wtorek, 19 grudnia 2017

Tor przeszkód w drodze do bierzmowania


   „Mam do ciebie pytanie i prośbę zarazem”- usłyszałem w trakcie popołudniowej kawy, którą zaserwowała znajoma w trakcie moich odwiedzin w jej domu.
Często spotykam się z taką formą, chociażby w korespondencji moich czytelników, którzy kierują tą drogą pytania związane ze sprawami wiary i „kłopotów” doświadczanych przez nich w kontaktach z Kościołem.
Nie przypuszczałem jednak, że w trakcie naszego kawowego spotkania moja znajoma wpasuje się w narrację moich czytelników, bo kto jak kto, ale Marylka: przykładna parafianka, systematycznie uczestnicząca w kościelnych praktykach, osoba organizująca corocznie kolacyjkę dla strudzonego duszpasterza kończącego w jej domu kolejny kolędowy dzień, winna być wolna od „kłopotów” mniej gorliwych duszyczek.
A jednak się myliłem, co okazało się, gdy przeszła do sedna:
-„Czy mógłbyś załatwić dla naszej córki bierzmowanie?"- wypaliła głosem pełnym desperacji.
Jej prośba i ton w jakim to powiedziała, zamurowała mnie na chwilę na tyle długą, że Marysia nie czekając na moje pytanie o powód tak dziwnej prośby, przeszła do uzasadnienia.
„Jagoda jest w VII klasie, chodzi na religię w szkole, co niedzielę uczestniczy razem z nami we mszy świętej, systematycznie się spowiada i przyjmuje komunię świętą”
-Nadal nie rozumiem?- wtrąciłem, przerywając wyliczankę kościelnej gorliwości jej pociechy.
Pani domu opuściła mnie na chwilę i wróciła do salonu z plikiem kartek.
„Ksiądz katecheta przekazał naszym pociechom wytyczne Episkopatu w sprawie godnego przygotowania do sakramentu bierzmowania i polecił, aby wszyscy rodzice także zapoznali się z
tymi wymogami”.
Zdenerwowana kobieta przeszła do cytowania wybranych fragmentów, a ja słuchałem w osłupieniu, gdy wyliczała kolejne „sprawności”, które winni nabyć kandydaci na dojrzałych chrześcijan, by dostąpić zaszczytu przyjęcia sakramentu.(swoją drogą jest to ciekawa lektura i dlatego zainteresowanych w/w instrukcją kościelnych decydentów odsyłam do internetu, gdzie ten tekst jest dostępny)
Próbowałem co prawda złagodzić nieco jej poirytowanie, mówiąc, że ten tekst jest przeznaczony dla katechetów, jako pomoc w programie edukacyjnym, ale na niewiele się to zdało.
To było krótkie, kawowe spotkanie i wróciłem z niedosytem do siebie i nawet trochę miałem niesmak, że tak do końca nie uspokoiłem emocji moich przyjaciół, ale ?
No właśnie, już za kilka dni ruszą do naszych domów kapłani pracujący w parafiach z tradycyjną kolędą.
Może warto wykorzystać ten czas?
Odwiedziny duszpasterskie wcale nie muszą być z naszej strony ugrzecznione i podszyte strachem o niewygodne dla nas pytania.
Kolenda to jest także znakomita okazja na zadawanie pytań dotyczących spraw, które nas nurtują, niepokoją, bądź nawet takich budzących nasz sprzeciw.
Na koniec chciałbym naprawić moje zaniedbanie w stosunku do wszystkich czytelników Księdza w cywilu.
Błysk betlejemskiej gwiazdki i radosne:”Bóg się rodzi”....już za nami.
   Przy wigilijnym stole złożyliśmy sobie życzenia, a nasze pociechy rozpakowały już pozostawione dla nich pod choinkami prezenty, dlatego pragnę dołączyć się do tych ciepłych, pełnych dobrych myśli chwil.
   Życzę wszystkim Wam i sobie także, abyśmy mieli wokół siebie mądrych kapłanów-duszpasterzy, którzy ponad pouczanie cenią wartość rozmowy.
   P.S. 
   Tak poza nawiasem chciałbym skierować słowo do proboszcza z mojej parafii, by ( zupełnie niecelowo) nie pominął mojego domu w trakcie tegorocznej kolędy i nie zapomniał, że nadal czekają na niego moje książki, które z pewnością zapomniał odebrać w trakcie minionych odwiedzin.
Kryspin


wtorek, 12 grudnia 2017

Owoce zakazanej miłości


    Już za kilka dni rozbłyśnie gwiazda zwiastująca nadejście magicznej nocy, która pierwsza stała się świadkiem cudu miłości Boga do ludzi.
   Gdybym przygotowywał kazanie na wieczorną pasterkę, pewnie wyliczałbym sprzeczności towarzyszące narodzinom Bożego Syna, przyszłego Zbawiciela, który swój ziemski etap nie rozpoczął w królewskiej komnacie, na łożu wyściełanym atłasowym suknem, ale nad wyraz skromnie: w żłobie dla bydlątek, w skalnej grocie wykutej gdzieś na zboczu porośniętym trawami, na którym pasterze z okolic Betlejem wypasali swoje stada.
   Pozostawię pasterzom parafialnych wspólnot przyjemność wygłoszenia uroczystej Bożonarodzeniowej homilii i zatrzymam się na uniwersalizmie przesłania ukazującego narodziny syna Maryi, bo historia, która wydarzyła się w betlejemskiej stajni, niesie przesłanie dla każdego człowieka, niezależnie od jego religijnych przekonań.
   Dla wierzących to był początek zbratania się z Bogiem, który dla ludzi (zgodnie ze zbawczym planem) narodził się w ludzkim ciele.
   Dla tych, którzy żyją chłodnym racjonalizmem odrzucającym przyszłość poza obecną rzeczywistością, narodziny Jezusa ( tak jak i innych ludzi), to pokaz doskonałości natury, która jest zdolna do stworzenia arcydzieła jakim jest człowiek.
   Każdy człowiek, od chwili poczęcia zasługuje na miano cudu i winien być darzony szacunkiem.
Gdybyśmy przeprowadzili ankietę, wywiad z rodzicami nowo narodzonych dzieci, to na pytanie: „Kim dla nich jest ten maluszek ?”, zdecydowana większość odpowiedziałaby, że:
” To jest owoc ich miłości i spełnienie pragnienia, dzięki któremu ludzkie życie nabiera większego sensu!”
    Nie dla wszystkich i nie wszystkie dzieci są jednak spełnieniem pragnienia.
    Niekiedy dziecko jest kłopotem, „produktem ubocznym” czegoś, co nie ma nic wspólnego z miłością i wtedy w rodzicach nie ma radości, którą zastępuje paniczny strach przed opinią otoczenia, a niekiedy i przed sobą samym.
    Osobną grupę stanowią dzieci, które można by określić „owocami miłości zakazanej”: dzieci poczęte w nieformalnych związkach, owoce małżeńskich zdrad, czy złamania przyrzeczenia celibatu.
Czy w takich przypadkach można wyciągać wniosek, że one są kimś gorszymi?
Z pewnością nie!
    Ale w obiegowej opinii, zakorzenionej od dawna, za takowe uchodzą i najgorsze w tym wszystkim jest to, że Kościół (instytucja w cieniu oddziaływania której żyje większość z nas) temu sprzyja, stygmatyzując dzieci poczęte z „miłości zakazanej”.
    Takie dzieci stają się często kartą przetargową do naprawiania „moralnego, kościelnego porządku”: „Weźmiecie ślub, zalegalizujecie swój związek, to dzieciątko ochrzcimy”, i często to działa!
   W dalece gorszej sytuacji są dzieci- owoce kapłańskiej, „zakazanej miłości”.
   Kościół skazuje je na piętno życia bez ojcowskiej miłości, bo księdzu, który podpadł biskupowi łamiąc przyrzeczenie celibatu, którego owocem jest dziecko, przełożony pogrozi palcem, może nałoży miesiąc pokuty, albo przeniesie na inną parafię i sprawa wydaje się być załatwiona!
A dziecko?
   No cóż....ustanowi się jakąś kwotę, którą ojciec w sutannie będzie wpłacał na rzecz jego wychowania i po sprawie!
   Sprawa nie jest jednak załatwiona i co najgorsze w tym wszystkim, nie jest marginesem w Kościele, bo dotyka dzieci(liczonych w tysiące) żyjących z piętnem „owocu zakazanej kapłańskiej miłości”
   W „Zatroskanej koloratce” napisałem o zatrutych owocach celibatu z nadzieją, że będzie to przyczynek do refleksji nad absurdem tego kapłańskiego przyrzeczenia.
   Może dzieci kapłańskiej „zakazanej miłości” bardziej wykrzyczą ten absurd?

Kryspin

wtorek, 5 grudnia 2017

"...I nie pobłogosławił"


      Byłem kiedyś na imprezie imieninowej u moich przyjaciół. Wśród zaproszonych gości było kilkoro, którzy od lat realizowali się w tzw. sferze budżetowej (dwoje pracowało w szkolnictwie, a jeden był urzędnikiem samorządowym). Pozostali prowadzili biznesy na własny rachunek i z politowaniem współczuli tym, którzy pracując na „państwowym”, narzekali na swój los.
     Mieczysław, facet robiący kasę na śmieciach (właściciel firmy utylizacyjnej), poinstruował zgorzkniałych, że zawsze mogą odmienić swój los i jak to kiedyś powiedział pierwszy Prezydent wolnej Polski:” Powinni wziąć sprawy w swoje ręce”.
    Aby uniknąć zarzutu, że się wymądrza( bo jemu się udało), zaczął kolejno rzucać pomysły, których realizacja miałaby stać się antidotum na problem braku kasy u tych mało zaradnych.
    Gdy ze swoimi radami doszedł do mojej skromnej osoby, na chwilę zawiesił głos, aby zaraz poddać mi pod rozwagę pomysł, który wywołał (nie tylko u mnie) rozbawienie.
-”Załóż swój własny kościół, a kasa będzie spływała niczym rwący wodospad”
    Głupi pomysł-pomyślałem i byłem nawet nieco poirytowany tym, że pozostali goście gremialnie poparli radę Mieczysława.
    Czy jednak ten pomysł (po ludzku rozumując) był tak niedorzeczny, jak go oceniłem?
Z przykrością muszę stwierdzić, że nie, bo bez wielkiego zastanowienia mógłbym rzucić wiele przykładów ludzi, którzy zrobili „biznes” na Panu Bogu. I nie chodzi mi o jakichś guru mających swoje „pięć minut”, gdy stworzyli sekty wyznające bezgraniczne uwielbienie do głoszonych przez siebie absurdów, czy odpustowych kramarzy handlujących w czasie kościelnych uroczystości kiczowatymi wizerunkami świętych.
    Kilka dni temu media relacjonowały obchody rocznicy powstania ogólnopolskiego radia, które codziennie gości w kilku milionach domów polskich katolików.
Ojciec założyciel z nutką nostalgii dzielił się wspomnieniami pierwszych lat powołanego przez siebie dzieła i opowiedział zebranym o spotkaniu z Ojcem Świętym, Janem Pawłem II.
W trakcie audiencji poprosił wtedy o błogosławieństwo przyszłego świętego, w związku z kolejnym pomysłem, jakim miała być katolicka telewizja
Przyznam, że zaskoczyła mnie szczerość, z jaką Ojciec dyrektor poinformował zebranych o reakcji Papieża Polaka na jego prośbę: „....I nie pobłogosławił”
Jeszcze bardziej zdziwił mnie brak jakichkolwiek komentarzy i zastanowienia po tym stwierdzeniu:
....I nie pobłogosławił”!
    Może warto odpowiedzieć sobie na pytanie: Dlaczego Papież, który był tak otwarty na sprawę ewangelizacji, który niejednokrotnie zabiegał o przychylność mediów na sprawy wiary, który cieszył się z powołania do życia katolickiej rozgłośni radiowej i wielokroć błogosławił tym, którzy korzystając z jej pośrednictwa mogli być bliżej Boga; nie pobłogosławił zamierzeniu, które mu przedstawił charyzmatyczny zakonnik?
    Tak sobie myślę, że ten gest(a raczej jego brak) ze strony Ojca Świętego był bardzo wymowny i zbieżny z tym, co wyraził jeden z mich starszych znajomych(84 lata):
„Od lat mam zwyczaj odmawiać codziennie różaniec. Starałem się to robić w kościele, ale od jakiegoś czasu stan mojego zdrowia nie pozwalał mi na wyprawy do świątyni i dlatego postanowiłem modlić się wraz ze słuchaczami katolickiej rozgłośni i tak było przez kilka miesięcy.
Słuchałem prawie codziennie religijnych audycji, ale byłem nimi coraz bardziej zawiedziony, bo więcej było w nich polityki i biznesu nadawców, nieustannie przypominających numery konta, na które powinno się wpłacać ofiary, aniżeli o Panu Bogu.”
„....I nie pobłogosławił”
    Cały czas dźwięczą w moich myślach te słowa i nie wiem dlaczego zaraz potem przypomina mi się Mieczysław z imieninowego przyjęcia:”Załóż swój kościół....
Ale czy dobry Bóg pobłogosławiłby taki pomysł?
Jednak, czy to jest tak naprawdę ważne?

Kryspin

wtorek, 28 listopada 2017

Czy można oswoić i pokochać samotność?


     Gdy sięgam pamięcią do chwil, gdy rozpoczynałem dorosłość, to wracają mi obrazy pierwszych tygodni mojej seminaryjnej przygody. Było nas 34 na pierwszym roku. Każdy dzień wydawał się wtedy podobny: wczesna pobudka, ranne modlitwy, śniadanie w wielkim refektarzu, później wykłady, kolejny posiłek, chwila wytchnienia w seminaryjnym ogrodzie, później nauka własna i pół godziny na podwieczorek, gdy w pokojach zajadaliśmy się smakołykami, które pachniały domem....      A później już tylko wieczorna modlitwa w kaplicy i spoczynek, aby następnego poranka obudzić się do tego samego...
    Przerwą w seminaryjnej monotonii były święta, ale tylko te, na które mogliśmy się rozjechać do naszych rodzinnych domów. Każdy z nas odliczał wtedy godziny do tych dni, gdy mogliśmy choćby przez chwilę pooddychać przeszłością świata, który przecież paradoksalnie, z własnej woli pozostawiliśmy poza sobą.
    Kiedy wspominam tamten czas, gdy w opinii naszych moderatorów, mieliśmy przyzwyczajać się do przyszłego życia w samotności, to muszę powiedzieć, że ich założenia spełniły się mniej niż średnio.
    Doświadczyłem tego już poza murami seminarium, gdy rozpocząłem swoją duszpasterską przygodę w pierwszej parafii. Choć i tak los był dla mnie łaskawy, bo miałem po sąsiedzku dwóch moich kursowych kolegów, z którymi często się spotykaliśmy w wolnej chwili. Siadaliśmy wtedy we trójkę i rozmawialiśmy długie godziny o błahych sprawach i czułem, pewnie i oni także, że te nasze spotkania były ucieczką od samotności.
    Po jakimś czasie nasze spotkania stawały się jednak coraz rzadsze i nawet nie zauważyliśmy, jak oddalaliśmy się od siebie i pewnie, gdybyśmy wtedy potrafili szczerze porozmawiać, to pewnie przyznali byśmy, że wcale nie oswoiliśmy w sobie samotności i nie wspominali byśmy frazesów powtarzanych nam, przez seminaryjnych przełożonych:” Kapłan nigdy nie jest samotny, bo ma współbraci i parafię, która stanowi jego rodzinę.”
    Pamiętam pierwsze Boże Narodzenie i dni przed tym świętem, gdy codziennie przemierzałem ulice udając się do salki parafialnej, gdzie uczyłem maluchy o Bogu, który z miłości do ludzi posłał na świat swojego syna, który przed wiekami narodził się w dalekim Betlejem, abyśmy mogli z radością przeżywać ten świąteczny dzień .
    Po zajęciach wracałem ulicami, przy których mieściły się sklepy rozświetlone świątecznymi ozdobami i mijałem ludzi, którzy pomimo zimowego chłodu, z wypiekami radosnego podniecenia, szli z małymi i większymi pakunkami, i widziałem w ich oczach radość zbliżającego się wigilijnego wieczoru, gdy przy kolorowych choinkach będą obdzielać się świątecznymi niespodziankami
    Przyznam, że patrzyłem na nich z zazdrością, którą pewnie doświadczają bezdomni, gdy w zimowy, Bożonarodzeniowy wieczór zaglądają w okna szczęśliwców, cieszących się wśród bliskich radością bycia razem, gdy oni najboleśniej odczuwają swoją samotność.
    Wtedy pierwszy raz tak boleśnie odczułem samotność kapłańskiego powołania i zrozumiałem, że nigdy nie potrafię jej pokochać!
    Kiedyś młodzież w trakcie lekcji religii zadała mi pytanie:
„Jak księża radzą sobie z nakazem celibatu, który obowiązuje w Kościele Katolickim?”
    Odpowiedziałem im wtedy, że pewnie nie zawsze radzą sobie z tym wymogiem i może dlatego tak wielu księży jest smutnych i schowanych pod maskami powagi swojego powołania.
    Później jeszcze długo myślałem nad tym pytaniem i już tylko sobie zadawałem pytanie:
    Czy można oswoić samotność, gdy serce pragnie czegoś innego?
    Czy Chrystus powołując pośredników swojej miłości, jednocześnie nakazał im, by w swoim sercu oswoili samotność i pokochali ją?
    Powołanie do życia w samotności, to szczególny dar, który bardzo rzadko się zdarza i dlatego tak wielu kapłanów jest smutnych, niekiedy złośliwych, czy żyjących z nałożonymi maskami powagi, a nawet zarozumiałości.
    Czy zatem można oswoić....czy można pokochać samotność?
Pewnie tak, bo sam spotkałem w swoim życiu kilku uśmiechniętych kapłanów.

Kryspin,   

wtorek, 21 listopada 2017

Czy to jeszcze jest ten sam Kościół?


    Jeden z moich seminaryjnych profesorów zwykł powtarzać, że na szczęście Kościół jest instytucją
Bosko-ludzką. Boską, bo został założony przez Jezusa Chrystusa i to On jest gwarantem jego wiecznego trwania, bo ludzki element(także hierarchiczni decydenci) na przestrzeni dziejów już dawno by to wszystko (zacytuję dosłownie jego słowa) „rozpieprzyli”!
   Stary Profesor z pewnością opierał się na biblijnym cytacie św. Mateusza:”...I na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”(Mt 16)
Mnie inne zdanie nurtuje i niepokoi w kwestii Kościoła, które podaje św Łukasz i dlatego pozwolę sobie je zacytować:
”Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”(Łk 18,1-8)
Ewangelista odwołuje się do powtórnego, zapowiedzianego przez Chrystusa przyjścia, którego Kościół jest świadomy i w swoim nauczaniu wiernym to podaje jako jedną z ważniejszych prawd .
„Paruzja”-Dzień Pański: Powrót Chrystusa na świat pod koniec dziejów jako triumfatora nad złem, wskrzesiciela umarłych i sędziego sprawiedliwego!
W korespondencji od czytelników „Księdza w cywilu” wielokrotnie odbieram krytyczne uwagi na temat Kościoła, jego stanowiska w wielu kwestiach, których ludzie zwyczajnie nie rozumieją, bodź otwarcie się z nimi nie zgadzają, i to można położyć na karb niedoinformowania maluczkich, że tak musi być, bo........
Są jednak i takie głosy (podnoszone przez ludzi, którym wiara nie jest czymś obojętnym), w których zadają wprost pytanie:
„Czy to jeszcze jest ten sam Kościół, który kiedyś założył Chrystus?”
Zaraz po tak zadanym pytaniu odwołują się do mniej lub bardziej głośnych (mało budujących) zdarzeń w Kościele, których mimo woli stają się świadkami i to burzy ich pewność wiary.
Jeżeli do tego dołożyć mało „duszpasterskie” zachowania niektórych kapłanów, z którymi dane jest im żyć w środowisku parafialnym, to można powiedzieć o gotowym przepisie na katastrofę, którą widać gołym okiem, choćby po systematycznie zmniejszającej się ilości tzw. wiernych praktykujących coniedzielną mszę!
Czy to jeszcze jest ten sam Kościół, który założył Chrystus?”
   Na tak postawione pytanie już padła odpowiedź, która pomimo upływu lat, nic nie straciła na aktualności.
Udzielił jej 2000 lat temu sam Chrystus w przypowieści o winnicy.
Kościół jest tym winnym ogrodem, którego właścicielem jest Bóg, i tylko On po wsze czasy!
Zbawiciel przed swoim odejściem, przekazał go ludziom w dzierżawę, by się nim opiekowali i byli za niego odpowiedzialni.
   Czytając kolejne zdania z tejże przypowieści dowiadujemy się o nieuczciwych dzierżawcach Bożego ogrodu, którzy podejmując się pracy nad jego uprawą, zaplanowali haniebny plan przejęcia jego własności (zabijemy dziedzica i winnica stanie się naszą własnością)
   Rodzi się pytanie: Kogo miał na myśli Chrystus, mówiąc o nieuczciwych dzierżawcach?
Na to pytanie każdy z nas musi sam sobie udzielić odpowiedzi, niezależnie od tego kim jest w tej Bożej Winnicy.
   W zakończeniu „Zatroskanej koloratki” napisałem, że marzy mi się Kościół czasu, gdy Boży Syn przekazywał go pierwszym, ludzkim dzierżawcom.
   Tak sobie myślę, że może dobrze by było, gdybyś Chryste jeszcze raz pojawił się na wyboistej drodze Kościoła, usiadł na kamieniu, zebrał wokół siebie wszystkich: począwszy od małego dziecka, które poprzez chrzest rozpoczęło przygodę w Twojej Winnicy, a na decydentach w purpurowych szatach (najważniejszych dzierżawcach Bożego Ogrodu) kończąc, przypomniał, że tylko od nas wszystkich zależy, czy w nim będą dojrzewały piękne grona, czy szlachetne krzewy porosną chwastami.

Kryspin, 

wtorek, 14 listopada 2017

Czy to tylko moje utopijne marzenie?


    Gdy po jakimś czasie kolejny raz czytam fragmenty „Koloratek”, odkrywam coś nowego w ich przesłaniu.
    Dzisiaj chciałbym przypomnieć fragment z „Zatroskanej koloratki-Pasterzy i najemników”, w którym opisałem kościół, do którego chciałbym chodzić:
   ”Na ławkach leżały małe książeczki, śpiewniki z zapisanymi tekstami kościelnych pieśni....Uprzedzę Pani pytanie...Nie, nie giną, bo i po co ktoś miałby je stąd zabierać?
Gdy je wyłożyliśmy, powiedziałem, że jeżeli ktoś chce poćwiczyć w domu, to może wypożyczyć sobie śpiewnik....No i na [początku „rozeszło” się kilkanaście sztuka, ale po jakimś czasie powróciły i są tu, służąc wszystkim.
Po chwili doszliśmy do końca nawy i zatrzymaliśmy się przed lekko podwyższonym miejscem, na którym w samym centrum stał duży stół nakryty białym obrusem.
To normalny, gościnny stół i normalny biały obrus, taki sam, jaki kładziemy na przybycie gości.
I na tym zakończyłoby się nasze kościelne spotkanie, gdyby nie moje kolejne zdziwienie...
-Tak, ma Pani rację....odpowiedział przyklękając nieco z boku- Nie ma takiego cytatu w Biblii.
„Witajcie przyjaciele”-przeczytał słowa widniejące na drzwiczkami tabernakulum tak ciepło, że przez chwilę zgłupiałam, odnosząc wrażenie, że słyszę kogoś zupełnie innego.
Było w tym tyle radości i ciepła, a jednocześnie słowa emanowały wielkością Tego, który je wypowiadał.
Przez chwilę poczułam coś w rodzaju zaszczytu, wyróżnienia, jakiego doznaje człowiek w rozmowie z kimś niezwykłym, gdy ten szczerze obdarza go swoją przyjaźnią,...
Pani Małgosiu, jesteśmy teraz w gościnie naszego najlepszego Przyjaciela, który zawsze ma dla nas czas i cieszy się, gdy do niego przychodzimy: z naszymi sukcesami, smutkami, niezrozumieniem, niekiedy bólem; bo od tego jest przyjaciel, powiernik naszych spraw, prawda?
U nas nie ma obowiązku bycia na niedzielnej mszy....Naszym owieczkom nie narzucamy żadnych odgórnych nakazów.... ale czy wypełnia przykazanie ktoś przychodzący do świątyni zdyszany, spocony od pośpiechu i nieustannie przebierający nogami, albo ziewający z miną znużonego mopsa, czekając, kiedy wreszcie odstoi swój obowiązek i czym prędzej czmychnie do swojej codzienności?
-”Nabożnie uczestniczyć”, prawda?., ..
-Nasi wierni uczestnictwo w niedzielnej mszy traktują jak zaproszenie na przyjęcie, Uczta z Chrystusem, Bożym Synem!...
Na taki „raut”nie wypada przychodzić bez prezentu i taki prezent ze swojego tygodnia składają ci, którzy przychodzą na spotkanie z Nim.
Pewnie, że nie jesteśmy aniołami, nie jesteśmy doskonali, nic z tych rzeczy - i On to wie
Moja córeczka, gdy miała zaledwie kilka lat, uwielbiała dawać mi prezenty, niekiedy z okazji imienin, urodzin, czy innych uroczystości; ale zawsze robiła ja własnoręcznie:wyklejanka,niekiedy rysunek, albo zabawka z kasztana i zapałek.
Siadała mi wtedy na kolanach i wręczając niespodziankę, szeptała mi do ucha:”kocham cię tatusiu”.
I choć niekiedy jej dzieło nie było najbardziej udane, zapałka wypadała i pajacyk zostawał o jednej nóżce, sreberko nie chciało słuchać kleju i złośliwie odpadało, a słonko było za bardzo pomarańczowe, bo właściwa kredka gdzieś uciekła w czasie zabawy, to sprawiała mi za każdym razem niesamowitą radość; i choćby nie kończyła tej „ceremonii” rozkosznymi słowami szeptanymi bezpośrednio do mnie, to i tak odczuwałem jej miłość.
Tak samo jest w naszych relacjach z Nim; tak wiele i niewiele jednocześnie potrzeba, abyśmy w naszym zabieganym życiu znaleźli choćby mały podarunek dla tego Gospodarza przyjęcia, naszego Przyjaciela...”
Marzy mi się taki kościół, taka parafia...,.Czy to tylko moje utopijne pragnienie?

Kryspin, 

wtorek, 7 listopada 2017

Smutek radosnego święta.


   Mamy za sobą kolejny szczyt listopadowych wypraw na groby naszych bliskich. Policja podsumowała akcję „Znicz” podając tragiczne statystyki ludzkiej nieostrożności, które jak co roku dostarczyła kolejnych „lokatorów” naszych miejsc wiecznego spoczynku.
   Pewnie jak co roku, także główni organizatorzy cmentarnych uroczystości, czyli strona kościelna, dokonała takiego podsumowania.
   Co prawda nikt nie poustawiał elektronicznych czytników, które przy wejściowych bramach policzyłyby przybyłych na te uroczystości, ale jakoś można było dokonać chociażby porównania do lat minionych, przeliczając zawartość płóciennych woreczków umieszczonych na długich kijach, aby nie ominąć żadnego z odwiedzających w tym dniu swoich bliskich zmarłych.
   Swoją drogą to bardzo zmyślny sposób, dzięki któremu panowie z rad parafialnych, mogli rzetelnie wypełnić zadanie postawione przed nimi: zebrać ofiarność co do ostatniego ziarenka(także od tych, którzy widząc nadchodzących poborców cmentarnej daniny, próbowali schronić się za pomnikami)
   Oczywiście składka została poprzedzona informacją wielebnego celebransa, który w kilku słowach wyjaśnił cel zbiórki.
  Na cmentarzu, na którym byłem tego roku, zebrani zostali poinformowani, że pieniążki będą przeznaczone na gruntowny remont zabytkowego kościółka, który od wieków jest chlubą miasta, jako najstarszy, drewniany zabytek budowli sakralnej w okolicy.
   Co prawda jakąś kasę dorzuci Unia Europejska(o czym enigmatycznie wspomniał kościelny organizator tej imprezy), ale na owieczki zgromadzone przy mogiłach przypadł obowiązek wsparcia tego zamierzenia w kwocie(tu pominę jej wielkość).
   O godzinie 14.00 na cmentarzu rozpoczęły się oficjalne, kościelne uroczystości Wszystkich Świętych.
Ku mojemu zdziwieniu mszę polową (pod gołym niebem), co powinno być żelaznym i pierwszym punktem religijnych celebracji, poprzedziła procesja żałobna z pięcioma przystankami(logicznym i religijnie uzasadnionym powinna odbywać się w następnym dniu, gdy Kościół wspomina i modli się za wszystkich zmarłych).
   Co prawda kondukt modlitewny ograniczył się tylko do kilku alejek rozległego cmentarza, ale dzięki solidnemu nagłośnieniu, mogli w nim czuć się uczestnikami wszyscy, nawet stojący w najbardziej oddalonych miejscach nekropolii.
   I tu miałem co najmniej mieszane uczucia, bo szczerze zamierzałem uczestniczyć w procesyjnej modlitwie, ale …..
   No właśnie- po każdej modlitewnej przerwie, gdy modliliśmy się w intencjach naszych zmarłych, następował czas, gdy kondukt posuwał się do następnego przystanku i wtedy wkraczał parafialny „wirtuoz”, miejscowy organista. Za każdym razem, gdy zaczynał kolejną pieśń, miałem wrażenie, jakbym się przeniósł do okupowanej Warszawy, gdzie uliczny grajek wyśpiewywał kuplety przeciwko okupantowi.
   Wielkim uproszczeniem jednak byłoby zwalić całą winę na nieboraka, który pewnie i miał dobre chęci, ale „repertuar” kościelnych pieśni go ograniczał i było jak było.
   Dzień Wszystkich Świętych z założenia jest dniem radosnym, przenikniętym nadzieją, że nasi zmarli dostąpili szczęścia zbawionych, więc smętne zawodzenie pieśni sprzed wieków, nie pasuje do radości nadziei.
Pewnie mój punkt widzenia podziela coraz więcej ludzi, bo w trakcie cmentarnych uroczystości zauważyłem (pomimo, że pogoda tego roku była w miarę łaskawa) wyjątkowo mało ludzi przy grobach.
   Gdy wracałem po zakończonej mszy, na drodze prowadzącej do cmentarza mijałem bardzo wielu ludzi, którzy udawali się na mogiły swoich bliskich dopiero po zakończonym nabożeństwie.
   Może w podsumowaniu tego szczególnego święta warto zastanowić się także nad tym dostojni przedstawiciele Kościoła.
   Cmentarze i tam spoczywający, to tylko przeszłość wiary.
Kryspin, 

niedziela, 5 listopada 2017

Cel i zamierzenia projektu "Perły z szuflady"

   Perły w szufladach zapomnienia.
   Dla mnie los był łaskawy i dzięki życzliwym ludziom, którzy zorganizowali promocję mojej pierwszej książki:"Zakochanej koloratki" w TV("Pytanie na śniadanie"), redaktorom stacji radiowych oraz przedstawicielom prasy, stałem się mniej anonimowym autorem i przez to mogłem dotrzeć do większego grona czytelników.
  Później było mi już łatwiej,  bo uwierzyłem w to, iż powinienem pisać dalej i w efekcie powstały kolejne części "Koloratki".
   Kolejnym szczęśliwym trafem stała się propozycja stałej współpracy z ogólnopolskim tygodnikiem Angora, gdzie od dwóch lat prowadzę rubrykę "Księdza w cywilu".
   Przez ten okres mógłbym liczyć w tysiącach głosy czytelników, którzy potwierdzają mi potrzebę takiej prasowej formy rozmowy  na tematy,  których oficjalnie nikt ( chodzi o ludzi czynnie działających w strukturach Kościoła) nie chce dotykać.
   Ostatnio otrzymałem bardzo przyjemną dla mnie informację, że uchwałą Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, zostałem przyjęty do tego szacownego grona i tak sobie pomyślałem, że to kolejny powód do tego, bym zrobił coś dobrego dla wszystkich.
   Pewnie mógłbym oznajmić, że mój dług wobec życzliwego losu najlepiej spłacę kolejną moją książką, ale byłoby to minimalizmem z mojej strony i dlatego postanowiłem dzięki  Klubowi Przyjaciół Książki wcielić w życie projekt o nazwie: "Perły z szuflady"!
   Całość zamierzenia przewidziana jest na pięć lat.
   Co trzy miesiące będziemy powiększać kolekcję "Pereł z szuflady"o kolejną książkę współczesnego autora( może jeszcze mało znanego), który zasługuje, by jego twórczość poznało  szersze grono czytelników.
Każda z książek będzie, w swej zewnętrznej formie, unikatowa!
1- wszystkie tomy (20) będą miały jednolitą szatę graficzną:  ręcznie robioną( w artystycznej introligatorni ) obwolutę z naturalnej skóry!
2-każda książka będzie opatrzona autentycznym autografem autora!
3-Każdy kolejny tom tej wyjątkowej kolekcji będzie dostępny tylko dla osób mających umowę członkowską  KPK
4-Członkowie KPK, którzy nabędą jedną z książek tej niezwykłej kolekcji, nabędą prawa rekomendowania nowych członków KPK  zapewniając sobie darmowe nabywanie kolejnych tomów "Pereł z szuflady"
5- Aktywni członkowie KPK będą zapraszani na wieczory autorskie i inne imprezy organizowane przez KPK.
   To tylko kilka powodów, dla których warto przystąpić do naszego Klubu....
Ale najważniejszym i kluczowym zarazem jest ten, że dzięki temu  staniemy się Mecenasami dobrej literatury i przyczynimy się do tego, by wartościowe dokonania literackie nie skończyły żywota w szufladach zapomnienia!
Teraz na koniec mój gorący apel:
   Tego wszystkiego nie zdołam dokonać sam i dlatego gorąco zapraszam Was do otwartej aktywności w tym zamierzeniu.
   Dla niektórych,( którym chce się więcej), mam propozycję ściślejszej współpracy w tworzeniu wielkości projektu KPK.
   Te osoby proszę o kontakt tel: 536 425 831,
 lub mailowy: kryspinkrystek@onet.eu
P.S.
   Poszukuję także udziałowców otwartych na ciekawą formę aktywności biznesowej, koniecznej do rozwoju projektu "Perły z szuflady". W tym przypadku proszę także o kontakt telefoniczny:536 425 831
Kryspin
  
     

sobota, 4 listopada 2017

Perły w szufladach zapomnienia.

   -Chciałbym wydać książkę....
Tak rozpocząłem rozmowę z Panem Piotrem, jak się później okazało, wydawcą mojej pierwszej książki.
Początek tamtego spotkania wcale nie napawał mnie optymizmem, bo właściciel wydawnictwa skutecznie zgasił zapał w moich oczach, gdy krótko podsumował moją prośbę:
-"Oczywiście każdy może wydać książkę, jeżeli ma pieniądze i zapał przelany na papier.....ale po co?
-Dzisiaj książek prawie nikt nie czyta....no może jeżeli do druku trafiłaby jakaś sensacja, albo jakiś celebryta zapragnął poprawić sobie humor i poczuć się literatem.....?
-No to mogłoby mieć jakiś sens....?"-zakończył smutnym głosem, a po chwili podprowadził mnie do regału, na którym karnym rzędem stały książki.
-"Niech pan spojrzy, to są książki, nawet dobre, wartościowe, ale zostały wydane w kilkudziesięciu egzemplarzach i pewnie za kilka lat pokryje je kurz zapomnienia, bo ich autorzy nie mieli szczęścia, by świat ich zauważył i docenił....
-Może Pan, a raczej Pana książka będzie miała więcej szczęścia i nie skończy tak jak te perełki, których przeznaczeniem są jedynie szuflady autorów.....
A oni, choć obdarzeni Bożą iskierką, prawdziwym talentem, już nigdy nic nie napiszą, bo i po co?"
   Choć minęło kilka lat od tamtej rozmowy i dziwnym zrządzeniem losu nie doświadczyłem smutku nieznanego autora, to jednak nieustannie dźwięczą mi w duszy te smutne słowa starego wydawcy, który na koniec wspomniał o szufladach zapomnienia, w których lądują perły literatury.
   Teraz po latach wiem, że właśnie wtedy zrodził się we mnie niepokój i pragnienie,aby zrobić coś, by ocalić od zapomnienia wartościowe książki i być może ich autorom przywrócić wiarę, że powinni Bożą iskierkę talentu rozniecić płomieniem kolejnych, wspaniałych książek.
    Efektem tamtego impulsu stał się pomysł powołania do życia Klubu Przyjaciół Książki. To wyjątkowy Klub, do którego chciałbym zaprosić wszystkich tych, którzy nie zatracili pragnienia czytania.
   Teraz pewnie usłyszę głosy, że przecież takie potrzeby każdy może realizować bez jednoczenia się w jakimś Klubie, bo to zaspakajają biblioteki publiczne, a dla bardziej majętnych księgarnie zawalone po brzegi  hitami literatury, agdyby i tego było mało, książki można przecież kupić  wszędzie, nawet na poczcie, o marketach nie wspominając.
   To prawda, ale nie do końca, bo tam nie dokopiemy się do tych pozycji, dla których powstał KPK.
   Tylko KPK, realizując projekt:"Perły z szuflady", umożliwi szerszemu gronu czytelników dotarcie do perełek z szuflad zapomnienia, o których wcześniej wspomniałem.
   Tyle na dziś.
Jutro przybliżę szczegóły projektu "Perły z szuflady".
Kryspin



piątek, 3 listopada 2017

A mnie się jeszcze chce!!!

   Minęło zaledwie kilka dni od moich urodzin. To był szczególny dzień, który przeżyłem w gronie najbliższych i przyjaciół.
60 lat minęło jak chwila i wszedłem w wiek  seniora.
   Okropne jest to słowo, które kojarzy mi się z Uniwersytetem Trzeciego Wieku i zaraz przed oczami mam  zgraję staruchów, którym wtłoczono do głowy, że wszystko już jest za nimi, a jeżeli już chcieliby coś zrobić ze swoją starością, to niech oswajają ją w gronie tetryków bawiących się w zdobywanie wiedzy o szydełkowaniu lub innych bzdetach.
By było to ubrane w jakąś "poważniejszą" formę, wymyślono tę idiotyczną nazwę.
   Jeżeli w pobliżu nie ma takowej formy aktywności staruszków, to zawsze można sobie wymyślić namiastkę normalności, o której kiedyś poinformował mnie mój starszy kuzyn.
   Żartobliwie poinformował mnie, że właśnie założył firmę i widząc moje zaciekawione zdziwienie, dodał: "To prywatny żłobek i przedszkole, czyli opieka nad wnukami". Był rozbawiony moim zdziwieniem, ale zaraz spoważniał i widziałem, że w jego oczach nie było już blasku, którym zachwycał, gdy prowadził poważne biznesy.
"Teraz już tylko to mi zostało dokończył już bez uśmiechu"
   A mnie wcale to nie odpowiada i nie zamierzam powielać przekonania, że w pewnym wieku człowiek wkracza na ostateczny tor i powinien żyć tylko wspomnieniem dawnej aktywności!
Mnie się jeszcze chce i choć może niektórzy określą mnie "niepoprawnym optymistą", to wcale nie zamierzam przejść w stan beznadziei!
Mnie się jeszcze chce robić coś pożytecznego, działać i zarażać innych chęcią do tworzenia rzeczy wielkich!
Pewnie kiedyś i mnie dopadnie czas, gdy powiem sobie: wszystko już za mną, czas podsumować swoje życie i przyszykować się do tej ostatniej podróży, ale na miły Bóg jeszcze nie teraz, bo mnie się jeszcze chce zrobić coś, co po mnie zostanie!
60 lat to szmat czasu i gdy powracam wspomnieniami do tego, co minęło, to trochę żal tego, co już poza mną, ale bilans i tak jest na plus: Miałem czas szczęśliwej miłości, dochowałem się dwojga wspaniałych dzieci, napisałem kilka książek, a teraz nadal kocham i jestem kochany przez cudowną kobietę, do tego mam grono niesamowitych przyjaciół i czego jeszcze więcej pragnąć?
   Ale mnie się jeszcze chce czegoś więcej.
   Przez długi  czas obijałem się w gronie ludzi, którzy przez lata byli związani z biznesem marketingowym. Niektórzy odn0osili w nim wielkie {mierzone w milionach złotych}sukcesy, ale wielu żyło ciągle niespełnioną nadzieją, że może i im się uda.
   Napisałem ,że "obijałem się", bo tak naprawdę coś mnie hamowało, by na maksa poświęcić się takiej formie biznesowej.
Najbardziej, w kolejnych "niesamowitych" okazjach do zarabiania fortuny , raziły mnie dwie sprawy:
1- prawie każdy kolejny biznes marketingowy był importem z nieodłącznymi przykładami, jak to gdzieś tam ktoś zarobił już krocie i teraz pora, aby i u nas było podobnie....
2-dorabianie historii o cudownym działaniu jakiegoś specyfiku, aby pozyskać jak największą liczbę osób w tzw, strukturze i na tym zarabiać!
   Nie czułem się dobrze w biznesie, który opierając się na emocjach, budował iluzję i pozostawiał po sobie ogon zawiedzionych(tych w kwestii zdrowia i tych w nadziei na zrobienie biznesu)
Długo szukałem odpowiedzi, czy jest możliwy etyczny biznes marketingowy i wydaje mi się, że znalazłem takowy.
   Nie....nie jest to kolejny produkt z importu, nie ma mniej lub bardziej wymyślonej historii sukcesu tych, którzy już stali się milionerami, ale sądzę, że udało mi się znaleźć sposób, by zrobić coś wielkiego dla wielu!
   Aby nie zanudzić czytelników zbyt długim postem, pozwolę sobie pozostawić margines niewiadomej do następnego spotkania i niebawem przybliżę Wam, co chodzi mi po głowie.
   Mam nadzieję, że zainteresuję moim projektem tych wszystkich, którym (niezależnie od wieku) jeszcze chce się zrobić coś-dla siebie i dla innych,
Kryspin
 

 
 

wtorek, 31 października 2017

Kazanie na pogrzebie


   W tych dniach najczęściej odwiedzanym miejscem, do którego pielgrzymują tłumy, są cmentarze.
Z racji święta 1 listopada gromadzimy się wokół tych, których kiedyś odprowadziliśmy w ich ostatnią drogę.
  Może zapalając na ich grobie lampkę pamięci, snujemy wspomnienia z nimi związane.
Przetaczają się nam przed oczami sceny z ich życia, a niekiedy także i te z ich ostatniego pożegnania, pogrzebu.
   Był wtedy kondukt żałobników: bliska rodzina, grono znajomych, sąsiadów i tych wszystkich pozostałych, którzy przyszli z różnych powodów.
   A..., i jeszcze ksiądz, który przewodniczył ceremonii.
Pogrzebowy marsz poprzedziła msza w cmentarnej kaplicy, bądź w parafialnym kościele i to wszystko....
  No może warto wspomnieć, że celebrans w kazaniu mówił tak ciepło, starając się pokrzepić zasmuconych.
A o czym konkretnie było pogrzebowe kazanie?
-„No jak to o czym....? Ksiądz mówił o Panu Bogu i o naszym przeznaczeniu”-odpowiedzą ci bardziej gorliwi, a reszta wspominających zbywa pytanie ogólnikiem:
-”No to co zawsze się mówi przy takiej okazji”
   Rytuał, ściśle przewidziane modlitwy, których słowa często jawią się uczestnikom kościelnych uroczystości niczym tajemnicze zaklęcia, to nie sprzyja głębi przeżywania liturgicznego zgromadzenia.
   Owszem, będąc częstym uczestnikiem takowych, nawet potrafimy recytować odpowiedzi z mszalnego dialogu, czy śpiewać żałobne „Witaj Królowo.”, ale co po tym wszystkim w nas zostaje, gdy powracamy do życia poza ?
   Jest jeden element zmienny i stały zarazem, który Kościół przewidział jako dodatkowe duszpasterskie narzędzie, to homilia, kazanie głoszone w czasie liturgii, także pogrzebowej
-„Byłam ostatnio na kilku pogrzebach moich bliskich i odczuwam niedosyt związany z kazaniami, które za każdym razem były takie same. Stek ogólników przeplatanych urywkami z Biblii i ani jednego słowa o zmarłym, jakby całe jego życie było mało istotnym epizodem.
Owszem, jeden z pogrzebów odbywał się na dużym, miejskim cmentarzu, gdzie ceremonię prowadził jakiś „dyżurny” kapłan, który tego dnia odprowadzał któregoś tam zmarłego i miał pewnie przed sobą jeszcze kilka takich „taśmowych” pochówków ( kolejna ceremonia miała się odbyć za pół godziny), ale pozostałe prowadzili kapłani z małych parafii i znali zmarłych, których pogrzebom przewodniczyli.”
   Podzielam poczucie niedosytu, jakie towarzyszyło mojej mailowej rozmówczyni, bo także ostatnio miałem wątpliwą przyjemność wysłuchiwać tego rodzaju „oratorskich” popisów kapłanów, których homilie brzmiały w podobnym tonie.
   Pewnie teraz mógłbym przenieść się do ubolewań nad kazaniami w trakcie niedzielnych liturgii i bez większego trudu dojść do podobnych konkluzji, ale pozostawmy to.
   Homilia pogrzebowa to jedna z nielicznych okazji do rozmowy księdza z tymi, którzy swoje kontakty z Panem Bogiem ograniczyli już dawno do absolutnego minimum i tylko przy takiej (smutnej) okazji zostają niejako „zmuszeni” do refleksji nad swoim przeznaczeniem.
   W „Zatroskanej koloratce” opisałem pogrzeb „Barana”, parafialnego pijaczyny, w którego życiorysie trudno by było szukać pokrzepiających przykładów. Mądry proboszcz go jednak nie przekreślił i choć nie próbował wybielić jego „życiorysu”, to jednak z pożegnania Józefa uczynił duszpasterskie narządzie dla żywych uczestników pogrzebu tego człowieka.
   Życie każdego człowieka ma znaczenie i nigdy nie powinno być traktowane jako mało znaczący epizod.
  Watro, aby o tym pamiętał każdy z nas, także kapłan, który w imieniu Kościoła odprowadza zmarłego w ostatnią, ziemską drogę.
Kryspin, 

wtorek, 24 października 2017

Więzień kościelnej kraty

                           
   „Mieszkam w małej miejscowości z kilkoma uliczkami, które schodzą się przy niewielkim wzniesieniu, na którym stoi nasz parafialny kościół. W pobliżu, nieco z boku naszej świątyni biegnie uliczka handlowa z małymi sklepikami, w których mieszkańcy dokonują codziennych zakupów, a zaraz obok, o kilkanaście metrów, mamy także dyskont spożywczy z dużym parkingiem i placem, gdzie dodatkowo w czwartki rozkładają swoje stragany obwoźni sprzedawcy i rolnicy z okolicznych wsi.
   Podsumowując: na miejscu mamy wszystko, co jest do życia potrzebne, gdyby nie nasza świątynia, a właściwie to, że w tygodniu jest zamknięta na cztery spusty, niczym jakaś niedostępna twierdza.
Owszem, kościelny otwiera masywne drzwi wejściowe do naszego kościoła na pół godziny przed wieczornym nabożeństwem (ale tylko wtedy, gdy proboszcz odprawia popołudniową mszę, czyli w poniedziałki , środy i w sobotę)
   Jestem osobą wierzącą(jak większość mieszkańców naszego miasteczka) i biorę udział w coniedzielnej mszy, ale niekiedy chciałabym w tygodniu, w normalnym dniu wejść choć na chwilę do kościoła, usiąść w ławce, pobyć z Panem Jezusem tak sam na sam, w ciszy.
   Myślę, że wielu z nas, zabieganych codziennością, także chciałoby  choć na chwilę skorzystać z możliwości takiego spotkania Boga w ciszy kościoła poza czasem liturgii.”

   Przyznam, że także nie rozumiem, dlaczego większość parafialnych kościołów bywa zamkniętych na cztery spusty poza czasem wyznaczonym na liturgię?
   Księża proboszczowie pytani w tej kwestii, przytaczają rozmaite powody: a to ktoś mógłby zaprószyć ogień, a nasza świątynia jest drewniana, a trzeba pilnować drogocennych zabytków przed złodziejami, a w jesienne słoty zabrudziłaby się posadzka i kto to miałby sprzątać?
   Jakiś czas temu sam zadałem takie pytanie mojemu dawnemu koledze, gdy w trakcie naszego spotkania oprowadzał mnie po swoich parafialnych włościach. Najpierw pochwalił się piękną plebanią stojącą pośrodku zadbanego ogrodu. Na koniec zaprosił mnie do kościoła, by pokazać mi odnowiony, zabytkowy ołtarz.
Zanim jednak dostaliśmy się do środka świątyni, przez chwilę mocował się z ciężkimi drzwiami tego przybytku, a później musieliśmy jeszcze sforsować żelazną kratę w kruchcie i nareszcie mogłem z uznaniem podziwiać piękno odnowionych rzeźb barokowego artysty.
Wychodząc zapytałem wprost: dlaczego kościół jest zamknięty w ciągu dnia?
Gospodarz zatrzymał się na chwilę i ze zdziwieniem odpalił: „No a kto by tego wszystkiego pilnował?”
-Ale Pan Jezus jest tu jak więzień, do którego wiernym dostępu bronią kraty niczym w jakiejś twierdzy- dodałem czując niedosyt takiej odpowiedzi.
On znowu spojrzał na mnie zdziwiony i dopowiedział: „Na niedzielną mszę przychodzi mniej niż połowa parafian, a na adorację Najświętszego Sakramentu, którą mamy raz w miesiącu, kilkanaście osób i to wszystko....więc po co ma być stale otwarty?”
    Miałem niedawno urodzinowo-imieninowych gości. Było miło, choć czułem, że to do końca nie było to, czego oczekiwałem. Odwiedzili mnie, bo tak wypadało, a największą przyjemność odczuwam, gdy odwiedza mnie ktoś bliski bez powodu, czy okazji, abyśmy zwyczajnie mogli pobyć ze sobą i może porozmawiać szczerze, jak przyjaciele, którzy zwyczajnie cieszą się sobą.
    On jest stale w kościelnym budynku, o czym przypomina nam czerwona lampka przy tabernakulum i tak sobie myślę, że odczuwa radość, gdy ktoś go odwiedza, tak bez okazji, nawet na chwilę, aby zwyczajnie z Nim pobyć.
    Tak na koniec, czcigodni księża proboszczowie; nie mówcie:” A kto by tego pilnował?
    Mając wśród parafian gorliwe owieczki gromadzące się we wszelakich kółkach różańcowych, oazach, czy innych grupach parafialnej aktywności; możecie zorganizować opiekę nad Jego domem nieustannie, tak by był”bezpieczny”, a ci mniej gorliwi, gdy pod nakazem serca zechcieliby pobyć z nim w ciszy pustego kościoła, nie odbijali się od zamkniętych drzwi.
Kryspin

wtorek, 17 października 2017

Urodziny


   Mamy już jesień, choć tak niedawno cieszyliśmy się wiosną, rozwijającą piękno kolorowych kwiatów, które cieszyły nasze oczy w letnich promieniach słońca i wtedy pragnęliśmy, by tamten czas trwał jak najdłużej, ale upływające dni przeniosły nas w nową rzeczywistość i mamy jesień.
   W połowie października obchodziłem swoje urodziny.
Niby nic takiego, bo przecież każdy z nas corocznie doświadcza tej chwili, gdy zmienia się cyfra kolejnych przeżytych lat.
  Tak sobie myślę, że wielu z nas podobnie przeżywa ten szczególny dzień, gdy na stole pojawia się tort ze świeczkami, a później odbieramy życzenia od najbliższych i tylko trochę żal, że minął kolejny rok zbliżający nas do kresu naszej ziemskiej przygody.
   W połowie października skończyłem 60 lat i uświadomiłem sobie, że w moim życiu nadeszła jesień.
   Choć staram się snuć plany na przyszłość, być aktywnym i z optymizmem myśleć o tym, co jeszcze dane mi będzie przeżyć, to jednocześnie mam świadomość, że minął już czas mojej wiosny i intensywnego lata. Może dlatego coraz częściej wracam wspomnieniami do przeszłości?
   Nagle uświadomiłem sobie, że pozostała mi tylko jesień i przyszłość: lat, miesięcy, a może dni, gdy świeczka moich marzeń dopali się na urodzinowym torcie mojego życia i …..?
No właśnie na końcu każdemu z nas pozostaje ten znak zapytania, na który szukamy odpowiedzi w trakcie całego naszego ziemskiego bytowania.
   Kilka tygodni temu pisałem, że skazani jesteśmy na to, by wierzyć i naraziłem się wtedy tym wszystkim, którzy w imię pragmatyzmu i empirycznemu podejściu do świata odrzucają nadzieję na przyszłość po.....
   Za kilka dni zatrą się jednak te linie podziałów i gremialnie udamy się na cmentarze, by zatrzymać się na chwilę przy grobach: naszych bliskich, znajomych, ale także i tych, których znaliśmy, bo byli za życia po prostu znani.
   W naszych wędrówkach po przeszłości może zatrzymamy się przy anonimowych mogiłach rozsianych niekiedy gdzieś poza cmentarzami i tam także zapalimy światełko przywracające pamięć o nich, bo taką odczuwamy potrzebę.
   Pierwszy dzień listopada będzie dla wielu wyrazem wiary, dla innych przekonaniem o tym, że człowiek żyje dopóty, dopóki zachowana jest pamięć o nim, a dla jeszcze innych ten dzień będzie okazją do zadumy nad przemijaniem wszystkiego i chwilą szukania odpowiedzi, której tak do końca wcale nie pragną poznać, bo mogłaby zburzyć ich racjonalizm co do przyszłości.
   Nie zamierzam teraz czynić teologicznej wykładni na temat święta, które w kościelnym nauczaniu zarezerwowane jest dla tych z naszych zmarłych, którzy swoim życiem doczesnym zasłużyli na nagrodę wiecznego zbawienia.
   O tym mniej lub bardziej jasno powiedzą księża w trakcie okolicznościowych kazań w trakcie liturgii sprawowanej na cmentarzach.
I być może ich słowa dotrą do tych (od dawna przekonanych), którzy kolejny raz utwierdzą się w swojej wierze?
Ale co z pozostałymi?
Co z tymi stojącymi daleko od wiary, albo mającymi zupełnie inną wizję przyszłości?
   Cmentarze mają w sobie fenomen równości i powszechności,
Każdy człowiek, niezależnie od statusu społecznego, zgromadzonego majątku czy innych zasług, jest równy wobec konieczności śmierci.
   Czy chwila, ta ostatnia, w której dokonało się zatrzymanie czasu, dla tego, którego pożegnaliśmy i oddaliśmy jego doczesne szczątki ziemi, to koniec ?
Sądzę, że nie i pewnie mój pogląd podziela bardzo wielu, niezależnie od osobistych deklaracji w kwestii wiary.
   Pierwszego listopada są urodziny tych wszystkich, dla których już zatrzymał się ziemski czas. Dla nas, dla naszej pamięci oni wciąż żyją i dlatego ich odwiedzamy w tym dniu.
Kryspin,

wtorek, 10 października 2017

"Nasz proboszcz nigdy nie ma czasu"



   Zdarzyło się kiedyś, że po wywiadzie, którego udzieliłem redaktorowi popularnego tygodnika, ten naszą rozmowę zatytułował:”Telefon zaufania dla księży”. Było to wtedy trochę nad wyraz, bo księża czynnie realizujący swoje powołanie tylko sporadycznie zaszczycają mnie rozmową.
   Artykuł w gazecie nie pozostał jednak bez echa, bo piszą i dzwonią do mnie zwyczajni parafianie, by stawiać pytania, z którymi nie mogą sobie poradzić, a miejscowego księdza (z różnych powodów) pomijają .
Przyznam, że w niektórych przypadkach staję w dylemacie, bo minęło już sporo czasu od dnia, gdy postanowiłem zostać księdzem w cywilu i choć staram się być na bieżąco ze sprawami Kościoła, to i mnie trudno podążać na bieżąco za aktualnymi wytycznymi tej instytucji.
  Rozmaitość problemów wymagają niekiedy skonsultowania mojej dawnej wiedzy ( z zakresu spraw związanych z Kościołem) z tym, co aktualnie jest poprawne.
W takich przypadkach staram się szukać pomocy u zaprzyjaźnionych kapłanów (z tytułami naukowymi z zakresu teologii) i w ten sposób uzupełniać moją wiedzę, by potem odpowiadać na pytania stawiane mi przez czytelników.
„Piszę do pana, bo nasz ksiądz nigdy nie ma czasu i trudno się z nim umówić na rozmowę, a w godzinach, gdy jest czynne biuro parafialne, tłumaczy, że to nie miejsce i pora, by zajmować jego czas prywatnymi sprawami, bo inni też czekają, aby załatwić swoje sprawy: intencje mszalne, sprawy pogrzebów, czy uregulowania opłat związanych z dzierżawą miejsca na cmentarzu itd.”
   Może to i racja, że w biurze parafialnym i to jeszcze w godzinach wyznaczonych na „urzędowanie”, proboszcz nie ma za wiele czasu, by prowadzić indywidualne duszpasterskie rozmowy, ale przecież poza godzinami wypisanymi na drzwiach kościelnej kancelarii kapłan nie przestaje być duszpasterzem i powinien mieć czas dla swoich owieczek, pomyślałem.
   Idąc za tym przekonaniem, postanowiłem sprawdzić jak to jest w praktyce i w jednej ze spraw ( zasygnalizowanej przez kolejnego czytelnika), postanowiłem zasięgnąć rady u proboszcza z okolicy mojego domostwa.
  Udałem się na plebanię, by umówić się na duszpasterską rozmowę.
Przykościelne domostwo było zamknięte na cztery spusty i tylko tabliczka umieszczona na drzwiach informowała o tym, że sprawy parafialne można załatwiać przed lub po mszy świętej, a w kwestii pogrzebu można dzwonić o każdej porze pod podany poniżej numer.
  Co prawda nikt mi nie umarł, ale co tam, zadzwoniłem i …...cisza.
Nie miałem szczęścia, więc może w kolejnej miejscowości(już nieco oddalonej) uda mi się porozmawiać- pomyślałem i pojechałem dalej i to samo.
Później jeszcze cztery kolejne parafie i ten sam efekt: zamknięte drzwi i głuchy telefon.
   Następnego dnia postanowiłem skorzystać z telefonu, ale dopiero przy piątym parafialnym adresie( dzwoniłem w godzinach popołudniowych) udało mi się zastać jednego z proboszczów(mojego dawnego kolegę) i zamienić z nim kilka słów. Choć i w tym przypadku dało się odczuć, że nie bardzo chciał tracić swojego cennego czasu na dłuższą rozmowę, czego nie starał się nawet ukryć, zmierzając do szybkiego jej zakończenia.
„Piszę do pana, bo nasz ksiądz nigdy nie ma czasu i trudno się z nim umówić na rozmowę.....”
   Po tych moich nieudanych próbach, o których pozwoliłem sobie napisać powyżej, rozumiem, dlaczego moja mailowa poczta jest tak często zasilana „rozmowami” od parafian.
   Tak mi się marzy(pewnie nie tylko mnie), aby na białych tabliczkach parafialnych plebani także znalazły się informacje o godzinach ( nawet ściśle określonych), w których można umówić się na rozmowę z miejscowym duszpasterzem.
   Krótkie spotkanie kolędowe raz do roku, spowiedź, czy choćby coniedzielna msza w kościele, nie załatwiają wszystkiego.
   Niekiedy warto poświęcić dodatkowy czas na rozmowę, taką osobistą, pełną życzliwości, w trakcie której znikają chmury niezrozumienia, a wątpliwości bledną radą tego, który niczym dobry pasterz, zawsze ma czas dla swoich owieczek.
Kryspin

wtorek, 3 października 2017

Moralność niepoprawna


    Napisała do mnie młoda kobieta z nadzieją, że pomogę jej w kwestii poczucia winy, którą nosi w sobie z racji wykonywanej profesji, która ją cieszy, ale i obciąża jej sumienie
   Czytelniczka w obszernym liście opisała mi swoją historię, akcentując, że pochodzi z rodziny mało zaangażowanej w głębię religijnego życia. Od dzieciństwa jej kontakt z kościołem nie był inspirowany przykładem głębokiej wiary rodzicieli, którzy owszem, pilnowali aby uczęszczała na lekcje religii, zadbali o kolejne sakramenty dla jej duszyczki (komunia, bierzmowanie), ale sami ograniczali się tylko do roli strażników tradycji, osobiście będąc dalekimi od dawania jej dobrego przykładu chociażby co do niedzielnej obecności na mszy świętej, w której bardzo rzadko brali udział.
    Młoda dziewczyna nie powieliła domowego „stylu” religijności najbliższych i wraz z upływem lat wiara stawała się dla niej czymś coraz ważniejszym i determinującym jej codzienne wybory, w których Kościół i jego nauczanie odgrywało istotną rolę.
   Po skończonej szkole średniej swoje dorosłe życie zapragnęła poświęcić służbie innym ludziom, dlatego wybrała dla siebie kierunek studiów, po których mogłaby realizować swoje plany i została położną.
   W krótkim czasie podjęła pracę w klinice leczenia niepłodności i się nią szczerze cieszyła.
  Teraz, niejako na pierwszej linii mogła się spotykać z kobietami, które po smutku porażki nadziei na urodzenie dziecka, tam odnajdywały nadzieję na radość cudu macierzyństwa.
   Jej radość została jednak prędko zgaszona, gdy w trakcie sakramentu pojednania (spowiedzi) usłyszała wyrok kościelnego sędziego:
„Nie możesz otrzymać rozgrzeszenia, bo uczestniczysz w grzesznym procederze, którego nauka Kościoła nigdy nie zaakceptuje.”
Kobieta, po chwili szoku zapytała spowiednika:
„Co mają zrobić ludzie, którzy pragną zostać rodzicami, a tylko w taki sposób mogą spełnić swoje marzenie”
Kapłan chłodnym tonem pouczył ją:
Jest wiele dzieci czekających na adopcję i one także zasługują na to, by ktoś okazał im rodzicielską miłość....a ty moja droga możesz zmienić pracę i realizować się tam, gdzie będziesz pomagała tym kobietom, które w godny sposób cieszą się macierzyństwem!”
To ostatnie autorytatywne stwierdzenie spowiednika zakończyło dyskusję przy konfesjonale i tylko pozostało w niej niezrozumienie, dlaczego niesienie nadziei na macierzyństwo jest czymś tak złym, że nie zasługuje na rozgrzeszenie?
Przyznam, że nie czuję się władnym, aby oceniać kogokolwiek w tej kwestii: ani tego kapłana, który wydał werdykt zgodny z zaleceniem kościelnego kodeksu, ale i sposobu myślenia owej kobiety, która nie mogła zrozumieć w czym zawiniła aż tak bardzo, że nie zasługiwała na sakramentalne przebaczenie?
Teraz ktoś, moralnie poprawny, pewnie skwitowałby to wszystko jednym krótkim stwierdzeniem:
„Cel nie może uświęcać środków i basta, a in vitro daje „radość”narodzin okupioną śmiercią zarodków, które przy tej okazji skazane są na śmierć!”
   A głos tych moralnie niepoprawnych?
Czy celem Chrystusa, gdy zakładał Kościół, było zgromadzenie w nim tylko tych moralnie poprawnych?
Na początku każdej mszy celebrans przypomina zgromadzonym, że wszyscy jesteśmy grzeszni, dlatego eucharystia rozpoczyna się od aktu skruchy, żalu, który zebrani wyrażają w słowach tzw. spowiedzi powszechnej.
    Tak na koniec chciałbym zastanowić się nad tym, jak zachowałby się Chrystus, gdyby zasiadł w kościelnym konfesjonale, do którego podeszłaby ta kobieta?
Kryspin