wtorek, 29 maja 2018

Ile kosztuje miłosierdzie?



      Wśród postulatów, których spełnienia się domagali, był stały dodatek na życie w określonej (skromnej ) kwocie 500 zł, i tego im odmówiono.
      Nie zamierzam teraz snuć rozważań, czy naszego państwa zwyczajnie nie stać na takie wsparcie, czy jest to przejaw złej woli ze strony władzy?
      Jedynym „zwycięstwem” protestujących w gmachu Parlamentu było to, że media nagłośniły ich desperację i pewnie to przyciągało ludzi ze społecznego świecznika, którzy można rzec, lawinowo pojawiali się wśród inwalidzkich wózków, do których przykutych było większość okupujących sejmowy korytarz.
     I znowu nie mnie jest oceniać, ilu z naszych politycznych (i nie tylko politycznych) celebrytów, pojawiło się tam po to, by im pomóc, a ilu dlatego, że wypadało się tam pokazać.
     Któregoś dnia protestujących odwiedził także przedstawiciel Kościoła, by pewnie przekazać im duchowe wsparcie i zapewnienie, że ta instytucja popiera ich słuszne żądania.
Na koniec duszpasterskiej (bo chyba tak należało to odebrać) ksiądz Kardynał z pewnością pobłogosławił zebranych i oddalił się.
    A mnie zaraz po tym, jak zakończyła się krótka, telewizyjna relacja z tego wydarzenia, przyszła na myśl ewangeliczna Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,30-37).
    On zatrzymał się i zaopiekował poranionym człowiekiem, którego pobito przy uczęszczanym przez wielu trakcie.
Jako jedyny okazał serce człowiekowi w potrzebie, choć obok tego pobitego nieszczęśnika przechodziło wielu, którym zabrakło wrażliwości serca.
    Choć głównym bohaterem Jezusowej opowieści był anonimowy cudzoziemiec, to Nauczyciel z Nazaretu nie pominął w swojej relacji także negatywnych bohaterów tamtego zdarzenia (kapłana i Lewitę), którzy przeszli obok i pewnie odwracali głowy, by nie widzieć problemu.
    Kilkanaście osób okupujących sejmowy budynek to przedstawiciele około 280 tysięcy podobnym im, którzy każdego dnia przeżywają tragedię swojej ułomności.
    Tak sobie myślę, że przez tych „pobitych przez los” Dobry Bóg kolejny raz daje szansę swojemu Kościołowi ( czyli hierarchii i laikatowi-szeregowym wierzącym), aby napisali nową przypowieść:
" O miłosiernym Katoliku."
To wcale nie jest takie trudne!
    Rząd rzucił pomysł, aby wprowadzić podatek solidarnościowy(od tych, którzy mają najwięcej).
To wbrew pozorom nioe jest nic odkrywczego, bo w tradycji Kościoła coś takiego już było.
    Pierwsi Chrześcijanie zachwycali innych tym, że potrafili się dzielić wszystkim, co mieli, by wspomagać potrzebujących.
Teraz trochę liczb:
    Katolików w Polsce jest +/- około 28 milionów, co daje stu wiernych na jednego z tych, których reprezentowały w sejmowym proteście rodziny niepełnosprawnych.
    Czyli rachunek jest prosty- 5 zł miesięcznie ofiarowane na ten cel przez jednego członka kościelnej wspólnoty, to chyba bardzo mała sprawa, prawda.
    I jeszcze jedno: 
Takie działanie nie wymaga tabunu urzędników, etatowych pracowników socjalnych, bo wszystko można by załatwiać na poziomie parafialnych wspólnot, które mają rozeznanie o potrzebujących takowego wsparcia.
    Ostatnio mogliśmy przeczytać doniesienia z Irlandii (bardzo katolickiego kraju), w której odbyło się referendum na temat liberalizacji prawa aborcyjnego. Większość z pytanych, opowiedziało się za złagodzeniem restrykcyjnego prawa, co światowe media skwitowały krótko:
„Przegrana Kościoła katolickiego”!     Nasz Kościół póki co czuje się pewnym swego, ale sprzyjająca (politycznie) passa nie będzie trwać wiecznie i może warto byłoby swój autorytet budować nie tylko na politycznych układach, ale na codziennej wrażliwości, której może powinien uczyć siebie i nas wszystkich od ewangelicznego Samarytanina?
Kryspin

wtorek, 22 maja 2018

Jeden Kościół o wielu twarzach?



„...Jeden, Święty i Apostolski Kościół...
I niby wszystko jasne, ale?
     Odwiedziło mnie ostatnio kilkoro znajomych, którzy dopiero co wrócili z uroczystości Pierwszej Komunii, do której przystąpił synek ich bliskich w Holandii.
Niby uroczystość taka jak u nas.
     Na wyznaczoną godzinę, zaproszeni goście, rodzice no i ci najważniejsi w tym dni, czyli pierwszo-komunijni stawili się w kościele.
Punktualnie o 10.00 rozpoczęła się uroczysta msza, której najważniejszym punktem była Komunia Święta.
     Dzieciaki, ubrane w schludne stroje ( z dużą dozą dowolności), pomaszerowały do stóp ołtarza, by pierwszy raz przyjąć do serca Chrystusa Eucharystycznego.
    To nie było nic dziwnego i szczególnego-skwitowałby niecierpliwy słuchacz relacji.
-”Zaraz po małych „bohaterach” tej uroczystości do ołtarza podeszli wszyscy zebrani w kościele i także przystąpili do komunii świętej.”-relacjonowała dalej.
-A spowiedź i kościelne przeszkody? 
-Przecież ludzie żyjący w nieformalnych związkach, rozwodnicy mający nowe rodziny i oni także przyjmowali Eucharystię?-Rzuciłem zdumiony.
-”Tam nie ma spowiedzi poza tą w czasie mszy i wszyscy obecni po wzbudzeniu żalu, przystępują do komunii.”
-”Jeden...Kościół” i tak fundamentalne różnice?-Zadałem retoryczne pytanie i wtedy przypomniałem sobie list od czytelnika, w którym opisał swoją trudną sytuację w perspektywie zbliżającej się komunii swojego syna.
    Od lat tworzyli kochającą się rodzinę, a Michał był owocem ich miłości. Starali się wychować go na porządnego człowieka, wpajając, że łatwiej być dobrym, gdy zawierzy się swoje życie Bogu, z którym spotykali się na coniedzielnym nabożeństwie.
     I tylko jednego ich synek nie umiał zrozumieć: 
Dlaczego jego rodzice w czasie mszy nie przystępują do komunii, chociaż inni dorośli tak?
„-Trudno małemu dziecku wytłumaczyć, że tatuś kochał kiedyś inną kobietę, i że tamten związek był smutną pomyłką, za którą teraz razem z jego mamą płacą dożywotnią karę wykluczenia ze wspólnoty wierzących, których Kościół uważa za godnych sakramentalnego wyróżnienia.”
    Przyznam, że też tego nie rozumiem i pewnie tak do końca z tym także nie zgadza się sam Papież, rozważając możliwość aby w wyjątkowych sytuacjach udzielić swojego rodzaju „aktu łaski” dla wiernych żyjących z sakramentalną przeszkodą.
    Dotąd rygorystyczne stanowisko Kościoła w tej kwestii mogłoby w taki sposób wyjść naprzeciw oczekiwaniom coraz to większej rzeszy wykluczonych.
    Póki co, nasi Hierarchowie są dalecy od zaakceptowania sugestii, którą rzucił Franciszek, i w tej kwestii są „świętsi od Papieża”.
-”Kościół nie pozwala rozwodnikom na komunię świętą, ale w trakcie uroczystości waszego syna (wzbudzając żal za grzechy) możecie przystąpić do komunii duchowo”-poradził rodzicom Michała miejscowy duszpasterz.
-Czyli nie ma dla nas nadziei?-zapytał załamany rodzic, a ksiądz tylko bezradnie rozłożył ręce, które były ostateczną odpowiedzią.
-”Czy nie ma dla nas nadziei?- ponowił pytanie w mailu, na który oczekiwał ode mnie odpowiedzi.
I co miałem mu odpowiedzieć?
     Może, że powinien urządzić synowi komunię w Holandii?
Ale to by był kiepski żart i pewnie nikogo by nie rozśmieszył?
A tak na serio.
     Jeden Kościół i zupełnie inne podejście do wiernych, także do tych  owieczek, które kiedyś zabłądziły w chaszczach błędnych decyzji.
Które oblicze Kościoła jest bliższe Boskiej idei przebaczającej miłości?
Kryspin

wtorek, 15 maja 2018

Rozmowy przy grillu



    Wiosna to piękny czas.
    Przyroda zapraszająco eksplodowała nowym życiem, a my ciesząc się promieniami coraz cieplejszego słońca, pełnymi garściami czerpiemy z każdej okazji, aby zażywać dobrodziejstw tego okresu.
    Zaliczyliśmy co niedawno ogólnonarodową majówkę, gdy w wolne dni raczyliśmy się odpoczynkiem od mozolnej pracy . W zaciszu domowym, a niekiedy i w atrakcyjnych miejscach stworzonych specjalnie do relaksu, spędzaliśmy czas na spotkaniach z przyjaciółmi.
   Tradycją stały się przy tej okazji biesiady przy grillach, które jak kraj długi i szeroki, roztaczały przyjemną dla naszych podniebień woń soczystych mięs i innych smakowitości, którymi raczyliśmy się do późnych godzin wieczornych.
   Nie samymi zmysłami smaku jednak człowiek żyje, dlatego przy okazji takich spotkań uczestnicy oddają się mniej lub bardziej ciekawym tematom rozmów.
   Nie wchodząc w szczegóły tychże, można zauważyć, że te dysputy mają charakter branżowy: Lekarze rozmawiają przy okazji takich spotkań o przypadkach medycznych, politycy o perspektywie wyborczych notowań, przedsiębiorcy o koniunkturze i ucisku ustawodawców, którzy wymyślają coraz to nowe przepisy mające gnębić zaradnych.
    Można by tak wyliczać kolejne tematy ogólnonarodowej grillówki i pewnie nie byłby to pełen katalog poruszanych zagadnień.
    Nie inaczej odbyło się podczas mojego majówkowego wieczoru przy unoszącym się zapachu pieczonej karkówki.
    Może z racji, że spotkanie, na które przybyło kilkoro moich znajomych, organizował ksiądz (choć już od wielu lat w cywilu), ponad inne tematy przebił się ten z kościołem w tle.
    Moi goście w trakcie kolacji na świeżym powietrzu zadali kilka pytań dotyczących spraw, których najbardziej odpowiednim adresatem byłby człowiek w koloratce (niestety nieobecny wśród zaproszonych), więc musiała im wystarczyć odpowiedź „Księdza w cywilu”.
   Pewnie w jakimś stopniu sprostałem wyzwaniu, bo nie omieszkali wyrazić zadowolenia z moich odpowiedzi.
-”Szkoda, że w Kościele nie mówi się tak prosto o tak ważnych sprawach”-podsumowała jedna z Pań, wyraźnie zadowolona z naszej rozmowy.
-”A ja jestem ateistą i mnie te problemy nie dotykają”-skwitował inny uczestnik naszego grilla.
    Nie była to jednak tylko prowokacyjna deklaracja kogoś anty, o czym wyjaśnił w dalszej części swojej wypowiedzi.
-”W moim życiu nie kieruję się nadzieją, że kiedyś dostąpię zbawienia i nie drżę o to, czy na liczniku mojego życia odnotuję odpowiednią ilość plusików, którymi kupię sobie prawo do wiecznego szczęścia.
Jako młody chłopak rozczytywałem się w dziełach Platona i w nich zafascynowała mnie idea, że człowiek żyje tak długo, jak długo trwa o nim pamięć, i to stało się moim pragnieniem: aby żyła o mnie pamięć, że byłem dobrym człowiekiem.”
    Była już późna noc, gdy zakończył się nasz majówkowy grill, a ja jeszcze długo myślałem o tej pięknej deklaracji:” aby żyła o mnie pamięć, że byłem dobrym człowiekiem.”
    „Sukcesem” Kościoła, wynikającym z Konkordatu, stały się szkolne lekcje religii, a prawdziwą, choć nie do końca docenioną, zdobyczą szkoły z tego porozumienia stał się przedmiot, który władze oświatowe wprowadziły niejako z musu, ( dla przeciwwagi) jako alternatywę dla uczniów spoza kościelnego kręgu, czyli lekcje etyki.
    Szkoda tylko, że od samego początku ten przedmiot stał się alternatywą, a nie obowiązkowym dla wszystkich uczniów (także tych z kościelną etykietką).
A lekcja religii w szkolnych klasach? Nadal nie zmieniłem zdania, że to jest porażka Kościoła.
    W szkołach oprócz przedmiotów obowiązkowych, są jeszcze zajęcia dodatkowe(np. SKS dla uzdolnionych fizycznie i pragnących czegoś więcej).
Lekcja religii jako dodatkowy przedmiot, czemu nie.
Nie potrzeba być wierzącym, aby budować w sobie pragnienie bycia dobrym człowiekiem.
Kryspin

wtorek, 8 maja 2018

Jak pomóc samobójcy?



   ”Kilka dni temu mój przyjaciel z Hiszpanii popełnił samobójstwo. Zastanawiam się, co Kościół mówi na temat duszy samobójcy. Czy można jej jakoś pomóc? Gdzie szukać informacji..?”
    Krótki mail i szereg pytań, z którymi muszą się mierzyć ludzie wierzący, dotknięci tragicznym odejściem kogoś, na kim im zależało.
Szanowna Pani.
    Zdanie Kościoła na temat przyszłości człowieka, który targnął się na swoje życie, od zawsze było bardzo jednoznaczne, czego sam doświadczyłem w mojej dawnej pracy duszpasterskiej.
    Był wtedy kwiecień i zbliżał się w inowrocławskim liceum czas matur.
Kilka dni przed egzaminem dojrzałości jeden z uczniów maturalnej klasy odebrał sobie życie.
Był bardzo zdolnym uczniem, miał dziewczynę i plany, o których mówił najbliższym, i może dlatego nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego zdecydował się na tak desperacki krok?
    Katolicki pogrzeb Andrzeja, o który prosili rodzice, wymagał wtedy specjalnej zgody kurii.
Nie umiałem pogodzić się z tym, że bliskim tego nieszczęśnika Kościół, dołożył dodatkową karę upokorzenia, jakby było w nich mało bólu, i może dlatego głośno wyraziłem swoje zdanie na ten temat.
Mój proboszcz skwitowal wtedy sprawę krótko:
-”Ciesz się, że kuria okazała łaskawość, bo gdy ja zaczynałem duszpasterską posługę, takich chowano pod płotem cmentarza, na niepoświęconej ziemi i bez księdza”.
Jakby tego było mało później dodał jeszcze :
-” Gdy Judasz po zdradzie Jezusa powiesił się poza murami Jerozolimy, też obyło się bez uroczystych ceremonii i pewnie zakopano go gdzieś w piaszczystej rozpadlinie, i na tym koniec”.
    Na szczęście Kościół już nie jest obecnie tak radykalnym w swojej ocenie osób decydujących się na ten desperacki krok i odszedł od dawnych restrykcji związanych z pogrzebowym ceremoniałem.
To jednak wcale nie oznacza, że zmieniła się wykładnia kościelnego nauczania, która jednoznacznie ocenia samobójstwo, jako ciężki (śmiertelny) grzech, naruszający piąte Przykazanie Boskie.
    No i tu rodzi się problem.
    Bo w dzisiejszym świecie wielu ludzi odchodzi w sposób nagły (wypadki drogowe, zawały, wylewy i inne niespodziewane zejścia) i śmięm wątpić, że taka śmierć dotyka tylko bezgrzesznych, „ należycie przygotowanych”na spotkanie z Odwiecznym?
    Kościół od swego zarania tworzył katalog świętych, czyli tych, którzy swoim dobrym życiem (niekiedy męczeńskim świadectwem), tu i teraz zapracowali sobie na wieczną nagrodę w niebie i stali się szczęściarzami, których określono mianem zbawionych.
    Pozostali członkowie wierzącej wspólnoty, mogliby liczyć na swoje niebieskie lokum po okresie czyśćcowego oczyszczenia.
Dla takich duszyczek (pogrążonych w czasowym cierpieniu) Kościół przewidział pomoc w postaci modlitwy za zmarłych; z jednym zastrzeżeniem: nie wolno modlić się za potępionych!
    Sęk w tym, że oficjalnie nie istnieje taki katalog, w którym by znajdowały się nazwiska nieszczęśników skazanych na wieczne męki w piekielnej odhłani.
    Zmarły niedawno Ks. Mieczysław Maliński (bliski przyjaciel św.Jana Pawła II) napisał książkę o osobach blisko związanych z Nauczycielem z Nazaretu, którzy stali się ważnymi uczestnikami jego historii: „Świadkowie Jezusa”.
   Wśród bohaterów książki znalazł się między innymi Judasz-Apostoł, któremu historia na zawsze przypisała „łatę” tego, który dla kasy zdradził Mistrza, a później gryziony wyrzutami sumienia się powiesił.
   Może to tylko literacka fikcja, ale i ciekawa „spekulacja” autora ukazująca Judasza jako człowieka, który był zafascynowany Jezusem i pewnie kochał go niemniej niż inni uczniowie.
Jego zdrada była częścią tragicznego planu, prowokacji Iskarioty, poprzez którą chciał zmusić Mesjasza, by ten okazał swoją moc, gdy siepacze Heroda mieli się pojawić w oliwnym ogrodzie. Samobójcza śmierć była zaś karą, którą Judasz sam sobie wymierzył.
   Jak można pomóc duszy zmarłego?
   Osoba wierząca może poprzez modlitwę wspierać jej starania o czyśćcowe oczyszczenie.
   Człowiek nie żyjący nadzieją na wieczność, zawsze o zmarłym, którego znał za jego życia, może zachować dobre wspomnienie i pamięć.

Kryspin

wtorek, 1 maja 2018

Kościele, gdzie jest Twój Bóg?



    Kiedy niepokorny mnich, Marcin Luter przybił na drzwiach zamkowego kościoła w Wittenberdze spisane żale nad chorobą trawiącą ówczesny Kościół ( między innymi krytycznie oceniał aprobowaną przez Papieża ideę kupczenia odpustami, czyli załatwiania sobie przychylności Odwiecznego za kasę).
   Dorobił się za to ekskomuniki i watykańskim dostojnikom wydawało się, że to załatwiło kłopotliwą sprawę.
   To były jednak płonne nadzieje, co pokazała historia.
   Całkiem niedawno, bo w 2017 roku świat obchodził pięćsetną rocznicę tamtego „skandalu”, który stał się początkiem kolejnego rozpadu Owczarni Chrystusa ( w jedenastym wieku odłączył się Kościół wschodni, czyli dzisiejsze Prawosławie) i kolejne owieczki (liczone w setki milionów wiernych), od tej pory swoją wiarę realizują poza Kościołem Katolickim.
   Historycy analizujący tamten akt buntu niemieckiego zakonnika, jasno stwierdzili, że to nie był spontaniczny odruch niezadowolenia, bo ten spisał swoje tezy po bezskutecznych próbach rozmów, o które zabiegał u hierarchów dzierżących wtedy stery Łodzi Piotrowej.
„ To tylko nawiedzony mnich, który zapomniał o pierwszej zasadzie Kościoła- czyli pokorze i posłuszeństwie, i nie jest godzien posłuchania”- gasili wtedy niepokój swoich sumień Watykańscy książęta, licząc na to, że tylko oni mają monopol na mądrość, bo przecież byli pomazańcami samego Boga.
   Niekiedy dochodzę do wniosku, że Kościół pomimo religijnych burz, niczego się nie nauczył, i to mnie przeraża.
   Kilka dni temu internetowy portal zamieścił informację, że na drzwiach kościołów w Diecezji Gdańskiej, ktoś przybił obraźliwe hasła, w których pojawiły się prowokacyjne zdania:
”Zgubiliście Boga księża-Szukajcie, Gdzie zgubiliście Boga Księża?”, a obok:
”Za dużo puchy, za mało pokory”
   Pewnie te pytania nie doczekają się odpowiedzi i kolejny raz sprawa „przyschnie” , a ludzie? Zapomną.
   No tak nie do końca, bo praktycznie każdego dnia media rzucają w obieg kolejne „kwiatki” związane z chorymi zachowaniami ludzi Kościoła.
   W minionym tygodniu, na przykład mogliśmy przeczytać o konflikcie proboszcza z parafianami z Gryfina, a zaraz potem dziennikarze donieśli o procesie watykańskiego kardynała (numer 3 w kościelnej centrali), któremu prokuratorzy zarzucają skandale obyczajowe na przestrzeni wielu minionych lat, i pewnie swoją karierę zakończy za kratami.
   Nie trzeba kończyć studiów z metereologii, by przewidywać pogodę. Wystarczy obserwować nadciągające ciemne chmury i rozbłyski pojawiające się na ołowianym niebie, by wiedzieć, że to są zapowiedzi burzy.
   Czego zapowiedzią są dzisiejsze rozbłyski, które wypisały „Kobiety z Gdańska”?
Napisy z oliwskiej katedry jakoś dziwnie kojarzą mi się z protestem sprzed Wittenberskiej świątyni.
   Tezy Marcina Lutra były rozbłyskami zapowiadającymi nadciągającą burzę Reformacji.
   Kościół potrzebuje odwagi, by zmierzyć się z koniecznością zmian, a mogą to zrobić tylko kapłani żyjący Bogiem.
   Sądzę, że wiele racji miały anonimowe niewiasty, gdy obok trudnych pytań o zgubionego Boga, umieściły hasła, które wybrzmiewają jak kierunek, w jakim Kapłani (Także ci najważniejsi) powinni podążać: mniej pychy i więcej pokornej refleksji nad istotą powołania: swojego i tych, za których przyjmują odpowiedzialność.
    Na koniec maja (niekiedy w pierwszą sobotę czerwca) w diecezjalnych katedrach odbywać się będą uroczyste święcenia nowych kapłanów i tak sobie myślę, z nadzieją, że może wśród nich pojawi się choćby jeden, który stanie się nadzieją Kościoła na konieczne zmiany, by już nigdy na świątynnych murach nie musiały pojawiać się pytania o zagubionego Boga
Kryspin

wtorek, 24 kwietnia 2018

Higiena duszy



    Gdyby w kościołach ustawiono urny, do których wierni mogliby wrzucać zapisane postulaty dotyczące ich oczekiwań w kwestii zmian, których oczekują, pewnie zrobiłby się z tego ciekawy materiał dla uczonych teologów i tych, którzy będąc na szczytach kościelnej władzy, mieliby o czym dyskutować.
     Póki co nigdzie nie zauważyłem takowych, a jedynymi puszkami w kościelnych podcieniach są tylko te, do których bogobojni parafianie mogą wrzucać datki na potrzeby wspólnoty.
    Ale dobre i to, pewnie skwitowałby taki uczynek niejeden proboszcz, tłumacząc, że w ten sposób realizują piąte przykazanie kościelne nakazujące dbałość o potrzebujących.
    Życie nie znosi próżni i może dlatego wielu czytelników Księdza w cywilu zaadoptowało mojego maila na taką „urnę”, do której wrzucają swoje zapytania, a niekiedy także oczekiwania zmian w kościelnych nakazach i zakazach, które wcale nie przybliżają ich do nadziei zbawienia, a co najwyżej utrwalają w nich permanentne poczucie winy.
     „Od pewnego czasu omijam niedzielne msze i do kościoła zachodzę wtedy, gdy jest w nim cicho i wtedy siadam w ławie i czuję bliskość Boga, który mówi, że mnie kocha i to sprawia, że czuję się dobrze.
Kiedyś nauczono nas na lekcjach religii, że msza święta, to uczta, na którą zaprasza nas Zbawiciel.
Mnie jednak nie odpowiada to, że zaraz od wejścia słyszę, że jestem grzesznikiem i niegodnym tego zaproszenia, więc zwyczajnie omijam taką „imprezę”.
     Przyznam, że i mnie nie buduje ciągłe przypominanie tego, że jesteśmy grzesznikami, a na tym niestety Kościół buduje szkielet naszej wiary.
     Pomijam już kwestię Sakramentu Chrztu, w którym według nauki Kościoła dokonuje się obmycie z grzechu pierworodnego, bo to możemy przyjąć na wiarę, że tak jest i basta.
     Problem zaczyna się później, gdy warunkiem przyjęcia Ciała Chrystusa Eucharystycznego jest stan łaski uświęcającej.
     Niby kiedyś, gdy przygotowywano nas do I Komunii, ksiądz na lekcji religii zakodował nam, że : stan łaski uświęcającej, to wolność od brudu grzechu śmiertelnego i potrzeba nam sakramentu spowiedzi, by takowego „pskudstwa” się pozbyć!
I tu rodzi się problem!
     Grzech śmiertelny i sakrament pojednania (inaczej zwany sakramentem pokuty), czyli spowiedź, jako swego rodzaju pralka wybielająca brudy naszej duszy, a może proszek zabijający zło zżerające jej życie?
„Dlaczego w Kościele nie ma spowiedzi powszechnej, bez konfesjonału i mówienia na ucho księdzu swoich przewinień?”
„Nie chodzę do spowiedzi, bo moje grzechy przedstawiam Bogu w bezpośredniej rozmowie i nikt nie jest mi potrzebny do tego”
„Co z tego, że ksiądz odpuka komuś w konfesjonale, gdy ten później robi to samo?”
     To kilka głosów z mojej mailowej „urny”, na które staram się odpowiadać indywidualnie, ale problem jest.
     Nie lubimy spowiedzi, jako sakramentu, a Kościół zdaje się rozumieć niechęć swoich owieczek, bo w drugim Przykazaniu Kościelnym wyznaczył minimalizm z nim związany:
-Raz do roku masz się spowiadać !
Podobne minimum występuje w kolejnym Przykazaniu nakazującym przyjęcie Chrystusa w Eucharystii także jeden raz (tak około Wielkanocy)”
     Przyznam, że nie wiem o co w tym wszystkim chodzi?
Bo na pewno nie jest to wyraz troski o zbawienie duszyczek!
     Kiedy małe dziecko ma pierwsze mleczaki, mądry rodzic zabiera je do gabinetu stomatologicznego (aby przyzwyczaić je, że tam jest ktoś, kto mu pomoże ) oraz kupuje mu szczoteczkę do zębów i pastę, by w nim wyrobić nawyk higieny.
    Później, gdy maluch dorośnie, będzie wiedział, że warto szczotkować zęby codziennie, a gdy zajdzie potrzeba, odwiedzić dentystę, by cieszyć się swoim uśmiechem do późnej starości.
Kryspin, Ksiądz w cywilu

wtorek, 17 kwietnia 2018

"Kochaj i czyń co chcesz"



     Zadzwonił do mnie znajomy z pytaniem:
-”Czy czerpanie rozkoszy z seksu jest grzechem- a jeśli nie ( zgodnie z nauczaniem Jana Pawła II, na które powoływał się stawiający to pytanie); to czy z tego należy wyciągnąć wniosek, że także seks pozamałżeński nie jest niczym złym?”
    Później poinformował mnie, że w gronie przyjaciół właśnie rozmawiają na temat stanowiska Kościoła w tej kwestii i wobec różnicy zdań, postanowili zaciągnąć opinii „eksperta”( czyli mnie) od tego: co grzechem jest, a co nie, w tej materii.
    W krótkich słowach wyjaśniłem, że Papież mówiąc o rozkoszy z intymnego pożycia, miał na myśli małżonków, co nie uprawnia do wyciągania wniosku, iż każdy akt seksualny (także ten pozamałżeński) ze swej natury jest bezgrzeszny.
    Czyli mówiąc krótko: Według nauki Kościoła Katolickiego każde pozamałżeńskie współżycie jest moralnie czymś złym, czyli grzechem!
    W tym miejscu warto przypomnieć sobie co jest istotą grzechu.
Samą definicję tego nichlubnmego czynu podaje Katechizm Kościoła Katolickiego, który mówi, że:
    ” Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu; jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr. Rani on naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność. Został określony jako "słowo, czyn lub pragnienie przeciwne prawu wiecznemu" (Św. Augustyn, Contra Faustum manichaeum, 22: PL 42, 418; św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, I-II, 71, 6)”.(KKK1849).
W kolejnym punkcie (KKK1850) uściśla, że:
Grzech jest obrazą Boga. Grzech przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego nasze serca. Grzech jest więc "miłością siebie, posuniętą aż do pogardy Boga" (Św. Augustyn, De civitate Dei, 14, 28).”
     Oczywiście to nie wszystkie punkty KKK w tej materii i w tym momencie zadaję pytanie: Po co spisano tyle prawniczo-filozoficznych zawiłości, które nawet kapłanom muszą utrudnić zdefiniowanie tego, co jest grzechem ( nie wspominając o dzieciakach wkuwających te frazy, by zaliczyć egzamin pierwszokomunijny)? „Miłość siebie, posunięta aż do pogardy Boga”- to najkrótsza definicja grzechu i jeżeli byśmy tylko to zapamiętali z zawiłości, jakimi karmi nas KKK, to może uniknęli byśmy wątpliwości, co jest grzechem, a co nim nie jest.
    Ten sam św. Augustyn, na którego przemyśleniach Kościół oparł naukę o istocie grzechu, jest autorem jeszcze jednego ważnego zdania (będącego powtórzeniem nauki Chrystusa o najważniejszym przykazaniu: Przykazaniu miłości do Boga i bliźniego):
-”Kochaj i czyń co chcesz”; i wszystko jasne.
Kryspin

wtorek, 10 kwietnia 2018

Papież nie wszystko może?



    Dwoje młodych ludzi poznało się zupełnie przypadkowo, gdy uczestniczyli w szkoleniu wyjazdowym, które organizowała ich firma.
    Po zajęciach, gdy przewidziany był czas wolny, wykorzystywali go na wspólne spacery i rozmawiali nie tylko o łączącej ich pracy, ale i o osobistych sprawach, które nie zawsze były naznaczone sukcesami.
    On po kilku latach nieudanego związku był po rozwodzie i tylko sporadycznie odwiedzał swoje dzieci, bo była żona, ułożywszy sobie życie z nowym partnerem, nie życzyła sobie, aby się z nimi spotykał.
   Ona była wolną osobą, nie licząc kilku miesięcy wspólnego zamieszkiwania z Leszkiem, w którym się zakochała i wiązała nadzieję na dalsze wspólne życie; ale ten związek okazał się nieporozumieniem, bo jej ukochany będąc z nią, nie stronił od skoków w bok, a tego nie umiała zaakceptować, i się rozstali.
    Teraz oboje poczuli, że bardzo lubią przebywać ze sobą i po pewnym czasie postanowili rozpocząć wspólne życie.
    Ślub (cywilny) wzięli po kilku miesiącach, a po roku cieszyli się śliczną dziewczynką, która zniewoliła ich od pierwszych chwil, gdy przyszła na świat.
    „I potem żyli długo i szczęśliwie”- tymi słowami można by zakończyć historię miłości tych dwojga ludzi „po przejściach”, gdyby nie to, że oboje byli wierzącymi i praktykującymi katolikami.
    Pierwszy raz zostali sprowadzeni na ziemię, gdy odwiedził ich kapłan przy okazji kolędy.
    Wizyta była nawet miła, ale tylko do chwili, gdy wielebny zapytał o sakramentalny ślub.
-„Niestety nie mamy z powodu przeszkody-byłem już raz żonaty”-odpowiedział małżonek.
    Ksiądz zrobił minę, jak po szklance cytrynowego soku i po chwili łypiąc w kierunku dziecinnego łóżeczka, oznajmił:
-”Mam nadzieję, że chociaż rodziców chrzestnych znajdziecie odpowiednich, bo czymże zawiniło to dzieciątko, żeby pozbawić je dobrych, wierzących rodziców..... chrzestnych?”
-”Dobrych i odpowiednich rodziców chrzestnych”- powtórzył młody ojciec, gdy zostali sami z ukochaną i malutką córeczką.
    To był następny zgryz i cały wieczór zastanawiali się nad tym, kogo poprosić:
-Anka z pracy- ale ona od trzech lat mieszka ze Sławkiem i ślubu nie mają, bo utracili by zasiłek na małego Antosia.
-Jarek; ale on był ostatni raz w kościele w czasie swojej pierwszej komunii.
-Wiola i Heniek, byli rozwodnikami i także się nie nadawali.
-Witek mógłby być. Był kawalerem, do tego jeszcze niedawno czynnie udzielał się w kościele jako lektor!
-„On byłby dobry i odpowiedni”- swierdził ojciec malutkiej iskierki, którą pragnęli ochrzcić.
-”Ale on zmienia dziewczyny jak rękawiczki i rzadko nocuje we własnym łóżku”- stwierdziła zaniepokojona mama maleństwa.
-”Jest wolnym człowiekiem i jak sam mi kiedyś powiedział, że nigdy nie miał kłopotu z odpukaniem przy konfesjonale, bo obiady zjada z własnego talerza”.
    Odbył się chrzest ich pociechy, bo znaleźli „dobrych i odpowiednich” rodziców chrzestnych.
I tylko pozostał im niesmak i trochę żal, że Kościół surowo ptraktował tylko ich, bo kiedyś popełnili błąd, a teraz pokochali choć tego im nie wolno było zrobić.
    Ostatnio zobaczyli „światełko w tunelu”, gdy Papież zaaprobował w oficjalnym liście:”Amoris Laetitia” inicjatywę części biskupów wnioskujących o dopuszczenie do sakramentów takich „gorszych”wierzących jak oni.
     Po pierwszej radości znowu kubeł zimnej wody, bo ksiądz powiedział im, że:
- „Tylko nielicznym i pod sztywnymi warunkami ta furtka będzie otwarta, a oni z pewnością przez nią się nie wślizgną do sakramentalnego edenu!”
-”Czyżby Papież się pomylił? A może on wcale nie wszystko może?”-pomyślał ze smutkiem ojciec małej iskierki.
Kryspin

wtorek, 3 kwietnia 2018

Co ludzie powiedzą?



    Kiedy przeżywamy szczególny dla nas dzień: imieniny, rocznicę naszych urodzin (jeżeli takowe chcemy obchodzić?), czy jakiś inny osobisty sukces, odwiedzają nas bliscy, by uczestniczyć w naszej radości.
   Oprócz zwyczajowych życzeń (nie wnikając na ile szczerych), najczęściej jako dodatek, wręczają nam jakiś drobiazg, którym dodatkowo pragną sprawić nam radość.
   Osobiście należę do tej grupy ludzi, którzy lubią te dni i zawsze wtedy z radością przyjmuję gości, zwłaszcza gdy ich odwiedziny są podyktowane szczerością, a to się zwyczajnie czuje.
   Niektórzy jednak nie lubią takich spotkań i nawet otwarcie o tym mówią :
-„Nie obchodzę imienin....... nie widzę powodu, aby cieszyć się z tego, że znowu mi przybył kolejny rok...... nie potrzebuję klakierów mojego sukcesu, bo sam do niego doszedłem i zwyczajnie mi się należał.”
   Jest jeszcze grupa osób, którzy otwarcie nie deklarują takiego sprzeciwu, choć wcale nie cieszą się z takich „osobistych okazji”, i wtedy odwiedziny gości traktują jak swoisty „dopust Boży”, godząc się na imprezę, którą najczęściej ktoś im organizuje, bo tak wypada.
   Podobne rozterki przeżywają niekiedy ludzie związani ( tylko metryką chrzcielną) z Kościołem.
Dwoje młodych ludzi, po krótkim okresie znajomości, postanowiło zamieszkać ze sobą i tak już trwa to od kilku lat.
   Pewnie nadal by im to nie przeszkadzało, bo przecież nie oni jedyni tak żyją, gdyby nie presja, którą przy każdej okazji wywierają na nich rodziciele, pytając:
-”Kiedy zalegalizujecie waszą miłość?”
-”Ale przecież my się kochamy i nie potrzebujemy potwierdzenia naszego uczucia!”
Odpowiedziało by wielu młodych w ich sytuacji; ale nie oni.
    I nie dlatego, że podzielają potrzebę zachowania zgodnego z katolicką doktryną, która sakramentalny związek uznaje za konieczny, by miłość dwojga mogła się fizycznie spełnić.
    Ich Tak, wyklepane przy kościelnym ołtarzu, nie wynika z potrzeby wiary, a jest tylko przekalkulowanym słowem: dla świętego spokoju, aby znajomi nie mieli tematów do plotek, a i dla perspektywy korzyści, bo przyszły teść jako gorliwy katolik, nie poskąpi kasy dla młodych, zważywszy że zależy mu na dobrych relacjach z proboszczem.
    Czysty biznes dla wszystkich, bo zainwestowane pieniądze i tak pozostaną w rodzinie.
No i na tym najczęściej kończy się ich przygoda z wiarą, bo zaspokoili oczekiwania gawiedzi niczym aktorzy odwalający chauturę i koniec.
    I tak jest do czasu, gdy będzie potrzeba zorganizować kolejną kościelną „imprezę”- chrzciny owocu ich ludzkiej miłości.
   Ale spoko (ulubione określenie życiowych luzaków!), teraz już nie muszą się stresować taką drobnostką.
    Wystarczy wizyta w kancelarii parafialnej, kasa na potrzeby kościoła i można już czynić przegotowania do sakramentalnej imprezy.
    Starannie dobrani rodzice chrzestni (najlepiej by byli z kasą ) i jeszcze inni bliscy, którzy także nie poskąpią „prezentów” dla maluszka, no i może być nawet przyjemnie.
    Później czekają jeszcze kolejne święte przerywniki naszej życiowej mnotoni: pierwsza komunia, a na koniec posiłek po pogrzebie, gdy w gronie rodzinnym można powspominać kochanego zmarłego.
    Ślub, chrzciny, pierwsza komunia, to piękne doznania wiary, które winniśmy świętować.
    One na zawsze będą naszymi szczególnymi dniami i pozostaną w naszej pamięci na zawsze.
Jeżeli jednak sakrament małżeństwa, czy uroczystość chrzcielna naszego dziecka, byłyby tylko teatralnymi rekwizytami ze spektaklu odegranego dla gawiedzi, na zawsze będą budzić niesmak i współczucie.
Kryspin

wtorek, 27 marca 2018

Antyaborcyjna czkawka



    Po jednym z artykułów „Księdza w cywilu” otrzymałem propozycję od jednego z czytelników, abym zaangażował się w działalność polityczną.
    List był obszerny i zawierał wskazówki, co miałbym zrobić, aby założyć partię polityczną katolików, wykorzystując fakt, że przecież to jest największa grupa naszego społeczeństwa, którą można liczyć w miliony.
    Pewnie mój czytelnik poczuł się trochę zawiedziony, gdy odpisując na jego postulaty, stwierdziłem, że nie zamierzam swojej przyszłości wiązać z polityką, bo zbyt mało w niej jest etycznego kreowania rzeczywistości, a za dużo amoralnego koniunkturalizmu.
    Kościół od zawsze (przynajmniej w założeniu) trzymał się z daleka od politycznych gierek i to było słuszną powściągliwością z jego strony.
    To też napisałem mojemu politycznemu entuzjaście, nadmieniając na koniec, że każdy katolik (także i on), może w Kościele realizować się w czynieniu dobra dla innych, niekoniecznie pod partyjnym sztandarem.
    Radosne „Alleluja”, którym Kościół obwieszcza światu wielkanocne zwycięstwo Chrystusa, w tym roku został u nas zakłócony falą protestu kobiet domagających się liberalizacji prawa aborcyjnego.
    Choć była to reakcja na projekt, który do sejmu zgłosiły organizacje społeczne opowiadające się za prawną ochroną życia ludzkiego od chwili poczęcia, aż do naturalnej śmierci, to uczestniczki „czarnego protestu” przemaszerowały pod kurie biskupie, uważając, że to hierarchowie Kościoła inspirują rządzących do wprowadzenia „poprawionego”, antyaborcyjnego prawa.
    Wśród rozkrzyczanego tłumu nie dominowały zbuntowane owieczki, które w ten sposób chciały wyrazić swoje niezadowolenie dotyczące restrykcyjnego nastawienia swoich pasterzy.
    Na „czarnym proteście”, w zdecydowanej większości dominowali ci, dla których Kościół już dawno przestał być rządcą sumień, albo wręcz nigdy nim nie był, i z tym trzeba się zgodzić.
   Czy to oznacza, że w tak ważnych sprawach, a kwestia aborcyjna do takich należy, hierarchowie winni nabrać wody w usta i tylko milcząco się przyglądać?
   Absolutnie nie!, bo wtedy nie realizowali by podstawowej misji Kościoła, jaką od zarania tej instytucji jest ukazywanie drogi moralnie zgodnej z nauczaniem Chrystusa, dla którego każdy człowiek (także ten, którego niektórzy określają mianem płodu...jakiej bliżej nie określonej materii, którą ni jak jeszcze nie można nazwać człowiekiem) zasługuje na szacunek i obronę.
   Tego wszystkiego nie da się jednak załatwić na skróty, a z czymś takim mamy teraz do czynienia.
   Mojemu mailowemu entuzjaście odpowiedziałem, że w Kościele jest dużo miejsca na czynienie dobra i każdy może i powinien takie działania podejmować.
   Działanie „Pro Life”, które legło u podstaw społecznego ruchu na rzecz ochrony życia, od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci, jest jak najbardziej słusznym kierunkiem, który Kościół powinien realizować.
   Nie można jednak tego dokonać „na skróty”, a tym jest z pewnością wykorzystywanie obecnej „dobrej” relacji z politycznym obozem władzy, który restrykcyjną ustawą miałby spłacić kredyt wdzięczności za przychylne poparcie w minionych wyborach.
   W Kościele jest dużo miejsca na czynienie dobra, ale jest też cała masa zaniedbań, które tenże powinien naprawić w sobie, by jego moralne przesłanie stawało się „atrakcyjne” nie tylko dla lojalnych owieczek, ale i dla tych, których krzyk sprzeciwu wcale nie musi być wrogim głosem.
   Mądrością Kościoła, od zawsze, była powściągliwość i dystans do politycznego koniunkturalizmu, i to budowało jego pozycję i podziw (nawet wrogów).
Obawiam się jednak, że to już jest tylko wspomnienie przeszłości i czekam (niestety) na kolejne ustawodawcze inicjatywy hierarchów.
   Można przecież wszystko zadekretować: Złamanie postu piątkowego- kara chłosty, dyskoteka w okresie wielkiego postu- czterdzieści dni paki(bez zawieszenia).
   Absurd? Nie takie absurdy przechodziły w naszym Sejmie.
Czemu więc nie pójść na całość?
Kryspin

wtorek, 20 marca 2018

Czy można cieszyć się z fikcji?



    Marzec tego roku obfitował w wiele ciekawych wydarzeń.
Pierwsze miało miejsce co prawda poza naszymi granicami, ale zasługiwało na odnotowanie, prezydenckie wybory u naszego wschodniego sąsiada. Niby nie była to nasza sprawa, ale zawsze z niej można wyciągnąć wnioski.
    Mnie uderzyło jedno, że po ogłoszeniu zwycięstwa kandydata, jakoś mało przywódców, z mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych państw, pospieszyło z gratulacjami.
   Tylko dziennikarze, akredytowani na tę okazję( oczywiście tylko ci z zewnątrz), poużywali sobie opisując nieprawidłowości związane z głosowaniem. Zresztą dla nikogo nie było zaskoczeniem, że takowe pojawiły się w lawinowej ilości i na nic się zdały zapewnienia, że wszystko odbyło się zgodnie z kanonami demokracji.
    To jednak nie zgasiło dobrego nastroju klakierom jedynie słusznego kandydata, którzy zadbali, i o frekwencję (gremialnie organizując pikniki wokół lokali wyborczych) i o prawidłowo postawienie krzyżyka przy nazwisku „umiłowanego ojca narodu”.
    Marzec to także szczególny miesiąc szczęścia także i w Polsce.
    Oto, po długich konsultacjach z narodem, głosem przedstawicieli pracujących mas, związek zawodowy„Solidarność” załatwił nam wolne od handlu niedziele (na razie tylko dwie w miesiącu, ale to zawsze coś).
    Dla nikogo nie było tajemnicą, że inspiratorami takiego postulatu byli przedstawiciele Kościoła, którzy w ten sposób chcieli załatwić spełnienie przykazania, nakazującego w świątecznym dniu powstrzymać się od pracy-”Pamiętaj, abyś dzień święty święcił!”
    Idąc dalej powinien on załatwić sprawę kolejnego przykazania ( tym razem kościelnego):
 „W niedzielę i święta we mszy świętej nabożnie uczestniczyć!”
    Założenie może i słuszne, ale czy znajdzie odzwierciedlenie w kościelnych statystykach?
Może wnuczek (ten od „świętego Cerfura”), na niedzielne przedpołudnie, znajdzie z rodzicami inny „kościół”, który zamiast ołtarza będzie miał na przykład biały ekran multipleksu?
    Potrzeba religijnego doznania, a takim winna być niedzielna msza, nie rodzi się sama z siebie, i nadzieja, że wystarczy wyeliminować przeszkody (tak jak chociażby niedzielne handlowanie), by na nowo zapełnić coraz bardziej puste świątynie, jest złudna.
   Podobnie się ma sprawa z religijną edukacją. Zdobycze konkordatowego porozumienia (religia w szkołach) także się nie sprawdziły, co widać po średniej wielu uczestników kościelnych zgromadzeń.
    Nie da się kupić religijnego przeżycia wiary!
A z czymś takim spotykają się młodzi ludzie, którym corocznie fundowane są dodatkowe dni wolne od zajęć lekcyjnych.
    Co prawda, pod jednym warunkiem: Będziesz uczestniczył w wielkopostnych rekolekcjach.
Nie musisz ich przeżywać, byleś był, a my (to znaczy opiekunowie-katecheci) odnotujemy to w dzienniku zajęć lekcyjnych.
    Swoją drogą zastanawiam się do jakich jeszcze „radosnych” pomysłów są zdolni nasi kochani duszpasterze?
    Aż boję się, że w przyszłym roku nasz parlament (oczywiście tak sam z siebie) przegłosuje uchwałę o dodatkowych wolnych dniach (np.trzech, i to poza urlopem) dla wszystkich pracowników, aby ułatwić im udział w wielkopostnych ćwiczeniach.
A co z niewierzącymi?
    To też się dałoby załatwić. W czasach obowiązkowej służby wojskowej już znaleziono na to rozwiązanie- palący mieli przerwę, a pozostali pracowali.
No i tak wielu, dla kilku minut wytchnienia, popadło w szpony nałogu.
    Przeżywania potrzeby religijnego doznania nie można nikomu nakazać, ani tym bardziej kupić za chwilę oddechu od codzienności.
Chyba że w tym wszystkim wcale nie o to chodzi?
Kryspin, 

wtorek, 13 marca 2018

Łapówka dla Pana Boga



    Łapówka (pot.) – korzyść, najczęściej finansowa, wręczana osobie lub grupie osób, dla osiągnięcia określonego celu, z pominięciem standardowych procedur.
    Tyle definicja określająca precedens, z którym, pomimo że powszechnie piętnowany, spotykamy się w naszym życiu nader często.
    „Jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz”-zwykli powtarzać nasi starsi, gdy stawali kiedyś przed koniecznością załatwienia czegokolwiek.
     W czasach, gdy brakowało czegokolwiek(łącznie z papierem toaletowym!), najbardziej chodliwym towarem były koperty, no bo przecież „wdzięczności przed” nie wypadało wręczać tak bezpośrednio, by „obdarowywany” nie musiał brudzić sobie rąk banknotami, których przed nim licho wie, kto dotykał.
     I tak krążyły informacje o taryfikatorach: za nogę od łózka w szpitalnej sali, za cement i pozwolenie na budowę swojego rodzinnego gniazdka, za pozytywne spojrzenie egzaminatora w trakcie studenckiej sesji itd., itd....
     Łapówka, to jednak nie jest wymysł dawnego, słusznie minionego systemu, bo gdyby wgryźć się w historię, to niejednokrotnie byśmy dokopali się przykładów załatwiania spraw poprzez wręczenie (komu trzeba) sakiewki z brzęczącymi monetami (to w czasach, gdy jeszcze nie wymyślono banknotów)
     Tak już ten świat jest urządzony, że: „jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz”, i pomimo że wszyscy zgodnie deklarują swoje obrzydzenie do takowego procederu, to poddają się jemu bez wyjątków.
     Nie inaczej jest w Kościele, gdzie „sakiewka” zdaje się być niezbędnikiem przy załatwieniu czegokolwiek.
     Pewnie jednak rozczaruję teraz część czytelników, bo nie zamierzam zajmować stanowiska na temat tego, że w Kościele wierni muszą płacić za „usługi”(pogrzeby, śluby, chrzciny), bo zaraz odezwą się ci, którzy odeprą krytykę mówiąc, że tak wcale nie jest, bo oficjalnie nie ma żadnego taryfikatora, a tylko zwyczajowe: co łaska!
    Zgadzam się z tym, że w Kościele nie ma ustalonych taryf za kapłańską posługę (niezależnie od roszczeń niektórych duszpasterzy, którzy w szufladach parafialnych biurek mają nieformalne taryfikatory)
    Powiem więcej: nawet staram się to zaakceptować opłaty za „ponadstandardowość” kapłańskich posług: dodatkowy kapłan na pogrzebie(albo kanonik zamiast wikarego), organista i chórek w trakcie uroczystości zaślubin i niech tak będzie:
    Chcesz więcej blichtru-płać ekstra!
    W Kościele nie powinno być jednak łapówek, a konkretnie chodzi mi o intencje mszalne!
Każdy kapłan ma obowiązek odprawienia co najmniej jednej mszy dziennie (z wyjątkiem Wielkiego Piątku, gdy w Kościele nie odprawia się Eucharystii).
„To czyńcie na moją pamiątkę”, tak Chrystus polecił swoim uczniom na zakończenie Ostatniej Wieczerzy i to Jego przesłanie Kościół realizuje każdego dnia poprzez posługę ołtarza.
    Jednak dokładanie do tego opłaty za intencję mszy świętej, to nic innego jak sankcjonowanie swoistej „koperty” z łapówką za załatwienie: zdanego egzaminu, powrotu zdrowia, szczęśliwych narodzin, wiecznego szczęścia i czego tam byśmy jeszcze sobie nie wymyślili, zamawiając w parafialnym biurze intencję mszalną.
    Bóg wie co jest naszą troską, o co zabiegamy i czego pragniemy, a jeżeli z naszej strony odczuwamy dodatkową potrzebę, by mu to wyartykułować, to jak najbardziej możemy tego dokonać w trakcie liturgii Eucharystycznej.
    W Kościele nie powinno być łapówek i to ostatnio potwierdził Franciszek, gdy stanowczo wyraził swoją dezaprobatę w kwestii opłat za mszalne intencje.
Kryspin

wtorek, 6 marca 2018

Wielkopiątkowy Kielich Franciszka



   I po co mi to było?”
     Pewnie wielokrotnie zadaje sobie to pytanie Bergolio, gdy kładzie się w skromnej sypialni domu św. Marty na tyłach Bazyliki św. Piotra.
    Gdyby nie zaskakująca dla wszystkich decyzja, którą ponad pięć lat temu obwieścił światu Benedykt XVI, że odchodzi na „papieską emeryturę”, on teraz też już by się cieszył świętym spokojem jako emerytowany kardynał, popijając kawkę na tarasie kawiarenki w Buenos Aires.
    Zamiast tego, każdego ranka budzi się nowymi „rewelacjami”, które przedkładają mu sekretarze i inni najbliżsi doradcy, oraz zaufani purpuraci z watykańskiej centrali.
    Nie inaczej stało się w ostatnich dniach, gdy swoją frustrację wyraziły kobiety i to te, które do tej pory wydawały się być najpewniejszym ogniwem Kościoła, zakonnice.
    Wielebne siostrzyczki, które do tej pory zdawały się być pogodzone ze swoim losem, nagle powiedziały, że mają dość!
    I nie chodzi tylko o to, że spada liczba powołań do żeńskich klasztorów, co zauważają przełożone tych zgromadzeń; ale problem tkwi w tym, że wielebne matki nie chcą już dłużej pozostawać w roli służących, przy „uroczystym” stole, gdzie zasiadają hierarchowie Kościoła.
    Kobiety długo czekały na ten czas, by mogły przypomnieć o sobie.
W świecie, który od starożytności zdawał się być wyłączną domeną męskiej siły, były skazane na drugoplanową rolę i zdawały się z tym godzić.
    Wiele czasu, setki lat musiało upłynąć, by krok po kroku zaczęły odzyskiwać podmiotowość i dokonały tego.
    Paradoksalnie sojusznikiem w ich dążeniu do podmiotowości, wielką rolę odegrał także Kościół, w którym przewijały się historie kobiet odgrywających znaczącą rolę w początku tej instytucji.
   Co prawda męscy „cenzorzy” skwapliwie marginalizowali rolę kobiet w ewangelicznych przekazach, to jednak nie do końca udało się im pomniejszyć ich zasługi przy „narodzinach” Kościoła.
   To nie tylko pokorne dotąd siostrzyczki mówią: dość i artykułują swoje oczekiwania wobec Kościoła.
   Kościół będzie coraz częściej musiał się mierzyć z głosem kobiet i to w różnych sprawach.
Niektórzy komentatorzy vatykańskiej polityki, przy tym ostatnim „buncie” niewiast w zakonnych habitach, wracają między innymi do tematu kapłaństwa kobiet.
Nie inaczej postąpił także Franciszek, uprzedzając ten powracający co jakiś czas temat, gdy w wywiadzie dla włoskiej gazety „La Stampa” stwierdził:
Owszem, trzeba zwiększyć przestrzeń dla kobiet w Kościele, ale nie bierzemy pod uwagę dopuszczenia drugiej płci do kapłaństwa. - Jest to myśl, która nie wiem, skąd się wzięła. Kobiety w Kościele winny być dowartościowane, ale nie "sklerykalizowane".
Ten, kto myśli o kobietach-kardynałach, cierpi nieco na klerykalizm”.
    Przy całym szacunku do dogmatu o nieomylności Papieża w sprawach wiary i obyczajów, ośmielam się zauważyć, że to użyte przez Franciszka określenie (klerykalizm) było nieco niefortunne.
Klerykalizm (łac. clericalis: duchowny) – dążenie do uzyskania instytucjonalnego wpływu duchowieństwa na życie społeczne, polityczne oraz kulturalne aż do podporządkowania go duchowieństwu i Kościołowi.
    Nie byłoby niedzieli Zmartwychwstania, gdyby Chrystus przestraszył się kielicha Wielkiego Piątku.
    Dobry Bóg przed Tobą Ojcze święty stawia niemniej trudny puchar decyzji dotyczących Kościoła.
Kryspin


wtorek, 27 lutego 2018

"Wybierzcie godniejszego Patrona"



    Jesteśmy obecnie w oku cyklonu, jakim stała się nowelizacja ustawy IPN, która przewiduje restrykcje wobec tych, którzy szerzyliby nieprawdę o Holokauście, i kto ponosi odpowiedzialność za wojenną tragedię narodu żydowskiego.
    Aby stanąć w obronie dobrego imienia Polski, do pana Premiera pofatygowali się ci, którym ocaleni z wojennego pogromu członkowie Narodu Wybranego zawdzięczają najwięcej: Sprawiedliwi wśród Narodów Świata, by na ręce szefa naszego rządu złożyć petycję, w której nawołują o wzajemną życzliwość obu naszych narodów(Polski i Izraela)
    Wspaniała inicjatywa pięknych ludzi, z których każdy mógłby służyć za wzór wielkiego serca, gotowego ponieść najwyższą karę (śmierć za pomoc Żydom w okupowanej Polsce) w imię miłości do drugiego człowieka.
    Pewnie podobnie myśleli uczniowie jednej ze szkół na południu naszego kraju, gdy ktoś rzucił pomysł, aby wybrali godnego patrona swojej placówki. Spośród kilku kandydatów, przytłaczającą większością opowiedzieli się z Ireną Sendlerową, legendą wśród nagrodzonych drzewkiem wdzięczności w ogrodzie Yad Vashem.
No i wtedy zdarzyło się coś, czego chyba się nikt nie spodziewał.
    Miejscowy duszpasterz wystosował do władz oświatowych list, który zamieścił także w mediach społecznościowych.
    Ksiądz Marian Piwko zaapelował w nim do mieszkańców wsi, by ci wybrali ponownie, ale tym razem „godnego patrona, który dla młodego pokolenia byłby moralnym i patriotycznym przykładem”. 
   Według zakonnika Irena Sendlerowa, "Sprawiedliwa wśród Narodów Świata”, która podczas wojny uratowała nawet 2,5 tysiąca żydowskich dzieci, nie będzie odpowiednią patronką?".
Ponieważ „przedwojenna feministka, obchodziła przed wojną rocznice rewolucji październikowej, po II wojnie światowej należała do PZPR, (...) dwukrotnie zamężna, rozwód (...) jako Żydówka była areligijna (...). Dziś zapewne podlegałaby dekomunizacji !
Irena Sendlerowa jak mało kto zasługuje na to, by być przykładem dla młodych ludzi, którym co prawda los oszczędził doświadczenia piekła wojny, ale nie zwolnił ich z konieczności dokonywania wyborów pomiędzy dobrem i złem.
  Przedwojenna feminista, kobieta szukająca nadziei w ideach głoszonych przez komunistycznych ideologów, zaniedbana w religijnych praktykach Żydówka, wyliczył skwapliwie zakonny „prokurator”.
   W tym wszystkim zapomniał jednak zauważyć, jak jednocześnie była bardo bliska Chrystusowi, choć zewnętrznie tak pozornie daleka od Niego.
Sendlerowa zachowała godność bycia człowiekiem w czasie, gdy miało to niską cenę, ale i zarazem zagrożoną najwyższą karą.
   Ona z pewnością nie była idolem dla tych, których potem określono mianem „szmalcowników”, ludzi dla których życie innego człowieka ( najczęściej Żyda) było tylko towarem, na którym można zarobić.
Jej postawa z pewnością nie pasowala także tym , którzy odwracając się od „problemu” mówili:
To nie moja sprawa, niech każdy dba tylko o swoje dobro, bo w imię czego mam się narażać?”,i zakopywali w sobie godność bycia człowiekiem, milcząco godząc się na kompromis ze złem.
   Teraz, gdy tamten czas pogardy do drugiego człowieka zdaje się być już tylko historią, przykrym jest, że nadal wśród nas jest wielu „szmalcowników” i tych, którzy odwracają się od drugiego człowieka, od jego problemów mówiąc-”to nie moja sprawa”.
Gdyby dwa tysiące lat temu, w głowach żydowskich (świątynnych) dostojników zrodził się pomysł ustalania kryteriów, kto móglby aspirować do miana Patrona, np. szkoły (były takowe przy synagogach), to Jezus z Nazaretu by takiej weryfikacji także nie przeszedł.
Kryspin

wtorek, 20 lutego 2018

Antyreligijny fundamentalista



   „Musi Pan jednak dopuścić do swojej świadomości, że Boga nie .było, nie ma i raczej nie będzie. Pan jednak uporczywie przemyca w swoich artykułach domniemanie, że Bóg to coś oczywistego i tylko człowiek podły lub niezbyt rozgarnięty może temu zaprzeczać. Posuwa się Pan w swojej pobłażliwej dobroci krok dalej, twierdząc, że to tylko błędy młodości, choroba buntu dorastania. Przejdą jak młodzieńczy trądzik. I Pan i wy wszyscy obsługujący największe oszustwo w historii ludzkości przejedziecie się na tym krowim placku. A stanie się tak dlatego, że opornie, ale cały czas ewoluuje świadomość człowieka, poszerza się wiedza.
I nie wszyscy odszczepieńcy są natychmiast karani przez Boga tragiczną śmiercią. Wielu przeżywa i głosi herezje całe długie życie. Ja właśnie do nich należę. I, jak śpiewał John Lennon w "Imagine", będzie nas coraz więcej i więcej...
W którymś momencie straci Pan ten pobłażliwy, ojcowski ton i dobre samopoczucie. I to mniemanie, że owieczki trzeba wciąż pouczać!”
    No i kolejny raz mi się dostało.
Tym razem od czytelnika, który jak sam zaznaczył: „głosi herezje całe długie życie”
    Zazwyczaj na prywatne maile odpisuję poza rubryką „Księdza w cywilu”, ale pod tym listem mogłoby się podpisać wielu czytelników, co zresztą autor nadmienia zauważając:”będzie nas więcej i więcej...”
    Kiedyś napisałem, że jesteśmy skazani na to, by być wierzącymi i nadal tak twierdzę.
Oczywiście nie można stawiać znaku równości i mówić, że wszyscy jesteśmy skazani na bycie członkami tego, czy innego wyznania religijnego, bo byłoby to uproszczenie i nietakt w stosunku do tych, którzy deklarują się jako ludzie niewierzący (kiedyś już przytaczałem dane statystyczne mówiące o tym, że prawie połowa naszej populacji opowiada się za tym, iż ludzkie życie nie ma jakiegokolwiek dalszego ciągu i śmierć jest końcem wszystkiego)
    W gronie moich znajomych, nawet przyjaciół, mam także takich, którzy niezależnie od często religijnych korzeni, teraz wyznają pogląd, że Boga nie ma. To jednak nie tworzy pomiędzy nami bariery i żadna ze stron nie prowadzi swoistej krucjaty udowadniania swojej racji.
    Spotykamy się, rozmawiamy na wiele tematów, ale szanujemy swoje przekonania. Ani ja nie zamierzam ich nawracać, ani oni nie negują mojej wiary.
Pewnie na tym mółbym zakończyć moją odpowiedź Panu „heretykowi”, gdyby nie ton jego wypowiedzi i określenia, których nigdy bym nie użył, bo po prostu tak nie uważam.
    Miarą oceny moralnego poziomu jakiegokolwiek człowieka nie może być „metka” związana z jego deklaracją światopoglądową.
Człowiek podły i niedouczony” nie jest dla mnie synonimem kogoś, kto z przekonania wyznaje materializm, i idąc dalej: uosobieniem cnót i mądrości nie określiłbym kogoś tylko dla tego, że co niedzielę pucuje kolanami kościelną ławę.
    W każdej grupie(wierzących i niewierzących) znajdują się ludzie zasługujących na szacunek, bo są zwyczajnie dobrymi, mądrymi.
Po obu stronach światopoglądowej barykady są także i niedouczeni prostacy, którzy swoje poglądy próbują narzucać innym, bo tak i już!
    Z jednym się zgodzę, że świadomość i wiedza ewoluuje i kolejne pokolenia są bardziej krytyczne w pojmowaniu rzeczywistości.
    To jednak w niczym nie podważa mojego stwierdzenia, że jesteśmy skazani na bycie wierzącymi.
Nauki empiryczne odpowiadają na wiele niewiadomych i pozwalają nam zrozumieć mechanizmy materialnego porządku, ale poza tym wszystkim są pytania: kim jestem, po co żyję, jaki sens ma cierpienie, gdzie jest kres mojego istnienia?
    Może właśnie po to jest: kościół, synagoga, meczet czy inny ośrodek religijnego wsparcia, a by tam każdy mógł uzyskać wsparcie w poszukiwaniu odpowiedzi.
    Dla kogoś deklarującego swój sceptycyzm, czy materializm, takimi doradcami są „przyjaciele mądrości”, jak od wieków określano filozofów i studiując ich dociekania, może szukać odpowiedzi.
    W moich felietonach nie stawiam się w roli kogoś, kto ma prawo zajmować się „pouczaniem owieczek”. Od tego Kościół ma swoich pasterzy: biskupów i kapłanów, którzy winni rzetelnie pomagać w szukaniu odpowiedzi na pytania dotyczące wiary.
Ksiądz w cywilu może tylko sygnalizować, że niekiedy coś jest nie tak w wypełnianiu powierzonego im zadania.
Bo chyba i w przypadku Michała, młodego gniewnego, który zdecydował się na porzucenie religijnej edukacji, coś było nie tak?
Kryspin,