niedziela, 27 czerwca 2021

Zawiedziona nadzieja

 

Napisała do mnie mieszkanka z małej wiejskiej parafii na zachodzie Polski, z której proboszcz w trybie nagłym został odwołany z zarzutami obejmującymi praktyki seksualnego molestowania małych dzieci.

Zszokowana tą decyzją kurialnych władz parafianka skierowała do mnie prośbę, abym użył swoich koneksji i załatwił nieborakowi opiekę biegłego w tej materii prawnika, bo przecież ich proboszcz to chodzące dobro, a zarzuty z pewnością są wyssane z palca niegodziwców, którzy uwzięli się na niego.

Dodatkowo zaznaczyła, że on nie mógł dokonać tych niegodziwości, bo przecież sam publicznie zapewniał ich o swojej niewinności.

Trudno mi zająć stanowisko w tej sprawie i póki co, żadne poszukiwania pomocnej dłoni zręcznego adwokata na niewiele się zdadzą, bo sprawa jest na poziomie kurialnego śledztwa i trzeba zwyczajnie poczekać na ostateczne rozsądzenie tego przypadku.

Z pewnością jest coś na rzeczy, bo młyny kościelnej sprawiedliwości mielą powoli i decydują się zająć problemem dopiero w przypadku ewidentnego przekroczenia norm, a w przypadku przestępstw obyczajowych szczególnie ostrożnie podchodzą do zgłaszanych sygnałów.

Bezsprzecznie można to wszystko skwitować tym, że mamy tutaj do czynienia z zawiedzioną nadzieją i podważonym zaufaniem.

Co prawda znaczna większość parafialnej trzódki stara się nadal żyć przekonaniem, że sprawa zostanie wyjaśniona po myśli proboszcza, ale pozostaje niepewność i poranione zaufanie.

Okaleczona nadzieja to nie tylko trauma ofiar duchownych, którzy odeszli od wpajanej im (w czasie seminaryjnej formacji) idei życia w czystości wolnej od ludzkich pokus, bo jest to także przekleństwo tych, którzy zaufali swoim przełożonym, że uda się oszukać naturę, której jednak nie da się wyciszyć celibatem.

Otwarcie należy stwierdzić, że utrzymywana fikcji celibatu, to perfidny i świadomy rodzaj zbrodni na żywych organizmach.

No tak, ale przecież nie wszystko można tłumaczyć naturą, którą póki co seminaryjni moderatorzy skutecznie hamowali wspomagając szczytne idee farmakologicznymi specyfikami, bo późniejszym efektem mogłyby być co najwyżej nieformalne konkubinaty duchownych(hetero i homo seksualne), którymi już nikt sobie nawet nie zaprząta głowy.

Kiedyś zapytałem mojego profesora, zacnego kanonika w stanie spoczynku: skąd w Kościele jest tak duży odsetek osób o skłonnościach pedofilskich?

-”Pedofilia to problem może 1% osób, które od zawsze przejawiały takie chore skłonności, ale w przypadku księży ten odsetek rzeczywiście jest o wiele większy i wynika ze specyfiki tej grupy.

Wiąże się to z niską samooceną takiej osoby, która odczuwając naturalne potrzeby w zakresie seksu, z obawy przed odrzuceniem, swoje pragnienia kieruje w stosunku do dzieci, licząc na to, że będą najmniej narażającym go na odrzucenie ogniwem”.

-Czyli całość sprowadza się do celibatu, jako najbardziej kryminogennego elementu z którym musi się mierzyć Kościół?- stwierdziłem, na co mój starszy przyjaciel tylko odpowiedział krótkim: ”Tak”, ale zaraz dodał:

-”Pewnie jednak nigdy kościelni włodarze nie zgodzą się na likwidację tej fikcji, i to jest najbardziej smutne.”

W „Zakochanej koloratce” odniosłem się do tej kwestii, i nie unikając osobistej odpowiedzialności za decyzję o moim odejściu z szeregów kapłańskich, skierowałem prośbę do Boga, aby oceniając moją decyzję, sprawiedliwym osądem dotknął także tych utrzymujących fikcję celibatu, aby ponieśli sprawiedliwą karę w Jego oczach.

W dalszej części książki skierowałem jeszcze jeden, może nieco sarkastyczny apel do kościelnych decydentów, aby neo- prezbiterów oprócz brewiarzy i różańców, wyposażać w codzienne porcje bromu, które przecież tak skutecznie studziły ich ludzkie pragnienia w trakcie seminaryjnej formacji, to dlaczego nie miałyby spełniać swojej funkcji także w następnych latach ich kapłańskiej posługi.

Kryspin

niedziela, 20 czerwca 2021

Przyjaźń i protekcja wśród swoich

 

Można by odnieść wrażenie, że dane nam jest tkwić w jakiejś niekończącej się opowieści i to z kategorii tych przerażających, kiedy dane nam jest zapoznawać się z kolejnymi „kwiatkami”, którymi raczy nas współczesność Kościoła.

Jeszcze nie przebrzmiała afera z założycielem Legionu Chrystusa Marcialem Macielem Degollado, który obok gorliwego pozyskiwania „rycerzy” mających być awangardą strzeżenia wartości wiary, w ciągu swojego życia dał się zapamiętać jako nad wyraz płodny i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, pozostawiając po sobie dziesiątki dzieci poczętych nie zawsze z przyzwoleniem ich matek, a media ostatnio rozpisały się na temat naszego rodaka ks. Mirosława Króla.

Co prawda ten wielebny nie prowadzi swojej duszpasterskiej posługi w polskim Kościele, bo od lat przebywa w Stanach Zjednoczonych i tam dostąpił przywileju sakramentu kapłaństwa, to jednak nie jest osobą anonimową, czy wręcz nieznaną na naszym kościelnym poletku.

Chociaż za księdzem Królem od lat niesie się smrodek życia zbyt frywolnego, o czym wielokrotnie donosili ci, którym nie było to po drodze i odmawiali udziału w proponowanych przez kapłana imprezach nie tylko zakrapianych alkoholem i zabawami jakby żywcem przeniesionymi z filmów określanych mianem różowych, to jednak nie przeszkodziło mu w zadzierzgnięciu nici przyjaźni z naszymi duchownymi, i to z samego hierarchicznego świecznika.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że dzięki poparciu naszego purpurata (co prawda już w stanie spoczynku) załatwił sobie posadę kanclerza ośrodka polonijnego w Orchard Lace (USA), w skład którego wchodzi także seminarium duchowne.

Aby było ciekawiej, to do tamtejszej kościelnej uczelni przez lata byli wysyłani także klerycy z Polski, choć nie wszystkim odpowiadała zła sława ks. Króla i zwyczajnie obawiali się tej wyprawy.

Narastający smrodek związany z księdzem Kanclerzem nie przeszkadzał jednak naszym hierarchom, którzy po wielokroć publicznie manifestowali swoje przyjazne nastawienie do rodaka robiącego karierę za oceanem.

Wszystko jednak ma swoją cenę, przyjaźń także. O tym wiedział bohater naszego dzisiejszego felietonu i przez lata był nad wyraz hojny w organizowaniu dolarowego wsparcia potrzeb diecezjalnych włodarzy.

I pewnie jeszcze długo nikomu by to wszystko nie przeszkadzało, gdyby nie wmieszał się w to amerykański wymiar sprawiedliwości, który obecnie prowadzi dochodzenie i z pewnością należycie oceni i ukarze patologię tego człowieka w sutannie.

Kiedy ponad czterdzieści lat temu zaczynałem swoją seminaryjną przygodę, wydawało mi się, że znalazłem się w gronie takich samych jak ja młodych zapaleńców, którzy odpowiadając na głos Chrystusowego powołania, zdecydowali się wyrzec spraw tego świata na rzecz największego dobra jakim był On.

Owszem, zachowania niektórych kolegów ciągle zapatrzonych w siebie, spędzających sam na sam ze sobą każdą wolną chwilę, rodziły pytania, ale od rozpoznania powołania byli przecież nasi moderatorzy, więc ufałem ich decyzjom.

Później, kiedy po wielokroć dowiadywaliśmy się, że oni wiedzą o takich dziwnych przyjaźniach i nic nie robią, rodziła się we mnie wątpliwość i pytania na które nie znajdowałem odpowiedzi.

W tamtym czasie jeszcze nie znaliśmy określenia: gejowskie lobby, ale teraz po latach wszystko zaczyna mi się układać w całość.

Ludzie będący z dala od Kościoła wysuwają tezę, że do seminarium duchownego najczęściej trafiają młodzi geje i to oni utrwalają to patologiczne lobby.

Nie podzielam ich poglądu, ale z pewnością Kościołowi potrzeba oczyszczenia z moralnej patologii, a jej początek ma niestety miejsce tam, gdzie kształtują się kadry przyszłych kapłanów, i od tego należałoby zapoczątkować oczyszczenie.

Kryspin

niedziela, 13 czerwca 2021

"Nie rzuca się pereł przed wieprze"

 


„Na wstępie pozdrawiam. Przeczytałem Pana felieton w Angorze z 2 sierpnia 2020 i jeśli mógłbym zapytać czy powodem unieważnienia sakramentu małżeństwa może być przemoc ze strony jednego z małżonków? Chodzi dokładnie o sądownie udowodnione znęcanie się nad żoną. Pozdrawiam Irek”

Krótki, lapidarny list czytelnika z postawionym pytaniem skłonił mnie do ponownego zajęcia stanowiska, choć gwoli ścisłości już raz przekazałem czytelnikom moje przemyślenia dotyczące tego problemu w ubiegłym roku.

Uważam jednak, że Ksiądz w cywilu nie może zastępować aktywnych zawodowo duchownych i to po ich stronie leży obowiązek odpowiedzi na te i inne podobnie zadawane pytania.

Problem jednak polega na tym, że oficjalny przekaz „specjalistów” od duchowości powierzonych ich pieczy duszyczek jest często niespójny i nad wyraz oszczędny.

Jeżeli do tego dołożyć chociażby głos jednego ze znanych duchownych, który publicznie podzielił się radą w kwestii unieważniania sakramentalnych związków, sugerując że warto zawalczyć o przywrócenie „wolności” od nieudanego małżeństwa, bo teraz jest łatwiej, to włosy się na głowie jeżą.

Co prawda rzeczywiście ostatnimi czasy znacząco wzrosła ilość orzeczeń kościelnych trybunałów, które pieczętują nieważność nieudanych związków, to w żadnym razie nie jest to podyktowane lajtowym podejściem diecezjalnych specjalistów od prawa, a raczej większą świadomością zdesperowanych ofiar nieważnego od samego początku sakramentu.

Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały" (Mt 7,6).

Ostre i jednoznaczne słowa Chrystusa nie straciły nic na aktualności chociażby w kwestii sakramentalnego rozdawnictwa, jakim charakteryzuje się Kościół.

Przez wieki przyzwyczailiśmy się do tego, że łatwo możemy „kolekcjonować” boże dary, jakie pozostawił Kościołowi Zbawiciel w ustanowionych sakramentach.

Chcemy ochrzcić dziecko-zgłaszamy taką wolę w parafialnej kancelarii, podajemy dane kandydatów na rodziców chrzestnych i sprawa załatwiona.

Pierwsza komunia naszych pociech- sprawę załatwi katechetka szkoląc maluchy ze znajomości katechizmu, i można czynić przygotowania do rodzinnej imprezy.

Sakrament pojednania- tu przypomina nam Kościół, że należytym byłoby chociażby raz do roku odwiedzić konfesjonał i uzyskać „odpukanie”

Niedzielna Eucharystia- co bardziej karni znajdą godzinkę aby odstać swoje w podcieniu kościelnej nawy i obowiązek zaliczony.

Bierzmowanie, sakrament dojrzałości chrześcijańskiej- hurtowo załatwi się to w ramach katechezy nastolatków.

Sakrament małżeństwa – po obowiązkowych naukach prowadzonych przez parafialnych „speców” od udanych związków, załatwią ten kłopot zakochanych w sobie młodzianków.

A mnie w tym wszystkim brakuje zasadniczego pytania: Dlaczego chcesz?

Praprzyczyną wszystkich rozczarowań nieskutecznościami poszczególnych sakramentów jest brak świadomego przyjmowania tych bożych darów przez wiernych, i tu tkwi prawdziwy problem, który bezsprzecznie obciąża szafarzy tychże.

Kościół powinien być asertywny w kwestiach duszpasterstwa sakramentalnego i wcale nie musi obawiać się braków w statystykach kościelnych raportów.

Nie ilość udzielonych sakramentów, a wzrost świadomości wiernych w tej kwestii w ostatecznym rozrachunku przełożą się na duszpasterski sukces.

A wszystko zaczyna się od jednego prostego pytania: Dlaczego chcesz?

Tylko tyle i aż tyle!

Kryspin

niedziela, 6 czerwca 2021

Ad limina Apostolorum

 


Św. Łukasz w rozdziale 20 swojej Ewangelii, opisującej spór Jezusa z przedstawicielami Sanhedrynu, zacytował przypowieść o nieuczciwych najemcach winnicy, którzy nie bacząc na to, że byli tylko dzierżawcami powierzonej im własności założyciela tejże, postanowili przejąć to, co do nich nie należało.

W swojej żądzy posiadania nie zawahali posunąć się do zbrodni, licząc na to, że w ten sposób ostatecznie dokonają bezkarnego przejęcia tylko powierzonej ich opiece własności.

Kończąc tę przypowieść Nauczyciel z Nazaretu nie pozostawił jednak wątpliwości, że niegodziwość z ich strony poskutkuje zdecydowaną reakcją ze strony właściciela winnicy, który niegodziwców srodze ukarze, a swoje dobro przekaże innym dzierżawcom.

W tej historii warto zauważyć jedną prawdę, że działanie Pana winnego ogrodu nie było nagłe, bo po wielokroć okazywał nadzieję, że może jednak zrewidują swoje postępowanie i nie będzie musiał posunąć się do ostatecznych rozwiązań, dlatego posyłał im swoje sługi, aby dać im szansę na poprawę swoich poczynań, ale to nie poskutkowało.

W październiku nasi biskupi udadzą się do Rzymu na wezwanie papieża Franciszka do przedstawienia swoistego rozliczenia swojej posługi, którą w języku watykańskiej tradycji nazwano określeniem „Ad limina Apostolorum”, co w naszym tłumaczeniu znaczy: do progu Apostołów.

Choć rzecznik Episkopatu próbuje uspokajać, że jest to normalna rzecz, że biskupi cyklicznie odwiedzają Stolicę Apostolską, aby osobiście poinformować Szefa Kościoła Powszechnego o stanie pracy w swoich diecezjalnych poletkach, to jednak media określiły to mianem „nagłego wezwania”, sugerując, że nie będzie to tylko rutynowa odprawa.

Pewnie jest coś na rzeczy, bo dla nikogo nie jest tajemnicą, że wielu z naszych diecezjalnych włodarzy musi się obawiać tej bezpośredniej rozmowy z Franciszkiem, zważywszy na to, że w ostatnich miesiącach pojawiło się wiele „śmierdzących kwiatków” o które z pewnością papież nie omieszka zapytać.

Franciszek pomimo podeszłego wieku nie jest sklerotycznym staruszkiem i już nieraz pokazał, że w sprawach trudnych nie waha się podejmować jednoznacznie ostrych decyzji, o czym mogli się niedawno przekonać przedstawiciele Episkopatu z jednego z krajów Ameryki Południowej, którym zdecydowanie podziękował za ich dotychczasową „służbę” i odwołał to gremium w całości.

Czy takie niebezpieczeństwo zawisło także nad naszymi hierarchami, trudno powiedzieć, ale zważywszy na pojawiające się co rusz kolejne kłopoty z zachowaniem choćby pozorów przyzwoitości w działaniach niektórych włodarzy diecezjalnych społeczności, to wcale nie wydaje się to być niemożliwym.

Wracając do przypowieści o nieuczciwych dzierżawcach winnicy, trzeba kolejny raz odnieść się do cierpliwości właściciela, który po wielokroć dawał szansę niegodziwcom i posyłał do nich znaki w postaci kolejnych sług.

Podobną cierpliwością cechuje się także Franciszek i on także przez lata swojego pontyfikatu po wielokroć wysyła znaki ku opamiętaniu.

Bezsprzecznie objawem tego, że Stolica Apostolska znakomicie orientuje się w kwestii kondycji swoich biskupich pomocników w terenie, jest także polityka przyznawania zaszczytów jakimi są kardynalskie kapelusze.

Franciszek tylko jednego z naszych biskupów obdarzył tym zaszczytem, zaliczając do kardynalskiego grona Konrada Krajewskiego, ale tenże pracuje od lat w Watykanie i z polskim Kościołem ma tylko sentymentalny zawiązek.

Obecnie w kraju mamy tylko dwóch purpuratów, z czego jeden już w roli emerytowanego seniora, i na horyzoncie nie widać chociażby kandydatów do tego zaszczytu.

Nie wiemy co przyniesie naszemu Kościołowi nadchodząca wizyta do Apostolskich progów, ale możemy mieć nadzieję, że będzie ona czymś w rodzaju zimnego prysznica dla wielu z naszych hierarchów, i może dobrze się stanie, bo to oznaczałoby, że możemy z nadzieją oczekiwać refleksji i lepszego czasu ich posługi.

Kryspin

poniedziałek, 31 maja 2021

Nie da się zrozumieć tajemnicy

 


Na początek naszego dzisiejszego spotkania fragment z listu czytelniczki: „...Przez dwadzieścia lat byłam szczęśliwą mężatką, kochającą i kochaną przez swojego męża. Mój ukochany po ciężkiej chorobie zmarł, a ja po okresie żałoby poznałam innego mężczyznę, którego także pokochałam i teraz jestem ponownie szczęśliwa. Kiedyś jednak skończy się także ten czas i po śmierci czeka mnie (jak mam nadzieję) wieczność. Jak wtedy będzie wyglądała ta rzeczywistość, kiedy spotkam tam moją pierwszą miłość, a niejako z tyłu będzie także ten, którego także pokochałam ziemskim uczuciem.

Jak to więc będzie w tej wiecznej rzeczywistości?...”

Nasza wiara uczy nas tego, że ziemski czas to tylko chwila przed wiecznością i takie pytanie wydaje się jak najbardziej zasadne.

Odpowiedź na niepokojące pytanie czytelniczki wydaje się być trudna, ale nie do końca.

Wśród prawd naszej wiary ten casus jest tylko jednym z wielu przypadków, które teologia zalicza do rzeczywistości objętych zasłoną tajemnicy, i wcale nie jest on najtrudniejszym do pojęcia ludzkim myśleniem.

Są prawdy kardynalne, które ze swej istoty zaliczane są do bożych tajemnic nie podlegających ludzkiemu zrozumieniu.

Pierwszą z nich jest tajemnica odwieczności Boga, czyli swoistego reżysera wszystkiego, co filozofia ujmuje w lapidarnym określeniu Boga jako tego, który stał się praprzyczyną będąc jednocześnie poza początkiem wszystkich zdarzeń, jako odwieczny byt.

Inną cechą, pewnie nigdy nie poznaną ludzkim rozumem, jest jego istota jako bytu będącego jednością w trzech osobach.

Do istotnych bożych tajemnic można także zaliczyć plan zbawienia, w którym Odwieczny realizuje swój zamysł podzielenia się doskonałością wieczności z bytami powołanymi do istnienia na swój obraz, czyli z wszystkimi ludźmi.

Człowiek wraz z rozwojem nauki stara się co prawda dotknąć tych tajemnic i jest to trend znany od wieków.

Z pewnością wiek XX był takim okresem, kiedy ludzie nauki przybliżyli nas do zrozumienia wielu tajemnic otaczającego nas świata, ale to tylko iluzja poznania tego, czego poznać nie sposób.

Stephen Hawking, niedawno zmarły genialny astrofizyk, całe swoje życie poświęcił na zgłębienie tajemnicy początku wszechrzeczy i nawet utorował drogę dla innych naukowców, którzy korzystając z najnowocześniejszych, stworzonych ludzkim geniuszem urządzeń, podjęli próby udowodnienia praprzyczyny wszystkiego, ale i tak nie dali odpowiedzi na pytanie: co było przed tą pierwszą chwilą istnienia.

Wracając do pytania postawionego przez czytelniczkę, trzeba jasno stwierdzić, że nie da się na sposób ludzki pojąć rzeczywistości, którą zaplanował dla nas Bóg.

Pewnie, że nigdy nie będziemy wolni od myśli i pytań dotyczących tego, co czaka nas po, i jedynym co możemy zrobić, to wiarą przyjąć zapowiedź tamtej rzeczywistości.

Sam Chrystus uchylił nieco rąbka tajemnicy dotyczącej problemu postawionego przez czytelniczkę, kiedy odpowiedział Saduceuszom na ich prowokacyjne pytanie:

Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania (Łk 20, 34-36).

I znowu pozostanie niedosyt, bo trudno jest nam wyzbyć się ziemskiego pojmowania miłości dwojga ludzi, w którym cielesność zdaje się być czymś najistotniejszym. Trzeba w tym wypadku pogodzić się z faktem, że rzeczywistość tego świata wcale nie musi być dotknięta pierwiastkiem doskonałości, bo dotyczy tylko tego co tu i teraz.

Póki co pozostaje nam nadzieja zmartwychwstania i to powinno być największym naszym zmartwieniem, czy zasłużymy sobie na nie, i nadzieją że będzie ono początkiem naszego wiecznego szczęścia.

Kryspin

poniedziałek, 24 maja 2021

Pycha kroczy przed upadkiem

 

Pycha kroczy przed upadkiem.

Nie bez przyczyny historia w szczególny sposób zapamiętała mądrość władcy, który prawie 3000 lat temu sprawował swój urząd w odległej Palestynie. Król Salomon został także zapamiętany jako autor przypowieści, którymi kierował się w ferowaniu sprawiedliwych wyroków wobec poddanych.

W zachowanych przypowieściach po dziś dzień możemy przeczytać choćby sentencję o zgubnym działaniu pychy: ”Przed upadkiem idzie pycha, a przed ruiną wyniosłość ducha”(P.S. 16,18)

Pomimo upływu czasu jego przestroga niestety ciągle jest aktualna i sprawdza się nieustannie.

W naszej najnowszej historii, całkiem niedawno jeden z liderów rządzącego wtedy obozu politycznego publicznie podzielił się przekonaniem, że jego formacja jeszcze długo nie zejdzie ze sceny, bo zwyczajnie nie ma z kim przegrać w kolejnych wyborach; no i życie boleśnie zweryfikowało jego pełne pychy zapewnienia.

W przypadku normalnego, szarego człowieka upadek będący skutkiem pychy niekiedy powoduje u niego chwilę refleksji, potrafi powrócić do stanu sprzed samouwielbienia i niekiedy z wielkim mozołem potrafi uleczyć swój zrujnowany pychą świat.

Jeżeli jednak pycha łączy się z pragnieniem władzy i do tego wszystkiego dotyka małych ludzi, wtedy rozmiar ruiny tworzy nieodwracalny stan powodujący także krzywdę dla wszystkich tych, którzy w imię złudnych nadziei takim szaleńcom powierzyli swoją przyszłość.

W ostatnim czasie jeden z analityków blisko związanych z naszym Kościołem wysnuł tezę, że to członkowie polskiego Episkopatu są główną przyczyną największego od lat kryzysu, jaki drąży tę instytucję.

I znowu trzeba by powrócić do mądrości zawartej w przestrodze króla Salomona, bo i w tym przypadku głównym sprawcą tego wszystkiego jest grzech pychy, którym dotknięci są ci, którzy zostali powołani, aby w biskupiej posłudze realizować misję opieki nad powierzonymi ich opiece owieczkami.

Może warto choć przez chwilę zastanowić się na trafnością wyboru kandydatów do pełni kapłaństwa, bo chyba coś jest nie tak, jeżeli później hurtowo podejmują działania ni jak nie przystające do istoty ich powołania.

Większość z przyszłych purpuratów nigdy nie doświadczyło pracy duszpasterskiej u samych dołów kościelnych struktur i nie zna życia, które codziennie niesie wyzwania chociażby ich parafialnym pomocnikom, o szeregowych katolikach nie wspominając.

Jeżeli do tego dołożyć miraż luksusu i przekonanie o swoim szczególnym wybraniu, którym karmieni są chociażby przy okazji oficjalnych kościelnych i nie tylko uroczystości, to mamy prosty przepis na hodowanie w nich pychy w najczystszej postaci.

Analityk kościelnego upadku zauważa, że wśród obecnych zarządców diecezjalnych poletek trudno zauważyć prawdziwych liderów, którzy potrafiliby swoją charyzmą porywać tłumy, a zamiast tego mamy grono pieniaczy dbających wyłącznie o utrzymać się przy władzy, bez względu na rozmiar ruin, jakie niesie ze sobą ich bezrefleksyjna wyniosłość.

Jeden z liderów formacji politycznej, która ostatnio pikuje w dół w sondażach poparcia, zwyczajnie pokazał wilczy bilet niezadowolonym, by nadal realizować swoje chore wizje, że tylko on jest doskonałością, nie licząc się z tym, że efektem takiego działania będzie marginalizacji całej politycznej formacji.

Tą drogą na szczęście ( w co nadal wierzę) nie mogą kroczyć nasi biskupi, no chyba że ich samouwielbienie już przekroczyło stan krytyczny i wtedy czarno widzę ich dalszą posługę, bo zwyczajnie nie będą mieli komu przewodzić.

Być może musi dokonać się spektakularna katastrofa obracająca w ruinę dotychczasowy „porządek”, aby na zgliszczach powstał nowy ład?

Może zwyczajnie trzeba podziękować tym, którzy od dawna nie spełniają pokładanych w nich nadziei i zapomnieli o słowach Chrystusa: „Kto z was chce być najważniejszym, nie się stanie sługą wszystkich tych, których powierzam waszej opiece”(Mt 20,28)

Kryspin

poniedziałek, 17 maja 2021

"Mojego dziecka nie ochrzczę"

 

Polacy to dziwny naród, bo w sprawach ewidentnych potrafimy mieć zdanie odrębne i trudne do pojęcia.

Sam doświadczam takiego nie bo nie wśród moich najbliższych, czego pierwszym z brzegu przykładem jest stanowisko mojej synowej w kwestii szczepień dla moich wnucząt.

Ich mama postanowiła nie poddać się ogólnemu wymogowi i z tego powodu musi się borykać z trudnościami, które stawiają przed jej pociechami chociażby władze oświatowe, niechętnym okiem patrzące na niezaszczepione maluchy i nawet z tego powodu wprowadzają restrykcje z odmową przyjęcia takich dzieci do grona przedszkolaków włącznie.

To jednak nie przekonuje wszystko wiedzącej lepiej mamy i jest zgrzyt.

Ostatnio zaskoczyło mnie doniesienie, że mama celebrytka (choć znana jest raczej z powodu rozpoznawalnego ojca, aktora) obwieściła wszem i wobec, że nie zamierza ochrzcić swojego nowo narodzonego dziecka i w przyszłości nie pośle go także do pierwszej komunii.

Przy okazji tej deklaracji dziennikarz portalu nie omieszkał dodać swoich trzech groszy i poinformował czytelników, że coraz więcej rodziców decyduje się na ten swoisty akt sprzeciwu wobec dominującej u nas do tej pory tradycyjnej religijności, co w statystykach zaowocowało zmniejszeniem o około 3% (licząc rok do roku) tych religijnych obrzędów.

Inna młoda mama, wolna od „skażenia” religijnym piętnem, rozszerzyła swoją deklarację rezygnacji inicjacji chrześcijańskiej swojego malucha o garść szczegółów, wyrażając niezadowolenie z pieniactwa władz oświatowych (konkretnie pani dyrektor), które nie dość że nie zapewnia nauki etyki dla siedmiolatków, to jeszcze prowokacyjnie stwierdziła, że w jej szkole wszystkie dzieci uczestniczą w lekcjach religii i nikomu do tej pory to nie przeszkadzało.

Z pewnością ta szefowa edukacyjnej placówki poszła o krok za daleko w swoim stanowisku, i tego nie będę nawet próbował tłumaczyć.

Aby była jasność, nie mam nic przeciwko decyzjom osób o rezygnacji z sakramentów, bo nie czują związku z religią Przecież żyjemy w wolnym kraju i nikt nie ma prawa stawiać wymagań w kwestii takich decyzji, ale ?

No właśnie, dopiero co przeżywaliśmy czas buntu rzekomo prześladowanych osób o odmiennej orientacji seksualnej, które dziwnym zrządzeniem losu wielokrotnie manifestowały swoją odmienność na ulicach naszych miast i nikomu jakoś nie przyszło do głowy robić z tego sprawy, choć i tak aktywiści niektórych środowisk podnosili krzyk, że dzieje im się krzywda.

Sądzę, że w podobny sposób otoczenie, znajomi i ci stojący nieco dalej, nie będą szukali sensacji w tym, że ktoś ma inny światopogląd.

Panie będące bohaterkami wyżej przytoczonego wywiadu dzielą się także swoimi obawami, czy ich pociechy, którym przecież nie zabraniają w przyszłości zdecydowania o swoim religijnym zaangażowaniu, nie będą w ogniu krytyki fundamentalistów spod znaku krzyża.

Obawiam się drogie panie, że będą narażone na swoistą obstrukcję, i wcale nie myślę tu o innych rodzicach, a o gronie rówieśników będących po drugiej stronie religijnej sceny.

Dzieci potrafią być okrutne w swoich osądach i trudno nad tym zapanować.

Jeżeli mnie pamięć nie myli to, to póki co, w ankiecie spisywanej przed przyjęciem do szkoły, przedszkola i żłobka także, nie ma rubryki z zapytaniem o wyznanie, a udział w zajęciach z religii zawsze jest poprzedzony wyrażeniem zgody rodzicieli na takowe.

Apel bohaterek felietonu do innych rodziców podobnie myślących, aby zgłaszali się do do zorganizowanej w mediach społecznościowych grupy ludzi wolnych od religijnego uzależnienia, uważam za rodzaj frustracji i szukania potwierdzenia dla słuszności swoich decyzji.

Obawiam się także, że w imię wolności, następnym krokiem będzie ruch „prześladowanych” za brak religijnej poprawności, którzy zarezerwują sobie jakiś sposobny termin, by publicznie manifestować swoje krzywdy.

I tak na koniec: szanowne panie, nikogo nie obchodzi to, czy ochrzcicie swoje pociechy, no chyba że one same kiedyś zapytają was, dlaczego wybrałyście dla nich taką opcję.

Kryspin

niedziela, 9 maja 2021

Wyjście awaryjne

 

Przyznaję się do tego, że łamiąc zalecenia pandemicznych ograniczeń, odwiedziliśmy wczoraj znajomych, z którymi nie widzieliśmy się już od dłuższego czasu.

Tegoroczna majówka nie sprzyjała spotkaniu w plenerze, więc czas spędziliśmy w domowym zaciszu, co nie przeszkodziło nam w prowadzeniu ożywionej dysputy na tematy, wśród których wiodącymi były nasze odmienne poglądy na sprawy cowidowej prewencji, bo gospodarze stanowczo zdeklarowali się jako zwolennicy anty szczepionkowego lobby, kiedy my już zaliczyliśmy pierwszą ochronną dawkę pfizera i z nadzieją oczekujemy dopełnienia tego zabezpieczenia.

Odmienność poglądów w tej sprawie nie stała się jednak powodem jakiegokolwiek zgrzytu w naszych relacjach, bo obie strony wyraziły aprobatę do przedstawionych stanowisk i mogliśmy uznać, że możemy się różnić bez animozji.

W trakcie naszego spotkania pojawił się także temat związany z przekonaniami religijnymi, choć wiedziałem, że gospodarz naszego spotkania będąc zdeklarowanym ateistą, w tych kwestiach będzie nieugięcie bronił swojego poglądu, że liczy się tylko tu i teraz i nie warto zawracać sobie głowy sprawami, które były mu zupełnie obce od wielu lat, a jednak?

Ku mojemu zaskoczeniu poinformował mnie w pewnej chwili, że przed kilkoma laty został ojcem chrzestnym dziecka swojej dalekiej kuzynki.

Aby było ciekawiej, to nie stało się to z jego inicjatywy, a na wyraźną prośbę matki maluszka, bo została zaskoczona niesolidnością wcześniej zaplanowanego rodzica chrzestnego, który zwyczajnie się nie pojawił na uroczystości i wtedy jego poprosiła, aby poratował ją w kłopocie.

Kobieta była tak zdesperowana, że nie przeszkadzało jej to, iż on ni jak nie spełniał kościelnego wymogu, aby dostąpić takiej godności, dlatego krótko stwierdziła:

-Nic to nie szkodzi, najważniejsze aby nie było obciachu wobec innych obecnych w kościele.

To było takie wyjście awaryjne, w którym on miał uratować niezręczność sytuacji, i dla obecnych spełnił je.

Na szczęście mój rozmówca nie drążył tego tematu i nie wyraził satysfakcji z tego, że ludzie wierzący kolejny raz stali się przyczynkiem do tego, aby utwierdzić go w przekonaniu o swoistej grze pozorów obnażających płyciznę ich przekonań; ale mnie było zwyczajnie wstyd, bo uświadomiło mi to, że w Kościele bardzo często spotykamy się z takimi wyjściami awaryjnymi, choć na szczęście już mija czas, kiedy dla utrzymywania pozorów ludzie związani z wiarą uciekaliby się do fikcji religijnej poprawności ze względu na to, co inni powiedzą.

Chrzciny z doborem rodziców chrzestnych przez pryzmat zasobności portfela, czy pospieszne sakramentalne tak, aby zdążyć przed narodzinami dziecka, już na szczęście należą do coraz rzadszych, i dobrze.

Mój przyjaciel opowiedział mi jeszcze jedną historię, która tym razem nieco zachwiała jego pewność niewiary.

Kiedyś spotkał się z Adwentystami i był świadkiem ich zaangażowania w kwestiach religijnych.

Jako obserwator uczestniczył w ich spotkaniu przeznaczonym dla młodzieży i kolejnym, kiedy w zborze zgromadzili się nieco starsi wyznawcy.

W pamięci pozostało mu ich autentyczne przeżywanie tych religijnych ćwiczeń i to w jaki sposób one rzutowały na ich codzienność, w której realizowali postawione przed nimi zadania dawania religijnego świadectwa.

Mój gospodarz, zdeklarowany ateista zaskoczył mnie kolejny raz, kiedy zakończył swoje wspomnienie związane z Adwentystami:

-”Wiesz, kiedy powracają mi tamte obrazy, to już nie jestem taki pewien mojej niewiary i chyba jestem raczej agnostykiem, który jeszcze nie do końca potrafi przyswoić sobie prawdę, że może jednak On istnieje?”

Kryspin

poniedziałek, 3 maja 2021

To był szczególny i ważny dla mnie dzień

 

Był słoneczny majowy dzień, kiedy spełniło się moje marzenie pierwszego spotkania z Chrystusem Eucharystycznym w trakcie uroczystej, pierwszej komunii.

21 maja 1967 roku dane mi było stać się uczestnikiem tego, jedynego w swoim rodzaju, przeżycia.

Już na kilka dni przed tym wydarzeniem przeżywaliśmy magiczny czas przygotowania z pierwszą spowiedzią, aby czystym sercem przygotować gościnę dla tego najważniejszego gościa, jakim był On.

Owszem, w mojej radości mieli być obecnymi także bliscy, bo za takich uważałem rodziców chrzestnych, którzy zamierzali uczestniczyć w tym wyjątkowym dla mnie dniu, ale to Eucharystyczny Chrystus cały czas zajmował moje myśli i sprawiał mi największą radość.

Po uroczystej liturgii, w trakcie której wszystko sprzyjało podniosłości tej chwili, udaliśmy się do domu, gdzie mama przygotowała pyszny obiad dla moich gości, a dla nas najmłodszych dodatkowo oczekiwała niespodzianka w postaci oranżady, którą zapijaliśmy się bez umiaru.

Od chrzestnych otrzymałem bombonierki ze słodkościami i życzenia w formie ozdobnych laurek, a tam były pieniążki, za które następnego dnia kupiłem sobie rower, pozostałą zaś kwotę oddałem mamie, wiedząc, że w domu się nie przelewało.

Wracając pamięcią do tamtych dni mogę bezsprzecznie powiedzieć, że największą zasługę takiego przeżywania pierwszej komunii zawdzięczałem mojemu księdzu katechecie, który przez długie tygodnie przygotowań wpajał nam jak ważnym elementem naszego dorastania w wierze miał być ten pierwszy raz naszego bezpośredniego spotkania z Chrystusem.

Mogę śmiało powiedzieć, że dzięki niemu i moim mądrym rodzicom w należyty sposób dorosłem do tej niezwykłej uroczystości.

Choć od tamtej niedzieli minęło ponad pięćdziesiąt lat i w moim życiu pojawiło się wiele zakrętów, to tamten dzień ukształtował moją wiarę i nadzieję po dzień dzisiejszy.

Trochę mi żal, że tamten czas odszedł już w niepamięć i pewnie dla wielu dzieciaków i rodziców także, moje wspomnienia wydają się tak dalece niedzisiejsze, że należałoby traktować je jak jakąś legendę, bo świat obecny na tyle się zmienił, że nie ma w nim już miejsca na idealizm, którym trącą moje wspomnienia.

Ale gdyby się tak na chwilę zatrzymać i zastanowić, to przecież nic takiego się nie zmieniło, bo ten, który w tym wszystkim powinien być najważniejszym, pozostał ten sam i nadal oczekuje na radość gościny w sercach dzieci i dorosłych także.

Byłem ostatnio świadkiem dyskusji młodych rodziców, których pociechy sposobią się do swojej pierwszej komunii i wtedy usłyszałem ich zaniepokojenie, jak mogliby poczynić przygotowania do godnego przeżycia tego dnia.

W ich zatroskaniu nie wybrzmiał niepokój o samą uroczystość w kościele, bo pomimo pandemii proboszcz zdecydował się na zorganizowanie tej ceremonii, jedynie sugerując, że maluchy będą musiały być podzielone na mniejsze grupy i całość przeciągnie się w czasie, ale dla do rosłych problemem stało się zorganizowanie przyjęcia po.

Lokale gastronomiczne póki co są zamknięte, a jeżeli nastąpi odmrożenie restrykcji, to co bardziej zapobiegliwi już z kilkuletnim wyprzedzeniem zarezerwowali sale dla swoich pociech.

Mniejszym zmartwieniem są prezenty, którymi krewni mogliby zaspokoić oczekiwania maluchów i rodziców tychże, bo markety są pełne laptopów i innych drogich gadżetów, którymi krewni mogą zabłysnąć przy okazji tego wyjątkowego, rodzinnego spotkania.

Przyznam, że żal mi tych małych bohaterów majowych uroczystości, bo w rozbudzonym (najczęściej przez dorosłych) nawale oczekiwań gdzieś na uboczu pozostał ten, który samym sobą powinien stać się najbardziej pożądanym i przeżywanym.

Może warto powrócić wspomnieniem do czasu naszej pierwszej komunii i odpowiedzieć sobie, czy wtedy On był tym najważniejszym.

Jeżeli odpowiedź będzie na tak, to sprawmy, by to samo stało się udziałem naszego dziecka.

Jeżeli w naszej pamięci nie pozostało jednak zbyt wiele z tamtego dnia, to jeszcze jest czas, byśmy nie powielili błędu naszych rodziców sprzed lat.

Kryspin

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Terapia moralnie wątpliwa?

 


Chyba już wszyscy jesteśmy zmęczeni nieproszonym „gościem”, od ponad roku rujnującym nam spokój i budzący uzasadniony strach, bo póki co kosztujący życie ponad 60000 naszych bliskich, którzy przegrali walkę z covidem.

Na szczęście od początku roku pojawiło się światełko w tym mrocznym tunelu, kiedy rozpoczął się ogólnonarodowy program szczepień i coraz więcej z nas może z nadzieją oczekiwać lepszego jutra, ale?

Co prawda już w niepamięć odeszły czarnowidztwa opozycyjnych „proroków” wieszczących mizerię rządowego programu, który miał okazać się skrajnie niewydolnym, co miało rozciągnąć na miesiące i następne lata możliwość zaaplikowania naszym rodakom skutecznego antidotum na szalejącą zarazę, to ostatnio łyżkę dziegciu dołożyli przedstawiciele polskiego Episkopatu ogłaszając, że niektóre ze szczepionek posiadają moralnie wątpliwą genezę swojego powstania.

Takie stanowisko trzeba jasno określić, jako swoisty moralny kij wprowadzony w szprychy programu ratującego życie wielu Polakom.

Nie trzeba było czekać na reakcje różnych gremiów, które najczęściej krytycznie skomentowały takie „mądrości” naszych hierarchów.

Wśród adwersarzy takiego stanowiska Kościoła najbardziej spektakularnie wybrzmiał głos niedoszłego zakonnika, który porzuciwszy dawne pragnienie służby w habicie, od ponad roku realizuje się na politycznych salonach.

Pan Hołownia, z pewnością wykorzystując sposobność zaznaczenia swojej obecności w życiu publicznym, bardzo pryncypialnie odniósł się do tego krytycznego głosu biskupów, twierdząc, że swoim działaniem biorą na swoje sumienia życie i zdrowie bliżej niepokreślonej, ale idącej w tysiące, liczby przyszłych ofiar szczepionkowej histerii, i trudno nie przyznać mu racji.

Rzeczywistość jednak nie jest tak do końca czarno biała i pewnie kościelni eksperci swoje wątpliwości oparli na jakichś medycznych analizach, ale w takim rozumowaniu trzeba by w równie uważnym spojrzeniu przeanalizować szereg innych medykamentów, w procesie powstawania których naukowcy wykorzystywali ludzkie komórki, jako praźródło przyszłych leków.

W każdym z takich przypadków dotykamy delikatnej materii i trzeba przyznać, że teologia moralna nie do końca jest wstanie określić, czy coś jest etyczne, czy budzi niepokój.

Bezsprzecznie rodzi się pytanie, czy Episkopat miał prawo wyrazić swoje stanowisko, i odpowiedź jest jednoznaczna:

- Miał takie prawo.

Ale zaraz potem trzeba odpowiedzieć sobie: czy musiał je przedstawiać w takiej chwili:

-Nie musiał i dla dobra wszystkich powinien powstrzymać się od manifestacji swoich wątpliwości.

Przy tej okazji trzeba zauważyć, że biskupi nie zawsze i nie w każdej wątpliwej kwestii tak ochoczo opowiadali o naruszanej moralności, zwłaszcza w szeregach im podległych współpracowników.

W trakcie seminaryjnych wykładów z teologii moralnej postawiono przed nami kazus dwóch kobiet.

Jedna z nich przy spowiedzi wyjawiła zamiar usunięcia ciąży, a druga ujawniła, że właśnie dokonała aborcji.

Tylko ta druga uzyskała rozgrzeszenie, bo dokonał się grzech. Pierwsza odeszła bez przebaczenia, bo jej grzech miał się dopiero dokonać.

W podobnej sytuacji znajdą się kandydaci do szczepień i na przebaczenie mogą liczyć dopiero post factum.

Może i tak musi być, ale nie pojmuję tego.

Najważniejsze, że w swoich sumieniach ogarniają to strażnicy naszej moralności i po tym, jak pandemia będzie już tytko wspomnieniem, będą mogli okazać swoje wielkie serce maluczkim.

To jednak nie wyczerpuje moralnego kaca, z jakim przyjdzie im żyć z perspektywą przyszłych grzechów w swoich szeregach, o których nie chcieliby nie tylko mówić, ale nawet ich pamiętać.

Kryspin

niedziela, 18 kwietnia 2021

Zakład Pascala

 


Kiedy, młodzi najczęściej ludzie zamierzają zrealizować pragnienie swojego własnego domu, korzystają z szerokiego rynku pośredników, deweloperów, którzy mając doświadczenie w budowaniu rodzinnych gniazdek, przedstawiają im oferty mające ułatwić im spełnienie ich pragnień.

Nie wszyscy jednak decydują się na tę łatwiejszą, jak można by się spodziewać drogę do osiągnięcia swojego pragnienia i decydują się podjąć trud samodzielnego budowania swojego zamierzenia, licząc na to, że może uda im się zrobić to taniej, bądź lepiej.

Każdy człowiek marzy o swoim miejscu na ziemi, ale to nie jest kres jego pragnień, bo horyzont ludzkiego pragnienia przebiega daleko dalej i w naturę każdej myślącej istoty wpisane jest także marzenie o nieśmiertelności. W gronie filozoficznych myślicieli określono to mianem homo fidelis, co w prosty sposób można przetłumaczyć wpisanym w ludzkie dna przekonaniem wiary.

Choć według globalnych badaczy socjologicznych trendów tylko nieco ponad 50% populacji deklaruje swoje zaangażowanie w sprawę wiary, to jednak wśród społeczeństw otwarcie opowiadającego się za ateistyczną wolnością od niej, ich areligijność nie do końca jest prawdziwa.

Człowiek ze swej natury jest istotą wierzącą i żadne deklaratywne zapewnienia, że tak nie jest, ni jak nie są prawdziwe.

Bezsprzecznie, niejako na zapotrzebowanie tej ludzkiej skłonności, od zarania dziejów zaczęły powstawać swoiste organizacje pośredników mających w swojej ofercie pomoc w realizacji tych ludzkich pragnień, które historia określiła religijnością.

Śledząc historię zauważamy, że wraz ze wzrostem samoświadomości coraz bardziej rozwiniętego człowieka, niejako obok niego pojawiały się coraz bardziej rozwinięte systemy religijnej opieki.

I tak religia kształtowała się od pierwotnych animistycznych wierzeń, poprzez politeistyczne wyobrażenia świata antyku, gdzie świat bogów dzielił się ze śmiertelnymi swoją doskonałością, po eksplozję monoteistycznych wizji Boga opiekuna naszych pragnień, w przekazie współczesnych wielkich systemów religijnych.

Teraz przechodząc niejako na nasze rodzime podwórko postarajmy się bardzo skrótowo przyjrzeć się naszej religijnej rzeczywistości.

Los i historia ulokowała nas w realiach religii chrześcijańskiej, w której katolicyzm wysforował się do roli lidera.

Choć od dwóch tysięcy lat pielęgnuje on przesłanie swojego założyciela i nawet zawarł w swoich kanonach klauzulę jedynego monopolu na prawdę, to jednak przez wieki wcale nie zapewnił sobie spokoju i co rusz musiał się mierzyć z głosami odrębnymi, którymi posiłkowali się ci, którzy w odmienny sposób interpretowali przesłanie samego Chrystusa.

Ostatnio stał się modny trend (przynajmniej w naszych realiach) na sformalizowane zdania odrębne wśród wiernych, którzy nie aspirując do miana wolnomyślicieli, dokonują aktów apostazji, czyli oficjalnego wypisania się z szeregów członków Kościoła, i to rodzi zgryz tych, którzy zawiadują tą wspólnotą.

Trzeba tu jednak jasno powiedzieć, że apostazja nie jest równoznaczna z deklaracją odejścia od wiary, a jedynie aktem sprzeciwu wobec pośrednika tejże.

Papież Franciszek w jednym z wywiadów stwierdził, że ludzie będący poza Kościołem wcale nie przekreślają swojej nadziei na zbawienie, a odchodzący z jego szeregów są tylko swoistym wyrzutem jego błędów.

Błażej Pascal, geniusz i myśliciel sprzed wieków stwierdził, że wiara w Boga, gdyby Go nawet nie było, w niczym nie zaszkodzi naszemu życiu, ale niewiara w przypadku gdyby On był, to już tragedia, bo wtedy tracimy wieczność.

Bóg w różny sposób prowadzi człowieka do siebie, także akceptuje jego wybory, w których ten rezygnuje z pośredników w tej drodze.

Kryspin

niedziela, 11 kwietnia 2021

Ubóstwo Kościoła jego szansą

 


Papież Franciszek zdecydował ostatnio o zmniejszeniu uposażeń swoich współpracowników w watykańskiej centrali.

Cięciami zostali objęci wszyscy pracownicy watykańskich urzędów, począwszy od grona purpuratów prowadzących poszczególne dykasterie Stolicy Apostolskiej, a na najniższych szczeblach szeregowych pracownikach kończąc.

Przy tych ograniczeniach wprowadzonych przez Biskupa Rzymu trudno nie zauważyć, że owszem, pandemia z którą borykamy się wszyscy, stała się powodem tych decyzji, ale nie tylko.

Kiedy konklawe kardynałów wybrało na urząd pierwszego biskupa w Kościele jezuitę z dalekiej Argentyny, nikt nie przypuszczał, że ten od samego początku swojego pontyfikatu zmieni wszystko, co do tej pory wyznaczało rytm dnia w podcieniach watykańskich budowli.

Franciszek zaskoczył zaraz po swoim wyborze, kiedy nie zamieszkał w komnatach apostolskiego pałacu, a zamiast tego wybrał skromne mieszkanie w domu św. Marty.

Później wprawił w zdumienie swoich przybocznych wybierając do przemieszczania się zwyczajny seryjny samochód zamiast wypasionej limuzyny bardziej pasującej do godności jego urzędu.

Kiedy zaś jasno sprecyzował, że Kościół powinien stać się ubogim, na wszystkich hierarchów padł blady strach.

„Fanaberie” rzymskiego szefa nie przypadły do gustu także naszemu klerowi, bo trudno zgodzić się na samoograniczenie, kiedy przez ostatnie dziesiątku lat obrastało się w tłuszczyk dobrobytu z nadzieją, że ten sprzyjający czas będzie trwał już wiecznie.

Na jednym z wiodących portali internetowych ukazał się ostatnio artykuł o kryzysie finansów w naszym Kościele i trudno nie zgodzić się z tezami w nim zawartymi. Autor dokonał analizy kosztów związanych z bieżącymi wydatkami poszczególnych parafii, jakie muszą ponosić w związku ze swoją działalnością.

Kwoty te są niebagatelne i mieszczą się w przedziale od kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie w przypadku małych wspólnot wiejskich, do nawet kilku milionów w przypadku parafii w dużych miastach.

Przy ponad rocznym pandemicznym ograniczeniu, kiedy w obrzędach liturgicznych mogą uczestniczyć tylko nieliczni wierni, rysuje się skala problemu, z jakim muszą się mierzyć parafialni włodarze.

Sytuacja w naszym rodzimym Kościele i tak jeszcze nie jest na tyle tragiczna jak chociażby w przypadku innych krajów, jak chociażby Kościoła amerykańskiego, gdzie znajdują się diecezje na skraju bankructwa, ale w ich przypadku gwoździem do ich trumny stały się skandale obyczajowe skutkujące sądowymi wyrokami nakazującymi milionowe odszkodowania dla ofiar patologicznych zachowań tamtejszego kleru.

Póki co w naszej rzeczywistości wymiar sprawiedliwości bardzo powściągliwie się zachowuje w tych sprawach, ale to tylko kwestia czasu i pewnie ofiary naszych kościelnych skandali dopną swego, a wtedy pandemiczne spustoszenie kościelnej kasy zda się być tylko wierzchołkiem finansowego armagedonu.

Kościół ubogi, to instytucja wolna od bizantyjskiego przepychu i rozpasania, które prawie zawsze związane jest z kompromisem wobec patologii w jego szeregach i to ma na myśli Franciszek, próbując osobistym przykładem ukazać drogę naprawy i nadziei.

Czy jednak nie pozostanie osamotniony w swoim działaniu?

Póki co większość z kościelnych hierarchów i tych szeregowych pracowników Winnicy Pańskiej także, zdaje się żyć nadzieją, że już niedługo Kościół, zważywszy na wiek Sternika tej łodzi, uwolni się od „mrzonek” papieża idealisty i wróci dawny „porządek rzeczy”.

Świat zrozumiał, że po pandemii już nic nie będzie takie jak dawniej, może Kościół także zrozumie, że jedyną szansą na jutro dla niego jest odrzucenie pragnienia potęgi bizantyjskiego przepychu i mamony, bo ona jest zaprzeczeniem jego misji.

Kryspin

wtorek, 6 kwietnia 2021

Waka o ogień

 


No i udało się!

Kościoły pomimo trzeciej fali pandemii covid-19 pozostały otwarte i wierni mogli zaspokoić swoją potrzebę wspólnego przeżywania największej tajemnicy naszej wiary jaką bezsprzecznie był cud wielkanocnego poranka.

Na nic zdały się protesty i nawoływania, którymi od tygodni karmili się zwolennicy zamknięcia na cztery spusty tej instytucji, pomimo tego, że posiłkowali swoje żądania troską o zdrowie nie tylko owieczek Kościoła, bo akurat na ich dobrej kondycji pewnie za bardzo im nie zależało, ale zawsze można było wyrazić swój niepokój o tych pozostałych, na których paskudny wirus mógłby sobie poużywać.

Trzeba otwarcie powiedzieć, że ci anty byli na przegranej pozycji już od wielu tygodni, i nie dlatego, że musieli się mierzyć z oddolnymi głosami prokościelnych apologetów w rodzaju pani Godek, która na kilka dni przed Wielkanocą w mediach wyraziła stanowczy głos w obronie prawa do publicznej manifestacji wiary w podcieniu świątynnych budowli, co zresztą stało się okazją do słownego poparcia niektórych hierarchów; ale ich porażkę zaklepano już wcześniej, kiedy Episkopat dogadał się z rządzącymi w tej materii.

Kościół w całej swojej historii już nieraz musiał mierzyć się z przeciwnościami.

U zarania jego dziejów takowymi były prześladowania za czasu Cesarstwa Rzymskiego, kiedy wyznawcy Jezusa z Nazaretu obficie zraszali swoją krwią cyrkowe areny antycznego imperium i byli uznawani za śmiertelnych wrogów starego porządku.

I z tego doświadczenia Kościół wyszedł wzmocniony.

Aby nie zanudzać nadmiarem historycznych przykładów, ograniczmy się tylko jeszcze do czasu, kiedy wiernym, przynajmniej w naszym polskim Kościele było pod górkę.

Powojenny okres budowania nowego ładu, kiedy rządzącym marzył się człowiek całkowicie wolny od „opium dla ludu”, sprawa ludzi wierzących nie tytko stała się problemem dla rządzących, ale i powodem szykan, jakim byli poddawani ci, którzy manifestowali swoje przywiązanie do Kościoła.

I znowu z tego bolesnego doświadczenia Kościół wyszedł zwycięsko wzmocniony.

Nie trudno doszukać się analogii w tym, czego doświadcza ta instytucja obecnie, choć wróg może mniej oczywisty i można go dostrzec tylko pod mikroskopem, ale jest.

Kolejny raz los zdaje się mówić: sprawdzam, kiedy z powodu pandemicznych obostrzeń władze zdecydowały o konieczności działań prewencyjnych, które dotknęły wiele dziedzin życia, także dotyczącego sfery ducha.

Tym sprawdzianem w odniesieniu do Kościoła, byłoby współdziałanie dla dobra wszystkich, a wyrazem tego byłaby zgoda na czasowe zamknięcie świątyń, aby ograniczyć do minimum możliwości zarażania się.

Tak jednak się nie stało, i tu otrzymaliśmy próbkę „watykańskiej dyplomacji” naszych hierarchów, którzy z jednej strony zdawali się podzielać powszechny niepokój i łaskawie udzielili wiernym dyspens od obowiązku niedzielnych mszy, ale zaraz potem zaznaczyli, że liturgia w TV, to jednak nie to samo, co rzeczywisty udział w kościelnych ćwiczeniach.

Wśród wielu zmagań z przeciwnościami Kościół wychodził wzmocniony, ale nie zawsze i nie wszędzie.

Ponad dwa wieli temu w niedalekiej Francji dane mu było toczyć walkę o rząd dusz z wolnościowymi marzeniami tamtejszego ludu, i przegrał tę batalię będąc związanym z królewskim dworem.

Skutki tamtej porażki po dziś dzień francuskiemu Kościołowi odbijają się czkawką, którą próbowano wytłumaczyć laicyzacją.

Nasz Episkopat zdaje się prowadzić walkę o swoisty ogień wiary w oparciu o przyjaźń z obecną władzą.

Nie należy jednak zapominać, że czas każdej władzy kiedyś dobiega końca i płomienie, które miałyby gwarantować przetrwanie, szybko mogą zmienić się w niszczycielską pożogę.

Kryspin

sobota, 27 marca 2021

Zaszczepienie nadzieją

 


Przez trzy lata dawał się poznać wielu mieszkańcom Palestyny.

Dzięki niemu mogli być uczestnikami niezwykłych zdarzeń, kiedy potrafił karmić tłumy kilkoma podpłomykami i rybami z jednego małego koszyka. Na ich oczach dokonywał cudów przywracając wzrok ślepcowi, czy wskrzeszając zmarłych.

A wszystko po to by przybliżyć im Wszechmocnego, który posłał go do ludzi, aby przywrócił im nadzieję na przyszły, lepszy świat.

To były trzy lata szansy na wzrastanie w wierze, których zwieńczeniem zdawał się być spektakularny wjazd Nauczyciela do Jerozolimy w niedzielę, którą historia nazwała mianem Palmowej, a jednak?

Zaledwie po kilku dniach, dopiero co odtrąbiony triumf przerodził się w koszmar z dziedzińca Piłata, zakończony haniebną śmiercią na krzyżu tego, przed którym tak niedawno słali palmowy dywan.

Zdarzenia z tamtych dni muszą rodzić pytanie:
Jak mogło do tego dojść?

-Czy Jezus nie dość się postarał, aby pozostała w nich pamięć tego wszystkiego, dlaczego go wręcz uwielbiali?

-A może zawiedli się nim, gdyż nie spełnił ich marzeń o wolności od Rzymu, bo od wieków przecież tylko żyli tym pragnieniem?

Z problemem atrakcyjności wiary Kościół, Jego dzieło, mierzył się praktycznie w ciągu całej swojej historii, czego efektem stawały się rozłamy inspirowane przez tych, którzy uzurpowali sobie prawo do tego, by na swój sposób interpretować spuściznę po założycielu tej instytucji.

Niejako na obrzeżach tych teologicznych zawirowań pozostawali zaś szeregowi wierni, którym musiało wystarczyć to, że Chrystus kiedyś tam przyniósł ludziom Dobrą Nowinę o miłości Boga do każdego człowieka, który w zamian za nadzieję wiecznej nagrody wymagał od niego tylko zawierzenia.

Teraz przyszło nam żyć w szczególnym okresie. Od ponad roku świat mierzy się z pandemią covid 19, która wielu pozbawiła życia, a wszystkim pozostałym wywróciła normalność codzienności.

W tym ciemnym czasie nadzieją dla wszystkich stała się szczepionka, specyfik ratujący przed śmiercionośnym zagrożeniem, i znakomita większość uchwyciła się tego, co dało światełko nadziei na powrót do normalności życia sprzed.

Kościół znalazł się w podobnej sytuacji, choć jego pandemiczna zaraza zaczęła się o wiele wcześniej i okazała się jeszcze bardziej zajadła.

Laicyzacja życia jest tym pandemicznym zarazkiem trawiącym obszary zawierzenia poszczególnych członków tej wspólnoty, czego wyrazem są nie tylko spektakularne odejścia z niej coraz większej rzeszy wiernych, ale i ciche rejterady tych, którzy pytani o powód ich kryzysów wiary, często usprawiedliwiają swoje decyzje zawiedzeniem się tą instytucją, w której obraz nadziei został przytłoczony wszelkiego rodzaju ekscesami prokurowanymi przez tych, którzy winni być światłem wyznaczającym kierunek drogi.

Wierzę, wątpię, odchodzę-to w największym skrócie obraz procesu trawiącego Kościół.

I tu należałoby przypomnieć sobie, że wiara jest czymś indywidualnym i tylko ode mnie samego zależy, czy w swoim zawierzeniu oprę ją o jej istotę, czyli zaufanie Bogu, czy zatrzymam się na tym, co jest tylko oprawą.

Świat po pandemii już nigdy nie będzie taki sam i Kościół po swojej zarazie, za którą ponosi pełną odpowiedzialność, już nie powróci do tego, czym był dotąd, i dobrze.

Zaś zaszczepienie w Chrystusie to jedyna szansa na uratowanie nadziei dla tych, którzy swoje przeznaczenie widzą daleko dalej aniżeli te kilka lat, które zarezerwował dla nas Bóg w drodze do tego, co obiecał nam w czasie, kiedy na Palestyńskiej ziemi pojawił się siewca Jego dzieła.

Kryspin

niedziela, 21 marca 2021

Dziurka od klucza

        Nasze życie uległo zmianie, i nie chodzi tu o nieuniknione, którym epatuje świat ze swoim postępem, bo w ostatnim czasie ono zostało przymuszone do zmian wszechobecnym wirusem najbardziej odciskającym swoje piętno na naszym osobistym zachowaniu.

Praktycznie każda dziedzina naszej aktywności została naznaczona piętnem tej zarazy.

Chyba już przyzwyczailiśmy się do pustych stadionów, sal koncertowych czy kin, a galerie handlowe przestały już być celem rodzinnych rozrywek, bo nawet trudno w nich posiedzieć przy słodkim deserze, kiedy spotykamy się z informacją, że łakocie czy inne pyszności są tylko na wynos.

Z odpryskami pandemii musi się mierzyć także Kościół, kiedy obostrzenia regulują nawet ilość wiernych w trakcie niedzielnych mszy i w mglistych barwach rysuje się perspektywa rodzinnego przeżywania wszelakich religijnych uroczystości.

Nadchodzące święta wielkanocne kolejny raz pewnie będą dotknięte zakazami i radość ze Zmartwychwstania będzie wyciszona niepewnością jutra, a plany naszych milusińskich szykujących się do pierwszego spotkania z Chrystusem Eucharystycznym, także zdają się wielką zagadką.

Póki co musimy godzić się z tą sytuacją i jedyne co nam zostaje, to życie nadzieją, że przecież kiedyś powróci normalność.

Niestety taką nadzieją nie może żyć Kościół, bo jego kłopoty nie pojawiły się wciągu ostatniego roku, a jedynie się zaogniły.

Problemem tej instytucji jest nienadążanie za zmianami, jakie niesie ze sobą świat, co starał się ostatnio zdiagnozować znany teolog ks. prof. Michał Heller w trakcie wywiadu, którego udzielił jednemu z portali internetowych.

Katolicki uczony dokonał swoistej retrospekcji poszukując przyczyn obecnego kryzysu Kościoła, odwołał się do jego nie zawsze chlubnej historii obfitującej niezliczoną ilością konfliktów wewnątrz tej instytucji, co owocowało niedomaganiem i kolejnymi kryzysami.

To wszystko jednak już jest tylko historią i pozostaje tu i teraz.

Generalnie Kościół przegrywa konserwatywnym oporem przed zmianami, co profesor zdefiniował pod koniec wywiadu:

...”Nie da się otworzyć nas współczesność, tkwiąc w starych strukturach i myśląc starymi kategoriami.

Uroczyste deklaracje, wygłaszane nawet w słusznych sprawach, jeżeli nie idą za nimi słuszne działania, nie stanowią otwarcia, lecz najwyżej beznadziejną próbę wychylenia się przez dziurkę od klucza....”

Dopełnieniem do tej smutnej konstatacji staje się ostatnie wystąpienie gospodarza Krakowskiej Archidiecezji, arcybiskupa Jędraszewskiego, który na spotkaniu z kapłanami wyraził ubolewanie z lawinowo rosnącej liczby aktów apostazji (oficjalnego wypisania się z kościelnych statystyk) wśród owieczek tamtejszej wspólnoty.

Antidotum na ten problem miałby być apel, który winni kierować duchowni do zbuntowanych, którym trzeba ukazywać Kościół jako ich Matkę i jednocześnie Ojca syna marnotrawnego, który nieustannie czeka na jego refleksję i samokrytyczny, pokorny powrót do wspólnoty.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że arcypasterz nie postarał się dociec przyczynom, dla których niektórzy wierni decydują się na tak spektakularny akt odejścia, i nie zauważa, że prawie zawsze za takim krokiem znajduje się coś więcej nad fanaberię rozkapryszonego dziecka.

-Jeżeli ktoś ponosi winę, to z pewnością nie my-to jedyne co wybrzmiewa ze słów Arcybiskupa.

Trwałość starych struktur i myślenie starymi kategoriami to rzeczywiście największy zgryz Kościoła, czego niestety nie zdają się zauważać ci, którzy póki co starają się szukać winy wszędzie i u wszystkich, skwapliwie nie zauważając belki we własnym oku.

Kryspin