, aby dokonać wpisu w rodowych rejestrach.

Betlejem, zapomniana przez wieki osada, na krótko zatętniło gwarem pielgrzymów, którzy przy tej okazji mogli przeżywać spotkania z dawno już niewidzianymi krewnymi, których los rozproszył po najodległejszych zakontkach.

Co bardziej zapobiegliwi i mający wystarczające zasoby finansowe na tę okoliczność, zarezerwowali okoliczne gospody, będź nawet całe domy podnajęte od miejscowych, aby tam przeżyć miłe chwile wzajemnego spotkania z bliskimi, często niewidzianymi od dawna.

Radość beztroskiej biesiady była by pełna gdyby niektórym nie zdarzył się zgrzyt.

Do masywnych drzwi gościnnych domów, które oni wynajęli, zapukał jakiś biedak z pytaniem, czy nie znalazłoby się miejsce dla niego i jego małżonki?

To szczyt bezczelności, bo nie dość, że na pierweszy rzut oka wida było, że groszem nie śmierdział, to jeszcze jego kobieta była z brzuchem i tylko tego brakowało, aby zachciało się jej rodzić, kiedy oni raczyli się spokojnym świętowaniem wśród bliskich.

-Tu nie ma dla was miejsca, idźcie gdzieś indziej i może tam znajdziecie jakiś kont dla siebie.

W jednym z europejskich miast mieszkańcy sposobili się do świąt Bożego Narodzenia.

Rodzicie zakończyli wszystkie przygotowania, w okolicznych galeriach handlowych zakupili prezenty dla swoich milusińskich, ojciec na bazarze zakupił choinkę, ktorą mama z dziećmi przystroiła kolorowymi ozdobami i można było zasiąść do uroczystej wieczerzy wigilijnej, kiedy do ich domu zapukał ktoś niespodziewany.

W drzwiach stał młody człowiek trzymajacy za rękę kobietę w zaawansowanej ciąży.

-Jesteśmy w podróży i nie mamy miejsca na nocleg, a poza tym nie stać nas na wynajem hotelu ....czy moglibyśmy choć na jedną noc zatrzymać się u państwa?

-Niestety u nas nie ma miejsca, ale możecie udać się do noclegowni na obrzeżach miasta, tam ktoś wam pomoże-usłyszeli od zakłopotanych niezręcznością sytuacji domowników.

Tego wieczoru jeszcze kila razy usłyszeli podobną odpowiedź i odchodzili w beznadziei.

Niepokojeni mieszkańcy tej miejscowości nie byli świadomi, że stali się mimowolnymi uczestnikami studenckiej prowokacji, którą z oddali dyskretnie nagrywali dziennikarze lokalnej stacji telewizyjnej, która wyemitowała ten materiał w pierwszy dzień świąt.

Pewnie spowodowali tym niemiłego kaca wśród tych, którzy dali się wkręcić w tę prowkację, ale i innym oglądającym ten telewizyjny przekaz musiała się zapalić lampka niepokoju, bo autorzy tej prowkacji zakończyli materiał pytaniem:

-A jak ty byś zareagował, gdyby bohaterowie tej historii zapukali do twoich drzwi?

Przeżywamy ostanie dni Adwentu, który w Kościele naznaczony jest jako czas oczekiwania na narodziny Boga.

W dzisiejszym świecie ogarniętym gorączką marketingowego szaleństwa, kiedy galerie handlowe od tygodni przyciągają kupujących kolorowymi światłami nowonarodzeniowych ozdób, a w drzwiach kupujących witają Mikołaje uzbrojeni w zaprzęgi plastikowych reniferów i wszystko to w otoczeniu rozświetlonych drzewek upstrzonych wszelakimi ozdobami, to próżno jednak w tym szukać tego, co jest istotą tego zamieszania, czyli tego małego dziecka, pod którego postacią Bóg postanowił spotkać się z ludźmi.

W Adwencie Kościół, pewnie z myślą o naszych malusińskich, organizuje codzienną ranną mszę inną niż wszystkie liturgie, kiedy nasze pociechy w rękach trzymają lampiony, którymi pragną oświetlać drogę dla małego Jezusa.

Może warto wykorzystać tę gorączkę oczekiwania na cuda świątecznego czasu nie tylko na kolejną zabawkę nispodziankę, ale i może ofiarować naszym dzieciom, i sobie samym także, choć jeden epizod spotkania z małym Jezusem w trakcie roratniej mszy?

To może być najpiękniejszy prezent spotkania z Nim jeszcze przed magicznym doświadczeniem, jakie niesie w sobie noc Bożego Narodzenia.

Kryspin

niedziela, 22 grudnia 2024

 

Próg świętości

Za nami jedyny taki dzień w roku, kiedy to zazwyczaj spokojne miejsca ostatecznego spoczynku dla tych, którzy przekroczyli granicę życia, staje się miejscem gremialnie odwiedzanym przez ich krewnych i znajomych przybywających do mogił bliskich zmarłych, aby przeżyć chwilę zadumy, ożywić wspomnienia minionego czasu, oddać cześć tym, którzy ostatecznie odeszli.

Na mogiłach dopalają się znicze, wiązanki ułożone z kolorowych kwiatów opierają się jeszcze porywom wiatru, ale przez kolejne dni cmentarze powrócą do dawnego czasu spokoju, a żywi do swojego zabieganego życia i tylko może przy okazji kolejnych smutnych uroczystości pogrzebowych przybędą na chwilę do tych miejsc.

Uroczystość Wszystkich Świętych towarzyszy nam już od ponad tysiąca lat, bo jego początki datowane są na przełom IX i X wieku, kiedy papież Jan XI w 935 roku, w nawiązaniu do wcześniejszej decyzji swojego poprzednika Grzegorza IV, ustanowił pierwszy listopada dniem święta dla całego Kościoła.

Ludzie będący na obrzeżach chrześcijaństwa często podnoszą kwestię praprzyczyny tkwiącej u zarania tego święta podnosząc historyczną tezę, że ludzkość kultywowała pamięć przodków już w czasach przedchrześcijańskich, o czym mogą świadczyć artefakty z wykopalisk kultur sprzed tysięcy lat.

Wiele w tym prawdy i nikt rozsądny nie stara się negować ustaleń historyków kultury, ale dopiero chrześcijaństwo dołożyło element związany z tym, że człowiek to nie tylko ciało, które z biegiem czasu ulegnie rozkładowi, ale i dusza, nieprzemijający pierwiatek wyróżniający nas w świecie przyrody.

Kościół od zarania dziejów kultywuje różnorodność tradycji zwyczajów wspólnot i dlatego w Kościele Ameryki Południowej pierwszy listopada przesięknięty jest kolorytem miejscowej kultury i wierni przeżywają go w sposób zupełnie inny od tego, do czego przywykliśmy chociażby w Kościele europejskim i naszej rodzimej tradycji Wszystkich Świętych.

Nawet w kulturze anglo-saskiej najbardziej widocznej w Ameryce Północnej ten dzień się różni od dnia zadumy, który towarzyszy naszym obchodom tego święta i może nawet nieco irytują nas tamtejsze zwyczaje, jako mało przystające do naszego rozumienia tego dnia.

Dzień Wszystkich Świętych wbrew pozorom i dla naszego kręgu wiary nie do końca jest zrozumiałym dla przeciętnego polskiego katolika, bo przecież ze świętymi obyliśmy się w innych miejscach aniżeli rozległe nekropolie.

Kościół przez wieki przyzwyczaił nas do tego, że świętych namaszcza w swojej autonomicznej decyzji biskup Rzymu i wiernym podaje niejako na tacy, że dany śmiertelnik swoim niezwykłym życiem zasłużył sobie na chwałę niebios i dlatego zalicza go do tego elitarnego grona.

Niejako uderzając w tę nutę wyjątkowości tych, którzy zasługują na chwałę ołtarza, w nas szeregowych zjadaczach chleba powszeniego utrwalono w ten sposób przkonanie, że to jest dla większości nieosiągalny próg przyjaźni z Odwiecznym i dlatego często słyszy się głosy wierzących, że bliżej im do dnia drugiego listopada, kiedy to Kościół wspomina wszystkich zmarłych.

-”Ja nie mam wśród swoich zmarłych żadnego świętego i sama nie liczę na to, że kiedyś po śmierci załapię się na to, aby świętować pierwszego listopada...” Tak ostatnio stwierdziła jedna z kobiet w trakcie rozmowy o dniu Wszystkich Świętych.

A Chrysus zapewnił nas, że w domu Ojca jest mieszkań wiele (J14) i są przeznaczone dla wszystkich tych, którzy pragną swoim życiem zasłużyć na jedność z Nim i Ojcem.

Może warto przy okazji odwiedzin naszych bliskich, którzy przeszli już próg poznania Boga twarzą w twarz, nie tylko pielęgnować pamięc ich przeszłego życia, ale za każdym razem ożywiać nadzieję, że kiedyś i dla nas Bóg wystosuje indywidualne zaproszenie do wiecznej przyjaźni ze sobą.

Potrzeba tylko pielęgnować w sobie pragnienie bycia dobrym, uczciwym człowiekiem; a to jest już próg świętości.

Kryspin