piątek, 24 marca 2017

Medice cura te ipsum


    Gdy swego czasu pisałem o kościelnym feudale, który uzurpował sobie prawo do dysponowania wiejską remizą strażacką (ściślej salką spotkań), myślałem, że jest to oddolna inicjatywa proboszcza, który w taki sposób chciał „chronić” swoje owieczki przed zgubnymi skutkami lektury moich książek, no i się myliłem!
   Ostatnio odwiedziłem wielebnego (mojego starszego kolegę z seminarium) i dowiedziałem się, że nie poznał moich książek i nie będzie mógł się z nimi zaznajomić, bo …..?
    Mój dawny kolega okazał się na tyle otwarty ( gadatliwy), że nie uciął sprawy prostym: nie interesują mnie twoje książki i dlatego nie zamierzam ich przeczytać, a poinformował mnie, że na dekanalnym spotkaniu wszyscy księża zostali zobowiązani do powstrzymania się od ich lektury!
    Już to mnie zwaliło z nóg, ale dalsze rewelacje dotyczące moich „Koloratek” spowodowały mój uśmiech pomieszany z niedowierzaniem.
    Kolejnym zaleceniem (władz kościelnych) było to, aby dyskretnie, aczkolwiek stanowczo odradzać ich lekturę wiernym, jako dalece dla nich szkodliwą!
No i tu się poczułem zawiedziony!
Wszystko rozbiło się o to jedno słowo: dyskretnie!
    Określenie: dyskretnie jest co najmniej dziwne, bo obarczone jest niebezpieczeństwem, że jakaś część parafialnych owieczek może taką szeptaną przestrogą nie zostać objęta i przez to narazi się ją na poznanie zakazanych tekstów?
Czyż nie prościej byłoby w ogłoszeniach parafialnych poinformować wiernych o takim zaleceniu?
Jeżeli do tego dołożyłoby się informację, że wobec autora skierowano do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przez niego przestępstwa: np. obrazy uczuć religijnych, lub szkalowania instytucji, jaką jest Kościół, to by uwiarygodniło takie stanowisko.
    No, ale w takim przypadku zawiadamiający musieliby najpierw przeczytać ze zrozumieniem te „niebezpieczne” publikacje i dopiero wtedy starać się zająć stanowisko.
Chociażby tak jak to czynią osoby, które po lekturze tych „szkodliwych” książek, piszą do mnie dokonując swoistej recenzji. Jestem wdzięczny za każdy taki głos, niezależnie, czy są to słowa podziękowania (przytłaczająca większość z kilkuset nadesłanych do mnie maili), czy dezaprobaty (to znikoma grupa przeciwników „Koloratek” i do tego w większości deklarujących, że swoją opinię wyrazili nie czytając ani jednej strony!)
    Pragnę zaznaczyć, że nigdy moi mailowi rozmówcy nie stwierdzili, że treści zawarte w moich książkach spowodowały w nich zachwianie wiary, czy byłyby inspiracją do odejścia ze wspólnoty wierzących!
Wielokrotnie jednocześnie wyrażali żal, że Kościół o niewygodnych sprawach bardzo niechętnie mówi i prawie nigdy nie zajmuje stanowiska wobec zła w swoich szeregach.
    W grupie moich czytelników, którzy mówili o swoim odejściu ze wspólnoty wierzących, prawie wszyscy ( może to tylko próby samousprawiedliwienia ich decyzji) jako powód podawali to, że zawiedli się na ludziach w sutannach.
Może więc (czcigodni kapłani) moje książki nie są niebezpieczne, a tylko niewygodne?
    Gdy dopada człowieka choroba, sięga po lekarstwo i nic to, że niekiedy jest one zaprawione goryczą, trzeba je zażyć, by się lepiej poczuć i do zdrowia powrócić!
A na koniec jako P.S.
Fragment z Ewangelii św. Łukasza (12,1-3):
”Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajnego, co by się nie stało wiadome......” taka przestroga od samego Szefa!
(To tak przy okazji dyskretnego zalecenia, o którym było na początku!)
Kryspin

wtorek, 21 marca 2017

Ukryty okres życia Jezusa.


     Przed kilkoma laty miałem okazję obejrzeć ciekawy dokument zrealizowany w państwie, które można określić jako ostatni przykład komunistycznego absurdu.
Autor tego reportażu pokazał światu maszerujących w idealnym porządku mieszkańców tego państwa, którzy z uśmiechem na ustach pozdrawiali swojego przywódcę, wznosząc gromkie okrzyki zadowolenia ze swego losu. Cały przemarsz odbywał się na wielkim placu stolicy, którego najważniejszym miejscem był olbrzymi pomnik, co prawda już zmarłego, ale nieustannie pielęgnowanego we wdzięcznej pamięci, ojca założyciela ich krainy „szczęścia”.
    Dopełnieniem tego obrazu i odpowiedzią na narzucające się pytanie o szczerość uśmiechu kroczącego tłumu, były obrazy wplatane w relację reportera.
   Autor dokumentu umieścił w nich rozmowę z kobietą, która oprowadzała go po ogrodach pamięci z młodzieńczych lat Wielkiego Ojca Narodu(określenie założyciela tego nierealnego świata).
Z jej relacji dowiadujemy się o niezwykłości tego człowieka, który od chwili narodzin objawiał się swoim przyszłym „wyznawcom”, jako ktoś niezwykły, naznaczony wręcz, by dokonywać rzeczy przekraczających ludzkie wyobrażenie.
   Przez lata reżim władz tego kraju stworzył photoshop satrapy, którego poddani muszą kochać!
I te mityczne, bzdurne opowieści, którymi tamtejsi ludzie są karmieni od najmłodszych lat, skutkują ich bezrefleksyjną wiarą i ślepym, dodatkowo naładowanym strachem, posłuszeństwem.
Od dłuższego czasu prześladuje mnie pytanie, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi?
W okresie seminaryjnej edukacji poznałem dogłębnie historię początków mojej wiary.
   Na wykładach z Nowego Testamentu zaznajomiono nas z historią Jezusa, która została zapisana na kartach Ewangelii. Te zaliczone do kościelnego kanonu księgi, przybliżają wiernym Jego narodziny w betlejemskiej stajni, pokazują dramatyczną ucieczkę przed zbrodniczym zamysłem Heroda, który pragnąc pozbyć się konkurenta do tronu, nakazuje rzeź małych chłopców z całej okolicy. Dalej na kolejnych stronach czytamy o tym jak 12 letniego syn cieśli z Nazaretu zalicza spotkanie z uczonymi w Piśmie i zadziwia ich swoją mądrością. I po tym wszystkim następuje przeskok w historii przyszłego Zbawiciela, bo Ewangelie przybliżają nam tylko trzyletni, ostatni czas czas Mesjańskiej misji Bożego Syna, zakończony tragedią krzyża i triumfem Zmartwychwstania.
Już wtedy stawiałem sobie pytanie o 18 lat z życia Jezusa, o których nie ma żadnych informacji.
    Moi profesorowie ten okres skwitowali jednym lapidarnym stwierdzeniem: „To czas ukrytego życia Chrystusa” i to wszystko.
Czyli inaczej mówiąc: 
Nie ma żadnych wiarygodnych źródeł, które by o tym czasie przyszłego Mesjasza pisały i kropka!
    Przez wiele lat nie wracałem do mojego pytania i zdawało mi wystarczać to krótkie zapewnienie.
Teraz jednak po latach to pytanie powróciło i zwyczajnie mnie nurtuje!
Okazuje się, o czym się przekonałem poszukując odpowiedzi na moje pytanie, że przez stulecia, właściwie od samego początku chrześcijaństwa, te 18 lat intrygowało wielu.
   Próbę znalezienia odpowiedzi podejmowali zarówno mądrzy teologowie( w tym gronie i Doktorzy Kościoła), jak i zwolennicy teorii spiskowych. Efektem dociekań tych pierwszych były baśniowe opowiadania żywcem przypominające historię klepaną przez opiekunkę ogrodów pamięci Ojca Narodu( o których pisałem na początku), owocem zwolenników sensacji stały się zaś relacje o podróżach Jezusa na Daleki Wschód i historie o bardzo ludzkim zachowaniu przyszłego Zbawiciela w tym czasie.
Daleko mi zarówno do przesłodzonych historyjek pobożnych mężów jak i do teorii w stylu Dana Browna, no i dlatego pozostaję nadal bez odpowiedzi ze swoim pytaniem?
    Mam jednak nieodparte wrażenie, że ten okres „ukrytego czasu życia Chrystusa” jest bardzo ważny i dlatego nasuwa mi się jeszcze jedno domniemanie:
Sądzę, że niektórym zależy na tym, aby prawda o tych latach pozostała nieznana?
W jednym z fragmentów Ewangelii Jezus kreślił przed słuchaczami wizję drogi ku Ojcu i wtedy oświadczył, że Tylko On jest tą drogą!(J14,6)
    Na koniec zatem jeszcze jedno pytanie: Czy tylko droga Kościoła jest tą jedyną drogą ku Ojcu, czy raczej jedną ze ścieżek, które prowadzą ku Odwiecznemu?
Może w tych 18 ukrytych latach z życia Jezusa zawarta jest odpowiedź na moje oba pytania?
Kryspin

środa, 15 marca 2017

Kościelny ZDZ



    Gdy rozpoczynałem moją drogę powołania, z niecierpliwością oczekiwałem na początek drugiego roku, gdy w seminarium odbywały się nasze obłóczyny( ceremoniał pozwolenia na noszenie sutanny). Od tego październikowego popołudnia poczułem dumę bycia podobnym do kapłana.
   Co prawda nadal moje prawa posługi przy ołtarzu bardziej przypominały ministranturę, ale zawsze.
Dopiero na czwartym roku studiów zezwolono nam na głoszenie kazań i do tego, tylko po ich zatwierdzeniu przez profesora homiletyki.
Prawie księdzem tak naprawdę poczułem się dopiero po przyjęciu( pod koniec piątego roku pobytu w seminarium) święceń diakonatu. Od tej chwili mogłem udzielać sakramentu chrztu, przewodniczyć uroczystościom pogrzebowym i czytać w czasie mszy świętej fragmenty Ewangelii. Najbardziej czułem się wyróżniony, gdy od chwili tych święceń mogłem także udzielać komunii wiernym.
    Takie zasady panowały w Kościele do początku lat osiemdziesiątych minionego wieku.
Póki co, w bardzo ograniczonym stopniu realizował zalecenia niedawno co zakończonego Soboru, który stawiał na świadomy i aktywny udział świeckich wiernych w sprawowaniu eucharystii.
I pewnie jedyną zauważalną zmianą byłoby odejście od łaciny i wprowadzenie języków narodowych w sprawowanych obrzędach, gdyby nie narastający kryzys wiary i coraz bardziej puste świątynie.
Kościół doszedł do przekonania, że dotychczasowa forma żywo przypominająca teatralną relację: aktor-widz, wypaliła się i trzeba coś zmienić?
-A może dać szeregowym uczestnikom kościelnego życia poczucie, że są ważni i potrzebni?
Noszenie baldachimu w czasie parafialnej procesji, zbieranie składki w trakcie mszy świętej, czy funkcja lektora czytającego przed Ewangelią mniej „dostojne” fragmenty z Biblii, zdawały się nie wystarczać?
-”Szafarz nadzwyczajny”- to brzmiało dumnie, no i w parafiach pojawiać się świeccy pomocnicy , którzy (po pozytywnej weryfikacji za strony biskupa) zajęli się szczególną pomocą przy eucharystii. Dorośli, parafialni aktywiści zamienili teraz ministranckie komeżki na białe alby i pod koniec mszy zaczęli zajmować się rozdawaniem komunii.
Mnie jakoś to nie pasuje....
    Irytuje mnie(pewnie nie tylko mnie?) gdy w trakcie niedzielnej mszy księża wikariusze wyruszają z koszykami i zbierają datki, a do tabernakulum udaje się świecki wierny, by po chwili rozdawać Ciało Chrystusa bogobojnym uczestnikom świętej liturgii.
    Podobnie nie widzę sensu, gdy ksiądz odprawiający mszę rozdaje komunię tylko ministrantom i zaraz po tym zasiadając w fotelu celebransa, tylko przygląda się posłudze nadzwyczajnego szafarza, który „obsługuje” pozostałych.
    Laicyzacja, konsumpcjonizm i kryzys wielu wartości, stają się swoistą modą współczesnego, sytego świata Dotykają one także Kościoła, który z każdym rokiem traci pozycję lidera moralnego autorytetu, co spędza sen z oczu watykańskim decydentom.
Kościół wymaga mądrych reform, aby zażegnać ten największy być może (w jego historii) kryzys!
    Papież Franciszek, wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, w nieoficjalnym(póki co!) wystąpieniu poddał pomysł, aby do święceń kapłańskich dopuścić mężczyzn związanych małżeńską przysięgą. Miałoby to złagodzić problem braku powołań.
    Pewnie ( na siłę) można by doszukiwać się w tym pomyśle powrotu do tradycji początków Kościoła, gdy takie praktyki były czymś normalnym, ale?
    Są pewne profesje, przy których używa się określenia: powołanie!
Wśród nich są dwie szczególne- kapłan i lekarz.
    Trudno byłoby mi zaakceptować pomysł, by lekarzem był ktoś tak przy okazji, bo lubi pomagać ludziom.
Takich zapaleńców, którzy bez ukończonych, trudnych studiów medycznych, zajmują się leczeniem dolegliwości ludzkich ciał, nazywa się znachorami i są ścigani przez prawo!
    Idea kościelnego ZDZ( zakład doskonalenia zawodowego), a do tego sprowadza się pomysł święceń kapłańskich dla żonatych mężczyzn, jest co najmniej dziwna.
Kryspin

wtorek, 7 marca 2017

Flakonik na rozwiązanie problemu.

       Przeżywamy okres Wielkiego Postu. Fioletowy kolor liturgicznych szat, kazania o męce Chrystusa w czasie nabożeństw Gorzkich Żali wprowadzają nas w nastrój zadumy, żalu i może trochę wstydu, że swoimi słabościami zgotowaliśmy cierpienie Odwiecznemu.
Zaledwie kilka dni temu ucichły karnawałowe zabawy, a kapłani w posypali wiernym głowy popiołem na znak czasu pokuty i refleksji nad złem.
       Pierwszy piątek tegorocznego okresu Wielkiego Postu nasi hierarchowie ogłosili dniem modlitwy przebłagalnej za grzechy pedofilii w szeregach kapłanów.
No i na pierwszy rzut oka ta inicjatywa jak najbardziej wydaje się być właściwa i na czasie, bo kiedy jak nie w okresie Wielkiego Postu przepraszać za takie bezeceństwa?
       Mnie jednak ręce nie składają się do oklasków, gdyż nie widzę w tym szczerości i skruchy nawróconego grzesznika, a zwyczajne działanie obliczone na medialny poklask( teraz w dobrym tonie) i rodzaj „igrzysk” dla pospólstwa!
       Duchowni, w okresie przygotowań do Wielkanocy, odbywają swoje doroczne, wielkopostne rekolekcje. Najczęściej na 2-3 dni zjeżdżają do zamkniętych ośrodków(klasztory, domy rekolekcyjne, seminaria duchowne itd.), by tam słuchając nauk przewodników duchowych, poświęcając czas na osobistą modlitwę, dokonywać swoistego resetu swojego powołania i wytyczyć dla siebie drogę poprawy tego, co w tym kapłaństwie uległo duchownemu zababraniu.
      Może przy takiej okazji warto by było, aby np. jeden dzień(o chlebie i wodzie) spędzić na klęczkach w zakonnej kaplicy, aby przepraszać Boga (i ludzi także) za patologię zachowań seksualnych niektórych duchownych?
Swoją drogą zdziwiło mnie to, że Kościół powrócił do problemu pedofilii. Od półtora roku media nie sygnalizowały żądnego skandalu z udziałem kapłanów i może można by było odtrąbić koniec tej wstydliwej choroby?
Ten problem jednak nadal jest i może dlatego ta wielkopostna akcja ze strony naszych Pasterzy?
Seksuologia, mówiąc o pedofilii, wskazuje, że jest ona chorobą wrodzoną (ale w znikomym procencie), a w większości jest skłonnością nabytą!
       Znany autorytet o tych sprawach mówi wprost: „Pedofilia częściej jest nabyta wskutek nieudanych związków z kobietami, niezaspokojonej potrzeby władzy i uznania, czy nieudanego współżycia seksualnego"
       Przez sześć lat pobytu w seminarium poznałem ponad 300 młodych facetów realizujących swoją drogę ku kapłaństwu i wtedy nie spotkałem żadnego, powtarzam: żadnego ze skłonnościami pedofilskimi!
       W tym okresie, który nazywano czasem formacji do służy, zadbano jednak o skuteczne wspomaganie hamowania „grzesznych” myśli kandydatów.
I tu nasuwa mi się porównanie do praktyk z kultowej komedii, gdzie naturalny popęd seksualny załatwiała tabletka podawana kobietom żyjącym w nierealnym, podziemnym świecie.
W seminarium dbały o to siostry zakonne serwujące klerykom posiłki obficie skrapiane bromem (był w herbacie, cukrze oraz innych posiłkach) i sprawa była załatwiona!
        Modlitwa przebłagalna zaordynowana w pierwszy piątek Wielkiego Postu na niewiele się zda, gdy nie zostanie uzupełniona o refleksję nad przyczynami tkwiącymi u źródeł tej choroby!
Jeśli jej zabraknie i nie zostaną w Kościele podjęte decyzje o koniecznych zmianach, to w kolejnych latach Hierarchowie będą zmuszeni enty raz zwoływać wiernych, by przepraszali za ciągle nowe ogniska tej patologii!
Bóg obdarzył każdego człowieka ludzkimi skłonnościami i potrzebami.
       Seksualność i wszystko co jest z nią związane, są wpisane w naturę każdego i nie da się z tym walczyć!
No chyba, że przy dekretach, którymi biskupi posyłają adeptów kapłańskiego powołania do parafialnych posług, będą wręczać każdemu flakonik z miksturą tonującą ich ludzkie, wpisane w naturę człowieka potrzeby?
Ale czy to załatwi problem? Obawiam się, że nie!
Kryspin,

poniedziałek, 27 lutego 2017

Grzech śmiertelny to owoc złej woli


     W mieście mojego dzieciństwa mieszkał i pracował lekarz ginekolog, o którym było powszechnie wiadomo, że nie wszystkie jego medyczne działania były zgodne z przysięgą Hipokratesa, w której kiedyś zobowiązał się do ratowania każdego ludzkiego życia. Pan doktor „niósł pomoc” kobietom w szerokim zakresie. W szpitalu leczył patologie ciąż niosąc spragnionym paniom nadzieję na szczęśliwe macierzyństwo, a w prywatnym gabinecie „przywracał” spokój tym kobietom, dla których perspektywa narodzin dziecka była kłopotem.
    Mieszkańcy miasteczka pokazywali lekarzowi, że wiedzą o jego prywatnej „aktywności”i dawali jasny sygnał, że jej nie pochwalają zapalając mu w dniu święta zmarłych znicze przed bramą domu, gdzie mieścił się też gabinet lekarza.
    Ten w ramach rewanżu co roku pielęgnował dziwny rytuał. Zawsze w Wielki Piątek przychodził do popularnej w miasteczku restauracji i zamawiał wielki kotlet schabowy, który ostentacyjnie pałaszował, gorsząc personel i nielicznych w tym dniu gości tego lokalu.
Przed tygodniem zapowiadałem, że przy następnym spotkaniu z Księdzem w cywilu porozmawiamy na temat grzechu śmiertelnego(ciężkiego), który zamyka katolikowi drogę do godnego przyjęcia, w trakcie mszy św. Eucharystycznego Chrystusa i naraża go na wieczne potępienie, gdyby w takim stanie Bóg powołał takiego niegodziwca do wieczności.
     Dzisiejszy człowiek najczęściej poszukuje informacji w internecie.
Przestrzegam jednak przed tą formą nabywania wiedzy na powyższy temat, a jeśli już to tylko do prześledzenia zawiłych poglądów wszelkiej maści mniej, czy bardziej pobożnych ludzi Kościoła, którzy przez stulecia próbowali mierzyć się z precyzyjnego określenia czym on jest i kiedy coś zasługuje na takie miano, a w jakich wypadkach jednak nie.
    Najbardziej zrozumiałym źródłem wiedzy o grzechu ciężkim jest Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) więc w ramach powtórki z lekcji religii, przypomnijmy sobie, co on mówi na ten temat:
„Grzech śmiertelny niszczy miłość w sercu człowieka wskutek poważnego wykroczenia przeciwko prawu Bożemu, podsuwając człowiekowi dobra niższe, odwraca go od Boga, który jest jego celem i szczęściem”
Tyle definicja zawarta w KKK i znowu odnoszę wrażenie, że jest ona na tyle mało jasna, by zwykły katolik mógł uzyskać pełną wiedzę: czy danym czynem ubabrał się już w śmiertelnym błocie, czy tylko pobrudził łapki lekkim nieposłuszeństwem.
      Katechizm w dalszej częściej stara się precyzować, czym jest ten nieszczęsny grzech śmiertelny:
1- dotyczy bardzo ważnej sprawy(przekroczenie jednego z Przykazań Bożych!
2-popełniony z pełną świadomością - wiem, że to grzech ciężki, a mimo to czynię!
3-dokonany z premedytacją i świadomością, że coś jest poważnym złem!
     Tenże sam Katechizm podaje jednak także tzw. okoliczności łagodzące „śmiertelność” czynu:
-Popełnienie czynu w afekcie, pod wpływem uczuć i namiętności zmniejszających dobrowolny charakter złego uczynku, podobnie jak presja zewnętrzna i patologiczne zaburzenia!
Czy teraz po tej „powtórce z przeszłości”,jesteśmy bardziej uświadomieni, kiedy popełniamy grzech śmiertelny? Może tak, a może jednak nie?
     Problem tkwi w tym, że przytoczone powyżej przepisy KKK wkuwają kandydaci do pierwszej komunii świętej. To tak, jakby przygotowanie do egzaminu na prawo jazdy przeprowadzano wśród dziewięciolatków i później oczekiwać , że będą dobrymi użytkownikami ruchu drogowego.
No tak, ale przecież to nie jedyny raz, gdy człowiek styka się z KKK, bo co gorliwsi kapłani robią powtórkę zasad KKK choćby kandydatom do bierzmowania, czy w trakcie nauk dla przyszłych małżonków.
Niewiedza wiernych, że grzech śmiertelny zachodzi tylko wtedy, gdy wynika ze złej woli i pełnej świadomości złego czynu, powoduje w nich strach przed komunią i dlatego do niej nie przystępują.
Może więc warto przypominać sobie częściej, przy każdym rachunku sumienia:
     Tylko zła wola i świadomy wybór zła, rodzą śmiertelny grzech!
Mądra matka wychowując swoje dziecko, chwali je za dobre postępowanie i pomaga mu przezwyciężać niedoskonałości, ale nigdy nie mówi mu: jest złym dzieckiem!
     Mnie w Kościele brakuje tego pozytywnego budowania pokładów dobra, które z natury ma w sobie każdy człowiek, a zamiast tego zbyt często wytyka się wiernym, że są grzesznikami!
Kryspin,

wtorek, 21 lutego 2017

"We mszy świętej nabożnie uczestniczyć"


     Chyba większość z nas pamięta kabaretową scenę, gdy pracownik zakładu zbrojeniowego, przed udzieleniem odpowiedzi na postawione przez redaktora pytanie, sam zapytał:
”A dla kogo ten wywiad?”
     Przed kilkoma dniami ośrodek badania opinii publicznej podał wyniki badań religijności naszego społeczeństwa i odniosłem wrażenie, że przy przyjęciu tego zlecenia, przedstawiciele szacownego ośrodka zadali takie samo pytanie.
     Z oficjalnych(podanych do publicznej wiadomości) danych wynika, że ponad 85% Polaków, to ludzie wierzący, z czego 98% należy do Kościoła katolickiego.
Najbardziej zaskakują jednak dalsze liczby: 55% uczestniczy w coniedzielnych nabożeństwach, kolejne 20% kościół odwiedza kilka razy w miesiącu, a pozostali (kilkanaście procent ) w obrzędach liturgicznych uczestniczą okazjonalnie (od wielkiego święta, lub przy okazji uroczystości rodzinnych)
W każdą ostatnią niedzielę roku liturgicznego w naszych kościołach odbywa się liczenie wiernych i ich wyniki dalece odbiegają od tych podanych przez ośrodek badawczy.
I aby była jasność, kościelne liczenie pokazuje, że 55%, to liczba mocno zawyżona.
Gdzie więc tkwi prawda?
    Ilu wiernych należycie spełnia kościelne przykazanie:”W niedzielę i święta we mszy nabożnie uczestniczyć!”?
Według kapłanów, z którymi rozmawiałem: 25%w parafiach miejskich, do 35% w mniejszych, najczęściej wiejskich wspólnotach.
     Już kiedyś przytaczałem próby znalezienia przyczyny tak niskiej frekwencji, o których mówią sami duchowni:laicyzacja, takie czasy, konsumpcjonizm itd.
W kościelnych statystykach proboszczowie raportują swoim przełożonym ilość wiernych uczestniczących w sposób pełny w niedzielnej mszy świętej, czyli ilu parafian przystępuje do niedzielnych komunii.
To kilkanaście procent obecnych na niedzielnym nabożeństwie.
I tu rodzi się kolejne pytanie: dlaczego jest tak źle?
     Dlaczego kościelne przykazanie tak naprawdę spełnia jeszcze mniej osób, bo tylko nieliczni wypełniają istotny warunek:”nabożnie”, czyli w pełni, z pobożnością?
Aby poszukać przyczyn tego stanu rzeczy, trzeba by odnieść się jeszcze do jednego kościelnego przykazania, które zobowiązuje katolika do spowiedzi i komunii co najmniej raz w roku(około Wielkanocy)- To zwyczajne minimum, ale do czego?
     Czy w przyjaźni z Bogiem mam być tylko raz w roku? A co z pozostałymi 364 dniami?
Gdy małe dziecko( 9 letnie) przygotowuje się do pierwszego, uroczystego spotkania z Chrystusem Eucharystycznym, katecheci tygodniami ćwiczy ceremonię poruszania się w czasie przyszłej uroczystości.     Najbardziej istotną kwestię, sakrament spowiedzi, oczyszczający duszę grzesznika przed przyjęciem Boskiego Ciała, ogranicza się do wykucia na blachę zasad katechizmu i do jednej”próbnej” i później już tej prawdziwej spowiedzi, w trakcie której mały nieborak klepie przy konfesjonale wyliczankę swoich przewinień, które pewnie u Pana Boga wywołują tylko życzliwy uśmiech.
     Kościół uczy, że do sakramentu Eucharystii może przystąpić wierny wolny od grzechu ciężkiego (śmiertelnego) i to wiedzą maluchy od pierwszej komunii, ale na tym kończy się znajomość tematu.
    Dorosły wierny ma znikomą wiedzę, czym jest grzech śmiertelny, bo edukację na ten temat zakończył dawno i na wszelki wypadek uznaje siebie za niegodnego, by gościć w swoim sercu Chrystusa Eucharystycznego.
    I tu tkwi odpowiedź na temat przyczyn tak niskiego procenta wiernych nabożnie we mszy uczestniczących.
A może czcigodni przewodnicy po zawiłościach ludzkiego sumienia, warto by wykorzystać niedzielne homilie, by nie tylko gromić nieobecnych, lub zwyczajnie mówić o niczym, a zamiast tego uczyć przybyłych, że msza, to nie tylko rodzaj spektaklu, a uczta w której powinni w pełni uczestniczyć, bo grzech śmiertelny wcale nie tak często nam się zdarza.
Ale o tym następnym razem.
Kryspin

poniedziałek, 13 lutego 2017

Celibat-"prezent z kuferka kłamstwa"

     „Znakiem diabła” określił ostatnio zjawisko pedofilii w Kościele Papież Franciszek.
Nie było to oficjalne stanowisko Stolicy Apostolskiej, a jedynie(a może aż!) Jego komentarz i wstęp do książki człowieka, który przez lata był ofiarą dewiacyjnych zachowań szwajcarskiego zakonnika.
Ojciec Święty przy tej okazji kolejny raz przeprosił za grzechy pedofilii wśród duchownych i enty raz zapowiedział stanowcze działanie przeciwko takim zachowaniom.
„Znak diabła”, a może trzeba by powiedzieć działanie diabła?
      Kościół rzadko przypomina o jego istnieniu, choć jest on ważną stroną naszej wiary.
Szatan, piekło, potępienie, od początku towarzyszyły nauczaniu Kościoła, jako finał przegranej batalii o zbawienie duszy.
Z tym przeciwnikiem Bożej Miłości spotkał się także nasz Zbawiciel, gdy przygotowując się do spełnienia swojej misji, kończył czterdziestodniowy post.
Chyba wszyscy wierzący znają historię z Góry Kuszenia?
Obietnice: bogactwa, władzy i to wszystko tylko za jeden pokłon, którym uznałby wielkość szatana!
Wtedy książę kłamstwa przegrał z doskonałym posłuszeństwem w wypełnieniu Bożego planu i jak mówi Biblia:”odstąpił od Niego”.
     Upokorzony, zły swoją porażką szatan jednak do końca nie zrezygnował i na tej górze pozostał cierpliwie czekając, by swój „kuferek kłamliwych obietnic” sprzedawać innym: mniej świętym, mniej doskonałym w posłuszeństwie Bogu, bardziej skłonnym do kompromisu ze złem.
I tak przez wielki na jego górę ciągnęły tabuny chętnych, którzy dla: władzy, majątku, gotowi byli porzucić wszelkie zasady moralne i oddawali mu pokłon dla złudnej nadziei szczęścia.
Szatan jednak nigdy nie był „detalistą” i swój apetyt na sianie zła mógł zaspokoić tylko sukcesem na miarę rewanżu za porażkę z Bożym Synem!
     Takim przeciwnikiem mógł być tylko Kościół - dziecko i nadzieja Jezusa.
Dużo czasu szatan potrzebował, by skutecznie zaprosić go na swoją górę. Przez pierwsze wieki, gdy pamięć Zbawiciela rozpalała szczerą pobożność pierwszych chrześcijan, było to prawie niemożliwe, ale później, gdy rządy Cesarstwa Rzymskiego legły w gruzach i nastał czas wolności dla wyznawców Jezusowej wiary, było już łatwiej.
     Władza i bogactwo(nieustanna w oferta pana tej góry) wreszcie skusiły tych, którzy byli przecież powołani przez Chrystusa, by być Pasterzami Bożego stada.
Zaślepieni żądzą tego co tu i teraz, stali się zwykłymi najemnikami(szerzej piszę o tym w „Zatroskanej koloratce-Pasterzach i najemnikach”)
I na deser bonus od niego: celibat!
„Genialny prezent” szatana dla Kościoła, który od chwili wprowadzenia (XII wiek) stał się swoistym „samograjem” zła.
Ojcze Święty!
     Może już czas, by Kościół zszedł z góry kuszenia?
Może już najwyższy czas, by odrzucił dary z „kuferka kłamstwa” i powrócił do drogi, którą kiedyś nakreślił mu jego założyciel, Jezus Chrystus?
     Pedofilia w szeregach duchownych to tylko jeden z zatrutych „kwiatów” rośliny, którą jest celibat!
Bardzo żałuję, że nie jest mi dane przekazać Tobie Ojcze Święty „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”, bo w niej swoją skargę podnoszą i inne ofiary „prezentu” szatana:
     Może warto pochylić się nad głosem setek tysięcy ofiar celibatu: księży łamiących kościelny zakaz, kobiet uwikłanych w nieformalnych związkach z nimi i milionów tych, którzy odchodzą z Kościoła w smutnym przekonaniu, że się na nim zawiedli.
Kryspin

wtorek, 7 lutego 2017

Smuci mnie Kościół syty władzą

 .
     Prawie za każdym razem, gdy w mediach pojawiają się doniesienia dotyczące naszego Kościoła, przychodzą mi na myśl obrazy z „Zatroskanej koloratki-Pasterze i najemnicy”.
     Tak samo było, gdy kilka tygodni temu w naszej TV obszernie relacjonowano uroczystość ingresu nowego Metropolity Krakowa.
W katedrze na Wawelu zebrało się grono znamienitych gości, a wśród nich prawie wszyscy członkowie polskiego Episkopatu, zaproszeni dostojnicy kościelni z Watykanu i kwiat polskiej polityki z samego wierzchołka władzy .
Kamery relacjonowały każdy szczegół tych uroczystości i dzięki temu wszyscy ci, którzy nie mieli szczęścia, albo protekcji, by załatwić sobie wejściówki, mogli na ekranie poczuć podniosłość tamtego wydarzenia. No może byli pozbawieni głębszych doznań, jak chociażby zapach wonnych kadzideł, którymi mogli rozkoszować się tylko tam bezpośrednio zebrani, ale i tak wszyscy odczuwali niezwykłość tego spektaklu.
     A ja zobaczyłem wtedy obraz sytego polskiego Kościoła, który na bogato pokazał się swoim wiernym.
I właśnie wtedy powróciło mi wspomnienie księdza katechety z „Zatroskanej koloratki”
Mijałem go na szkolnym korytarzu, gdy udawał się na lekcje.
Stałem nieco z boku i obserwowałem samozadowolenie malujące się na jego twarzy.
Minął mnie po chwili i tylko lekkim skinieniem głowy dał znać, że łaskawie zauważył moją obecność i jeszcze bardziej uniósł głowę jakby chciał pokazać wszystkim, kto tu zasługiwał na szacunek.
Syty, zadowolony, tryumfujący przedstawiciel Kościoła napawający się ….No właśnie, czym?
No tak po ludzku mógł być zadowolony, pomyślałem wtedy:
Państwo zatrudniło go na etacie nauczyciela i co miesiąc płaciło pensję, i gdy inni pedagodzy żalili się, że była zbyt mała, on nie musiał stawać po stronie niezadowolonych, bo dodatkowo, niejako po godzinach „dorabiał” sobie w parafii intencjami mszalnymi, a wikt i opierunek miał za friee, bo o to dbał jego proboszcz.
A że szkolne katechezy wyglądały tak, jak wyglądały i często młodzież traktowała je jak kolejną wolną od zajęć godzinę, to już inna sprawa. Najważniejsze, że w dzienniku rozpisał kolejne tematy lekcyjnej edukacji, no i jeszcze dopilnował frekwencji młodych, których odtransportował do pobliskiego kościoła w trakcie wielkopostnych rekolekcji organizowanych dla szkolnej gromadki.
     No tak po ludzku nasz Kościół może być zadowolony, myślę teraz.
Państwo łaskawą ręką dorzuca się do jego utrzymania, wierni dołożą swoje(choć mogliby więcej, ale trudno), a jeśli do tego dołożyć poczucie sytości władzy, to czego chcieć więcej?
I znowu powraca mi obraz z „Zatroskanej koloratki”, gdy poznajemy młodego(przed trzydziestką) kanonika.
    Były wtedy lata trzydzieste XX wieku- jako naród cieszyliśmy się odzyskaną niepodległością, a polski Kościół przy tej okazji odbierał wdzięczność za niewątpliwe zasługi, jakimi dał się poznać w czasie zaborów, gdy był swoistym depozytariuszem polskości i pomógł naszym dziadom w zachowaniu narodowej świadomości.
I byłoby pięknie, gdyby w tym wszystkim nie uległ pokusie bycia sytym i pragnieniu władzy, która dalece wybiegała poza jego posłannictwo.
Młody jeszcze wiekiem Kanonik, pewnie nigdy by nie dostrzegł istoty swego powołania, gdyby nie wojenne doświadczenia, które okrutnie zweryfikowały życie naszego narodu.
Jego samego dosięgnął koszmar koncentracyjnego obozu. Przeżył to piekło i powrócił do kapłańskiej służby. Był już jednak innym człowiekiem i gdy jego współbracia mniej, czy bardziej szczerze starali się okazywać mu współczucie, on uśmiechał się tylko życzliwie i milczał.
Tylko raz wspomniał obozowe doświadczenia, gdy goszcząc kapłanów na odpustowym obiedzie, wytłumaczył im, na co przeznaczył pieniądze, które otrzymał jako zadośćuczynienie ( w obozie był ofiarą pseudo medycznych doświadczeń):
„Pieniądze były dla Niego”-wyjaśnił, gdy pokazał im odnowioną świątynię.
”To zapłata za rekolekcje, którymi dla mojego kapłaństwa był czas obozu”.
Kryspin

niedziela, 5 lutego 2017

Ania zdecydowała! A Ty? Napisz swoją historię biznesu po godzinach!

                                              Biznes po godzinach!
      Pani Ania uczestniczyła w biznesowej kolacji, na której podjęła decyzję o przystąpieniu do programu Przyjaciół Cuisine Companion(PCC). 
     Uznała, że to może zmienić (poprawić) jej sytuację finansową. W dotychczasowej pracy nie mogła liczyć na poprawę swojej sytuacji finansowej, ale na inne zajęcie nie miała widoków, dlatego ze spuszczoną głową przyjmowała swój los...
Aż do tamtego wieczoru, gdy przyjaciele zaprosili ją do programu PCC!
                         Pierwszy krok do nowej nadziei na lepsze jutro:
Inwestycja: zakup urządzenia Cuisine Companion-3699 zł( na dogodne 20 rat po 185zł)
Działanie:
     Na piątkowy wieczór Ania zaprosiła na biznesową kolację czworo przyjaciół.
Arek-znajomy, który zaproponował jej udział w PCC, pomógł w przygotowaniu poczęstunku z wykorzystaniem CC. Później wszystkim przedstawił biznesową szansę programu PCC i zaprosił ich (w imieniu Ani) do udziału w nim!
      Na biznesowej kolacji decyzję na tak podjęło dwoje: Beata i Cyryl. Daria stwierdziła, że musi to przemyśleć, a Elka podsumowała, że nie wierzy w takie projekty!
Efekt spotkania: 2 osoby weszły do biznesu!
Ania zainkasowała 2x 200 zł i 2 punkty do portfela kariery
                       Drugi krok-duplikacja!
W kolejnym tygodniu kolację dla swoich przyjaciół zorganizowali:
w czwartek-Beata, w piątek Cyryl, a Ania urządziła spotkanie dla kolejnych swoich przyjaciół w sobotę!
Efekt: Beata i Cyryl zdobyli swoje pierwsze punkty: Beata 3(i 3x200 zł),
Cyryl 2(i 2x200zł).
Ania do portfela kariery zainkasowała 2+3 pkt i już miała ( 2+3 +2)- 7pkt
Na jej kolacji kolejne dwie osoby przystąpiły do projektu: 2X200 zł dla Ani i 2 koleje punkty do jej portfela i miała już 9 punktów!
                     Trzeci krok- droga do awansu na poziom drugi kariery(20 punktów!)
W grupie Ani 9 osób na kolejnych, organizowanych przez siebie kolacjach, do projektu pozyskały kolejne 11 osób- portfel kariery Ani dobił 20 punktów i awansował ją na poziom drugi biznesowej tabeli!
                    Czwarty krok: efekt MLM
      Członkowie grupy Ani na biznesowych kolacjach(17) wprowadzili do programu PCC 17x2- 34 osoby. Ania w tym czasie zaprosiła do PCC 1 osobę!
Jej portfel kariery urósł do(20+43+1) 55 punktów
Ania na konto otrzymała : 34x 150 zł= 5100 zł i 350zł (za ostatnio, bezpośrednio zaproszoną osobę!)
Podsumowanie: Ania zorganizowała 3 kolacje i bezpośrednio do projektu skutecznie (z pomocą Arka) zaprosiła 5 przyjaciół. Ma obecnie 55 punktów w swoim portfelu kariery i zarobiła : 2x200zł+2x 200zł+ 34x150zł+350zł  =   5850 zł!
       Cuisine Companion nie tylko pomaga jej smacznie gotować, ale także stało się znakomitym narzędziem biznesowym!
                    A to dopiero początek!
Zadzwoń i rozpocznij swoją historię biznesu po godzinach:  536 425 831

wtorek, 31 stycznia 2017

Przekroczyć Tajemnicę


-„ Co mnie czeka po drugiej stronie życia?
Wielokrotnie spotykamy się z tym pytaniem, na które tak naprawdę nikt nie jest wstanie udzielić odpowiedzi.
-„Nikt, nigdy stamtąd nie wrócił i nie powiedział wprost, że istnieje ten inny świat rzeczywistości po ludzkiej śmierci!” Wielokrotnie słyszałem to stwierdzenie od ludzi, którzy zadawali mi takie pytanie, i wcale nie był to głos niewiary.
    Pewnie takie i inne pytania, rodzące się w umysłach ludzi wierzących, skutkują tym, że zaledwie co drugi katolik przyznaje, że spodziewa się dalszego ciągu swojego „życia po życiu”.
Co prawda u fundamentów katolickiej doktryny znajduje się olbrzymi dział teologii zwany Eschatologią, w którym Kościół tłumaczy zasady ostatecznego czasu: końca tego świata i przeznaczenia ludzi, jakim jest zbawienie; to jednak nie zaspakaja chęci zrozumienia i poznania jak będzie to wyglądało.
Inne religie teistyczne(islam, judaizm) oraz te pozostałe(zwłaszcza religie dalekiego wschodu, które pomimo że nie odnoszą się do idei Boga-Stwórcy wszechrzeczy), przyjmują istnienie dalszego ludzkiego istnienia po śmierci.
    Jest w tym jakiś uniwersalizm pragnienia nieśmiertelności, który nosi w sobie każdy żyjący. Nawet człowiek, który jasno deklaruje swoją niewiarę w wieczną przyszłość, mówiąc:”jestem niewierzący”, także w sobie je ma.
    Kilka tygodni temu w mediach pojawiła się informacja o śmierci młodego jeszcze człowieka, który będąc osobą publiczną, większości kojarzył się z kimś dalekim od spraw związanych z wiarą.
W kilka godzin po informacji o jego śmierci, telewizja wyemitowała ciekawy wywiad, wspomnienie, z bardzo już chorym bohaterem smutnej informacji dnia.
W rozmowie z redaktorem powiedział wtedy swoim odczuciu wiary, czymś, co słuchacze mogli uznać za uzasadnienie swojego nawrócenia.
Na początku swej wypowiedzi zaznaczył, że nie chciałby być stawiany w jednym szeregu ze znanymi wrogami wiary, którzy w świetle reporterskich fleszy dokonali przed śmiercią pojednania się z Bogiem.
„W pewnym momencie doznałem dziwnego uczucia, jakby ktoś dotknął mojego ramienia i poczułem wtedy niesamowity spokój i pewność, że w chwili, która zbliżą się do mnie nieuchronnie, nie będę sam”.
To był ostatni wywiad tego człowieka, a później już tylko były wspomnienia tych, którzy wspominając go za każdym razem mówili: „To był człowiek o dobrym sercu i dlatego tak wielu będzie go brakować”
Napisał do mnie 80 letni ateista (tak sam siebie określił) pytając o możliwość zbawienia poza wiarą katolicką.
Odpowiadając mu, powołałem się na przykład Huberta z „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”.
Poznałem historię krótkiego życia tego człowieka kilka lat po jego odejściu. Na pogrzebie tego młodego, świetnie zapowiadającego się lekarza, było wielu ludzi wdzięcznych za dobroć, którą realizował swoim życiem.
Hubert wychowany przez niewierzących rodziców nawet nie był ochrzczony, ale nikomu, kto znał go za życia, nawet przez myśl by nie przeszło, by Chrystus odmówił mu prawa do zbawienia!
Już słyszę głosy wyciągających wygodne dla siebie wnioski: „Jeśli sprawa się tak ma, to po co komu klepanie pacierzy, czas odstany gdzieś w ciemnym kącie świątyni i wysłuchiwanie nudnych nauk człowieka w złoconych liturgicznych szatach, skoro tak niewiele potrzeba, aby załapać się na ten pociąg naszego przeznaczenia- do wiecznego szczęścia?”
Rzeczywiście: bezmyślnie klepane pacierze, zaliczane niedzielne msze, czy sakramenty przyjmowane raz około Wielkanocy nie dadzą biletu na ten pociąg zmierzający do stacji Zbawienie, gdy zabraknie w nas świadomości potrzeby bycia dobrym, coraz lepszym człowiekiem.
Po to Chrystus powołał kiedyś swój Kościół, by ten, niczym dobry trener, pomagał być coraz lepszymi tym wszystkim, którzy uwierzyli, że poprzez byciem dobrym, coraz lepszym człowiekiem, zasłużą sobie na  niezwykły bilet do poznania tajemnicy.
Kryspin

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Metoda na strusia

    Ksiądz Wojciech, kapelan szpitala na południu Polski, przez lata zapracował sobie na miano kapłana z sercem, przez co bardzo polubili go pacjenci i personel leczniczej placówki. Jako jeszcze młody człowiek kipiał wręcz potrzebą niesienia pomocy i nadziei tym, których życie sponiewierało i przysłoniło słońce optymizmu na szpitalnych oddziałach. Po pewnym czasie czując niedosyt dotychczasowych zajęć, poprosił swojego biskupa, by mógł cyklicznie( także w ramach swojego urlopowego czasu) realizować powołanie niesienia Chrystusa także poza granicami diecezji, ba nawet Polski, w dalekim kraju Ameryki Południowej.
    Co roku wyjeżdżał na dwa miesiące, aby w dalekim Paragwaju mówić tamtejszym biednym ludziom, że kiedyś pojawił się na palestyńskiej ziemi taki dziwny gość, który pokochał ludzi tak do końca, że dla ich Zbawienia nie zawahał się oddać swojego życia na krzyżu. Ksiądz Wojciech nie tylko mówił im o Chrystusie, ale także starał się, w miarę swoich możliwości, zaradzać ich egzystencjalnym kłopotom i dlatego postanowił zrobić dla nich coś więcej.
    W indiańskiej rodzinie spotkał małą 4 letnią dziewczynkę, która w tamtych warunkach zostałaby skazana na na nieodwracalne kalectwo. Kapłan postanowił zorganizować operację dla małej, którą można by przeprowadzić w Polsce i do swoich bliskich powróciłaby już zdrowa.
I tu zaczęły się kłopoty, bo szpitalny duszpasterz nie tylko zarażał innych ideą pomagania na krańcu świata, ale stał się osobą medialną.
    Pytany przez dziennikarzy, co skłoniło go do szukania na krańcach świata przestrzeni do czynienia dobra, odpowiedział:”Tam też jest Kościół naszego Pana, a tak wielu ludzi go jeszcze nie poznało. Owszem, są tam kapłani, ale jest ich zbyt mało, by sprostać wyzwaniu. Obok szeregowych duszpasterzy są także hierarchowie tamtejszego Kościoła i ich postawa mnie zachwyciła. Oni są blisko ze swoimi wiernymi i zauważyłem, jak bardzo zależy im na pomaganiu najbiedniejszym. Tamtejsi biskupi tak bardzo różnią się od naszych duszpasterzy, którzy tkwią w jakimś odrealnionym świecie, bardzo daleko od ludzkich spraw!”
    Po takiej wypowiedzi ksiądz misjonarz musiał liczyć się z reakcją swoich zwierzchników. Konsekwencją był list biskupa ordynariusza, który pogroził zbyt wylewnemu kapłanowi i wezwał go do stonowania swoich wypowiedzi(duchowny miał przestać gwiazdorzyć!)
   Czarę goryczy ksiądz Wojciech przelał, gdy publicznie wypowiedział się na temat celibatu, twierdząc, że ten kościelny nakaz nałożony na kapłanów prowadzi do skandali z pedofilią wśród duchownych włącznie!
   Teraz odpowiedź przełożonych była szybka i stanowcza: Ksiądz Wojciech został ukarany suspensy (zakaz noszenia stroju duchownego i sprawowania czynności kapłańskich wynikających z mocy święceń!), aby nie wyglądało to na rodzaj zemsty, w uzasadnieniu napisano, że w postępowaniu duchownego doszukano się nieuczciwości w sprawach finansowych i gdyby to nie przemawiało; zachowanie księdza, jego wypowiedzi podyktowane są zaburzeniami psychicznymi!
    Kościół(zwłaszcza Polski) nie lubi problemów i zachowuje się jak struś.
Jeśli jest jakiś kłopot, to głowa w piach i przeczekanie, może ludzie zapomną.
   Kościół nie lubi rozwiązywać problemów, zwłaszcza takich, które mogłyby zburzyć samozadowolenie tej instytucji i to niezależnie na jakim poziomie pojawia się problem.
    Ostatnio sam doświadczyłem tego, gdy do moich drzwi zapukał miejscowy proboszcz. Muszę powiedzieć, że wykazał się nieostrożnością, bo kilka tygodni wcześniej zablokował możliwość mojego spotkania z czytelnikami(pisałem o tym), a teraz przestąpił próg mojego domu. Oczywiście ucieszyła mnie ta duszpasterska wizyta, bo mogłem poinformować go, że moje książki nie są przeciwko Kościołowi, a ukazują tylko(a może aż) problem, o którym powinno się rozmawiać. Położyłem na kolędowym stole moje książki(„Zakochaną koloratkę”,”Zatroskaną koloratkę-Pasterzy i najemników” oraz „Zaufaną koloratkę-konfesjonał krzywd”) i chciałem je ofiarować wielebnemu, by poznawszy ich treść, mógł obiektywnie się do nich ustosunkować.
Ksiądz zaskoczony moją „ofiarą”, po chwili namysłu zaproponował, że zabierze książki w drodze powrotnej, po skończonym kolędowym obchodzie.
Czekałem do późnych godzin wieczornych, ale się już nie pojawił.
Zapomniał-sądzę, że nie?
Głowa w piach i przeczekanie, może problem zniknie, albo ludzie zapomną?
Mam jednak nadzieję, że nie!
Kryspin

poniedziałek, 16 stycznia 2017

"Miałeś chamie złoty róg..."


-„Szanowny panie, odnoszę wrażenie, że bagatelizuje pan fakt znaczenia " pobożności", lub jej braku u kapłana. Może rozmijają się w tej kwestii teolodzy ( i księża )od parafian. Dla nas, zwykłych ludzi jest oczywiste, że kapłaństwo, jako, że jest sakramentem, ustawia poprzeczkę oczekiwań wyżej. Usprawiedliwianie księżowskich wybryków jest traktowaniem ich jak urzędników pana B., którzy po pracy mogą robić, co chcą.
    To fragment korespondencji czytelniczki, która odniosła się do artykułu, w którym wyjaśniałem wątpliwości dotyczące ważności sakramentów sprawowanych przez kapłana w stanie braku łaski uświęcającej.
Od razu pragnę wyjaśnić, że nie chciałem bagatelizować znaczenia pobożności lub jej braku u kapłana sprawującego sakramentalną posługę.
I tu dochodzimy do drugiego, istotnego warunku, jaki winien dochować zarówno szafarz (kapłan), jak i wierny przyjmujący sakrament: godziwe przyjęcie Bożego daru!
    Teologia w tym przypadku mówi o konieczności łaski uświęcającej(wolność od grzechu ciężkiego), by godnie przyjąć sakrament!
Aby do końca rozwiać wątpliwości: sakrament ważny ( np. w przypadku eucharystii) sprawia, że dokonuje się rzeczywistość konsekracji (przemiana chleba w ciało Chrystusa) niezależnie od stanu łaski szafarza(kapłana), ale to nie równa się temu, że on ten sakrament godnie sprawuje.
Wierny przystępujący do sakramentu eucharystii, otrzymuje rzeczywiście ciało Chrystusa i czyni to w sposób godny tylko w stanie wolnym od grzechu ciężkiego!
     Osobną sprawą są owoce wynikające z życia sakramentalnego i tu teologia mówi o wielkim znaczeniu pobożności zarówno szafarza(kapłana) jak i wiernego, który decyduje się na przyjęcie sakramentu.
Ludzie stojący z dala od Kościoła często odwołują się do negatywnych przykładów w ocenie ludzi wierzących.
    Co z tego, że ktoś składa pobożnie ręce i okupuje pierwsze miejsca w niedzielnych nabożeństwach, gdy w tygodniu folguje swoim ciemnym stronom: jest zazdrosny, nieuczciwy, pazerny na dobra tego świata, dla zdobycia których byłby gotowy na każde świństwo, żyje w nieformalnym związku i gdzie wtedy jest jego Bóg?
    Jeżeli ten zarzut stawiany jest pojedynczemu katolikowi, to sprawa wydaje się mało istotna, ale gdy adresowany jest do tych, którzy z racji swojego powołania, winni być przewodnikami w duchowym wzroście, to powinno stać się donośnym głosem dzwonu!
    Proboszcz mojej parafii, zapytany o liczbę owieczek w swoim stadzie, podał liczbę zapisanych wiernych, ale zaraz dodał, że tylko 1/3 pojawia się w kościele na niedzielnej eucharystii.
I konkluzja: laicyzacja, takie czasy, i rozłożone bezradnie ręce.
Moja mailowa korespondentka swój list zakończyła wspomnieniem swojej przeszłej już pracy:
….”Byłam przez wiele lat nauczycielką, znam wielu nauczycieli i proszę mi wierzyć, nie są mi znane przypadki afer obyczajowych i innych w tym gronie( może dlatego, że to w większości kobiety?) księża w naszym mieście i okolicy dostarczają stale powodów do oburzenia. To jest naprawdę trudne do zaakceptowania. Matematyk, który nie potrafi liczyć, straci pracę tak, jak polonista robiący błędy ortograficzne. Ktoś, kto rości sobie prawo do mówienia nam, jak mamy żyć, powinien dawać przykład. Wrażenie hipokryzji niektórych księży potęguje fakt, że odnoszą się do ludzi z wyższością, często niczym nieuzasadnioną , bo ani nie są lepiej wykształceni, ani bardziej moralni.”
    Może to wcale nie laicyzacja, może to wcale nie takie czasy, a zwyczajny brak owoców sakramentalnego życia, czcigodni kapłani?
    Ryba to symbol Kościoła od jego zarania i teraz aż boję się wysnuć kolejny wniosek, że psuje się od głowy i może w tym niemiłym zapachu rozkładu winno się szukać odpowiedzi, dlaczego tak wielu wierzących staje coraz dalej od niego?
I może tak na koniec jeszcze jeden cytat, który znają chyba wszyscy.
Gorzkie słowa z „Wesela”: „Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór: czapki wicher niesie, róg huka po lesie,ostał ci się ino sznur, ostał ci się ino sznur.”
Kryspin

poniedziałek, 9 stycznia 2017

"Nie rzuca się pereł przed wieprze!"

     Na początek fragment listu od czytelniczki.
-”Czy ksiądz, który ma kochankę lub kochanka i po spędzonej z nią (nim) upojnej nocy, rano sprawuje obowiązki kapłana: spowiada, udziela sakramentów, sprawuje mszę świętą; czy to jest ważne? Czy to w tym przypadku nie jest grzech ciężki!? „
Tego rodzaju pytania stawiają wierni, zwłaszcza w sytuacjach, gdy publiczną tajemnicą jest to, że ich duszpasterz nie grzeszy świętością.
Odpowiadając Pani Barbarze i innym, którzy zasiadając w kościelnej ławie tłuką się z podobnymi myślami, spieszę uspokoić:
-To wszystko, co się dzieje w trakcie mszy, czy innego obrzędu liturgicznego, jest ważne!
     Wyjaśnia to zasada: Ex opere operato (łac. „na podstawie dokonanej czynności”) – w teologii katolickiej formuła określająca obiektywną skuteczność działania sakramentów.
Oznacza ona, iż sakrament jest skuteczny poprzez sam fakt jego udzielenia, niezależnie od pobożności udzielającego oraz przyjmującego sakrament !
     Owszem szafarz sakramentu winien być w stanie łaski uświęcającej i kapłan wypełniający swoją misję ma tego świadomość, dlatego tak jak każdy inny wierzący człowiek winien korzystać z sakramentu pokuty, czyli spowiedzi.
Podobnym obowiązkiem obarczeni są także ci, którzy przystępując do sakramentów, także w takim stanie powinni być.
     Według nauki katolickiej, spośród siedmiu sakramentów, pięć nazywa się sakramentami żywych: eucharystia, namaszczenie chorych, bierzmowanie, małżeństwo i kapłaństwo!
Każdy z nich winien być przyjęty w stanie łaski uświęcającej i tylko w przypadku sakramentu chorych sprawa jest mniej jednoznaczna, gdy namaszczenia udziela się osobie bez jej świadomości. Może wtedy zachodzić wątpliwość, co do stanu łaski uświęcającej u takiej osoby.
Kościół w takiej okoliczności wychodzi z założenia, że tenże potrzebujący Bożego przebaczenia, taką wolę by wyraził.
Pozostałe dwa: chrzest i sakrament pojednania nazywa się sakramentami umarłych na duszy i ich przyjęcie jest równoznaczne z powrotem życia łaski uświęcającej.
Szczera, dobra spowiedź przywraca grzesznikowi stał przyjaźni z Bogiem.
    I tu rysuje się problem: Szczery i dobry, sakrament pojednania jest tylko wtedy, gdy ze strony grzesznika zostają spełnione wszystkie warunki konieczne: rachunek sumienia, żal za popełnione grzechy, postanowienie poprawy, szczere wyznanie swoich win i pokuta(zadośćuczynienie)
Każdy z pięciu warunków dobrej(ważnej) spowiedzi jest koniecznym, by można mówić o sakramencie pojednania i każdy winien mieć tego świadomość, gdy do niego przystępuje!
Zaniechanie któregokolwiek z nich jest poważnym zaniedbaniem przekreślającym ważność tego sakramentu!
Wielu z nas do spowiedzi podchodzi w bardzo instrumentalny sposób, traktując ją jak chemiczną pralnię, w której do bębna z detergentami wrzuca się ubabrane ubranie i po chwili powraca humor, bo ciuszki ponownie są czyste.
Najbardziej smutnym jest to, że w ten sposób sakrament pojednania często traktują także ci, od których można by wymagać bardziej starannego dotrzymania jego wymogów.
    Jeden z bohaterów „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”, ksiądz Marek opowiadając swoją kapłańską historię, z goryczą wspominał posługę spowiednika kapłanów, którzy systematycznie „załatwiali” sobie rozgrzeszenie bez postanowienia poprawy.
Bóg w swojej mądrości wyposażył nas, wierzących w klejnoty, dzięki którym gromadzimy swoiste środki, którymi kiedyś będziemy mogli zapłacić za miejsce w Jego Domu.
Z pewnością tymi cennymi perłami są sakramenty, w tym także ten przywracający uśmiech przyjaźni na Jego obliczu, czyli dobra spowiedź z naszych ułomności!
    Może warto by w tym miejscu przypomnieć sobie słowa Jego Syna, gdy przestrzegał o marnotrawstwie pereł rzucanych przed wieprze (Mt7,6)
Kryspin

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Poborca podatkowy w sutannie!


     W 1983 roku przełożeni zdecydowali, że miejscem mojej kapłańskiej posługi będzie duża miejska parafia. Oprócz mnie, młodego księdza z rocznym stażem, było tam jeszcze trzech kapłanów. Dwóch moich starszych kolegów, wikariuszy z długoletnim doświadczeniem i ksiądz proboszcz, zarządzający tym parafialnym stadem.
     Po zakończonych uroczystościach Bożego Narodzenia, podobnie jak w innych kościołach, rozpoczął się czas duszpasterskich odwiedzin w domach naszych parafian. Zważywszy na to, że było do „obsłużenia” kilka tysięcy mieszkań(parafia miała wtedy zapisanych ponad 17000 wiernych), na jednego księdza przypadało grubo ponad tysiąc spotkań, które musieliśmy zrealizować w krótkim czasie(niecałe dwa miesiące).
     Prosto licząc, średnia „dniówka”wynosiła 25-30 rodzin, z którymi musieliśmy się spotkać, przeznaczając na to około 5 godzin(od 15.00 do 20.00). Prosto licząc(uwzględniając czas przejścia od domu do domu), na spotkanie z rodziną pozostawało około 8 minut.
     Przywitanie z domownikami, wspólna modlitwa, rzucenie okiem na zeszyty od religii najmłodszych parafian, pytanie o życie rodzinne z położeniem akcentu na związek z kościołem: coniedzielna msza i sakrament pokuty choćby raz w roku. I tu następował festiwal powodów, którymi próbowali tłumaczyć swoje zaniedbania bycia porządnymi katolikami.
    Do rzadkości należeli ci, którzy ośmielali się w trakcie naszych odwiedzin poruszyć sprawy parafii: co im się podoba, a co nie; co chcieliby zmienić i czego oczekują od swoich duszpasterzy.
W zdecydowanej większości domownicy w trakcie corocznej kolędy zachowywali się bardzo oficjalnie i widać było, że jedyne, czego pragną to to, aby ta wizyta dobiegła już do końca.
    Owszem zdarzały się rodziny, które odczuwały niedosyt czasu, jaki gość w sutannie mógł przeznaczyć na spotkanie w ich domu, ale to był margines nie pozwalający mi na pozbycie się przekonania, że byłem traktowany bardziej jak poborca podatkowy, aniżeli pośrednik spraw duchowych.
No właśnie: biały obrus na stole, dwie świece, krzyż pośrodku i miseczka z wodą(nie zawsze święconą) i biała koperta leżąca obok.
     Z tamtej kolędy zapamiętałem szczególne odwiedziny. Na zapleczu starej kamienicy z odrapaną klatką schodową, w której roznosił się zapach publicznej toalety, mieściła się piętrowa oficyna. Pomimo wieczornego półmroku, nie zachęcała do wejścia. Rozpadające się drzwi pamiętały pewnie jeszcze czas minionej wojny, albo jeszcze wcześniejsze lata. Wszedłem do obskurnego korytarzyka, u końca którego majaczyło światło zza uchylonych drzwi. Wewnątrz tego lokum znajdowała się kuchnia; świadczył o tym stary piec, na którym stały zapuszczone brudem garnki, obok mieścił się stół nakryty strzępami ceraty, na nim stała niezliczona ilość butelek po alkoholu. W drzwiach do następnego pomieszczenia stała kobieta. Bez słowa, z zapraszającym gestem poprosiła mnie, abym wszedł dalej. Tam także nie było zbyt wiele światła, bo mrok łagodziła tylko jedna żarówka zwisająca z sufitu na gołym kablu. Na czymś, co kiedyś pewnie było tapczanem, leżał nieco zamroczony gospodarz tego przybytku. Na mój widok próbował się podnieść, aby powitać gościa w sutannie, ale nie zdołał, więc usiadł tylko na brzegu barłogu i nieporadnie wyciągnął przed siebie pomiętą kopertę.
Widząc moje zakłopotanie, nieco niewyraźnym głosem próbował przekonać mnie do przyjęcia ofiary:
-”Jesteśmy biedni, do kościoła nie bardzo często chodzimy, bo nasze zdrowie nam nie pozwala, ale co możemy, dajemy; bo tak trzeba”
Po powrocie na plebanię przekazałem proboszczowi „dzienny utarg” z mojego duszpasterskiego obchodu łącznie z pomiętą kopertą, w której było (drobniakami )około czterech złotych.
Mój szef w pierwszej chwili pomyślał, że to jakiś żart Gdy opowiedziałem mu o tych szczególnych odwiedzinach, skrzywił się, odsunął drobniaki i po chwili stanowczo oznajmił:
-„Mam nadzieję, że ksiądz w kartotece odnotował, aby w przyszłości omijać taką patologię.
Pozwoliłem sobie wtedy nie zgodzić się z jego sugestią i odpowiedziałem:
-Może za rzadko trafiamy do takich właśnie ludzi?
-Czy nie o nich mówił nasz Zbawiciel, gdy stwierdził, że lekarza potrzebują najbardziej chorzy, a nie ci co się dobrze mają?
Kryspin

wtorek, 27 grudnia 2016

Puste miejsce przy wigilijnym stole

      Patrząc na tę parę nieboraków można by jednym krótkim zdaniem skwitować ich sytuację:
Znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i czasie!
      Ona na ostatnich nogach, on bezradny wobec obcego tłumu, który wypełniał uliczki Betlejem.
To senne zazwyczaj miasteczko, zagubione w prowincjonalnej Palestynie, teraz zrobiło się gwarne za przyczyną dekretu Cesarza Rzymu, który nakazał spis swoich poddanych.
     Dla miejscowych ten dekret okupanta nawet był korzystny, bo mogli zarobić sporo grosza od przyjezdnych. Przybywający musieli kupić coś do jedzenia, a ci z odleglejszych stron musieli tez gdzieś przenocować, dlatego nawet skromne lepianki, które normalnie miejscowym służyły jako domostwa, teraz zmieniły się w gospody z miejscami do spania.
     No i jedyny kłopot dla miejscowych, to grupa takich podobnych tym dwojgu: biedaków w znoszonych tunikach, które bardziej przypominały łachmany żebraków, aniżeli ludzkie odzienie.
Czy można więc się dziwić odpowiedziom na ciche pytanie o lokum dla potrzebującej kobiety, która lada moment miała urodzić?
„Nie ma dla was miejsca”- słyszał enty raz jej małżonek i z coraz mniejszą wiarą ponawiał kolejny raz pytanie.
Nadzieję odbierały mu także spojrzenia odmawiających, bo za każdym razem w ich oczach widział to samo. Choć pewnie nikt mu tego głośno nie powiedział, to zawsze to czuł : „Nie pasujecie do naszego poukładanego świata, jesteście chodzącym kłopotem, a my cenimy sobie spokój i dobre życie”
Tylko nieliczni, a może właściwie tylko jeden z miejscowych zdobył się na gest współczucia i wskazał swoją stajnię dla bydła, gdzie pozwolił im przeczekać chłodną noc.
Sam pewnie wrócił do swojego świata, zasiadł w gronie przyjaciół i biesiadował. No i może tylko przez moment przypomniał sobie o tych dwojgu czując dumę, że zachował się po ludzku robiąc dla nich aż tyle, gdy inni tyle razy odprawili ich z kwitkiem.
*
Za nami kolejne wspomnienie tamtej niezwykłej nocy.
     Jak co roku zaliczyliśmy bożonarodzeniową wigilię w gronie najbliższych. Po sutej kolacji z chrupiącym złocistą skórką karpiem i słodkością upieczonych ciast, po chwilach radosnych wzruszeń, gdy składaliśmy sobie życzenia łamiąc się opłatkiem, no i po rozpakowaniu prezentów oczekujących pod zieloną choinką, wieczorem udaliśmy się na nocną Pasterkę.
     Za nami święta Bożego Narodzenia i może teraz, przy okazji nawiedzin kościelnych żłóbków, trochę się wstydzimy za mieszkańców tamtego Betlejem Czujemy się nieswojo, że było w nich tak mało serca i miłości.
Bóg tamtej grudniowej nocy przyszedł do ludzi, a oni na to spotkanie wybrali dla Niego bydlęcą stajenkę!
Od wielu lat nasze media dumnie informują o wrażliwości naszych serc przed kolejnymi świętami. Co roku organizuje się akcję szlachetnej paczki i wylicza się kolejne rekordy hojności darczyńców, którzy w marketach wypełniają kosze z produktami spożywczymi dla biednych. Na kilka dni przed 24 grudnia w wielu naszych miastach organizowane są zbiorowe wigilie dla bezdomnych i samotnych, których w wyznaczonych do tego celu halach obsługują wolontariusze, a restauratorzy w setkach kilogramów licytują, kto więcej dla tych nieboraków przygotował pierogów i smażonej ryby serwowanej później w plastikowych talerzykach układanych rządami na długich, pokrytych ceratą stołach. Do tego jeszcze kolęda płynąca z głośników i można z poczuciem dumy powrócić do swoich domów.
     Od lat, gdy media pokazują urywki z tych wigilijnych masówek, zawsze pozostaje mi w pamięci obraz smutnych oczu tych biesiadników. Nie ma w nich radości, bo ta zbiorowa wigilia uświadamia im, że czas ich święta już się skończył.
     Jest taki piękny bożonarodzeniowy zwyczaj, że przy wigilijnym stole pozostawiamy jedno wolne miejsce. Kiedyś mówiło się, że przeznaczone jest dla wędrowca, który niespodziewanie zapukałby do naszego domu w tym wyjątkowym dniu.
Może powinno nam być trochę głupio, że to krzesło zazwyczaj pozostaje puste....?
Kryspin