wtorek, 20 czerwca 2023

 

Pielgrzymi czas.

„Po Bożym Ciele nic po księdzu w kościele”- głosi stare ludowe przysłowie wpisując się w liturgiczny kalendarz nie przewidujący w okresie wakacyjnym żadnych znaczących świąt.

Rzeczywiście letnie miesiące zdają się być „wolne” od sacrum i jako takie wpisują się w tę ludową mądrość, ale?

Życie nie znosi próżni i takiej laby nie przewiduje także nasze życie wiary, bo właśnie jesteśmy w przededniu pielgrzymkowej gorączki, która swoje apogeum, jak co roku, wyznaczyła na letnie miesiące.

Jak Polska długa i szeroka w najbliższych dniach wyruszą grypy pątników, by „zaliczyć” pielgrzymkowy trud, którego celem będą odwiedziny w miejscach namaszczonych tradycją wiary, kiedy od dziesiątków lat zostało uznanych nie tylko jako źródła szczególnych łask, ale i domy wybrane przez Opaczność, w których na swoje dzieci oczekuje Matka nas wszystkich, Maryja, najlepszy pośrednik Bożej miłości.

Każdy z uczestników tych jedynych w swoim rodzaju rekolekcji podejmuje decyzję o przebyciu drogi z indywidualną intencją.

Wśród tegorocznych pielgrzymów sporą grupę stanowić będą z pewnością „rekordziści”, którzy już enty raz będą zasilali szeregi pątników, bo jak sami często podkreślają, w ich DNA wrosła taka potrzeba i nie wyobrażają sobie innego spędzenia tego wakacyjnego czasu, jak w gronie przyjaciół idących obok nich w tym pochodzie wiary.

Przez lata zmieniał się jednak główny powód pielgrzymiego trudu, który dawno temu, kiedy za przyczyną zaborców nie mieliśmy wolnej Ojczyzny, przeniknięty był zbiorowym poczuciem obowiązku upominania się o jej niezależność.

Później w czasie pozornej wolności, kiedy dane nam było kosztować narzuconego nam obcego miru , w którym pojęcie Boga uznawane było za zbędny balast dla nowego, oświeconego człowieka, ludzie szli z przekonaniem, iż trzeba bronić korzeni, stanowiących istotę naszego patriotyzmu.

Zupełnie inaczej rysują się intencje pielgrzymiego trudu dzisiaj, kiedy zmieniły się realia naszego życia i nikt nie staje nam na drodze do Bożej miłości, ale?

Kiedy w licheńskim sanktuarium pielgrzymi usypywali kamienną golgotę, starsza kobieta na zakrwawionych kolanach kierowała się do tego miejsca dźwigając w dłoniach dwa spore kamienie dodatkowo powodujące jej ból. Zapytana o powód takiego poświęcenia odparła z gorzkim spojrzeniem, że te głazy to serca jej dzieci, które odeszły od Boga i teraz ona pragnie ich odmiany.

Każdy z pielgrzymów pokonuje trud drogi w szczególnej intencji. Niekiedy dotyczy ona ich samych, bliskiej rodziny, a nierzadko nawet tych, których bliżej nie znają.

Idą wierząc, że to ma sens, dlatego to robią.

Pewnie, że wśród pątników także znajdują się i tacy, którzy bez jakiejkolwiek refleksji tam się znajdują, bo taki znaleźli sposób na atrakcje, ale to tylko margines spośród obecnych i nie powinni kaleczyć obrazu ogółu.

W pielgrzymkowym trudzie nie wszyscy możemy uczestniczyć, choćby z racji wieku, czy stanu zdrowia, ale to nasza wspólna sprawa, gdyż Kościół ze swojej natury jest pielgrzymującym, dla którego celem ma być jedność z Odwiecznym.

Wakacyjny ruch pątniczy budzi skrajne emocje.

Dla wielu jest przedmiotem podziwu, ale dla innych rodzajem swoistego Bożego dopustu, kiedy przez ich miejscowości przetaczają się tabuny utrudzonych drogą, liczących choćby na szklankę wody, czy skromny posiłek przywracający nadwątlone siły.

Nie traktujmy ich z wrogą obojętnością, bo oni idą także dla nas, niejako zastępując pozostałych w tym oczyszczającym trudzie.

-”Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych dlatego, że jest uczniem, za prawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody”(Mt 10, 42)

Warto mieć to na uwadze także w kwestii pielgrzymiego trudu.

Kryspin,

wtorek, 13 czerwca 2023

 

Czy to jest już koniec Kościoła?

Ostatnio w przestrzeni publicznej pojawiło się wiele analiz dotyczących przyszłości Kościoła, a ściślej rzecz ujmując, jego nieuniknionego końca.

Prym w tym czarnym scenariuszu dotyczącym tej instytucji wiodą teolodzy, którzy z własnego wyboru jakiś czas temu porzucili kościelne pielesze i z nieukrywaną niechęcią podejmują się roli ekspertów od przyszłości, w której wiara będzie już tylko wspomnieniem.

Na poparcie swoich tez skwapliwie przytaczają dane statystyczne o postępującej laicyzacji w kręgach ludzi młodych, którzy jak żadna inna grupa społeczna otwarcie wyraża swój sprzeciw wobec rzeczywistości, w której Kościół jawi się im jako twór skostniałych struktur, w którym hierarchowie i szeregowi duchowni także, zdają się żyć w odrealnionym świecie, zupełnie nie troszczącym się o dobro i potrzeby szeregowych członków tej instytucji.

Trudno się nie zgodzić z tym, że Kościołowi potrzeba reform, i w tej kwestii panowie Obirek, Bartoś i Polak mają wiele racji, ale z jednym nie mogę się zgodzić, kiedy jako pewnik zakładają, iż do takowych nigdy nie dojdzie.

Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych zaczynałem swoją przygodę z Kościołem będąc na początku seminaryjnej drogi, od reform Drugiego Soboru Watykańskiego minęło zaledwie kilkanaście lat i nie bardzo jeszcze dało się odczuć powiew nowego.

Kościół nadal zdawał się żyć przeszłością z nieśmiertelną precedencją i posłuszeństwem wobec hierarchicznych przełożonych i nikomu nawet przez myśl nie przyszło, aby mogło być inaczej.

To z pewnością był grzech zaniechania, że nie wykorzystano szansy na otwartość wobec wszystkiego, co winno być istotą tej wspólnoty, a ściślej rzecz ujmując nie wykorzystano szansy pobudzenia świadomości w obszarze laikatu, najbardziej istotnego i ważnego ogniwa tej organizacji.

Kilkanaście lat później, kiedy moje drogi już rozeszły się z kapłańskim poletkiem, miałem okazję porozmawiać z jednym z moich dawnych kolegów seminaryjnych. Był już wtedy nobliwym proboszczem z godnością kanonika. W trakcie naszego spotkania wspomniałem mu o serialu „Plebania” , w którym bohaterowie często powtarzali, iż wszyscy wierni są Kościołem i jako tacy winni czuć odpowiedzialność za jego kondycję.

Mój przyjaciel tylko się uśmiechnął pod nosem i sprowadził mnie na ziemię:

-”To tylko film, który ni jak nie przystaje do rzeczywistości i jest niewiele wart.”

Minęło ponad pół wieku od soborowych wytycznych i można już chyba pokusić się o próbę odpowiedzi - dlaczego tak mało zmieniło się w Kościele od tego czasu?

Z pewnością zawinił tu czynnik ludzki, a ściślej rzecz ujmując opór przed zmianami okazał się zbyt silny zwłaszcza w gronie tych, którzy będąc decydentami w tej instytucji, zwyczajnie wybrali egoistycznie to, co uznali za lepsze dla siebie.

Kościół bezsprzecznie potrzebuje zmian, reformy dotyczącej nie tylko myślenia, ale i rzeczywistych zmian, w których nie będzie kolejnego pudrowania zawinionych ran będących największym zagrożeniem dla niego samego.

Chrystus powołując go do istnienia ponad dwa tysiące lat temu jasno sprecyzował na czym polega jego wyjątkowość, i że tylko On jest jego jedynym władcą.

Rzeczywistość winnicy będącej własnością jedynego Boskiego gospodarza, jasno określiła rolę tych, którzy w przeszłości mieli wziąć odpowiedzialność za jej rozwój będąc jednak jedynie dzierżawcami tejże.

Kościół nie jest własnością ludzi noszących sutanny, i jeżeli kiedyś odpowiedzieli na Boże wezwanie, to tylko po to, aby służyć ogółowi, równoprawnych współwyznawców.

Młodzi ludzie tak krytyczni wobec obecnej rzeczywistości w Kościele wcale nie są skażeni duchem laicyzacyjnej powodzi, a ich obojętność wobec wiary to nic innego jak sprzeciw wobec tych, którzy nie robią nic, aby naprawić zadawnione zło w swoich szeregach.

Kryspin

wtorek, 6 czerwca 2023

 

Polityka jest brudna.

Zostałem ostatnio niejako wezwany do tablicy, abym zajął stanowisko w aktualnej obecnie sprawie związanej z przedwyborczą gorączką.

Napisała do mnie czytelniczka Angory, która na samym początku zaznaczyła, że systematycznie studiuje artykuły „Księdza w cywilu” informując mnie, że w znakomitej większości podziela moje stanowisko w sprawach dotyczących kościelnego poletka, by zaraz potem wyartykułować swoje oburzenie na temat związków tej religijnej organizacji z rządzącym obozem władzy.

No i polało się wiele gorzkich słów na temat nadużyć rządzących, których przywołany na wstępie Kościół ni jak nie piętnuje, a nawet zdaje się być głuchym na brak miłości(pomiatanie bliźnimi) ze strony tegoż obozu w stosunku do politycznych przeciwników, których z wykorzystaniem publicznych mediów (TVP) systematycznie obrzuca stekiem kłamliwych pomówień, i to wszystko za nasze pieniądze.

Aby nie pominąć istotnych treści zawartych w tej korespondencji, trzeba także odnotować, że szanowna Pani uznała, że owszem Kościół prowadzi swoistą krucjatę na rzecz ochrony życia poczętego, realizując Boże przykazanie o niezabijaniu nienarodzonych, ale poza tym wszystkim Stwórca dał nam wolną wolę i pozostawił człowiekowi wybór także w tej kwestii.

Przyznam, że trudno mi się zgodzić z taką logiką rozumowania osoby wierzącej, która Boga stawia w odległym szeregu pozbawiając Go prawa do piętnowania oczywistego zła.

I po tym wszystkim moja rozmówczyni przeszła do podsumowania swojego stanowiska dokonując oceny swojego niezadowolenia:

-”A Kościół milczy w tych sprawach, co budzi moje zgorszenie”.

Polityka ze swej natury jest brudna i to po obu stronach.

Owszem ma Pani rację, że media rządowe (TVP i sprzyjające inne media) czerpią z hojnych dotacji rządowych, ale tak było zawsze i nic na to nie poradzimy.

Opozycja także garściami czerpie z pieniędzy nie swoich, bo ich zwyczajnie nie ma, a jednak potrafią wysupłać miliony na swoje eventy.

Ostatni marsz niezadowolonych z obecnej władzy także był suto opłacony.

Kilkaset autokarów z całej Polski, które dowoziły zwolenników „demokratycznej” opozycji, także nie robiły to za friko, a jeżeli do tego doliczyć „diety” dla przybywających, to robi się pokaźna suma, i aby rozliczyć pozostałe koszty tergo wydarzenia, to wyjdzie nam ładnych kilka milionów.

To jednak są tylko drobniaki wobec innych pieniędzy, którymi jakoś nikt nie gardzi niezależnie od tego, czy jest mu po drodze z ludźmi obecnej władzy.

Miałem okazję kilkukrotnie uczestniczyć w krytycznych dyskusjach przeciwników obecnego układu i pozwoliłem sobie na koniec zadać im pytanie:

-Skoro tak krytycznie odnosicie się do obecnych realiów politycznych, to dlaczego korzystacie chociażby z programów socjalnych (konkretnie 500+)

Jakoś nikt nie zadeklarował, że zrzekł się tych pieniędzy, a odpowiedzią było krótkie:

-”Bierzemy, bo jak dają to niby czemu nie mielibyśmy z tego nie skorzystać.”

„A Kościół milczy, co budzi moje zgorszenie”

Pewnie, że można i tak; ale uważam, że on zachowuje i tak daleko idącą powściągliwość, kiedy mówi się o „opiłowywaniu katolików”, aby nie podnosili głowy, kiedy komuś przyjdzie pomysł działań mających ich zmarginalizować.

Kościół nie może jednak nie zajmować stanowiska wobec politycznych trendów jawnie występujących przeciwko wartościom, których jest depozytariuszem i dlatego nikogo nie może dziwić fakt, że nie stanie po stronie tych politycznych opcji, które w swoich założeniach mają chociażby aborcyjną swobodę w imię wolnej woli.

Swoją drogą dziwi mnie fakt jednoczenia się w tej kwestii politycznych nacji, które nadal uważając się za strażników chrześcijańskiej tradycji, potrafią dla politycznych nadziei odrzucić to, co kiedyś stanowiło o ich moralnym kręgosłupie.

Kryspin

środa, 31 maja 2023

 

Boże Ciało-kotwica nadziei.

Kiedy Nauczyciel z Nazaretu przemierzał pustynne równiny Palestyny, zawsze towarzyszyły mu rzesze tych, którzy byli spragnieni nadziei, a On ją im dawał swoją nauką i niezwykłymi dokonaniami odbieranymi w kategorii cudów będących ich udziałem.

Nie wszystkim było to w smak i oprócz zwolenników na jego drodze pojawiali się także ci, którzy obserwując go nieco z oddali, szukali argumentów przeciwko temu fenomenowi porywającemu tłumy gawiedzi.

To że Jezus budził skrajne emocje nie ulegało dyskusji, bo przecież niedługo trzeba było czekać, aż przelała się czara nienawiści jego przeciwników, którzy ostatecznie załatwili mu krzyż mający ostatecznie położyć kres jego dobrej passie.

Jesteśmy obecnie w przededniu jednego z najbardziej barwnych świąt z roku liturgicznego, kiedy na ulice naszych miast i wiejskich przysiółków także, zawita ten sam Chrystus pod postacią konsekrowanego chleba, czyli swojego Boskiego Ciała.

Dla wierzących z pewnością będzie to powód do radości, że oto sam Bóg w uroczystej procesji dokona swoistego przeglądu nie tylko naszych ulic, ale i serc przeżywających radość z tego spotkania.

Polska jako jeden z nielicznych krajów chrześcijańskiego świata celebruje od wieków ten zwyczaj goszczenia Boga w naszej rzeczywistości łącząc tę uroczystość z dniem wolnym od pracy, abyśmy mogli jak najgodniej przeżyć te coroczne święto.

Lubimy ten odświętny blichtr: drogę umajoną kwiatami, które przed celebransem niosącym monstrancję rozsypują dziewczynki w białych sukienkach, dźwięki orkiestry akcentujące najbardziej istotne momenty celebry, odświętne stroje uczestników tego religijnego wydarzenia.

Boże Ciało to jednak nie jedyny dzień w roku, kiedy możemy spotkać Chrystusa tak blisko, zdawać by się mogło, na wyciągnięcie ręki.

On o wiele częściej daje nam okazje do takich osobistych spotkań, i nie chodzi tu tylko o liturgię mszy świętej, w czasie której obecni dostępują osobistego spotkania z Bogiem Eucharystycznym, kiedy celebrans ukazuje zebranym konsekrowane Ciało Zbawiciela w chwili Podniesienia.

Wiele spotkań zdaje się być przez nas niezauważonymi, choć On przechodzi często obok naszego życia, jak chociażby wtedy, kiedy mijamy na chodniku kapłana niosącego Konsekrowany Chleb dla chorych nie mogących uczestniczyć w coniedzielnej liturgii.

I tu trzeba wrzucić swoisty kamyczek do naszego zachowania.

Sam pamiętam niezręczność sytuacji, kiedy także sprawowałem tę posługę i wtedy często spotykałem się z kłopotem zachowania przypadkowo spotkanych parafian.

Owszem część starała się wykonać jakiś gest szacunku wobec spotkanego na swoje drodze Chrystusa i delikatnie przyklękała, bądź chociaż skinieniem głowy wyrażała szacunek wobec takiej niezwykłej chwili.

Było jednak wielu, którzy celowo odwracali się udając, że nie zauważyli przechodzącego z komunią kapłana i wykonywali nerwowe ruchy mające usprawiedliwić ich zmieszanie.

Jeden z kapelanów szpitalnych, który dokonywał codziennego obchodu oddziałów chorych, opowiedział mi kiedyś historię pewnego pacjenta szpitalnego oddziału, któremu stanowczo nie pasowały odwiedziny kapłana w pokoju chorych i nie omieszkał wyrazić swojego sprzeciwu takowym praktykom, żądając od ordynatora oddziału stanowczego zakazu tych praktyk, kiedy on się tam leczył.

Lekarz spokojnie wysłuchał jego zdania i zalecił mu opuszczanie pokoju w czasie odwiedzin kapłana, co wydawało się logicznym, gdyż chory był pacjentem chodzącym.

Czyli nic nowego.

Chrystus i dziś budzi skrajne emocje i z tym musimy się zgodzić, bo każdy ma prawo do swojego stanowiska, ale czy aż do tego stopnia?

Historia przez ostatnie dwa tysiące lat opowiedziała się po Jego stronie, a nam nie pozostaje nic ponad to, aby tak zwyczajnie na co dzień dawać świadectwo, że On nadal jest dla nas istotnym ogniwem naszej nadziei.

Kryspin

wtorek, 23 maja 2023

 

Dlaczego w Polsce rodzi się mało dzieci?

W Polsce rodzi się coraz mniej dzieci i jednocześnie wzrasta ilość tych naszych rodaków, którzy kończą swoje ziemskie bytowanie, czyli umierają.

Jesteśmy w gorącym czasie kampanii przed jesiennymi wyborami i z tego powodu potęgują się głosy z lewa i prawa, w których ten demograficzny problem staje się jednym z wiodących tematów.

Opozycyjni aktywiści trąbią na alarm odpowiedzialnością obarczając rządzących, którym nawet zwiększenie pomocy finansowej dla rodzin ni jak nie wpłynęło na zwiększenie dzietności, ale próżno w tym wzajemnym obrzucaniu się odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację doszukać się pogłębionej refleksji wszystkich uczestników rzeczonego sporu.

Jakoś nikomu nie przychodzi na myśl fakt, że oto mamy do czynienia z niżem demograficznym potencjalnych rodzicieli i siłą rzeczy musimy się liczyć z tym, że jeszcze długo będziemy się mierzyć z niedostadiem maluchów w naszych rodzinach.

Problem spadku dzietności w naszym społeczeństwie, to także pokłosie „nowoczesności” jaką od lat promują niektóre środowiska systematycznie krytykujące tradycyjny model rodziny oparty o małżeński związek dwojga ludzi, którzy naturalnym porządkiem rzeczy decydowali by się na wspólną drogę, a zamiast tego promuje się ideę wolnych związków, bo przecież papierek z Urzędu Stanu Cywilnego, czy kościelnych ksiąg zapisujących sakramentalny związek małżeński, to nikomu niepotrzebny przeżytek.

Według oficjalnych statystyk w tychże związkach rodzi się tylko około 15% dzieci przychodzących corocznie na świat , bo one dodatkowo przeszkadzają w samorealizacji młodych, więc traktowane są li tylko jako produkt uboczny wolnej miłości.

Po okresie socjalizmu, który przez ponad czterdzieści lat fundowały nam narzucone przez obcych władze, pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku zapragnęliśmy zakosztować dobrobytu będącego udziałem wolnych narodów i zaczęliśmy przyśpieszony kurs nadrabiania zaległości, aby żyć lepiej, i dobrze, że tak się stało, ale?

Nie wszystko złoto, co się świeci i oprócz poprawy statusu materialnego zaczęliśmy chłonąć i to, co można określić śmieciami wolności.

Dla uważnego obserwatora musi budzić niepokój to, że Europa w pogoni za wolnością coraz bardziej odcina się od korzeni, którymi żyła przez wieki i próbuje stworzyć nowego człowieka wolnego od tradycji chrześcijańskiej, nie dając nic w zamian.

Laicyzacja codzienności tworzy rodzaj pustki, która otwiera pole do działania tych nacji, które pielęgnując swoje tradycje z ochotą wypełniają tę lukę, i to musi budzić niepokój.

W Polsce także mierzymy się z tym trendem, choć póki co zdajemy się być wolnymi od zagrożeń multikulturowością w europejskim wydaniu, ale i u nas dokonuje się erozja trawiąca społeczeństwo.

Polityczna kampania dzieli nas na tych, którzy są światli i tych zapyziałych katoli, którzy trzymając się kościelnych sutann stanowią rodzaj hamulca przed nowoczesnością.

Najbardziej zagorzali przeciwnicy wpływu Kościoła na naszą rzeczywistość żądają nawet referendów mających obnażyć negatywne odziaływanie tej instytucji na umysły Polaków chociażby w kwestii aborcyjnej.

Przyznam, że trochę to dziwnie brzmi, kiedy liderzy niektórych nacji rozdzierają szaty nad obniżającym się wskaźnikiem dzietności w naszych rodzinach, kiedy jednocześnie promują pomysł powszechnej możliwości aborcji do dwunastego tygodnia ciąży, jednocześnie wyrażając swoje oburzenie, że Kościół jest temu przeciwny.

Kościół zawsze będzie po stronie życia, także tych najsłabszych i trudno z tym dyskutować, a politycy mający na względzie przyszłość naszego narodu może by zadbali o to, aby przyszłym matkom tworzyć jak najlepsze warunki dla ich powołania.

Jest u nas wiele do zrobienia w tym względzie i może warto by było chociażby w tym gorącym okresie przedwyborczym obiecać im lepsze szpitale, żłobki dla maluchów i rzeczywistą politykę prorodzinną, tylko tyle i aż tyle.

Kryspin

środa, 17 maja 2023

 

6 szpitali i 1300 kościołów.

Kiedy Jezus przebywał w Betanii, podeszła do niego kobieta i wylała na jego głowę flakon drogiego olejku, co nie pozostało bez reakcji obecnych.

Uczniowie stanowczo zareagowali na ten gest uważając go za dalece niestosowny, gdyż można by inaczej spożytkować te kilkaset denarów, będących ceną za ten drogi eliksir i uzyskaną kwotę przeznaczyć na dobro potrzebujących.

Z pewnością zaskoczył ich i jednocześnie zawstydził sam Nauczyciel, kiedy oznajmił:

-«Czemu sprawiacie przykrość tej kobiecie? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Albowiem zawsze ubogich macie u siebie, lecz Mnie nie zawsze macie. Wylewając ten olejek na moje ciało, na mój pogrzeb to uczyniła. "Zaprawdę, powiadam wam: Gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię, będą również opowiadać na jej pamiątkę to, co uczyniła».(Mt 26,6-13)

Jeszcze bardziej stanowczo tę historię opisał Ewangelista Jan, który skonkretyzował osobę Apostoła głośno protestującego w tej sprawie.

Najbardziej oburzonym okazał się Judasz, jeden z dwunastu światków gestu pobożnej kobiety, który nie omieszkał wyrazić swojego sprzeciwu, ale powiedział to nie ze względu na troskę o ubogich, a dlatego, że sam był złodziejem i podkradał z trzosu pieniądze mające służyć dobrej sprawie.

Na jednym, z portali społecznościowych pojawiło się ostatnio zestawienie ilości inwestycji w Polsce po 1989 roku.

Nie kryjący oburzenia internauta zauważył, że w tym okresie pobudowano u nas zaledwie 6 szpitali, kiedy nowych świątyń powstało ponad 1300!

Pewnie można by znaleźć jeszcze wiele innych przykładów braku inwestycji potrzebnych, które winny być traktowane z należytą troską, i jeszcze długo można by wyliczać ich braki, ale trudno nie zauważyć, że nieskrywane oburzenie ilością stawianych świątyń nie powinno być ilustracją ekonomicznych niedostatków, gdyż te budowle powstają z pieniędzy wiernych, którzy swoje prywatne środki ofiarowali na ten cel.

Podejrzewam także, że osoby krytykujące takowe inwestycje, nigdy nie partycypowały w kosztach ich powstania.

Pewnie teraz antagoniści kościelnych obiektów nie omieszkają powołać się na coroczny fundusz kościelny, który zasilany jest z budżetu państwa, czyli z naszych podatków.

I znowu będzie to nietrafiony zarzut, bo znakomita większość osób płacących daninę na rzecz wspólną stanowią ludzie wierzący i chociażby z tego powodu mają prawo oczekiwać choćby części ze wspólnej, państwowej kasy.

Brnąc w krytyczny osąd dotyczący wspólnych pieniędzy nie sposób pominąć faktu, że Kościół nie jest jedynym uprzywilejowanym w tym podziale, bo gdybyśmy chociażby przyjrzeli się budżetom jednostek terytorialnych, to zauważylibyśmy, że w ich wydatkach pojawiają się niekiedy znaczne kwoty dotacji do wszelakich inicjatyw, których często nie sposób racjonalnie wytłumaczyć, i jakoś nie słychać głosów sprzeciwu.

Ktoś poważył się dokonać podsumowania wydatków na dalece kontrowersyjne projekty organizacji pozarządowych pozyskujących dotacje z największych miast w Polsce i wyliczył, że zamykają się one w kwotach dalece przekraczających miliard złotych rocznie. Nie trudno wyobrazić sobie, że z tych pieniędzy można by wybudować kilka szpitali rocznie, co w okresie od 1989 roku dałoby bagatela-ponad 100 nowych placówek opieki medycznej.

To nie jedyne kontrowersyjne wydatki, które pojawiają się w budżetach ośrodków lokalnej władzy, czego przykłady można by mnożyć.

W mojej gminie, wcale nie najbogatszej, w promieniu kilku kilometrów pobudowano ostatnio kilka obiektów do przyjęć okolicznościowych. Okazałe budynki przez większość roku świecą pustkami, bo nowożeńcy wolą lokale gastronomiczne, ale cóż, pobudowano te przybytki i jakoś nikomu to nie przeszkadza.

Nowe kościoły budowane są dla bieżących potrzeb parafialnych wspólnot, na co dzień służąc wiernym i nie powinny być przedmiotem krytyki tych, którym wydają się być zbędnym elementem naszej rzeczywistości.

-Czemu sprawiacie przykrość tym ludziom, którzy decydując się budować dom dla mojej pamięci, realizują swoją potrzebę wiary.

Pewnie w taki sposób sam Chrystus zwróciłby się do tych wszystkich, którzy chcieliby stworzyć nową historię, w której dla niego nie byłoby już miejsca.

Już kiedyś, całkiem niedawno byli u nas „wizjonerzy”, którzy postawili sobie za cel wymazanie Boga z ludzkiej pamięci i stworzenie raju wolnego od „opium” dla ciemnego motłochu.

Minęło niewiele lat i na szczęście dla wszystkich, ich marzenie przeszło do wstydliwej przeszłości.

Kryspin

wtorek, 9 maja 2023

 

Czy Kościół reglamentuje drogę do Boga?

Trudno poważnie potraktować pretensje faceta, któremu los poskąpił wzrostu, a pomimo tego „defektu” chciałby robić karierę w kompanii reprezentacyjnej wojska. Pewnie, że w przypływie frustracji pożaliłby się na dyskryminacyjne, jego zdaniem, wymogi rekrutacyjne, ale i tak nic by nie wskórał.

Inny delikwent chciałby realizować się w ochotniczej straży pożarnej, ale poza zamiarem nie uczyniłby nawet kroku w tym kierunku, i tak w tym płonnym zamiarze doczekałby do śmierci, a po tym ostatecznym zakończeniu ziemskiego bytowania jego bliscy udaliby się do szefostwa OSP, aby ci urządzili mu ostanie pożegnanie z użyciem wozu strażackiego, jako karawanu..

No i konflikt gotowy, bo spotkaliby się z odmową.

Te dwa hipotetyczne przykłady jak ulał pasują do sytuacji z kościelnej łączki.

Pierwszym z nich można by zilustrować przypadek byłego duchownego, który ostatnio zaistniał na portalu internetowym, w którym zarzucił Kościołowi, że ten reglamentuje dostęp do Chrystusa, dyskryminując myślących inaczej.

Dopiero nieco później w trakcie obszernego elaboratu przybliżył czytelnikom kulisy swojego odejścia ze stanu kapłańskiego.

Szczerze deklarując swoją homoseksualną orientację właściwie wyczerpał powody, dla których nie powinien od samego początku obierać drogi ku kapłańskiej karierze, ale postanowił inaczej.

Pewnie, że teraz odezwą się głosy w rodzaju, że przecież znaczny odsetek sług ołtarza takowe skłonności także przejawia, a i tak co niedziela przewodniczą eucharystii, i jakby tego było mało, o ich preferencjach często wiedzą szeregowe owieczki Bożej owczarni.

Aby uciąć wszelkie spekulacje, trzeba stanowczo rozgraniczyć bycie w Kościele ze wszystkimi sprawami, które o nas stanowią, także z naszymi preferencjami seksualnymi, i nikomu nie wolno nas oceniać, czy dzielić w tej kwestii, bo tylko Bóg zna całą prawdę o naszym życiu;

natomiast w sprawie oceny, czy dany kandydat wypełnia kryteria powołania Kościół ma jasne stanowisko i należy jedynie ubolewać, że z winy tych, którzy są odpowiedzialni za proces rekrutacyjny do służby ołtarza, to sito „selekcji” jest często dziurawe, bądź w ogóle pomijane, co w efekcie przynosi najwięcej szkody samej instytucji.

Drugi przypadek (niedoszłego strażaka) to kolejny „kwiatek” zgrzytu w kościelnych relacjach pomiędzy wiernymi, a dysponentami kościelnych posług.

Do takiego spięcia dochodzi często w przypadku posługi pochowania zmarłego.

Jeden z proboszczów naraził się krewkim krewnym nieboraka, który zakończył swoją doczesną pielgrzymkę, a za ziemskiego czasu był otwarcie antykościelnym, co wielokrotnie manifestował swoim zachowaniem i wszem i wobec deklarował swoją niechęć do kościelnych praktyk.

Duszpasterz otwarcie odmówił kościelnej posługi odsyłając żałobników do zakładu pogrzebowego, jako najbardziej właściwej, w tym przypadku, instancji ostatniego pożegnania.

To jednak nie wyczerpało konfliktu, bo bliscy poskarżyli się na duchownego u jego biskupiego przełożonego i koniec końców załatwili kościelny pochówek, a co.

I znowu odezwą się głosy tych, którzy wiedzą lepiej i znajdą remedium na upór kościelnego radykała, bo przecież zawsze znajdzie się inny ksiądz, który za odpowiednią opłatę załatwi problem.

Pewnie, że można i tak, i jeżeli do tego wszystkiego swoje trzy grosze dołożą jeszcze kościelni przełożeni w imię złagodzenia konfliktu, to prosty sposób tworzenia obrazu Kościoła, jako takiego chłopca do bicia, albo tworu do szpiku kości przesiąkniętego kultem mamony.

Kościół nie powstał, by reglamentować dostęp do Boga, ale został powołany do tego, aby dbał o należytą godność temu, który go powołał.

Chrystus ukazujący nam drogę do Bożej Miłości bardzo poważnie traktował swoją misję i tego samego wymaga od naszej wiary.

Zawsze jednak szanuje wolę każdego i dlatego stawia przed nami prawo wyboru: ”Jeśli chcesz”.

Kryspin

środa, 3 maja 2023

 

Święci patroni Polski

Biskup Pragi Czeskiej Wojciech dopiero pod koniec swojego życia (urodził się około 956 roku) zawitał na ziemie polskie, gdzie prowadził działalność misyjną na północnych rubieżach młodego państwa i w jej trakcie, 23 kwietnia 997 roku poniósł męczeńską śmierć z rąk pogańskich Prusów.

Według najstarszych przekazów jego ciało od barbażynców wykupił książę polski Bolesław Chrobry, płacąc za doczesne szczątki misjonarza złotem, którego ilość była równa wadze zmarłego.

W niespełna dwa lata po śmierci czeskiego biskupa Papież ogłosił go w 999 roku świętym męczennikiem Kościoła i nadając mu przymiot patrona ziem polskich, otworzył drogę do powołania samodzielnego arcybiskupstwa w Gnieźnie.

Po niespełna wieku od tamtych wydarzeń w Krakowie swoje życie w równie drastyczny sposób zakończył tamtejszy biskup Stanisław ze Szczepanowa, który będąc zwierzchnikiem południowej diecezji naszej piastowskiej ojczyzny popadł w konflikt z królem Bolesławem Szczodrym, później noszącym przydomek Śmiały.

Według najstarszych zapisów kronikarskich, śmierć dosięgła hierarchę w kościele na Krakowskiej Skałce w trakcie sprawowanej przez niego liturgii.

W jego przypadku lokalny kult dalece wyprzedził decyzje papieskiej władzy, która dopiero po prawie dwóch wiekach zaliczyła go do grona świętych męczenników Kościoła i dozwoliła na jego wspomnienie w dniu 8 maja każdego roku.

Obu tych męczenników głównymi patronami Polski (Obok NMP) ustanowił dopiero papież Jan XXIII w roku 1963.

Gdyby prześledzić naszą historię w kontekście bohaterów, którzy swoim wyjątkowym życiem zapracowali sobie na miano świętych, to przez te minione tysiąc lat nazbierałaby się ich całkiem pokaźna liczba.

Wczytując się w poszczególne przypadki tych kanonizowanych osób niestety odnosi się wrażenie, że im dalej cofalibyśmy się w naszych dociekaniach, tym więcej byłoby niejasności ich dotyczących, a powód jest oczywisty, gdyż niekiedy hagiografowie nie dołożyli należytych starań o rzetelne przekazanie historii ich życia.

Zgoła inaczej jest z ostatnim z naszych świętych, papieżem Janem Pawłem II. Jego życie prześwietlono niczym rentgenem i udokumentowano praktycznie minuta po minucie, co winno rozwiać jakiekolwiek wątpliwości co do jego osoby, a jednak?

No i mamy od kilku miesięcy spektakl pod nazwą:

-Czy aby nasz ostatni święty jest nim rzeczywiście?

I zaraz po tym lawina kreowanych przez media domysłów:

-”Wiedział, czy nie wiedział, a jeżeli wiedział, to dlaczego schował głowę w piasek, a nawet starał się tuszować bezeceństwa swoich podwładnych?”

Pewnie jeszcze przez długie lata nie dojdziemy do konsensusu w sprawie Jena Pawła II, i jeszcze przez długi czas będą trwali w swoich okopach zarówno zwolennicy jego niezwykłości, jak i ci chcący za wszelką cenę „odjaniepawlić” naszą rzeczywistość.

Świętość człowieka to efekt procesu dorastania do doskonałości i w takim kontekście należy odbierać decyzje Kościoła o tym, kto swoim życiem w szczególny sposób wyróżnił się osobistym zaangażowaniem w doskonalenie swojej drogi, a Karol Wojtyła jak mało kto w trakcie swojego dość długiego życia krok po kroku starał się przybliżać do ideału, jakim był dla niego Chrystus.

Czy w tym swoim dorastaniu był wolnym od niedoskonałości?

Z pewnością nie; bo nikt nie rodzi się świętym i nie przeżywa życia bez potknięć.

Czy trzeba więc bronić dobrej pamięci Jana Pawła II?

Tak sobie myślę, że z upływającym czasem zbledną w swojej nienawiści wszyscy ci, którym tak bardzo przeszkadza dobra pamięć o jego życiu i jednocześnie wyciszą się w swoich oburzeniu obrońcy jego dobrej pamięci, bo on swoim życiem zasłużył sobie na miano Patrona Polski, a w przyszłości być może Kościół do jego imienia dołoży określenie: Wielki!

Kryspin

wtorek, 25 kwietnia 2023

 

Pierwsza Komunia to święto całej rodziny.

No i mamy już najpiękniejszy miesiąc w roku, jakim bezsprzecznie jest maj. Przyroda już obudziła się na dobre z zimowego snu i rozsiewa wśród nas swoje kolorowe dary, ciesząc nasze serca kwiatami i pąkami wszelakich drzew, które już na dobre rozpoczęły przygotowania do zrodzenia swoich owoców.

Pewnie Kościół miał to także na względzie zalecając, by w tym pogodnym czasie w parafiach organizowano jedne z piękniejszych uroczystości, kiedy to wchodzący w wiek świadomej wiary nasi milusińscy przystąpią pierwszy raz do sakramentu eucharystii.

Przełom kwietnia i maja, to w lokalnych wspólnotach gorący czas przygotowań do tych uroczystych wydarzeń. Panie z rady parafialnej wspomagają miejscowych duszpasterzy, którzy już zakończywszy czas merytorycznego przygotowania małych bohaterów tego jedynego w swoim rodzaju spotkania z Chrystusem eucharystycznym i teraz zadbają o odświętny wystrój świątyń, aby ten dzień na długo pozostał w pamięci wszystkich uczestników.

Gorączka przygotowań nie omija także rodziców pociech, bo logistyka przygotowań wymaga od nich dobrej organizacji, kiedy trzeba zadbać dosłownie o wiele spraw.

W pokojach milusińskich już wiszą odświętne kreacje przewidziane na ten dzień, a trzeba także zadbać o stosowne miejsce, w którym po kościelnej uroczystości należałoby godnie podjąć zaproszonych gości, a przecież to nie wszystko.

Co bardziej zapobiegliwi pomyślą i o profesjonalnym fotografie, który nie bacząc na to, że mógłby zwyczajnie przeszkadzać w modlitewnym skupieniu, narobi zdjęć mających wypełnić komunijny album.

I nic to, że te wszystkie zabiegi kosztują niekiedy małą fortunę, i ci mniej zamożni jeszcze długo będą spłacać raty kredytu, który byli zmuszeni zaciągnąć z tej okazji.

-”Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Kościół przesadza w swoich żądaniach.

Nasz proboszcz wymyślił sobie to, aby rodzice w okresie przygotowań razem z dzieciakami chodzili na niedzielne msze, aby po nich urządzać obowiązkowe pogadanki dla rodzin, kiedy przecież to uroczystość naszych pociech; to gruba przesada.

Dzieciakom także nakłada jakieś bzdurne, obowiązkowe pobyty w kościele w tak zwanym białym tygodniu, kiedy nasz syn ma aż nadto obowiązków związanych z nauką i zajęciami pozalekcyjnymi.

Na koniec jeszcze coś, co dowodzi pazerności księdza.

Wymyślił sobie, że dzieciaki komunijne winny złożyć na rzecz kościoła prezent, na który musieliśmy dodatkowo przeznaczyć jakąś kwotę, to zdzierstwo.”

To jeden z głosów rodzica, który chyba nie do końca zrozumiał, że Pierwsza Komunia dziecka, to uroczystość rodziny i może dobry moment refleksji dla wszystkich pozostałych.

Może być ona jednorazowym epizodem, po którym po czasie nie pozostanie nic więcej poza utrwalonym na kliszy aparatu fotograficznego obrazkiem, ale może być także czymś więcej.

Nasze pociechy w tym dniu otrzymują prezenty od bliskich, niekiedy symboliczne jak pamiątkowa książka, ale i te bardziej wyszukane i kosztowne zarazem, ale najpiękniejszym i najcenniejszym jest świadomość, że w tym dniu dostąpili zaszczytu przyjęcia do swego serca Chrystusa, i to stara się w ich świadomości obudzić Kościół.

Kiedyś, gdy pracowałem w jednej z parafii, zapytałem dzieciaki na lekcji religii o prezenty, z których najbardziej się ucieszyli z dopiero co przeżytej Pierwszej Komunii, i wtedy zaskoczył mnie mały Grześ, który zdecydowanie odpalił:

-”Otrzymałem wiele prezentów od moich bliskich, ale najbardziej ucieszył mnie ten, który podarował mi mój tata. Od tego dnia, kiedy przyjąłem Chrystusa, obiecał mi, że już zawsze razem będziemy uczestniczyć w coniedzielnej mszy świętej, co do tej pory się nie zdarzało prawie nigdy.

Moja mama powiedziała wtedy, że nareszcie jesteśmy prawdziwą rodziną i często się uśmiecha, a ja jestem szczęśliwym.”

Kryspin

wtorek, 18 kwietnia 2023

 

Jerozolimska wspólnota rodzin”- przejaw pobożności, czy rodzaj religijnej sekty?

-”Chciałbym prosić o opinię na temat tzw.” rodzin jerozolimskich”.

Moja synowa Ewa od lat należąca do „rodzin” wprowadziła do swojej rodziny zasady, które – jak twierdzi – są zasadami tam obowiązującymi.

Delikatnie mówiąc, mnie i moją żonę one przerażają:

1.w święta religijne małoletnie dzieci zmuszane są (pod groźbą kar) do wielogodzinnego czuwania w kościele lub w wybranych kaplicach

2.w normalnym tygodniu, kilka razy muszą chodzić do kościoła w msze

3. za najmniejsze wykroczenie dzieci są karane klęczeniem i wielokrotnym odmawianiem różańca

4.ostatnio 14 letnia córka miała wysoką gorączkę, przejawiającą się już majaczeniem; prawdopodobnie był to Covid. Matka nie pozwoliła pójść do lekarza, ani podać żadnych leków, bo Bóg jej pomoże. Na szczęście babcia (moja żona) zobaczyła to i po kryjomu podała rozpuszczone lekarstwa i to ją prawdopodobnie uratowało od poważnych następstw.

Wyjście z choroby dało zresztą synowej asumpt do twierdzenia: a nie mówiłam !

Synowa nie dopuszcza najmniejszej krytyki swojego postępowania i zresztą na tym tle

w domu często wybuchają awantury, bo dzieci zaczynają się buntować.

Uważamy z żoną, że synowa weszła w problemy psychiczne na tle religijnym, ale syn już się poddał jej reżimowi.

My jesteśmy bezradni, patrząc na te działania. Nie wiemy co robić ?”

Te praktyki religijne oparte na monastycznym programie są stosunkowo nowym zjawiskiem, bo takie wspólnoty rodzin zostały zainicjowane dopiero 1975 roku, we Francji przez byłego duszpasterza akademickiego Sorbony, Pierra Marię Delfieuxa, a w Polsce wspólnoty modlitewne są aktywne od roku 2006, kiedy to kardynał Glemp przekazał na ich miejsce spotkań kościół przy ul. Łazienkowskiej, a w 2010 roku, aprobując decyzję swojego poprzednika, obecny Metropolita Warszawski kardynał Nycz, konsekrował dla nich tenże przybytek.

Obecnie z tym rodzajem pobożności identyfikuje się zaledwie kilkanaście rodzin w naszej ojczyźnie, choć w przyszłości może ich liczba wzrosnąć zważywszy na to, że członkowie odznaczają się silną aktywnością w propagowaniu tego stylu duchowości.

Pewnie, że nie wolno ograniczać ludziom rodzaju pobożności, czy drogi, jaką chcą realizować w swoim duchowym postępowaniu, ale?

Jeżeli osobista pobożność zaczyna przybierać postać religijnego fanatyzmu narzucającego innym nasz punkt widzenia, a z czymś takim mamy do czynienia w opisanym przez zaniepokojonego czytelnika, to już musi budzić niepokój.

Wspólnota rodzin jerozolimskich nie jest pierwszym tak pryncypialnym przejawem pobożności praktykowanym w naszej ojczyźnie, bo trzeba tutaj wspomnieć chociażby oazową wspólnotę rodzin, ruch zainicjowany przez Ojca Blachnickiego, to jednak tamten rodzaj osobistego doskonalenia swoich relacji z Bogiem wydawał się być o wiele mniej radykalnym i nie budzącym tak skrajnych emocji.

Narzucanie innym(a w przypadku przytoczonej w mailu rodziny mówimy o dzieciach) swojego religijnego kredo, zawsze prowadzi do buntu i w efekcie zaowocuje postawą negacji ze strony tych, którzy póki co czują się przymuszeni do tego rodzaju pobożności, i to winni mieć na względzie „dorośli” członkowie tego ruchu.

Tak już na koniec uważam, że ten obecny trend bardziej przypominający rodzaj religijnej sekty, jako taki winien być bacznie obserwowany przez kościelne władze, które niejako legitymują jego działanie.

Kryspin

wtorek, 11 kwietnia 2023

 

Kościelny WOT, a czemu nie?

Od dobrych kilku lat w Polsce jest wdrażany program rozbudowy naszych sił zbrojnych, co w obecnej rzeczywistości zagrożenia militarnego ze wschodu, wydaje się nad wyraz koniecznym.

Wielu, nie tylko młodych ludzi, zdecydowało się na szlifowanie swoich umiejętności posługiwania się bronią przystępując do programu realizowanego w formacjach Wojsk Obrony Terytorialnej, gdzie przez krótki czas zdecydowali się na zamianę cywilnych ciuchów na wojskowe kamasze.

Pytani o przyczynę takiej decyzji najczęściej odpowiadają, że zdecydowali się na ten krok w poczuciu odpowiedzialności za nasze najważniejsze dobro , jakim jest bezpieczeństwo naszego wspólnego domu noszącego nazwę - Polska.

Już od kilkunastu lat do historii przeszedł czas, kiedy młodzi Polacy byli zobligowani do zaliczania obowiązkowej służby wojskowej; choć wielu z nas jeszcze pamięta tamten czas, kiedy z życiorysu młodych chłopaków państwo rezerwowało dla siebie dwa lata, kiedy musieli w koszarach realizować powszechny, patriotyczny obowiązek, i trzeba zauważyć, że wielu z tych dawnych „obrońców' naszych granic z nostalgią wspomina tamten okres jako szkołę życia i coś dobrego dla kształtowania charakterów młodych ludzi.

Teraz po latach tego eksperymentu z patriotyzmu można powiedzieć, że WOT się sprawdził, pomimo tego, że wielu wieszczyło jego niepowodzenie, bo w człowieku drzemie poczucie, że w życiu warto niekiedy dać coś od siebie, aby zwyczajnie poczuć się bardziej spełnionym.

Ostatnio na łamach znanego portalu internetowego zamieszczono relację młodej Brytyjki, która po odbyciu stażu w renomowanej kancelarii prawnej zdecydowała się na roczny pobyt w klasztorze.

Jak sama siebie określiła, nie powodowały nią pobudki związane z wiarą, z którą dotąd miała niewiele wspólnego, a chciała po prostu zatrzymać się na chwilę w pędzie życia.

Po miesiącach spędzonych w klasztornych realiach stwierdziła, że pobyt w tamtym miejscu odmienił jej spojrzenie na wszystko, co do tej pory zdawało jej się być sensem życia.

Okres wyciszenia, wspólnota przeżywana w milczeniu, dały jej impuls do zrewidowania dotychczasowego postepowania i uczyniło ją osobą szczęśliwą.

Człowiek potrzebuje niekiedy zatrzymania się w pędzie, które narzuca mu świat, co po wielokroć podkreślają ci, którzy świadomie podejmują decyzję o takich „wakacjach” od życia w świecie i wybierają niekiedy dłuższy czas bycia poza tym wszystkim, co do tej pory wyznaczało ich codzienną walkę o przetrwanie w tym gąszczu, który funduje świat.

Często przejeżdżam obok budynku seminarium duchownego w Gnieźnie i za każdym razem wspominam czas, kiedy w jego murach dane mi było przeżyć sześć lat.

W połowie lat osiemdziesiątych kościelne władze zdecydowały się pobudować nowy, gigantyczny gmach, który stał się niewypałem w kontekście spadku powołań i teraz świeci pustakami.

Takich budynków w skali kraju jest z pewnością wiele i większość jest już tylko wspomnieniem dawnego seminaryjnego życia.

A dlaczego w tych murach nie stworzyć czegoś na kształt WOT-ów.

Sądzę, że byłoby wielu chętnych do okresowego przeżycia namiastki z tego, co dawało seminarium.

Nie postuluję, aby w tych miejscach tworzyć po cichu przedsionki powołaniowe, ale miejsca, w których pod okiem kościelnych animatorów, młodzi ludzie mogliby przeżywać czas zatrzymania się w ludzkim pędzie i ładowania akumulatorów do dobrego przeżywania codzienności w świecie.

To nie miałby być rodzaj rekolekcji, a zwyczajny okres wyciszenia bez podtekstów, aby mogli tam trafiać ludzie nie koniecznie identyfikujący się z kościelną awangardą.

W każdym człowieku drzemie potrzeba zatrzymania się, aby dokonywać resetu swoich zamierzeń i takie miejsca mogłyby być dla wielu atrakcyjną formą szukania swojego miejsca.

Kryspin

wtorek, 4 kwietnia 2023

 

Czy modlitwa ma sens?

Czy modlitwa do Boga ma sens?

To pytanie wcale nie jest takie bezzasadne, kiedy wierzymy, że On dał człowiekowi wolną wolę i autonomię wyboru naszego postępowania.

Napisał do mnie w tej sprawie czytelnik dzieląc się swoimi przemyśleniami.

 -”Dzisiaj mam 70 lat ale pamiętam dokładnie zdarzenie kiedy miałem 14 lat.

A było to po kolędzie.

Proboszczowi zadałem pytanie : jeżeli istnieje Bóg, gdzie On był kiedy miliony ludzi mordowano.

W Oświęcimiu (wtedy uczono nas w szkołach, że zginęło ok. 5 mln. ludzi).

Na tak postawione pytanie proboszcz odpowiedział następująco:

-Adaś czy chciałbyś jak piesek żyć w obroży? Pan Bóg dał człowiekowi wolną wolę.

Wtedy odpowiedziałem, że chcę żyć postępując wg własnej woli.

Ale dzisiaj stawiam pytanie: po co zatem modlimy się do Boga, do Chrystusa, do Matki Boskiej, do Wszystkich Świętych itp. itd. Modlimy się o wszystko: o zdrowie, o pogodę, o dobre plony i o setki innych rzeczy.

Proszę zatem oświecić mnie bo moje rozumowanie jest proste i logiczne. Bez sensu są te modły (często żarliwe) bo one nie są przez nikogo w niebiosach wysłuchiwane, a ewentualni Słuchacze nie mają mocy sprawczej by te modły i prośby spełnić

Dlaczego: bo Pan Bóg dał nam wolną wolę.

Teraz pytanie: czy proboszcz ponad 50 lat temu mówił prawdę (m.in. wykładał w poznańskim seminarium), czy w tej kwestii Bóg zmienił zdanie i teraz warto się modlić licząc na synekury z niebios.”

Warto wrócić do nauki Chrystusa, który po wielokroć mówił o miłości Boga do człowieka, który czeka na nasz odzew wyrażany słowami modlitwy.

Przypowieść o Synu marnotrawnym jest tego obrazem.

Młodzieniec postanowił żyć na własny rachunek i zostawił ojca zajmując się sobą. Jak podaje Ewangelia, żył według swojego uznania, często podejmując niewłaściwe wybory, ale na koniec zreflektował się i postanowił powrócić do rodzica uznając, że roztrwonił kapitał jego zaufania.

Ojciec czekał na jego powrót i z radością go przyjął do siebie.

Potrzeba było tylko tej jednej decyzji ze strony pławiącego się do tej pory w pozornej wolności syna.

Podobnie jest z każdym z nas.

Bóg dając nam wolną wolę, nie ogranicza naszych wyborów, choćby były najgorszymi z możliwych, dlatego człowiek zdolny jest nie tylko do heroicznych czynów, ale i do najgorszych świństw, a Bóg stawia się nieco z boku naszego życia i czeka jak ten Ojciec marnotrawnego syna.

Modlitwa jest rodzajem decyzji na tak z naszej strony, to ważny element naszego zawierzenia i jak naucza sam Chrystus, otwiera serce samego Boga na nasze pragnienia.

Dlaczego więc On nie zawsze spełnia nasze oczekiwania i nie sprawia cudów na zawołanie?

Dla Boga nie ma następstwa czasu i jest nieustannie tu i teraz i On wie, co jest dla nas najlepszym.

Gdy byłem dzieckiem moja mama opowiedziała mi historię kobiety, która żarliwie modliła się o powrót do zdrowia chorego synka, ale on zmarł, z czym nie mogła się pogodzić.

Bóg ukazał jej przyszłość, kiedy jej dorosły już syn stał się zbrodniarzem i pozbawił ją życia.

To pewnie tylko legenda, ale jakże wiele mówiąca nam o tym, że Bóg wie, co dla nas jest najlepszym.

Modlitwa nie jest panaceum na odwrócenie nieprzychylnego losu, a aktem naszego zawierzenia, decyzją o powrocie do Bożej miłości.

Kryspin

wtorek, 28 marca 2023

 

Nikt Ciebie nie zastąpi.

Był niedzielny poranek, kiedy Jerozolima budziła się po dopiero co przeżywanym święcie wyznawców Judaizmu, kiedy do świeżego grobu ukrzyżowanego w piątkowe popołudnie Nauczyciela z Nazaretu przybyły niewiasty, by dokończyć obrzędu namaszczenia jego ciała grobowymi wonnościami.

Tam doznały szoku i niedowierzania, bo nie znalazły jego ciała, a tajemnicza postać poinformowała je, że On żyje.

Po chwili wybiegły, aby zanieść tę niesamowitą nowinę pogrążonym dotąd w smutku jego uczniom.

Radość jednych pomieszała się jednak z trwogą tych, którzy dopiero co doprowadzili do śmierci tego znienawidzonego za życia Proroka, w którym widzieli zagrożenie dla ich starego porządku, dlatego skwapliwie przystąpili do kampanii kłamstw, jakoby to uczniowie wykradli ciało skazanego, by szerzyć nieprawdę o jego cudownym powrocie do żywych.

Był tylko jeden kłopot, bo grób był pod strażą rzymskich legionistów i trzeba było sypnąć groszem, aby namiestnik Piłat przymknął oko na to, że straże pogrążone w błogim śnie nie dopilnowały sprawy.

Taka, szyta grubą nicią intryga, była aż nadto mało prawdopodobna, ale i tak znaleźli się naiwni, a może trzeba by powiedzieć owładnięci nienawiścią, że przyjęli to za dobrą monetę, i tak jak to zauważa Ewangelista, to przekonanie utrwaliło się pośród wielu żydów.

Dawne to czasy i odległa zdaje się być nam Jerozolima z tamtego niedzielnego poranka, ale pomimo upływu prawie dwóch tysięcy lat nadal żyje w Kościele tradycja Wielkanocnego poranka, bo od tego dnia nic już nie pozostało takie jak było od zarania dziejów.

Żyjemy tu i teraz i pomimo tego, że historia Zmartwychwstania przez stulecia stała się najważniejszym zdarzeniem dla ponad miliarda wyznawców Bożego planu dla ich przyszłości, to trudno nie zauważyć, że Chrystus jest permanentnie problemem dla tych, którym z Nim nie po drodze.

Duch konsumpcjonizmu, uzurpujący sobie prawo do kształtowania nowego człowieka, nieustannie próbuje ześwietczyć wszystko, co do tej pory zdawało się być nienaruszalne.

Z jednej strony media karmią nas informacjami o wszechobecnej drożyźnie, a na drugim biegunie zabiegania o rząd dusz kłuje nas świątecznymi zajączkami i innymi gadżetami wypełniającymi marketowe wystawy.

Próżno tam szukać istotnych dla sacrum oznak przeżywania w wierze tego czasu.

Nic i nikt Ciebie nie zastąpi, warto stanowczo powiedzieć wszystkim tym, którzy idąc w nurcie „nowoczesności” próbują organizować nam nowy świecki zwyczaj przeżywania tego najważniejszego dla wierzących czasu.

Chrystus był problemem dla jemu współczesnych, którym burzył stary porządek i nadal jest zadrą dla tych, którzy z własnego wyboru organizują sobie rzeczywistość bez wiary.

Trzeba otwarcie powiedzieć, że każdy ma prawo do swojego zdania i nikomu nic do tego, ale?

Osobiście przeszkadza mi to, że w imię swobody manifestowania swoich poglądów, w naszej obecnej przestrzeni powraca tak wiele nienawiści, która nie cofa się przed szarganiem tego, co ważne i święte dla strony przeciwnej.

Ostatnio pompowana kampania kłamstw i pomówień na temat Jana Pawła II, musi budzić w wierzących niesmak i zastanowienie, dlaczego?

Patrząc jednak na to z perspektywy tajemnicy Zmartwychwstania, powraca nadzieja, że nie on pierwszy musi mierzyć się z tym hejtem.

Ten, któremu zawierzył całe swoje życie, także doświadczył podobnego języka nienawiści, zakończonego na drzewie krzyża, ale po tragedii wielkiego piątku doświadczył triumfu wielkanocnego poranka.

Tak na koniec:

Głęboko wierzę w to, że mają rację ci, którzy ostanio manifestowali w obronie jego dobrego imienia z hasłem: Nikt Ciebie nie zastąpi.

Kryspin

wtorek, 21 marca 2023

 

Czy istnieje niebo?

„….Od jakiegoś czasu nurtuje mnie myśl, czy istnieje Niebo?

Pytanie rodzi się z obserwacji i nie ma w tym nic filozoficznego.

Wykształcony ksiądz z pewnością zdaje sobie sprawę jakie są konsekwencje łamania praw bożych i o co toczy się ta ziemska gra.

Dlaczego zatem część z nich gromadzi ogromne majątki, dopuszcza się przestępstw, przymyka oczy na występki kolegów po fachu?

Dlaczego nasi biskupi jawnie wykazują nieposłuszeństwo stolicy apostolskiej, bywają zaprzeczeniem skromności, pobożności, zasłaniają się w wielu sprawach prawem kościelnym i nie potrafią wspólnie podjąć żadnych realnych działań naprawczych, aby ratować Kościół przed upadkiem?

Nie przekonuje mnie tłumaczenie, że te "brzydkie" lub "niewyjaśnione" sprawy, to tylko promil przestępstw na tle innych grup zawodowych.

Mnie to nie interesuje!

Księża powinni świecić przykładem i najlepiej wiedzą, że startują w tym samym biegu po Usprawiedliwienie co zwykli zjadacze chleba. A skoro ich własna wiedza, sumienie, pewna odpowiedzialność za dusze wiernych i świadomość kary nie jest wystarczającym bodźcem do życia w świętości, to czy wiedzą coś więcej o fundamentach naszej wiary i tym się nie dzielą?

Czy Niebo istnieje?”

Kiedy rozpoczynałem swoją seminaryjną drogę, jeden z alumnów II roku pakował swoje rzeczy, by powrócić do świeckiej drogi swojego życia, i wtedy rozglądając się wokoło powiedział krótko: „Dziękuję Bogu, że odchodzę stąd jako jeszcze wierzący człowiek...”

Nie do końca rozumiałem wtedy jego słowa, ale przez kolejne lata łapałem się na tym, że sam sobie często zadawałem pytanie, czy jestem wierzącym człowiekiem.

Teraz patrząc wstecz mogę potwierdzić, że wiara we mnie była czymś oczywistym w czasie, kiedy realizowałem się w służbie ołtarza i była istotnym elementem mojej decyzji o odejściu z kapłańskich szeregów, bo nie mogłem uznać kompromisu podwójnej moralności, jaką zafundowałbym sobie i wszystkim tym, których zwyczajnie bym oszukiwał.

Wracając do listu czytelnika, który zadał pytanie o to, czy istnieje niebo, trzeba dodać kolejne: czy księża nauczając maluczkich o wieczności, wierzą w ten przekaz?

Zagubiony w pewności wiary ten zwyczajny „zjadacz chleba”, jak sam siebie określa, wylicza szereg ułomności, delikatnie rzecz ujmując, które stają się swoistym zaprzeczeniem wiary tych, którzy winni ją nieść niczym kaganek rozświetlający trasę biegu, w którym dane jest uczestniczyć nam wszystkim.

Kościół systematycznie poleca modlitwę o świętych kapłanów i daje im narzędzie do pielęgnowania powołania w oparciu o codzienną lekturę brewiarzową, ale to tylko zbiór formułek zapisanych w modlitewnych sloganach i nic ponad to.

„-Czy księża wiedzą coś więcej o fundamentach naszej wiary i tym się nie dzielą?”, stawia pytanie skołowany w swej niepewności czytelnik.

Nie wiedzą nic ponad to, co zostało im dane, aby przekazywali to innym, ale zwyczajnie brak im wiary, i tu rodzi się problem.

Może więc winniśmy wszyscy modlić się o wierzących kapłanów, biskupów i innych osób odpowiedzialnych za depozyt wiary?

Jeden z moich starszych kolegów odnosząc się do postawy Jana Pawła II stwierdził, że on z pewnością rozmawia z Bogiem tak zwyczajnie, bezpośrednio, dlatego na co dzień emanuje wiarą.

Świętość to ostatni szczebel zawierzenia, który osiąga się po codziennej rozmowie z Bogiem.

On nie wymaga doskonałości wolnej od ludzkich ułomności, bo to jest proces dorastania zaczynający się u człowieka wierzącego od szczerej rozmowy z Nim.

Niebo istnieje i tego możemy być pewni i daj Boże, abyśmy na swojej drodze biegu po Usprawiedliwienie znajdowali wierzących kapłanów, którzy w codziennej rozmowie ze swoim Szefem zdawaliby sprawę ze swojego powołania.

I tak na koniec warto, aby słudzy ołtarza i nie tylko oni, niekiedy wracali pamięcią do fragmentu z Ewangelii św. Łukasza, w której Chrystus w przypowieści o Bogaczu i Łazarzu obrazowo ukazał przykład braku wiary u tego pierwszego, czym zapracował sobie na swój los po śmierci.

Ten człowiek żył tak, jakby liczył się tylko z tym co tu i teraz, czym zapracował sobie na wieczną karę.

Kryspin

wtorek, 14 marca 2023

 

Dom mam przywraca nadzieję

Decyzja kobiety o aborcji prawie zawsze poprzedzona jest poczuciem samotności i beznadzieją, z którą musi się mierzyć w tym etapie swojego życia.

Strach przed niezrozumieniem, obawa o to, jak zareaguje otoczenie, czy zwyczajny lęk o przyszłość, to główne powody tych tragicznych w swoim wymiarze wyborów.

Dom mam powstał, aby przywracać nadzieję, że jutro wcale nie musi rysować się w czarnych barwach:

_”...Ten dom był pełen życia...Jakby na potwierdzenie moich myśli, w tym samym momencie z jednego z pokoi wyszedł dyskretnie chłopak- młody, ale już dorosły mężczyzna.

Odwiedzał swoją ukochaną, która urodziła niedawno córeczkę.

-Witku, możemy ci zająć minutkę?

Mama mam zagadnęła go delikatnie, a ja mogłam mu się dokładnie przyjrzeć i zauważyłam, że jego oczy były zabawnie rozbiegane, jakby przed chwilą powrócił z innego wymiaru i nic już nie miało znaczenia poza tym, czego doświadczył za tymi drzwiami.

Do tego jego pełen szczęścia uśmiech pomieszany z troską, co będzie dalej, krótki , podniecony oddech i ręce, które rozpoczęły rozmowę, zanim na ustach zawitały jakiekolwiek słowa.

Dopiero po chwili powiedział:

-Viola nakarmiła małą i teraz będą odpoczywały, a ja biegnę do pracy na drugą zmianą i wrócę wieczorem.

-Jakie one śliczne, to znaczy Vila i nasza mała!

Witek i Viola poznali się kilka miesięcy temu, to znaczy stali się sobie bliscy, bo w tak małym grajdole jak tu znają się prawie wszyscy.

Ona mieszkała z rodzicami przy Piaskowej.

Dziewczyna jakich wiele u nas, to znaczy, ukończyła szkołę podstawową, niepowodzenie w zawodówce, którą przerwała przez ciążę i teraz mając niecałe siedemnaście lat została matką.

Jej rodzice mają małe mieszkanko, a do tego dochodzi jeszcze trójka rodzeństwa, i Bóg jeden raczy wiedzieć, jaka ich czeka przyszłość.

W domu pracowała tylko matka, kobieta przed czterdziestką o postawie i wyglądzie staruszki.

Ojciec Violi nigdy się nie sprawdził jako mąż i ojciec, bo jego od wieczną pasją była tylko butelka, a marne grosze, które niekiedy zarobił, przepuszczał na alkohol. Do tego nie skąpił swojej „Magdusi, mamie Violi, burd i ciosów, które nawet w lecie próbowała maskować nakładając na głowę chusteczkę, naiwnie wierząc, że w ten sposób zdoła ukryć przed ludźmi jego „dowody miłości”.

No ale ta dziewczyna już nie jest sama, bo ma Witka, który do tej pory mieszkał w Wiślicy, gdzie kiedyś był PGR, każdy miał pracę, a ludzie z okolicy uważali, że tylko tam jest nadzieja i pewność jutra.

Teraz po dawnym „raju” pozostały już tylko walące się budynki, a mieszkańcy żyją w beznadziei zagłuszanej tanim winem, którym zapijają każdy kolejny dzień.

Rodzice Witka oboje pracowali na miejscu i teraz przypominają ruinę, tak jak wszystko dookoła.

Witek jako jeden z nielicznych pozostał w Wiślicy i może ta choroba i jego dopadła, bo nie skończył szkoły, do pracy się nie garnął, całymi dniami pałętał się po okolicy z nadzieją na łatwy zarobek z kradzieży.

Wszystko do czasu, kiedy zaliczył wpadkę, gdy obrabiał piwnice w Janowicach. Dostał trzy lata ”bezpłatnego wiktu” i wyszedł na wolność po dwóch.

Nie wrócił do domu, ale zadzwonił do drzwi plebani i poprosił księdza Piotra o pomoc.

Nie chciał jałmużny a pracy, by mógł odmienić swój los.

Na prośbę proboszcza zatrudnił go u siebie nasz parafianin, pan Majewski i u niego chłopak pracuje już drugi rok.

-Każdy ma szansę na nowy początek, trzeba tylko dwóch rzeczy: on sam musi tego chcieć, a do tego musi być drugi człowiek, który mu zawierzy i poda rękę.

Tak...każdy ma prawo do drugiej szansy.

Za tydzień ostatnia część historii Domu mam

Kryspin