wtorek, 31 grudnia 2024

 

Nie mamy miejsca.

Po dekrecie cesarza Augusta o powszechnym spisie poddanych rzymskiego imperium, w dalekiej prowincji obejmującej piachy Galilei rozpoczął się swoisty eksodus, kiedy do rodzinnych korzeni pielgrzymowali potomkowie Dawida, aby dokonać wpisu w rodowych rejestrach.

Betlejem, zapomniana przez wieki osada, na krótko zatętniło gwarem pielgrzymów, którzy przy tej okazji mogli przeżywać spotkania z dawno już niewidzianymi krewnymi, których los rozproszył po najodległejszych zakontkach.

Co bardziej zapobiegliwi i mający wystarczające zasoby finansowe na tę okoliczność, zarezerwowali okoliczne gospody, będź nawet całe domy podnajęte od miejscowych, aby tam przeżyć miłe chwile wzajemnego spotkania z bliskimi, często niewidzianymi od dawna.

Radość beztroskiej biesiady była by pełna gdyby niektórym nie zdarzył się zgrzyt.

Do masywnych drzwi gościnnych domów, które oni wynajęli, zapukał jakiś biedak z pytaniem, czy nie znalazłoby się miejsce dla niego i jego małżonki?

To szczyt bezczelności, bo nie dość, że na pierweszy rzut oka wida było, że groszem nie śmierdział, to jeszcze jego kobieta była z brzuchem i tylko tego brakowało, aby zachciało się jej rodzić, kiedy oni raczyli się spokojnym świętowaniem wśród bliskich.

-Tu nie ma dla was miejsca, idźcie gdzieś indziej i może tam znajdziecie jakiś kont dla siebie.

W jednym z europejskich miast mieszkańcy sposobili się do świąt Bożego Narodzenia.

Rodzicie zakończyli wszystkie przygotowania, w okolicznych galeriach handlowych zakupili prezenty dla swoich milusińskich, ojciec na bazarze zakupił choinkę, ktorą mama z dziećmi przystroiła kolorowymi ozdobami i można było zasiąść do uroczystej wieczerzy wigilijnej, kiedy do ich domu zapukał ktoś niespodziewany.

W drzwiach stał młody człowiek trzymajacy za rękę kobietę w zaawansowanej ciąży.

-Jesteśmy w podróży i nie mamy miejsca na nocleg, a poza tym nie stać nas na wynajem hotelu ....czy moglibyśmy choć na jedną noc zatrzymać się u państwa?

-Niestety u nas nie ma miejsca, ale możecie udać się do noclegowni na obrzeżach miasta, tam ktoś wam pomoże-usłyszeli od zakłopotanych niezręcznością sytuacji domowników.

Tego wieczoru jeszcze kila razy usłyszeli podobną odpowiedź i odchodzili w beznadziei.

Niepokojeni mieszkańcy tej miejscowości nie byli świadomi, że stali się mimowolnymi uczestnikami studenckiej prowokacji, którą z oddali dyskretnie nagrywali dziennikarze lokalnej stacji telewizyjnej, która wyemitowała ten materiał w pierwszy dzień świąt.

Pewnie spowodowali tym niemiłego kaca wśród tych, którzy dali się wkręcić w tę prowkację, ale i innym oglądającym ten telewizyjny przekaz musiała się zapalić lampka niepokoju, bo autorzy tej prowkacji zakończyli materiał pytaniem:

-A jak ty byś zareagował, gdyby bohaterowie tej historii zapukali do twoich drzwi?

Przeżywamy ostanie dni Adwentu, który w Kościele naznaczony jest jako czas oczekiwania na narodziny Boga.

W dzisiejszym świecie ogarniętym gorączką marketingowego szaleństwa, kiedy galerie handlowe od tygodni przyciągają kupujących kolorowymi światłami nowonarodzeniowych ozdób, a w drzwiach kupujących witają Mikołaje uzbrojeni w zaprzęgi plastikowych reniferów i wszystko to w otoczeniu rozświetlonych drzewek upstrzonych wszelakimi ozdobami, to próżno jednak w tym szukać tego, co jest istotą tego zamieszania, czyli tego małego dziecka, pod którego postacią Bóg postanowił spotkać się z ludźmi.

W Adwencie Kościół, pewnie z myślą o naszych malusińskich, organizuje codzienną ranną mszę inną niż wszystkie liturgie, kiedy nasze pociechy w rękach trzymają lampiony, którymi pragną oświetlać drogę dla małego Jezusa.

Może warto wykorzystać tę gorączkę oczekiwania na cuda świątecznego czasu nie tylko na kolejną zabawkę nispodziankę, ale i może ofiarować naszym dzieciom, i sobie samym także, choć jeden epizod spotkania z małym Jezusem w trakcie roratniej mszy?

To może być najpiękniejszy prezent spotkania z Nim jeszcze przed magicznym doświadczeniem, jakie niesie w sobie noc Bożego Narodzenia.

Kryspin

niedziela, 22 grudnia 2024

 

Próg świętości

Za nami jedyny taki dzień w roku, kiedy to zazwyczaj spokojne miejsca ostatecznego spoczynku dla tych, którzy przekroczyli granicę życia, staje się miejscem gremialnie odwiedzanym przez ich krewnych i znajomych przybywających do mogił bliskich zmarłych, aby przeżyć chwilę zadumy, ożywić wspomnienia minionego czasu, oddać cześć tym, którzy ostatecznie odeszli.

Na mogiłach dopalają się znicze, wiązanki ułożone z kolorowych kwiatów opierają się jeszcze porywom wiatru, ale przez kolejne dni cmentarze powrócą do dawnego czasu spokoju, a żywi do swojego zabieganego życia i tylko może przy okazji kolejnych smutnych uroczystości pogrzebowych przybędą na chwilę do tych miejsc.

Uroczystość Wszystkich Świętych towarzyszy nam już od ponad tysiąca lat, bo jego początki datowane są na przełom IX i X wieku, kiedy papież Jan XI w 935 roku, w nawiązaniu do wcześniejszej decyzji swojego poprzednika Grzegorza IV, ustanowił pierwszy listopada dniem święta dla całego Kościoła.

Ludzie będący na obrzeżach chrześcijaństwa często podnoszą kwestię praprzyczyny tkwiącej u zarania tego święta podnosząc historyczną tezę, że ludzkość kultywowała pamięć przodków już w czasach przedchrześcijańskich, o czym mogą świadczyć artefakty z wykopalisk kultur sprzed tysięcy lat.

Wiele w tym prawdy i nikt rozsądny nie stara się negować ustaleń historyków kultury, ale dopiero chrześcijaństwo dołożyło element związany z tym, że człowiek to nie tylko ciało, które z biegiem czasu ulegnie rozkładowi, ale i dusza, nieprzemijający pierwiatek wyróżniający nas w świecie przyrody.

Kościół od zarania dziejów kultywuje różnorodność tradycji zwyczajów wspólnot i dlatego w Kościele Ameryki Południowej pierwszy listopada przesięknięty jest kolorytem miejscowej kultury i wierni przeżywają go w sposób zupełnie inny od tego, do czego przywykliśmy chociażby w Kościele europejskim i naszej rodzimej tradycji Wszystkich Świętych.

Nawet w kulturze anglo-saskiej najbardziej widocznej w Ameryce Północnej ten dzień się różni od dnia zadumy, który towarzyszy naszym obchodom tego święta i może nawet nieco irytują nas tamtejsze zwyczaje, jako mało przystające do naszego rozumienia tego dnia.

Dzień Wszystkich Świętych wbrew pozorom i dla naszego kręgu wiary nie do końca jest zrozumiałym dla przeciętnego polskiego katolika, bo przecież ze świętymi obyliśmy się w innych miejscach aniżeli rozległe nekropolie.

Kościół przez wieki przyzwyczaił nas do tego, że świętych namaszcza w swojej autonomicznej decyzji biskup Rzymu i wiernym podaje niejako na tacy, że dany śmiertelnik swoim niezwykłym życiem zasłużył sobie na chwałę niebios i dlatego zalicza go do tego elitarnego grona.

Niejako uderzając w tę nutę wyjątkowości tych, którzy zasługują na chwałę ołtarza, w nas szeregowych zjadaczach chleba powszeniego utrwalono w ten sposób przkonanie, że to jest dla większości nieosiągalny próg przyjaźni z Odwiecznym i dlatego często słyszy się głosy wierzących, że bliżej im do dnia drugiego listopada, kiedy to Kościół wspomina wszystkich zmarłych.

-”Ja nie mam wśród swoich zmarłych żadnego świętego i sama nie liczę na to, że kiedyś po śmierci załapię się na to, aby świętować pierwszego listopada...” Tak ostatnio stwierdziła jedna z kobiet w trakcie rozmowy o dniu Wszystkich Świętych.

A Chrysus zapewnił nas, że w domu Ojca jest mieszkań wiele (J14) i są przeznaczone dla wszystkich tych, którzy pragną swoim życiem zasłużyć na jedność z Nim i Ojcem.

Może warto przy okazji odwiedzin naszych bliskich, którzy przeszli już próg poznania Boga twarzą w twarz, nie tylko pielęgnować pamięc ich przeszłego życia, ale za każdym razem ożywiać nadzieję, że kiedyś i dla nas Bóg wystosuje indywidualne zaproszenie do wiecznej przyjaźni ze sobą.

Potrzeba tylko pielęgnować w sobie pragnienie bycia dobrym, uczciwym człowiekiem; a to jest już próg świętości.

Kryspin

niedziela, 15 grudnia 2024

 

Próg świętości

Za nami jedyny taki dzień w roku, kiedy to zazwyczaj spokojne miejsca ostatecznego spoczynku dla tych, którzy przekroczyli granicę życia, staje się miejscem gremialnie odwiedzanym przez ich krewnych i znajomych przybywających do mogił bliskich zmarłych, aby przeżyć chwilę zadumy, ożywić wspomnienia minionego czasu, oddać cześć tym, którzy ostatecznie odeszli.

Na mogiłach dopalają się znicze, wiązanki ułożone z kolorowych kwiatów opierają się jeszcze porywom wiatru, ale przez kolejne dni cmentarze powrócą do dawnego czasu spokoju, a żywi do swojego zabieganego życia i tylko może przy okazji kolejnych smutnych uroczystości pogrzebowych przybędą na chwilę do tych miejsc.

Uroczystość Wszystkich Świętych towarzyszy nam już od ponad tysiąca lat, bo jego początki datowane są na przełom IX i X wieku, kiedy papież Jan XI w 935 roku, w nawiązaniu do wcześniejszej decyzji swojego poprzednika Grzegorza IV, ustanowił pierwszy listopada dniem święta dla całego Kościoła.

Ludzie będący na obrzeżach chrześcijaństwa często podnoszą kwestię praprzyczyny tkwiącej u zarania tego święta podnosząc historyczną tezę, że ludzkość kultywowała pamięć przodków już w czasach przedchrześcijańskich, o czym mogą świadczyć artefakty z wykopalisk kultur sprzed tysięcy lat.

Wiele w tym prawdy i nikt rozsądny nie stara się negować ustaleń historyków kultury, ale dopiero chrześcijaństwo dołożyło element związany z tym, że człowiek to nie tylko ciało, które z biegiem czasu ulegnie rozkładowi, ale i dusza, nieprzemijający pierwiatek wyróżniający nas w świecie przyrody.

Kościół od zarania dziejów kultywuje różnorodność tradycji zwyczajów wspólnot i dlatego w Kościele Ameryki Południowej pierwszy listopada przesięknięty jest kolorytem miejscowej kultury i wierni przeżywają go w sposób zupełnie inny od tego, do czego przywykliśmy chociażby w Kościele europejskim i naszej rodzimej tradycji Wszystkich Świętych.

Nawet w kulturze anglo-saskiej najbardziej widocznej w Ameryce Północnej ten dzień się różni od dnia zadumy, który towarzyszy naszym obchodom tego święta i może nawet nieco irytują nas tamtejsze zwyczaje, jako mało przystające do naszego rozumienia tego dnia.

Dzień Wszystkich Świętych wbrew pozorom i dla naszego kręgu wiary nie do końca jest zrozumiałym dla przeciętnego polskiego katolika, bo przecież ze świętymi obyliśmy się w innych miejscach aniżeli rozległe nekropolie.

Kościół przez wieki przyzwyczaił nas do tego, że świętych namaszcza w swojej autonomicznej decyzji biskup Rzymu i wiernym podaje niejako na tacy, że dany śmiertelnik swoim niezwykłym życiem zasłużył sobie na chwałę niebios i dlatego zalicza go do tego elitarnego grona.

Niejako uderzając w tę nutę wyjątkowości tych, którzy zasługują na chwałę ołtarza, w nas szeregowych zjadaczach chleba powszeniego utrwalono w ten sposób przkonanie, że to jest dla większości nieosiągalny próg przyjaźni z Odwiecznym i dlatego często słyszy się głosy wierzących, że bliżej im do dnia drugiego listopada, kiedy to Kościół wspomina wszystkich zmarłych.

-”Ja nie mam wśród swoich zmarłych żadnego świętego i sama nie liczę na to, że kiedyś po śmierci załapię się na to, aby świętować pierwszego listopada...” Tak ostatnio stwierdziła jedna z kobiet w trakcie rozmowy o dniu Wszystkich Świętych.

A Chrysus zapewnił nas, że w domu Ojca jest mieszkań wiele (J14) i są przeznaczone dla wszystkich tych, którzy pragną swoim życiem zasłużyć na jedność z Nim i Ojcem.

Może warto przy okazji odwiedzin naszych bliskich, którzy przeszli już próg poznania Boga twarzą w twarz, nie tylko pielęgnować pamięc ich przeszłego życia, ale za każdym razem ożywiać nadzieję, że kiedyś i dla nas Bóg wystosuje indywidualne zaproszenie do wiecznej przyjaźni ze sobą.

Potrzeba tylko pielęgnować w sobie pragnienie bycia dobrym, uczciwym człowiekiem; a to jest już próg świętości.

Kryspin

środa, 11 grudnia 2024

 

Czy Kościół skrywa przed nami tajemnice?

-”Proszę mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Kościół tak skrzętnie utajnił niewygodne dla jego doktryny fakty z początku chrześcijaństwa i nie zaakceptował niczego ponad relację czterech Ewangelistów, kiedy w obiegu było kilka przekazów noszących miano Ewangelii?

Można przy tej okazji wspomnieć chociażby świadectwo Judasza, czy teksty przypisywane Merii Magdalenie, która także popełniła swój przekaz o roli Chrystusa realizującego zamierzenia Ojca.”

Oczywiście nie myli się mój mailowy rozmówca przytaczając te artefakty z początku Kościoła i tenże wcale nie neguje, że one powstały, ale?

Bardzo długo Ojcowie Kościoła prowadzili dysputy pragnąc w jak najdoskonalszy sposób dopiąć listę ksiąg Nowego Testamentu i zabrało im to prawie cztery wieki, bo ostateczny kształt tegoż przekazu został zatwierdzony dopiero pod koniec wieku czwartego, kiedy to Ojcowie Soborowi zatwierdzili jako pisma objawione cztery przekazy świadków początku Kościoła: Ewangelię wg św. Mateusza, wg św, Jana, wg św. Łukasza i św. Marka.

Pozostałe spisane świadectwa uznano za dzieła apokryficzne, powstałe bez asystencji Ducha Świętego i w konsekwencji będące świadectwami tylko dotykającymi istoty teologicznego przekazu.

Nie jest uprawniona więc teza, że Kościół utajnił te artefakty, czego dowodem jest chociażby to, że z ich treścią możemy się zapoznawać także obecnie.

Inną rzeczą jest to, iż przez stulecia te niekanoniczne przekazy stawały się modnymi źródłami dla żądnych sensacyjnych teorii badaczy inspirujących powstawanie mniej lub bardziej prężnych odłamów religinych forsujących swoją wizję początku , zbawczego planu, który realiował założyciel wspólnoty chreścijańkiej, czyli sam Chrystus.

Osobnym fenomenem apokryficznych artefaktów zaowocował wiek XX,kiedy te teksty stały się natchnieniem dla zręcznych litertów, którzy puszczając wodzę fantazji popełnili na ich kanwie książki, w których wykorzytali ewangelie apokryficzne.

Ks. Masliński, filozof historii chreścijaństwa i literat zarazem, opublikowqł swego czasu książkę „Świadkowie Jezusa” w której opisał trgiczny los Judasza, jednego z bardziej zaufanych uczniów Mistrza, który zdradził nie dla garści srebrników, ale po to, aby sprowokować Jezusa do działania.

Po pocałunku w Getsemani tenże miał ukazać swoją potęgę wobec prześladowców i rozpoczać zwycięski marsz Króla Żydowskiego.

Wszytsko jednak poszło nie tak i dlatego Judasz w rozpaczy targnął się na swoje życie.

Trudno w tej historii nie zauważyć zbieżnych z ewangelią tego tragicznego ucznia, w której on sam przedstawiany jest jako lojalny towarzysz Mistrza, który dokonał aktu zdrady w uzgodnieniu ze Zbawicielem, aby ten na krzyżu mógł dokonać swojej misji.

W podobnym tonie należy odbierać dzieła Dana Browna, który w swoich książkach miedzy innymi bohaterką uczynił Marię Magdalenę, jako najbliższą towarzyszkę Chrystusa, której on sam powierzył największe tajemnice swojego boskiego planu.

Z pewnością pierwowzorem dla amerykańskiego literata była ewangelia Marii Magdaleny przez Ojców Kościoła pierwszych wieków zaliczona do apokryfow i nic ponad to.

Trzeba przyznać, że twórczość tego autora, który zgrabnie miesza prawdy z historii Koscioła ze swoimi wizjami literackimi, zasiała wiele zamentu w głowach czytelników, którzy po zapoznaniu się z sensacyjnymi przeżyciami głównego bohatera Roberta Langdona, badacza prehistorii tej instytucji, często mówili, że coś w tym musi być.

Wiara chrześcijańka opiera się na dwóch filarach: Prawdach objawionych spisanych w księgach Starego i Nowego Testamentu, oraz tradycji opartej na mądrości zbiorowej rzeszy tych, którzy na przestrzeni ostatnich 16 wieków swoje dociekania oparli na ścisłej współpracy z Duchem Świętym i nam pozostawili jako depozyt i gwarancję prawdy.

Pewnie jeszcze nie raz będziemy raczeni „rewelacjami” różnych znawców spiskowych teorii, ale zawsze w tyle głowy winniśmy mieć poczucie pokory wobec tajemnicy, bo takowym jest przekraczający percepcję ludzkiego zrozumienia plan Boga wobec nas wszytskich.

Kryspin

poniedziałek, 2 grudnia 2024

 

Ora et labora

Od zarania Kościoła obok wspólnoty zwyczajnych wyznawców Chrystusowego przesłania o celu człowieka dalece wykraczającym poza doczesność, pojawili się ci, którzy pragnęli w sposób bardziej dosłowny realizować jego drogę porzycając wszystko to, co w normalnym świecie mogłoby rozpraszać ich pragnienie świętości i zdecydowali się na obranie życiowej drogi później nazwanej mnisią (monos-sam jeden, pojedynczy)

Tak właściwie to u zarania tego ruchu poszukiwania samodzielnej doskonałości można by uznać za pierwszego tego, o którym Ewangelie wprost mówią, że narodził się by wytyczać drogę temu, który po nim się pojawił-Janowi Chrzcicielowi.

To on wiódł żywot samotnika zatopionego w misji mu zleconej przez Stwórcę.

W późniejszych wiekach ten ruch osobistego doskonalenia obrało jeszcze wielu czujących potrzebę bliskości z Chrystusem poprzez naśladowanie jego życia, i tak rozwinęła się idea pojedynczego, eremickiego, mnisiego egzystowania.

Wiek VI (rok 529) to kolejny etap rozwoju idei poszukiwania doskonałości, kiedy to Benedykt z Nursji, przy akceptacji watykańskich zwierzchników, powołał do życia pierwszą w dziejach Kościoła wspólnotę mnichów, która po dziś dzień istnieje pod nazwą Zakonu Benedyktynów.

Ojciec założyciel stworzył regułę, na której miały się wzorować następne pokolenia zakonników.

-”Ora et labora” te krótkie motto (módl się i pracój) wypełniało wszystkie zasady, jakimi mieli się kierować zakonni bracia, i to pozostało jako kanon tej wspólnoty po dziś dzień.

Na tej maksymie swoje reguły formowały w następnych stuleciach kolejne wspólnoty gromadzące tych, którzy także zamierzali realizować drogę Chrystusa: być ubogimi jak On, posłusznymi Ojcu w realizacji stawianych zadań i codziennie realizować drogę świętości w jedności z założycielem Kościoła.

Zupełnym zaprzeczeniem tej pierwotnej idei, w której realizowano zasadę, że droga do świętości prowadzi przez pokorę, stało się późne średniowiecze, kiedy na mapie Kościoła pojawiły się zakony mieczowe.

Templariusze i mnisi spod czarnego krzyża, uważający, że Chrystus potrzebuje siły, aby chronić ideę wiary, dopuszczali się zbrodni po dziś dzień będących gorzkim doświadczeniem tego, czym Kościół nigdy nie powinien być.

Pokłosiem, tego siłowego krzewienia Jego schedy stały się późniejsze ekscesy konkwistadorów uważających, że przemocą można krzewić ideę miłości.

Kończąc drogę przez monastyczną historię Kościoła nie sposób pominąć dwóch prawie nam współczesnych ruchów mających na celu tworzenie awangardy wiary w Kościelnej rzeczywistości.

W 1928 roku w Madrycie Josemaria Escrivty de Balagner powołał do życia organizację „Opus Dei” mającą na celu szerzenie w świecie wezwania do świętości poprzez pracę, rodzinę i aktywność społeczną.

Można by powiedzieć, że to bardzo szczytne idee badzo zbieżne z zawołaniem Bendyktynów i to pewnie zaowocowało gigantycznym sukcesem tego stowarzyszenia działającego obecnie w 68 krajach świata, ale?

No właśnie, to ale kładzie się cieniem na tym ruchu i nie chodzi tylko o nimb tajemniczości roztaczany wokół członków, ale i o poczucie wyższości jakim karmi się uczestniczących w nim.

Nie mniej kontrowersyjnym gremium są „Legiony Chrystusa” Marciala Degollado gromadzacy księży i kleryków, aby doskonalili się w służbie Bogu i ludziom.

Trudno uwierzyć w szczerość tych założeń, jeżeli ich założyciel okazał się pedofilską bestią i przekreślił tym samym wszysto to co głosił.

Róznymi drogami zmierzamy do celu jakim jest Zbawienie i nikt nie wymaga od nas byśmy wszyscy stali się mnichami na tej drodze, ale warto mieć z tyłu głowy przesłanie Bendykta z Nrsji, że w tej wyprawie modlitwa i praca przyprawione pokorą, to pewność, że na jej końcu spotkamy Tego, który czeka z nagrodą za wierność.

Kryspin

poniedziałek, 25 listopada 2024

 

Edukacja religijna wcale nie jest zbędna.

Dzisiaj zaczynamy korespondencją nadesłasną przez czytelnika:

-”Dla nikogo nie jest tajemnicą, że to Zachód narzucił nam chrześcijaństwo.

Śmiem twierdzić, że nie zna Pan historii Polski i okoliczności w jakich „szerzono wiarę”.

Może i jest Pan księdzem w cywilu, ale ciągle występuje Pan w obronie chciewego kleru. Chciwego władzy, pieniędzy i wpływu na wychowanie młodego pokolenia.

Przeżyłem 75 lat, byłem nauczycielem, nie ochrzczono mnie i nie potrzebowałem w życiu religijnej busoli i nie poruszałem się jak we mgle. Takich jak ja jest więcej i uważamy że edukacja religijna jest zbędna i wielce szkodliwa.

Najważniejsza jest Nauka. Życzę Panu, żeby jej Pan doświadczył.”

No i mi się dostało, niemniej uważając, że każdy ma prawo do swojego zdania i nic mi do tego, to jednak muszę odnieść się do tej treści.

Ten czytelnik „Księdza w cywilu”jasno wyraził swoją dezaprobatę w kwestii religijnej edukacji i ja szanuję ten pogląd, jednak trudno mi się oprzeć wrażeniu, że w swoim radykalnym stanowisku zachowuje się podobnie do zwierzaka, który normalnie zdaje się być życiowym kanapowcem, ale w chwili poczucia zagrożenia przyjmuje postawę obronną i warczeniem ostrzega, że będzie gotowy pokąsać każdego, kto by zamierzał naruszyć jego poczucie bezpieczeństwa.

Chciałbym odnieść się także do kwestii wykonywanego przez Pana zawodu nauczyciela, czyli osoby odpowiedzialnej za niesienie przed wychowankami kaganka wiedzy i tu trochę mi smutno, że przekreśla Pan potrzeby tych wszystkich, którym zależy na edukacji w kwestiach przyszłości przekraczającej ramy empirii, którą Pan jako jedyną ustawił na piedestale Nauki.

Kiedy już poruszamy sprawę edukacji młodzieży to pozwolę sobie na mój prywatny osąd na temat zapowiadanych zmian będących realizacją wyborczych obietnic obecnie rządzących.

Na pierwszy plan wybijają się założenia „odchudzenia”minimum programowego, czyli uwolnienie naszych pociech od wkuwania zaśmiecających ich szare komurki treści zupełnie zbędnych dla ich rowoju.

Jeżeli do tego dołożyć wolność od prac domowych, to mamy obraz „szczęśliwej, bezstresowej edukacji”.

Aby dopełnić wizerunku przyjaznej szkoły, wystarczy jeszcze tylko usunąć nudne i nieistotne przedmioty (na przykład lekcje religii) i zastąpić je niewątpliwie potrzebnymi zajęciami ćwiczącymi ciała młodych, to i mamy gotowy pomysł na wychowanie młodych według „uśmiechniętej zmiany.”

Pewnie to wszytsko byłoby pięknym snem, gdyby nie okrutny świat pędzący do przodu także w kwestiach edukacji i póki co nasze lokalne dokonania nie napawają otymizmem, kiedy w rankingu wyższych uczelni w skali globalnej trudno szukać naszych rodzimych Uniwersytetów choćby w pierwszej pięćsetce, to przy obniżaniu progów zdobywanej wiedzy w niedalekiej przyszłości i pozycja w okolicach tysiąca w ramach tegoż rankingu będzie li tylko marzeniem.

-...”Edukacja religijna jest zbędna i szkodliwa...”

W te słowa zdają się wpisywać włodarze resortu Edukacji i podobnie jak emerytowany nauczyciel z listu, zachowują się w stylu agresywnego poczuciem zagrożenia zwierzaka i może dlatego głos Episkopatu w kwestii religii w szkołach nazywają histerycznym bełkotem o kasę.

Argument, że młodzież ma krytyczny stosunek do religijnej edukacji jest umiejętnie podsycany kolejnymi działaniami tegoż resortu, a ja się pytam, co z innymi przedmiotami: matematyką, biologią, fizyką, przecież i one nie cieszą się miłością ucznów?

Jakoś nikomu, i na całe szczęście, nie przychodzi do głowy pomysł, aby i ze zdobywania wiedzy z tych przdmiotów uwolnić naszych milusińskich.

Często odwołujemy się do liberalnego Zachodu, także w kwestii edykacji i może warto by było zauważyć, że tam nikt nie prowadzi takiej antyreligijnej kampanii, z jaką mamy do czynienia obecnie u nas.

Nauka dziesięciu przykazań, które są istotą religijnego nauczania, póki co nikomu nie zaszkodziła, a jej zanegowanie w historii wyrządziło już wiele zła.

Kryspin

poniedziałek, 18 listopada 2024

 

Złoty cielec

Minęło już sporo czasu od chwili, kiedy Mojżesz przekonał swoich ziomków spod znaku Izraela, że ich czas niewoli w Egipcie dobiegał końca i przyszła najwyższa pora by zerwać kajdany niewoli, aby przerwać to, co prowdziło ich niechybnie do fizycznego unicestwienia.

Lata spędzone na pustyni, kiedy starali się uniknąć egipskich rydwanłów, skutkowały poczuciem zniecierpliwienia, czego wyrazem były coraz głośniejsze słowa krytyki wobec tego, który obiecując im wolność, teraz prowadził ich w niewiadomą.

Mojżesz nie zwracając uwagi na narastające niezadowolenie swoich rodaków nagle zdecydował się ich opuścić, aby udać się na górę Synaj (niekiedy nazywaną górą Mojżesza), gdzie miał się spotkać z tym, który go wcześniej zaispirował do działania w kwestii uwolnienia synów Izraela z egipskiej niewoli.

Nie potrzeba było wiele czasu, aby ufność temu, który zaraził ich pragnieniem wolności, wyparowała jak poranna mgła i czując się zawiedzionymi, postanowili wypełnić pustkę opuszczenia czyniąc sobie posąg złotego cielca, któremu zamierzali oddawać boską cześć.

Płytka wiara zrodziła potrzebę oddawania czci bożkowi uczynionemu przez nich samych, ale zaraz potem dane im było przeżyć szok w konfrontacji z Boskim poleceniem przekazanym im w dziesięciu przykazaniach, gdzie Bóg zarezerwował dla siebie prawo bycia jedynym przeznaczeniem człowieka, o czym stanowiło pierwsze z jego poleceń:

-”Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.”

Dla pustynnych uciekinierów z egipskiej niewoli to przykazanie sytało się wyrzutem ich niedojrzałej wiary i poskutkowało drastyczną karą, bo w efekcie nie dane im było dożyć chwili, kiedy mogliby doświadczyć uroków ziemi obiecanej.

Od tego czasu minęło bardzo wiele stuleci, odeszły w historię kolejne pokolenia tych, których przeznaczeniem miała być nagroda za wierność, i niestety po wielokroć kolejni wierzący stali się ofiarami swojej płytkiej wiary czyniąc sobie bożków w miejsce, które przecież od zawsze było zarezerwowane dla Niego.

-”Mam 32 dwa lata, żonę i dwoje dzieci i dla nich żyję”- tak zaczął swoje stanowisko w kwestii wagi wiary w jego życiu jeden z uczestników spotkania autorskiego przy okazji promocji mojej książki „Zaufana koloratka”

Po chwili rozwinął swoją wypowiedź:

-”Pracuję w korporacji, gdzie nie mam czasu na dyrdymały związane z moją przyszłością wykraczającą poza tu i teraz.

Pracując 6 dni w tygodniu po 12 godzin na dobę staram się zapewnić moim bliskim dobry standard życia, a niedzielę poświęcam dla nich i niekiedy znajduję chwilę dla siebie, dlatego korzystam z możliwości rozwijania swojej kondycji fizycznej sytematycznie odwiedzając siłownię.

Nie mam więc zwyczajnie sił i czasu na mżonki głoszone podczas niedzielnych spędów w kościołach, ale nie wykluczam że kiedyś i na sprawy wiary przyjdzie stosowny czas, gdy po zrobieniu kariery będę w ciepłych bamboszach zażywał spokoju na emeryturze.”

Złoty cielec ma się dobrze w obecnej rzeczywistości i można by mnożyć przykłady wyznawców tej nowej religii bez Boga, ale w ostatecznym rozrachunku podobnie jak ludzie z piachów egiskiej pustyni, mogą doświadczyć Bożego zniecierpliwienia.

Trochę szkoda, że w niepamięć przechodzą obecnie papierowe wydania prasowych dzienników, bo w nich można było poza wiadomościami przestudiować nekrologi, a w nich między innymi przeczytać o wieku tych, którzy opuścili nasz ziemski padół.

Ta trochę i może makabryczna lektura niejednemu z nas uświadomiłaby, że nie mamy monopolu na długie, szczęśliwe życie, powodując jednocześnie refleksję, że nie warto poświęcać energii na oddawanie czci cielcowi, choćby był ze złota.

W życiu winno się być odpowiedzialnym i rozsądnie ważyć to, co winniśmy czynić jego priorytetami.

Wśród ważnych spraw nie powinno zabraknąć w nas zwyczajnie rozsądku wyboru pomiędzy tym, co tu i teraz, ale i tym co ostatecznie zadecyduje o naszym ostatecznym jutrze.

Kryspin

niedziela, 10 listopada 2024

 

Bóg Honor Ojczyzna

Listopad 1918 roku był dla naszych przodków szczególnym okresem, kiedy po 123 latach zaborów stali się uczestnikami odzyskania przez naszą ojczyznę niepodległości.

Szczęśliwy zbieg historycznych zdarzeń kończących koszmar wielkiej wojny, która odcisnęła piętno na wielu narodach całego świata, dla naszych ojców stał się okazją powrotu na mapy europejskiego porządku w granicach odzyskanej ojczyzny, dlatego tak ważnym dla kolejnych pokoleń stał się 11 listopada z niepodległą Rzeczypspolitą.

Pewnie nie doszłoby do tego odrodzenia, gdyby zabrakło determinacji wyrosłej z tradycji patriotycznej kolejnych pokoleń Polaków, którzy w ciemnych czasach zaborczej niewoli pielęgnowali pamieć o tej, która nigdy nie zginęła w ich sercach, chociaż fizycznie jej nie było od ponad wieku.

Przyglądając się kartom historii nie sposób pominąć zasadniczej roli, jaką w pielęgnowaniu tradycji niepodległej wniósł Kościół, bo to za jego przyczyną światynie w zniewolonej ojczyźnie były ostoją polskości i kiedy zaborcy tempili nawet najdrobniejsze przejawy polskości, jak chociażby zakaz używania w życiu publicznym naszego rodzimego języka, to w świątyniach nieprzerwanie go używano w trakcie śpiewów i modlitw.

Kapłani nie tylko pielęgnowali tradycję polskiej mowy, ale także czynnie wspierali polskie inicjatywy gospodarcze, jak chociażby ks. Wawrzyniak, twórca idei kas zapomogowo- pożyczkowych finansujących nasz rodzimy kapitał w konfrontacji z potężnie dotowanymi przez zaborców firmami niemieckimi.

Niepodleglość odrodzonej Rzeczypospolitej nie trwała jednak długo, bo po dwóch dekadach nastąpił kolejny czas okrutnej próby jakim stała się agrasja hitlerowkich Niemiec w 1939 roku.

Jakby przewidując nadchodzący ciemny okres kolejnej niewoli prezydent Mościcki w 1927 roku dekretem ustanowił zawołanie Honor i Ojczyzna będące odtąd obowiązującym znakiem naszych sił zbrojnych, które zostalo poszerzone w okresie II wojny światowej dekretem Prezydenta Raczkiewicza w 1943 roku o słowo Bóg i od tego czasu na sztandarach naszych sił zbrojnych znalazło się zawołanie: Bóg Honor Ojczyzna, jako nierozłączna całość definiująca polski patriotyzm.

Rok 1945 wcale nie przyniósł naszej ojczyźnie kolejnego odrodzenia, chociaż Rzeczypospolita powróciła z niebytu wojny, ale wszystkim od samego początku było wiadomym, że ten nowy twór niewiele miał wspólnego z niepodległością, o czym wielokrotnie mówił Kardynał Wyszyński stojący na czele powojennego polskiego Kościoła.

On wiedział doskonale, że nowe władze, uzależnione od potężnego mocodawcy ze wschodu będą robiły wszystko, aby uczynić z nas kolejną republikę sowieckiego imperium, a tam nie było miejsca na pielęgnowanie narodowej tradycji, i tylko Kościół stał się zawalidrogą w tytm działaniu, dlatego robiono wszystko, aby go uciszyć.

-”Jeśli przyjdą zniszczyć ten Naród, zaczną od Kościoła, gdyż Kościół jest siłą tego narodu”.

Ta mocna odpowiedź Prymasa na działania ówczesnych władz stała się swoistym ponadczasowym mementum, które pomimo 1989 roku, który przyjmujemy za czas ostatecznego rozbratu z ciemną przeszłością, obecnie zdaje się być nadal aktualnym.

Patrząc dziś na Kościół poobijany kolejnym skandalami, kiedy szerzy się fala laicyzacji i coraz mniej wiernych gromadzą niedzielne, kościelne nabożeństwa, trudno odnaleźć w nim mocarza będącego strażnikiem naszego niepodległego trwania, a jednak.

Dar niepodległości to wielkie szczęście dla narodu, ale on ciągle wymaga pielęgnowania, także i dziś.

Pewnie, że serce rośnie w dniu 11 listopada, kiedy obchody tego święta gromadzą tłumy deklarujących swoje przywiązanie do tradycji Niepodległej, ale to jest niewystarczającym, kiedy w podzielonym politycznie społeczeństwie milcząco aprobuje się zachowania dalekie od szacunku do tradycji i bezkarnie głosi się hasła obśmiewające to , co winno być święte, bo jak inaczej określić prowokację jednej z posłanek, kiedy ogłosiła hasło:-”Bób humus włoszczyzna”

-”Naród który nie szanuje swojej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”- Te słowa marszałka Piłsudskiego są kolejnym mementum dla nas wszystkich.

Kryspin

poniedziałek, 4 listopada 2024

 

Zło dobrem zwyciężąj”

„Zło dobrem zwyciężaj”-od ponad czterdziestu lat to wezwanie było aktualne dla tych, którzy gremialnie uczestniczyli w mszach kapłana Solidarności, księdza Jerzego Popiełuszki.

Od początku, kiedy na naszej scenie pojawił się ten społeczny ruch sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, z jaką przyszło się mierzyć polskim pracownikom, on stał przy nich niosąc im nadzieję, że dobro więcej znaczy aniżeli opresyjność aparatu władzy.

Tak było aż do 1984 roku, kiedy rządzący zdecydowali się uciszyć głos niepokornego kapłana i wysłali przeciwko niemu siepaczy z wydziału IV SB, a ci z gorliwością wykonali powierzone im zadanie i zrobili to w okrutny sposób, o czym świadczyła późniejsza sekcja zwłok zamordowanego pod Toruniem księdza.

„Zło dobrem zwyciężaj”- to przesłanie zostało wtedy okrutnie zdeptane, a odpowiedzialni za to świętowali z nadzieją, że już po wsze czasy będzie tak jak sobie zaplanowali.

Potrzeba było jednak tylku kilku lat, aby rzeczywistość uległa zmianie i to co jeszcze tak niedwano zdawało się być tylko iluzorycznym pragnieniem, zatriumfowało zwycięstwem dobra nad siłami ciemności.

Przeglądając karty historii, nawet cofając się do odległych nam czasów, widzimy, że wiele razy ludzkość była w takich okowach doświadczania zła, które ówczesnym satrapom zdawało się być gwarantem ich władzy na wieczne czasy; ale zawsze po nocy szalejącego zła przychodziła chwila mocy slońca dobra, która obracała w pył zapomnienia dotychczasowych ciemiężycieli.

Tak było w przypadku prześladowań chrześcijan, kiedy rzymscy władcy swoją nienawiść okraszali chucznymi igrzyskami, w trakcie których obywatelom zapewniano atrakcje mordowania innowierców na cyrkowych arenach, i nic to, że często te spektakle miały zastępować chleb, którego zwyczajnie brakowało, ale przecież mieli rozrywkę zaspakającą im sterowaną przez rządzących nienawiść.

Na szczęście już zdają się być za nami doświadczenia zła z antycznych aren, ale póki co światem nam bardziej bliskim historycznie wielokrotnie przewodzili „wizjonerzy zła”, rojący w swoich chorych umysłach pragnienia, aby ich filozofia na trwałe i do końca uśmierciła dobro.

Idee faszystowskich Niemiec z arcykałanem ciemności jakim był kancelrz III Rzeszy Adolf Hitler, czy ojciec narodu w komunistycznej Rosji Sowieckiej Józef Stalin, to najbardziej drastyczne obrazy zła walczącego z dobrem.

Jeżeli jednak próbowalibyśmy odnieść się do czasu teraźniejszego, to przcież od dwóch lat jesteśmy świadkami kolejnego spektasklu nienawiści jakim jest zbrojna agresja za naszą wschodnią granicą, i tu także rozgrywa się walka dobra ze złem.

Aby ludzie byli szczęśliwymi, nie potrzebują wiele, bo choć mamy w sobie pokłady ciemnych skłonności, to natura uczyniła nas otwartymi na dobro i poptrzeba tylko umieć mu torować drogę w naszym życiu.

Wyświechtane nieco okrerślenie mówi, że aby świat był jasny w swym obrazie , potrzeba tylko dwóch rzeczy: aby prawo zawsze prawo znaczyło, a sprawiedliwość sprwiedliwość, tylko tyle i aż tyle, aby nie otwierać drzwi przed złem, które karmi się brakiem poszanowania prawa i za nic ma dobro drugiego człowieka jakie wyznacza sprawiedliwość.

Kapelan Solidarności w czasie liturgii nawoływał zabranych, aby jednoczuli się w walce o dobro, co bardzo bolało tych, którzy zamierzali budować swoją potęgę władzy na podziałach i rewanżyźmie.

Po ludzku wtedy przegrał, ale po latach jego głos nadal mocno wybrzmiewa i jest ciągle swoistym memntrum:„Zło dobrem zwyciężaj”

W tym apelu nie ma miejsca na chęć zemsty i rozliczeń z przciwnikami, co niestety staje się rzeczywistością naszej obecnej sceny politycznej, która próbuje budowac przyszłość na kwasie politycznych podziałów.

Dobro jednoczy nawet zwaśnionych, zło zawsze dzieli, ale w historycznym rozrachunku jest skazane na przegraną.

Kryspin

poniedziałek, 28 października 2024

 

Dobry trener jest ojcem zwycięstwa w zawodach.

Jestem z pokolenia, które miało jeszcze szczęście przeżywać piękne chwile kibicując naszej repreznetacji w piłce nożnej, kiedy była jedną z potęg w tej dziedzinie sportu.

No ale to było już bardzo dawno temu i dla młodych fanów tej dyscypliny zdaje się być czymś nierealnie odległym.

Mizeria naszego futbolu nie dotyka tylko reprezentacji z orzełkiem na piersiach, bo „dzielnie” ją wspomagają nasze ligowe kluby, które także szorują po ogonach europejskich zmagań i tylko pozostaje pytanie bez odpowiedzi: jak to możliwe, że w czterdziestomilionowym kraju, gdzie na trybuny walą tłumy kibiców, a miliony zasiadają przed telewizorami licząc na to, że może właśnie teraz stanie się cud i nasi pokażą się z jak najlepszej strony, efekt pozostaje ten sam i zmaganie kończy się kolejną przegraną naszych pupili?

Gdzie więc szukać przyczyny takiego stanu rzeczy?

Czy jako naród jesteśmy tak mało uzdolnieni, że lanie sprawiają nam wszyscy, nawet z tych zaściankowych stron?

Gdyby tak było, to przecież nikt z dużych klubów europejskich nie traciłby czasu, aby na naszych ligowych boiskach szukać diamentów, które potem szlifowane w ich drużynach okazują się drogocennymi brylantami i robią spektakularną karierę.

W poważnym sporcie wyczynowym bardzo ważną rolę odgrywają sztaby szkoleniowe z trenerami, którzy swoją charyzmą i wiedzą potrafią zarażać swoich podopiecznych do rozwijania talentu, i tu rodzi się gorzka refleksja.

Nam brakuje tych dobrych mentorów, a zmiany na stanowiskach selekcjonerów naszych drużyn przypominają mieszanie zupy w tyglu, kiedy nie zmienia się składników, a tylko dokonuje się roszad na zasadzie: nie sprawdziłeś się w tej drużynie, to ciebie zwalniamy, ale zaraz dostajesz posadę w innej drużynie, jakby to miał być sposób na poprawę smaku tego dania jakim winna być poprawa gry nowych podopiecznych.

Niektórzy diagnozujący opłakany stan naszego wyczynowego sportu sięgają głębiej uważając, że za zapaścią w tej dziedzinie stoi niski poziom usportowienia naszych milusińskich, którzy już od dziciństwa kombinują jak się wybronić od fizycznej aktywności chociażby na lekcjach wf i zamiast sportowych strojów noszą ze sobą zwolnienia od tych zajęć.

Może i jest w tym ziarno prawdy, bo gołym okiem widać jak nasze społeczeństwo od wczesnej młodości staje się wygodne w pielęgnowaniu nicnierobienia także w kwstii swojego zdrowia, które jest wprost proporcjonalne do otwartości na aktywność fizyczną.

Podobnie sprawa się ma w kwestii kondycji wiary w naszym społeczeństwie.

Kiedyś, jeszcze nie tak dawno temu byliśmy narodem będącym wzorem dla innych, bo chciało nam się być sprawnymi w wierze, ale uszło gdzieś to powietrze naszego bycia autentycznymi w kwestiach związanych z Bogiem, a w zamian za to przyjęliśmy postawę wygodnego nic nie robienia niczym te dzieciaki, które zamieniły sportowe stroje na zaświadczenia zwalniające je od koniecznego do życia wysiłku.

Ludzkie życie przypomina udział w sportowych zawodach, co już trafnie zauważył św. Paweł, kiedy pisał do Tymoteusza, że brał udział w dobrych zawodach, które ukończył, a na mecie zasłużył na nagrodę.

Jako ludzie wiarzacy także w takich zawodach uczestniczymy i od naszego zaangażowania uzależniony jest finalny wieniec dla zwyciężców.

Dodatkowo na naszej drodze Kościół stawia opiekunów zmagań, swoistych trenerów naszych wysiłków, kałanów, i tu mój gorący apel do tego całego sztabu szkoleniowego, jakim są nasi hierachowie, aby z rozwagą ustanawiali trenerów naszych poczynań mając na względzie odpowiedzialność wobec oczekiwań ich podopiecznych.

Tylko ludzie świadomi wagi swojego powołania, obdarzeni charyzmą i wiedzą na temat potrzeb powierzonych ich opiece wiernych, mogą być współautorami sukcesów na tej jedynej w swoim rodzaju arenie.

Kryspin

niedziela, 20 października 2024

 

Dobry spowiednik to trener naszego sukcesu.

Sakrament pojednania, czyli jeden z siedmiu sakramentów mających prostować drogi wiernym ku przyjaźni z Odwiecznym, w ostatnim czasie popadł w spiralę kryzysu i obok sakrametu małżeństwa stał się dalece dołującym, bo wierni zaczynają je oba omijać szerokim łukiem.

Co prawda Kościół próbuje dyscyplinować wiernych w tej kwestii, bo już maluchy chcący przystąpić do Pierwszej komunii obligo muszą ją poprzedzić spowiedzią, a i później kiedy wkraczają w próg dorosłości, łapią się na wymogi przykazania kościelnego stawiającego nakaz spowiedzi co najmniej raz do roku, by w okresie wielkanocnym zaliczyć komunię świętą, to jednak już nie skutkuje.

Kolejnym przypomnieniem o konieczności spowiedzi jest wymóg, że katolik pragnący przed Bogiem złożyć przysięgę małżeńską powinien powołać na świadka uroczytości zaślubin odpowiednią osobę, czyli katolika cieszącego się brakiem przeszkód do wypełnienia tej zaszczytnej funkcji, którą potwierdzi, a jakże - spowiedzią.

No i tak dochodzimy do ściany braku potrzeby sakramentu pojednania w naszym życiu, a szkoda, bo przecież każdy z nas będących pielgrzymami do domu Ojca winien być świadomym, że tylko w stanie łaski uświęcającej stajemy się godnymi wiecznej przyjaźni z Bogiem.

Tę swiadomość mieli wielcy mistycy minionych wieków, którzy jak wspominają ich hagiografowie, niemal codziennie korzystali z tego sakramentu uznając ważność roli spowiedników jako duchowych kierowników na drodze do świętości.

Niejdnokrotnie spotkałem się z opiniami wiernych, że unikają spowiedzi, bo zwyczajnie nie czują potrzeby kolejny raz wyliczać przed księdzem katalogu swoich grzechów, kiedy po drugiej stronie konfesjnału siedzi ktoś, kto może ma więcej za uszami niż oni sami, i może jest w tym ziarno prawdy, ale i cały wór niezrozumienia istoty tego sakramentu.

Ostatnio miałem okazję zapoznać się z czymś w rodzaju ściągi, którą władze kościelne przygotowały dla tych, którzy już od wielu lat nie korzystali z sakramentu pojednania, i przeżyłem szok.

Oprócz formułek wprowadzających delikwenta w procedurę poprawnego rozpoczęcia tego sakramentu, większość sugestii co do rodzaju ludzkich przwinień dotyczyła spraw intymnych: ile razy, z kim, w jaki sposób i wiele innych pytań dotyczących spraw łóżkowych jakby tylko kwestie 6 przykazania były ważnymi.

W tym kontekście trudno się dziwić, że wielu wiernych czuje się zniesmaczonymi i odchodzi z konfesjonału z poczuciem, że dla Kościoła tylko to jest ważne.

Trudno się więc nie zgodzić ze zdaniem jednej z kobiet, która stwiedziła wprost, że nie potrzebuje tego, aby ksiądz dawał jej rady na temat pożycia intymnego, bo ona sama jest świadoma czym jest rodzicielstwo i odpowiedzialność w kwestiach seksualnych.

Bóg dał ludziom Dziesięć Przykazań jako punkty odniesienia do tego co wyznacza ramy naszego postępowiania, aby wypełniać Jego oczekiwania względem nas.

Pierwszym elementem dobrej spowiedzi winien być rachunek sumienia i będzie on dobrym, kiedy oprzemy go o treść 10 Przykazań, bo każde z nich jest tak samo ważne dla należytego rozliczenia naszego postępowania, i tego wienien uczyć Kościół pomagając nam w tym rozrachunku naszych zysków i strat.

Kryzys Skaramntu Pokuty to także sprawa kapłanów, którzy winni być przyjaznymi trenerami naszych dusz i kłaść nacisk nie tylko na to, co stało się porażką dobra w nas, bo wtedy wcielają się w rolę prokurtorów i sędziów ferujących wyroki, a tego nikt nie lubi.

Spotkanie w konfesjonale winno inspirować do pragnienia poprawy i powodować radość wolności od tego, co w nas do tej pory było złem, i tu kolejna ważna rola dla kapłana, który winien życzliwie podprowadzać spowiadanego ku temu czwartemu warunkowi dobrej spowiedzi, i nie chodzi tu o to, żeby zapewniał, iż już więcej nie upadnie, bo to byłaby nieszczere, ale popracuje nad jedną z niedoskonałości, która do tej pory była dla niego piętą achillesową.

Może warto więc prosić Boga o to, by na nszej drodze stawiał mądrych kapłanów, kierowników naszych dusz, bo każdy potrzebuje dobrego trenera na drodze do wiecznego sukcesu.

Kryspin

wtorek, 15 października 2024

 

Każdy jest pielgrzymem na drodze życia

Miesiąc sierpień jest dla Polaków czasem pamięci zbrojnego zrywu młodych mieszkańców Warszawy, którzy w 1944 roku stawili opór okupantowi realizującemu zbrodniczy plan eksterminacji podbitego narodu.

Kilkunastoletni chłopcy przez 63 dni składali na ołtarzu ojczyzny najcenniejszy dar, jakim było ich młode życie i nie wahali się oddać jego w imię zachowania godności.

Od tego czasu minęło już wiele lat i teraz nikt nie wymaga takiego heroizmu ze strony tych , którzy tworzą nadzieję przyszłości, ale życie nieustannie wymaga opowiedzenia się każdego z nas po stronie wartości, lub ich braku.

Miesiąc sierpień to także od ponad 300 lat czas masowych pielgrzymek zmierzających z najodleglejszych stron naszej ojczyzny na Jasną Górę, aby tam w cieniu obrazu Najświętszej Panienki składać osobiste intencji pielgrzymiego trudu.

U zarania tego ruchu historia postawiła przed uczestnikami istotne wyzwania.

Na początku było to pielgrzymowanie z pragnieniem powrotu niepodległej na mapy świata, a kiedy kolejny raz doświaczaliśmy zagrożenia naszego istenienia, uczestnicy podejmowali drogę w interncji przetrwania kolejnych mroków zniewolenia.

Kiedy dzisiaj przyglądamy się uczestnikom sierpniowych rekolekcji w drodze, ich świadomość ukazuje nam osobisty cel tego poświęcenia, o czym świadczą relacje pytanych:

-”Idę, aby poprzez trud kolejnych kilometrów prostować swoje osobiste relacje z Bogiem”- krótko odpowiedziała młoda dziewczyna z uśmiechem traktując oczywiste dla nie pytanie.

-”Mnie potrzeba resetu wobec życia przeładowanego wyścigiem szczurów w moim codziennym zabieganiu, kiedy pracując w korporacji zatracam w sobie poczucie tego, co w istocie winno być najważniejszym.”- dodaje inny mężczyzna, któremu codzienność trudów życia w nienaturalny sposób przypruszyła siwizną młode jeszcze oblicze.

Tak można by mnożyć świadectwa potrzeby uczestnictwa w pielgrzymkowym marszu, bo ilu uczestników, tyle osobistych powodów tej jedynej w swoim rodzaju drogi.

Około 3500000 pielgrzymów z ponad 2000 organizowanych grup pątniczych to z pewnością pozytywny obraz religijnej kondycji naszego społeczeństwa, ale gdzie jawi się plaster miodu, tam i łyżka dziekciu się pojawia.

Takim gorzkim elementem w tym tyglu religijnej historii są póki co pojedyncze manifestacyjne zachowania antykościelne, jak chociażby ostatni wywiad ze znanym jutuberem, który przy okazji swojego aktu apostazji przewidywał, że Kościół jest w okresie schyłkowym, bo wielu, zwłaszcza młodych, podęża jego drogą.

Madialny celebryta zapomniał jednak o tym, że może mówić tylko o osobistym kryzysie wiary i pewnie dlatego czuł się rozczarowany tym, że ksiądz tak sokojnie zaakceptował jego wybór.

W podobnej sytuacji stawiają się jemu podobni oznajmiający swoją dorosłość w wyborze lub negacji drogi wiary w okresie, kiedy dopiero co poczymili rozbrat z beztroską dzieciństwa i często pod presją innych nastolatków oznajmiają, że Bóg im już nie jest potrzebny, a wiara mogłaby tylko zaszkodzić ich wolności w dorosłym życiu.

To jednak, co można zrozumieć jako bunt młodości, to jednak trudno zaakceptować taki pogląd, kiedy feruje go osoba biorąca odpowiedzialność za kształtowanie postaw młodzieży pobierającej naukę, aby w przyszłości móc mierzyć się z wyzwaniami stawianymi przed nimi przez życie nie znoszące kompromisów.

Pani Minister (Ministra jeżeli ktoś tak woli) resortu Edukacji od samego początku prowadzi krucjatę wyrugowania nauki religii ze szkół uważając ją za zbędny balast i niepotrzebne zaśmiecanie umysłów młodzieży bzdurami z pogranicza baśni i mitów, kiedy w przyszłości będą musieli stawiać czoła wyzwaniom zgoła odmiennym od spraw traktujących o przyszłości dalece odbiegającej od tego co tu i teraz.

-”Mnie potrzeba resetu od życia przeładowanego wyścigiem szczurów....”

Może więc prostowanie drogi ku temu, który daje sens życiwym wyborom, to nie jest taki niepotrzebny balast .

Kryspin

piątek, 11 października 2024

 

Potężna broń małych koralików

W naszej telewizji od pewnego czasu emitowane są seriale pochodzące z Turcji.

Śledząc losy bohaterów tych telenowel możemy przybliżyć sobie ich kulturę, poznać mentalność ludzi islamu, normalne relacje i zachowania często odległe naszemu pojmowaniu świata.

Przyglądając się nieco i monotonnej akcji nie sposób pominąć ich religijnego odbioru codzienności, kiedy przy każdej okazji odwołują się do Allaha, czyniąc go obecnym w mniej lub bardziej istotnych sprawach.

Obserwując bohaterów tych telewizyjnych produkcji nie sposób nie zauważyć, że jednym z ważniejszych rekwizytów towarzyszących im prawie nieustannie są modlitewne paciorki przesuwane w dłoniach.

W tłumaczeniu określa się je mianem różańców, co nie do końca jest słusznym, gdyż w religii islamu takie określenie nie istnieje, a zamiast tego wierni używają nazwy: tesbih, co w prosty sposób przekłada się na dookreślenie sabaha - uwielbienie Boga.

Rzeczywiście muzułmanie używają tych modlitewnych paciorków, aby zamanifestować swoją wiarę i czynią to przy każdej nadarzającej się okazji, co można zaobserwować chociażby w trakcie wakacyjnych pobytów w tej części świata, kiedy to nawet w miejscowych przybytkach, gdzie zbierają się mężczyźni na tradycyjną herbatkę czy palenie sziszy, najczęściej w ręku dzierżą sznur kolorowych koralików.

Tesbih to modlitwa uwielbienia, którą wyraza się cześć dla Stwórcy najczęściej powtarzając słowa: Chwała niech będzie Bogu, co ma uświadamiać odmawiającemu, że Bóg jest obecny w świecie i przypomina o wadze Jego prawa w życiu każdego muzułmanina.

Już jutro wkroczymy w kolejny miesiąc roku kalendarzowego i powitamy październik.

Od końca XII wielu za sprawą św. Dominika, którego Kościół uważą za ojca modlitwy różańcowej, będziemy mogli uczestniczyć w tej jedynej w swoim rodzaju paraliturgii, gdyż to właśnie ten miesiąc ustanowiono jako szczególnie przeznaczony na tę formę manifestowania swojego zawierzenia Bogu przez pośrednistwo Maryi.

Z różańcem zdajemy się być zaprzyjaźnieni, bo przecież jest on jednym zrekwizytów w które wyposażamy naszych milusińskich w dniu ich pierwszej komunii, a poźniej, kiedy dane jest nam być dumnymi użytkownikami szos, często wieszamy go przy lusterku przednim naszego samochodu, bo obok św. Krzystofa, patrona kierowców, był kolejnym amuletem bezpieczeństwa naszej podróży.

Później już nieco dłuższa przerwa w naszej „pobożności” i kiedy mają zamknąć poraz ostatni wieko trumny, spieszymy w martwe co prawda już dłonie naszego bliskiego wcisnąć ten rekwizyt naszego zawierzenia.

To jednak pewnie trochę mało zważywszy na moc jaka drzemie w tym modlitewnym paciorku i nie chodzi tu o żądną magię.

Św. Ojciec Pio, największy mistyk XX wieku zachęcając do modlitwy różańcowej otwarcie mówił, że : „Jest ona potężną bronią w walce z szatanem, by go zwyciężyć, pokonywać swoje pokusy, zobaczyć serce Boga i otrzymywać łaski od Matki Bożej”.

Ten święty wizjoner powtórzył Jej apel, który na początku minionego stulecia osobiście skierowała do dzieciaków z fatimskiej wioski, namawiając je do systematycznego odmawiania różańca, co miałoby uchronić świat przed widmen zagłady szykowanej przez siły ciemności.

O sile i znaczeniu tych modlitewnych koralików przkonywali się więźniowie obozowych kaźni, gdzie nie było miejsca na nadzieję, a jednak i tam z zasuszonych drobin chleba tworzyli te rekwizyty zawierzenia, że ich los nie do końa był przegrany i po latach wspominają, że dzięki modlitwie różańcowej przetrwali.

Może więc warto znaleźć w tym zabieganym świecie chwilę na tę formę wiary.

Nawet w czasie drogi do pracy, czekając za autobusem, który zawiezie nas do pracy, możemy używając palcy swoich rąk stworzyć sobie namistkę różańca, tej potężnej broni przed swoimi lękami.

Nie warto czekać na chwilę, kiedy ktoś nam kiedyś go wtłoczy w martwą rękę przed zamknięciem wieka naszej trumny.

Kryspin

poniedziałek, 30 września 2024

Ora et labora

Od zarania Kościoła obok wspólnoty zwyczajnych wyznawców Chrystusowego przesłania o celu człowieka dalece wykraczającym poza doczesność, pojawili się ci, którzy pragnęli w sposób bardziej dosłowny realizować jego drogę porzycając wszystko to, co w normalnym świecie mogłoby rozpraszać ich pragnienie świętości i zdecydowali się na obranie życiowej drogi później nazwanej mnisią (monos-sam jeden, pojedynczy)

Tak właściwie to u zarania tego ruchu poszukiwania samodzielnej doskonałości można by uznać za pierwszego tego, o którym Ewangelie wprost mówią, że narodził się by wytyczać drogę temu, który po nim się pojawił-Janowi Chrzcicielowi.

To on wiódł żywot samotnika zatopionego w misji mu zleconej przez Stwórcę.

W późniejszych wiekach ten ruch osobistego doskonalenia obrało jeszcze wielu czujących potrzebę bliskości z Chrystusem poprzez naśladowanie jego życia, i tak rozwinęła się idea pojedynczego, eremickiego, mnisiego egzystowania.

Wiek VI (rok 529) to kolejny etap rozwoju idei poszukiwania doskonałości, kiedy to Benedykt z Nursji, przy akceptacji watykańskich zwierzchników, powołał do życia pierwszą w dziejach Kościoła wspólnotę mnichów, która po dziś dzień istnieje pod nazwą Zakonu Benedyktynów.

Ojciec założyciel stworzył regułę, na której miały się wzorować następne pokolenia zakonników.

-”Ora et labora” te krótkie motto (módl się i pracój) wypełniało wszystkie zasady, jakimi mieli się kierować zakonni bracia, i to pozostało jako kanon tej wspólnoty po dziś dzień.

Na tej maksymie swoje reguły formowały w następnych stuleciach kolejne wspólnoty gromadzące tych, którzy także zamierzali realizować drogę Chrystusa: być ubogimi jak On, posłusznymi Ojcu w realizacji stawianych zadań i codziennie realizować drogę świętości w jedności z założycielem Kościoła.

Zupełnym zaprzeczeniem tej pierwotnej idei, w której realizowano zasadę, że droga do świętości prowadzi przez pokorę, stało się późne średniowiecze, kiedy na mapie Kościoła pojawiły się zakony mieczowe.

Templariusze i mnisi spod czarnego krzyża, uważający, że Chrystus potrzebuje siły, aby chronić ideę wiary, dopuszczali się zbrodni po dziś dzień będących gorzkim doświadczeniem tego, czym Kościół nigdy nie powinien być.

Pokłosiem, tego siłowego krzewienia Jego schedy stały się późniejsze ekscesy konkwistadorów uważających, że przemocą można krzewić ideę miłości.

Kończąc drogę przez monastyczną historię Kościoła nie sposób pominąć dwóch prawie nam współczesnych ruchów mających na celu tworzenie awangardy wiary w Kościelnej rzeczywistości.

W 1928 roku w Madrycie Josemaria Escrivty de Balagner powołał do życia organizację „Opus Dei” mającą na celu szerzenie w świecie wezwania do świętości poprzez pracę, rodzinę i aktywność społeczną.

Można by powiedzieć, że to bardzo szczytne idee badzo zbieżne z zawołaniem Bendyktynów i to pewnie zaowocowało gigantycznym sukcesem tego stowarzyszenia działającego obecnie w 68 krajach świata, ale?

No właśnie, to ale kładzie się cieniem na tym ruchu i nie chodzi tylko o nimb tajemniczości roztaczany wokół członków, ale i o poczucie wyższości jakim karmi się uczestniczących w nim.

Nie mniej kontrowersyjnym gremium są „Legiony Chrystusa” Marciala Degollado gromadzacy księży i kleryków, aby doskonalili się w służbie Bogu i ludziom.

Trudno uwierzyć w szczerość tych założeń, jeżeli ich założyciel okazał się pedofilską bestią i przekreślił tym samym wszysto to co głosił.

Róznymi drogami zmierzamy do celu jakim jest Zbawienie i nikt nie wymaga od nas byśmy wszyscy stali się mnichami na tej drodze, ale warto mieć z tyłu głowy przesłanie Bendykta z Nrsji, że w tej wyprawie modlitwa i praca przyprawione pokorą, to pewność, że na jej końcu spotkamy Tego, który czeka z nagrodą za wierność.

Kryspin 

poniedziałek, 2 września 2024

 

Kamienie zła miernych pośredników wiary.

Dzisiaj kolejna odsłona ciemnych kart z udziałem ludzi Kościoła, bo tak należy odbierać enty artykuł promujący książkę „Plebania” autorstwa pana Nowaka, w której autor snuje opowieści z paniami będącymi w przeszłości ofiarami duchownych.

Znamiennym jest to, że już kolejny raz w ostatnim czasie ten znany portal inernetowy raczy swoich czytelników tymi sensacjami z kościelnej alkowy, umieszczając je na pierwszym miejscu wiadomości dnia.

Nie przeczę, że zachowanie dzisiejszego „bohatera” tegoż reportarzu nosi znamiona seksualnej perwersji zważywszy, że zaliczył romans z 15 latką i pozostawił jej w „prezencie” dziecko.

Sęk w tym, że ta kobieta ma teraz 56 lat i wspomniała swoje traumatyczne przyżycia sprzed ponad czterdziestu lat.

Broń Boże nie staram się pomniejszyć krzywdy jaka ją dotknęła, ale robienie z tego najważnioejszej wiadomości, to już daje do myślenia.

A wszystko to po zaledwie kilkudziesięciu godzinach, kiedy to w trakcie ceremonii otwarcia Igrzysk w Paryżu organiatorzy uraczyli nas skandaliczym spektaklem z Chrystusem w czasie Ostatniej Wieczerzy, w którego rolę wcieliła się skandalistaka z ruchu LGBT i do tego zdeklarowana miłośniczka kochania inaczej.

Jeden z moderatorów w mojej drodze do kapłaństwa wyraził kiedyś pogląd na temat trwałości Kościoła i jasno określił to dosadnymi słowami:

-„ Kluczowym w tym wszystkim jest fakt, że ta instytucja ,ma gwarancję trwania bo u jej zarania stanął Chrystus, Syn Boga Żywego. W przeciwnym razie element ludzki, czyli duchowieństwo już dawno by go rozpieprzył”

Ten mariaż Bosko-ludzki jest jego gwarancją, czego nie starają się zrozumieć ci, którzy stają w pierwszym szeregu jego przeciwników.

Trzeba także uświadomić sobie, że Kościół to nie tylko kler, ale i także ci wszyscy, którzy tworzą wspólnotę wiary, i atak na instytucję jest tożsamy z napaścią na wartości wyznawane przez nich.

W tym miejscu warto zastanowić się nad tym, co propnują ci mieniący się wolnymi od zasad wyznawanych przez wierzących?

Już wiele razy na drogach zawierzenia stawli piewcy wolności bez religii, i za kążdym razem nie byli wstanie wypełnić pustki, jaką oferowali.

W Nowej Hucie w powojennej Polsce komunistyczne władze zamierzały stworzyć modelowe miasto wolne od religijnego ciemnogrodu, ale i tam ponieśli porażkę.

Kiedy Chrystus przemierzał piachy Palestyny, ukazywał swoją nauką światło wiary rozpraszające panującą dotąd mgłę zagubienia i wielu z jego słuchaczy poszło za nim widząc dla siebie szansę na wyjście z mroku.

Teraz po ponad dwóch tysiącach lat Kościół ma za zadanie nadal oświetlać drogę potrzeby wiary i czyni to, pomimo potknięć czy wręcz kreciej roboty tych, którzy zatracili w sobie poczucie powagi zadania przed nimi stawianego i swoimi niecnymi uczynkami zamazują światło drogi tym, za których z racji powołania wzięli odpowiedzialność.

Dziesięć Przykazań, które od tysięcy lat stanowią swoisty kodeks na drodze naszej wiary z pewnością nie zdewaluowały się i nic ich nie jest wstanie zastąpić.

Z pewnością taką alternatywą nie jest lansowany obecnie pogląd, iż człowiek wolny nie musi się nimi posiłkować, bo to prosta droga do tragedii wkroczenia w mgłę ludzkiej beznadziei.

-”Panie Boże, trochę mi przykro, że na drodze do Ciebie postawiłeś tak wielu miernych pośredników, ale moje zawierzenie i tak nie ulegnie zwątpieniu, bo Ty jesteś drogą, prawdą i życiem...”

Pozwoliłem sobie przytoczyć słowa czytelniczki, które budują moją wiarę w to, że Kościół przetrwa pomimo kamieni zła stawianych przed wiernymi przez niekiedy miernych pośedników.

Kryspin