wtorek, 1 maja 2018

Kościele, gdzie jest Twój Bóg?



    Kiedy niepokorny mnich, Marcin Luter przybił na drzwiach zamkowego kościoła w Wittenberdze spisane żale nad chorobą trawiącą ówczesny Kościół ( między innymi krytycznie oceniał aprobowaną przez Papieża ideę kupczenia odpustami, czyli załatwiania sobie przychylności Odwiecznego za kasę).
   Dorobił się za to ekskomuniki i watykańskim dostojnikom wydawało się, że to załatwiło kłopotliwą sprawę.
   To były jednak płonne nadzieje, co pokazała historia.
   Całkiem niedawno, bo w 2017 roku świat obchodził pięćsetną rocznicę tamtego „skandalu”, który stał się początkiem kolejnego rozpadu Owczarni Chrystusa ( w jedenastym wieku odłączył się Kościół wschodni, czyli dzisiejsze Prawosławie) i kolejne owieczki (liczone w setki milionów wiernych), od tej pory swoją wiarę realizują poza Kościołem Katolickim.
   Historycy analizujący tamten akt buntu niemieckiego zakonnika, jasno stwierdzili, że to nie był spontaniczny odruch niezadowolenia, bo ten spisał swoje tezy po bezskutecznych próbach rozmów, o które zabiegał u hierarchów dzierżących wtedy stery Łodzi Piotrowej.
„ To tylko nawiedzony mnich, który zapomniał o pierwszej zasadzie Kościoła- czyli pokorze i posłuszeństwie, i nie jest godzien posłuchania”- gasili wtedy niepokój swoich sumień Watykańscy książęta, licząc na to, że tylko oni mają monopol na mądrość, bo przecież byli pomazańcami samego Boga.
   Niekiedy dochodzę do wniosku, że Kościół pomimo religijnych burz, niczego się nie nauczył, i to mnie przeraża.
   Kilka dni temu internetowy portal zamieścił informację, że na drzwiach kościołów w Diecezji Gdańskiej, ktoś przybił obraźliwe hasła, w których pojawiły się prowokacyjne zdania:
”Zgubiliście Boga księża-Szukajcie, Gdzie zgubiliście Boga Księża?”, a obok:
”Za dużo puchy, za mało pokory”
   Pewnie te pytania nie doczekają się odpowiedzi i kolejny raz sprawa „przyschnie” , a ludzie? Zapomną.
   No tak nie do końca, bo praktycznie każdego dnia media rzucają w obieg kolejne „kwiatki” związane z chorymi zachowaniami ludzi Kościoła.
   W minionym tygodniu, na przykład mogliśmy przeczytać o konflikcie proboszcza z parafianami z Gryfina, a zaraz potem dziennikarze donieśli o procesie watykańskiego kardynała (numer 3 w kościelnej centrali), któremu prokuratorzy zarzucają skandale obyczajowe na przestrzeni wielu minionych lat, i pewnie swoją karierę zakończy za kratami.
   Nie trzeba kończyć studiów z metereologii, by przewidywać pogodę. Wystarczy obserwować nadciągające ciemne chmury i rozbłyski pojawiające się na ołowianym niebie, by wiedzieć, że to są zapowiedzi burzy.
   Czego zapowiedzią są dzisiejsze rozbłyski, które wypisały „Kobiety z Gdańska”?
Napisy z oliwskiej katedry jakoś dziwnie kojarzą mi się z protestem sprzed Wittenberskiej świątyni.
   Tezy Marcina Lutra były rozbłyskami zapowiadającymi nadciągającą burzę Reformacji.
   Kościół potrzebuje odwagi, by zmierzyć się z koniecznością zmian, a mogą to zrobić tylko kapłani żyjący Bogiem.
   Sądzę, że wiele racji miały anonimowe niewiasty, gdy obok trudnych pytań o zgubionego Boga, umieściły hasła, które wybrzmiewają jak kierunek, w jakim Kapłani (Także ci najważniejsi) powinni podążać: mniej pychy i więcej pokornej refleksji nad istotą powołania: swojego i tych, za których przyjmują odpowiedzialność.
    Na koniec maja (niekiedy w pierwszą sobotę czerwca) w diecezjalnych katedrach odbywać się będą uroczyste święcenia nowych kapłanów i tak sobie myślę, z nadzieją, że może wśród nich pojawi się choćby jeden, który stanie się nadzieją Kościoła na konieczne zmiany, by już nigdy na świątynnych murach nie musiały pojawiać się pytania o zagubionego Boga
Kryspin

wtorek, 24 kwietnia 2018

Higiena duszy



    Gdyby w kościołach ustawiono urny, do których wierni mogliby wrzucać zapisane postulaty dotyczące ich oczekiwań w kwestii zmian, których oczekują, pewnie zrobiłby się z tego ciekawy materiał dla uczonych teologów i tych, którzy będąc na szczytach kościelnej władzy, mieliby o czym dyskutować.
     Póki co nigdzie nie zauważyłem takowych, a jedynymi puszkami w kościelnych podcieniach są tylko te, do których bogobojni parafianie mogą wrzucać datki na potrzeby wspólnoty.
    Ale dobre i to, pewnie skwitowałby taki uczynek niejeden proboszcz, tłumacząc, że w ten sposób realizują piąte przykazanie kościelne nakazujące dbałość o potrzebujących.
    Życie nie znosi próżni i może dlatego wielu czytelników Księdza w cywilu zaadoptowało mojego maila na taką „urnę”, do której wrzucają swoje zapytania, a niekiedy także oczekiwania zmian w kościelnych nakazach i zakazach, które wcale nie przybliżają ich do nadziei zbawienia, a co najwyżej utrwalają w nich permanentne poczucie winy.
     „Od pewnego czasu omijam niedzielne msze i do kościoła zachodzę wtedy, gdy jest w nim cicho i wtedy siadam w ławie i czuję bliskość Boga, który mówi, że mnie kocha i to sprawia, że czuję się dobrze.
Kiedyś nauczono nas na lekcjach religii, że msza święta, to uczta, na którą zaprasza nas Zbawiciel.
Mnie jednak nie odpowiada to, że zaraz od wejścia słyszę, że jestem grzesznikiem i niegodnym tego zaproszenia, więc zwyczajnie omijam taką „imprezę”.
     Przyznam, że i mnie nie buduje ciągłe przypominanie tego, że jesteśmy grzesznikami, a na tym niestety Kościół buduje szkielet naszej wiary.
     Pomijam już kwestię Sakramentu Chrztu, w którym według nauki Kościoła dokonuje się obmycie z grzechu pierworodnego, bo to możemy przyjąć na wiarę, że tak jest i basta.
     Problem zaczyna się później, gdy warunkiem przyjęcia Ciała Chrystusa Eucharystycznego jest stan łaski uświęcającej.
     Niby kiedyś, gdy przygotowywano nas do I Komunii, ksiądz na lekcji religii zakodował nam, że : stan łaski uświęcającej, to wolność od brudu grzechu śmiertelnego i potrzeba nam sakramentu spowiedzi, by takowego „pskudstwa” się pozbyć!
I tu rodzi się problem!
     Grzech śmiertelny i sakrament pojednania (inaczej zwany sakramentem pokuty), czyli spowiedź, jako swego rodzaju pralka wybielająca brudy naszej duszy, a może proszek zabijający zło zżerające jej życie?
„Dlaczego w Kościele nie ma spowiedzi powszechnej, bez konfesjonału i mówienia na ucho księdzu swoich przewinień?”
„Nie chodzę do spowiedzi, bo moje grzechy przedstawiam Bogu w bezpośredniej rozmowie i nikt nie jest mi potrzebny do tego”
„Co z tego, że ksiądz odpuka komuś w konfesjonale, gdy ten później robi to samo?”
     To kilka głosów z mojej mailowej „urny”, na które staram się odpowiadać indywidualnie, ale problem jest.
     Nie lubimy spowiedzi, jako sakramentu, a Kościół zdaje się rozumieć niechęć swoich owieczek, bo w drugim Przykazaniu Kościelnym wyznaczył minimalizm z nim związany:
-Raz do roku masz się spowiadać !
Podobne minimum występuje w kolejnym Przykazaniu nakazującym przyjęcie Chrystusa w Eucharystii także jeden raz (tak około Wielkanocy)”
     Przyznam, że nie wiem o co w tym wszystkim chodzi?
Bo na pewno nie jest to wyraz troski o zbawienie duszyczek!
     Kiedy małe dziecko ma pierwsze mleczaki, mądry rodzic zabiera je do gabinetu stomatologicznego (aby przyzwyczaić je, że tam jest ktoś, kto mu pomoże ) oraz kupuje mu szczoteczkę do zębów i pastę, by w nim wyrobić nawyk higieny.
    Później, gdy maluch dorośnie, będzie wiedział, że warto szczotkować zęby codziennie, a gdy zajdzie potrzeba, odwiedzić dentystę, by cieszyć się swoim uśmiechem do późnej starości.
Kryspin, Ksiądz w cywilu

wtorek, 17 kwietnia 2018

"Kochaj i czyń co chcesz"



     Zadzwonił do mnie znajomy z pytaniem:
-”Czy czerpanie rozkoszy z seksu jest grzechem- a jeśli nie ( zgodnie z nauczaniem Jana Pawła II, na które powoływał się stawiający to pytanie); to czy z tego należy wyciągnąć wniosek, że także seks pozamałżeński nie jest niczym złym?”
    Później poinformował mnie, że w gronie przyjaciół właśnie rozmawiają na temat stanowiska Kościoła w tej kwestii i wobec różnicy zdań, postanowili zaciągnąć opinii „eksperta”( czyli mnie) od tego: co grzechem jest, a co nie, w tej materii.
    W krótkich słowach wyjaśniłem, że Papież mówiąc o rozkoszy z intymnego pożycia, miał na myśli małżonków, co nie uprawnia do wyciągania wniosku, iż każdy akt seksualny (także ten pozamałżeński) ze swej natury jest bezgrzeszny.
    Czyli mówiąc krótko: Według nauki Kościoła Katolickiego każde pozamałżeńskie współżycie jest moralnie czymś złym, czyli grzechem!
    W tym miejscu warto przypomnieć sobie co jest istotą grzechu.
Samą definicję tego nichlubnmego czynu podaje Katechizm Kościoła Katolickiego, który mówi, że:
    ” Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu; jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr. Rani on naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność. Został określony jako "słowo, czyn lub pragnienie przeciwne prawu wiecznemu" (Św. Augustyn, Contra Faustum manichaeum, 22: PL 42, 418; św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, I-II, 71, 6)”.(KKK1849).
W kolejnym punkcie (KKK1850) uściśla, że:
Grzech jest obrazą Boga. Grzech przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego nasze serca. Grzech jest więc "miłością siebie, posuniętą aż do pogardy Boga" (Św. Augustyn, De civitate Dei, 14, 28).”
     Oczywiście to nie wszystkie punkty KKK w tej materii i w tym momencie zadaję pytanie: Po co spisano tyle prawniczo-filozoficznych zawiłości, które nawet kapłanom muszą utrudnić zdefiniowanie tego, co jest grzechem ( nie wspominając o dzieciakach wkuwających te frazy, by zaliczyć egzamin pierwszokomunijny)? „Miłość siebie, posunięta aż do pogardy Boga”- to najkrótsza definicja grzechu i jeżeli byśmy tylko to zapamiętali z zawiłości, jakimi karmi nas KKK, to może uniknęli byśmy wątpliwości, co jest grzechem, a co nim nie jest.
    Ten sam św. Augustyn, na którego przemyśleniach Kościół oparł naukę o istocie grzechu, jest autorem jeszcze jednego ważnego zdania (będącego powtórzeniem nauki Chrystusa o najważniejszym przykazaniu: Przykazaniu miłości do Boga i bliźniego):
-”Kochaj i czyń co chcesz”; i wszystko jasne.
Kryspin

wtorek, 10 kwietnia 2018

Papież nie wszystko może?



    Dwoje młodych ludzi poznało się zupełnie przypadkowo, gdy uczestniczyli w szkoleniu wyjazdowym, które organizowała ich firma.
    Po zajęciach, gdy przewidziany był czas wolny, wykorzystywali go na wspólne spacery i rozmawiali nie tylko o łączącej ich pracy, ale i o osobistych sprawach, które nie zawsze były naznaczone sukcesami.
    On po kilku latach nieudanego związku był po rozwodzie i tylko sporadycznie odwiedzał swoje dzieci, bo była żona, ułożywszy sobie życie z nowym partnerem, nie życzyła sobie, aby się z nimi spotykał.
   Ona była wolną osobą, nie licząc kilku miesięcy wspólnego zamieszkiwania z Leszkiem, w którym się zakochała i wiązała nadzieję na dalsze wspólne życie; ale ten związek okazał się nieporozumieniem, bo jej ukochany będąc z nią, nie stronił od skoków w bok, a tego nie umiała zaakceptować, i się rozstali.
    Teraz oboje poczuli, że bardzo lubią przebywać ze sobą i po pewnym czasie postanowili rozpocząć wspólne życie.
    Ślub (cywilny) wzięli po kilku miesiącach, a po roku cieszyli się śliczną dziewczynką, która zniewoliła ich od pierwszych chwil, gdy przyszła na świat.
    „I potem żyli długo i szczęśliwie”- tymi słowami można by zakończyć historię miłości tych dwojga ludzi „po przejściach”, gdyby nie to, że oboje byli wierzącymi i praktykującymi katolikami.
    Pierwszy raz zostali sprowadzeni na ziemię, gdy odwiedził ich kapłan przy okazji kolędy.
    Wizyta była nawet miła, ale tylko do chwili, gdy wielebny zapytał o sakramentalny ślub.
-„Niestety nie mamy z powodu przeszkody-byłem już raz żonaty”-odpowiedział małżonek.
    Ksiądz zrobił minę, jak po szklance cytrynowego soku i po chwili łypiąc w kierunku dziecinnego łóżeczka, oznajmił:
-”Mam nadzieję, że chociaż rodziców chrzestnych znajdziecie odpowiednich, bo czymże zawiniło to dzieciątko, żeby pozbawić je dobrych, wierzących rodziców..... chrzestnych?”
-”Dobrych i odpowiednich rodziców chrzestnych”- powtórzył młody ojciec, gdy zostali sami z ukochaną i malutką córeczką.
    To był następny zgryz i cały wieczór zastanawiali się nad tym, kogo poprosić:
-Anka z pracy- ale ona od trzech lat mieszka ze Sławkiem i ślubu nie mają, bo utracili by zasiłek na małego Antosia.
-Jarek; ale on był ostatni raz w kościele w czasie swojej pierwszej komunii.
-Wiola i Heniek, byli rozwodnikami i także się nie nadawali.
-Witek mógłby być. Był kawalerem, do tego jeszcze niedawno czynnie udzielał się w kościele jako lektor!
-„On byłby dobry i odpowiedni”- swierdził ojciec malutkiej iskierki, którą pragnęli ochrzcić.
-”Ale on zmienia dziewczyny jak rękawiczki i rzadko nocuje we własnym łóżku”- stwierdziła zaniepokojona mama maleństwa.
-”Jest wolnym człowiekiem i jak sam mi kiedyś powiedział, że nigdy nie miał kłopotu z odpukaniem przy konfesjonale, bo obiady zjada z własnego talerza”.
    Odbył się chrzest ich pociechy, bo znaleźli „dobrych i odpowiednich” rodziców chrzestnych.
I tylko pozostał im niesmak i trochę żal, że Kościół surowo ptraktował tylko ich, bo kiedyś popełnili błąd, a teraz pokochali choć tego im nie wolno było zrobić.
    Ostatnio zobaczyli „światełko w tunelu”, gdy Papież zaaprobował w oficjalnym liście:”Amoris Laetitia” inicjatywę części biskupów wnioskujących o dopuszczenie do sakramentów takich „gorszych”wierzących jak oni.
     Po pierwszej radości znowu kubeł zimnej wody, bo ksiądz powiedział im, że:
- „Tylko nielicznym i pod sztywnymi warunkami ta furtka będzie otwarta, a oni z pewnością przez nią się nie wślizgną do sakramentalnego edenu!”
-”Czyżby Papież się pomylił? A może on wcale nie wszystko może?”-pomyślał ze smutkiem ojciec małej iskierki.
Kryspin

wtorek, 3 kwietnia 2018

Co ludzie powiedzą?



    Kiedy przeżywamy szczególny dla nas dzień: imieniny, rocznicę naszych urodzin (jeżeli takowe chcemy obchodzić?), czy jakiś inny osobisty sukces, odwiedzają nas bliscy, by uczestniczyć w naszej radości.
   Oprócz zwyczajowych życzeń (nie wnikając na ile szczerych), najczęściej jako dodatek, wręczają nam jakiś drobiazg, którym dodatkowo pragną sprawić nam radość.
   Osobiście należę do tej grupy ludzi, którzy lubią te dni i zawsze wtedy z radością przyjmuję gości, zwłaszcza gdy ich odwiedziny są podyktowane szczerością, a to się zwyczajnie czuje.
   Niektórzy jednak nie lubią takich spotkań i nawet otwarcie o tym mówią :
-„Nie obchodzę imienin....... nie widzę powodu, aby cieszyć się z tego, że znowu mi przybył kolejny rok...... nie potrzebuję klakierów mojego sukcesu, bo sam do niego doszedłem i zwyczajnie mi się należał.”
   Jest jeszcze grupa osób, którzy otwarcie nie deklarują takiego sprzeciwu, choć wcale nie cieszą się z takich „osobistych okazji”, i wtedy odwiedziny gości traktują jak swoisty „dopust Boży”, godząc się na imprezę, którą najczęściej ktoś im organizuje, bo tak wypada.
   Podobne rozterki przeżywają niekiedy ludzie związani ( tylko metryką chrzcielną) z Kościołem.
Dwoje młodych ludzi, po krótkim okresie znajomości, postanowiło zamieszkać ze sobą i tak już trwa to od kilku lat.
   Pewnie nadal by im to nie przeszkadzało, bo przecież nie oni jedyni tak żyją, gdyby nie presja, którą przy każdej okazji wywierają na nich rodziciele, pytając:
-”Kiedy zalegalizujecie waszą miłość?”
-”Ale przecież my się kochamy i nie potrzebujemy potwierdzenia naszego uczucia!”
Odpowiedziało by wielu młodych w ich sytuacji; ale nie oni.
    I nie dlatego, że podzielają potrzebę zachowania zgodnego z katolicką doktryną, która sakramentalny związek uznaje za konieczny, by miłość dwojga mogła się fizycznie spełnić.
    Ich Tak, wyklepane przy kościelnym ołtarzu, nie wynika z potrzeby wiary, a jest tylko przekalkulowanym słowem: dla świętego spokoju, aby znajomi nie mieli tematów do plotek, a i dla perspektywy korzyści, bo przyszły teść jako gorliwy katolik, nie poskąpi kasy dla młodych, zważywszy że zależy mu na dobrych relacjach z proboszczem.
    Czysty biznes dla wszystkich, bo zainwestowane pieniądze i tak pozostaną w rodzinie.
No i na tym najczęściej kończy się ich przygoda z wiarą, bo zaspokoili oczekiwania gawiedzi niczym aktorzy odwalający chauturę i koniec.
    I tak jest do czasu, gdy będzie potrzeba zorganizować kolejną kościelną „imprezę”- chrzciny owocu ich ludzkiej miłości.
   Ale spoko (ulubione określenie życiowych luzaków!), teraz już nie muszą się stresować taką drobnostką.
    Wystarczy wizyta w kancelarii parafialnej, kasa na potrzeby kościoła i można już czynić przegotowania do sakramentalnej imprezy.
    Starannie dobrani rodzice chrzestni (najlepiej by byli z kasą ) i jeszcze inni bliscy, którzy także nie poskąpią „prezentów” dla maluszka, no i może być nawet przyjemnie.
    Później czekają jeszcze kolejne święte przerywniki naszej życiowej mnotoni: pierwsza komunia, a na koniec posiłek po pogrzebie, gdy w gronie rodzinnym można powspominać kochanego zmarłego.
    Ślub, chrzciny, pierwsza komunia, to piękne doznania wiary, które winniśmy świętować.
    One na zawsze będą naszymi szczególnymi dniami i pozostaną w naszej pamięci na zawsze.
Jeżeli jednak sakrament małżeństwa, czy uroczystość chrzcielna naszego dziecka, byłyby tylko teatralnymi rekwizytami ze spektaklu odegranego dla gawiedzi, na zawsze będą budzić niesmak i współczucie.
Kryspin

wtorek, 27 marca 2018

Antyaborcyjna czkawka



    Po jednym z artykułów „Księdza w cywilu” otrzymałem propozycję od jednego z czytelników, abym zaangażował się w działalność polityczną.
    List był obszerny i zawierał wskazówki, co miałbym zrobić, aby założyć partię polityczną katolików, wykorzystując fakt, że przecież to jest największa grupa naszego społeczeństwa, którą można liczyć w miliony.
    Pewnie mój czytelnik poczuł się trochę zawiedziony, gdy odpisując na jego postulaty, stwierdziłem, że nie zamierzam swojej przyszłości wiązać z polityką, bo zbyt mało w niej jest etycznego kreowania rzeczywistości, a za dużo amoralnego koniunkturalizmu.
    Kościół od zawsze (przynajmniej w założeniu) trzymał się z daleka od politycznych gierek i to było słuszną powściągliwością z jego strony.
    To też napisałem mojemu politycznemu entuzjaście, nadmieniając na koniec, że każdy katolik (także i on), może w Kościele realizować się w czynieniu dobra dla innych, niekoniecznie pod partyjnym sztandarem.
    Radosne „Alleluja”, którym Kościół obwieszcza światu wielkanocne zwycięstwo Chrystusa, w tym roku został u nas zakłócony falą protestu kobiet domagających się liberalizacji prawa aborcyjnego.
    Choć była to reakcja na projekt, który do sejmu zgłosiły organizacje społeczne opowiadające się za prawną ochroną życia ludzkiego od chwili poczęcia, aż do naturalnej śmierci, to uczestniczki „czarnego protestu” przemaszerowały pod kurie biskupie, uważając, że to hierarchowie Kościoła inspirują rządzących do wprowadzenia „poprawionego”, antyaborcyjnego prawa.
    Wśród rozkrzyczanego tłumu nie dominowały zbuntowane owieczki, które w ten sposób chciały wyrazić swoje niezadowolenie dotyczące restrykcyjnego nastawienia swoich pasterzy.
    Na „czarnym proteście”, w zdecydowanej większości dominowali ci, dla których Kościół już dawno przestał być rządcą sumień, albo wręcz nigdy nim nie był, i z tym trzeba się zgodzić.
   Czy to oznacza, że w tak ważnych sprawach, a kwestia aborcyjna do takich należy, hierarchowie winni nabrać wody w usta i tylko milcząco się przyglądać?
   Absolutnie nie!, bo wtedy nie realizowali by podstawowej misji Kościoła, jaką od zarania tej instytucji jest ukazywanie drogi moralnie zgodnej z nauczaniem Chrystusa, dla którego każdy człowiek (także ten, którego niektórzy określają mianem płodu...jakiej bliżej nie określonej materii, którą ni jak jeszcze nie można nazwać człowiekiem) zasługuje na szacunek i obronę.
   Tego wszystkiego nie da się jednak załatwić na skróty, a z czymś takim mamy teraz do czynienia.
   Mojemu mailowemu entuzjaście odpowiedziałem, że w Kościele jest dużo miejsca na czynienie dobra i każdy może i powinien takie działania podejmować.
   Działanie „Pro Life”, które legło u podstaw społecznego ruchu na rzecz ochrony życia, od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci, jest jak najbardziej słusznym kierunkiem, który Kościół powinien realizować.
   Nie można jednak tego dokonać „na skróty”, a tym jest z pewnością wykorzystywanie obecnej „dobrej” relacji z politycznym obozem władzy, który restrykcyjną ustawą miałby spłacić kredyt wdzięczności za przychylne poparcie w minionych wyborach.
   W Kościele jest dużo miejsca na czynienie dobra, ale jest też cała masa zaniedbań, które tenże powinien naprawić w sobie, by jego moralne przesłanie stawało się „atrakcyjne” nie tylko dla lojalnych owieczek, ale i dla tych, których krzyk sprzeciwu wcale nie musi być wrogim głosem.
   Mądrością Kościoła, od zawsze, była powściągliwość i dystans do politycznego koniunkturalizmu, i to budowało jego pozycję i podziw (nawet wrogów).
Obawiam się jednak, że to już jest tylko wspomnienie przeszłości i czekam (niestety) na kolejne ustawodawcze inicjatywy hierarchów.
   Można przecież wszystko zadekretować: Złamanie postu piątkowego- kara chłosty, dyskoteka w okresie wielkiego postu- czterdzieści dni paki(bez zawieszenia).
   Absurd? Nie takie absurdy przechodziły w naszym Sejmie.
Czemu więc nie pójść na całość?
Kryspin

wtorek, 20 marca 2018

Czy można cieszyć się z fikcji?



    Marzec tego roku obfitował w wiele ciekawych wydarzeń.
Pierwsze miało miejsce co prawda poza naszymi granicami, ale zasługiwało na odnotowanie, prezydenckie wybory u naszego wschodniego sąsiada. Niby nie była to nasza sprawa, ale zawsze z niej można wyciągnąć wnioski.
    Mnie uderzyło jedno, że po ogłoszeniu zwycięstwa kandydata, jakoś mało przywódców, z mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych państw, pospieszyło z gratulacjami.
   Tylko dziennikarze, akredytowani na tę okazję( oczywiście tylko ci z zewnątrz), poużywali sobie opisując nieprawidłowości związane z głosowaniem. Zresztą dla nikogo nie było zaskoczeniem, że takowe pojawiły się w lawinowej ilości i na nic się zdały zapewnienia, że wszystko odbyło się zgodnie z kanonami demokracji.
    To jednak nie zgasiło dobrego nastroju klakierom jedynie słusznego kandydata, którzy zadbali, i o frekwencję (gremialnie organizując pikniki wokół lokali wyborczych) i o prawidłowo postawienie krzyżyka przy nazwisku „umiłowanego ojca narodu”.
    Marzec to także szczególny miesiąc szczęścia także i w Polsce.
    Oto, po długich konsultacjach z narodem, głosem przedstawicieli pracujących mas, związek zawodowy„Solidarność” załatwił nam wolne od handlu niedziele (na razie tylko dwie w miesiącu, ale to zawsze coś).
    Dla nikogo nie było tajemnicą, że inspiratorami takiego postulatu byli przedstawiciele Kościoła, którzy w ten sposób chcieli załatwić spełnienie przykazania, nakazującego w świątecznym dniu powstrzymać się od pracy-”Pamiętaj, abyś dzień święty święcił!”
    Idąc dalej powinien on załatwić sprawę kolejnego przykazania ( tym razem kościelnego):
 „W niedzielę i święta we mszy świętej nabożnie uczestniczyć!”
    Założenie może i słuszne, ale czy znajdzie odzwierciedlenie w kościelnych statystykach?
Może wnuczek (ten od „świętego Cerfura”), na niedzielne przedpołudnie, znajdzie z rodzicami inny „kościół”, który zamiast ołtarza będzie miał na przykład biały ekran multipleksu?
    Potrzeba religijnego doznania, a takim winna być niedzielna msza, nie rodzi się sama z siebie, i nadzieja, że wystarczy wyeliminować przeszkody (tak jak chociażby niedzielne handlowanie), by na nowo zapełnić coraz bardziej puste świątynie, jest złudna.
   Podobnie się ma sprawa z religijną edukacją. Zdobycze konkordatowego porozumienia (religia w szkołach) także się nie sprawdziły, co widać po średniej wielu uczestników kościelnych zgromadzeń.
    Nie da się kupić religijnego przeżycia wiary!
A z czymś takim spotykają się młodzi ludzie, którym corocznie fundowane są dodatkowe dni wolne od zajęć lekcyjnych.
    Co prawda, pod jednym warunkiem: Będziesz uczestniczył w wielkopostnych rekolekcjach.
Nie musisz ich przeżywać, byleś był, a my (to znaczy opiekunowie-katecheci) odnotujemy to w dzienniku zajęć lekcyjnych.
    Swoją drogą zastanawiam się do jakich jeszcze „radosnych” pomysłów są zdolni nasi kochani duszpasterze?
    Aż boję się, że w przyszłym roku nasz parlament (oczywiście tak sam z siebie) przegłosuje uchwałę o dodatkowych wolnych dniach (np.trzech, i to poza urlopem) dla wszystkich pracowników, aby ułatwić im udział w wielkopostnych ćwiczeniach.
A co z niewierzącymi?
    To też się dałoby załatwić. W czasach obowiązkowej służby wojskowej już znaleziono na to rozwiązanie- palący mieli przerwę, a pozostali pracowali.
No i tak wielu, dla kilku minut wytchnienia, popadło w szpony nałogu.
    Przeżywania potrzeby religijnego doznania nie można nikomu nakazać, ani tym bardziej kupić za chwilę oddechu od codzienności.
Chyba że w tym wszystkim wcale nie o to chodzi?
Kryspin, 

wtorek, 13 marca 2018

Łapówka dla Pana Boga



    Łapówka (pot.) – korzyść, najczęściej finansowa, wręczana osobie lub grupie osób, dla osiągnięcia określonego celu, z pominięciem standardowych procedur.
    Tyle definicja określająca precedens, z którym, pomimo że powszechnie piętnowany, spotykamy się w naszym życiu nader często.
    „Jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz”-zwykli powtarzać nasi starsi, gdy stawali kiedyś przed koniecznością załatwienia czegokolwiek.
     W czasach, gdy brakowało czegokolwiek(łącznie z papierem toaletowym!), najbardziej chodliwym towarem były koperty, no bo przecież „wdzięczności przed” nie wypadało wręczać tak bezpośrednio, by „obdarowywany” nie musiał brudzić sobie rąk banknotami, których przed nim licho wie, kto dotykał.
     I tak krążyły informacje o taryfikatorach: za nogę od łózka w szpitalnej sali, za cement i pozwolenie na budowę swojego rodzinnego gniazdka, za pozytywne spojrzenie egzaminatora w trakcie studenckiej sesji itd., itd....
     Łapówka, to jednak nie jest wymysł dawnego, słusznie minionego systemu, bo gdyby wgryźć się w historię, to niejednokrotnie byśmy dokopali się przykładów załatwiania spraw poprzez wręczenie (komu trzeba) sakiewki z brzęczącymi monetami (to w czasach, gdy jeszcze nie wymyślono banknotów)
     Tak już ten świat jest urządzony, że: „jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz”, i pomimo że wszyscy zgodnie deklarują swoje obrzydzenie do takowego procederu, to poddają się jemu bez wyjątków.
     Nie inaczej jest w Kościele, gdzie „sakiewka” zdaje się być niezbędnikiem przy załatwieniu czegokolwiek.
     Pewnie jednak rozczaruję teraz część czytelników, bo nie zamierzam zajmować stanowiska na temat tego, że w Kościele wierni muszą płacić za „usługi”(pogrzeby, śluby, chrzciny), bo zaraz odezwą się ci, którzy odeprą krytykę mówiąc, że tak wcale nie jest, bo oficjalnie nie ma żadnego taryfikatora, a tylko zwyczajowe: co łaska!
    Zgadzam się z tym, że w Kościele nie ma ustalonych taryf za kapłańską posługę (niezależnie od roszczeń niektórych duszpasterzy, którzy w szufladach parafialnych biurek mają nieformalne taryfikatory)
    Powiem więcej: nawet staram się to zaakceptować opłaty za „ponadstandardowość” kapłańskich posług: dodatkowy kapłan na pogrzebie(albo kanonik zamiast wikarego), organista i chórek w trakcie uroczystości zaślubin i niech tak będzie:
    Chcesz więcej blichtru-płać ekstra!
    W Kościele nie powinno być jednak łapówek, a konkretnie chodzi mi o intencje mszalne!
Każdy kapłan ma obowiązek odprawienia co najmniej jednej mszy dziennie (z wyjątkiem Wielkiego Piątku, gdy w Kościele nie odprawia się Eucharystii).
„To czyńcie na moją pamiątkę”, tak Chrystus polecił swoim uczniom na zakończenie Ostatniej Wieczerzy i to Jego przesłanie Kościół realizuje każdego dnia poprzez posługę ołtarza.
    Jednak dokładanie do tego opłaty za intencję mszy świętej, to nic innego jak sankcjonowanie swoistej „koperty” z łapówką za załatwienie: zdanego egzaminu, powrotu zdrowia, szczęśliwych narodzin, wiecznego szczęścia i czego tam byśmy jeszcze sobie nie wymyślili, zamawiając w parafialnym biurze intencję mszalną.
    Bóg wie co jest naszą troską, o co zabiegamy i czego pragniemy, a jeżeli z naszej strony odczuwamy dodatkową potrzebę, by mu to wyartykułować, to jak najbardziej możemy tego dokonać w trakcie liturgii Eucharystycznej.
    W Kościele nie powinno być łapówek i to ostatnio potwierdził Franciszek, gdy stanowczo wyraził swoją dezaprobatę w kwestii opłat za mszalne intencje.
Kryspin

wtorek, 6 marca 2018

Wielkopiątkowy Kielich Franciszka



   I po co mi to było?”
     Pewnie wielokrotnie zadaje sobie to pytanie Bergolio, gdy kładzie się w skromnej sypialni domu św. Marty na tyłach Bazyliki św. Piotra.
    Gdyby nie zaskakująca dla wszystkich decyzja, którą ponad pięć lat temu obwieścił światu Benedykt XVI, że odchodzi na „papieską emeryturę”, on teraz też już by się cieszył świętym spokojem jako emerytowany kardynał, popijając kawkę na tarasie kawiarenki w Buenos Aires.
    Zamiast tego, każdego ranka budzi się nowymi „rewelacjami”, które przedkładają mu sekretarze i inni najbliżsi doradcy, oraz zaufani purpuraci z watykańskiej centrali.
    Nie inaczej stało się w ostatnich dniach, gdy swoją frustrację wyraziły kobiety i to te, które do tej pory wydawały się być najpewniejszym ogniwem Kościoła, zakonnice.
    Wielebne siostrzyczki, które do tej pory zdawały się być pogodzone ze swoim losem, nagle powiedziały, że mają dość!
    I nie chodzi tylko o to, że spada liczba powołań do żeńskich klasztorów, co zauważają przełożone tych zgromadzeń; ale problem tkwi w tym, że wielebne matki nie chcą już dłużej pozostawać w roli służących, przy „uroczystym” stole, gdzie zasiadają hierarchowie Kościoła.
    Kobiety długo czekały na ten czas, by mogły przypomnieć o sobie.
W świecie, który od starożytności zdawał się być wyłączną domeną męskiej siły, były skazane na drugoplanową rolę i zdawały się z tym godzić.
    Wiele czasu, setki lat musiało upłynąć, by krok po kroku zaczęły odzyskiwać podmiotowość i dokonały tego.
    Paradoksalnie sojusznikiem w ich dążeniu do podmiotowości, wielką rolę odegrał także Kościół, w którym przewijały się historie kobiet odgrywających znaczącą rolę w początku tej instytucji.
   Co prawda męscy „cenzorzy” skwapliwie marginalizowali rolę kobiet w ewangelicznych przekazach, to jednak nie do końca udało się im pomniejszyć ich zasługi przy „narodzinach” Kościoła.
   To nie tylko pokorne dotąd siostrzyczki mówią: dość i artykułują swoje oczekiwania wobec Kościoła.
   Kościół będzie coraz częściej musiał się mierzyć z głosem kobiet i to w różnych sprawach.
Niektórzy komentatorzy vatykańskiej polityki, przy tym ostatnim „buncie” niewiast w zakonnych habitach, wracają między innymi do tematu kapłaństwa kobiet.
Nie inaczej postąpił także Franciszek, uprzedzając ten powracający co jakiś czas temat, gdy w wywiadzie dla włoskiej gazety „La Stampa” stwierdził:
Owszem, trzeba zwiększyć przestrzeń dla kobiet w Kościele, ale nie bierzemy pod uwagę dopuszczenia drugiej płci do kapłaństwa. - Jest to myśl, która nie wiem, skąd się wzięła. Kobiety w Kościele winny być dowartościowane, ale nie "sklerykalizowane".
Ten, kto myśli o kobietach-kardynałach, cierpi nieco na klerykalizm”.
    Przy całym szacunku do dogmatu o nieomylności Papieża w sprawach wiary i obyczajów, ośmielam się zauważyć, że to użyte przez Franciszka określenie (klerykalizm) było nieco niefortunne.
Klerykalizm (łac. clericalis: duchowny) – dążenie do uzyskania instytucjonalnego wpływu duchowieństwa na życie społeczne, polityczne oraz kulturalne aż do podporządkowania go duchowieństwu i Kościołowi.
    Nie byłoby niedzieli Zmartwychwstania, gdyby Chrystus przestraszył się kielicha Wielkiego Piątku.
    Dobry Bóg przed Tobą Ojcze święty stawia niemniej trudny puchar decyzji dotyczących Kościoła.
Kryspin


wtorek, 27 lutego 2018

"Wybierzcie godniejszego Patrona"



    Jesteśmy obecnie w oku cyklonu, jakim stała się nowelizacja ustawy IPN, która przewiduje restrykcje wobec tych, którzy szerzyliby nieprawdę o Holokauście, i kto ponosi odpowiedzialność za wojenną tragedię narodu żydowskiego.
    Aby stanąć w obronie dobrego imienia Polski, do pana Premiera pofatygowali się ci, którym ocaleni z wojennego pogromu członkowie Narodu Wybranego zawdzięczają najwięcej: Sprawiedliwi wśród Narodów Świata, by na ręce szefa naszego rządu złożyć petycję, w której nawołują o wzajemną życzliwość obu naszych narodów(Polski i Izraela)
    Wspaniała inicjatywa pięknych ludzi, z których każdy mógłby służyć za wzór wielkiego serca, gotowego ponieść najwyższą karę (śmierć za pomoc Żydom w okupowanej Polsce) w imię miłości do drugiego człowieka.
    Pewnie podobnie myśleli uczniowie jednej ze szkół na południu naszego kraju, gdy ktoś rzucił pomysł, aby wybrali godnego patrona swojej placówki. Spośród kilku kandydatów, przytłaczającą większością opowiedzieli się z Ireną Sendlerową, legendą wśród nagrodzonych drzewkiem wdzięczności w ogrodzie Yad Vashem.
No i wtedy zdarzyło się coś, czego chyba się nikt nie spodziewał.
    Miejscowy duszpasterz wystosował do władz oświatowych list, który zamieścił także w mediach społecznościowych.
    Ksiądz Marian Piwko zaapelował w nim do mieszkańców wsi, by ci wybrali ponownie, ale tym razem „godnego patrona, który dla młodego pokolenia byłby moralnym i patriotycznym przykładem”. 
   Według zakonnika Irena Sendlerowa, "Sprawiedliwa wśród Narodów Świata”, która podczas wojny uratowała nawet 2,5 tysiąca żydowskich dzieci, nie będzie odpowiednią patronką?".
Ponieważ „przedwojenna feministka, obchodziła przed wojną rocznice rewolucji październikowej, po II wojnie światowej należała do PZPR, (...) dwukrotnie zamężna, rozwód (...) jako Żydówka była areligijna (...). Dziś zapewne podlegałaby dekomunizacji !
Irena Sendlerowa jak mało kto zasługuje na to, by być przykładem dla młodych ludzi, którym co prawda los oszczędził doświadczenia piekła wojny, ale nie zwolnił ich z konieczności dokonywania wyborów pomiędzy dobrem i złem.
  Przedwojenna feminista, kobieta szukająca nadziei w ideach głoszonych przez komunistycznych ideologów, zaniedbana w religijnych praktykach Żydówka, wyliczył skwapliwie zakonny „prokurator”.
   W tym wszystkim zapomniał jednak zauważyć, jak jednocześnie była bardo bliska Chrystusowi, choć zewnętrznie tak pozornie daleka od Niego.
Sendlerowa zachowała godność bycia człowiekiem w czasie, gdy miało to niską cenę, ale i zarazem zagrożoną najwyższą karą.
   Ona z pewnością nie była idolem dla tych, których potem określono mianem „szmalcowników”, ludzi dla których życie innego człowieka ( najczęściej Żyda) było tylko towarem, na którym można zarobić.
Jej postawa z pewnością nie pasowala także tym , którzy odwracając się od „problemu” mówili:
To nie moja sprawa, niech każdy dba tylko o swoje dobro, bo w imię czego mam się narażać?”,i zakopywali w sobie godność bycia człowiekiem, milcząco godząc się na kompromis ze złem.
   Teraz, gdy tamten czas pogardy do drugiego człowieka zdaje się być już tylko historią, przykrym jest, że nadal wśród nas jest wielu „szmalcowników” i tych, którzy odwracają się od drugiego człowieka, od jego problemów mówiąc-”to nie moja sprawa”.
Gdyby dwa tysiące lat temu, w głowach żydowskich (świątynnych) dostojników zrodził się pomysł ustalania kryteriów, kto móglby aspirować do miana Patrona, np. szkoły (były takowe przy synagogach), to Jezus z Nazaretu by takiej weryfikacji także nie przeszedł.
Kryspin

wtorek, 20 lutego 2018

Antyreligijny fundamentalista



   „Musi Pan jednak dopuścić do swojej świadomości, że Boga nie .było, nie ma i raczej nie będzie. Pan jednak uporczywie przemyca w swoich artykułach domniemanie, że Bóg to coś oczywistego i tylko człowiek podły lub niezbyt rozgarnięty może temu zaprzeczać. Posuwa się Pan w swojej pobłażliwej dobroci krok dalej, twierdząc, że to tylko błędy młodości, choroba buntu dorastania. Przejdą jak młodzieńczy trądzik. I Pan i wy wszyscy obsługujący największe oszustwo w historii ludzkości przejedziecie się na tym krowim placku. A stanie się tak dlatego, że opornie, ale cały czas ewoluuje świadomość człowieka, poszerza się wiedza.
I nie wszyscy odszczepieńcy są natychmiast karani przez Boga tragiczną śmiercią. Wielu przeżywa i głosi herezje całe długie życie. Ja właśnie do nich należę. I, jak śpiewał John Lennon w "Imagine", będzie nas coraz więcej i więcej...
W którymś momencie straci Pan ten pobłażliwy, ojcowski ton i dobre samopoczucie. I to mniemanie, że owieczki trzeba wciąż pouczać!”
    No i kolejny raz mi się dostało.
Tym razem od czytelnika, który jak sam zaznaczył: „głosi herezje całe długie życie”
    Zazwyczaj na prywatne maile odpisuję poza rubryką „Księdza w cywilu”, ale pod tym listem mogłoby się podpisać wielu czytelników, co zresztą autor nadmienia zauważając:”będzie nas więcej i więcej...”
    Kiedyś napisałem, że jesteśmy skazani na to, by być wierzącymi i nadal tak twierdzę.
Oczywiście nie można stawiać znaku równości i mówić, że wszyscy jesteśmy skazani na bycie członkami tego, czy innego wyznania religijnego, bo byłoby to uproszczenie i nietakt w stosunku do tych, którzy deklarują się jako ludzie niewierzący (kiedyś już przytaczałem dane statystyczne mówiące o tym, że prawie połowa naszej populacji opowiada się za tym, iż ludzkie życie nie ma jakiegokolwiek dalszego ciągu i śmierć jest końcem wszystkiego)
    W gronie moich znajomych, nawet przyjaciół, mam także takich, którzy niezależnie od często religijnych korzeni, teraz wyznają pogląd, że Boga nie ma. To jednak nie tworzy pomiędzy nami bariery i żadna ze stron nie prowadzi swoistej krucjaty udowadniania swojej racji.
    Spotykamy się, rozmawiamy na wiele tematów, ale szanujemy swoje przekonania. Ani ja nie zamierzam ich nawracać, ani oni nie negują mojej wiary.
Pewnie na tym mółbym zakończyć moją odpowiedź Panu „heretykowi”, gdyby nie ton jego wypowiedzi i określenia, których nigdy bym nie użył, bo po prostu tak nie uważam.
    Miarą oceny moralnego poziomu jakiegokolwiek człowieka nie może być „metka” związana z jego deklaracją światopoglądową.
Człowiek podły i niedouczony” nie jest dla mnie synonimem kogoś, kto z przekonania wyznaje materializm, i idąc dalej: uosobieniem cnót i mądrości nie określiłbym kogoś tylko dla tego, że co niedzielę pucuje kolanami kościelną ławę.
    W każdej grupie(wierzących i niewierzących) znajdują się ludzie zasługujących na szacunek, bo są zwyczajnie dobrymi, mądrymi.
Po obu stronach światopoglądowej barykady są także i niedouczeni prostacy, którzy swoje poglądy próbują narzucać innym, bo tak i już!
    Z jednym się zgodzę, że świadomość i wiedza ewoluuje i kolejne pokolenia są bardziej krytyczne w pojmowaniu rzeczywistości.
    To jednak w niczym nie podważa mojego stwierdzenia, że jesteśmy skazani na bycie wierzącymi.
Nauki empiryczne odpowiadają na wiele niewiadomych i pozwalają nam zrozumieć mechanizmy materialnego porządku, ale poza tym wszystkim są pytania: kim jestem, po co żyję, jaki sens ma cierpienie, gdzie jest kres mojego istnienia?
    Może właśnie po to jest: kościół, synagoga, meczet czy inny ośrodek religijnego wsparcia, a by tam każdy mógł uzyskać wsparcie w poszukiwaniu odpowiedzi.
    Dla kogoś deklarującego swój sceptycyzm, czy materializm, takimi doradcami są „przyjaciele mądrości”, jak od wieków określano filozofów i studiując ich dociekania, może szukać odpowiedzi.
    W moich felietonach nie stawiam się w roli kogoś, kto ma prawo zajmować się „pouczaniem owieczek”. Od tego Kościół ma swoich pasterzy: biskupów i kapłanów, którzy winni rzetelnie pomagać w szukaniu odpowiedzi na pytania dotyczące wiary.
Ksiądz w cywilu może tylko sygnalizować, że niekiedy coś jest nie tak w wypełnianiu powierzonego im zadania.
Bo chyba i w przypadku Michała, młodego gniewnego, który zdecydował się na porzucenie religijnej edukacji, coś było nie tak?
Kryspin, 

wtorek, 13 lutego 2018

Czas buntu dorastania



    Młody chłopak, jeszcze dziecko, bo miał niespełna piętnaście lat, poinformował swoich rodziców, że zdecydował o tym, iż nie będzie już więcej uczestniczył w religijnej edukacji i wypisał się ze szkolnej katechezy.
    Z pewnością był to szok dla najbliższych, bo rodzina żyła w małomiasteczkowej społeczności i decyzja małolata stała się lokalną sensacją.
    Nastolatek był w wieku, który psycholodzy określają:” czasem buntu dorastania” i pewnie nie on jeden doświadczał tego stanu.
    Michał (tak go nazwijmy) z pewnością poinformował o swoim zamiarze kolegów i może nawet próbował ich namówić, by poszli w jego ślady?
    Mogłyby o tym świadczyć rozmowy niektórych jego młodych przyjaciół, którzy dyskutowali pomiędzy sobą o propozycji kolegi
    Większość nie podzielała jego buntu i wtedy mówili otwarcie:
„Stary, daj sobie spokój, usiądź na chwilę ze swoją frustracją i nie rób pochopnie tego, czego później będziesz żałował”.
    Ale pewnie byli i tacy, którzy podobnie jak on nosili w sobie podobne zadry i też by zrobili podobny krok, ale brakowało im zwyczajnie odwagi.
    Pewnie wielu z nas mogłoby teraz stwierdzić, że takich Michałów jest wielu.
Może wśród naszych bliskich, a może i my sami przeżywaliśmy podobny czas buntu dorastania i nie tylko w kwestiach religijnych, próbowaliśmy zamanifestować swoje niezadowolenie wobec tego, w czym przyszło nam dorastać.
    Na szczęście ten czas mijał i później z perspektywy lat dochodziliśmy do wniosku, że tamta rzeczywistość wcale nie zasługiwała na tak totalną naszą krytykę.
   Nie tylko jednak upływający czas leczy bunt dorastającego nastolatka.
W tym procesie dochodzenia do „dorosłego spokoju” bardzo ważną jest rola mądrych dorosłych: rodziców, wychowawców, a w przypadku buntu religijnego-księży.
   Paradoksalnie potwierdzają to ci, którzy nigdy nie potrafili się wyzwolić z czasu buntu dorastania, pomimo że już dawno skończyli naście lat. Oni mówią wprost:
-”Zabrakło nam mądrej miłości dorosłych, którzy nie pomogli nam, gdy najbardziej tego potrzebowaliśmy.”
    Michałowi niedane było doświadczyć lekarstwa (czasu i mądrej miłości dorosłych) na okres buntu dorastania. Jego młode życie przerwał pijany kierowca, który go zabił.
    Pewnie wielu po śmierci nastolatka stwierdziło, że był to okrutny przypadek losu i z tym trzeba się zgodzić.
    Ale pewnie odmiennego zdania był kapłan, który prowadził smutną ceremonię pożegnania Michała.
Choć w w trakcie kazania pogrzebowego nie padło stwierdzenie, że to była kara, którą Bóg dotknął tego młodego człowieka, to jednak w kontekście wystąpienia kapłana mówiącego o gorszącej decyzji, jaką krótko przed śmiercią Michał podjął w kwestii religii, aż naddo wyrażała intencję celebransa.
    W parafialnej świątyni, obok pogrążonej w żałobie rodziny, byli obecni jego rówieśnicy ze szkolnej ławy. Może wielu z nich, podobnie jak Michał, właśnie teraz przeżywało swój w czas buntu dorastania?
    Dla nich los okazał się bardziej łaskawy, bo przed nimi nadal pozostał dar czasu, którym będą leczyli okres swojej „choroby młodości”
    Obawiam się jednak, że wspomnienie pogrzebowej przemowy proboszcza, już na zawsze pozbawi ich niemniej ważnego „lekarstwa” ich młodzieńczego buntu: mądrości kapłana, który potrafiłby przeprowadzać ich przez najtrudniejsze sprawy.
    Z pewnością egzaminu z mądrej miłości nie zdał miejscowy duszpasterz i na niewiele zdadzą się przeprosiny, które rodzinie Michała przesłał biskup diecezji, w której tenże kapłan pracuje.
    Tak sobie myślę, że najbardziej smutnym, w trakcie pogrzebu tego młodego „buntownika”, był sam Bóg.
Kryspin

wtorek, 6 lutego 2018

Bilet do proboszczowskiego raju


     Kiedy odbierał dekret przyznający mu pierwszą samodzielną parafię, wiedział, że nie był to bilet do proboszczowskiego Edenu. Tę świadomość miał także jego biskup i może dlatego obiecał mu, że to tylko tak na chwilę, najwyżej na krótki czas, aż znajdzie się coś lepszego.

    Do miejsca, które miało się stać jego nowym, kapłańskim domem, pojechał następnego dnia.

    Parafialny kościółek stał się na lekkim wzgórzu i nawet pięknie wyglądał, gdy patrzyło się na niego z oddali. Dodatkowo, był wtedy piękny, słoneczny dzień i wszystko wyglądało ślicznie.
Gdy nowo mianowany proboszcz dotarł na miejsce, zrozumiał, że rzeczywistość już nie była tak sielankowa.
    Kościół na zewnątrz jeszcze jakoś wyglądał i nie zapowiadał tego, co krył za olbrzymimi, drewnianymi drzwiami, choć wzbudziło jego niepokój to, że budynek stał wśród chwastów, które zarosły okalające go alejki.
    Najgorsza prawda kryła się w środku. To była zwyczajna ruina, z odpadającymi tynkami i śladami farby, której niewiele pozostało na ciemnych ścianach.
   W prezbiterium, za głównym ołtarzem, znajdowały się trzy neogotyckie okna, w których pewnie kiedyś mieściły się witraże, ale teraz po nich zostały tylko ślady w postaci kolorowych fragmentów, gdy pozostałe ubytki ktoś połatał zwykłymi szybkami.
    Jeszcze gorsza niespodzianka czekała nowego proboszcza, gdy zobaczył plebanię, a raczej to, co z niej zostało po pożarze, który zniszczył znaczną część kościelnego domostwa. Aby obraz przygnębienia był pełen, tego budynku prawie nie było widać, bo wokół porosły go zielone chaszcze sięgające prawie do dachu.
    Tak było ponad dwadzieścia lat temu, gdy proboszcz obejmował (tymczasowo, jak zapewniał go biskup) parafię.
   Teraz kościół na wzgórzu stoi jak dawniej i jest piękny, nie tylko z oddali. Wchodząc do środka trudno nie zachwycić się blaskiem marmurowej posadzki, bielą misternie odnowionego sufitu i kolorami tęczy, gdy promienie słońca wpadają do środka przez witrażowe okna świątyni.
   Na zewnątrz nie ma śladu po kiedyś wszędobylskich chwastach, a alejki wokół świątyni zapraszają do spaceru wokół. Nieco poniżej, na zboczu mieści się parafialny cmentarz, na którym można podziwiać porządek, jakby dopiero co skończono wielkie sprzątanie.
   Niezwykłości otoczenia kościółka na wzgórzu dopełnia ogród prowadzący w kierunku lśniącej bielą plebanii. Miejscowi mówią, że nawet w Watykanie nie ma tak zadbanej zieleni i są zwyczajnie dumni.
   To mała (614 osób) i biedna parafia, w której większość ludzi żyje ze skromnych emerytur, tylko niektórzy mają małe poletka, z których ledwo starcza na życie, ale jak twierdzi ich proboszcz:
- „ Oni są bogaci miłością” i zaraz dodaje:” -Ja tylko dokładam im swoją miłość do nich i może w tym tkwi tajemnica tego wszystkiego, co widać.?”
-”Nie mamy w parafii żadnych kredytów, nie dostaliśmy dotacji i nigdy nie wołałem, aby dali na cokolwiek. Jedynie, co robiłem, to podsuwałem im pomysły, co moglibyśmy razem zrobić i robiliśmy to.
Zresztą to dotyczy nie tylko tego, co cieszy oko, ale także tych spraw, które są najbardziej miłe Panu Bogu, a które nieustannie radują moją kapłańską duszę”
Biskup w minionych latach wielokrotnie proponował mu „awans” na lepszą parafię, ale zaprzestał widząc, że on wrósł w swoich parafian i jest szczęśliwym.
*
Księża jeszcze w czasie wikariuszowskiego „stażu” przechodzą okres teoretycznego szkolenia, jak poruszać się w sprawach związanych z zarządzaniem parafią i na koniec zdają egzamin proboszczowski.
Może warto by było kandydatów na proboszczów, posyłać choćby na kilka tygodni do takich parafii jak ta z kościółkiem na wzgórzu, by tam mogli sobie przypomnieć na czym polega istota kapłańskiej służby.
Pewnie w każdej diecezji znalazłoby się choćby kilku takich księży proboszczów, którzy mogliby się podjąć tego zadania.
Kryspin





wtorek, 30 stycznia 2018

Etyka w szkole-religia w kościele!


   Już kilka razy pisałem na temat religii w procesie edukacyjnym młodego człowieka i podtrzymując moją krytyczną ocenę dotyczącą miejsca, w którym on się dokonuje (szkoła), zastanawiam się, dlaczego nikt nie wyciąga wniosków z mizerii katechetycznych działań?
   Przecież jasno widać, że coś jest nie tak!
Od czasu konkordatowego porozumienia, które zaowocowało przeprowdzką kościelnych edukatorów z przyparafialnych salek na edukacyjne „salony” w szkołach, minęło już tyle czasu, że doczekaliśmy się nowego pokolenia dorosłych absolwentów katechizacji po nowemu i co?
Religijność mierzona niedzielnymi praktykami leci na łeb, na szyję i nie trzeba już przychodzić na pół godziny przed mszą, aby znaleźć miejsce siedzące w kościelnej ławie.
   Ciekawa jest też struktura wiekowa uczestników niedzielnych nabożeństw.
Gro wiernych (wypełniających kościelne przykazanie o nabożym uczestnictwie we mszy świętej), to ludzie dawno już mający wiosnę życia za sobą.
   W kościołach nie ma ludzi młodych, no może z wyjątkiem dzieciaków, bo przed nimi pierwsza komunia i młodzieży, ale tylko tej przed bierzmowaniem.
Jestem z pokolenia lekcji religii przy kościele, ale o Bogu pierwsze nauki pobierałem w domu, gdy matka klękala z nami do wieczornego pacierza, a w niedzielę całą rodziną szliśmy na mszę.
   Cotygodniowe spotkania w salce katechetycznej były dla nas tylko dopełnieniem naszego duchowego dojrzewania, a religijne wzrastanie w wiarę odbywało się w domu i to się sprawdzało.
Ktoś teraz powie, że wspominam czas bezpowrotnie miniony, bo ludzie są teraz zapracowani, dorośli zmęczeni tygodniem bieganiny z chlebkiem i do tego jeszcze muszą tak robić, by i na masełko starczyło.
-„Pewnie, że religijna edukacja w szkołach, pozostawia wiele do życzenia”- przyznał mi rację proboszcz mojej parafii, gdy przy okzaji kolędy zamieniliśmy kilka zdań na temat takiej formy katechezy. Przez chwilę odniosłem wrażenie, że zdawał się podzielać moją wątpliwość dotyczącą takiej formy nauczania o Bogu, ale zaraz dodał:
-” Nauczyciel matematyki nie musi być geniuszem, aby nauczył dzieciaki tabliczki mnożenia i po latach jakoś wszyscy sobie radzą z liczeniem, prawda?”
-No pewnie nie do konca- odpowiedziałem wtedy, ale na dalsze drążenie tematu zabrakło czasu, bo wielebny nagle wstał i oznajmił, że niestety musi już iść, bo inni czekają na jego odwiedziny.
Tak sobie myślę, że misł rację proboszcz, ale tylko w ostatnim zdaniu.
Niech szkoła zajmuje się edukacją do tego, by młody człowiek potrafił się odnaleźć w dorosłym życiu. By umiał czytać i pisać, poznał prawa nauk empirycznych, zgłębiał wiedzę przydatną w jego dorosłym życiu zawodowym.
I może jeszcze jedno: by szkoła kształciła go do bycia człowiekiem.
W to ostatnie zadanie pedagogiczne znakomicie wpasowuje się etyka, przdmiot szalenie potrzebny, aby absolwent edukacyjnej placówki nie kształtował w sobie tylko zdolności do bycia korporacyjnym robotem nastawionym na ciągłą gonitwę.
Mądry nauczyciel etyki potrafi w nim ocalić pragnienie bycia człowiekiem w dorosłym życiu.
A Kościół jak powinien odnaleźć się w tym wszystkim?
Oczywiście permanentnie edukować i uczyć wiary, ale w cieniu świątyni.
Tak sobie myślę, że siostra zakonna - katechetka powstrzymywałaby wtedy swoją frustrację i nie nazywałaby rozbrykanych maluchów „baranami” (o czym ostatnio informowały media), a ksiadz wikariusz nie wypełniałby czasu spotkania z młodzieżą opowiadaniem o osiągach nowo zakupionego samochodu ( relacja od zniesmaczonych uczniów jednego z liceów)
A pozostała armia katechetów?
Swoje „powołanie” do bycia nauczycielem mogliby realizować jako animatorzy parafialnych grup pogłębiających swoją religijną wiedzę, lub być wsparciem dla rodziców nie mających nawyku religijnej gorliwości.

Kryspin,

wtorek, 23 stycznia 2018

"Grozi zawaleniem-nie wchodzić!"


    Mamy środek zimy.
    Trochę się spóźniła tego roku, bo święta Bożego Narodzenia i Nowy rok nie nastały w białej otulinie i można było naiwnie myśleć, że może będzie już tak dalej, aż do wiosny, ale nie.
Styczeń przypomniał nam, że mamy zimę i posypało śniegiem, który utrwalił mróz.
-To dobrze, mówią ci, którzy uszykowali zimowy sprzęt i zamierzają poszaleć na białych stokach.
-Cieszą się dzieciaki, które wśród prezentów pod choinkami odnalazły sanki im łyżwy, a nadchodzące ferie będą znakomitym czasem, by je sprawdzić na ośnieżonych pagórkach i przyszkolnych lodowiskach.
-Z nadzieją przyglądają się śnieżnej pierzynie rolnicy, bo zasiali oziminy i bali się, że bez puchowej osłony, pomarzną delikatne roślinki.
-Mniej optymistycznie atak zimy odbieramy my, mieszkańcy wiejskiego osiedla, bo z niepokojem oczekujemy wiosennych roztopów, bo one kiedyś przyjdą i wtedy droga wokół naszych domów, kolejny raz zamieni się w tor przeszkód.
    I nie chodzi o to, że mieszkamy w zapomnianej dziurze, z której do cywilizacji prowadzą polne dukty, nic z tych rzeczy. Od lat mamy zrobioną drogę, która prowadzi wprost do głównej trasy łączącej nas z wielkim miastem, ale?
    No właśnie, od samego początku, gdy zbudowano tę nitkę łączącą nas z cywilizacją, pewnie w ramach oszczędności, ograniczono się do użycia materiałów niskiej jakości i skutkiem tego, każdej wiosny nasz drogowy kontakt wymaga ponownej naprawy.
Wiosna każdego roku funduje nam nowe, coraz to większe dziury i chcąc, nie chcąc jesteśmy zmuszeni do korzystania z objazdów, by do końca nie zniszczyć samochodów.
    Ludzie odpowiedzialni za przejezdność naszego osiedlowego szlaku, żyją w błogim zadowoleniu i w sprawozdaniach z dbałości o powierzone im zadanie, pewnie raportują, że stan nawierzchni nie uległ znaczącemu pogorszeniu i kilka taczek wylanego asfaltu załatwi sprawę na kolejny rok.
-„A że coraz więcej ludzi szuka objazdów, by dojechać do celu, to ich wybór i nie będziemy sobie zaprzątać tym głowy”-odpowiedzą na stawiane wątpliwości.
    Na okładce „Zatroskanej koloratki” umieściłem widok kościelnego muru. Jest tam zawieszony krzyż, by każdy mógł nawet z daleka rozpoznać wyjątkowość budowli. Na ścianie z czerwonych cegieł pojawiło się coś jeszcze, wielkie pęknięcie, które powinno zaniepokoić tych, którzy z racji pełnionych funkcji (kościelna hierarchia) ponoszą odpowiedzialność za kondycję tej budowli.
    Kościół jest budowlą i drogą, którą zmierzamy ku przeznaczeniu wytyczonym nam przez Chrystusa, ukazującego cel, jakim jest wieczność w domu Ojca.
    Na wiosnę w drodze z mojego osiedla pojawią się kolejne dziury, które zimą zniszczyła zamarzająca woda i pewnie coraz więcej moich sąsiadów podejmie decyzję o porzuceniu najkrótszego dojazdu do celu.
    A ja zastanawiam się, jak długo jeszcze Kościół coraz większe szczeliny tej niszczejącej budowli będzie łatał lepką mazią (tak tylko do zatuszowania nieprzyjemnego widoku)
    Przykrym jest to, że zamiast działania, słyszymy tylko słowa, słowa....
Ograniczę się tylko do jednego przykładu, choć można by stworzyć „litanię” zaniedbań działań naprawczych pęknięć kościelnej budowli.
    Papież Franciszek w czasie pielgrzymki do Ameryki Łacińskiej przepraszał za grzechy pedofilii wśród duchownych i nawet zapłakał nad losem skrzywdzonych (myślę, że szczerze), zapewniając jednocześnie, że od teraz już będzie zero tolerancji dla takiej patologii.
    To były tylko słowa, może i szczytne w deklaracjach, ale jednak tylko słowa.
Pękające mury w kościelnej budowli nie naprawi się taczką zaprawy piasku i wapna. Do tego potrzeba gruntownego remontu, by ludzie, którzy przecież też widzą te zniszczenia, nie byli zmuszeni do wyboru innej drogi .( a przecież już tak robią, o czym świadczą Kościelne statystyki.)
    Na niektórych, zaniedbanych i zniszczonych zębem czasu budynkach, dla przestrogi umieszcza się tabliczkę: „Grozi zawaleniem, nie wchodzić!”


Kryspin