niedziela, 1 sierpnia 2021

To musi przerażać

 


„Dane, które muszą przerażać”- od tych słów rozpoczął swoją relację dziennikarz informujący o pierwszym obszernym raporcie państwowej komisji zajmującej się badaniem zjawiska pedofilii w naszym społeczeństwie.

Rozpoznając zgłoszone przypadki wykorzystywania seksualnego nieletnich, a może raczej trzeba by powiedzieć- małych dzieci (najmłodsze ofiary zwyrodnialców miały zaledwie kilka miesięcy), przedstawiciele komisji poinformowali, że najwięcej takich zbrodniczych dewiacji dokonało się za przyczyną osób najbliższych: rodziców, konkubentów, czy innych bliskich krewnych ofiar, co w suchych liczbach dało ponad 35% wszystkich przestępstw.

Drugie miejsce na tej liście hańby, z niewielką stratą odnotowali ludzie w sutannach, którym zarzucono ponad 30% udowodnionych przestępstw o charakterze pedofilskim, i pewnie tę grupę miał na myśli podający do publicznej wiadomości ustalenia komisji, bo to musi budzić przerażenie!

Czy jednak tak jest w istocie?

Próżno by było szukać jakiegokolwiek komentarza, choćby jednego zdania ze strony Episkopatu, który przecież powinien poczuwać się do odpowiedzialności za dewiacyjne skłonności swoich podwładnych.

Pewnie, że można bronić się argumentując, że przecież te ustalenia świeckiego gremium niewiele wnoszą do sprawy, kiedy w Kościele od kilku miesięcy działa podobna komisja i nawet poczyniła większe postępy, bo za jej przyczyną kurialni włodarze już kilkoro duchownych pozbawili prawa do noszenia duchownego stroju, a innym, którzy byli jedynie na tyle nieostrożni, że nie sprawdzali metryk zapraszanych na kościelne seks-domówki gości, znacząco pogrozili palcem i ewentualnie zmienili im miejsca kościelnej posługi.

Zero reakcji, jakby za tymi liczbami nie było już nic więcej, a przecież każdy z tych przypadków naznaczony jest cierpieniem i traumą upodlenia, która będzie kaleczyła psychikę ofiary do końca jej życia.

A może kościelne gremia milczą, bo przyjmowana dotąd linia obrony, że odsetek pedofilskich przestępstw wśród duchownych jest porównywalny z tymi przypadkami wśród przedstawicieli innych profesji, zwyczajnie okazała się ślepą uliczką, bo tak nie jest!

Aż boję się przypuszczać, że milczenie Kościoła po ustaleniach raportu państwowej komisji do sprawy pedofilii to zwyczajny cyniczny zabieg obliczony na przeczekanie, w myśl przysłowia, że psy poszczekają, a karawana i tak pójdzie dalej.

To wszystko mnie przeraża i rodzi niepokój, czy dalekim od prawdy jest znany w Polsce ksiądz profesor, który po publikacji w niemieckim piśmie teologicznym swojej wypowiedzi na temat roli ”tęczowej mafii” w działaniach Kościoła, zapracował sobie na błyskawiczny wyrok sądowy skazujący go na wysoką grzywnę, z ewentualną zamianą na trzy miesiące więzienia.

Zajadłe działanie dotkniętych jego pytaniami, dodatkowo poparte usłużnym działaniem niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, któremu zapytania o gejowskie lobby w Kościele wystarczyły do wydania decyzji piętnującej rzekomy atak na równość różnych orientacji seksualnych w społeczeństwie, doprowadziły do absurdu prawnego, który opowiada się po jednej ze stron.

I nic to, że „bohaterami” gejowskiego i pedofilskiego lobby stali się znani celebryci w sutannach, którzy swoim postępowaniem wyrządzają największe zło Kościołowi; karawana ma iść dalej, a psy można, z pomocą możnych przyjaciół, uciszyć.

Obawiam się, że milczenie Kościoła po raporcie wstydu, z którym zaznajomili nas członkowie państwowej komisji do spraw pedofilii, obliczone jest na to, że z pomocą możnych przyjaciół uda się wyciszyć szczekanie „psów”, a reszta bożej trzódki i tak nigdy nie podnosi głosu i przyjmuje za dobro każdy chłam, choćby ten ociekał krzywdą ofiar.

No właśnie, mam nadzieję, że tym razem Kościołowi nie uda się „usprawiedliwić” tego, czego ni jak usprawiedliwić nie sposób.

Kryspin

poniedziałek, 26 lipca 2021

Nieprzejrzystość finansowa Kościoła karmi mity o jego bogactwie

 


„Nasz proboszcz wyznaczył obowiązkowy haracz, który są zobowiązani uiścić rodzice dzieci przystępujących do pierwszej komunii. My się na to nie zgadzamy, dlatego przekazaliśmy do kurii otwarty list protestacyjny przeciwko takim praktykom, ale jedynym co uzyskaliśmy, to lakoniczną odpowiedź, że zwierzchnicy tegoż gospodarza parafialnej trzódki nie mogą ingerować w decyzje miejscowego proboszcza, a wspólnota winna aktywnie uczestniczyć w kosztach związanych z godnym przygotowaniem parafialnej uroczystości...”

To jeden z wielu przykładów niezadowolenia części wiernych, których uwiera fiskalizm związany z duszpasterskimi praktykami wiążącymi sprawowanie sakramentów ze swoistymi taryfikatorami tychże.

Pewnie, że prawda wcale nie jest taka oczywista i można powiedzieć, że przecież wszystko kosztuje:

-przystrojenie kościoła przy okazji parafialnej uroczystości,

-opłacenie osób zaangażowanych przy ceremonii,

-opłaty mediów i innych kosztów, które są nieuniknione w takim przypadku, to wystarczające powody, aby poprosić o partycypowanie w tych wydatkach także tych, których te wydarzenia dotyczą.

To jednak nie wyczerpuje problemu, który wydaje się być tak starym jak sam Kościół, a jest nim nieprzejrzysty system finansowy, jaki od wieków wydaje się być czymś „normalnym”.

Przez długie lata utrwalił się pogląd, że Kościół ma się nadzwyczaj dobrze i posiada nieprzebrane dobra, które pozwolą mu przetrwać nawet największe przeciwności. To jednak nie do końca jest prawdą, o czym już kiedyś pisałem w artykule o kieszeni proboszczów.

Owszem, w naszej rzeczywistości jest wiele zasobnych wspólnot parafialnych, ale są i takie poletka, w których proboszczowie na co dzień borykają się z niedostatkiem.

Mój kursowy kolega na początku swojej proboszczowskiej samodzielności trafił na taki kościelny „ugór”, parafię małą i do tego pozbawioną perspektyw na lepsze jutro. Większość mieszkańców tej miejscowości miało przeszłość popegeerowską i sami musieli mierzyć się z biedą, która odbierała im nadzieję na lepsze jutro, więc trudno było liczyć na głęboką kieszeń w realizacji troski o parafialny dostatek ich proboszcza.

-„Gdyby nie pomoc rodziców, którzy zwyczajnie mnie dożywiali, nie wiem jak bym podołał”-stwierdził mój dawny kolega, i ja mu uwierzyłem.

-Ale przecież Kuria wiedziała o twoich kłopotach-zapytałem z nadzieją, że ze strony przełożonych mógł liczyć na wsparcie.

-”Zapomnij, oni są głusi i ślepi na twoje problemy, więc musisz radzić sobie sam”-dokończył z goryczą w głosie.

A przecież mogłoby być zupełnie inaczej, co zasygnalizowałem w „Zatroskanej koloratce” przytaczając słowa wywiadu z proboszczem, który wyjaśnił zasady działania jego parafii, w której wszystkie wpływy przekazywane były do kurialnej kasy, aby w efekcie powrócić do parafii w formie budżetowej dotacji.

Pracownicy tej wspólnoty, w tym duchowni, byli na pensji, wydatki na parafialne działania finansowane były z kościelnego funduszu, a biedniejsze wspólnoty mogły ze spokojem realizować swoje zadania nie narażając na drenaż kieszeni ubogich parafian.

Przejrzystość finansowa parafialnych wspólnot z jasnymi danymi o wpływach i wydatkach tychże, to jeden ze sposobów, aby mity o bogactwie proboszczowskiej kieszeni odeszły w zapomnienie i jednocześnie szansa na to, aby już nikt nigdy nie czuł się wykorzystywany przez pazernego włodarza parafialnej trzódki.

Póki co to jednak wywiad z „Zatroskanej koloratki” był tylko moją literacką wizją i mogę tylko liczyć na to, że może kiedyś stanie się rzeczywistością.

Chyba, że niektórym decydentom zależy na tym, aby nadal było tak jak było; ale to zawsze będzie rodziło podejrzenia, że jednak jest ziarno prawdy w micie o dobrostanie kościelnej kasy.

Kryspin

sobota, 17 lipca 2021

Roma locuta, cusa finita?


Roma locuta causa finita- odwieczna maksyma określająca decydujący głos Papieża w sprawach dotyczących wiernych Kościoła, to nie tylko ukłon w kierunku ostatecznego głosu zarezerwowany biskupowi Rzymu, ale ważny głos sankcjonujący jedność wszystkich członków tej instytucji.

W historii tylko kilka razy doszło do zanegowania tego decydującego głosu następcy św. Piotra i ich owocem stały się bolesne podziały tego, co Chrystus powołał z myślą, aby wszyscy Jego wyznawcy budowali tę siłę w jedności.

Można tu wspomnieć chociażby podział z początku XI wieku, kiedy nastąpił rozłam znany jako Wielka Schizma Wschodnia, czy następne bolesne rozdarcie, kiedy niepokorny mnich zabrał głos , może i słusznie, w sprawach dotyczących moralnego upadku Rzymskiego Kościoła i powołał do życia wspólnotę niezależną od papiestwa, która w historii zaistniała jako Protestantyzm.

I na koniec jeszcze jeden głos nieposłuszeństwa wobec głosu Rzymu, który wyartykułował monarcha angielski, kiedy nie załatwił sobie kolejnego unieważnienia nieudanego związku małżeńskiego, po prostu ogłosił wyprowadzenie swoich poddanych spod władzy rzymskiego zwierzchnika i utworzył kościół anglikański.

Na szczęście to już odległe w czasie przesilenia podważające decydujący głos Rzymu i wydawać by się mogło, że to już tylko historia, ale takie stwierdzenie chyba jest dalece nietrafne.

Niepokojących przykładów podważania decyzyjności Ojca Świętego w kwestiach wiary i obyczajów można by znaleźć aż nadto i to na naszym kościelnym poletku.

Co prawda Stolica Apostolska w minionych tygodniach pokazała swoją determinację w piętnowaniu niepokojących zachowań naszych niektórych hierarchów chociażby w sprawach tuszowania pedofilskich skandali, co zaowocowało kościelnymi karami, które Rzym zaordynował w stosunku do niektórych naszych biskupów, to po krótkim czasie okazało się, że zasada „Roma locuta”, wcale nie przełożyła się w „causa finita”, o czym mogliśmy dowiedzieć się w trakcie medialnych relacji z uroczystego spędu zwolenników Radia Maryja na częstochowskich błoniach.

Wśród honorowych gości i uczestników zarazem, pojawił się jeden z biskupów objętych stanowczym zakazem uczestnictwa w jakichkolwiek kościelnych uroczystościach.

Organizator tego wydarzenia mając w głębokim poszanowaniu decyzję Papieża, prowokacyjnie zaakcentował, że obecność zawieszonego w prawach hierarchy, to powód do dumy i znak poparcia Kościoła dla stworzonej przez niego fanatycznej wspólnoty.

Pewnie, że można by przejść do porządku dziennego nad tym niefortunnym krokiem organizatorów Jasnogórskiego zgromadzenia, gdyby nie to, że biskup Regmunt był tylko jednym z wielu hierarchów obecnych na tych uroczystościach.

Peany poparcia dla zgromadzonych tam pielgrzymów skierowały najważniejsze osoby w naszym państwie, z Prezydentem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej na czele, nie zapominając także o szefie największej partii, który dołożył także swój głos, choć w ich przypadku nie można mieć pretensji, bo przecież tam było wiele tysięcy głosów poparcia, a wybory tuż tuż.

Nie przestaje mnie jednak dziwić postawa Episkopatu i uniki rzecznika tego gremium, który pytany o kontrowersyjne uczestnictwo dostojnika objętego karami Rzymu, odesłał pytających do szefostwa Jasnej Góry, bądź organizatorów tej uroczystości, jako właściwych adresatów mogących udzielić odpowiedzi wszystkim dociekliwym.

Franciszek póki co jest w trakcie rekonwalescencji po przebytym niedawno chirurgicznym zbiegu, ale niebawem powróci do swoich obowiązków i z pewnością nie przejdzie do porządku dziennego nad tym wydarzeniem, w którym istotni w kościelnych strukturach kapłani pozostali głusi na jego stanowczy głos, a to musi wzbudzić w nim niepokój.

No chyba, że nasi hierarchowie już dawno mają za nic decyzje centrali, uważając, że Kościół to tytko oni.

A może jest w tym wszystkim jakieś drugie dno i mamy do czynienia z iście mafijnym układem w myśl zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego?

Kryspin 

niedziela, 11 lipca 2021

Krzywda dziecka zawsze jest zbrodnią

 


W oddalonej od nas o tysiące kilometrów Kanadzie płoną kościoły.

Taką informację mogliśmy niedawno przeczytać w medialnych relacjach będących pokłosiem czegoś co trzeba określić mianem zbrodni na niewinnych niczemu dzieciach, których zbiorowe mogiły zostały odkryte w pobliżu ośrodków wychowawczych prowadzonych przez kościelne instytucje w tym kraju.

Trudno się dziwić, że ogrom ujawnionych zbrodni poskutkował gniewem, który przeraża skalą i jest zapowiedzią trudnych do przewidzenia skutków.

Pewnie, że możemy powiedzieć, iż zdarzyło się to daleko od nas i po pewnym czasie ten gniew osłabnie, bo przecież stało się to już jakiś czas temu, a tamtejszy Kościół wyraził ubolewanie i wielokrotnie przeprosił tych, którzy w okrutny sposób stali się ofiarami systemu swoistej „ewangelizacji” rdzennej ludności tamtejszych terenów.

Jeden ze znanych ze swoich kontrowersyjnych zachowań duchowny w jednym z ostatnio udzielonych wywiadów zapytany o sprawy polskiego bożego poletka, w aspekcie powtarzających się skandali obyczajowych, stwierdził:

-” Nasz Kościół ma na sumieniu niejedną ciemną stronę i dopóty nie nastąpi w nim szczery rachunek sumienia, to będziemy narażeni na kolejne ujawniane skandale.”

Krzywda dziecka jest największą niegodziwością, jakiej może dopuścić się dorosły człowiek, i z tym każdy się zgodzi, dlatego morderczy skandal z dalekiej Kanady poruszył opinię całego świata i nic nie usprawiedliwi tych, którzy mają krew tych maluchów na rękach, to dotyczy także ludzi Kościoła.

Nasz Episkopat wyraził ostatnio stanowczy sprzeciw w stosunku do postanowień europejskiej instytucji, która aborcję uznała za legalny sposób kształtowania polityki prokreacyjnej, i trudno się nie zgodzić z tym stanowiskiem.

To postanowienie w jaskrawy sposób sankcjonuje odebranie prawa do życia poczętemu człowiekowi i jawi się najgorszą z krzywd, jaka może dotknąć człowieka, choć póki co będącego jeszcze bardzo małym.

Całkowicie zgadzając się ze stanowiskiem naszych hierarchów nie sposób jednak nie zauważyć, że bardzo wybiórczo podchodzą do ochrony tych najsłabszych, kiedy milcząco godzą się na krzywdy, jakie dotykają tysiące małych dzieci w naszym kraju i to za przyczyną ludzi w sutannach.

Nie będę broń boże kolejny raz poruszał sprawy krzywdzonych dzieci przez księży pedofilów, bo z tym problemem z mniejszym lub większym powodzeniem mierzą się nie tylko kościelne organy ścigania, ale i prokuratura cywilna, która coraz częściej nie pozostawia tych dewiacji bez sprawiedliwej kary.

Kościół ma inny wrzód, który trąci smrodem, a jest nim krzywda dzieci z nieformalnych związków duchownych.

Choć skrzętnie unika się badań statystycznych, to problem dotyczy dobrych kilkunastu tysięcy nieślubnych dzieci, których ojcowie nadal sprawują kościelną posługę, przy cichej akceptacji przełożonych.

Jeżeli do tego dołożyć zbrodnie aborcyjnego działania inspirowane strachem przed obyczajowym skandalem, kiedy niezamierzonym owocem miłosnego zapomnienia kapłana stało się poczęcie, to mamy kolejny przyczynek do tego, aby wzbudzić w sobie gniew i pytanie, czy Kościół weźmie na swoje sumienie te kilkaset (rocznie) ludzkich istnień, którym odmówiono prawa do życia?

Przed laty byłem mimowolnym świadkiem konkluzji, którą głośno wypowiedział jeden z biskupów, kiedy poinformowano go o kolejnym dziecku podwładnego mu kapłana:

„-No to jego ojciec będzie musiał sprzedać kolejnego byka, aby pokryć roszczenia dziewczyny, która uczyniła go dziadkiem.”

Odpowiedzią uczestników spotkania był rechot z udanego dowcipu purpurata, a mnie ta sytuacja zwyczajnie napełniła niesmakiem.

Kryspin

niedziela, 4 lipca 2021

Nemo iudex in causa sua


Nemo iudex in causa sua- nikt nie może być sędzią we własnej sprawie, bo to jest podstawowy warunek bezstronności organu rozstrzygającego.

Zdaje się, że jest to stwierdzenie nie dopuszczające jakiejkolwiek interpretacji, a jednak zdarzają się odstępstwa, a może trzeba by powiedzieć celowe działania ni jak nie poddające się tej zasadzie.

Od jakiegoś czasu odgrzewany jest temat kłopotów jednego z ważniejszych naszych polityków, który borykając się niejasnościami w kwestii zwyczajnej uczciwości, nie zamierza poddać się osądowi organów sprawiedliwości i zastrzegł sobie decyzję o ewentualnym zawieszeniu immunitetu, aby poddać się rozliczeniu swoich spraw.

Obserwując ten niekończący się spektakl uników musi nam się zrodzić pytanie, czy prawo jeszcze prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość?

To jednak nie jedyny spektakl dla gawiedzi, którym nasiąknięta jest dzisiejsza przestrzeń publiczna, bo ostatnio mamy do czynienia z kolejną kpiną ze świętości zasady Nemo iudex in causa sua, którą zaserwowali nam przedstawiciele z naszego Episkopatu przedstawiając raport kościelnej komisji badającej problem pedofilii w szeregach duchownych.

Dla mało wnikliwego odbiorcy może i dobrze się stało, że wreszcie ktoś zabrał głos w tej sprawie, ale po chwili zadowolenia musi się pojawić gorzka refleksja, że praktycznie ten raport relacjonowany przez ks. Żaka, ani o krok nie przybliżył nas do zdiagnozowania przyczyn problemu, i nie chodzi tu tylko o brak empatii wobec ofiar patologicznych zachowań kilkuset duchownych, ale zabrakło przede wszystkim jasnego określenia winy tych, którzy ponoszą odpowiedzialność za brak nadzoru nad swoimi podwładnymi, a przecież ogrom zaniedbań ze strony hierarchii jest w tym wypadku czymś najistotniejszym.

Owszem referent beznamiętnie przytoczył liczby osób w sutannach, których dotknęły oskarżenia ofiar, ale zabrakło w tym wszystkim oceny winy ich szefów.

Kiedy po okropnościach II Wojny Światowej w procesie norymberskim sędziowie posadzili na ławie oskarżonych kreatorów zbrodni tamtego czasu, większość z nich próbowało pomniejszyć swoją odpowiedzialność twierdząc, że przecież oni nikogo fizycznie nie gnębili, a wszystkiemu winien był nazizm.

W przypadku naszych biskupów póki co, tylko nielicznym postawiono zarzuty zaniedbania nadzoru nad duchownymi, a gdy niektórym watykańska komisja wykazała celowe tuszowanie obyczajowych skandali, zwyczajnie nabrali wody w usta w myśl zasady złodzieja złapanego na gorącym uczynku, który próbuje wmówić, że to nie jego ręka kradła.

Mnie w raporcie komisji uderzyła skala zagrożeń, z jakimi muszą się mierzyć rodzice małolatów, które powierzają opiece duchownych.

Ministranci, dziewczynki z kościelnych chórków, młodzież z kręgów biblijnych, czy osoby uczestniczące w pielgrzymkach.

Z tego jawi się nam swoista rosyjska ruletka i trudno się dziwić, że coraz więcej z nich odradza swoim pociechom kościelne podcienia.

Jeżeli do tego wszystkiego wziąć pod uwagę, że to są dane skażone nieobiektywnością złapanego na szwindlu złodzieja, to obawiam się, że w przypadku powierzenia śledztwa w tych sprawach obiektywnemu, zewnętrznemu organowi sprawiedliwości, mogłoby dojść do delegalizacji całego tego bałaganu.

Nazizm stworzył system zbrodni, który na szczęście jest już tylko bolesnym wspomnieniem. Celibat kościoła katolickiego póki co nadal kreuje patologię współczesnych zbrodniczych zachowań tych, którzy w poczuciu bezkarności niszczą życie swoich ofiar.

Pozoracja działań i niby prewencja w separowaniu sprawców od ofiar, na pewno nie spowoduje cudownego oczyszczenia się tej instytucji.

Może jest już ostatni czas, by hierarchowie zrozumieli, że Nemo iudex in causa sua, bo tylko wtedy można mieć nadzieję jutra.

Kryspin

niedziela, 27 czerwca 2021

Zawiedziona nadzieja

 

Napisała do mnie mieszkanka z małej wiejskiej parafii na zachodzie Polski, z której proboszcz w trybie nagłym został odwołany z zarzutami obejmującymi praktyki seksualnego molestowania małych dzieci.

Zszokowana tą decyzją kurialnych władz parafianka skierowała do mnie prośbę, abym użył swoich koneksji i załatwił nieborakowi opiekę biegłego w tej materii prawnika, bo przecież ich proboszcz to chodzące dobro, a zarzuty z pewnością są wyssane z palca niegodziwców, którzy uwzięli się na niego.

Dodatkowo zaznaczyła, że on nie mógł dokonać tych niegodziwości, bo przecież sam publicznie zapewniał ich o swojej niewinności.

Trudno mi zająć stanowisko w tej sprawie i póki co, żadne poszukiwania pomocnej dłoni zręcznego adwokata na niewiele się zdadzą, bo sprawa jest na poziomie kurialnego śledztwa i trzeba zwyczajnie poczekać na ostateczne rozsądzenie tego przypadku.

Z pewnością jest coś na rzeczy, bo młyny kościelnej sprawiedliwości mielą powoli i decydują się zająć problemem dopiero w przypadku ewidentnego przekroczenia norm, a w przypadku przestępstw obyczajowych szczególnie ostrożnie podchodzą do zgłaszanych sygnałów.

Bezsprzecznie można to wszystko skwitować tym, że mamy tutaj do czynienia z zawiedzioną nadzieją i podważonym zaufaniem.

Co prawda znaczna większość parafialnej trzódki stara się nadal żyć przekonaniem, że sprawa zostanie wyjaśniona po myśli proboszcza, ale pozostaje niepewność i poranione zaufanie.

Okaleczona nadzieja to nie tylko trauma ofiar duchownych, którzy odeszli od wpajanej im (w czasie seminaryjnej formacji) idei życia w czystości wolnej od ludzkich pokus, bo jest to także przekleństwo tych, którzy zaufali swoim przełożonym, że uda się oszukać naturę, której jednak nie da się wyciszyć celibatem.

Otwarcie należy stwierdzić, że utrzymywana fikcji celibatu, to perfidny i świadomy rodzaj zbrodni na żywych organizmach.

No tak, ale przecież nie wszystko można tłumaczyć naturą, którą póki co seminaryjni moderatorzy skutecznie hamowali wspomagając szczytne idee farmakologicznymi specyfikami, bo późniejszym efektem mogłyby być co najwyżej nieformalne konkubinaty duchownych(hetero i homo seksualne), którymi już nikt sobie nawet nie zaprząta głowy.

Kiedyś zapytałem mojego profesora, zacnego kanonika w stanie spoczynku: skąd w Kościele jest tak duży odsetek osób o skłonnościach pedofilskich?

-”Pedofilia to problem może 1% osób, które od zawsze przejawiały takie chore skłonności, ale w przypadku księży ten odsetek rzeczywiście jest o wiele większy i wynika ze specyfiki tej grupy.

Wiąże się to z niską samooceną takiej osoby, która odczuwając naturalne potrzeby w zakresie seksu, z obawy przed odrzuceniem, swoje pragnienia kieruje w stosunku do dzieci, licząc na to, że będą najmniej narażającym go na odrzucenie ogniwem”.

-Czyli całość sprowadza się do celibatu, jako najbardziej kryminogennego elementu z którym musi się mierzyć Kościół?- stwierdziłem, na co mój starszy przyjaciel tylko odpowiedział krótkim: ”Tak”, ale zaraz dodał:

-”Pewnie jednak nigdy kościelni włodarze nie zgodzą się na likwidację tej fikcji, i to jest najbardziej smutne.”

W „Zakochanej koloratce” odniosłem się do tej kwestii, i nie unikając osobistej odpowiedzialności za decyzję o moim odejściu z szeregów kapłańskich, skierowałem prośbę do Boga, aby oceniając moją decyzję, sprawiedliwym osądem dotknął także tych utrzymujących fikcję celibatu, aby ponieśli sprawiedliwą karę w Jego oczach.

W dalszej części książki skierowałem jeszcze jeden, może nieco sarkastyczny apel do kościelnych decydentów, aby neo- prezbiterów oprócz brewiarzy i różańców, wyposażać w codzienne porcje bromu, które przecież tak skutecznie studziły ich ludzkie pragnienia w trakcie seminaryjnej formacji, to dlaczego nie miałyby spełniać swojej funkcji także w następnych latach ich kapłańskiej posługi.

Kryspin

niedziela, 20 czerwca 2021

Przyjaźń i protekcja wśród swoich

 

Można by odnieść wrażenie, że dane nam jest tkwić w jakiejś niekończącej się opowieści i to z kategorii tych przerażających, kiedy dane nam jest zapoznawać się z kolejnymi „kwiatkami”, którymi raczy nas współczesność Kościoła.

Jeszcze nie przebrzmiała afera z założycielem Legionu Chrystusa Marcialem Macielem Degollado, który obok gorliwego pozyskiwania „rycerzy” mających być awangardą strzeżenia wartości wiary, w ciągu swojego życia dał się zapamiętać jako nad wyraz płodny i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, pozostawiając po sobie dziesiątki dzieci poczętych nie zawsze z przyzwoleniem ich matek, a media ostatnio rozpisały się na temat naszego rodaka ks. Mirosława Króla.

Co prawda ten wielebny nie prowadzi swojej duszpasterskiej posługi w polskim Kościele, bo od lat przebywa w Stanach Zjednoczonych i tam dostąpił przywileju sakramentu kapłaństwa, to jednak nie jest osobą anonimową, czy wręcz nieznaną na naszym kościelnym poletku.

Chociaż za księdzem Królem od lat niesie się smrodek życia zbyt frywolnego, o czym wielokrotnie donosili ci, którym nie było to po drodze i odmawiali udziału w proponowanych przez kapłana imprezach nie tylko zakrapianych alkoholem i zabawami jakby żywcem przeniesionymi z filmów określanych mianem różowych, to jednak nie przeszkodziło mu w zadzierzgnięciu nici przyjaźni z naszymi duchownymi, i to z samego hierarchicznego świecznika.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że dzięki poparciu naszego purpurata (co prawda już w stanie spoczynku) załatwił sobie posadę kanclerza ośrodka polonijnego w Orchard Lace (USA), w skład którego wchodzi także seminarium duchowne.

Aby było ciekawiej, to do tamtejszej kościelnej uczelni przez lata byli wysyłani także klerycy z Polski, choć nie wszystkim odpowiadała zła sława ks. Króla i zwyczajnie obawiali się tej wyprawy.

Narastający smrodek związany z księdzem Kanclerzem nie przeszkadzał jednak naszym hierarchom, którzy po wielokroć publicznie manifestowali swoje przyjazne nastawienie do rodaka robiącego karierę za oceanem.

Wszystko jednak ma swoją cenę, przyjaźń także. O tym wiedział bohater naszego dzisiejszego felietonu i przez lata był nad wyraz hojny w organizowaniu dolarowego wsparcia potrzeb diecezjalnych włodarzy.

I pewnie jeszcze długo nikomu by to wszystko nie przeszkadzało, gdyby nie wmieszał się w to amerykański wymiar sprawiedliwości, który obecnie prowadzi dochodzenie i z pewnością należycie oceni i ukarze patologię tego człowieka w sutannie.

Kiedy ponad czterdzieści lat temu zaczynałem swoją seminaryjną przygodę, wydawało mi się, że znalazłem się w gronie takich samych jak ja młodych zapaleńców, którzy odpowiadając na głos Chrystusowego powołania, zdecydowali się wyrzec spraw tego świata na rzecz największego dobra jakim był On.

Owszem, zachowania niektórych kolegów ciągle zapatrzonych w siebie, spędzających sam na sam ze sobą każdą wolną chwilę, rodziły pytania, ale od rozpoznania powołania byli przecież nasi moderatorzy, więc ufałem ich decyzjom.

Później, kiedy po wielokroć dowiadywaliśmy się, że oni wiedzą o takich dziwnych przyjaźniach i nic nie robią, rodziła się we mnie wątpliwość i pytania na które nie znajdowałem odpowiedzi.

W tamtym czasie jeszcze nie znaliśmy określenia: gejowskie lobby, ale teraz po latach wszystko zaczyna mi się układać w całość.

Ludzie będący z dala od Kościoła wysuwają tezę, że do seminarium duchownego najczęściej trafiają młodzi geje i to oni utrwalają to patologiczne lobby.

Nie podzielam ich poglądu, ale z pewnością Kościołowi potrzeba oczyszczenia z moralnej patologii, a jej początek ma niestety miejsce tam, gdzie kształtują się kadry przyszłych kapłanów, i od tego należałoby zapoczątkować oczyszczenie.

Kryspin

niedziela, 13 czerwca 2021

"Nie rzuca się pereł przed wieprze"

 


„Na wstępie pozdrawiam. Przeczytałem Pana felieton w Angorze z 2 sierpnia 2020 i jeśli mógłbym zapytać czy powodem unieważnienia sakramentu małżeństwa może być przemoc ze strony jednego z małżonków? Chodzi dokładnie o sądownie udowodnione znęcanie się nad żoną. Pozdrawiam Irek”

Krótki, lapidarny list czytelnika z postawionym pytaniem skłonił mnie do ponownego zajęcia stanowiska, choć gwoli ścisłości już raz przekazałem czytelnikom moje przemyślenia dotyczące tego problemu w ubiegłym roku.

Uważam jednak, że Ksiądz w cywilu nie może zastępować aktywnych zawodowo duchownych i to po ich stronie leży obowiązek odpowiedzi na te i inne podobnie zadawane pytania.

Problem jednak polega na tym, że oficjalny przekaz „specjalistów” od duchowości powierzonych ich pieczy duszyczek jest często niespójny i nad wyraz oszczędny.

Jeżeli do tego dołożyć chociażby głos jednego ze znanych duchownych, który publicznie podzielił się radą w kwestii unieważniania sakramentalnych związków, sugerując że warto zawalczyć o przywrócenie „wolności” od nieudanego małżeństwa, bo teraz jest łatwiej, to włosy się na głowie jeżą.

Co prawda rzeczywiście ostatnimi czasy znacząco wzrosła ilość orzeczeń kościelnych trybunałów, które pieczętują nieważność nieudanych związków, to w żadnym razie nie jest to podyktowane lajtowym podejściem diecezjalnych specjalistów od prawa, a raczej większą świadomością zdesperowanych ofiar nieważnego od samego początku sakramentu.

Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały" (Mt 7,6).

Ostre i jednoznaczne słowa Chrystusa nie straciły nic na aktualności chociażby w kwestii sakramentalnego rozdawnictwa, jakim charakteryzuje się Kościół.

Przez wieki przyzwyczailiśmy się do tego, że łatwo możemy „kolekcjonować” boże dary, jakie pozostawił Kościołowi Zbawiciel w ustanowionych sakramentach.

Chcemy ochrzcić dziecko-zgłaszamy taką wolę w parafialnej kancelarii, podajemy dane kandydatów na rodziców chrzestnych i sprawa załatwiona.

Pierwsza komunia naszych pociech- sprawę załatwi katechetka szkoląc maluchy ze znajomości katechizmu, i można czynić przygotowania do rodzinnej imprezy.

Sakrament pojednania- tu przypomina nam Kościół, że należytym byłoby chociażby raz do roku odwiedzić konfesjonał i uzyskać „odpukanie”

Niedzielna Eucharystia- co bardziej karni znajdą godzinkę aby odstać swoje w podcieniu kościelnej nawy i obowiązek zaliczony.

Bierzmowanie, sakrament dojrzałości chrześcijańskiej- hurtowo załatwi się to w ramach katechezy nastolatków.

Sakrament małżeństwa – po obowiązkowych naukach prowadzonych przez parafialnych „speców” od udanych związków, załatwią ten kłopot zakochanych w sobie młodzianków.

A mnie w tym wszystkim brakuje zasadniczego pytania: Dlaczego chcesz?

Praprzyczyną wszystkich rozczarowań nieskutecznościami poszczególnych sakramentów jest brak świadomego przyjmowania tych bożych darów przez wiernych, i tu tkwi prawdziwy problem, który bezsprzecznie obciąża szafarzy tychże.

Kościół powinien być asertywny w kwestiach duszpasterstwa sakramentalnego i wcale nie musi obawiać się braków w statystykach kościelnych raportów.

Nie ilość udzielonych sakramentów, a wzrost świadomości wiernych w tej kwestii w ostatecznym rozrachunku przełożą się na duszpasterski sukces.

A wszystko zaczyna się od jednego prostego pytania: Dlaczego chcesz?

Tylko tyle i aż tyle!

Kryspin

niedziela, 6 czerwca 2021

Ad limina Apostolorum

 


Św. Łukasz w rozdziale 20 swojej Ewangelii, opisującej spór Jezusa z przedstawicielami Sanhedrynu, zacytował przypowieść o nieuczciwych najemcach winnicy, którzy nie bacząc na to, że byli tylko dzierżawcami powierzonej im własności założyciela tejże, postanowili przejąć to, co do nich nie należało.

W swojej żądzy posiadania nie zawahali posunąć się do zbrodni, licząc na to, że w ten sposób ostatecznie dokonają bezkarnego przejęcia tylko powierzonej ich opiece własności.

Kończąc tę przypowieść Nauczyciel z Nazaretu nie pozostawił jednak wątpliwości, że niegodziwość z ich strony poskutkuje zdecydowaną reakcją ze strony właściciela winnicy, który niegodziwców srodze ukarze, a swoje dobro przekaże innym dzierżawcom.

W tej historii warto zauważyć jedną prawdę, że działanie Pana winnego ogrodu nie było nagłe, bo po wielokroć okazywał nadzieję, że może jednak zrewidują swoje postępowanie i nie będzie musiał posunąć się do ostatecznych rozwiązań, dlatego posyłał im swoje sługi, aby dać im szansę na poprawę swoich poczynań, ale to nie poskutkowało.

W październiku nasi biskupi udadzą się do Rzymu na wezwanie papieża Franciszka do przedstawienia swoistego rozliczenia swojej posługi, którą w języku watykańskiej tradycji nazwano określeniem „Ad limina Apostolorum”, co w naszym tłumaczeniu znaczy: do progu Apostołów.

Choć rzecznik Episkopatu próbuje uspokajać, że jest to normalna rzecz, że biskupi cyklicznie odwiedzają Stolicę Apostolską, aby osobiście poinformować Szefa Kościoła Powszechnego o stanie pracy w swoich diecezjalnych poletkach, to jednak media określiły to mianem „nagłego wezwania”, sugerując, że nie będzie to tylko rutynowa odprawa.

Pewnie jest coś na rzeczy, bo dla nikogo nie jest tajemnicą, że wielu z naszych diecezjalnych włodarzy musi się obawiać tej bezpośredniej rozmowy z Franciszkiem, zważywszy na to, że w ostatnich miesiącach pojawiło się wiele „śmierdzących kwiatków” o które z pewnością papież nie omieszka zapytać.

Franciszek pomimo podeszłego wieku nie jest sklerotycznym staruszkiem i już nieraz pokazał, że w sprawach trudnych nie waha się podejmować jednoznacznie ostrych decyzji, o czym mogli się niedawno przekonać przedstawiciele Episkopatu z jednego z krajów Ameryki Południowej, którym zdecydowanie podziękował za ich dotychczasową „służbę” i odwołał to gremium w całości.

Czy takie niebezpieczeństwo zawisło także nad naszymi hierarchami, trudno powiedzieć, ale zważywszy na pojawiające się co rusz kolejne kłopoty z zachowaniem choćby pozorów przyzwoitości w działaniach niektórych włodarzy diecezjalnych społeczności, to wcale nie wydaje się to być niemożliwym.

Wracając do przypowieści o nieuczciwych dzierżawcach winnicy, trzeba kolejny raz odnieść się do cierpliwości właściciela, który po wielokroć dawał szansę niegodziwcom i posyłał do nich znaki w postaci kolejnych sług.

Podobną cierpliwością cechuje się także Franciszek i on także przez lata swojego pontyfikatu po wielokroć wysyła znaki ku opamiętaniu.

Bezsprzecznie objawem tego, że Stolica Apostolska znakomicie orientuje się w kwestii kondycji swoich biskupich pomocników w terenie, jest także polityka przyznawania zaszczytów jakimi są kardynalskie kapelusze.

Franciszek tylko jednego z naszych biskupów obdarzył tym zaszczytem, zaliczając do kardynalskiego grona Konrada Krajewskiego, ale tenże pracuje od lat w Watykanie i z polskim Kościołem ma tylko sentymentalny zawiązek.

Obecnie w kraju mamy tylko dwóch purpuratów, z czego jeden już w roli emerytowanego seniora, i na horyzoncie nie widać chociażby kandydatów do tego zaszczytu.

Nie wiemy co przyniesie naszemu Kościołowi nadchodząca wizyta do Apostolskich progów, ale możemy mieć nadzieję, że będzie ona czymś w rodzaju zimnego prysznica dla wielu z naszych hierarchów, i może dobrze się stanie, bo to oznaczałoby, że możemy z nadzieją oczekiwać refleksji i lepszego czasu ich posługi.

Kryspin

poniedziałek, 31 maja 2021

Nie da się zrozumieć tajemnicy

 


Na początek naszego dzisiejszego spotkania fragment z listu czytelniczki: „...Przez dwadzieścia lat byłam szczęśliwą mężatką, kochającą i kochaną przez swojego męża. Mój ukochany po ciężkiej chorobie zmarł, a ja po okresie żałoby poznałam innego mężczyznę, którego także pokochałam i teraz jestem ponownie szczęśliwa. Kiedyś jednak skończy się także ten czas i po śmierci czeka mnie (jak mam nadzieję) wieczność. Jak wtedy będzie wyglądała ta rzeczywistość, kiedy spotkam tam moją pierwszą miłość, a niejako z tyłu będzie także ten, którego także pokochałam ziemskim uczuciem.

Jak to więc będzie w tej wiecznej rzeczywistości?...”

Nasza wiara uczy nas tego, że ziemski czas to tylko chwila przed wiecznością i takie pytanie wydaje się jak najbardziej zasadne.

Odpowiedź na niepokojące pytanie czytelniczki wydaje się być trudna, ale nie do końca.

Wśród prawd naszej wiary ten casus jest tylko jednym z wielu przypadków, które teologia zalicza do rzeczywistości objętych zasłoną tajemnicy, i wcale nie jest on najtrudniejszym do pojęcia ludzkim myśleniem.

Są prawdy kardynalne, które ze swej istoty zaliczane są do bożych tajemnic nie podlegających ludzkiemu zrozumieniu.

Pierwszą z nich jest tajemnica odwieczności Boga, czyli swoistego reżysera wszystkiego, co filozofia ujmuje w lapidarnym określeniu Boga jako tego, który stał się praprzyczyną będąc jednocześnie poza początkiem wszystkich zdarzeń, jako odwieczny byt.

Inną cechą, pewnie nigdy nie poznaną ludzkim rozumem, jest jego istota jako bytu będącego jednością w trzech osobach.

Do istotnych bożych tajemnic można także zaliczyć plan zbawienia, w którym Odwieczny realizuje swój zamysł podzielenia się doskonałością wieczności z bytami powołanymi do istnienia na swój obraz, czyli z wszystkimi ludźmi.

Człowiek wraz z rozwojem nauki stara się co prawda dotknąć tych tajemnic i jest to trend znany od wieków.

Z pewnością wiek XX był takim okresem, kiedy ludzie nauki przybliżyli nas do zrozumienia wielu tajemnic otaczającego nas świata, ale to tylko iluzja poznania tego, czego poznać nie sposób.

Stephen Hawking, niedawno zmarły genialny astrofizyk, całe swoje życie poświęcił na zgłębienie tajemnicy początku wszechrzeczy i nawet utorował drogę dla innych naukowców, którzy korzystając z najnowocześniejszych, stworzonych ludzkim geniuszem urządzeń, podjęli próby udowodnienia praprzyczyny wszystkiego, ale i tak nie dali odpowiedzi na pytanie: co było przed tą pierwszą chwilą istnienia.

Wracając do pytania postawionego przez czytelniczkę, trzeba jasno stwierdzić, że nie da się na sposób ludzki pojąć rzeczywistości, którą zaplanował dla nas Bóg.

Pewnie, że nigdy nie będziemy wolni od myśli i pytań dotyczących tego, co czaka nas po, i jedynym co możemy zrobić, to wiarą przyjąć zapowiedź tamtej rzeczywistości.

Sam Chrystus uchylił nieco rąbka tajemnicy dotyczącej problemu postawionego przez czytelniczkę, kiedy odpowiedział Saduceuszom na ich prowokacyjne pytanie:

Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania (Łk 20, 34-36).

I znowu pozostanie niedosyt, bo trudno jest nam wyzbyć się ziemskiego pojmowania miłości dwojga ludzi, w którym cielesność zdaje się być czymś najistotniejszym. Trzeba w tym wypadku pogodzić się z faktem, że rzeczywistość tego świata wcale nie musi być dotknięta pierwiastkiem doskonałości, bo dotyczy tylko tego co tu i teraz.

Póki co pozostaje nam nadzieja zmartwychwstania i to powinno być największym naszym zmartwieniem, czy zasłużymy sobie na nie, i nadzieją że będzie ono początkiem naszego wiecznego szczęścia.

Kryspin

poniedziałek, 24 maja 2021

Pycha kroczy przed upadkiem

 

Pycha kroczy przed upadkiem.

Nie bez przyczyny historia w szczególny sposób zapamiętała mądrość władcy, który prawie 3000 lat temu sprawował swój urząd w odległej Palestynie. Król Salomon został także zapamiętany jako autor przypowieści, którymi kierował się w ferowaniu sprawiedliwych wyroków wobec poddanych.

W zachowanych przypowieściach po dziś dzień możemy przeczytać choćby sentencję o zgubnym działaniu pychy: ”Przed upadkiem idzie pycha, a przed ruiną wyniosłość ducha”(P.S. 16,18)

Pomimo upływu czasu jego przestroga niestety ciągle jest aktualna i sprawdza się nieustannie.

W naszej najnowszej historii, całkiem niedawno jeden z liderów rządzącego wtedy obozu politycznego publicznie podzielił się przekonaniem, że jego formacja jeszcze długo nie zejdzie ze sceny, bo zwyczajnie nie ma z kim przegrać w kolejnych wyborach; no i życie boleśnie zweryfikowało jego pełne pychy zapewnienia.

W przypadku normalnego, szarego człowieka upadek będący skutkiem pychy niekiedy powoduje u niego chwilę refleksji, potrafi powrócić do stanu sprzed samouwielbienia i niekiedy z wielkim mozołem potrafi uleczyć swój zrujnowany pychą świat.

Jeżeli jednak pycha łączy się z pragnieniem władzy i do tego wszystkiego dotyka małych ludzi, wtedy rozmiar ruiny tworzy nieodwracalny stan powodujący także krzywdę dla wszystkich tych, którzy w imię złudnych nadziei takim szaleńcom powierzyli swoją przyszłość.

W ostatnim czasie jeden z analityków blisko związanych z naszym Kościołem wysnuł tezę, że to członkowie polskiego Episkopatu są główną przyczyną największego od lat kryzysu, jaki drąży tę instytucję.

I znowu trzeba by powrócić do mądrości zawartej w przestrodze króla Salomona, bo i w tym przypadku głównym sprawcą tego wszystkiego jest grzech pychy, którym dotknięci są ci, którzy zostali powołani, aby w biskupiej posłudze realizować misję opieki nad powierzonymi ich opiece owieczkami.

Może warto choć przez chwilę zastanowić się na trafnością wyboru kandydatów do pełni kapłaństwa, bo chyba coś jest nie tak, jeżeli później hurtowo podejmują działania ni jak nie przystające do istoty ich powołania.

Większość z przyszłych purpuratów nigdy nie doświadczyło pracy duszpasterskiej u samych dołów kościelnych struktur i nie zna życia, które codziennie niesie wyzwania chociażby ich parafialnym pomocnikom, o szeregowych katolikach nie wspominając.

Jeżeli do tego dołożyć miraż luksusu i przekonanie o swoim szczególnym wybraniu, którym karmieni są chociażby przy okazji oficjalnych kościelnych i nie tylko uroczystości, to mamy prosty przepis na hodowanie w nich pychy w najczystszej postaci.

Analityk kościelnego upadku zauważa, że wśród obecnych zarządców diecezjalnych poletek trudno zauważyć prawdziwych liderów, którzy potrafiliby swoją charyzmą porywać tłumy, a zamiast tego mamy grono pieniaczy dbających wyłącznie o utrzymać się przy władzy, bez względu na rozmiar ruin, jakie niesie ze sobą ich bezrefleksyjna wyniosłość.

Jeden z liderów formacji politycznej, która ostatnio pikuje w dół w sondażach poparcia, zwyczajnie pokazał wilczy bilet niezadowolonym, by nadal realizować swoje chore wizje, że tylko on jest doskonałością, nie licząc się z tym, że efektem takiego działania będzie marginalizacji całej politycznej formacji.

Tą drogą na szczęście ( w co nadal wierzę) nie mogą kroczyć nasi biskupi, no chyba że ich samouwielbienie już przekroczyło stan krytyczny i wtedy czarno widzę ich dalszą posługę, bo zwyczajnie nie będą mieli komu przewodzić.

Być może musi dokonać się spektakularna katastrofa obracająca w ruinę dotychczasowy „porządek”, aby na zgliszczach powstał nowy ład?

Może zwyczajnie trzeba podziękować tym, którzy od dawna nie spełniają pokładanych w nich nadziei i zapomnieli o słowach Chrystusa: „Kto z was chce być najważniejszym, nie się stanie sługą wszystkich tych, których powierzam waszej opiece”(Mt 20,28)

Kryspin

poniedziałek, 17 maja 2021

"Mojego dziecka nie ochrzczę"

 

Polacy to dziwny naród, bo w sprawach ewidentnych potrafimy mieć zdanie odrębne i trudne do pojęcia.

Sam doświadczam takiego nie bo nie wśród moich najbliższych, czego pierwszym z brzegu przykładem jest stanowisko mojej synowej w kwestii szczepień dla moich wnucząt.

Ich mama postanowiła nie poddać się ogólnemu wymogowi i z tego powodu musi się borykać z trudnościami, które stawiają przed jej pociechami chociażby władze oświatowe, niechętnym okiem patrzące na niezaszczepione maluchy i nawet z tego powodu wprowadzają restrykcje z odmową przyjęcia takich dzieci do grona przedszkolaków włącznie.

To jednak nie przekonuje wszystko wiedzącej lepiej mamy i jest zgrzyt.

Ostatnio zaskoczyło mnie doniesienie, że mama celebrytka (choć znana jest raczej z powodu rozpoznawalnego ojca, aktora) obwieściła wszem i wobec, że nie zamierza ochrzcić swojego nowo narodzonego dziecka i w przyszłości nie pośle go także do pierwszej komunii.

Przy okazji tej deklaracji dziennikarz portalu nie omieszkał dodać swoich trzech groszy i poinformował czytelników, że coraz więcej rodziców decyduje się na ten swoisty akt sprzeciwu wobec dominującej u nas do tej pory tradycyjnej religijności, co w statystykach zaowocowało zmniejszeniem o około 3% (licząc rok do roku) tych religijnych obrzędów.

Inna młoda mama, wolna od „skażenia” religijnym piętnem, rozszerzyła swoją deklarację rezygnacji inicjacji chrześcijańskiej swojego malucha o garść szczegółów, wyrażając niezadowolenie z pieniactwa władz oświatowych (konkretnie pani dyrektor), które nie dość że nie zapewnia nauki etyki dla siedmiolatków, to jeszcze prowokacyjnie stwierdziła, że w jej szkole wszystkie dzieci uczestniczą w lekcjach religii i nikomu do tej pory to nie przeszkadzało.

Z pewnością ta szefowa edukacyjnej placówki poszła o krok za daleko w swoim stanowisku, i tego nie będę nawet próbował tłumaczyć.

Aby była jasność, nie mam nic przeciwko decyzjom osób o rezygnacji z sakramentów, bo nie czują związku z religią Przecież żyjemy w wolnym kraju i nikt nie ma prawa stawiać wymagań w kwestii takich decyzji, ale ?

No właśnie, dopiero co przeżywaliśmy czas buntu rzekomo prześladowanych osób o odmiennej orientacji seksualnej, które dziwnym zrządzeniem losu wielokrotnie manifestowały swoją odmienność na ulicach naszych miast i nikomu jakoś nie przyszło do głowy robić z tego sprawy, choć i tak aktywiści niektórych środowisk podnosili krzyk, że dzieje im się krzywda.

Sądzę, że w podobny sposób otoczenie, znajomi i ci stojący nieco dalej, nie będą szukali sensacji w tym, że ktoś ma inny światopogląd.

Panie będące bohaterkami wyżej przytoczonego wywiadu dzielą się także swoimi obawami, czy ich pociechy, którym przecież nie zabraniają w przyszłości zdecydowania o swoim religijnym zaangażowaniu, nie będą w ogniu krytyki fundamentalistów spod znaku krzyża.

Obawiam się drogie panie, że będą narażone na swoistą obstrukcję, i wcale nie myślę tu o innych rodzicach, a o gronie rówieśników będących po drugiej stronie religijnej sceny.

Dzieci potrafią być okrutne w swoich osądach i trudno nad tym zapanować.

Jeżeli mnie pamięć nie myli to, to póki co, w ankiecie spisywanej przed przyjęciem do szkoły, przedszkola i żłobka także, nie ma rubryki z zapytaniem o wyznanie, a udział w zajęciach z religii zawsze jest poprzedzony wyrażeniem zgody rodzicieli na takowe.

Apel bohaterek felietonu do innych rodziców podobnie myślących, aby zgłaszali się do do zorganizowanej w mediach społecznościowych grupy ludzi wolnych od religijnego uzależnienia, uważam za rodzaj frustracji i szukania potwierdzenia dla słuszności swoich decyzji.

Obawiam się także, że w imię wolności, następnym krokiem będzie ruch „prześladowanych” za brak religijnej poprawności, którzy zarezerwują sobie jakiś sposobny termin, by publicznie manifestować swoje krzywdy.

I tak na koniec: szanowne panie, nikogo nie obchodzi to, czy ochrzcicie swoje pociechy, no chyba że one same kiedyś zapytają was, dlaczego wybrałyście dla nich taką opcję.

Kryspin

niedziela, 9 maja 2021

Wyjście awaryjne

 

Przyznaję się do tego, że łamiąc zalecenia pandemicznych ograniczeń, odwiedziliśmy wczoraj znajomych, z którymi nie widzieliśmy się już od dłuższego czasu.

Tegoroczna majówka nie sprzyjała spotkaniu w plenerze, więc czas spędziliśmy w domowym zaciszu, co nie przeszkodziło nam w prowadzeniu ożywionej dysputy na tematy, wśród których wiodącymi były nasze odmienne poglądy na sprawy cowidowej prewencji, bo gospodarze stanowczo zdeklarowali się jako zwolennicy anty szczepionkowego lobby, kiedy my już zaliczyliśmy pierwszą ochronną dawkę pfizera i z nadzieją oczekujemy dopełnienia tego zabezpieczenia.

Odmienność poglądów w tej sprawie nie stała się jednak powodem jakiegokolwiek zgrzytu w naszych relacjach, bo obie strony wyraziły aprobatę do przedstawionych stanowisk i mogliśmy uznać, że możemy się różnić bez animozji.

W trakcie naszego spotkania pojawił się także temat związany z przekonaniami religijnymi, choć wiedziałem, że gospodarz naszego spotkania będąc zdeklarowanym ateistą, w tych kwestiach będzie nieugięcie bronił swojego poglądu, że liczy się tylko tu i teraz i nie warto zawracać sobie głowy sprawami, które były mu zupełnie obce od wielu lat, a jednak?

Ku mojemu zaskoczeniu poinformował mnie w pewnej chwili, że przed kilkoma laty został ojcem chrzestnym dziecka swojej dalekiej kuzynki.

Aby było ciekawiej, to nie stało się to z jego inicjatywy, a na wyraźną prośbę matki maluszka, bo została zaskoczona niesolidnością wcześniej zaplanowanego rodzica chrzestnego, który zwyczajnie się nie pojawił na uroczystości i wtedy jego poprosiła, aby poratował ją w kłopocie.

Kobieta była tak zdesperowana, że nie przeszkadzało jej to, iż on ni jak nie spełniał kościelnego wymogu, aby dostąpić takiej godności, dlatego krótko stwierdziła:

-Nic to nie szkodzi, najważniejsze aby nie było obciachu wobec innych obecnych w kościele.

To było takie wyjście awaryjne, w którym on miał uratować niezręczność sytuacji, i dla obecnych spełnił je.

Na szczęście mój rozmówca nie drążył tego tematu i nie wyraził satysfakcji z tego, że ludzie wierzący kolejny raz stali się przyczynkiem do tego, aby utwierdzić go w przekonaniu o swoistej grze pozorów obnażających płyciznę ich przekonań; ale mnie było zwyczajnie wstyd, bo uświadomiło mi to, że w Kościele bardzo często spotykamy się z takimi wyjściami awaryjnymi, choć na szczęście już mija czas, kiedy dla utrzymywania pozorów ludzie związani z wiarą uciekaliby się do fikcji religijnej poprawności ze względu na to, co inni powiedzą.

Chrzciny z doborem rodziców chrzestnych przez pryzmat zasobności portfela, czy pospieszne sakramentalne tak, aby zdążyć przed narodzinami dziecka, już na szczęście należą do coraz rzadszych, i dobrze.

Mój przyjaciel opowiedział mi jeszcze jedną historię, która tym razem nieco zachwiała jego pewność niewiary.

Kiedyś spotkał się z Adwentystami i był świadkiem ich zaangażowania w kwestiach religijnych.

Jako obserwator uczestniczył w ich spotkaniu przeznaczonym dla młodzieży i kolejnym, kiedy w zborze zgromadzili się nieco starsi wyznawcy.

W pamięci pozostało mu ich autentyczne przeżywanie tych religijnych ćwiczeń i to w jaki sposób one rzutowały na ich codzienność, w której realizowali postawione przed nimi zadania dawania religijnego świadectwa.

Mój gospodarz, zdeklarowany ateista zaskoczył mnie kolejny raz, kiedy zakończył swoje wspomnienie związane z Adwentystami:

-”Wiesz, kiedy powracają mi tamte obrazy, to już nie jestem taki pewien mojej niewiary i chyba jestem raczej agnostykiem, który jeszcze nie do końca potrafi przyswoić sobie prawdę, że może jednak On istnieje?”

Kryspin

poniedziałek, 3 maja 2021

To był szczególny i ważny dla mnie dzień

 

Był słoneczny majowy dzień, kiedy spełniło się moje marzenie pierwszego spotkania z Chrystusem Eucharystycznym w trakcie uroczystej, pierwszej komunii.

21 maja 1967 roku dane mi było stać się uczestnikiem tego, jedynego w swoim rodzaju, przeżycia.

Już na kilka dni przed tym wydarzeniem przeżywaliśmy magiczny czas przygotowania z pierwszą spowiedzią, aby czystym sercem przygotować gościnę dla tego najważniejszego gościa, jakim był On.

Owszem, w mojej radości mieli być obecnymi także bliscy, bo za takich uważałem rodziców chrzestnych, którzy zamierzali uczestniczyć w tym wyjątkowym dla mnie dniu, ale to Eucharystyczny Chrystus cały czas zajmował moje myśli i sprawiał mi największą radość.

Po uroczystej liturgii, w trakcie której wszystko sprzyjało podniosłości tej chwili, udaliśmy się do domu, gdzie mama przygotowała pyszny obiad dla moich gości, a dla nas najmłodszych dodatkowo oczekiwała niespodzianka w postaci oranżady, którą zapijaliśmy się bez umiaru.

Od chrzestnych otrzymałem bombonierki ze słodkościami i życzenia w formie ozdobnych laurek, a tam były pieniążki, za które następnego dnia kupiłem sobie rower, pozostałą zaś kwotę oddałem mamie, wiedząc, że w domu się nie przelewało.

Wracając pamięcią do tamtych dni mogę bezsprzecznie powiedzieć, że największą zasługę takiego przeżywania pierwszej komunii zawdzięczałem mojemu księdzu katechecie, który przez długie tygodnie przygotowań wpajał nam jak ważnym elementem naszego dorastania w wierze miał być ten pierwszy raz naszego bezpośredniego spotkania z Chrystusem.

Mogę śmiało powiedzieć, że dzięki niemu i moim mądrym rodzicom w należyty sposób dorosłem do tej niezwykłej uroczystości.

Choć od tamtej niedzieli minęło ponad pięćdziesiąt lat i w moim życiu pojawiło się wiele zakrętów, to tamten dzień ukształtował moją wiarę i nadzieję po dzień dzisiejszy.

Trochę mi żal, że tamten czas odszedł już w niepamięć i pewnie dla wielu dzieciaków i rodziców także, moje wspomnienia wydają się tak dalece niedzisiejsze, że należałoby traktować je jak jakąś legendę, bo świat obecny na tyle się zmienił, że nie ma w nim już miejsca na idealizm, którym trącą moje wspomnienia.

Ale gdyby się tak na chwilę zatrzymać i zastanowić, to przecież nic takiego się nie zmieniło, bo ten, który w tym wszystkim powinien być najważniejszym, pozostał ten sam i nadal oczekuje na radość gościny w sercach dzieci i dorosłych także.

Byłem ostatnio świadkiem dyskusji młodych rodziców, których pociechy sposobią się do swojej pierwszej komunii i wtedy usłyszałem ich zaniepokojenie, jak mogliby poczynić przygotowania do godnego przeżycia tego dnia.

W ich zatroskaniu nie wybrzmiał niepokój o samą uroczystość w kościele, bo pomimo pandemii proboszcz zdecydował się na zorganizowanie tej ceremonii, jedynie sugerując, że maluchy będą musiały być podzielone na mniejsze grupy i całość przeciągnie się w czasie, ale dla do rosłych problemem stało się zorganizowanie przyjęcia po.

Lokale gastronomiczne póki co są zamknięte, a jeżeli nastąpi odmrożenie restrykcji, to co bardziej zapobiegliwi już z kilkuletnim wyprzedzeniem zarezerwowali sale dla swoich pociech.

Mniejszym zmartwieniem są prezenty, którymi krewni mogliby zaspokoić oczekiwania maluchów i rodziców tychże, bo markety są pełne laptopów i innych drogich gadżetów, którymi krewni mogą zabłysnąć przy okazji tego wyjątkowego, rodzinnego spotkania.

Przyznam, że żal mi tych małych bohaterów majowych uroczystości, bo w rozbudzonym (najczęściej przez dorosłych) nawale oczekiwań gdzieś na uboczu pozostał ten, który samym sobą powinien stać się najbardziej pożądanym i przeżywanym.

Może warto powrócić wspomnieniem do czasu naszej pierwszej komunii i odpowiedzieć sobie, czy wtedy On był tym najważniejszym.

Jeżeli odpowiedź będzie na tak, to sprawmy, by to samo stało się udziałem naszego dziecka.

Jeżeli w naszej pamięci nie pozostało jednak zbyt wiele z tamtego dnia, to jeszcze jest czas, byśmy nie powielili błędu naszych rodziców sprzed lat.

Kryspin

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Terapia moralnie wątpliwa?

 


Chyba już wszyscy jesteśmy zmęczeni nieproszonym „gościem”, od ponad roku rujnującym nam spokój i budzący uzasadniony strach, bo póki co kosztujący życie ponad 60000 naszych bliskich, którzy przegrali walkę z covidem.

Na szczęście od początku roku pojawiło się światełko w tym mrocznym tunelu, kiedy rozpoczął się ogólnonarodowy program szczepień i coraz więcej z nas może z nadzieją oczekiwać lepszego jutra, ale?

Co prawda już w niepamięć odeszły czarnowidztwa opozycyjnych „proroków” wieszczących mizerię rządowego programu, który miał okazać się skrajnie niewydolnym, co miało rozciągnąć na miesiące i następne lata możliwość zaaplikowania naszym rodakom skutecznego antidotum na szalejącą zarazę, to ostatnio łyżkę dziegciu dołożyli przedstawiciele polskiego Episkopatu ogłaszając, że niektóre ze szczepionek posiadają moralnie wątpliwą genezę swojego powstania.

Takie stanowisko trzeba jasno określić, jako swoisty moralny kij wprowadzony w szprychy programu ratującego życie wielu Polakom.

Nie trzeba było czekać na reakcje różnych gremiów, które najczęściej krytycznie skomentowały takie „mądrości” naszych hierarchów.

Wśród adwersarzy takiego stanowiska Kościoła najbardziej spektakularnie wybrzmiał głos niedoszłego zakonnika, który porzuciwszy dawne pragnienie służby w habicie, od ponad roku realizuje się na politycznych salonach.

Pan Hołownia, z pewnością wykorzystując sposobność zaznaczenia swojej obecności w życiu publicznym, bardzo pryncypialnie odniósł się do tego krytycznego głosu biskupów, twierdząc, że swoim działaniem biorą na swoje sumienia życie i zdrowie bliżej niepokreślonej, ale idącej w tysiące, liczby przyszłych ofiar szczepionkowej histerii, i trudno nie przyznać mu racji.

Rzeczywistość jednak nie jest tak do końca czarno biała i pewnie kościelni eksperci swoje wątpliwości oparli na jakichś medycznych analizach, ale w takim rozumowaniu trzeba by w równie uważnym spojrzeniu przeanalizować szereg innych medykamentów, w procesie powstawania których naukowcy wykorzystywali ludzkie komórki, jako praźródło przyszłych leków.

W każdym z takich przypadków dotykamy delikatnej materii i trzeba przyznać, że teologia moralna nie do końca jest wstanie określić, czy coś jest etyczne, czy budzi niepokój.

Bezsprzecznie rodzi się pytanie, czy Episkopat miał prawo wyrazić swoje stanowisko, i odpowiedź jest jednoznaczna:

- Miał takie prawo.

Ale zaraz potem trzeba odpowiedzieć sobie: czy musiał je przedstawiać w takiej chwili:

-Nie musiał i dla dobra wszystkich powinien powstrzymać się od manifestacji swoich wątpliwości.

Przy tej okazji trzeba zauważyć, że biskupi nie zawsze i nie w każdej wątpliwej kwestii tak ochoczo opowiadali o naruszanej moralności, zwłaszcza w szeregach im podległych współpracowników.

W trakcie seminaryjnych wykładów z teologii moralnej postawiono przed nami kazus dwóch kobiet.

Jedna z nich przy spowiedzi wyjawiła zamiar usunięcia ciąży, a druga ujawniła, że właśnie dokonała aborcji.

Tylko ta druga uzyskała rozgrzeszenie, bo dokonał się grzech. Pierwsza odeszła bez przebaczenia, bo jej grzech miał się dopiero dokonać.

W podobnej sytuacji znajdą się kandydaci do szczepień i na przebaczenie mogą liczyć dopiero post factum.

Może i tak musi być, ale nie pojmuję tego.

Najważniejsze, że w swoich sumieniach ogarniają to strażnicy naszej moralności i po tym, jak pandemia będzie już tytko wspomnieniem, będą mogli okazać swoje wielkie serce maluczkim.

To jednak nie wyczerpuje moralnego kaca, z jakim przyjdzie im żyć z perspektywą przyszłych grzechów w swoich szeregach, o których nie chcieliby nie tylko mówić, ale nawet ich pamiętać.

Kryspin