wtorek, 24 października 2017
Więzień kościelnej kraty
„Mieszkam w małej miejscowości z kilkoma uliczkami, które schodzą się przy niewielkim wzniesieniu, na którym stoi nasz parafialny kościół. W pobliżu, nieco z boku naszej świątyni biegnie uliczka handlowa z małymi sklepikami, w których mieszkańcy dokonują codziennych zakupów, a zaraz obok, o kilkanaście metrów, mamy także dyskont spożywczy z dużym parkingiem i placem, gdzie dodatkowo w czwartki rozkładają swoje stragany obwoźni sprzedawcy i rolnicy z okolicznych wsi.
Podsumowując: na miejscu mamy wszystko, co jest do życia potrzebne, gdyby nie nasza świątynia, a właściwie to, że w tygodniu jest zamknięta na cztery spusty, niczym jakaś niedostępna twierdza.
Owszem, kościelny otwiera masywne drzwi wejściowe do naszego kościoła na pół godziny przed wieczornym nabożeństwem (ale tylko wtedy, gdy proboszcz odprawia popołudniową mszę, czyli w poniedziałki , środy i w sobotę)
Jestem osobą wierzącą(jak większość mieszkańców naszego miasteczka) i biorę udział w coniedzielnej mszy, ale niekiedy chciałabym w tygodniu, w normalnym dniu wejść choć na chwilę do kościoła, usiąść w ławce, pobyć z Panem Jezusem tak sam na sam, w ciszy.
Myślę, że wielu z nas, zabieganych codziennością, także chciałoby choć na chwilę skorzystać z możliwości takiego spotkania Boga w ciszy kościoła poza czasem liturgii.”
Przyznam, że także nie rozumiem, dlaczego większość parafialnych kościołów bywa zamkniętych na cztery spusty poza czasem wyznaczonym na liturgię?
Księża proboszczowie pytani w tej kwestii, przytaczają rozmaite powody: a to ktoś mógłby zaprószyć ogień, a nasza świątynia jest drewniana, a trzeba pilnować drogocennych zabytków przed złodziejami, a w jesienne słoty zabrudziłaby się posadzka i kto to miałby sprzątać?
Jakiś czas temu sam zadałem takie pytanie mojemu dawnemu koledze, gdy w trakcie naszego spotkania oprowadzał mnie po swoich parafialnych włościach. Najpierw pochwalił się piękną plebanią stojącą pośrodku zadbanego ogrodu. Na koniec zaprosił mnie do kościoła, by pokazać mi odnowiony, zabytkowy ołtarz.
Zanim jednak dostaliśmy się do środka świątyni, przez chwilę mocował się z ciężkimi drzwiami tego przybytku, a później musieliśmy jeszcze sforsować żelazną kratę w kruchcie i nareszcie mogłem z uznaniem podziwiać piękno odnowionych rzeźb barokowego artysty.
Wychodząc zapytałem wprost: dlaczego kościół jest zamknięty w ciągu dnia?
Gospodarz zatrzymał się na chwilę i ze zdziwieniem odpalił: „No a kto by tego wszystkiego pilnował?”
-Ale Pan Jezus jest tu jak więzień, do którego wiernym dostępu bronią kraty niczym w jakiejś twierdzy- dodałem czując niedosyt takiej odpowiedzi.
On znowu spojrzał na mnie zdziwiony i dopowiedział: „Na niedzielną mszę przychodzi mniej niż połowa parafian, a na adorację Najświętszego Sakramentu, którą mamy raz w miesiącu, kilkanaście osób i to wszystko....więc po co ma być stale otwarty?”
Miałem niedawno urodzinowo-imieninowych gości. Było miło, choć czułem, że to do końca nie było to, czego oczekiwałem. Odwiedzili mnie, bo tak wypadało, a największą przyjemność odczuwam, gdy odwiedza mnie ktoś bliski bez powodu, czy okazji, abyśmy zwyczajnie mogli pobyć ze sobą i może porozmawiać szczerze, jak przyjaciele, którzy zwyczajnie cieszą się sobą.
On jest stale w kościelnym budynku, o czym przypomina nam czerwona lampka przy tabernakulum i tak sobie myślę, że odczuwa radość, gdy ktoś go odwiedza, tak bez okazji, nawet na chwilę, aby zwyczajnie z Nim pobyć.
Tak na koniec, czcigodni księża proboszczowie; nie mówcie:” A kto by tego pilnował?
Mając wśród parafian gorliwe owieczki gromadzące się we wszelakich kółkach różańcowych, oazach, czy innych grupach parafialnej aktywności; możecie zorganizować opiekę nad Jego domem nieustannie, tak by był”bezpieczny”, a ci mniej gorliwi, gdy pod nakazem serca zechcieliby pobyć z nim w ciszy pustego kościoła, nie odbijali się od zamkniętych drzwi.
Kryspin
wtorek, 17 października 2017
Urodziny
Mamy już jesień, choć tak
niedawno cieszyliśmy się wiosną, rozwijającą piękno kolorowych
kwiatów, które cieszyły nasze oczy w letnich promieniach słońca
i wtedy pragnęliśmy, by tamten czas trwał jak najdłużej, ale
upływające dni przeniosły nas w nową rzeczywistość i mamy
jesień.
W połowie października
obchodziłem swoje urodziny.
Niby nic takiego, bo przecież każdy z
nas corocznie doświadcza tej chwili, gdy zmienia się cyfra
kolejnych przeżytych lat.
Tak sobie myślę, że wielu z nas
podobnie przeżywa ten szczególny dzień, gdy na stole pojawia się
tort ze świeczkami, a później odbieramy życzenia od najbliższych
i tylko trochę żal, że minął kolejny rok zbliżający nas do
kresu naszej ziemskiej przygody.
W połowie października skończyłem
60 lat i uświadomiłem sobie, że w moim życiu nadeszła jesień.
Choć staram się snuć plany na
przyszłość, być aktywnym i z optymizmem myśleć o tym, co
jeszcze dane mi będzie przeżyć, to jednocześnie mam świadomość,
że minął już czas mojej wiosny i intensywnego lata. Może dlatego
coraz częściej wracam wspomnieniami do przeszłości?
Nagle uświadomiłem sobie, że
pozostała mi tylko jesień i przyszłość: lat, miesięcy, a może
dni, gdy świeczka moich marzeń dopali się na urodzinowym torcie
mojego życia i …..?
No właśnie na końcu każdemu z nas
pozostaje ten znak zapytania, na który szukamy odpowiedzi w trakcie
całego naszego ziemskiego bytowania.
Kilka tygodni temu pisałem, że
skazani jesteśmy na to, by wierzyć i naraziłem się wtedy tym
wszystkim, którzy w imię pragmatyzmu i empirycznemu podejściu do
świata odrzucają nadzieję na przyszłość po.....
Za kilka dni zatrą się jednak te
linie podziałów i gremialnie udamy się na cmentarze, by zatrzymać
się na chwilę przy grobach: naszych bliskich, znajomych, ale także
i tych, których znaliśmy, bo byli za życia po prostu znani.
W naszych wędrówkach po
przeszłości może zatrzymamy się przy anonimowych mogiłach
rozsianych niekiedy gdzieś poza cmentarzami i tam także zapalimy
światełko przywracające pamięć o nich, bo taką odczuwamy
potrzebę.
Pierwszy dzień listopada będzie
dla wielu wyrazem wiary, dla innych przekonaniem o tym, że człowiek
żyje dopóty, dopóki zachowana jest pamięć o nim, a dla jeszcze
innych ten dzień będzie okazją do zadumy nad przemijaniem
wszystkiego i chwilą szukania odpowiedzi, której tak do końca
wcale nie pragną poznać, bo mogłaby zburzyć ich racjonalizm co do
przyszłości.
Nie zamierzam teraz czynić
teologicznej wykładni na temat święta, które w kościelnym
nauczaniu zarezerwowane jest dla tych z naszych zmarłych, którzy
swoim życiem doczesnym zasłużyli na nagrodę wiecznego zbawienia.
O tym mniej lub bardziej jasno
powiedzą księża w trakcie okolicznościowych kazań w trakcie
liturgii sprawowanej na cmentarzach.
I być może ich słowa dotrą do tych
(od dawna przekonanych), którzy kolejny raz utwierdzą się w swojej
wierze?
Ale co z pozostałymi?
Co z tymi stojącymi daleko od wiary,
albo mającymi zupełnie inną wizję przyszłości?
Cmentarze mają w sobie fenomen
równości i powszechności,
Każdy człowiek, niezależnie od
statusu społecznego, zgromadzonego majątku czy innych zasług, jest
równy wobec konieczności śmierci.
Czy chwila, ta ostatnia, w której
dokonało się zatrzymanie czasu, dla tego, którego pożegnaliśmy i
oddaliśmy jego doczesne szczątki ziemi, to koniec ?
Sądzę, że nie i pewnie mój pogląd
podziela bardzo wielu, niezależnie od osobistych deklaracji w
kwestii wiary.
Pierwszego listopada są urodziny
tych wszystkich, dla których już zatrzymał się ziemski czas. Dla
nas, dla naszej pamięci oni wciąż żyją i dlatego ich odwiedzamy
w tym dniu.
Kryspin,
wtorek, 10 października 2017
"Nasz proboszcz nigdy nie ma czasu"
Zdarzyło się kiedyś, że po
wywiadzie, którego udzieliłem redaktorowi popularnego tygodnika,
ten naszą rozmowę zatytułował:”Telefon zaufania dla księży”.
Było to wtedy trochę nad wyraz, bo księża czynnie realizujący
swoje powołanie tylko sporadycznie zaszczycają mnie rozmową.
Artykuł w gazecie nie pozostał
jednak bez echa, bo piszą i dzwonią do mnie zwyczajni parafianie,
by stawiać pytania, z którymi nie mogą sobie poradzić, a
miejscowego księdza (z różnych powodów) pomijają .
Przyznam, że w niektórych
przypadkach staję w dylemacie, bo minęło już sporo czasu od dnia,
gdy postanowiłem zostać księdzem w cywilu i choć staram się być
na bieżąco ze sprawami Kościoła, to i mnie trudno podążać na
bieżąco za aktualnymi wytycznymi tej instytucji.
Rozmaitość problemów wymagają
niekiedy skonsultowania mojej dawnej wiedzy ( z zakresu spraw
związanych z Kościołem) z tym, co aktualnie jest poprawne.
W takich przypadkach staram się
szukać pomocy u zaprzyjaźnionych kapłanów (z tytułami naukowymi
z zakresu teologii) i w ten sposób uzupełniać moją wiedzę, by
potem odpowiadać na pytania stawiane mi przez czytelników.
„Piszę do pana, bo nasz ksiądz
nigdy nie ma czasu i trudno się z nim umówić na rozmowę, a w
godzinach, gdy jest czynne biuro parafialne, tłumaczy, że to nie
miejsce i pora, by zajmować jego czas prywatnymi sprawami, bo inni
też czekają, aby załatwić swoje sprawy: intencje mszalne, sprawy
pogrzebów, czy uregulowania opłat związanych z dzierżawą miejsca
na cmentarzu itd.”
Może to i racja, że w biurze
parafialnym i to jeszcze w godzinach wyznaczonych na „urzędowanie”,
proboszcz nie ma za wiele czasu, by prowadzić indywidualne
duszpasterskie rozmowy, ale przecież poza godzinami wypisanymi na
drzwiach kościelnej kancelarii kapłan nie przestaje być
duszpasterzem i powinien mieć czas dla swoich owieczek, pomyślałem.
Idąc za tym przekonaniem,
postanowiłem sprawdzić jak to jest w praktyce i w jednej ze spraw (
zasygnalizowanej przez kolejnego czytelnika), postanowiłem zasięgnąć
rady u proboszcza z okolicy mojego domostwa.
Udałem się na plebanię, by umówić
się na duszpasterską rozmowę.
Przykościelne domostwo było zamknięte
na cztery spusty i tylko tabliczka umieszczona na drzwiach
informowała o tym, że sprawy parafialne można załatwiać przed
lub po mszy świętej, a w kwestii pogrzebu można dzwonić o każdej
porze pod podany poniżej numer.
Co prawda nikt mi nie umarł, ale co
tam, zadzwoniłem i …...cisza.
Nie miałem szczęścia, więc może
w kolejnej miejscowości(już nieco oddalonej) uda mi się
porozmawiać- pomyślałem i pojechałem dalej i to samo.
Później jeszcze cztery kolejne
parafie i ten sam efekt: zamknięte drzwi i głuchy telefon.
Następnego dnia postanowiłem
skorzystać z telefonu, ale dopiero przy piątym parafialnym adresie(
dzwoniłem w godzinach popołudniowych) udało mi się zastać
jednego z proboszczów(mojego dawnego kolegę) i zamienić z nim
kilka słów. Choć i w tym przypadku dało się odczuć, że nie
bardzo chciał tracić swojego cennego czasu na dłuższą rozmowę,
czego nie starał się nawet ukryć, zmierzając do szybkiego jej
zakończenia.
„Piszę do pana, bo nasz ksiądz
nigdy nie ma czasu i trudno się z nim umówić na rozmowę.....”
Po tych moich nieudanych próbach,
o których pozwoliłem sobie napisać powyżej, rozumiem, dlaczego
moja mailowa poczta jest tak często zasilana „rozmowami” od
parafian.
Tak mi się marzy(pewnie nie tylko
mnie), aby na białych tabliczkach parafialnych plebani także
znalazły się informacje o godzinach ( nawet ściśle określonych),
w których można umówić się na rozmowę z miejscowym
duszpasterzem.
Krótkie spotkanie kolędowe raz
do roku, spowiedź, czy choćby coniedzielna msza w kościele, nie
załatwiają wszystkiego.
Niekiedy warto poświęcić
dodatkowy czas na rozmowę, taką osobistą, pełną życzliwości, w
trakcie której znikają chmury niezrozumienia, a wątpliwości
bledną radą tego, który niczym dobry pasterz, zawsze ma czas dla
swoich owieczek.
Kryspin
wtorek, 3 października 2017
Moralność niepoprawna
Napisała do mnie młoda kobieta z
nadzieją, że pomogę jej w kwestii poczucia winy, którą nosi w
sobie z racji wykonywanej profesji, która ją cieszy, ale i obciąża
jej sumienie
Czytelniczka w obszernym liście
opisała mi swoją historię, akcentując, że pochodzi z rodziny
mało zaangażowanej w głębię religijnego życia. Od dzieciństwa
jej kontakt z kościołem nie był inspirowany przykładem głębokiej
wiary rodzicieli, którzy owszem, pilnowali aby uczęszczała na
lekcje religii, zadbali o kolejne sakramenty dla jej duszyczki
(komunia, bierzmowanie), ale sami ograniczali się tylko do roli
strażników tradycji, osobiście będąc dalekimi od dawania jej
dobrego przykładu chociażby co do niedzielnej obecności na mszy
świętej, w której bardzo rzadko brali udział.
Młoda dziewczyna nie powieliła
domowego „stylu” religijności najbliższych i wraz z upływem
lat wiara stawała się dla niej czymś coraz ważniejszym i
determinującym jej codzienne wybory, w których Kościół i jego
nauczanie odgrywało istotną rolę.
Po skończonej szkole średniej
swoje dorosłe życie zapragnęła poświęcić służbie innym
ludziom, dlatego wybrała dla siebie kierunek studiów, po których
mogłaby realizować swoje plany i została położną.
W krótkim czasie podjęła pracę w
klinice leczenia niepłodności i się nią szczerze cieszyła.
Teraz, niejako na pierwszej linii mogła
się spotykać z kobietami, które po smutku porażki nadziei na
urodzenie dziecka, tam odnajdywały nadzieję na radość cudu
macierzyństwa.
Jej radość została jednak prędko
zgaszona, gdy w trakcie sakramentu pojednania (spowiedzi) usłyszała
wyrok kościelnego sędziego:
„Nie możesz otrzymać
rozgrzeszenia, bo uczestniczysz w grzesznym procederze, którego
nauka Kościoła nigdy nie zaakceptuje.”
Kobieta, po chwili szoku zapytała
spowiednika:
„Co mają zrobić ludzie, którzy
pragną zostać rodzicami, a tylko w taki sposób mogą spełnić
swoje marzenie”
Kapłan chłodnym tonem pouczył ją:
„Jest wiele dzieci czekających na
adopcję i one także zasługują na to, by ktoś okazał im
rodzicielską miłość....a ty moja droga możesz zmienić pracę i
realizować się tam, gdzie będziesz pomagała tym kobietom, które
w godny sposób cieszą się macierzyństwem!”
To ostatnie autorytatywne stwierdzenie
spowiednika zakończyło dyskusję przy konfesjonale i tylko
pozostało w niej niezrozumienie, dlaczego niesienie nadziei na
macierzyństwo jest czymś tak złym, że nie zasługuje na
rozgrzeszenie?
Przyznam, że nie czuję się
władnym, aby oceniać kogokolwiek w tej kwestii: ani tego kapłana,
który wydał werdykt zgodny z zaleceniem kościelnego kodeksu, ale i
sposobu myślenia owej kobiety, która nie mogła zrozumieć w czym
zawiniła aż tak bardzo, że nie zasługiwała na sakramentalne
przebaczenie?
Teraz ktoś, moralnie poprawny,
pewnie skwitowałby to wszystko jednym krótkim stwierdzeniem:
„Cel nie może uświęcać środków
i basta, a in vitro daje „radość”narodzin okupioną śmiercią
zarodków, które przy tej okazji skazane są na śmierć!”
A głos tych moralnie niepoprawnych?
Czy celem Chrystusa, gdy zakładał
Kościół, było zgromadzenie w nim tylko tych moralnie poprawnych?
Na początku każdej mszy celebrans
przypomina zgromadzonym, że wszyscy jesteśmy grzeszni, dlatego
eucharystia rozpoczyna się od aktu skruchy, żalu, który zebrani
wyrażają w słowach tzw. spowiedzi powszechnej.
Tak na koniec chciałbym zastanowić
się nad tym, jak zachowałby się Chrystus, gdyby zasiadł w
kościelnym konfesjonale, do którego podeszłaby ta kobieta?
Kryspin
wtorek, 26 września 2017
Różaniec dla żywych, umarłym kadzidło
Słyszałem kiedyś historię o
bogatym Żydzie, któremu zmarło się po ciężkiej chorobie.
Jego bliscy( na swój sposób bardzo
bogobojni ludzie) postanowili, że pomogą drogiemu zmarłemu w jego
dalszej drodze ku wiecznemu szczęściu i pochowali nieboraka na
siedząco, z przytroczonym do martwych dłoni płóciennym mieszkiem
pełnym złotych monet.
Pozostałym żałobnikom, którzy
nie kryli zdziwienia, wytłumaczyli, że zrobili to, by zmarły przy
zmartwychwstaniu mógł szybko stawić się przed obliczem
Najwyższego (siedzący szybciej wstanie, aniżeli ten, który leży),
a mieszek ze złotem zawsze się przyda, by mógł opłacić
ewentualne swoje winy.
Pewnie ta historia u wielu z nas
wywoła uśmiech politowania nad naiwną wiarą tamtych żałobników,
którzy sądzili, że z Panem Bogiem można w taki sposób
„załatwić” zmarłemu wieczne lokum u Jego boku.
Może to tylko zmyślona historia, ale
jakże trafnie ukazująca także nasze zwyczaje odnoszące się do
kwestii „wyposażania” naszych bliskich na drogę ku wieczności.
Jest taki jeden szczególny
„gadżet”, znany każdemu, kto kiedyś przeżywał swoje święto
przystępując do uroczystej, pierwszej komunii.
Na kilka miesięcy przed wyznaczoną
datą naszej uroczystości, w trakcie październikowego nabożeństwa,
ksiądz poświęcił, dumnie trzymane w naszych małych dłoniach
różańce, ozdobne sznury koralików zakończone posrebrzanym
krzyżykiem.
Pewnie wtedy pierwszy raz powtarzaliśmy
chórem słowa zdrowasiek i może trochę byliśmy znużeni monotonią
powtarzanych w kółko tych samych słów, ale tak było trzeba.
Przy poświęceniu naszych modlitewnych
paciorków kapłan pewnie powiedział nam coś jeszcze, co pozostało
w naszej pamięci na lata:
„Niech ten różaniec i modlitwa na
nim, towarzyszy wam w trakcie całego waszego życia”
Może warto by zadać sobie
pytanie:
Co zostało nam z tamtych lat?
Takie pytanie zadają sobie często(
choć może nie dosłownie) bliscy zmarłego, gdy w panice
przeszukują szuflady, bądź inne zakamarki, by dokopać się do
różańca, bo jak tu pochować nieboraka nie oplatając
zesztywniałych, martwych jego dłoni tymi modlitewnymi paciorkami.
Różaniec dla wielu stał się
tylko zwyczajnym gadżetem, rodzajem totemu, który warto zachować,
tak na wszelki wypadek.
Może dlatego niektórzy kierowcy
wieszają go na wewnętrznym lusterku swojego samochodu, a bogobojne
panie noszą w zakamarku codziennej torebki?
Uczestniczyłem swego czasu w
pogrzebie znajomego. W cmentarnej kaplicy na ostatnie pożegnanie
zebrało się sporo ludzi, bo zmarły za życia dał się poznać
jako dobry, życzliwy wszystkim człowiek.
Do otwartej trumny podszedł jeden
z żałobników i włożył do kieszeni zmarłego małe zawiniątko.
Później powiedział, że w paczuszce, którą podarował zmarłemu
przyjacielowi, były papierosy i mała buteleczka mocniejszego
trunku, bo tamten za życia lubił jedno i drugie.
Nie wszystkim obecnym spodobało
się zachowanie tego młodego człowieka z zawiniątkiem, które
włożył do kieszeni przyjaciela, co skutkowało krytycznymi
komentarzami takiego zachowania.
A mnie się wydaje, że tam, po
drugiej stronie życia, Dobry Bóg ocenił go z tego, jakim był
człowiekiem, a małą paczuszkę potraktował jako drobny dowód
słabości, od których nikt z nas przecież nie jest wolny.
Myślę także, że o wiele większym
kłopotem dla Niego są ci, którym na drogę ku wieczności, do ręki
przytroczono „gadżet” nigdy przez nich nie używany za życia.
Rozpoczyna się październik, dla
wierzących jest on miesiącem różańca i może warto teraz
przeszukać nasze zapomniane szuflady, by spod rupieci wygrzebać
nasz modlitewny sznur koralików i skorzystać ze sposobności, aby z
niego zrobić użytek.
Kryspin
wtorek, 19 września 2017
Ślub bez bierzmowania?
„Ślubuję Ci miłość,wierność
i uczciwość małżeńską...”
Później dalsza część uroczystej
ceremonii zaślubin i na koniec oboje, z wypiekami wzruszenia, wśród
szpaleru zaproszonych gości, mogą już kroczyć kościelną nawą
ku przyszłości.
Ślub kościelny- małżeństwo, to
bardzo istotny sakrament dla człowieka wierzącego, który Kościół
w swym nauczaniu stawia jako warunek, bez którego choćby intymne
pożycie dwojga ludzi uznaje za coś moralnie niewłaściwego, czyli
po prostu jako grzeszne.
Tak się teraz zastanawiam, jak to
więc jest, że wśród młodych ludzi ten sakrament się zwyczajnie
zdewaluował?
Nie jest dla nikogo tajemnicą, że
młodzi bardzo wcześnie podejmują decyzję o łamaniu kościelnego
zakazu intymnego pożycia przed sakramentalnym Tak.
-Mieszkamy razem, bo oboje studiujemy
poza domem i taniej nam wynajmować wspólne mieszkanie.
-Mieszkamy razem, bo się kochamy, ale
tak do końca jeszcze nie wiemy, czy nasze uczucie przetrwa próbę
czasu i nie chcemy później narażać się na trudności, bo w
Kościele nie ma przecież rozwodów.
-Nie stać nas jeszcze na ślub w
kościele i weselną uroczystość. Może kiedyś, jak się trochę
dorobimy, to wyprawimy nasze zaślubiny.
-Nie zamierzamy w naszym życiu nic
zmieniać, bo uważamy że nie potrzebujemy potwierdzenia (papierka)
dla naszej miłości.
To tylko kilka przykładów
tłumaczenia, którym posługują się dzisiaj młodzi ludzie z
tradycyjnych, katolickich rodzin.
-”Czego innego uczyliśmy nasze
dziecko”-twierdzi matka, która ni jak nie może zrozumieć,
dlaczego jej syn żyje z kobietą na „kocią łapę” i nie
zamierza wziąć z nią ślubu.
Reasumując taki stan rzeczy,
trzeba jasno stwierdzić, że w tej kwestii, mamy do czynienia z
porażką procesu religijnego wychowania.
Największym przegranym jawi się
Kościół, choć przecież w religijnej edukacji młodych się
starał, stosując nawet formę szantażu:
-Nie zaliczysz katechizmu, który
winieneś wykuć na blachę, nie dostąpisz zaszczytu Pierwszej
komunii.
-Nie odbędziesz cyklu nauk
(potwierdzonych kościelnym stempelkiem w kajeciku), biskup nie
udzieli ci sakramentu bierzmowania ( a bez niego nie myśl o
kościelnym ślubie!)
-Nie zaliczysz kursu przedmałżeńskiego,
nie uklękniesz na ślubnym klęczniku!
Nie zawsze jednak jedynym winnym w
tej kwestii jest Kościół, choć i tu nie do końca!
Chodzi mi o kandydatów na
„sakramentalnych” małżonków, którzy mając „letnio
wierzących” rodziców, nie doświadczyli w swoim rodzinnym domu
życia wiary.
Pozwolę sobie w tej chwili na jeden
przykład:
Byli młodzi i pokochali się. Ona z
katolickiego, pielęgnującego praktyki religijne domu, nie
wyobrażała sobie, by w niedzielę nie być na mszy świętej, albo
nie pościć w piątek. Jego religijne doświadczenia ograniczyły
się do chrztu i nawet do Pierwszej komunii rodzice go nie posłali.
Ponad dwadzieścia lat są razem i
pielęgnują wartości, które ona wyniosła z rodzinnego domu.
W każdą niedzielę i święto,
razem z dorosłą już córką , można ich spotkać w parafialnym
kościele. W codziennym życiu kierują się zasadą, by nigdy nie
krzywdzić innych ludzi i w miarę możliwości pomagać
potrzebującym i tylko mają jeden smutek, gdy w czasie mszy świętej,
gdy inni przystępują do komunii, oni pozostają z tyłu kościoła.
Owszem, starali się o zawarcie
sakramentalnego związku, ale słyszeli za każdym razem:”Nie
możecie otrzymać tego sakramentu, bo Jacek nie ma bierzmowania, o
komunii nie wspominając”
Ktoś teraz powie, że mają to na
własne życzenie, bo przecież wystarczyłoby „zaliczyć”
bierzmowanie i po sprawie.
Pewnie w tym jest trochę racji,
ale tak sobie myślę, że sakrament małżeństwa przyjęty ze
szczerym pragnieniem, ma także w sobie Bożą moc, która pomaga w
dochodzeniu do dojrzałości wiary.
Kryspin
wtorek, 12 września 2017
Jesteśmy skazani na to, aby wierzyć!
W roku 2013, na terenie Republiki
Południowej Afryki, dwaj speleolodzy (Hartcourt i Schmidt), w trakcie
wyprawy do jednej z jaskiń dokonali intrygującego odkrycia.
Wewnątrz komory, do której prowadził
bardzo mały otwór, znaleźli szczątki istot, które na pierwszy
rzut oka wyglądały na szczątki ludzkie, choć szkielety miały
zbyt małe czaszki, jak na współczesnego człowieka.
Znaleziskiem zainteresowali się
naukowcy z dziedziny antropologii i stwierdzili, że w ciasnej grocie
zostały złożone szczątki dalekich przodków człowieka
współczesnego(Homo Sapiens), które nazwali Homo Nalendi.
Najbardziej zaskakującym w tym
znalezisku było to, że kości tych hominidów nie znalazły się w
jaskini przypadkowo i jak twierdzi prof. Lee Berger, jedynym
wytłumaczeniem jest to, że nasi dalecy przodkowie, będąc na
zdecydowanie niższym poziomie rozwoju, mieli zwyczaj grzebania
swoich zmarłych i nie wykluczył, że było to związane z jakimś
rytuałem.
To znalezisko(wcale nie jedyne),
potwierdza, że człowiek od zarania swoich dziejów żył w
przeświadczeniu wiary, iż czas jego życia nie dobiega kresu z
chwilą ostatniego ziemskiego oddechu.
Przed dwoma tygodniami napisałem,
że nie tylko fizyka jest nauką i nadal podtrzymuję swoje zdanie,
choć po tamtej publikacji napisało do mnie wielu czytelników
stojących murem za Panem Henrykiem, podzielając jego pogląd,
że:”wszystko, co głosi religia, kłóci się z rozumem i jest
jego obrazą”.
Moi adwersarze sugerowali także,
że wykorzystując cotygodniowe felietony,
uprawiam rodzaj krypto-reklamy Kościoła i jego nauczania, które
odbierają jako „ogłupianie” naiwnych ludzi dla korzyści ( rząd
dusz, władza nad kieszeniami naiwniaków) i to mnie obraża.
Jeden z największych naszych
rodaków, Jan Paweł II powiedział kiedyś znamienne słowa:
”Nie można do końca zrozumieć
człowieka bez Boga i sam człowiek nie może zrozumieć siebie bez
Boga!”
Zważmy na to, że (będąc
najwyższym dostojnikiem Kościoła Katolickiego), nie użył wtedy
stwierdzenia, w którym sugerowałby, iż tylko jego Bóg spełnia
kryteria prawdziwości!
W XI wieku żył mądry człowiek,
którego historia zapamiętała jako Anzelma z Canterbery.
Filozof, myśliciel, Doktor Kościoła,
który swoimi poglądami naraził się wielu jemu współczesnym,
ślepo i bezkrytycznie uznającym prymat słów zawartych w Piśmie
Świętym i pobożnym nauczaniu mistyków, nad zdroworozsądkowym
myśleniem.
Anzelm, korzystając z mądrości
filozofów(na przykład Platona) żyjących dalece wcześniej,
aniżeli powstały zwoje Nowego Testamentu, twierdzi, że:
”Rozum jest niezbędny do wytworzenia
w umyśle ludzkim idei Boga i dopiero potem należy w sobie rozwijać
swoją wiarę!
Powaga Pisma Świętego nie może być
ponad własny intelekt i w swoich poszukiwaniach człowiek winien
skupić się na głosie rozumu, a nie Pisma....
Prawdy wiary należy dochodzić
wyłącznie swoim rozumem (Sola Ratio)”
Ślepy los sprawił, że
urodziliśmy się w środowisku, w którym „monopolistą”w
kwestiach wiary, jest Kościół Katolicki ukazujący nam Boga w
takiej , a nie innej odsłonie.
To jednak nikogo nie zwalnia z
używania rozumu, aby kształtować w sobie świadomość potrzeby
wiary, która jest istotą ludzkiego dziedzictwa!
„Laicyzacja, odchodzenie od
nauczania Kościoła (od wiary)jest procesem nieuchronnym i wprost
proporcjonalnym do rozwoju człowieka”-napisał mi jeden z moich
rozmówców, a mnie wcale to nie cieszy.
Kryspin
wtorek, 5 września 2017
Początek szkoły w dymie kościelnych kadzideł
Wrzesień każdemu uświadamia, że
skończył się czas beztroskiego lata i trzeba powrócić do szarej
rzeczywistości.
Dla kilku milionów uczniów
rozpoczął się okres nauki, którą rozpoczęli na uroczystościach
inauguracyjnych, które odbyły się w każdej ze szkół. Prawie
wszędzie wyglądały one podobnie. W obszernej sali gimnastycznej, w
równych rzędach ustawiły się dziewczynki w białych bluzeczkach
i chłopcy w koszulach tego samego koloru. Na honorowych miejscach, z
dyrekcją na czele, miejsca zajęli zaproszeni goście: lokalni
notable, oraz ksiądz, który dołączył do pozostałych po mszy,
którą zainaugurowano szkolną uroczystość.
No i po takim dniu winno pojawić
się w mediach ( zwłaszcza tych, którym z zasady wszystko
przeszkadza) larum i krzyk niezadowolenia, że szkoła zatraciła
swoją wolność w kwestiach światopoglądowych i stała się
elementem doktryny państwa wyznaniowego, do którego dążą obecne
władze!
Nie zamierzam wyręczać
„obrońców” wolności przekonań, ale uważam, że taka
„ewangelizacja”(odgórnie narzucona) w miejscu, gdzie
spotykają się ludzie o różnych poglądach religijnych, odnosi
skutek daleki od zamierzonego.
Pozwolę sobie powrócić do
przeszłości, gdy Kościół nie był mile widziany w życiu
publicznym.
Moje pokolenie pamięta rozpoczęcia
corocznej edukacji, gdy szkolne aule obwieszone były krzykliwymi
transparentami „reklamującymi” jedynie słuszny kierunek, w
którym winna iść edukacja przyszłych strażników
socjalistycznego porządku.
Po takiej świeckiej imprezie
gremialnie i dobrowolnie udawaliśmy się wtedy do parafialnego
kościoła, by tam uroczystą mszą rozpoczynać kolejny rok
edukacji religijnej
Winienem teraz uściślić moje
stwierdzenia( zwłaszcza młodszym czytelnikom): gremialnie - to
znaczy, że w przytłaczającej większości, bo na palcach jednej
ręki można było policzyć tych, którzy w religijnej edukacji nie
uczestniczyli; dobrowolnie – bo bez przymusu!
Sporo czasu upłynęło od tamtych
lat: zmienił się ustrój i tylko we wrześniu jak co roku, w
naszych szkołach dzieciaki rozpoczynają kolejne lata swojej
edukacji.
Obalenie dawnego porządku, poza
wolnością: w gospodarce, kulturze, życiu codziennym zwykłych
ludzi, poskutkowało czymś jeszcze, czyli wolnością w aktywności
Kościoła zagwarantowaną w Konkordacie! Ten zaś skwapliwie
rozpoczął „konsumpcję”przywilejów wynikających z podpisanej
umowy.
Jednym z pierwszych”sukcesów”
tego porozumienia było przywrócenie należnego miejsca dla lekcji
religii, która odtąd powróciła do szkół stając się jednym z
przedmiotów wpisanych w tygodniowy plan zajęć dla dzieciaków!
Pozwoliłem sobie słowo sukces oznaczyć cudzysłowem, bo wcale nie
uważam( w przeciwieństwie do większości kapłanów), że to była
dobra decyzja!
Może to tylko zbieg
okoliczności(bo świat się zmienił, bo laicyzacja, bo takie
czasy....), ale jakimś dziwnym trafem pokolenie wyedukowane w
trakcie szkolnych lekcji religii( ludzie w wieku: 30-40 lat),
stanowią obecnie grupę najmniej religijną.
W tym przedziale wiekowym jest
najwięcej tzw:”wierzących, niepraktykujących”, którzy swoje
kontakty z Kościołem ograniczają do okazjonalnych ceremonii:
chrzcin, pierwszych komunii ich pociech, ślubów czy pogrzebów
najbliższych, i na tym kończy się ich „przygoda”z Religią.
Jeżeli zatem tak jest, to wynika z
tego, ze teraz w szkolnych ławach zasiadają dzieci tychże rodziców
i ceremonia inauguracji roku szkolnego w dymie kościelnego kadzidła,
staje się dla nich mało zrozumiałym, folklorystycznym spektaklem,
który trzeba odstać i koniec.
To samo tyczy się lekcji religii,
w trakcie których facet ubrany w czarną sukienkę opowiada im
historie, które odbierają niczym mity z antycznej cywilizacji.
Kryspin
wtorek, 29 sierpnia 2017
Nie tylko fizyka jest nauką
W pierwszych latach drugiej połowy
minionego wieku przeżywaliśmy zachwyt nad potęgą ludzkiego
rozumu, który zaowocował epokowym osiągnięciem, jakim stał się
początek podboju kosmosu.
Od tego czasu poczuliśmy moc
ludzkiej myśli, która miała otworzyć nam obszary dotąd nieznane,
które fascynowały naszych przodków od zarania dziejów.
Tajemnica wszechświata zdawała się
być dosłownie na wyciągnięcie ręki. Znalezienie odpowiedzi na
fundamentalne pytania: kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy i jakie
jest nasze przeznaczenie, zdawało się być tylko kwestią czasu.
Zaufanie w siłę rozumu, rozwój
naukowego pragmatyzmu zdawały się dawać człowiekowi wolność
między innymi od wiary, którą winien zastąpić wiedzą
empiryczną!
Gdy na ziemię powrócili pierwsi
kosmonauci naszego wielkiego sąsiada, stwierdzili, że tam w oddali
od naszej planety widzieli: gwiazdy, galaktyki, niezliczone ciała
niebieskie, ale nigdzie nie dostrzegli Boga, więc to jest dowód, że
On nie istnieje!
Nie potrzeba być nadzwyczaj
bystrym, bo śmiechem skwitować taką konkluzję osób, które były
z pewnością fachowcami od fizyki, astronomii, czy innych nauk
empirycznych, ale na pewno nie byli uprawnieni do zajmowania
stanowiska w sprawach, którymi zajmują się filozofia i
teologia.(Od stuleci, przez świat nauki, uznane jako dziedziny
wiedzy!)
„Mam 74 lata, ale od dwunastego
roku życia zacząłem wątpić w to, co głosi religia!
Wychowywałem się na wsi wśród
wierzących w Boga, biednych ludzi. Od zawsze fascynowałem się
fizyką, matematyką i naukami przyrodniczymi.
Religia kłamie, że człowieka
stworzył Bóg! Człowiek powstał na drodze ewolucji, a w kosmosie
żadne niebo, piekło, czy czyściec nie istnieją.
Bogowie i religie są tworem ludzkiej
wyobraźni i tylko w ludzkich głowach.
Jakie to bardzo naiwne wierzyć w
anioły czy modlitwę. One mają rację tylko w atmosferze, a
przecież poza nią skrzydła są nieprzydatne, ani słowa się nie
rozchodzą. Podobnie z wymyśloną sprawą, że człowiek ma duszę.
Niby jest wrażliwa na ogień, piekło, a na zimno już nie?
A w kosmosie jest 269 stopni na
minusie!
Wszystko, co głosi religia, kłóci
się z rozumem i jest jego obrazą!”
No i co mam odpowiedzieć Panu
Henrykowi?
Z pewnością oczekiwałby jakiejś
polemicznej dyskusji z mojej strony, ale może zamiast niej, opowiem
historię, która ponoć zdarzyła się wiele lat temu.
W latach pięćdziesiątych
minionego wieku, gdy władza ludowa na polskiej wsi prowadziła akcję
uświadamiania ciemnego ludu, w wiejskich świetlicach odbywały się
prelekcje na temat tego, że wiara to zabobon, z którym najlepiej
się rozstać.
W trakcie jednego z takich spotkań,
które realizował „ekspert” po WUML-u (Wieczorowym Uniwersytecie
Marksizmu i Leninizmu), zgłosił się gospodarz zadając mu pytanie:
Drogi prelegencie, mam owcę, konia i
krowę. Wszystkie pasą się na tym samym pastwisku i jedzą trawę.
Później koń robi pączki, krowa placki, a owca małe kuleczki.
Jak to wytłumaczyć?
Prelegent nieco zaskoczony pytaniem,
zupełnie odbiegającym od tematu spotkania, po chwili odpowiedział:
-No nie umiem odpowiedzieć na to
pytanie, bo się na tym nie znam.
-A to ciekawe? - Powiedział gospodarz
z retorycznym tonem i zaraz potem dodał:
-Na g.....ch się Pan nie zna, a poucza
Pan nas o Bogu?
Tak na koniec mój gorący apel do
panów Henryków, których jest bardzo wielu. Nikt nie zabrania mieć
wam osobistego zdania na temat waszej wiary, wątpliwości, czy
niewiary.
Jeżeli jednak potrzebujecie
uzasadnienia (często dla samych siebie), waszego przekonania,
podejmijcie trud edukacji także w tych kwestiach.
Kryspin,
wtorek, 22 sierpnia 2017
Węzeł gordyjski
Oboje są już w „słusznym”
wieku (tak mniemam po długim małżeńskim stażu).
Kiedyś połączyła ich miłość,
która przetrwała wiele lat i zaowocowała potomstwem, bardzo już
dorosłym (wszyscy mają swoje rodziny).
Kobieta w tym związku zadbała
o ich religijne (katolickie) wychowanie i sama przez lata dochowała
wierności wierze uczestnicząc systematycznie w niedzielnych
nabożeństwach z jednym, ale jakże dla niej bolesnym ograniczeniem.
Od lat nie może cieszyć się pełnią
sakramentalnego życia, bo systematycznie spotyka się z odmową
rozgrzeszenia.
Powodem tego jest fakt, że przed laty
pokochała mężczyznę innego wyznania. Miłość jej życia,
ojciec ich dzieci co niedziela chodzi do cerkwi, gdzie pielęgnuje
tradycję wiary swoich przodków.
Aby przypadek zdał się jeszcze
bardziej zawiły, niewiasta napisała, że ich związek od lat (od
czasu choroby nowotworowej jej ukochanego), nie jest „konsumowany”
w ludzkim rozumieniu.
Po takim bagażu informacji moja
rozmówczyni zapytała mnie jakie widziałbym rozwiązanie jej
problemu?
Pozornie sprawa wydała mi się
banalnie prosta i dlatego odpisałem, aby zwyczajnie zawarli
kościelny ślub w formule sakramentalnego związku katolika z osobą
innego wyznania i sprawa załatwiona.
Gdyby jednak z jakiegoś powodu
nie zamierzali pójść tą drogą i zostawić wszystko po staremu,
to istniała przecież jeszcze inna przesłanka( wspomniała o niej
pisząc o chorobie ukochanego), która otwierała drzwi do pełni
sakramentalnego życia zatroskanej niewiasty.
No i przeliczyłem się z moim
optymizmem, o czym świadczył kolejny mail, gdy już od pierwszych
słów odpowiedziała zdecydowanym tonem: ”Nie zamierzamy nic
zmieniać w naszym związku!”
W pierwszej chwili poirytowała mnie
taka odpowiedź, ale gdy przeczytałem dlaczego w takim tonie
wyraziła swój sprzeciw wobec moich sugestii, zrozumiałem.
Kobieta uzasadniła swój sprzeciw
wiarą i przekonaniem religijnym jej i życiowego towarzysza także.
Nie mogli zawrzeć związku
małżeńskiego w kościele katolickim (w formule sakramentu z osobą
innego wyznania), gdyż to równałoby się z wykluczeniem jej
ukochanego z kościoła prawosławnego, a w przypadku ślubu w
cerkwi, to ona musiałaby przejść na prawosławie.
Oboje pragnęli zachować swoją
wiarę i przez lata starali się być dobrymi członkami swoich
religijnych wspólnot:ona kościoła, a on cerkwi.
Pewnego razu jeden z kapłanów
poinformował ją, że znalazł „sposób”, aby mogła otrzymać
rozgrzeszenie.
Zaprosił oboje do biura parafialnego i
podsunął im do podpisu zobowiązanie, iż od tej pory ich związek
będzie „białym” (czyli, że deklarują trwałą rezygnację z
cielesnych zbliżeń)
Zszokowana kobieta odpowiedziała:
-”Codziennie modlę się o to, aby
Dobry Bóg przywrócił mojemu ukochanemu zdrowie, a wtedy pierwsza
będę pragnęła cielesnego spełnienia z nim, bo go kochałam,
kocham i zawsze będę kochała, więc nie mogę tego podpisać!”
Innym razem, pobożny zakonnik
odesłał nieboraków do Sądu biskupiego, który winien rozeznać
ich problem.
I tak ten swoisty „gordyjski węzeł”
trzyma ich w swoich pętach po dziś dzień!
A mnie się wydaje, że jedynym,
koniecznym rozwiązaniem dla nich jest to, aby trafili na mądrego
kapłana, który ucieszyłby się co najmniej dwoma powodami, dla
których zasługują na pełnię praw w kościele i w cerkwi:
Pierwszym jest ich wierność swojej
wierze, a drugim miłość wzajemna, pielęgnowana przez lata.
Każde(także kościelne)prawo
winno pomagać człowiekowi być: dobrym, prawym, uczciwym wobec Boga
i ludzi; a takim się staje, gdy kieruje się miłością!
Kryspin
środa, 16 sierpnia 2017
Ucho igielne
„Wiele lat obserwuję otaczającą
mnie rzeczywistość i zwróciłem szczególną uwagę na działania
KK. Przypomina mi się również pewien cytat:”Prędzej wielbłąd
przejdzie przez ucho igielne”. Obraz, który widzę na co dzień,
jest zatrważający. Wygląda na to, że większość (i to
znakomita)” pracowników” KK nie chce się dostać do miejsca, o
którym tak chętnie opowiadają...
Reszta wniosków sama się nasuwa i nie
muszę ich tutaj przytaczać. Pozdrawiam”-
Podpisany imieniem i nazwiskiem
czytelnik.
Jeden z wielu listów, po którym
moi mailowi rozmówcy oczekują, że wpiszę się w ten nośny trend
wyliczania bogactwa, w jakim pławi się Kościół i gorszącego
zachowania jego „pracowników”, łączących swoją aktywność
zawodową (powołanie) z mamoną.
Teraz powinienem pobawić się w
wyliczankę(najlepiej popartą przykładami) : podać miejsca
(parafie) i nazwiska kapłanów, którzy posiadają luksusy, niekiedy
niedostępne dla maluczkich.
No mógłbym jeszcze pojechać po
hierarchach, mających do swojej dyspozycji samochody z najwyższej
półki dilerskich salonów.
I na koniec „wisienką na torcie”,
byłby przykład zakonnika -biznesmena, który w podległych mu
mediach modlitewne zdrowaśki przeplata numerem konta, na które
pobożne duszyczki winny wpłacać spore datki.
Zawiodę jednak( i pewnie kolejny
raz spotkam się z zarzutem o sprzyjanie moim dawnym kolegom-kapłanom
KK) i nie wpiszę się w tę wyliczankę katolików(i pewnie nie
tylko tych praktykujących), będącą tematem rozmów przy
niedzielnym placuszku zajadanym w otoczeniu najbliższych.
Przed kilkoma laty w Indiach, kraju
wielkim jak kontynent i ludnym ponad wyobrażenie, pojawił się
inwestor (Anglik z urodzenia) i założył tam fabrykę produkującą
tkaniny. Pewnie był jednym z tysięcy inwestorów, którzy w tym
wielkim i biednym kraju zwietrzyli szansę na tanią siłę roboczą,
przez co mogli liczyć na szybkie wzbogacenie się.
Ten człowiek był jednak inny. W jego
zakładach(zatrudnia kilka tysięcy pracowników), ludzie zarabiają
dwa razy więcej, aniżeli pracownicy podobnych firm rozsianych na
terenie tego wielkiego kraju. Ekscentryczny biznesmen nie robi tam
interesu życia- nie pławi się w luksusie, jeździ skromnym
samochodem i zostawia dla siebie kilkaset dolarów, bo stwierdził,
że to mu wystarcza, a i tak żyje na całkiem dobrym poziomie.
Może teraz trochę bliższy nam
przykład.
Człowiek, którego znają chyba
wszyscy. Lider wielkiej partii, który na co dzień budzi w naszym
społeczeństwie skrajne emocje-od uwielbienia po nienawiść.
Pewnie wzorem innych liderów
politycznych powinien poużywać luksusu bogactwa, a poprzestaje na
skromnym, lekko już znoszonym garniturze i mieszka w leciwym
szeregowcu, który pewnie odziedziczył po rodzinie.
Ktoś powie, że jest już w wieku, gdy
nie przykłada się wagi do dóbr materialnych i nie ma rodziny(poza
kotem), więc po co mu góra bogactwa?
On pewnie myśli podobnie, bo
zrezygnował z dobrodziejstwa comiesięcznej emerytury, którą
przeznacza na cele charytatywne i zadowala się poselską dietą(
choć pewnie teraz ktoś zauważy, że ona wcale do małych nie
należy i to prawda)
Łatwo potrafimy wyliczać nadmiar
innym i słusznie zauważamy, że w przypadku ludzi Kościoła to
szczególnie razi.
Pozwolę sobie jednak zauważyć,
że KK (Kościół katolicki) to nie tylko ludzie w sutannach, ale my
wszyscy, którzy stanowimy wspólnotę w nim.
A gdyby tak każdy z wiernych
parafialnej trzódki oddawał na rzecz biedniejszych, powiedzmy 10%
ze swoich zarobków (tych ponad przeciętnych!), to może byśmy się
czuli trochę lepiej i to „igielne ucho” nie byłoby czymś
niemożliwym do przebrnięcia?
I może na koniec warto przypomnieć
sobie przypowieść Chrystusa o Bogaczu i Łazarzu?
Na końcu naszego ziemskiego czasu
Bóg będzie rozliczał nas z wrażliwości wobec naszego bliźniego,
każdego z nas: tego w sutannie, ale i chodzącego w krawacie
biznesowego sukcesu także!
Kryspin
wtorek, 8 sierpnia 2017
Toaleta przy kościele.
Przyznaję, że po każdym artykule, z wielką przyjemnością czytam na mojej
skrzynce mailowej listy od czytelników.
Staram się odpisywać na każdy z
nich, niezależnie, czy piszący zgadzają się z moim stanowiskiem,
czy mają odmienne zdanie.
Są także takie maile, w których
dostaję prośby, by w kolejnych artykułach poruszyć jakiś temat
nurtujący czytelników.
Właśnie w takim tonie napisał
do mnie starszy mężczyzna i przyznaję, że zaskoczył mnie
problemem, z którym się zwrócił:
„....Zawsze czytam Pana artykuły z wielkim zainteresowaniem. Sam kiedyś chciałem być
księdzem, ale dobrze, że nim nie jestem. Kiedy widzę rozbieżność
między tym co mówią, a co robią, to gdyby to widział Jezus, to
pewnie nie chciałby być jednym z nich. A przecież podobno gdzieś
napisano, że”nie słowa, ale czyny twoje zostaną policzone”.
Zadaję sobie często pytanie o to,
czy modlitwa polega tylko na bezmyślnym klepaniu paciorków,
zaliczaniu pielgrzymek, klęczeniu z przekrzywioną głową itd.?
Nie!!! Po stokroć nie!!! Ona
polega na codziennym czynieniu dobra, czyli na robieniu dobrych
uczynków oraz na realizowaniu(a nie tylko na gadaniu) codziennie
aktów miłosierdzia. Jest to znacznie trudniejsze, aniżeli klepanie
paciorków.
Podam tylko jeden przykład. Przy wielu
kościołach istnieją toalety, wybudowane nawet przed wojną(pamiętam
to!) Ale dlaczego są one zawsze zamknięte?
Kiedy zwróciłem się do kilku
proboszczów z prośbą o codzienne(nie tylko w niedzielę) stałe
udostępnienie ich wiernym, odpowiedzieli, że nie jest to
możliwe(choć były otwarte przed wojną), ponieważ mogliby
korzystać z nich:narkomani, tzw. „ciemny element”, drobni
złodzieje, niszczyciele sprzętów, a może nawet prostytutki itd!
To ja zapytałem, czy to także nie są
nasi bliźni, którym szczególnie należy okazywać miłosierdzie?
Bo nie chodzi tylko o puste gadanie o
miłosierdziu, ale na czynieniu dobra!
Jest przecież wiele kobiet w ciąży,
małych dzieci, seniorów, mężczyzn z problemami prostaty, osób z
problemami dróg moczowych itp. którzy ciągle muszą korzystać z
takich przybytków.
A że przy tym nieco nabrudzą, to co z
tego? Nawet jeśliby trzeba było po nich posprzątać, nawet kilka
razy dziennie. Jest to problem, ale tylko dla tych wygodnickich
proboszczów, którzy trzymają głowy zadarte wysoko i starają się
unikać trudu....”
Przez chwilę zastanawiałem się
nad tym nietypowym problemem o którym napisał ten człowiek, ale
zaraz przypomniałem sobie, że to ma sens.
Papież Franciszek, specjalista od
zadziwiania swoich współpracowników, poszedł przecież o wiele
dalej, udostępniając bezdomnym watykańskie prysznice. Do tego
zaprosił okolicznych fryzjerów, by za darmo tam strzygli biedaków.
Nie poprzestał jednak tylko na tym, bo obok łaźni polecił
urządzić jadalnię, by tam ich częstować posiłkami( w których
nota bene sam często uczestniczy)!
Jest jeszcze coś niesamowitego w tym
wszystkim, co możemy zaobserwować, gdy media pokazują takie
„wydarzenia” zza Spiżowej Bramy. Ojciec Święty tryska radością
i widać, że nie jest to uśmiech na potrzeby wizerunku. On
autentycznie jest wtedy szczęśliwy!!
„Nie słowa, ale czyny twoje
zostaną policzone"
Może warto mieć to na uwadze
czcigodni zarządcy parafialnych trzódek?
Pomysł starego człowieka z
kościelnymi toaletami nie jest wcale taki absurdalny....
A gdyby tak jeszcze go poszerzyć?
Gdyby przy parafiach stworzyć
miejsca do przywracania higieny, w których biedni, bezdomni, nawet
ci, co w oparach alkoholowego nałogu zatracili zapach czystego
ciała, mogliby poczuć się na nowo ludźmi, to nie byłby to
wspaniały uczynek wrażliwości wierzącej wspólnoty?
A koszty, trud poniesiony, by
takim zagubionym owieczkom okazać odrobinę serca?
One nie są wcale takie duże, gdy
zważymy na to, że te uczynki miłosierdzia, po stokroć zostaną
zapisanie jako bilet wstępu do wiecznego przeznaczenia nas
wszystkich!
Kryspin,
wtorek, 1 sierpnia 2017
Parafie gorszego Boga
Są
dwie profesje, które wyróżnia się dodatkowym określeniem:
Powołanie: to zawód lekarza i posługa kapłańska.
Wśród
podobieństw możemy wyliczyć: identyczny czas studiów(6 lat) i
następne lata praktyki w „zawodzie”. Lekarz staje się
rezydentem i robi specjalizację, a ksiądz rozpoczyna posługiwanie
jako wikariusz w kolejnych parafiach i także się dokształca, by po
cyklicznych kurialnych kursach, złożyć egzamin proboszczowski.
Później jeden i
drugi musi już tylko czekać na realizację swoich pragnień.
Lekarz podejmuje
praktykę w wybranej przez siebie specjalizacji, a ksiądz wikariusz
otrzymuje dekret, w którym biskup powierza mu samodzielność na
parafialnej niwie.
Podobieństwa w
powołaniu tych dwóch ludzi wcale się jednak na tym nie kończą i
nadal występują:
Lekarz realizujący
się w prestiżowej klinice, z pewnością czuje się lepiej od
kolegi, któremu udało się załatwić etat gdzieś w
prowincjonalnym szpitalu?
Podobna sytuacja
ma miejsce w przypadku kapłanów delegowanych do samodzielnej pracy
w przydzielonych im parafiach.
W każdej
diecezji można podzielić parafie na dwie kategorie: chwilówki i
placówki docelowe.
Chwilówka, to
parafia, którą kapłan obejmuje z nietęgą miną i uważa, że
doznał krzywdy.
W takiej
wspólnocie duszyczek jest mało, a jeszcze większość z nich to
bezrobotni (np. parafie popegeerowskie).
No i ksiądz
proboszcz czuje się zawiedziony, dlatego całą energię kieruje na
znalezienie wyjścia z tej niezręczności.
W podobnej
sytuacji znalazł się kiedyś mój seminaryjny kolega, gdy została
mu przydzielona pierwsza samodzielna parafia. To była dla niego
sytuacja jak z sennego(kapłańskiego) koszmaru. Wszem i wobec żalił
się na niesprawiedliwość (bez wycieczek personalnych, tak dla
ostrożności) i zastanawiał jak odmienić swój los?
Ale od czego ma
się przyjaciół?
Innemu koledze
bardziej się poszczęściło. Biskup skierował go do ciekawszej
parafii, w której łatwiej związać koniec z końcem, a i
perspektywy awansu rysowały się całkiem spore.
Kursowy kolega
miał jeszcze jeden atut: był ulubieńcem kościelnego hierarchy i
bez większego trudu załatwił nieszczęśnikowi nowe, „lepsze”
miejsce proboszczowskiej posługi.
No i wszyscy byli
zadowoleni...
Takie
zadowolenie winni przejawiać także parafianie z tej „chwilówkowej”
parafii, bo może w końcu trafią na kapłana z powołaniem, a jeśli
nawet nie, to po krótkim czasie doczekają się zmiany.
W gorszej
sytuacji są wierni, których kościelne władze na długie lata
uszczęśliwiają proboszczami traktującymi parafialną wspólnotę
jak dopust Boży.
Był wtorkowy
poranek, gdy przed laty spotkałem w moim osiedlowym sklepie dawnego
kolegę z seminarium, a którym mówiono, że przeszedł do cywila.
Zapytałem go,
czy mieszka gdzieś niedaleko, a on z rozbrajającą miną oznajmił
mi, że robi zakupy, bo za chwilę wraca do swojej parafii.
Odpowiadając
na moje zdziwienie, oznajmił, że jego miejsce kapłańskiej
posługi, to popegeerowska dziura, w której nie ma co robić, no ale
zważywszy na to, że powrócił po trzech latach do duchownego
stanu, nie wypadało więcej biadolić.
Póki co, to
często w gorszej sytuacji są wierni parafii, które określiliśmy
mianem docelowych.
Biskupia
„ruletka”( albo subiektywna ocena kościelnego przełożonego),
często „uszczęśliwia” takich parafian proboszczem, który
przez długie lata(niekiedy kilkanaście i więcej), robi wszystko,
by pokazać im, że nie przyszedł służyć, ale by mu służono.
A przecież
mogłoby być tak pięknie, zwyczajnie.
Gdyby posługa
proboszcza była kadencyjna (np. 4 + 4 lata max) i po tym okresie
następowała by zmiana?
Gdyby ksiądz
nie spełniający się w samodzielnej(proboszczowskiej) posłudze,
powracał do pozycji wikariusza, tak dla przypomnienia sobie, na czym
polega kapłańska posługa?
Kryspin
wtorek, 25 lipca 2017
Rozwód z biskupem
„Dzień dobry Kryspinie.
Czytałem Twoje książki. Jestem
kapłanem, który pokochał kobietę taką zwyczajną, ludzką
miłością. Wykonuję każdego dnia moją kapłańską posługę,
ale gdy przychodzi wieczór i próbuję kończyć go kapłańską
modlitwą brewiarzową, moje myśli biegną do niej i wtedy
przeżywam wielkie cierpienie. Pragnę szczerego kapłaństwa i
staram się uciekać od myśli o kobiecie, którą pokochało moje
serce, ale nie potrafię. Choć rozum stara się mi narzucić, że
muszę uwolnić się od tej „słabości”, to i tak przegrywam tę
walkę z samym sobą.
Kocham i żyję nadzieją, iż
nadejdzie takin dzień, gdy będę z moją ukochaną tak normalnie,
bez strachu, bez wścibskich oczu, które karmią się skandalami
kapłańskich, zakazanych miłości.
Zazdroszczę tym wszystkim, którzy
mogą iść przez życie mając u swojego boku ukochaną osobę, a
mnie tego nie wolno.
Nie mam z kim o tym porozmawiać,
choć kiedyś wbijano mi do głowy, że ksiądz nigdy nie jest
samotny, bo ma współbraci w kapłaństwie i wiernych w parafii,
którzy tworzą z nim rodzinę.
Teraz, gdy patrzę na to z
perspektywy kilkunastu lat, które upłynęły od dnia moich święceń;
mogę powiedzieć, że to są puste frazesy.
Kapłan jest skazany na samotność,
nawet gdy otacza go tłum.
Przeżywam stan beznadziei,
załamania, bo uświadamiam sobie, że nie chcę tak żyć
Boję się jednak podjąć decyzję
o mojej przyszłości.”
Przez kilka dni pozostawiłem ten
list bez odpowiedzi zastanawiając się, czy mam prawo zająć
stanowisko i otwarcie udzielić mu odpowiedzi, w której zawarta by
była jasna sugestia:
Zrób tak a tak i problem pozostanie
poza Tobą.
Nie zrobiłem tego, ale zadzwoniłem i
zwyczajnie z nim porozmawiałem, nie sugerując, co powinien zrobić
ze swoją przyszłością.
W pewnym momencie zapytałem go, czy o
tych swoich rozterkach próbował porozmawiać ze swoimi
przyjaciółmi, kapłanami?
Po chwili ciszy odpowiedział:” Wśród
kapłanów nie ma przyjaźni i o takich sprawach trudno się
rozmawia, a gdy już, to w żartobliwej formie.”
Kilka miesięcy temu mój dawny
seminaryjny kolega, obecnie nobliwy kanonik, dziekan, powiedział mi,
że w mich książkach szkaluję stan duchowny i szkodzę Kościołowi
i on będzie się modlił o moje nawrócenie.
Jestem wdzięczny za zapewnienie o
modlitwie,ale nie uważam, abym robił coś złego rozmawiając z
tymi, którzy szukają pomocy stojąc przed koniecznością wyboru.
„Bądź zimny, albo gorący”,(
Apokalipsa św. Jana, 3,15), czyli bądź autentycznym wobec siebie i
innych!
Prawie dwa lata temu napisała do
mnie młoda kobieta będąca w nieformalnym, wieloletnim związku ze
starszym od siebie kapłanem. Przed kilkoma dniami odezwała się do
mnie kolejny raz:
„Mój ukochany jest wreszcie po
„rozwodzie z biskupem”, a wczoraj poprosił mnie o rękę!”
Tak na koniec mój apel i gorąca
prośba:do kapłanów, którzy są w nieformalnych związkach, bo
pokochali „ ludzką miłością”.
Bądźcie:”zimni, albo gorący”!
Często przed podjęciem decyzji::
Odchodzę, bo kocham", przeżywacie lęk przed napiętnowaniem,
niezrozumieniem środowiska, czy zgorszeniem, jakie będą wam
przypisywać wasi kościelni przełożeni.
Prawdziwym zgorszeniem i godnymi
napiętnowania są ci, o których Apokalipsa mówi w dalszej
części:”a tak, skoro jesteście letni....będę was wypluwać z
moich ust”
W tym gronie są wasi współbracia,
którzy nie raz żartobliwie tłumaczą samym sobie, że:
„Celibat
to tylko bezżeństwo, ale wcale nie zabrania cielesnych uciech ”
W gronie tych letnich są także
decydenci Kościoła godzący się na fikcję nieludzkiego (Bożego
tym bardziej!) wymogu celibatu!
Kryspin,
wtorek, 18 lipca 2017
Fioletowy pomponik
Dzisiaj spróbuję przybliżyć
czytelnikom sprawę awansów w hierarchii kościelnej na poziomie
parafialnym. Do przybliżenia tego tematu zainspirował mnie list
jednego z czytelników.
„W naszej parafii przez ponad
trzydzieści lat proboszczem był ksiądz Mieczysław, który przez
lata stał się bliskim znakomitej większości tych, którzy co
niedziela wypełniali naszą świątynię.
Pomimo upływających lat, gdy myśmy
dorastali, zakładali nowe rodziny i tak po ludzku stawaliśmy się
coraz bardziej dojrzałymi ludźmi, on pozostawał nieustannie taki
sam: z nieodłącznym, życzliwym uśmiechem, pamiętający każdego
z nas z imienia, zawsze znajdujący chwilę, by zwyczajnie
porozmawiać o radościach i troskach nas dotykających.
Parafianie lgnęli do niego i nawet
ci, którym mógłby za niejedno pogrozić palcem, nie uciekali od
spotkań z nim, bo wiedzieli, że w każdym człowieku potrafił
dostrzec dobro i przez to potrafił wskazywać drogę powrotu na
ścieżkę lepszego życia i wielu na nią wracało.
Jedynym, co szczerze nas martwiło,
to zdrowie księdza Miecia, który będąc jeszcze dzieckiem,
zaliczył koszmar obozu koncentracyjnego i tamten czas upomniał się
o zapłatę w postaci postępującej choroby.
W ostatnich miesiącach służby dla
naszej wspólnoty dało się zauważyć, że nawet odprawianie mszy
świętej sprawiało mu zwyczajne cierpienie. Drżący głos i coraz
bardziej rozdygotane dłonie, w których ukazywał nam
eucharystycznego Chrystusa sprawiały, że te nabożeństwa były
inne od tych z czasu, gdy nasz proboszcz zarażał wiernych radością
przeżywania uczty Pana, jak zwykł nazywać niedzielną mszę.
Od ponad dwóch lat mamy nowego
proboszcza, Księdza Mirosława: od roku kanonika, o którym to
wyróżnieniu poinformował nas biskup po bierzmowaniu w naszym
kościele.
Nasz nowy proboszcz jest inny od ks.
Mieczysława i nie chodzi mi tylko o wiek, czy zewnętrzny wygląd.
Nie ma w nim ciepła i życzliwości
tamtego kapłana, a zamiast tego emanuje oziębłością kościelnego
inkwizytora i człowieka biznesu, który bez skrupułów potrafi
łupić naiwnych, by zrealizować swoje wizje.
Kilka tygodni po objęciu naszej
parafii dał się poznać z tego, że pieniądz rzucony na tacę,
więcej dla niego znaczy, aniżeli poczucie bliskości z Chrystusem,
co tak nas fascynowało w postawie naszego poprzedniego proboszcza.
Teraz tego nie ma i pozostał tylko chłód.
Prawie w tym samym czasie, gdy nasz
biskup poinformował nas o nadaniu godności kościelnej naszemu
proboszczowi, doszła do nas smutna nowina z domu księży emerytów,
że zmarł nasz stary proboszcz
Wkrótce nasz stary duszpasterz
ostatni raz powrócił do ukochanej przez siebie świątyni, gdzie
odbyły się uroczystości pogrzebowe. Na cmentarz odprowadzała go
chyba cała parafia i ludzie na zmianę nieśli trumnę z czarnym
biretem umieszczonym na wielu obok krzyża i chyba nie tylko mnie
było trochę przykro, że to nakrycie głowy noszone przez kapłanów,
nie wieńczył fioletowy pompon, który dumnie wieńczył głowę
naszego nowego proboszcza.
Ks. Mirosław został przeniesiony
do nas z parafii położonej na drugim krańcu naszej diecezji, z
której odszedł w atmosferze obyczajowego skandalu ( o czym
dowiedziałem się od mojej siostry, która mieszka w tamtejszej
parafii)
Pytam więc: Czym kierują się
hierarchowie przy przyznawaniu wyróżnień i godności, jakimi
nagradzają niektórych kapłanów?”
No cóż?
Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć i
dlatego tylko mogę tylko zacytować wyjaśnienie Wikipedii:
„Kanonik (łac:canonicus),
wczesnośredniowieczna nazwa duchownych, żyjących według reguł
kanonicznych przy kościołach biskupich(katedrach); obecnie duchowny
uhonorowany godnością za szczególne zasługi dla kościoła
lokalnego”
A swoją drogą, może warto by zapytać
swojego biskupa o te „szczególne zasługi” jakimi musiał
wykazać się wasz proboszcz, by załapać się na prawo do
fioletowego pomponika na swoim birecie?
Kryspin,
Subskrybuj:
Posty (Atom)