poniedziałek, 11 października 2021

Idzie nowe

 


Pierwszym skowronkiem nowego zdawał się być Sobór Watykański II, który zwołał w połowie minionego wieku starzec wybrany na Piotrową stolicę w wyniku kompromisu wielkich rywali zebranych na konklawe po śmierci Pawła VI.

Jan XXIII swoją decyzją zburzył święty spokój zwolenników tradycyjnego charakteru tej instytucji i uchylił przed nią drzwi ku nowemu rozumieniu Ewangelii.

Co prawda w pamięci większości zatarły się inne istotne decyzje Soboru, a w świadomości wszystkich pozostało tylko to, że od tej chwili Kościół zdawał się przybliżyć do szeregowego wiernego poprzez wprowadzenie do liturgii języków narodowych, ale to był bardzo ważny sygnał mówiący o jego otwartości na potrzebę przyszłych reform.

Zachowując wielkość skali można by obecnie stwierdzić, że także w polskim Kościele pojawił się hierarcha o otwartym umyśle, który od chwili, kiedy z woli Watykanu został mianowany do godności biskupiej (w 2011 roku), stał się uosobieniem świeżości w spojrzeniu na potrzebę nowości na naszym bożym poletku.

Młody, póki co biskup pomocniczy w diecezji Krakowskiej, mając wnikliwą wiedzę o przejawach prostej religijności w szeregach wiernych z czasów minionych ( Jako historyk Kościoła był autorem rozprawy doktorskiej o średniowiecznej pobożności ludowej na ziemiach polskich, którą dopełnił rozprawą habilitacyjną, analizując protest Jana Husa, który wywołał w Kościele kryzys na miarę schizmy), postanowił w swoim duszpasterskim działaniu kierować się tymi doświadczeniami.

Do końca nie wiadomo, czy w uznaniu jego zaangażowania, czy w formie kary, kościelne władze od 2017 roku przydzieliły mu zarządzanie diecezją łódzką, od niepamiętnych czasów bastionem laicyzacyjnych trendów osłabiających cukierkowaty obraz naszej narodowej religijności.

Z pewnością wielu przedstawicieli naszej kościelnej konserwy z zaciekawieniem obserwowało jego orkę na tym ugorze i zadowoleniem oczekiwało na jego porażki w diecezjalnej pracy, mając w pamięci śmiałe wystąpienia nieopierzonego w latach biskupa, który wielokrotnie ośmielał się ich pouczać w trakcie cyklicznych konferencji episkopatu, kiedy powinien cicho siedzieć w ostatnim rzędzie tych mniej ważnych.

A on, jakby na przekór powszechnemu przeświadczeniu, że nie da się przeskoczyć obecnego marazmu kościelnej misji, z uporem maniaka realizował swoją wizję naprawy relacji pomiędzy Kościołem hierarchicznym, a szeregowymi owieczkami tej organizacji, co róż wszczynał nowe inicjatywy, aby zadać kłam przekonaniu, że lepiej nie wychylać się z nowościami w duszpasterskim oddziaływaniu.

Czarę goryczy swoich przeciwników przelał jednak ostatnio, kiedy na zakończenie spotkania młodych, które zorganizował w wielkiej hali stolicy swojej diecezji i ośmielił się na niekonwencjonalne podejście do eucharystii.

Ku zdziwieniu obecnych zaprosił wszystkich do tego, aby otoczyli duży stół ustawiony na środku sali i razem z zebranymi kapłanami uczestniczyli w najważniejszym fragmencie liturgii, akcie konsekracji dokonującej się w czasie mszy świętej.

Tłumacząc zebranym, że nie dokonuje się tam żadne nadużycie, przypomniał, że spełniono wszystkie wymogi, aby można było uznać to za normalną liturgię:

„Otrzymaliście przebaczenie waszych grzechów w trakcie spowiedzi, którą realizowali z wami kapłani, wysłuchaliście słowa bożego, które było kanwą rozważań przeze mnie moderowanych, więc spełniliśmy wszystkie wymogi mszalnej ceremonii”

Nie trzeba było długo czekać na reakcję kościelnej konserwy, która zarzuciła biskupowi dalece idące nadużycie, wzywając go jednocześnie do samokrytyki za niecne działanie.

No i hierarcha dokonał swoistego żalu, że ośmielił się być otwartym na nowe, ale tak nie do końca podszedł krytycznie do swojego działania, i tu pojawiła się nadzieja, że jednak w Kościele przyjdzie ten nowy czas, może wcześniej niż się to wydaje.

Kryspin

niedziela, 3 października 2021

Świadome sakramentalne: Tak!


Kiedy, najczęściej młody człowiek zapragnie uzyskać uprawnienia do prowadzenia pojazdów mechanicznych, kieruje się do ośrodka szkolenia kierowców, by tam po odbyciu szkolenia cieszyć się plastikową przepustką uprawniającą go do zasiadania w fotelu kierowcy wymarzonego auta.

Zanim jednak zostaje zaliczony w poczet kandydatów na pogromców szos, musi zaliczyć jeszcze wizytę u lekarza, który wystawia wstępną opinię, że nie ma medycznych przeciwwskazań do tego, aby prowadził pojazdy mechaniczne. Dodatkowym szczeblem sprawdzenia jego stanu zdrowia jest test psychologiczny opracowany przez fachowców od ducha, choć nie we wszystkich ośrodkach wymagany, i szkoda.

Niektóre ośrodki idą jednak dalej i w procesie edukacji przyszłych kierowców organizują dla nich odwiedziny na policyjnych parkingach, gdzie mogą naocznie poznać skutki nieostrożnej jazdy, a świadczą o niej wraki pojazdów, w których kierowcy stracili życie, bądź zafundowali sobie ciężki uszczerbek zdrowia na długie miesiące bądź nawet lata.

Przeprowadzone badania wykazały, że uczestnicy tych specyficznych wycieczek w przyszłości w znacznej mierze nie podzielają losu tych nieszczęśników z rozbitych pojazdów i bardziej rozważnie korzystają z przyjemności pokonywania kilometrów za kierownicami swoich samochodów.

Kiedy, najczęściej młody człowiek zapragnie przed ołtarzem uzyskać „uprawnienia” sakramentalnego potwierdzenia swoje miłości, udaje się w towarzystwie swojej drugiej połowy do kancelarii parafialnej, aby zapoczątkować proces, którego zwieńczeniem staje się sakramentalne: Tak,wypowiedziane przed kościelnym świadkiem ich zamierzenia.

Odwiedziny w kościelnym biurze to jednak dopiero początek ich drogi ku byciu razem, bo teraz muszą, oprócz masy papierków wymaganych przez Kościół przy takiej procedurze, zaliczyć obowiązkowy kurs przedmałżeński w trakcie którego odbywają spotkania z parafialnym „specem” od udanych związków, niekiedy dodatkowo z lekarzem (zatwierdzonym i sprawdzonym pod względem kościelnej doktryny medykiem) i w naprawdę rzadkich przypadkach z psychologiem (Także mającym odpowiednie i sprawdzone poglądy)

Na końcu tej drogi czeka ich już tylko radość tego niezwykłego dnia, na który zapraszają bliskich i dalszych krewnych, aby i oni mogli dzielić ich radość.

I na tym można by zakończyć ten laurkowy obraz, no może dodając, że żyli później długo i szczęśliwie, ale?

Rzeczywistość jednak skrzeczy i z upływem tygodni, miesięcy, a niekiedy lat sielanka mija i zaczynają się schody, których efektem stają się niekiedy bardzo nieciekawe zdarzenia, które z miłością nie mają nic wspólnego i to co zaczynało się sielankową beztroską, przeradza się w koszmar codzienności kończony najczęściej na sądowej sali, gdzie przedstawiciel temidy ogłasza koniec związku.

W takim traumatycznym dniu w najgorszej sytuacji znajdują się ci, którzy swoją nadzieję na radość bycia w związku przysięgali przed ołtarzem, bo Kościół nie dopuszcza rozwodów, a tylko nieliczni mają świadomość, że w ich przypadku może wcale nie doszło do sakramentu i można by unieważnić ten pozorny związek.

I tu mi brakuje tego, co stosuje część ośrodków szkolących przyszłych kierowców, które pokazują kandydatom skutki niebezpiecznej jazdy kończące się na policyjnym parkingu rozbitych pojazdów.

Może warto by było, aby w trakcie kursów przedmałżeńskich uczciwie informować kandydatów na katolickich małżonków o przyczynach wykluczających możliwość zawarcia małżeństwa przez niektóre osoby.

Decyzja o sakramentalnym związku to jest bardzo ważna sprawa owocująca przyszłym szczęściem, lub prowadząca do koszmaru bycia z kimś, kto nigdy nie powinien świadomie i w dobrej wierze powiedzieć sakramentalnego :Tak.

Kryspin

wtorek, 28 września 2021

Wiara ceremonialna


W opublikowanym ostatnio raporcie na temat religijności w niedalekiej od nas Holandii podano, że w skomplikowanej strukturze wyznaniowej tamtych wspólnot Kościoły chrześcijańskie grupują większość ludzi, którzy deklarują swoją wiarę w życie po życiu.

Jeżeli jednak ponad połowa Holendrów opowiada się za materialistycznym światopoglądem, w którym nie ma miejsca na wiarę w Boga, to ten obraz jawi się mało optymistycznie.

Dodatkowym problemem jest ceremonialny charakter okazywania swojej wiary, który ogranicza się do rzadkich spotkań z wiarą, najczęściej ograniczanych do bycia w świątyni przy ceremoniach chrztu, bądź przy ostatnim pożegnaniu kogoś bliskiego.

Jak podają prowadzący ankietowy sondaż, tylko niecały jeden procent wiernych deklaruje systematyczne swoje uczestnictwo w niedzielnej mszy, i owszem z przyjmowaniem eucharystii, ale bez sakramentu pokuty, który wydaje się być zbędnym dodatkiem, kiedy w trakcie nabożeństwa wierni odklepują wersety spowiedzi powszechnej, więc to wystarcza.

Kościół na zachodzie Europy generalnie jest w odwrocie i może dlatego coraz więcej świątyń zmienia swoje przeznaczenie i są adoptowane: na markety, biblioteki publiczne bądź najzwyczajniej na lokale mieszkalne.

Na szczęście u nas jednak nie jest tak źle, mógłby stwierdzić ktoś mało wnikliwy i zakodowałby sobie miraż wyjątkowości naszego bożego poletka, ale byłby w błędzie.

Co prawda zdarzają się wśród naszych duszpasterzy rygoryści, którzy żyjąc przeszłością potrafią się postawić i odmówić ceremonii pogrzebowej przysłowiowemu Kowalskiemu, bo ten za życia szerokim łukiem omijał kościelne podcienia, ale to tylko skutkuje otwartym buntem bliskich zmarłego i powoduje ich święte oburzenie z doniesieniem do przełożonych ramola w sutannie, a ci grając rolę dobrego wujka łagodzą zarzewie buntu i kierują ich do sąsiada z pobliskiej parafii, który w zastępstwie rygorysty pokropi trumnę z nieborakiem.

Polski Kościół, a ściślej rzecz ujmując, nasi wierni niechybnie także zmierzają w kierunku ceremonialnego praktykowania swojej wiary, i to jest niestety,( dla kościelnych władz) nieodwracalny trend.

W jednej z parafii dużego miasta odbywała się uroczystość chrztu nowego członka miejscowej wspólnoty i z tej okazji na rodzinną imprezę zjechali bliscy i dalsi krewni malucha, któremu w tym uroczystym dla niego dniu towarzyszyli także najbliżsi, czyli rodziciele i braciszek, który swoją chrześcijańską inicjację, choć równie nieświadomie, przeżywał kilka lat wcześniej.

Po kościelnej ceremonii( licząc także mszę poprzedzającą ten sakrament), trwającej ponad godzinę, najbardziej zadowoloną osobą zdawała się być babcia maluchów, która nie mogła ukryć zadowolenia, że starszy z wnusiów tak wzorowo przetrwał pobyt w świątyni będąc tam drugi raz, bo pierwszą wizytę zaliczył przed laty, kiedy to jemu ksiądz polewał głowę w trakcie sakramentalnej ceremonii.

Póki co polski Kościół zdaje się być pogrążony w błogim śnie i zdaje się nie zauważać tego, co puka do jego drzwi, a co w sposób nieunikniony zmieni rzeczywistość wiary wśród naszego społeczeństwa.

Młode pokolenie już nie powieli tradycyjnego podejścia do praktyk religijnych swoich rodziców, co daje się zauważyć chociażby na niedzielnych nabożeństwach, które coraz częściej przypominają zebrania żywcem wzięte ze spotkań kół emerytów, a ludzi młodych, uczestniczących we mszach, można policzyć na palcach jednej ręki.

Kryzys wiary zachodniego społeczeństwa ma w tle obojętność z którą podchodzą do tych spraw tamtejsze społeczeństwa i może jest teraz najwyższy i ostatni czas, aby tego syndromu uniknąć w naszej rzeczywistości, a za to już odpowiedzialność poniesie sam nasz Kościół, otwierając się na oczyszczenie, i nie chodzi tylko o skandale nim targające, ale o mądrość przyciągania do Boga dobrem kapłanów z powołania i hierarchów wolnych od szklanego klosza odrealnionej rzeczywistości, poza którym nie docierają do nich głosy tych, którzy są także członkami tej samej wspólnoty.

Kryspin

piątek, 24 września 2021

Młodzież nie chce religii w szkołach

 


Gdyby ktoś zdobył się na okresowe wprowadzenie eksperymentu pedagogicznego i wprowadził fakultatywność wszystkich lekcji będących dotąd obowiązkowymi przedmiotami nauczania, to mógłby się zdziwić, jak wielu uczniów skwapliwie skorzystałoby z możliwości rezygnacji z nielubianych zająć. Umysły ścisłe z radością wymazałyby ze swoich lekcyjnych planów większość przedmiotów humanistycznych, a osoby borykające się z trudnościami w przyswajaniu wzorów matematycznych wykreśliliby przedmioty ścisłe.

Nie ma co się oszukiwać, młodzi ludzie nie lubią szkoły, a jeżeli nawet z ochotą powrócili do lekcyjnych sal, to tylko po to, aby odnowić zażyłości z przyjaciółmi, i nic ponadto.

Sądzę, że na palcach jednej ręki można by wyliczyć takich pedagogów, którzy realizując edukacyjne założenia potrafią zarazić swoją pasją podopiecznych i tych należałoby pominąć oceniając efekty wyżej zaproponowanego eksperymentu.

Z pewnością w tym elitarnym gronie nie znalazłby się ksiądz katecheta dumnie kroczący po korytarzach szkoły, którego obraz nadal mam w pamięci, choć od naszego spotkania minęło już sporo lat.

Jego głupawo zadowolona mina, kiedy z dziennikiem lekcyjnym zmierzał do pokoju nauczycielskiego, została w mojej pamięci jak jakiś groteskowy obraz namalowany przez tych, którzy przy okazji ustrojowej transformacji wcisnęli do ustaleń konkordatowych lekcje religii w systemie państwowej oświaty.

Jestem z pokolenia, które wiedzę o boskim planie zbawienia dla wszystkich pobierało w przykościelnych salkach katechetycznych i pomimo tego, że upłynęło od tamtego czasu tak wiele lat, to nadal pozostał w mojej pamięci zapach tych przybytków i podniosłość jedynej w swoim rodzaju atmosfery, że zbieraliśmy się tam,bo zwyczajnie czuliśmy potrzebę lepszego poznania Tego, który ukochał nas tak bardzo, że zapragnął się dzielić z ludźmi swoją boską miłością.

Obecnie mamy do czynienia z trendem, który można by powiązać z czasem zdalnego nauczania, ale tak nie do końca jest to prawda, bo problem z nauczaniem religii w szkolnych salach pojawił się już o wiele wcześniej, o czym donosiły media, kiedy odnosiły się do swoistego buntu młodych rezygnujących z uczestnictwa w tych nieobowiązkowych zajęciach.

Przez lata był to jednak tylko lekki pomruk narastającego krytycznego stosunku młodych do niskich kompetencji zatrudnianych w szkołach religijnych edukatorów, którzy nie potrafili sprostać wyzwaniom, z jakimi przyszło im się mierzyć.

W tym roku szkolnym nastąpił już efekt śnieżnej kuli, która nabrała rozpędu i to, co do tej pory miało incydentalny charakter, teraz zaowocowało prawdziwym armagedonem, bo nie inaczej należałoby określić skalę rezygnacji młodych ze szkolnych lekcji religii.

Jeden z księży katechetów, zatrudniony w zespole szkół mieszczącym się w wojewódzkim mieście, zapytany o przyczynę tego narastającego kryzysu, stwierdził, że odpowiedzialnością za tę sytuację ponoszą sami uczący religii, bo unikając trudnych pytań, nie potrafią być obiektywnymi w ocenie tego, co powoduje krytyczny stosunek młodych wobec ciemnych spraw Kościoła.

Pewnie jest dużo racji w tym, o czym wspomniał wielebny, ale to nie wyczerpuje problemu.

Młodzi adepci edukacyjnego procesu stawiają szereg spraw w których dominują zarzuty, że nauczanie Kościoła rozmija się z codziennością, w której nieustannie są bombardowani informacjami o zdarzeniach dalece nie przystających do głoszonych idei.

Z pewnością młodzi mają wiele racji w swoim krytycznym stosunku do tych problemów, ale jest to także szansa, bo to jest głos wołający o zmianę, wytłumaczenie i pokazanie drogi, ale nie uczynią tego szkolni katecheci, którzy pozostaną w pustych lekcyjnych salach.

A może warto zrezygnować ze „zdobyczy” konkordatu w kwestii religijnej edukacji w szkolnych murach i powrócić do przykościelnych salek, aby tam spróbować odbudować nadszarpnięte zaufanie do głoszonych prawd.

Może w pobliżu bożego domu łatwiej będzie odpowiadać na najtrudniejsze pytania i odbudowywać to, co zostało zrujnowane głupawą pychą i samozadowoleniem tych, którym zabrakło pokory.

Kryspin

niedziela, 19 września 2021

Gorsze dzieci Jedynego Boga

 

„Gorsze dzieci Jedynego Boga”

Jeden z diecezjalnych włodarzy ostatnio nie wytrzymał i w trakcie niedzielnej homilii dał upust swojemu niezadowoleniu w kwestii swobodnego podejścia młodych ludzi do kwestii sakramentu małżeństwa. Hierarcha nie omieszkał wyrazić pretensji w stosunku do rodzicieli za braki należytego wychowania religijnego swoich latorośli, które coraz częściej pomijają błogosławieństwo ołtarza, decydując się na wspólne życie z ukochaną osobą.

Aby nie było tak monotematycznie, swój gniew skierował także w stosunku do lokalnych duszpasterzy, którzy po wielokroć wykazują się także zbyt małym zaangażowaniem w promowaniu małżeńskiego sakramentu.

Trudno nie odnieść wrażenia, że głos niezadowolenia hierarchy był czymś co można by określić wołaniem na puszczy, bo już od dobrych kilkunastu lat Kościół musi się mierzyć z brakiem pokornego stosowania się wypasanych owieczek do odwiecznych kanonów, które już nie mają dla nich takiej wagi i często obierają drogę swojej przyszłości bez tego, co dola pokolenia ich rodziców zdawało się być nieodzowne.

Problem wolnych związków lansowanych wśród młodych, to nie jedyny zgryz Kościoła, bo przecież nie tylko oni wybierają życie na marginesie sakramentów i nie tylko oni dokonują tego świadomego wyboru, bo obok nich staje rzesza innych „wykluczonych” z niedzielnej komunii, którym rodzinne życie się pokopało i z nowymi partnerami próbują realizować swoje pragnienie miłości.

Póki co Kościół stoi twardo na stanowisku, że takich wiernych traktuje jak odszczepieńców i odmawiając im prawa do pełnego uczestnictwa w życiu sakramentalnym, łaskawie godzi się na swoistą protezę i pozwala im na udział w niedzielnych eucharystiach jako obserwatorom stojącym gdzieś w podcieniach kościołów, i nic ponadto.

Co prawda coraz częściej odzywają się głosy zwolenników wyjątkowego dopuszczania takich nieboraków i dopuszczania ich do sakramentu ołtarza chociażby z racji wyjątkowych okoliczności, przy okazji ważnych wydarzeń religijnych dotyczących ich bliskich(komunia pociechy, czy pogrzeb najbliższej osoby), to jednak jak dotąd są zbyt słabe, albo słabi są sami zwolennicy tych nowości.

Nie dla wszystkich jednak Kościół stosuje taką samą restrykcyjną zasadę, bo dla „znajomych królika” otwiera drzwi umożliwiające obejście zakazów, co zdarza się chociażby w przypadku unieważniania już raz danego słowa przed ołtarzem.

Z przedziwnej „furtki”dotyczącej pełnego uczestnictwa w sakramencie eucharystii mogą skorzystać także sami słudzy ołtarza, kapłani sprawujący niedzielną eucharystię.

Wyobraźmy sobie, a nie jest to takie wyjątkowe zdarzenie, że wielebny w sobotni wieczór uległ pokusie i spędził upojne chwile z osobą, którą darzy zakazanym uczuciem i w niedzielny poranek musi się zameldować się przy ołtarzu.

Ze względu na zachowanie pozorów, Kościół dozwala mu na sprawowanie sakramentu i niejako post factum zobowiązuje go tylko do sakramentu spowiedzi, aby oczyścił się z popełnionego grzechu.

A wszystko po to, aby uniknąć zgorszenia i ucięcia spekulacji ze strony owieczek, które mogłyby domyślić się, że w intymnym życiu ich przewodnika nie wszystko było ok.

Przed jednym z kościołów zawisł niedawno baner, który stał się hitem internetu:

„Nie zaglądam innym do portfela, łóżka i sumienia”

Dla ścisłości należy zauważyć, że umieścił go proboszcz kościoła należącego do parafii polsko -katolickiej, czyli wspólnoty, której historia zamyka się w ostatnich kilkudziesięciu latach i daleko jej do liczonej w wiekach historii rzymsko-katolickiego giganta.

Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że w tym banerze zawiera się mądrość, po którą prędzej czy później będzie zmuszony sięgnąć także nasz katolicki Kościół, i z pewnością spotka się wtedy z takim samym entuzjastycznym przyjęciem wszystkich, którzy pragną żyć przekonaniem, że nie są tylko gorszymi dziećmi Jedynego Boga.

Kryspin

poniedziałek, 6 września 2021

Nie wolno niszczyć korzeni

 

Kardynał Wyszyński, którego Kościół po czterdziestu latach procesu kanonicznego zdecydował się wynieść na ołtarze, w trakcie swojej posługi wypowiedział znamienne słowa o walce, z jaką musi się mierzyć nasze społeczeństwo, aby zachować narodową tożsamość:” Będą atakowały nas siły, którym będzie zależało na tym, aby zniszczyć nasz naród, a początkiem ich działania będzie zdecydowany atak na Kościół”.

Te słowa jednego z największych mężów stanu, jakim bezsprzecznie był Prymas Tysiąclecia, przez lata zdawały się być tylko swoistym memento, które we współczesnym świecie zdawać by się mogły mało realne.

Po obaleniu totalitarnego reżimu, w którym dane nam było żyć od zakończenia II Wojny Światowej, rzeczywistość wolnej Polski zdawała się być najpewniejszym gwarantem dla swobód, także i tych dotyczących wolności wyznania także.

No może z niepokojem odnosimy się do kryzysów targających ościenne cywilizacje Bliskiego Wschodu, bo w ich wyniku co rusz doświadczamy kolejnych fali migracji, w których ludzie dalecy nam kulturowo i wyznaniowo także, próbują szukać swojej przyszłości na obcej dla nich ziemi.

Niepokoje większości próbują studzić zwolennicy wielokulturowości, którzy lansują tezę, że nawet ileś set tysięcy uchodźców nie zaszkodzą milionom rdzennej ludności poszczególnych państw starej Europy, a ileś tysięcy młodych rąk może zażegnać niedobory na naszym rynku pracy.

Pewnie nie do końca mają rację entuzjaści zapraszania do naszej rzeczywistości tychże nieszczęśników, bo rzeczywistość wcale nie jest tak jednoznacznie pozytywna, o czym mówią rdzenni mieszkańcy europejskich miast, którzy są przerażeni kulturową obcością przybyszów, wcale nie zamierzających okazywać wdzięczności za dar serca zapraszających.

Mnie zastanawia pewien fakt związany z emigracyjną falą uchodźców, którym przecież daleko bliżej by było szukać swojego bezpiecznego miejsca do życia w ościennych i zamożnych krajach arabskich, w których jednak nikt im nie proponuje pomocnej dłoni, a szejkowie swoją wrażliwość ograniczają tylko do petrodolarów, za które są gotowi stawiać meczety w europejskich azylach dla wyznawców Allacha.

To w nader jaskrawy sposób tłumaczy intencje obliczone na swoistą „ewangelizację” islamu, który zamierza w ten sposób wyautować chrześcijańską historię Europy, a to winno budzić niepokój.

W tym kontekście musi budzić niepokój ostatnia wypowiedź prominentnego posła partii opozycyjnej, który założył konieczność „opiłowywania” z przywilejów katolików w naszej rzeczywistości licząc jednocześnie na to, że w ciągu najbliższych lat staną się mniejszością w naszej ojczyźnie.

Podsumowując swoje sugestie dodał, że będzie to słuszna kara za przyjaźń z obecnie rządzącymi.

Pewnie, że można te słowa opozycyjnego posła wpisać w element walki politycznej, bo nie każdemu musi się podobać obecna władza, ale w tych stwierdzeniach wybrzmiało coś dalece bardziej niebezpiecznego, o czym mówił przed laty Prymas Wyszyński z troską wypowiadając się na temat przyszłości naszego narodu.

Kościół z pewnością ma wiele ciemnych stron z którymi musi się mierzyć, ale stawianie znaku nadziei na jego marginalizację, to podcinanie korzeni zasług, którymi przez stulecia był gwarantem naszej tożsamości narodowej i depozytariuszem polskości.

Proces laicyzacji z pewnością odciśnie swoje piętno na religijności naszego społeczeństwa i pewnie już nic nie będzie takie jak do tej pory, i z tym przyjdzie się mierzyć nam wszystkim.

Naszą narodową tożsamość w równym stopniu budują ludzie blisko związani z wiarą, jak i ci, którzy otwarcie deklarują „wolność” od chrześcijańskich korzeni, ale dla wszystkich winna być jedna troska i najważniejsza powinność: pielęgnować w sobie świadomość, że najważniejsza jest ta, którą nazywamy naszą ojczyzną, czyli Polska, a to można budować tylko w poczuciu wzajemnego poszanowania.

Kryspin

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

"Przebacz mnie"

 

Kiedy Pietrek, jeden z niezapomnianych bohaterów kultowego „Rancza” wpadł na pomysł, aby stworzyć w internetowej telewizji Wilkowyje program „Przebacz mnie”, z pewnością nie przewidział jak trudnego się podjął zadania.

Co prawda trochę podstępnie nakłonił do udziału w nim zwaśnione od lat ze sobą sąsiadki, ale nie docenił jak trudnym jest otwarcie przyznanie się do swoich słabości i do tego na forum publicznym.

Przyznanie się do błędu, do niekiedy latami skrywanej niegodziwości, z pewnością nie jest czymś łatwym, o czym dane jest nam zauważać chociażby obserwując naszą codzienność.

Człowiek w swojej naturze pielęgnuje wstyd przed praniem swoich brudów i woli przyjąć metodę na przeczekanie, licząc na to, że może wstydliwa wpadka jakoś sama przyschnie, a jeżeli nie, to watro chociażby przesunąć w czasie ujawnienie krępującej prawdy.

Z pewnością nie jest łatwo stawać w prawdzie z samym sobą i jeżeli już musimy dokonywać tego swoistego samooskarżenia, to paradoksalnie najłatwiej jest nam ukorzyć się w ciszy konfesjonału, bo wtedy nie narażamy się na konieczność upublicznienia małych i większych świństewek.

Ksiądz wysłucha, może kilkoma zdaniami nas pouczy i nas tym koniec.

No może zada nam jeszcze symboliczną pokutę i sprawa odfajkowana.

Sakrament pojednania to taka szansa na wypranie naszego sumienia, ale tylko wtedy, kiedy spełnimy podstawowe warunki jego skuteczności.

W bezrefleksyjnie klepanej formułce, którą zwykle zaczynamy nasz rozrachunek, stwierdzamy, że bardzo zgrzeszyliśmy przeciwko Panu Bogu, i zaraz potem przystępujemy do wyliczanki mniej lub bardziej istotnych zaniedbań względem Niego.

Mało kto zastanawia się nad tym, że katalog naszych zaniedbań względem Najwyższego tak naprawdę niewiele znaczy, bo Bóg nigdy nie może być dotknięty naszym złem, co najwyżej może przeżywać zasmucenie naszą niegodziwością.

Chrystus w swoim nauczaniu po wielokroć przypominał inną istotną sprawę, która wyznacza ramy naszego godnego życia: „Wszystko, co żeście uczynili jednemu z braci najmniejszych, toście i mnie uczynili(Mt 25, 31)”

Co prawda Ewangelia odnosi te słowa do wagi uczynków miłosierdzia, to jednak szerzej ujmując mówi także o naszych uczynkach nie przynoszących nam chluby także.

Wracając do sakramentu pojednania możemy poczuć wagę potrzeby naprawienia krzywd wyrządzonych względem każdego człowieka, którego Bóg postawił na naszej drodze.

To zaś zawiera się w prostocie słów: wybacz mi, które winny być stałym, koniecznym elementem nawrócenia.

Ostatnio otrzymaliśmy kolejną informację w kwestii kar kościelnych, którymi Stolica Apostolska ukarała kolejnego naszego hierarchę.

To bardzo przykra informacja, bo dotyczy ukrywania przez kolejnego biskupa pedofilii w szeregach powierzonych jego nadzorowi kapłanów. Sprawy dotyczą ekscesów sprzed ponad dwudziestu lat i w nikłym stopniu naprawią zło, które zadziało się, bo zabrakło prostego słowa przepraszam, które wypowiedziane w odpowiednim czasie mogłoby mieć zupełnie inne brzmienie.

Każda taka ukrywana niegodziwość z biegiem lat rodzi coraz większe poczucie krzywdy wśród ofiar i świadczy o tym, że tracą one, niekiedy już na zawsze, zaufanie do prawdy głoszonej z kościelnej ambony.

Swoją drogą zastanawiam się, czy doczekam chwili, kiedy kolejny hierarcha z ubabranym sumieniem zdobędzie się na odwagę i publicznie przeprosi za swoje zaniedbanie nie czekając na kolejne watykańskie śledztwo.

Odwaga stawania w prawdzie wobec siebie samego cechuje tylko prawdziwych liderów i tylko oni są zdolni do uznania swoich przewin wobec choćby najmniejszych ze swoich braci.

Kryspin

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Gdy nadejdzie czas normalności

 


Gdyby ktoś nie zauważył, to ostatnie dni sierpnia zwiastują koniec beztroskiego lata.

To było szczególne lato, bo po okresie pandemicznego zamknięcia nareszcie mogliśmy poczuć smak uwolnienia się od zakazów, co zaowocowało tłumami spragnionych oddechu rodaków, którzy oblegli kurorty i inne skrawki przeznaczone na wyczekiwany odpoczynek.

Teraz przyjdzie nam powrócić do normalnej szarzyzny z obowiązkowym początkiem roku szkolnego, czy pracy już nie zawsze zdalnej.

Na wielki powrót do normalności liczą także nasi spece od ludzkich dusz, choć chyba nie do końca wierzą, że uda im się odbudować pielęgnowany przez lata zwyczaj systematycznych praktyk religijnych powierzonych ich opiece owieczek, co dało się zauważyć w ostatnim wystąpieniu przewodniczącego naszego Episkopatu, który jak gdyby partycypując nadchodzący trudny czas dla kościelnej dominacji, w otwarty sposób wyraził żal, że władze zbyt rygorystycznie potraktowały potrzeby duchowe Polaków, wprowadzając na długie miesiące chociażby ograniczenia dotyczące praktyk religijnych w naszych świątyniach.

Arcybiskup pominął zupełnie inny problem, który dotknął nasze życie wiary i wcale nie był on związany tylko z szalejącym wirusem.

Przez ostanie kilkanaście miesięcy byliśmy wręcz bombardowani co rusz nowymi doniesieniami o niskim morale tych, którym winniśmy ufać jako przewodnikom po wertepach drug wiary, i to skrzętnie wykorzystywały środowiska dalece nieprzychylne Kościołowi jako takiemu.

Czterdzieści lat temu żegnaliśmy w Warszawie ostatniego prawdziwego Księcia polskiego Kościoła, Prymasa Tysiąclecia, jak za jego życia go określono, kardynała Wyszyńskiego. Dane mi było uczestniczyć w jego pogrzebie, który stał się wielką manifestacją wiary i ten obraz pozostanie w mojej pamięci już na zawsze.

Teraz dane nam będzie ponownie doświadczyć bliskości jego wielkości w trakcie uroczystości beatyfikacyjnej, którą Kościół ponownie złoży hołd dla jego nieocenionych zasług.

Okres posługi wielkiego Kardynała z Warszawy przypadł na chyba najtrudniejszy okres dla wiary narodu i dzisiejszym określeniem, które najtrafniej mogłoby określić tamten, przecież tak nieodległy czas, to pandemia nienawiści obliczona na złamanie wiary w Polakach.

Dzięki mądrości roztropnego Pasterza potrafił nas przeprowadzić przez te długie lata tamtejszej pandemii i pomógł zachować w narodzie płomień wiary.

Trochę mi żal, że wśród obecnych hierarchów, którzy przecież w znakomitej większości pamiętają czas Wielkiego Prymasa, zatarł się w pamięci przykład dobrego pasterza i w swoim posługiwaniu nie czerpią z niego wzoru, a to przecież jest swoiste antidotum na współczesną duchową pandemię, która skutkuje osłabieniem wiary.

Po okresie narodowego lockdownu powoli powrócimy do normalnego życia i wszystko będzie się zdawało być jak dawniej, ale w wielu z nas pozostanie rodzaj traumy straty.

Dla jednych będzie to strata zdrowia, które jeszcze przez długie miesiące będzie przypominało o tym, że dawny stan może już nigdy nie wróci.

Inni latami będą wspominać tych, którzy przegrali walkę z covidem i na zawsze odeszli, a jeszcze inni, i tych może być nadzwyczaj dużo, będą na nowo szukali swojej drogi wiary, bo w minionych miesiącach ich dawna pewność drogi gdzieś się rozmyła i to nie zawsze z ich winy.

Choć na wiele naszych po pandemicznych zmór będziemy szukali wsparcia u koncesjonowanych psychologów, to na poranione zawiedzeniem dusze wielu będzie zmuszonych do szukania pomocy u speców od duchowości wiary i to będzie największy sprawdzian dla rzeszy kapłanów.

Wierzę w to, że wielu duchownych zda ten egzamin z duszpasterskiej troski, ale wiem także, że prawdziwą siłą każdej formacji jest charyzma przywódców, a tu już moja ufność jest ograniczona, choć nie wyobrażam sobie, by spośród ponad stu członków episkopatu nie znalazło się chociażby kilku, którzy sprostają misji dobrego pasterza.

Innej alternatywy dla dobrej przyszłości Kościoła nie widzę.

Kryspin

niedziela, 15 sierpnia 2021

Pielgrzymkowy sierpień

 


Miesiąc sierpień od dawna kojarzymy się większości katolików z manifestacją religijności wyrażanej trudem pieszego pielgrzymowania do naszego narodowego sanktuarium na Jasnej Górze.

Pierwszą historycznie udokumentowaną pielgrzymką do stóp Jasnogórskiej Pani była ta zorganizowana w roku 1626 z niedalekich Gliwic, kiedy to mieszkańcy tego miasta postanowili w ten sposób podziękować za cudowne ocalenie przed wojakami duńskimi w czasie wojny trzydziestoletniej.

Pewnie trudno byłoby potwierdzić historię jej interwencji, według której całe miasto otuliła swoim płaszczem niwecząc wrogie zapędy agresorów i w konsekwencji przyczyniając się do ich wstydliwego odwrotu, ale wraz z upływem lat stała się istotnym przekonaniem o nadprzyrodzonej obronie.

Początek największej pieszej wyprawy do stóp cudownego obrazu z paulińskiego klasztoru, to rok 1711, kiedy to pątnicy wyruszyli z Warszawy wypełniając ślubowanie wdzięczności za cud powstrzymania zarazy, która wtedy pustoszyła stolicę Polski.

W sierpniu z około 80 miejsc zmierzają corocznie pątnicy, aby wspólnie przeżywać dni trudu podejmowanego z pobudek religijnych i po kilku lub nawet kilkunastu dniach marszu kończą go przekraczając bramę najsłynniejszego na naszych ziemiach maryjnego sanktuarium.

Bezsprzecznie trzeba oddać szacunek tym, którzy nie bacząc na często kapryśne warunki atmosferyczne, znosząc niewygody drogi i opatrując bolące bąblami odparzeń stopy, nie ustają w swoim postanowieniu i wytrwale zmierzają do celu tej jedynej w swoim rodzaju drogi.

Idea pielgrzymowania nie jest czyś nowym, czy tylko zarezerwowanym dla pobożności katolików, bo podobnie manifestują swoją wiarę prawosławni odbywając swoje drogi wiary do miejsc szczególnego i ważnego dla nich kultu.

Nie inaczej jest z wyznawcami innej wielkiej monoteistycznej religii, którzy wręcz zobligowani są do odbycia w swoim życiu choćby jednej pielgrzymki do Mekki, aby tam doznawać pełnego oczyszczenia i zasłużyć na wieczne zbawienie.

Wracając do naszych pielgrzymek, trudno nie odnieść wrażenia pewnej elitarności grona osób, które niekiedy z tych sierpniowych dni uczynili swoisty, corocznie powtarzany rytuał i nasty raz zaliczają znaną od lat trasę.

Obok aktywnych uczestników tej formy religijności pozostaje zaś cała rzesza obserwatorów, mieszkańców miasteczek i wiejskich przysiółków, którzy niekiedy otwartością serc starają się wspierać tych aktywnych, częstując ich prostymi posiłkami czy oferując chociażby miejsce do spania.

Nie można także pominąć tych niezadowolonych, którzy corocznie przeżywają katusze, nawet wyolbrzymiając niedogodności wynikające z przejścia grupy pielgrzymów i corocznie karmią tym swoje niezadowolenie.

Na osobną i to uzasadnienie naganną ocenę, choć mam nadzieję, że dotyczy to znakomitej mniejszości uczestników tych swoistych rekolekcji w drodze, zasługują ci, którzy w trakcie tych dni są spragnieni wrażeń i doznań dalekich od przesłania tego czasu, jak chociażby młody człowiek, który co prawda zastrzegł sobie anonimowość, to jednak nie omieszkał okazać zachwytu nad swoimi wspomnieniami z pielgrzymkowego szlaku:

-”Najbardziej bawiły mnie przygody z dziewczynami i wieczorne balangi zaprawiane alkoholem oraz poranki, kiedy to każdego dnia budziłem się obok nowej „miłości”

Pewnie teraz czytelnik systematycznie śledzący „Księdza w cywilu” powróci pamięcią do artykułu stawiającego pytanie: czy pielgrzymki to wyraz religijności, czy kolejny sposób na realizację kościelnego biznesu, i zada pytanie:

- Czy jestem za, czy przeciw?

Moja odpowiedź nie zmieniła się i zachęcam do rozdzielenia „interesów”szeregowych pielgrzymów od biznesowego kalkulowania niektórych organizatorów tych religijnych skądinąd wydarzeń.

Kryspin

wtorek, 10 sierpnia 2021

"Fenomen" Pięciu Przykazań Kościelnych

 


Przykazania kościelne – ustanowione przez władze Kościoła katolickiego normy postępowania dotyczące uczestnictwa w życiu kościelnym, zwłaszcza liturgicznym. Należy je rozumieć jako swego rodzaju wzmocnienie, zabezpieczenia życia Chrystusa, jego Ducha – daru otrzymanego na chrzcie i w Eucharystii – w życiu Kościoła i poszczególnych jego członków. Obowiązywanie tych zasad wynika z wiary katolików w otrzymaną od Chrystusa misję biskupów, polegającą na nauczaniu i kierowaniu wspólnotą kościelną wierzących.

Tyle możemy przeczytać w instrukcji postępowania wyznaczającej drogę ku wiecznemu szczęściu szeregowym wiernym, i tu rodzi się pytanie, a może cały szereg pytań o szczerość tych, którzy te przykazania ustanowili.

Trudno nie odnieść wrażenia, że te zasady zostały wprowadzone tylko po to, aby umocnić władzę hierarchów nad wiernymi, bo przecież ni jak nie tworzą one bazy świadomego przeżywania wiary i nie tworzą pewności, że nasze codzienne dobre postępowanie pozwoli nam zasłużyć na zbawienie.

Pominę sprawę pierwszego przykazania, które niejako a priori przymusza do systematyczności w zaliczaniu niedzielnych odwiedzin w kościele, bo przecież trudno negować wartości jaką niesie w sobie Eucharystia, będąca swoistym zwieńczeniem naszej wiary w zbawczą moc ofiary Chrystusa, kiedy naszą systematyczną obecnością w trakcie sprawowania liturgii potwierdzamy nasze zawierzenie Jego miłości.

Ni jak nie potrafię jednak zrozumieć sensu przykazań nr 2 i 3 mówiących o minimalnej intensywności naszego duchowego życia, kiedy Kościół nakazuje wiernym spowiedź raz do roku i przyjecie komunii świętej w takim samym wymiarze, tylko z uściśleniem, że należy ją zaliczyć w okresie wielkanocnym.

Ograniczenie życia w łasce uświęcającej – koniecznym stanie do osiągnięcia zbawienia, do jednego z 365 dni w roku, to rodzaj swoistej rosyjskiej ruletki, którą rekomenduje Kościół swoim owieczkom.

Czym to jest podyktowanie, bo przecież wieczne szczęście powinno być celem każdego wierzącego, a taki minimalizm w obowiązkach dotyczących duchowego życia rekomendowany przez kościelne władze wcale nie zabezpiecza: „życia Chrystusa, jego Ducha w życiu Kościoła i poszczególnych jego członków”, jak głosi przytoczona powyżej definicja?

Odwołując się do końcowych ustaleń tłumaczących potrzebę Pięciu Przykazań Kościelnych, w których jest zawarta istota misji biskupów, jako nauczycieli i kadry kierowniczej mającej nauczać i kierować kościelną wspólnotą wierzących, trudno jest się doszukać ich roli jako przewodników ukazujących drogę zbawienia, bo ich aktywność zdaje się być ograniczona li tylko do nadzoru nad ziemskim aspektem tej organizacji.

Idąc dalej, można zastanowić się po co są także przykazania 4 i 5, kiedy pierwsze z nich mówi o formie pokutnej powstrzymywania się od pokarmów mięsnych w wyznaczonych przez tych samych hierarchów dniach tygodnia, kiedy z przyczyn wszelakich nawet proboszcz parafialny może zawiesić obowiązywanie tego nakazu.

Na kuriozum zakrawa zaś przykazanie piąte zmuszające wiernych do sięgania wgłąb swoich kieszeni, aby zabezpieczyć sprawy ekonomiczne kościelnych struktur.

Jest to zapewne przypomnienie owieczkom, że kościelna taca to nie wymysł pazernego proboszcza, a zwyczajny wyraz troski wiernych i umożliwienie im spełnienia bądź co bądź przykazania, choć tylko kościelnego, ale jednak.

Może warto by było jednak powrócić do korzeni, kiedy Chrystus nauczając zostawił nam jedno przykazanie, które w swojej istocie zawiera wszystkie wartości i ukazuje prostotę drogi ku zbawieniu, wiodącej przez miłość do drugiego człowieka i uwielbienie w niej doskonałej miłości Boga do każdego z nas.

Kryspin

niedziela, 1 sierpnia 2021

To musi przerażać

 


„Dane, które muszą przerażać”- od tych słów rozpoczął swoją relację dziennikarz informujący o pierwszym obszernym raporcie państwowej komisji zajmującej się badaniem zjawiska pedofilii w naszym społeczeństwie.

Rozpoznając zgłoszone przypadki wykorzystywania seksualnego nieletnich, a może raczej trzeba by powiedzieć- małych dzieci (najmłodsze ofiary zwyrodnialców miały zaledwie kilka miesięcy), przedstawiciele komisji poinformowali, że najwięcej takich zbrodniczych dewiacji dokonało się za przyczyną osób najbliższych: rodziców, konkubentów, czy innych bliskich krewnych ofiar, co w suchych liczbach dało ponad 35% wszystkich przestępstw.

Drugie miejsce na tej liście hańby, z niewielką stratą odnotowali ludzie w sutannach, którym zarzucono ponad 30% udowodnionych przestępstw o charakterze pedofilskim, i pewnie tę grupę miał na myśli podający do publicznej wiadomości ustalenia komisji, bo to musi budzić przerażenie!

Czy jednak tak jest w istocie?

Próżno by było szukać jakiegokolwiek komentarza, choćby jednego zdania ze strony Episkopatu, który przecież powinien poczuwać się do odpowiedzialności za dewiacyjne skłonności swoich podwładnych.

Pewnie, że można bronić się argumentując, że przecież te ustalenia świeckiego gremium niewiele wnoszą do sprawy, kiedy w Kościele od kilku miesięcy działa podobna komisja i nawet poczyniła większe postępy, bo za jej przyczyną kurialni włodarze już kilkoro duchownych pozbawili prawa do noszenia duchownego stroju, a innym, którzy byli jedynie na tyle nieostrożni, że nie sprawdzali metryk zapraszanych na kościelne seks-domówki gości, znacząco pogrozili palcem i ewentualnie zmienili im miejsca kościelnej posługi.

Zero reakcji, jakby za tymi liczbami nie było już nic więcej, a przecież każdy z tych przypadków naznaczony jest cierpieniem i traumą upodlenia, która będzie kaleczyła psychikę ofiary do końca jej życia.

A może kościelne gremia milczą, bo przyjmowana dotąd linia obrony, że odsetek pedofilskich przestępstw wśród duchownych jest porównywalny z tymi przypadkami wśród przedstawicieli innych profesji, zwyczajnie okazała się ślepą uliczką, bo tak nie jest!

Aż boję się przypuszczać, że milczenie Kościoła po ustaleniach raportu państwowej komisji do sprawy pedofilii to zwyczajny cyniczny zabieg obliczony na przeczekanie, w myśl przysłowia, że psy poszczekają, a karawana i tak pójdzie dalej.

To wszystko mnie przeraża i rodzi niepokój, czy dalekim od prawdy jest znany w Polsce ksiądz profesor, który po publikacji w niemieckim piśmie teologicznym swojej wypowiedzi na temat roli ”tęczowej mafii” w działaniach Kościoła, zapracował sobie na błyskawiczny wyrok sądowy skazujący go na wysoką grzywnę, z ewentualną zamianą na trzy miesiące więzienia.

Zajadłe działanie dotkniętych jego pytaniami, dodatkowo poparte usłużnym działaniem niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, któremu zapytania o gejowskie lobby w Kościele wystarczyły do wydania decyzji piętnującej rzekomy atak na równość różnych orientacji seksualnych w społeczeństwie, doprowadziły do absurdu prawnego, który opowiada się po jednej ze stron.

I nic to, że „bohaterami” gejowskiego i pedofilskiego lobby stali się znani celebryci w sutannach, którzy swoim postępowaniem wyrządzają największe zło Kościołowi; karawana ma iść dalej, a psy można, z pomocą możnych przyjaciół, uciszyć.

Obawiam się, że milczenie Kościoła po raporcie wstydu, z którym zaznajomili nas członkowie państwowej komisji do spraw pedofilii, obliczone jest na to, że z pomocą możnych przyjaciół uda się wyciszyć szczekanie „psów”, a reszta bożej trzódki i tak nigdy nie podnosi głosu i przyjmuje za dobro każdy chłam, choćby ten ociekał krzywdą ofiar.

No właśnie, mam nadzieję, że tym razem Kościołowi nie uda się „usprawiedliwić” tego, czego ni jak usprawiedliwić nie sposób.

Kryspin

poniedziałek, 26 lipca 2021

Nieprzejrzystość finansowa Kościoła karmi mity o jego bogactwie

 


„Nasz proboszcz wyznaczył obowiązkowy haracz, który są zobowiązani uiścić rodzice dzieci przystępujących do pierwszej komunii. My się na to nie zgadzamy, dlatego przekazaliśmy do kurii otwarty list protestacyjny przeciwko takim praktykom, ale jedynym co uzyskaliśmy, to lakoniczną odpowiedź, że zwierzchnicy tegoż gospodarza parafialnej trzódki nie mogą ingerować w decyzje miejscowego proboszcza, a wspólnota winna aktywnie uczestniczyć w kosztach związanych z godnym przygotowaniem parafialnej uroczystości...”

To jeden z wielu przykładów niezadowolenia części wiernych, których uwiera fiskalizm związany z duszpasterskimi praktykami wiążącymi sprawowanie sakramentów ze swoistymi taryfikatorami tychże.

Pewnie, że prawda wcale nie jest taka oczywista i można powiedzieć, że przecież wszystko kosztuje:

-przystrojenie kościoła przy okazji parafialnej uroczystości,

-opłacenie osób zaangażowanych przy ceremonii,

-opłaty mediów i innych kosztów, które są nieuniknione w takim przypadku, to wystarczające powody, aby poprosić o partycypowanie w tych wydatkach także tych, których te wydarzenia dotyczą.

To jednak nie wyczerpuje problemu, który wydaje się być tak starym jak sam Kościół, a jest nim nieprzejrzysty system finansowy, jaki od wieków wydaje się być czymś „normalnym”.

Przez długie lata utrwalił się pogląd, że Kościół ma się nadzwyczaj dobrze i posiada nieprzebrane dobra, które pozwolą mu przetrwać nawet największe przeciwności. To jednak nie do końca jest prawdą, o czym już kiedyś pisałem w artykule o kieszeni proboszczów.

Owszem, w naszej rzeczywistości jest wiele zasobnych wspólnot parafialnych, ale są i takie poletka, w których proboszczowie na co dzień borykają się z niedostatkiem.

Mój kursowy kolega na początku swojej proboszczowskiej samodzielności trafił na taki kościelny „ugór”, parafię małą i do tego pozbawioną perspektyw na lepsze jutro. Większość mieszkańców tej miejscowości miało przeszłość popegeerowską i sami musieli mierzyć się z biedą, która odbierała im nadzieję na lepsze jutro, więc trudno było liczyć na głęboką kieszeń w realizacji troski o parafialny dostatek ich proboszcza.

-„Gdyby nie pomoc rodziców, którzy zwyczajnie mnie dożywiali, nie wiem jak bym podołał”-stwierdził mój dawny kolega, i ja mu uwierzyłem.

-Ale przecież Kuria wiedziała o twoich kłopotach-zapytałem z nadzieją, że ze strony przełożonych mógł liczyć na wsparcie.

-”Zapomnij, oni są głusi i ślepi na twoje problemy, więc musisz radzić sobie sam”-dokończył z goryczą w głosie.

A przecież mogłoby być zupełnie inaczej, co zasygnalizowałem w „Zatroskanej koloratce” przytaczając słowa wywiadu z proboszczem, który wyjaśnił zasady działania jego parafii, w której wszystkie wpływy przekazywane były do kurialnej kasy, aby w efekcie powrócić do parafii w formie budżetowej dotacji.

Pracownicy tej wspólnoty, w tym duchowni, byli na pensji, wydatki na parafialne działania finansowane były z kościelnego funduszu, a biedniejsze wspólnoty mogły ze spokojem realizować swoje zadania nie narażając na drenaż kieszeni ubogich parafian.

Przejrzystość finansowa parafialnych wspólnot z jasnymi danymi o wpływach i wydatkach tychże, to jeden ze sposobów, aby mity o bogactwie proboszczowskiej kieszeni odeszły w zapomnienie i jednocześnie szansa na to, aby już nikt nigdy nie czuł się wykorzystywany przez pazernego włodarza parafialnej trzódki.

Póki co to jednak wywiad z „Zatroskanej koloratki” był tylko moją literacką wizją i mogę tylko liczyć na to, że może kiedyś stanie się rzeczywistością.

Chyba, że niektórym decydentom zależy na tym, aby nadal było tak jak było; ale to zawsze będzie rodziło podejrzenia, że jednak jest ziarno prawdy w micie o dobrostanie kościelnej kasy.

Kryspin

sobota, 17 lipca 2021

Roma locuta, cusa finita?


Roma locuta causa finita- odwieczna maksyma określająca decydujący głos Papieża w sprawach dotyczących wiernych Kościoła, to nie tylko ukłon w kierunku ostatecznego głosu zarezerwowany biskupowi Rzymu, ale ważny głos sankcjonujący jedność wszystkich członków tej instytucji.

W historii tylko kilka razy doszło do zanegowania tego decydującego głosu następcy św. Piotra i ich owocem stały się bolesne podziały tego, co Chrystus powołał z myślą, aby wszyscy Jego wyznawcy budowali tę siłę w jedności.

Można tu wspomnieć chociażby podział z początku XI wieku, kiedy nastąpił rozłam znany jako Wielka Schizma Wschodnia, czy następne bolesne rozdarcie, kiedy niepokorny mnich zabrał głos , może i słusznie, w sprawach dotyczących moralnego upadku Rzymskiego Kościoła i powołał do życia wspólnotę niezależną od papiestwa, która w historii zaistniała jako Protestantyzm.

I na koniec jeszcze jeden głos nieposłuszeństwa wobec głosu Rzymu, który wyartykułował monarcha angielski, kiedy nie załatwił sobie kolejnego unieważnienia nieudanego związku małżeńskiego, po prostu ogłosił wyprowadzenie swoich poddanych spod władzy rzymskiego zwierzchnika i utworzył kościół anglikański.

Na szczęście to już odległe w czasie przesilenia podważające decydujący głos Rzymu i wydawać by się mogło, że to już tylko historia, ale takie stwierdzenie chyba jest dalece nietrafne.

Niepokojących przykładów podważania decyzyjności Ojca Świętego w kwestiach wiary i obyczajów można by znaleźć aż nadto i to na naszym kościelnym poletku.

Co prawda Stolica Apostolska w minionych tygodniach pokazała swoją determinację w piętnowaniu niepokojących zachowań naszych niektórych hierarchów chociażby w sprawach tuszowania pedofilskich skandali, co zaowocowało kościelnymi karami, które Rzym zaordynował w stosunku do niektórych naszych biskupów, to po krótkim czasie okazało się, że zasada „Roma locuta”, wcale nie przełożyła się w „causa finita”, o czym mogliśmy dowiedzieć się w trakcie medialnych relacji z uroczystego spędu zwolenników Radia Maryja na częstochowskich błoniach.

Wśród honorowych gości i uczestników zarazem, pojawił się jeden z biskupów objętych stanowczym zakazem uczestnictwa w jakichkolwiek kościelnych uroczystościach.

Organizator tego wydarzenia mając w głębokim poszanowaniu decyzję Papieża, prowokacyjnie zaakcentował, że obecność zawieszonego w prawach hierarchy, to powód do dumy i znak poparcia Kościoła dla stworzonej przez niego fanatycznej wspólnoty.

Pewnie, że można by przejść do porządku dziennego nad tym niefortunnym krokiem organizatorów Jasnogórskiego zgromadzenia, gdyby nie to, że biskup Regmunt był tylko jednym z wielu hierarchów obecnych na tych uroczystościach.

Peany poparcia dla zgromadzonych tam pielgrzymów skierowały najważniejsze osoby w naszym państwie, z Prezydentem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej na czele, nie zapominając także o szefie największej partii, który dołożył także swój głos, choć w ich przypadku nie można mieć pretensji, bo przecież tam było wiele tysięcy głosów poparcia, a wybory tuż tuż.

Nie przestaje mnie jednak dziwić postawa Episkopatu i uniki rzecznika tego gremium, który pytany o kontrowersyjne uczestnictwo dostojnika objętego karami Rzymu, odesłał pytających do szefostwa Jasnej Góry, bądź organizatorów tej uroczystości, jako właściwych adresatów mogących udzielić odpowiedzi wszystkim dociekliwym.

Franciszek póki co jest w trakcie rekonwalescencji po przebytym niedawno chirurgicznym zbiegu, ale niebawem powróci do swoich obowiązków i z pewnością nie przejdzie do porządku dziennego nad tym wydarzeniem, w którym istotni w kościelnych strukturach kapłani pozostali głusi na jego stanowczy głos, a to musi wzbudzić w nim niepokój.

No chyba, że nasi hierarchowie już dawno mają za nic decyzje centrali, uważając, że Kościół to tytko oni.

A może jest w tym wszystkim jakieś drugie dno i mamy do czynienia z iście mafijnym układem w myśl zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego?

Kryspin 

niedziela, 11 lipca 2021

Krzywda dziecka zawsze jest zbrodnią

 


W oddalonej od nas o tysiące kilometrów Kanadzie płoną kościoły.

Taką informację mogliśmy niedawno przeczytać w medialnych relacjach będących pokłosiem czegoś co trzeba określić mianem zbrodni na niewinnych niczemu dzieciach, których zbiorowe mogiły zostały odkryte w pobliżu ośrodków wychowawczych prowadzonych przez kościelne instytucje w tym kraju.

Trudno się dziwić, że ogrom ujawnionych zbrodni poskutkował gniewem, który przeraża skalą i jest zapowiedzią trudnych do przewidzenia skutków.

Pewnie, że możemy powiedzieć, iż zdarzyło się to daleko od nas i po pewnym czasie ten gniew osłabnie, bo przecież stało się to już jakiś czas temu, a tamtejszy Kościół wyraził ubolewanie i wielokrotnie przeprosił tych, którzy w okrutny sposób stali się ofiarami systemu swoistej „ewangelizacji” rdzennej ludności tamtejszych terenów.

Jeden ze znanych ze swoich kontrowersyjnych zachowań duchowny w jednym z ostatnio udzielonych wywiadów zapytany o sprawy polskiego bożego poletka, w aspekcie powtarzających się skandali obyczajowych, stwierdził:

-” Nasz Kościół ma na sumieniu niejedną ciemną stronę i dopóty nie nastąpi w nim szczery rachunek sumienia, to będziemy narażeni na kolejne ujawniane skandale.”

Krzywda dziecka jest największą niegodziwością, jakiej może dopuścić się dorosły człowiek, i z tym każdy się zgodzi, dlatego morderczy skandal z dalekiej Kanady poruszył opinię całego świata i nic nie usprawiedliwi tych, którzy mają krew tych maluchów na rękach, to dotyczy także ludzi Kościoła.

Nasz Episkopat wyraził ostatnio stanowczy sprzeciw w stosunku do postanowień europejskiej instytucji, która aborcję uznała za legalny sposób kształtowania polityki prokreacyjnej, i trudno się nie zgodzić z tym stanowiskiem.

To postanowienie w jaskrawy sposób sankcjonuje odebranie prawa do życia poczętemu człowiekowi i jawi się najgorszą z krzywd, jaka może dotknąć człowieka, choć póki co będącego jeszcze bardzo małym.

Całkowicie zgadzając się ze stanowiskiem naszych hierarchów nie sposób jednak nie zauważyć, że bardzo wybiórczo podchodzą do ochrony tych najsłabszych, kiedy milcząco godzą się na krzywdy, jakie dotykają tysiące małych dzieci w naszym kraju i to za przyczyną ludzi w sutannach.

Nie będę broń boże kolejny raz poruszał sprawy krzywdzonych dzieci przez księży pedofilów, bo z tym problemem z mniejszym lub większym powodzeniem mierzą się nie tylko kościelne organy ścigania, ale i prokuratura cywilna, która coraz częściej nie pozostawia tych dewiacji bez sprawiedliwej kary.

Kościół ma inny wrzód, który trąci smrodem, a jest nim krzywda dzieci z nieformalnych związków duchownych.

Choć skrzętnie unika się badań statystycznych, to problem dotyczy dobrych kilkunastu tysięcy nieślubnych dzieci, których ojcowie nadal sprawują kościelną posługę, przy cichej akceptacji przełożonych.

Jeżeli do tego dołożyć zbrodnie aborcyjnego działania inspirowane strachem przed obyczajowym skandalem, kiedy niezamierzonym owocem miłosnego zapomnienia kapłana stało się poczęcie, to mamy kolejny przyczynek do tego, aby wzbudzić w sobie gniew i pytanie, czy Kościół weźmie na swoje sumienie te kilkaset (rocznie) ludzkich istnień, którym odmówiono prawa do życia?

Przed laty byłem mimowolnym świadkiem konkluzji, którą głośno wypowiedział jeden z biskupów, kiedy poinformowano go o kolejnym dziecku podwładnego mu kapłana:

„-No to jego ojciec będzie musiał sprzedać kolejnego byka, aby pokryć roszczenia dziewczyny, która uczyniła go dziadkiem.”

Odpowiedzią uczestników spotkania był rechot z udanego dowcipu purpurata, a mnie ta sytuacja zwyczajnie napełniła niesmakiem.

Kryspin

niedziela, 4 lipca 2021

Nemo iudex in causa sua


Nemo iudex in causa sua- nikt nie może być sędzią we własnej sprawie, bo to jest podstawowy warunek bezstronności organu rozstrzygającego.

Zdaje się, że jest to stwierdzenie nie dopuszczające jakiejkolwiek interpretacji, a jednak zdarzają się odstępstwa, a może trzeba by powiedzieć celowe działania ni jak nie poddające się tej zasadzie.

Od jakiegoś czasu odgrzewany jest temat kłopotów jednego z ważniejszych naszych polityków, który borykając się niejasnościami w kwestii zwyczajnej uczciwości, nie zamierza poddać się osądowi organów sprawiedliwości i zastrzegł sobie decyzję o ewentualnym zawieszeniu immunitetu, aby poddać się rozliczeniu swoich spraw.

Obserwując ten niekończący się spektakl uników musi nam się zrodzić pytanie, czy prawo jeszcze prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość?

To jednak nie jedyny spektakl dla gawiedzi, którym nasiąknięta jest dzisiejsza przestrzeń publiczna, bo ostatnio mamy do czynienia z kolejną kpiną ze świętości zasady Nemo iudex in causa sua, którą zaserwowali nam przedstawiciele z naszego Episkopatu przedstawiając raport kościelnej komisji badającej problem pedofilii w szeregach duchownych.

Dla mało wnikliwego odbiorcy może i dobrze się stało, że wreszcie ktoś zabrał głos w tej sprawie, ale po chwili zadowolenia musi się pojawić gorzka refleksja, że praktycznie ten raport relacjonowany przez ks. Żaka, ani o krok nie przybliżył nas do zdiagnozowania przyczyn problemu, i nie chodzi tu tylko o brak empatii wobec ofiar patologicznych zachowań kilkuset duchownych, ale zabrakło przede wszystkim jasnego określenia winy tych, którzy ponoszą odpowiedzialność za brak nadzoru nad swoimi podwładnymi, a przecież ogrom zaniedbań ze strony hierarchii jest w tym wypadku czymś najistotniejszym.

Owszem referent beznamiętnie przytoczył liczby osób w sutannach, których dotknęły oskarżenia ofiar, ale zabrakło w tym wszystkim oceny winy ich szefów.

Kiedy po okropnościach II Wojny Światowej w procesie norymberskim sędziowie posadzili na ławie oskarżonych kreatorów zbrodni tamtego czasu, większość z nich próbowało pomniejszyć swoją odpowiedzialność twierdząc, że przecież oni nikogo fizycznie nie gnębili, a wszystkiemu winien był nazizm.

W przypadku naszych biskupów póki co, tylko nielicznym postawiono zarzuty zaniedbania nadzoru nad duchownymi, a gdy niektórym watykańska komisja wykazała celowe tuszowanie obyczajowych skandali, zwyczajnie nabrali wody w usta w myśl zasady złodzieja złapanego na gorącym uczynku, który próbuje wmówić, że to nie jego ręka kradła.

Mnie w raporcie komisji uderzyła skala zagrożeń, z jakimi muszą się mierzyć rodzice małolatów, które powierzają opiece duchownych.

Ministranci, dziewczynki z kościelnych chórków, młodzież z kręgów biblijnych, czy osoby uczestniczące w pielgrzymkach.

Z tego jawi się nam swoista rosyjska ruletka i trudno się dziwić, że coraz więcej z nich odradza swoim pociechom kościelne podcienia.

Jeżeli do tego wszystkiego wziąć pod uwagę, że to są dane skażone nieobiektywnością złapanego na szwindlu złodzieja, to obawiam się, że w przypadku powierzenia śledztwa w tych sprawach obiektywnemu, zewnętrznemu organowi sprawiedliwości, mogłoby dojść do delegalizacji całego tego bałaganu.

Nazizm stworzył system zbrodni, który na szczęście jest już tylko bolesnym wspomnieniem. Celibat kościoła katolickiego póki co nadal kreuje patologię współczesnych zbrodniczych zachowań tych, którzy w poczuciu bezkarności niszczą życie swoich ofiar.

Pozoracja działań i niby prewencja w separowaniu sprawców od ofiar, na pewno nie spowoduje cudownego oczyszczenia się tej instytucji.

Może jest już ostatni czas, by hierarchowie zrozumieli, że Nemo iudex in causa sua, bo tylko wtedy można mieć nadzieję jutra.

Kryspin