Kiedyś mówiło się, że żyjemy w kraju absurdów!
Teraz minęła epoka komuny, okresu "szczęśliwości", do której jakoś trudno było przekonać rodaków, no i mamy demokrację i znowu jest źle!
Polska to ciekawy kraj!
Przez ulice naszych miast przetaczają się kawalkady protestujących z okrzykami w obronie demokracji!
Czego się domagają te tłumy krzykaczy?
No Przewodniczący KOD-u krzyczy najgłośniej, bo a nóż ktoś zechce rozliczyć go z niezapłaconych alimentów.
Politycy tzw. opozycji krzyczą bo zawsze warto coś ugrać opluwając partię rządzącą.
Największe zdziwienie budzi jednak ostatni powód "niezadowolenia", czyli sprawa "Bolka"!
"My naród" jesteśmy z tobą panie Prezydencie-padają zapewnienia!
A ja sobie wypraszam używania takich określeń, bo też należę do tego narodu i wcale mi nie po drodze z obroną Bolka!
Nie chodzi mi o napaść na legendę Solidarności, ale uważam, że TW Bolek powinien przeprosić choćby tych, którzy w wyniku jego gorliwych donosów byli szykanowani przed laty i teraz mają głodowe emerytury!
Może zamiast obrony demokracji[ w takim wydaniu, jak to preferują kombinatorzy z KOD-u] winno się przemaszerować w obronie uczciwości i odwagi, aby przez nasze usta przebiło się proste słowo: PRZEPRASZAM!- w stosunku do tych wszystkich, których kiedykolwiek skrzywdziliśmy[słowem i czynem także!] ?
A tak na koniec:
Mam dwa psy!
Duży nagle przebudzony, wspominając jakieś senne przeżycia, zaczyna ujadać i wtedy ten mały, siedzący obok, także zaczyna swoje szczekanie i tylko rozgląda się nerwowo, aby zorientować się, dlaczego właściwie ma szczekać?
Drogie Panie w słusznym wielu i Panowie z bielę skroni, zastanówcie się dwa razy, zanim weźmiecie w rękę zabazgrane przez kogoś transparenciki i pomyślcie jak bardzo jesteście śmieszni w swoim postępowaniu.
Kryspin
niedziela, 28 lutego 2016
czwartek, 25 lutego 2016
Równe żołądki emerytów!
Co pewien czas jak bumerang wraca temat emerytur w przyszłości!
Nie trzeba być wytrawnym ekonomistą, by obawiać się, że kiedyś to wszystko legnie w gruzach, bo na barkach pracujących[na ich składkach] będzie siadało coraz więcej emerytów i żądało- zapłaty za przepracowane kiedyś lata!
Proponowane rozwiązania, prognozy wzrostu dobrobytu[a z tym zwiększone składki ZUS] wcale nie załatwią sprawy-pieniędzy będzie coraz mniej[w stosunku do rosnących potrzeb!]
A ja tak sobie myślę, że emerytury, to największa niesprawiedliwość wtórna sankcjonująca niesprawiedliwość pierwotną.
Mówi się, że pracujemy na naszą starość i to jest prawda, ale...
W wielu wypadkach nasze płace[za wykonywaną pracę] są rozbieżne z kwalifikacjami i ambicjami.
Jest wiele przypadkowości i często wcale nie mamy wpływu na to, czy zarabiamy 1500zł, czy 7000 zł.
Często jest to zależne od wybranego zawodu, znajomości szczęścia itd.
Mamy jednak jakiś wpływ na nasze dochody: bo z zapobiegliwości, wykorzystując jakąś szansę daną nam przez los[lub znajomości] możemy zmieniać zajęcie i polepszać sobie naszą egzystencję.
Czy sprawiedliwym jednak jest, że naszą zapobiegliwość[ tu i teraz] system będzie nagradzał nam grobowej deski?
Obruszamy się, że byli pracownicy specjalnych służb teraz pobierają krociowe emerytury[a nawet po ich śmierci takowe nadal będą pobierać ich najbliżsi], a na przykład ludzie, którzy kiedyś walczyli o sprawiedliwość społeczną, wtedy otrzymywali wilcze bilety i siniaki od milicyjnych pałek, a teraz otrzymują głodowe ochłapy, no bo system nie miał czego im naliczyć kiedyś!
Wyobraźmy sobie, że otrzymujemy dzisiaj jasną informację, iż za dwadzieścia lat wejdzie system równych emerytur dla wszystkich: np po 1500 zł i koniec!
Jeśli chcesz mieć kiedyś więcej- odkładaj systematycznie choćby po parę złotych co miesiąc!
Co o tym sądzicie?
Kryspin
Nie trzeba być wytrawnym ekonomistą, by obawiać się, że kiedyś to wszystko legnie w gruzach, bo na barkach pracujących[na ich składkach] będzie siadało coraz więcej emerytów i żądało- zapłaty za przepracowane kiedyś lata!
Proponowane rozwiązania, prognozy wzrostu dobrobytu[a z tym zwiększone składki ZUS] wcale nie załatwią sprawy-pieniędzy będzie coraz mniej[w stosunku do rosnących potrzeb!]
A ja tak sobie myślę, że emerytury, to największa niesprawiedliwość wtórna sankcjonująca niesprawiedliwość pierwotną.
Mówi się, że pracujemy na naszą starość i to jest prawda, ale...
W wielu wypadkach nasze płace[za wykonywaną pracę] są rozbieżne z kwalifikacjami i ambicjami.
Jest wiele przypadkowości i często wcale nie mamy wpływu na to, czy zarabiamy 1500zł, czy 7000 zł.
Często jest to zależne od wybranego zawodu, znajomości szczęścia itd.
Mamy jednak jakiś wpływ na nasze dochody: bo z zapobiegliwości, wykorzystując jakąś szansę daną nam przez los[lub znajomości] możemy zmieniać zajęcie i polepszać sobie naszą egzystencję.
Czy sprawiedliwym jednak jest, że naszą zapobiegliwość[ tu i teraz] system będzie nagradzał nam grobowej deski?
Obruszamy się, że byli pracownicy specjalnych służb teraz pobierają krociowe emerytury[a nawet po ich śmierci takowe nadal będą pobierać ich najbliżsi], a na przykład ludzie, którzy kiedyś walczyli o sprawiedliwość społeczną, wtedy otrzymywali wilcze bilety i siniaki od milicyjnych pałek, a teraz otrzymują głodowe ochłapy, no bo system nie miał czego im naliczyć kiedyś!
Wyobraźmy sobie, że otrzymujemy dzisiaj jasną informację, iż za dwadzieścia lat wejdzie system równych emerytur dla wszystkich: np po 1500 zł i koniec!
Jeśli chcesz mieć kiedyś więcej- odkładaj systematycznie choćby po parę złotych co miesiąc!
Co o tym sądzicie?
Kryspin
poniedziałek, 22 lutego 2016
Sakrament z taśmy!
W powietrzu już czujemy zapach
nadchodzących świąt.
Centra handlowe już od jakiegoś czasu
realizują zwiększone plany sprzedażowe, a wielu z nas planuje na
ten nadchodzący czas odwiedziny u bliskich, bądź sami będą
podejmować świątecznych gości.
O sakralnym charakterze
zbliżających się dni nie zapomina także Kościół planując na
ostatnie dni Wielkiego Postu parafialne rekolekcje, które
tradycyjnie zakończą się masową akcją oczyszczenia z win
parafialnych grzeszników kornie czekających w tasiemcowych
kolejkach na swoją chwilę pojednania przy konfesjonale.
Pewnie nikt nie prowadzi takich
badań statystycznych, ale większość przystępujących w tym
czasie do spowiedzi, to bardzo okazjonalni wierzący, którzy swoją
pobożność ograniczają do minimalizmu wymaganego przykazaniem
kościelnym:”Przynajmniej
raz w roku spowiadać się i w okresie Wielkanocnym komunię świętą
przyjmować!
Przy masówce wielkopostnej to taki
sakrament z taśmy: obowiązek odhaczony i święty spokój.
Jeśli do tego taka spowiedź
połączona jest z karteczką, która ma swoją wagę, bo dzięki
niej zostanie to odnotowane w kartotece parafialnej i może kiedyś
decydować choćby o udziale księdza w ostatniej drodze zmarłego,
to wystarczający argument!
*
Swoją drogą jestem bardzo
ciekawy ilu z tych wielkanocnych grzeszników wypełnia pięć
warunków koniecznych do ważności sakramentu pokuty [rachunek
sumienia, żal za grzechy popełnione, postanowienie poprawy,
spowiedź i zadośćuczynienie-pokuta] ?
W czasie wielkopostnego „spędu”
ku nawróceniu, częściej niż zwykle słyszy się głosy
niezadowolonych z takiej formy spowiedzi:
-Dlaczego mam się spowiadać na ucho
innemu człowiekowi, choćby on był księdzem?
-Czy nie prościej i bardziej wygodnie
byłoby, gdyby spowiedź była powszechna i kapłan rozgrzeszyłby
wszystkich jednym machnięciem?
-Człowiek jest taki zabiegany, a jedno
rozgrzeszenie w trakcie zbiorowej spowiedzi oszczędziłoby czasu i
wstydu mówienia o swoich świństewkach!
No i teraz mam dobrą nowinę dla tych
wszystkich niezadowolonych.
Kościół stosuje formę
spowiedzi zbiorowej i nazywa to Absolucją Generalną, ale...?
Sakrament pokuty w formie spowiedzi
zbiorowej w Kościele katolickim stosowany jest tylko w sytuacjach
wyjątkowych, gdy zachodzi niebezpieczeństwo utraty życia
grzesznika bez możliwości indywidualnego pojednania się z Bogiem.
-Wielokrotnie taką formę stosowano w
okresie wojny dla żołnierzy[zwłaszcza przed bitwami].
-Dozwala się taką formę spowiedzi w
pracy misjonarzy, którzy działają niekiedy na bardzo rozległym
terenie, a we wspólnocie nawróconych zjawiają się raz na kilka
miesięcy i z braku czasu nie mogą wyspowiadać wszystkich chcących
uzyskać rozgrzeszenie.
*
Miałem kiedyś okazję
uczestniczyć we mszy św. kościelnej wspólnoty, która w nazwie ma
przymiotnik- katolicki, ale nie jest w łączności z Watykanem.
Przed mszą odbyła się ceremonia
spowiedzi zbiorowej, po której kapłan udzielił rozgrzeszenia
obecnym.
Bardzo się zdziwiłem, gdy do
komunii świętej nie przystąpili niektórzy uczestnicy liturgii.
Po skończonej mszy zapytałem księdza,
dlaczego nie wszyscy przyjęli w trakcie nabożeństwa sakrament
komunii?
Odpowiedział mi krótko: Rozgrzeszenie
to tylko jeden z pięciu elementów sakramentu pojednania i ci,
którzy w duchu nie dopełnili pozostałych, nie czuli się
uprawnieni, aby przystąpić do Stołu Pańskiego!
Wtedy zrozumiałem, jak daleko nam do
tego, abyśmy mogli w taki sposób korzystać z sakramentu
pojednania.
Sakrament z taśmy do tego nas z
pewnością nie przybliża!
Kryspin, ksiądz w cywilu
środa, 17 lutego 2016
Rekolekcje pod nadzorem!
Na czterdzieści dni przed
radosnym Alleluja, gdy w świątyniach wierni wielkanocnymi śpiewami
obwieszczają światu, że Chrystus Zmartwychwstał, Kościół
rozpoczął czas refleksji i pokuty, który określa się mianem
Wielkiego Postu!
Taką formę przygotowania poprzez
post i uczynki pokutne, do przeżywania podniosłych chwil, stosują
wierni różnych religii, aby dokonać swoistego resetu
nieśmiertelnej duszy.
Post zwany Ramadanem kultywują
wyznawcy Islamu, oczyszczające obmycie w wodach Gangesu stosują
wyznawcy Hinduizmu, a wszystko to także jest poprzedzone okresem
postu i uczynków pokutnych aplikowanych sobie w trakcie nieraz
wielokilometrowych przemarszów w stronę świętej rzeki
*
W środę popielcową katolicy
rozpoczęli swój czas oczyszczenia i przez czterdzieści dni
poprzedzających najważniejszy moment roku liturgicznego, winni się
przygotować na świętowanie triumfu Zmartwychwstania!
Kościół na ten czas przewidział
całą gamę nabożeństw przybliżających wiernym tragizm
cierpienia Chrystusa, które jednocześnie stają się ekspiacyjnym
aktem wiary współczesnych Jego wyznawców.
W piątkowe popołudnia odbywają
się rozważania Drogi krzyżowej, a niedziele rozbrzmiewają
śpiewami Gorzkich żali.
I można tylko ubolewać, że te
szczególne nabożeństwa coraz mniej przemawiają do sumień i nie
budzą potrzeby uczestnictwa ze strony wierzących, co widać gołym
okiem po nie zawsze zapełnionych kościelnych ławach.
Ostatnimi bastionami należytej
frekwencji wielkopostnych ćwiczeń zdają się być rekolekcje i
spowiedź święta na ich zakończenie, ale i przy tym byłbym
ostrożny w odtrąbieniu duszpasterskiego sukcesu.
Owszem, w dniach rekolekcyjnych nauk
kościoły zapełniają się w znaczącym stopniu, ale...?
Pozwolę sobie na fragment
:”Zatroskanej koloratki”, który daje odpowiedź na
moje:”ale”:
...”Szczytem kolejnego absurdu stał
się, wywalczony konkordatowym porozumieniem, zapis o trzech dniach
rekolekcji wielkopostnych, kiedy tabuny młodzieży i rozbrykanych
dzieciaków zostały zobowiązane do odwiedzania kościołów i
p[obierania nauk rekolekcyjnych.
Aby dziatwa nie czuła się
przemęczona, w tych dniach pomieszczenia szkolne miały wolne, bo
lekcje nie mogły przecież rozpraszać „świętej zadumy i
refleksji”. Biedni nauczyciele, niczym policjanci, winni zaś dbać
o to, aby złe myśli nie prowokowały małolatów do zwyczajnych
wagarów lub samowolnego skracania sobie pobytu w świętym miejscu.
Temu wszystkiemu służyły szczegółowe instrukcje dyrekcji szkoły
o obowiązku odnotowywania frekwencji, łącznie z ponownym
sprawdzeniem obecności pod koniec codziennych „ćwiczeń
duchowych”.
Młodzi ludzie zyskali w ten sposób
kolejne trzy dni laby i dla świętego spokoju byli gotowi poświęcić
rekolekcjom te dwie godzinki zamiast odbębniania kilku lekcji
przewidzianych w szkolnym terminarzu.
Dni rekolekcyjnych zajęć
szkolnych to nic innego jak czas laby, luzu bez konieczności
zaliczania godzin lekcyjnych. Młodzi ludzie dotąd doświadczali
tego pod koniec każdego roku, po Radzie Pedagogicznej, gdy oceny
były już „zaklepane”, trudno było po tym uzasadnić
jakikolwiek sens przychodzenia na zajęcia.
Wtedy, zamiast przymuszać młodych
do siedzenia w szkolnych ławach, opiekunowie zabierali powierzone
ich opiece wychowawczej pociechy na idiotyczne wycieczki, aby kolejny
raz podziwiać „atrakcje” okolicy, czy do muzeów, z eksponatami,
które nikogo nie interesowały.
Dzień był zaliczony, przeszedł i
można było odhaczyć w dzienniku spotkanie z kulturą!
Teraz profesorowie otrzymali
kolejny”prezent” od Kościoła, który załatwił im kilka
następnych dni spokoju od nauczania.
A po szkolnych rekolekcjach księża
katecheci mogli odnotować w swoich duszpasterskich
powinnościach:”Młodzież na spotkaniach z Bożym słowem-stan
osobowy: pełny!”...
Ale czy Chrystusowi o to chodziło,
gdy mówił o nawróceniu...?
Kryspin
czwartek, 11 lutego 2016
Czy dziecko jest tylko naszą inwestycją na przyszłość?
Wszyscy znamy słowa Beaty
Szydło:"dzieci są naszą inwestycją na przyszłość", którymi starała się tłumaczyć rządowy pomysł
wsparcia przyszłej dzietności polskich rodzin. To stwierdzenie Pani
Premier jednak nie przekonało politycznych oponentów i w efekcie
zostaliśmy skazani na żenującą, polityczną telenowelę.
To przykre, że w scenariuszu tego
spektaklu wykorzystuje się dziecko, określając je „inwestycją
na przyszłość”
Owszem, nie można odbierać racji
tym wszystkim, którzy z niepokojem myślą, co czeka nasz naród za
kilkanaście, kilkadziesiąt lat.
Demografowie alarmują, że kiedyś
będzie za mało młodych, którzy na swych barkach udźwigną
utrzymanie rosnącej armii emerytów.
Rozwiązaniem wydaje się więc
mądra polityka prorodzinna zachęcająca rodziców, aby mieli
więcej, aniżeli jedno dziecko.
Sądzę jednak, że
pomysł:”Rodzina 500+” przegłosowany w dniu dzisiejszym w Sejmie wcale nie załatwi tego problemu podobnie
jak słynne becikowe, które także nie wywołało eksplozji nowych
narodzin!
Widmo demograficznej zapaści nie
jest jednak tylko naszym problemem i dlatego coraz głośniej
słyszymy głosy, że „Europa wymiera”! Choć w innych krajach
naszego kontynentu sytuacja wydaje się nieco lepsza, to jednak nie
rozwiązuje problemu starzejącego się społeczeństwa!
Jak więc temu zaradzić, w czym
tkwi przyczyna problemu?
Pozwolę sobie na przytoczenie
fragmentu „Zakochanej koloratki”:
...”Dziecko: konkurent, zagrożenie,
przypadek, rozsądek. Ile razy słyszymy te określenia w odniesieniu
do nowego życia, ile zła wyrządzają rodzice swoim pociechom
jeszcze przed ich narodzinami?
Nasze dzieci nie potrzebują złotych
kołysek, one proszą tylko o jedno-Daj mi miłość, kochaj mnie
zawsze, jeszcze przed momentem poczęcia, i zanim przyjdę na świat;
obdarzaj mnie miłością, gdy jako maleństwo potrzebuję ciebie
nieustannie, i bądź dla mnie wsparciem, gdy wydaję się być już
dorosły!
Niektórzy młodzi ludzie zakładający
gniazdo rodzinne już od pierwszej chwili próbują być”rozsądni”
i planują przyszłość dokładnie; najpierw stabilizacja, kariera,
może dziecko, jako dopełnienie obrazka rodziny...A na pytanie;
dlaczego tylko jedno, pada odpowiedź-Nie stać nas w tej chwili
na drugie; bo mieszkanie nie takie, bo zarabiam za mało; drugie
dziecko, to by była nieodpowiedzialność z naszej strony...
W tych wszystkich wyliczeniach
argumentów za i przeciw brakuje moim zdaniem najpoważniejszego
stwierdzenia: Nie stać nas na miłość tak wielką, aby obdarować
nią to maleństwo, które miałoby się urodzić!
Ileż obserwujemy rodzin, które
przeżywają swoiste napiętnowanie społeczne z powodu posiadania
dużej liczby potomstwa- Jak w ich sytuacji można decydować się
na tyle dzieci, to nierozsądne, nieodpowiedzialne!
A dzieci w tych
rodzinach są jednak często bardzo szczęśliwe, bo miłości
wystarcza dla nich wszystkich!
Na drugim biegunie obserwujemy
rodziny, w których dziecko ma wszystko, a nie widać w nim
szczęścia, bo nigdy tak naprawdę nie otrzymało tego daru
najcenniejszego; gorącego uczucia bycia kochanym!
Sądzę, że nasza przyszłość
zawiera się nie tylko w tym, jak gospodarczo będzie rozwijał się
nasz kraj. W pogoni za dobrobytem, posiadaniem nowego domu,lepszego
samochodu i wypchanego pieniędzmi konta bankowego nie zbudujemy
spokojnej przyszłości dla nas i następnych pokoleń. Nasze
jutro uzależnione jest od naszego daru miłości, który świadomie
potrafimy przekazać naszym dzieciom!
Decyzja o założeniu rodziny, to
przyjęcie odpowiedzialności, najpierw za życie osoby, której
mówimy: Kocham Cię, a w dalszej, niemniej ważnej kolejności,
przejęcie odpowiedzialności za przyszłe życie naszych dzieci,
owoców tej miłości!
Dobry lekarz leczy nie tylko
objawy choroby, ale wnika w jej przyczyny!
Myślę, że 500 zł na dziecko, to
terapia objawów i nie wnika w przyczynę!
Kryspin
czwartek, 4 lutego 2016
Liścik miłości na Walentynki!
Zastanawiasz się w jaki sposób powiedzieć komuś, go kochasz?
Przed nami Walentynki i miły zwyczaj dawania sobie liścików z zapewnieniem o tym, że ktoś jest bliski naszemu sercu i to jest piękne!
Podaruj komuś bliskiemu "Zakochaną koloratkę" , która jest właśnie takim "liścikiem miłości"!!!!
Książkę możesz zamówić u autora: tel:536 425 831 lub mailowo: kryspinkrystek@onet.eu
Każda książka z dedykacją dla adresata!!!!
Przed nami Walentynki i miły zwyczaj dawania sobie liścików z zapewnieniem o tym, że ktoś jest bliski naszemu sercu i to jest piękne!
Podaruj komuś bliskiemu "Zakochaną koloratkę" , która jest właśnie takim "liścikiem miłości"!!!!
Książkę możesz zamówić u autora: tel:536 425 831 lub mailowo: kryspinkrystek@onet.eu
Każda książka z dedykacją dla adresata!!!!
niedziela, 31 stycznia 2016
Moc słowa uwiecznionego na kartach książek!
Dokładnie tydzień temu pożegnałem Etnę, która na zawsze pozostanie blisko nas.
Napisał do mnie czytelnik z Nowego Yorku, że w Stanach ludzie też bardzo są przywiązani do swoich czworonożnych przyjaciół i gdy nadchodzi czas rozstania, to nawet robią dla nich pochówek na specjalnych cmentarzach dla zwierząt.
Szkoda, że w naszej kulturze jest to mało popularne i po odejściu takiego przyjaciela proponuje się[a nawet nakazuje] utylizację!
Okropne słowo: Utylizacja- jakby chciano pozbyć się śmiecia na wysypisku!
Etna spoczywa w ogrodzie, który tak kochała i już zawsze będzie miała swoje miejsce przy białej brzozie, która na wiosnę się zazieleni in pewnie wtedy będziemy na to miejsce spoglądali pamiętając o niej!
Mój nieznajomy z USA napisał, że ona wiecznie pozostanie w pamięci nie tylko mojej i moich najbliższych, ale i wszystkich tych, którzy poznali ją dzięki "Zakochanej koloratce"!
Tymi słowami uświadomił mi, jak wielką moc ma słowo zapisane na kartach książki!
Często przypominam sobie chwilę, jak bardzo przeżywałem to, gdy pierwszy raz do moich rąk trafiła "Zakochana koloratka" . Nie umiałbym nawet opisać, jak wielką wtedy odczuwałem radość.
To przeżycie było takie same, jak radość z narodzin moich dzieci- tylko takie porównanie przychodzi mi na myśl!
Kiedyś i moje życie zostanie przykryte ziemią zapomnienia, ale nadal będę żył: w pamięci moich dzieci, ale i także dzięki słowom zapisanym na kartach moich książek.
Kryspin
Napisał do mnie czytelnik z Nowego Yorku, że w Stanach ludzie też bardzo są przywiązani do swoich czworonożnych przyjaciół i gdy nadchodzi czas rozstania, to nawet robią dla nich pochówek na specjalnych cmentarzach dla zwierząt.
Szkoda, że w naszej kulturze jest to mało popularne i po odejściu takiego przyjaciela proponuje się[a nawet nakazuje] utylizację!
Okropne słowo: Utylizacja- jakby chciano pozbyć się śmiecia na wysypisku!
Etna spoczywa w ogrodzie, który tak kochała i już zawsze będzie miała swoje miejsce przy białej brzozie, która na wiosnę się zazieleni in pewnie wtedy będziemy na to miejsce spoglądali pamiętając o niej!
Mój nieznajomy z USA napisał, że ona wiecznie pozostanie w pamięci nie tylko mojej i moich najbliższych, ale i wszystkich tych, którzy poznali ją dzięki "Zakochanej koloratce"!
Tymi słowami uświadomił mi, jak wielką moc ma słowo zapisane na kartach książki!
Często przypominam sobie chwilę, jak bardzo przeżywałem to, gdy pierwszy raz do moich rąk trafiła "Zakochana koloratka" . Nie umiałbym nawet opisać, jak wielką wtedy odczuwałem radość.
To przeżycie było takie same, jak radość z narodzin moich dzieci- tylko takie porównanie przychodzi mi na myśl!
Kiedyś i moje życie zostanie przykryte ziemią zapomnienia, ale nadal będę żył: w pamięci moich dzieci, ale i także dzięki słowom zapisanym na kartach moich książek.
Kryspin
niedziela, 24 stycznia 2016
Etna odeszła!
Dzisiaj smutny dzień!
Wczoraj Etna, mój przyjaciel, który tyle razy dawał mi ukojenie w trudnych chwilach, odeszła!
Ktoś powie, to był tylko pies, ale dla mnie była kimś więcej!
To tylko pies, ale potrafił kochać wiernie i choć po ludzku nie potrafił wyrazić tego słowami, to mówiła całą sobą.
Gdy trzy lata temu odeszła jaj Pancia i poczułem bolesną pustkę osamotnionej miłości, przychodziła do mnie, siadała , patrzyła smutnymi oczami i zdawała się mówić:"Niem martw się, nie bądź przygnębiony!"
To tylko pies...
Przyjaciółka naszego domu napisała wczoraj na FB: "Odeszła i teraz jest ze swoją Pancią"
Dawno temu, gdy byłem małym dzieckiem, zadałem pytanie mojej mamie: Czy pieski po śmierci idą do nieba?
Ona wtedy nieco zakłopotana starała się mi tłumaczyć, że niebo jest tylko dla ludzi, którzy za życia nas kochali.
Odpowiedziałem wtedy: Pan Bóg nas kocha, prawda?
Mama potwierdziła to myśląc, że na tym zakończą się moje pytania.
-A ja sądzę, że w niebie, może nieco z boku, jest taki kącik, gdzie trafiają pieski, bo przecież one nas kochają i Dobry Bóg uśmiecha się do nich, gdy one widząc Go, merdają radośnie ogonkami"
Może to teologicznie jest niepoprawne, ale myślę sobie, że w niebie jest miejsce dla czystej miłości, a taką obdarzają nas, dumnych ludzi, nasi czworonodzy przyjaciele!
Etna odeszła do swojej Panci, aby tam w niebie radośnie wtulać się w jej dobre serce!
Kryspin
Wczoraj Etna, mój przyjaciel, który tyle razy dawał mi ukojenie w trudnych chwilach, odeszła!
Ktoś powie, to był tylko pies, ale dla mnie była kimś więcej!
To tylko pies, ale potrafił kochać wiernie i choć po ludzku nie potrafił wyrazić tego słowami, to mówiła całą sobą.
Gdy trzy lata temu odeszła jaj Pancia i poczułem bolesną pustkę osamotnionej miłości, przychodziła do mnie, siadała , patrzyła smutnymi oczami i zdawała się mówić:"Niem martw się, nie bądź przygnębiony!"
To tylko pies...
Przyjaciółka naszego domu napisała wczoraj na FB: "Odeszła i teraz jest ze swoją Pancią"
Dawno temu, gdy byłem małym dzieckiem, zadałem pytanie mojej mamie: Czy pieski po śmierci idą do nieba?
Ona wtedy nieco zakłopotana starała się mi tłumaczyć, że niebo jest tylko dla ludzi, którzy za życia nas kochali.
Odpowiedziałem wtedy: Pan Bóg nas kocha, prawda?
Mama potwierdziła to myśląc, że na tym zakończą się moje pytania.
-A ja sądzę, że w niebie, może nieco z boku, jest taki kącik, gdzie trafiają pieski, bo przecież one nas kochają i Dobry Bóg uśmiecha się do nich, gdy one widząc Go, merdają radośnie ogonkami"
Może to teologicznie jest niepoprawne, ale myślę sobie, że w niebie jest miejsce dla czystej miłości, a taką obdarzają nas, dumnych ludzi, nasi czworonodzy przyjaciele!
Etna odeszła do swojej Panci, aby tam w niebie radośnie wtulać się w jej dobre serce!
Kryspin
poniedziałek, 11 stycznia 2016
WTNP-Wielka Taca Niedzielnej Pomocy?
Tak na samym początku: Nie darzę szczególną sympatią Jerzego Owsiaka i WOŚP irytuje mnie krzykliwym stylem, ale?
Z pewnością jednak nie stanę po stronie tych wszystkich, którzy nieustannie karmią się hakami na tę "imprezę", która już od 24 lat prowokuje Polaków do bycia otwartym na potrzeby tych, którzy łakną wrażliwych serc, aby żyć!
Od kilku tygodni przed wczorajszym finałem WOŚP na stronach mediów społecznościowych lawiną przetoczyły się nowinki "dobrze poinformowanych", ile to Owsiak ugryzie z kolejnych milionów i jego "Złoty melon" znowu urośnie.
A ja mam to w głębokim poszanowaniu i tak sobie myślę, że w tych głosach wcale nie chodzi o kasę, a o coś, co nazwałbym "Rządem dusz"!
No i jestem niekonsekwentny, bo chyba o kasę także chodzi?
Bo jeśli by nie, to trudno mi jest zrozumieć negatywne nastawienie Kościoła do akcji tego krzykliwego i charyzmatycznego zarazem okularnika.
Nie rozumiem, jak można być niezadowolonym z tego, że ktoś budzi wrażliwość serc w tylu naszych rodakach?
Już wyobrażam sobie nieformalne rozmowy prowadzone przez różnej maści dostojników kościelnych, ekonomów od koszyczków podstawianych pod nos przybyłych na niedzielną mszę...
Z pewnością w makro skali krzywa dochodu w parafialnej kasie w drugą niedzielę każdego roku jest znacznie niższa i to musi budzić niepokój, prawda?
Tak na koniec myślę sobie, że Kościół powinien jednak Owsiakowi być wdzięczny, bo co by było, gdyby ten "Pajac" w rudawej koszulce uroił sobie pomysł, żeby Orkiestra grała w każdą niedzielę, tydzień po tygodniu i to przez okrągły rok?
To by była prawdziwa tragedia i aż ciarki po plecach przechodzą i nawet ciepła sutanna nie daje ukojenia.
Z jeszcze jednego powodu należy się wdzięczność Dyrygentowi WOŚP drodzy hierarchowie:
Jestem pewien, że pozytywnym "rykoszetem" tej niedzieli otwartych serc, będą większe tace w trakcie kolejnych, niedzielnych mszy- tak z rozpędu, a może i z przyzwyczajenia.
No ale w tej beczce miodu jest jednak i łyżka dziegciu: WOŚP corocznie[pod koniec marca] publikuje rozliczenie dochodów i przedstawia plan zagospodarowania zebranych pieniędzy!
Pozdrawiam Kryspin
Z pewnością jednak nie stanę po stronie tych wszystkich, którzy nieustannie karmią się hakami na tę "imprezę", która już od 24 lat prowokuje Polaków do bycia otwartym na potrzeby tych, którzy łakną wrażliwych serc, aby żyć!
Od kilku tygodni przed wczorajszym finałem WOŚP na stronach mediów społecznościowych lawiną przetoczyły się nowinki "dobrze poinformowanych", ile to Owsiak ugryzie z kolejnych milionów i jego "Złoty melon" znowu urośnie.
A ja mam to w głębokim poszanowaniu i tak sobie myślę, że w tych głosach wcale nie chodzi o kasę, a o coś, co nazwałbym "Rządem dusz"!
No i jestem niekonsekwentny, bo chyba o kasę także chodzi?
Bo jeśli by nie, to trudno mi jest zrozumieć negatywne nastawienie Kościoła do akcji tego krzykliwego i charyzmatycznego zarazem okularnika.
Nie rozumiem, jak można być niezadowolonym z tego, że ktoś budzi wrażliwość serc w tylu naszych rodakach?
Już wyobrażam sobie nieformalne rozmowy prowadzone przez różnej maści dostojników kościelnych, ekonomów od koszyczków podstawianych pod nos przybyłych na niedzielną mszę...
Z pewnością w makro skali krzywa dochodu w parafialnej kasie w drugą niedzielę każdego roku jest znacznie niższa i to musi budzić niepokój, prawda?
Tak na koniec myślę sobie, że Kościół powinien jednak Owsiakowi być wdzięczny, bo co by było, gdyby ten "Pajac" w rudawej koszulce uroił sobie pomysł, żeby Orkiestra grała w każdą niedzielę, tydzień po tygodniu i to przez okrągły rok?
To by była prawdziwa tragedia i aż ciarki po plecach przechodzą i nawet ciepła sutanna nie daje ukojenia.
Z jeszcze jednego powodu należy się wdzięczność Dyrygentowi WOŚP drodzy hierarchowie:
Jestem pewien, że pozytywnym "rykoszetem" tej niedzieli otwartych serc, będą większe tace w trakcie kolejnych, niedzielnych mszy- tak z rozpędu, a może i z przyzwyczajenia.
No ale w tej beczce miodu jest jednak i łyżka dziegciu: WOŚP corocznie[pod koniec marca] publikuje rozliczenie dochodów i przedstawia plan zagospodarowania zebranych pieniędzy!
Pozdrawiam Kryspin
czwartek, 17 grudnia 2015
1970- wstydliwe wspomnienie nieosądzonej zbrodni!
Prezydent Duda wybrał się na Wybrzeże, aby o świcie uczestniczyć w uroczystości upamiętniającej mord dokonany na robotnikach w 1970 roku.
Powiedział:" Zwyczajnie odczuwam wstyd, że zbrodniarze tamtego okresu uniknęli kary i do dnia dzisiejszego ich czyny nie zostały rozliczone.
Wstydem dla III RP jest także to, że oprawcy dożywali swoich dni w luksusie pobierając emeryturki [kilkakrotnie przekraczające zasiłki, z których muszą wyżyć ich ofiary!]
A na koniec, jakby tego było mało, w ostatnią drogę odprowadzają ich asysty honorowe i mają pochówek dostojników!
Ze zdumieniem dzisiaj słuchałem wypowiedzi polityków, którzy mają za złe Prezydentowi, że ośmielił się w takim tonie wypowiedzieć w trakcie tej smutnej uroczystości!
Mógłbym zrozumieć pana Czarzastego, komucha, który uciekał od przyznania, że to jest wstydliwa historii, mógłbym zrozumieć Kwaśniewskiego, który tłumaczył, że:" przecież jakieś postępowanie sądowe się odbyło, a Jaruzelskiego ciągano przed sąd do końca życia": Te głosy mógłbym zrozumieć, bo ci panowie z komunistycznego matecznika nie mogli, albo nie umieli przyznać się do tego, że ich "partyjni idole" byli zwykłymi zbrodniarzami!
Gdy jednak w rannych Sygnałach Dnia[I program radiowy] krytycznie oceniał wystąpienie Dudy Borusewicz [członek PO, były przywódca strajków z 1980 roku], to prawie mnie zemdliło!
Na pytanie o sprawę osądzenia tamtej zbrodni, odpowiedział nieco zakłopotany, że "przecież odbywał się proces, ale prokurator był mało doświadczony i popełnił błędy no i dlatego nic z tego nie wynikło"
Pozostałą część swojego monologu poświęcił po równo: przypominając swoje zasługi dla Solidarności i na krytykę zachowania Prezydenta.
Tak sobie myślę, że wielu w Polsce boi się, że ich historia, którą tak budowali przez lata, może wcale nie jest taka krystaliczna i dlatego panicznie boją się powracać do przeszłości?
Pan Borusewicz, Pani Krzywonos [tramwajarka z emeryturą 6500zł] i wielu innych mitycznych bojowników o demokrację może tak z bliska wcale nie są tak krystaliczni?
Może ich "politycznymi idolami" byli ci sami, którzy wyhodowali Kwaśniewskich i Czarzastych?
I tak już na koniec: Nie wiem dlaczego, ale coraz bardziej lubię Kaczora!
Kryspin!
Powiedział:" Zwyczajnie odczuwam wstyd, że zbrodniarze tamtego okresu uniknęli kary i do dnia dzisiejszego ich czyny nie zostały rozliczone.
Wstydem dla III RP jest także to, że oprawcy dożywali swoich dni w luksusie pobierając emeryturki [kilkakrotnie przekraczające zasiłki, z których muszą wyżyć ich ofiary!]
A na koniec, jakby tego było mało, w ostatnią drogę odprowadzają ich asysty honorowe i mają pochówek dostojników!
Ze zdumieniem dzisiaj słuchałem wypowiedzi polityków, którzy mają za złe Prezydentowi, że ośmielił się w takim tonie wypowiedzieć w trakcie tej smutnej uroczystości!
Mógłbym zrozumieć pana Czarzastego, komucha, który uciekał od przyznania, że to jest wstydliwa historii, mógłbym zrozumieć Kwaśniewskiego, który tłumaczył, że:" przecież jakieś postępowanie sądowe się odbyło, a Jaruzelskiego ciągano przed sąd do końca życia": Te głosy mógłbym zrozumieć, bo ci panowie z komunistycznego matecznika nie mogli, albo nie umieli przyznać się do tego, że ich "partyjni idole" byli zwykłymi zbrodniarzami!
Gdy jednak w rannych Sygnałach Dnia[I program radiowy] krytycznie oceniał wystąpienie Dudy Borusewicz [członek PO, były przywódca strajków z 1980 roku], to prawie mnie zemdliło!
Na pytanie o sprawę osądzenia tamtej zbrodni, odpowiedział nieco zakłopotany, że "przecież odbywał się proces, ale prokurator był mało doświadczony i popełnił błędy no i dlatego nic z tego nie wynikło"
Pozostałą część swojego monologu poświęcił po równo: przypominając swoje zasługi dla Solidarności i na krytykę zachowania Prezydenta.
Tak sobie myślę, że wielu w Polsce boi się, że ich historia, którą tak budowali przez lata, może wcale nie jest taka krystaliczna i dlatego panicznie boją się powracać do przeszłości?
Pan Borusewicz, Pani Krzywonos [tramwajarka z emeryturą 6500zł] i wielu innych mitycznych bojowników o demokrację może tak z bliska wcale nie są tak krystaliczni?
Może ich "politycznymi idolami" byli ci sami, którzy wyhodowali Kwaśniewskich i Czarzastych?
I tak już na koniec: Nie wiem dlaczego, ale coraz bardziej lubię Kaczora!
Kryspin!
sobota, 12 grudnia 2015
Płomyk wiary i dymiący knot!
Miała czterdzieści dwa lata i ponad trzydzieści lat przeżytych w cierpieniu po operacji guza mózgu. Według lekarzy, którzy wtedy zrobili wszystko, co mogli, mogła liczyć na kilka kolejnych lat, ale choroba pozostawiła swoje piętno i już nigdy nie mogła się cieszyć normalnością zdrowego człowieka.
Małgosia odeszła w ostatnich dniach i pewnie jest jej teraz lepiej, bo już nie cierpi!
Wczoraj pożegnali ją najbliżsi, którzy wypełnili cmentarną kaplicę trzymając w rękach małe bukieciki kwiatów, bo ona zawsze lubiła kwiaty.
Ceremonii w cmentarnym kościółku przewodniczył kapłan z jej parafii i wszystko było niby normalnie.
Przy trumnie stała matka i nawet nie płakała i tylko raz po raz wpatrywała się w swojego syna, brata Małgosi, jakby w nim szukała nadziei dla siebie.
Tylko on jej pozostał, bo męża na tym samym cmentarzu pochowała już kilka lat temu.
Młody mężczyzna stał obolały w smutku, bo siostrę kochał szczerą miłością.
Ostatnie tygodnie był nieustannym towarzyszem jej odchodzenia, gdy każdego dnia spędzał godziny przy jej szpitalnym łóżku.
To nic, że ona ciągle wyglądała tak jakby spała i tylko niekiedy grymasem bólu na twarzy zdawała się mówić, że cierpi, ale była i mógł delikatnie gładzić jej dłoń, a ona wtedy uśmiechała się lekko i to było cudownym podziękowaniem dla jego braterskiej miłości.
Teraz stał obolały i wściekły bezsilną złością.
Nie miał pretensji do losu, że Małgosi nie oszczędził życia z cierpieniem.
Patrzył na krzyż zawieszony w kaplicy i myślał o cierpieniu Boga, który poświęcił siebie z miłości dla ludzi.
Gdy jednak wzrok zatrzymał na szafarzu smutnej uroczystości, księdzu z jego rodzinnej parafii, oczy nabiegały mu gniewem wspomnienia sprzed kilkunastu godzin, gdy w biurze parafialnym załatwiał formalności dzisiejszego pogrzebu
-Opłata za jutrzejszy pogrzeb wynosi 1000 zł- oznajmił ksiądz wyceniając swoją fatygę!
-Ale ja nie mam takich pieniędzy- odpowiedział drżącym głosem wiedząc, że pieniądze z zasiłku pogrzebowego już się skończyły, a matka nie ma grosza żyjąc z kilkuset złotowej renty...
-No, to ile może Pan zapłacić- usłyszał głos kapłana, który powiedział to tak, jakby chciał mu uświadomić, że cena "usługi" może podlegać negocjacji, ale tylko w granicach rozsądku!
-Ile muszę zapłacić?- zapytał młody mężczyzna.
-No 700 zł, to jest absolutne minimum - odpowiedział ksiądz nie kryjąc poirytowania zachowaniem tego człowieka!
Brat Małgosi drugi raz przeżył taką licytację za posługę kapłana.
Pierwszy raz było to przed pogrzebem ojca i wtedy wychodząc z kościelnego biura powiedział sobie, że już nigdy więcej nie chce mieć nic do czynienia z pijawkami w sutannach.
Na kilka lat w jego życiu nastąpił rozbrat z Kościołem i trudno się dziwić!
Długo wpatrywał się w krucyfiks rozpościerający swoje ramiona nad trumną Małgosi i pogrążał się coraz bardziej w bólu i złości.
Księże szafarzu tej smutnej uroczystości!
Wczoraj przewodniczyłeś w pożegnaniu Małgosi, której okrutny los wyznaczył granicę życia na niecałe czterdzieści dwa lata.
Wczoraj zrobiłeś jednak jeszcze coś więcej, zgasiłeś płomyk wiary w jej bracie.
Może powiesz: I tak tlił się słabym płomieniem!
Może i tak, ale teraz pozostał tylko dymiący knot!
Kryspin
Małgosia odeszła w ostatnich dniach i pewnie jest jej teraz lepiej, bo już nie cierpi!
Wczoraj pożegnali ją najbliżsi, którzy wypełnili cmentarną kaplicę trzymając w rękach małe bukieciki kwiatów, bo ona zawsze lubiła kwiaty.
Ceremonii w cmentarnym kościółku przewodniczył kapłan z jej parafii i wszystko było niby normalnie.
Przy trumnie stała matka i nawet nie płakała i tylko raz po raz wpatrywała się w swojego syna, brata Małgosi, jakby w nim szukała nadziei dla siebie.
Tylko on jej pozostał, bo męża na tym samym cmentarzu pochowała już kilka lat temu.
Młody mężczyzna stał obolały w smutku, bo siostrę kochał szczerą miłością.
Ostatnie tygodnie był nieustannym towarzyszem jej odchodzenia, gdy każdego dnia spędzał godziny przy jej szpitalnym łóżku.
To nic, że ona ciągle wyglądała tak jakby spała i tylko niekiedy grymasem bólu na twarzy zdawała się mówić, że cierpi, ale była i mógł delikatnie gładzić jej dłoń, a ona wtedy uśmiechała się lekko i to było cudownym podziękowaniem dla jego braterskiej miłości.
Teraz stał obolały i wściekły bezsilną złością.
Nie miał pretensji do losu, że Małgosi nie oszczędził życia z cierpieniem.
Patrzył na krzyż zawieszony w kaplicy i myślał o cierpieniu Boga, który poświęcił siebie z miłości dla ludzi.
Gdy jednak wzrok zatrzymał na szafarzu smutnej uroczystości, księdzu z jego rodzinnej parafii, oczy nabiegały mu gniewem wspomnienia sprzed kilkunastu godzin, gdy w biurze parafialnym załatwiał formalności dzisiejszego pogrzebu
-Opłata za jutrzejszy pogrzeb wynosi 1000 zł- oznajmił ksiądz wyceniając swoją fatygę!
-Ale ja nie mam takich pieniędzy- odpowiedział drżącym głosem wiedząc, że pieniądze z zasiłku pogrzebowego już się skończyły, a matka nie ma grosza żyjąc z kilkuset złotowej renty...
-No, to ile może Pan zapłacić- usłyszał głos kapłana, który powiedział to tak, jakby chciał mu uświadomić, że cena "usługi" może podlegać negocjacji, ale tylko w granicach rozsądku!
-Ile muszę zapłacić?- zapytał młody mężczyzna.
-No 700 zł, to jest absolutne minimum - odpowiedział ksiądz nie kryjąc poirytowania zachowaniem tego człowieka!
Brat Małgosi drugi raz przeżył taką licytację za posługę kapłana.
Pierwszy raz było to przed pogrzebem ojca i wtedy wychodząc z kościelnego biura powiedział sobie, że już nigdy więcej nie chce mieć nic do czynienia z pijawkami w sutannach.
Na kilka lat w jego życiu nastąpił rozbrat z Kościołem i trudno się dziwić!
Długo wpatrywał się w krucyfiks rozpościerający swoje ramiona nad trumną Małgosi i pogrążał się coraz bardziej w bólu i złości.
Księże szafarzu tej smutnej uroczystości!
Wczoraj przewodniczyłeś w pożegnaniu Małgosi, której okrutny los wyznaczył granicę życia na niecałe czterdzieści dwa lata.
Wczoraj zrobiłeś jednak jeszcze coś więcej, zgasiłeś płomyk wiary w jej bracie.
Może powiesz: I tak tlił się słabym płomieniem!
Może i tak, ale teraz pozostał tylko dymiący knot!
Kryspin
niedziela, 6 grudnia 2015
Św. Mikołaj żył naprawdę !!!
W jednym z centr handlowych pani redaktor zaczepiała przechodzących aleją handlową zadając im pytanie, czy już ulegli atmosferze świąt i czy udają się na polowanie w poszukiwaniu prezentów pod choinkę?
Młode małżeństwo, trzymające za rączki swoje kilkuletnie pociechy, odpowiedziało, że na to jeszcze mają trochę czasu, a dzisiaj przyprowadzili swoje dzieci, aby spotkały się w tym miejscu ze świętym Mikołajem i wręcz, aby go poznały.
W chwili tej relacji reporterskiej przypomniałem sobie inne doniesienie dziennikarskie sprzed kilku lat.
W formie ciekawostki pokazywano wtedy kaplicę, rodzaj małego kościółka, który zapobiegliwy proboszcz parafii mającej w swych granicach handlowego molocha, postanowił "przykleić" do świątyni handlu kapliczkę Pana Boga.
Dumnie tłumaczył przed kamerami, że dzięki temu robiący zakupy mogą spełnić swój świąteczny obowiązek i obładowani zakupami dla ciał, dodatkowo podkarmią swoją duszę na niedzielnej mszy!
Tak mi się wydaje, że ten świat staje na głowie, a może jest to tylko powtórka z przeszłości?
Komuna, którą ostatecznie pochowaliśmy w 1989 roku, przez dziesięciolecia próbowała św. Biskupa o wrażliwym sercu, który nocami anonimowo pomagał nieborakom z Miry [gdzie przewodniczył lokalnej kościelnej wspólnocie], zastąpić gwiazdorem [bliskim krewnym Dziadka Mroza przychodzącego nieco później, bo 1 stycznia do dzieciaków z państwa szczęśliwości bez Boga] i się nie udało!
To czego nie dokonali "światli "racjonaliści, osiągnął wolny rynek i co prawda święty pozostał, ale w markecie i gdyby zapytać teraz dzieciaki skąd się on wywodzi, to większość powiedziałaby: że z marketu, a nieliczni, że z fińskiego Rovaniemi w Laponii.
A, że był dobrym biskupem o wrażliwym sercu...?
Eeee, to legenda, o której rodzice nam nie opowiadali-stwierdzą maluchy pytająco spoglądając w stronę zakłopotanego tatusia.
Może warto byłoby także naszym dzieciom opowiedzieć, że kiedyś ktoś taki był naprawdę, że żył i pomagał biednym i wcale nie był wynajętym przez market facetem z doklejoną brodą?
Kryspin
Młode małżeństwo, trzymające za rączki swoje kilkuletnie pociechy, odpowiedziało, że na to jeszcze mają trochę czasu, a dzisiaj przyprowadzili swoje dzieci, aby spotkały się w tym miejscu ze świętym Mikołajem i wręcz, aby go poznały.
W chwili tej relacji reporterskiej przypomniałem sobie inne doniesienie dziennikarskie sprzed kilku lat.
W formie ciekawostki pokazywano wtedy kaplicę, rodzaj małego kościółka, który zapobiegliwy proboszcz parafii mającej w swych granicach handlowego molocha, postanowił "przykleić" do świątyni handlu kapliczkę Pana Boga.
Dumnie tłumaczył przed kamerami, że dzięki temu robiący zakupy mogą spełnić swój świąteczny obowiązek i obładowani zakupami dla ciał, dodatkowo podkarmią swoją duszę na niedzielnej mszy!
Tak mi się wydaje, że ten świat staje na głowie, a może jest to tylko powtórka z przeszłości?
Komuna, którą ostatecznie pochowaliśmy w 1989 roku, przez dziesięciolecia próbowała św. Biskupa o wrażliwym sercu, który nocami anonimowo pomagał nieborakom z Miry [gdzie przewodniczył lokalnej kościelnej wspólnocie], zastąpić gwiazdorem [bliskim krewnym Dziadka Mroza przychodzącego nieco później, bo 1 stycznia do dzieciaków z państwa szczęśliwości bez Boga] i się nie udało!
To czego nie dokonali "światli "racjonaliści, osiągnął wolny rynek i co prawda święty pozostał, ale w markecie i gdyby zapytać teraz dzieciaki skąd się on wywodzi, to większość powiedziałaby: że z marketu, a nieliczni, że z fińskiego Rovaniemi w Laponii.
A, że był dobrym biskupem o wrażliwym sercu...?
Eeee, to legenda, o której rodzice nam nie opowiadali-stwierdzą maluchy pytająco spoglądając w stronę zakłopotanego tatusia.
Może warto byłoby także naszym dzieciom opowiedzieć, że kiedyś ktoś taki był naprawdę, że żył i pomagał biednym i wcale nie był wynajętym przez market facetem z doklejoną brodą?
Kryspin
wtorek, 1 grudnia 2015
Roratowe lampiony
Choć na dworze jeszcze jesień, to coraz częściej zaczynamy odczuwać atmosferę zbliżających się świąt.
Na placach naszych miast samorządowi gospodarze zaordynowali postawienie olbrzymich choinek i już za chwilę roziskrzą się tysiącami kolorowych lampek.
Centra handlowe prześcigają się pokusami prezentów, które niebawem zagoszczą pod naszymi Bożonarodzeniowymi drzewkami, a w domowym zaciszu zapobiegliwe gospodynie zakończyły przygotowania miodowych ciast na świąteczne pierniki i póki co umieściły je w zamrażarkach, bo takie leżakujące ciasto będzie później wyborne, kolorowe i kuszące!
A mnie jest trochę żal, że w tym wszystkim gdzieś na margines zeszły przygotowania te, które pamiętam z mojego dzieciństwa: roraty o świcie odprawiane w naszych kościołach!
Jesteśmy w centrum Adwentu- czasu oczekiwania i przygotowania do powitania Bożej Dzieciny, która jak co roku narodzi się wśród nas w trakcie magicznej Bożonarodzeniowej nocy!
Pamiętam jedne z pierwszych moich rorat, gdy miałem pięć lat.
Msza odbywała się o godzinie 6.00 i w tym była magia, gdy z różnych kierunków do kościoła zmierzały ogniki.
Było ciemno i nie było widać idących, a tylko rytmicznie kołyszące się małe światełka.
Później w kościele w całkowitej ciemności słał się świetlisty dywan, który przypominał pas startowy, albo oświetloną drogę, aby wędrowiec zmierzający do celu nie pogubił się w ciemnościach.
Pamiętam, jak moja mama niekiedy próbowała namówić mnie do pozostania w domu, bo na dworze była plucha, albo padał śnieg i zwyczajnie nie chciało jej się targać mnie w taki ziąb.
Byłem jednak nieugięty, bo wiedziałem, że powinienem dołożyć moje światełko na drodze dla małego Jezuska i tak było każdego dnia.
Ze świecą dzisiaj szukać parafie, gdzie roraty odprawiane są bladym świtem i trochę mi żal!
Wygodniej zrobić je popołudniem, a niech się dzieciaki wyśpią, argumentują księża i wtórują im w tym rodzice i trochę mi żal..
Coraz mniej na ulicach migoczących światełek lampionów zrobionych przez tatę, a jeśli potrzeba oświetlić drogę, to przecież telefony komórkowe mają funkcję latarki, zdają się niekiedy zbywać swoje pociechy zapracowani rodzice.
Pamiętam swoje roraty sprzed lat i trochę mi szkoda, że dzisiejsze maluchy kiedyś po latach, gdy będą już bardzo dorosłe, nie będą mieli takich wspomnień, a Bożonarodzeniowe święto będzie dla nich tylko kolejnym wolnym od pracy dniem!
Kryspin
Na placach naszych miast samorządowi gospodarze zaordynowali postawienie olbrzymich choinek i już za chwilę roziskrzą się tysiącami kolorowych lampek.
Centra handlowe prześcigają się pokusami prezentów, które niebawem zagoszczą pod naszymi Bożonarodzeniowymi drzewkami, a w domowym zaciszu zapobiegliwe gospodynie zakończyły przygotowania miodowych ciast na świąteczne pierniki i póki co umieściły je w zamrażarkach, bo takie leżakujące ciasto będzie później wyborne, kolorowe i kuszące!
A mnie jest trochę żal, że w tym wszystkim gdzieś na margines zeszły przygotowania te, które pamiętam z mojego dzieciństwa: roraty o świcie odprawiane w naszych kościołach!
Jesteśmy w centrum Adwentu- czasu oczekiwania i przygotowania do powitania Bożej Dzieciny, która jak co roku narodzi się wśród nas w trakcie magicznej Bożonarodzeniowej nocy!
Pamiętam jedne z pierwszych moich rorat, gdy miałem pięć lat.
Msza odbywała się o godzinie 6.00 i w tym była magia, gdy z różnych kierunków do kościoła zmierzały ogniki.
Było ciemno i nie było widać idących, a tylko rytmicznie kołyszące się małe światełka.
Później w kościele w całkowitej ciemności słał się świetlisty dywan, który przypominał pas startowy, albo oświetloną drogę, aby wędrowiec zmierzający do celu nie pogubił się w ciemnościach.
Pamiętam, jak moja mama niekiedy próbowała namówić mnie do pozostania w domu, bo na dworze była plucha, albo padał śnieg i zwyczajnie nie chciało jej się targać mnie w taki ziąb.
Byłem jednak nieugięty, bo wiedziałem, że powinienem dołożyć moje światełko na drodze dla małego Jezuska i tak było każdego dnia.
Ze świecą dzisiaj szukać parafie, gdzie roraty odprawiane są bladym świtem i trochę mi żal!
Wygodniej zrobić je popołudniem, a niech się dzieciaki wyśpią, argumentują księża i wtórują im w tym rodzice i trochę mi żal..
Coraz mniej na ulicach migoczących światełek lampionów zrobionych przez tatę, a jeśli potrzeba oświetlić drogę, to przecież telefony komórkowe mają funkcję latarki, zdają się niekiedy zbywać swoje pociechy zapracowani rodzice.
Pamiętam swoje roraty sprzed lat i trochę mi szkoda, że dzisiejsze maluchy kiedyś po latach, gdy będą już bardzo dorosłe, nie będą mieli takich wspomnień, a Bożonarodzeniowe święto będzie dla nich tylko kolejnym wolnym od pracy dniem!
Kryspin
poniedziałek, 23 listopada 2015
Nasza wolność jest piekłem Boga!
Przeczytałem dzisiaj wypowiedź Arcybiskupa Kościoła anglikańskiego,który wstrząśnięty ogromem zła, którego dopuścili się bojownicy państwa islamskiego w Paryżu, stwierdził, że to zachwiało w nim wiarę w Boga.
Kilka dni temu prowadziłem rozmowę z człowiekiem, który próbował podważać sens mojej wiary powołując się na zło, które panoszy się wokół nas i wtedy powiedział: "Jakiż to bóg, który bawi się naszym losem i pozwala na cierpienia niewinnych?"
Przypominam sobie słowa niektórych ludzi, którzy po odwiedzinach w muzeum oświęcimskiego piekła z czasu nazistowskiej obsesji niesienia śmierci milionom, stwierdzali stanowczo: "Boga nie ma, bo gdyby był, nie dopuściłby do tego!"
Kiedyś słyszałem historię matki, która przegrała walkę o życie swojego dziecka.
Chłopczyk zmarł na jej rękach w wieku siedmiu lat, a ona w bezgranicznej rozpaczy tuliła go długo jeszcze po tym, gdy jego ciało zamarło i myślała z żalem: "Boże dlaczego jesteś tak okrutnym uśmiercając radość i sens mojego życia?"
Po jakimś czasie, gdy nadal siedziała przybita cierpieniem, zobaczyła przyszłość i swoje dziecko, gdy już dorosło.
Jej syn stał się zbrodniarzem i w okrutny sposób także i jej zadał śmierć!
Pewnie to jest zmyślona historia, ale jakże trafnie ukazująca prawdę, że nasze pytanie :"Dlaczego Boże dozwoliłeś na coś tak strasznego?" ukazuje tylko ludzkie myślenie i nasze oczekiwanie!
Piekłem Boga jest wolność, którą obdarzył nas- ludzi!
Uczynił nas wolnymi w swoim działaniu i dążeniach i dlatego w każdym z nas- ludzi, mogą się rodzić rzeczy piękne, którymi potrafimy zachwycić świat i te najczarniejsze, które rodzą potwory!
Tak sobie myślę, że zło, którego jesteśmy świadkami, winno nas zbliżać do Niego, bo tylko On może zapewnić zwycięstwo Dobra, także i tego w nas samych!
Kryspin
Kilka dni temu prowadziłem rozmowę z człowiekiem, który próbował podważać sens mojej wiary powołując się na zło, które panoszy się wokół nas i wtedy powiedział: "Jakiż to bóg, który bawi się naszym losem i pozwala na cierpienia niewinnych?"
Przypominam sobie słowa niektórych ludzi, którzy po odwiedzinach w muzeum oświęcimskiego piekła z czasu nazistowskiej obsesji niesienia śmierci milionom, stwierdzali stanowczo: "Boga nie ma, bo gdyby był, nie dopuściłby do tego!"
Kiedyś słyszałem historię matki, która przegrała walkę o życie swojego dziecka.
Chłopczyk zmarł na jej rękach w wieku siedmiu lat, a ona w bezgranicznej rozpaczy tuliła go długo jeszcze po tym, gdy jego ciało zamarło i myślała z żalem: "Boże dlaczego jesteś tak okrutnym uśmiercając radość i sens mojego życia?"
Po jakimś czasie, gdy nadal siedziała przybita cierpieniem, zobaczyła przyszłość i swoje dziecko, gdy już dorosło.
Jej syn stał się zbrodniarzem i w okrutny sposób także i jej zadał śmierć!
Pewnie to jest zmyślona historia, ale jakże trafnie ukazująca prawdę, że nasze pytanie :"Dlaczego Boże dozwoliłeś na coś tak strasznego?" ukazuje tylko ludzkie myślenie i nasze oczekiwanie!
Piekłem Boga jest wolność, którą obdarzył nas- ludzi!
Uczynił nas wolnymi w swoim działaniu i dążeniach i dlatego w każdym z nas- ludzi, mogą się rodzić rzeczy piękne, którymi potrafimy zachwycić świat i te najczarniejsze, które rodzą potwory!
Tak sobie myślę, że zło, którego jesteśmy świadkami, winno nas zbliżać do Niego, bo tylko On może zapewnić zwycięstwo Dobra, także i tego w nas samych!
Kryspin
sobota, 14 listopada 2015
Religia miłości
Od kilkunastu godzin chyba wszyscy żyjemy tragedią, która dotknęła niewinnych ludzi w Paryżu.
Nienawiść zakorzeniona w fundamentalizmie religijnym zebrała tragiczne żniwo życia niewinnych ludzi.
To musi przerażać, gdy ktoś z imieniem Boga na ustach[niezależnie jak go nazywa] zadaje śmierć innemu.
Nie zamierzam rozwodzić się nad tymi strasznymi zdarzeniami minionego wieczoru, który dla tak wielu był ostatnim, bo wobec takiej tragedii żadne słowa nie są dość właściwe i może milczenie pełne zadumy jest najlepszym, co można uczynić przeżywając ten czas, gdy nienawiść odtrąbiła swoje tragiczne zwycięstwo...
Kiedyś uczestniczyłem w rozmowie kilku osób, które wypowiadały się na temat różnych wielkich religii i wtedy jeden z uczestników dyskusji stwierdził, że: Cieszy się, że u nas jest katolicyzm, bo to jest religia miłości, tak bardzo odległa od tego, co niesie w swoim przesłaniu islam przepełniony jadem nienawiści do wszystkich "niewiernych"!
Pozostali uczestnicy spotkania jednomyślnie przyklasnęli temu stwierdzeniu, ale jeden z obecnych po chwili dodał: tak sobie myślę, że szybko dokonaliśmy oceny-białe, czarne.
Moim zdaniem ani nasza wiara-katolicka nie jest w nas tak krystalicznie biała, ani wiara w Allaha tak jednoznacznie czarna!
Zupełnie niedawno czytałem o krucjacie Pieczyńskiego[aktora znanego z serialu "Na dobre i na złe"], który zionie nienawiścią do wszystkiego, co jest związane z Kościołem i wręcz postuluje, by ten zniknął i pozostał tylko wspomnieniem.
Mówiąc o swoich żalach wobec tej instytucji, niejednokrotnie powoływał się na fakty z historii, które ukazują czarne oblicze Kościoła unurzanego we krwi setek tysięcy i wszystko to także było z Bogiem na ustach!
I trzeba przyznać, że miał wiele racji, wspominając te czarne karty historii....
Katolicyzm jest religią miłości!- Pięknie to brzmi, prawda?
Mam taką prośbę do wszystkich, którzy czują w sobie katolicyzm i jutro, jak co tydzień, będą na mszy świętej; wychodząc ze świątyni pamiętajcie, że w ciągu całego tygodnia, który niedziela zaczyna, nadal będziecie świadkami religii miłości, a to zobowiązuje!
Tam gdzie jest miłość, nie ma miejsca na nienawiść do kogokolwiek!!!
Z życzeniem miłej niedzieli,
Kryspin
Nienawiść zakorzeniona w fundamentalizmie religijnym zebrała tragiczne żniwo życia niewinnych ludzi.
To musi przerażać, gdy ktoś z imieniem Boga na ustach[niezależnie jak go nazywa] zadaje śmierć innemu.
Nie zamierzam rozwodzić się nad tymi strasznymi zdarzeniami minionego wieczoru, który dla tak wielu był ostatnim, bo wobec takiej tragedii żadne słowa nie są dość właściwe i może milczenie pełne zadumy jest najlepszym, co można uczynić przeżywając ten czas, gdy nienawiść odtrąbiła swoje tragiczne zwycięstwo...
Kiedyś uczestniczyłem w rozmowie kilku osób, które wypowiadały się na temat różnych wielkich religii i wtedy jeden z uczestników dyskusji stwierdził, że: Cieszy się, że u nas jest katolicyzm, bo to jest religia miłości, tak bardzo odległa od tego, co niesie w swoim przesłaniu islam przepełniony jadem nienawiści do wszystkich "niewiernych"!
Pozostali uczestnicy spotkania jednomyślnie przyklasnęli temu stwierdzeniu, ale jeden z obecnych po chwili dodał: tak sobie myślę, że szybko dokonaliśmy oceny-białe, czarne.
Moim zdaniem ani nasza wiara-katolicka nie jest w nas tak krystalicznie biała, ani wiara w Allaha tak jednoznacznie czarna!
Zupełnie niedawno czytałem o krucjacie Pieczyńskiego[aktora znanego z serialu "Na dobre i na złe"], który zionie nienawiścią do wszystkiego, co jest związane z Kościołem i wręcz postuluje, by ten zniknął i pozostał tylko wspomnieniem.
Mówiąc o swoich żalach wobec tej instytucji, niejednokrotnie powoływał się na fakty z historii, które ukazują czarne oblicze Kościoła unurzanego we krwi setek tysięcy i wszystko to także było z Bogiem na ustach!
I trzeba przyznać, że miał wiele racji, wspominając te czarne karty historii....
Katolicyzm jest religią miłości!- Pięknie to brzmi, prawda?
Mam taką prośbę do wszystkich, którzy czują w sobie katolicyzm i jutro, jak co tydzień, będą na mszy świętej; wychodząc ze świątyni pamiętajcie, że w ciągu całego tygodnia, który niedziela zaczyna, nadal będziecie świadkami religii miłości, a to zobowiązuje!
Tam gdzie jest miłość, nie ma miejsca na nienawiść do kogokolwiek!!!
Z życzeniem miłej niedzieli,
Kryspin
Subskrybuj:
Posty (Atom)
