wtorek, 25 października 2016

Prezent w dniu imienin naszych zmarłych!

Troje rodzeństwa dorastało w rodzinnym domu.
    Ich wychowaniem zajmowała się matka, gdyż ojciec prowadził warsztat samochodowy i do domu wracał najczęściej wieczorem, gdy oni już szykowali się do spania, aby następnego dnia z samego rana wyruszyć do szkoły mieszczącej się na końcu osiedla domków jednorodzinnych, gdzie i oni mieszkali. W tamtym czasie byli bardzo zżyci ze sobą i zawsze sobie pomagali we wszystkim.
    Szybko upłynęły lata dziecięcej beztroski i cała trójka wydoroślała.
Najstarszy rozpoczął pracę w zakładzie ojca, który już nie musiał się martwić, czy będzie komu kontynuować rodzinny interes.
Młodsza siostra po skończonym liceum wyprowadziła się do dużego miasta, gdzie po ukończeniu medycyny założyła rodzinę i robiła karierę w służbie zdrowia.
Najmłodszy z rodzeństwa także ułożył sobie życie żeniąc się z dziewczyną z sąsiedztwa. Jej rodzice prowadzili sklep spożywczy na ich osiedlu, który po jakimś czasie przekazali młodym.
    Od tej pory dom swojego dzieciństwa odwiedzali rzadko, bo każde już miało swoje rodzinne gniazdo.
Starych rodziców odwiedzali zwyczajowo tylko przy okazji imienin seniorów, ale wtedy wizyty ich były krótkie, bo po latach rozłąki brakowało im już tematów do wspólnej rozmowy.
   Gdy zmarł ojciec, spotkali się na jego pogrzebie.
Schorowana matka ze smutkiem w oczach wtedy przysłuchiwała się rozmowie swoich dzieci Nie było już między nimi dawnej przyjaźni, gdy zaraz po pogrzebie poruszyli temat „sprawiedliwego” podziału majątku po zmarłym rodzicielu.
Po jednej stronie stanął wtedy najstarszy z rodzeństwa, twierdząc, że całość mu się należy, bo to on zajmował się ojcem w chorobie, a na dodatek jeszcze przez jakiś czas będzie musiał obiegać ich matkę, która z pewnością będzie wymagała wiele zachodu.
Aby ostudzić niecne zamiary szwagierki i szwagra, jego małżonka dorzuciła, iż swoje już dostali, bo zmarły teść przez lata sypnął groszem, gdy oni urządzali swoje mieszkania, o kosztach ich studiów nie wspominając.
Na pogrzebie matki, którą pochowali następnego roku, rozmawiali ze sobą ostatni raz i przez kolejne lata kontaktowali się tylko przez prawników, których zatrudnili, aby załatwili im „sprawiedliwość.”
*
    Pierwszego listopada na cmentarzach odbywają się spotkania żyjących z tymi, którzy już przeszli próg wieczności.
Dzień Wszystkich Świętych mobilizuje do odwiedzin swoich bliskich zmarłych. Dla wielu żyjących, których los rozrzucił po świecie, jest to jedyna okazja spotkania z bliskimi, którzy także w tym dniu zjawią się na cmentarzu.
    Może warto by tę okazję wykorzystać?
Przy mogiłach naszych ojców, matek, innych bliskich zmarłych składamy kolorowe stroiki, bukiety kwiatów i stając blisko nich wspominamy czas, gdy byli z nami.
    Może w chwili takiej zadumy warto by przypomnieć sobie dni, gdy odwiedzaliśmy rodzinny dom przy okazji ich imienin.
Wtedy wręczaliśmy im bukiety kwiatów i prezenty zapakowane w kolorowe paczuszki, a oni cieszyli się naszą obecnością i tym, że byliśmy sobie bliscy.
   Pierwszego listopada przypadają imieniny wszystkich zbawionych. Jako wierzący mamy prawo mieć nadzieję, że wśród nich są także nasi bliscy zmarli:matki, ojcowie i inni, których wdzięczną pamięcią w tym dniu wspominamy.
    Ten szczególny dzień powinniśmy wykorzystać także my, żyjący, chociażby do odrzucenia gniewu w stosunku do: naszych braci, sióstr, czy innych bliskich, z którym byliśmy poróżnieni.
    Możemy być pewni, że wtedy nasi bliscy, którym zapalimy w tym dniu znicz naszej pamięci, najbardziej będą się cieszyć z naszych wyciągniętych do pojednania dłoni!
Kryspin

wtorek, 18 października 2016

"Jesteś, kim byłem - będziesz, kim jestem!


    Ostatnie doniesienia medialne o ośrodkach pomocy dla osób starszych, poruszyły z pewnością wielu. Domy opieki w Zgierzu i Wolicy, to w tej chwili najbardziej znane miejsca, gdzie w założeniu: ludzie starsi, często chorzy i jak sugerują reporterzy, samotni, dożywają swoich dni.
    Po śmierci kilkoro pensjonariuszy jednego z tych przybytków, ruszyła machina kontroli. Przedstawiciele wielu służb [z prokuratorami włącznie] zapukali do drzwi podejrzanych ośrodków i nie było trzeba długo czekać, by zdecydowali o ich zamknięciu, a pensjonariuszy w trybie natychmiastowym przeniesiono do miejsc o bardziej znośnych warunkach.
    Pokłosiem tego skandalu będą pewnie jeszcze dalsze sprawdzania podobnych miejsc, gdzie opiekę nad staruszkami roztaczają inne organizacje i ludzie, którzy swoją aktywność zawodową realizują w opiece geriatrycznej.
    Jednym z istotnych uchybień pracy ośrodków w Zgierzu i Wolicy był brak opiekunów, posiadających odpowiednie przygotowanie do pracy ze staruszkami. Jeśli do tego dołożyć skandaliczne warunki sanitarne i żywieniowe, to w każdym musi rodzić pytanie: gdzie jest granica ludzkiej podłości?
    Organizatorzy takich „domów opieki” [a w skali całego kraju jest ich bardzo wiele], wykorzystując opieszałość urzędników, odpowiedzialnych za nadzór nad takimi przybytkami, tworzą biznes, w którym stary, często schorowany człowiek, jest tylko towarem, na którym można zarabiać i to robią !
To smutne, ale to nie są jedyni zaradni, którzy w ten sposób zapewniają sobie dostatnie życie kosztem starych ludzi.
    Takich „zaradnych” można by wymieniać bardzo długo i pewnie w tej „litanii” znaleźliby swoje miejsce najróżniejsi: przedstawiciele koncernów farmaceutycznych oferujący cudowne specyfiki zatrzymujące młodość, wszelkiej maści oszuści krojący staruszków metodą na wnuczka, obwoźni sprzedawcy organizujący „darmowe” wycieczki do świętych miejsc, gdzie po drodze, [po darmowym posiłku], sprzedają super gary za grube tysiące, duchowni namawiający do ofiarności na zbożne cele i na koniec najbliżsi, którzy swoją gorliwość nad schorowaną matką mierzą wysokością comiesięcznej emerytury, która zasila rodzinny budżet.
    Przeznaczeniem każdego z nas, niezależnie od tego, na jakim etapie życia obecnie się znajduje, jest kres wszystkiego!
Może warto, będąc jeszcze młodym i zdrowym, pomyśleć, że kiedyś i mnie czeka jesień mojego życia i wtedy ktoś inny będzie się mną zajmował?
Za kilka dni ruszymy na cmentarze, gdzie będziemy odwiedzać miejsca wiecznego spoczynku naszych bliskich. Oni już zakończyli ludzki bieg życia.
Kiedyś przeczytałem na grobowej płycie zdanie, które powinno być swego rodzaju przypomnieniem dla każdego:
„Jesteś kim byłem, będziesz kim jestem!”
    Stary, często schorowany człowiek, niezależnie czy jest nam bliskim, czy zwyczajnie spotkanym na naszej drodze anonimowym staruszkiem pochylonym przeżytymi latami, powtarza na to zdanie.
Nawet gdy w milczeniu przyjmuje swój los, w jego spojrzeniu możemy to wyczytać:
Jesteś, kim byłem, ale kiedyś i ty będziesz taki sam jak ja i dlatego proszę, zauważ we mnie człowieka.
Choć może moje ciało okaleczone chorobą nie potrafi samodzielnie poradzić sobie ze swoim człowieczeństwem, a umysł stał się leniwym w reakcjach na twoją niecierpliwość, to jest we mnie człowiek!”
    Od lat coraz większą popularnością cieszą się szkoły rodzenia, w których młodzi kandydaci na rodziców przygotowują się na przejęcie obowiązków opieki nad dopiero co narodzonym życiem i dobrze!
    Może warto tę edukację poszerzyć o naukę oddawania miłości tym, którzy jako pierwsi pokazali nam słońce i później nieustannie opiekowali się naszą drogą ku dorosłości?
Kryspin

poniedziałek, 17 października 2016

"Ofiary chcą krzyczeć!

Dzisiaj w Angorze artykuł:" Ofiary chcą krzyczeć!"-kulisy i powody, dla których powstała : 
"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"
Książka za kilka dni trafi do księgarń.
Już teraz można ją zamawiać u autora!!!:
 kryspinkrystek@onet.eu, tel:536 425 831 
Kryspin

niedziela, 16 października 2016

Urodziny!

Mam dzisiaj urodziny!
Ostatnie, gdy z przodu widnieje piąteczka, ale wcale nie czuję się stary...
Bardzo wielu znajomych i przyjaciół złożyło mi dziś życzenia, w których przeważało jedno:sto lat!
Tak sobie myślę, że nie ważne ile lat nam da Dobry Bóg, abyśmy obijali się po tym ziemskim padole, ale ważne w tym wszystkim jest to, aby upływający nasz czas znaczył się dobrem, które powinniśmy rozsiewać na naszej drodze.
Może dlatego, choć poza oknami dzisiaj jest smutna jesień, to wcale nie przeszkadza, abym był uśmiechnięty i zadowolony....
Może nie wszystkie pragnienia, którymi przecież  żyje każdy , spełnią się, ale i tak w życiu każdego z nas, przez lata los gromadzi dobre doznania i miło niekiedy zatrzymać się w pędzie, usiąść przed samym sobą i uśmiechnąć się ku dobrym wspomnieniom.
Mam dzisiaj urodziny i pomimo deszczu stukającego o szyby, widzę promyki słońca rozświetlające pochmurny dzień i to budzi w mym sercu nadzieję, że może jeszcze kolejny  raz nadejdą i dla mnie te pełne słońca i ciepła: chwile, dni i lata!
Mam dzisiaj urodziny i tego sam sobie życzę!
Kryspin

poniedziałek, 10 października 2016

Aborcyjna prohibicja


     W 1917 roku Senat Stanów Zjednoczonych zaproponował wniesienie 18 poprawki do Konstytucji, która zakazywała produkcji, sprzedaży i spożywania napojów alkoholowych na terenie całego kraju.
!7.01.1920 roku oficjalnie ten zakaz, który historia określiła mianem „Prohibicji”, zaczął obowiązywać i trwał aż do 1933 roku. Pomysłodawcy 18 poprawki nazwali ją mianem: „Szlachetnego eksperymentu”, który miał przywrócić trzeźwość w całym narodzie!
No i wszystko poszło wbrew oczekiwaniom: Ludzie nadal pili mocne trunki, tyle że musieli za nie płacić[mafijnym dystrybutorom] więcej, no i robili to z dreszczykiem perspektywy kary więzienia w przypadku zaliczenia wpadki.
Z pewnością było trudniej, ale zawsze znalazło się miejsce, gdzie barman nalał coś mocniejszego, dla poprawy nastroju spragnionemu[ w Nowym Jorku w latach dwudziestych takich nielegalnych przybytków było od 30 do 100- tysięcy!]
*
    W polskim Sejmie grupa inicjatywna złożyła wniosek o całkowity zakaz aborcji.
Za uchwaleniem takiej restrykcyjnej ustawy opowiedziało się prawie pół miliona naszych rodaków, co znalazło potwierdzenie w ilości zebranych pisemnych deklaracji popierających takie obostrzenie.
Z pewnością zwolenników obrony życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci jest w naszym kraju zdecydowanie więcej, co w swoich oficjalnych wystąpieniach wielokrotnie stawiali przedstaw3iciele Episkopatu i innych społecznych inicjatyw za życiem nienarodzonych.
    Wielokrotnie także jednoznacznie wypowiadałem się w podobnym tonie, bo uważam, że każdy człowiek ma prawo do samostanowienia o sobie, a aborcja pozbawia ich tego, choć są istotami ludzkimi od chwili poczęcia!
To jest jednak tylko moje zdanie i na nic się zdaje, gdy spotykam się z ludźmi mającymi prawo do swoich poglądów.
    W przeddzień tzw. „Czarnego marszu”, na który zwoływały się osoby deklarujące zdanie odmienne od tych, którzy w Sejmie złożyli wniosek o całkow2ity zakaz aborcji w naszym kraju, odwiedziłem znajomych na kawie i w trakcie rozmowy dowiedziałem się, że pani domu planuje swój udział w zaplanowanym na poniedziałkowe popołudnie Czarnym marszu.
Nieco zdziwiony zapytałem dlaczego?
-” Bo każda kobieta powinna mieć prawo o decydowaniu, czy urodzić , czy nie”- otrzymałem krótką odpowiedź.
Próbując dalej drążyć temat, zapytałem o to, czy ktokolwiek ma prawo do zabicia człowieka, choćby ten był jeszcze nienarodzoną kruszynką?
I znowu otrzymałem zdecydowaną odpowiedź:
-”Płód przed narodzeniem nie jest jeszcze człowiekiem, a staje się nim dopiero od chwili narodzin!”
Zamurowało mnie, z jaką łatwością zdefiniowała to od kiedy stajemy się istotą ludzką, ale po chwili kompletnie mnie dobiła:
-”Nienarodzony płód nie ma PESEL-u, ani nie przysługuje mu 500+, więc nawet państwo nie uważa go za człowieka!”
Siedząca obok znajoma w średnim wielu dodała swoje, wspominając sytuację, gdy ksiądz odmówił matce katolickiego pochówku dziecka poronionego w piątym miesiącu ciąży tłumacząc, że bez aktu zgonu, nie może tego uczynić!
*
    Póki co w naszym Sejmie nie przeszedł ten „szlachetny eksperyment” i może dobrze, bo aborcyjna prohibicja pewnie nie spełniłaby oczekiwań, a medyczne podziemie, niczym organizacje mafijne, zacierałoby ręce, licząc na krociowe zyski podobne do tych, które tworzyły „brudne” fortuny ludzi pokroju Ala Capone?
   Tak sądzę, że zamiast restrykcyjnego prawa, bardziej potrzeba codziennej edukacji i tworzenia szacunku dla życia, które zaczyna się o wiele wcześniej, aniżeli w dniu, gdy mała kruszyna zobaczy pierwszy promyk słońca w chwili swoich narodzin. To zadanie dla wszystkich środowisk: od rodzinnego domu poczynając, a na ludziach władzy państwowej i kościelnej kończąc!
Kryspin

wtorek, 4 października 2016

Różańcowy „rekwizyt” nadziei!


    Pierwszy raz większości z nas dane było się z nim spotkać bardzo wcześnie i pewnie tego nie zapamiętaliśmy? Mieliśmy wtedy dokładnie pierwsze urodziny.
    Rodzice zorganizowali małe przyjęcie, był torcik z jedną zapaloną świeczką, którą pomogła zdmuchnąć nam nasza mama, a później na stole wylądowały drobiazgi i poukładali je w zasięgu naszej małej rączki czekając na wybór, rodzaj przepowiedni naszej przyszłości.
   Wtedy, obok kieliszka, książki i banknotu wylądował sznur kolorowych paciorków zakończonych małym krzyżykiem. To było nasze pierwsze spotkanie z różańcem.
Kolejne przypadło na dzień naszej Pierwszej komunii, gdy w obowiązkowym wyposażeniu on także się znalazł obok zapalonej świecy i książeczki, modlitewnika zapisanego najróżniejszymi litaniami i tekstami bogobojnych pieśni.
   Tak uzbrojeni, dumnie kroczyliśmy główną nawą świątyni, by zająć przydzielone nam miejsce w odświętnie udekorowanej kościelnej ławie.
Później był jeszcze październik tamtego roku, gdy katechetka pilnowała naszej obecności na nabożeństwach odprawianych przed wieczorną mszą.
   Dla większości z nas był to ostatni miesiąc bliskich spotkań z tym kolorowym narzędziem modlitwy i ten pierwszokomunijny „rekwizyt” podzielił los pozostałych pamiątek i wylądował gdzieś głęboko w szufladzie.
Ale to nie koniec naszych spotkań z modlitewnymi paciorkami, bo kiedyś i na nas przyjdzie ostatnia chwila i wtedy nasi bliscy, może po długich poszukiwaniach wygrzebią z zapomnianych błyskotek różaniec i splotą nim nasze dłonie spoczywające na martwym ciele.
*
    Wśród pamiątek muzeum w Oświęcimiu, gdzie przechowuje się relikwie pozostałe po tych, którym ludzkie okrucieństwo zgotowało piekło, w oszklonej gablocie znajduje się różaniec zrobiony przez jednego z więźniów tej kaźni.
Na szarą nitkę[pewnie wyciągniętą z obozowego pasiaka] zostały nawleczone małe kuleczki zrobione z obozowego chleba.
    Jak wielką potrzebę nadziei musiał mieć w sobie twórca tego modlitewnego „pomocnika”, że z głodowych porcji chleba odkładał drobne cząsteczki, aby z nich zrobić sznur modlitewnych koralików?
Trochę zawstydził mnie ten widok, bo choć w moim kleryckim i kapłańskim życiu zwyczajowo „zaliczałem” tę modlitwę, ale dopiero po tym obozowym doświadczeniu, zrozumiałem jak wielką on może mieć moc.
    Różaniec zrobiony z okruchów chleba, dawał tamtemu człowiekowi, będącemu na samym dnie piekła ludzkiej nienawiści, nadzieję i pewnie pozwolił mu przeżyć najtrudniejsze chwile?
*
    Wielu kierowców w swoich warczących maszynach zawiesza na przednim lusterku różaniec.
Pewnie wielu traktuje go jako rodzaj jakiegoś totemu. Ale takie zabezpieczenie wynika jednak z wiary, że ten może kiedyś omodlony splot koralików, będzie strzegł ich bezpiecznej jazdy i dobrze!
    Różaniec to taka szczególna modlitwa, którą można praktykować wszędzie i choć Kościół szczególnie poleca ją w październikowych nabożeństwach, to w naszej codzienności mamy wiele takich chwil, gdy możemy nią przywracać sobie nadzieję.
    Popołudniowy spacer, droga, którą codziennie przemierzamy do pracy, oczekiwanie w urzędzie na załatwienie gnębiącej nas sprawy i wiele innych chwil, które można wypełnić tą modlitwą zawierzenia.
   Oczywiście nie musimy w jej trakcie ostentacyjnie przesuwać w ręku kolorowych paciorków, które tak naprawdę są tylko po to, aby odliczać kolejne Zdrowaś Maryjo.
   W takich okazjonalnych sytuacjach wystarcza nam dziesięć palców u naszych rąk.
Spróbujcie kiedyś takiej formy modlitwy, ona naprawdę wyzwala nadzieję!
Kryspin

wtorek, 27 września 2016

Czarny bumerang!

    Jak czarny bumerang, wraca w dyskusjach toczonych w świetle kamer, problem aborcji.
Niektóre środowiska próbują zbić kapitał polityczny na odrażającym procederze, w którym pewna grupa ludzi uzurpuje sobie prawo do decydowania o życiu bądź śmierci poczętych dzieci.
Gorliwcy liberalnego poglądu, że póki malec nie ujrzy światła dziennego, to o jego być albo nie  być powinna decydować tylko kobieta["mój brzuch, moja sprawa"] nawołują do zbiorowych marszy, aby pokazać siłę tłumu podobnych im!
   Zwolennicy aborcyjnego liberalizmu powołują się na nieoficjalne statystyki, według których obecne obostrzenia w tym względzie i tak są fikcją, bo nielegalnych "zabiegów" i tak jest bardzo wiele[mówi się o kilkudziesięciu tysiącach rocznie]
   Na tle tego rozkrzyczanego tłumu bardzo cicho wybrzmiewa głos obrońców życia poczętego i jeśli już bywa słyszalny, to nie do końca wypowiadają go ci, którzy z racji wielu, lub stanu[ przedstawiciele Episkopatu] wydają się najbardziej "zainteresowani".
    Kilka dni temu przypadkowo zobaczyłem fragment jakiejś polskiej telenoweli i trafiłem akurat na scenę rozmowy dwóch młodych kobiet.
Jedna z nich leżała na łóżku szpitalnym[była w widocznej ciąży], a druga rozmawiając z nią, prosiła, aby  nie pozbyła się tego dziecka, które w niej było. Na koniec powiedziała, że sama kiedyś zdecydowała się na ten krok i teraz do końca życia pewnie będzie żyła ze świadomością nieodwracalnego zła, które będzie ją prześladowało tym wspomnieniem!
   Tak sobie myślę, że może potrzeba by było , aby osoby[które liberalne aktywistki liczą w dziesiątki tysięcy] odważyły się zabrać głos o tym, co przeżywają po....
I może dobrze by było, gdyby stworzono punkty informacyjne, swego rodzaju poradnie, w których nie jakaś podstarzała matrona, czy duchowny w sutannie, ale kobiety po takim traumatycznym doznaniu, zdecydowały się rozmawiać z młodymi dziewczynami, które często pozostają same ze swoim strachem.
A może w w trakcie lekcji wychowania seksualnego[ o które tak zabiegają niektóre środowiska] także znalazłby się czas na takie spotkanie?
Utopia?
A może wcale nie?
Kryspin 

środa, 21 września 2016

Nie mogę, a może nie chcę?

    W zabawnym skądinąd filmie:"Ile waży koń trojański", bohaterka w rozmowie z kierowniczką Domu Pracy Twórczej poprosiła tamtą o udzielenie informacji o jej znajomym, z których bardzo chciała się spotkać.
Napuszona swoją "władzą" pani kierownik odpowiedziała jej, że nie może takiej informacji jej udzielić!
Bohaterka filmu nie dawała za wygraną i zadała kolejne pytanie:"Nie może pani, czy nie chce?"
Zapytana zmierzyła ją wzrokiem i odpowiedziała:"A czy to jest jakaś różnica?"
*
   Napisała do mnie zdesperowana kobieta, która ponad dwadzieścia lat temu poślubiła mężczyznę innej wiary[sama jest katoliczką!] Ich ślub odbył się w kościele małżonka, czyli w świetle prawa kościelnego nie doszło pomiędzy nimi do zawarcia sakramentalnego małżeństwa!
    Schody dla tej kobiety zaczęły się w czasie, gdy ich latorośl miała przystąpić do pierwszej komunii świętej!
Proboszcz postawił warunek: Będzie sakramentalny ślub, będzie komunia, w przeciwnym wypadku:Nie!
     Choć pożycie tychże małżonków z różnych powodów nie układało się, więc decyzja o powiedzeniu sobie sakramentalnego:tak, nie miała sensu, ale ze względu na córeczkę i jej radość z przyjęcia Pana Jezusa, zdecydowali się na ten krok!
Nastąpił swego rodzaju "kompromis", który jednak nie trwał długo, bo po kilku miesiącach ich związek się rozpadł definitywnie i zakończył się cywilnym rozwodem!
    Ojciec dziewczynki poszedł w swoją stronę; zawarł w swoim kościele kolejny związek małżeński i cieszył się nową żonką!
   Kobieta[mama córeczki] poznała nowego pana, z którym była szczęśliwa i oboje kochali jej dziecko, ale teraz oni zamknęli sobie drogę do niedzielnej komunii, jako osoby żyjące wg Kościoła, na kocią łapę.
I nie byłoby problemu, gdyby pogodzili się z tym, ale ?
No właśnie na ich nieszczęście, oboje byli wierzącymi ludźmi i sprawa możliwości karmienia się Ciałem     Chrystusa nie była im obojętna, a nawet bardzo im zależało na pełnym uczestnictwie w sakramentalnym życiu!
   Aby wyprostować sobie drogę do Pańskiego Stołu, udali się do Kurii, no i prawidłowo!
Tam jednak dopiero zaczęły się schody, choć ksiądz sekretarz Trybunału przyjął ich podanie, ale zaraz po tym wręczył im listę rzeczy, których spełnienie uznano za konieczne, aby nad sprawą się pochylić: kilkudziesięciu świadków; także były małżonek i teściowie oraz pokaźne grono osób, do których nie mieli żadnego dostępu itd!
To ich załamało i tylko bezradnie rozłożyli ręce, wiedząc, że przez lata nie będą wstanie sprostać tym wymogom!
    Czy Kuria nie mogła postąpić inaczej, czy nie chciała?
Myślę, że w tym i  w wielu innych przypadkach Kościół, może dla podkreślenia swojej powagi, a może ze zwykłego braku empatii, albo co uważam za najgorsze, ze zwykłego nie chce mi się, stawia przed szeregowymi wiernymi kłody trudne do pokonania!
   A w tym rzeczonym przypadku wystarczyło przecież przesłuchać jednego świadka: proboszcza, który postawił ich pod ścianą:"Będzie ślub, będzie komunia!" i na pierwszej rozprawie kurialny trybunał dowiedziałby się, że tego sakramentu wcale nie było, bo został zawarty pod przymusem!
Kryspin

czwartek, 15 września 2016

„Przekażcie sobie znak pokoju”


    No i znowu się narobiło!
   Na słupach ogłoszeniowych, przystankach autobusowych i innych miejscach naszych miast pojawiły się kolorowe plakaty dwóch dłoni złączonych w geście powitania.
   Całość opatrzono wezwaniem: „Przekażcie sobie znak pokoju!”, aby było ciekawiej, medialnym patronatem akcję objęły znane redakcje katolickich pism i to wydawało się słuszne, bo przecież wezwanie żywcem pochodziło z apelu, który w czasie każdej mszy kieruje kapłan do zgromadzonych, bezpośrednio przed rozdawaniem Ciała Eucharystycznego.
   No i wszystko wydawało się ok. ale tylko do czasu, aż rzecznik KEP [Konferencja Episkopatu Polski] poinformował, że ten plakat jest:Be!
Gdyby nie stanowcza reakcja księdza rzecznika, to pewnie większości nie przyszło by do głowy, że on promuje wartości gejowskie, namawia do homoseksualizmu, gloryfikuje akty homoseksualne jako moralnie dobre i jakby tego było mało, zachęca do podważania istoty małżeńskiego związku: tego właściwego, czyli męsko-damskiego
    A całość wniosków została wyciągnięta z małego szczegółu, na który większość owieczek katolickiego Kościoła nawet by nie zwróciła uwagi:
Na plakacie lewą rękę oplata kolorowa bransoletka w kolorach tęczy , a te barwy niektórym dociekliwym kojarzą się ze środowiskiem osób o innej od powszechnie akceptowanej orientacji seksualnej, czyli z gejami!
O wiele lepiej dla poprawnie zorientowanych[seksualnie] prezentuje się prawa dłoń opasana różańcem i od razu widać, kto jest po właściwej stronie w kwestii moralności!
No i się narobiło.
   Według badań uczonych [o różnych orientacjach seksualnych], w naszym kraju jest od 5 do 10% osób, które są gejami, homoseksualistami, kochającymi inaczej, aby nie używać innych, mało przyjemnych określeń ich preferencji w kwestii spraw intymnych!
    W parafiach, w których znak pokoju wierni przekazują sobie skinieniem głowy, to pół biedy, ale w tych, gdzie zebrani podają sobie rękę, to już zgroza! A nuż wśród stojących obok znajdzie się taki człowiek z kolorową bransoletką, to może pobożnej duszyczce zburzyć cały spokój i to bezpośrednio przed przyjęciem Pańskiego Ciała.
   A mnie się wydaje, że nie powinniśmy dać się zwariować w kwestii, kto jest porządny, a kto be. Może powinniśmy mniej zaglądać ludziom do ich sypialni, a oceniać ich z tego jakimi są dla innych.
   A mnie się podoba samo przesłanie: „Przekażcie sobie znak pokoju” i wcale nie gorszy mnie w nim kolorowa bransoletka, ani nie wywołuje świętego zadowolenia różaniec oplatający tą drugą dłoń.
Najważniejsze, że one mówią: Nie potępiam cię i jesteś mi kimś bliskim!
„Pokój z tobą”!
    W niektórych wspólnotach parafialnych, zebrani w trakcie mszy świętej kończą ceremonię przekazania sobie tego znaku chrześcijańskiej jedności właśnie tymi słowami i może tylko trochę żal, że nie zawsze wypowiadają je szczerze.
    Niezależnie z czyjej inspiracji pojawiły się te kolorowe plakaty na ulicach naszych miast, to może i za przyczyną medialnego, ale i tego kościelnego szumu wokół nich, wyniknie coś dobrego?
Może ci stojący po tej „właściwej[prawej]stronie” moralności, z większą świadomością podadzą swoją rękę do zgody [pokoju] drugiemu człowiekowi i to nie tylko w czasie niedzielnej mszy, ale także w codziennych relacjach z bliźnimi!
    A doszukiwanie się drugiego dna, stawianie wątpliwości co do czystości intencji tej drugiej strony, to na pewno nie służy dążeniu do jedności, a przecież o nią najbardziej zabiegał Chrystus w swoim nauczaniu.
Kryspin

poniedziałek, 12 września 2016

Konkubinat, lekarzu ulecz samego siebie!

       Przed kilkoma laty odwiedziłem mojego kursowego kolegę.
On już wtedy był szacownym proboszczem w nowo budowanej parafii i z tego powodu miał w perspektywie nagrodę, w postaci godności kanonickiej, którą po kilku latach otrzymał.
     Wtedy, gdy odwiedziłem go pierwszy raz, był jeszcze normalnym księdzem w czarnej sutannie i może dlatego przyjął mnie z serdecznością i poświęcił mi sporo ze swego czasu. Wspominaliśmy dawne dzieje i trochę plotkowaliśmy o naszych wspólnych znajomych, kapłanach. Gdy zapytałem go o kolegę, który z woli biskupa zarządzał sąsiednią parafią, mój znajomy proboszcz uśmiechnął się i powiedział:
A on ma się całkiem dobrze, ma na plebani panią, która co trzeba zauważyć, pracuje w urzędzie samorządowym, a na probostwo wraca tylko po południu, ale i tak zajmuje się naszym kolegą jak dobra żona: ugotuje, zadba o czystość, a i przypilnuje, by ten nie za często zaglądał do szklanych naczyń z perlistym napojem i ogólnie jest dobrze!
Swoją relację zakończył uśmiechem i podsumował:
No co by tu nie mówić, to w jego przypadku mamy do czynienia z nieformalnym konkubinatem i tak to trzeba określić....Ale nikomu to nie przeszkadza, więc jest ok”
     No tak, w tej chwili pewnie oczy przecierają cywile, którym Kościół odmówił prawa do życia sakramentalnego: do spowiedzi i komunii św., tłumacząc, że osoby żyjące w nieformalnych związkach, a także te w związkach niesakramentalnych- same wykluczyły się z pełni prawa w Kościele i basta!
     Dziwi mnie „logika” uczonych teologów, którzy definiując związek nieformalny, za kluczowe przyjęli wspólne gospodarstwo domowe niegodziwców!
Idąc tym torem rozumowania:
Ktoś kto mieszka u rodziców i systematycznie zachodzi do wybranki swojego serca, która także pomieszkuje o swoich bliskich, no i spędza u niej[w osobnym pokoju] prawie codziennie po kilka godzin i jak możemy się domyślać, nie zajmują się w tym czasie odmawianiem pobożnych modlitw, to nie ma do czynienia z nieformalnym związkiem?
Czyli: Raz po raz spowiedź, a że te same grzechy się powtarzają, to przecież można złożyć to na karb ludzkiej ułomności, słabej woli i po sprawie.
Z „czystym” sumieniem można przystąpić do Pańskiego stołu i ?
No właśnie, i następnie można wrócić do codziennych miłych chwil sam na sam!
I tu rodzi się pytanie:
A gdzie postanowienie poprawy, o żalu za grzechy popełnione nie wspominając?
Przecież to są konieczne warunki dobrej spowiedzi, ważnej, takiej która gładzi grzechy i przywraca stan łaski uświęcającej!
Kolega Anioł z „Alternatyw 4” z największym wzburzeniem piętnował mieszkańców bloku, którzy wdawali się w nieformalne związki.
Blokowy cieć odkrywszy ten proceder, z odrazą informował pozostałych, że:
Ci niegodziwcy nawet razem jedli i to jeszcze jak jedli!”
Komedia w śmieszny sposób ukazywała absurdy naszej rzeczywistości, ale kościelna wykładnia dotycząca nieformalnych związków także trąci farsą!
A gdyby tak, wzorem niektórych wrażliwych owieczek, które nie przystępują do komunii świętej, uznających swoją winę bycia w nieformalnym związku, podobnie zachowaliby się kapłani ?
Ksiądz przystępujący do sprawowania ofiary eucharystycznej winien być w stanie łaski uświęcającej [czyli po uczciwej spowiedzi, z zachowaniem pięciu warunków ważności sakramentu pokuty !]
Obawiam się, że mogłoby się tak zdarzyć, iż w wielu naszych świątyniach zamiast niedzielnej mszy, mogłyby co najwyżej odbyć się nabożeństwo pokutne?
A może byłoby to dobre, bo uczciwe zapewne!
Kryspin

poniedziałek, 5 września 2016

Powołanie do życia samotnego, to rzadki dar!

    Na początku mojej seminaryjnej drogi[po pierwszym roku], w czasie wakacji z przyjaciółmi pojechaliśmy do Bieniszewa.
Kilkanaście kilometrów od Konina, wśród lasów poszliśmy leśną dróżką, by u jej kresu zobaczyć, otoczony białym murem klasztor Kamedułów.
    W obrębie tej historycznej budowli znajdował się kościół, którego wnętrze było przedzielone masywną, drewnianą kratą, poza którą ludzie ze świata nie mieli wstępu. Ta część świątyni była przeznaczona dla mnichów przebywających na terenie klasztoru. Zakonnicy, jak nas poinformował jeden z nich, mieszkali w małych domkach rozsianych w pobliżu budynku świątyni.
Te małe budowle były pustelniami, w których poza surowymi pryczami, drewnianym stolikiem i niezbyt wygodnym krzesłem, nie było nic więcej.
   Gdy dowiedzieliśmy się, że mnisi praktycznie przeżywają swoje życie w milczeniu[poza wspólnie wypowiadanymi słowami modlitw] i nawet w czasie wspólnie spożywanych, bardzo skromnych posiłków, przestrzegają tej reguły, to nas trochę zmroziło.
    Po kilku godzinach przyglądania się ich niezwykłemu życiu, wracaliśmy leśną drogą do cywilizacji i wtedy wszyscy stwierdziliśmy to samo: „Ja bym tak nie potrafił!”
Powołanie do życia w samotności i rezygnacja z wszystkiego, jest czymś wyjątkowym i niewielu jest ludzi, którzy takiego daru doświadczają!
Potwierdzają to dane o liczbie ojców i braci tego jednego z najsurowszych zakonów w Polsce. Obecnie jest zaledwie kilkunastu mnichów żyjących w dwóch klasztorach na terenie Polski. Kandydatów do takiego powołania jest także niewielu, bo zaledwie kilku na przestrzeni ostatnich lat.
*
   Po zakończonych wakacjach powróciłem do seminaryjnych murów, ale często wracałem wspomnieniami do obrazów z Biniszewa.
Nasz świat „powołanych”, był zupełnie inny i nawet namiastka klasztornej reguły, jaką było silentium religiosum [ święte milczenie, nakazane od godziny 21.00 do śniadania następnego dnia] respektowaliśmy z przymrużeniem oka.
   Często zastanawiałem się, jakie to moje, nasze kapłaństwo będzie w przyszłości i wtedy najbardziej obawiałem się samotności!
Pomimo, że nasi przełożeni wielokrotnie wbijali nam do głów, że ksiądz nigdy nie odczuwa samotności,, bo jego rodziną jest parafia i wspólnota współbraci w kapłaństwie; to jednak nie łagodziło obaw.
    Sześć lat seminaryjnego przygotowania do życia w samotności nie realizuje szczytnych założeń:
Prawie dwustu facetów przez 365 dni w roku było ciągle razem[ przez 24 godziny na dobę!] i później, po święceniach taki konsekrowany młodzieniec trafił na plebanię, gdzie na parterze rezydował proboszcz, niekiedy zramolały, stary zgred, który o wspólnocie kapłańskiej już dawno zapomniał, a młodego księdza traktował jako wyrobnika, który powinien przejąć większość duszpasterskich posług za swojego przełożonego i tyle!
A młody kapłan próbując zagłuszyć strach samotności i rzucał się w wir duszpasterskich zajęć, wieczorem siadał przed telewizorem bądź przerzucał kolejny raz książkę już wielokrotnie przeczytaną, a jeśli miał szczęście, że kolega z roku pracował w pobliskiej parafii, wsiadał w samochód i go odwiedzał.
To jeden ze sposobów oszukania samotności, ale ile razy można rozmawiać o swoich szefach, nieżyciowych facetach, którzy swoje samotności zagłuszyli poczuciem władzy i pragnieniem mamony już tak dawno, że nie potrafili zrozumieć tych młodych w koloratkach.
A później, w kolejnym etapie ucieczki od samotnych wieczorów, następuje ożywienie życia towarzyskiego, odwiedziny u zaprzyjaźnionych parafian i tak dalej...
Powołanie do życia samotnego, to wielki dar i wyjątkowo rzadki.
   Zastanawiam się, czego w ludziach Kościoła, decydujących o narzuconej [celibatem] samotności kapłanów, jest więcej: świętej naiwności, czy zwyczajnej hipokryzji?
Kryspin, 

piątek, 2 września 2016

"Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd"

       Przed kilkoma dniami zapowiadałem inaugurację mojej książki: "Zaufana koloratka-konfesjonał krzywd". Dzisiaj mój wydawca przesłał mi projekt okładki, którą chciałbym Wam przedstawić.
Wielu czytelników, którzy poznali "Zakochaną koloratkę-10000 dni"oraz "Zatroskaną koloratkę-Pasterze i najemnicy", z niecierpliwością oczekuje na tę niezwykłą książkę, która  pod koniec października trafi do księgarń.
Dzięki możliwości wcześniejszego zamówienia[ w formie przedsprzedaży] za 29.90 zł [Promocyjna cena z dedykacją autora], będziecie mogli poznać wstrząsające świadectwa bohaterów "Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd" jako pierwsi[kilkanaście dni przed premierą!]
Tel: 536 425  831 lub mail:kryspinkrystek@onet.eu
Zadzwoń, albo napisz, aby zamówić książkę!
Wysyłek będziemy dokonywali wg kolejności zamówień!

Pozdrawiam Kryspin

niedziela, 28 sierpnia 2016

Nie przyszedłem aby służyć, ale by mi służono!

 
     Był listopad 1975 roku. Będąc w klasie maturalnej pojechałem na krótkie [3 dni] rekolekcje dla młodzieży, które kilkanaście kilometrów od mojej miejscowości, organizowali Ojcowie Paulini.
    W małej, wiejskiej parafii pracowało wtedy czterech zakonników. Nad wszystkimi górował nie tylko pełnioną funkcją, ale i wzrostem[2,05] przeor tej mini wspólnoty.
Lubiłem tego olbrzyma, którego poznałem już wcześniej, gdy odwiedzał naszą parafię, za każdym razem budząc małą sensację z powodu swojej wielkości.
Przy całej swej „niezwykłości” był do tego szalenie miłym człowiekiem.
Zdziwiło mnie, gdy w trakcie naszego pobytu u gościnnych zakonników[ w trakcie naszych rekolekcji], Ojciec Przeor przedstawił nam swoich pomocników, wśród których jeden zdawał się jakoś za bardzo posunięty w latach, jak na prostego mnicha.
     Gospodarz wyjaśnił nam, że to był były Generał ich zakonu [ najważniejsza osoba w dużym zgromadzeniu zakonnym], ale po skończonej kadencji, powrócił do grona szeregowych Ojców!
Później, wyjaśniając nam zasady panujące w zakonie, dodał, że on także po maksymalnie dwóch kadencjach[czteroletnich] pewnie zostanie przydzielony do innych zadań.
Tak też się stało, gdy po kilku latach, w czasie mojego pobytu na Jasnej Górze, spotkałem go w klasztorze. Był wtedy zwyczajnym Ojcem zakonnym, jakich tam było wielu, ale nadal ujmował serdecznością i szczerym, uśmiechem!
     Przed kilkoma dniami w trakcie popołudniowej kawy, na którą zaprosiliśmy sąsiadów. Justyna wiedząc o mojej przeszłości, poruszyła temat proboszcza z jej rodzinnej parafii:
-” Od ponad dwunastu lat w mojej rodzinnej parafii zostaliśmy skazani na proboszcza, który delikatnie to ujmując, nie jest lubiany. Przez te wszystkie lata niechęć do tego kapłana narosła konfliktami, w których on chyba się lubuje, bo co chwilę swoją postawą zraża sobie kolejnych wiernych i w efekcie coraz mniej ludzi chodzi do kościoła...
Najgorsze jednak jest to, że on ma dopiero 58 lat i jeszcze długo u nas pozostanie!”
     Może puśćmy wodze fantazji...
    Gdyby kościelne władze wprowadziły obligatoryjnie kadencyjność stanowisk proboszczowskich.
Dajmy na to: Proboszcz powoływany byłby na okres, powiedzmy 4 lat..
Pod koniec pierwszej kadencji parafialna wspólnota w powszechnym głosowaniu wyrażałaby coś w rodzaju wotum zaufania, oceniając jego czteroletnie rządy dusz i dodatkowo Kuria[organ nadrzędny z biskupem jako decydentem], przeprowadziłaby coś w rodzaju audytu-zewnętrznej oceny poczynań gospodarza parafii.
W efekcie zapadłaby decyzja o ewentualnym kolejnym[ostatnim] okresem jego posługi w danej wspólnocie.
Później cztery lata przerwy i powrót do posługi pomocniczej[ wikariusz] , no a potem ewentualny, kolejny, kadencyjny czas proboszczowania w innej parafii!
No to teraz ktoś powie, że to czysta utopia i coś, czego nie da się wprowadzić w życie...
     Co prawda Kościół przez wieki żył hierarchicznym systemem sprawowania władzy nad pracownikami Winnicy Pańskiej, ale to wcale nie wyklucza, żeby kapłani mieli świadomość, że na tym ziemskim padole nic i nikomu nie bywa dane na zawsze.
Władza dana na jakiś czas,sprawuje w rządzącym poczucie służby i odpowiedzialności przed tymi, którzy nią kogoś obdarzyli.
Człowiek posiadający władzę, bez ograniczenia czasu, niekiedy staje się satrapą, który zatraca poczucie powołania do służby, a po jakimś czasie zaczyna żyć żądzą tego, aby mu służono!
Kryspin
P.S. Napiszcie mi o swoich Proboszczach: Czy są duszpasterzami z prawdziwego zdarzenia, czy satrapami , którzy zatracili istotę powołania!

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Zakonny habit na plaży!

   Ostatnio władze francuskie wprowadziły zakaz przebywania na plażach kobiet w tradycyjnych muzułmańskich hidżabach [kobiecy strój szczelnie zasłaniający całe ciało kobiety], jako wyraz fundamentalizmu religijnego, który jest sprzeczny z laickim charakterem państwa z Lazurowym Wybrzeżem. Niejako drugorzędnym argumentem był problem higieny, pożądany w miejscach, gdzie ludzie zażywają kąpieli.
    Z pewnością w świecie muzułmańskim takie obostrzenia będą traktowane jako nieprzyjazne i prowokująco wrogie wobec osób wyznających islam, no i zarzewie konfliktu gotowe.
    Swoją drogą pewnie wielu z nas dziwi takie poddańcze stosowanie się młodych kobiet islamu tak drastycznym ograniczeniom, które w naszej kulturze europejskiej, nie miałyby żadnych szans.
No, ale to wcale nie jest prawdą!
    W naszym kręgu cywilizacyjnym, w kulturze mającej korzenie w chrześcijaństwie, także z takim fundamentalizmem się spotykamy!
Jeszcze jako bardzo młody ksiądz przed wyjazdem nas letni urlop, rozmawiałem z siostrą zakonną, która pracowała w mojej parafii.
Dowiedziawszy się o moich planach wyjazdu nad morze, nieco posmutniała i z żalem powiedziała:
-”Wy, księża macie dobrze...możecie bez żadnego problemu poopalać się nad wodą, zażywać morskich kąpieli i po dniu spędzonym na plaży, spędzić wieczór w nadmorskiej kawiarni, nie budząc sensacji pozostałych obecnych.”
Zdziwiony odpowiedziałem bez namysłu:
-Przecież siostra też pojedzie na urlop, więc jaki problem, aby spędzić go podobnie ?
Odpowiedziała mi jeszcze bardziej poważna:
-”My nie mamy problemu, ale regułę zakonną i ten habit, który od chwili złożenia ślubów wieczystych, a nawet od czasu, gdy już na początku naszej drogi powołania zostałyśmy w niego przyobleczone; stał się jakby naszą drugą skórą...
     Żal mi, gdy mijam na ulicy młodą kobietę w zakonnym habicie i za każdym razem zastanawiam się co nią kierowało, że postanowiła tak spędzić resztę życia?
No i znowu narobiłem sobie kłopotów! Już wyobrażam sobie lawinę głosów obrońców odwiecznej tradycji, gdy od zawsze siostry zakonne realizowały swoje powołanie do modlitwy i ofiarnej służby i jakoś im habity w tym nie przeszkadzały!
To oczywiście jest prawdą, ale ?
     Ostatnio na jednym z portali internetowych zamieszczono wywiad z kobietą, która opuściła zgromadzenie zakonne po czternastu latach bycia w klasztorze.
Z żalem opowiadała o przyczynach opuszczenia wspólnoty. Na początku jak wiele jej rówieśniczek, cieszyła się, że będzie mogła realizować swoje marzenia o pełnej miłości służbie bliźnim, o radości bycia blisko Boga poprzez wspólnotę modlitwy.
    I to wszystko przez lata bledło w klasztornej rzeczywistości: zazdrość pomiędzy siostrami, nieustanna walka o względy przełożonej, absurdalne[na dzisiejsze czasy] nakazy reguły zakonnej pamiętające lata matki założycielki[ XVI wiek], permanentna inwigilacja i nieustanna konieczność rezygnacji ze wszystkiego w imię bezdyskusyjnego posłuszeństwa.
I znowu ktoś powie: przecież wiedziały na co się decydują.
    Sądzę, że nie do końca wiedziały, bo świadczą choćby o tym dane o odejściach z zakonnych wspólnot?
Pod koniec wywiadu z byłą siostrą padło pytanie ile z dziewczyn, które rozpoczęły z nią drogę klasztornego powołania, po latach pozostało w zgromadzeniu:
-”Z siedemnastu pozostały dwie!”-padła odpowiedź.
     A może potrzeba trochę świeżego powietrza, które padłoby na zakurzone dawnymi czasami zakonne reguły.
Chwile oddechu, takiego ludzkiego bycia wśród zwykłych ludzi, z pewnością nie zburzyłyby kobietom[na co dzień chodzącym w zakonnych habitach] istoty ich powołania
Kryspin

wtorek, 16 sierpnia 2016

Dożywocie!


     Miałem niecałe osiem lat, gdy pierwszy raz zaliczyłem wakacje u mojego wujostwa na wsi.
Byłem dzieciakiem z miasta i pobyt w gospodarstwie moich krewnych dostarczał mi niesamowitych przeżyć.
Tam szczególnie polubiłem codzienne spotkania ze zwierzętami:z Azorem, psem pilnującym obejścia, z krowami leniwie przeżuwającymi zieloną karmę by każdego poranka odwdzięczać się ciepłym mlekiem [z którego ciocia robiła pyszne masło i biały ser], oraz z innymi zwierzęta w obejściu.
     Bardzo lubiłem z wujkiem zajmować się końmi, które w niedzielne przedpołudnie były zaprzęgane do bryczki, którą udawaliśmy się na mszę odprawianą w parafialnym kościele.
Obok zagrody wujostwa było gospodarstwo sąsiadów. Tam od kilku lat gospodarzyła wraz ze swoim mężem córka starych rolników. Jej rodzice zaraz po ślubie przekazali młodym dorobek swojego życia w zamian za ”dożywocie”[ w tamtym czasie rolnicy, którzy przechodzili w stan spoczynku, nie otrzymywali państwowej emerytury i byli zdani tylko na łaskę swoich pociech]
    Starzy sąsiedzi w swej przezorności dokonali nawet stosownego zapisu przed sołtysem, że :dożywotnio będą otrzymywali od młodych pól litra mleka dziennie i do tego jedno jajko.
Wkrótce zmarła stara matka i ojciec nowej gospodyni pozostał sam. W dniu pogrzebu zięć wziął go na stronę i wyjaśnił: „Teraz, gdy ojciec został sam, mleka należy się jedna szklanka, a jajko będzie co drugi dzień!”
    To zdarzyło się dawno i może na szczęście teraz „dożywocie” w formie emerytury dla rolników zapewnia KRUS, ale pieniądze, które co miesiąc dostarcza listonosz, nie zastąpią wrażliwego serca najbliższych.
*
„Ojciec już jest stary i nie pasuje do naszego nowego domu. Jest marudny, niedosłyszy i najgorsze, że przy jedzeniu rozlewa nawet herbatę, nie mówiąc już o innych naczyniach, których wytłukł już co niemiara. W starej chacie z pewnością będzie się czuł lepiej, bo to jego świat.”
    Tak tłumaczyła się przed sąsiadami właścicielka pięknego i dużego gospodarstwa w zamożnej wielkopolskiej wsi.
    Córka mieszkająca w nowo pobudowanym, olbrzymim domu „dbała” o to, by staruszek nie czuł się niezręcznie i może dlatego posiłki zanosiła mu w metalowym naczyniu do szarej od starości izby.
Do stołu w pięknym salonie nie zapraszała go nigdy, choć często właśnie tam odbywały się przyjęcia z okazji imienin, urodzin, czy innych rodzinnych uroczystości.
Wtedy zdobywała się na gest „dobroci” i wysyłała córkę, aby dziadkowi zaniosła na tekturowej tacce kawałek ciasta.
     Staruszek był zapraszany do ich domostwa tylko raz w roku, przy okazji corocznej kolędy, ale gdy wielebny zasiadał z domownikami do uroczystej kolacji [ którą jadał tam co roku], on zbierał się i wracał do siebie.
    Smutne „dożywocie” miał ten staruszek bo jedyne, czego miał nadmiar, to samotność. Po kilku latach zmarł w swojej chacie. Lekarz wezwany z powiatu wpisał datę śmierci na dzień poprzedni, ale co do godziny, tego po czasie nie umiał dokładnie określić, bo staruszek odszedł po cichu i nikogo wtedy przy nim nie było.
Nic nie zastąpi wrażliwego serca najbliższych, zwłaszcza starym ludziom dożywającym swego „dożywocia”!
    Zawsze, gdy widzę w oczach starych ludzi smutek samotności wśród najbliższych, przypomina mi się „Drewniany talerz” ze wspaniałą rolą Kazimierza Opalińskiego[ Teatr telewizji 1968 rok] i końcowa scena, gdy wnuczka zabiera „pamiątkę” po dziadku, którego pozbyła się najbliższa rodzina. Na pytanie, po co jej ten drewniany talerz, odpowiedziała: „zostawię go dla was”!
Może w Roku Miłosierdzia warto byłoby pomyśleć, że Pan Bóg kiedyś wystawi nam rachunek za wrażliwość naszych serc, także w stosunku do naszych bliskich przeżywających obok nas swoje „dożywocie”!
Kryspin