środa, 29 maja 2024

Bóg na drogach naszego życia

W roku 1264 papież Urban IV po głośnym cudzie, kiedy to podczs Eucharystii z konsekrowanej hostii popłynęła krew, podjął decyzję o ustanowieniu dla całego Kościoła uroczystości Bożego Ciała.

Patrząc na historię chrześcijństwa sięgającą dwóch tysięcy lat, ustanowienie święta ku czci Bożego Ciała dopiero w trzynastym wieku zdaje się być dalece spóźnionym.

Minęło zaledwie kilka dni, kiedy dane nam było spotkać Chrystusa na ulicach naszych miast i wiejskich bezdroży, kiedy w uroczystych procesjach kapłani, w chonorowej asyście parafialnych aktywistów, nieśli pod osłoną kościelnych baldachimów złocone monstrancje z konsekrowanymi płatkami chleba będącymi autentycznymi cząstakmi Jego ciała.

Boże Ciało to niezwykły dar spotkania z Bogiem, który w imię miłości do nas zdecydował się spotykać ze swoim ludem na jego terenie.

Wbrew powszechnemu mniemaniu to wcale nie jedyne okazje do spotkania nas, prostych ludzi z majestatem Odwiecznego, bo przeglądając karty historii uświadamiamy sobie, że takich okazji do bezpośrednich spotkań mieliśmy co niemiara i to na wiele stuleci wstecz.

Już w IV wieku Kościół praktykował zwyczaj spotkania z Bożym Ciałem w naszej rzeczywistości, kiedy mówimy chociażby o praktyce wiatyków (zapas na drogę), kiedy to kapłani przemierzając ulice dawnych osad zanosili umierającym konsekrowany pokarm, ciało Chrystusa, aby stało się ono swoistym prowiantem na ostanią ziemską drogę.

W czasie bardziej nam bliskim rozszerzono te Boże odwiedziny na praktykę komunii dla ludzi chorych, będących w szpitalnych salach będź zwyczajnie przebywających w swoich domach w stanie uniemożliwiającym im na cotygodniową praktykę Eucharystycznego spotkania.

I tu budzi się moja refleksja nad naszą postawą wobec takich niespodziewanych spotkań, kiedy w codziennym zabieganiu przychodzi nam mijać kapłana spieszącego z eucharystucznym pokarmem do osoby chorej.

Nadal mam w pamięci, jak wielokrotnie takie spotkania stawały się niezręcznością w zachowaniu tych, którym akurat zdarzyło się mijać mnie uibranego w białą komżę z korporałem skrywającym Najświętszy Sakrament niesiony do chorego.

Część z zaskoczonych moim widokiem przyklękała bądź skinieniem głowy starała się oddać cześć napotkanemu tak Chrystusowi, ale i to często byli i tacy, którzy nagle odwracali głowę, niekiedy zapamiętale szukali coś w swoich bagażach, będź zwyczajnie udawali zamyślonych swoją codziennością; ale zawsze wtedy zachowywali się dziwnie, jakby wstydzili się okazać szacunek temu, któremu z racji swojej wiary takowy byli winni.

Takie zachowałem wspomninia sprzed blisko czterdziestu lat i teraz ze zdzieniem odnoszę wrażenie, że ten kłopot spotkania udzielił się także kapłanom, bo co prawda nadal wypełniają posługę odwiedzin chorych z Najświętszym Sakramentem, ale modnoszę wreażenie, że utarł się dziwny zwyczaj, iż czynią to z dozą pewnego skrępowania.

Trudno obecnie w napotkanym kapłanie poznać, że akurat wypełnia tę posługę, bo jakby ze wstydem zrezygnował z białej komży, a korporał głęboko skrył w zakamarkach ciemnej kurtki, jakby chciał będących na ulicy uchronić przed niezręcznością spotkania z Bogiem.

Za nami uroczystość Bożego Ciała, w trakcie którego mogliśmy gremailnie zamanifestować nasze oddanie i wdzięczność Bogu za Jego gotowość do tak bliskiego człowiekowi spotakna i może warto przy tej okazji zrobić sobie taki krótki rachunek sumienia z tego, czy zawsze, zwłaszcza wtedy, kiedy pozostajemy poza odświętną masówką wiary, potrafimy świadomie przeżywać spotkania z nim w takich niekiedy niespodziewanych sytuacjach, kiedy On pojawia się na skrzyżowaniu naszych dróg.

To taki indywidualny akt naszej wiary, ale jakże ważny także wobec tych, którzy zatracili już w sobie świadomość, że takie małe gesty wobec szansy, kiedy Bóg staje tak blisko, to bardzo istotna sprawa dla naszej nadziei wieczności.

Kryspin 

środa, 22 maja 2024

 

Duszpasterz, czy urzędnik?

-”W Wielkim Tygodniu, we wtorek pojechałam do jednego z 11 kościołów w naszym mieście do spowiedzi. Zachodzę pod świątynię- zamknięta.

O 18.00 ksiądz proboszcz otworzył.

Wchodząc zapytałam, czy któryś z księżny (3) będzie spowiadał?

Usłyszałam, że mam iść do kościoła św. Antoniego (3 kilometry) bo u nas spowiedź parafialna była wczoraj.

Mimo to spodziewalam się, że mnie wysłucha, bo msza była dopiero za pół godziny, ale zobaczyłam tylko jego plecy.

Było mi żal, jak mnie potraktował.

Za dwa miesiące skończę 85 lat. Jestem po leczeniu onkologicznym (chemia, operacja, radioterapia), mam problemy z chodzeniem, a do kościoła św. Antoniego , jak wspomnialam, 3 kilometry.

Nie zostałam na mszy, rozżalona zamówiłam taksówkę i wróciłam do domu.

I tylko pomyślałam sobie: Panie Boże kiepskich masz urządników.”

To bardzo przykry list, który napisala do mnie ta starsza kobieta, ale w dalszej części, pomimo takiego chłodnego potraktowania przez kapłana – urzędnika, dodała, że będąc samotną od 30 lat wdową, dzięki wierze jakoś stara się egzystować.

-”Panie Boże kiepskich masz urządników”...to tylko ocena jednej z zawiedzionych osób, które do tej pory żyły w przeświadczeniu, iż wśród swoich kapłanów będą miały do czynienia z osobami będącymi bożymi sługami na pełen etat, bez marginesów tak często zauważanych w innych profesjach.

Niestety można by mnożyć takie negatywne zachowania wśrod tych, których przecież Chrystus wybrał po to, aby służyli w jego imieniu.

Jeden z przedstawicieli średniego pokolenia ludzi zawiedzionych kapłnami – urzędnikami, kiedyś podzielił się ze mną swoim rozczarowaniem:

-”W kościele nie byłem od ponad 20 lat po tym jak zostałem odgoniony sprzed konfesjonału, kiedy ksiądz poinformował mnie, że w dniu dzisiejszym spowiada tylko dziewczynki, więc nie mam tam czego szukać.”

-Nie przyszedłem po to, aby służyć, ale aby mi służono – to niestety motto zbyt wielu kapłanów.

    Przed kilkoma laty dane mi było zamienić kilka słów z ówczesnym Rektorem jednego z

seminariów duchownych i wtedy zadałem mu pytanie, jak ocenia przygotowanie przyszłych kadr do kapłańskiej posługi?

-”To niestety jest obraz mało budujący, bo zauważam w nich zbyt dużo samozadowolenia z samego faktu, że podjęli decyzję o wyborze tej drogi, i co za tym idzie, żyją w przekonaniu, iż z samego faktu decyzji o swojej przyszłości w tym stanie, należy im się szczególne traktowanie.”

Kapłaństwo to szczególny rodzaj powołania, które nierozłącznie wiąże się z permanentną gotowością do służby i dlatego nie ma w nim miejsca do bycia urzęnikiem, czy despotycznym zarządcą powierzonych jego opiece wiernych.

Religijna wspólnota jest jak rodzina, a duszpasterz winien być jak odpowiedzialny ojciec, który jej dobro ma zawsze na względzie.

Osobiście w przeszłości dane mi było obserwować rodzinę, w której niby wszystko zdawało się być w porządku, ale nie do końca. Małżonek będąc niby dobrym, wrażliwym człowiekiem stworzył sobie margines tylko mu przynależnej niezależności i pomimo trwania w związku, rezerwował dla siebie prawo do bycia wolnym, czym wprowadzał smutek zaniedbywanego związku.

Dopiero po śmierci żony doszedł do refleksji nad swoim postępowaniem, ale to wszystko było za późnym.

Podobnie, a może nawet jeszcze bardziej jaskrawym staje się sytuacja, kiedy duchowny zaniedbując swoje powinności, naraża na smutek osamotnienia w drodze tym, których miał przecież prowadzić.

Kościołowi potrzeba dobrych, wrażliwych odpowiedzialnością kapłanów, a nie urzędników.

Kryspin

środa, 15 maja 2024

 

Chwalcie łąki umajone...”

Kiedy jeden z bohaterów „Rancza” pod namową małżonki zdecydował się na złożenie przyrzeczenia dotyczącego zaniechania systematycznego nadużywania alkoholu, po sugestii proboszcza Kozioła swoją przysięgę złożył Najświętszej Panience, jako tej, która wierzącym wydawała się bliższa aniżeli sam Odwieczny.

Zadowolony duszpasterz wyraził swoją opinię o szczególnej pobożności Polaków, którym bliżej jest załatwiać swoje prośby kieryjąc je do Boga za pośrednictwem Matki Jego Syna, jako tej, której tenże nigdy nie odmawia.

Ten aspekt naszej narodowej pobożności, w którym centralną postacią stała się Najświętsza Panienka, jako najlepsza pośredniczka naszych spraw kierowanych do Niebieskiego Ojca, od stuleci stał się bardzo głęboko zakorzeniony w naszej tradycji, co nawet przez niektóre środowiska teologicznych autorytetów stało się swoistym zarzutem.

Może dlatego podobnym tonie odbierano także te Maryjne uzależnienie w wierze u błogosławionego Prymasa Tysiąclecia, kardynala Wyszyńskiego, który w swoim biskupim herbie umieścił ją jako najważniejszą osobę zaraz po Bogu:”Soli Deo per Mariam”

Jego duchowy syn, papież Jan Paweł II także traktował ją, jako najważniejszą osobę stojącą obok krzyża Zbawiciela, a słowa swojego zawołania:”Totus tuus” także kierowal do niej jako Matki naszych wszystkich ziemskich trosk.

Swoistym apogeum naszej Maryjnej pobożności przypada jak co roku na maj, jeden z najpiękniejszych miesięcy roku kalendarzowego, kiedy wokół nas przyroda rozkwita kolorowymi kwiatami i tworzy poczucie nadziei.

W parafialnych kościołach odbywają się nabożeństwa szczególnie jej poświęcone, potocznie zwane majowymi, które gromadzą wiernych pragnących okazywać Jej swoją wdzięczność za bezmiar łask za Jej przyczyną.

Typowo polskim zwyczajem są także spotkania przy przydrożnych kapliczkach rozsianych niekiedy wśród pól z rowijającymi się kłosami zbóż.

To właśnie przy nich w majowe popołudnia gromadzą się także okoliczni wierni, aby w plenerze, śpiewając pieśni dedykowane Najświętszej Panience, manifestować swoje zawierzenie w siłę Jej pośrednictwa.

Jeżeli jeszcze do tego dołożyć masowy ruch pielgrzymkowy podejmowany dla Niej, kiedy pątnicy z najodleglejszych zakątków naszej ojczyzny podejmują trud pieszego pokonywania kilometrów dzielących ich od miejsc szczególnie dedykowanych  Matce Bożej, to jawi się nam w tym siła ufności jaką w Maryi upatrują.

Rzesze filozofów, teologów i innych przedstawicieli nauki na przestrzeni dziejów próbowało zrozumieć i niejako dotknąć tajemnicy Boga, aby łatwiej zgodzić się na Jego przyjęcie, ale często zamiast tego przeżywali frustrację niemożności zaakceptowania w pokorze wiary tego wszystkiego co na zawsze przekracza zdolność ludzkiej percepcji.

Może ta oddolna, majowa religijność przydrożnych kapliczek wielu owładniętym syndromem nowoczesności wydaje się zbyt przaśna i prymitywna i dlatego tylko z podziwem turystów odnoszą się do niej, kiedy przypadkowo zdarzy się im zauważyć modlących się przy figurach Matki Bożej, to jednak jest to coś bardzo ważnego.

Niestety w ten trend pobłażliwego akceptowania tej oddolnej pobożności bez refleksji udziela się także kapłanom, bo próżno wypatrywać ludzi w sutannach uczestniczących w tych polowych nabożeństwach.

Wystarczyłoby tylko trochę dobrych chęci, aby wśród duszpasterskich zajęć znaleźć kilkanaście minut na to, aby być zwyczajnie obecnymi pośród tych, którzy w prostocie wiary śpiewem oddają cześć tej, która od zarania chrześcijaństwa uznawana była za najlepszego pośrednika pomiędzy niebem, a ziemią.

Prostota Maryjnej pobożności nie stoi w opozycji do powagi wiary jako takiej, bo sam Chrystus zapewnił, że ilekroć chociażby dwoje ludzi gromadzi się w imię zawierzenia jego miłości, to On zawsze jest wśród nich.

Kryspin

poniedziałek, 6 maja 2024

 

Syndykat zbrodni

Środowiska otwarcie walczące z Kościołem często odwołują się do jego historii i chętnie wyciągają z niej ciemne karty tej instytucji, aby legitymizować swoją nienawiść wobec powastałej dwa tysiące lat temu wspólnoty religijnej.

Najbardziej aktywni wręcz domagają się jego delegalizacji, jako tworu przesiąkniętego mafijno – zbrodniczym syndykatem nie służącym zdrowemu społeczeństwu.

I nic to, że odwołują się do bolesnej, ale przecież zamierzchłej historii, którą w Kościele nikt nie stara się zamieść pod dywan, a sam papież Jan Paweł II przygotowując go do jubileuszowych obchodów, uznał, że trzeba wyrazić dogłębne ubolewanie wobec tych wszystkich, którzy przez wieki doznali krzywd z jego strony.

Gdyby jednak odwołać się do nieco nam bliższych czasów, to trzeba by na szali położyć także i to, że tenże Kościół doznawał bolesnych doświadczeń, kiedy przez przedstawicieli rozmaitych reżimów stawał się celem zbrodniczych ataków, których ofiarami stawali się nie tylko szeregowi wierni, ale i liczni duchowni.

Przykładów takiego dzialania nie musimy szukać daleko od nas, o czym uczy nas nasza najnowsza historia aż nad to.

W tym roku przypada czterdziesta rocznica chyba najgłośniejszej zbrodni nienawiści reżimowych władz,jaką z pewnością była śmierć kapłana solidarności księdza Jeżego Popiełuszki.

Siepacze z IV wydziału SB dokonali tego makabrycznego mordu w okolicach Torunia w 1984 roku.

Zaraz potem jednak zdarzyło się coś dziwnego, zważywczy na to, że podobne tego typu dokonania w latach minionych najczęściej kończyły się umożeniem śledztw bez odnalezienia sprawców, bądź uznawano, że śmierci kapłanów nastąpiły w dziwnych co prawda okolicznościach, ale jednak prokuratura nie dopatrywała się w nich udziału osób trzecich, więc było po sprawie; ale w przypadku zbrodni toruńskiej błyskawicznie odnaleziono sprawców i krótko potem odbył się ich proces w blasku dziennikarskich fleszy i kamer telewizyjnych.

Pomimo spektakularnego sądowego spektaklu, surowych kar dla bezpośrednich sprawców, pewnie nie tylko mnie zabrakło kar dla tych, którzy byli ich zwirzchnikami. Dodatkowo odczuwam to, że ta zbrodnia miala jeszcze coś załatwić, o czym jakoś nikt nie wspomniał.

Dopiero co zakończony stan wojenny nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, przynajmniej tych którzy liczyli na to, że będzie skuteczną prowokacją do konfrontacji z narodem.

Śmierć kapelana solidarności miała na nowo wyzwolić gniew w narodzie, a potem można by już siłowo go poskormić.

Stało się jednak inaczej, także za sprawą niedocenianego przez historię Prymasa Glempa, który skutecznie tonował słuszny gniew narodu.

I jeszcze jedna zbrodnia na kapłanie, o której nie można zapomnieć.

Ks. Blachnicki, twórca Ruchu Oazowego gromadzącego setki tysięcy młodych w cieniu nauki Chrystusa, przez lata zapracował sobie na „opiekę” służb, które nawet za granicami kraju sprawowały nad nim nadzór i wykorzystując gorliwość agentów Jolanty i Andrzeja Gontarczyków, którzy doprowadzili do śmierci kapłana tryjąc go rtęcią.

Ta zbrodnia szczególnie bulwersuje, bo winni  nigdy nie zostali osądzeni i aby ironia była pełna, w odrodzonej Polsce otrzymywali opiekę.

Prokuratura milcząco tolerowała zagatkowy zgon aż do 2020 roku, kiedy to na nowo wznowiono śledztwo.

Główna podejrzana nadal jednak cieszyła się poważaniem niektórych kręgów i jako prezes pozarządowej fundacji Pro Humanum zwyczajnie śmiała się w głos tym naiwnym, którzy liczyki na sprawidliwość.

Smaczku temu wszystkiemu daje jeszcze to, że pani Jolanta (obecnie Lange) przez ostatnie lata cieszyła się przyjaźnią ze stołecznym ratuszem, który na na jej fundację promującą idee LGBT (popieranie praw mniejszości seksualnych i swobody przyjmowania wszelkiej maści uchodźców) hojnie sponsorował przeznaczając jej kwotę 2 milionów złotych dotacji.

Może więc warto by było zastanowić się nad tym, kto stworzył syndykat zbrodni i to nie w zamierzchłych czasach, ale tu i teraz, bo tych winnych można jeszcze sprawiedliwie osądzić.

Kryspin

czwartek, 25 kwietnia 2024

 

Być świętym, to iść drogą ku nadziei.

W trakcie jednego ze spotkań autorskich zadałem licznie zebranym pytanie:

-Kto z was ma nadzieję na to, aby kiedyś zostać świętym?

Przez długi czas zapanowała cisza, ale zaraz potem odpowiedziała mi starsza kobieta:

-”No raczej nie mam nadziei na to, aby kiedyś dostąpić tego wyróżnienia”

....Pozostali zebrani zdawali się zgadzać z jej zdaniem znacząco potakując.

-Jeżeli takie jest wasze przekonanie, to po co trudzicie się, aby być uczciwymi, wrażliwymi na krzywdę ludźmi, co niedziela chodzącymi do kościoła, systematycznie przyjmującymi Chrystusa w Eucharystii, skoro uznajecie tę sprawę za przegraną?

-”No może w tym jest trochę racji, a Pan Bóg pewnie nie jest tak nieczułym jak nasz proboszcz, więc pewnie kiedyś osądzi nasze uczynki z przebaczającą miłością, więc i dla nas otwiera się szansa na wieczną nagrodę.”-po kolejnej chwili dodała kobieta.

Zbawienie, a więc stan świętości jest czymś zwyczajnym, do czego zmierzamy po ścieżkach naszych dziejów, ale jak niedawno w rozmowie ze mną zauważył mądry duszpasterz, kiedy zdecydował się dokonać oceny wiary wśród swoich owieczek, powiedział wprost:

-”Religjność wśród moich parafian oceniam na słabą czwórkę, ale świadomość wiary u nich oceniam na jedynkę.”

To pewnie zbieżne oceny, jakie mogliby wystawić duszpasterze większości parafialnych wspólnot, i to musi budzić troskę.

Wierni mają w sobie niską samoocenę w kwestii ostatecznego skutku ich wiary i trudno im przyjąć za pewnik przepełniony nadzieją, iż i dla nich Bóg przewidział miejsce obok siebie, i powinni mieć przekonanie, że niebo to nie tylko stan dla nielicznych.

To przykre, ale w tym momencie trzeba zauważyć, że do pielęgnacji tej niskiej samooceny wśród wiernych przyczynił się także Kościół swoimi decyzjami o kanonizacjach i ciągle poszerzającym się gronem błogosławionych, mających być swoistymi drogowskazami na drodze do świętości.

Nasz papież, Jan Paweł II wiódł w tej kwestii prym, ogłaszając w czasie swojego pontyfikatu tabuny nowych, uznanych przez Kościół świętych, nie licząc dodatkowo tysięcy kolejnych kandydatów do tego elitarnego grona, w postaci błogosławionych, i to teraz wydaje się kłopotliwą spuścizną jego papieskiej gorliwości.

Co prawda ówczesna głowa Kościoła poważyła się na kilka zmian w procesach kanonizacyjnych skracając między innymi czas na początek rozpatrywania wniosków postulatorów procesów, ale cała procedura nie uległa zmianie.

To jednak nie powściągnęło adwersarzy, aby krytycznie ocenić sam dobór kandydatów na ołtarze, czego efektem stał się chociażby artykuł popełniony przez „znawców” kościelnej łączki, jaki ukazał się ostatnio w onecie, gdzie pan Obirek(były zakonnik)wylał wiadro pomyj na jedną z głośniejszych kanonizacji ostaniego okresu, zaliczenia w poczet świętych zakonnicy z Kalkuty, Matki Teresy.

Według piszącego ona nie zasługuje na miano przyjaciółki Chrystusa, bo co prawda niosąc pomoc biedakom z Indii, wcale nie dbała o ich dobro, a wręcz karmiła swoją pychę ich cierpieniem.

Dodatkowo działająć razem z Jenem Pawłem II nie pomagała w rozładowaniu nadmiaru ubustwa chociażby sprzeciwiając się aborcji, a to byłby najlepszy prezent dla biedaków ze slamsów.

Autor tego artykułu zauważył co prawda, że świat doceniał heroizm zakonnic w białych chabitach, czego wyrazem były liczne wyróżnienia dla nich, łącznie z Pokojową Nagrodą Nobla, ale to wszystko i tak nie równoważyło zła jakie czyniły.

Pewnie i tak można opluć każde dobro, ale czytający i tak mogą mieć swoje zdanie.

Kościół zaliczając nielicznych w poczet świętych nie mówi, że oni się już narodzili w aureoli nieskalanych, ale swoim życiem ukazują drogę do doskonałości.

Pewnie przeglądając karty historii moglibyśmy znaleźć niejeden przykład na to, że świętość nie jest czymś zarezerwowanych dla wybranych i każdy wierzący, który jest na drodze swoich wzlotów i upadków, może zasłużyć sobie na miano przyjaciela Boga.

Kryspin

sobota, 20 kwietnia 2024

 

Ułuda wizji nowego człowieka

Minęło już trochę czasu, kiedy to Polacy w wyborach parlamentarnych zdecydowali o zmianie w wyścigu o prawo do decydowania, kto zasiądzie w ławach rządowych i oto teraz nadszedł czas nowego porządku.

Trochę budzi mój niesmak to, że oto teraz w medialnych przekazach dowiadujemy się, iż wszystko minione okazało się jednym wielkim nierządem, a poprzednia władza, według obecnych decydentów, zapisała się jako ekipa przekrętasów i po swoich decyzjach pozostawili spaloną ziemię, którą teraz z mozołem trzeba na nowo użyźnić.

Okazuje się, że poprzednicy nic dobrego nie pozostawili i teraz potrzeba żelaznej miotły, aby naprawiać nasze państwowe podwórko.

Pewnie temu mają służyć pomnożone komisje śledcze i gorący czas szalejącego ministra sprawiedliwości, który w szale naprawy samorządności posuwa się do rozwiązań z pogranicza prawa uznając stan wyższej konieczności jako wystarczający pretekst do jazdy po bandzie przepisów.

Mamy więc czas igrzysk mających do końca pozbawić siły tych, których obecna opcja polityczna uznała za niebezpiecznych dla przyszłości, jaką oni nam wszystkim zaplanowali.

Pewnie można by przejść do porządku dziennego nad tą walką dwóch zwaśnionych plemion, gdyby to nie rzutowało na naszą przyszłość, a niestety jest inaczej.

Obecna polaryzacja pomiędzy stronami tego politycznego zamieszania ma jednak drugie dno, o którym warto choć przez chwilę porozmawiać.

W czasie słusznie minionym, kiedy mieliśmy już do czynienia z otwartą walką opcji lewicowych i liberalnych z wartościami konserwatywnymi, państwo prowadziło otwartą walkę o rząd dusz naszego społeczeństwa i przegrało będąc w świadomości Polaków narzuconą nam siłą represyjną.

Wtedy niezaprzeczalne zasługi miał Kościół, jednocząc wokół siebie sprzeciwiających się zmianom naszych rodaków.

Obecne środowiska liberalno-lewicowe zdały się wyciągnąć wnioski z tamtej przegranej i teraz przystąpiły do ponownej walki o rząd dusz i tworzenia wizji nowego człowieka w bardziej przemyślany sposób.

Będąc jeszcze w opozycji prowadzili aktywną kampanię mającą przygotować grunt do zmian w myśleniu przyszłych wasali ich wizji.

Na pierwszy ogień wzięto kobiety uzmysławiając im, że ich przyszła wolność może się ziścić, kiedy będą domagać się swoich praw chociażby w kwestiach moralnych wyborów, takich jak chociażby decydowanie o tym, czy mają urodzić dziecko, czy zwyczajnie się go pozbyć.

Po wygranych wyborach pozostało już tylko rozprawić się z Kościołem, aby usunąć ostatnią przeszkodę do wizji nowego, „wolnego” człowieka.

Teraz okazało się być już z górki, wykorzystując głównego wroga, który poprzez swoje błędy (obyczajowe skandale) sam się wystawił na odstrzał.

Wystarczyło tylko uświadomić wierzącym, że nie koniecznie mają powielać tradycyjne wartości swoich poprzedników, i pełną garścią napawać się wolnością od religijnego zaangażowania.

W strategii walki o rząd dusz postawiono na ludzi młodych, będących w trakcie edukacyjnego rozwoju.

Lekcje religii należało sprowadzić do roli marginalnego zagadnienia i uczynić z nich przedmiot zepchnięty poza nawias, a później stopniowo dokładać elementów swobody w wyborach tego, co jest ważne.

-Ty młody Polaku napawaj się wolnością i żyj niezależnością od jakichkolwiek tradycyjnych wartości.

-Mając lat kilkanaście możesz zdecydować o tym, czy masz tracić czas na idiotyczne bajanie o Bogu, a jeżeli chcesz poczuć się dorosłym, to państwo załatwi ci „pigułkę dzień” po nawet wtedy kiedy ukończysz dopiero 15 wiosen.

Żywię jednak nadzieję, że po raz kolejny piewcom idei nowego człowieka nie uda się ten zamysł i wierzę w mądrość Polaków żyjących świadomością, że warto w swoim życiu stawiać na prawdziwe wartości.

Kryspin

wtorek, 16 kwietnia 2024

 

Kryzys demograficzny

Przed kilkoma dniami w programie publicystycznym jednej ze stacji komercyjnych prowadzący zaprosił do dyskusji dwoje przedstawicieli młodego pokolenia, aby przedyskutować z nimi sprawę kryzysu dzietności naszych rodzin.

Przedstawicielka jednej z organizacji młodzieżowych na wstępie zauważyła, że przyczyn obecnego kryzysu należy upatrywać w niepewności młodych co do stabilizacji ich życia.

Osoby wchodzące w dorosłość mają swoje priorytety co do przyszłości, kiedy są w nich sprawy mieszkaniowe i konieczność zadbania o stabilizację kariery zawodowej, a dziecko w naturalny sposób znajduje się dopiero na drugim planie.

Także drugi dyskutant podzielając jej zdanie zauważył, że świat postrzegany przez ludzi młodych nie sprzyja decyzjom o dzieciach, kiedy kobietom stawia się wymogi lojalności wobec pracodawców, którym wcale nie jest po drodze z pracownicami uciekającymi w macierzyństwo, kiedy na ich miejsce mogą zatrudniać kobiety stawiające karierę zawodową na pierwszym miejscu.

W Polsce mierzymy się z kryzysem dzietności w naszych rodzinach i perspektywy, że ten stan mógłby się odmienić, póki co są mizerne, czemu nie zaprzeczyli zaproszeni goście.

W tej telewizyjnej dyskusji zabrakło mi jednak zaakcentowania prawdziwego powodu tego stanu rzeczy, którego niestety także zdają się nie zauważać politycy z przedstawicielami władz na czele.

Owszem, w pierwszej ustawie nowego rządu znalazł się zapis o finansowym wspieraniu przyszłych rodziców szukających szansy na macierzyństwo korzystając z rządowego programu in vitro, na który w budżecie przewidziano okrągłe pół miliarda złotych, to jednak jedyna taka „jaskółka” w deklaracjach wspierania pro dzietności w naszych realiach.

Pozostałe inicjatywy rządzących jak wspieranie budowy bazy żłobkowej, czy zapowiedzi babciowego mającego pomagać młodym mamom w powrocie do aktywności zawodowej, to tylko zabiegi pudrowania problemu.

Polska mierzy się narastającym problemem niżu demograficznego i z pewnością nie załatwią nam lepszych perspektyw „goście” z Ukrainy , czy zapowiadane rzesze uchodźców z najdalszych stron, kiedy brakuje prawdziwej polityki prorodzinnej, a przecież to w tych najbardziej podstawowych komórkach naszego społeczeństwa jest jedyna nadzieja na poprawę demograficznych statystyk.

Tej prawdy zdają się nie zauważać rządzący, bo jak inaczej odczytywać lansowanie nowego modelu anty rodziny, jakim są nieformalne związki, w których dziecko jest co najwyżej przypadkiem często burzącym spokój dwojga ludzi będących w luźnym, często czasowym związku.

Jeżeli do tego dołożyć wściekłą kampanię pro aborcyjną, propagowaną przez środowiska lewicowe jako dobro dla kobiet, z przytaczaniem opinii jak uwstecznionym jesteśmy państwem, kiedy w Holandii nasze niedoszłe matki mogą bez problemu pozbyć się niechcianego dziecka nawet do 24 tygodnia ciąży( 6 miesięczne dziecko zdolne jest przecież już do samodzielnego życia), to mamy przepis na gotową katastrofę.

Także Kościół ma swoje „zasługi” w braku działania na rzecz dzietności, bo list protestacyjne odczytywane z ambon, czy nawet marsze za życiem, to zbyt mało troski o zdrową rodzinę.

Na palcach jednej ręki można wyliczyć inicjatywy parafialnych decydentów w tworzeniu ośrodków wspierania rodzin w ich wspólnotach, nie mówiąc już o klimacie wsparcia dla przyszłych matek, kiedy nadal w lokalnych społecznościach kobiety w ciąży (zwłaszcza te będące bez ojców swoich pociech) muszą się mierzyć z ostracyzmem środowiska „porządnych” parafian z miejscowymi duszpasterzami na czele.

Na koniec warto powrócić do sprawy tworzenia klimatu przyjaznego dzietności, a zawiera się on także w kwestii uproszczenia procesów adopcyjnych i wsparcia tych małżonków zamierzających być prawdziwą rodziną dla niechcianych nowonarodzonych.

Państwo mogłoby i ich objąć pakietem wsparcia przeznaczając na ten program część środków z projektu in vitro, bo przecież został on stworzony także w tym celu.

Kryspin, Ksiądz w cywilu

środa, 10 kwietnia 2024

 

Pogrzeb Barana

Młody chłopak, miłośnik ostrej jazdy jednośladem, przeszarżował i tragicznie zaliczył spotkanie z samochodem, który zakończył jego młode życie.

Rodzina pogrążona w żałobie udała się do miejscowego proboszcza, aby ten odprowadził nieboraka w ostatnią drogę, w której zamierzali uczestniczyć nie tylko jego najbliżsi, ale i spore grono mieszkańców tej małej, wiejskiej społeczności.

Kapłan owszem wyraził zgodę na przewodniczenie tej smutnej uroczystości, ale już w trakcie żałobnego nabożeństwa nie omieszkał wyrazić swojego niezadowolenia z postawy zmarłego i wobec wszystkich zebranych zajął się wyliczaniem „grzechów” nieboraka będących swoistą ścieżką upadku, która doprowadziła go do tragicznego końca.

Taka prokuratorska tyrada wielebnego poskutkowała powszechnym oburzeniem, a w przypadku najbardziej dotkniętych jego słowami zdecydowaną deklaracją, że dla nich było to ostatnie spotkanie z Kościołem.

Wielebny, co prawda, zreflektował się, i uznał, że przegiął z krytyką, nie szanując zasady, iż o zmarłym winno się mówić dobrze, albo wcale, i po kilku dniach na mediach społecznościowych uznał swój błąd, ale mleko się rozlało i smrodek pozostał.

W „Zatroskanej koloratce” pozwoliłem sobie wspomnieć pogrzeb Barana, negatywnego bohatera, który w pamięci najbliższych i tych pozostałych, którzy znali jego doczesne dokonania jako mało budujące, wzbudził ciekawość wszystkich, jak miałoby przebiegać jego ostatnie pożegnanie.

Miejscowy proboszcz postanowił wykorzystać tę śmierć dla duszpasterskiego przesłania i dlatego na mszę pogrzebową, w trakcie której trumna Barana spoczęła na kościelnym katafalku, zaprosił wszystkich parafian, kładąc szczególny nacisk na to, aby w tej smutnej uroczystości wzięli udział także kompani zmarłego od wszelakich mocnych trunków, które miały niepośrednią rolę w tragicznym końcu ich kolegi.

W trakcie żałobnej mszy kapłan nie omieszkał wspomnieć problemów zmarłego, który za życia wielokrotnie przedkładał butelkę nad szczęście najbliższych, ale zaraz potem nie omieszkał zauważyć, że ten nie do końca był złym człowiekiem, o czym miało świadczyć gremialne zgromadzenie tych, którzy przyszli go pożegnać.

Pod koniec żałobnej homilii kapłan skierował przesłanie do tych, którzy w trakcie nabożeństwa zajęli miejsca pod chórem świątyni, jakby chcieli pozostać niezauważonymi.

-”Gdyby zmarły mógł wam coś powiedzieć, to z pewnością byłby to apel, abyście póki jeszcze czas, dokonali rozbratu z butelką, bo ona jest nie tylko nieszczęściem dla was, ale i dla tych wszystkich, których przecież kochacie.

On już stoi przed obliczem Odwiecznego i już będzie zdawał sprawę ze swoich ziemskich dokonań, a my głęboko wierzymy w to, że ze swojej strony możemy świadczyć na jego rzecz chociażby tym, że teraz w trakcie tej pożegnalnej mszy świętej wspomożemy go modlitwami, bo jak każdy człowiek oprócz ułomności miał także w sobie dobro będące jego posagiem na wieczność.”

Ten ksiądz z małej, wiejskiej parafii zdał egzamin z duszpasterstwa mając świadomość, że pogrzeb to nie tylko suchy rytuał ostatniego pożegnania zmarłego, ale jednocześnie kolejna okazja zbliżenia z Bogiem tych, którzy może niekiedy tylko przy takich smutnych uroczystościach mogą zobaczyć światło drogi dla swojej może i nadwątlonej wybojami życia nadziei.

Z przykrością trzeba jednak ocenić kapłana, który nie zdał takiego egzaminu w przypadku pogrzebu tego młodego człowieka, który być może borykał się ze swoimi słabościami i przed oblicze Odwiecznego Sędziego zataszczył dokonania mało chlubne, ale przecież nie nam być sędziami ludzkich dokonań, bo tylko Bóg zna całą prawdę o każdym żyjącym, a rolą Kościoła jest ukazywanie tym, którzy przeżywając smutek rozstania potrzebują słów budujących w nich nadzieję, że każde życie, nawet powikłane zakrętami, ma sens, bo u jego kresu na każdego z nas czeka Bóg, z otwartymi, przepełnionymi miłością ramionami.

Kryspin

środa, 3 kwietnia 2024

 

Kościelne wybory.

Jesteśmy w gorącym okresie kampanii wyborczych.

Zaledwie kila godzin minęło od chwili, kiedy spełniając swój obywatelski obowiązek i prawo do decydowania o naszych sprawach, odwiedziliśmy lokale wyborcze, aby oddać swój głos na naszych przedstawicieli w zarządach gmin, powiatów i samorządów wojewódzkich, a już na horyzoncie rysuje się kolejny spektakl, kiedy będziemy decydować o tym, kto będzie nas reprezentował na forum parlamentu europejskiego.

Także w naszym Kościele szykują się nam zmiany, bo w kluczowych diecezjach nastąpi niebawem rewolucja personalna, gdyż kilkoro z hierarchów przejdzie w stan spoczynku osiągając wiek emerytalny i zajdzie potrzeba powołania nowych zwierzchników.

W spekulacjach medialnych już od jakiegoś czasu ruszyła giełda nazwisk kandydatów do objęcia schedy po ustępujących kościelnych emerytach i przy tym rodzą się spekulacje, w którym kierunku pójdzie nasz Kościół.

Znawcy tematyki okołokościelnej już teraz spekulują, czy do głosu dojdą reformatorzy, czy lobby konserwatywne zdoła zachować stan rzeczy i skutecznie wyhamują zapędy tych, którzy chcieliby wprowadzić powiew świeżości w tej instytucji.

I tu rodzi się pytanie, czy w ogóle możliwe jest to, aby w naszym Kościele coś uległo zmianie, mając na uwadze to, że decyzje o dalszym kierunku tegoż będą decydować tylko ci, którzy zasiadają w tym szacownym gremium z racji tego, że należą do wąskiego grona wybrańców jako członkowie episkopatu, czyli decyzje będą podejmowali w swoim wąskim gronie.

Co prawda od stuleci lansowano zasadę, że Kościół nigdy nie będzie klubem dyskusyjnym, a sam charakter tej instytucji daleki jest od zasad demokratycznych, kiedy to większość ma głos decydujący w kwestii wyborów, to jednak warto by było zauważyć, że czasy się zmieniły, a wierni już nie są bezwolną masą bez prawa do zabierania głosu, to zdaje się być stosownym, aby w sprawach kościelnych decyzji mieli także prawo do wyrażania opinii.

Po raz kolejny warto zauważyć, że wszyscy wierni są Kościołem i jasko tacy mają prawo do zabierania głosu w istotnych sprawach jego dotyczących.

Co staje na przeszkodzie, aby to wierni w powszechnym głosowaniu mogli decydować o sprawach swoich parafii?

Marzy mi się czas, kiedy członków rad parafialnych mogliby desygnować wszyscy członkowie parafialnej wspólnoty, aby ich przedstawiciele byli rzeczywistymi reprezentantami ich troski.

Proboszczowie, delegowani przez biskupów miejsca także winni być objęci kadencyjnością i w określonym czasie poddawać się swoistym wotum zaufania w trakcie parafialnych kampanii.

To z pewnością miałoby dobry wpływ na ich zaangażowanie duszpasterskie i owocowałoby ich autentyczną gorliwością w kwestiach powierzonych ich pieczy wiernych.

Takim samym regułom winni podlegać także hierarchowie ubiegający się o znaczącą rolę w sprawach decydowania o kierunku rozwoju polskiego Kościoła.

Dotychczasowa praktyka tworzenia frakcji w Episkopacie i liczenie na to, że dzięki temu zdoła się przeforsować swoją wizję na przyszłość Kościoła, to tylko iluzja bo faktycznie nie daje poczucia powszechnego mandatu do piastowanie tej funkcji.

Biskupi kandydujący na funkcje kierownicze w tym gremium powinni przedstawić swój program i poddać się ocenie prowadząc swoistą kampanię zakończoną wyborami powszechnymi we wszystkich parafiach.

Zachowanie zasady kadencyjności dodatkowo mobilizowałoby kandydatów do troski o spełnienie przedwyborczych obietnic, co tylko byłoby powszechnym dobrem.

Poddanie się ocenie wszystkich wierzących tworzących społeczność tej instytucji dalece bardziej spełniałoby zasadę vox populi vox Dei, a to najprostsza droga do tego, aby budować autorytet odpowiedzialnego pasterza całej wspólnoty.

Wszyscy jesteśmy Kościołem bo Chrystus powołał go do istnienia mając na uwadze każdego, kto przez chrzest stał się jego ważną częścią.

Kryspin

wtorek, 26 marca 2024

 

Zmartwychwstanie drogą do odwagi nowego człowieka.

W mieście powiatowym żył i pracował znany powszechnie lekarz ginekolog. Pewnie był uznanym medykiem bo przez lata dorobił się ładnego domu, a i co roku zaliczał wczasy w egzotycznych miejscach, co nie było tak oczywistym w owych czasach.

Publiczną tajemnicą był fakt, że lekarz prowadząc prywatną praktykę medyczną często „pomagał” młodym kobietom, gdy te miały kłopoty z perspektywą niechcianego dziecka.

Ta powszechna wiedza postronnych skutkowała tym, że aktywiści pro live ( no może wtedy jeszcze mało znanego ruchu na rzecz obrony nienarodzonych) każdego pierwszego listopada zapalali przed jego posiadłością znicze, czym wywoływali niezadowolenie medyka.

Ten w formie rewanżu raz do roku kultywował zwyczaj odwiedzania miejscowej restauracji, gdzie zawsze zamawiał ten sam posiłek: kotlet schabowy z kapustą. Niby w tym nie było nic zdrożnego, ale on to czynił zawsze w Wielki Piątek.

Czas zakończył tę cichą wojnę obyczajową pomiędzy tymi za i przeciw, bo już umarł lekarz, a aktywiści posunęli się w latach na tyle, że ich głowy zaczęły najczęściej przenikać myśli o zdaniu sprawy ze swojego życia, gdy także i im przyjdzie doświadczyć tego ostatecznego przejścia.

W tym przypadku mieliśmy do czynienia z klasycznym przypadkiem reakcji i kontrreakcji i ani jedno ani drugie nie prowadziło do refleksji, czyli było przeciw skuteczne.

Kilka dni temu na łamach prasy ukazało się oświadczenie księży jednej z parafii, którzy wyrazili oburzenie postawą niektórych parafian, zwłaszcza młodych, którzy łamiąc 4 Przykazanie Kościelne oddawali się beztroskiej zabawie w okresie Wielkiego Postu czyniąc tym zgorszenie dla prawowiernych owieczek.

W tym przypadku także doszło do kontr reakcji na łamach mediów społecznościowych, w których internauci nie pozostawili suchej nitki na wielebnych i obdarzyli ich stekiem epitetów nie bardzo im przyjaznych.

Były przewodniczący Episkopatu, w trosce o należyte traktowanie każdego poczętego życia zapowiedział zaś marsz zwolenników nienarodzonych na drugą połowę kwietnia i trzeba spodziewać się, że i ten ruch spotka się z odzewem tych, którym z tym apelem jest nie po drodze.

Wracając do oświadczenia kapłanów ze wspomnianej wcześniej parafii warto zauważyć, że nie wszystkim duchownym on przypadł do gustu i dlatego jeden z nich (co prawda anonimowo) wyraził swoją dezaprobatę do takiego duszpasterskiego apelu, co także potwierdził miejscowy włodarz tłumacząc, że nie jesteśmy państwem wyznaniowym, a ludzie mają prawo do indywidualnego stanowiska, nawet jeżeli jest ono w skrajnej sprzeczności z doktryną Kościoła.

Może już dosyć tego rozpamiętywania spraw około postnych, bo od kilkunastu godzin przeżywamy czas Wielkanocnej tajemnicy i warto pochylić się nad przesłaniem samego Chrystusa, bo to On pokazał nam drogę przemiany od tragedii Wielkiego Piątku do triumfu wielkanocnego poranka.

Bóg wyznaczył kierunek przejścia z ludzkiego pojmowania świata do zwycięstwa Odwiecznego, który pokonując potęgę śmierci ukazał nam, że i my możemy takiej przemiany w sobie doświadczyć.

To prawdziwe zadanie dla Kościoła także i w sprawie ochrony życia nienarodzonych, ale nie osiągnie się tego celu na drodze konfrontacji z siłami mającymi zgoła odmienne zdanie.

Pewnie, że łatwiej zorganizować nawet najbardziej masowy marsz w imię szczytnego celu, ale to nie jest droga mogąca dotrzeć do indywidualnego człowieka.

Owoc Zmartwychwstania jaki nam pozostawił Chrystus jest dalece bardziej skutecznym, bo dotyka każdego z nas i każdemu ukazuje prawidłową drogę przemiany myślenia także i tym, które z natury powołane zostały do najważniejszej sprawy jaką jest cud narodzin nowego człowieka.

Ludzki strach, który może towarzyszyć młodej dziewczynie doświadczającej błogosławionego stanu, dzięki cudowi Zmartwychwstania nabiera nowej jakości i to powinni powtarzać ci, których Chrystus powołał na swoich pomocników.

Kryspin

wtorek, 19 marca 2024

 

Tydzień zawiedzionej nadziei

Jerozolima budziła się do życia po dopiero co przeżytych podniosłych chwilach, kiedy jej ulicami przemieszczał się korowód, którego bohaterem był uwielbiany przez miejscową biedotę niezwykły Nauczyciel z Nazaretu.

Pod jego nogi słano palmowy dywan, aby zamanifestować wdzięczność za jego dobroć i troskę o ich życie oraz swoiste podziękowanie, że dzięki niemu choć przez chwilę mogli się karmić nadzieją na lepszą przyszłość.

Minęło jednak zaledwie kilka godzin od tego triumfalnego przemarszu i świat wokół się zmienił.

Resztki rzucanych co dopiero palm gdzieś rozwiał jerozolimski wiatr, a zwolennicy Jezusa z Nazaretu odeszli do swojej codzienności i zajęli się swoim życiem.

Nadchodził czas Wielkiego Tygodnia, choć nikt go jeszcze tak nie nazwał zupełnie nie przeczuwając, że będzie czymś tak wyjątkowym, że odmieni wszystko, i to już na zawsze.

Teraz z perspektywy czasu może powinien on przybrać nazwę Tygodnia Zawiedzionych Nadziei, bo aż nadto przesiąkł rozczarowaniem, które stało się udziałem tego, który zawierzył ich zapewnieniom o bezgranicznym i silnym zawierzeniu.

Pierwszym z tych, którzy zawiedli stał się Judasz należący do najbliższych, nawet można użyć stwierdzenia zaufanych Jezusowi osób.

To on jak głoszą karty Ewangelii stał się fałszywym przyjacielem, który swoje zawiedzenie zamienił na garść srebrników i przyjął od jego wrogów propozycję zdrady swojego Mistrza.

Ten Apostoł z Kariothu był dodatkowo tragicznym w swojej decyzji, bo później widząc swój błąd nie zdobył się na żal i nie poprosił Nauczyciela o wybaczenie i samemu sobie wymierzając karę skończył swoje życie na wisielczym sznurze.

Nie tylko jednak on zawiódł w tym czasie, bo w jego zwątpienie wpisali się i inni.

Najpierw pozostali uczniowie gorączkowo chowający się przed strażnikami świątynnej straży, aż po rzeszę tych, którzy co dopiero śpiewali mu hosanna, a teraz zabrakło ich na dziedzińcu Piłata, kiedy ten rozpoczynał sąd nad Nauczycielem.

Co prawda trzeba zauważyć, że o „należyty” proces zadbali ci, którzy od dawna żyli poczuciem krzywdy jakiej niby doznali tracąc im przecież należną władzę nad duszami maluczkich.

Żyjąc przez lata permanentną nienawiścią do działania Mesjańskiego Króla teraz zadbali, by przed Namiestnikiem pojawili się starannie dobrani tylko ci, którymi mogli sterować i przez to zapewnić sobie werdykt, na którym im zależało.

Wystarczyło tylko posterować tłumem, ale w swojej zapiekłości zadbali także o pozory procesowej procedury, dodatkowo uzbrajając ją w swoistą komisję śledczą, w trakcie której podstawieni „świadkowie” dodatkowo przedstawiali „fakty” mające z jednej strony pogrążyć oskarżonego, a z drugiej dopełnić tego festiwalu nienawiści.

Tragiczne apogeum Wielkiego Piątku zdawało się kończyć burzliwość zmian i bohaterowie tych chwil udali się na spoczynek.

Piłat osuszył już swoje obmyte publicznie ręce i pewnie zasiadł do suto zastawionego stołu aby łechtać swoje podniebienie owocami południowych ogrodów.

Kajfasz i Annasz zaszyli się w swoich arcykapłańskich pałacach i pewnie nieco znużeni nadmiarem dopiero co doświadczonych przeżyć, udali się na spoczynek z nadzieją, że wreszcie będzie tak jak dotąd miało być.

Apostołowie zaszyci w ukryciu pielęgnowali pewnie swój żal, że skończył się ich sen o nowym królestwie wolnym od rzymskiego ucisku, i tylko On samotnie dopełniał woli Ojca uświęcając drzewo hańby, które od tego czasu miało się stać narzędziem nowego początku.

Jerozolima pogrążyła się w mroku kończącego się dnia i pewnie nikt nie był świadomy, że ten stan w historii czasu tak szybko ulegnie zmianie, bo przecież w cieniu utraconej nadziei trudno byłoby przewidzieć, że była to cisza przed niedzielnym triumfem tego, który ze swojej śmierci uczynił nowy początek zapisany przez historię jako Zmartwychwstanie.

Kryspin

środa, 13 marca 2024

 

Sakrament z taśmy

Druga połowa marca w tym roku wyznacza w Kościele kończący się czas Wielkiego Postu i już tylko dni dzielą nas od przeżywania tajemnicy Wielkanocnego cudu Zmartwychwstania.

W naszych świątyniach czas przyspieszył i mamy już za sobą większość duchowych ćwiczeń mających nas przygotować do godnego przeżywania największych tajemnic naszej wiary. Za nami ileś tam nabożeństw Gorzkich Żali, Dróg Krzyżowych, a w niektórych parafiach dodatkowo zrealizowano cykliczne wielkopostne rekolekcje, i to wszystko dla godnego spotkania ze Zmartwychwstałym.

Jednym z ostatnich ogniw przygotowujących nas do Wielkanocy będą z pewnością dni parafialnych spowiedzi, na które nasi duszpasterze corocznie zapraszają kapłanów z sąsiednich parafii, aby ci w prowizorycznych konfesjonałach sprawowali sakrament pojednania dla miejscowych owieczek.

wszystko to po to, aby wiernym umożliwić wypełnienie przykazania kościelnego mówiącego wprost, że każdy katolik winien chociażby raz do roku, w okresie wielkanocnym wyspowiadać się i komunię świętą z powagą przyjąć.

Ten obowiązujący nakaz wpisuje się także i w inne przykazanie kościelne mówiące o obowiązku nabożnego uczestnictwa we mszy świętej każdej niedzieli i w przypadku świąt nakazanych.

I tu rodzi mi się wątpliwość a może należało by powiedzieć zdziwienie.

Jeżeli mamy poważnie traktować sprawę naszego ostatecznego celu jakim jest zbawienie, to pozostawanie w stanie łaski uświęcającej (bez zmazy grzechu), to winno nas to obligować do stałej troski, aby takimi być nie tylko w krótkim okresie wielkanocnej mobilizacji.

Kiedy rozpoczynałem moją seminaryjną drogę nasi przełożeni zajmujący się sprawami duchowymi pouczali nas, że dbając o stan naszej duszy, winniśmy co najmniej raz w tygodniu zaliczać sakrament pojednania, a kapłana spowiednika traktować jak kierownika duchowego, kogoś na kształt trenera naszych wnętrz.

Jak więc się to ma dla zwyczajnych wiernych, czy ich wewnętrzny rozwój jest mniej ważny?

Życie w stanie łaski uświęcającej raz do roku to dziurawy durszlak nie dający gwarancji, chociażby w kwestii naszego niespodziewanego zejścia z tego świata, bo nikt przecież nie ma gwarancji, że Bóg może go powołać w najmniej oczekiwanym przez delikwenta momencie.

Inną sprawą, która wiąże się z takim sakramentem z taśmy jest z pewnością jakość przeżywania tegoż Bożego daru, kiedy często bez należytego przygotowania (konieczne warunki dobrej spowiedzi) doskakujemy do konfesjonału, odklepujemy wyuczone formułki, wyliczamy stale te same przewinienia i czekamy na odpukanie, zdawać by się mogło, najważniejszy element spowiedzi i już gotowe, zaliczony ceremoniał, ale czy miał coś wspólnego z sakramentem?

Zastanówmy się.

Gdyby przeciętny katolik spowiadał się raz w tygodniu, powiedzmy przed niedzielnym nabożeństwem?

Pewnie ze strony kapłanów padłaby odpowiedź, że to absurd, bo kolejka chętnych do sakramentu pojednania uniemożliwiłaby zmieścić w czasie jeszcze Eucharystię.

Pewnie w tym jest wiele racji, ale nie do końca.

W Kościele Polsko – Katolickim w trakcie każdej eucharystii, po spowiedzi powszechnej, celebrans dokonuje absolucji zbiorowej, aby uczestnikom nabożeństwa umożliwić pełne uczestnictwo we mszy.

Czy w Kościele katolickim nie mogłoby być podobnie?

Wojskowi kapelani z pewnością mogliby udzielić odpowiedzi na to pytanie i brzmiałaby ona: tak!

Co prawda kościelne przepisy dozwalają na absolucję generalną tylko w szczególnych przypadkach, ale to jasno dowodzi, że spowiedź indywidualna (na ucho) nie jest żadnym kanonem wiary, a tylko zwyczajowym nakazem mogącym ulec zmianie.

We mszy nabożnie uczestniczyć, mówi kościelny nakaz.

Spowiedź powszechna w randze sakramentu z pewnością byłaby przyczynkiem do tego, aby w niedzielnej liturgii większa liczba obecnych w pełni realizowała to polecenie.

Kryspin

środa, 6 marca 2024

 

Sakrament drugiej kategorii?

W naszej wierze są obszary powszechnie zrozumiałe, oraz te, które noszą znamiona tajemnic przekraczających ludzkie zrozumienie i to one są przez Kościół podawane jako sacrum przyjmowane w obszarze wiary.

Jedną z fundamentalnych tajemnic z pewnością jest dogmat dotyczący samej natury Boga, jedynego stwórcy wszech rzeczy, który będąc jednością w naszym rozumieniu, jednocześnie występujący w trzech osobach, co już przekracza możliwości percepcyjne ludzkiego umysłu.

Jeden Bóg w trzech osobach: Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.

Świadomość Trójcy Świętej nie od razu była tak oczywistym dla wyznawców przyszłego chrześcijaństwa, bo jeszcze na kartach Starego Testamentu do wierzenia podanym było, że to Jahwe, Bóg Izraela jest jedynym stwórcą porządku wszechrzeczy i tym zaznaczano różnice dzielące Naród Wybrany od innych nacji wyznających wielobóstwo tłumaczące porządek świata wiary.

Dopiero Chrystus dokonał przełomu w świadomości wiary ówczesnych wyznawców informując ich, że to on jest posłanym przez Ojca, by jako Jego Syn dokonał misji odkupienia naszych win i przywrócił jedność z Odwiecznym zaburzoną pradawną winą człowieka, który na początku dziejów zerwał ze Stwórcą przez akt nieposłuszeństwa Jego woli.

Tenże sam Syn Boży pod koniec swojej ziemskiej misji niejako przedstawił swoim wyznawcom, że jest jeszcze jedna osoba w jedności z Ojcem, która będąc na równi z Nim tworzy tę tajemnicę, a mianowicie Duch Święty.

Rolę tej trzeciej osoby Boskiej objawił swoim uczniom w dzień określony przez Kościół jako Zesłanie Ducha Świętego.

Wagę tego wydarzenia podkreślili Ewangeliści opisując stan ducha Apostołów bezpośrednio przed tym wydarzeniem, opisując ich jako grupę wystraszonych dopiero co zaistniałymi tragicznymi zdarzeniami z Wielkiego Piątku i nie do końca rozumiejącymi tego, co dokonało się w dniu Zmartwychwstania.

Dopiero dzień Zesłania Ducha Świętego odmienił wszystko. Apostołowie przeżyli spektakularną przemianą i z przerażonych sierot stali się świadomymi świadkami nowo zaistniałej rzeczywistości.

Przestali się bać i stali się mocni wiarą będącą darem od Tego, którego dopiero co poznali za przyczyną Boskiego Syna.

Depozytem tamtego wydarzenia stał się Sakrament Bierzmowania, którym Kościół toruje drogę Duchowi Świętemu do serc wiernych, aby stał się darem umocnienia ich wiary.

W trakcie jednej z rozmów na temat koniecznych sakramentów z których powinni korzystać wierzący, uczestniczka tej dyskusji spytała wprost:

-”Czy Sakrament Bierzmowania jest konieczny na przykład do możliwości zawarcia sakramentalnego małżeństwa, bo proboszcz jej parafii stanowczo się domaga, aby on poprzedził zamiar zawarcia kościelnego ślubu?”

Odpowiem, że nie jest warunkiem koniecznym, tak samo jak nie wszyscy uczący się muszą kończyć edukację maturą, skąd inąd nazywaną świadectwem dojrzałości.

Pewnym jednak jest to, że bierzmowanie trochę popadło w zapomnienie i jest uznawane jako sakrament drugiej kategorii, niby ważny, ale tak do końca niepotrzebny.

Sakrament dojrzałości chrześcijańskiej to może brzmi i dumnie, ale jeżeli wprowadza się go po mniej lub bardziej udanych naukach w kościelnych ławkach, a uczestnikami tychże duchowych ćwiczeń są nastolatkowie dopiero co kończący podstawówkę, to trudno od nich oczekiwać, że świadomie będą chcieli korzystać z darów, które im zamierza ofiarować Trzecia Osoba Boska.

Może warto by było nieco przesunąć ramy czasowe udzielania tego sakramentu i połączyć go z kończeniem edukacji na poziomie szkoły średniej.

Maturzyści z pietyzmem celebrują kolejne rocznice ukończenia swojej szkoły.

Kościół także wpisuje się w  ten trend polecając chociażby odnawianie przyrzeczeń ślubnych przy okazji kolejnych rocznic.

Może warto by było ten zwyczaj wprowadzić także w przypadku bierzmowania i o roli Ducha Świętego w naszym dojrzałym życiu mówić nie tylko przy okazji corocznych Zielonych Świąt?

Kryspin

środa, 28 lutego 2024

 

Biblia to nie tylko książka jakich wiele.

Dla nikogo nie jest zaskoczeniem, że spośród najpopularniejszych książek na świecie to Biblia dzierży palmę pierwszeństwa będąc od stuleci dziełem tłumaczonym na wszystkie języki świata, by obecnie osiągać milionowe nakłady przy każdorazowym wznowieniu.

Do pełni obrazu niezwykłości tej księgi warto uświadomić sobie, że stała się ona swoistą busolą wskazującą kierunki wiary dla trzech największych monoteistycznych religii: judaizmu, chrześcijaństwa oraz islamu, bo wszystkie te wyznania dzielą się bohaterami biblijnych kart (przynajmniej tych ze Starego Testamentu), których wspólnie uznają jako ważnych pośredników pomiędzy sprawami doczesności, a wiecznością w cieniu boskiego Ojca.

Biblia jest jedyną w swoim rodzaju księgą, która powstawała na przestrzeni tysiąca lat i to w okresie nam bardzo odległym, do tego wszystkiego była spisana dla ludzi żyjących grubo ponad 3000 lat przed nami i dodatkowo żyjących w innej strefie kulturalnej, cywilizacji wschodu bardzo odbiegającej naszym wyobrażeniom związanym z rzeczywistością.

Judaizm i islam od samego początku odbierał prawdy w niej zawarte jako teologiczne przesłanie obrazujące wiernym istotę boskiego planu zbawienia i dlatego wierni animowani przez znawców tych religii przyjmowali je bez dozy ludzkiego krytycyzmu.

Inaczej sprawa się miała i ma nadal w kulturze zachodu owładniętej chęcią pragmatyzmu podpieranego coraz to nowymi zdobyczami wiedzy na temat świata i może dlatego wiele fragmentów Biblii napotyka się z krytycznym odbiorem.

Niedawno było mi dane spotkać się właśnie z takim stanowiskiem, kiedy jeden z uczestników naszego nieformalnego spotkania otwarcie wyznał, że jest osobą niewierzącą i na poparcie swojego poglądu odwołał się do Pisma Świętego, które owsem kiedyś poznał nawet w miarę, ale trudno mu było czerpać z niej inspirację dla swojej niegdyś tlącej się jeszcze wiary.

-”Trudno mi zaakceptować niektóre biblijne przekazy, jak chociażby kwestię początku ludzkiej historii, która miałaby się zadziać od naszych prarodziców: Adama i Ewy w raju, gdzie dodatkowo za jej przyczyną na świat rozlało się zło.

Także i inne sprawy, kiedy autorzy opisują krwawe rozprawy Narodu Wybranego torującemu sobie drogę do wielkości mordując hurtowo swoich sąsiadów, a Bóg opiekun ich poczynań jeszcze błogosławił tym ekscesom.

To tylko nieliczne przykłady faktów, które utwierdzają mnie w mojej decyzji, iż to wszystko nie trzyma się kupy i szkoda czasu na pielęgnowanie jakichś mrzonek o życiu po...”

To prawda, że Biblia może być drogowskazem wiary, ale także może być najbardziej niebezpiecznym narzędziem prowadzącym do gruntowania w sobie zgoła odmiennych przekonań.

W trakcie naszej dysputy na temat Biblii zadałem mojemu rozmówcy pytanie:

-Co by ci dała lektura dzieł Homera, kiedy czytałbyś je w oryginale nie znając ani słowa w jego ojczystym języku?

Czy nie doszedłbyś do frustrującego wniosku, że taka lektura nie ma sensu?

I tu dochodzimy do konkluzji tłumaczącej „niebezpieczeństwa” lektury Biblii bez gruntownej wiedzy egzegetycznej, bez której trudno nam zrozumieć wiele fragmentów z tej księgi.

Owszem, Kościół naucza nas, że Pismo Święte jest fundamentem tradycji naszej wiary, ale to tylko pusty slogan, kiedy dla przeciętnego wierzącego zawiera tak dużo niezrozumienia w sobie.

Niedzielne spotkania z fragmentami Starego testamentu także nie załatwiają sprawy, kiedy w homilii kaznodzieja pomija ten aspekt egzegetycznej analizy jako coś zbyt trudnego w zrozumieniu.

Jedynym rozwiązaniem mogącym rozjaśnić te mroki niezrozumienia wydają się być spotkanie z Biblią w trakcie solidnych katechez, ale tu trzeba solidarnego wysiłku obu stron: dobrze przygotowanego katechety znającego meandry egzegetycznej teologii, a z drugiej strony woli odbiorców tych prawd.

To jedyny sposób, abyśmy rozwijając swój intelekt w wiedzy powszechnej, nie pozostali karłami w kwestii teologii Bożego zamysłu, który zawiera w sobie biblijny, niekiedy trudny w ludzkim rozumieniu przekaz.

Kryspin

środa, 21 lutego 2024

 

Edukacyjny węzeł gordyjski z religią w szkole

Kończy się miodowy czas nowego rządu i coraz bardziej widać, że dzierżenie władzy w szerokiej koalicji to nie taka łatwa sprawa.

Nie wszystko układa się po myśli Premiera, który raz po raz przeżywa ból głowy, bo choć wiele z zapowiedzi udało się zrealizować, to jednak nie do końca jawi się obraz sukcesu.

Naprawa praworządności idzie póki co jak po grudzie, a minister tego resortu co chwilę musi się zastanawiać na poszukiwaniem odpowiednich ustaw potrzebnych do zrealizowania swoich marzeń, do tego rolnicy nie wiedzieć czemu stawiają opór w kwestiach unijnych dyrektyw, a nasze państwo zobowiązało się być lojalnym członkiem tego tworu i musi lawirować, aby i wilk był syty i owca pozostała przy życiu.

Problemy pojawiają się także w resorcie edukacji, choć nauczyciele dostali obiecane profity i powinno być po sprawie, a jednak nie jest.

Nowa Minister (Ministra) tego resortu co prawda z determinacją walca zapowiada zmiany w nauczaniu z uwzględnieniem interesów uczniowskich, w czym powinny pomóc zamiary ograniczenia minimum programowego (skrócenie i weryfikacja listy lektur) i odejście od obowiązkowych zadań domowych, to jednak pozostaje zgryz związany z lekcjami religii w szkołach i w perspektywie z zupełną ich eliminacją z programu szkolnego, ale tu pojawia się problem związany z samym szefem rządu, który póki co nabrał wody w usta i milczy ze swoimi decyzjami.

Dodatkowo na horyzoncie majaczą buńczuczne głosy sprzeciwu artykułowane przez niektórych hierarchów mówiących wprost, że to oni będą decydować o tym ile lekcji religii będzie w szkołach i kropka.

Niewątpliwie wprowadzenie katechizacji do szkół na mocy porozumienia konkordatowego Kościół uznał za zdobycz należną wierzącym, zwłaszcza, że wpisywała się w filozofię należnego przywileju, ale należy sobie odpowiedzieć czy ta zdobycz przełożyła się na zysk dla oczekiwanego końcowego efektu?

Napisała do mnie w tej sprawie pewna starsza czytelniczka i wyraziła swoją opinię na ten temat:

-”Jestem z pokolenia, które religijną edukację odbywało w przykościelnych salkach i pamiętam jak bardzo przeżywaliśmy każde takie zajęcia mając świadomość, że tylko tam możemy pogłębiać swoją wiedzę o Bogu, kiedy wokoło epatowano społeczeństwo ideami dalekimi od tego, czym karmił nas Kościół.

Teraz z przygnębieniem słucham słów mojego wnuka, już prawie dorosłego człowieka (Jest w klasie maturalnej), kiedy mówi o tym, że tylko garstka z jego rówieśników poważnie traktuje lekcje religii w ich szkole, a większość tych nie chodzących na te zajęcia otwarcie mówi o tym, że nie zamierzają w przyszłości studiować teologii, więc nie czują potrzeby słuchania bajdurzenia jakiegoś nawiedzonego klechy.

Młodzież jest teraz bardzo krytyczna i swój sprzeciw wyraża nie tylko w kwestiach religii, ale otwarcie krytykują także bezsensowny w ich mniemaniu program i z innych przedmiotów.

-Nie będę lekarzem więc po co mi wkuwać jakieś regułki z chemii czy biologii, kiedy zamierzam studiować filologię polską- stwierdziła jedna z jego koleżanek.

I tu jest problem.

Młodzi ludzie odbierają religię w szkole jako jeden z przedmiotów, którego z różnych powodów wcale nie muszą akceptować.”

Religijna edukacja w szkole to osiągnięcie wynikające z ustaleń konkordatowych, ale czy aby nie okazało się to swoiste kukułcze jajo, które do gniazda Kościoła trafiło w jego wyniku?

Może należałoby się zastanowić, czy ten eksperyment nie przyniósł więcej strat niż korzyści?

A jeżeli tak, to może warto by było uczynić krok wstecz i powrócić do tego, co przez dziesięciolecia było autentyczną siłą.

Religia przy kościelnych zaułkach wcale nie musi być porażką, bo wtedy udziela się dzieciakom ta niezwykłość bliskości z Bogiem, który jest tuż obok nich.

Kryspin