wtorek, 31 października 2017

Kazanie na pogrzebie


   W tych dniach najczęściej odwiedzanym miejscem, do którego pielgrzymują tłumy, są cmentarze.
Z racji święta 1 listopada gromadzimy się wokół tych, których kiedyś odprowadziliśmy w ich ostatnią drogę.
  Może zapalając na ich grobie lampkę pamięci, snujemy wspomnienia z nimi związane.
Przetaczają się nam przed oczami sceny z ich życia, a niekiedy także i te z ich ostatniego pożegnania, pogrzebu.
   Był wtedy kondukt żałobników: bliska rodzina, grono znajomych, sąsiadów i tych wszystkich pozostałych, którzy przyszli z różnych powodów.
   A..., i jeszcze ksiądz, który przewodniczył ceremonii.
Pogrzebowy marsz poprzedziła msza w cmentarnej kaplicy, bądź w parafialnym kościele i to wszystko....
  No może warto wspomnieć, że celebrans w kazaniu mówił tak ciepło, starając się pokrzepić zasmuconych.
A o czym konkretnie było pogrzebowe kazanie?
-„No jak to o czym....? Ksiądz mówił o Panu Bogu i o naszym przeznaczeniu”-odpowiedzą ci bardziej gorliwi, a reszta wspominających zbywa pytanie ogólnikiem:
-”No to co zawsze się mówi przy takiej okazji”
   Rytuał, ściśle przewidziane modlitwy, których słowa często jawią się uczestnikom kościelnych uroczystości niczym tajemnicze zaklęcia, to nie sprzyja głębi przeżywania liturgicznego zgromadzenia.
   Owszem, będąc częstym uczestnikiem takowych, nawet potrafimy recytować odpowiedzi z mszalnego dialogu, czy śpiewać żałobne „Witaj Królowo.”, ale co po tym wszystkim w nas zostaje, gdy powracamy do życia poza ?
   Jest jeden element zmienny i stały zarazem, który Kościół przewidział jako dodatkowe duszpasterskie narzędzie, to homilia, kazanie głoszone w czasie liturgii, także pogrzebowej
-„Byłam ostatnio na kilku pogrzebach moich bliskich i odczuwam niedosyt związany z kazaniami, które za każdym razem były takie same. Stek ogólników przeplatanych urywkami z Biblii i ani jednego słowa o zmarłym, jakby całe jego życie było mało istotnym epizodem.
Owszem, jeden z pogrzebów odbywał się na dużym, miejskim cmentarzu, gdzie ceremonię prowadził jakiś „dyżurny” kapłan, który tego dnia odprowadzał któregoś tam zmarłego i miał pewnie przed sobą jeszcze kilka takich „taśmowych” pochówków ( kolejna ceremonia miała się odbyć za pół godziny), ale pozostałe prowadzili kapłani z małych parafii i znali zmarłych, których pogrzebom przewodniczyli.”
   Podzielam poczucie niedosytu, jakie towarzyszyło mojej mailowej rozmówczyni, bo także ostatnio miałem wątpliwą przyjemność wysłuchiwać tego rodzaju „oratorskich” popisów kapłanów, których homilie brzmiały w podobnym tonie.
   Pewnie teraz mógłbym przenieść się do ubolewań nad kazaniami w trakcie niedzielnych liturgii i bez większego trudu dojść do podobnych konkluzji, ale pozostawmy to.
   Homilia pogrzebowa to jedna z nielicznych okazji do rozmowy księdza z tymi, którzy swoje kontakty z Panem Bogiem ograniczyli już dawno do absolutnego minimum i tylko przy takiej (smutnej) okazji zostają niejako „zmuszeni” do refleksji nad swoim przeznaczeniem.
   W „Zatroskanej koloratce” opisałem pogrzeb „Barana”, parafialnego pijaczyny, w którego życiorysie trudno by było szukać pokrzepiających przykładów. Mądry proboszcz go jednak nie przekreślił i choć nie próbował wybielić jego „życiorysu”, to jednak z pożegnania Józefa uczynił duszpasterskie narządzie dla żywych uczestników pogrzebu tego człowieka.
   Życie każdego człowieka ma znaczenie i nigdy nie powinno być traktowane jako mało znaczący epizod.
  Watro, aby o tym pamiętał każdy z nas, także kapłan, który w imieniu Kościoła odprowadza zmarłego w ostatnią, ziemską drogę.
Kryspin, 

wtorek, 24 października 2017

Więzień kościelnej kraty

                           
   „Mieszkam w małej miejscowości z kilkoma uliczkami, które schodzą się przy niewielkim wzniesieniu, na którym stoi nasz parafialny kościół. W pobliżu, nieco z boku naszej świątyni biegnie uliczka handlowa z małymi sklepikami, w których mieszkańcy dokonują codziennych zakupów, a zaraz obok, o kilkanaście metrów, mamy także dyskont spożywczy z dużym parkingiem i placem, gdzie dodatkowo w czwartki rozkładają swoje stragany obwoźni sprzedawcy i rolnicy z okolicznych wsi.
   Podsumowując: na miejscu mamy wszystko, co jest do życia potrzebne, gdyby nie nasza świątynia, a właściwie to, że w tygodniu jest zamknięta na cztery spusty, niczym jakaś niedostępna twierdza.
Owszem, kościelny otwiera masywne drzwi wejściowe do naszego kościoła na pół godziny przed wieczornym nabożeństwem (ale tylko wtedy, gdy proboszcz odprawia popołudniową mszę, czyli w poniedziałki , środy i w sobotę)
   Jestem osobą wierzącą(jak większość mieszkańców naszego miasteczka) i biorę udział w coniedzielnej mszy, ale niekiedy chciałabym w tygodniu, w normalnym dniu wejść choć na chwilę do kościoła, usiąść w ławce, pobyć z Panem Jezusem tak sam na sam, w ciszy.
   Myślę, że wielu z nas, zabieganych codziennością, także chciałoby  choć na chwilę skorzystać z możliwości takiego spotkania Boga w ciszy kościoła poza czasem liturgii.”

   Przyznam, że także nie rozumiem, dlaczego większość parafialnych kościołów bywa zamkniętych na cztery spusty poza czasem wyznaczonym na liturgię?
   Księża proboszczowie pytani w tej kwestii, przytaczają rozmaite powody: a to ktoś mógłby zaprószyć ogień, a nasza świątynia jest drewniana, a trzeba pilnować drogocennych zabytków przed złodziejami, a w jesienne słoty zabrudziłaby się posadzka i kto to miałby sprzątać?
   Jakiś czas temu sam zadałem takie pytanie mojemu dawnemu koledze, gdy w trakcie naszego spotkania oprowadzał mnie po swoich parafialnych włościach. Najpierw pochwalił się piękną plebanią stojącą pośrodku zadbanego ogrodu. Na koniec zaprosił mnie do kościoła, by pokazać mi odnowiony, zabytkowy ołtarz.
Zanim jednak dostaliśmy się do środka świątyni, przez chwilę mocował się z ciężkimi drzwiami tego przybytku, a później musieliśmy jeszcze sforsować żelazną kratę w kruchcie i nareszcie mogłem z uznaniem podziwiać piękno odnowionych rzeźb barokowego artysty.
Wychodząc zapytałem wprost: dlaczego kościół jest zamknięty w ciągu dnia?
Gospodarz zatrzymał się na chwilę i ze zdziwieniem odpalił: „No a kto by tego wszystkiego pilnował?”
-Ale Pan Jezus jest tu jak więzień, do którego wiernym dostępu bronią kraty niczym w jakiejś twierdzy- dodałem czując niedosyt takiej odpowiedzi.
On znowu spojrzał na mnie zdziwiony i dopowiedział: „Na niedzielną mszę przychodzi mniej niż połowa parafian, a na adorację Najświętszego Sakramentu, którą mamy raz w miesiącu, kilkanaście osób i to wszystko....więc po co ma być stale otwarty?”
    Miałem niedawno urodzinowo-imieninowych gości. Było miło, choć czułem, że to do końca nie było to, czego oczekiwałem. Odwiedzili mnie, bo tak wypadało, a największą przyjemność odczuwam, gdy odwiedza mnie ktoś bliski bez powodu, czy okazji, abyśmy zwyczajnie mogli pobyć ze sobą i może porozmawiać szczerze, jak przyjaciele, którzy zwyczajnie cieszą się sobą.
    On jest stale w kościelnym budynku, o czym przypomina nam czerwona lampka przy tabernakulum i tak sobie myślę, że odczuwa radość, gdy ktoś go odwiedza, tak bez okazji, nawet na chwilę, aby zwyczajnie z Nim pobyć.
    Tak na koniec, czcigodni księża proboszczowie; nie mówcie:” A kto by tego pilnował?
    Mając wśród parafian gorliwe owieczki gromadzące się we wszelakich kółkach różańcowych, oazach, czy innych grupach parafialnej aktywności; możecie zorganizować opiekę nad Jego domem nieustannie, tak by był”bezpieczny”, a ci mniej gorliwi, gdy pod nakazem serca zechcieliby pobyć z nim w ciszy pustego kościoła, nie odbijali się od zamkniętych drzwi.
Kryspin

wtorek, 17 października 2017

Urodziny


   Mamy już jesień, choć tak niedawno cieszyliśmy się wiosną, rozwijającą piękno kolorowych kwiatów, które cieszyły nasze oczy w letnich promieniach słońca i wtedy pragnęliśmy, by tamten czas trwał jak najdłużej, ale upływające dni przeniosły nas w nową rzeczywistość i mamy jesień.
   W połowie października obchodziłem swoje urodziny.
Niby nic takiego, bo przecież każdy z nas corocznie doświadcza tej chwili, gdy zmienia się cyfra kolejnych przeżytych lat.
  Tak sobie myślę, że wielu z nas podobnie przeżywa ten szczególny dzień, gdy na stole pojawia się tort ze świeczkami, a później odbieramy życzenia od najbliższych i tylko trochę żal, że minął kolejny rok zbliżający nas do kresu naszej ziemskiej przygody.
   W połowie października skończyłem 60 lat i uświadomiłem sobie, że w moim życiu nadeszła jesień.
   Choć staram się snuć plany na przyszłość, być aktywnym i z optymizmem myśleć o tym, co jeszcze dane mi będzie przeżyć, to jednocześnie mam świadomość, że minął już czas mojej wiosny i intensywnego lata. Może dlatego coraz częściej wracam wspomnieniami do przeszłości?
   Nagle uświadomiłem sobie, że pozostała mi tylko jesień i przyszłość: lat, miesięcy, a może dni, gdy świeczka moich marzeń dopali się na urodzinowym torcie mojego życia i …..?
No właśnie na końcu każdemu z nas pozostaje ten znak zapytania, na który szukamy odpowiedzi w trakcie całego naszego ziemskiego bytowania.
   Kilka tygodni temu pisałem, że skazani jesteśmy na to, by wierzyć i naraziłem się wtedy tym wszystkim, którzy w imię pragmatyzmu i empirycznemu podejściu do świata odrzucają nadzieję na przyszłość po.....
   Za kilka dni zatrą się jednak te linie podziałów i gremialnie udamy się na cmentarze, by zatrzymać się na chwilę przy grobach: naszych bliskich, znajomych, ale także i tych, których znaliśmy, bo byli za życia po prostu znani.
   W naszych wędrówkach po przeszłości może zatrzymamy się przy anonimowych mogiłach rozsianych niekiedy gdzieś poza cmentarzami i tam także zapalimy światełko przywracające pamięć o nich, bo taką odczuwamy potrzebę.
   Pierwszy dzień listopada będzie dla wielu wyrazem wiary, dla innych przekonaniem o tym, że człowiek żyje dopóty, dopóki zachowana jest pamięć o nim, a dla jeszcze innych ten dzień będzie okazją do zadumy nad przemijaniem wszystkiego i chwilą szukania odpowiedzi, której tak do końca wcale nie pragną poznać, bo mogłaby zburzyć ich racjonalizm co do przyszłości.
   Nie zamierzam teraz czynić teologicznej wykładni na temat święta, które w kościelnym nauczaniu zarezerwowane jest dla tych z naszych zmarłych, którzy swoim życiem doczesnym zasłużyli na nagrodę wiecznego zbawienia.
   O tym mniej lub bardziej jasno powiedzą księża w trakcie okolicznościowych kazań w trakcie liturgii sprawowanej na cmentarzach.
I być może ich słowa dotrą do tych (od dawna przekonanych), którzy kolejny raz utwierdzą się w swojej wierze?
Ale co z pozostałymi?
Co z tymi stojącymi daleko od wiary, albo mającymi zupełnie inną wizję przyszłości?
   Cmentarze mają w sobie fenomen równości i powszechności,
Każdy człowiek, niezależnie od statusu społecznego, zgromadzonego majątku czy innych zasług, jest równy wobec konieczności śmierci.
   Czy chwila, ta ostatnia, w której dokonało się zatrzymanie czasu, dla tego, którego pożegnaliśmy i oddaliśmy jego doczesne szczątki ziemi, to koniec ?
Sądzę, że nie i pewnie mój pogląd podziela bardzo wielu, niezależnie od osobistych deklaracji w kwestii wiary.
   Pierwszego listopada są urodziny tych wszystkich, dla których już zatrzymał się ziemski czas. Dla nas, dla naszej pamięci oni wciąż żyją i dlatego ich odwiedzamy w tym dniu.
Kryspin,

wtorek, 10 października 2017

"Nasz proboszcz nigdy nie ma czasu"



   Zdarzyło się kiedyś, że po wywiadzie, którego udzieliłem redaktorowi popularnego tygodnika, ten naszą rozmowę zatytułował:”Telefon zaufania dla księży”. Było to wtedy trochę nad wyraz, bo księża czynnie realizujący swoje powołanie tylko sporadycznie zaszczycają mnie rozmową.
   Artykuł w gazecie nie pozostał jednak bez echa, bo piszą i dzwonią do mnie zwyczajni parafianie, by stawiać pytania, z którymi nie mogą sobie poradzić, a miejscowego księdza (z różnych powodów) pomijają .
Przyznam, że w niektórych przypadkach staję w dylemacie, bo minęło już sporo czasu od dnia, gdy postanowiłem zostać księdzem w cywilu i choć staram się być na bieżąco ze sprawami Kościoła, to i mnie trudno podążać na bieżąco za aktualnymi wytycznymi tej instytucji.
  Rozmaitość problemów wymagają niekiedy skonsultowania mojej dawnej wiedzy ( z zakresu spraw związanych z Kościołem) z tym, co aktualnie jest poprawne.
W takich przypadkach staram się szukać pomocy u zaprzyjaźnionych kapłanów (z tytułami naukowymi z zakresu teologii) i w ten sposób uzupełniać moją wiedzę, by potem odpowiadać na pytania stawiane mi przez czytelników.
„Piszę do pana, bo nasz ksiądz nigdy nie ma czasu i trudno się z nim umówić na rozmowę, a w godzinach, gdy jest czynne biuro parafialne, tłumaczy, że to nie miejsce i pora, by zajmować jego czas prywatnymi sprawami, bo inni też czekają, aby załatwić swoje sprawy: intencje mszalne, sprawy pogrzebów, czy uregulowania opłat związanych z dzierżawą miejsca na cmentarzu itd.”
   Może to i racja, że w biurze parafialnym i to jeszcze w godzinach wyznaczonych na „urzędowanie”, proboszcz nie ma za wiele czasu, by prowadzić indywidualne duszpasterskie rozmowy, ale przecież poza godzinami wypisanymi na drzwiach kościelnej kancelarii kapłan nie przestaje być duszpasterzem i powinien mieć czas dla swoich owieczek, pomyślałem.
   Idąc za tym przekonaniem, postanowiłem sprawdzić jak to jest w praktyce i w jednej ze spraw ( zasygnalizowanej przez kolejnego czytelnika), postanowiłem zasięgnąć rady u proboszcza z okolicy mojego domostwa.
  Udałem się na plebanię, by umówić się na duszpasterską rozmowę.
Przykościelne domostwo było zamknięte na cztery spusty i tylko tabliczka umieszczona na drzwiach informowała o tym, że sprawy parafialne można załatwiać przed lub po mszy świętej, a w kwestii pogrzebu można dzwonić o każdej porze pod podany poniżej numer.
  Co prawda nikt mi nie umarł, ale co tam, zadzwoniłem i …...cisza.
Nie miałem szczęścia, więc może w kolejnej miejscowości(już nieco oddalonej) uda mi się porozmawiać- pomyślałem i pojechałem dalej i to samo.
Później jeszcze cztery kolejne parafie i ten sam efekt: zamknięte drzwi i głuchy telefon.
   Następnego dnia postanowiłem skorzystać z telefonu, ale dopiero przy piątym parafialnym adresie( dzwoniłem w godzinach popołudniowych) udało mi się zastać jednego z proboszczów(mojego dawnego kolegę) i zamienić z nim kilka słów. Choć i w tym przypadku dało się odczuć, że nie bardzo chciał tracić swojego cennego czasu na dłuższą rozmowę, czego nie starał się nawet ukryć, zmierzając do szybkiego jej zakończenia.
„Piszę do pana, bo nasz ksiądz nigdy nie ma czasu i trudno się z nim umówić na rozmowę.....”
   Po tych moich nieudanych próbach, o których pozwoliłem sobie napisać powyżej, rozumiem, dlaczego moja mailowa poczta jest tak często zasilana „rozmowami” od parafian.
   Tak mi się marzy(pewnie nie tylko mnie), aby na białych tabliczkach parafialnych plebani także znalazły się informacje o godzinach ( nawet ściśle określonych), w których można umówić się na rozmowę z miejscowym duszpasterzem.
   Krótkie spotkanie kolędowe raz do roku, spowiedź, czy choćby coniedzielna msza w kościele, nie załatwiają wszystkiego.
   Niekiedy warto poświęcić dodatkowy czas na rozmowę, taką osobistą, pełną życzliwości, w trakcie której znikają chmury niezrozumienia, a wątpliwości bledną radą tego, który niczym dobry pasterz, zawsze ma czas dla swoich owieczek.
Kryspin

wtorek, 3 października 2017

Moralność niepoprawna


    Napisała do mnie młoda kobieta z nadzieją, że pomogę jej w kwestii poczucia winy, którą nosi w sobie z racji wykonywanej profesji, która ją cieszy, ale i obciąża jej sumienie
   Czytelniczka w obszernym liście opisała mi swoją historię, akcentując, że pochodzi z rodziny mało zaangażowanej w głębię religijnego życia. Od dzieciństwa jej kontakt z kościołem nie był inspirowany przykładem głębokiej wiary rodzicieli, którzy owszem, pilnowali aby uczęszczała na lekcje religii, zadbali o kolejne sakramenty dla jej duszyczki (komunia, bierzmowanie), ale sami ograniczali się tylko do roli strażników tradycji, osobiście będąc dalekimi od dawania jej dobrego przykładu chociażby co do niedzielnej obecności na mszy świętej, w której bardzo rzadko brali udział.
    Młoda dziewczyna nie powieliła domowego „stylu” religijności najbliższych i wraz z upływem lat wiara stawała się dla niej czymś coraz ważniejszym i determinującym jej codzienne wybory, w których Kościół i jego nauczanie odgrywało istotną rolę.
   Po skończonej szkole średniej swoje dorosłe życie zapragnęła poświęcić służbie innym ludziom, dlatego wybrała dla siebie kierunek studiów, po których mogłaby realizować swoje plany i została położną.
   W krótkim czasie podjęła pracę w klinice leczenia niepłodności i się nią szczerze cieszyła.
  Teraz, niejako na pierwszej linii mogła się spotykać z kobietami, które po smutku porażki nadziei na urodzenie dziecka, tam odnajdywały nadzieję na radość cudu macierzyństwa.
   Jej radość została jednak prędko zgaszona, gdy w trakcie sakramentu pojednania (spowiedzi) usłyszała wyrok kościelnego sędziego:
„Nie możesz otrzymać rozgrzeszenia, bo uczestniczysz w grzesznym procederze, którego nauka Kościoła nigdy nie zaakceptuje.”
Kobieta, po chwili szoku zapytała spowiednika:
„Co mają zrobić ludzie, którzy pragną zostać rodzicami, a tylko w taki sposób mogą spełnić swoje marzenie”
Kapłan chłodnym tonem pouczył ją:
Jest wiele dzieci czekających na adopcję i one także zasługują na to, by ktoś okazał im rodzicielską miłość....a ty moja droga możesz zmienić pracę i realizować się tam, gdzie będziesz pomagała tym kobietom, które w godny sposób cieszą się macierzyństwem!”
To ostatnie autorytatywne stwierdzenie spowiednika zakończyło dyskusję przy konfesjonale i tylko pozostało w niej niezrozumienie, dlaczego niesienie nadziei na macierzyństwo jest czymś tak złym, że nie zasługuje na rozgrzeszenie?
Przyznam, że nie czuję się władnym, aby oceniać kogokolwiek w tej kwestii: ani tego kapłana, który wydał werdykt zgodny z zaleceniem kościelnego kodeksu, ale i sposobu myślenia owej kobiety, która nie mogła zrozumieć w czym zawiniła aż tak bardzo, że nie zasługiwała na sakramentalne przebaczenie?
Teraz ktoś, moralnie poprawny, pewnie skwitowałby to wszystko jednym krótkim stwierdzeniem:
„Cel nie może uświęcać środków i basta, a in vitro daje „radość”narodzin okupioną śmiercią zarodków, które przy tej okazji skazane są na śmierć!”
   A głos tych moralnie niepoprawnych?
Czy celem Chrystusa, gdy zakładał Kościół, było zgromadzenie w nim tylko tych moralnie poprawnych?
Na początku każdej mszy celebrans przypomina zgromadzonym, że wszyscy jesteśmy grzeszni, dlatego eucharystia rozpoczyna się od aktu skruchy, żalu, który zebrani wyrażają w słowach tzw. spowiedzi powszechnej.
    Tak na koniec chciałbym zastanowić się nad tym, jak zachowałby się Chrystus, gdyby zasiadł w kościelnym konfesjonale, do którego podeszłaby ta kobieta?
Kryspin

wtorek, 26 września 2017

Różaniec dla żywych, umarłym kadzidło



    Słyszałem kiedyś historię o bogatym Żydzie, któremu zmarło się po ciężkiej chorobie.
   Jego bliscy( na swój sposób bardzo bogobojni ludzie) postanowili, że pomogą drogiemu zmarłemu w jego dalszej drodze ku wiecznemu szczęściu i pochowali nieboraka na siedząco, z przytroczonym do martwych dłoni płóciennym mieszkiem pełnym złotych monet.
   Pozostałym żałobnikom, którzy nie kryli zdziwienia, wytłumaczyli, że zrobili to, by zmarły przy zmartwychwstaniu mógł szybko stawić się przed obliczem Najwyższego (siedzący szybciej wstanie, aniżeli ten, który leży), a mieszek ze złotem zawsze się przyda, by mógł opłacić ewentualne swoje winy.
Pewnie ta historia u wielu z nas wywoła uśmiech politowania nad naiwną wiarą tamtych żałobników, którzy sądzili, że z Panem Bogiem można w taki sposób „załatwić” zmarłemu wieczne lokum u Jego boku.
   Może to tylko zmyślona historia, ale jakże trafnie ukazująca także nasze zwyczaje odnoszące się do kwestii „wyposażania” naszych bliskich na drogę ku wieczności.
   Jest taki jeden szczególny „gadżet”, znany każdemu, kto kiedyś przeżywał swoje święto przystępując do uroczystej, pierwszej komunii.
  Na kilka miesięcy przed wyznaczoną datą naszej uroczystości, w trakcie październikowego nabożeństwa, ksiądz poświęcił, dumnie trzymane w naszych małych dłoniach różańce, ozdobne sznury koralików zakończone posrebrzanym krzyżykiem.
Pewnie wtedy pierwszy raz powtarzaliśmy chórem słowa zdrowasiek i może trochę byliśmy znużeni monotonią powtarzanych w kółko tych samych słów, ale tak było trzeba.
Przy poświęceniu naszych modlitewnych paciorków kapłan pewnie powiedział nam coś jeszcze, co pozostało w naszej pamięci na lata:
„Niech ten różaniec i modlitwa na nim, towarzyszy wam w trakcie całego waszego życia”
Może warto by zadać sobie pytanie:
Co zostało nam z tamtych lat?
   Takie pytanie zadają sobie często( choć może nie dosłownie) bliscy zmarłego, gdy w panice przeszukują szuflady, bądź inne zakamarki, by dokopać się do różańca, bo jak tu pochować nieboraka nie oplatając zesztywniałych, martwych jego dłoni tymi modlitewnymi paciorkami.
   Różaniec dla wielu stał się tylko zwyczajnym gadżetem, rodzajem totemu, który warto zachować, tak na wszelki wypadek.
Może dlatego niektórzy kierowcy wieszają go na wewnętrznym lusterku swojego samochodu, a bogobojne panie noszą w zakamarku codziennej torebki?
   Uczestniczyłem swego czasu w pogrzebie znajomego. W cmentarnej kaplicy na ostatnie pożegnanie zebrało się sporo ludzi, bo zmarły za życia dał się poznać jako dobry, życzliwy wszystkim człowiek.
Do otwartej trumny podszedł jeden z żałobników i włożył do kieszeni zmarłego małe zawiniątko. Później powiedział, że w paczuszce, którą podarował zmarłemu przyjacielowi, były papierosy i mała buteleczka mocniejszego trunku, bo tamten za życia lubił jedno i drugie.
   Nie wszystkim obecnym spodobało się zachowanie tego młodego człowieka z zawiniątkiem, które włożył do kieszeni przyjaciela, co skutkowało krytycznymi komentarzami takiego zachowania.
   A mnie się wydaje, że tam, po drugiej stronie życia, Dobry Bóg ocenił go z tego, jakim był człowiekiem, a małą paczuszkę potraktował jako drobny dowód słabości, od których nikt z nas przecież nie jest wolny.
  Myślę także, że o wiele większym kłopotem dla Niego są ci, którym na drogę ku wieczności, do ręki przytroczono „gadżet” nigdy przez nich nie używany za życia.
  Rozpoczyna się październik, dla wierzących jest on miesiącem różańca i może warto teraz przeszukać nasze zapomniane szuflady, by spod rupieci wygrzebać nasz modlitewny sznur koralików i skorzystać ze sposobności, aby z niego zrobić użytek.
Kryspin

wtorek, 19 września 2017

Ślub bez bierzmowania?


„Ślubuję Ci miłość,wierność i uczciwość małżeńską...”
Później dalsza część uroczystej ceremonii zaślubin i na koniec oboje, z wypiekami wzruszenia, wśród szpaleru zaproszonych gości, mogą już kroczyć kościelną nawą ku przyszłości.
Ślub kościelny- małżeństwo, to bardzo istotny sakrament dla człowieka wierzącego, który Kościół w swym nauczaniu stawia jako warunek, bez którego choćby intymne pożycie dwojga ludzi uznaje za coś moralnie niewłaściwego, czyli po prostu jako grzeszne.
Tak się teraz zastanawiam, jak to więc jest, że wśród młodych ludzi ten sakrament się zwyczajnie zdewaluował?
Nie jest dla nikogo tajemnicą, że młodzi bardzo wcześnie podejmują decyzję o łamaniu kościelnego zakazu intymnego pożycia przed sakramentalnym Tak.
-Mieszkamy razem, bo oboje studiujemy poza domem i taniej nam wynajmować wspólne mieszkanie.
-Mieszkamy razem, bo się kochamy, ale tak do końca jeszcze nie wiemy, czy nasze uczucie przetrwa próbę czasu i nie chcemy później narażać się na trudności, bo w Kościele nie ma przecież rozwodów.
-Nie stać nas jeszcze na ślub w kościele i weselną uroczystość. Może kiedyś, jak się trochę dorobimy, to wyprawimy nasze zaślubiny.
-Nie zamierzamy w naszym życiu nic zmieniać, bo uważamy że nie potrzebujemy potwierdzenia (papierka) dla naszej miłości.
To tylko kilka przykładów tłumaczenia, którym posługują się dzisiaj młodzi ludzie z tradycyjnych, katolickich rodzin.
-”Czego innego uczyliśmy nasze dziecko”-twierdzi matka, która ni jak nie może zrozumieć, dlaczego jej syn żyje z kobietą na „kocią łapę” i nie zamierza wziąć z nią ślubu.
Reasumując taki stan rzeczy, trzeba jasno stwierdzić, że w tej kwestii, mamy do czynienia z porażką procesu religijnego wychowania.
Największym przegranym jawi się Kościół, choć przecież w religijnej edukacji młodych się starał, stosując nawet formę szantażu:
-Nie zaliczysz katechizmu, który winieneś wykuć na blachę, nie dostąpisz zaszczytu Pierwszej komunii.
-Nie odbędziesz cyklu nauk (potwierdzonych kościelnym stempelkiem w kajeciku), biskup nie udzieli ci sakramentu bierzmowania ( a bez niego nie myśl o kościelnym ślubie!)
-Nie zaliczysz kursu przedmałżeńskiego, nie uklękniesz na ślubnym klęczniku!
Nie zawsze jednak jedynym winnym w tej kwestii jest Kościół, choć i tu nie do końca!
Chodzi mi o kandydatów na „sakramentalnych” małżonków, którzy mając „letnio wierzących” rodziców, nie doświadczyli w swoim rodzinnym domu życia wiary.
Pozwolę sobie w tej chwili na jeden przykład:
Byli młodzi i pokochali się. Ona z katolickiego, pielęgnującego praktyki religijne domu, nie wyobrażała sobie, by w niedzielę nie być na mszy świętej, albo nie pościć w piątek. Jego religijne doświadczenia ograniczyły się do chrztu i nawet do Pierwszej komunii rodzice go nie posłali.
Ponad dwadzieścia lat są razem i pielęgnują wartości, które ona wyniosła z rodzinnego domu.
W każdą niedzielę i święto, razem z dorosłą już córką , można ich spotkać w parafialnym kościele. W codziennym życiu kierują się zasadą, by nigdy nie krzywdzić innych ludzi i w miarę możliwości pomagać potrzebującym i tylko mają jeden smutek, gdy w czasie mszy świętej, gdy inni przystępują do komunii, oni pozostają z tyłu kościoła.
Owszem, starali się o zawarcie sakramentalnego związku, ale słyszeli za każdym razem:”Nie możecie otrzymać tego sakramentu, bo Jacek nie ma bierzmowania, o komunii nie wspominając”
Ktoś teraz powie, że mają to na własne życzenie, bo przecież wystarczyłoby „zaliczyć” bierzmowanie i po sprawie.
Pewnie w tym jest trochę racji, ale tak sobie myślę, że sakrament małżeństwa przyjęty ze szczerym pragnieniem, ma także w sobie Bożą moc, która pomaga w dochodzeniu do dojrzałości wiary.
Kryspin

wtorek, 12 września 2017

Jesteśmy skazani na to, aby wierzyć!



    W roku 2013, na terenie Republiki Południowej Afryki, dwaj speleolodzy (Hartcourt i Schmidt), w trakcie wyprawy do jednej z jaskiń dokonali intrygującego odkrycia.
    Wewnątrz komory, do której prowadził bardzo mały otwór, znaleźli szczątki istot, które na pierwszy rzut oka wyglądały na szczątki ludzkie, choć szkielety miały zbyt małe czaszki, jak na współczesnego człowieka.
    Znaleziskiem zainteresowali się naukowcy z dziedziny antropologii i stwierdzili, że w ciasnej grocie zostały złożone szczątki dalekich przodków człowieka współczesnego(Homo Sapiens), które nazwali Homo Nalendi.
    Najbardziej zaskakującym w tym znalezisku było to, że kości tych hominidów nie znalazły się w jaskini przypadkowo i jak twierdzi prof. Lee Berger, jedynym wytłumaczeniem jest to, że nasi dalecy przodkowie, będąc na zdecydowanie niższym poziomie rozwoju, mieli zwyczaj grzebania swoich zmarłych i nie wykluczył, że było to związane z jakimś rytuałem.
    To znalezisko(wcale nie jedyne), potwierdza, że człowiek od zarania swoich dziejów żył w przeświadczeniu wiary, iż czas jego życia nie dobiega kresu z chwilą ostatniego ziemskiego oddechu.
    Przed dwoma tygodniami napisałem, że nie tylko fizyka jest nauką i nadal podtrzymuję swoje zdanie, choć po tamtej publikacji napisało do mnie wielu czytelników stojących murem za Panem Henrykiem, podzielając jego pogląd, że:”wszystko, co głosi religia, kłóci się z rozumem i jest jego obrazą”.
Moi adwersarze sugerowali także, że wykorzystując cotygodniowe felietony, uprawiam rodzaj krypto-reklamy Kościoła i jego nauczania, które odbierają jako „ogłupianie” naiwnych ludzi dla korzyści ( rząd dusz, władza nad kieszeniami naiwniaków) i to mnie obraża.
Jeden z największych naszych rodaków, Jan Paweł II powiedział kiedyś znamienne słowa:
”Nie można do końca zrozumieć człowieka bez Boga i sam człowiek nie może zrozumieć siebie bez Boga!”
    Zważmy na to, że (będąc najwyższym dostojnikiem Kościoła Katolickiego), nie użył wtedy stwierdzenia, w którym sugerowałby, iż tylko jego Bóg spełnia kryteria prawdziwości!
    W XI wieku żył mądry człowiek, którego historia zapamiętała jako Anzelma z Canterbery.
Filozof, myśliciel, Doktor Kościoła, który swoimi poglądami naraził się wielu jemu współczesnym, ślepo i bezkrytycznie uznającym prymat słów zawartych w Piśmie Świętym i pobożnym nauczaniu mistyków, nad zdroworozsądkowym myśleniem.
Anzelm, korzystając z mądrości filozofów(na przykład Platona) żyjących dalece wcześniej, aniżeli powstały zwoje Nowego Testamentu, twierdzi, że:
”Rozum jest niezbędny do wytworzenia w umyśle ludzkim idei Boga i dopiero potem należy w sobie rozwijać swoją wiarę!
Powaga Pisma Świętego nie może być ponad własny intelekt i w swoich poszukiwaniach człowiek winien skupić się na głosie rozumu, a nie Pisma....
Prawdy wiary należy dochodzić wyłącznie swoim rozumem (Sola Ratio)”
Ślepy los sprawił, że urodziliśmy się w środowisku, w którym „monopolistą”w kwestiach wiary, jest Kościół Katolicki ukazujący nam Boga w takiej , a nie innej odsłonie.
To jednak nikogo nie zwalnia z używania rozumu, aby kształtować w sobie świadomość potrzeby wiary, która jest istotą ludzkiego dziedzictwa!
„Laicyzacja, odchodzenie od nauczania Kościoła (od wiary)jest procesem nieuchronnym i wprost proporcjonalnym do rozwoju człowieka”-napisał mi jeden z moich rozmówców, a mnie wcale to nie cieszy.
Kryspin

wtorek, 5 września 2017

Początek szkoły w dymie kościelnych kadzideł


  
    Wrzesień każdemu uświadamia, że skończył się czas beztroskiego lata i trzeba powrócić do szarej rzeczywistości.
    Dla kilku milionów uczniów rozpoczął się okres nauki, którą rozpoczęli na uroczystościach inauguracyjnych, które odbyły się w każdej ze szkół. Prawie wszędzie wyglądały one podobnie. W obszernej sali gimnastycznej, w równych rzędach ustawiły się dziewczynki w białych bluzeczkach i chłopcy w koszulach tego samego koloru. Na honorowych miejscach, z dyrekcją na czele, miejsca zajęli zaproszeni goście: lokalni notable, oraz ksiądz, który dołączył do pozostałych po mszy, którą zainaugurowano szkolną uroczystość.
    No i po takim dniu winno pojawić się w mediach ( zwłaszcza tych, którym z zasady wszystko przeszkadza) larum i krzyk niezadowolenia, że szkoła zatraciła swoją wolność w kwestiach światopoglądowych i stała się elementem doktryny państwa wyznaniowego, do którego dążą obecne władze!
     Nie zamierzam wyręczać „obrońców” wolności przekonań, ale uważam, że taka „ewangelizacja”(odgórnie narzucona) w miejscu, gdzie spotykają się ludzie o różnych poglądach religijnych, odnosi skutek daleki od zamierzonego.
    Pozwolę sobie powrócić do przeszłości, gdy Kościół nie był mile widziany w życiu publicznym.
    Moje pokolenie pamięta rozpoczęcia corocznej edukacji, gdy szkolne aule obwieszone były krzykliwymi transparentami „reklamującymi” jedynie słuszny kierunek, w którym winna iść edukacja przyszłych strażników socjalistycznego porządku.
     Po takiej świeckiej imprezie gremialnie i dobrowolnie udawaliśmy się wtedy do parafialnego kościoła, by tam uroczystą mszą rozpoczynać kolejny rok edukacji religijnej
     Winienem teraz uściślić moje stwierdzenia( zwłaszcza młodszym czytelnikom): gremialnie - to znaczy, że w przytłaczającej większości, bo na palcach jednej ręki można było policzyć tych, którzy w religijnej edukacji nie uczestniczyli; dobrowolnie – bo bez przymusu!
     Sporo czasu upłynęło od tamtych lat: zmienił się ustrój i tylko we wrześniu jak co roku, w naszych szkołach dzieciaki rozpoczynają kolejne lata swojej edukacji.
     Obalenie dawnego porządku, poza wolnością: w gospodarce, kulturze, życiu codziennym zwykłych ludzi, poskutkowało czymś jeszcze, czyli wolnością w aktywności Kościoła zagwarantowaną w Konkordacie! Ten zaś skwapliwie rozpoczął „konsumpcję”przywilejów wynikających z podpisanej umowy.
Jednym z pierwszych”sukcesów” tego porozumienia było przywrócenie należnego miejsca dla lekcji religii, która odtąd powróciła do szkół stając się jednym z przedmiotów wpisanych w tygodniowy plan zajęć dla dzieciaków! Pozwoliłem sobie słowo sukces oznaczyć cudzysłowem, bo wcale nie uważam( w przeciwieństwie do większości kapłanów), że to była dobra decyzja!
     Może to tylko zbieg okoliczności(bo świat się zmienił, bo laicyzacja, bo takie czasy....), ale jakimś dziwnym trafem pokolenie wyedukowane w trakcie szkolnych lekcji religii( ludzie w wieku: 30-40 lat), stanowią obecnie grupę najmniej religijną.
    W tym przedziale wiekowym jest najwięcej tzw:”wierzących, niepraktykujących”, którzy swoje kontakty z Kościołem ograniczają do okazjonalnych ceremonii: chrzcin, pierwszych komunii ich pociech, ślubów czy pogrzebów najbliższych, i na tym kończy się ich „przygoda”z Religią.
    Jeżeli zatem tak jest, to wynika z tego, ze teraz w szkolnych ławach zasiadają dzieci tychże rodziców i ceremonia inauguracji roku szkolnego w dymie kościelnego kadzidła, staje się dla nich mało zrozumiałym, folklorystycznym spektaklem, który trzeba odstać i koniec.
    To samo tyczy się lekcji religii, w trakcie których facet ubrany w czarną sukienkę opowiada im historie, które odbierają niczym mity z antycznej cywilizacji.
Kryspin

wtorek, 29 sierpnia 2017

Nie tylko fizyka jest nauką



  W pierwszych latach drugiej połowy minionego wieku przeżywaliśmy zachwyt nad potęgą ludzkiego rozumu, który zaowocował epokowym osiągnięciem, jakim stał się początek podboju kosmosu.
  Od tego czasu poczuliśmy moc ludzkiej myśli, która miała otworzyć nam obszary dotąd nieznane, które fascynowały naszych przodków od zarania dziejów.
Tajemnica wszechświata zdawała się być dosłownie na wyciągnięcie ręki. Znalezienie odpowiedzi na fundamentalne pytania: kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy i jakie jest nasze przeznaczenie, zdawało się być tylko kwestią czasu.
 Zaufanie w siłę rozumu, rozwój naukowego pragmatyzmu zdawały się dawać człowiekowi wolność między innymi od wiary, którą winien zastąpić wiedzą empiryczną!
  Gdy na ziemię powrócili pierwsi kosmonauci naszego wielkiego sąsiada, stwierdzili, że tam w oddali od naszej planety widzieli: gwiazdy, galaktyki, niezliczone ciała niebieskie, ale nigdzie nie dostrzegli Boga, więc to jest dowód, że On nie istnieje!
  Nie potrzeba być nadzwyczaj bystrym, bo śmiechem skwitować taką konkluzję osób, które były z pewnością fachowcami od fizyki, astronomii, czy innych nauk empirycznych, ale na pewno nie byli uprawnieni do zajmowania stanowiska w sprawach, którymi zajmują się filozofia i teologia.(Od stuleci, przez świat nauki, uznane jako dziedziny wiedzy!)
Mam 74 lata, ale od dwunastego roku życia zacząłem wątpić w to, co głosi religia!
Wychowywałem się na wsi wśród wierzących w Boga, biednych ludzi. Od zawsze fascynowałem się fizyką, matematyką i naukami przyrodniczymi.
Religia kłamie, że człowieka stworzył Bóg! Człowiek powstał na drodze ewolucji, a w kosmosie żadne niebo, piekło, czy czyściec nie istnieją.
Bogowie i religie są tworem ludzkiej wyobraźni i tylko w ludzkich głowach.
Jakie to bardzo naiwne wierzyć w anioły czy modlitwę. One mają rację tylko w atmosferze, a przecież poza nią skrzydła są nieprzydatne, ani słowa się nie rozchodzą. Podobnie z wymyśloną sprawą, że człowiek ma duszę. Niby jest wrażliwa na ogień, piekło, a na zimno już nie?
A w kosmosie jest 269 stopni na minusie!
Wszystko, co głosi religia, kłóci się z rozumem i jest jego obrazą!”
No i co mam odpowiedzieć Panu Henrykowi?
  Z pewnością oczekiwałby jakiejś polemicznej dyskusji z mojej strony, ale może zamiast niej, opowiem historię, która ponoć zdarzyła się wiele lat temu.
  W latach pięćdziesiątych minionego wieku, gdy władza ludowa na polskiej wsi prowadziła akcję uświadamiania ciemnego ludu, w wiejskich świetlicach odbywały się prelekcje na temat tego, że wiara to zabobon, z którym najlepiej się rozstać.
 W trakcie jednego z takich spotkań, które realizował „ekspert” po WUML-u (Wieczorowym Uniwersytecie Marksizmu i Leninizmu), zgłosił się gospodarz zadając mu pytanie:
 Drogi prelegencie, mam owcę, konia i krowę. Wszystkie pasą się na tym samym pastwisku i jedzą trawę. Później koń robi pączki, krowa placki, a owca małe kuleczki.
Jak to wytłumaczyć?
Prelegent nieco zaskoczony pytaniem, zupełnie odbiegającym od tematu spotkania, po chwili odpowiedział:
-No nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo się na tym nie znam.
-A to ciekawe? - Powiedział gospodarz z retorycznym tonem i zaraz potem dodał:
-Na g.....ch się Pan nie zna, a poucza Pan nas o Bogu?
   Tak na koniec mój gorący apel do panów Henryków, których jest bardzo wielu. Nikt nie zabrania mieć wam osobistego zdania na temat waszej wiary, wątpliwości, czy niewiary.
 Jeżeli jednak potrzebujecie uzasadnienia (często dla samych siebie), waszego przekonania, podejmijcie trud edukacji także w tych kwestiach.
Kryspin, 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Węzeł gordyjski



     Oboje są już w „słusznym” wieku (tak mniemam po długim małżeńskim stażu).
Kiedyś połączyła ich miłość, która przetrwała wiele lat i zaowocowała potomstwem, bardzo już dorosłym (wszyscy mają swoje rodziny).
    Kobieta w tym związku zadbała o ich religijne (katolickie) wychowanie i sama przez lata dochowała wierności wierze uczestnicząc systematycznie w niedzielnych nabożeństwach z jednym, ale jakże dla niej bolesnym ograniczeniem.
   Od lat nie może cieszyć się pełnią sakramentalnego życia, bo systematycznie spotyka się z odmową rozgrzeszenia.
Powodem tego jest fakt, że przed laty pokochała mężczyznę innego wyznania. Miłość jej życia, ojciec ich dzieci co niedziela chodzi do cerkwi, gdzie pielęgnuje tradycję wiary swoich przodków.
   Aby przypadek zdał się jeszcze bardziej zawiły, niewiasta napisała, że ich związek od lat (od czasu choroby nowotworowej jej ukochanego), nie jest „konsumowany” w ludzkim rozumieniu.
Po takim bagażu informacji moja rozmówczyni zapytała mnie jakie widziałbym rozwiązanie jej problemu?
    Pozornie sprawa wydała mi się banalnie prosta i dlatego odpisałem, aby zwyczajnie zawarli kościelny ślub w formule sakramentalnego związku katolika z osobą innego wyznania i sprawa załatwiona.
Gdyby jednak z jakiegoś powodu nie zamierzali pójść tą drogą i zostawić wszystko po staremu, to istniała przecież jeszcze inna przesłanka( wspomniała o niej pisząc o chorobie ukochanego), która otwierała drzwi do pełni sakramentalnego życia zatroskanej niewiasty.
    No i przeliczyłem się z moim optymizmem, o czym świadczył kolejny mail, gdy już od pierwszych słów odpowiedziała zdecydowanym tonem: ”Nie zamierzamy nic zmieniać w naszym związku!”
   W pierwszej chwili poirytowała mnie taka odpowiedź, ale gdy przeczytałem dlaczego w takim tonie wyraziła swój sprzeciw wobec moich sugestii, zrozumiałem.
   Kobieta uzasadniła swój sprzeciw wiarą i przekonaniem religijnym jej i życiowego towarzysza także.
Nie mogli zawrzeć związku małżeńskiego w kościele katolickim (w formule sakramentu z osobą innego wyznania), gdyż to równałoby się z wykluczeniem jej ukochanego z kościoła prawosławnego, a w przypadku ślubu w cerkwi, to ona musiałaby przejść na prawosławie.
Oboje pragnęli zachować swoją wiarę i przez lata starali się być dobrymi członkami swoich religijnych wspólnot:ona kościoła, a on cerkwi.
Pewnego razu jeden z kapłanów poinformował ją, że znalazł „sposób”, aby mogła otrzymać rozgrzeszenie.
Zaprosił oboje do biura parafialnego i podsunął im do podpisu zobowiązanie, iż od tej pory ich związek będzie „białym” (czyli, że deklarują trwałą rezygnację z cielesnych zbliżeń)
Zszokowana kobieta odpowiedziała:
-”Codziennie modlę się o to, aby Dobry Bóg przywrócił mojemu ukochanemu zdrowie, a wtedy pierwsza będę pragnęła cielesnego spełnienia z nim, bo go kochałam, kocham i zawsze będę kochała, więc nie mogę tego podpisać!”
Innym razem, pobożny zakonnik odesłał nieboraków do Sądu biskupiego, który winien rozeznać ich problem.
I tak ten swoisty „gordyjski węzeł” trzyma ich w swoich pętach po dziś dzień!
A mnie się wydaje, że jedynym, koniecznym rozwiązaniem dla nich jest to, aby trafili na mądrego kapłana, który ucieszyłby się co najmniej dwoma powodami, dla których zasługują na pełnię praw w kościele i w cerkwi:
Pierwszym jest ich wierność swojej wierze, a drugim miłość wzajemna, pielęgnowana przez lata.
Każde(także kościelne)prawo winno pomagać człowiekowi być: dobrym, prawym, uczciwym wobec Boga i ludzi; a takim się staje, gdy kieruje się miłością!
Kryspin 

środa, 16 sierpnia 2017

Ucho igielne



„Wiele lat obserwuję otaczającą mnie rzeczywistość i zwróciłem szczególną uwagę na działania KK. Przypomina mi się również pewien cytat:”Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne”. Obraz, który widzę na co dzień, jest zatrważający. Wygląda na to, że większość (i to znakomita)” pracowników” KK nie chce się dostać do miejsca, o którym tak chętnie opowiadają...
Reszta wniosków sama się nasuwa i nie muszę ich tutaj przytaczać. Pozdrawiam”-
Podpisany imieniem i nazwiskiem czytelnik.
Jeden z wielu listów, po którym moi mailowi rozmówcy oczekują, że wpiszę się w ten nośny trend wyliczania bogactwa, w jakim pławi się Kościół i gorszącego zachowania jego „pracowników”, łączących swoją aktywność zawodową (powołanie) z mamoną.
Teraz powinienem pobawić się w wyliczankę(najlepiej popartą przykładami) : podać miejsca (parafie) i nazwiska kapłanów, którzy posiadają luksusy, niekiedy niedostępne dla maluczkich.
No mógłbym jeszcze pojechać po hierarchach, mających do swojej dyspozycji samochody z najwyższej półki dilerskich salonów.
I na koniec „wisienką na torcie”, byłby przykład zakonnika -biznesmena, który w podległych mu mediach modlitewne zdrowaśki przeplata numerem konta, na które pobożne duszyczki winny wpłacać spore datki.
Zawiodę jednak( i pewnie kolejny raz spotkam się z zarzutem o sprzyjanie moim dawnym kolegom-kapłanom KK) i nie wpiszę się w tę wyliczankę katolików(i pewnie nie tylko tych praktykujących), będącą tematem rozmów przy niedzielnym placuszku zajadanym w otoczeniu najbliższych.
Przed kilkoma laty w Indiach, kraju wielkim jak kontynent i ludnym ponad wyobrażenie, pojawił się inwestor (Anglik z urodzenia) i założył tam fabrykę produkującą tkaniny. Pewnie był jednym z tysięcy inwestorów, którzy w tym wielkim i biednym kraju zwietrzyli szansę na tanią siłę roboczą, przez co mogli liczyć na szybkie wzbogacenie się.
Ten człowiek był jednak inny. W jego zakładach(zatrudnia kilka tysięcy pracowników), ludzie zarabiają dwa razy więcej, aniżeli pracownicy podobnych firm rozsianych na terenie tego wielkiego kraju. Ekscentryczny biznesmen nie robi tam interesu życia- nie pławi się w luksusie, jeździ skromnym samochodem i zostawia dla siebie kilkaset dolarów, bo stwierdził, że to mu wystarcza, a i tak żyje na całkiem dobrym poziomie.
Może teraz trochę bliższy nam przykład.
Człowiek, którego znają chyba wszyscy. Lider wielkiej partii, który na co dzień budzi w naszym społeczeństwie skrajne emocje-od uwielbienia po nienawiść.
Pewnie wzorem innych liderów politycznych powinien poużywać luksusu bogactwa, a poprzestaje na skromnym, lekko już znoszonym garniturze i mieszka w leciwym szeregowcu, który pewnie odziedziczył po rodzinie.
Ktoś powie, że jest już w wieku, gdy nie przykłada się wagi do dóbr materialnych i nie ma rodziny(poza kotem), więc po co mu góra bogactwa?
On pewnie myśli podobnie, bo zrezygnował z dobrodziejstwa comiesięcznej emerytury, którą przeznacza na cele charytatywne i zadowala się poselską dietą( choć pewnie teraz ktoś zauważy, że ona wcale do małych nie należy i to prawda)
Łatwo potrafimy wyliczać nadmiar innym i słusznie zauważamy, że w przypadku ludzi Kościoła to szczególnie razi.
Pozwolę sobie jednak zauważyć, że KK (Kościół katolicki) to nie tylko ludzie w sutannach, ale my wszyscy, którzy stanowimy wspólnotę w nim.
A gdyby tak każdy z wiernych parafialnej trzódki oddawał na rzecz biedniejszych, powiedzmy 10% ze swoich zarobków (tych ponad przeciętnych!), to może byśmy się czuli trochę lepiej i to „igielne ucho” nie byłoby czymś niemożliwym do przebrnięcia?
I może na koniec warto przypomnieć sobie przypowieść Chrystusa o Bogaczu i Łazarzu?
Na końcu naszego ziemskiego czasu Bóg będzie rozliczał nas z wrażliwości wobec naszego bliźniego, każdego z nas: tego w sutannie, ale i chodzącego w krawacie biznesowego sukcesu także!
Kryspin

wtorek, 8 sierpnia 2017

Toaleta przy kościele.


Przyznaję, że po każdym artykule, z wielką przyjemnością czytam na mojej skrzynce mailowej listy od czytelników.
Staram się odpisywać na każdy z nich, niezależnie, czy piszący zgadzają się z moim stanowiskiem, czy mają odmienne zdanie.
Są także takie maile, w których dostaję prośby, by w kolejnych artykułach poruszyć jakiś temat nurtujący czytelników.
Właśnie w takim tonie napisał do mnie starszy mężczyzna i przyznaję, że zaskoczył mnie problemem, z którym się zwrócił:
„....Zawsze czytam Pana artykuły z wielkim zainteresowaniem. Sam kiedyś chciałem być księdzem, ale dobrze, że nim nie jestem. Kiedy widzę rozbieżność między tym co mówią, a co robią, to gdyby to widział Jezus, to pewnie nie chciałby być jednym z nich. A przecież podobno gdzieś napisano, że”nie słowa, ale czyny twoje zostaną policzone”.
Zadaję sobie często pytanie o to, czy modlitwa polega tylko na bezmyślnym klepaniu paciorków, zaliczaniu pielgrzymek, klęczeniu z przekrzywioną głową itd.?
Nie!!! Po stokroć nie!!! Ona polega na codziennym czynieniu dobra, czyli na robieniu dobrych uczynków oraz na realizowaniu(a nie tylko na gadaniu) codziennie aktów miłosierdzia. Jest to znacznie trudniejsze, aniżeli klepanie paciorków.
Podam tylko jeden przykład. Przy wielu kościołach istnieją toalety, wybudowane nawet przed wojną(pamiętam to!) Ale dlaczego są one zawsze zamknięte?
Kiedy zwróciłem się do kilku proboszczów z prośbą o codzienne(nie tylko w niedzielę) stałe udostępnienie ich wiernym, odpowiedzieli, że nie jest to możliwe(choć były otwarte przed wojną), ponieważ mogliby korzystać z nich:narkomani, tzw. „ciemny element”, drobni złodzieje, niszczyciele sprzętów, a może nawet prostytutki itd!
To ja zapytałem, czy to także nie są nasi bliźni, którym szczególnie należy okazywać miłosierdzie?
Bo nie chodzi tylko o puste gadanie o miłosierdziu, ale na czynieniu dobra!
Jest przecież wiele kobiet w ciąży, małych dzieci, seniorów, mężczyzn z problemami prostaty, osób z problemami dróg moczowych itp. którzy ciągle muszą korzystać z takich przybytków.
A że przy tym nieco nabrudzą, to co z tego? Nawet jeśliby trzeba było po nich posprzątać, nawet kilka razy dziennie. Jest to problem, ale tylko dla tych wygodnickich proboszczów, którzy trzymają głowy zadarte wysoko i starają się unikać trudu....”
Przez chwilę zastanawiałem się nad tym nietypowym problemem o którym napisał ten człowiek, ale zaraz przypomniałem sobie, że to ma sens.
Papież Franciszek, specjalista od zadziwiania swoich współpracowników, poszedł przecież o wiele dalej, udostępniając bezdomnym watykańskie prysznice. Do tego zaprosił okolicznych fryzjerów, by za darmo tam strzygli biedaków. Nie poprzestał jednak tylko na tym, bo obok łaźni polecił urządzić jadalnię, by tam ich częstować posiłkami( w których nota bene sam często uczestniczy)!
Jest jeszcze coś niesamowitego w tym wszystkim, co możemy zaobserwować, gdy media pokazują takie „wydarzenia” zza Spiżowej Bramy. Ojciec Święty tryska radością i widać, że nie jest to uśmiech na potrzeby wizerunku. On autentycznie jest wtedy szczęśliwy!!
„Nie słowa, ale czyny twoje zostaną policzone"
Może warto mieć to na uwadze czcigodni zarządcy parafialnych trzódek?
Pomysł starego człowieka z kościelnymi toaletami nie jest wcale taki absurdalny....
A gdyby tak jeszcze go poszerzyć?
Gdyby przy parafiach stworzyć miejsca do przywracania higieny, w których biedni, bezdomni, nawet ci, co w oparach alkoholowego nałogu zatracili zapach czystego ciała, mogliby poczuć się na nowo ludźmi, to nie byłby to wspaniały uczynek wrażliwości wierzącej wspólnoty?
A koszty, trud poniesiony, by takim zagubionym owieczkom okazać odrobinę serca?
One nie są wcale takie duże, gdy zważymy na to, że te uczynki miłosierdzia, po stokroć zostaną zapisanie jako bilet wstępu do wiecznego przeznaczenia nas wszystkich!
Kryspin, 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Parafie gorszego Boga



    Są dwie profesje, które wyróżnia się dodatkowym określeniem: Powołanie: to zawód lekarza i posługa kapłańska.
    Wśród podobieństw możemy wyliczyć: identyczny czas studiów(6 lat) i następne lata praktyki w „zawodzie”. Lekarz staje się rezydentem i robi specjalizację, a ksiądz rozpoczyna posługiwanie jako wikariusz w kolejnych parafiach i także się dokształca, by po cyklicznych kurialnych kursach, złożyć egzamin proboszczowski.
    Później jeden i drugi musi już tylko czekać na realizację swoich pragnień.
Lekarz podejmuje praktykę w wybranej przez siebie specjalizacji, a ksiądz wikariusz otrzymuje dekret, w którym biskup powierza mu samodzielność na parafialnej niwie.
    Podobieństwa w powołaniu tych dwóch ludzi wcale się jednak na tym nie kończą i nadal występują:
Lekarz realizujący się w prestiżowej klinice, z pewnością czuje się lepiej od kolegi, któremu udało się załatwić etat gdzieś w prowincjonalnym szpitalu?
Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku kapłanów delegowanych do samodzielnej pracy w przydzielonych im parafiach.
    W każdej diecezji można podzielić parafie na dwie kategorie: chwilówki i placówki docelowe.
Chwilówka, to parafia, którą kapłan obejmuje z nietęgą miną i uważa, że doznał krzywdy.
W takiej wspólnocie duszyczek jest mało, a jeszcze większość z nich to bezrobotni (np. parafie popegeerowskie).
No i ksiądz proboszcz czuje się zawiedziony, dlatego całą energię kieruje na znalezienie wyjścia z tej niezręczności.
     W podobnej sytuacji znalazł się kiedyś mój seminaryjny kolega, gdy została mu przydzielona pierwsza samodzielna parafia. To była dla niego sytuacja jak z sennego(kapłańskiego) koszmaru. Wszem i wobec żalił się na niesprawiedliwość (bez wycieczek personalnych, tak dla ostrożności) i zastanawiał jak odmienić swój los?
Ale od czego ma się przyjaciół?
    Innemu koledze bardziej się poszczęściło. Biskup skierował go do ciekawszej parafii, w której łatwiej związać koniec z końcem, a i perspektywy awansu rysowały się całkiem spore.
Kursowy kolega miał jeszcze jeden atut: był ulubieńcem kościelnego hierarchy i bez większego trudu załatwił nieszczęśnikowi nowe, „lepsze” miejsce proboszczowskiej posługi.
    No i wszyscy byli zadowoleni...
Takie zadowolenie winni przejawiać także parafianie z tej „chwilówkowej” parafii, bo może w końcu trafią na kapłana z powołaniem, a jeśli nawet nie, to po krótkim czasie doczekają się zmiany.
    W gorszej sytuacji są wierni, których kościelne władze na długie lata uszczęśliwiają proboszczami traktującymi parafialną wspólnotę jak dopust Boży.
    Był wtorkowy poranek, gdy przed laty spotkałem w moim osiedlowym sklepie dawnego kolegę z seminarium, a którym mówiono, że przeszedł do cywila.
Zapytałem go, czy mieszka gdzieś niedaleko, a on z rozbrajającą miną oznajmił mi, że robi zakupy, bo za chwilę wraca do swojej parafii.
Odpowiadając na moje zdziwienie, oznajmił, że jego miejsce kapłańskiej posługi, to popegeerowska dziura, w której nie ma co robić, no ale zważywszy na to, że powrócił po trzech latach do duchownego stanu, nie wypadało więcej biadolić.
Póki co, to często w gorszej sytuacji są wierni parafii, które określiliśmy mianem docelowych.
    Biskupia „ruletka”( albo subiektywna ocena kościelnego przełożonego), często „uszczęśliwia” takich parafian proboszczem, który przez długie lata(niekiedy kilkanaście i więcej), robi wszystko, by pokazać im, że nie przyszedł służyć, ale by mu służono.
A przecież mogłoby być tak pięknie, zwyczajnie.
    Gdyby posługa proboszcza była kadencyjna (np. 4 + 4 lata max) i po tym okresie następowała by zmiana?
    Gdyby ksiądz nie spełniający się w samodzielnej(proboszczowskiej) posłudze, powracał do pozycji wikariusza, tak dla przypomnienia sobie, na czym polega kapłańska posługa?
Kryspin

wtorek, 25 lipca 2017

Rozwód z biskupem



Dzień dobry Kryspinie.
Czytałem Twoje książki. Jestem kapłanem, który pokochał kobietę taką zwyczajną, ludzką miłością. Wykonuję każdego dnia moją kapłańską posługę, ale gdy przychodzi wieczór i próbuję kończyć go kapłańską modlitwą brewiarzową, moje myśli biegną do niej i wtedy przeżywam wielkie cierpienie. Pragnę szczerego kapłaństwa i staram się uciekać od myśli o kobiecie, którą pokochało moje serce, ale nie potrafię. Choć rozum stara się mi narzucić, że muszę uwolnić się od tej „słabości”, to i tak przegrywam tę walkę z samym sobą.
Kocham i żyję nadzieją, iż nadejdzie takin dzień, gdy będę z moją ukochaną tak normalnie, bez strachu, bez wścibskich oczu, które karmią się skandalami kapłańskich, zakazanych miłości.
Zazdroszczę tym wszystkim, którzy mogą iść przez życie mając u swojego boku ukochaną osobę, a mnie tego nie wolno.
Nie mam z kim o tym porozmawiać, choć kiedyś wbijano mi do głowy, że ksiądz nigdy nie jest samotny, bo ma współbraci w kapłaństwie i wiernych w parafii, którzy tworzą z nim rodzinę.
Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy kilkunastu lat, które upłynęły od dnia moich święceń; mogę powiedzieć, że to są puste frazesy.
Kapłan jest skazany na samotność, nawet gdy otacza go tłum.
Przeżywam stan beznadziei, załamania, bo uświadamiam sobie, że nie chcę tak żyć
Boję się jednak podjąć decyzję o mojej przyszłości.”
     Przez kilka dni pozostawiłem ten list bez odpowiedzi zastanawiając się, czy mam prawo zająć stanowisko i otwarcie udzielić mu odpowiedzi, w której zawarta by była jasna sugestia:
Zrób tak a tak i problem pozostanie poza Tobą.
Nie zrobiłem tego, ale zadzwoniłem i zwyczajnie z nim porozmawiałem, nie sugerując, co powinien zrobić ze swoją przyszłością.
W pewnym momencie zapytałem go, czy o tych swoich rozterkach próbował porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi, kapłanami?
Po chwili ciszy odpowiedział:” Wśród kapłanów nie ma przyjaźni i o takich sprawach trudno się rozmawia, a gdy już, to w żartobliwej formie.”
     Kilka miesięcy temu mój dawny seminaryjny kolega, obecnie nobliwy kanonik, dziekan, powiedział mi, że w mich książkach szkaluję stan duchowny i szkodzę Kościołowi i on będzie się modlił o moje nawrócenie.
     Jestem wdzięczny za zapewnienie o modlitwie,ale nie uważam, abym robił coś złego rozmawiając z tymi, którzy szukają pomocy stojąc przed koniecznością wyboru.
„Bądź zimny, albo gorący”,( Apokalipsa św. Jana, 3,15), czyli bądź autentycznym wobec siebie i innych!
Prawie dwa lata temu napisała do mnie młoda kobieta będąca w nieformalnym, wieloletnim związku ze starszym od siebie kapłanem. Przed kilkoma dniami odezwała się do mnie kolejny raz:
Mój ukochany jest wreszcie po „rozwodzie z biskupem”, a wczoraj poprosił mnie o rękę!”
Tak na koniec mój apel i gorąca prośba:do kapłanów, którzy są w nieformalnych związkach, bo pokochali „ ludzką miłością”.
Bądźcie:”zimni, albo gorący”!
     Często przed podjęciem decyzji:: Odchodzę, bo kocham", przeżywacie lęk przed napiętnowaniem, niezrozumieniem środowiska, czy zgorszeniem, jakie będą wam przypisywać wasi kościelni przełożeni.
Prawdziwym zgorszeniem i godnymi napiętnowania są ci, o których Apokalipsa mówi w dalszej części:”a tak, skoro jesteście letni....będę was wypluwać z moich ust”
W tym gronie są wasi współbracia, którzy nie raz żartobliwie tłumaczą samym sobie, że:
 „Celibat to tylko bezżeństwo, ale wcale nie zabrania cielesnych uciech ”
W gronie tych letnich są także decydenci Kościoła godzący się na fikcję nieludzkiego (Bożego tym bardziej!) wymogu celibatu!
Kryspin,