poniedziałek, 27 lutego 2017

Grzech śmiertelny to owoc złej woli


     W mieście mojego dzieciństwa mieszkał i pracował lekarz ginekolog, o którym było powszechnie wiadomo, że nie wszystkie jego medyczne działania były zgodne z przysięgą Hipokratesa, w której kiedyś zobowiązał się do ratowania każdego ludzkiego życia. Pan doktor „niósł pomoc” kobietom w szerokim zakresie. W szpitalu leczył patologie ciąż niosąc spragnionym paniom nadzieję na szczęśliwe macierzyństwo, a w prywatnym gabinecie „przywracał” spokój tym kobietom, dla których perspektywa narodzin dziecka była kłopotem.
    Mieszkańcy miasteczka pokazywali lekarzowi, że wiedzą o jego prywatnej „aktywności”i dawali jasny sygnał, że jej nie pochwalają zapalając mu w dniu święta zmarłych znicze przed bramą domu, gdzie mieścił się też gabinet lekarza.
    Ten w ramach rewanżu co roku pielęgnował dziwny rytuał. Zawsze w Wielki Piątek przychodził do popularnej w miasteczku restauracji i zamawiał wielki kotlet schabowy, który ostentacyjnie pałaszował, gorsząc personel i nielicznych w tym dniu gości tego lokalu.
Przed tygodniem zapowiadałem, że przy następnym spotkaniu z Księdzem w cywilu porozmawiamy na temat grzechu śmiertelnego(ciężkiego), który zamyka katolikowi drogę do godnego przyjęcia, w trakcie mszy św. Eucharystycznego Chrystusa i naraża go na wieczne potępienie, gdyby w takim stanie Bóg powołał takiego niegodziwca do wieczności.
     Dzisiejszy człowiek najczęściej poszukuje informacji w internecie.
Przestrzegam jednak przed tą formą nabywania wiedzy na powyższy temat, a jeśli już to tylko do prześledzenia zawiłych poglądów wszelkiej maści mniej, czy bardziej pobożnych ludzi Kościoła, którzy przez stulecia próbowali mierzyć się z precyzyjnego określenia czym on jest i kiedy coś zasługuje na takie miano, a w jakich wypadkach jednak nie.
    Najbardziej zrozumiałym źródłem wiedzy o grzechu ciężkim jest Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) więc w ramach powtórki z lekcji religii, przypomnijmy sobie, co on mówi na ten temat:
„Grzech śmiertelny niszczy miłość w sercu człowieka wskutek poważnego wykroczenia przeciwko prawu Bożemu, podsuwając człowiekowi dobra niższe, odwraca go od Boga, który jest jego celem i szczęściem”
Tyle definicja zawarta w KKK i znowu odnoszę wrażenie, że jest ona na tyle mało jasna, by zwykły katolik mógł uzyskać pełną wiedzę: czy danym czynem ubabrał się już w śmiertelnym błocie, czy tylko pobrudził łapki lekkim nieposłuszeństwem.
      Katechizm w dalszej częściej stara się precyzować, czym jest ten nieszczęsny grzech śmiertelny:
1- dotyczy bardzo ważnej sprawy(przekroczenie jednego z Przykazań Bożych!
2-popełniony z pełną świadomością - wiem, że to grzech ciężki, a mimo to czynię!
3-dokonany z premedytacją i świadomością, że coś jest poważnym złem!
     Tenże sam Katechizm podaje jednak także tzw. okoliczności łagodzące „śmiertelność” czynu:
-Popełnienie czynu w afekcie, pod wpływem uczuć i namiętności zmniejszających dobrowolny charakter złego uczynku, podobnie jak presja zewnętrzna i patologiczne zaburzenia!
Czy teraz po tej „powtórce z przeszłości”,jesteśmy bardziej uświadomieni, kiedy popełniamy grzech śmiertelny? Może tak, a może jednak nie?
     Problem tkwi w tym, że przytoczone powyżej przepisy KKK wkuwają kandydaci do pierwszej komunii świętej. To tak, jakby przygotowanie do egzaminu na prawo jazdy przeprowadzano wśród dziewięciolatków i później oczekiwać , że będą dobrymi użytkownikami ruchu drogowego.
No tak, ale przecież to nie jedyny raz, gdy człowiek styka się z KKK, bo co gorliwsi kapłani robią powtórkę zasad KKK choćby kandydatom do bierzmowania, czy w trakcie nauk dla przyszłych małżonków.
Niewiedza wiernych, że grzech śmiertelny zachodzi tylko wtedy, gdy wynika ze złej woli i pełnej świadomości złego czynu, powoduje w nich strach przed komunią i dlatego do niej nie przystępują.
Może więc warto przypominać sobie częściej, przy każdym rachunku sumienia:
     Tylko zła wola i świadomy wybór zła, rodzą śmiertelny grzech!
Mądra matka wychowując swoje dziecko, chwali je za dobre postępowanie i pomaga mu przezwyciężać niedoskonałości, ale nigdy nie mówi mu: jest złym dzieckiem!
     Mnie w Kościele brakuje tego pozytywnego budowania pokładów dobra, które z natury ma w sobie każdy człowiek, a zamiast tego zbyt często wytyka się wiernym, że są grzesznikami!
Kryspin,

wtorek, 21 lutego 2017

"We mszy świętej nabożnie uczestniczyć"


     Chyba większość z nas pamięta kabaretową scenę, gdy pracownik zakładu zbrojeniowego, przed udzieleniem odpowiedzi na postawione przez redaktora pytanie, sam zapytał:
”A dla kogo ten wywiad?”
     Przed kilkoma dniami ośrodek badania opinii publicznej podał wyniki badań religijności naszego społeczeństwa i odniosłem wrażenie, że przy przyjęciu tego zlecenia, przedstawiciele szacownego ośrodka zadali takie samo pytanie.
     Z oficjalnych(podanych do publicznej wiadomości) danych wynika, że ponad 85% Polaków, to ludzie wierzący, z czego 98% należy do Kościoła katolickiego.
Najbardziej zaskakują jednak dalsze liczby: 55% uczestniczy w coniedzielnych nabożeństwach, kolejne 20% kościół odwiedza kilka razy w miesiącu, a pozostali (kilkanaście procent ) w obrzędach liturgicznych uczestniczą okazjonalnie (od wielkiego święta, lub przy okazji uroczystości rodzinnych)
W każdą ostatnią niedzielę roku liturgicznego w naszych kościołach odbywa się liczenie wiernych i ich wyniki dalece odbiegają od tych podanych przez ośrodek badawczy.
I aby była jasność, kościelne liczenie pokazuje, że 55%, to liczba mocno zawyżona.
Gdzie więc tkwi prawda?
    Ilu wiernych należycie spełnia kościelne przykazanie:”W niedzielę i święta we mszy nabożnie uczestniczyć!”?
Według kapłanów, z którymi rozmawiałem: 25%w parafiach miejskich, do 35% w mniejszych, najczęściej wiejskich wspólnotach.
     Już kiedyś przytaczałem próby znalezienia przyczyny tak niskiej frekwencji, o których mówią sami duchowni:laicyzacja, takie czasy, konsumpcjonizm itd.
W kościelnych statystykach proboszczowie raportują swoim przełożonym ilość wiernych uczestniczących w sposób pełny w niedzielnej mszy świętej, czyli ilu parafian przystępuje do niedzielnych komunii.
To kilkanaście procent obecnych na niedzielnym nabożeństwie.
I tu rodzi się kolejne pytanie: dlaczego jest tak źle?
     Dlaczego kościelne przykazanie tak naprawdę spełnia jeszcze mniej osób, bo tylko nieliczni wypełniają istotny warunek:”nabożnie”, czyli w pełni, z pobożnością?
Aby poszukać przyczyn tego stanu rzeczy, trzeba by odnieść się jeszcze do jednego kościelnego przykazania, które zobowiązuje katolika do spowiedzi i komunii co najmniej raz w roku(około Wielkanocy)- To zwyczajne minimum, ale do czego?
     Czy w przyjaźni z Bogiem mam być tylko raz w roku? A co z pozostałymi 364 dniami?
Gdy małe dziecko( 9 letnie) przygotowuje się do pierwszego, uroczystego spotkania z Chrystusem Eucharystycznym, katecheci tygodniami ćwiczy ceremonię poruszania się w czasie przyszłej uroczystości.     Najbardziej istotną kwestię, sakrament spowiedzi, oczyszczający duszę grzesznika przed przyjęciem Boskiego Ciała, ogranicza się do wykucia na blachę zasad katechizmu i do jednej”próbnej” i później już tej prawdziwej spowiedzi, w trakcie której mały nieborak klepie przy konfesjonale wyliczankę swoich przewinień, które pewnie u Pana Boga wywołują tylko życzliwy uśmiech.
     Kościół uczy, że do sakramentu Eucharystii może przystąpić wierny wolny od grzechu ciężkiego (śmiertelnego) i to wiedzą maluchy od pierwszej komunii, ale na tym kończy się znajomość tematu.
    Dorosły wierny ma znikomą wiedzę, czym jest grzech śmiertelny, bo edukację na ten temat zakończył dawno i na wszelki wypadek uznaje siebie za niegodnego, by gościć w swoim sercu Chrystusa Eucharystycznego.
    I tu tkwi odpowiedź na temat przyczyn tak niskiego procenta wiernych nabożnie we mszy uczestniczących.
A może czcigodni przewodnicy po zawiłościach ludzkiego sumienia, warto by wykorzystać niedzielne homilie, by nie tylko gromić nieobecnych, lub zwyczajnie mówić o niczym, a zamiast tego uczyć przybyłych, że msza, to nie tylko rodzaj spektaklu, a uczta w której powinni w pełni uczestniczyć, bo grzech śmiertelny wcale nie tak często nam się zdarza.
Ale o tym następnym razem.
Kryspin

poniedziałek, 13 lutego 2017

Celibat-"prezent z kuferka kłamstwa"

     „Znakiem diabła” określił ostatnio zjawisko pedofilii w Kościele Papież Franciszek.
Nie było to oficjalne stanowisko Stolicy Apostolskiej, a jedynie(a może aż!) Jego komentarz i wstęp do książki człowieka, który przez lata był ofiarą dewiacyjnych zachowań szwajcarskiego zakonnika.
Ojciec Święty przy tej okazji kolejny raz przeprosił za grzechy pedofilii wśród duchownych i enty raz zapowiedział stanowcze działanie przeciwko takim zachowaniom.
„Znak diabła”, a może trzeba by powiedzieć działanie diabła?
      Kościół rzadko przypomina o jego istnieniu, choć jest on ważną stroną naszej wiary.
Szatan, piekło, potępienie, od początku towarzyszyły nauczaniu Kościoła, jako finał przegranej batalii o zbawienie duszy.
Z tym przeciwnikiem Bożej Miłości spotkał się także nasz Zbawiciel, gdy przygotowując się do spełnienia swojej misji, kończył czterdziestodniowy post.
Chyba wszyscy wierzący znają historię z Góry Kuszenia?
Obietnice: bogactwa, władzy i to wszystko tylko za jeden pokłon, którym uznałby wielkość szatana!
Wtedy książę kłamstwa przegrał z doskonałym posłuszeństwem w wypełnieniu Bożego planu i jak mówi Biblia:”odstąpił od Niego”.
     Upokorzony, zły swoją porażką szatan jednak do końca nie zrezygnował i na tej górze pozostał cierpliwie czekając, by swój „kuferek kłamliwych obietnic” sprzedawać innym: mniej świętym, mniej doskonałym w posłuszeństwie Bogu, bardziej skłonnym do kompromisu ze złem.
I tak przez wielki na jego górę ciągnęły tabuny chętnych, którzy dla: władzy, majątku, gotowi byli porzucić wszelkie zasady moralne i oddawali mu pokłon dla złudnej nadziei szczęścia.
Szatan jednak nigdy nie był „detalistą” i swój apetyt na sianie zła mógł zaspokoić tylko sukcesem na miarę rewanżu za porażkę z Bożym Synem!
     Takim przeciwnikiem mógł być tylko Kościół - dziecko i nadzieja Jezusa.
Dużo czasu szatan potrzebował, by skutecznie zaprosić go na swoją górę. Przez pierwsze wieki, gdy pamięć Zbawiciela rozpalała szczerą pobożność pierwszych chrześcijan, było to prawie niemożliwe, ale później, gdy rządy Cesarstwa Rzymskiego legły w gruzach i nastał czas wolności dla wyznawców Jezusowej wiary, było już łatwiej.
     Władza i bogactwo(nieustanna w oferta pana tej góry) wreszcie skusiły tych, którzy byli przecież powołani przez Chrystusa, by być Pasterzami Bożego stada.
Zaślepieni żądzą tego co tu i teraz, stali się zwykłymi najemnikami(szerzej piszę o tym w „Zatroskanej koloratce-Pasterzach i najemnikach”)
I na deser bonus od niego: celibat!
„Genialny prezent” szatana dla Kościoła, który od chwili wprowadzenia (XII wiek) stał się swoistym „samograjem” zła.
Ojcze Święty!
     Może już czas, by Kościół zszedł z góry kuszenia?
Może już najwyższy czas, by odrzucił dary z „kuferka kłamstwa” i powrócił do drogi, którą kiedyś nakreślił mu jego założyciel, Jezus Chrystus?
     Pedofilia w szeregach duchownych to tylko jeden z zatrutych „kwiatów” rośliny, którą jest celibat!
Bardzo żałuję, że nie jest mi dane przekazać Tobie Ojcze Święty „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”, bo w niej swoją skargę podnoszą i inne ofiary „prezentu” szatana:
     Może warto pochylić się nad głosem setek tysięcy ofiar celibatu: księży łamiących kościelny zakaz, kobiet uwikłanych w nieformalnych związkach z nimi i milionów tych, którzy odchodzą z Kościoła w smutnym przekonaniu, że się na nim zawiedli.
Kryspin

wtorek, 7 lutego 2017

Smuci mnie Kościół syty władzą

 .
     Prawie za każdym razem, gdy w mediach pojawiają się doniesienia dotyczące naszego Kościoła, przychodzą mi na myśl obrazy z „Zatroskanej koloratki-Pasterze i najemnicy”.
     Tak samo było, gdy kilka tygodni temu w naszej TV obszernie relacjonowano uroczystość ingresu nowego Metropolity Krakowa.
W katedrze na Wawelu zebrało się grono znamienitych gości, a wśród nich prawie wszyscy członkowie polskiego Episkopatu, zaproszeni dostojnicy kościelni z Watykanu i kwiat polskiej polityki z samego wierzchołka władzy .
Kamery relacjonowały każdy szczegół tych uroczystości i dzięki temu wszyscy ci, którzy nie mieli szczęścia, albo protekcji, by załatwić sobie wejściówki, mogli na ekranie poczuć podniosłość tamtego wydarzenia. No może byli pozbawieni głębszych doznań, jak chociażby zapach wonnych kadzideł, którymi mogli rozkoszować się tylko tam bezpośrednio zebrani, ale i tak wszyscy odczuwali niezwykłość tego spektaklu.
     A ja zobaczyłem wtedy obraz sytego polskiego Kościoła, który na bogato pokazał się swoim wiernym.
I właśnie wtedy powróciło mi wspomnienie księdza katechety z „Zatroskanej koloratki”
Mijałem go na szkolnym korytarzu, gdy udawał się na lekcje.
Stałem nieco z boku i obserwowałem samozadowolenie malujące się na jego twarzy.
Minął mnie po chwili i tylko lekkim skinieniem głowy dał znać, że łaskawie zauważył moją obecność i jeszcze bardziej uniósł głowę jakby chciał pokazać wszystkim, kto tu zasługiwał na szacunek.
Syty, zadowolony, tryumfujący przedstawiciel Kościoła napawający się ….No właśnie, czym?
No tak po ludzku mógł być zadowolony, pomyślałem wtedy:
Państwo zatrudniło go na etacie nauczyciela i co miesiąc płaciło pensję, i gdy inni pedagodzy żalili się, że była zbyt mała, on nie musiał stawać po stronie niezadowolonych, bo dodatkowo, niejako po godzinach „dorabiał” sobie w parafii intencjami mszalnymi, a wikt i opierunek miał za friee, bo o to dbał jego proboszcz.
A że szkolne katechezy wyglądały tak, jak wyglądały i często młodzież traktowała je jak kolejną wolną od zajęć godzinę, to już inna sprawa. Najważniejsze, że w dzienniku rozpisał kolejne tematy lekcyjnej edukacji, no i jeszcze dopilnował frekwencji młodych, których odtransportował do pobliskiego kościoła w trakcie wielkopostnych rekolekcji organizowanych dla szkolnej gromadki.
     No tak po ludzku nasz Kościół może być zadowolony, myślę teraz.
Państwo łaskawą ręką dorzuca się do jego utrzymania, wierni dołożą swoje(choć mogliby więcej, ale trudno), a jeśli do tego dołożyć poczucie sytości władzy, to czego chcieć więcej?
I znowu powraca mi obraz z „Zatroskanej koloratki”, gdy poznajemy młodego(przed trzydziestką) kanonika.
    Były wtedy lata trzydzieste XX wieku- jako naród cieszyliśmy się odzyskaną niepodległością, a polski Kościół przy tej okazji odbierał wdzięczność za niewątpliwe zasługi, jakimi dał się poznać w czasie zaborów, gdy był swoistym depozytariuszem polskości i pomógł naszym dziadom w zachowaniu narodowej świadomości.
I byłoby pięknie, gdyby w tym wszystkim nie uległ pokusie bycia sytym i pragnieniu władzy, która dalece wybiegała poza jego posłannictwo.
Młody jeszcze wiekiem Kanonik, pewnie nigdy by nie dostrzegł istoty swego powołania, gdyby nie wojenne doświadczenia, które okrutnie zweryfikowały życie naszego narodu.
Jego samego dosięgnął koszmar koncentracyjnego obozu. Przeżył to piekło i powrócił do kapłańskiej służby. Był już jednak innym człowiekiem i gdy jego współbracia mniej, czy bardziej szczerze starali się okazywać mu współczucie, on uśmiechał się tylko życzliwie i milczał.
Tylko raz wspomniał obozowe doświadczenia, gdy goszcząc kapłanów na odpustowym obiedzie, wytłumaczył im, na co przeznaczył pieniądze, które otrzymał jako zadośćuczynienie ( w obozie był ofiarą pseudo medycznych doświadczeń):
„Pieniądze były dla Niego”-wyjaśnił, gdy pokazał im odnowioną świątynię.
”To zapłata za rekolekcje, którymi dla mojego kapłaństwa był czas obozu”.
Kryspin

niedziela, 5 lutego 2017

Ania zdecydowała! A Ty? Napisz swoją historię biznesu po godzinach!

                                              Biznes po godzinach!
      Pani Ania uczestniczyła w biznesowej kolacji, na której podjęła decyzję o przystąpieniu do programu Przyjaciół Cuisine Companion(PCC). 
     Uznała, że to może zmienić (poprawić) jej sytuację finansową. W dotychczasowej pracy nie mogła liczyć na poprawę swojej sytuacji finansowej, ale na inne zajęcie nie miała widoków, dlatego ze spuszczoną głową przyjmowała swój los...
Aż do tamtego wieczoru, gdy przyjaciele zaprosili ją do programu PCC!
                         Pierwszy krok do nowej nadziei na lepsze jutro:
Inwestycja: zakup urządzenia Cuisine Companion-3699 zł( na dogodne 20 rat po 185zł)
Działanie:
     Na piątkowy wieczór Ania zaprosiła na biznesową kolację czworo przyjaciół.
Arek-znajomy, który zaproponował jej udział w PCC, pomógł w przygotowaniu poczęstunku z wykorzystaniem CC. Później wszystkim przedstawił biznesową szansę programu PCC i zaprosił ich (w imieniu Ani) do udziału w nim!
      Na biznesowej kolacji decyzję na tak podjęło dwoje: Beata i Cyryl. Daria stwierdziła, że musi to przemyśleć, a Elka podsumowała, że nie wierzy w takie projekty!
Efekt spotkania: 2 osoby weszły do biznesu!
Ania zainkasowała 2x 200 zł i 2 punkty do portfela kariery
                       Drugi krok-duplikacja!
W kolejnym tygodniu kolację dla swoich przyjaciół zorganizowali:
w czwartek-Beata, w piątek Cyryl, a Ania urządziła spotkanie dla kolejnych swoich przyjaciół w sobotę!
Efekt: Beata i Cyryl zdobyli swoje pierwsze punkty: Beata 3(i 3x200 zł),
Cyryl 2(i 2x200zł).
Ania do portfela kariery zainkasowała 2+3 pkt i już miała ( 2+3 +2)- 7pkt
Na jej kolacji kolejne dwie osoby przystąpiły do projektu: 2X200 zł dla Ani i 2 koleje punkty do jej portfela i miała już 9 punktów!
                     Trzeci krok- droga do awansu na poziom drugi kariery(20 punktów!)
W grupie Ani 9 osób na kolejnych, organizowanych przez siebie kolacjach, do projektu pozyskały kolejne 11 osób- portfel kariery Ani dobił 20 punktów i awansował ją na poziom drugi biznesowej tabeli!
                    Czwarty krok: efekt MLM
      Członkowie grupy Ani na biznesowych kolacjach(17) wprowadzili do programu PCC 17x2- 34 osoby. Ania w tym czasie zaprosiła do PCC 1 osobę!
Jej portfel kariery urósł do(20+43+1) 55 punktów
Ania na konto otrzymała : 34x 150 zł= 5100 zł i 350zł (za ostatnio, bezpośrednio zaproszoną osobę!)
Podsumowanie: Ania zorganizowała 3 kolacje i bezpośrednio do projektu skutecznie (z pomocą Arka) zaprosiła 5 przyjaciół. Ma obecnie 55 punktów w swoim portfelu kariery i zarobiła : 2x200zł+2x 200zł+ 34x150zł+350zł  =   5850 zł!
       Cuisine Companion nie tylko pomaga jej smacznie gotować, ale także stało się znakomitym narzędziem biznesowym!
                    A to dopiero początek!
Zadzwoń i rozpocznij swoją historię biznesu po godzinach:  536 425 831

wtorek, 31 stycznia 2017

Przekroczyć Tajemnicę


-„ Co mnie czeka po drugiej stronie życia?
Wielokrotnie spotykamy się z tym pytaniem, na które tak naprawdę nikt nie jest wstanie udzielić odpowiedzi.
-„Nikt, nigdy stamtąd nie wrócił i nie powiedział wprost, że istnieje ten inny świat rzeczywistości po ludzkiej śmierci!” Wielokrotnie słyszałem to stwierdzenie od ludzi, którzy zadawali mi takie pytanie, i wcale nie był to głos niewiary.
    Pewnie takie i inne pytania, rodzące się w umysłach ludzi wierzących, skutkują tym, że zaledwie co drugi katolik przyznaje, że spodziewa się dalszego ciągu swojego „życia po życiu”.
Co prawda u fundamentów katolickiej doktryny znajduje się olbrzymi dział teologii zwany Eschatologią, w którym Kościół tłumaczy zasady ostatecznego czasu: końca tego świata i przeznaczenia ludzi, jakim jest zbawienie; to jednak nie zaspakaja chęci zrozumienia i poznania jak będzie to wyglądało.
Inne religie teistyczne(islam, judaizm) oraz te pozostałe(zwłaszcza religie dalekiego wschodu, które pomimo że nie odnoszą się do idei Boga-Stwórcy wszechrzeczy), przyjmują istnienie dalszego ludzkiego istnienia po śmierci.
    Jest w tym jakiś uniwersalizm pragnienia nieśmiertelności, który nosi w sobie każdy żyjący. Nawet człowiek, który jasno deklaruje swoją niewiarę w wieczną przyszłość, mówiąc:”jestem niewierzący”, także w sobie je ma.
    Kilka tygodni temu w mediach pojawiła się informacja o śmierci młodego jeszcze człowieka, który będąc osobą publiczną, większości kojarzył się z kimś dalekim od spraw związanych z wiarą.
W kilka godzin po informacji o jego śmierci, telewizja wyemitowała ciekawy wywiad, wspomnienie, z bardzo już chorym bohaterem smutnej informacji dnia.
W rozmowie z redaktorem powiedział wtedy swoim odczuciu wiary, czymś, co słuchacze mogli uznać za uzasadnienie swojego nawrócenia.
Na początku swej wypowiedzi zaznaczył, że nie chciałby być stawiany w jednym szeregu ze znanymi wrogami wiary, którzy w świetle reporterskich fleszy dokonali przed śmiercią pojednania się z Bogiem.
„W pewnym momencie doznałem dziwnego uczucia, jakby ktoś dotknął mojego ramienia i poczułem wtedy niesamowity spokój i pewność, że w chwili, która zbliżą się do mnie nieuchronnie, nie będę sam”.
To był ostatni wywiad tego człowieka, a później już tylko były wspomnienia tych, którzy wspominając go za każdym razem mówili: „To był człowiek o dobrym sercu i dlatego tak wielu będzie go brakować”
Napisał do mnie 80 letni ateista (tak sam siebie określił) pytając o możliwość zbawienia poza wiarą katolicką.
Odpowiadając mu, powołałem się na przykład Huberta z „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”.
Poznałem historię krótkiego życia tego człowieka kilka lat po jego odejściu. Na pogrzebie tego młodego, świetnie zapowiadającego się lekarza, było wielu ludzi wdzięcznych za dobroć, którą realizował swoim życiem.
Hubert wychowany przez niewierzących rodziców nawet nie był ochrzczony, ale nikomu, kto znał go za życia, nawet przez myśl by nie przeszło, by Chrystus odmówił mu prawa do zbawienia!
Już słyszę głosy wyciągających wygodne dla siebie wnioski: „Jeśli sprawa się tak ma, to po co komu klepanie pacierzy, czas odstany gdzieś w ciemnym kącie świątyni i wysłuchiwanie nudnych nauk człowieka w złoconych liturgicznych szatach, skoro tak niewiele potrzeba, aby załapać się na ten pociąg naszego przeznaczenia- do wiecznego szczęścia?”
Rzeczywiście: bezmyślnie klepane pacierze, zaliczane niedzielne msze, czy sakramenty przyjmowane raz około Wielkanocy nie dadzą biletu na ten pociąg zmierzający do stacji Zbawienie, gdy zabraknie w nas świadomości potrzeby bycia dobrym, coraz lepszym człowiekiem.
Po to Chrystus powołał kiedyś swój Kościół, by ten, niczym dobry trener, pomagał być coraz lepszymi tym wszystkim, którzy uwierzyli, że poprzez byciem dobrym, coraz lepszym człowiekiem, zasłużą sobie na  niezwykły bilet do poznania tajemnicy.
Kryspin

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Metoda na strusia

    Ksiądz Wojciech, kapelan szpitala na południu Polski, przez lata zapracował sobie na miano kapłana z sercem, przez co bardzo polubili go pacjenci i personel leczniczej placówki. Jako jeszcze młody człowiek kipiał wręcz potrzebą niesienia pomocy i nadziei tym, których życie sponiewierało i przysłoniło słońce optymizmu na szpitalnych oddziałach. Po pewnym czasie czując niedosyt dotychczasowych zajęć, poprosił swojego biskupa, by mógł cyklicznie( także w ramach swojego urlopowego czasu) realizować powołanie niesienia Chrystusa także poza granicami diecezji, ba nawet Polski, w dalekim kraju Ameryki Południowej.
    Co roku wyjeżdżał na dwa miesiące, aby w dalekim Paragwaju mówić tamtejszym biednym ludziom, że kiedyś pojawił się na palestyńskiej ziemi taki dziwny gość, który pokochał ludzi tak do końca, że dla ich Zbawienia nie zawahał się oddać swojego życia na krzyżu. Ksiądz Wojciech nie tylko mówił im o Chrystusie, ale także starał się, w miarę swoich możliwości, zaradzać ich egzystencjalnym kłopotom i dlatego postanowił zrobić dla nich coś więcej.
    W indiańskiej rodzinie spotkał małą 4 letnią dziewczynkę, która w tamtych warunkach zostałaby skazana na na nieodwracalne kalectwo. Kapłan postanowił zorganizować operację dla małej, którą można by przeprowadzić w Polsce i do swoich bliskich powróciłaby już zdrowa.
I tu zaczęły się kłopoty, bo szpitalny duszpasterz nie tylko zarażał innych ideą pomagania na krańcu świata, ale stał się osobą medialną.
    Pytany przez dziennikarzy, co skłoniło go do szukania na krańcach świata przestrzeni do czynienia dobra, odpowiedział:”Tam też jest Kościół naszego Pana, a tak wielu ludzi go jeszcze nie poznało. Owszem, są tam kapłani, ale jest ich zbyt mało, by sprostać wyzwaniu. Obok szeregowych duszpasterzy są także hierarchowie tamtejszego Kościoła i ich postawa mnie zachwyciła. Oni są blisko ze swoimi wiernymi i zauważyłem, jak bardzo zależy im na pomaganiu najbiedniejszym. Tamtejsi biskupi tak bardzo różnią się od naszych duszpasterzy, którzy tkwią w jakimś odrealnionym świecie, bardzo daleko od ludzkich spraw!”
    Po takiej wypowiedzi ksiądz misjonarz musiał liczyć się z reakcją swoich zwierzchników. Konsekwencją był list biskupa ordynariusza, który pogroził zbyt wylewnemu kapłanowi i wezwał go do stonowania swoich wypowiedzi(duchowny miał przestać gwiazdorzyć!)
   Czarę goryczy ksiądz Wojciech przelał, gdy publicznie wypowiedział się na temat celibatu, twierdząc, że ten kościelny nakaz nałożony na kapłanów prowadzi do skandali z pedofilią wśród duchownych włącznie!
   Teraz odpowiedź przełożonych była szybka i stanowcza: Ksiądz Wojciech został ukarany suspensy (zakaz noszenia stroju duchownego i sprawowania czynności kapłańskich wynikających z mocy święceń!), aby nie wyglądało to na rodzaj zemsty, w uzasadnieniu napisano, że w postępowaniu duchownego doszukano się nieuczciwości w sprawach finansowych i gdyby to nie przemawiało; zachowanie księdza, jego wypowiedzi podyktowane są zaburzeniami psychicznymi!
    Kościół(zwłaszcza Polski) nie lubi problemów i zachowuje się jak struś.
Jeśli jest jakiś kłopot, to głowa w piach i przeczekanie, może ludzie zapomną.
   Kościół nie lubi rozwiązywać problemów, zwłaszcza takich, które mogłyby zburzyć samozadowolenie tej instytucji i to niezależnie na jakim poziomie pojawia się problem.
    Ostatnio sam doświadczyłem tego, gdy do moich drzwi zapukał miejscowy proboszcz. Muszę powiedzieć, że wykazał się nieostrożnością, bo kilka tygodni wcześniej zablokował możliwość mojego spotkania z czytelnikami(pisałem o tym), a teraz przestąpił próg mojego domu. Oczywiście ucieszyła mnie ta duszpasterska wizyta, bo mogłem poinformować go, że moje książki nie są przeciwko Kościołowi, a ukazują tylko(a może aż) problem, o którym powinno się rozmawiać. Położyłem na kolędowym stole moje książki(„Zakochaną koloratkę”,”Zatroskaną koloratkę-Pasterzy i najemników” oraz „Zaufaną koloratkę-konfesjonał krzywd”) i chciałem je ofiarować wielebnemu, by poznawszy ich treść, mógł obiektywnie się do nich ustosunkować.
Ksiądz zaskoczony moją „ofiarą”, po chwili namysłu zaproponował, że zabierze książki w drodze powrotnej, po skończonym kolędowym obchodzie.
Czekałem do późnych godzin wieczornych, ale się już nie pojawił.
Zapomniał-sądzę, że nie?
Głowa w piach i przeczekanie, może problem zniknie, albo ludzie zapomną?
Mam jednak nadzieję, że nie!
Kryspin

poniedziałek, 16 stycznia 2017

"Miałeś chamie złoty róg..."


-„Szanowny panie, odnoszę wrażenie, że bagatelizuje pan fakt znaczenia " pobożności", lub jej braku u kapłana. Może rozmijają się w tej kwestii teolodzy ( i księża )od parafian. Dla nas, zwykłych ludzi jest oczywiste, że kapłaństwo, jako, że jest sakramentem, ustawia poprzeczkę oczekiwań wyżej. Usprawiedliwianie księżowskich wybryków jest traktowaniem ich jak urzędników pana B., którzy po pracy mogą robić, co chcą.
    To fragment korespondencji czytelniczki, która odniosła się do artykułu, w którym wyjaśniałem wątpliwości dotyczące ważności sakramentów sprawowanych przez kapłana w stanie braku łaski uświęcającej.
Od razu pragnę wyjaśnić, że nie chciałem bagatelizować znaczenia pobożności lub jej braku u kapłana sprawującego sakramentalną posługę.
I tu dochodzimy do drugiego, istotnego warunku, jaki winien dochować zarówno szafarz (kapłan), jak i wierny przyjmujący sakrament: godziwe przyjęcie Bożego daru!
    Teologia w tym przypadku mówi o konieczności łaski uświęcającej(wolność od grzechu ciężkiego), by godnie przyjąć sakrament!
Aby do końca rozwiać wątpliwości: sakrament ważny ( np. w przypadku eucharystii) sprawia, że dokonuje się rzeczywistość konsekracji (przemiana chleba w ciało Chrystusa) niezależnie od stanu łaski szafarza(kapłana), ale to nie równa się temu, że on ten sakrament godnie sprawuje.
Wierny przystępujący do sakramentu eucharystii, otrzymuje rzeczywiście ciało Chrystusa i czyni to w sposób godny tylko w stanie wolnym od grzechu ciężkiego!
     Osobną sprawą są owoce wynikające z życia sakramentalnego i tu teologia mówi o wielkim znaczeniu pobożności zarówno szafarza(kapłana) jak i wiernego, który decyduje się na przyjęcie sakramentu.
Ludzie stojący z dala od Kościoła często odwołują się do negatywnych przykładów w ocenie ludzi wierzących.
    Co z tego, że ktoś składa pobożnie ręce i okupuje pierwsze miejsca w niedzielnych nabożeństwach, gdy w tygodniu folguje swoim ciemnym stronom: jest zazdrosny, nieuczciwy, pazerny na dobra tego świata, dla zdobycia których byłby gotowy na każde świństwo, żyje w nieformalnym związku i gdzie wtedy jest jego Bóg?
    Jeżeli ten zarzut stawiany jest pojedynczemu katolikowi, to sprawa wydaje się mało istotna, ale gdy adresowany jest do tych, którzy z racji swojego powołania, winni być przewodnikami w duchowym wzroście, to powinno stać się donośnym głosem dzwonu!
    Proboszcz mojej parafii, zapytany o liczbę owieczek w swoim stadzie, podał liczbę zapisanych wiernych, ale zaraz dodał, że tylko 1/3 pojawia się w kościele na niedzielnej eucharystii.
I konkluzja: laicyzacja, takie czasy, i rozłożone bezradnie ręce.
Moja mailowa korespondentka swój list zakończyła wspomnieniem swojej przeszłej już pracy:
….”Byłam przez wiele lat nauczycielką, znam wielu nauczycieli i proszę mi wierzyć, nie są mi znane przypadki afer obyczajowych i innych w tym gronie( może dlatego, że to w większości kobiety?) księża w naszym mieście i okolicy dostarczają stale powodów do oburzenia. To jest naprawdę trudne do zaakceptowania. Matematyk, który nie potrafi liczyć, straci pracę tak, jak polonista robiący błędy ortograficzne. Ktoś, kto rości sobie prawo do mówienia nam, jak mamy żyć, powinien dawać przykład. Wrażenie hipokryzji niektórych księży potęguje fakt, że odnoszą się do ludzi z wyższością, często niczym nieuzasadnioną , bo ani nie są lepiej wykształceni, ani bardziej moralni.”
    Może to wcale nie laicyzacja, może to wcale nie takie czasy, a zwyczajny brak owoców sakramentalnego życia, czcigodni kapłani?
    Ryba to symbol Kościoła od jego zarania i teraz aż boję się wysnuć kolejny wniosek, że psuje się od głowy i może w tym niemiłym zapachu rozkładu winno się szukać odpowiedzi, dlaczego tak wielu wierzących staje coraz dalej od niego?
I może tak na koniec jeszcze jeden cytat, który znają chyba wszyscy.
Gorzkie słowa z „Wesela”: „Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór: czapki wicher niesie, róg huka po lesie,ostał ci się ino sznur, ostał ci się ino sznur.”
Kryspin

poniedziałek, 9 stycznia 2017

"Nie rzuca się pereł przed wieprze!"

     Na początek fragment listu od czytelniczki.
-”Czy ksiądz, który ma kochankę lub kochanka i po spędzonej z nią (nim) upojnej nocy, rano sprawuje obowiązki kapłana: spowiada, udziela sakramentów, sprawuje mszę świętą; czy to jest ważne? Czy to w tym przypadku nie jest grzech ciężki!? „
Tego rodzaju pytania stawiają wierni, zwłaszcza w sytuacjach, gdy publiczną tajemnicą jest to, że ich duszpasterz nie grzeszy świętością.
Odpowiadając Pani Barbarze i innym, którzy zasiadając w kościelnej ławie tłuką się z podobnymi myślami, spieszę uspokoić:
-To wszystko, co się dzieje w trakcie mszy, czy innego obrzędu liturgicznego, jest ważne!
     Wyjaśnia to zasada: Ex opere operato (łac. „na podstawie dokonanej czynności”) – w teologii katolickiej formuła określająca obiektywną skuteczność działania sakramentów.
Oznacza ona, iż sakrament jest skuteczny poprzez sam fakt jego udzielenia, niezależnie od pobożności udzielającego oraz przyjmującego sakrament !
     Owszem szafarz sakramentu winien być w stanie łaski uświęcającej i kapłan wypełniający swoją misję ma tego świadomość, dlatego tak jak każdy inny wierzący człowiek winien korzystać z sakramentu pokuty, czyli spowiedzi.
Podobnym obowiązkiem obarczeni są także ci, którzy przystępując do sakramentów, także w takim stanie powinni być.
     Według nauki katolickiej, spośród siedmiu sakramentów, pięć nazywa się sakramentami żywych: eucharystia, namaszczenie chorych, bierzmowanie, małżeństwo i kapłaństwo!
Każdy z nich winien być przyjęty w stanie łaski uświęcającej i tylko w przypadku sakramentu chorych sprawa jest mniej jednoznaczna, gdy namaszczenia udziela się osobie bez jej świadomości. Może wtedy zachodzić wątpliwość, co do stanu łaski uświęcającej u takiej osoby.
Kościół w takiej okoliczności wychodzi z założenia, że tenże potrzebujący Bożego przebaczenia, taką wolę by wyraził.
Pozostałe dwa: chrzest i sakrament pojednania nazywa się sakramentami umarłych na duszy i ich przyjęcie jest równoznaczne z powrotem życia łaski uświęcającej.
Szczera, dobra spowiedź przywraca grzesznikowi stał przyjaźni z Bogiem.
    I tu rysuje się problem: Szczery i dobry, sakrament pojednania jest tylko wtedy, gdy ze strony grzesznika zostają spełnione wszystkie warunki konieczne: rachunek sumienia, żal za popełnione grzechy, postanowienie poprawy, szczere wyznanie swoich win i pokuta(zadośćuczynienie)
Każdy z pięciu warunków dobrej(ważnej) spowiedzi jest koniecznym, by można mówić o sakramencie pojednania i każdy winien mieć tego świadomość, gdy do niego przystępuje!
Zaniechanie któregokolwiek z nich jest poważnym zaniedbaniem przekreślającym ważność tego sakramentu!
Wielu z nas do spowiedzi podchodzi w bardzo instrumentalny sposób, traktując ją jak chemiczną pralnię, w której do bębna z detergentami wrzuca się ubabrane ubranie i po chwili powraca humor, bo ciuszki ponownie są czyste.
Najbardziej smutnym jest to, że w ten sposób sakrament pojednania często traktują także ci, od których można by wymagać bardziej starannego dotrzymania jego wymogów.
    Jeden z bohaterów „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”, ksiądz Marek opowiadając swoją kapłańską historię, z goryczą wspominał posługę spowiednika kapłanów, którzy systematycznie „załatwiali” sobie rozgrzeszenie bez postanowienia poprawy.
Bóg w swojej mądrości wyposażył nas, wierzących w klejnoty, dzięki którym gromadzimy swoiste środki, którymi kiedyś będziemy mogli zapłacić za miejsce w Jego Domu.
Z pewnością tymi cennymi perłami są sakramenty, w tym także ten przywracający uśmiech przyjaźni na Jego obliczu, czyli dobra spowiedź z naszych ułomności!
    Może warto by w tym miejscu przypomnieć sobie słowa Jego Syna, gdy przestrzegał o marnotrawstwie pereł rzucanych przed wieprze (Mt7,6)
Kryspin

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Poborca podatkowy w sutannie!


     W 1983 roku przełożeni zdecydowali, że miejscem mojej kapłańskiej posługi będzie duża miejska parafia. Oprócz mnie, młodego księdza z rocznym stażem, było tam jeszcze trzech kapłanów. Dwóch moich starszych kolegów, wikariuszy z długoletnim doświadczeniem i ksiądz proboszcz, zarządzający tym parafialnym stadem.
     Po zakończonych uroczystościach Bożego Narodzenia, podobnie jak w innych kościołach, rozpoczął się czas duszpasterskich odwiedzin w domach naszych parafian. Zważywszy na to, że było do „obsłużenia” kilka tysięcy mieszkań(parafia miała wtedy zapisanych ponad 17000 wiernych), na jednego księdza przypadało grubo ponad tysiąc spotkań, które musieliśmy zrealizować w krótkim czasie(niecałe dwa miesiące).
     Prosto licząc, średnia „dniówka”wynosiła 25-30 rodzin, z którymi musieliśmy się spotkać, przeznaczając na to około 5 godzin(od 15.00 do 20.00). Prosto licząc(uwzględniając czas przejścia od domu do domu), na spotkanie z rodziną pozostawało około 8 minut.
     Przywitanie z domownikami, wspólna modlitwa, rzucenie okiem na zeszyty od religii najmłodszych parafian, pytanie o życie rodzinne z położeniem akcentu na związek z kościołem: coniedzielna msza i sakrament pokuty choćby raz w roku. I tu następował festiwal powodów, którymi próbowali tłumaczyć swoje zaniedbania bycia porządnymi katolikami.
    Do rzadkości należeli ci, którzy ośmielali się w trakcie naszych odwiedzin poruszyć sprawy parafii: co im się podoba, a co nie; co chcieliby zmienić i czego oczekują od swoich duszpasterzy.
W zdecydowanej większości domownicy w trakcie corocznej kolędy zachowywali się bardzo oficjalnie i widać było, że jedyne, czego pragną to to, aby ta wizyta dobiegła już do końca.
    Owszem zdarzały się rodziny, które odczuwały niedosyt czasu, jaki gość w sutannie mógł przeznaczyć na spotkanie w ich domu, ale to był margines nie pozwalający mi na pozbycie się przekonania, że byłem traktowany bardziej jak poborca podatkowy, aniżeli pośrednik spraw duchowych.
No właśnie: biały obrus na stole, dwie świece, krzyż pośrodku i miseczka z wodą(nie zawsze święconą) i biała koperta leżąca obok.
     Z tamtej kolędy zapamiętałem szczególne odwiedziny. Na zapleczu starej kamienicy z odrapaną klatką schodową, w której roznosił się zapach publicznej toalety, mieściła się piętrowa oficyna. Pomimo wieczornego półmroku, nie zachęcała do wejścia. Rozpadające się drzwi pamiętały pewnie jeszcze czas minionej wojny, albo jeszcze wcześniejsze lata. Wszedłem do obskurnego korytarzyka, u końca którego majaczyło światło zza uchylonych drzwi. Wewnątrz tego lokum znajdowała się kuchnia; świadczył o tym stary piec, na którym stały zapuszczone brudem garnki, obok mieścił się stół nakryty strzępami ceraty, na nim stała niezliczona ilość butelek po alkoholu. W drzwiach do następnego pomieszczenia stała kobieta. Bez słowa, z zapraszającym gestem poprosiła mnie, abym wszedł dalej. Tam także nie było zbyt wiele światła, bo mrok łagodziła tylko jedna żarówka zwisająca z sufitu na gołym kablu. Na czymś, co kiedyś pewnie było tapczanem, leżał nieco zamroczony gospodarz tego przybytku. Na mój widok próbował się podnieść, aby powitać gościa w sutannie, ale nie zdołał, więc usiadł tylko na brzegu barłogu i nieporadnie wyciągnął przed siebie pomiętą kopertę.
Widząc moje zakłopotanie, nieco niewyraźnym głosem próbował przekonać mnie do przyjęcia ofiary:
-”Jesteśmy biedni, do kościoła nie bardzo często chodzimy, bo nasze zdrowie nam nie pozwala, ale co możemy, dajemy; bo tak trzeba”
Po powrocie na plebanię przekazałem proboszczowi „dzienny utarg” z mojego duszpasterskiego obchodu łącznie z pomiętą kopertą, w której było (drobniakami )około czterech złotych.
Mój szef w pierwszej chwili pomyślał, że to jakiś żart Gdy opowiedziałem mu o tych szczególnych odwiedzinach, skrzywił się, odsunął drobniaki i po chwili stanowczo oznajmił:
-„Mam nadzieję, że ksiądz w kartotece odnotował, aby w przyszłości omijać taką patologię.
Pozwoliłem sobie wtedy nie zgodzić się z jego sugestią i odpowiedziałem:
-Może za rzadko trafiamy do takich właśnie ludzi?
-Czy nie o nich mówił nasz Zbawiciel, gdy stwierdził, że lekarza potrzebują najbardziej chorzy, a nie ci co się dobrze mają?
Kryspin

wtorek, 27 grudnia 2016

Puste miejsce przy wigilijnym stole

      Patrząc na tę parę nieboraków można by jednym krótkim zdaniem skwitować ich sytuację:
Znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i czasie!
      Ona na ostatnich nogach, on bezradny wobec obcego tłumu, który wypełniał uliczki Betlejem.
To senne zazwyczaj miasteczko, zagubione w prowincjonalnej Palestynie, teraz zrobiło się gwarne za przyczyną dekretu Cesarza Rzymu, który nakazał spis swoich poddanych.
     Dla miejscowych ten dekret okupanta nawet był korzystny, bo mogli zarobić sporo grosza od przyjezdnych. Przybywający musieli kupić coś do jedzenia, a ci z odleglejszych stron musieli tez gdzieś przenocować, dlatego nawet skromne lepianki, które normalnie miejscowym służyły jako domostwa, teraz zmieniły się w gospody z miejscami do spania.
     No i jedyny kłopot dla miejscowych, to grupa takich podobnych tym dwojgu: biedaków w znoszonych tunikach, które bardziej przypominały łachmany żebraków, aniżeli ludzkie odzienie.
Czy można więc się dziwić odpowiedziom na ciche pytanie o lokum dla potrzebującej kobiety, która lada moment miała urodzić?
„Nie ma dla was miejsca”- słyszał enty raz jej małżonek i z coraz mniejszą wiarą ponawiał kolejny raz pytanie.
Nadzieję odbierały mu także spojrzenia odmawiających, bo za każdym razem w ich oczach widział to samo. Choć pewnie nikt mu tego głośno nie powiedział, to zawsze to czuł : „Nie pasujecie do naszego poukładanego świata, jesteście chodzącym kłopotem, a my cenimy sobie spokój i dobre życie”
Tylko nieliczni, a może właściwie tylko jeden z miejscowych zdobył się na gest współczucia i wskazał swoją stajnię dla bydła, gdzie pozwolił im przeczekać chłodną noc.
Sam pewnie wrócił do swojego świata, zasiadł w gronie przyjaciół i biesiadował. No i może tylko przez moment przypomniał sobie o tych dwojgu czując dumę, że zachował się po ludzku robiąc dla nich aż tyle, gdy inni tyle razy odprawili ich z kwitkiem.
*
Za nami kolejne wspomnienie tamtej niezwykłej nocy.
     Jak co roku zaliczyliśmy bożonarodzeniową wigilię w gronie najbliższych. Po sutej kolacji z chrupiącym złocistą skórką karpiem i słodkością upieczonych ciast, po chwilach radosnych wzruszeń, gdy składaliśmy sobie życzenia łamiąc się opłatkiem, no i po rozpakowaniu prezentów oczekujących pod zieloną choinką, wieczorem udaliśmy się na nocną Pasterkę.
     Za nami święta Bożego Narodzenia i może teraz, przy okazji nawiedzin kościelnych żłóbków, trochę się wstydzimy za mieszkańców tamtego Betlejem Czujemy się nieswojo, że było w nich tak mało serca i miłości.
Bóg tamtej grudniowej nocy przyszedł do ludzi, a oni na to spotkanie wybrali dla Niego bydlęcą stajenkę!
Od wielu lat nasze media dumnie informują o wrażliwości naszych serc przed kolejnymi świętami. Co roku organizuje się akcję szlachetnej paczki i wylicza się kolejne rekordy hojności darczyńców, którzy w marketach wypełniają kosze z produktami spożywczymi dla biednych. Na kilka dni przed 24 grudnia w wielu naszych miastach organizowane są zbiorowe wigilie dla bezdomnych i samotnych, których w wyznaczonych do tego celu halach obsługują wolontariusze, a restauratorzy w setkach kilogramów licytują, kto więcej dla tych nieboraków przygotował pierogów i smażonej ryby serwowanej później w plastikowych talerzykach układanych rządami na długich, pokrytych ceratą stołach. Do tego jeszcze kolęda płynąca z głośników i można z poczuciem dumy powrócić do swoich domów.
     Od lat, gdy media pokazują urywki z tych wigilijnych masówek, zawsze pozostaje mi w pamięci obraz smutnych oczu tych biesiadników. Nie ma w nich radości, bo ta zbiorowa wigilia uświadamia im, że czas ich święta już się skończył.
     Jest taki piękny bożonarodzeniowy zwyczaj, że przy wigilijnym stole pozostawiamy jedno wolne miejsce. Kiedyś mówiło się, że przeznaczone jest dla wędrowca, który niespodziewanie zapukałby do naszego domu w tym wyjątkowym dniu.
Może powinno nam być trochę głupio, że to krzesło zazwyczaj pozostaje puste....?
Kryspin

wtorek, 13 grudnia 2016

Świętowanie pamięci 13.12.1981 w stylu KOD-u

Miałem wtedy 24 lata i żyłem pod seminaryjnym kloszem, kiedy w trakcie śniadania do refektarza wbiegł Ojciec Duchowny i z przerażeniem poinformował nas, kleryków, że wprowadzono stan wojenny na terenie całego naszego kraju.
Słuchaliśmy tego w osłupieniu nie do końca rozumiejąc, co się stało. Po dłuższej chwili zaczęliśmy zastanawiać się, kto nas napadł i co tak na prawdę oznaczały te słowa:stan wojenny?
Później, gdy po kilku dniach rozjechaliśmy się do rodzinnych domów, pierwszy raz doświadczaliśmy przejawów tego dziwnego czasu: przepustki na przejazd, kontrole na ulicach i dworcach kolejowych oraz szeptane nowiny, które ludzie powtarzali za rozgłośnią Wolna Europa, która informowała o ofiarach w kopalni Wujek, o internowanych w więzieniach i strachu, który siała komunistyczna propaganda, by naród się bał.
Pamiętam z tego czasu jeszcze coś....Kościoły pełne rozmodlonych ludzi i gromki śpiew na końcu nabożeństwa:"Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie!"
Minęło 35 lat od tamtego traumatycznego czasu i mamy wolność!
Trochę jestem zdziwiony, że tego dzisiejszego dnia nie przeżywamy jednak w zadumie i refleksji.
Zamiast tego, przez ulice naszych miast przetaczają się manifestacje niezadowolonych, krzyczących ludzi!
W komercyjnej stacji redaktorzy prześcigają się w pokazywaniu niezadowolonych i raz po raz poddają im mikrofony, by wyraziły swoje poglądy.
Przyznam , że się uśmiałem, gdy jedna z manifestujących uzasadniła swoje przybycie na wiec KOD-u tym, że nie może oglądać swojego ulubionego filmu[Ida] i tak w ogóle jest przeciw PIS-owi, który mówi jej jak ma żyć!
Aby nie było: Nie jestem zwolennikiem żadnej opcji politycznej i daleko mi do poglądów partii obecnie rządzącej, ale też nie po drodze mi z panem Kijowskim, którego partie opozycyjne kreują na trybuna ludowego niezadowolenia.
A tak na koniec: Kochani protestujący, cieszmy się wolnością, bo gdybyście chcieli sobie pokrzyczeć 35 lat temu, to pewnie później robilibyście sobie okłady na plecach, obolałych po milicyjnych pałkach!
Kryspin


.

niedziela, 11 grudnia 2016

Księża odchodzą po cichu!

      Byłem na piątym roku mojej drogi ku kapłaństwu, gdy przełożeni powierzyli mi wygłoszenie homilii w trakcie tak zwanej niedzieli powołaniowej. Do małej, wiejskiej parafii pojechało wtedy kilkunastu kleryków z Ojcem Duchownym naszego seminarium na czele.
     Lubiliśmy takie wyjazdy, bo mogliśmy wtedy spotkać się z życzliwymi ludźmi, którzy po skończonym nabożeństwie gościli nas w swoich domach na uroczystym obiedzie, co przy bardzo skromnym seminaryjnym menu, było przyjemną odmianą.
Niedziela powołaniowa w swym założeniu miała przybliżać zwykłym wiernym potrzebę troski o nowych pracowników Winnicy Pańskiej, czyli kapłanów.
      Kościół w tej wiosce był położony na skraju miejscowości i zaraz za ogrodzeniem z czerwonej cegły rozciągały się pola, na których(był wtedy koniec czerwca) ścieliły się dywany dojrzewających zbóż.
Ten widok zainspirował mnie do zmiany zakończenia przygotowanego wcześniej kazania i dlatego odwołałem się wtedy do słów Chrystusa, który z troską powiedział do uczniów:” Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało!”(Łk 10,2)
      To był piękny czas, gdy byliśmy młodzi, pełni zapału i wiary w sens powołania do kapłańskiej służby.
Później jednak zaczęła się proza kapłańskiej rzeczywistości i decyzja:odchodzę!
      Ponad trzydzieści lat minęło od tego dnia i świat się zmienił, ale kapłańskie odejścia nadal są ciche. Decyzje podejmowane w samotności i często z piętnem wstydu, że zawiodłem!
Może byłem szczęściarzem, ale nigdy nie miałem poczucia, że zawiodłem i może dlatego potrafię otwarcie o tym mówić?
      Przez lata doszedłem do przekonania, że nie powinienem wstydzić się podjętej wtedy decyzji, bo dzięki temu zachowałem w sobie przyzwoitość!
Księża odchodzą po cichu!
      Kilka dni temu spotkałem się z moim starym księdzem profesorem, który w swoim dorobku ma wielu znamienitych kapłanów, z hierarchami chodzącymi w purpurach włącznie.
Ze smutkiem stwierdził, że jego znamienity wychowanek( jeden z najwyższych godnością hierarchów polskiego Kościoła) ponad dwa lata temu obiecał spotkać się ze swoimi dawnymi wychowawcami(pozostało ich trzech żyjących), ale jakoś do tej pory nie znalazł na to czasu!
„Ale on żyje w innym świecie i szczelnie jest chroniony od rzeczywistości”- zakończył stary profesor.
      Od dłuższego czasu zmniejsza się systematycznie liczba kandydatów do kapłańskiej posługi i jest coraz mniej chętnych do pracy w Winnicy Pańskiej!
Jeżeli do tego dołożyć(niestety nie ma oficjalnych danych), że ponad 30% podejmuje decyzję:Odchodzę, to trzeba byłoby się tym martwić czcigodni włodarze polskiego Kościoła!
Niż demograficzny, laicyzacja czy:” Antykościelna propaganda, której celem jest walka z Kościołem, która objawia się chorobliwym tropieniem grzechów kapłańskich i nagłaśnianiu ich w mediach”(głos znanego hierarchy), nie tłumaczą tego zjawiska!
     A może trzeba by „wroga” poszukać bliżej siebie, na „kościelnym podwórku” i skończyć z życiowym „matriksem”?
     A tak na koniec czcigodni członkowie Episkopatu, (jako prosty ksiądz, i do tego w cywilu, nie mam innej możliwości) chciałbym zaproponować, abyście uczynili lekturą obowiązkową dla kapłanów moje książki:”Zakochaną, Zatroskaną i Zaufaną koloratkę”, może po ich przeczytaniu nie wyciągaliby wniosków, jaki wyraził jeden z księży dziekanów, który nie czytając ani słowa z tych książek, stwierdził, że:”mocno szkalują-Kościół, kapłaństwo i kapłanów!”
     Księża odchodzą po cichu i choć może nigdy nie znajdą odwagi, by powiedzieć prawdę o przyczynach tych trudnych decyzji, to może warto zastanowić się, dlaczego je podejmują?
Kryspin

wtorek, 6 grudnia 2016

Chrystus nie był politykiem, ani biznesmenem!


     Gdyby Chrystus miał w sobie choć trochę z dyplomaty, pewnie historia Kościoła miałaby mniej drastyczny początek.
Pewnie wcale nie musiałby zdarzyć się Wielki Piątek i drzewo hańby, jak określano krzyż, nigdy by nie stało się symbolem nowej religii.
     Nauczyciel z Nazaretu nawet nie musiałby układać się żydowskimi dostojnikami [Annaszem, Kajfaszem i innymi zwolennikami starego porządku], bo im zwyczajnie nie opłacało się popieranie zamysłów jakiegoś nawiedzonego proroka, który przez minione trzy lata prowadził swoistą kampanię na rzecz odnowy relacji z Najwyższym.
     Chrystus mógł załatwić sobie nietykalność ponad ich nienawiścią.
Gdy trafił na dziedziniec Piłata, wystarczyło porozmawiać z tym rzymianinem, przedstawić mu swoją wizję nowej religii, zapewnić go o lojalności swoich przyszłych wyznawców wobec władzy i do tego przedstawić perspektywę poparcia, gdyby nie daj Boże komuś nie spodobały się przyszłe zarządzenia namiestnika.
Ale powróćmy do tego co jest tu i teraz!
     Przed kilkoma dniami nasza TV[publiczna, czyli nasza!] „uraczyła” widzów bezpośrednimi relacjami z obchodów ćwierćwiecza istnienia katolickiego radia „Maryja”!
Na uroczyste obchody zjechały do Torunia rzesze wielbicieli [boję się użyć słowa: wyznawców] tej jedynej w swoim rodzaju rozgłośni.
    W imponującej rozmiarami widowiskowej hali zasiadło kilka tysięcy przedstawicieli rzeszy oddanych słuchaczy, ale miejsca dla nich wyznaczono na obrzeżach, bo te najlepsze[oczywiście pod względem widoczności] przeznaczono dla bardziej znamienitych gości.
    Najbliżej charyzmatycznego Ojca Założyciela zasiedli dostojnicy kościelni i politycy ze świecznika obecnej władzy. No a potem rozpoczął się festiwal podziękowań i życzeń wygłaszanych w iście wiecowym stylu i pewnie nie tylko ja odniosłem wrażenie, że to spotkanie było bardziej spektaklem politycznym, aniżeli religijnym przeżyciem, chociaż i tego akcentu nie zabrakło, bo to przecież obchody rocznicy powstania katolickiego radia, no i z Maryją, jako patronką!
    Nie wiem dlaczego, a może jednak wiem, ale w trakcie telewizyjnej transmisji z tych obchodów, we wspomnieniach przyszedł mi obraz ciotki mojej zmarłej żony.
Była samotną wdową z małą emeryturą. Każdego miesiąca zaraz po wizycie listonosza wypełniała przekaz i 1/3 swoich pieniędzy wysyłała na konto ukochanej rozgłośni. I nic to, że później[po opłaceniu innych, comiesięcznych należności] pozostawały jej grosze na jedzenie, ale gdy ktokolwiek próbował ją nakłonić, by najpierw pomyślała o swoich skromnych przecież potrzebach, odpowiadała niezmiennie: Tak trzeba!
    Chrystus nie miał politycznego zacięcia, ale i z biznesem był także na bakier.
Przy jego charyzmie i zdolnościach[cała litania cudów z wskrzeszaniem umarłych włącznie!], mógłby stworzyć sobie centrum szkoleniowe i zamiast pieszo przemierzać piachy Palestyny, w cieniu zielonych palm swojej posiadłości mógłby wygodnie głosić naukę o Zbawieniu.
A on? Jak sam o sobie powiedział: nie miał gdzie głowy skłonić na nocny spoczynek, bo nie dorobił się nawet lepianki.
     Spotkanie na dziedzińcu Piłata dało jednak odpowiedź, dlaczego nie schował się za politycznym parawanem, albo w wypasionej rezydencji proroka.
On wiedział jakie jest Jego przeznaczenie i dlatego odpowiadając namiestnikowi stwierdził krótko: „Królestwo moje nie jest z tego świata!”
     Tak sobie myślę, że wiedziała to także stara ciotka, gdy odpowiadała pytającym: że tak trzeba!
Pewnie w swojej prostocie wiary wiedzą to także setki tysięcy oddanych słuchaczy radia Maryja?
Wiedzą to też ci, którzy w obchodach jubileuszu tej rozgłośni zasiedli na koronie toruńskiej sali! Ale mam obawy, czy wiedzą to także siedzący najbliżej środka?
Gdyby każdy z tam obecnych choć przez chwilę przypomniał sobie słowa, które usłyszał Piłat, to może z pokorą uświadomiłby sobie, że nasze przeznaczenie jest poza tym światem.
No ale do tergo potrzeba pokornej wiary!
Kryspin 

wtorek, 29 listopada 2016

Apostazja-odstępstwo, czy bunt?

     No i dostało mi się po publikacji materiału o Świątyni Opatrzności Bożej. Co bardziej rozsierdzeni przeciwnicy tej budowli na wilanowskim osiedlu, drogą mailową poinformowali mnie, że kategorycznie nie zgadzają się na to, aby pieniądze z ich podatków szły na takie inwestycje.
    Jeden z korespondentów, szacowny[emerytowany] pracownik naukowy swoje veto poparł osobistą deklaracją aktu apostazji[kopię pisma, wcześniej skierowanego do władz Kościelnych, załączył także w korespondencji do mnie].
   W tym obszernym, kilkustronicowym piśmie szczegółowo wypunktował powody swojej decyzji.
Apostazja [słowo pochodzące z języka greckiego] w dosłownym tłumaczeniu oznacza: odstępstwo, bunt.
W potocznym znaczeniu używa się go do zdeklarowanego[najczęściej w formie pisemnej] porzucenia wiary religijnej.
    Obecnie najczęściej aktu apostazji dokonują osoby, które kiedyś zostały przypisane do wspólnoty wierzących[przez chrzest], a teraz zamierzają się z niej [z Kościoła] wypisać!
    Kika razy przeczytałem mailową kopię decyzji o akcie apostazji starego profesora i przyznam, że pierwszy raz dane mi było zapoznać się z takim pismem człowieka zdesperowanego w swoim postanowieniu. Od samego początku zaskoczyło mnie, że nie było tam filozoficznych rozważań negujących teologiczne podstawy wiary, po których człowiek mógłby szukać uzasadnienia dla swojej niewiary.
Zamiast tego wszystkiego w chronologicznym ciągu mój mailowy rozmówca wypunktował ciemne, historyczne zachowania Kościoła, który swoją misję poszerzania wiary realizował nie miłością, do której głoszenia został powołany, a mieczem i okrucieństwem wobec milionów [ mordy Indian Ameryki środkowej, gdy tam dotarły galeony konkwistadorów Pizarra, czy późniejsze wstydliwe karty z historii, gdy Kościół starał się nie zauważać zbrodni reżimów dla własnego, politycznego interesu]
Ten katalog minionych krzywd nie stał się jednak głównym powodem decyzji zapisanej w piśmie o apostazji mojego internetowego rozmówcy.
    Autor pisma, które trafiło do mojego komputera, nie omieszkał zauważyć, że Jan Paweł II ponad dwadzieścia razy publicznie w imieniu Kościoła, przepraszał za te historyczne zbrodnie instytucji, na której czele został postawiony, ale?
    Ten stary, zawiedziony swoją dawną wiarą człowiek, w dalszej części uzasadnienia swojej decyzji wypunktował współczesne „żale”, jakie ma do Kościoła.
To było zasadniczym powodem jego decyzji o apostazji!
Ponieważ nie zostałem uprawniony, aby ujawniać szczegółów korespondencji, nie uczynię tego w tej chwili, ale każdy może z takimi „żalami” się zapoznać, wsłuchując się w rozmowy o Kościele, które często prowadzą szeregowi członkowie wspólnoty.
    To są częste tematy rozmów, choćby przy niedzielnym obiedzie, gdy rodziny, parafianie po powrocie z uroczystej sumy, siadają do wspólnego posiłku i niekiedy rozmawiają o sprawach Kościoła: o tym, co ich buduje, ale i o tym co gorszy w postawie kapłanów.
Chwalą duszpasterską dobroć, ale także zauważają: materializm, butę, dwulicowość, unikanie kłopotliwej prawdy i wszelkie inne zachowania, które są niekiedy bardzo dalekie od wizerunku Chrystusa, którego kreują jako idola wiary zwykłych ludzi.
-„Takie rozmowy niewiele znaczą, ludzie pogadają, przez chwilę będą żyli lokalną sensacją, czy skandalem.
Niekiedy znajdą potwierdzenie swoich słów w jednym, czy drugim doniesieniu medialnym, ale i tak w niedzielę zasiądą w kościelnej ławie, bo człowiek z natury potrzebuje wiary”!
Takim, uspakajającym zdaniem podsumował niedawno mój niepokój co do przyszłości Kościoła jeden z kapłanów, mój dawny kolega z seminarium.
Apostazja- akt odejścia, buntu!
    Pewnie niewielu zawiedzionych Kościołem, jego poczynaniami, i wcale nie tymi z przeszłości, zdecyduje się na pisemną formę swojego sprzeciwu - na akt apostazji, ale czyż puste miejsce w kościele, które do tej pory zajmowali, nie staje się jej wyrazem?
Kryspin