wtorek, 27 marca 2018

Antyaborcyjna czkawka



    Po jednym z artykułów „Księdza w cywilu” otrzymałem propozycję od jednego z czytelników, abym zaangażował się w działalność polityczną.
    List był obszerny i zawierał wskazówki, co miałbym zrobić, aby założyć partię polityczną katolików, wykorzystując fakt, że przecież to jest największa grupa naszego społeczeństwa, którą można liczyć w miliony.
    Pewnie mój czytelnik poczuł się trochę zawiedziony, gdy odpisując na jego postulaty, stwierdziłem, że nie zamierzam swojej przyszłości wiązać z polityką, bo zbyt mało w niej jest etycznego kreowania rzeczywistości, a za dużo amoralnego koniunkturalizmu.
    Kościół od zawsze (przynajmniej w założeniu) trzymał się z daleka od politycznych gierek i to było słuszną powściągliwością z jego strony.
    To też napisałem mojemu politycznemu entuzjaście, nadmieniając na koniec, że każdy katolik (także i on), może w Kościele realizować się w czynieniu dobra dla innych, niekoniecznie pod partyjnym sztandarem.
    Radosne „Alleluja”, którym Kościół obwieszcza światu wielkanocne zwycięstwo Chrystusa, w tym roku został u nas zakłócony falą protestu kobiet domagających się liberalizacji prawa aborcyjnego.
    Choć była to reakcja na projekt, który do sejmu zgłosiły organizacje społeczne opowiadające się za prawną ochroną życia ludzkiego od chwili poczęcia, aż do naturalnej śmierci, to uczestniczki „czarnego protestu” przemaszerowały pod kurie biskupie, uważając, że to hierarchowie Kościoła inspirują rządzących do wprowadzenia „poprawionego”, antyaborcyjnego prawa.
    Wśród rozkrzyczanego tłumu nie dominowały zbuntowane owieczki, które w ten sposób chciały wyrazić swoje niezadowolenie dotyczące restrykcyjnego nastawienia swoich pasterzy.
    Na „czarnym proteście”, w zdecydowanej większości dominowali ci, dla których Kościół już dawno przestał być rządcą sumień, albo wręcz nigdy nim nie był, i z tym trzeba się zgodzić.
   Czy to oznacza, że w tak ważnych sprawach, a kwestia aborcyjna do takich należy, hierarchowie winni nabrać wody w usta i tylko milcząco się przyglądać?
   Absolutnie nie!, bo wtedy nie realizowali by podstawowej misji Kościoła, jaką od zarania tej instytucji jest ukazywanie drogi moralnie zgodnej z nauczaniem Chrystusa, dla którego każdy człowiek (także ten, którego niektórzy określają mianem płodu...jakiej bliżej nie określonej materii, którą ni jak jeszcze nie można nazwać człowiekiem) zasługuje na szacunek i obronę.
   Tego wszystkiego nie da się jednak załatwić na skróty, a z czymś takim mamy teraz do czynienia.
   Mojemu mailowemu entuzjaście odpowiedziałem, że w Kościele jest dużo miejsca na czynienie dobra i każdy może i powinien takie działania podejmować.
   Działanie „Pro Life”, które legło u podstaw społecznego ruchu na rzecz ochrony życia, od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci, jest jak najbardziej słusznym kierunkiem, który Kościół powinien realizować.
   Nie można jednak tego dokonać „na skróty”, a tym jest z pewnością wykorzystywanie obecnej „dobrej” relacji z politycznym obozem władzy, który restrykcyjną ustawą miałby spłacić kredyt wdzięczności za przychylne poparcie w minionych wyborach.
   W Kościele jest dużo miejsca na czynienie dobra, ale jest też cała masa zaniedbań, które tenże powinien naprawić w sobie, by jego moralne przesłanie stawało się „atrakcyjne” nie tylko dla lojalnych owieczek, ale i dla tych, których krzyk sprzeciwu wcale nie musi być wrogim głosem.
   Mądrością Kościoła, od zawsze, była powściągliwość i dystans do politycznego koniunkturalizmu, i to budowało jego pozycję i podziw (nawet wrogów).
Obawiam się jednak, że to już jest tylko wspomnienie przeszłości i czekam (niestety) na kolejne ustawodawcze inicjatywy hierarchów.
   Można przecież wszystko zadekretować: Złamanie postu piątkowego- kara chłosty, dyskoteka w okresie wielkiego postu- czterdzieści dni paki(bez zawieszenia).
   Absurd? Nie takie absurdy przechodziły w naszym Sejmie.
Czemu więc nie pójść na całość?
Kryspin

wtorek, 20 marca 2018

Czy można cieszyć się z fikcji?



    Marzec tego roku obfitował w wiele ciekawych wydarzeń.
Pierwsze miało miejsce co prawda poza naszymi granicami, ale zasługiwało na odnotowanie, prezydenckie wybory u naszego wschodniego sąsiada. Niby nie była to nasza sprawa, ale zawsze z niej można wyciągnąć wnioski.
    Mnie uderzyło jedno, że po ogłoszeniu zwycięstwa kandydata, jakoś mało przywódców, z mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych państw, pospieszyło z gratulacjami.
   Tylko dziennikarze, akredytowani na tę okazję( oczywiście tylko ci z zewnątrz), poużywali sobie opisując nieprawidłowości związane z głosowaniem. Zresztą dla nikogo nie było zaskoczeniem, że takowe pojawiły się w lawinowej ilości i na nic się zdały zapewnienia, że wszystko odbyło się zgodnie z kanonami demokracji.
    To jednak nie zgasiło dobrego nastroju klakierom jedynie słusznego kandydata, którzy zadbali, i o frekwencję (gremialnie organizując pikniki wokół lokali wyborczych) i o prawidłowo postawienie krzyżyka przy nazwisku „umiłowanego ojca narodu”.
    Marzec to także szczególny miesiąc szczęścia także i w Polsce.
    Oto, po długich konsultacjach z narodem, głosem przedstawicieli pracujących mas, związek zawodowy„Solidarność” załatwił nam wolne od handlu niedziele (na razie tylko dwie w miesiącu, ale to zawsze coś).
    Dla nikogo nie było tajemnicą, że inspiratorami takiego postulatu byli przedstawiciele Kościoła, którzy w ten sposób chcieli załatwić spełnienie przykazania, nakazującego w świątecznym dniu powstrzymać się od pracy-”Pamiętaj, abyś dzień święty święcił!”
    Idąc dalej powinien on załatwić sprawę kolejnego przykazania ( tym razem kościelnego):
 „W niedzielę i święta we mszy świętej nabożnie uczestniczyć!”
    Założenie może i słuszne, ale czy znajdzie odzwierciedlenie w kościelnych statystykach?
Może wnuczek (ten od „świętego Cerfura”), na niedzielne przedpołudnie, znajdzie z rodzicami inny „kościół”, który zamiast ołtarza będzie miał na przykład biały ekran multipleksu?
    Potrzeba religijnego doznania, a takim winna być niedzielna msza, nie rodzi się sama z siebie, i nadzieja, że wystarczy wyeliminować przeszkody (tak jak chociażby niedzielne handlowanie), by na nowo zapełnić coraz bardziej puste świątynie, jest złudna.
   Podobnie się ma sprawa z religijną edukacją. Zdobycze konkordatowego porozumienia (religia w szkołach) także się nie sprawdziły, co widać po średniej wielu uczestników kościelnych zgromadzeń.
    Nie da się kupić religijnego przeżycia wiary!
A z czymś takim spotykają się młodzi ludzie, którym corocznie fundowane są dodatkowe dni wolne od zajęć lekcyjnych.
    Co prawda, pod jednym warunkiem: Będziesz uczestniczył w wielkopostnych rekolekcjach.
Nie musisz ich przeżywać, byleś był, a my (to znaczy opiekunowie-katecheci) odnotujemy to w dzienniku zajęć lekcyjnych.
    Swoją drogą zastanawiam się do jakich jeszcze „radosnych” pomysłów są zdolni nasi kochani duszpasterze?
    Aż boję się, że w przyszłym roku nasz parlament (oczywiście tak sam z siebie) przegłosuje uchwałę o dodatkowych wolnych dniach (np.trzech, i to poza urlopem) dla wszystkich pracowników, aby ułatwić im udział w wielkopostnych ćwiczeniach.
A co z niewierzącymi?
    To też się dałoby załatwić. W czasach obowiązkowej służby wojskowej już znaleziono na to rozwiązanie- palący mieli przerwę, a pozostali pracowali.
No i tak wielu, dla kilku minut wytchnienia, popadło w szpony nałogu.
    Przeżywania potrzeby religijnego doznania nie można nikomu nakazać, ani tym bardziej kupić za chwilę oddechu od codzienności.
Chyba że w tym wszystkim wcale nie o to chodzi?
Kryspin, 

wtorek, 13 marca 2018

Łapówka dla Pana Boga



    Łapówka (pot.) – korzyść, najczęściej finansowa, wręczana osobie lub grupie osób, dla osiągnięcia określonego celu, z pominięciem standardowych procedur.
    Tyle definicja określająca precedens, z którym, pomimo że powszechnie piętnowany, spotykamy się w naszym życiu nader często.
    „Jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz”-zwykli powtarzać nasi starsi, gdy stawali kiedyś przed koniecznością załatwienia czegokolwiek.
     W czasach, gdy brakowało czegokolwiek(łącznie z papierem toaletowym!), najbardziej chodliwym towarem były koperty, no bo przecież „wdzięczności przed” nie wypadało wręczać tak bezpośrednio, by „obdarowywany” nie musiał brudzić sobie rąk banknotami, których przed nim licho wie, kto dotykał.
     I tak krążyły informacje o taryfikatorach: za nogę od łózka w szpitalnej sali, za cement i pozwolenie na budowę swojego rodzinnego gniazdka, za pozytywne spojrzenie egzaminatora w trakcie studenckiej sesji itd., itd....
     Łapówka, to jednak nie jest wymysł dawnego, słusznie minionego systemu, bo gdyby wgryźć się w historię, to niejednokrotnie byśmy dokopali się przykładów załatwiania spraw poprzez wręczenie (komu trzeba) sakiewki z brzęczącymi monetami (to w czasach, gdy jeszcze nie wymyślono banknotów)
     Tak już ten świat jest urządzony, że: „jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz”, i pomimo że wszyscy zgodnie deklarują swoje obrzydzenie do takowego procederu, to poddają się jemu bez wyjątków.
     Nie inaczej jest w Kościele, gdzie „sakiewka” zdaje się być niezbędnikiem przy załatwieniu czegokolwiek.
     Pewnie jednak rozczaruję teraz część czytelników, bo nie zamierzam zajmować stanowiska na temat tego, że w Kościele wierni muszą płacić za „usługi”(pogrzeby, śluby, chrzciny), bo zaraz odezwą się ci, którzy odeprą krytykę mówiąc, że tak wcale nie jest, bo oficjalnie nie ma żadnego taryfikatora, a tylko zwyczajowe: co łaska!
    Zgadzam się z tym, że w Kościele nie ma ustalonych taryf za kapłańską posługę (niezależnie od roszczeń niektórych duszpasterzy, którzy w szufladach parafialnych biurek mają nieformalne taryfikatory)
    Powiem więcej: nawet staram się to zaakceptować opłaty za „ponadstandardowość” kapłańskich posług: dodatkowy kapłan na pogrzebie(albo kanonik zamiast wikarego), organista i chórek w trakcie uroczystości zaślubin i niech tak będzie:
    Chcesz więcej blichtru-płać ekstra!
    W Kościele nie powinno być jednak łapówek, a konkretnie chodzi mi o intencje mszalne!
Każdy kapłan ma obowiązek odprawienia co najmniej jednej mszy dziennie (z wyjątkiem Wielkiego Piątku, gdy w Kościele nie odprawia się Eucharystii).
„To czyńcie na moją pamiątkę”, tak Chrystus polecił swoim uczniom na zakończenie Ostatniej Wieczerzy i to Jego przesłanie Kościół realizuje każdego dnia poprzez posługę ołtarza.
    Jednak dokładanie do tego opłaty za intencję mszy świętej, to nic innego jak sankcjonowanie swoistej „koperty” z łapówką za załatwienie: zdanego egzaminu, powrotu zdrowia, szczęśliwych narodzin, wiecznego szczęścia i czego tam byśmy jeszcze sobie nie wymyślili, zamawiając w parafialnym biurze intencję mszalną.
    Bóg wie co jest naszą troską, o co zabiegamy i czego pragniemy, a jeżeli z naszej strony odczuwamy dodatkową potrzebę, by mu to wyartykułować, to jak najbardziej możemy tego dokonać w trakcie liturgii Eucharystycznej.
    W Kościele nie powinno być łapówek i to ostatnio potwierdził Franciszek, gdy stanowczo wyraził swoją dezaprobatę w kwestii opłat za mszalne intencje.
Kryspin

wtorek, 6 marca 2018

Wielkopiątkowy Kielich Franciszka



   I po co mi to było?”
     Pewnie wielokrotnie zadaje sobie to pytanie Bergolio, gdy kładzie się w skromnej sypialni domu św. Marty na tyłach Bazyliki św. Piotra.
    Gdyby nie zaskakująca dla wszystkich decyzja, którą ponad pięć lat temu obwieścił światu Benedykt XVI, że odchodzi na „papieską emeryturę”, on teraz też już by się cieszył świętym spokojem jako emerytowany kardynał, popijając kawkę na tarasie kawiarenki w Buenos Aires.
    Zamiast tego, każdego ranka budzi się nowymi „rewelacjami”, które przedkładają mu sekretarze i inni najbliżsi doradcy, oraz zaufani purpuraci z watykańskiej centrali.
    Nie inaczej stało się w ostatnich dniach, gdy swoją frustrację wyraziły kobiety i to te, które do tej pory wydawały się być najpewniejszym ogniwem Kościoła, zakonnice.
    Wielebne siostrzyczki, które do tej pory zdawały się być pogodzone ze swoim losem, nagle powiedziały, że mają dość!
    I nie chodzi tylko o to, że spada liczba powołań do żeńskich klasztorów, co zauważają przełożone tych zgromadzeń; ale problem tkwi w tym, że wielebne matki nie chcą już dłużej pozostawać w roli służących, przy „uroczystym” stole, gdzie zasiadają hierarchowie Kościoła.
    Kobiety długo czekały na ten czas, by mogły przypomnieć o sobie.
W świecie, który od starożytności zdawał się być wyłączną domeną męskiej siły, były skazane na drugoplanową rolę i zdawały się z tym godzić.
    Wiele czasu, setki lat musiało upłynąć, by krok po kroku zaczęły odzyskiwać podmiotowość i dokonały tego.
    Paradoksalnie sojusznikiem w ich dążeniu do podmiotowości, wielką rolę odegrał także Kościół, w którym przewijały się historie kobiet odgrywających znaczącą rolę w początku tej instytucji.
   Co prawda męscy „cenzorzy” skwapliwie marginalizowali rolę kobiet w ewangelicznych przekazach, to jednak nie do końca udało się im pomniejszyć ich zasługi przy „narodzinach” Kościoła.
   To nie tylko pokorne dotąd siostrzyczki mówią: dość i artykułują swoje oczekiwania wobec Kościoła.
   Kościół będzie coraz częściej musiał się mierzyć z głosem kobiet i to w różnych sprawach.
Niektórzy komentatorzy vatykańskiej polityki, przy tym ostatnim „buncie” niewiast w zakonnych habitach, wracają między innymi do tematu kapłaństwa kobiet.
Nie inaczej postąpił także Franciszek, uprzedzając ten powracający co jakiś czas temat, gdy w wywiadzie dla włoskiej gazety „La Stampa” stwierdził:
Owszem, trzeba zwiększyć przestrzeń dla kobiet w Kościele, ale nie bierzemy pod uwagę dopuszczenia drugiej płci do kapłaństwa. - Jest to myśl, która nie wiem, skąd się wzięła. Kobiety w Kościele winny być dowartościowane, ale nie "sklerykalizowane".
Ten, kto myśli o kobietach-kardynałach, cierpi nieco na klerykalizm”.
    Przy całym szacunku do dogmatu o nieomylności Papieża w sprawach wiary i obyczajów, ośmielam się zauważyć, że to użyte przez Franciszka określenie (klerykalizm) było nieco niefortunne.
Klerykalizm (łac. clericalis: duchowny) – dążenie do uzyskania instytucjonalnego wpływu duchowieństwa na życie społeczne, polityczne oraz kulturalne aż do podporządkowania go duchowieństwu i Kościołowi.
    Nie byłoby niedzieli Zmartwychwstania, gdyby Chrystus przestraszył się kielicha Wielkiego Piątku.
    Dobry Bóg przed Tobą Ojcze święty stawia niemniej trudny puchar decyzji dotyczących Kościoła.
Kryspin


wtorek, 27 lutego 2018

"Wybierzcie godniejszego Patrona"



    Jesteśmy obecnie w oku cyklonu, jakim stała się nowelizacja ustawy IPN, która przewiduje restrykcje wobec tych, którzy szerzyliby nieprawdę o Holokauście, i kto ponosi odpowiedzialność za wojenną tragedię narodu żydowskiego.
    Aby stanąć w obronie dobrego imienia Polski, do pana Premiera pofatygowali się ci, którym ocaleni z wojennego pogromu członkowie Narodu Wybranego zawdzięczają najwięcej: Sprawiedliwi wśród Narodów Świata, by na ręce szefa naszego rządu złożyć petycję, w której nawołują o wzajemną życzliwość obu naszych narodów(Polski i Izraela)
    Wspaniała inicjatywa pięknych ludzi, z których każdy mógłby służyć za wzór wielkiego serca, gotowego ponieść najwyższą karę (śmierć za pomoc Żydom w okupowanej Polsce) w imię miłości do drugiego człowieka.
    Pewnie podobnie myśleli uczniowie jednej ze szkół na południu naszego kraju, gdy ktoś rzucił pomysł, aby wybrali godnego patrona swojej placówki. Spośród kilku kandydatów, przytłaczającą większością opowiedzieli się z Ireną Sendlerową, legendą wśród nagrodzonych drzewkiem wdzięczności w ogrodzie Yad Vashem.
No i wtedy zdarzyło się coś, czego chyba się nikt nie spodziewał.
    Miejscowy duszpasterz wystosował do władz oświatowych list, który zamieścił także w mediach społecznościowych.
    Ksiądz Marian Piwko zaapelował w nim do mieszkańców wsi, by ci wybrali ponownie, ale tym razem „godnego patrona, który dla młodego pokolenia byłby moralnym i patriotycznym przykładem”. 
   Według zakonnika Irena Sendlerowa, "Sprawiedliwa wśród Narodów Świata”, która podczas wojny uratowała nawet 2,5 tysiąca żydowskich dzieci, nie będzie odpowiednią patronką?".
Ponieważ „przedwojenna feministka, obchodziła przed wojną rocznice rewolucji październikowej, po II wojnie światowej należała do PZPR, (...) dwukrotnie zamężna, rozwód (...) jako Żydówka była areligijna (...). Dziś zapewne podlegałaby dekomunizacji !
Irena Sendlerowa jak mało kto zasługuje na to, by być przykładem dla młodych ludzi, którym co prawda los oszczędził doświadczenia piekła wojny, ale nie zwolnił ich z konieczności dokonywania wyborów pomiędzy dobrem i złem.
  Przedwojenna feminista, kobieta szukająca nadziei w ideach głoszonych przez komunistycznych ideologów, zaniedbana w religijnych praktykach Żydówka, wyliczył skwapliwie zakonny „prokurator”.
   W tym wszystkim zapomniał jednak zauważyć, jak jednocześnie była bardo bliska Chrystusowi, choć zewnętrznie tak pozornie daleka od Niego.
Sendlerowa zachowała godność bycia człowiekiem w czasie, gdy miało to niską cenę, ale i zarazem zagrożoną najwyższą karą.
   Ona z pewnością nie była idolem dla tych, których potem określono mianem „szmalcowników”, ludzi dla których życie innego człowieka ( najczęściej Żyda) było tylko towarem, na którym można zarobić.
Jej postawa z pewnością nie pasowala także tym , którzy odwracając się od „problemu” mówili:
To nie moja sprawa, niech każdy dba tylko o swoje dobro, bo w imię czego mam się narażać?”,i zakopywali w sobie godność bycia człowiekiem, milcząco godząc się na kompromis ze złem.
   Teraz, gdy tamten czas pogardy do drugiego człowieka zdaje się być już tylko historią, przykrym jest, że nadal wśród nas jest wielu „szmalcowników” i tych, którzy odwracają się od drugiego człowieka, od jego problemów mówiąc-”to nie moja sprawa”.
Gdyby dwa tysiące lat temu, w głowach żydowskich (świątynnych) dostojników zrodził się pomysł ustalania kryteriów, kto móglby aspirować do miana Patrona, np. szkoły (były takowe przy synagogach), to Jezus z Nazaretu by takiej weryfikacji także nie przeszedł.
Kryspin

wtorek, 20 lutego 2018

Antyreligijny fundamentalista



   „Musi Pan jednak dopuścić do swojej świadomości, że Boga nie .było, nie ma i raczej nie będzie. Pan jednak uporczywie przemyca w swoich artykułach domniemanie, że Bóg to coś oczywistego i tylko człowiek podły lub niezbyt rozgarnięty może temu zaprzeczać. Posuwa się Pan w swojej pobłażliwej dobroci krok dalej, twierdząc, że to tylko błędy młodości, choroba buntu dorastania. Przejdą jak młodzieńczy trądzik. I Pan i wy wszyscy obsługujący największe oszustwo w historii ludzkości przejedziecie się na tym krowim placku. A stanie się tak dlatego, że opornie, ale cały czas ewoluuje świadomość człowieka, poszerza się wiedza.
I nie wszyscy odszczepieńcy są natychmiast karani przez Boga tragiczną śmiercią. Wielu przeżywa i głosi herezje całe długie życie. Ja właśnie do nich należę. I, jak śpiewał John Lennon w "Imagine", będzie nas coraz więcej i więcej...
W którymś momencie straci Pan ten pobłażliwy, ojcowski ton i dobre samopoczucie. I to mniemanie, że owieczki trzeba wciąż pouczać!”
    No i kolejny raz mi się dostało.
Tym razem od czytelnika, który jak sam zaznaczył: „głosi herezje całe długie życie”
    Zazwyczaj na prywatne maile odpisuję poza rubryką „Księdza w cywilu”, ale pod tym listem mogłoby się podpisać wielu czytelników, co zresztą autor nadmienia zauważając:”będzie nas więcej i więcej...”
    Kiedyś napisałem, że jesteśmy skazani na to, by być wierzącymi i nadal tak twierdzę.
Oczywiście nie można stawiać znaku równości i mówić, że wszyscy jesteśmy skazani na bycie członkami tego, czy innego wyznania religijnego, bo byłoby to uproszczenie i nietakt w stosunku do tych, którzy deklarują się jako ludzie niewierzący (kiedyś już przytaczałem dane statystyczne mówiące o tym, że prawie połowa naszej populacji opowiada się za tym, iż ludzkie życie nie ma jakiegokolwiek dalszego ciągu i śmierć jest końcem wszystkiego)
    W gronie moich znajomych, nawet przyjaciół, mam także takich, którzy niezależnie od często religijnych korzeni, teraz wyznają pogląd, że Boga nie ma. To jednak nie tworzy pomiędzy nami bariery i żadna ze stron nie prowadzi swoistej krucjaty udowadniania swojej racji.
    Spotykamy się, rozmawiamy na wiele tematów, ale szanujemy swoje przekonania. Ani ja nie zamierzam ich nawracać, ani oni nie negują mojej wiary.
Pewnie na tym mółbym zakończyć moją odpowiedź Panu „heretykowi”, gdyby nie ton jego wypowiedzi i określenia, których nigdy bym nie użył, bo po prostu tak nie uważam.
    Miarą oceny moralnego poziomu jakiegokolwiek człowieka nie może być „metka” związana z jego deklaracją światopoglądową.
Człowiek podły i niedouczony” nie jest dla mnie synonimem kogoś, kto z przekonania wyznaje materializm, i idąc dalej: uosobieniem cnót i mądrości nie określiłbym kogoś tylko dla tego, że co niedzielę pucuje kolanami kościelną ławę.
    W każdej grupie(wierzących i niewierzących) znajdują się ludzie zasługujących na szacunek, bo są zwyczajnie dobrymi, mądrymi.
Po obu stronach światopoglądowej barykady są także i niedouczeni prostacy, którzy swoje poglądy próbują narzucać innym, bo tak i już!
    Z jednym się zgodzę, że świadomość i wiedza ewoluuje i kolejne pokolenia są bardziej krytyczne w pojmowaniu rzeczywistości.
    To jednak w niczym nie podważa mojego stwierdzenia, że jesteśmy skazani na bycie wierzącymi.
Nauki empiryczne odpowiadają na wiele niewiadomych i pozwalają nam zrozumieć mechanizmy materialnego porządku, ale poza tym wszystkim są pytania: kim jestem, po co żyję, jaki sens ma cierpienie, gdzie jest kres mojego istnienia?
    Może właśnie po to jest: kościół, synagoga, meczet czy inny ośrodek religijnego wsparcia, a by tam każdy mógł uzyskać wsparcie w poszukiwaniu odpowiedzi.
    Dla kogoś deklarującego swój sceptycyzm, czy materializm, takimi doradcami są „przyjaciele mądrości”, jak od wieków określano filozofów i studiując ich dociekania, może szukać odpowiedzi.
    W moich felietonach nie stawiam się w roli kogoś, kto ma prawo zajmować się „pouczaniem owieczek”. Od tego Kościół ma swoich pasterzy: biskupów i kapłanów, którzy winni rzetelnie pomagać w szukaniu odpowiedzi na pytania dotyczące wiary.
Ksiądz w cywilu może tylko sygnalizować, że niekiedy coś jest nie tak w wypełnianiu powierzonego im zadania.
Bo chyba i w przypadku Michała, młodego gniewnego, który zdecydował się na porzucenie religijnej edukacji, coś było nie tak?
Kryspin, 

wtorek, 13 lutego 2018

Czas buntu dorastania



    Młody chłopak, jeszcze dziecko, bo miał niespełna piętnaście lat, poinformował swoich rodziców, że zdecydował o tym, iż nie będzie już więcej uczestniczył w religijnej edukacji i wypisał się ze szkolnej katechezy.
    Z pewnością był to szok dla najbliższych, bo rodzina żyła w małomiasteczkowej społeczności i decyzja małolata stała się lokalną sensacją.
    Nastolatek był w wieku, który psycholodzy określają:” czasem buntu dorastania” i pewnie nie on jeden doświadczał tego stanu.
    Michał (tak go nazwijmy) z pewnością poinformował o swoim zamiarze kolegów i może nawet próbował ich namówić, by poszli w jego ślady?
    Mogłyby o tym świadczyć rozmowy niektórych jego młodych przyjaciół, którzy dyskutowali pomiędzy sobą o propozycji kolegi
    Większość nie podzielała jego buntu i wtedy mówili otwarcie:
„Stary, daj sobie spokój, usiądź na chwilę ze swoją frustracją i nie rób pochopnie tego, czego później będziesz żałował”.
    Ale pewnie byli i tacy, którzy podobnie jak on nosili w sobie podobne zadry i też by zrobili podobny krok, ale brakowało im zwyczajnie odwagi.
    Pewnie wielu z nas mogłoby teraz stwierdzić, że takich Michałów jest wielu.
Może wśród naszych bliskich, a może i my sami przeżywaliśmy podobny czas buntu dorastania i nie tylko w kwestiach religijnych, próbowaliśmy zamanifestować swoje niezadowolenie wobec tego, w czym przyszło nam dorastać.
    Na szczęście ten czas mijał i później z perspektywy lat dochodziliśmy do wniosku, że tamta rzeczywistość wcale nie zasługiwała na tak totalną naszą krytykę.
   Nie tylko jednak upływający czas leczy bunt dorastającego nastolatka.
W tym procesie dochodzenia do „dorosłego spokoju” bardzo ważną jest rola mądrych dorosłych: rodziców, wychowawców, a w przypadku buntu religijnego-księży.
   Paradoksalnie potwierdzają to ci, którzy nigdy nie potrafili się wyzwolić z czasu buntu dorastania, pomimo że już dawno skończyli naście lat. Oni mówią wprost:
-”Zabrakło nam mądrej miłości dorosłych, którzy nie pomogli nam, gdy najbardziej tego potrzebowaliśmy.”
    Michałowi niedane było doświadczyć lekarstwa (czasu i mądrej miłości dorosłych) na okres buntu dorastania. Jego młode życie przerwał pijany kierowca, który go zabił.
    Pewnie wielu po śmierci nastolatka stwierdziło, że był to okrutny przypadek losu i z tym trzeba się zgodzić.
    Ale pewnie odmiennego zdania był kapłan, który prowadził smutną ceremonię pożegnania Michała.
Choć w w trakcie kazania pogrzebowego nie padło stwierdzenie, że to była kara, którą Bóg dotknął tego młodego człowieka, to jednak w kontekście wystąpienia kapłana mówiącego o gorszącej decyzji, jaką krótko przed śmiercią Michał podjął w kwestii religii, aż naddo wyrażała intencję celebransa.
    W parafialnej świątyni, obok pogrążonej w żałobie rodziny, byli obecni jego rówieśnicy ze szkolnej ławy. Może wielu z nich, podobnie jak Michał, właśnie teraz przeżywało swój w czas buntu dorastania?
    Dla nich los okazał się bardziej łaskawy, bo przed nimi nadal pozostał dar czasu, którym będą leczyli okres swojej „choroby młodości”
    Obawiam się jednak, że wspomnienie pogrzebowej przemowy proboszcza, już na zawsze pozbawi ich niemniej ważnego „lekarstwa” ich młodzieńczego buntu: mądrości kapłana, który potrafiłby przeprowadzać ich przez najtrudniejsze sprawy.
    Z pewnością egzaminu z mądrej miłości nie zdał miejscowy duszpasterz i na niewiele zdadzą się przeprosiny, które rodzinie Michała przesłał biskup diecezji, w której tenże kapłan pracuje.
    Tak sobie myślę, że najbardziej smutnym, w trakcie pogrzebu tego młodego „buntownika”, był sam Bóg.
Kryspin

wtorek, 6 lutego 2018

Bilet do proboszczowskiego raju


     Kiedy odbierał dekret przyznający mu pierwszą samodzielną parafię, wiedział, że nie był to bilet do proboszczowskiego Edenu. Tę świadomość miał także jego biskup i może dlatego obiecał mu, że to tylko tak na chwilę, najwyżej na krótki czas, aż znajdzie się coś lepszego.

    Do miejsca, które miało się stać jego nowym, kapłańskim domem, pojechał następnego dnia.

    Parafialny kościółek stał się na lekkim wzgórzu i nawet pięknie wyglądał, gdy patrzyło się na niego z oddali. Dodatkowo, był wtedy piękny, słoneczny dzień i wszystko wyglądało ślicznie.
Gdy nowo mianowany proboszcz dotarł na miejsce, zrozumiał, że rzeczywistość już nie była tak sielankowa.
    Kościół na zewnątrz jeszcze jakoś wyglądał i nie zapowiadał tego, co krył za olbrzymimi, drewnianymi drzwiami, choć wzbudziło jego niepokój to, że budynek stał wśród chwastów, które zarosły okalające go alejki.
    Najgorsza prawda kryła się w środku. To była zwyczajna ruina, z odpadającymi tynkami i śladami farby, której niewiele pozostało na ciemnych ścianach.
   W prezbiterium, za głównym ołtarzem, znajdowały się trzy neogotyckie okna, w których pewnie kiedyś mieściły się witraże, ale teraz po nich zostały tylko ślady w postaci kolorowych fragmentów, gdy pozostałe ubytki ktoś połatał zwykłymi szybkami.
    Jeszcze gorsza niespodzianka czekała nowego proboszcza, gdy zobaczył plebanię, a raczej to, co z niej zostało po pożarze, który zniszczył znaczną część kościelnego domostwa. Aby obraz przygnębienia był pełen, tego budynku prawie nie było widać, bo wokół porosły go zielone chaszcze sięgające prawie do dachu.
    Tak było ponad dwadzieścia lat temu, gdy proboszcz obejmował (tymczasowo, jak zapewniał go biskup) parafię.
   Teraz kościół na wzgórzu stoi jak dawniej i jest piękny, nie tylko z oddali. Wchodząc do środka trudno nie zachwycić się blaskiem marmurowej posadzki, bielą misternie odnowionego sufitu i kolorami tęczy, gdy promienie słońca wpadają do środka przez witrażowe okna świątyni.
   Na zewnątrz nie ma śladu po kiedyś wszędobylskich chwastach, a alejki wokół świątyni zapraszają do spaceru wokół. Nieco poniżej, na zboczu mieści się parafialny cmentarz, na którym można podziwiać porządek, jakby dopiero co skończono wielkie sprzątanie.
   Niezwykłości otoczenia kościółka na wzgórzu dopełnia ogród prowadzący w kierunku lśniącej bielą plebanii. Miejscowi mówią, że nawet w Watykanie nie ma tak zadbanej zieleni i są zwyczajnie dumni.
   To mała (614 osób) i biedna parafia, w której większość ludzi żyje ze skromnych emerytur, tylko niektórzy mają małe poletka, z których ledwo starcza na życie, ale jak twierdzi ich proboszcz:
- „ Oni są bogaci miłością” i zaraz dodaje:” -Ja tylko dokładam im swoją miłość do nich i może w tym tkwi tajemnica tego wszystkiego, co widać.?”
-”Nie mamy w parafii żadnych kredytów, nie dostaliśmy dotacji i nigdy nie wołałem, aby dali na cokolwiek. Jedynie, co robiłem, to podsuwałem im pomysły, co moglibyśmy razem zrobić i robiliśmy to.
Zresztą to dotyczy nie tylko tego, co cieszy oko, ale także tych spraw, które są najbardziej miłe Panu Bogu, a które nieustannie radują moją kapłańską duszę”
Biskup w minionych latach wielokrotnie proponował mu „awans” na lepszą parafię, ale zaprzestał widząc, że on wrósł w swoich parafian i jest szczęśliwym.
*
Księża jeszcze w czasie wikariuszowskiego „stażu” przechodzą okres teoretycznego szkolenia, jak poruszać się w sprawach związanych z zarządzaniem parafią i na koniec zdają egzamin proboszczowski.
Może warto by było kandydatów na proboszczów, posyłać choćby na kilka tygodni do takich parafii jak ta z kościółkiem na wzgórzu, by tam mogli sobie przypomnieć na czym polega istota kapłańskiej służby.
Pewnie w każdej diecezji znalazłoby się choćby kilku takich księży proboszczów, którzy mogliby się podjąć tego zadania.
Kryspin





wtorek, 30 stycznia 2018

Etyka w szkole-religia w kościele!


   Już kilka razy pisałem na temat religii w procesie edukacyjnym młodego człowieka i podtrzymując moją krytyczną ocenę dotyczącą miejsca, w którym on się dokonuje (szkoła), zastanawiam się, dlaczego nikt nie wyciąga wniosków z mizerii katechetycznych działań?
   Przecież jasno widać, że coś jest nie tak!
Od czasu konkordatowego porozumienia, które zaowocowało przeprowdzką kościelnych edukatorów z przyparafialnych salek na edukacyjne „salony” w szkołach, minęło już tyle czasu, że doczekaliśmy się nowego pokolenia dorosłych absolwentów katechizacji po nowemu i co?
Religijność mierzona niedzielnymi praktykami leci na łeb, na szyję i nie trzeba już przychodzić na pół godziny przed mszą, aby znaleźć miejsce siedzące w kościelnej ławie.
   Ciekawa jest też struktura wiekowa uczestników niedzielnych nabożeństw.
Gro wiernych (wypełniających kościelne przykazanie o nabożym uczestnictwie we mszy świętej), to ludzie dawno już mający wiosnę życia za sobą.
   W kościołach nie ma ludzi młodych, no może z wyjątkiem dzieciaków, bo przed nimi pierwsza komunia i młodzieży, ale tylko tej przed bierzmowaniem.
Jestem z pokolenia lekcji religii przy kościele, ale o Bogu pierwsze nauki pobierałem w domu, gdy matka klękala z nami do wieczornego pacierza, a w niedzielę całą rodziną szliśmy na mszę.
   Cotygodniowe spotkania w salce katechetycznej były dla nas tylko dopełnieniem naszego duchowego dojrzewania, a religijne wzrastanie w wiarę odbywało się w domu i to się sprawdzało.
Ktoś teraz powie, że wspominam czas bezpowrotnie miniony, bo ludzie są teraz zapracowani, dorośli zmęczeni tygodniem bieganiny z chlebkiem i do tego jeszcze muszą tak robić, by i na masełko starczyło.
-„Pewnie, że religijna edukacja w szkołach, pozostawia wiele do życzenia”- przyznał mi rację proboszcz mojej parafii, gdy przy okzaji kolędy zamieniliśmy kilka zdań na temat takiej formy katechezy. Przez chwilę odniosłem wrażenie, że zdawał się podzielać moją wątpliwość dotyczącą takiej formy nauczania o Bogu, ale zaraz dodał:
-” Nauczyciel matematyki nie musi być geniuszem, aby nauczył dzieciaki tabliczki mnożenia i po latach jakoś wszyscy sobie radzą z liczeniem, prawda?”
-No pewnie nie do konca- odpowiedziałem wtedy, ale na dalsze drążenie tematu zabrakło czasu, bo wielebny nagle wstał i oznajmił, że niestety musi już iść, bo inni czekają na jego odwiedziny.
Tak sobie myślę, że misł rację proboszcz, ale tylko w ostatnim zdaniu.
Niech szkoła zajmuje się edukacją do tego, by młody człowiek potrafił się odnaleźć w dorosłym życiu. By umiał czytać i pisać, poznał prawa nauk empirycznych, zgłębiał wiedzę przydatną w jego dorosłym życiu zawodowym.
I może jeszcze jedno: by szkoła kształciła go do bycia człowiekiem.
W to ostatnie zadanie pedagogiczne znakomicie wpasowuje się etyka, przdmiot szalenie potrzebny, aby absolwent edukacyjnej placówki nie kształtował w sobie tylko zdolności do bycia korporacyjnym robotem nastawionym na ciągłą gonitwę.
Mądry nauczyciel etyki potrafi w nim ocalić pragnienie bycia człowiekiem w dorosłym życiu.
A Kościół jak powinien odnaleźć się w tym wszystkim?
Oczywiście permanentnie edukować i uczyć wiary, ale w cieniu świątyni.
Tak sobie myślę, że siostra zakonna - katechetka powstrzymywałaby wtedy swoją frustrację i nie nazywałaby rozbrykanych maluchów „baranami” (o czym ostatnio informowały media), a ksiadz wikariusz nie wypełniałby czasu spotkania z młodzieżą opowiadaniem o osiągach nowo zakupionego samochodu ( relacja od zniesmaczonych uczniów jednego z liceów)
A pozostała armia katechetów?
Swoje „powołanie” do bycia nauczycielem mogliby realizować jako animatorzy parafialnych grup pogłębiających swoją religijną wiedzę, lub być wsparciem dla rodziców nie mających nawyku religijnej gorliwości.

Kryspin,

wtorek, 23 stycznia 2018

"Grozi zawaleniem-nie wchodzić!"


    Mamy środek zimy.
    Trochę się spóźniła tego roku, bo święta Bożego Narodzenia i Nowy rok nie nastały w białej otulinie i można było naiwnie myśleć, że może będzie już tak dalej, aż do wiosny, ale nie.
Styczeń przypomniał nam, że mamy zimę i posypało śniegiem, który utrwalił mróz.
-To dobrze, mówią ci, którzy uszykowali zimowy sprzęt i zamierzają poszaleć na białych stokach.
-Cieszą się dzieciaki, które wśród prezentów pod choinkami odnalazły sanki im łyżwy, a nadchodzące ferie będą znakomitym czasem, by je sprawdzić na ośnieżonych pagórkach i przyszkolnych lodowiskach.
-Z nadzieją przyglądają się śnieżnej pierzynie rolnicy, bo zasiali oziminy i bali się, że bez puchowej osłony, pomarzną delikatne roślinki.
-Mniej optymistycznie atak zimy odbieramy my, mieszkańcy wiejskiego osiedla, bo z niepokojem oczekujemy wiosennych roztopów, bo one kiedyś przyjdą i wtedy droga wokół naszych domów, kolejny raz zamieni się w tor przeszkód.
    I nie chodzi o to, że mieszkamy w zapomnianej dziurze, z której do cywilizacji prowadzą polne dukty, nic z tych rzeczy. Od lat mamy zrobioną drogę, która prowadzi wprost do głównej trasy łączącej nas z wielkim miastem, ale?
    No właśnie, od samego początku, gdy zbudowano tę nitkę łączącą nas z cywilizacją, pewnie w ramach oszczędności, ograniczono się do użycia materiałów niskiej jakości i skutkiem tego, każdej wiosny nasz drogowy kontakt wymaga ponownej naprawy.
Wiosna każdego roku funduje nam nowe, coraz to większe dziury i chcąc, nie chcąc jesteśmy zmuszeni do korzystania z objazdów, by do końca nie zniszczyć samochodów.
    Ludzie odpowiedzialni za przejezdność naszego osiedlowego szlaku, żyją w błogim zadowoleniu i w sprawozdaniach z dbałości o powierzone im zadanie, pewnie raportują, że stan nawierzchni nie uległ znaczącemu pogorszeniu i kilka taczek wylanego asfaltu załatwi sprawę na kolejny rok.
-„A że coraz więcej ludzi szuka objazdów, by dojechać do celu, to ich wybór i nie będziemy sobie zaprzątać tym głowy”-odpowiedzą na stawiane wątpliwości.
    Na okładce „Zatroskanej koloratki” umieściłem widok kościelnego muru. Jest tam zawieszony krzyż, by każdy mógł nawet z daleka rozpoznać wyjątkowość budowli. Na ścianie z czerwonych cegieł pojawiło się coś jeszcze, wielkie pęknięcie, które powinno zaniepokoić tych, którzy z racji pełnionych funkcji (kościelna hierarchia) ponoszą odpowiedzialność za kondycję tej budowli.
    Kościół jest budowlą i drogą, którą zmierzamy ku przeznaczeniu wytyczonym nam przez Chrystusa, ukazującego cel, jakim jest wieczność w domu Ojca.
    Na wiosnę w drodze z mojego osiedla pojawią się kolejne dziury, które zimą zniszczyła zamarzająca woda i pewnie coraz więcej moich sąsiadów podejmie decyzję o porzuceniu najkrótszego dojazdu do celu.
    A ja zastanawiam się, jak długo jeszcze Kościół coraz większe szczeliny tej niszczejącej budowli będzie łatał lepką mazią (tak tylko do zatuszowania nieprzyjemnego widoku)
    Przykrym jest to, że zamiast działania, słyszymy tylko słowa, słowa....
Ograniczę się tylko do jednego przykładu, choć można by stworzyć „litanię” zaniedbań działań naprawczych pęknięć kościelnej budowli.
    Papież Franciszek w czasie pielgrzymki do Ameryki Łacińskiej przepraszał za grzechy pedofilii wśród duchownych i nawet zapłakał nad losem skrzywdzonych (myślę, że szczerze), zapewniając jednocześnie, że od teraz już będzie zero tolerancji dla takiej patologii.
    To były tylko słowa, może i szczytne w deklaracjach, ale jednak tylko słowa.
Pękające mury w kościelnej budowli nie naprawi się taczką zaprawy piasku i wapna. Do tego potrzeba gruntownego remontu, by ludzie, którzy przecież też widzą te zniszczenia, nie byli zmuszeni do wyboru innej drogi .( a przecież już tak robią, o czym świadczą Kościelne statystyki.)
    Na niektórych, zaniedbanych i zniszczonych zębem czasu budynkach, dla przestrogi umieszcza się tabliczkę: „Grozi zawaleniem, nie wchodzić!”


Kryspin

środa, 17 stycznia 2018

Restrykcja, czy kompromis?


    W 1919 roku uchwałą Kongresu Stanów Zjednoczonych wprowadzono 19 poprawkę do Konstytucji USA , która zakazywała produkowania i dystrybuowania na terenie całego kraju wyrobów alkoholowych, oraz co za tym idzie, spożywanie tychże stało się zabronione.
    Prohibicja w tym państwie trwała aż do roku 1933 i nie odnosząc spodziewanego skutku, została zniesiona.
   Co więcej, jej restrykcyjne przepisy zaowocowały patologią i masowym łamaniem nierealnego prawa:. To wtedy powstały nielegalne fortuny ludzi ze świata przestępczego, którzy dorobili się kroci na nielegalnym przemycie, a i wielu mniejszych, ale „zaradnych” biznesmenów dokładało do tego swoje zyski z nielegalnej dystrybucji zakazanych trunków ( tylko w Nowym Jorku w 1925 było od 30000 do 100000 lokali serwujących spragnionym zakazane napoje)
    Zwolennicy uchwalenia senackiej poprawki w 1919 , argumentowali że alkohol sam w sobie niesie pokłady zła i jako taki jest przyczyną nieszczęść nie tylko dla samych nadużywających, ale także dla wszystkich pozostałych, doświadczających przemocy od zapijaczonych ojców, czy nędzy domowników, gdy skromne środki na utrzymanie rodzin nałogowcy zamieniali na kolejne butelki.
    Zniesienie restrykcyjnej poprawki nie równało się przyznaniu, że alkohol jest czymś dobrym, a tylko było wnioskiem, że nie da się ustawą, nawet najbardziej radykalną, wymóc przestrzegania jej zapisów. Zamiast tego, ograniczono między innymi dostęp do alkoholu nieletnim (do 21 lat!) , czy wprowadzono twardy zakaz spożywania napojów wyskokowych w miejscach publicznych.
Jeżeli do tego doliczyć lata mozolnej pracy nad świadomością wśród młodych i stworzenie swoistej mody na trzeźwość, to chyba dało lepsze efekty od zadekretowanego :Nie!
    W naszej rodzimej dyskusji politycznej, kolejny raz pojawił się, chyba ulubiony przez wszystkie ugrupowanie polityczne, temat kompromisu aborcyjnego.
    Dla jednych obowiązujące obecnie przepisy w sprawach aborcji są zbyt liberalne i najlepiej byłoby, gdyby tego procederu zupełnie zakazano; a stojący po drugiej stronie politycznej barykady, wręcz przeciwnie - obecny stan, to ciemnogród rodem ze średniowiecza i należałoby znieść wszystkie ograniczenia co do czasu i powodu, dla którego kobiecie wolno by było zdecydować o życiu lub śmierci nienarodzonego.
    Nieco z boku tego sporu stoi obecnie Kościół, choć zważywszy na ciężar sprawy, winien zająć stanowisko, a jednak hierarchowie ograniczają się tylko do zdawkowego przypominania, że ich poglądy w tej kwestii mają wagę dogmatyczną i nie podlegają kompromisowi!
    To swoisty rodzaj dyplomacji, w której przedstawiciele Kościoła działają niejako z drugiego rzędu, bo we władzy ustawodawczej mają wielu polityków, którzy za poparcie podpisali moralny cyrograf lojalności i przy takiej okazji winni go wypełnić.
    To dalece bezpieczniejsze, aniżeli otwarta kampania antyaborcyjna, która mogłaby się okazać klapą, zważywszy na niskie notowania autorytetów w sutannach - zwłaszcza w grupie ludzi młodych, opowiadających się co prawda za religijnymi wskazaniami, ale tak nie do końca.
    Może więc warto, aby w Kościelnych władzach zastanowiono się, czy można zrobić coś więcej, ponad to co do tej pory uczyniono, aby aborcja nie zdawała się być jedynym sposobem pozbycia się „problemu”.
Ciąży nie usuwają tylko kobiety będące poza wiarą.
    Czy można zrobić więcej ?
Ostatnio, przy okazji kolędy, odwiedził mnie proboszcz mojej parafii no i miałem sposobność ponowić próbę ofiarowania mu moich „Koloratek”. Po miłej rozmowie podziękował i stwierdził, że nie weźmie ich, bo nie znajdzie czasu, by je przeczytać.
    No cóż, trochę zrobiło mi się przykro, ale może i dobrze, że tak się stało, bo to zainspirowało mnie do kolejnego apelu, który ośmielam się skierować do czcigodnych Hierarchów Kościoła.
   W „Zatroskanej koloratce” znajdziecie fragment o „Domu mam”( zbieżny z poruszanym dziś tematem).
 Znajdźcie, proszę, odrobinę czasu i przeczytajcie te kilkanaście stron.

Kryspin  

wtorek, 9 stycznia 2018

Aby wszyscy stanowili jedno

                                                  
-”Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał.”(J.17,21)
   Te słowa zapisane przez bezpośredniego świadka, jakim z pewnością był najmłodszy, ale i najbardziej bliski Jezusowi uczeń Jan, uważam za najbardziej istotne.
    Chrystus jeszcze przed swoim zapowiadanym powrotem do Domu Ojca, przeżywał niepokój o to, czy Jego uczniowie potrafią sprostać temu wyzwaniu?
    Co prawda, przez trzy lata przebywania z nimi, przygotowywał ich do tego dzieła, ale ?
Ze smutkiem trzeba stwierdzić, że coś chyba poszło nie tak.
    Aby świat uwierzył, żeś Ty mnie posłał, Kościół założony przeze mnie winien być jednością!
Kościół Rzymsko-katolicki, Kościół Greko-katolicki, Kościół Prawosławny, Kościoły Protestanckie i można by jeszcze bardziej to wszystko szczegółowo rozdrabniać na wszelkiej maści odłamy, które powołują się na chrześcijańskie korzenie i na to, że tylko one są na tej właściwej ścieżce, którą On zapoczątkował.
*
   Przed kilkoma tygodniami w mediach pojawiły się zestawienia na temat religijności naszych rodaków. Można tam zapoznać się z procentowymi danymi: ilu ludzi praktykuje coniedzielną mszę, ile osób przystępuje systematycznie do komunii, ile zawiera się sakramentalnych małżeństw itd.
I na koniec podsumowanie (pewnie będące głosem hierarchów), że Kościół traci na popularności i trzeba w tej kwestii podjąć jakieś działania.
    Pewnie za jakiś czas dowiemy się o kolejnych inicjatywach, które wiernym zostaną przedłożone w kolejnych „przemyślanych” zaleceniach Episkopatu.
  Krótko po ogłoszeniu w/w raportu mieliśmy święta Bożego Narodzenia, które pewnie nieco uspokoiły niepokój Kościelnych Pasterzy, bo w bożonarodzeniowych uroczystościach biorą udział nawet ci, którzy na co dzień zaniżają statystyki.
   Później niejako z rozpędu zaliczyliśmy Uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli popularne święto Trzech Króli i tu kolejny „sukces” oddolnej inicjatywy, czyli zorganizowane, kolorowe przemarsze Trzech Króli.
Na ulice naszych miast, miasteczek i pomniejszych parafialnych wspólnot wyległo mrowie osób w papierowych koronach na głowach, by przywołać w pamięci wydarzenie (które być może i miało miejsce?) w czasie przyjścia na świat Naszego Pana.
    No i fajnie-można by podsumować współczesnym językiem, ale?
A mnie wcale nie powalił na kolana ten przemarsz i byłbym dalekim od zachwytu wyrażanego przez niektórych księży biskupów, widzących w tej nowej, kościelnej akcji światełko w ciemności tunelu kryzysu, o którym tak niedawno donosiły statystyki publikowane w mediach.
   Trzej mędrcy przy małym Jezusie byli tylko przez chwilę i powrócili do siebie.
Papierowe korony z niedawnego korowodu pewnie już teraz wylądowały gdzieś po kątach zapomnienia, a przebierańcy?
No może kiedyś powtórzą przemarsz, bo było to takie miłe i dzieci miały uciechę....
    Problem Kościoła pozostanie i słupki poparcia będą nadal dołować i to coraz bardziej.
Dlaczego tak jest i gdzie należy szukać przyczyn tego współczesnego exodusu od wiary?
   Odpowiedź na to pytanie zawiera się w całej historii Kościoła, który przez wieki, kopiąc rowy podziałów(Katolicyzm, Prawosławie, Protestantyzm) zapracował sobie na owoce, które teraz zbiera.
   Młodzi bohaterowie kultowych „Samych swoich” na propozycję powrotu po nocnej ucieczce z rodzinnych domów, odpowiedzieli krótko:
„Nie wrócimy do was, póki trzyma was przy sobie tylko złość”
   Miał rację Jezus, gdy modlił się o jedność przyszłego Kościoła, bo tylko wtedy może on nieść wiarę światu.

Kryspin,   

wtorek, 2 stycznia 2018

Prosty proboszcz biskupem?


    Przed laty, gdy moi seminaryjni koledzy w większości zakończyli już swój czas oczekiwania na pierwszy, znaczący awans w kościelnych strukturach i otrzymali dekrety proboszczowskie, w naszej Tv był emitowany serial „Plebania”. To pierwszy nasz rodzimy obraz starający się przybliżyć życie w cieniu kościelnego, kapłańskiego domu.
     Dla wielu szeregowych katolików był to z pewnością ciekawy temat i dlatego w notowaniach oglądalności ten serial zajmował wysokie miejsce.
    Przyznam, że dla mnie, ze względu na osobiste wspomnienia mojej kapłańskiej młodości, był mi bliski, bo wiele z wątków plebanijnych zdarzeń pokrywało się z tym, co zachowałem w moich wspomnieniach, dlatego z przyjemnością zaliczałem kolejne odcinki tej telewizyjnej telenoweli.
W tamtym czasie spotkałem się kilka razy z „moimi” proboszczami i mając w pamięci telewizyjny obraz życia na plebanii, zapytałem ich o wrażenia z nim związane.
    I tu zdziwiłem się, bo ich oceny zawsze były negatywne i zawierały się w krytycznym stwierdzeniu: -
„To bzdury nie mające żadnego odniesienia do rzeczywistości i szkoda nam czasu na te cukierkowate obrazki, dlatego ich nie oglądamy!”
    Koniec tematu, pomyślałem wtedy i tylko potem, gdy wróciłem do siebie, zastanawiałem się, co było nie tak w postępowaniu bohaterów „Plebanii”, czym zapracowali sobie na tak krytyczną ocenę tych, którzy tworzą rzeczywistość życia na plebanii?
    Kiedy na naszych ekranach pojawił się serial „Ranczo”, twórcy tego obrazu także postarali się o to, byśmy przez uchylone drzwi probostwa w Wilkowyjach poznali codzienność życia duchownych, pracujących w tym środowisku.
    Przyznam, że jestem fanem historii tej małej gminy, w której autorzy w zabawny, nieco ironiczny sposób pokazują nam polskie „piekiełko”, w którym życie zwykłych ludzi przebiega obok kościelno-politycznego sosu.
    Śledząc życie tej podlaskiej gminy, obserwujemy między innymi historie awansu poszczególnych bohaterów: pracowite kobiety zakładają dochodowy biznes, wójt robi karierę polityczną, a lata pracy miejscowego proboszcza zostają docenione przez Kościół i ksiądz zostaje biskupem.
    Może pozostańmy przy tym ostatnim przykładzie kariery, gdy zwykły proboszcz doznaje godności biskupiej...
Gdybym teraz zapytał „moich” proboszczów, czy takie coś jest możliwe?
Ich odpowiedź byłaby podobna do tej sprzed lat:
- „ Bzdura, o której nie warto rozmawiać.”
    Kościół ma sprawdzony przepis na dochodzenie do godności biskupiej i jest on następujący:
Młody(najczęściej wykazujący się intelektem) ksiądz po święceniach idzie do pracy parafialnej na jakiś rok. Później przełożeni kierują go na kolejne studia (najlepiej zagraniczne-Watykan jest dobrym kierunkiem), po których kandydat do kościelnych zaszczytów ( w przyszłości), wraca z tytułem naukowym i podejmuje pracę wykładowcy w seminarium, bądź zasila kadry kurialne i tam pnie się po kolejnych szczebelkach kościelnej drabiny, przy okazji dorabiając sobie w parafiach (pomoc przy niedzielnych mszach, niekiedy przewodniczenie lokalnym uroczystościom, które nobilitują samą swoją obecnością)
    No i mamy gotowy przepis na kandydata do kościelnych godności wyższego szczebla ( nie mylmy ich z nagrodami pocieszenia, jakimi są tytuły prałatów, czy kanoników, którymi obdzielani są ci mniej godni)
Prosty proboszcz biskupem?
    No cóż póki co, to tylko bujna wyobraźnia twórców telewizyjnego serialu, bo w życiu(kościelnym) raczej się nie zdarza.
    A mnie się spodobał ten serialowy pomysł, by proboszczowie- praktycy parafialnego życia byli brani pod uwagę przy obsadzaniu pasterskich stanowisk, bo z pewnością łatwiej rozumieliby problemy owieczek z parafialnych stad.
    Może więc czcigodni „Reżyserzy” kościelnych karier powinni obejrzeć „Ranczo”?
Sądzę, że tak!

Kryspin

środa, 27 grudnia 2017

Buta kroczy przed upadkiem


    Skończył się świąteczny czas i tylko wspomnieniem pozostały nam minione dni, gdy wśród najbliższych składaliśmy sobie życzenia pieczętując dobre myśli łamanym opłatkiem, a później, tak niedawno przyrzekaliśmy samym sobie, że wykorzystamy pretekst nowego roku, by coś w naszym życiu zmienić na lepsze, i powróciliśmy do codzienności.
    Pewnie nie będzie potrzeba wielu dni, by ona na nowo obrosła tym wszystkim, od czego (może i ze szczerymi intencjami) chcieliśmy się uwolnić.
   Politycy z pewnością powrócą do swoich okopów nienawiści, a my szarzy zjadacze chleba, odgrzebiemy swoje dawne przyzwyczajenia i będziemy samych siebie tłumaczyć enty raz:” no trudno, już tacy jesteśmy i pozostaje nam tylko zaakceptować swoje słabości..”
   A może warto by było zatrzymać się w życiowym pędzie i zastanowić się właśnie teraz na początku nowego roku: co zrobić, czego uniknąć, jak się zmienić, by kolejny raz nie karmić frustracji, że znowu nam nie wyszło?
   Zasadniczo unikam odniesień do obrazków związanych z życiem politycznym w naszym kraju zostawiając stosowne rozważania dziennikarzom, którzy „zjedli zęby” na analizowaniu tych zagadnień.
   „Ksiądz w cywilu” ma zajmować się sprawami związanymi z Kościołem i wszystkim tym, co mieści się w tym temacie-tak nakreślono mi obszar, w którym mam się poruszać w cotygodniowych felietonach i tego staram się trzymać. Odwołując się do politycznej rzeczywistości, potraktuję ją więc tylko jako tło obrazujące obecną sytuację w naszym Kościele.
   Jeszcze kilka lat sytuacja partii rządzącej w owym czasie wydawała się komfortowa i na tyle niezagrożona, że jej włodarze głośno wyrażali pewność kolejnych lat sukcesów twierdząc:
” Nie mamy z kim przegrać, więc nadal będziemy u politycznych sterów”
„Buta kroczy przed upadkiem” zwykło się mówić i wiele jest w tym stwierdzeniu prawdy, co przełożyło się na rzeczywistość zmian, jakie nastąpiły w naszym politycznym układzie.
   Buta władzy rodzi patologiczną pewność, że nic i nikt nie jest jej wstanie zaszkodzić i to rodzi przyzwolenie najpierw na małe „grzeszki”, a później prowadzi do kompromisu z coraz większymi aferami, które rosną do monstrualnych rozmiarów.
   Kiedyś jednak taki dzban się przelewa i wtedy nawet największy dywan, pod który zamiatało się brudy, nie jest wstanie ich już pomieścić i następuje katastrofa.
   Nasz Kościół załapał się na ten okręt władzy i podobnie obnosi się pewnością siły i nadzieją na kolejne lata „sukcesów” i to musi budzić niepokój.
   W obecnym układzie „przyjaźni” z politycznymi decydentami, hierarchowie zapewnili swojemu poletku jeszcze jeden „prezent”, który można streścić jednym krótkim zdaniem:
Media o Kościele mogą mówić dobrze, albo wcale!
Czyli dywan, pod który dotąd zamiatano brudy, zastąpiono wykładziną, która ma zakryć całą brzydko pachnącą rzeczywistość.
Czy przesadzam?
   W jednym z portali internetowych ( one są jeszcze poza „wykładziną”) doniesiono ostatnio o księdzu, który namawiał do seksualnych igraszek 14 latka, i sprawa mówiąc delikatnie: „cuchnie” kolejną aferą obyczajową z udziałem duchownego.
    Czy to jest tylko incydent, o którym nie warto się rozpisywać, czy jednak sygnał, że pod „wykładziną” jednak coś śmierdzi?
   Milczenie o problemach, brak reakcji kościelnych decydentów, unikanie rzeczywistych działań naprawczych i liczenie na to, że sprawa jakoś tam sama „przyschnie”; nie zwiastują dobrej przyszłości!
   Partia minionej władzy w sondażach poparcia traci coraz więcej, ale nadal nie wyciągnęła wniosków, dlaczego się tak stało i jedynie o czym marzy, to aby wrócił dawny porządek.
On jednak nie wróci(mam nadzieję)


Kryspin,

sobota, 23 grudnia 2017

Betlejem emanuje radością Dobra.

    W przeddzień pamiątki magicznej nocy, gdy Dobry Bóg ofiarował ludziom swoją przyjaźń zsyłając na świat jedynego Syna, pragnę złożyć życzenia wszystkim Przyjaciołom mojego bloga:
    Niech Boży Syn, narodzony w betlejemskim żłobie, napełni Was wszystkich radością dobra, którym jak ciepłym płomieniem, będziecie nieustannie ogrzewać i zmieniać serca wielu ludzi.
Kryspin