środa, 29 czerwca 2022

Kwiatki Bożego Ciała



„Po Bożym Ciele nic po księdzu w kościele”, można by zacytować ludowe powiedzenie obrazujące nadchodzący czas wakacyjnego nic nie robienia, który także w roku liturgicznym wyznacza okres kilkutygodniowego czasu bez corocznych świąt i podniosłych uroczystości.

Idąc dalej tym tokiem myślenia pewnie nie pozostało by i mnie nic do zauważenia i sam udałbym się gdzieś na kilkudniowy odpoczynek, aby po naładowaniu „akumulatorów” powrócić do otaczającej rzeczywistości, szczególnie związanej ze sprawami Kościoła.

No i na nic moje zamierzenia, bo w minionym tygodniu, zamiast sposobić się do podniosłości Bożego Ciala, szykować kosze kwiatowych pąków, które miałyby wypełnić kolorowe dywany podczas procesji samego Chrystusa, który właśnie w tym dniu odwiedza ulice naszych miast, media poinformowały maluczkich, że emerytowany już co prawda książę naszego Kościoła znowu będzie zmuszony bronić swojego dobrego imienia, bo prokuratura nadal nie przyjmuje jego tłumaczeń związanych z tuszowaniem afery pedofilskiej jego podwładnego w sutannie i jakby tego było mało, siostrzyczki w zakonnych habitach ze zgromadzenia prowadzącego w jego dawnej diecezji dom pomocy dla dzieci z problemami psychicznymi, przez lata ponoć( według doniesień jednego z portali internetowych) dopuszczały się niegodziwości w stosunku do niedorozwiniętych psychicznie małych podopiecznych.

Póki co bohaterowie tych medialnych i prokuratorskich doniesień zgodnie zaprzeczają i nie przyznają się do niczego złego chroniąc się za parawanem domniemania niewinności, ale wobec twardych dowodów taka linia obrony pewnie na niewiele się zda i smrodek będzie się roznosił.

Swoją drogą nie mogę zrozumieć tego stawania w zaparte i zaklinania rzeczywistości, która w jaskrawym świetle pokazuje to, że dokonało się zło za przyczyną tego, czy owego człowieka Kościoła.

Pewnie z upływem czasu inni członkowie tej wspólnoty, kierując się zasadą przebaczenia, dokonali by swoistego „zapomnienia” jego przewin, ale nie wtedy, kiedy on usilnie broni kłamstwa o sobie samym.

Każdego człowieka, niezależnie od pozycji społecznej czy stanu posiadania dotyka syndrom upływającego czasu i tak osoba kiedyś młoda z perspektywami, staje się nieuchronnie dojrzała w latach, by po mgnieniu oka zasiąść w loży seniorów, a później już tylko pozostanie wspomnienie ze strony tych, którzy zastąpią ją w tej sztafecie pokoleń.

Może więc warto czynić starania, aby dobrze i świadomie przeżywać każdy dany nam dzień i kiedy kładziemy się spać, dokonywać w ciszy przed sobą samym swoistego rozrachunku dobra, którego za moją przyczyną dostąpił ktoś, którego życie otarło się o mnie, niezależnie od tego, czy takie było jego zamierzenie, czy tylko ślepy los postawił go na kolizyjnej ścieżce mojego życia.

Przez ulice naszych miast i wiejskie polne drogi, jak co roku przeszedł w korowodzie wiary sam Chrystus i kolejny raz może przeżywaliśmy zachwyt nad niezwykłością tego korowodu i może nawet mieliśmy swój maleńki wkład w upiększenie tej trasy Bożego przemarszu, ale to jeszcze zbyt mało, abyśmy mogli poczuć się spełnieni po tym spotkaniu.

Zbawiciel każdego dnia zdaje się stawać na kolizyjnym kursie naszej drogi i pod postacią może małego chłopca, niekiedy zewnętrznie upośledzonego swoją chorobą, czy zwyczajnie nie potrafiącego bronić się przed niecnymi zamiarami człowieka o złym dotyku, zdaje się stawiać przed nami egzamin z dobra, jakie winniśmy mu okazać, niezależnie od tego, czy nosimy garnitur, zakonny habit czy kardynalską sutannę.

Każdego z nas dotyka syndrom upływającego czasu i od nas zależy, czy historia zapamięta nas jako ludzi wielkiego serca, czy tylko drobnych ciułaczy kariery, którzy gotowi byli na wiele kompromisów z dobrem dla ułudy i tak przemijającego sukcesu na targowisku owłdniętego gorączką chorego świata.

Kryspin 

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Lednica na krańce świata


Pierwsza sobota czerwca jest dniem corocznych spotkań młodych na Lednicy. Nie inaczej było także i teraz, choć przed rokiem takowe spotkanie nie miało miejsca ze względu na szalejącą wtedy pandemię.

Tak się szczęśliwie składa, że corocznie mogę być świadkiem tego wydarzenia, bo pomieszkuję niedaleko od milenijnej ryby będącej znakiem rozpoznawczym tego miejsca.

Już w piątkowe popołudnie w kierunku lednickich pól maszerowały grupki młodych, niekiedy w harcerskich mundurkach, i zawsze z nieodłącznym uśmiechem kroczyli drogą, której kresem było miejsce lednickiego spotkania.

Większość uczestników tego zlotu skorzystało z masowego transportu, autokarów zorganizowanych przez szefów parafialnych wspólnot z najodleglejszych zakątków naszej ojczyzny i docierali na miejsce od sobotniego poranka.

Bezpośrednio po uroczystościach organizatorzy obliczyli że ilość uczestników tej jedynej w swoim rodzaju liturgii grubo przekroczyło 20000.

Może to i niewiele, kiedy w minionych „tłustych” latach było ich ponad 150000, ale to i tak znacząca liczba wziąwszy pod uwagę realia rzeczywistości, która nie promuje duchowości jako stylu życia.

Tegoroczne zgromadzenie młodych odbyło się pod wezwaniem:” Na kraniec świata” i to w połączeniu z rozdawanymi różańcami był znak potrzeby świadectwa wiary, w którym ten maryjny rekwizyt winien odgrywać bardzo ważną rolę.

Obserwując nieco z oddali rzesze młodych ludzi pielgrzymujących na Lednicę z wiarą na ustach, zauważyłem, że ona emanowała także z ich serc, a to może budzić nadzieję, że z Kościołem wcale nie jest tak źle.

I na tym mógłbym zakończyć moje przemyślenie, gdyby nie głosy ludzi, którym nie jest po drodze z dobrostanem Kościoła i w kilka chwil po spotkaniu młodych na lednickich polach wtrącili swoje trzy grosze dokonując wyliczeń, kto i jaki biznes zrobił przy okazji tego spotkania.

W podobnym tonie wypowiedziała się czytelniczka „Księdza w cywilu”, która wyraziła swoje niezadowolenie z tego, że w ogóle redakcja pozwala mi na szerzenie nieprawdy i silenie się na eksperta od kościelnego podwórka, kiedy ona ma swoje krytyczne zdanie uznając, że:”kościół to instytucja tucząca się na ciemnogrodzie i nie dająca niczego prócz drenażu kieszeni ciemnego ludu”.

Uspakajając niepokój czytelniczki pragnę zapewnić, iż jestem dalekim od czynienia się ekspertem od kościelnych spraw, a jestem co najwyżej pokornym obserwatorem życia, kiedy ono zawiera także sprawy bliskie wielu moim czytelnikom.

Wracając do biznesu, jaki Kościół robi przy okazji takich wydarzeń jak Lednica 2000, to można spojrzeć na to i z innej strony.

Dzięki darczyńcom Dominikanie i Fundacja Lednica 2000 pobudowała wspaniały kompleks z miejscami spotkań, domami pielgrzyma i przestrzenią, w której przybywający czują się godnie.

Ojciec Jan Góra, charyzmatyczny założyciel idei spotkań młodych na lednickich polach, za życia wielokrotnie spotykał się z zarzutami iż budował sobie coś na kształt małego Watykanu, karmiąc tym swoją próżność.

Koniec końców zapracował sobie na wdzięczną pamięć niezliczonych rzesz młodych ludzi, którzy z wdzięcznością, przy okazji pobytu na Lednicy, często swój pobyt zaczynają od zapalenia znicza pamięci przy jego prostym grobie, który zwieńcza tylko potężny głaz.

Może ulegając pokusie rozliczania Kościoła z mitycznego bogactwa warto też ocenić jego dokonania, często monumentalne pomniki z architektonicznymi perełkami na czele, które jeszcze przez długi czas poza naszym istnieniem, będą pomnikami minionych pokoleń, które były dumne ze swojej wiary.

I tak na koniec: Kościół w równym stopniu stanowimy wszyscy, i ci w purpurach, ale także szarzy członkowie społeczności założonej kiedyś przez Chrystusa.

Kryspin 

środa, 15 czerwca 2022

Czterdzieści lat minęło.

 


„-Czterdzieści lat minęło”- mógłbym przywołać te słowa serialowego przeboju, kiedy przypominam sobie czerwcowy dzień naszych święceń kapłańskich w roku 1982.

Było nas wtedy dwudziestu młodych facetów, którzy po sześciu latach seminaryjnych przygotowań stali się najważniejszymi aktorami katedralnej uroczystości celebrowanej przez samego Prymasa.

Po kilku następnych dniach, otrzymawszy pierwsze dekrety, przeszliśmy do czynnej kapłańskiej służby w wyznaczonych parafiach.

Później, wraz z upływem lat, stan naszej kapłańskiej gromadki uległ znacznemu pomniejszeniu, bo czterech z nas zdecydowało się przejść do „cywila”, a po kolejnych dziesięcioleciach dwóch wielebnych z rocznika 1982 zakończyło ziemską posługę i przeniosło się do wieczności.

Kończąc te wspomnienie sięgające początków naszej kapłańskiej przygody, warto także zauważyć, że dla większości z moich kursowych kolegów te czterdzieści lat to nie tylko szarówka kapłańskiej posługi, bo dla aż jedenastu z nich przybrała ona kolor fioletowego, kanonickiego wyróżnienia.

Może już dosyć sentymentalnej podróży do przeszłości, bo rzeczywistość tu i teraz skrzeczy. Konkretnie chodzi o powszechną posuchę jeżeli chodzi o nowe kadry w hierarchicznym Kościele.

Biskup opolski będąc kolejnym z hierarchów poruszających ten temat, podzielił się tym razem troską ze swoimi wiernymi nazywając klęską suszy niedostatek powołań, kiedy w perspektywie kilku następnych lat zabraknie w diecezji kilkudziesięciu kapłanów.

Taki stan rodzi konieczność łączenia parafialnych wspólnot, którymi będzie zmuszony opiekować się jeden duszpasterz.

Opolski hierarcha i tak nie jest w najgorszej sytuacji, bo w bieżącym roku diecezja wzbogaci się o 14 neoprezbiterów, kiedy na Warmii, w olsztyńskiej katedrze nie będzie uroczystości święceń kapłańskich w ogóle, bo do końca seminaryjnej drogi nie dotarł żaden kandydat.

Swoją drogą to jest zastanawiające, że wobec nadmuchanej famy, że Kościół tuczy się swoim bogactwem, a szeregi kapłańskie to przechowalnie dla nierobów i życiowych nieudaczników, o dewiantach nie wspominając, a i tak brakuje chętnych , aby się załapać na takie „wygodne życie”?

Bezsprzecznie kapłaństwo ma obecnie złą prasę i mają dużo racji ci, którzy przyczyn takiej sytuacji upatrują w nieciekawych zachowaniach tych, którzy z nazwy winni być sługami bożego dzieła; ale to tylko część prawdy, bo jak zauważył jeden z mądrych przedstawicieli tej grupy „zawodowej”, jakość sług ołtarza to efekt poziomu wiary całej społeczności Kościoła.

Inaczej mówiąc wszyscy jego członkowie ponoszą równoważną odpowiedzialność za jakość sług ołtarza i gołym okiem widać, że jest ona pokłosiem wiary na pół gwizdka.

Poziom naszej wiary ma także bezpośredni wpływ na ilość młodych ludzi, którzy odpowiadając na głos wezwania założyciela tej instytucji, zechcieliby pozytywnie na nie odpowiedzieć.

Jedenastu z moich kursowych kolegów po latach kapłańskiej posługi zapracowało sobie na wyróżnienie w postaci powołania ich do godności kanoników świętego Kościoła i w tej chwili przypomina mi się cytat z Biblii, który w nieco zabawny sposób krąży wśród kapłanów w kontekście tego wyróżnienia:”-Śpijcie i odpoczywacie”(Mk 14, 41)

Poważnie rzecz traktując, sądzę, że od ludzi, których w ten sposób doceniono w kapłańskich szeregach, Bóg wymaga więcej i liczy na to, że swoją postawą będą torować dla Niego drogę do ludzkich serc.

To jest najlepsza forma spełnienia zadania które Odwieczny stawia przed każdym wierzącym, a kapłanami szczególnie, aby przez nich jak w kryształowym zwierciadle jawił się obraz Dobrego Pasterza gotowego na wiele dla dobra tych, którzy zostali powierzeni ich opiece.

Kryspin

środa, 8 czerwca 2022

Klejnot, czy opakowanie?

 


Kilka dni przed 3 czerwca 1979 roku, na który to przewidziano pierwszą wizytę Jana Pawła II w Gnieźnie, wszystkim udzielała się atmosfera oczekiwania na te historyczne wydarzenie.

Byliśmy wtedy alumnami Prymasowskiego Seminarium, więc chociażby z tej racji dane nam było być w samym środku gorączki przygotowań do godnego przyjęcia zastępcy św. Piotra na prastarej, piastowskiej ziemi.

Już zostały wyznaczone osoby mające sprawować służbę przy papieskim ołtarzu, członkowie chóru ćwiczyli kolejny raz Gaude Mater Polonia, a personel pomocniczy, czyli nasze siostry zakonne, nerwowo sposobiły się do tego, aby przygotować wystawny obiad dla grona znakomitych gości.

W pamięci pozostał mi jeden zgrzyt z tego czasu, który dotyczył listy 50 osób mających dostąpić zaszczytu otrzymania w czasie papieskiej liturgii komunii św. z rąk samego Jana Pawła II.

Do ostatnich chwil trwała batalia, w której prym wiedli miejscowi hierarchowie i inni kościelni decydenci, usiłujący załatwić to wyróżnienie swoim protegowanym, i wtedy w niepamięć odeszły wcześniejsze ustalenia, że miały to być świeckie osoby szczególnie zasłużone dla wspólnot parafialnych, bo zwyczajnie ich miejsce zajęli „znajomi królika”.

Pamiętam naszą (klerycką) rozmowę przy parkowej ławeczce, kiedy jeden z moich kolegów z niesmakiem stwierdził, że to najbardziej jaskrawy przykład braku wiary ze strony katolików, kiedy „opakowanie” jest dla niektórych ważniejsze od najcenniejszego klejnotu, jakim jest ciało Chrystusa, niezależnie od tego, kto jest jego szafarzem.

No cóż, wtedy Papież był niczym idol estrady i to z najwyższej półki, więc trudno się dziwić, że doczesne emocje wzięły górę nad pokorą wiary i Chrystus zwyczajnie przegrał z chwilowymi pragnieniami, nawet takimi, które wyzwalały doczesne pragnienia.

Po epidemicznym zastoju, który pozamykał naszą rzeczywistość do domowych pieleszy, nareszcie mogliśmy powrócić do pełni życia, także w sferze religijnych ceremonii.

No i nastał, przez wielu oczekiwany, czas komunijnej gorączki.

Na pełnię wolności także w tej kwestii oczekiwały pociechy sposobiące się od miesięcy do najważniejszego w ich dotychczasowym życiu wydarzenia, kiedy pierwszy raz mogliby ugościć w swoim sercu tego, który z miłości do ludzi ustanowił sakrament eucharystii, by po wsze czasy karmić wiernych swoim ciałem.

Nie można się dziwić niecierpliwości oczekiwania wśród najważniejszych „aktorów” majowych uroczystości, ale już przyglądając się gorączce wszystkich pozostałych, trudno nie doznać niesmaku.

Wytwórcy wszelkiego rodzaju gadżetów około komunijnych, czy restauratorzy zacierają ręce na spodziewane zyski, bo przecież trzeba ubrać dzieciaki i nakarmić przybyłych na ich uroczystość gości.

Jakby tego było mało, w tym chocholim tańcu swoje miejsce zajmują także rodzice małych bohaterów, z wypiekami na twarzy kalkujący, czy ich zabieganie znajdzie oddźwięk w hojności zaproszonych gości. Co prawda to jest szczególny dzień dla ich dzieci, ale co szkodzi, aby w komunijnych kopertach obok życzeń znalazły swoje miejsce także szeleszczące banknoty?

W ten racjonalny sposób konsumowania majowych uroczystości wpisują się także media prowadząc wywiady z nieodłącznym pytaniem o wymarzone prezenty, których oczekują dzieci, i zaraz potem w formie podpowiedzi następuje wyliczanka:laptop, rower, a może i coś większego, jak chociażby kład?

A biedne dzieciaki stoją zażenowane i najczęściej nie potrafią wpasować się w poprawność odpowiedzi, choć jedna z bohaterek telewizyjnej sądy po chwili zastanowienia odpowiedziała zdecydowanie:

-”Je już niczego więcej nie potrzebuję, bo w czasie eucharystii otrzymałam mój najpiękniejszy dzisiaj prezent”

Kryspin

niedziela, 29 maja 2022

Trzeba was opiłować"


Kiedy w 1964 roku rozpoczynałem moją edukacyjną przygodę, w szkolnych murach przyszło mi się mierzyć z przedmiotami nauczania, które edukacyjne władze przewidziały jako obowiązkowe i kiedy po latach uświadomiłem sobie, że w przyszłości nigdy nie będę drugą Skłodowską, przedmioty ścisłe nie przypadły mi do gustu, ale trudno.

Obowiązek zdobywania wiedzy z chemii, czy fizyki nie bardzo mnie pociągał, ale musiałem się zgodzić na udział w tych lekcjach, i koniec.

Pewnie nie byłem odosobniony w swoim krytycznym stosunku do tych przedmiotów, ale trudno, obowiązek edukacyjnego minimum nie dopuszczał fakultatywnego traktowania tych przedmiotów i nikt nawet nie pomyślał, że mógłby w szkole rezygnować z tego, co władze uznały za bezdyskusyjne.

Teraz, gdy słucham jaśnie oświeconych zwolenników wypowiadających się na temat praw 12 latków do decydowania, czy mają uczestniczyć w zajęciach z religii, nie mogę wyjść z podziwu i pytam sam siebie, gdzie są granice niekonsekwencji?

Przecież rodzice zapisując dzieci do szkół, od samego początku zdecydowali, czy ich pociechy miały pobierać wiedzę z religii i tym samym zdecydowali o ich edukacyjnym obowiązku także z tego przedmiotu.

Niejednokrotnie wypowiadałem się krytycznie na temat lekcji religii w szkołach, ale to się zadziało na mocy konkordatu, który przed laty państwo polskie podpisało z Kościołem i temat został zamknięty.

Krytyczne głosy niektórych środowisk dalekich od kościelnych zaułków cyklicznie jednak podnoszą tę kwestię i przy tym dorzucają ekonomiczne koszty tamtej decyzji argumentując, że kasa przeznaczona na kościelnych edukatorów w istotny sposób nadgryza budżet i pieniądze wydawane chociażby na pensje katechetów mogłyby być spożytkowane na inne cele.

W tym samym tonie trzeba odebrać ostatnie wystąpienia lidera opozycji, który zapowiadał natychmiastową weryfikację konkordatowych ustaleń po wyborach, które oczywiście wygra jego opcja polityczna.

Trzeba przyznać, że to bardzo chwytliwy temat, kiedy w cieniu rozdziału Kościoła od naszego państwa, tak przy okazji oferuje się elektoratowi perspektywę oszczędności w finansowaniu tej instytucji.

Może idąc dalej tym tokiem rozumowania, należałoby dokonać kolejnych oszczędności i w innych dziedzinach naszej rzeczywistości?

Można by na przykład przyciąć wydatki na niematerialną aktywność: dodatki do prywatnych teatrów, galerii sztuki, muzeów czy innych inicjatyw często niewiele mających wspólnego z szeroko pojętą kulturą, które corocznie kosztują krocie?

Kościół ma wiele za uszami i można by cytować długą listę jego przewinień, ale to wcale nikogo nie upoważnia do tego, co nazwał jeden z politycznych prominentów koniecznością opiłowywania katolików z nadmiernych przywilejów.

Gdybyśmy chcieli jednak wyliczać ciemne strony tej instytucji i przywołalibyśmy chociażby skandale moralne, czy fiskalizm pielęgnowany wśród niektórych hierarchicznych przedstawicieli Kościoła, to nie powinniśmy zapominać, że integralną i najważniejszą jego siłą są wierni, często zapominani w cyklicznych atakach przeciwników tej społeczności.

Gdyby do tego dołożyć siłę tradycji, która przez wieki pozwoliła mu przetrwać rozmaite i nie zawsze chlubne zakręty jego historii, to otwarta batalia przeciwko, z góry jest skazana na porażkę.

Katolicy może i są w mniejszości licząc chociażby ich aktywność w spełnianiu obowiązków osób wierzących, to jednak pamięć korzeni, z których się wywodzą, z pewnością nie podzieli kunktatorskiej postawy politycznych liderów, mających nie do końca czyste karty intencji i działających w myśl zasady, że można oszukać pamięć potencjalnych sojuszników ich zamierzeń.

Kryspin 

wtorek, 24 maja 2022

Czy seminarium formuje, czy deformuje powołanie?

 


Jeszcze do niedawna, zwłaszcza w krajach głęboko zarażonych wirusem zimnej wojny, pielęgnowano ideę sprawnych sił zbrojnych opartych na systemie obowiązkowej służby wojskowej.

Dopiero od kilkunastu lat zwolennicy całodobowej izolacji potencjalnych obrońców granic doszli do wniosku, że taki system nie sprawdza się w dzisiejszych realiach i zmienili zasady szkolenia wojskowych, ograniczając ich pobyt w koszarach do niezbędnego minimum, kładąc jednocześnie nacisk na system cyklicznych kilkutygodniowych szkoleń, które w wystarczający sposób przygotowują żołnierzy do potencjalnych zagrożeń.

Podobnie skoszarowany system nadal stosuje Kościół w procesie formacji przyszłych kapłanów.

Do dzisiejszego modelu kształtowania powołań poprzez pobyt poza seminaryjnymi murami dochodzono w ewolucyjny sposób, od wczesnochrześcijańskich praktyk podążania za kapłanem, aby korzystać z jego mądrości i uczyć się być dobrym sługą ołtarza, poprzez bardziej zaawansowany system przykatedralnych szkół, w których przyszli adepci teologii, dodatkowo zgłębiali tajniki innych dziedzin nauki, przez co sposobili się do przyszłych kapłańskich zadań.

Zasadniczy przełom dokonał się w czasie Soboru Trydenckiego, czyli w wieku XVI, kiedy to ojcowie tego kościelnego gremium spisali zasady formacji przyszłych kapłanów w systemie zamkniętych ośrodków formacyjnych, w których pod bacznym okiem moderatorów, najczęściej młodzi mężczyźni winni nabywać cech przyszłych sług bożych tajemnic.

I teki model kapłańskiej formacji przetrwał z delikatnymi zmianami do dnia dzisiejszego i nawet powiew nowego, który Kościołowi przyniósł Sobór Watykański II ni jak nie wpłynął na proces seminaryjnej formacji, czyli nihil nowi na tym polu.

Osobiście mogę wspominać seminaryjną rzeczywistość sprzed czterech dekad, ale póki co obrazy tamtych dni nadal mam w dobrej pamięci.

Nadal pamiętam pierwszy dzień, kiedy zamieszkałem za murami, które od otaczającego świata oddzielał solidny mur i rodzaj parku chroniącego posadowiony w głębi budynek z początku XX wieku.

Kiedy zaczynałem seminaryjną drogę, w Polsce jeszcze panował głęboki PRL ze swoimi służbami, które inwigilowały takie instytucje, jako wrogie socjalistycznej idei wolności od zabobonu wiary.

Nie wchodząc w szczegóły seminaryjnych doświadczeń, pragnę jednak kolejny raz zauważyć, odpowiadając jednocześnie na spiskowe dociekania: czy seminarium było przechowalnią przyszłych seksualnych dewiantów?

-Nie, nie było to miejsce azylu ani dla homoseksualistów, pedofilii, czy chociażby życiowych nieudaczników, którzy tam szukaliby sposobu na wygodne życie!

Mogę odpowiedzialnie stwierdzić, że młodzi ludzie, którzy decydowali się tam realizować drogę swojego przyszłego życia, czynili to w dobrej wierze.

Jeżeli więc początek był tak szczytny, to gdzie tkwi przyczyna, że po latach z tych przesiąkniętych ideałami młodych ludzi wyrośli: opaśli samouwielbieniem księża, którzy osobisty luksus przedkładają nad służbę innym, dewianci realizujący swoje żądze dopuszczając się haniebnych czynów wobec dzieci, czy wreszcie faceci, którzy celibat rozumieją tylko jako martwy przepis, co prawda pozbawiający ich możliwości zakładania rodzin, ale ni jak nie przeszkadzający w nieformalnych związkach z kobietami lub facetami także?

I tu kolejny raz powtórzę, że formacja seminaryjna ni jak nie tworzy prawidłowych postaw wśród przyszłych adeptów kapłańskiej profesji.

Sześć lat za murami seminarium, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę wtłaczane przekonanie o wyjątkowości wybrania do wielkich dzieł, tworzy idealnych egoistów, nigdy nie będących wstanie realizować powołania służenia innym.

Najbardziej cynicznym zabiegiem, jakim poddano kandydatów do służby ołtarza, stało się jednak wprowadzenie celibatu kapłanów i wmawianie, iż jest to realizacja postulatu samego założyciela Kościoła, ale to pozostawmy jako kolejny temat dla Księdza w cywilu.

Kryspin

czwartek, 28 kwietnia 2022

Schowaj miecz


Przeżywaliśmy w minionych dniach okres triumfu życia nad śmiercią, kiedy Chrystus umęczony i zabity nienawiścią tych, którzy zdecydowali się zadać gwałt wobec tego, który w swoim nauczaniu głosił miłość i dobro, mające determinować wszelkie ludzkie działanie, ostatecznie ponieśli klęskę swojego zbrodniczego nastawienia.

Niedziela Zmartwychwstania ostatecznie zadała cios ludzkiej nienawiści i dała nadzieję na lepsze jutro wszystkim tym, którzy w Nim pokładali nadzieję; ale nie od razu mogli cieszyć się pełnią tego sukcesu, bo jeszcze przez długie stulecia musieli się mierzyć z siłami ciemności, o czym świadczyły pierwsze wieki po tym najważniejszym, w kontekście zbawczego planu, wydarzeniu.

Wyznawcom nowej religii przyszło się mierzyć z bolesnym czasem prześladowań, przelewanej krwi tych, którzy nie wahali się poświęcić w imię zjednoczenia z tym, który jako pierwszy własną ofiarą z życia pokazał drogę do prawdziwej wolności.

Kiedy Nauczyciel z Nazaretu oczekiwał w ogrodzie Getsemani na dopełnienie się swojego losu, wydarzyło się coś, co nie do końca było zrozumiałe dla tych, którzy towarzyszyli mu w czasie krwawej modlitwy.

Do ogrodu weszli siepacze Heroda, by pojmać wichrzyciela. W tym samym momencie zareagował Piotr, dopiero co naznaczony na przyszłego zastępcę Chrystusa.

W jednej chwili dobył miecza, aby nim obronić Nauczyciela i wtedy usłyszał od niego, aby schował miecz i pozwolił, aby dokonało się to, co zamierzali słudzy ciemności.

To była jedna z najważniejszych nauk, jaką przekazał Zbawiciel swoim wyznawcom, którzy do tej pory żyli nadzieją, że dane im będzie uczestniczyć w zbrojnym przewrocie, a ich przywódca okaże swoją boską siłę i zmieni obraz zniewolonego Izraela, przejmując przy użyciu siły władzę z rąk znienawidzonego okupanta.

Z pewnością to zachowanie Chrystusa z ogrodu Oliwnego przyświecało następnym pokoleniom jego wyznawców, którzy spokojnym przyjmowaniem cierpienia budzili zdziwienie swoich prześladowców oddając życie na arenach pogańskich cyrków.

Nie zawsze jednak Kościół realizował ten pacyfizm swojego założyciela, o czym świadczyły czasy, kiedy katolicy ewangelizację łączyli z przemocą i często urządzali krwawą łaźnie wobec tych, którzy broniąc swojej rzeczywistości, nie zamierzali łączyć swojej przyszłości z narzucaną im siłą nową wiarą.

Okres wojen krzyżowych, czas katolickiej krucjaty wkraczającej do nowo poznanych rejonów świata, kiedy krzyż łączono z mieczem, to z pewnością ciemne fakty dalece nie przystające do przesłania, które usłyszał Piotr w Getsemani.

Wcale nie jestem zdziwiony postawą Franciszka, który póki co musi się mierzyć z falą krytyki chociażby za ostatni gest z drogi krzyżowej, kiedy krzyż niosły wspólnie osoby z Ukrainy i Rosji.

Papież realizując przesłanie Chrystusa z Getsemani otwarcie przeciwstawia się przeciwko wojnie jako formie rozwiązywania konfliktów, bo ona zawsze niesie ból i cierpienie tysięcy ofiar.

A wojny na Ukrainie mogłoby wcale nie być, gdyby możni tego świata nie wyhodowali satrapy ogarniętego manią wielkości.

Gdyby świat zareagował w 2014 roku i zastosował wtedy drastyczne sankcje wobec agresywnych zapędów Putina, to mogłoby uchronić setki tysięcy ofiar niewinnych niczemu ludzi w obecnym koszmarze, który przeżywa naród ukraiński.

Świat póki co niczego się nie nauczył i próbuje gasić pożogę dopiero wtedy, kiedy płonie pokój.

I tak na koniec kamyczek do ogródka tych, którzy próbują ustawić Franciszka w jednym szeregu z tymi, którzy powinni się czuć winnymi tego, że Ukraina płonie.

Papież, jako zastępca Chrystusa nigdy nie powinien stać w szeregu tych spóźnionych w swoich zabiegach i dlatego ma prawo i obowiązek nazywać złem wojnę jako kolejny błąd zaniedbania tych, którzy swoimi poczynaniami na nią przyzwolili.

Kryspin

wtorek, 26 kwietnia 2022

Prawda Zmartwychwstania


. Kiedy nastał niedzielny poranek po traumatycznych wydarzeniach piątkowej egzekucji skazańca, który za życia zapracował sobie na nienawiść żydowskich elit, wykorzystujących słabość Piłata by załatwić Nauczycielowi z Nazaretu krzyż, nawet nie przypuszczali, że wykorzystując rzymskiego namiestnika, wcale nie załatwili niewygodnego problemu.

W najczarniejszych snach nie przypuszczali, że Chrystus ukrzyżowany zdoła się odrodzić i to w tak spektakularny sposób, pokonując śmierć sowim zmartwychpowstaniem.

No i co im pozostało, jak tylko lansować historię o oszustwie Jego wyznawców, którzy w ich przekazie potajemnie wykradli ciało swojego Nauczyciela, by zaraz potem ogłosić światu, iż ten powstał z martwych.

Kiedy po czasie ktoś chciałby krytycznie ocenić ich zabiegi, to nawet nie będąc wytrawnym śledczym, obnażyłby ich historię, jako wewnętrznie niespójną.

Sugestia, którą poddali Piłatowi, że do oszustwa musiało dojść wtedy, kiedy rzymskie straże strzegące grobu zwyczajnie musiały przespać moment, kiedy uczniowie wynieśli ciało z grobu, zupełnie nie pasowało do realiów służby w wojsku Piłata i gdyby nawet miało to miejsce, to winni zaniedbania ponieśliby srogą karę, a nic takiego ich nie spotkało.

Zachowanie uczniów Jezusa, przygnębionych i zastraszonych wydarzeniami z piątku nie mogło nagle ulec diametralnej zmianie z powodu oszustwa z ich strony.

Ewangelie pokazują ich radosnych i gotowych do wszelkich poświęceń w głoszeniu radosnej nowiny o cudzie, którego tak do końca sami nie rozumieli, ale nim żyli.

Kolejnych dowodów, że w niedzielę wielkanocną dokonało się coś niezwykłego można by mnożyć, ale to wszystko i tak nie zmieniłoby serc tych, którzy nie zamierzali uznać swojej największej pomyłki w stosunku do tego niezwykłego człowieka i dlatego, jak zauważył autor Dziejów Apostolskich, trwa to przekonanie wśród żydów po dzień dzisiejszy.

Czy można zanegować prawdę?

Historia uczy nas, że można, i po wielokroć znajdują się ludzie, którzy wbrew oczywistym faktom, po prostu ich nie uznają szukając często spiskowych teorii, którymi ją negują.

Od kilku tygodni na Ukrainie dzieją się dantejskie sceny i gołym okiem można ocenić kto jest agresorem w tym konflikcie, a mimo to wielu osobom ta bolesna prawda nie dociera.

W trakcie towarzyskiego spotkania byłem zmuszony wysłuchać jednego z dyskutantów, który nie omieszkał zanegować doniesienia z tamtejszego frontu i wprost stwierdził, że nie wierzy w to, iż Rosjanie dokonują mordów na ludności cywilnej, a dziennikarskie doniesienia to tylko proamerykańska propaganda.

No cóż, nie ma skutecznego lekarstwa na ludzkie otumanienie, ale ktoś stoi za tworzeniem takich bzdur i takich ludzi winno się bać.

Prawda nie zawsze jest wygodna, zwłaszcza jeżeli obnaża nasze ciemne pokłady może i byłych przewin, wtedy stajemy w jednym szeregu z tymi, którzy swoim spektaklem nienawiści doprowadzili kiedyś Jezusa do krzyża, licząc na to, że po jakimś czasie rozmyją się ich niegodziwości.

Ostatnio na nowo naszą scenę polityczną rozgrzały informacje komisji smoleńskiej i pewnie jak do tej pory będą ludzie zadowoleni z tego, że wreszcie ktoś przybliżył ich do prawdy o wydarzeniach sprzed 12 lat, ale po drugiej stronie pozostaną ci nieprzekonani, którzy zawsze będą negować niewygodne ich pamięci ustalenia.

Tezy komisji o możliwości smoleńskiego zamachu co prawda wydają się dalece prawdopodobne w kontekście opinii o opętaniu Putina, to jednak uznanie ich za możliwe wiązałoby się z uznaniem błędu ówczesnych naszych władz, które przez lata broniły swoich zaniedbań w kwestii dojścia do prawdy.

Wielkanocny poranek jest jednak znakomitą okazję do swoistego resetu naszych sumień, może kolejną, oby nie ostatnią okazją do tego, abyśmy niezależnie od tego kim jesteśmy, mogli każdego ranka bez strachu przeglądać się w lustrze naszego życia.

Tak może być tylko wtedy, kiedy będziemy żyć prawdą.

Kryspin 

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Liderzy kreujący rzeczywistość

Liderzy” kreujący rzeczywistość.

Dopiero co przeżywaliśmy wspomnienie wyjątkowej niedzieli opisanej na kartach Ewangelii, którą ze względu na wydarzenia z przedmieść Jerozolimy, kiedy to w asyście najbliższych przyjaciół do bram tego świętego miasta przybył Nauczyciel z Nazaretu.

To była wyjątkowa okoliczność, bo przecież już było po szabatowej sobocie i większość mieszkańców i przybywających do miasta, pielgrzymów oraz kupców, było zajętych swoimi sprawami i mogli zwyczajnie nie zwrócić uwagi na przemieszczającego się obok nich człowieka na ośle, a jednak stało się wtedy coś niezwykłego, co historia po wsze czasy nazwała Niedzielą Palmową.

Na wieść, że do bram miasta zbliżał się zapowiadany przez proroków Mesjasz, zebrały się tłumy pragnące zamanifestować swoje uwielbienie do tego człowieka, czego wyrazem stały się palmy ścielone na trasie jego przejazdu.

Wśród zebranych dało się słyszeć okrzyki: hosanna i cześć Synowi Dawida oraz inne wyrazy aplauzu wobec Jego osoby.

I pewnie można by na tym zakończyć wspomnienia tamtych wydarzeń, gdy nie to, że po kilku dniach taki sam tłum towarzyszył Chrystusowi w drodze na Golgotę i wtedy żywili swoją nienawiść do niego powtarzając swoje słowa z dziedzińca Piłata, kiedy wyjąc z nienawiści domagali się kary krzyża dla Nazareńczyka.

Cienka jak jedno westchnienie jest nić, która towarzyszy nam w chwilach zachwytu nad kimś niezwykłym, idolem naszego pragnienia, bohaterem niezwykłości, który swoimi dokonaniami zdaje się zadawać kłam, że nie da się zrobić nic więcej ponad przeciętność.

Tylko w nielicznych sytuacjach potrafimy nasz zachwyt przekuć w coś więcej, co jest bardziej trwałe i nie ulegnie zniszczeniu przy pierwszej negatywnej ocenie, którą z pewnością wysunie ktoś, komu nigdy nie będzie po drodze z tym co dobre i ponadprzeciętne.

Kiedy tłum wiwatował na cześć Proroka z Nazaretu, z pewnością wśród zebranych byli swoiści liderzy, którzy nadawali ton i sterowali pozytywnym nastawieniem pozostałych.

Podobnie zdarzyło się i kilka dni później, kiedy także dali o sobie znać swoiści „liderzy”, którzy sterowali emocjami zebranych i poddawali im okrzyki pełne nienawiści.

Niestety te manipulacje ludzkimi zachowaniami i wyborami czynionymi przez jednostki, nie odeszły do kart historii i nadal triumfują.

W ostatnich dniach media ukazały nam ogrom zła, jakiego dopuścili się okupujący ukraińskie miasta sowieccy żołnierze. Trudno jest nam uwierzyć, że człowiek może dojść do takiego stanu, że zdaje się napawać swoją nienawiść sadystycznymi zbrodniami na bezbronnych.

Czy wśród okupujących te ziemie żołnierzy znaleźli się sami do szpiku źli ludzie?

Sądzę, że nie, ale zdecydowana większość tych młodych osób w mundurach uległa swoistym „animatorom” zagłady, którzy stoją za tymi wszystkimi zbrodniami jako nadrzędni sprawcy tego zła.

Aby nie być tak do końca zadowolonym w odbiorze rzeczywistości, to chciałbym zauważyć, że nasze spokojne póki co życie jest także często sterowane przez swoistych „liderów” próbujących nadawać ton naszemu życiu.

Niekiedy są to delikatne sugestie dotyczące elit politycznych, którym przeciwnicy zarzucają brak szczerości w ich działaniach, a w niektórych sytuacjach próbują odwoływać się do naszego umiłowania niezależności, podpowiadając nam, że ona jest wystawiona na szwank, z najróżniejszych powodów.

„Liderzy” nienawiści, którzy doprowadzili do ukrzyżowania Bożego Syna ostatecznie przegrali w czasie wielkanocnego poranka i pewnie długo jeszcze leczyli swoje ciemne pragnienia, ale bezskutecznie.

Podobnie swoje przegrane zainkasują także ci „animatorzy”, którzy pragnęliby kreować rzeczywistość pełną konfliktów i wątpliwości rzucanych do naszego życia.

Wielkanocny poranek jest nie tylko wspomnieniem minionego cudu Bożej Miłości, ale także zapowiedzią triumfu dobra nad złem, w każdej odsłonie.

Kryspin 

piątek, 8 kwietnia 2022

Dlaczego Watykan nie potępił Putina?

 


Wraz z pływem kolejnych dni, kiedy na Ukrainie dokonuje się nieludzka agresja przeciwko narodowi będącemu dotąd niezależnym europejskim społeczeństwem, narasta ilość krytycznych ocen stawianych możnym tego świata.

Pomimo, że sprawa wydaje się oczywistą, to niektórzy przywódcy tak zwanego wolnego świata nie zawsze jednym głosem opowiadają się po stronie ciemiężonych, szukając usprawiedliwienia dla swojej politycznej powściągliwości i tłumacząc się względami ekonomicznymi, które nie pozwalają im do końca nazwać zła po imieniu.

Większości obserwatorów tego dramatu, który dokonuje się na oczach spokojnej do tej pory Europy z niesmakiem odbiera nie do końca jednoznaczne stanowiska Niemiec, czy Francji, którym bardziej zależy na zachowaniu porozumienia z rosyjskim satrapą, bo z tyłu głowy mają nadal nadzieję na ekonomiczne bezpieczeństwo, które jest uzależnione od dostaw surowców i innych dóbr z terenów wielkiego, wschodniego sąsiada.

Polityczne kalkulacje kolejny raz biorą górę nad zwyczajną uczciwością wobec zła dziejącego się tuż za granicami ich spokojnego dotąd życia, i to boli.

Fala krytyki tego kunktatorskiego zachowania dosięgła ostatnio także Kościoła katolickiego, a ściślej rzecz ujmując samego papieża Franciszka, któremu niektóre środowiska zarzucają zbytnią powściągliwość w potępieniu i nazwaniu po imieniu agresorów ukraińskiego nieszczęścia.

Choć głowa Kościoła wielokrotnie piętnował w swoich wystąpieniach zło wojennej pożogi, to według jego krytyków, zabrakło w nich słów: Rosja czy Putin.

Rzeczywiście Biskup Rzymu nie użył tych słów, ale po wielokroć podkreślał, że to Ukraina jest ofiarą niesprawiedliwego ataku i piętnował zło, którego owocem stało się morze niewinnie przelewanej krwi na jej terytorium.

Kiedy Rosja łamiąc wszelkie konwencje rozpoczęła inwazję na tereny swojego sąsiada, to Biskup Rzymu udał się do konsulatu tegoż kraju, by osobiście prosić o zaniechanie tego okropieństwa, tylko to jakoś nie zostało zauważone przez tropicieli politycznych sensacji.

Czy Papież mógł więcej uczynić dla zażegnania złu, które dzieje się na naszych oczach, pewnie i tak?

Niektórzy mają mu za złe, że pozostawił bez odpowiedzi zaproszenie mera Kijowa do złożenia w trybie nagłym wizyty w tym mieście i nie wybrał się do oczekujących moralnego wsparcia ukraińskich braci w wierze.

Ci sami zawiedzeni jakoś nie przenieśli swoich pretensji na innych możnych tego świata, którym także nie przyszło do głowy peregrynować do oblężonego przez wrogów Kijowa, ale to być może jest nieistotny szczegół.

Franciszek jest głową Kościoła, instytucji innej od wszystkich organizmów politycznych, bo wprost realizuje depozyt samego Boga, a ten nigdy nie potępia człowieka, choćby był sprawcą najgorszego świństwa, ale jednocześnie zawsze doznaje smutku, kiedy owoc jego miłości czyni zło i dlatego w wystąpieniach zastępcy Chrystusa jest tak wiele słów potępienia dla zła jakie niesie ze sobą wojna, jako następstwo ludzkiego szaleństwa i milczące przygnębienie, bez wymienienia z nazwy sprawców tej tragedii, którzy przecież są wszystkim znani.

Jakby dopełnieniem krytyki watykańskiej polityki stało się ostatnio porównanie zachowania Franciszka do niefortunnego działania Piusa XII, który dopiero po dłuższym czasie odciął się od polityki nazistowskich Niemiec i późno ujął się za ofiarami nazistowskiego szaleństwa..

To dalece krzywdzący osąd, bo obecny papież od pierwszych chwil tego zbrodniczego napadu po wielokroć zajmował stanowisko i piętnował ten obłęd nienawiści jeszcze na długo przed tym, kiedy na ukraińskie miasta spadły pierwsze rosyjskie pociski.

Czy Franciszek mógł zrobić więcej dla pokoju na Ukrainie?

Pewnie w ludzkim mniemaniu mógł, tak jak mogli tego dokonać i inni wielcy tego świata?

Kryspin

środa, 30 marca 2022

Matczyna miłość z Fatimy

 


Kiedy ktoś trafia do jedynego w swoim rodzaju muzeum w dawnych budynkach machiny nienawiści i zagłady, które powstały w okresie nazistowskiego obłędu, stawiającemu sobie za cel unicestwienie całych podbitych w czasie II wojny światowej narodów; przechodząc wśród stosów pozostałych butów, niezliczonych ilości okularów, stosów włosów obciętych skazanym na śmierć w komorach gazowych, stertami zabawek pomordowanych dzieci, nieco z boku trafi na pamiątki związane z wiarą w lepsze jutro dla tych, którym tego odmówiono.

Mnie szczególnie uderzył widok różańca, który powstał z okruchów obozowego chleba.

Ktoś mógłby się zdziwić, że komuś przyszło na myśl odmówić sobie głodowej porcji pożywienia, aby wykonać z niej religijny gadżet, którym ni jak się nie dało zaspokoić pragnienia, które przenikało wygłodniałe ciało, a jednak!

Nieliczni ocalali świadkowie tamtego czasu, którym los pozwolił przetrwać ten koszmar, prawie zawsze podkreślają, że to było bardzo ważne dla ich woli przetrwania, kiedy esesmani przeprowadzający kontrolę ich dobytku, nie zauważyli medalika czy choćby małego, świętego obrazka, bo to one dawały im siłę i nadzieję.

Przeżywając obecnie koszmar wojennej zawieruchy naszych wschodnich sąsiadów, jesteśmy pod wrażeniem z jakim otwartym sercem prawie cały świat spieszy im z humanitarną pomocą, aby choć w małym stopniu podtrzymywać ich nadzieję na lepsze jutro bez bomb niosących cierpienie i śmierć.

Wśród darów, którymi wrażliwi ludzie dzielą się z tymi nieborakami, jeden wzbudził ostatnio sporo kontrowersji.

Sanktuarium z Fatimy postanowiło wysłać na Ukrainę figurkę Matki Bożej, patronki upamiętniającej zdarzenia, których ponad wiek temu światkami były dziesiątki tysięcy ludzi przybywających na łąki wokół portugalskiej wioski, kiedy rozeszła się wieść o objawieniach, których bohaterami stało się troje małych dzieci.

Przez kolejne lata urosła historia tego niezwykłego miejsca, które stało się jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych, i turystycznych także.

Mali pastuszkowie w trakcie spotkań z Piękną Panią otrzymali od niej pewne wskazówki. Po latach zaistniały one jako tajemnice fatimskie, przedmiot dociekań poszukiwaczy sensacji i dogłębnej analizy kościelnych komisji, które próbowały zweryfikować ich świadectwo.

Pewnie nigdy do końca nie poznamy prawdy o wadze przekazu, który stał się depozytem złożonym małym świadkom tamtych zdarzeń, ale jedno przez lata było intrygujące:

-”Pragnę tego, aby Rosja przeżyła nawrócenie i dlatego proszę was, abyście modliły się za nią i zawierzyli ją Bożemu miłosierdziu.”

W ukraińskim konflikcie naprzeciwko siebie stanęły dziesiątki tysięcy młodych ludzi, z których jedni bronią swojej niepodległości, a ci naprzeciwko prowadzą działania zbrojne tak do końca nie wiedząc, dlaczego znaleźli się w tym piekle, kiedy ich ojczyzna pozostała daleko od nich.

Na piersiach jednych i drugich wojskowi zwierzchnicy zawiesili żołnierskie nieśmiertelniki i nakazali im zabijać.

Wielu z tych młodych ludzi na swoich szyjach ma także jeszcze coś – medaliki, niekiedy w kształcie krzyża, bo kiedyś te znaki zawierzenia na ich piersiach zawiesiły ich matki wierząc, że to są znaki nadziei.

Nie da się rozstrzygnąć sporów przy użyciu przemocy i żadna wojna, choć znawcy od ludzkich dusz znaleźli określenie usprawiedliwiające niektóre działania zbrojne mianem wojny sprawiedliwej, to i tak śmierć i cierpienie niewinnych ofiar nie daje usprawiedliwienia do takich działań.

A może zbyt daleko odeszliśmy od wartości, które będąc może bezbronne rozumując po ludzku, powinny być także brane pod uwagę w próbie naprawy ludzkiej psychiki, bo przecież nikt tak do końca nie jest z natury złym i wystarczy dać mu alternatywę, a taką jest nawrócenie i powrót do matczynej miłości.

Kryspin

poniedziałek, 28 marca 2022

Miara człowieczeństwa

 


Od ponad trzech tygodni Ukraina płonie, a niczemu niewinni ludzie zostali zmuszeni do szukania nadziei na dalsze życie wybierając dolę tułaczy liczących na dobre serca tych, którym póki co los oszczędził grozy wojennej niedoli.

Naturalnym kierunkiem ich ucieczki stała się nasza ojczyzna, która od pierwszych chwil zdaje egzamin z bezinteresownej miłości.

Dziesiątki tysięcy ludzi o wrażliwych sercach odłożyło na bok swoje codzienne sprawy, aby przez długie godziny służyć dobrem tym, którym okrutny los i wrogowie u bram odmówili prawa do szczęścia i pokoju.

Z pewnością budujący to widok, kiedy do tej pory zwaśnione w politycznych sporach strony naszej sceny politycznej zdecydowały się powstrzymać od waśni i wzajemnych zarzutów, aby w zjednoczeniu nieść dobro tym, którzy teraz go najbardziej potrzebują.

Nie wszystko jednak jest tak krystalicznie pozytywne, bo co rusz musimy mierzyć się z doniesieniami o hienach żerujących na ludzkim nieszczęściu uchodźców kasując od nieboraków chociażby bajońskie sumy za kilka kilometrów spędzonych przez nich w ich środkach transportu.

Na szczęście to tylko incydenty, które jednak jawią się niczym gorzki piołun w beczce miodu.

Ostatnio miałem okazję usłyszeć głos pani posłanki z Parlamentu Europejskiego, kobiety niezaprzeczalnie zasłużonej na polu bezinteresownej pomocy, którą od wielu lat realizowała poprzez założoną przez siebie organizację, i przyznam, że przeżyłem niesmak, kiedy zajęła stanowisko i dokonała oceny polskich władz w kwestii pomocy humanitarnej dla uchodźców z Ukrainy.

„-Pomocy nieborakom udzielają w spontanicznym odruchu serca zwykli ludzie, a rząd się przy tej okazji lansuje nie robiąc nic.”

To mocne i niesprawiedliwe słowa, bo chyba to nasze władze są w awangardzie wrażliwości, czego po cichu zazdroszczą nam inni możni z ościennych państw, które mając więcej bardzo oszczędnie chcą się dzielić dobrocią serca z tymi, których przecież uznają za swoich sąsiadów, póki co w niedoli.

Kolejnym lapsusem ze strony naszej parlamentarzystki był zarzut skierowany w stronę naszego Kościoła, który według niej, kolejny raz nie zdaje egzaminu z przykazania miłości i trwa w izolacji wobec potrzeb uchodźców.

Jej głos pewnie zainspirował aktora, znanego chociażby z kultowego serialu, w którym grał rolę biskupa.

Tenże skierował apel do naszych hierarchów, aby otworzyli dla nieszczęśników zza wschodniej granicy drzwi pustych seminariów i rekolekcyjnych domów, które mogłyby posłużyć za tymczasowe lokum dla uciekających przed wojną matek z dziećmi.

Przyznam, że byłem zszokowany takim brakiem dobrej woli, kiedy lans zaślepił te osoby naprawdę, którą można bez żadnych trudności zweryfikować chociażby korzystając z informacji zawartych w necie.

Tam można przeczytać o inicjatywach polskich hierarchów, którzy nie tylko patronują akcjom niesienia bezpośredniej pomocy przez caritas, ale idąc dalej, na potrzeby uchodźców przeznaczyli budynki seminaryjne, domy pielgrzyma i inne będące w ich gestii pomieszczenia łącznie z własnymi siedzibami, w których goszczą potrzebujących pomocy.

Nie potrzeba nam teraz takich „rewelacji”, bo przeżywamy obecnie trudny, ale i pełen nadziei czas, kiedy wszyscy zdajemy egzamin z bycia człowiekiem.

I tak na koniec moja prośba do tych wszystkich, którzy podnoszą głos niezadowolenia, że nasze państwo ludziom z Ukrainy dają zbyt wiele, kiedy nam także brakuje.

Na Facebooku pojawił się obrazek malkontenta, któremu nie podobał się „dobrobyt”, jakiego doświadczają uchodźcy.

Podsumowując swoje niezadowolenie doszedł jednak do wniosku, że przecież także mógłby się załapać na te kokosy, wystarczy aby ktoś zburzył jego dotychczasowy świat.

Kryspin

niedziela, 20 marca 2022

"Ja wierzę dlatego wiem"

 

-”Ja wierzę, dlatego wiem!”

To jest zdanie kończące długi wywód mojego czytelnika, który wcześniej przedstawił mi swoją drogę do zrozumienia tajemnicy Boga, którego szukał przez całe swoje dorosłe życie.

Jak sam zaznaczył, nie od razu przyjął za pewnik zawiłości faktów, które On postawił na jego drodze, zważywszy, że przez długie zawodowe życie, z racji swojego ścisłego wykształcenia, trudno mu było ograniczyć swoje dociekania tylko do poziomu wiary w to, co mu głoszono w kościelnej nauce.

Pewnie można i tak podchodzić do tych ważnych spraw, co zdaje się być skrajnie inną konkluzją chociażby do materialnego radykalizmu, jakim się posiłkował mój poprzedni rozmówca, który opierając się na tych samych naukowych dociekaniach wykluczył temat Boga jako pierwotnego sprawcy wszechrzeczy.

Wracając do pana inżyniera, który obrał drogę zawierzenia Bogu po analizie faktów przytoczonych w biblijnym przekazie, widzę jednak pewne niebezpieczeństwo, które staje się cienkim lodem dla wszystkich tych, którzy może trochę na siłę próbują w racjonalnym dociekaniu dowieść zgodności przekazu wiary z faktami obrazującymi historię Narodu Wybranego, którym bezsprzecznie Jahwe się opiekował w szczególny sposób.

Czy jednak to upoważnia współczesnych poszukiwaczy oznak tego zaangażowania Boga w sprawy ludzi do szukania na siłę racjonalnego wytłumaczenia zjawisk, które dla ludzi sprzed tysięcy lat miały tylko i aż wydźwięk tajemnicy zarezerwowanej samemu Stwórcy?

Żyjemy obecnie w czasie przyspieszonego rozwoju wiedzy o otaczającym nas świecie i w wielu z nas rodzi się pokusa uzyskania odpowiedzi na pytania, których przez wieki ludzie nie zadawali, bo wystarczało im to, co w teologicznym przekazie im dawano, ale to wcale nie oznacza, że był to ciemny lud bezrefleksyjnie przyjmujący za pewnik to, co wcale tak do końca pewnym nie musiało być.

Jesteśmy obecnie w okresie liturgicznego rozpamiętywania najbardziej drastycznego w swej wymowie czasu realizacji Bożego planu zabawienia, które według kościelnej nauki związane było z męczeństwem i śmiercią Jego Syna na drzewie krzyża, i to także mogłoby być zanegowane przez domorosłych śledczych spiskowych teorii, bo przecież o męczeństwie i śmierci Chrystusa mówią tylko biblijne przekazy i to z opóźnieniem kilkudziesięciu lat, jeżeli liczyć czas spisania pierwszych relacji ewangelicznych.

Czy więc w przekazie tych relacji mogą pojawiać się nieścisłości, czy nawet fakty, których w żaden sposób nie da się potwierdzić używając do tego nawet najnowszych sposobów śledczych; pewnie i tak, ale to przecież w żaden sposób nie zmienia pewności wiary tych, którzy pozostawiają Bogu margines tajemnicy.

Kościół prze wieki gruntował wśród swoich wiernych przekonanie, że ma monopol na prawdę i wytycza jedyną słuszną drogę do zbawienia, ale w dzisiejszym świecie, który skurczył się dzięki poszerzonej świadomości, że większość ludzi wyznaje inne przekonania w kwestii naszej przyszłości po ( 6 miliardów ludzi wierzy poza kościelnymi kanonami) i chcąc nie chcąc musi się podzielić „nieomylnością” w tej sprawie.

I tu dochodzimy do konkluzji, że wiara jest czymś ponad tym, co utrwalano w naszej świadomości przez wieki.

Wiara jest także wyrazem pokory wobec tajemnicy, której nigdy nie zdołamy tak do końca pojąć i zrozumieć ludzkim umysłem, ale to w żaden sposób nie jest powodem do jej negacji.

Tylko tyle i aż tyle.

Na ludzkiej drodze Bóg wyznaczył wiele ścieżek, które do Niego prowadzą i ta, którą stawia przed nami ze swoimi drogowskazami Kościół jest jedną z nich, ale z pewnością nie jedyną.

Każdy człowiek ma przed sobą prawo wyboru i nikt mu tego nie może odebrać, czy pouczać w tej materii.

Kryspin

sobota, 12 marca 2022

Być w życiu człowiekiem, tylko tyle i aż tyle

 


W „Zaufanej koloratce” podzieliłem się z czytelnikami pełną emocji relacją lekarki, która jako młoda dziewczyna przeżyła koszmar niespodziewanego rozstania z ukochanym człowiekiem, który zmarł nagle w trakcie lekarskiego dyżuru, kiedy ratował życie choremu.

W jednej chwili zawalił się dla niej świat i umarła nadzieja na szczęśliwe życie z ukochanym, który dopiero co poprosił ją o rękę nie wiedząc, że los nakreślił dla nich swój okrutny scenariusz.

Jej ból po stracie miłości paradoksalnie złagodziła chwila pożegnania, kiedy na cmentarzu młodego lekarza żegnało wielu ludzi okazujących tym wdzięczność za jego krótkie, ale naznaczone dobrem życie.

Wśród zebranych pojawił się także ich znajomy ksiądz, choć Marek nie był nawet ochrzczony:

-„Nie mogło mnie tu zabraknąć, bo on był bliżej Boga aniżeli niejeden z tych, którzy co niedziela obnoszą się ze swoją wiarą, a brakuje im zwyczajnie dobra, którym on emanował każdego dnia”- powiedział przybitej stratą młodej kobiecie.

Teraz może fragment listu od czytelnika:

-”Nie jestem osobą uduchowioną, ale wyznaję ideę dobra. Nie jestem osobą  wierzącą, ale mam pewność, co jest słuszne. Jestem spokojnym człowiekiem i  najchętniej tak właśnie o sobie myślę - człowiek. A reszta to dodatkowe  umiejętności, nabyte w szkole i pracy. Mam rodzinę, ale wszystkich ludzi  staram się traktować jak bliskich. Czy to możliwe w obecnym świecie? Moje  zachowanie jest odczytywane jako dziwaczne, ale co tam. 
Czy mam sympatie  polityczne? Owszem, ale staram się ich wyzbyć. A społeczne? Tak, staję  zawsze po stronie biednych. Ale staram się też zrozumieć inną biedę -  
bogaczy i tych, którzy są u władzy.”

W dalszej części doprecyzował swój kodeks bycia człowiekiem:

-Cenię każdą naukę: i tę od ludzi pochodzącą (opartą na logice i sprawdzoną  w doświadczeniach), i tę od Boga (objawioną i stawiającą wspólne dobro na  pierwszym miejscu). I jedna, i druga mnie przekonuje. Kiedy puszczam wodze  wyobraźni mogę je połączyć tak, że nie tylko się nie wykluczają, ale i  łączą w jedno. Ale teraz nie o tym chciałem pisać. Teraz tylko o nauce,  którą mamy podaną na tacy. Zebrałem ją i streściłem, aby stale mieć ją  przed oczami. A nauka ta to: pokój, otwartość, sprawiedliwość,  solidarność, uczciwość i mądrość.
I Pokój
Wyzbądź się przemocy. Nie nakręcaj spirali nienawiści. Nie miej wrogów
II Otwartość
Nie dziel na swoich i obcych. Nie dziel na kobiety i mężczyzn. Nie dziel ludzi wedle urodzenia czy majątku
III Sprawiedliwość
Nie osądzaj innych. Nie zachowuj urazy. Nie wymierzaj kar
IV Solidarność
Pomagaj ludziom. Dziel się bogactwem. Dziel się wiedzą
V Uczciwość
Pracuj dla wszystkich ludzi. Zaprzyj się fałszywego bogactwa. Oddaj wyzyskiwanym, co im należne
VI Mądrość
Mów tylko o tym, na czym się znasz. Podejmuj decyzje mądrze. O sobie decyduj sam.”

Ktoś mógłby odebrać to jak jakiś wyrzut w stosunku do tych, którzy w swoim życiu wyznają wartości oparte o 10 Przykazań, ale tak nie jest.

Jeżeli jednak ktoś poczuł się urażonym w swoim dobrym samopoczuciu wierzącego, to niepotrzebnie, bo wszyscy kiedyś będziemy rozliczani z tego ile w nas było człowieka w naszym życiu tylko tyle i aż tyle

Kryspin

wtorek, 8 marca 2022

Czy wiara jest tylko tradycją ciemnych przodków?

 


No i dostało mi się za artykuł, w którym ośmieliłem się zacytować stwierdzenie mądrego człowieka twierdzącego, że mała wiedza od Boga oddala, a większa do Niego przybliża.

Mój internetowy adwersarz określający się jako ateista, raczył mi przypomnieć, że od tamtego czasu (XIX wiek) nauka poszła już na tyle do przodu, że myślący człowiek nie musi już posiłkować się wiarą, aby uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania o to skąd się wziął i dokąd zmierza.

I pewnie bym pozostawił tę „pewność” mojego rozmówcy bez reakcji, bo każdy ma prawo do swojego przekonania, gdyby nie otwarty atak z jego strony na instytucję, z której jak raczył zauważyć, wyszedłem po moim odejściu z kapłańskich struktur.

Czytelnik podzielił przedstawicieli mojego dawnego środowiska na trzy części równie niedojrzałych osób głoszących prawdziwość tego co jest tylko mitem dla gawiedzi.

Pierwszą grupę, według niego, stanowią ludzie podobni małym chłopcom w krótkich spodenkach, do drugiej części zaliczył cynicznych biznesmenów robiących interesy na głoszeniu bredni dla maluczkich, a do trzeciej nacji zaliczył dewiantów w sutannach, którzy znaleźli sobie taki sposób na życie.

Moją skromną osobę zaliczył do pierwszej grupy tych w krótkich spodenkach naiwności, i tak do końca nie wiem, czy chciał mnie tym pocieszyć, czy obrazić, ale potraktuję to bez komentarza.

Przyznam natomiast, że był to ostry atak na wszystkich wierzących, bo przecież Kościół to nie tylko ludzie w sutannach, ale i miliony wiernych, którzy go tworzą.

Jesteśmy w przededniu szczególnego czasu w Kościele, bo już za dwa dni nastąpi w nim liturgiczny czas szczególnej refleksji jakim jest okres Wielkiego Postu i może nad tym warto się pochylić ku pożytkowi tych, którym jest on ważnym, jak i pozostałym, dla których już niewiele znaczy.

Chrystus przed rozpoczęciem swojej ziemskiej misji udał się na pustynię aby tam przez czterdzieści dni poszcząc w samotności zahartować swoje ciało i ducha do przyszłych zadań, które przed nim nakreślił Stwórca wszechrzeczy.

Nasi przodkowie bardzo serio traktowali ten czas i dokładali szczególnej staranności, aby dobrze wypełnić kościelne zalecenia: Naczynia dotąd używane do przyrządzania potraw były starannie szorowane, aby nie pozostało na nich nawet wspomnienie mięsnych specjałów, a czas beztroskich zabaw zamienili na coniedzielne rozpamiętywanie męki pańskiej w czasie wielkopostnej liturgii.

Wszystko po to, aby jak najlepiej przygotować się do przyszłej radości niedzieli wielkanocnej, i było im z tym dobrze.

Pewnie dla wielu ludzi pokroju mego internetowego rozmówcy, wierzących, że ich życie to tylko kaprys przyrody i zbiór przypadkowych komórek z których powstało ich ciało, którego przeznaczeniem jest tylko powrót do ziemi, gdzie dzieła dokończą robaki, takie wspomnienie Wielkiego Postu to tylko tradycja ciemnych przodków, i pewnie niewiele zmieni ich w filozofii, ale?

Mnie bardziej odpowiada „naiwność” chłopca w krótkich spodenkach i dlatego wolę żyć nadzieją, że moje życie ma sens głębszy i ktoś, kto może wydawać się wielu tylko mitem dla naiwnych, ma wobec mnie swój zamysł przekraczający ludzkie wyobrażenia, ale jednak jest czymś rzeczywistym.

I tak na koniec kolejne już też bardzo obrosłe w latach (XVII w)słowa mądrego człowieka

Blaise'a Pascala, który stwierdził:

„Człowiek może wierzyć lub nie wierzyć w istnienie Boga. Jeśli wierzy, to traci życie doczesne (na rzecz modlitw i czynienia dobra) i otrzymuje życie wieczne. Jeśli nie wierzy, to zatrzymuje życie doczesne i traci życie wieczne.”

Pascal wywnioskował, że wiara bardziej się opłaca, ponieważ ryzykujemy tylko czas życia, który jest zazwyczaj krótki, a nagrodą może być życie wieczne .

Kryspin