środa, 30 stycznia 2019

Byłem na pogrzebie



W minionych dniach dane mi było przeżywać skrajnie różne doświadczenia.
Pierwszym, radosnym były relacje z Panamy, miejsca duchowej fiesty, na którą ściągnęli młodzi z całego świata, by w cieniu Franciszka przeżywać radość bliskości z Chrystusem.
Pewnie wielu ich rówieśników, których tam zabrakło, trochę z zazdrością obserwowało medialne relacje z odległego kraju i wzdychając myślało sobie, że też chcieliby choć raz doświadczyć takiego przeżycia.
Nadzieją dla wielu niespełnionych stała się informacja, że już za trzy lata podobna feta odbędzie się w Portugalii, a to znacznie bliżej ich możliwości, więc może?
Czy wielu skorzysta z tej okazji? Życie pokazuje nam, że pewnie nie, i znowu kolejne zastępy niespełnionych będą się pocieszały, że ,może przy kolejnej okazji załapią się na to wydarzenie.
Czas, który dany jest każdemu z nas płynie szybko i ani się obejrzymy, kiedy uświadamiamy sobie, że życie przetoczyło się w tak błyskawicznym tempie, iż na wiele rzeczy jest już za późno.
Drugim doświadczeniem minionych dni, do tego smutnym, był udział w pogrzebie znajomego, Leszka.
Pierwszy raz spotkaliśmy się, kiedy on był młodym ojcem rodziny, mężem swojej żony, a ja jeszcze młokosem, który dorosłe życie miał dopiero przed sobą.
Teraz stałem w cmentarnej kaplicy, patrzyłem na jego zdjęcie ustawione przy trumnie okrytej kwiatami i uświadomiłem sobie, że to, co pozostało poza nami, te wszystkie lata, które przeżywaliśmy na swój sposób, tak bardzo szybko przeminęły i stały się już tylko wspomnieniem.
Ksiądz prowadzący ceremonię pożegnania przeczytał fragment z Ewangelii o tym, jak Syn Człowieczy (Chrystus) dokona swoistego osądu nad każdym, kto przekroczył próg wieczności i dokonując oceny jego życia, stawi go po stronie tych, którym przeznaczył nagrodę, bądź tych, dla których sprawiedliwy Jego osąd przeznaczy wieczną karę (Mt.25,31-46)
Przyznam, że to jest mocny przekaz i pewnie tak go rozumiał prowadzący uroczystości pogrzebowe, bo zaraz przystąpił do laudacji na temat życia św. pamięci zmarłego, aby jednocześnie w obecnych nakreślić nadzieję, że po dobrym życiu każdy może załapać się do grona tych, którzy znajdą się po właściwej stronie.
Może ktoś teraz postawić mi pytanie: A co mają wspólnego radosne dni młodych z Panamy z pogrzebem jakiegoś człowieka, do tego posuniętego już w latach, który swoją młodość przeżył już dawno i pewnie nigdy nawet nie pragnął doświadczyć takiego spotkania?
Leszek w chwili śmierci zaliczył spotkanie z Chrystusem i to w bardziej dosłowny sposób, aniżeli te setki tysięcy zgromadzonych na panamskim placu, i takiego spotkania doświadcza każdy, kto przekracza próg wieczności.
Pewnie teraz, naraziłem się tym, którzy odcinają się od wiary w cokolwiek i wyznają przekonanie, że śmierć jest końcem wszystkiego.
Uważam, że trzeba uszanować także i taki głos, każdy ma prawo do swojej wizji przyszłości(także tej bez przyszłości), ale tak sobie myślę, że w panamskim spotkaniu obok młodych zakochanych w Chrystusie, byli pewnie i tacy, którzy tam pojechali z prostej ciekawości, może tylko dlatego, by zobaczyć idola w białej sutannie?
Papież w trakcie spotkania z młodymi niejednokrotnie powtarzał, że oni są nadzieją Kościoła, ale i człowieka, każdego człowieka, gdy realizują posłanie Syna Człowieczego, które zawarte jest między innymi w cytowanym w trakcie pogrzebu fragmencie Ewangelii mówiącym o uczynkach miłosierdzia.
Często się mówi, że do wieczności nikt nic nie zabierze, a dobra które człowiek gromadził za życia pokryje kurz zapomnienia, i to prawda.
Jedynym kapitałem, za który możemy wykupić sobie miejscówkę w wieczności, to dobro, które po sobie zostawimy.
Dla wierzących to będzie przepustka do radosnego spotkania z Chrystusem.
Dla niewierzących może miła niespodzianka, że jednak się mylili; a jeżeli nawet nie, to i tak warto po sobie pozostawić dobre wspomnienie.
Kryspin

środa, 23 stycznia 2019

Rachunek sumienia po gdańskiej tragedii



Jesteśmy w samym centrum karnawału.
Pewnie nikomu w tej chwili nie przychodzi na myśl chwila refleksji, że każdy czas kiedyś dobiega swojego kresu i po dniach beztroski nad naszą rzeczywistością pojawiają się chmury zapowiadające zmianę.
Niekiedy natura dodatkowo ściele przed naszym poznaniem swoje sygnały, żebyśmy może zatrzymali się w beztroskich pląsach i pomyśleli o tym, że los może wcisnąć i w nasze przeznaczenie kartę złą, która jednym, niespodziewanym zdarzeniem, odmieni nasze życie.
Dobry Bóg tak przedziwnie „zaprogramował” nasze losy, że w chwilach, gdy zupełnie się tego nie spodziewamy, dotyka nas coś, co zdaje się krzyczeć: sprawdzam.
Z pewnością takim sprawdzam były ostatnie, tragiczne wydarzenia z gdańskiej starówki, gdy nikt z zebranych nie przypuszczał, że radosny wieczór, będący zwieńczeniem szlachetnego dnia, zakończy się tragedią.
Po kilku dniach od tego zdarzenia, niewątpliwie będąc jeszcze w stanie traumy niezrozumienia, co bardziej trzeźwo myślący podnoszą głos, że ten tragiczny znak winien w nas wszystkich wzbudzić refleksję, swoisty rachunek sumienia, w czym my przyczyniliśmy się do tego, że w naszej rzeczywistości mógł zaistnieć ktoś taki, że nie zawahał się w zbrodniczym akcie zburzyć nasze dobre samopoczucie.
Z pewnością swego rodzaju terapią i poszukiwaniem sposobu na odzyskanie wewnętrznego spokoju stała się przede wszystkim, smutna uroczystość pogrzebowa w gdańskiej Bazylice, która zgromadziła nie tylko rzesze szczerze poruszonych tą tragedią mieszkańców tego miasta, ale i wachlarz ludzi ze świecznika stojących w zadumie przed ołtarzem, gdzie najważniejsi przedstawiciele kościelnej hierarchii przewodniczyli żałobnym uroczystościom.
Ktoś stojący obok tych wydarzeń powiedziałby:
-Normalna rzecz, bo przecież w naczelnych zadaniach ludzi Kościoła jest przewodniczenie w tego rodzaju obrzędach.
Ktoś inny może inny mógłby spojrzeć krytycznym okiem i zauważyć, że było w tym aż nadto przesady.
Nie zamierzam dokonywać oceny tamtych wydarzeń, bo nie mam do tego prawa, a zamiast tego chciałbym powrócić do konkluzji, którą powtarzają wszyscy, a i o której w pogrzebowej mowie nie zapomnieli kapłani: To tragiczne zdarzenie winno nas skłonić do refleksji i rachunku sumienia.
Może wyda się to dziwnym skojarzeniem, ale zaraz po obejrzeniu telewizyjnego przekazu z tego pogrzebu, przypomniał mi się fragment z „Zatroskanej koloratki”, a konkretnie obraz młodego kanonika z przedwojennej parafii.
Ten „dobrze” urodzony kapłan nie krył sympatii do ludzi z towarzystwa, dlatego bardziej pielęgnował dobre stosunki z mieszkańcami dworu, aniżeli pracę duszpasterską wśród gminu,którą pozostawił wikaremu pochodzącemu z ludu.
To on odwiedzał biednych i chorych, odprowadzał w ostatnią drogę tych, których nie było stać na wystawny pogrzeb. Kanonik poświęcał czas na to, by brylować wśród elit: zaliczał obiadki przy suto zastawionym stole, gdzie często gościła dziczyzna, efekt polowań, w których duchowny był rozmiłowany.
Już kiedyś ośmieliłem się rekomendować moje książki czcigodnym Hierarchom i wtedy napisałem, że dobrze by było, aby przeczytali je jako lekturę obowiązkową podlegli im kapłani.
Teraz ponawiam apel, do Was czcigodni purpuraci. Jeżeli nawał obowiązków nie pozwala Wam na lekturę całej książki, to znajdźcie chociaż czas na zapoznanie się z historią młodego Kanonika.
W dalszej części tych wspomnień jest mowa o swoistych rekolekcjach, które Dobry Bóg „zafundował” temu kapłanowi, i pomimo tego, że było to bardzo gorzkie doświadczenie (obóz koncentracyjny), to on wspominając tamten czas, dziękował Bogu za to, że w trakcie tych „rekolekcji” przeżył swoje nawrócenie stając się innym, lepszym człowiekiem.
Czyż nie o to chodzi, gdy mówimy, że wszyscy potrzebujemy refleksji i rachunku sumienia?
Kryspin

środa, 16 stycznia 2019

Oszukać przeznaczenie


„Oszukać przeznaczenie”
Pewnie wielu z nas pamięta ten film, w którym bohater mający dar widzenia przyszłych zdarzeń, do tego tragicznych w skutkach, próbuje zmieniać bieg przyszłości.
Stara się ostrzec przyszłych uczestników tragicznych wypadków i w większości udaje mu się uchronić ich od tragicznego przeznaczenia, ale to jest tylko iluzoryczne zwycięstwo.
Kiedy wydaje mu się, że zdołał oszukać los, „przepowiednia” ich dopada i spełniają się jego wizje o ich tragicznej śmierci.
Pewnie każdy z nas przeżywał takie chwile, kiedy żałował, że nie miał takiej zdolności, aby zobaczyć choćby choć ułamek przyszłości, bo mógłby wtedy zapobiec tragedii bliskiej osoby.
Pewnie tego pragnęłaby matka dziecka ginącego w trakcie zabawy na kruchym, zimowym lodzie, bo mogłaby ostrzec go, aby tego dnia nie wchodził na zamarznięty staw.
Z pewnością żona górnika, szykując mu śniadanie na kolejną szychtę w kopalni, powiedziałaby mu, by tego dnia nie zjeżdżał do wyrobiska, bo będzie zawał węglowej ściany, która stanie się dla niego mogiłą.
Mała córeczka znanego polityka usiadłaby na kolanach ojca prosząc, aby nie szedł tego wieczoru w radosny tłum, bo tam będzie także człowiek, który ugodzi go nożem i zabierze mu życie w tragicznych, bezsensownych okolicznościach.
W podobnych sytuacjach są ci, którzy muszą się mierzyć z chorobą bliskiej osoby i wtedy próbują zaklinać rzeczywistość prosząc Boga (jeżeli w Niego wierzą) lub uciekając się do desperackich poszukiwań sposobu, by oszukać przeznaczenie.
A później trudno jest im zaakceptować. inną aniżeli tę, o którą skamleli rzeczywistość, i w wielu przypadkach pozostają z pytaniem, na które tym bardziej nie znajdują odpowiedzi: Dlaczego?
To jednak bardzo trafnie postawione pytanie-dlaczego?
Sęk jednak w tym, że stawiamy je z intencją sprzeciwu i gdyby nawet Bóg każdemu z osobna udzielił odpowiedzi, to wielu i tak stałoby się głuchymi na jakiekolwiek wytłumaczenie i nadal powtarzałoby je jak jakieś beznadziejne zaklinanie ludzkiej rzeczywistości, w której trudno odnaleźć odpowiedź – Dlaczego?
Może więc bardziej stosownym byłoby postawienie pytania:
-Co chciałeś nam powiedzieć i jak to jest ważne dla nas, że musiałeś w tak drastyczny sposób nam przekazać tę wiadomość?
Pewnie dla nikogo nie jest zaskoczeniem, że inspiracją dla dzisiejszego tematu spotkania z „Księdzem w cywilu”stały się wydarzenia z gdańskiego Długiego Targu, którymi zostaliśmy dotknięci tak niedawno.
Najpierw bezsensowna, wywołująca szok, niezrozumienia zbrodnia dokonana przez chorego człowieka, później dziesiątki tysięcy modlących się o „oszukanie przeznaczenia”, a na koniec morze zniczy pamięci rozpalanych spontanicznie z zapewnieniem, że będziemy pamiętać, i że nie godzimy się, aby kiedyś w przyszłości doszło do tak absurdalnego zła.
No może jeszcze lawina zapewnień polityków, że zrobią wszystko, by zmienić język wzajemnej nienawiści, by już nigdy nie czuć moralnego kaca , poczucia winy, przypominając sobie słowa Niemena, że :”Słowem złym zabija się jak nożem”
A mnie cały czas kołacze się pytanie :
-Co chciałeś nam powiedzieć Boże przez tę niewinnie przelaną krew?
Może warto by to pytanie uczynić mottem naszych modlitw w tych dniach i przy tym poprosić Go, by te tragiczne gdańskie doświadczenie nauczyło nas, jak bronić się przed tymi, dla których Polska, Polacy, to tylko sposób na „dobro” dla swoich partykularyzmów.
Nie pozwól Panie byśmy ulegali ich apelom manifestowanym w mowie nienawiści, i abyśmy zawsze pamiętali, że w każdym działaniu, zdaniu wypowiadanym wobec drugiego człowieka, złe słowo zabija jak nóż!
Kryspin

środa, 9 stycznia 2019

Fenomen Pana O.



     Za kilka dni zaliczymy kolejną akcję (chyba 27) kupowania sobie spokoju sumienia, że spełniliśmy odruch wrażliwości w sprawach pomocy bardziej potrzebującym (w kwestiach medycznych) od nas.
Pan O. odtrąbi kolejny sukces ogłaszając za kilka miesięcy bilans dochodów, za które zostaną zakupione kolejne, mające łatać dziurawy (państwowy) system opieki zdrowotnej urządzenia medyczne.
Później już tylko wystarczy ponalepiać czerwone serduszka na zakupione w ten sposób sprzęty, i wszyscy będą zadowoleni.
Wypada teraz określić się, więc powiem otwarcie i posłużę się słowem, którego zazwyczaj nie używam, bo może jestem już nieco za stary, ale co tam: Szacun dla tego człowieka, który, może w nieco za krzykliwy(dla mnie) sposób, ale od ponad dwóch dekad zaraża radością dzielenia się z innymi setki tysięcy młodych(a licząc także tych, którzy wrzucają do kolorowych puszek drobniaki ze swoich portfeli), miliony osób.
Przy tym wszystkim robi to pomimo tego, że każdego roku znajdują się malkontenci rzucający mu pod nogi kłody. Od tygodni w mediach społecznościowych ukazywały się wyliczenia, że prawie 50% zebranych pieniążków i tak nie trafia na założone cele, bo fundacja(i sam organizator) zżera część pieniędzy.
Problem pana O. wydaje się na tyle „groźny”, że nawet organa władzy(chyba pod naciskami jakichś lobby) nie pomagają mu w jego zamierzeniach i w cichych rozporządzeniach zabraniają służbom (policja, straż pożarna, wojsko) oficjalnego wspierania jego inicjatywy.
Na koniec pozostał jeszcze Kościół, któremu nie bardzo odpowiada konkurencja, kiedy przy kościołach w tę szczególną niedzielę ustawiają się maluchy z puszkami i zamiast komeżek mają identyfikatory WOŚP; bo a nuż wierni ulegną ich presji i w ten sposób uszczuplą coniedzielną, kościelną tacę?
No i tu dochodzimy do sedna.
Gdyby tak pobawić się w wyliczenia, to szacunkowo na mszalną tacę trafia co niedziela około 40000000 zł (10 milionów uczestników niedzielnych nabożeństw x 4 zł). Jest to milcząca składka, pomijając okazjonalne cele:budowa kościoła, zakup opału, na remont organów itd.
Nie ujmuję w tych przykładach innych zbożnych celów-pomoc kościołom na wschodzie, ofiary na seminarium, czy inne poza parafialne akcje, bo wtedy o chrześcijańską wrażliwość dbają panie z rady parafialnej(niekiedy klerycy z seminarium) i ustawiają się przy wyjściu ze świątyni, by tam kolejny raz zebrać co łaska.
„Dziegciem” kościelnej strategii jest brak transparentności przychodów i jasno określonych celów, na co idą zbierane środki w trakcie niedzielnych zgromadzeń, i to rodzi falę krytyki, nie tylko przeciwników tejże instytucji, ale i wiernych rzucających swój grosz.
Pan O. budzi emocje i zazdrość, bo jemu dają.
A może zamiast wypieków gniewu zrobić mu konkurencję?
Taka zdrowa rywalizacja w pozyskiwaniu kasy na zbożne cele....
Gdyby z niedzielnej tacy, zawsze 10% było dedykowane na pomoc najbiedniejszym, i gdyby do tego dołożyć 10% comiesięcznych poborów, które dostają kapłani uczący w szkołach religii (pomijam w tej grupie katechetów świeckich, bo to ich jedyne źródło dochodu no i muszą z tych pieniędzy utrzymywać rodziny) to skromnie licząc uzbierałaby się kwota ponad 300.000.000 zł.(4000000 zł z tacy x 60 dni świątecznych=240.000.000 zł rocznie; do tego 20000 księży uczących religii x 300 zł x 12 miesięcy=72.000.000- w sumie daje 312.000.000 zł)
To 3 razy tyle, co zbiera WOŚP, a z takich pieniędzy można zrobić już bardzo wiele!
I tak na koniec.
Ta propozycja znakomicie wpisuje się w ( trochę może zapomnianą prawdę), że:
-Więcej radości jest w dawaniu, aniżeli w braniu.
Kryspin

środa, 2 stycznia 2019

Barometr człowieczeństwa



Polska bożonarodzeniowych tradycja jest piękna w swojej symbolice. Chyba nigdzie na świecie nie pielęgnuje się tak wielu symboli nawiązujących do radości, jaką światu przyniósł Boży Syn swoimi narodzinami w Betlejem.
Mnie z takich „polskich” akcentów Bożego Narodzenia zawsze fascynował kolorowy opłatek, który corocznie rozprowadzano (zwłaszcza wiejskich) parafiach.
Nie mogło go zabraknąć przy wigilii obok białego opłatka otulonego siankiem z tegorocznego zbioru. On jeden także pozostawał na stole do chwili, gdy po świątecznej wieczerzy gospodarz udawał się do zagrody ze zwierzętami i tam rozdzielał pomiędzy nie kolorowe płatki, wypowiadając przy tym słowa świątecznych życzeń.
Piękny zwyczaj, który pokazywał ludzką wrażliwość wobec „braci mniejszych”, jak pięknie kiedyś określił zwierzęta św. Franciszek, najbardziej znany ich przyjaciel.
Jedna z czytelniczek „Księdza w cywilu” poprosiła mnie niedawno, abym przy sposobności poruszył temat zwierząt, z którymi dane jest nam dzielić życie.
Konkretnie zaapelowała, abym zwrócił uwagę na los najbliższych wśród nich przyjaciół człowieka, jakimi są psy.
Zdecydowana większość z nas traktuje te czworonożne stworzenia jak członków rodziny i w należyty sposób roztacza nad nimi opiekę, o czym mogą świadczyć chociażby liczne sklepy ze smakołykami dla naszych pupili. Praktycznie są w każdej, nawet najmniejszej mieścinie i mają się dobrze.
Czyli problem wydaje się być niewielki, albo żaden.
No ale wcale nie jest tak różowo, bo wystarczy spojrzeć do portali społecznościowych: pies zakatowany przez właściciela. Inny przywiązany na ciasnej smyczy przy leśnym drzewie. Jeszcze inny wyrzucony z jadącego samochodu, by zakończył życie na poboczu drogi. Takich przykładów ludzkich zachowań, które zapisują się smutnymi zgłoskami jest bez liku i może dobrze, że na drugim biegunie wrażliwości znajdują się ludzie o wielkich sercach i niosą pomoc tym biedakom, które zachowują miłość nawet wtedy, gdy ich dawny opiekun okazał się kanalią.
Mam wielki szacunek dla wolontariuszy, którzy na przykład wolny czas poświęcają na opiekę nad psiakami ze schronisk, dla pań dokarmiających bezdomne koty osiedlowe i nawet ze skromnej emeryturki potrafią robić zakupy karmy na posiłek dla nich.
Moja mailowa rozmówczyni pod koniec swojego listu zasugerowała, by może księża (zwłaszcza w wiejskich parafiach) temat wrażliwości wobec zwierząt poruszali w trakcie homilii.
Tak sobie myślę, że byłby to dobry temat nie tylko na niedzielne kazanie, ale i na kapłańskie, kolędowe odwiedziny.
-”Pokaż mi jak traktujesz swoje zwierzęta, a będę wiedział jakim jesteś katolikiem.”
Gdyby wielebny, zapowiadając plan duszpasterskich odwiedzin, poinformował, że w ich trakcie zechciałby naocznie się przekonać w jakich warunkach przebywają „bracia młodsi” rodzinnych obejść, to być może choćby na ten dzień i oni mieliby święto od łańcuchów i blaszanych bud (często przerobionych z beczek po ropie).
No cóż, pewnie wielu parafialnych włodarzy uzna to z głupi pomysł, bo mają tyle ważniejszych spraw: wysokość ofiary, którą wypadałoby włożyć do koperty obok kolędowego krzyża, czy wysłuchanie tłumaczenia, dlaczego domownikom zdarzyło się być nieobecnymi na niedzielnej mszy.
No i na koniec, najbardziej ważne:czy dzieciaki z należytą starannością na lekcjach religii uczą się o Panu Bogu, który ma serce przepełnione miłością....
Z pewnością tematu wrażliwości wobec zwierząt nie poruszy proboszcz (pisały o tym media), któremu ostatnio odebrano owczarka z wielkim, gnijącym guzem, prze który weterynarz musiał amputować mu łapę.
Ten kapłan nie będzie mógł pochwalić się wielkim sercem wobec swojego czworonożnego przyjaciela, bo pomoc dla pieska przyszła dopiero wtedy, gdy ten uwolnił się od jego”miłości”.
Wrażliwość wobec zwierząt, to barometr naszego człowieczeństwa, katolików to także dotyczy.
Kryspin

czwartek, 27 grudnia 2018

Czy rok 2019 może być magicznym?



Dosłownie godziny dzielą nas do tej chwili, gdy wskazówki zegarów przekroczą tę szczególną północ, gdy rozbłysną miliony kolorowych świateł i będziemy składać sobie życzenia.
Od ponad tysiąca lat, kiedy to na ulice średniowiecznych miast wyległy tłumy szczęśliwych ludzi, by radować się z niespełnienia przepowiedni o końcu świata; na pozór niewiele się zmieniło.
Sylwestrowa noc niezmiennie rodzi radość i nadzieję.
Pewnie już dokonaliśmy wyboru odświętnych kreacji i gdzie będziemy przeżywać nasze spotkanie z Nowym rokiem. Niezależnie, czy będzie to sala balowa, czy domowe przyjęcie, na które zaprosiliśmy przyjaciół; to wszyscy mamy nadzieję, że będzie to wyjątkowe przeżycie, które jeszcze długo po będziemy wspominać z rozrzewnieniem.
Jednak nasi przodkowie ponad tysiąc lat temu chyba trochę inaczej sposobili się do przeżycia tamtego „Sylwestra”?
To nie był dla nich czas radosnego rozbiegania, a zamiast tego wyciszenie i bycie ze swoimi myślami, które przebiegały im przed oczami swoistym rozrachunkiem z życiem, które niezależnie od ich woli, miało skończyć się już niebawem.
Teraz jest inaczej, choć nie do końca jest to prawda, bo chyba każdy z nas także i dzisiaj złapie się na tym, że podda się wspomnieniu tego co zdarzyło się w ciągu tych minionych 365 dni.
Czyż nie jest to swoisty rachunek sumienia?
Gdyby komuś szampański nastrój zakłócił ten retrospektywny obraz, to z pewnością już od pierwszego stycznia przypomną mu o nim media, w których wszelkiej maści analitycy zdarzeń będą się licytowali w ocenie tego, co stało się już tylko historią i w dalszej, godnej proroka wizji odniosą się do tego, z czym przyjdzie się nam mierzyć w nowym, 2019 roku.
Pozostawmy politykom ich rachunek sumienia i plany, których realizacją zechcą wypełnić nadchodzące dni i miesiące.
Nie będziemy zajmować się przewidywaniami koniunktury, czy jej braku, i jak to miałoby wpływać na zasobność naszych portfeli-pozostawmy to ludziom biznesu i strategom ekonomicznych działań.
Przez chwilę zatrzymajmy się na tym co nas stanowi, na naszych planach dotyczących ludzi wokół nas, tych bliskich i tych może mało z nami związanych, których los,z niewiadomego nam powodu postawił na naszej drodze.
Od Księdza w cywilu pewnie wielu z was w tym momencie oczekuje odniesienia się do spraw Kościoła w odchodzącym do historii 2018 roku.
Pewnie będziecie zawiedzeni, że nie dokonam teraz swoistego”odgrzewania” smrodów związanych z ujawnianymi nadużyciami w sprawach moralnych, o których seryjnie donosiły brukowce, żywiące się skandalami, ale i poważne media uważające się za te lepsze, opiniotwórcze.
Przez chwilę zatrzymajmy się na tym co nas stanowi.
Takie zatrzymanie się w prawdzie o sobie samym, to najlepsze, co mogłoby nas spotkać na kilka godzin przed 2019 rokiem.
Jaka piękna byłaby ta nadchodząca noc, gdyby każdy:od najważniejszych ludzi władzy, polityków, ludzi biznesu, po prostych zjadaczy chleba, przez chwilę zatrzymał się przed sobą samym i pomyślał o tym co w odchodzącym roku było w nim złe, i co musi zrobić, że by w nadchodzącym nie powielać tego błędu. To byłaby magia
Rok 2019 może być pięknym promykiem nadziei dla Kocioła.
Potrzeba tylko szczerego zatrzymania się w prawdzie przed sobą samym.
Tego szczerego rachunku sumienia życzę wszystkim stanowiącym wspólnotę Kościoła:
Od najwyższych w godnościach hierarchach odzianych w purpury poczynając, a na świeckim katoliku kończąc.
Kryspin

środa, 19 grudnia 2018

ŻYCZENIA NA NADCHODZĄCE ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA:Abyśmy już nigdy nie żyli codziennością.



No i kolejny raz zaliczyliśmy Boże Narodzenie......,.Nie, nie pomyliłem się.
Owszem, pobożni chrześcijanie się z tym pewnie nie zgodzą, bo przecież najważniejszy akcent wspomnienia narodzin w betlejemskiej grocie przecież dopiero będziemy celebrować, kiedy zgromadzimy się na Pasterkach, aby obwieścić światu radosnym „Bóg się rodzi”, że dokonał się cud narodzin Boga w ludzkim ciele!
Spróbujmy na chwilę przenieść się do Betlejem tamtego czasu.
Ta osada, która miała już za sobą lata świetności (kiedyś przyszedł tam na świat jeden z największych synów Izraela-król Dawid), pewnie nadal wiodłaby senny żywot zapadłej dziury,
gdyby nie rozporządzenie imperatora wielkiego Rzymu, o spisie poddanych.
No i zjechało się towarzystwo z najdalszych stron, by dopełnić tego obowiązku.
Ci z zasobnymi sakiewkami załatwili sobie prywatne kwatery lub ciepłe kąty w gospodach i zajazdach rozsianych pośród okolicznych wzgórz.
Inni odkurzyli dawne powiązania rodzinne i zwalili się mieszkającym w Betlejem pociotkom; bo jakże ci mieliby ich nie wspomóc w potrzebie.
Najgorzej mieli biedacy tacy jak młodzi małżonkowie z Nazaretu, i może jakoś by to było, gdyby nie poślubiona Józefowi Maryja, która akurat oczekiwała rozwiązania.
Bez kasy, bez dalekiej nawet rodziny, która mogłaby zaradzić ich problemowi.
Dopełnieniem trudnej sytuacji było także to, że błąkali się pośród tłumu, a ten ich nie zauważał, zajęty swoimi sprawami.
Ewangelista opisuje to krótkim stwierdzeniem:”Nie było dla nich miejsca w gospodzie...”( Łk2,7)
Swoją drogą brakuje mi w tym przekazie obrazu Józefa szukającego dla Maryi miejsca w jakimś prywatnym domostwie, jakby Łukasz celowo pominął problem niegościnności tamtych ludzi.
Potomkowie Dawida odfajkowali obowiązkowy spis ludności i powrócili do codzienności, zupełnie nie będąc świadomymi, iż stracili niepowtarzalną okazję spotkania z Bogiem tak blisko- twarzą w twarz.
Minęło tak wiele lat(ponad 2000) i do historii przeszedł rzymski satrapa, który dla swojej próżności nakazał „spęd” poddanych by chełpić się wielkością władzy.
Dzisiaj zdajemy się być wolnymi ludźmi, których nikt do niczego nie ośmieliłby się zmuszać, a jednak poddajemy się magii świąt, choć może nazywamy to tradycją i tak w większości traktujemy około świąteczne zdarzenia: choinka pachnąca naturą zajęła poczesne miejsce w naszych domach.
W ostatnich dniach zaliczyliśmy ileś tam spotkań opłatkowych w zakładach pracy, w różnych stowarzyszeniach, czy innego rodzaju „spędach”, na których wypadało być.
Wiele godzin poświęciliśmy na centra handlowe, które zadbały o skuteczny drenaż naszych portfeli kusząc prezentami, które tak lubimy dostawać(i dawać także).
No i na koniec ci bardziej wrażliwi poświęcili sporo czasu na kupowanie sobie dobrego nastroju udzielając się w akcjach pomocy tym, dla których z racji: biedy, czy samotności, święta Bożego Narodzenia od lat wycinają w sercach blizny smutku i dlatego próżno na ich twarzach szukać uśmiechu nadziei.
To wszystko się już zadziało, dlatego napisałem, że zaliczyliśmy kolejne Boże Narodzenie i za kilkanaście godzin powrócimy do codzienności, i tak do następnej Wigilii.
A mnie się marzy, abyśmy już nigdy nie wracali do „codzienności”.
To byłby najpiękniejszy prezent, jaki mogli byśmy sobie sprawić nawzajem.
Niezależnie od tego czy: jesteśmy wybrańcami narodu w poselskich ławach, czy zwykłymi zjadaczami chleba, wierzącymi, czy ludźmi o poglądach wolnych od wiary, ludźmi o najróżniejszych opcjach politycznych; wszystkich nas winna łączyć życzliwość do drugiego człowieka, którą wyraża gest dzielenia się chlebem, nawet jeżeli jest to tylko biały opłatek.
Niech magia Bożego Narodzenia pozostanie w naszych sercach na każdy następny dzień naszego życia, byśmy już nigdy nie zatracali się w codzienności.
Kryspin



środa, 12 grudnia 2018

"Kościół o tym nie wiedział..."



No i mamy kolejny „rodzynek”, a może powinniśmy użyć określenia łyżkę, a może bardziej stosownym byłoby powiedzieć: wielką chochlę dziegciu, kolejny raz psujący smak beczki miodu, którym dla wielu mieni się Kościół ze swoimi obietnicami wiecznego szczęścia po godnym życiu.
Gdański Prałat był ważną personą robotniczego sprzeciwu. W pamiętnym Sierpniu wspierał kapłańską posługą stoczniowców Gdańska, kiedy ci powiedzieli: Nie - dla bezprawia i odbieranej ludziom godności.
Nikogo nie mogło więc dziwić to, że ludzka wdzięczność postawiła pomnik pamięci charyzmatycznego kapłana.
I pewnie przez lata rosłaby legenda Prałata od św. Brygidy, gdyby nie jego mniej chlubna przeszłość, która przemówiła kilka lat po jego śmierci.
Bezpośrednio pokrzywdzonym pozostawmy prawo do gorzkiej oceny swojego dawnego oprawcy.
Oczywiście nie można pozostać głuchym na ich głos skargi, bo byłoby to stawanie po ciemnej stronie zła, a tego byśmy nie chcieli.
Po ostatnich informacjach, którymi żywią się wszelkiej maści brukowce, pojawiły się także głosy tych, którzy obawiając się zarzutu, że: o tym wszystkim wiedzieli, pospieszyli z usprawiedliwianiem swojej bierności w tamtym czasie.
Bliski przyjaciel zmarłego Prałata i jednocześnie jego pupil z głośnym nazwiskiem, niejako uprzedzając niewygodne pytania, oświadczył:..”Owszem, zauważałem zachowania księdza Prałata, delikatnie mówiąc dalece odbiegające od oczekiwań moralnych stawianych kapłanowi, ale nie wiedziałem, że w swoich słabostkach posuwał się aż tak daleko...Gdybym miał tego świadomość, z pewnością bym reagował...”
Innym, a jakże podobnym tłumaczeniem (tym razem przed prokuratorem) posłużył się inny kapłan, którego chore skłonności zaprowadziły na salę sądową.
-...”Nie wiedziałem, że ona miała dopiero 13 lat. Wyglądała na starszą i kłamała, gdy pytałem ją o wiek. Oczywiście gdybym znał prawdę, nigdy nie posunąłbym się aż tak daleko...”
„Nie wiedziałem, nie miałem świadomości, prowokowała mnie i uległem, itd.....”
Swoją drogą jakże w ten łańcuszek tłumaczeń wpisuje się głos znanego hierarchy (co prawda już w stanie spoczynku, ale nadal wpływowego biskupa naszego Kościoła)
-”Kościół o wielu sprawach po prostu nie wie, a jeżeli już dochodzą głosy mówiące o takich przypadkach, to nasi biskupi nie zawsze potrafią gorącym żelazem wypalić takie zło.
Kościół potępia grzech, ale jednocześnie nie przekreśla człowieka, bo każdy ma prawo do nawrócenia; także i kapłan skażony takim czynem.
Dlatego przed ostatecznym rozwiązaniem, jakim z pewnością jest przeniesienie do stanu świeckiego, niekiedy warto dać szansę na pokutę i powrót do życia zgodnego z oczekiwaniami wspólnoty...”
Zastanawiam się jakie winno być stanowisko Kościoła wobec kapłanów, którzy są na bakier z szóstym przykazaniem, ale są jednocześnie na tyle „odpowiedzialni”, że sprawdzają wiek obiektu pożądania.... przed ?
„Kościół o wielu sprawach nie wie...”
Można i tak, ale ten ograny unik na dłuższą metę odbije się czkawką .
Póki co, finansowego zadośćuczynienia domaga się niewiele ofiar kapłańskich grzechów (przynajmniej u nas), ale wyobraźmy sobie sytuację, gdy o „swoje”upomną się inne „owoce” słabości duchownych:
- Tysiące nieślubnych dzieci występujących o świadczenia alimentacyjne i prawo do spadku po zmarłym tatusiu, który choć w taki sposób wyrównałby ich krzywdę.
Na szczęście w naszym parlamencie jeszcze nie przeszła sprawa związków (partnerskich, konkubinatów), ale to tylko kwestia czasu.
-Kilkadziesiąt tysięcy przyjaciółek (i przyjaciół ) kapłańskich sypialni, będzie się wtedy domagało egzekwowania prawa.
Może warto wiedzieć o tym już teraz i zamiast pozorów, podjąć odpowiedzialne działania?
Kryspin

środa, 5 grudnia 2018

Czy agnostyk może być zbawiony?



-”Może odpowie mi Pan na pytanie w sprawie Bożego Miłosierdzia, bo będąc zdeklarowanym agnostykiem, trudno mi w otaczającej nas rzeczywistości znaleźć przykłady takiego boskiego działania, którym Stwórca ( według Pana), mógłby rozwiać mój sceptycyzm, co do jego istnienia.”
Zanim przejdę do, wywołanego przez mojego mailowego rozmówcę tematu Bożego miłosierdzia, to przez chwilę zatrzymam się na jego deklaracji:”Jestem agnostykiem”.
Za najprostszą – acz nie we wszystkich przypadkach trafną – różnicę w odróżnieniu agnostyka od ateisty można przyjąć stwierdzenie, że:” Ateista nie wierzy i zaprzecza, agnostyk nie jest przekonany do istnienia Boga (lub bogów), ale też nie zaprzecza jego (ich) istnieniu.
Moim zdaniem to, czym jest agnostycyzm, najlepiej określił angielski etyk i filozof :
Bertrand Russell w broszurze „Kto to jest agnostyk?:
-”Chrześcijanie twierdzą, że wiemy, że Bóg jest, ateiści – że wiemy, że Boga nie ma, natomiast agnostycy przyjmują, że nie ma dostatecznych podstaw, aby potwierdzić istnienie Boga lub mu zaprzeczyć.”
Pewnie teraz dociekliwi czytelnicy, sprawdziwszy biografię tego współczesnego nam myśliciela, wytoczą ciężkie działa: że to ateista, antykościelny autor eseju „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem” i i książki:”Małżeństwo i moralność”( za którą nota bene został uhonorowany Noblem), opowiadający się za związkami pozamałżeńskimi i mający na swoim koncie wiele innych kontrowersyjnych poglądów.
Kiedy jednak wczytamy się w jego biografię, to znajdziemy tam także to, że był przeciwnikiem wojny i zaangażowanym w kampanię pokojową pacyfistą.
Po tym wstępie powróćmy może do kwestii, którą poruszył mój mailowy rozmówca:
Stwierdzenia dotyczące Bożego Miłosierdzia uważa on za nieuprawnione, bo: „Wszelkie zachowania podyktowane miłosierdziem, to tylko ludzkie odruchy, wcale nie muszące mieć u źródła religijnego kontekstu.”
Inaczej mówiąc: wcale nie muszę być osobą wierzącą, by być dobrym człowiekiem.
Trudno się z tym nie zgodzić, ale to wcale nie uprawnia do postawienia tezy, iż za takim pozytywnym zachowaniem nie stoi On-Stwórca.
W teologii chrześcijańskiej Miłosierdzie jest przymiotem Boga, równym z innymi jego „atrybutami”:Odwieczny, Wszechmocny, Doskonały....
W Starym Testamencie Boże Miłosierdzie zostało ukazane w akcie stworzenia, powołania do życia pierwszych ludzi - Adama i Ewy, aby się z nimi podzielić szczęściem.
Z jakiejś przyczyny(teologia grzechu pierworodnego) ten pierwotny dar człowiek zmarnował, zawiódł (tu można by powołać się na wolną wolę wyboru pomiędzy dobrem, a złem) i w tym przypadku Bóg kolejny raz dokonał aktu Miłosierdzia: Przymierze z Abrahamem i naprawa utraconej przyjaźni, oraz zapowiedź swego rodzaju „ratyfikacji” tego wszystkiego już za czasów Nowego Testamentu, kiedy to Chrystus składając daninę krwi, ostatecznie zmazał pierwotną winę człowieka.
Całkiem niedawno, zaledwie kilka lat temu w podkrakowskich Łagiewnikach powołano do życia sanktuarium Miłosierdzia Bożego z obrazem powstałym z inspiracji prostej zakonnicy(obecnie świętej Kościoła) Faustyny.
Na nim Chrystus jest przedstawiony z otwartym sercem, z którego roznoszą się promienie.
To jest prosta (dla niektórych może i zbyt prosta ) definicja Bożego Miłosierdzia.
Dla wierzących jest to obraz pełen nadziei, że nawet jeżeli tak po ludzku coś nam się nie uda i sknocimy pokładaną w nas Jego nadzieję, to On w ostatecznym rozrachunku na szali naszych plusów zważy aktywną formę naszego współczucia wobec innych.
Najpiękniejszym w tym wszystkim jest także to, że z taką samą wagą Odwieczny przywita także tych, którzy w trakcie swoich ziemskich lat byli zdeklarowanymi: agnostykami, deistami, ateistami, czy wyznawcami innych religii.
-”Aktywna forma współczucia”- to nie tylko definicja - To jest Miłosierdzie!
Kryspin

środa, 28 listopada 2018

"Przekażcie sobie znak pokoju"


„ -Do kościoła nie chodzę już od jakiegoś czasu, bo zwyczajnie się nim zawiodłem.....”
W takim tonie rozpoczął list jeden z czytelników mojej rubryki, by w dalszej części swojego manifestu, sprzeciwu, wyjaśnić powody swojej frustracji:
„Za mało w nim Boga, a za dużo ducha tego świata. Nie budują mojej wiary ciągłe polityczne wycieczki kapłanów, którzy tak mimo chodem, ale jednocześnie w sposób otwarty, w swoich wypowiedziach (kazaniach) zajmują się agitacją zachwalającą określoną stronę politycznego sporu, którym przesiąknięta jest dzisiejsza nasza rzeczywistość.”
Kiedy jestem zmuszony do codziennego obcowania ze światem polityki, o którym nie pozwalają nam zapomnieć przeładowane nad wyraz takimi programami wszystkie dostępne na naszym medialnym rynku stacje telewizyjne, to zauważam jedną prawidłowość.
Politycy przypisani do danej opcji zawsze mają takie samo zdanie w omawianej kwestii i prawie nigdy nie pozwalają sobie na powiedzenie tego, co tak naprawdę sądzą, jakie jest ich osobiste zdanie na poruszany temat.
Niekiedy rodzi to śmieszność, gdy muszą wygłaszać absurdy, z którymi tak naprawdę się nie identyfikują, ale to jest ich problem i zgryz fundowany im przez politycznych guru, którym niestety często daleko jest do intelektualnego geniuszu.
To jednak nie jest najgorszym w tym wszystkim.
Moje przerażenie budzi fakt, że pokłosiem tych oparów politycznego absurdu jest rozkopany rów podziału i wrogości, który wprowadzają wśród naszego społeczeństwa.
I jakby tego było mało, na barykadach tej ogólnonarodowej kłótni (po obu stronach tego rowu) ustawiają się także ci, którzy z racji swojego powołania winni być apolitycznymi mediatorami porozumienia, czyli nasze duchowieństwo.
Przecież to Kościół ma w swoim ręku znakomite „narzędzie”, jakim jest Eucharystia.
Pod koniec każdej mszy, kiedy wierni sposobią się do przyjęcia Ciała Chrystusa, celebrans, jakby przypominając o potrzebie dobrego przygotowania się do tej chwili, nakazuje: „Przekażcie sobie znak pokoju!”
Inaczej mówiąc, i tu trzeba powrócić do swego rodzaju „instrukcji”, jaką udzielił Chrystus w kwestii naszego udziału w liturgicznej uroczystości:” Jeśli więc przyniesiesz swój dar do ołtarza i tam sobie przypomnisz, że twój brat ma coś przeciw tobie, zostaw tam przed ołtarzem swój dar i idź, pojednaj się najpierw ze swoim bratem, i wtedy dopiero, gdy wrócisz, składaj swój dar. „(Mt.5.23)
Odwołując się do medialnych doniesień, którymi nas ostatnio „uraczono”, zauważyłem co najmniej dwa, w których Kościół mógł zaznaczyć swoją obecność.
Pierwszym był sądowy spektakl, w którym główne role odegrali dwaj znani politycy (Nic to, że jeden to czynny Prezes znaczącej opcji politycznej, a drugi to były dostojnik państwowy najwyższego szczebla).
W sądowym sporze obaj przedstawiali swoje racje, by pielęgnować nienawiść hodowaną od lat.
O winie i karze z pewnością rozstrzygnie sąd, ale Kościół mógłby o wiele więcej.
I znowu odwołam się do popularnego serialu. Proboszcz prowadzący mediacje pomiędzy zwaśnionymi sąsiadami, kończy ich „zapał” grożąc:”Obłożę klątwą was obu, jeżeli ( i to publicznie) się nie pogodzicie!”
Podobną okazją, ale chyba zmarnowaną była liturgia sprawowana przez wpływowego Kardynała, kiedy w warszawskim kościele.
W świątyni zabrali się „poddani” ustępującej pani polityk, która w taki (uświetniony przez kościelnego hierarchę)sposób żegnała się z dotąd sprawowaną funkcją.
Pomijam to, że na początku każdej liturgii jest obrzęd pokutny-rachunek sumienia zebranych, chwila uznania swoich win, ale później w czasie homilii celebrans nieco przesadził w peanach dotyczących zasług bohaterki tego wydarzenia, co nie omieszkali wypomnieć mu, nawet dotąd mało krytyczni, komentatorzy kościelnych wydarzeń.
Może zamiast potoku landrynkowatych, ale ludzkich słów, lepszym byłoby przypomnienie przesłania o godnym darze składanym na ołtarzu, które zapisał św. Mateusz?
Kryspin

środa, 21 listopada 2018

"Niewinni" o brudnych sumieniach



Minęło zaledwie kilka dni od informacji, którą uraczyli media i nas wszystkich biskupi po Konferencji Episkopatu Polski, zajmującej się opracowaniem „wytycznych” w kwestii pedofilii duchownych w naszej ojczyźnie.
Przyznam, że starałem się wnikliwie zapoznać się z przyjętymi wnioskami (wytycznymi), które hierarchowie przygotowali.
Kilka razy czytałem wywiady, w których kluczowi w tym gremium hierarchowie ( ks. Prymas, Przewodniczącego Episkopatu Polski i kilku może nieco mniejszych w szeregu ważności, biskupów diecezjalnych), wypowiadali się w tej sprawie.
No i z przykrością muszę stwierdzić, że „góra urodziła mysz”.
W prasowych wywiadach naszych kościelnych dostojników, jak zresztą i w samych „wytycznych” co do problemu pedofilii i sposobom przeciwdziałania temu grzechowi współczesnego polskiego Kościoła, padło wiele „okrągłych” słów, kolejny raz powtarzanych deklaracji, które opinia publiczna poznała już przed laty (pierwsze tego rodzaju zapewnienia pojawiły się już w 2009 roku), i żadnych konkretów!
Po publikacji mojej drugiej książki („Zatroskana koloratka”) otrzymywałem wiele „donosów” ze strony czytelników, którzy dzielili się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi luźnego traktowania celibatu przez znanych im kapłanów.
Wśród tej korespondencyjnej lawiny pojawiały się także opisy homoseksualnych skłonności duchownych, i na koniec te, które wprawiły mnie w osłupienie.
Dotyczyły one przykładów pedofilii wśród kapłanów, i co często zaznaczali moi rozmówcy, te dewiacyjne praktyki były publiczną tajemnicą, o czym wiedzieli także kościelni przełożeni, co niekiedy rodziło tylko kurialne decyzje o zmianie miejsca „pracy” tychże kapłanów i to wyciszało temat, w myśl zasady-ludzie zapomną.
A oni nie zapomnieli.
Gromadząc materiały do „Zaufanej koloratki” poruszyłem ten niepokojący temat w rozmowie z moim dawnym seminaryjnym profesorem, którego zapytałem wprost:
-Czy pedofilia w Kościele jest problemem, a jeśli tak, to gdzie leży przyczyna?
Tłumacząc mu moje pytanie, wspomniałem swoje 6 lat za murami tejże uczelni, i to że w tym czasie nie zaobserwowałem ani jednego kleryka, który by przejawiał takie dewiacyjne skłonności.
-”Ja także, a mam za sobą ponad 30 lat bliskiego kontaktu z seminaryjnymi studentami, nie zaobserwowałem takich osób.”- odpowiedział bez chwili zastanowienia.
Czy obaj byliśmy tak mało uważni, czy wręcz ślepi?
Czy dewianci tak doskonale się kamuflowali, by po sześciu latach przymusowego”postu” swoich niecnych zamiarów, dopiero po kapłańskich święceniach uwolnili swoje grzeszne skłonności?
Członkowie KEP przyjęli założenie, że skoro 2% populacji jest obciążona z natury skłonnością do pedofilii, to siłą rzeczy ten problem nie omija także kapłańskich szeregów, i trudno.
Później w „założeniach” hierarchowie rozpisali się na temat działań „prewencyjnych”, jakie w Kościele zamierzają wprowadzać.
Mnie przyprawiło o gorzki śmiech stwierdzenie, że już w trakcie seminaryjnej formacji wprowadzą swoiste sito i przygotują moderatorów, by ci nie tylko informowali przyszłych kapłanów o tym problemie, ale na dodatek, by bacznym okiem obserwowali kandydatów, aby „nadgniłe jabłka” usuwać ze zdrowych owoców.
Mój stary profesor w trakcie naszej rozmowy zadał mi pytanie:
-”Czy sądzisz, że do więzień trafia więcej homoseksualistów, aniżeli jest ich statystycznie wśród pozostałych ludzi?”
Zaraz potem, nie czekając na moją odpowiedź, wyjaśnił mi dlaczego nie zauważyliśmy wśród kleryków osób skażonych chorobą pedofilii.
-”Do seminarium nie idą dewianci (albo jest to, nie procent, a znikomy promil), ale normalni, zdrowi mężczyźni, w których oprócz powołania buzują hormony, ludzka potrzeba seksualności.
Większość ten „problem” załatwia poprzez nieformalne związki, a ci z niską samooceną idą w kierunku najbezpieczniejszego, w ich mniemaniu ogniwa: małe dziecko nic nie powie!”
Kryspin, 

środa, 14 listopada 2018

"Nie ma Boga"



Opiniotwórczy tygodnik The Times kilka lat temu takim jednoznacznym tytułem opatrzył artykuł, w którym publikował wnioski po rozprawie naukowej wybitnego teoretyka z dziedziny fizyki kwantowej, jakim bezsprzecznie był niedawno zmarły Stephen Hawking.
Inne mniej lub bardziej aspirujące do miana „naukowych” periodyki w tym samym czasie odtrąbiły, że dzięki geniuszowi fizyka na inwalidzkim wózku (Hawking od 21 roku życia zmagał się z nieuleczalną chorobą) jesteśmy w przededniu odpowiedzi na pytanie: Jak to wszystko się zaczęło, a konkretnie, czy nauka może wyjaśnić to, co do tej pory było zarezerwowane dla wiary.
Sam fizyk początkowo starał się bardziej powściągliwie wypowiadać się w tej kwestii, co zaznaczył w trakcie jednego z wywiadów:
„Nie chcę sprawiać wrażenia, że w moich badaniach chodzi o udowodnienie istnienia, bądź nieistnienia Boga. Moim celem jest analizowanie racjonalnej konstrukcji pojęciowej, dzięki której zrozumiemy otaczający nas świat.”
Nie do końca jednak był szczery co do swojej „neutralności” w kwestiach światopoglądowych.
Miałem ostatnio możliwość zapoznać się szerzej z poglądami tego genialnego naukowca wgłębiając się w jego: „Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania” i przyznam, że w tej książce autor wykazał się niebywałym kunsztem mówienia prostym językiem o sprawach, które do tej pory zdawały się bliskie i zrozumiałe tylko ludziom z „branży”(wąskie grono naukowców, specjalistów fizyki kwantowej i pokrewnych trudnych nawet do wymówienia dziedzin).
Po prostym wstępie, w którym Hawking ukazał rozwój wiedzy człowieka od czasu, gdy „Słońce było bogiem”, a ciemny ludek karmił się wiarą, że wszelkie zjawiska, których nie pojmował ograniczonym umysłem i wiązał z boską ingerencją, potrzeba było kolejnych „oświeconych”swoim geniuszem myślicieli od Arystarcha -filozofa żyjącego w III p.n.e., który całe wieki przed innymi wyjaśnił istotę zaćmienia księżyca, po Einsteina z jego E=Mc2, byśmy mogli poczuć się wolnymi.
Później autor „Krótkich odpowiedzi...” przeszedł do przedstawienia swoich przemyśleń, które w konsekwencji winny skłonić czytelnika do pełnej zgody(z wnioskami Hawkinga), iż Bóg wcale nie był potrzebny, by to wszystko się kiedyś zaczęło.
No i tu mam „zgryz” i przyznam, że poczułem się nieco zawiedziony.
Stephen Hawking wielokrotnie odwołuje się w swoich teoriach do praw fizyki, które są niezmienne i wykluczają jakiekolwiek zjawiska, których empirycznie nie da się wytłumaczyć, więc w nauce nie ma miejsca na wiarę, jako uniwersalnego wytłumaczenia niewytłumaczalnego.
Autor licznych naukowych rozpraw z dziedziny fizyki idzie dalej w swoim przekonaniu, twierdząc, że obecny wiek będzie skutkował takim postępem wiedzy, że kolejne niewiadome przestaną być zakryte przed ludzkim umysłem i krok po kroku Bóg ze swoimi tajemnicami będzie w swoistym odwrocie.
W tym „marszu wiedzy” Hawking zdaje się rezerwować dla siebie miano tego, który wyprzedzając innych, posiadł zrozumienie rzeczywistości w takim stopniu, iż może ogłosić, że Boga nie ma!
Pomijam już konkluzję, na której autor „Krótkich odpowiedzi..” opiera swoją pewność, gdy przyjmuje (teoretyczne) założenie, że wszechświat począł się w chwili, gdy ruszył czas, a przedtem zwyczajnie nie było nic; bo ni jak nie mogę przyjąć, iż w fizycznym (racjonalnym) umyśle można przyjąć za prawdę, iż z niczego rodzi się cokolwiek.
Tak na koniec wydaje mi się, że Stephen Hawking w swoich „racjonalnych” dociekaniach doszedł do ściany, a może rodzaju szyby, za którą jawi się tylko obraz wiary.
Mnie kiedyś(gdy byłem jeszcze małym) moja mama, próbując odpowiadać na moje trudne pytania o Pana Boga, mówiła o Jego tajemnicy, która zawsze będzie na tyle wielka, że umysłem jej nie zgłębimy, ale także na tyle prosta, że każdy może pojąć ją wiarą.
Kryspin,

środa, 7 listopada 2018

Listopadowe świętowanie



Pierwszy listopada w Polsce możemy śmiało określić fenomenem na skalę światową.
Co prawda pamięć o zmarłych jest kultywowana w we wszystkich wyznaniach i kulturach, ale tylko my corocznie, już przez wiele dni, przed Wszystkimi Świętymi czynimy przygotowania, by ten dzień przeżywać jak najbardziej godnie.
Fabryki zniczy, producenci kwiatów i wytwórcy okolicznych kompozycji nagrobnych, na wiele tygodni przed tym dniem pracują na najwyższych obrotach, aby zaspokoić oczekiwania tych, którzy w tym szczególnym dniu odwiedzają mogiły swoich bliskich.
Pierwszy listopada, to także wielka logistyczna operacja różnych służb: policji, strażników miejskich, a także ekip medycznych, abyśmy mogli bezpiecznie docierać do miejsc ostatecznego spoczynku tych, którzy już przekroczyli bramę śmierci.
Cmentarze naszych miast często posadowione są na ich obrzeżach i w tym szczególnym dniu, drogi dojazdowe do nich bywają zamknięte dla samochodów.
Chcąc nie chcąc jesteśmy więc skazani na jedyny w swoim rodzaju marsz, aby spełnić obowiązek pamięci.
Nie inaczej było i w roku, czego mogłem doświadczyć, gdy kroczyłem w tłumie zmierzającym do cmentarnej bramy.
Pewnie zawiodę czytelników „Księdza w cywilu”, że nie będę pisał o przeżywaniu wspólnoty wiary przy mogiłach. Nie skomentuję także mniej lub bardziej udanych ceremonii liturgicznych i homilii, których w większości i tak nikt nie słuchał, czy wreszcie gorliwości w zbieraniu cmentarnej tacy poprzedzonej ogłoszeniem księży o zbożnym celu usprawiedliwiającym chciwość kwestujących.
Nie zrobię tego, bo chociaż pierwszy listopada dla wierzących jest dniem pamięci wszystkich, którzy dostąpili zbawienia, to przecież w tym dniu groby bliskich odwiedzają także ci, dla których to święto jest tylko wspomnieniem zmarłych-bez religijnego kontekstu.
W kierunku cmentarzy w tym dniu zmierzaliśmy we wspólnym, zgodnym marszu. Nie dzieliliśmy się na wierzących i niewierzących, łysych i z włosami, młodych i starych, przedstawicieli prawicy i lewicy, parlamentarnej opozycji, czy obozu władzy.
W tym roku w Polsce dane nam jest przeżywać wyjątkową okazję do wspólnego świętowania.
Równo 100 lat temu ( po 123 latach niebytu) jako naród odzyskaliśmy niepodległość.
Od wielu miesięcy szykowaliśmy się do tego jedynego w swoim rodzaju dnia, gdy w każdym z nas winna zrodzić się wdzięczność dla tych, których już nie ma wśród nas, a których historia nazwała ojcami naszej niepodległości.
A mnie zwyczajnie jest wstyd, że przez ostatnie tygodnie zamiast radosnych wspomnień, podniosłych uroczystości, w trakcie których winniśmy się wspólnie cieszyć darem wolności, przez media przelewał się swoisty targ oskarżeń, wzajemnych pretensji i deklaracji wrogości jednych przeciwko drugim.
Skąd w nas tyle jadu i nienawiści?
A może warto, byśmy przy takich, radosnych przecież rocznicach refleksją wracali do tego, że na tej ziemi nic raz na zawsze nie jest nam dane.
Ludzie władzy pewnie kiedyś ją utracą i inni zastąpią ich na „świecznikach”, ludzie młodzi posuną się w latach i też się zestarzeją, a pragnący dobrobytu i bogactwa ze smutkiem stwierdzą, że same pieniądze szczęścia nie dają, gdy w ostatecznej perspektywie pozostaną po nich tylko cmentarne pomniki, choćby ich autorem byli sławni rzeźbiarze.
Tak na koniec!
Może dobrze, że święto Niepodległości jest tak blisko pierwszego listopada, w który corocznie wchodzimy zgodnym marszem do odwiedzin miejsc naszej pamięci.
Mam taką cichą nadzieję, że dożyję dnia, gdy świat pozazdrości nam prawdziwej zgody, którą będziemy pokazywać nie tylko w dniu 11 listopada.
Kryspin

środa, 31 października 2018

Jesteśmy uczstnikami wielkiego wyścigu



Napisał do mnie ojciec bardzo dorosłego już syna (40 lat), który poprosił o radę, wskazówkę, jak mógłby przekonać swoją dorosłą latorośl, by powrócił na drogę wiary, gdyż ten otwarcie deklaruje, że jest ateistą.
Mój internetowy rozmówca bez owijania w bawełnę wspomina w swoim liście, że kiedyś pewnie przyczynił się do tego, jaki światopogląd obrał syn, bo w życiu seniora zdarzyło się wcześniej kilka spraw, którymi nie świecił ojcowskim przykładem. Z pewnością takim zdarzeniem, mającym wpływ na krytyczny stosunek do spraw związanych z religią zdeklarowanego ateisty, miała decyzja ojca o rozstaniu się z jego matką i poszukanie swojego szczęścia inną kobietą.
Podsumowując- akcja (rozwód rodziców) doczekała się reakcji, czyli przekreślenia przez syna wszystkich wartości, jakimi ci starali się budować jego spojrzenie także na kwestię wiary.
Z pewnością obaj panowie już nieraz wałkowali drażliwy dla nich temat, o czym świadczy chociażby cytowana przez ojca odpowiedź syna - „ateisty”, który sam już mając swoje dorastające pociechy, przedstawił dziadkowi swój punkt widzenia w kwestii ich przyszłego wyboru:
-” Daję im wszystko co katolik potrzebuje na starcie: chrzest, pierwszą komunię, bierzmowanie; a dalej to będzie już ich wybór...”
Mój czytelnik zakończył list pytaniem:
Jak mam go przekonać, by wrócił do wiary?
A później, jakby sam szukając nadziei dla swojego pragnienia, przytoczył kolejne stwierdzenie syna:
-” Staram się wychować dzieci na dobrych ludzi. Nikogo nigdy nie oszukałem, jestem wrażliwym człowiekiem, który stara się pomagać potrzebującym i nigdy nie zachowuję się obojętnie wobec skrzywdzonych. Tego uczę moje dzieci, by wyrosły na dobrych ludzi....”
Szanowny Panie!
Nie podam skutecznej rady, by syn zmienił swoją deklarację w kwestii światopoglądu, ale ośmielę się stwierdzić, że swoim postępowaniem, wrażliwością na krzywdę i pragnieniem dobra w stosunku do innych ludzi, na co dzień realizuje to, co winno cechować ludzi wierzących.
Pewnie teraz narażę się (nie pierwszy raz) niedzielnym katolikom, którzy swoje zobowiązanie wiary rozumieją tylko przez spełnienie obowiązku świątecznego odstania w kościelnej ławie i nic poza tym.
Pan Bóg będzie nas kiedyś rozliczał właśnie z tego, o czym mówił syn („ateista”), czyli z dobra i wrażliwości względem drugiego człowieka.
Św. Paweł określił wiarę, jako udział w zawodach, których celem (metą) będzie ostateczne spotkanie ( każdego z nas) z tym, który jest organizatorem tychże zmagań.
Każdy człowiek, niezależnie od głoszonego przez siebie światopoglądu, w nim bierze udział i na swej trasie zdobywa punkty za bycie dobrym człowiekiem.
To są bonusy które w ostatecznym rozrachunku będą decydowały o nagrodzie.
Organizatorzy wielkich turów(kolarskich wyścigów)gdy doszli do wniosku, że w osiągnięciu sukcesu potrzeba współpracy, powołali profesjonalne zespoły, by wspólnie pracując osiągać sukcesy, i to się sprawdza!
Takim zespołem, obok wielu innych (wyznawcy innych religii, a także ludzie niewierzący) jest także Kościół powołany przez Chrystusa.
On jest naszym „trenerem”, który na trasie porozstawiał dla nas rodzaj „bufetu”.
Eucharystia i inne sakramenty to jedyne w swoim rodzaju odżywki, które mają wspomagać nasze nadwątlone siły, byśmy w dobrej formie dotarli do mety.
Ale tylko od nas zależy, czy z nich skorzystamy.
Kryspin, 

środa, 24 października 2018

Ukiszony sos zakłamania.



Miałem wtedy 13 lat, gdy w trakcie zabawy przed blokiem, nie zachowując ostrożności zaliczyłem bliskie spotkanie z motocyklem sąsiada, który w tym momencie, osiedlową dróżką, wracał do domu.
Wypadek choć wyglądający groźnie, nie spowodował większych szkód i po chwili leżenia na poboczu, postanowiłem czmychnąć czym prędzej do domu, bo wiedziałem, że to ja ponosiłem winę za to zdarzenie.
Dopiero w domu dokonałem samo obdukcji i na szczęście poza rozległym siniakiem i otarciem naskórka, nie poniosłem większych szkód. Sąsiad, jak dowiedziałem się następnego dnia w drodze do szkoły, także zbytnio nie ucierpiał, poza spektakularnym fikołkiem nad kierownicą swojej maszyny i rozdartymi spodniami.
Przez jakiś czas czułem się nawet dymnym z tamtego zdarzenia, w czym utwierdzali mnie moi koledzy wyrażając podziw dla mojego wyczynu.
Wszystko zmieniło się po moim powrocie do domu.
Mama na powitanie zadała mi pytanie, czy nie mam jej nic do powiedzenia?
Pewnie, że miałem, ale postanowiłem pójść w zaparte i odpowiedziałem:Nie!
Ponowiła z powagą swoje pytanie i po moim powtórnym zaprzeczeniu poczęstowała mnie bolesnym spoliczkowaniem.
Później dodała: „W życiu zdarzają się nam sprawy, za które winniśmy się wstydzić, ale daleko gorszym jest to, gdy do tego wszystkiego dokładamy kłamstwo, że nic się nie stało.”
Zaraz potem nakazała mi przeprosić sąsiada i przez kolejny tydzień zaliczyłem areszt domowy,będący karą za próbę kłamstwa, którym najbardziej ją zasmuciłem.
Od tamtego zdarzenia minęło prawie pół wieku, a ja nadal pamiętam jej smutne spojrzenie, że chciałem zakłamać rzeczywistość licząc na to, że można kłamstwem-zaprzeczeniem wyciszyć sprawę.
Fragment listu od czytelnika:
-”No i szambo polskiego kościoła wybuchło. Czy musiało? Musiało!!!
Polscy biskupi w ogóle nie wyciągnęli wniosków dotyczących spraw gwałcenia dzieci. Oni są tak zadufani i pełni pychy, że nic do nich nie dociera.
Czy można było temu zaradzić? Można było!
Pokazał to biskup diecezji opolskiej ks. Czaja pisząc list odczytany we wszystkich kościołach diecezji, w którym to przeprosił za grzechy ludzi Kościoła i podał szczegółowe dane o pedofilach w sutannach podając jednocześnie jak postępują śledztwa w tych sprawach i o karach z jakimi muszą się liczyć sprawcy tych przestępstw (z wydaleniem ze stanu kapłańskiego włącznie)”.
Kiedy w trakcie formacji seminaryjnej przygotowywano nas do kapłańskiej posługi, nasi moderatorzy często powtarzali, że księża nie biorą się z krainy aniołów, ale są tacy, jacy są wierni Kościoła. Czyli inaczej mówiąc, nie można oczekiwać, że słudzy ołtarza będą bytami doskonałymi, gdy swoje korzenie mają w grzesznych rodzicach.
Idąc dalej tym tokiem rozumowania: Księża mogą czuć się w jakimś stopniu rozgrzeszonymi, powołując się na swoiste obciążenie genetyczne.
Teza absurdalna?
Pewnie nie do końca, jeżeli co chwilę słyszymy apologetów dewiacyjnych zachowań ludzi w sutannach, którzy starają się bagatelizować, albo co gorsza rozgrzeszać takowe zdarzenia bez koniecznej pokuty.
Autor przytoczonego przeze mnie listu po słowach uznania dla biskupa opolskiego w zakończeniu pisze:
-”Nie wiem na co liczą inni biskupi. Może spadek uczestników niedzielnych mszy poniżej 30% jest jeszcze za mały? A może wierni są im niepotrzebni do kiszenia się we własnym sosie zakłamania?”
Po dziś dzień pamiętam bolesny (jedyny zresztą) policzek od mojej smutnej matki i na zawsze będę pamiętał jej słowa: „ W życiu zdarzają się nam czyny, za które winniśmy się wstydzić, ale dalece gorszym jest to, gdy do tego wszystkiego dokładamy kłamstwo, że nic się nie stało”.
W życiu Kościoła zdarzają się czyny, za które trzeba się zwyczajnie wstydzić i zakłamywanie rzeczywistości, że to tylko nieistotny margines, nie załatwi sprawy.
Kryspin,