Jak czarny bumerang, wraca w dyskusjach toczonych w świetle kamer, problem aborcji.
Niektóre środowiska próbują zbić kapitał polityczny na odrażającym procederze, w którym pewna grupa ludzi uzurpuje sobie prawo do decydowania o życiu bądź śmierci poczętych dzieci.
Gorliwcy liberalnego poglądu, że póki malec nie ujrzy światła dziennego, to o jego być albo nie być powinna decydować tylko kobieta["mój brzuch, moja sprawa"] nawołują do zbiorowych marszy, aby pokazać siłę tłumu podobnych im!
Zwolennicy aborcyjnego liberalizmu powołują się na nieoficjalne statystyki, według których obecne obostrzenia w tym względzie i tak są fikcją, bo nielegalnych "zabiegów" i tak jest bardzo wiele[mówi się o kilkudziesięciu tysiącach rocznie]
Na tle tego rozkrzyczanego tłumu bardzo cicho wybrzmiewa głos obrońców życia poczętego i jeśli już bywa słyszalny, to nie do końca wypowiadają go ci, którzy z racji wielu, lub stanu[ przedstawiciele Episkopatu] wydają się najbardziej "zainteresowani".
Kilka dni temu przypadkowo zobaczyłem fragment jakiejś polskiej telenoweli i trafiłem akurat na scenę rozmowy dwóch młodych kobiet.
Jedna z nich leżała na łóżku szpitalnym[była w widocznej ciąży], a druga rozmawiając z nią, prosiła, aby nie pozbyła się tego dziecka, które w niej było. Na koniec powiedziała, że sama kiedyś zdecydowała się na ten krok i teraz do końca życia pewnie będzie żyła ze świadomością nieodwracalnego zła, które będzie ją prześladowało tym wspomnieniem!
Tak sobie myślę, że może potrzeba by było , aby osoby[które liberalne aktywistki liczą w dziesiątki tysięcy] odważyły się zabrać głos o tym, co przeżywają po....
I może dobrze by było, gdyby stworzono punkty informacyjne, swego rodzaju poradnie, w których nie jakaś podstarzała matrona, czy duchowny w sutannie, ale kobiety po takim traumatycznym doznaniu, zdecydowały się rozmawiać z młodymi dziewczynami, które często pozostają same ze swoim strachem.
A może w w trakcie lekcji wychowania seksualnego[ o które tak zabiegają niektóre środowiska] także znalazłby się czas na takie spotkanie?
Utopia?
A może wcale nie?
Kryspin
wtorek, 27 września 2016
środa, 21 września 2016
Nie mogę, a może nie chcę?
W zabawnym skądinąd filmie:"Ile waży koń trojański", bohaterka w rozmowie z kierowniczką Domu Pracy Twórczej poprosiła tamtą o udzielenie informacji o jej znajomym, z których bardzo chciała się spotkać.
Napuszona swoją "władzą" pani kierownik odpowiedziała jej, że nie może takiej informacji jej udzielić!
Bohaterka filmu nie dawała za wygraną i zadała kolejne pytanie:"Nie może pani, czy nie chce?"
Zapytana zmierzyła ją wzrokiem i odpowiedziała:"A czy to jest jakaś różnica?"
*
Napisała do mnie zdesperowana kobieta, która ponad dwadzieścia lat temu poślubiła mężczyznę innej wiary[sama jest katoliczką!] Ich ślub odbył się w kościele małżonka, czyli w świetle prawa kościelnego nie doszło pomiędzy nimi do zawarcia sakramentalnego małżeństwa!
Schody dla tej kobiety zaczęły się w czasie, gdy ich latorośl miała przystąpić do pierwszej komunii świętej!
Proboszcz postawił warunek: Będzie sakramentalny ślub, będzie komunia, w przeciwnym wypadku:Nie!
Choć pożycie tychże małżonków z różnych powodów nie układało się, więc decyzja o powiedzeniu sobie sakramentalnego:tak, nie miała sensu, ale ze względu na córeczkę i jej radość z przyjęcia Pana Jezusa, zdecydowali się na ten krok!
Nastąpił swego rodzaju "kompromis", który jednak nie trwał długo, bo po kilku miesiącach ich związek się rozpadł definitywnie i zakończył się cywilnym rozwodem!
Ojciec dziewczynki poszedł w swoją stronę; zawarł w swoim kościele kolejny związek małżeński i cieszył się nową żonką!
Kobieta[mama córeczki] poznała nowego pana, z którym była szczęśliwa i oboje kochali jej dziecko, ale teraz oni zamknęli sobie drogę do niedzielnej komunii, jako osoby żyjące wg Kościoła, na kocią łapę.
I nie byłoby problemu, gdyby pogodzili się z tym, ale ?
No właśnie na ich nieszczęście, oboje byli wierzącymi ludźmi i sprawa możliwości karmienia się Ciałem Chrystusa nie była im obojętna, a nawet bardzo im zależało na pełnym uczestnictwie w sakramentalnym życiu!
Aby wyprostować sobie drogę do Pańskiego Stołu, udali się do Kurii, no i prawidłowo!
Tam jednak dopiero zaczęły się schody, choć ksiądz sekretarz Trybunału przyjął ich podanie, ale zaraz po tym wręczył im listę rzeczy, których spełnienie uznano za konieczne, aby nad sprawą się pochylić: kilkudziesięciu świadków; także były małżonek i teściowie oraz pokaźne grono osób, do których nie mieli żadnego dostępu itd!
To ich załamało i tylko bezradnie rozłożyli ręce, wiedząc, że przez lata nie będą wstanie sprostać tym wymogom!
Czy Kuria nie mogła postąpić inaczej, czy nie chciała?
Myślę, że w tym i w wielu innych przypadkach Kościół, może dla podkreślenia swojej powagi, a może ze zwykłego braku empatii, albo co uważam za najgorsze, ze zwykłego nie chce mi się, stawia przed szeregowymi wiernymi kłody trudne do pokonania!
A w tym rzeczonym przypadku wystarczyło przecież przesłuchać jednego świadka: proboszcza, który postawił ich pod ścianą:"Będzie ślub, będzie komunia!" i na pierwszej rozprawie kurialny trybunał dowiedziałby się, że tego sakramentu wcale nie było, bo został zawarty pod przymusem!
Kryspin
Napuszona swoją "władzą" pani kierownik odpowiedziała jej, że nie może takiej informacji jej udzielić!
Bohaterka filmu nie dawała za wygraną i zadała kolejne pytanie:"Nie może pani, czy nie chce?"
Zapytana zmierzyła ją wzrokiem i odpowiedziała:"A czy to jest jakaś różnica?"
*
Napisała do mnie zdesperowana kobieta, która ponad dwadzieścia lat temu poślubiła mężczyznę innej wiary[sama jest katoliczką!] Ich ślub odbył się w kościele małżonka, czyli w świetle prawa kościelnego nie doszło pomiędzy nimi do zawarcia sakramentalnego małżeństwa!
Schody dla tej kobiety zaczęły się w czasie, gdy ich latorośl miała przystąpić do pierwszej komunii świętej!
Proboszcz postawił warunek: Będzie sakramentalny ślub, będzie komunia, w przeciwnym wypadku:Nie!
Choć pożycie tychże małżonków z różnych powodów nie układało się, więc decyzja o powiedzeniu sobie sakramentalnego:tak, nie miała sensu, ale ze względu na córeczkę i jej radość z przyjęcia Pana Jezusa, zdecydowali się na ten krok!
Nastąpił swego rodzaju "kompromis", który jednak nie trwał długo, bo po kilku miesiącach ich związek się rozpadł definitywnie i zakończył się cywilnym rozwodem!
Ojciec dziewczynki poszedł w swoją stronę; zawarł w swoim kościele kolejny związek małżeński i cieszył się nową żonką!
Kobieta[mama córeczki] poznała nowego pana, z którym była szczęśliwa i oboje kochali jej dziecko, ale teraz oni zamknęli sobie drogę do niedzielnej komunii, jako osoby żyjące wg Kościoła, na kocią łapę.
I nie byłoby problemu, gdyby pogodzili się z tym, ale ?
No właśnie na ich nieszczęście, oboje byli wierzącymi ludźmi i sprawa możliwości karmienia się Ciałem Chrystusa nie była im obojętna, a nawet bardzo im zależało na pełnym uczestnictwie w sakramentalnym życiu!
Aby wyprostować sobie drogę do Pańskiego Stołu, udali się do Kurii, no i prawidłowo!
Tam jednak dopiero zaczęły się schody, choć ksiądz sekretarz Trybunału przyjął ich podanie, ale zaraz po tym wręczył im listę rzeczy, których spełnienie uznano za konieczne, aby nad sprawą się pochylić: kilkudziesięciu świadków; także były małżonek i teściowie oraz pokaźne grono osób, do których nie mieli żadnego dostępu itd!
To ich załamało i tylko bezradnie rozłożyli ręce, wiedząc, że przez lata nie będą wstanie sprostać tym wymogom!
Czy Kuria nie mogła postąpić inaczej, czy nie chciała?
Myślę, że w tym i w wielu innych przypadkach Kościół, może dla podkreślenia swojej powagi, a może ze zwykłego braku empatii, albo co uważam za najgorsze, ze zwykłego nie chce mi się, stawia przed szeregowymi wiernymi kłody trudne do pokonania!
A w tym rzeczonym przypadku wystarczyło przecież przesłuchać jednego świadka: proboszcza, który postawił ich pod ścianą:"Będzie ślub, będzie komunia!" i na pierwszej rozprawie kurialny trybunał dowiedziałby się, że tego sakramentu wcale nie było, bo został zawarty pod przymusem!
Kryspin
czwartek, 15 września 2016
„Przekażcie sobie znak pokoju”
No i znowu się narobiło!
Na słupach ogłoszeniowych,
przystankach autobusowych i innych miejscach naszych miast pojawiły
się kolorowe plakaty dwóch dłoni złączonych w geście powitania.
Całość opatrzono wezwaniem:
„Przekażcie sobie znak pokoju!”, aby było ciekawiej, medialnym
patronatem akcję objęły znane redakcje katolickich pism i to
wydawało się słuszne, bo przecież wezwanie żywcem pochodziło z
apelu, który w czasie każdej mszy kieruje kapłan do zgromadzonych,
bezpośrednio przed rozdawaniem Ciała Eucharystycznego.
No i wszystko wydawało się ok. ale
tylko do czasu, aż rzecznik KEP [Konferencja Episkopatu Polski]
poinformował, że ten plakat jest:Be!
Gdyby nie stanowcza reakcja księdza
rzecznika, to pewnie większości nie przyszło by do głowy, że on
promuje wartości gejowskie, namawia do homoseksualizmu, gloryfikuje
akty homoseksualne jako moralnie dobre i jakby tego było mało,
zachęca do podważania istoty małżeńskiego związku: tego
właściwego, czyli męsko-damskiego
A całość wniosków została
wyciągnięta z małego szczegółu, na który większość owieczek
katolickiego Kościoła nawet by nie zwróciła uwagi:
Na plakacie lewą rękę oplata
kolorowa bransoletka w kolorach tęczy , a te barwy niektórym
dociekliwym kojarzą się ze środowiskiem osób o innej od
powszechnie akceptowanej orientacji seksualnej, czyli z gejami!
O wiele lepiej dla poprawnie
zorientowanych[seksualnie] prezentuje się prawa dłoń opasana
różańcem i od razu widać, kto jest po właściwej stronie w
kwestii moralności!
No i się narobiło.
Według badań uczonych [o różnych
orientacjach seksualnych], w naszym kraju jest od 5 do 10% osób,
które są gejami, homoseksualistami, kochającymi inaczej, aby nie
używać innych, mało przyjemnych określeń ich preferencji w
kwestii spraw intymnych!
W parafiach, w których znak pokoju
wierni przekazują sobie skinieniem głowy, to pół biedy, ale w
tych, gdzie zebrani podają sobie rękę, to już zgroza! A nuż
wśród stojących obok znajdzie się taki człowiek z kolorową
bransoletką, to może pobożnej duszyczce zburzyć cały spokój i
to bezpośrednio przed przyjęciem Pańskiego Ciała.
A mnie się wydaje, że nie
powinniśmy dać się zwariować w kwestii, kto jest porządny, a
kto be. Może powinniśmy mniej zaglądać ludziom do ich sypialni, a
oceniać ich z tego jakimi są dla innych.
A mnie się podoba samo przesłanie:
„Przekażcie sobie znak pokoju” i wcale nie gorszy mnie w nim
kolorowa bransoletka, ani nie wywołuje świętego zadowolenia
różaniec oplatający tą drugą dłoń.
Najważniejsze, że one mówią: Nie
potępiam cię i jesteś mi kimś bliskim!
„Pokój z tobą”!
W niektórych wspólnotach
parafialnych, zebrani w trakcie mszy świętej kończą ceremonię
przekazania sobie tego znaku chrześcijańskiej jedności właśnie
tymi słowami i może tylko trochę żal, że nie zawsze wypowiadają
je szczerze.
Niezależnie z czyjej inspiracji
pojawiły się te kolorowe plakaty na ulicach naszych miast, to może
i za przyczyną medialnego, ale i tego kościelnego szumu wokół
nich, wyniknie coś dobrego?
Może ci stojący po tej
„właściwej[prawej]stronie” moralności, z większą
świadomością podadzą swoją rękę do zgody [pokoju] drugiemu
człowiekowi i to nie tylko w czasie niedzielnej mszy, ale także w
codziennych relacjach z bliźnimi!
A doszukiwanie się drugiego dna,
stawianie wątpliwości co do czystości intencji tej drugiej strony,
to na pewno nie służy dążeniu do jedności, a przecież o nią
najbardziej zabiegał Chrystus w swoim nauczaniu.
Kryspin
poniedziałek, 12 września 2016
Konkubinat, lekarzu ulecz samego siebie!
Przed kilkoma laty odwiedziłem
mojego kursowego kolegę.
On już wtedy był szacownym
proboszczem w nowo budowanej parafii i z tego powodu miał w
perspektywie nagrodę, w postaci godności kanonickiej, którą po
kilku latach otrzymał.
Wtedy, gdy odwiedziłem go
pierwszy raz, był jeszcze normalnym księdzem w czarnej sutannie i
może dlatego przyjął mnie z serdecznością i poświęcił mi
sporo ze swego czasu. Wspominaliśmy dawne dzieje i trochę
plotkowaliśmy o naszych wspólnych znajomych, kapłanach. Gdy
zapytałem go o kolegę, który z woli biskupa zarządzał sąsiednią
parafią, mój znajomy proboszcz uśmiechnął się i powiedział:
„A on ma się całkiem
dobrze, ma na plebani panią, która co trzeba zauważyć, pracuje w
urzędzie samorządowym, a na probostwo wraca tylko po południu, ale
i tak zajmuje się naszym kolegą jak dobra żona: ugotuje, zadba o
czystość, a i przypilnuje, by ten nie za często zaglądał do
szklanych naczyń z perlistym napojem i ogólnie jest dobrze!
Swoją relację zakończył uśmiechem
i podsumował:
„No co by tu nie mówić, to w
jego przypadku mamy do czynienia z nieformalnym konkubinatem i tak to
trzeba określić....Ale nikomu to nie przeszkadza, więc jest ok”
No tak, w tej chwili pewnie oczy
przecierają cywile, którym Kościół odmówił prawa do życia
sakramentalnego: do spowiedzi i komunii św., tłumacząc, że osoby
żyjące w nieformalnych związkach, a także te w związkach
niesakramentalnych- same wykluczyły się z pełni prawa w Kościele
i basta!
Dziwi mnie „logika” uczonych
teologów, którzy definiując związek nieformalny, za kluczowe
przyjęli wspólne gospodarstwo domowe niegodziwców!
Idąc tym torem rozumowania:
Ktoś kto mieszka u rodziców i
systematycznie zachodzi do wybranki swojego serca, która także
pomieszkuje o swoich bliskich, no i spędza u niej[w osobnym pokoju]
prawie codziennie po kilka godzin i jak możemy się domyślać, nie
zajmują się w tym czasie odmawianiem pobożnych modlitw, to nie ma
do czynienia z nieformalnym związkiem?
Czyli: Raz po raz spowiedź, a że
te same grzechy się powtarzają, to przecież można złożyć to na
karb ludzkiej ułomności, słabej woli i po sprawie.
Z „czystym” sumieniem można
przystąpić do Pańskiego stołu i ?
No właśnie, i następnie można
wrócić do codziennych miłych chwil sam na sam!
I tu rodzi się pytanie:
A gdzie postanowienie poprawy, o żalu
za grzechy popełnione nie wspominając?
Przecież to są konieczne warunki
dobrej spowiedzi, ważnej, takiej która gładzi grzechy i przywraca
stan łaski uświęcającej!
Kolega Anioł z „Alternatyw 4”
z największym wzburzeniem piętnował mieszkańców bloku, którzy
wdawali się w nieformalne związki.
Blokowy cieć odkrywszy ten proceder,
z odrazą informował pozostałych, że:
„Ci niegodziwcy nawet razem jedli
i to jeszcze jak jedli!”
Komedia w śmieszny sposób
ukazywała absurdy naszej rzeczywistości, ale kościelna wykładnia
dotycząca nieformalnych związków także trąci farsą!
A gdyby tak, wzorem niektórych
wrażliwych owieczek, które nie przystępują do komunii świętej,
uznających swoją winę bycia w nieformalnym związku, podobnie
zachowaliby się kapłani ?
Ksiądz przystępujący do
sprawowania ofiary eucharystycznej winien być w stanie łaski
uświęcającej [czyli po uczciwej spowiedzi, z zachowaniem pięciu
warunków ważności sakramentu pokuty !]
Obawiam się, że mogłoby się
tak zdarzyć, iż w wielu naszych świątyniach zamiast niedzielnej
mszy, mogłyby co najwyżej odbyć się nabożeństwo pokutne?
A może byłoby to dobre, bo
uczciwe zapewne!
Kryspin
poniedziałek, 5 września 2016
Powołanie do życia samotnego, to rzadki dar!
Na początku mojej seminaryjnej
drogi[po pierwszym roku], w czasie wakacji z przyjaciółmi
pojechaliśmy do Bieniszewa.
Kilkanaście kilometrów od Konina,
wśród lasów poszliśmy leśną dróżką, by u jej kresu
zobaczyć, otoczony białym murem klasztor Kamedułów.
W obrębie tej historycznej budowli
znajdował się kościół, którego wnętrze było przedzielone
masywną, drewnianą kratą, poza którą ludzie ze świata nie mieli
wstępu. Ta część świątyni była przeznaczona dla mnichów
przebywających na terenie klasztoru. Zakonnicy, jak nas poinformował
jeden z nich, mieszkali w małych domkach rozsianych w pobliżu
budynku świątyni.
Te małe budowle były pustelniami, w
których poza surowymi pryczami, drewnianym stolikiem i niezbyt
wygodnym krzesłem, nie było nic więcej.
Gdy dowiedzieliśmy się, że mnisi
praktycznie przeżywają swoje życie w milczeniu[poza wspólnie
wypowiadanymi słowami modlitw] i nawet w czasie wspólnie
spożywanych, bardzo skromnych posiłków, przestrzegają tej reguły,
to nas trochę zmroziło.
Po kilku godzinach przyglądania
się ich niezwykłemu życiu, wracaliśmy leśną drogą do
cywilizacji i wtedy wszyscy stwierdziliśmy to samo: „Ja bym tak
nie potrafił!”
Powołanie do życia w samotności
i rezygnacja z wszystkiego, jest czymś wyjątkowym i niewielu jest
ludzi, którzy takiego daru doświadczają!
Potwierdzają to dane o liczbie
ojców i braci tego jednego z najsurowszych zakonów w Polsce.
Obecnie jest zaledwie kilkunastu mnichów żyjących w dwóch
klasztorach na terenie Polski. Kandydatów do takiego powołania jest
także niewielu, bo zaledwie kilku na przestrzeni ostatnich lat.
*
Po zakończonych wakacjach
powróciłem do seminaryjnych murów, ale często wracałem
wspomnieniami do obrazów z Biniszewa.
Nasz świat „powołanych”, był
zupełnie inny i nawet namiastka klasztornej reguły, jaką było
silentium religiosum [ święte milczenie, nakazane od godziny 21.00
do śniadania następnego dnia] respektowaliśmy z przymrużeniem
oka.
Często zastanawiałem się, jakie
to moje, nasze kapłaństwo będzie w przyszłości i wtedy
najbardziej obawiałem się samotności!
Pomimo, że nasi przełożeni
wielokrotnie wbijali nam do głów, że ksiądz nigdy nie odczuwa
samotności,, bo jego rodziną jest parafia i wspólnota współbraci
w kapłaństwie; to jednak nie łagodziło obaw.
Sześć lat seminaryjnego
przygotowania do życia w samotności nie realizuje szczytnych
założeń:
Prawie dwustu facetów przez 365 dni
w roku było ciągle razem[ przez 24 godziny na dobę!] i później,
po święceniach taki konsekrowany młodzieniec trafił na plebanię,
gdzie na parterze rezydował proboszcz, niekiedy zramolały, stary
zgred, który o wspólnocie kapłańskiej już dawno zapomniał, a
młodego księdza traktował jako wyrobnika, który powinien przejąć
większość duszpasterskich posług za swojego przełożonego i
tyle!
A młody kapłan próbując
zagłuszyć strach samotności i rzucał się w wir duszpasterskich
zajęć, wieczorem siadał przed telewizorem bądź przerzucał
kolejny raz książkę już wielokrotnie przeczytaną, a jeśli miał
szczęście, że kolega z roku pracował w pobliskiej parafii,
wsiadał w samochód i go odwiedzał.
To jeden ze sposobów oszukania
samotności, ale ile razy można rozmawiać o swoich szefach,
nieżyciowych facetach, którzy swoje samotności zagłuszyli
poczuciem władzy i pragnieniem mamony już tak dawno, że nie
potrafili zrozumieć tych młodych w koloratkach.
A później, w kolejnym etapie
ucieczki od samotnych wieczorów, następuje ożywienie życia
towarzyskiego, odwiedziny u zaprzyjaźnionych parafian i tak dalej...
Powołanie do życia samotnego, to
wielki dar i wyjątkowo rzadki.
Zastanawiam się, czego w ludziach
Kościoła, decydujących o narzuconej [celibatem] samotności
kapłanów, jest więcej: świętej naiwności, czy zwyczajnej
hipokryzji?
Kryspin,
piątek, 2 września 2016
"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"
Przed kilkoma dniami zapowiadałem inaugurację mojej książki: "Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd". Dzisiaj mój wydawca przesłał mi projekt okładki, którą chciałbym Wam przedstawić.
Wielu czytelników, którzy poznali "Zakochaną koloratkę-10000 dni"oraz "Zatroskaną koloratkę-Pasterze i najemnicy", z niecierpliwością oczekuje na tę niezwykłą książkę, która pod koniec października trafi do księgarń.
Dzięki możliwości wcześniejszego zamówienia[ w formie przedsprzedaży] za 29.90 zł [Promocyjna cena z dedykacją autora], będziecie mogli poznać wstrząsające świadectwa bohaterów "Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd" jako pierwsi[kilkanaście dni przed premierą!]
Tel: 536 425 831 lub mail:kryspinkrystek@onet.eu
Zadzwoń, albo napisz, aby zamówić książkę!
Wysyłek będziemy dokonywali wg kolejności zamówień!
Pozdrawiam Kryspin
Wielu czytelników, którzy poznali "Zakochaną koloratkę-10000 dni"oraz "Zatroskaną koloratkę-Pasterze i najemnicy", z niecierpliwością oczekuje na tę niezwykłą książkę, która pod koniec października trafi do księgarń.
Dzięki możliwości wcześniejszego zamówienia[ w formie przedsprzedaży] za 29.90 zł [Promocyjna cena z dedykacją autora], będziecie mogli poznać wstrząsające świadectwa bohaterów "Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd" jako pierwsi[kilkanaście dni przed premierą!]
Tel: 536 425 831 lub mail:kryspinkrystek@onet.eu
Zadzwoń, albo napisz, aby zamówić książkę!
Wysyłek będziemy dokonywali wg kolejności zamówień!
Pozdrawiam Kryspin
niedziela, 28 sierpnia 2016
Nie przyszedłem aby służyć, ale by mi służono!
Był listopad 1975 roku. Będąc w
klasie maturalnej pojechałem na krótkie [3 dni] rekolekcje dla
młodzieży, które kilkanaście kilometrów od mojej miejscowości,
organizowali Ojcowie Paulini.
W małej, wiejskiej parafii pracowało
wtedy czterech zakonników. Nad wszystkimi górował nie tylko
pełnioną funkcją, ale i wzrostem[2,05] przeor tej mini wspólnoty.
Lubiłem tego olbrzyma, którego
poznałem już wcześniej, gdy odwiedzał naszą parafię, za każdym
razem budząc małą sensację z powodu swojej wielkości.
Przy całej swej „niezwykłości”
był do tego szalenie miłym człowiekiem.
Zdziwiło mnie, gdy w trakcie naszego
pobytu u gościnnych zakonników[ w trakcie naszych rekolekcji],
Ojciec Przeor przedstawił nam swoich pomocników, wśród których
jeden zdawał się jakoś za bardzo posunięty w latach, jak na
prostego mnicha.
Gospodarz wyjaśnił nam, że to
był były Generał ich zakonu [ najważniejsza osoba w dużym
zgromadzeniu zakonnym], ale po skończonej kadencji, powrócił do
grona szeregowych Ojców!
Później, wyjaśniając nam zasady
panujące w zakonie, dodał, że on także po maksymalnie dwóch
kadencjach[czteroletnich] pewnie zostanie przydzielony do innych
zadań.
Tak też się stało, gdy po kilku
latach, w czasie mojego pobytu na Jasnej Górze, spotkałem go w
klasztorze. Był wtedy zwyczajnym Ojcem zakonnym, jakich tam było
wielu, ale nadal ujmował serdecznością i szczerym, uśmiechem!
Przed kilkoma dniami w trakcie
popołudniowej kawy, na którą zaprosiliśmy sąsiadów. Justyna
wiedząc o mojej przeszłości, poruszyła temat proboszcza z jej
rodzinnej parafii:
-” Od ponad dwunastu lat w mojej
rodzinnej parafii zostaliśmy skazani na proboszcza, który
delikatnie to ujmując, nie jest lubiany. Przez te wszystkie lata
niechęć do tego kapłana narosła konfliktami, w których on chyba
się lubuje, bo co chwilę swoją postawą zraża sobie kolejnych
wiernych i w efekcie coraz mniej ludzi chodzi do kościoła...
Najgorsze jednak jest to, że on ma
dopiero 58 lat i jeszcze długo u nas pozostanie!”
Może puśćmy wodze fantazji...
Gdyby kościelne władze wprowadziły
obligatoryjnie kadencyjność stanowisk proboszczowskich.
Dajmy na to: Proboszcz powoływany
byłby na okres, powiedzmy 4 lat..
Pod koniec pierwszej kadencji
parafialna wspólnota w powszechnym głosowaniu wyrażałaby coś w
rodzaju wotum zaufania, oceniając jego czteroletnie rządy dusz i
dodatkowo Kuria[organ nadrzędny z biskupem jako decydentem],
przeprowadziłaby coś w rodzaju audytu-zewnętrznej oceny poczynań
gospodarza parafii.
W efekcie zapadłaby decyzja o
ewentualnym kolejnym[ostatnim] okresem jego posługi w danej
wspólnocie.
Później cztery lata przerwy i powrót
do posługi pomocniczej[ wikariusz] , no a potem ewentualny, kolejny,
kadencyjny czas proboszczowania w innej parafii!
No to teraz ktoś powie, że to
czysta utopia i coś, czego nie da się wprowadzić w życie...
Co prawda Kościół przez wieki
żył hierarchicznym systemem sprawowania władzy nad pracownikami
Winnicy Pańskiej, ale to wcale nie wyklucza, żeby kapłani mieli
świadomość, że na tym ziemskim padole nic i nikomu nie bywa dane
na zawsze.
Władza dana na jakiś
czas,sprawuje w rządzącym poczucie służby i odpowiedzialności
przed tymi, którzy nią kogoś obdarzyli.
Człowiek posiadający władzę,
bez ograniczenia czasu, niekiedy staje się satrapą, który zatraca
poczucie powołania do służby, a po jakimś czasie zaczyna żyć
żądzą tego, aby mu służono!
Kryspin
P.S. Napiszcie mi o swoich Proboszczach: Czy są duszpasterzami z prawdziwego zdarzenia, czy satrapami , którzy zatracili istotę powołania!
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Zakonny habit na plaży!
Ostatnio władze francuskie
wprowadziły zakaz przebywania na plażach kobiet w tradycyjnych
muzułmańskich hidżabach [kobiecy strój szczelnie zasłaniający
całe ciało kobiety], jako wyraz fundamentalizmu religijnego, który
jest sprzeczny z laickim charakterem państwa z Lazurowym Wybrzeżem.
Niejako drugorzędnym argumentem był problem higieny, pożądany w
miejscach, gdzie ludzie zażywają kąpieli.
Z pewnością w świecie muzułmańskim
takie obostrzenia będą traktowane jako nieprzyjazne i prowokująco
wrogie wobec osób wyznających islam, no i zarzewie konfliktu
gotowe.
Swoją drogą pewnie wielu z nas
dziwi takie poddańcze stosowanie się młodych kobiet islamu tak
drastycznym ograniczeniom, które w naszej kulturze europejskiej, nie
miałyby żadnych szans.
No, ale to wcale nie jest prawdą!
W naszym kręgu cywilizacyjnym, w
kulturze mającej korzenie w chrześcijaństwie, także z takim
fundamentalizmem się spotykamy!
Jeszcze jako bardzo młody ksiądz
przed wyjazdem nas letni urlop, rozmawiałem z siostrą zakonną,
która pracowała w mojej parafii.
Dowiedziawszy się o moich planach
wyjazdu nad morze, nieco posmutniała i z żalem powiedziała:
-”Wy, księża macie dobrze...możecie
bez żadnego problemu poopalać się nad wodą, zażywać morskich
kąpieli i po dniu spędzonym na plaży, spędzić wieczór w
nadmorskiej kawiarni, nie budząc sensacji pozostałych obecnych.”
Zdziwiony odpowiedziałem bez
namysłu:
-Przecież siostra też pojedzie na urlop, więc jaki problem, aby spędzić go podobnie ?
-Przecież siostra też pojedzie na urlop, więc jaki problem, aby spędzić go podobnie ?
Odpowiedziała mi jeszcze bardziej
poważna:
-”My nie mamy problemu, ale regułę
zakonną i ten habit, który od chwili złożenia ślubów
wieczystych, a nawet od czasu, gdy już na początku naszej drogi
powołania zostałyśmy w niego przyobleczone; stał się jakby naszą
drugą skórą...
Żal mi, gdy mijam na ulicy młodą
kobietę w zakonnym habicie i za każdym razem zastanawiam się co
nią kierowało, że postanowiła tak spędzić resztę życia?
No i znowu narobiłem sobie
kłopotów! Już wyobrażam sobie lawinę głosów obrońców
odwiecznej tradycji, gdy od zawsze siostry zakonne realizowały swoje
powołanie do modlitwy i ofiarnej służby i jakoś im habity w tym
nie przeszkadzały!
To oczywiście jest prawdą, ale ?
Ostatnio na jednym z portali
internetowych zamieszczono wywiad z kobietą, która opuściła
zgromadzenie zakonne po czternastu latach bycia w klasztorze.
Z żalem opowiadała o przyczynach
opuszczenia wspólnoty. Na początku jak wiele jej rówieśniczek,
cieszyła się, że będzie mogła realizować swoje marzenia o
pełnej miłości służbie bliźnim, o radości bycia blisko Boga
poprzez wspólnotę modlitwy.
I to wszystko przez lata bledło w
klasztornej rzeczywistości: zazdrość pomiędzy siostrami,
nieustanna walka o względy przełożonej, absurdalne[na dzisiejsze
czasy] nakazy reguły zakonnej pamiętające lata matki założycielki[
XVI wiek], permanentna inwigilacja i nieustanna konieczność
rezygnacji ze wszystkiego w imię bezdyskusyjnego posłuszeństwa.
I znowu ktoś powie: przecież
wiedziały na co się decydują.
Sądzę, że nie do końca wiedziały,
bo świadczą choćby o tym dane o odejściach z zakonnych wspólnot?
Pod koniec wywiadu z byłą
siostrą padło pytanie ile z dziewczyn, które rozpoczęły z nią
drogę klasztornego powołania, po latach pozostało w zgromadzeniu:
-”Z siedemnastu pozostały
dwie!”-padła odpowiedź.
A może potrzeba trochę świeżego
powietrza, które padłoby na zakurzone dawnymi czasami zakonne
reguły.
Chwile oddechu, takiego ludzkiego
bycia wśród zwykłych ludzi, z pewnością nie zburzyłyby
kobietom[na co dzień chodzącym w zakonnych habitach] istoty ich
powołania
Kryspin
wtorek, 16 sierpnia 2016
Dożywocie!
Miałem niecałe osiem lat, gdy
pierwszy raz zaliczyłem wakacje u mojego wujostwa na wsi.
Byłem dzieciakiem z miasta i pobyt w
gospodarstwie moich krewnych dostarczał mi niesamowitych przeżyć.
Tam szczególnie polubiłem
codzienne spotkania ze zwierzętami:z Azorem, psem pilnującym
obejścia, z krowami leniwie przeżuwającymi zieloną karmę by
każdego poranka odwdzięczać się ciepłym mlekiem [z którego
ciocia robiła pyszne masło i biały ser], oraz z innymi zwierzęta
w obejściu.
Bardzo lubiłem z wujkiem zajmować
się końmi, które w niedzielne przedpołudnie były zaprzęgane do
bryczki, którą udawaliśmy się na mszę odprawianą w parafialnym
kościele.
Obok zagrody wujostwa było
gospodarstwo sąsiadów. Tam od kilku lat gospodarzyła wraz ze swoim
mężem córka starych rolników. Jej rodzice zaraz po ślubie
przekazali młodym dorobek swojego życia w zamian za ”dożywocie”[
w tamtym czasie rolnicy, którzy przechodzili w stan spoczynku, nie
otrzymywali państwowej emerytury i byli zdani tylko na łaskę
swoich pociech]
Starzy sąsiedzi w swej przezorności
dokonali nawet stosownego zapisu przed sołtysem, że :dożywotnio
będą otrzymywali od młodych pól litra mleka dziennie i do tego
jedno jajko.
Wkrótce zmarła stara matka i ojciec
nowej gospodyni pozostał sam. W dniu pogrzebu zięć wziął go na
stronę i wyjaśnił: „Teraz, gdy ojciec został sam, mleka należy
się jedna szklanka, a jajko będzie co drugi dzień!”
To zdarzyło się dawno i może na
szczęście teraz „dożywocie” w formie emerytury dla rolników
zapewnia KRUS, ale pieniądze, które co miesiąc dostarcza
listonosz, nie zastąpią wrażliwego serca najbliższych.
*
„Ojciec już jest stary i nie
pasuje do naszego nowego domu. Jest marudny, niedosłyszy i
najgorsze, że przy jedzeniu rozlewa nawet herbatę, nie mówiąc już
o innych naczyniach, których wytłukł już co niemiara. W starej
chacie z pewnością będzie się czuł lepiej, bo to jego świat.”
Tak tłumaczyła się przed sąsiadami
właścicielka pięknego i dużego gospodarstwa w zamożnej
wielkopolskiej wsi.
Córka mieszkająca w nowo
pobudowanym, olbrzymim domu „dbała” o to, by staruszek nie czuł
się niezręcznie i może dlatego posiłki zanosiła mu w metalowym
naczyniu do szarej od starości izby.
Do stołu w pięknym salonie nie
zapraszała go nigdy, choć często właśnie tam odbywały się
przyjęcia z okazji imienin, urodzin, czy innych rodzinnych
uroczystości.
Wtedy zdobywała się na gest „dobroci”
i wysyłała córkę, aby dziadkowi zaniosła na tekturowej tacce
kawałek ciasta.
Staruszek był zapraszany do ich
domostwa tylko raz w roku, przy okazji corocznej kolędy, ale gdy
wielebny zasiadał z domownikami do uroczystej kolacji [ którą
jadał tam co roku], on zbierał się i wracał do siebie.
Smutne „dożywocie” miał ten
staruszek bo jedyne, czego miał nadmiar, to samotność. Po kilku
latach zmarł w swojej chacie. Lekarz wezwany z powiatu wpisał
datę śmierci na dzień poprzedni, ale co do godziny, tego po czasie
nie umiał dokładnie określić, bo staruszek odszedł po cichu i
nikogo wtedy przy nim nie było.
Nic nie zastąpi wrażliwego serca
najbliższych, zwłaszcza starym ludziom dożywającym swego
„dożywocia”!
Zawsze, gdy widzę w oczach
starych ludzi smutek samotności wśród najbliższych, przypomina mi
się „Drewniany talerz” ze wspaniałą rolą Kazimierza
Opalińskiego[ Teatr telewizji 1968 rok] i końcowa scena, gdy
wnuczka zabiera „pamiątkę” po dziadku, którego pozbyła się
najbliższa rodzina. Na pytanie, po co jej ten drewniany talerz,
odpowiedziała: „zostawię go dla was”!
Może w Roku Miłosierdzia warto
byłoby pomyśleć, że Pan Bóg kiedyś wystawi nam rachunek za
wrażliwość naszych serc, także w stosunku do naszych bliskich
przeżywających obok nas swoje „dożywocie”!
Kryspin
piątek, 12 sierpnia 2016
Proszę:Przeczytaj i podaj dalej!!!
Do wszystkich znajomych Ważne!!!
Przed chwilą wróciłem z mojego wydawnictwa, które zajmuje się dystrybucją moich dwóch pierwszych części Koloratki: "Zakochanej koloratki" i "Zatroskanej koloratki-Pasterzy i najemników".
Obecnie Wydawnictwo zajmuje się przygotowaniem do publikacji trzeciej części:"Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd"! przy tej okazji wyrazili obawę, że z tą książką może być problem, bo "klimat" polityczny i powiązanie obecnej opcji politycznej z kręgami kościelnymi, może torpedować dystrybucję, jako niewygodną dla wielu kręgów!!!
Obawiam się, że to skutecznie zamknie drogę dotarcia do czytelników-taka cenzura naszych czasów!!
"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd" to zapis skargi tych, którzy doznali krzywd ze strony Kościoła i chcą o swoim bólu mówić, bo to dla nich jest formą terapii!
Wszyscy słyszeliśmy wielokrotnie o takich brudach Kościoła, ale do tej pory były to tylko zdawkowe informacje, niekiedy plotki!
Teraz do Waszych rąk trafia swoista "spowiedź" ludzi, którzy osobiście doznali krzywd i pragną, aby świat o tym się dowiedział u źródła!
W związku z licznymi pytaniami dotyczącymi terminu ukazania się "Zaufanej koloratki", informuję, że do rąk czytelników może ona trafić około 20.10.2016 roku. Napisałem-może, bo nie mam pewności, czy będzie dostępna w normalnej dystrybucji!!!
Dlatego w dniu dzisiejszym rozpoczynamy przedsprzedaż i osoby, które będą zainteresowane nabyciem tej pozycji, po wpłacie na niżej podane konto kwoty zakupu, otrzymają ją w pierwszej kolejności i do tego w promocyjnej cenie wraz z dedykacją autora-
Nr konta: 06 1910 1048 2944 3926 0942 0001
Kryspin Krystek
Wojskowa 21/7
60-802 Poznań
Koszt: "Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"- 29,90 zł[ cena księgarni-39,90 zł] Istnieje także możliwość zakupu wszystkich części- cena 70 zł lub jednej z dwóch pierwszych części i do tego przedpłata na "Zaufaną koloratkę"- 49,90 zł[ koniecznie proszę podać tytuł zamówionej części]
W razie pytań proszę dzwonić:
536 425 831, mail: kryspinkrystek@ onet.eu
Na koniec gorąca prośba: Wielu czytelników moich książek nie zna mojego bloga! Im także przekażcie tę informację!
Pozdrawiam wszystkich:Kryspin
Przed chwilą wróciłem z mojego wydawnictwa, które zajmuje się dystrybucją moich dwóch pierwszych części Koloratki: "Zakochanej koloratki" i "Zatroskanej koloratki-Pasterzy i najemników".
Obecnie Wydawnictwo zajmuje się przygotowaniem do publikacji trzeciej części:"Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd"! przy tej okazji wyrazili obawę, że z tą książką może być problem, bo "klimat" polityczny i powiązanie obecnej opcji politycznej z kręgami kościelnymi, może torpedować dystrybucję, jako niewygodną dla wielu kręgów!!!
Obawiam się, że to skutecznie zamknie drogę dotarcia do czytelników-taka cenzura naszych czasów!!
"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd" to zapis skargi tych, którzy doznali krzywd ze strony Kościoła i chcą o swoim bólu mówić, bo to dla nich jest formą terapii!
Wszyscy słyszeliśmy wielokrotnie o takich brudach Kościoła, ale do tej pory były to tylko zdawkowe informacje, niekiedy plotki!
Teraz do Waszych rąk trafia swoista "spowiedź" ludzi, którzy osobiście doznali krzywd i pragną, aby świat o tym się dowiedział u źródła!
W związku z licznymi pytaniami dotyczącymi terminu ukazania się "Zaufanej koloratki", informuję, że do rąk czytelników może ona trafić około 20.10.2016 roku. Napisałem-może, bo nie mam pewności, czy będzie dostępna w normalnej dystrybucji!!!
Dlatego w dniu dzisiejszym rozpoczynamy przedsprzedaż i osoby, które będą zainteresowane nabyciem tej pozycji, po wpłacie na niżej podane konto kwoty zakupu, otrzymają ją w pierwszej kolejności i do tego w promocyjnej cenie wraz z dedykacją autora-
Nr konta: 06 1910 1048 2944 3926 0942 0001
Kryspin Krystek
Wojskowa 21/7
60-802 Poznań
Koszt: "Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"- 29,90 zł[ cena księgarni-39,90 zł] Istnieje także możliwość zakupu wszystkich części- cena 70 zł lub jednej z dwóch pierwszych części i do tego przedpłata na "Zaufaną koloratkę"- 49,90 zł[ koniecznie proszę podać tytuł zamówionej części]
W razie pytań proszę dzwonić:
536 425 831, mail: kryspinkrystek@ onet.eu
Na koniec gorąca prośba: Wielu czytelników moich książek nie zna mojego bloga! Im także przekażcie tę informację!
Pozdrawiam wszystkich:Kryspin
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
Życie z uczynkami miłosierdzia!
W cieniu Sanktuarium Bożego
Miłosierdzia , do tego w roku Miłosierdzia, który Papież ogłosił,
aby w sercach wierzących obudzić wrażliwość duszy, odbywała się
pielgrzymka Franciszka do naszej ojczyzny.
Ojciec Święty wielokrotnie mówił
o potrzebie miłosierdzia, którym można zmieniać oblicze świata i
to powtórzył w czasie pobytu u nas!
Na spotkania z nim ściągnęły
tłumy. W rzeszy słuchających jego przemówień byli młodzi ludzie
i ci posunięci wiekiem także. Na specjalnie przygotowanych
miejscach zasiedli wyróżnieni goście: przedstawiciele najwyższych
władz i hierarchowie, którzy przez swoją obecność manifestowali
jedność z Głową Kościoła i co za tym idzie, wyrażali
akceptację poglądów Franciszka!
A on mówił o potrzebie uczynków
miłosierdzia, którymi dokonuje się przemiana naszych serc!
Nie poprzestał jednak tylko na
słowach, ale sam w trakcie pobytu u nas czynił drobne gesty,
którymi chciał pokazać wszystkim, że tak niewiele potrzeba, aby
ze słów przechodzić do czynów.
Nie wystarczy o miłosierdziu
tylko mówić i w potoku słów, nawet najpiękniejszych, uspokoić
swoje sumienie, to za mało!
W trakcie pobytu w Krakowie Papież
postanowił [poza oficjalnym programem] odwiedzić umierającego
przyjaciela, kardynała Macharskiego. Był to uczynek miłosierdzia:
chorych odwiedzać!
Taki mały, zwyczajny gest serca
otwartego na miłość do bliźniego w potrzebie.
Franciszek zrobił to nie dla poklasku,
dla fleszy dziennikarskich aparatów, ale z potrzeby serca, którą
żyje na co dzień, także u siebie w Watykanie.
*
Wśród wszystkich uczynków
miłosierdzia, jeden jest kluczem otwierającym ludzkie serce:
Urazy chętnie darować!
Jeśli tego klucza zabraknie, inne
uczynki miłosierdzia pozostaną tylko w słowach pustych zapewnień!
Dotyczy to wszystkich: nas
maluczkich, ale także tych, którzy zajmowali honorowe miejsca na
spotkaniach z Papieżem.
*
W liturgii Mszy świętej jest taki
fragment, gdy zgromadzeni w spowiedzi powszechnej wypowiadają słowa
żalu, przepraszając Boga, że zgrzeszyli: myślą , mową i
uczynkiem!
I właściwie na tym kończy się czas
refleksji nad wszystkimi brudami, którymi ubabrali swoje sumienia!
A może, gdyby zamiast tych
wyklepanych słów, przez chwilę, w sercu rozliczyli się z
zaniedbanych uczynków miłosierdzia: z braku pocieszenia dla
strapionych, odmówionemu chleba głodnym, zaniechanych odwiedzin u
schorowanego bliskiego, który w szpitalnej sali czeka na ich
wrażliwe serce, podania ręki do zgody skłóconemu z nimi
sąsiadowi, puszczenie w niepamięć zadawnionych pretensji; to może
na koniec tego spotkania wyszliby inni, lepsi ?
Franciszek powrócił do siebie i
rozjechali się do swoich zajęć ci, którzy jeszcze tak niedawno
przeżywali zachwyt nad prostotą jego nauki o potrzebie miłosierdzia
i może nawet w głębi siebie poczynili postanowienia, że i oni coś
zmienią w swoim życiu......
Ale może jeszcze nie teraz, bo to by
było tak jakoś głupio porzucić dawne przyzwyczajenia.
Dlatego na nowo odżyły kłótnie
politycznych adwersarzy, kapłan mający swoją siedzibę o kilkaset
metrów od mieszkania staruszki, która przed laty była częstym
gościem jego przyjaciela, pewnie jej nie odwiedzi, pielęgnując
dawną urazę, a pobożny katolik [ co niedzielę zajmujący czołową
ławkę w kościele], nadal będzie żył nienawiścią do
wszystkich, których nie lubi.....
A może uczynki miłosierdzia wcale nie
są takie łatwe do spełnienia......?
Kryspin
czwartek, 4 sierpnia 2016
Uśmiech uczciwego poranka!
Zarobić 50 zł w ciągu jednej minuty!
To wielka radość, prawda?
Robiłem po drodze zakupy w sklepie sieciowym. Pani przy kasie wyliczyła mi należność za produkty w moim koszyku i podała kwotę do zapłaty.
Po uiszczeniu rachunku, kierując się w stronę samochodu, zabrałem się do chowania pozostałych pieniędzy, które starym zwyczajem[nie do końca dobrym], zamierzałem umieścić w kieszeni koszuli.
I tu zdziwienie???
Wchodziłem do sklepu mając 90 zł, zrobiłem zakupy za około 40 zł, a w ręce miałem teraz dwa banknoty po 50 zł, czyli równo 100 zł ???
O, jakie to miłe przemknęło mi przez myśl, ale po chwili przed oczami zobaczyłem smutną minę tej kobiety, która przy wypłacie otrzyma 50 zł mniej!!!
Nie zastanawiając się wcale, wróciłem do sklepu i podałem zdziwionej kasjerce banknot.
Była zaskoczona i w pierwszym odruchu próbowała zasugerować, że to moje pieniądze, ale po chwili zrozumiała, że popełniła błąd, który skutkowałby jej smutną miną przy wypłacie!
Podsumowując: z takiego drobnego wydarzenia oboje zaliczyliśmy uśmiechnięty początek dnia:
Ona, bo ktoś przywrócił jej wiarę w uczciwość i uratował ją od może małej, ale jednak troski;
a ja, że nie uległem pokusie, może niewielkiej, zważywszy na małą kwotę, ale zawsze wiążącej się z ludzką krzywdą!!!
Jak miło jest tak właśnie rozpocząć dzień!!!
Polecam wszystkim, Kryspin
To wielka radość, prawda?
Robiłem po drodze zakupy w sklepie sieciowym. Pani przy kasie wyliczyła mi należność za produkty w moim koszyku i podała kwotę do zapłaty.
Po uiszczeniu rachunku, kierując się w stronę samochodu, zabrałem się do chowania pozostałych pieniędzy, które starym zwyczajem[nie do końca dobrym], zamierzałem umieścić w kieszeni koszuli.
I tu zdziwienie???
Wchodziłem do sklepu mając 90 zł, zrobiłem zakupy za około 40 zł, a w ręce miałem teraz dwa banknoty po 50 zł, czyli równo 100 zł ???
O, jakie to miłe przemknęło mi przez myśl, ale po chwili przed oczami zobaczyłem smutną minę tej kobiety, która przy wypłacie otrzyma 50 zł mniej!!!
Nie zastanawiając się wcale, wróciłem do sklepu i podałem zdziwionej kasjerce banknot.
Była zaskoczona i w pierwszym odruchu próbowała zasugerować, że to moje pieniądze, ale po chwili zrozumiała, że popełniła błąd, który skutkowałby jej smutną miną przy wypłacie!
Podsumowując: z takiego drobnego wydarzenia oboje zaliczyliśmy uśmiechnięty początek dnia:
Ona, bo ktoś przywrócił jej wiarę w uczciwość i uratował ją od może małej, ale jednak troski;
a ja, że nie uległem pokusie, może niewielkiej, zważywszy na małą kwotę, ale zawsze wiążącej się z ludzką krzywdą!!!
Jak miło jest tak właśnie rozpocząć dzień!!!
Polecam wszystkim, Kryspin
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Niewerbalny przekaz Franciszka
Gdy w jednym z poprzednich postów pisałem o zbliżających się ŚDM, w zakończeniu
napisałem z nutą obawy, czy nie będzie to tylko spotkanie z
Idolem?
Teraz, gdy o tamtych dniach mówi
się w czasie przeszłym, mogę powiedzieć, że w tym jednym miałem
rację:
To było wielkie spotkanie młodych z
całego świata z Idolem, który zaczarował przybyłych swoim
przesłaniem!
Papież Franciszek do maksimum
wykorzystał tę „imprezę”, aby mając fantastyczną umiejętność
kontaktu z morzem młodości, nieustannie mówił do nich, nawet
wtedy, gdy nie posługiwał się wyszukanymi słowami!
Przekaz niewerbalny, którym
nieustannie dotykał obecnych, pewnie dalece dłużej pozostanie w
umysłach zgromadzonych, aniżeli nauki głoszone dla setek tysięcy
zgromadzonych w czasie uroczystych liturgii.
Mnie zafascynowały dwa przekazy,
którymi Franciszek obdarował wszystkich obecnych w Krakowie, ale i
miliony przed telewizorami:
Już od kilku lat tabloidy mówiły o
kardynale Bergolio, późniejszym Papieżu Franciszku, że jest
człowiekiem skromnym, ale i trochę dziwnym zarazem.
No bo jako swego rodzaju dziwactwo
odbierano jego przejazdy do siedziby biskupiej metrem , gdy w
garażach kurialnych oczekiwały wypasione fury zakupione na potrzeby
kardynała. Później jedna z pierwszych decyzji nowo wybranego
gospodarza Watykanu, że po wyborze na Stolicę Piotrową zamierza
nadal mieszkać w skromnym domu pielgrzyma, gdy o kilkaset kroków
oczekiwały odnowione apartamenty papieskie, była także
niespotykana.
No i oto ten ekscentryczny Papież,
jak pewnie z niesmakiem określają go jego współpracownicy,
przybył do naszej ojczyzny!
I znowu dziwne życzenie, że Ojciec
Święty będzie się poruszał normalnym samochodem, który
nadzwyczaj skromnie by wyglądał obok limuzyn, którymi przybyli
inni dostojnicy kościelni i państwowi!
Trzeba jednak przyznać, że w
trosce o dobry wizerunek, większość tychże krążowników szos,
na czas pobytu Franciszka, zakotwiczono na parkingach, gdzie
spokojnie oczekiwały na chwile po odlocie dostojnego gościa!
Do historii przejdzie także tramwaj,
którym Franciszek udał się na spotkanie z młodymi.
Od tej pory przez wiele kolejnych lat,
każdy będzie mógł poczuć radość przejazdu tramwajem Franciszka
i to jest piękne!
Papieski volkswagen także przejdzie do
historii, gdy pójdzie na aukcję i pieniądze pozyskane z jego
sprzedaży zasilą biednych w afrykańskim kraju.
Swoją drogą zastanawiam się,
ile z tego niewerbalnego przekazu Ojca Świętego odciśnie się
zmianą w myśleniu tych, którzy byli blisko niego w tamtych dniach?
A co by było, gdyby w przykład
kapłana w białej sutannie zapatrzyli się i inni duchowni, także
ci, którzy do swych stolic biskupich rozjechali się limuzynami z
parkingu?
Gdyby także te samochody posłużyły
jako dawcy środków na pomoc tym, którzy na co dzień nie mają
nawet na tramwajowy bilet?
Czyż nie byłby to piękny odzew na
niewerbalny przekaz Idola Franciszka?
Czcigodni Hierarchowie, i tak w
samochodach ze średniej półki bylibyście o krok przed
Franciszkiem, bo on na co dzień porusza się starym Renault 4, co
wcale nie umniejsza jego wielkości!
Kryspin
piątek, 22 lipca 2016
Laikat, to nie laik!
W jednym z programów telewizyjnych,
poprzedzających Światowe Dni Młodzieży, redakcja zaprosiła do
rozmowy znanego ojca Dominikanina i dziewczynę, która
reprezentowała środowisko młodych katolików.
Odpowiadając na pytanie gospodyni
spotkania, czego młodzi oczekują od Kościoła, zaproszona
powiedziała: „Młodzi, wierzący są przygotowani pod względem
duchowym i merytorycznym, aby uczestniczyć w odpowiedzialnym
zmienianiu Kościoła. Aby jednak było to możliwe, potrzebujemy
traktowania nas w sposób podmiotowy!”
Jan Paweł II od pierwszego
spotkania z młodymi ludźmi, z okazji inauguracyjnego ŚDM w 1985
roku w Rzymie powiedział: „Wy jesteście nadzieją Kościoła!”.
Ojciec Święty powtórzył wtedy za św. Piotrem, uczniem Chrystusa
i pierwszym Papieżem:”Abyście umieli zdać sprawę z nadziei,
która jest w was[1P3,15]”
Kościół, to hierarchia i
laikat-tak definiuje się ogół tworzących tę wspólnotę!
I znowu odwołam się do maila od
czytelnika rubryki-Ksiądz w cywilu:”..Stanowisko Kościoła
jest..., a wygłasza to nabzdyczony hierarcha i, na pewno nie ma na
myśli laikatu”[przytoczone dosłownie]
„Młodzi, świadomi katolicy,
oczekują podmiotowego traktowania!”
Bezpowrotnie skończył się czas
ciemnego ludu, który w zasłuchaniu przyjmował prawdy „oświecone”
mądrością wygłaszaną im z ambony i to wbrew pozorom jest szansą
Kościoła!
W połowie lat siedemdziesiątych
byłem pierwszy raz na rekolekcjach oazowych w Krościenku.
Tam miałem okazję na spotkanie z
rzeszą młodych ludzi, którzy poświęcając swój wakacyjny czas,
decydowali się na pogłębianie swojej wiedzy, by stawać się
bardziej świadomymi w wierze!
Ruch odnowy Kościoła, zapoczątkowany
przez charyzmatycznego ks. Blachnickiego, był szansą nie tylko dla
młodych, ale także dla rodzin i duchownych, otwartych na
podmiotowość świadomego laikatu.
Z perspektywy lat odnoszę jednak
wrażenie, że wiele z tych dobrych inicjatyw rozmyło się w
niezrozumieniu i po części i strachu przed nowym.
Może dlatego uczestników
wakacyjnych[oazowych] rekolekcji w rodzimych parafiach miejscowi
duchowni odbierali jako dopust Boży i grupę, która trąciła
sekciarstwem!
Wiele szczęścia mieli ci młodzi, gdy
ksiądz z ich kościoła otarł się o ruch oazowy, wtedy kontynuował
pracę zapoczątkowaną w czasie wyjazdowych rekolekcji.
To jednak dla większości nie trwało
długo, bo z woli przełożonych opiekun zmieniał miejsce swojej
posługi, a następca często robił wszystko, aby wygasić zapał
parafialnych aktywistów!
W trakcie mojej seminaryjnej
formacji, jeden z naszych przełożonych, specjalista od
Ecclesiologii [nauki o Kościele] tłumaczył nam, że: „ Kościół
nigdy nie będzie klubem dyskusyjnym, a istotą jego trwałości jest
precedencja [uznanie pierwszeństwa] i posłuszeństwo!”
Z pewnością Kościół nie będzie
klubem dyskusyjnym, ale z drugiej strony nie może też pozbawić
głosu laikatu, który jest jego integralną częścią i chce
uczestniczyć w jego odnowie!
Laikat nie jest synonimem laika, o
czym zapominają niektórzy hierarchowie!
Laikiem nazywa się ignoranta w
jakiejś dziedzinie, a określenie : laikat używa się w stosunku
do ogółu świeckich członków Kościoła, głównie tych, którzy
są aktywnie zaangażowanych w szerzenie wiary![definicja z
encyklopedii PWN]
Dzisiejszego Kościoła zwyczajnie
nie stać na to, aby nie wsłuchiwać się w ten głos i o tym winni
pamiętać wszyscy ci, którzy są na szczytach, jak to kiedyś
określił mój profesor: precedencji!
Kryspin
środa, 13 lipca 2016
Światowe Dni Młodzieży- wielkie rekolekcje, czy tylko spotkanie z Idolem?
Po miesiącach przygotowań wielkie
wydarzenie wkrótce stanie się faktem: Światowe Dni Młodzieży z Papieżem
Franciszkiem odbędą się w Polsce!
Od 25.07 do 31.07 Kraków będzie
rozbrzmiewał wielojęzycznym gwarem. Po uliczkach Starego Rynku i po
tych dalszych także, przetaczać się będą kolorowe tłumy
młodych, uśmiechniętych ludzi, którzy zdecydowali się
uczestniczyć w tym święcie wiary!
Pewnie po kilku dniach, może tygodniach;
gdy tegoroczne Światowe Dni Młodzieży przejdą do historii,
organizatorzy tej niewątpliwie ważnej imprezy, odtrąbią sukces,
rzucając w świat informację o frekwencji liczonej w setkach
tysięcy, a może nawet jeszcze większej?
Może już trochę ciszej będzie
się mówiło o frekwencji na imprezach towarzyszących: spotkaniach
modlitewnych organizowanych w pobliskich parafiach diecezji
krakowskiej, o spektaklach mniej lub bardziej profesjonalnych grup
religijnych, czy zainteresowaniu targami powołaniowymi, gdzie swoje
kramy porozstawiali przedstawiciele wspólnot zakonnych.
*
Najbliższe tygodnie zapowiadają
trzy wielkie imprezy, w tym dwie z nich odbędą się w naszej
ojczyźnie. Oprócz wspomnianych powyżej Światowych Dni Młodzieży,
prawie w tym samym czasie Jerzy Owsiak zaprosił na pola nieopodal
Kostrzyna nad Odrą miłośników głośnej muzyki, .organizując
kolejny Przystanek Woodstock i na koniec wydarzenie, którym. co cztery lata
ekscytują się miłośnicy sportu na całym świecie, czyli Igrzyska
Olimpijskie. Odbędą się one co prawda w dalekim Rio de Janeiro,
ale i my będziemy śledzili ten spektakl!
Ktoś zapyta: co one mają ze sobą
wspólnego?
Elementem łączącym te
wydarzenia są miesiące, a niekiedy i lata przygotowań
organizatorów, aby przebiegły one bez przykrych wpadek, czy
jakichkolwiek zagrożeń!
Od kilku lat śledziliśmy
poczynania brazylijskiego gospodarza, który musi uporać się z
budową infrastruktury[stadiony, trasy do zmagań zawodników, hale
do rozgrywania konkurencji sportowych i na koniec zapewnienie
godziwych warunków zakwaterowania zawodników, kadry pomocniczej i
milionów kibiców, którzy na czas olimpijskich zmagań przybędą
do ich kraju]
Owsiak po zakończonej, corocznej
zimowej zbiórce do puszek, rozpoczyna ze sztabem współpracowników
przygotowania do letniego Woodstocku i znowu moglibyśmy wyliczać
ogrom pracy, którą wkładają, aby młodzi ludzie nie tylko dotarli
na koncerty, .beztrosko się bawili, .ale i bezpiecznie powrócili do
swych domów..!
Podobnie sprawa się ma ze ŚDM, o
czym od miesięcy informują nasze media i tak musi być!
Jest jeszcze jeden element łączący
te imprezy. Na każdą z nich zapraszani są młodzi ludzie, którzy
zasłużyli sobie, aby w nich uczestniczyć: Owsiak organizuje
Woodstock, jako podziękowanie dla setek tysięcy wolontariuszy,
którzy corocznie obsługują WOŚP, na Olimpiadę jadą sportowcy,
którzy ciężką pracą na treningach zdobyli tzw. minima
olimpijskie, a na ŚDM ?
No i teraz odezwą się głosy, że
ŚDM są czymś innym i to jest prawda, a przynajmniej winny być
czymś wyjątkowym!
Krakowskie spotkanie z Papieżem.
Franciszkiem to wielkie rekolekcje dla młodego świata !
I tu rodzi się moja obawa,. że
wśród setek tysięcy młodych ludzi większość stanowią ci,
którzy te dni potraktują, jak kolejną imprezę, w czasie której
można zwyczajnie przyjemnie spędzić czas!
W trakcie przygotowań do ŚDM
organizatorzy apelowali do mieszkańców podkrakowskich miejscowości,
by przygotowali kwatery, w których mogliby przyjąć [w trakcie tych
dni ] młodych z całego świata. Myślę jednak, że to nie był
najlepszy pomysł?
W Polsce jest ponad 1000 domów
zakonnych z pokojami gościnnymi i z obszernymi ogrodami, w których
mogłyby na kilka dni wyrosnąć namiotowe miasteczka młodych
pielgrzymów. Kolejnymi odpowiednimi miejscami, w których
zakwaterowanie znalazłoby kolejne kilka tysięcy przybyłych, to
kilkadziesiąt obszernych budynków seminariów duchownych[pustych w
czasie wakacji].
Do tego wszystkiego są jeszcze domy
rekolekcyjne przy sanktuariach, które w tym czasie mogłyby posłużyć
jako miejsca pobytu młodych z ŚDM!
Takie „rozlokowanie”
pielgrzymów, to nie tylko załatwienie sprawy noclegów, ale także
możliwość duchowego przygotowania przybyłych !
Takie rekolekcje przed rekolekcjami
na podkrakowskich Błoniach pozwoliłyby młodym ludziom pooddychać
magią miejsc, w których na co dzień przebywają ludzie starający
się być blisko Boga.
Kryspin
Subskrybuj:
Posty (Atom)
