środa, 26 lipca 2023

Plagiat a prowokacja.

Jerzy Owsiak, charyzmatyczny pomysłodawca corocznych zbiórek środków na dziurawą służbę zdrowia, którymi zaraził dziesiątki tysięcy młodych wolontariuszy corocznie kwestujących w najmniejszych nawet zakątkach nie tylko naszej ojczyzny, wpadł na kolejny pomysł, aby nagrodzić ich zaangażowanie organizując dla nich, w miesiącach letnich rokowy koncert pod nazwą „Przystanek Woodstock”, gromadzącym na rozległych polach dziesiątki tysięcy fanów takiej muzyki.

Ten niewątpliwy sukces twórcy WOŚP(Wielkiej orkiestry świątecznej pomocy) w krótkim czasie chciały wyzyskać środowiska nie bardzo popierające jego inicjatywę i rzuciły pomysł stworzenia swoistej alternatywy dla mało chrześcijańskiej ich zdaniem idei tego człowieka, który ośmielił się zburzyć spokój kościelnych niedziel, kiedy w znacznym stopniu „podkradał” środki, które przez nachalność puszkowych wolontariuszy nie trafiały na parafialne tace.

Dodatkowym argumentem za podjęciem działań zaradczych było także to, że ten człowiek stał się swoistym guru dla rzesz młodych, a to mogło być realnym zagrożeniem dla Kościoła tracącego nad nimi kontrolę.

No i w efekcie tego „strachu” przed zagrożeniem tego świeckiego charyzmatyka grupa kościelnych aktywistów rzuciła pomysł alternatywnego festiwalu z muzyką kościelną nazywając go „Przystanek Jezus”.

W efekcie wyszedł z tego knot nie mający nic wspólnego z poważną alternatywą dla działań strony przeciwnej i pozostał w pamięci wielu jako nieudolny plagiat.

Oceniając ze wszech miar negatywnie kościelną inicjatywę w kwestii „Przystanku Woodstock” trzeba w tym miejscu zauważyć, że podobne działanie obecnie przejawiają środowiska nieprzychylne Kościołowi, bo jak nazwać i ocenić decyzję władz samorządowych Częstochowy z ostatnich dni, kiedy władze wydały pozwolenie na „Marsz równości” bezpośrednio pod murami Jasnogórskiego klasztoru w czasie największego nasilenia ruchu pielgrzymkowego.

Wszyscy mamy w pamięci sprzed niewielu lat wystąpienia pseudo artystów parodiujących obrzędy religijne środowisk związanych z tradycyjną wiarą i przemarsze dziwacznie odzianych indywiduów niosących obrazy Matki Bożej upstrzone w tęczowe korony.

Odnosząc się do wyżej przytoczonego przykładu nieudolnego naśladownictwa twórców „Przystanku Jezus”, którzy chcieli stworzyć alternatywę do „Przystanku Woodstock”, trzeba zauważyć diametralną różnicę towarzyszącą aktywistom ”Marszu równości”, którym przysługuje zupełnie inny cel, czyli działanie obliczone na prowokację wobec inaczej pojmujących świat i nie ma to nic wspólnego z walką o równość.

Broń Boże nie mam nic przeciwko ludziom o innych priorytetach w kwestiach płciowości, bo to jest indywidualna sprawa każdego człowieka i jako taka nie powinna podlegać ocenie, ale niedopuszczalnym jest wykorzystywanie tych odmiennych zapatrywań do legitymizowania działań prowokacyjnych przez żadną ze stron.

Czy więc „Marsz równości” ma prawo się odbyć w Częstochowie?

Absolutnie tak, jak zresztą i inne zgromadzenia, jak chociażby zwolenników kościoła sphagetti, czy innych mniej lub bardziej egzotycznych inicjatyw, bo żyjemy w kraju demokratycznym i każdy może manifestować swoje przekonania, ale z poszanowaniem czasu i miejsca, a nad tym winny mieć pieczę władze udzielające pozwoleń na takie wydarzenia.

Co więc nie zadziałało w decyzjach lokalnych władz Częstochowy?

Chciałbym mieć przekonanie, że było to tylko bezmyślne działanie nie poprzedzone refleksją, bo trudno mi sobie wyobrazić, że władze mogłyby posunąć się do celowej prowokacji, bo w takim przypadku same pozbawiłyby się moralnego prawa do sprawowania funkcji decyzyjnej, kiedy by celowo działały przeciw tym, którzy w minionych wyborach powierzyli im mandat decydentów.

Jeszcze gorszym byłaby opcja, że te decyzje zostały podyktowane doraźnym interesem politycznym obliczonym na dokopanie oponentom, bo wtedy byłoby to działanie obliczone na konfrontację, a jej wynik póki co zdaje się być dalece niepewnym.

Kryspin 

środa, 19 lipca 2023

 

Kardynalski kapelusz

Kiedy przed kilkoma dniami dotarła do nas informacja z Watykanu, że Papież Franciszek powołał do godności kardynalskiej włodarza diecezji łódzkiej, arcybiskupa Rysia, wśród znawców kościelnej sceny nastąpiło małe trzęsienie ziemi.

Co bardziej dociekliwi od razu poinformowali, że tym posunięciem gospodarz rzymskiego Kościoła kolejny raz dał do zrozumienia, że utracił zaufanie do polskiego episkopatu, bo w swojej decyzji pominął oczywistych kandydatów do tej godności, jak chociażby hierarchów z tradycyjnie „kardynalskich” diecezji, czyli: Krakowa, Poznania, czy chociażby Wrocławia.

Kiedy jednak przyjrzeć się chociażby metrykom naszych niedoszłych kandydatów do kardynalskiego kapelusza, decyzja Franciszka wydaje się ze wszech miar słuszna.

Papież od początku swojego pontyfikatu kompletuje grono swoich najbliższych doradców bardzo racjonalnie, aby właśnie z tego grona pojawił się jego następca.

Z całego kolegium elektorów(kardynałów przed 80 rokiem życia) liczącego obecnie około 130 kardynałów, 89 to jego nominaci.

Kiedy Franciszek zasiadł na Stolicy Piotrowej sam był już podeszłych w latach, ale jak mało kto rozumiał, że Kościół potrzebuje nowego spojrzenia, by samemu nie tylko nadążać za zmieniającym się światem, ale i aktywnie otwierać się na konieczne zmiany w nim samym, a to gwarantują tylko otwarte umysły nieprzeciętnych hierarchów nie bojących się tego co nowe.

Patrząc z tej perspektywy biskup diecezji Łódzkiej jak ulał pasuje do tego zadania.

Kiedy przed 12 laty został powołany do godności biskupiej, od samego początku dał się poznać jako duszpasterz nie bojący się wyzwań, czego dowiódł chociażby obejmując najbardziej zlaicyzowaną diecezję w środkowej Polsce i po latach pokazał, że potrafi prowadzić ten Kościół lokalny pomimo zawirowań i kryzysów, od których także i on nie był wolny.

Arcybiskup Ryś, pomimo swojego młodego wieku i trochę marginalizowanej pozycji wśród pozostałych episkopalnych wyjadaczy, nie zgodził się z powszechnie lansowaną diagnozą, że Kościół jest w kryzysie i nic się na to nie poradzi.

Przed kilkoma dniami w Onecie ukazał się wywiad, który przeprowadził z kardynałem nominatem jeden z dziennikarzy.

Na samym początku dowiadujemy się z tej rozmowy, że ta nominacja była całkowitym zaskoczeniem dla biskupa łódzkiego, gdyż jak sam o sobie zaznaczył, nie spodziewał się takiego wyróżnienia.

Później jednak dał się namówić na szerszą analizę tego czym Kościół jest, albo raczej czym był przez ostatnie dziesięciolecia i otwarcie krytycznie ocenił dawny rodzaj religijności opartej tylko na modelu tradycyjnym, swoistej sztafecie pokoleń.

Kościół musi mierzyć się z nowymi wyzwaniami, przywracając styl religijności otwartej na świadomą ewangelizację. To wbrew pozorom nie jest nic odkrywczego, bo taki przekaz otrzymaliśmy od samego Chrystusa, który już swoim uczniom polecił, aby najpierw sami karmili swoją wiarę przekonaniem o słuszności drogi, aby potem być drogowskazem dla innych.

Kościół otwarty na potrzebę nieustannej ewangelizacji to nie jest proste zadnie, gdyż wymaga permanentnej pracy u podstaw, którą muszą realizować wszyscy wierzący, od hierarchów poczynając poprzez kapłanów a na laikacie kończąc.

Taką ideę nowej drogi wiary biskup Ryś realizuje na swoim diecezjalnym poletku i teraz, kiedy z woli watykańskiego szefa został zaliczony do grona najbliższych mu współpracowników, będzie mógł powielać w szerszym spektrum.

Kardynał nominat zapytany o swoje zadania w tym szacownym gronie odpowiedział krótko: dla mnie to terra incogniata, ziemia nieznana, ale wierzę w mądrość Kościoła i jeżeli Bóg głosem Następcy św. Piotra powołał mnie do tego zadania, to ufając Jego wsparciu, będę się starał najlepiej jak potrafię wywiązać się z tego zadania.

Nie wiemy jeszcze ku jakim wyzwaniom Opaczność wyznaczyła przyszłość drogi tego nowego Księcia Kościoła, ale mam głębokie przekonanie, że to była jedna z najlepszych informacji, jaką otrzymaliśmy ostatnio z watykańskiej centrali.

Kryspin

wtorek, 11 lipca 2023

 

Od pasji do charyzmy

Rzeczywistość Kościoła zdaje się przebiegać w odwiecznych schematach wytyczanych czasem roku liturgicznego i nawet się nad tym niewielu zastanawia, biernie realizując swoją drogę ku zbawieniu, że jest to organizm żywy w swoim założeniu.

Ta wspólnota wiary realizująca od ponad dwóch tysięcy lat testament swojego założyciela jest jednak dalece więcej złożonym organizmem i dlatego jego życie wyznaczają także niestandardowe działania u których podstawy znajdują się wizjonerzy pragnący poszerzać horyzonty myślenia i działania.

Niewątpliwie do takich niespokojnych duchów na przestrzeni dziejów można zaliczyć twórców reguł zakonnych, wokół których gromadzili się entuzjaści pogłębionej duchowości, jako sposobu uzyskania bliskości z Odwiecznym, czego efektem stały się pierwsze klasztory, miejsca dla tych, którzy w takiej drodze zamierzali realizować swoje powołanie do świętości.

Przyglądając się nieco zboku rzeczywistości naszego Kościoła, nie sposób nie zauważyć, że i dzisiaj on jest aktywnym ciałem, które co pewien czas rodzi szczególnych liderów-wizjonerów ukazujących potrzebę dawania z siebie czegoś więcej ponad przeciętność.

Po okresie drugiej wojny światowej, kiedy zalewała nas propaganda tworzenia nowego człowieka wolnego od zabobonu wiary, Opatrzność powoływała do pomocy ludzi nieprzeciętnych, którzy odpowiadając na potrzebę obecnego czasu, zarażali coraz większe rzesze tych, którzy także zrozumieli, że dla Boga warto poświęcić coś więcej, aniżeli bierną przeciętność.

W tym miejscu warto wspomnieć jednego z wielkich charyzmatyków księdza Blachnickiego, wizjonera i założyciela wspólnoty „Światło życie”, czyli znanego pod potoczną nazwą jako ruch Oazowy.

Najpierw było to miejsce rekolekcyjnych spotkań służby liturgicznej, które urządzał w Krościenku, ale z biegiem lat poszerzał swój obszar duchowego oddziaływania na kolejne grupy najczęściej młodych ludzi, którzy potem zaczęli tworzyć wspólnoty rodzin bliskich Bożym wyzwaniom.

Z pewnością ten duchowny nie pasował różnym świecko oświeconym, dlatego przy sprzyjającej okazji zamordowali go, kiedy przebywał poza terenem Polski.

Jego dzieło było jednak już na tyle okrzepłe, że teraz po kilkudziesięciu latach nadal prężnie się rozwija w ponad 30 krajach całego świata.

Duchowny z podgórskiego Krościenka nie był jedynym „Bożym szaleńcem” bo na takie miano z pewnością zasłużył sobie także niedawno zmarły Ojciec Góra, twórca corocznych spotkań młodych na Lednicy, gdzie co roku w pierwszą sobotę czerwca po dziś dzień ściągają tłumy młodych, aby w radości przeżywać spotkania z Chrystusem.

Na koniec, i tu pewnie narażę się wielu, nie sposób do tego grona wizjonerów nie zaliczyć także Ojca Rydzyka, który powołał do życia w Polsce pierwsze katolickie radio i kanał telewizyjny dla wierzących.

Przy całej fali krytyki, że przy tej okazji drenował kieszenie ubogich staruszków, aby realizować coraz to nowe zamierzenia w toruńskim imperium, to jednak trzeba przyznać, że stworzył to na samym początku bez tajemniczych toreb z biedronki, którymi nawet czołowi obecnie politycy tłumaczą się z kasy na utworzenie swoich partii i jakoś nikomu to nie przeszkadza.

Zapiekłym przeciwnikom jego działalności nie pozostaje jednak nic innego, jak czekać na dalszy rozwój wydarzeń, a ściślej rzecz ujmując obserwować, czy ten ruch przeżyje swojego twórcę. Ojciec Rydzyk ma już swoje lata (78) i wieczny nie będzie.

Twórca toruńskiego, kościelnego imperium pewnie zawsze będzie budził emocje, ale dla Kościoła stał się ważnym chociażby ze względu na wielomilionową rzeszę tych, którzy korzystają z tej ścieżki ewangelizacji.

Gwoli ścisłości, kiedy piszę o tych kapłanach używając określenia charyzmatycy, nie przesądzam o ich duchowej doskonałości, bo pewnie mieli i mają swoje ułomności, ale przecież cały Kościół dotknięty jest tym, co potocznie nazywamy skłonnością do grzechu, co jednak nie przekreśla tego co w nim dobre.

Kryspin

środa, 5 lipca 2023

 

Kościelna rada nadzorcza.

W okresie przedwyborczej gorączki co pewien czas powraca temat rad nadzorczych w spółkach skarbu państwa. Przeciwnicy polityczni przy tej okazji nie szczędzą krytycznych uwag do ich sposobu działania i wytykają obozowi władzy, że te gremia ni jak nie spełniają swoich statutowych zadań będąc jedynie miejscem ciepłych posadek dla swoich, nie koniecznie kompetentnych osób.

-„Rada nadzorcza jest organem powoływanym przez walne zgromadzenie lub zgromadzenie wspólników, które powołuje przewodniczący rady nadzorczej i prowadzi nadzór nad działalnością spółki w tym nad działaniami w spółce akcyjnej i innych. Sprawdza także zgodność działania spółki z zapisami obecnymi w statucie spółki.”

Tyle stanowi definicja mówiąca o tym, czym rada nadzorcza winna być, i trudno się z nią nie zgodzić.

W tym krótkim zapisie brakuje jednak istotnych uprawnień, którymi takowy organ może się posługiwać, a chodzi o to, że prowadząc nadzór nad działalnością danego przedsiębiorstwa, członkowie rady nie tylko mają za zadanie nadzorować pracę zarządu, ale i w sytuacjach ekstremalnych wnioskować o odwołanie osób ustanowionych przez założyciela jako zarządzających.

Niestety, w wielu przypadkach to jest martwy przepis, bo dziwnym trafem bardzo rzadko się zdarza, że dochodzi do takich dymisji na wniosek członków rady nadzorczej, a szkoda.

W podobnym stylu powoływane są rady parafialne, jednak w samym założeniu, są to tylko gremia doradcze mające służyć pomocą jedynemu szefowi wspólnoty jakim jest miejscowy proboszcz.

W polskich parafiach zostały powołane ze świeckich wiernych jako swoisty pomost pomiędzy powołanym przez biskupa kapłanem odpowiedzialnym za parafialne poletko, a pozostałymi wiernymi stanowiącymi szarą masę.

Próżno zatem szukać pasusu mówiącego o roli nadzorczej rady i w efekcie możliwości kreowania przez nią polityki personalnej na parafialnym odcinku.

-”Jestem od kilku lat członkiem rady parafialnej w naszej wspólnocie i uwiera mnie to, że nasz proboszcz otwarcie wyznacza nam ramy naszej aktywności, które ogranicza do troski o płot przy kościelnym murze, czy rozdzielanie zadań przy okazji zbliżających się świąt.

Aby była jasność, nie dopuszcza żadnej krytyki w stosunku do siebie i nieśmiałe głosy niezadowolenia z podejmowanych przez niego działań odbiera zawsze w ten sam sposób, twierdząc, że to on wie najlepiej, co jest dobre dla ogółu i koniec dyskusji.

Aby nie być gołosłownym, przytoczę kilka „kwiatków” despotyzmu naszego księdza.

Opublikował niedawno taryfikator kościelnych posług i sztywno wyznaczył kwoty należne za swoją duszpasterską aktywność. Masza zwykła 50 zł, niedzielna 100 zł, a pogrzeb w przedziale od 1200 do 1800 zł( w zależności od dodatkowych „atrakcji” jak pobyt nieboszczyka w kościele w trakcie mszy pogrzebowej i obecność na ceremonii naszego organisty)

Czarę niezadowolenia przelała decyzja o podziale dzieci przystępujących do pierwszej komunii, kiedy zarządził, iż dzieci z rodzin bez ślubu kościelnego będą stanowiły oddzielną grupę, która do sakramentu przystąpi w sobotnie popołudnie.

Po tym zarządzeniu część parafian otwarcie się sprzeciwiła i zamierzała poskarżyć się na niego w kurii.

Przyznam, że i mnie to ubodło, dlatego sam z siebie zaoferowałem pomoc wiedząc, że niebawem ksiądz biskup będzie w naszej wspólnocie i może wtedy mógłbym przedstawić mu tę sprawę w trakcie chociażby krótkiej rozmowy.

Spotkanie z członkami rady parafialnej było bardzo krótkie i ograniczyło się tylko do kilku zdań, w których nasz hierarcha, a jakże, podziękował członkom rady za skuteczne wspieranie swojego proboszcza.

Kończąc swoje krótkie wystąpienie nie zapomniał także zaznaczyć, jak wielkim zaufaniem darzy miejscowego włodarza i na tym miało się skończyć, gdyby nie moja niewyparzona gęba i obietnica, jaką złożyłem tym, którzy wcale nie tak różowo odbierali aktywność naszego księdza.

Nie dane mi było jednak skutecznie przedstawić żali dotkniętych sankcjami parafian, bo wkroczył we wszystko sekretarz biskupa twierdząc, że nie pora, aby ekscelencji zajmować czas wydumanymi żalami nielicznych niezadowolonych, a jeżeli chciałbym coś jeszcze dodać, to mógłbym to uczynić drogą pisemną, a w kurii ktoś się nad tym pochyli.

Ksiądz biskup podzielił zdanie swojego przybocznego, a mnie tylko pozostał jeszcze we wspomnieniu karcący wzrok naszego proboszcza i wiedziałem, że jeszcze długo będę na cenzurowanym”.

Tak sobie marzę, aby przy okazji biskupich odwiedzin w parafialnych wspólnotach hierarchowie zanleźli by czas na choćby krótką szczerą rozmowę z przedstawicielami parafialnych rad, może z konkluzji po nich zrodziłoby się coś dobrego i na konieczne zmiany nie trzeba by czekać do czasu, aż popękają wrzody patologicznego zachowania niektórych włodarzy parafialnych poletek, bo działanie po niewczasie zawsze rodzi smrodek, a niekiedy okropny swąd zaniedbanych decyzji.

Kryspin

środa, 28 czerwca 2023

 

Pokora istotnym warunkiem kapłańskiego powołania.

„Kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dogodzie”- stare, ludowe przesłanie pewnie już można między bajki włożyć, choć legenda o dostatku osób w sutannach nadal ma się dobrze.

Kiedy prawie przed półwieczem, przy wielkim zdziwieniu najbliższych, zdecydowałem się na realizację swojej drogi powołania, realia polskiego katolicyzmu nie bardzo sprzyjały podjęciu takiej decyzji, a jednak wielu moich rówieśników zdecydowało się na ten krok, czego wyrazem była chociażby liczba kandydatów do służby ołtarza, w liczbie 34 kandydatów do pierwszego roku seminaryjnej formacji.

Aby zobrazować, że była to spora grupa chętnych, warto wspomnieć, że obecnie ilość alumnów mojego seminarium (ze wszystkich 6 roczników studentów w sutannach) nie dobija do tego stanu.

Mierząc się z próbą uzyskania odpowiedzi na pytanie: dlaczego wtedy był taki urodzaj wśród kandydatów do tej służby, trzeba zauważyć, że w naszym gronie większość deklarowała, iż była to ich osobista decyzja, bo czuli potrzebę odpowiedzi na głos wzywającego ich Chrystusa. Wśród moich kolegów byli jednak także i tacy, którzy może nieśmiało, ale mówili o tym, że w ten sposób pragnęli realizować marzenia swoich najbliższych, którzy w kapłańskiej profesji upatrywali swoistą nobilitację dla swojej wiary.

Wśród kolegów, którzy nie kryli, iż znaleźli się w naszych szeregach, aby spełnić marzenia rodzicieli, znalazł się także Staszek. Był nieco starszy od nas pozostałych, bo droga do egzaminu dojrzałości, koniecznego warunku do przyjęcia w szeregi alumnów, zajęła mu nieco więcej czasu, bo był nieco odpornym na wiedzę, co niebawem przełożyło się na kłopoty przy pierwszych seminaryjnych zaliczeniach i po kilku miesiącach nasi przełożeni podziękowali mu uznając, że jego intelektualne ograniczenia ni jak nie pozwalały na jego dalszą seminaryjną karierę.

W ciągu kolejnych lat jeszcze kilkoro kolegów z naszego rocznika podzieliło jego los i odeszło.

Sito intelektualnego odsiewu nie było jedynym sposobem selekcji, bo część odeszła także z innych powodów, i tak do święceń dotrwało 18.

Z tej liczby jeszcze czterech z nas odeszło do stanu świeckiego w kolejnych latach, a pozostali realizowali swoją kapłańską misję po dziś dzień, i chyba z powodzeniem, bo po latach większość z nich dosłużyła się nie tylko samodzielnych proboszczowskich stanowisk, ale i godności kościelnych, zasilając grono kanoników.

Kończąc wątek sita selekcyjnego w czasie seminaryjnej formacji trzeba jednak stwierdzić, że nie zawsze było ono skuteczne, czego wyrazem są „kwiatki” kapłańskiej fantazji i nie chodzi tylko o skandale obyczajowe w tym środowisku, ale i dziwne zachowania nie mające nic wspólnego z kapłańską posługą, które wychodzą na światło dzienne niekiedy po latach posługi.

Mój starszy kolega z seminaryjnego podwórka, który do kapłaństwa dotarł pomimo miernoty intelektualnej, po latach zaczął się realizować jako guru polityczny i otwarcie zaczął piętnować osoby wiążące się z opcjami politycznymi nie będącymi po jego myśli, dlatego nie skąpił im krytyki z parafialnej ambony.

A że tym naraził się większości parafian, to było zupełnie bez znaczenia.

Kiedy zaczynałem swoją seminaryjną drogę wpajano nam, że kapłani są lustrzanym odbiciem wiary laikatu, i pewnie wiele było w tym racji.

Kryzys powołań to skutek ochłodzenia wiary, ale i jednocześnie pokusa, aby traktować jak skarb tych nielicznych, którzy nadal pozytywnie odpowiadają na wewnętrzny głos wzywający ich do służby ołtarza.

Ksiądz Rektor jednego z seminariów z centralnej Polski wyraził swoją opinię in troskę jednocześnie, że Kościół ma problem nie tylko z ilością powołań, ale i z jakością kandydatów, którzy zdają się manifestować swoją wyjątkowość i otwarcie żądać dla siebie specjalnego traktowania; a to już staje się być niebezpiecznym.

Kościół, a więc i my wszyscy, potrzebujemy prawdziwych, świadomych konieczności pokornej służby kapłanów, i to winno być przedmiotem troski wszystkich, od hierarchów zaczynając a na prostych wiernych, którzy co niedziela zasiadają w kościelnych ławach, kończąc.

Kryspin

wtorek, 20 czerwca 2023

 

Pielgrzymi czas.

„Po Bożym Ciele nic po księdzu w kościele”- głosi stare ludowe przysłowie wpisując się w liturgiczny kalendarz nie przewidujący w okresie wakacyjnym żadnych znaczących świąt.

Rzeczywiście letnie miesiące zdają się być „wolne” od sacrum i jako takie wpisują się w tę ludową mądrość, ale?

Życie nie znosi próżni i takiej laby nie przewiduje także nasze życie wiary, bo właśnie jesteśmy w przededniu pielgrzymkowej gorączki, która swoje apogeum, jak co roku, wyznaczyła na letnie miesiące.

Jak Polska długa i szeroka w najbliższych dniach wyruszą grypy pątników, by „zaliczyć” pielgrzymkowy trud, którego celem będą odwiedziny w miejscach namaszczonych tradycją wiary, kiedy od dziesiątków lat zostało uznanych nie tylko jako źródła szczególnych łask, ale i domy wybrane przez Opaczność, w których na swoje dzieci oczekuje Matka nas wszystkich, Maryja, najlepszy pośrednik Bożej miłości.

Każdy z uczestników tych jedynych w swoim rodzaju rekolekcji podejmuje decyzję o przebyciu drogi z indywidualną intencją.

Wśród tegorocznych pielgrzymów sporą grupę stanowić będą z pewnością „rekordziści”, którzy już enty raz będą zasilali szeregi pątników, bo jak sami często podkreślają, w ich DNA wrosła taka potrzeba i nie wyobrażają sobie innego spędzenia tego wakacyjnego czasu, jak w gronie przyjaciół idących obok nich w tym pochodzie wiary.

Przez lata zmieniał się jednak główny powód pielgrzymiego trudu, który dawno temu, kiedy za przyczyną zaborców nie mieliśmy wolnej Ojczyzny, przeniknięty był zbiorowym poczuciem obowiązku upominania się o jej niezależność.

Później w czasie pozornej wolności, kiedy dane nam było kosztować narzuconego nam obcego miru , w którym pojęcie Boga uznawane było za zbędny balast dla nowego, oświeconego człowieka, ludzie szli z przekonaniem, iż trzeba bronić korzeni, stanowiących istotę naszego patriotyzmu.

Zupełnie inaczej rysują się intencje pielgrzymiego trudu dzisiaj, kiedy zmieniły się realia naszego życia i nikt nie staje nam na drodze do Bożej miłości, ale?

Kiedy w licheńskim sanktuarium pielgrzymi usypywali kamienną golgotę, starsza kobieta na zakrwawionych kolanach kierowała się do tego miejsca dźwigając w dłoniach dwa spore kamienie dodatkowo powodujące jej ból. Zapytana o powód takiego poświęcenia odparła z gorzkim spojrzeniem, że te głazy to serca jej dzieci, które odeszły od Boga i teraz ona pragnie ich odmiany.

Każdy z pielgrzymów pokonuje trud drogi w szczególnej intencji. Niekiedy dotyczy ona ich samych, bliskiej rodziny, a nierzadko nawet tych, których bliżej nie znają.

Idą wierząc, że to ma sens, dlatego to robią.

Pewnie, że wśród pątników także znajdują się i tacy, którzy bez jakiejkolwiek refleksji tam się znajdują, bo taki znaleźli sposób na atrakcje, ale to tylko margines spośród obecnych i nie powinni kaleczyć obrazu ogółu.

W pielgrzymkowym trudzie nie wszyscy możemy uczestniczyć, choćby z racji wieku, czy stanu zdrowia, ale to nasza wspólna sprawa, gdyż Kościół ze swojej natury jest pielgrzymującym, dla którego celem ma być jedność z Odwiecznym.

Wakacyjny ruch pątniczy budzi skrajne emocje.

Dla wielu jest przedmiotem podziwu, ale dla innych rodzajem swoistego Bożego dopustu, kiedy przez ich miejscowości przetaczają się tabuny utrudzonych drogą, liczących choćby na szklankę wody, czy skromny posiłek przywracający nadwątlone siły.

Nie traktujmy ich z wrogą obojętnością, bo oni idą także dla nas, niejako zastępując pozostałych w tym oczyszczającym trudzie.

-”Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych dlatego, że jest uczniem, za prawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody”(Mt 10, 42)

Warto mieć to na uwadze także w kwestii pielgrzymiego trudu.

Kryspin,

wtorek, 13 czerwca 2023

 

Czy to jest już koniec Kościoła?

Ostatnio w przestrzeni publicznej pojawiło się wiele analiz dotyczących przyszłości Kościoła, a ściślej rzecz ujmując, jego nieuniknionego końca.

Prym w tym czarnym scenariuszu dotyczącym tej instytucji wiodą teolodzy, którzy z własnego wyboru jakiś czas temu porzucili kościelne pielesze i z nieukrywaną niechęcią podejmują się roli ekspertów od przyszłości, w której wiara będzie już tylko wspomnieniem.

Na poparcie swoich tez skwapliwie przytaczają dane statystyczne o postępującej laicyzacji w kręgach ludzi młodych, którzy jak żadna inna grupa społeczna otwarcie wyraża swój sprzeciw wobec rzeczywistości, w której Kościół jawi się im jako twór skostniałych struktur, w którym hierarchowie i szeregowi duchowni także, zdają się żyć w odrealnionym świecie, zupełnie nie troszczącym się o dobro i potrzeby szeregowych członków tej instytucji.

Trudno się nie zgodzić z tym, że Kościołowi potrzeba reform, i w tej kwestii panowie Obirek, Bartoś i Polak mają wiele racji, ale z jednym nie mogę się zgodzić, kiedy jako pewnik zakładają, iż do takowych nigdy nie dojdzie.

Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych zaczynałem swoją przygodę z Kościołem będąc na początku seminaryjnej drogi, od reform Drugiego Soboru Watykańskiego minęło zaledwie kilkanaście lat i nie bardzo jeszcze dało się odczuć powiew nowego.

Kościół nadal zdawał się żyć przeszłością z nieśmiertelną precedencją i posłuszeństwem wobec hierarchicznych przełożonych i nikomu nawet przez myśl nie przyszło, aby mogło być inaczej.

To z pewnością był grzech zaniechania, że nie wykorzystano szansy na otwartość wobec wszystkiego, co winno być istotą tej wspólnoty, a ściślej rzecz ujmując nie wykorzystano szansy pobudzenia świadomości w obszarze laikatu, najbardziej istotnego i ważnego ogniwa tej organizacji.

Kilkanaście lat później, kiedy moje drogi już rozeszły się z kapłańskim poletkiem, miałem okazję porozmawiać z jednym z moich dawnych kolegów seminaryjnych. Był już wtedy nobliwym proboszczem z godnością kanonika. W trakcie naszego spotkania wspomniałem mu o serialu „Plebania” , w którym bohaterowie często powtarzali, iż wszyscy wierni są Kościołem i jako tacy winni czuć odpowiedzialność za jego kondycję.

Mój przyjaciel tylko się uśmiechnął pod nosem i sprowadził mnie na ziemię:

-”To tylko film, który ni jak nie przystaje do rzeczywistości i jest niewiele wart.”

Minęło ponad pół wieku od soborowych wytycznych i można już chyba pokusić się o próbę odpowiedzi - dlaczego tak mało zmieniło się w Kościele od tego czasu?

Z pewnością zawinił tu czynnik ludzki, a ściślej rzecz ujmując opór przed zmianami okazał się zbyt silny zwłaszcza w gronie tych, którzy będąc decydentami w tej instytucji, zwyczajnie wybrali egoistycznie to, co uznali za lepsze dla siebie.

Kościół bezsprzecznie potrzebuje zmian, reformy dotyczącej nie tylko myślenia, ale i rzeczywistych zmian, w których nie będzie kolejnego pudrowania zawinionych ran będących największym zagrożeniem dla niego samego.

Chrystus powołując go do istnienia ponad dwa tysiące lat temu jasno sprecyzował na czym polega jego wyjątkowość, i że tylko On jest jego jedynym władcą.

Rzeczywistość winnicy będącej własnością jedynego Boskiego gospodarza, jasno określiła rolę tych, którzy w przeszłości mieli wziąć odpowiedzialność za jej rozwój będąc jednak jedynie dzierżawcami tejże.

Kościół nie jest własnością ludzi noszących sutanny, i jeżeli kiedyś odpowiedzieli na Boże wezwanie, to tylko po to, aby służyć ogółowi, równoprawnych współwyznawców.

Młodzi ludzie tak krytyczni wobec obecnej rzeczywistości w Kościele wcale nie są skażeni duchem laicyzacyjnej powodzi, a ich obojętność wobec wiary to nic innego jak sprzeciw wobec tych, którzy nie robią nic, aby naprawić zadawnione zło w swoich szeregach.

Kryspin

wtorek, 6 czerwca 2023

 

Polityka jest brudna.

Zostałem ostatnio niejako wezwany do tablicy, abym zajął stanowisko w aktualnej obecnie sprawie związanej z przedwyborczą gorączką.

Napisała do mnie czytelniczka Angory, która na samym początku zaznaczyła, że systematycznie studiuje artykuły „Księdza w cywilu” informując mnie, że w znakomitej większości podziela moje stanowisko w sprawach dotyczących kościelnego poletka, by zaraz potem wyartykułować swoje oburzenie na temat związków tej religijnej organizacji z rządzącym obozem władzy.

No i polało się wiele gorzkich słów na temat nadużyć rządzących, których przywołany na wstępie Kościół ni jak nie piętnuje, a nawet zdaje się być głuchym na brak miłości(pomiatanie bliźnimi) ze strony tegoż obozu w stosunku do politycznych przeciwników, których z wykorzystaniem publicznych mediów (TVP) systematycznie obrzuca stekiem kłamliwych pomówień, i to wszystko za nasze pieniądze.

Aby nie pominąć istotnych treści zawartych w tej korespondencji, trzeba także odnotować, że szanowna Pani uznała, że owszem Kościół prowadzi swoistą krucjatę na rzecz ochrony życia poczętego, realizując Boże przykazanie o niezabijaniu nienarodzonych, ale poza tym wszystkim Stwórca dał nam wolną wolę i pozostawił człowiekowi wybór także w tej kwestii.

Przyznam, że trudno mi się zgodzić z taką logiką rozumowania osoby wierzącej, która Boga stawia w odległym szeregu pozbawiając Go prawa do piętnowania oczywistego zła.

I po tym wszystkim moja rozmówczyni przeszła do podsumowania swojego stanowiska dokonując oceny swojego niezadowolenia:

-”A Kościół milczy w tych sprawach, co budzi moje zgorszenie”.

Polityka ze swej natury jest brudna i to po obu stronach.

Owszem ma Pani rację, że media rządowe (TVP i sprzyjające inne media) czerpią z hojnych dotacji rządowych, ale tak było zawsze i nic na to nie poradzimy.

Opozycja także garściami czerpie z pieniędzy nie swoich, bo ich zwyczajnie nie ma, a jednak potrafią wysupłać miliony na swoje eventy.

Ostatni marsz niezadowolonych z obecnej władzy także był suto opłacony.

Kilkaset autokarów z całej Polski, które dowoziły zwolenników „demokratycznej” opozycji, także nie robiły to za friko, a jeżeli do tego doliczyć „diety” dla przybywających, to robi się pokaźna suma, i aby rozliczyć pozostałe koszty tergo wydarzenia, to wyjdzie nam ładnych kilka milionów.

To jednak są tylko drobniaki wobec innych pieniędzy, którymi jakoś nikt nie gardzi niezależnie od tego, czy jest mu po drodze z ludźmi obecnej władzy.

Miałem okazję kilkukrotnie uczestniczyć w krytycznych dyskusjach przeciwników obecnego układu i pozwoliłem sobie na koniec zadać im pytanie:

-Skoro tak krytycznie odnosicie się do obecnych realiów politycznych, to dlaczego korzystacie chociażby z programów socjalnych (konkretnie 500+)

Jakoś nikt nie zadeklarował, że zrzekł się tych pieniędzy, a odpowiedzią było krótkie:

-”Bierzemy, bo jak dają to niby czemu nie mielibyśmy z tego nie skorzystać.”

„A Kościół milczy, co budzi moje zgorszenie”

Pewnie, że można i tak; ale uważam, że on zachowuje i tak daleko idącą powściągliwość, kiedy mówi się o „opiłowywaniu katolików”, aby nie podnosili głowy, kiedy komuś przyjdzie pomysł działań mających ich zmarginalizować.

Kościół nie może jednak nie zajmować stanowiska wobec politycznych trendów jawnie występujących przeciwko wartościom, których jest depozytariuszem i dlatego nikogo nie może dziwić fakt, że nie stanie po stronie tych politycznych opcji, które w swoich założeniach mają chociażby aborcyjną swobodę w imię wolnej woli.

Swoją drogą dziwi mnie fakt jednoczenia się w tej kwestii politycznych nacji, które nadal uważając się za strażników chrześcijańskiej tradycji, potrafią dla politycznych nadziei odrzucić to, co kiedyś stanowiło o ich moralnym kręgosłupie.

Kryspin

środa, 31 maja 2023

 

Boże Ciało-kotwica nadziei.

Kiedy Nauczyciel z Nazaretu przemierzał pustynne równiny Palestyny, zawsze towarzyszyły mu rzesze tych, którzy byli spragnieni nadziei, a On ją im dawał swoją nauką i niezwykłymi dokonaniami odbieranymi w kategorii cudów będących ich udziałem.

Nie wszystkim było to w smak i oprócz zwolenników na jego drodze pojawiali się także ci, którzy obserwując go nieco z oddali, szukali argumentów przeciwko temu fenomenowi porywającemu tłumy gawiedzi.

To że Jezus budził skrajne emocje nie ulegało dyskusji, bo przecież niedługo trzeba było czekać, aż przelała się czara nienawiści jego przeciwników, którzy ostatecznie załatwili mu krzyż mający ostatecznie położyć kres jego dobrej passie.

Jesteśmy obecnie w przededniu jednego z najbardziej barwnych świąt z roku liturgicznego, kiedy na ulice naszych miast i wiejskich przysiółków także, zawita ten sam Chrystus pod postacią konsekrowanego chleba, czyli swojego Boskiego Ciała.

Dla wierzących z pewnością będzie to powód do radości, że oto sam Bóg w uroczystej procesji dokona swoistego przeglądu nie tylko naszych ulic, ale i serc przeżywających radość z tego spotkania.

Polska jako jeden z nielicznych krajów chrześcijańskiego świata celebruje od wieków ten zwyczaj goszczenia Boga w naszej rzeczywistości łącząc tę uroczystość z dniem wolnym od pracy, abyśmy mogli jak najgodniej przeżyć te coroczne święto.

Lubimy ten odświętny blichtr: drogę umajoną kwiatami, które przed celebransem niosącym monstrancję rozsypują dziewczynki w białych sukienkach, dźwięki orkiestry akcentujące najbardziej istotne momenty celebry, odświętne stroje uczestników tego religijnego wydarzenia.

Boże Ciało to jednak nie jedyny dzień w roku, kiedy możemy spotkać Chrystusa tak blisko, zdawać by się mogło, na wyciągnięcie ręki.

On o wiele częściej daje nam okazje do takich osobistych spotkań, i nie chodzi tu tylko o liturgię mszy świętej, w czasie której obecni dostępują osobistego spotkania z Bogiem Eucharystycznym, kiedy celebrans ukazuje zebranym konsekrowane Ciało Zbawiciela w chwili Podniesienia.

Wiele spotkań zdaje się być przez nas niezauważonymi, choć On przechodzi często obok naszego życia, jak chociażby wtedy, kiedy mijamy na chodniku kapłana niosącego Konsekrowany Chleb dla chorych nie mogących uczestniczyć w coniedzielnej liturgii.

I tu trzeba wrzucić swoisty kamyczek do naszego zachowania.

Sam pamiętam niezręczność sytuacji, kiedy także sprawowałem tę posługę i wtedy często spotykałem się z kłopotem zachowania przypadkowo spotkanych parafian.

Owszem część starała się wykonać jakiś gest szacunku wobec spotkanego na swoje drodze Chrystusa i delikatnie przyklękała, bądź chociaż skinieniem głowy wyrażała szacunek wobec takiej niezwykłej chwili.

Było jednak wielu, którzy celowo odwracali się udając, że nie zauważyli przechodzącego z komunią kapłana i wykonywali nerwowe ruchy mające usprawiedliwić ich zmieszanie.

Jeden z kapelanów szpitalnych, który dokonywał codziennego obchodu oddziałów chorych, opowiedział mi kiedyś historię pewnego pacjenta szpitalnego oddziału, któremu stanowczo nie pasowały odwiedziny kapłana w pokoju chorych i nie omieszkał wyrazić swojego sprzeciwu takowym praktykom, żądając od ordynatora oddziału stanowczego zakazu tych praktyk, kiedy on się tam leczył.

Lekarz spokojnie wysłuchał jego zdania i zalecił mu opuszczanie pokoju w czasie odwiedzin kapłana, co wydawało się logicznym, gdyż chory był pacjentem chodzącym.

Czyli nic nowego.

Chrystus i dziś budzi skrajne emocje i z tym musimy się zgodzić, bo każdy ma prawo do swojego stanowiska, ale czy aż do tego stopnia?

Historia przez ostatnie dwa tysiące lat opowiedziała się po Jego stronie, a nam nie pozostaje nic ponad to, aby tak zwyczajnie na co dzień dawać świadectwo, że On nadal jest dla nas istotnym ogniwem naszej nadziei.

Kryspin

wtorek, 23 maja 2023

 

Dlaczego w Polsce rodzi się mało dzieci?

W Polsce rodzi się coraz mniej dzieci i jednocześnie wzrasta ilość tych naszych rodaków, którzy kończą swoje ziemskie bytowanie, czyli umierają.

Jesteśmy w gorącym czasie kampanii przed jesiennymi wyborami i z tego powodu potęgują się głosy z lewa i prawa, w których ten demograficzny problem staje się jednym z wiodących tematów.

Opozycyjni aktywiści trąbią na alarm odpowiedzialnością obarczając rządzących, którym nawet zwiększenie pomocy finansowej dla rodzin ni jak nie wpłynęło na zwiększenie dzietności, ale próżno w tym wzajemnym obrzucaniu się odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację doszukać się pogłębionej refleksji wszystkich uczestników rzeczonego sporu.

Jakoś nikomu nie przychodzi na myśl fakt, że oto mamy do czynienia z niżem demograficznym potencjalnych rodzicieli i siłą rzeczy musimy się liczyć z tym, że jeszcze długo będziemy się mierzyć z niedostadiem maluchów w naszych rodzinach.

Problem spadku dzietności w naszym społeczeństwie, to także pokłosie „nowoczesności” jaką od lat promują niektóre środowiska systematycznie krytykujące tradycyjny model rodziny oparty o małżeński związek dwojga ludzi, którzy naturalnym porządkiem rzeczy decydowali by się na wspólną drogę, a zamiast tego promuje się ideę wolnych związków, bo przecież papierek z Urzędu Stanu Cywilnego, czy kościelnych ksiąg zapisujących sakramentalny związek małżeński, to nikomu niepotrzebny przeżytek.

Według oficjalnych statystyk w tychże związkach rodzi się tylko około 15% dzieci przychodzących corocznie na świat , bo one dodatkowo przeszkadzają w samorealizacji młodych, więc traktowane są li tylko jako produkt uboczny wolnej miłości.

Po okresie socjalizmu, który przez ponad czterdzieści lat fundowały nam narzucone przez obcych władze, pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku zapragnęliśmy zakosztować dobrobytu będącego udziałem wolnych narodów i zaczęliśmy przyśpieszony kurs nadrabiania zaległości, aby żyć lepiej, i dobrze, że tak się stało, ale?

Nie wszystko złoto, co się świeci i oprócz poprawy statusu materialnego zaczęliśmy chłonąć i to, co można określić śmieciami wolności.

Dla uważnego obserwatora musi budzić niepokój to, że Europa w pogoni za wolnością coraz bardziej odcina się od korzeni, którymi żyła przez wieki i próbuje stworzyć nowego człowieka wolnego od tradycji chrześcijańskiej, nie dając nic w zamian.

Laicyzacja codzienności tworzy rodzaj pustki, która otwiera pole do działania tych nacji, które pielęgnując swoje tradycje z ochotą wypełniają tę lukę, i to musi budzić niepokój.

W Polsce także mierzymy się z tym trendem, choć póki co zdajemy się być wolnymi od zagrożeń multikulturowością w europejskim wydaniu, ale i u nas dokonuje się erozja trawiąca społeczeństwo.

Polityczna kampania dzieli nas na tych, którzy są światli i tych zapyziałych katoli, którzy trzymając się kościelnych sutann stanowią rodzaj hamulca przed nowoczesnością.

Najbardziej zagorzali przeciwnicy wpływu Kościoła na naszą rzeczywistość żądają nawet referendów mających obnażyć negatywne odziaływanie tej instytucji na umysły Polaków chociażby w kwestii aborcyjnej.

Przyznam, że trochę to dziwnie brzmi, kiedy liderzy niektórych nacji rozdzierają szaty nad obniżającym się wskaźnikiem dzietności w naszych rodzinach, kiedy jednocześnie promują pomysł powszechnej możliwości aborcji do dwunastego tygodnia ciąży, jednocześnie wyrażając swoje oburzenie, że Kościół jest temu przeciwny.

Kościół zawsze będzie po stronie życia, także tych najsłabszych i trudno z tym dyskutować, a politycy mający na względzie przyszłość naszego narodu może by zadbali o to, aby przyszłym matkom tworzyć jak najlepsze warunki dla ich powołania.

Jest u nas wiele do zrobienia w tym względzie i może warto by było chociażby w tym gorącym okresie przedwyborczym obiecać im lepsze szpitale, żłobki dla maluchów i rzeczywistą politykę prorodzinną, tylko tyle i aż tyle.

Kryspin

środa, 17 maja 2023

 

6 szpitali i 1300 kościołów.

Kiedy Jezus przebywał w Betanii, podeszła do niego kobieta i wylała na jego głowę flakon drogiego olejku, co nie pozostało bez reakcji obecnych.

Uczniowie stanowczo zareagowali na ten gest uważając go za dalece niestosowny, gdyż można by inaczej spożytkować te kilkaset denarów, będących ceną za ten drogi eliksir i uzyskaną kwotę przeznaczyć na dobro potrzebujących.

Z pewnością zaskoczył ich i jednocześnie zawstydził sam Nauczyciel, kiedy oznajmił:

-«Czemu sprawiacie przykrość tej kobiecie? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Albowiem zawsze ubogich macie u siebie, lecz Mnie nie zawsze macie. Wylewając ten olejek na moje ciało, na mój pogrzeb to uczyniła. "Zaprawdę, powiadam wam: Gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię, będą również opowiadać na jej pamiątkę to, co uczyniła».(Mt 26,6-13)

Jeszcze bardziej stanowczo tę historię opisał Ewangelista Jan, który skonkretyzował osobę Apostoła głośno protestującego w tej sprawie.

Najbardziej oburzonym okazał się Judasz, jeden z dwunastu światków gestu pobożnej kobiety, który nie omieszkał wyrazić swojego sprzeciwu, ale powiedział to nie ze względu na troskę o ubogich, a dlatego, że sam był złodziejem i podkradał z trzosu pieniądze mające służyć dobrej sprawie.

Na jednym, z portali społecznościowych pojawiło się ostatnio zestawienie ilości inwestycji w Polsce po 1989 roku.

Nie kryjący oburzenia internauta zauważył, że w tym okresie pobudowano u nas zaledwie 6 szpitali, kiedy nowych świątyń powstało ponad 1300!

Pewnie można by znaleźć jeszcze wiele innych przykładów braku inwestycji potrzebnych, które winny być traktowane z należytą troską, i jeszcze długo można by wyliczać ich braki, ale trudno nie zauważyć, że nieskrywane oburzenie ilością stawianych świątyń nie powinno być ilustracją ekonomicznych niedostatków, gdyż te budowle powstają z pieniędzy wiernych, którzy swoje prywatne środki ofiarowali na ten cel.

Podejrzewam także, że osoby krytykujące takowe inwestycje, nigdy nie partycypowały w kosztach ich powstania.

Pewnie teraz antagoniści kościelnych obiektów nie omieszkają powołać się na coroczny fundusz kościelny, który zasilany jest z budżetu państwa, czyli z naszych podatków.

I znowu będzie to nietrafiony zarzut, bo znakomita większość osób płacących daninę na rzecz wspólną stanowią ludzie wierzący i chociażby z tego powodu mają prawo oczekiwać choćby części ze wspólnej, państwowej kasy.

Brnąc w krytyczny osąd dotyczący wspólnych pieniędzy nie sposób pominąć faktu, że Kościół nie jest jedynym uprzywilejowanym w tym podziale, bo gdybyśmy chociażby przyjrzeli się budżetom jednostek terytorialnych, to zauważylibyśmy, że w ich wydatkach pojawiają się niekiedy znaczne kwoty dotacji do wszelakich inicjatyw, których często nie sposób racjonalnie wytłumaczyć, i jakoś nie słychać głosów sprzeciwu.

Ktoś poważył się dokonać podsumowania wydatków na dalece kontrowersyjne projekty organizacji pozarządowych pozyskujących dotacje z największych miast w Polsce i wyliczył, że zamykają się one w kwotach dalece przekraczających miliard złotych rocznie. Nie trudno wyobrazić sobie, że z tych pieniędzy można by wybudować kilka szpitali rocznie, co w okresie od 1989 roku dałoby bagatela-ponad 100 nowych placówek opieki medycznej.

To nie jedyne kontrowersyjne wydatki, które pojawiają się w budżetach ośrodków lokalnej władzy, czego przykłady można by mnożyć.

W mojej gminie, wcale nie najbogatszej, w promieniu kilku kilometrów pobudowano ostatnio kilka obiektów do przyjęć okolicznościowych. Okazałe budynki przez większość roku świecą pustkami, bo nowożeńcy wolą lokale gastronomiczne, ale cóż, pobudowano te przybytki i jakoś nikomu to nie przeszkadza.

Nowe kościoły budowane są dla bieżących potrzeb parafialnych wspólnot, na co dzień służąc wiernym i nie powinny być przedmiotem krytyki tych, którym wydają się być zbędnym elementem naszej rzeczywistości.

-Czemu sprawiacie przykrość tym ludziom, którzy decydując się budować dom dla mojej pamięci, realizują swoją potrzebę wiary.

Pewnie w taki sposób sam Chrystus zwróciłby się do tych wszystkich, którzy chcieliby stworzyć nową historię, w której dla niego nie byłoby już miejsca.

Już kiedyś, całkiem niedawno byli u nas „wizjonerzy”, którzy postawili sobie za cel wymazanie Boga z ludzkiej pamięci i stworzenie raju wolnego od „opium” dla ciemnego motłochu.

Minęło niewiele lat i na szczęście dla wszystkich, ich marzenie przeszło do wstydliwej przeszłości.

Kryspin

wtorek, 9 maja 2023

 

Czy Kościół reglamentuje drogę do Boga?

Trudno poważnie potraktować pretensje faceta, któremu los poskąpił wzrostu, a pomimo tego „defektu” chciałby robić karierę w kompanii reprezentacyjnej wojska. Pewnie, że w przypływie frustracji pożaliłby się na dyskryminacyjne, jego zdaniem, wymogi rekrutacyjne, ale i tak nic by nie wskórał.

Inny delikwent chciałby realizować się w ochotniczej straży pożarnej, ale poza zamiarem nie uczyniłby nawet kroku w tym kierunku, i tak w tym płonnym zamiarze doczekałby do śmierci, a po tym ostatecznym zakończeniu ziemskiego bytowania jego bliscy udaliby się do szefostwa OSP, aby ci urządzili mu ostanie pożegnanie z użyciem wozu strażackiego, jako karawanu..

No i konflikt gotowy, bo spotkaliby się z odmową.

Te dwa hipotetyczne przykłady jak ulał pasują do sytuacji z kościelnej łączki.

Pierwszym z nich można by zilustrować przypadek byłego duchownego, który ostatnio zaistniał na portalu internetowym, w którym zarzucił Kościołowi, że ten reglamentuje dostęp do Chrystusa, dyskryminując myślących inaczej.

Dopiero nieco później w trakcie obszernego elaboratu przybliżył czytelnikom kulisy swojego odejścia ze stanu kapłańskiego.

Szczerze deklarując swoją homoseksualną orientację właściwie wyczerpał powody, dla których nie powinien od samego początku obierać drogi ku kapłańskiej karierze, ale postanowił inaczej.

Pewnie, że teraz odezwą się głosy w rodzaju, że przecież znaczny odsetek sług ołtarza takowe skłonności także przejawia, a i tak co niedziela przewodniczą eucharystii, i jakby tego było mało, o ich preferencjach często wiedzą szeregowe owieczki Bożej owczarni.

Aby uciąć wszelkie spekulacje, trzeba stanowczo rozgraniczyć bycie w Kościele ze wszystkimi sprawami, które o nas stanowią, także z naszymi preferencjami seksualnymi, i nikomu nie wolno nas oceniać, czy dzielić w tej kwestii, bo tylko Bóg zna całą prawdę o naszym życiu;

natomiast w sprawie oceny, czy dany kandydat wypełnia kryteria powołania Kościół ma jasne stanowisko i należy jedynie ubolewać, że z winy tych, którzy są odpowiedzialni za proces rekrutacyjny do służby ołtarza, to sito „selekcji” jest często dziurawe, bądź w ogóle pomijane, co w efekcie przynosi najwięcej szkody samej instytucji.

Drugi przypadek (niedoszłego strażaka) to kolejny „kwiatek” zgrzytu w kościelnych relacjach pomiędzy wiernymi, a dysponentami kościelnych posług.

Do takiego spięcia dochodzi często w przypadku posługi pochowania zmarłego.

Jeden z proboszczów naraził się krewkim krewnym nieboraka, który zakończył swoją doczesną pielgrzymkę, a za ziemskiego czasu był otwarcie antykościelnym, co wielokrotnie manifestował swoim zachowaniem i wszem i wobec deklarował swoją niechęć do kościelnych praktyk.

Duszpasterz otwarcie odmówił kościelnej posługi odsyłając żałobników do zakładu pogrzebowego, jako najbardziej właściwej, w tym przypadku, instancji ostatniego pożegnania.

To jednak nie wyczerpało konfliktu, bo bliscy poskarżyli się na duchownego u jego biskupiego przełożonego i koniec końców załatwili kościelny pochówek, a co.

I znowu odezwą się głosy tych, którzy wiedzą lepiej i znajdą remedium na upór kościelnego radykała, bo przecież zawsze znajdzie się inny ksiądz, który za odpowiednią opłatę załatwi problem.

Pewnie, że można i tak, i jeżeli do tego wszystkiego swoje trzy grosze dołożą jeszcze kościelni przełożeni w imię złagodzenia konfliktu, to prosty sposób tworzenia obrazu Kościoła, jako takiego chłopca do bicia, albo tworu do szpiku kości przesiąkniętego kultem mamony.

Kościół nie powstał, by reglamentować dostęp do Boga, ale został powołany do tego, aby dbał o należytą godność temu, który go powołał.

Chrystus ukazujący nam drogę do Bożej Miłości bardzo poważnie traktował swoją misję i tego samego wymaga od naszej wiary.

Zawsze jednak szanuje wolę każdego i dlatego stawia przed nami prawo wyboru: ”Jeśli chcesz”.

Kryspin

środa, 3 maja 2023

 

Święci patroni Polski

Biskup Pragi Czeskiej Wojciech dopiero pod koniec swojego życia (urodził się około 956 roku) zawitał na ziemie polskie, gdzie prowadził działalność misyjną na północnych rubieżach młodego państwa i w jej trakcie, 23 kwietnia 997 roku poniósł męczeńską śmierć z rąk pogańskich Prusów.

Według najstarszych przekazów jego ciało od barbażynców wykupił książę polski Bolesław Chrobry, płacąc za doczesne szczątki misjonarza złotem, którego ilość była równa wadze zmarłego.

W niespełna dwa lata po śmierci czeskiego biskupa Papież ogłosił go w 999 roku świętym męczennikiem Kościoła i nadając mu przymiot patrona ziem polskich, otworzył drogę do powołania samodzielnego arcybiskupstwa w Gnieźnie.

Po niespełna wieku od tamtych wydarzeń w Krakowie swoje życie w równie drastyczny sposób zakończył tamtejszy biskup Stanisław ze Szczepanowa, który będąc zwierzchnikiem południowej diecezji naszej piastowskiej ojczyzny popadł w konflikt z królem Bolesławem Szczodrym, później noszącym przydomek Śmiały.

Według najstarszych zapisów kronikarskich, śmierć dosięgła hierarchę w kościele na Krakowskiej Skałce w trakcie sprawowanej przez niego liturgii.

W jego przypadku lokalny kult dalece wyprzedził decyzje papieskiej władzy, która dopiero po prawie dwóch wiekach zaliczyła go do grona świętych męczenników Kościoła i dozwoliła na jego wspomnienie w dniu 8 maja każdego roku.

Obu tych męczenników głównymi patronami Polski (Obok NMP) ustanowił dopiero papież Jan XXIII w roku 1963.

Gdyby prześledzić naszą historię w kontekście bohaterów, którzy swoim wyjątkowym życiem zapracowali sobie na miano świętych, to przez te minione tysiąc lat nazbierałaby się ich całkiem pokaźna liczba.

Wczytując się w poszczególne przypadki tych kanonizowanych osób niestety odnosi się wrażenie, że im dalej cofalibyśmy się w naszych dociekaniach, tym więcej byłoby niejasności ich dotyczących, a powód jest oczywisty, gdyż niekiedy hagiografowie nie dołożyli należytych starań o rzetelne przekazanie historii ich życia.

Zgoła inaczej jest z ostatnim z naszych świętych, papieżem Janem Pawłem II. Jego życie prześwietlono niczym rentgenem i udokumentowano praktycznie minuta po minucie, co winno rozwiać jakiekolwiek wątpliwości co do jego osoby, a jednak?

No i mamy od kilku miesięcy spektakl pod nazwą:

-Czy aby nasz ostatni święty jest nim rzeczywiście?

I zaraz po tym lawina kreowanych przez media domysłów:

-”Wiedział, czy nie wiedział, a jeżeli wiedział, to dlaczego schował głowę w piasek, a nawet starał się tuszować bezeceństwa swoich podwładnych?”

Pewnie jeszcze przez długie lata nie dojdziemy do konsensusu w sprawie Jena Pawła II, i jeszcze przez długi czas będą trwali w swoich okopach zarówno zwolennicy jego niezwykłości, jak i ci chcący za wszelką cenę „odjaniepawlić” naszą rzeczywistość.

Świętość człowieka to efekt procesu dorastania do doskonałości i w takim kontekście należy odbierać decyzje Kościoła o tym, kto swoim życiem w szczególny sposób wyróżnił się osobistym zaangażowaniem w doskonalenie swojej drogi, a Karol Wojtyła jak mało kto w trakcie swojego dość długiego życia krok po kroku starał się przybliżać do ideału, jakim był dla niego Chrystus.

Czy w tym swoim dorastaniu był wolnym od niedoskonałości?

Z pewnością nie; bo nikt nie rodzi się świętym i nie przeżywa życia bez potknięć.

Czy trzeba więc bronić dobrej pamięci Jana Pawła II?

Tak sobie myślę, że z upływającym czasem zbledną w swojej nienawiści wszyscy ci, którym tak bardzo przeszkadza dobra pamięć o jego życiu i jednocześnie wyciszą się w swoich oburzeniu obrońcy jego dobrej pamięci, bo on swoim życiem zasłużył sobie na miano Patrona Polski, a w przyszłości być może Kościół do jego imienia dołoży określenie: Wielki!

Kryspin

wtorek, 25 kwietnia 2023

 

Pierwsza Komunia to święto całej rodziny.

No i mamy już najpiękniejszy miesiąc w roku, jakim bezsprzecznie jest maj. Przyroda już obudziła się na dobre z zimowego snu i rozsiewa wśród nas swoje kolorowe dary, ciesząc nasze serca kwiatami i pąkami wszelakich drzew, które już na dobre rozpoczęły przygotowania do zrodzenia swoich owoców.

Pewnie Kościół miał to także na względzie zalecając, by w tym pogodnym czasie w parafiach organizowano jedne z piękniejszych uroczystości, kiedy to wchodzący w wiek świadomej wiary nasi milusińscy przystąpią pierwszy raz do sakramentu eucharystii.

Przełom kwietnia i maja, to w lokalnych wspólnotach gorący czas przygotowań do tych uroczystych wydarzeń. Panie z rady parafialnej wspomagają miejscowych duszpasterzy, którzy już zakończywszy czas merytorycznego przygotowania małych bohaterów tego jedynego w swoim rodzaju spotkania z Chrystusem eucharystycznym i teraz zadbają o odświętny wystrój świątyń, aby ten dzień na długo pozostał w pamięci wszystkich uczestników.

Gorączka przygotowań nie omija także rodziców pociech, bo logistyka przygotowań wymaga od nich dobrej organizacji, kiedy trzeba zadbać dosłownie o wiele spraw.

W pokojach milusińskich już wiszą odświętne kreacje przewidziane na ten dzień, a trzeba także zadbać o stosowne miejsce, w którym po kościelnej uroczystości należałoby godnie podjąć zaproszonych gości, a przecież to nie wszystko.

Co bardziej zapobiegliwi pomyślą i o profesjonalnym fotografie, który nie bacząc na to, że mógłby zwyczajnie przeszkadzać w modlitewnym skupieniu, narobi zdjęć mających wypełnić komunijny album.

I nic to, że te wszystkie zabiegi kosztują niekiedy małą fortunę, i ci mniej zamożni jeszcze długo będą spłacać raty kredytu, który byli zmuszeni zaciągnąć z tej okazji.

-”Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Kościół przesadza w swoich żądaniach.

Nasz proboszcz wymyślił sobie to, aby rodzice w okresie przygotowań razem z dzieciakami chodzili na niedzielne msze, aby po nich urządzać obowiązkowe pogadanki dla rodzin, kiedy przecież to uroczystość naszych pociech; to gruba przesada.

Dzieciakom także nakłada jakieś bzdurne, obowiązkowe pobyty w kościele w tak zwanym białym tygodniu, kiedy nasz syn ma aż nadto obowiązków związanych z nauką i zajęciami pozalekcyjnymi.

Na koniec jeszcze coś, co dowodzi pazerności księdza.

Wymyślił sobie, że dzieciaki komunijne winny złożyć na rzecz kościoła prezent, na który musieliśmy dodatkowo przeznaczyć jakąś kwotę, to zdzierstwo.”

To jeden z głosów rodzica, który chyba nie do końca zrozumiał, że Pierwsza Komunia dziecka, to uroczystość rodziny i może dobry moment refleksji dla wszystkich pozostałych.

Może być ona jednorazowym epizodem, po którym po czasie nie pozostanie nic więcej poza utrwalonym na kliszy aparatu fotograficznego obrazkiem, ale może być także czymś więcej.

Nasze pociechy w tym dniu otrzymują prezenty od bliskich, niekiedy symboliczne jak pamiątkowa książka, ale i te bardziej wyszukane i kosztowne zarazem, ale najpiękniejszym i najcenniejszym jest świadomość, że w tym dniu dostąpili zaszczytu przyjęcia do swego serca Chrystusa, i to stara się w ich świadomości obudzić Kościół.

Kiedyś, gdy pracowałem w jednej z parafii, zapytałem dzieciaki na lekcji religii o prezenty, z których najbardziej się ucieszyli z dopiero co przeżytej Pierwszej Komunii, i wtedy zaskoczył mnie mały Grześ, który zdecydowanie odpalił:

-”Otrzymałem wiele prezentów od moich bliskich, ale najbardziej ucieszył mnie ten, który podarował mi mój tata. Od tego dnia, kiedy przyjąłem Chrystusa, obiecał mi, że już zawsze razem będziemy uczestniczyć w coniedzielnej mszy świętej, co do tej pory się nie zdarzało prawie nigdy.

Moja mama powiedziała wtedy, że nareszcie jesteśmy prawdziwą rodziną i często się uśmiecha, a ja jestem szczęśliwym.”

Kryspin

wtorek, 18 kwietnia 2023

 

Jerozolimska wspólnota rodzin”- przejaw pobożności, czy rodzaj religijnej sekty?

-”Chciałbym prosić o opinię na temat tzw.” rodzin jerozolimskich”.

Moja synowa Ewa od lat należąca do „rodzin” wprowadziła do swojej rodziny zasady, które – jak twierdzi – są zasadami tam obowiązującymi.

Delikatnie mówiąc, mnie i moją żonę one przerażają:

1.w święta religijne małoletnie dzieci zmuszane są (pod groźbą kar) do wielogodzinnego czuwania w kościele lub w wybranych kaplicach

2.w normalnym tygodniu, kilka razy muszą chodzić do kościoła w msze

3. za najmniejsze wykroczenie dzieci są karane klęczeniem i wielokrotnym odmawianiem różańca

4.ostatnio 14 letnia córka miała wysoką gorączkę, przejawiającą się już majaczeniem; prawdopodobnie był to Covid. Matka nie pozwoliła pójść do lekarza, ani podać żadnych leków, bo Bóg jej pomoże. Na szczęście babcia (moja żona) zobaczyła to i po kryjomu podała rozpuszczone lekarstwa i to ją prawdopodobnie uratowało od poważnych następstw.

Wyjście z choroby dało zresztą synowej asumpt do twierdzenia: a nie mówiłam !

Synowa nie dopuszcza najmniejszej krytyki swojego postępowania i zresztą na tym tle

w domu często wybuchają awantury, bo dzieci zaczynają się buntować.

Uważamy z żoną, że synowa weszła w problemy psychiczne na tle religijnym, ale syn już się poddał jej reżimowi.

My jesteśmy bezradni, patrząc na te działania. Nie wiemy co robić ?”

Te praktyki religijne oparte na monastycznym programie są stosunkowo nowym zjawiskiem, bo takie wspólnoty rodzin zostały zainicjowane dopiero 1975 roku, we Francji przez byłego duszpasterza akademickiego Sorbony, Pierra Marię Delfieuxa, a w Polsce wspólnoty modlitewne są aktywne od roku 2006, kiedy to kardynał Glemp przekazał na ich miejsce spotkań kościół przy ul. Łazienkowskiej, a w 2010 roku, aprobując decyzję swojego poprzednika, obecny Metropolita Warszawski kardynał Nycz, konsekrował dla nich tenże przybytek.

Obecnie z tym rodzajem pobożności identyfikuje się zaledwie kilkanaście rodzin w naszej ojczyźnie, choć w przyszłości może ich liczba wzrosnąć zważywszy na to, że członkowie odznaczają się silną aktywnością w propagowaniu tego stylu duchowości.

Pewnie, że nie wolno ograniczać ludziom rodzaju pobożności, czy drogi, jaką chcą realizować w swoim duchowym postępowaniu, ale?

Jeżeli osobista pobożność zaczyna przybierać postać religijnego fanatyzmu narzucającego innym nasz punkt widzenia, a z czymś takim mamy do czynienia w opisanym przez zaniepokojonego czytelnika, to już musi budzić niepokój.

Wspólnota rodzin jerozolimskich nie jest pierwszym tak pryncypialnym przejawem pobożności praktykowanym w naszej ojczyźnie, bo trzeba tutaj wspomnieć chociażby oazową wspólnotę rodzin, ruch zainicjowany przez Ojca Blachnickiego, to jednak tamten rodzaj osobistego doskonalenia swoich relacji z Bogiem wydawał się być o wiele mniej radykalnym i nie budzącym tak skrajnych emocji.

Narzucanie innym(a w przypadku przytoczonej w mailu rodziny mówimy o dzieciach) swojego religijnego kredo, zawsze prowadzi do buntu i w efekcie zaowocuje postawą negacji ze strony tych, którzy póki co czują się przymuszeni do tego rodzaju pobożności, i to winni mieć na względzie „dorośli” członkowie tego ruchu.

Tak już na koniec uważam, że ten obecny trend bardziej przypominający rodzaj religijnej sekty, jako taki winien być bacznie obserwowany przez kościelne władze, które niejako legitymują jego działanie.

Kryspin