wtorek, 26 stycznia 2021

Komu są potrzebni kapelani?

 

Miałem ostatnio okazję spotkać się z moim kolegą z seminaryjnej ławy, który po latach proboszczowskiej kariery zrealizował projekt budowy parafialnego kościoła na obrzeżach dość dużego miasta.

Z dumą pokazywał mi efekt wspólnego działania wspólnoty wierzących, wraz z którymi przed laty podjął się trudnego zadania, jakim była budowa świątyni w szczerym polu. To co początkowo wydawało się być prawie niemożliwym, teraz zaowocowało piękną budowlą będącą dumą dla wszystkich.

Mój kolega swoją parafialną posługę łączy z kontaktami w pobliskim zakładzie karnym, gdzie jest kapelanem.

Na moje pytanie, czy taka posługa ma sens, kiedy ma do czynienia z ludźmi po wyrokach, odpowiedział mi krótko:

„-Zaczynając moją posługę w miejscu za kratami, miałem te same obawy, ale już od pierwszego spotkania z tymi ludźmi, którzy kiedyś zababrali sobie życiorysy i teraz muszą swoje odcierpieć, zrozumiałem, jak bardzo im jest potrzebna taka forma pomocy ratowania resztek normalnego życia, jaką daje im kontakt z kapłanem.

Za więzienną kratą skazani są na kontakt ze strażnikami, sporadycznie próbują im pomagać w resocjalizacji wychowawcy przygotowani studiami do takich zadań, ale to wszystko są ludzie w mundurach penitencjarnych strażników, i z tym im się kojarzą.

Kapłan jest dla nich kimś spoza kratowej rzeczywistości i w tym tkwi jego przewaga, którą może wykorzystywać do tego, aby rozbudzić w nich nadzieję, że mogą stać się inni, lepsi.”

Kilka dni temu w komercyjnej stacji prowadzący redaktor zaproszonym gościom zadał pytanie na temat sensu utrzymywania w naszej rzeczywistości instytucji kapelanów i odwołał się do przykładu kapłanów, którzy ratują swój budżet będąc na dobrze płatnych etatach w szpitalach, szkołach, czy wreszcie w zakładach penitencjarnych.

W intencji tej narracji wybrzmiał głos, że obecne władze zbyt hojnie nagradzają rzeczonych duszpasterzy, i jeżeli już tak zależy im na takim rodzaju aktywności, to mogliby tę posługę wykonywać pro publiko bono, czyli bez wynagrodzenia.

Choć nie wybrzmiało to dosłownie, to prowadzący sugerował wprost, że w obecnej rzeczywistości posługa kapelanów jest rodzajem anachronicznego systemu, tak do końca nikomu nie potrzebnemu marnowaniu publicznych środków.

Pewnie dla wielu ludzi będących daleko od religijnych przekonań kapłan na szpitalnym oddziale, czy wśród żołnierskiej braci wydaje się niepotrzebnym elementem, bo przecież jego rolę może wypełnić psycholog kliniczny, czy szef kompanii, i trochę prawdy w tym jest, ale?

Póki co większość z naszego społeczeństwa identyfikuje się z religią i w ekstremalnych sytuacjach, a z takimi mamy do czynienia chociażby na szpitalnych oddziałach, kiedy cienka nić naszego życia uzależniona jest od lekarskich zabiegów, ale i od współpracy chorego, który w obliczu niepewności, co do stanu swojego zdrowia, często w kapłańskiej posłudze odnajduje spokój i nadzieję; to aż nadto tłumaczy sens obecności księży w takich miejscach.

Wracając do delikatnej materii pieniędzy, które zdają się być kluczowym argumentem przeciwników takiej aktywności Kościoła, to wydaje mi się, że jest to pretekst z podtekstem kampanii nienawiści tych, którzy chcieliby zmarginalizować jego wpływy.

Wobec takiej konkluzji rodzi się pytanie: a co w zamian?

Pewnie, że można by zaoszczędzone środki przeznaczyć na inne cele.

W permanentnej zapaści jest przecież wiele dziedzin naszego życia. Chociażby służba zdrowia (ostatnio modny kierunek rekomendowany przez niektóre środowiska) boryka się z ciągłym brakiem środków.

Obawiam się jednak, że takie myślenie po czasie odbiłoby się czkawką odhumanizowania kolejnych miejsc naszego życia, nie pozostawiając choćby cienkiej nici nadziei tym, dla których ważnym jest nie tylko to co tu i teraz.

Kryspin,

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Sanktuaria, miejsca cudów czy biznesu?

 


W ostatnim czasie na różnych stacjach telewizyjnych emitowany był film „Znachor”. W scenie procesu wiejskiego znachora Kosiby sąd przesłuchiwał lekarza, któremu zadano pytanie na temat powszechności procederu leczenia, którym trudnili się ludzie bez dyplomów lekarskich.

-”W powiecie jest kilkudziesięciu takich znachorów i jest to prawdziwa plaga”- zauważył doktor, czym zainspirował do frontalnego ataku prokuratora, nie pozostawiającego suchej nitki na ciemnogrodzie, jakim jawiła się polska wieś okresu międzywojennego.

Na szczęście mamy to już za sobą, bo obecna medycyna skutecznie wyparła wiarę w nadzwyczajne zdolności wszelkiej maści uzdrowicieli i dobrze, ale?

No właśnie, napisał do mnie czytelnik z pytaniem o szczególne miejsca kultu, w których od wieków kustosze tych przybytków skwapliwie prowadzą rejestr cudownych zdarzeń, w których boska siła co rusz naprawiała niedoskonałości medycyny i przywracała zdrowie niektórym nieborakom, którzy z wiarą prosili o taką łaskę.

-”Kiedy przemierzam szlaki polskich kościelnych zabytków, prawie w każdej gminie napotykam na mniej lub bardziej znane miejsca kultu, w których znajdują się obrazy, czy rzeźby opromienione tradycją boskiej macy, którą dodatkowo mają uwiarygodniać liczne wota wdzięczności pozostawione tam przez tych, którzy podobno doświadczyli cudownej łaski.

Pewnie, gdybym był mniej zakotwiczony w realnym oglądzie codzienności, po wielokroć przeżywałbym zachwyt na tajemniczą mocą tych miejsc, ale póki co zachowuję ostrożny dystans do tych niezwykłości.

W innym liście czytelnik stawia pytanie:

-”Jak należy traktować obrazoburcze praktyki w niektórych ośrodkach katolickiego kultu i przypisywanie obrazom Matki Bożej bądź figurom świętych nadzwyczajnych mocy, kiedy z takimi samymi historiami spotykamy się także w przypadku prawosławia, czy islamu także?”

Kościół w swoim nauczaniu jasno precyzje, że to sam Bóg decyduje o wyborze miejsc, z którymi łączy szczególne łaski jako swój dar dla wierzących, a on tylko potwierdza Jego zamierzenie.

Jakby na wzmocnienie takiego stanowiska powołuje się na działanie samego Chrystusa, który wypełniając zamysł Odwiecznego, niekiedy posługiwał się cudami, aby uwiarygodnić prawdziwość misji mu powierzonej.

Określenie: niekiedy, jest tu bardzo istotne i trochę nie przystaje do tego, co przez wieki Kościół rozbudował ponad miarę tworząc kult miejsc z wizerunkami Matki Bożej, które kiedyś artyści stworzyli z potrzeby wiary, ale z pewnością bez zamiaru nadawania im mocy cudownego działania.

Bogu nie są potrzebne miejsca, do których ciągną tłumy zdesperowanych ludzi oczekujących szczególnego potraktowania ich spraw, także tych związanych ze szwankującym zdrowiem, czy innymi zdarzeniami rujnującymi ich nadzieję na szczęście.

On najlepiej wie, co uwiera każdego człowieka i będąc Dobrem bez skazy każdemu z nas oddaje to, co jest najlepszym.

Na początku mojej seminaryjnej drogi zostałem przydzielony do służby liturgicznej w lokalnym sanktuarium maryjnym mieszczącym się w małej, wiejskiej parafii.

Dwa dni odpustowych uroczystości były czasem pielgrzymek wiernych z pobliskich parafii, którzy ściągali tam, aby we wspólnocie przeżywać podniosłość tych chwil.

Dla nas młodych kleryków były to dni wolności od seminaryjnej szarzyzny i okazja do posmakowania odpustowych specjałów, a dla proboszcza tejże parafii to był okres żniw, dlatego bacznie obserwował, czy dokładnie zbieraliśmy nas tacę datki od przybyłych.

Najbardziej zdziwili mnie jednak przybyli na uroczystości kapłani z innych parafii. Większość z nich nawet nie zaliczyła odwiedzin w kościele, by chociaż przez chwilę pobyć w bliskości tej, która z racji swej świętości zdawała się być najważniejszą.

Im wystarczył obficie zastawiony odpustowy stół na plebanii.

Kryspin

sobota, 9 stycznia 2021

Znajomi królika

 


Kiedy zdawało nam się , że nowy 2021 rok zacznie się wyciszeniem politycznych sporów, krótko po tym jak pojawiło się światełko w tunelu pandemicznej niepewności o nasze zdrowie, które miało zapewnić zapoczątkowana akcja szczepień przeciwko covid 19, znowu zawrzało polskie piekiełko.

Znajomi królika, w tym wypadku grupa celebrytów, załatwili sobie dawkę nadziei poza wyznaczoną kolejnością, i rozgorzała dyskusja o etyczne podejście tychże uprzywilejowanych, którzy zechcieli sobie zapewnić komfort przed innymi, którzy nie mieli takiego dojścia.

Pewnie jeszcze przez jakiś czas media będą się żywiły takimi sensacyjkami, a w naszej świadomości na długo pozostanie przekonanie, że wśród nas są równi i równiejsi, i nic tu się nie zmieniło od lat.

Niektórzy analitycy tej ułomności załatwienia sobie czegoś przed innymi, chyba nie bez racji, doszukują się w tym pozostałości po czasach słusznie minionych, kiedy taka zapobiegliwość cechowała naszych rodaków i nie uważano tego wtedy za przejaw braku solidarności, a za zwyczajną zaradność.

Najważniejsze jest być znajomym królika, bądź znać kogoś, kto tym znajomym jest, to nadal najpewniejszy sposób na załatwienie sobie uprzywilejowanej pozycji.

Nie inaczej jest w realiach polskiego Kościoła, choć w tym wypadku ta zasada nie powinna obowiązywać, a jednak.

W „Zatroskanej koloratce” pozwoliłem sobie na puszczenie wodzy fantazji i pod koniec książki umieściłem rozmowę dziennikarki z proboszczem wymyślonej przeze mnie parafii, który tłumaczył zasady kadencyjności swoje funkcji:

„…. Obecnie dobiega druga, pięcioletnia kadencja mojej posługi w tej parafii , a po niej moi zwierzchnicy dokonają zmiany i ktoś inny będzie kontynuował moje dzieło....”

To tylko fikcja literacka, bo realia obsadzania kościelnych stanowisk są zgoła zupełnie inne.

Biskup diecezjalny nominuje księdza na proboszczowskie stanowisko i sobie zostawia prawo do tego, jak długo dany nominat będzie sprawował ten urząd w danej parafii.

Nie każdy awans jednak cieszy nominowanych, bo parafie są różne.

Niektóre są jak „ziemia obiecana”, bogate z tradycyjnie religijnymi owieczkami, a inne nie dość że małe (liczące ledwie kilkaset wiernych), to jeszcze nie grzeszące religijnym zapałem.

Trudno się więc dziwić, że niektórzy kapłani czują się przegranymi już na starcie swojej samodzielności, a jeżeli w perspektywie mają niekiedy kilkadziesiąt lat takiej zsyłki, to pozostaje im już tylko czarna rozpacz.

Z drugiej strony pozostają parafialne owieczki, które nie mając szczęścia, niekiedy skazane są na duszpasterza, delikatnie rzecz ujmując, który nie grzeszy powołaniem i wtedy perspektywa nastu lat jego posługi jest ich katorgą.

Pewnie, że niekiedy oddolny głos niezadowolonych owieczek skutkuje zmianą, ale tylko wtedy, kiedy ich duszpasterz udzieli im „pomocy” ze swej strony, chociażby będąc bohaterem skandalu, którym da powód do reakcji zwierzchnika w kurialnym gabinecie.

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że biskupie serce jest zawsze nieczułe na działanie w tym względzie.

I tu sprawdza się zasada znajomości królika, o czym kilka lat temu poinformował mnie mój dawny kolega z seminaryjnej ławy, obecnie szanowany proboszcz miejskiej parafii , którego kościelne władze dowartościowały tytułem kanonika:

-”Załatwiłem naszemu koledze lepszą parafię, bo dobrze znam naszego biskupa, a ten mając do mnie słabość, przeniósł go i teraz żyje mu się o wiele lepiej”.

A mnie jest trochę żal, że bohater wywiadu z „Zatroskanej koloratki” to tylko mój literacki wymysł, i żal mi tych czytelników, którzy zatraciwszy poczucie realizmu pytali mnie o adres tej parafii i o szansę na to, że i w ich kościelnym środowisku mogłoby tak być?

Kryspin

niedziela, 3 stycznia 2021

Nadzieje i obawy na nadchodzący rok

 

Stając na progu nowego roku z pewnością zadajemy sobie pytania, jaki on będzie?

Zaraz potem nasze myśli zaprząta swoisty remanent tego, co zafundował nam rok, który pożegnaliśmy.

W naszym życiu publicznym z pewnością okazał się zaskakująco trudnym, dla wielu nawet tragicznym, kiedy w wyniku pandemicznej zarazy ucierpiały nie tylko nasze marzenia, upadły plany rozwoju różnorakich biznesów, ale najgorszym okazało się to, że wielu z nas straciło najbliższych, choć jeszcze nie był to stosowny czas do ich odejścia.

Z pewnością takiej retrospektywy minionych zdarzeń doświadcza także Kościół i licząc te wymierne straty nieobecności wiernych w trakcie pandemicznych nabożeństw, kiedy narzucone sytuacją ograniczenia zmusiły ludzi do pozostawania w domach, czy chociażby coroczne odwiedziny duszpasterskie w domach parafian, które także zostały odwołane i na koniec musiał się dodatkowo zmierzyć z masowymi protestami przeciwników orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w kwestii aborcji.

Co prawda głównym adresatem społecznego niezadowolenia okazał się rząd, to jednak dla nikogo nie było tajemnicą, że w tym wypadku ustawa powstała na moralne zamówienie kościelnego lobby, więc przeciwnicy zaostrzenia aborcyjnego kagańca nie ograniczyli się do ataku na twórców rzeczonej ustawy, ale także na tę instytucję, którą uważali za głównego beneficjenta tegoż wyroku.

Skutki pandemii, czy nawet zaciekły gniew przeciwników jednej ustawy, z czasem stracą na sile i powróci jakaś normalność codzienności; ale jest inna niepokojąca tendencja, która w odchodzącym do historii roku wybrzmiała jak złowrogi pomruk nadciągającej burzy.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że od wielu już lat następuje proces laicyzacji społeczeństwa, co ma odbicie nie tylko w zmniejszającej się liczbie „czynnych” katolików dorosłych, ale także w coraz większym odsetku młodych ludzi, którzy zamiast religijnej edukacji, wybierają w tym czasie lekcje etyki i otwarcie deklarują swój negatywny stosunek do czynnego życia w cieniu kościelnych nakazów.

Najbardziej niepokojącym jest to, że ten trend w roku 2020 przybrał na sile i dochodzimy nieuchronnie do efektu kuli śnieżnej, czyli gwałtownego przyspieszenia i nasilenia tej tendencji.

Można by tworzyć naukowe, socjologiczne modele tłumaczące to zjawisko, ale prawda jest na tyle prosta, że możemy je sobie darować.

Przez ostatnie lata Kościół nagromadził w swoim działaniu wielką ilość brudów, na które nie reagował, bądź czynił tylko pozorację działań, licząc na to, że jakoś się przypudruje rzeczywistość i będzie po staremu.

Taka polityka patrzenia przez palce na kolejne cuchnące „kwiatki” w szeregach duchowieństwa , i to nie tylko wśród szeregowych kapłanów, doprowadziła do sprzeciwu większości wiernych.

Co prawda nie doprowadziła do ulicznych manifestacji niezadowolenia, ale zasiała w ludziach ziarno zwątpienia, co wcale nie jest mniejszym zagrożeniem.

Ostatnio w mediach ukazał się wywiad z profesorem socjologii, który zawodowo zajmuje się analizą przyszłości polskiego Kościoła. Stwierdził on, że skutki działań kościelnych władz w minionych latach będą rzutowały na najbliższe trzy dekady, w trakcie których będziemy mieli do czynienia z narastającym kryzysem wiary, który może zakończyć się odrodzeniem wiary, lub doprowadzić do stopniowego jej zaniku.

Uczony kreśląc ten ponury scenariusz najbliższej przyszłości pozostawił jednak światełko w tunelu.

Aby pozostał promyk nadziei, potrzeba jednak zmiany pokoleniowej i mentalnej, także we władzach kościelnych struktur.

Jeżeli jednak nadal będzie wśród purpuratów lansowany pogląd, że Kościół jest ze swej natury niezniszczalny i będzie trwał niezależnie od cuchnących kwiatków, to może to być jak łabędzi śpiew, lub muzyka z Titanica.

Kryspin

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Prawda wiary pod pręgierzem dociekliwych pytań

 


Za nami kolejne Boże Narodzenie, które w tym roku przeżywaliśmy najczęściej zdalnie, bo rzeczywistość w cieniu pandemii wymusiła narzuconą wszystkim ostrożność, więc kolejne wspomnienie narodzin najważniejszego dla chrześcijan dziecka przeżywaliśmy z dystansem.

To jednak nie zmieniło, utrwalonego biblijnym przekazem obrazu betlejemskiej stajni, w której Bóg zapragnął zainicjować ziemską historię swojego Syna.

No i tu pojawiają się wątpliwości, które wielokrotnie podnoszą czytelnicy mojej rubryki.

Co prawda nie poddają w wątpliwość samego faktu narodzin małego Jezusa w Betlejem, ale już okoliczności tych narodzin budzą znaki zapytania.

Czy rzeczywiście należy przyjąć za prawdę historię, którą przecież spisano dobre kilkadziesiąt lat później, a do tego wszystkiego autorzy Ewangelii opisujących okoliczności przyjścia na świat przyszłego Mesjasza, wcale nie byli świadkami tychże zdarzeń?

Wątpliwości, co do prawdy ewangelicznych przekazów dotykają czytelników także w odniesieniu do późniejszej historii Nauczyciela z Nazaretu, bo także tutaj występuje przedział czasowy pomiędzy rzeczywistością opisywaną przez ewangelistów, a latami powstania samych spisanych Ewangelii.

Jeżeli do tego dołożyć fakt, że najstarsze artefakty zawierające ocalałe fragmenty ewangelicznych tekstów, datowane są na początek II wieku i wziąwszy pod uwagę to, że bezpośredni świadkowie Jezusa nie posługiwali się umiejętnością pisania, wątpliwości wydają się być zasadne.

I na koniec jeszcze jedno pytanie, które stawiają co bardziej dociekliwi:

-Jak należy traktować inne ewangelie, które nie znalazły się w kanonie ksiąg Nowego Testamentu, choć były niemniej popularnymi świadectwami opisującymi dzieje założyciela przyszłej wielkiej religii, a które dopiero w IV wieku, raczkujący póki co Kościół, uznał za mało istotne i zaliczył je do tekstów apokryficznych, bądź wręcz gnostycznych (Czyli obarczonych błędem teologicznej poprawności)

Kościół swoje nauczanie opiera na dwóch filarach:

-Pierwszy stanowi spisany kanon ksiąg nazywanych Nowym Testamentem,

-Drugim równie ważnym jest Tradycja zawierająca nauczanie i interpretacje objawionych prawd wiary przez Ojców Kościoła i późniejszych, uznanych autorytetów teologicznych działających w tej instytucji na przestrzeni kolejnych stuleci.

Trzeba przyznać, że takie autorytarne potraktowanie materii wiary, w którym ludzie będący znaczącymi w hierarchii uznania współczesnych im wiernych, sprawdzało się na przestrzeni prawie całej historii Kościoła i rzadko kiedy ktoś ośmielał się mieć odmienne zdanie, bojąc się nie tylko obstrukcji, ale i infamii często kończącej się na inkwizycyjnym stosie.

Właściwie tylko Luter, niepokorny mnich na początku XVI wieku pozwolił sobie na zdanie odrębne i zanegował wiele z dotychczasowych kanonów.

Później, prawie przez pół tysiąclecia, sprawy wydawały się być pod kontrolą i nikomu nie przychodziło nawet na myśl, aby zadawać niewygodne pytania i autorytaryzm nauczania miał się nadzwyczaj dobrze.

Niektórzy obserwatorzy życia uznają, że żyjemy w bardzo ciekawych czasach, kiedy każde następne pokolenie krytycznie podchodzi do doświadczenia przeszłości i dawne autorytety zdają się stawać tylko historyczną ciekawostką.

Nie inaczej jest w kwestiach wiary, co Kościół określa, używając błędnego, ale i tłumaczenia swojego wygodnego unikania odpowiedzi na trudne pytania, mianem laicyzacji życia.

A mnie się wydaje, że obecnie wchodzimy w czas pełnej świadomości i otwartych pytań, które stawiane są Kościołowi nie dlatego, że wierzący szukają usprawiedliwienia swojego chłodnego podejścia do prawd, które jakoś wyblakły wraz z rozwojem wiedzy, ale ich świadomość domaga się prawdy obiektywnej.

Kryspin

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Boże Narodzenie w wyjątkowym czasie

 


Ponad dwa tysiące lat temu Józef, ubogi cieśla z Nazaretu, spełniając obowiązek zafundowany mieszkańcom Izraela, wybrał się w daleką drogę do rodowego miasta Betlejem, by tam zapisać się w rejestrze poddanych wielkiego Rzymu.

Jego wyprawa była szczególnie trudna, bo odbywał ją w towarzystwie brzemiennej małżonki, a skromne środki nie pozwalały na nadzieję godziwego noclegu, gdyż zwyczajnie na takowy nie było ich stać.

Dopełnieniem kłopotów stało się to, że dla Maryi przyszedł czas rozwiązania i swojego pierworodnego syna musiała urodzić w skalnej grocie służącej jako schronienie dla wypasanych na okolicznych zboczach owiec. Jedynymi świadkami tych narodzin byli okoliczni pasterze, cieszący się cudem narodzin dzieciątka.

Nie wszyscy jednak podzielali radość z tych narodzin, bo pomny przepowiedni proroków, nienawiścią pałał do maleństwa Herod obawiający się ograniczenia swojej władzy.

Ta chora obsesja stała się wkrótce rzeczywistością, którą historia już po wsze czasy zapamiętała jako „Rzeź niewiniątek”, kiedy z rozkazu satrapy siepacze wymordowali niemowlęta z całej okolicy.

Teraz, kiedy minęły wieki, nam pozostał tylko obraz niezwykłego dziecka zrodzonego dla przyszłego odkupienia wszystkich ludzi, co pielęgnujemy wspomnieniem Bożego Narodzenia.

Już za kilka dni zasiądziemy przy wigilijnych stołach, aby wśród najbliższych, może przy śpiewie kolęd, choć na chwilę poczuć magię afirmacji nowo narodzonego życia, które przyniosło nadzieję.

W tym roku jednak magię świątecznej radości zakłócił czas, który pewnie na długie lata będzie obarczał nasze wspomnienia przygnębiającym określeniem:pandemia.

Z pewnością będzie on trwałą rysą dla tych, którzy w wyniku zakażenia covidem utracili najbliższych, bądź sami doznali takiego uszczerbku na zdrowiu, że jeszcze latami będą borykali się z jego skutkami.

To jednak nie jedyny ciemny punkt na radosnym przeżywaniu tegorocznego Bożego Narodzenia, a związany on jest z niepokojami społecznymi animowanymi pod hasłem:Strajku kobiet.

Od kilkunastu tygodni na ulicach naszych miast pojawiają się mniej lub bardziej liczne grupy demonstrantów manifestujących swoje niezadowolenie z orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego restrykcji aborcyjnych.

Wśród haseł tych zgromadzeń często powtarzają się te, które określają obecną sytuację polskich kobiet, jako ich piekło.

Pragnę przypomnieć, że już pisałem o tym, że nie można dekretami zmuszać kogoś do moralnych wyborów , które ze swej natury winny być wolne od przymusu, i nadal tak uważam, ale?

No właśnie, wolność wyboru kobiety zakładająca, że to ona sama powinna mieć prawo do tego, czy chce urodzić dziecko, czy pozbyć się go przez aborcję, nie do końca wydaje się słuszna.

Chodzi mi o równość w prawie do życia każdej osoby i w tym przypadku dziecko, jeszcze przed narodzinami winno być traktowane podmiotowo ze wszystkimi prawami przynależnymi człowiekowi.

Pewnie teraz przysporzyłem sobie kolejną grupę adwersarzy, którzy nie pozostawią na mnie suchej nitki, a uwagi, że szerzę ciemnogród rodem ze średniowiecza, kiedy owoczesny świat już dawno uporał się z takimi dylematami moralnymi, będą najdelikatniejszymi.

No i trudno, ale mam prawo do swojego zdania, zwłaszcza w czasie kiedy będziemy sposobili się do radości przeżywania narodzin Bożego Syna.

Korzystając teraz ze sposobności pozwolę sobie na to, by złożyć wszystkim czytelnikom szczere życzenia radosnego przeżywania Bożego Narodzenia, bo ono oprócz ewangelicznego przesłania, uczy nas jeszcze jednego:

Mały Jezus urodził się w biedzie, co wcale nie zmąciło wyjątkowości cudu, kiedy na świecie pojawia się nowy człowiek, a każdy nawet będący małym okruchem, zasługuje na prawo do oglądania słońca i uśmiechu szczęścia u swoich rodziców.

Kryspin

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Mariaż tronu z ołtarzem

 

Gdybyśmy cofnęli się w latach do bardzo zamierzchłych kart, to na samym początku nie tylko naszej państwowej ale i chrześcijańskiej historii, to spotkali byśmy się z pierwszym poważnym kryzysem na linii ołtarza z tronem.

Król Bolesław z przydomkiem Śmiały uważał, że jako najważniejszemu człowiekowi w państwie przysługiwało prawo do bezkarności w kwestii obyczajów i się przeliczył, bo Kościół w osobie krakowskiego biskupa powiedział mu stanowcze Nie!

Hierarcha co prawda zapłacił najwyższą cenę za stanowczy sprzeciw, ale to on paradoksalnie odniósł zwycięstwo, i teraz jest jednym z patronów Polski.

Wracając do naszego czasu, trudno nie zauważyć obecnego ścisłego mariażu ołtarza z tronem, czyli porozumienia na linii Kościoła z państwem, a ściślej rzecz ujmując z władzami obozu obecnie będącego u władzy.

W mateczniku Radia Maryja, przy okazji kolejnej rocznicy powołania do życia tej instytucji, zjechali niedawno nie tylko kościelni sympatycy tej rozgłośni, ale także przedstawiciele rządzącej większości, aby wspólnie zamanifestować bliskość interesów wszystkich obecnych.

I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo każdy ma prawo do zamanifestowania swoich światopoglądowych preferencji, gdyby nie sama forma tego zjazdu i słowa gospodarza tego spotkania, który w mszalnej homilii marginalnie potraktował samą rocznicę katolickiej rozgłośni, czym zapewne zawiódł szeregowych odbiorców tego radia, a skupił się na obronie kapłańskiego stanu, który jego zdaniem ostatnio poddawany był bezprzykładnym atakom sił zła.

Gdyby Ojciec Dyrektor poprzestał na ogólnym stwierdzeniu, można by przejść jakoś do porządku dziennego nad jego przemówieniem, ale on brnął dalej w tej narracji, czym winien wprowadzić w osłupienie wszystkich uczestników.

W jego opinii osoba skompromitowana chociażby niedawnymi decyzjami samego Watykanu, biskup znany z krycia pedofilskich zachowań niektórych duchownych, zasłużył na miano męczennika zniszczonego napastliwością mediów, a kapłańskie grzechy to nic takiego, bo któż nie ulega pokusom?

Gdyby takie słowa padły na jakimś agitacyjnym wiecu, to można by to jakoś usprawiedliwić, ale w gronie słuchaczy było wielu ludzi odpowiedzialnych za walkę z patologiami w naszym kraju, jak chociażby minister sprawiedliwości w obecnym rządzie, który ten swoisty spektakl zbył milczeniem.

Toruńskie spotkanie stało się swoistą wodą na młyn dla środowisk opozycyjnych i medialnych ośrodków nieprzychylnych obecnie rządzącym, co wykorzystali w telewizyjnych relacjach, i trudno im się dziwić.

Dziennikarze komercyjnej stacji trafnie zasygnalizowali, że w takiej narracji najbardziej dotkniętymi stały się osoby, które osobiście doznały krzywd od ludzi w sutannach, i trudno nie przyznać im racji, choć uważam, że dotkniętych jest o wiele więcej osób.

Szef toruńskiej rozgłośni wpisał się w narrację tych twardogłowych ludzi Kościoła, którzy uważają, że przysłowiowa świętość tej instytucji jest niczym tarcza, o którą zawsze będą się rozbijać nawet największe skandale i kolejny raz sprawdzi się prawda przysłowia:

-„Psy szczekają, a karawana pójdzie dalej”.

Przymierze tronu z ołtarzem, nie tylko w naszej historii prawie zawsze kończyło się spektakularną katastrofą.

Obecni w Toruniu przedstawiciele ołtarza pewnie wiązali z nim nadzieję na to, że przyschną sprawy, którymi Kościół póki co nie może się chwalić, a przedstawiciele tronu zjawili się tam w nadziei, że kościelny elektorat doceni ich deklaratywną lojalność w nadchodzących wyborach.

Sęk w tym, że wśród radiosłuchaczy katolickiego radia jest coraz więcej tych, którzy nie są już bezmyślną maszynką do głosowania i nie do końca podobają się im: ani ucieczka do przodu hierarchicznych notabli w ocenie Kościelnej patologii, ani milczenie tych, z którymi wiążą nadzieję na sprawiedliwy osąd zła, niezależnie od tego, kto się go dopuścił.

Kryspin

wtorek, 1 grudnia 2020

Przyzwyczajenie jest drugą naturą

 

Pr

Przyzwyczajenie staje się drugą naturą.

Powiedzenie ukute już dawno nie zawsze się sprawdza, zwłaszcza w czasie pandemii, bo jeżeli w okresie ustawowych obostrzeń rząd wyłączył działanie sklepów wielkopowierzchniowych i na cztery spusty zostały zamknięte centra handlowe, to owszem handel przeniósł się do internetu, gdzie rodacy realizowali swoje potrzeby w zakresie zakupów, ale?

No właśnie, już w minioną sobotę, kiedy powróciła możliwość odwiedzin w handlowych molochach, chętnych do tej formy bezpośredniego kontaktu ze sprzedawcami, ustawiły się tłumy.

Czyli chwilowy zakaz nie wpłynął na przyzwyczajenie wypracowane w naszej podświadomości przez lata.

Ale znowu nie do końca tak jest, bo wzrost obrotów w sieci stał się faktem i wielu dotychczasowych, tradycyjnych zakupoholików już na dobre przeniosło swoją „miłość” do rzeczywistości wirtualnej, jako nowo odkrytej, wygodniejszej formy zaspokojenia swoich zakupowych potrzeb.

Jeden z proboszczów okresu pandemii pochwalił się ostatnio pomysłem wykorzystania internetowej sieci do nowej formy duszpasterstwa.

W trakcie telewizyjnego wywiadu z dumą chwalił się aplikacją parafialnej strony, na której owieczki mogą zaspokajać potrzebę duchowej karmy, uczestnicząc wirtualnie w transmisji codziennych nabożeństw i nawet, jeżeli ktoś poczułby potrzebę materialnej wdzięczności wobec duszpasterskiego zaangażowania, mógłby skorzystać z aplikacji z podanym numerem konta, na które parafia zbiera ofiary.

Pewnie niebawem i inni kościelni włodarze powielą pomysł kolegi w sutannie i sieć zapełni się nowymi wirtualnymi stronami, i tylko trzeba się obawiać, czy w tym gąszczu odnajdą tę właściwą stronę parafianie.

Póki co państwo w miarę zadbało o zapewnienie laptopów na potrzeby maluchów zmuszonych do zdalnej nauki, a i tak ten system edukacji na odległość nie za bardzo się sprawdza, dlatego jego przeciwnicy coraz głośniej sygnalizują, że na dłuższą metę taka forma edukacji poskutkuje znaczącym obniżeniem poziomu edukacji, którego latami nie da się nadrobić.

Obawiam się że w przypadku seniorów ( a oni stanowią większość aktywnych parafian) szkody wirtualnego duszpasterstwa okażą się jeszcze większe.

Tworzenie swoistych protez rzeczywistości, a takimi są z pewnością pomysły duszpasterstwa wirtualnego, nie sprawdzą się.

Nie da się w sieci pielęgnować religijności, bo ona wymaga kontaktu w realu.

Nie da się w sieci sprawować chociażby niektórych sakramentów, które stanowią wagę wiary.

Obawiam się jednak, że pomysłowość niektórych duszpasterzy może wybiegać o wiele dalej i tylko patrzeć, kiedy pojawią się pomysły spowiedzi wirtualnej, a czemu nie.

Podany do wiadomości parafian telefon dyżurnego spowiednika mógłby służyć do sprawowania sakramentu pokuty na odległość.

Później dodatkowo konto na ofiarę, która byłaby formą zadośćuczynienia, czy pokuty, i po sprawie.

A eucharystię można by wysyłać poczteksem za potwierdzeniem odbioru, i wszyscy byliby szczęśliwi.

To oczywiście sarkazm z mojej strony i głęboko wierzę w to, że nikomu nigdy takie pomysły w realu nie przyjdą do głowy, ale do końca nie jestem przekonany, czy mam rację?

Może potrzeba było takiego zrządzenia losu, abyśmy osobiście dokonali w sobie oceny: ile w nas jest prawdziwej wiary, a ile odłamków dawnej tradycji?

To też znakomity sprawdzian dla całego Kościoła i dla tego hierarchicznego także, bo weryfikuje czy duszpasterskie oddziaływanie wyryło w duszach wiernych trwały ślad, czy tylko były pudrowaniem problemów.

Tak czy owak, przyzwyczajenie jest jednak drugą naturą i to musi budzić obawę Kościoła w kwestii religijności po okresie pandemii.

Kryspin

wtorek, 24 listopada 2020

Kolejny konsystorz bez naszych

 

W listopadzie 2020 roku Papież Franciszek postanowił zwołać już siódmy konsystorz, w którym powołał do grona kardynalskiego kolejnych 13 purpuratów.

Jeżeli do tego dodać 88 kardynałów powołanych w minionych latach, to jasno widać, że w ciągu papieskiej posługi stworzył znaczące grono tych, których obdarzył szczególnym zaufaniem.

Wśród nowo mianowanych książąt Kościoła próżno jednak szukać dostojników z naszej ojczyzny, bo Franciszek zwyczajnie nie powołał do tego grona żadnego z polskich biskupów.

Aby było ciekawiej, wśród setki kardynałów wybranych przez obecnego Papieża, jest tylko jeden purpurat pochodzący z naszej ziemi, ale akurat ten jakby nie za bardzo jest nasz, bo od lat rezyduje w Rzymie pełniąc funkcję papieskiego jałmużnika, a rodzinne strony odwiedza tylko sporadycznie i to przy okazji prywatnych, rodzinnych okazji.

Czyżby obecny Sternik Łodzi Piotrowej nie darzył naszych hierarchów zaufaniem?,

Idąc dalej: tradycyjny katolicyzm i imponujący odsetek ludzi przyznających się do bliskich związków z Kościołem, to przecież dodatkowa laurka duszpasterskiego sukcesu diecezjalnych arcypasterzy i winna zasłużyć na wyróżnienie.

Skromnie licząc trzech, albo nawet czterech włodarzy naszych archidiecezjalnych poletek w plecaczkach swoich pragnień już od dawna noszą kardynalski biret, tylko jakoś decydenci z centrali nie podzielają ich nadziei.

Gdyby jednak zastanowić się nad fenomenem polskiej religijności, to próżno byłoby szukać w niej heroicznych dokonań naszych hierarchów, przynajmniej nie tych obecnie zasiadających na biskupich stolicach, bo ich aktywność sprowadza się do swoistej pozoracji działań, niewiele mających wspólnego z rzetelnością duszpasterskiej posługi.

W przypadku polskiego katolicyzmu mamy do czynienia raczej z efektem swoistej kuli śnieżnej i pozytywnej schedy po poprzednikach, którzy okazali się wielkimi w czasie kiedy polski Kościół musiał się mierzyć z prawdziwymi siłami ciemności.

Dodatkowym impulsem naszego religijnego zaangażowania był z pewnością czas Jana Pawła II i jego pozytywnej siły zarażania ludzi prostotą pełnej ufności wiarą.

Pokolenie JPII to nie był tylko slogan stworzony na użytek religijnego marketingu, ale prawdziwy, może i nieco oddolny ruch umacniania wiary wśród ludzi młodych tamtego czasu.

Z biegiem lat zapał ten jednak pobladł, a młodzi ludzie sprzed lat wydorośleli i w wirze wyzwań wolnorynkowej rewolucji gdzieś zatracili tego pierwotnego ducha religijnego entuzjazmu.

Takim produktem nowego czasu stali się także ci, którzy przez ostatnie lata zasilali i nadal zasilają szeregi duchownych, i to od księży dopiero co zaczynających swoją posługę, a na dostojnikach z biskupimi pastorałami w rękach, kończąc.

Papież w trakcie kolejnych konsystorzy, poszerzając grupę najbardziej zaufanych pomocników, dokonuje swoistej nobilitacji tych, którzy swoją dotychczasową posługą szczególnie zasłużyli na to jedyne w swoim rodzaju wyróżnienie.

Kiedy wspomniałem o kardynalskich nadziejach niektórych naszych kościelnych dostojników zapomniałem nadmienić o przesłankach tych oczekiwań, a są one związane z tradycją, w której niektóre nasze diecezje historia kojarzy z kardynalską purpurą dla ich arcypasterza.

To jednak zdaje się być już tylko historią i może warto by było, aby do świadomości nas wszystkich dotarła prawda, że to nie miejsce nobilituje i otwiera drogę do zaszczytów, bez względu na osobę do nich aspirującą, a rzetelna praca i pokora w ocenie swoich dokonań, tych nie przynoszących chluby także.

Wybory Franciszka nie pierwszy raz mijają się z oczekiwaniami wielu i pewnie lista osób wyróżnionych w ostatnim konsystorzu także powoduje frustracje tych niezadowolonych.

Jednego wszak możemy być pewni, że ten Papież bardzo rozsądnie rozdaje swoje zaufanie, ale to chyba dobrze?

Kryspin

poniedziałek, 16 listopada 2020

Wszyscy jesteśmy Kościołem

 

W jednej z parafii na południu Archidiecezji Gnieźnieńskiej w 1982 roku powstał impas w związku ze schedą po proboszczu, który przeszedł w stan spoczynku. Władze kościelne zgodnie z odwiecznym zwyczajem delegowały do parafialnej wspólnoty kapłana ze słusznym stażem i do tego dobrze zapisanego w ocenie przełożonych, i tu zdarzyło się coś, co nie mieściło się w głowie hierarchów.

Parafianie podnieśli bunt i uniemożliwili nowemu proboszczowi objęcie parafialnej trzódki, bo zażyczyli sobie, aby następcą księdza emeryta został dotychczasowy wikary, który swoją posługą zaskarbił sobie ich zaufanie.

Niezręczność trwała przez kilka tygodni i pojawiła się nawet groźba, że buntownicy ogłoszą rebelię przechodząc do struktur Kościoła Polsko-Katolickiego, czyli śmiertelnego wroga dotychczasowej kościelnej władzy.

Wtedy zastosowano element szantażu na niepokornym wikarym, stawiając mu warunek: albo suspensa (kara zawieszenia w kapłańskich czynnościach), albo perspektywa pracy w polonijnej parafii za oceanem.

Nieborak skusił się perspektywą pracy za dolary i konflikt stał się bezprzedmiotowy.

Kilka lat po tym ekscesie nasza TV emitowała serial „Plebania”, w którym przybliżano odbiorcom parafialne życie w prowincjonalnej parafii.

Bohaterowie tej kościelnej sagi nie rozwiązywali problemów, z którymi borykają się współcześni przedstawiciele kapłańskiej profesji, bo czasy były inne.

Serialowi księża, rozwiązując parafialne problemy zawsze podkreślali, że wszyscy członkowie parafialnego stadka są Kościołem i głos każdego jest tak samo ważny.

Serial cieszył się popularnością, ale tylko części z tych, którzy stanowią wspólnotę Kościoła, bo wśród ludzi w sutannach uchodził za mało ambitny obraz nijak nie dotykający rzeczywistości.

Na jednym z internetowych portali ukazał się artykuł dyżurnego znawcy kościelnej tematyki, redaktora Terlikowskiego, który próbował postawić tezę, jak Kościół winien zareagować na dane o galopującym wręcz odchodzeniu z niego ludzi młodych. Najpierw przytoczył dane o tym, że tylko niecałe 30% tychże identyfikuje się z katolicyzmem i wierzy w dobrą przyszłość tej Chrystusowej Owczarni.

Zasugerował również, aby Kościelni włodarze skupili się na ratowaniu tego, co jeszcze zostało, a receptą na obecną sytuację winna być rzetelna praca duszpasterska w tych środowiskach.

Odnoszę wrażenie, że rzeczony ekspert wpisał się w retorykę bliżej nieokreślonego działania, które już wielokrotnie pojawiało się także w tezach zawieranych jako konkluzje bliżej nie sprecyzowanych duszpasterskich aktywności, z którymi spotykamy się po kolejnych konferencjach Episkopatu.

Wydaje mi się, że we współczesnym, naszym Kościele nadal panuje przekonanie, że monopol na mądrość i nieomylność jest zarezerwowany tylko dla tych nielicznych, którzy pozostałych wiernych, którzy przecież także są Kościołem, od zawsze ustawiali i nadal ustawiają na pozycji tych mniej rozgarniętych, którym rezerwują rolę statystów w odbiorze objawionej mądrości.

Może warto wsłuchiwać się także w głos tych spoza ołtarzowego podwyższenia, bo być może i przez nich Bóg pragnie powiedzieć coś ważnego, tym najważniejszym także.

Wielkość władzy, także tej w purpurowych szatach przejawia się także w umiejętności pokornego wsłuchania się w głos tych, którzy już dawno przestali być bezmyślnym stadem.

Może wtedy unikną kolejnych „niezręczności”, tak jak ostatnio, kiedy do jednej z parafii skierowano księdza, który dał się wcześniej poznać jako obrońca kościoła z bronią w ręku.

Nowi parafianie nie zachwycili się tym kurialnym prezentem, stając murem za wikariuszem, który zaskarbił sobie ich zaufanie duszpasterskim zaangażowaniem i to w nim widzieliby następcę zmarłego pasterza.

A oni przecież też są Kościołem i może warto by było posłuchać tego głosu.

Kryspin

wtorek, 10 listopada 2020

Chirurgiczne cięcie

 


Wszyscy spodziewaliśmy się drugiej fali pandemii i czarny scenariusz się sprawdza, kiedy obserwujemy dane dotyczące nowych przypadków tej zarazy XXI wieku.

Pewnie, że jest jakieś światełko w tunelu, kiedy słyszymy zapowiedź szczepionki, i to już niebawem.

Póki co coraz to nowe branże naszej gospodarki muszą godzić się z obostrzeniami, aby po przejściu tej fali było komu korzystać z usług: gastronomii, czy klubów fitness.

Z nadzieją końca zarazy czekają także przedstawiciele kultury, którym pozostało tylko przeprowadzanie kolejnych prób bez nadziei, kiedy zapełnią się teatralne i kinowe sale.

W szczególnie złej sytuacji znalazł się nasz Kościół, bo ograniczenie liczby wiernych, którzy mogliby uczestniczyć w nabożeństwach, a nawet perspektywa zamknięcia, przynajmniej na jakiś czas kościołów, rodzi niebezpieczeństwo przyzwyczajenia się owieczek do zdalnej formy praktyk religijnych (media i internet) i ich powrót do tradycyjnych niedzielnych praktyk wcale nie jest taki pewny.

To jednak tylko jedno traumatyczne doświadczenie, które dotknęło tę „branżę”, bo ostatnio powrócił koszmar mijania się z prawdą w kwestiach pedofilii w szeregach kapłańskich, a ściślej rzecz ujmując dziwnej zmowy milczenia wśród najważniejszych dostojników polskiego episkopatu.

Słuchając medialnych doniesień trudno nie odnieść wrażenia, że mamy prawdziwy wysyp, rodzaj pandemicznego skażenia, z którym Episkopat zwyczajnie sobie nie radzi.

Najpierw powracająca sprawa niejasnych zachowań kardynała z Krakowa w kwestii jego watykańskiej aktywności w zamiataniu pod dywan sygnałów o przypadkach pedofilskich zachowań ludzi Kościoła będących na świeczniku hierarchicznej drabiny, a później zaniechanie jakichkolwiek działań w wyjaśnieniu takich samych zachowań w polskim Kościele.

I żenujący jego sposób tłumaczenia się niewiedzą o tych ekscesach; to iście tragikomiczny sposób obrony swojego dobrego imienia.

Aby było ciekawiej, kolejny nasz dostojnik w purpurze zapracował sobie na watykańską karę i pozbawił siebie w niedalekiej już przecież przyszłości, zważywszy na słuszny wiek, przynależnego zwyczajowo purpuratom pochówku w diecezjalnej katedrze; a wszystko z powodu dawnych niepohamowanych zapędów do młodych chłopców i molestowania przyszłych kapłanów, gdy ci kroczyli w seminarium ku świętości kapłańskiego powołania.

Jakby tego było mało, inny arcypasterz ( co prawda już w stanie spoczynku) zainteresował stosowną kongregację w kościelnej centrali swoim nadmiernym ego, które przez lata manifestował wobec swoich podwładnych, często posiłkując swoje zachowanie mocnymi trunkami, do których od lat miał słabość.

Czyż może zatem dziwić list, który na ręce Jego Świątobliwości złożył pokrzywdzony przez księdza mężczyzna, który nie tylko przedstawił w nim swoją gehennę, ale poszedł zdecydowanie dalej, domagając się od Watykanu stanowczej reakcji, i to w stosunku do polskiego Episkopatu, domagając się jego dymisji w całości.

Ktoś mógłby teraz stwierdzić, że takie żądanie jest z góry skazane na niepowodzenie, a i stawianie w jednym szeregu wszystkich biskupów, bez należytego rozeznania stopnia ich winy, to za daleko idąca kara.

Może i trochę racji w tym jest, ale przecież ci „sprawiedliwi” wiedzieli o tych patologicznych ekscesach, które przeciekały przez palce niektórych biskupich sumień.

A może ci „sprawiedliwi” wcale tak do końca takimi nie są, a dotąd może mieli zwyczajnie więcej szczęścia i może zachowali więcej ostrożności, aby brudy ich sumień pozostały w cieniu zapomnienia?

Lekiem przeciwko sile wirusa jest skuteczna szczepionka i na nią świat czaka z nadzieją.

Rakowe zmiany w polskim Kościele może jednak tylko uzdrowić zdecydowane chirurgiczne cięcie.

Czy Papież okażę się tym lekarzem, czas pokaże.
Kryspin

wtorek, 3 listopada 2020

"W tym Kościele nie ma Boga"

 


Chyba nawet człowiek obdarzony wielką wyobraźnią nie przewidziałby tego, że zaledwie kilkanaście lat po pamiętnym odejściu Jana Pawła II, rzeczywistość w naszej ojczyźnie ulegnie takiej zmianie.

Pobladły ideały, które głosił w trakcie swoich wizyt na ojczystej ziemi i w niepamięć odeszło pokolenie JPII, jak określano wtedy młodych ludzi, pełnych zapału, że mogą wraz z nim zmieniać świat na lepsze.

Na budynku przy ul. Franciszkańskiej, w oknie którego nasz Papież pojawiał się na wieczorne rozmowy z nadziejami polskiej przyszłości, teraz pojawił się napis informujący, że to jest miejsce szatana.

Fala protestów, określonych mianem buntu kobiet, która od nastu dni przetacza się przez miasta naszej ojczyzny, zdaje się być znakiem, że już nigdy nie będzie tak jak było do tej pory.

Pewnie i jest w tym trochę racji, bo i czas jest inny, i młodzi ludzie także zdają się wyznawać inne wartości.

I w tym wszystkim, jakby gdzieś z boku pozostaje Kościół zdający się kapitulować, nie widząc dla siebie miejsca w walce o rząd młodych dusz.

A może ten efekt wycofania jest uwarunkowany świadomością winy, do której najtrudniej się przyznać?

W jednej z komercyjnych stacji redaktor zapytał niedawno zaproszonego księdza jak to jest, że w kraju, w którym 95% społeczeństwa deklaruje się, że przynależy do kościoła katolickiego, na ulicach gromadzą się setki tysięcy młodych ludzi, którzy swoimi hasłami negują tę przynależność?

Zaproszony gość w koloratce próbował tłumaczyć ich zachowanie efektem frustracji, ale na koniec przyznał, że oni po prostu są zawiedzeni Kościołem.

Kapłan jednak nie zamierzał dalej drążyć tematu i ani słowem nie próbował wyjaśnić, w czym Kościół zawiódł.

Jedna z uczestniczek manifestacji odpowiadając dlaczego obok buntu przeciwko decyzji Trybunału Konstytucyjnego, tak wiele nienawiści kieruje w stosunku do Kościoła?

-”Nie chcemy Kościoła, w którym nie ma Boga, a zamiast niego są ludzie, którzy wykorzystując układ przyjaźni z władzą, próbują realizować swoje sny o rządzie dusz...”

Logicznie myśląc trzeba by stwierdzić, że jej osąd na temat tej instytucji wydawać by się mógł nielogiczny, bo przecież wiara w Najwyższego, przekonanie, że On jest integralną i konieczną w nim wartością, wydają się być niezaprzeczalne.

Patrząc jednak na chłodno, może dochodzić do takiej sytuacji, kiedy ten obraz zostaje zaburzony, lub wręcz niewidoczny.

Trudno dostrzec sacrum, kiedy zostaje ono przywalone ekscesami profanum; a Kościół prze lata nagromadził masę „śmieci”, które skutecznie przysypały idee, które miały być jego wartością.

Obyczajowe i zamiatane pod dywan skandale, zamiłowanie do luksusu, czy chociażby wszędobylski fiskalizm, to tylko niektóre przykłady grzebiące obraz Boga, dla którego w takim grajdole zwyczajnie brakuje miejsca.

Pewnie, że jeszcze przez jakiś czas ten bosko-ludzki twór zdoła zachować swój, używając języka polityki: „żelazny elektorat”, ale wraz z upływem lat on będzie się kurczył i bez świeżej krwi ta instytucja zostanie skazana na mówienie o niej w czasie przeszłym.

Straconych lat nie da się już przywrócić, ale nastał najwyższy, aby nie powiedzieć ostatni czas, by starać się przywrócić utracone zaufanie.

Przywrócenie moralnego autorytetu samo z siebie się nie stanie i będzie bardzo trudne, ale tylko taką drogą Kościół będzie mógł przywrócić dawną swoją atrakcyjność; tym zawiedzionym także.

Kryspin,

poniedziałek, 26 października 2020

Wybór, nie zakaz!

 


Jesteśmy w oku cyklonu, bo tak trzeba określić obecny stan pandemiczny w naszym kraju i jakby tego było mało, zafundowano nam kolejną „atrakcję” na ten ponury czas, orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie niezgodności z konstytucją praktyki aborcji eugenicznej.

Należało się tego spodziewać, że ruchy proaborcyjne wykorzystają te orzeczenie do wzniecenia swoistego buntu, którego owocem stały się masowe demonstracje, w których przy aktywnej animacji liderów tychże ruchów, na ulicach pojawiły się tysiące protestujących.

Swoje niezadowolenie skierowano jednak nie bezpośrednio w stosunku do sędziów rzeczonej izby, a adresatem złości stał się Kościół, co można było zauważyć po licznych naruszeniach nietykalności chociażby katolickich świątyń i to w trakcie sprawowania w nich obrzędów liturgicznych, co do tej pory było czymś niewiarygodnym.

Świątynie, przynajmniej w naszej ojczyźnie, zawsze były miejscem wolnym od takich ekscesów nawet w czasach najczarniejszych w historii.

Będąc osobą wyznającą zasady Dekalogu, oczywiście nie podzielam poluzowaniom aborcyjnych zasad, i to nie tylko w sferze przypadków określanych w nomenklaturze medycznej jako podejrzenie ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, ale także w przypadkach ciąż spowodowanych gwałtem na przyszłej rodzicielce.

Już kiedyś o tym pisałem, że nie można burzyć równowagi ważności życia, które już się zadziało, wybierając komu się ono należy, a kogo można tego prawa pozbawić.

Pewnie wielu ludzi podziela mój pogląd, ale też i równie wielka liczba adwersarzy z nim się nie zgodzi, i to jest cena demokracji i prawo do osobistego zdania.

Kiedy w latach 90 - tych minionego wieku nasz Parlament wypracował tzw. kompromis aborcyjny, żadna ze stron sporu w tej kwestii nie była zadowolona, ale przyjęła to jako jedynie możliwe rozwiązanie.

Minęło zaledwie kilkanaście lat i oto stało się coś, co w swej wymowie burzy ten delikatny rozejm.

Pewnie, że TK mógł wydać taką decyzję, bo jest ona rzeczywiście zgodna z duchem Konstytucji, która z założenia otacza opieką każdego człowieka od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci, ale w tym wszystkim liczy się także powód, dlaczego w ogóle zamanifestował takie stanowisko?

I tu dochodzimy do odpowiedzi, dlaczego złość niezadowolonych została skierowana na Kościół, jako tego, który kreuje rzeczywistość ekspansji w narzucaniu swojej narracji, co jest dobrem, a co złem.

Póki co, nie jesteśmy państwem wyznaniowym i dobrze.

Niestety niektórzy dostojnicy kościelni jakby o tym zapominają i próbują, z wykorzystaniem przychylności politycznej ludzi władzy świeckiej, forsować jedyną słuszną w ich mniemaniu linię moralnej poprawności.

Niestety Polski Kościół obrał drogę do ewangelizacji na skróty, albo z ułatwieniami, których nadzieję pokłada w przyjaźni z rządzącymi, zapominając jednak, że wiara pojedynczego wyznawcy nie jest tożsama z jego sympatiami politycznymi, ale wynika ze świadomego wyboru pomiędzy dobrem, a złem.

Żadem dekret, nawet opieczętowany decyzją najwyższego gremium pochodzącego z ludzkiego nadania, nie powinien być zastępstwem do kanonu zasad kształtujących wiarę wyznawców religii katolickiej, bo one zawarte są w dekalogu i przykazaniu miłości, które pozostawił nam Chrystus, i to winno być troską i kierunkiem katolickiego nauczania.

Uczestnicy obecnych protestów zaopatrują się w emblematy z napisem: „Wybór, nie zakaz!”

Może kościelni decydenci winni pomyśleć nad tym, jaką należałoby wykonać pracę duszpasterskiej troski, aby jak najwięcej ludzi dokonywało wyboru tożsamego z zasadami Chrystusowej nauki, bo ograniczanie się do coraz to bardziej restrykcyjnych zakazów, to droga prowadząca do nicości.

Kryspin

wtorek, 20 października 2020

Wykiwany lockdown


Paskudny wirus, który pojawił się na początku tego roku i postraszył wszystkich od początku wiosennego przesilenia, aby później dać nam nadzieję, że już odszedł w trakcie ciepłych letnich dni, teraz powrócił ze wzmożoną siłą.

Chociaż władze nadal żyją nadzieją, że nie będzie koniecznym ustanawiania kolejnego lockdownu, czyli przymusowej izolacji społeczeństwa, to wszystkie znaki wskazują, że jego ponowne wprowadzenie jest tylko kwestią czasu.

I znowu po kieszeni dostaną wszelkie branże, które dotąd żyły z aktywności życia publicznego.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że już zaczynają liczyć przyszłe straty wszelkiej maści biznesmeni związani z branżą około cmentarną: producenci chryzantem, wytwórcy zniczy, czy innych ozdób masowo kupowanych w przycmentarnych sklepikach, dla których 1 listopada wyznaczał okres corocznych żniw.

Co prawda władze nadal zaprzeczają plotkom, że w tym czasie miejsca wiecznego spoczynku zostaną zamknięte dla odwiedzających, to jednak już od jakiegoś czasu prowadzą kampanię na rzecz powściągliwości w pielęgnowaniu zwyczaju wizyt przy grobach bliskich w tym dniu. Zamiast gremialnych pielgrzymek w tym czasie, zalecają rozproszone odwiedziny i to niekoniecznie realizowane w dniu Wszystkich Świętych.

Takie, póki co, zalecenie znowu dotyka wielu.

Z pewnością głos niezadowolenia, choć może po cichu, wyrażą wszyscy ci, którzy przy okazji listopadowego spędu przy grobach, dotąd realizowali swoisty konkurs na najlepiej przystrojoną mogiłę, bo traci on sens, kiedy sąsiadka, lub inny znajomy nie poczerwienieje z zazdrości, bo zwyczajnie zabraknie go przy konkurencyjnym grobie.

Zalecane rozproszenie odwiedzin dotknie także i tych, dla których 1 listopada był ważnym z innych powodów, czyli kapłanów sprawujących każdego roku w cmentarnym plenerze polową liturgię.

Co prawda odbędą się msze wśród grobów, ale to już nie będzie to samo, kiedy ilość obecnych będzie szczątkowa i nawet perspektywa, że w tym roku przy wielu cmentarnych bramach pewnie zabraknie konkurencji wolontariuszy zbierających do puszek datków na odnawianie zapuszczonych grobów, to jednak mszalna taca zbierana przez kościelnych aktywistów będzie także mizerna.

Jeżeli do tego dołożyć kolejne tygodnie, kiedy w niedzielnych nabożeństwach zajęte pozostają tylko kościelne ławki (i to z zachowaniem bezpiecznego odstępu), to musi budzić frustracje przewodników parafialnych trzódek.

Jakby tego było mało, to oceniając nieciekawą perspektywę rozwoju pandemicznej zarazy, szefowie diecezjalnych struktur już zarządzili odwołanie corocznych odwiedzin duszpasterskich kapłanów w domach wiernych, a to nie jest żadną tajemnicą, że w księżowskich budżetach był całkiem pokaźny zastrzyk finansowy, tak swoista trzynastka.

Polak jednak nie z takimi problemami potrafi sobie poradzić.

Przy cmentarnych bramach wystarczy poustawiać skarbony, aby wierni przez kolejne dni mogli zadośćuczynić finansowej wrażliwości, a problem kolędowej daniny załatwią koperty, które można składać w trakcie niedzielnych nabożeństw, bądź zwyczajnie przesłać na adres parafii za pośrednictwem polskiej poczty.

I nie trzeba obawiać się tego, że będą to „śmiertelne przesyłki”, bo przecież każdy wie, że apel Marszałka Senatu przed majowymi wyborami, był li tylko propagandowym chwytem mającym na celu przesunięcie terminu wyborów.

Czyli poprzez tak proste środki można wykiwać covidowy lockdown, ale mam obawę o to, jak to zostanie odebrane przez szeregowych wiernych?

A może mój niepokój wcale nie musi być zasadny, bo przecież od zawsze wszyscy wiedzą, że coroczne duszpasterskie odwiedziny winny kończyć się złożeniem daniny i to jest frustrującym doświadczeniem dla obu stron.

Może więc koperta bez odwiedzin załatwi tę niezręczność.

Kryspin

wtorek, 13 października 2020

Podstęp celebryty

 


Kiedy ostatnio jeden z aktorów znanych z telewizyjnego tasiemca podzielił się publicznie tym, w jaki sposób załatwił sobie unieważnienie sakramentalnego małżeństwa. Można by odnieść wrażenie, że zechciał się wpisać w coraz modniejszy trend, kiedy takie dokonanie wcale nie przynosi ujmy.

-„ W moim przypadku wystarczyło określić się jako homoseksualista i w kościelnym trybunale sprawa została załatwiona od ręki, i już nic nie stało na przeszkodzie, abym mógł ponownie stanąć na ślubnym kobiercu”- oznajmił z dumą, wyraźnie zadowolony ze swojej przebiegłości.

Nie on pierwszy wykazał się taką przebiegłością, bo jeszcze nie przyschła sprawa medialnego celebryty, który rozstał się ze swoją małżonką po kilkunastu latach „nieważnego” związku i mógł w świetle kamer i asyście ludzi ze świecznika władz, kolejny raz powiedzieć sakramentalne Tak.

Patrząc z perspektywy lat, a nawet wieków, odnoszę wrażenie, że teraz jest łatwiej załatwić papierek unieważniający to, co zostało złączone przed Bogiem, aniżeli to miało miejsce wcześniej.

No może tylko za czasów, kiedy po drogach Palestyny przemieszczał się Nauczyciel z Nazaretu, sprawa wydawała się łatwiejsza.

W tamtym czasie sprawę załatwiano listem rozwodowym, czyli papierkiem wypisywanym przez znużonego dotychczasową partnerką małżonka i było po sprawie.

No ale w ten, od niepamiętnych czasów praktykowany zwyczaj, wmieszał się upierdliwy Mesjasz i stanowczo potępił takie załatwianie sprawy nieudanych związków, czym pewnie nie zaskarbił sobie zrozumienia i popularności.

Koniec końców przetrwało przez wieki jego zdanie, że grzechem jest pozbywanie się raz poślubionej niewiasty i w tym duchu Kościół przypieczętował nierozerwalność małżeńskiej przysięgi.

I nie było zmiłuj, raz poślubieni byli skazani na siebie niezależnie od tego, czy po latach nadal pałali do siebie gorącym uczuciem, czy w związku trzymała ich tylko wzajemna złość, lub chociażby tylko przyzwyczajenie.

Komu nie było to w smak, ten musiał się liczyć z karami za złamanie małżeńskiej przysięgi, a już myśli o nowym związku zupełnie nie mieściły się w głowach kościelnych dostojników, którzy stanowczo studzili zapędy kochliwych zwolenników zmian, o czym mógł się przekonać chociażby niewierny Henryk VIII, który swoje pozamałżeńskie zapędy przepłacił nałożoną na siebie papieską klątwą i w ostatecznym efekcie rozłamem w Kościoła.

Od tamtego „złotego czasu” kościelnej władzy na duszami wyznawców minął już jednak bezpowrotnie i pobladła aureola sakramentalnego „Tak” i żyjemy w zupełnie innej rzeczywistości.

Zmieniły się kanony religijnej poprawności i już nikogo nie gorszą chociażby samotne matki wychowujące swoje pociechy, bo tak ułożyło się ich życie, albo po prostu dokonały takiego wyboru.

Większość młodych, o czym świadczą cykliczne badania, preferuje wolność związków, w których sakramentalne „Tak” jest przesuwane na czas bliżej nieokreślony w myśl zasady, że nie potrzebują im „kagańca” sakramentu, kiedy widzą tak wiele nieudanych związków.

I coś w tym jest, kiedy co drugie małżeństwo kończy się na sądowej sali rozwodowej.

Czy więc Kościół, a wraz z nim także Chrystus, przegrali batalię o powszechność sakramentalnego daru dla osób zakładających rodzinę?

Pewnie trochę tak, ale nie do końca.

Chrystus, dokonując misji powszechnego odkupienia, pozostawił nam dar, który zawarł w przykazaniu miłości.

Sakramentalny związek dwojga ludzi to nic innego, jak zaproszenie Zbawiciela do nieustannego wspierania dwojga we wzrastaniu w tym darze, i tu jest ważna rola Kościoła, aby od najmłodszych lat uczył młodych, że miłość powinna mieć pierwszeństwo we wszystkich ich wyborach, także w tym, co ma wyznaczać ich dorosłość w związku.

Małżeński sakrament to nie konieczność poprawności wobec innych, ale przywilej dorosłej miłości.

Kryspin