wtorek, 30 czerwca 2020

Kościelne tsunami



Papież Franciszek dał się poznać nie tylko jako przyjaciel biednych owieczek w Kościele, ale także jako bezkompromisowy czyściciel brudu, który nagromadzony przez stulecia skutkuje swoistym smrodkiem w tej instytucji.
Kiedy odór skandali w kościele południowoamerykańskim doszedł do swoistego apogeum, nie zawahał się zdymisjonować cały episkopat Chile. Pewnie, że ktoś wnikliwie śledzący wydarzenia około kościelne zripostuje, że to sami tamtejsi biskupi podali się do dymisji, ale jednak stało się to po ich wizycie u samego szefa w Watykanie, czyli po rozmowie z Franciszkiem, która z pewnością nie nosiła znamion kurtuazyjnej.
Przed kilkoma dniami media opublikowały wywiad z członkiem naszego episkopatu, młodym biskupem pomocniczym jednej z diecezji, który w kontekście nagłośnionej sprawy ordynariusza kaliskiego (jednego z „bohaterów” filmu braci Sekielskich i amatora mocnych trunków, którymi leczył frustracje po chłodnym przyjęciu listu rozpaczy skierowanego do współbraci w biskupstwie), stwierdził, że w polskim episkopacie szykuje się coś w rodzaju tsunami, które nadejdzie z samej centrali, czyli od Franciszka.
Na potwierdzenie swojej tezy ujawnił, że w ostatnim czasie do Watykanu trafiły obszerne pisma w sprawie 17 prominentnych biskupów z polskich diecezji.
Trzeba przyznać, że ta informacja poraża i zwiastuje swego rodzaju armagedon, który może skutkować poważnym przetrzebieniem szeregów dostojnych członków naszych kościelnych władz.
W tym kontekście może warto zastanowić się nad kluczem, z jakiego dokonuje się wyboru przyszłych pasterzy diecezjalnych stad.
Sam Kościół przy ogłaszaniu decyzji, która zawsze zarezerwowana jest dla Watykanu, informuje wiernych, że Stolica Apostolska mianowała księdza X do godności biskupa i w diecezjalnej katedrze wybrany otrzyma święcenia pełni kapłaństwa.
Spośród całej rzeszy diecezjalnego duchowieństwa ten zaszczyt dotyka niewielu, co rodzi uzasadnione pytanie:
-Kto może dostąpić takiego wyróżnienia?
Odpowiedź wydaje się oczywista:
-Każdy duchowny może zostać biskupem, jeżeli Duch Święty go sobie wybierze.
No nie do końca tak jest, choć trzeba przyznać, że pojedynczy kapłani z parafialną przeszłością niekiedy dostępują takiego zaszczytu, ale to tytko wyjątki wśród episkopalnego gremium.
Spośród rzeszy duchownych, niektórzy jakby mają bliższą drogę do biskupiego wyróżnienia.
Kiedyś takim biletem do kościelnej kariery było dobre urodzenie, majątek, jaki rodzinka była skłonna ofiarować na rzecz tej instytucji. To jednak już tylko historia, i dobrze.
Teraz przepustką do awansu jest wiedza, najlepiej potwierdzona doktoratem i to na zagranicznej (najlepiej watykańskiej uczelni), później praktyka w kurialnym młynie, bądź kolejne szczeble naukowej drabiny z zaliczeniem pracy w formowaniu kapłańskich powołań w roli profesora seminarium.
Później już tylko trzeba poczekać na to, by znaleźć się na magicznej karcie z 3 nazwiskami kandydatów i najlepiej być na pierwszym miejscu, by tam w Watykanie widzieli, kogo nazwisko zakreślić, i po sprawie.
A Duch Święty, czy już nie potrzeba jego głosu?
Pewnie nie?
Kiedy Chrystus powoływał swoich pomocników – apostołów, i miał łatwiej, choć pewnie wielu zastanawiało się dlaczego wybrał prostych rybaków, a nie zaprosił Uczonych w Piśmie, mądrych przedstawicieli elit intelektualnych.
Tak sobie myślę, że wielu naszych duszpasterzy (biskupów) nigdy nie zaznało parafialnego powietrza i rzeczywistości powszedniego dnia w takich wspólnotach.
To jest dla nich czymś zupełnie obcym, a szkoda.
Może więc potrzeba takiego kościelnego tsunami, aby Duch Święty przewietrzył szeregi tych szczególnie wybranych, bo wielu z nich nigdy nie dorosło do miana pasterzy.
Kryspin

wtorek, 23 czerwca 2020

Bóg niekiedy mówi-sprawdzam!



Wielka szkoda, że mamy coraz mniejszą szansę na spotkania z ostatnimi żyjącymi jeszcze uczestnikami Powstania Warszawskiego, od których możemy dowiedzieć się o heroizmie młodych ludzi walczących o zachowanie godności w starciu z niemieckim okupantem.
Oprócz walki ze znienawidzonym wrogiem, powstańcy starali się w zgliszczach zniszczonych domów pielęgnować normalność:
Działało powstańcze radio, drukowano gazety, organizowano podział żywności, a kapłani pełniący posługę kapelanów powstańczych szeregów, dbali o ich sferę duchową, sprawując msze na podwórkach nadpalonych kamienic i służyli posługą sakramentalną tym, którzy mieli świadomość, że może to ich ostatnia spowiedź, czy komunia święta.
Jeden z księży wspominał, że najpiękniejszymi dla niego przeżyciami tamtego czasu były sakramenty małżeństwa, o które prosili młodzi ludzie.
-”Kochamy się i pragniemy uświęcić naszą miłość z nadzieją, że Bóg otoczy nasz związek swoim błogosławieństwem.”
To były wyjątkowe uroczystości z młodą parą i świadkami, którzy w często zakrwawionych i poszarpanych niedawną walką ubraniach stawali przed kapłanem, aby przez chwilę pooddychać podniosłością tych chwil.
W tych młodych ludziach nie było kalkulacji, że może czas niestosowny, że może warto by było zaczekać, bo kiedyś ta uroczystość mogłaby być bardziej normalna, w gronie bliższych i dalszych przyjaciół.
Oni nie chcieli czekać, wiedząc, że najważniejszym gościem ich szczęścia był On i nic innego nie było ważne.
Wracając do tego, co jest tu i teraz, możemy powiedzieć, że w ostatnich miesiącach przeżywamy, oczywiście z zachowaniem rozsądnych proporcji, podobny czas, kiedy spadła na nas pandemia i życie, także te duchowe, nam się wywróciło:
Ograniczenia dotyczące liczby wiernych w niedzielnych nabożeństwach, przesunięte w czasie uroczystości pierwszych komunii, odwołane kościelne śluby i nawet pogrzeby znanych osób przesunięte na bardziej sposobny czas.
A może ten obecny czas, to swoiste -Sprawdzam:
-Dla społeczeństw, które dotąd żyły z nadzieją, że mają wpływ na wszystko: na wzrost gospodarczy, na dobrobyt będący owocem ciężkiej pracy, a pandemia pokazała, że poza tym wszystkim potrzeba solidaryzmu i odpowiedzialności za tych, którzy w tym wszystkim okazali się najsłabszym ogniwem i potrzebna jest im pomoc.
-Takie sprawdzam Dobry Bóg postawił także przed szeregowymi wierzącymi, beneficjentami kościelnych „usług”, jak i szafarzy bożych darów, kapłanów.
W takiej rzeczywistości rodzi się pytanie:
Czy można było nie przesuwać sakramenty chrztu, uroczystości pierwszych komunii, kościelnych ślubów, czy katolickich pochówków?
Pewnie, że można było, bo żadne pandemiczne restrykcje nie uniemożliwiały udzielania sakramentów.
I tu mam pretensje do parafialnych duszpasterzy, że zapominając o tym, kto w tym wszystkim jest najważniejszy, wpisywali się w narrację beneficjentów sakramentalnych posług:
-Komunia, czy chrzest bez przyjęcia w lokalu, ślub kościelny bez hucznego wesela, a pogrzeb tylko w gronie najbliższych?
Pamiętam jak w 1979 roku przygotowywano pielgrzymkę Jasna Pawła II do Gniezna, i jak wtedy wielu „pobożnych” walczyło o to, by znaleźć się w gronie wybrańców, którym papież osobiście udzieliłby komunii świętej.
Telefony w kurii i wśród parafialnych dostojników były rozgrzane do czerwoności, z jednym pytaniem:
-”Czy wielebny mógłby załatwić miejsce na liście?..... i załatwiali.
Jeden z moich kolegów postawił wtedy retoryczne pytanie:
-”Co jest ważniejsze, najpiękniejszy klejnot (ciało Bożego Syna), czy opakowanie, choćby było ubrane w papieskie szaty?
Bóg niekiedy mówi: Chcę sprawdzić twoją wiarę.
Kryspin

wtorek, 16 czerwca 2020

Jaka jest cena sumienia?



Gdybyśmy cofnęli się w czasie o kilka dobrych lat i znaleźli się w gorączce wyborczej (takiej jaką i teraz przeżywamy), to byśmy byli świadkami mniej lub bardziej jawnych umizgów kandydatów do najwyższych godności, którzy oprócz organizowania wieców, swe kroki kierowaliby w stronę kościelnych dostojników, by uzyskać ich poparcie w wyborczych staraniach.
Pewnie pamiętamy takie „nawrócenie” ze strony jednego z poważniejszych pretendentów do najważniejszego fotela w państwie, który w nadziei przyszłego sukcesu zdecydował się (i to w świetle kamer) na uzupełnienie sakramentalnych braków, by po dwudziestu latach „narzeczeństwa” zdecydować się na sakrament małżeństwa.
Lepiej późno, niż wcale - skomentowałby to ktoś naiwny, ale wielu trzeźwo myślących odebrało to za przejaw politycznego wyrachowania i nie dało się nabrać na ten pusty gest.
Teraz jesteśmy w nowej rzeczywistości i większości kandydatom w nadchodzących wyborach nawet przez myśl nie przemknie, bo w biskupich pałacach szukać przychylności, bo to zdaje się być zgrana karta, gdyż Kościół już przestał być „właścicielem” sumień ludzi zapisanych w metrykalnych księgach.
To kolos na glinianych nogach - twierdzi coraz więcej tych, którzy dotąd wydawali się bezkrytycznie wierni kościelnym włodarzom.
Dodatkowo cięgle wyłażą na światło dzienne afery i jakby tego było mało, pojawiają się kłótnie na górze, jak chociażby kazus ordynariusza diecezji kaliskiej, który uwikłany w tuszowanie obyczajowego skandalu swojego pomagiera w sutannie, zamiast posypać głowę popiołem, wytoczył działa agresji w stosunku do współbraci z Konferencji Episkopatu i nie zawahał się ogniem krytyki przypalić samego Prymasa.
Swoją drogą nie wyobrażam sobie czegoś takiego jeszcze kilkadziesiąt lat temu, kiedy na czele polskiego Kościoła stał Prymas Tysiąclecia, jak określano kardynała Wyszyńskiego; ale on był tym, wokół którego roztaczał się majestat prawdziwej wielkości.
Nie wyobrażałem sobie także, że za ułudę bycia postępowym tak łatwo można by wyrzec się wartości, którymi żyliśmy od pokoleń, a jednak?
Owszem był taki ciemny czas w naszej historii, kiedy etatowi agitatorzy dawnego(i to narzuconego ) systemu pouczali ciemny lud, że prawdziwy postęp staje w sprzeczności z zabobonami głoszonymi z kościelnych ambon.
Przegrali jednak batalię o wykreowanie „nowoczesnego” społeczeństwa, i Bogu dzięki.
Wtedy nieocenione zasługi oddał „niepokornym” Kościół, skutecznie broniący w nich tego, co stanowiło siłę tradycji.
Teraz jest inaczej i to mnie bardzo martwi.
I nie chodzi mi o to, by z kościelnych ambon księża promowali swoje polityczne poglądy, bo to zawsze obracało się przeciwko; ale by odbudowywali przekonanie, że nadal warto w swoim postępowaniu kierować się przesłaniem Chrystusa, i że Jego słowa wcale się nie przeżyły.
One nadal są adresowane do wszystkich, niezależnie od tego, czy noszą moherowy beret, czy stroją się w szaty intelektualisty i postępowca.
Jak niewiele potrzeba, by kupić ludzkie sumienie.
Niekiedy tą ceną są programy socjalne, a w innym przypadku wystarczy poklepanie po ramieniu i uścisk dłoni lansowanego kandydata.
Przeraża mnie, jak łatwo można kupić, a nawet wykreować ludzkie przekonania: sympatię, albo nienawiść, a z tym mamy do czynienia w trakcie kampanijnej gorączki.
Robią to praktycznie wszyscy kandydaci bez jakichkolwiek skrupułów.
Przed rokiem w trakcie towarzyskiego spotkania naraziłem się wszystkim, kiedy zaapelowałem o to, abyśmy dobrze wybrali (było to na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi).
Teraz pewnie ponownie się narażę, ale kolejny raz apeluję o dobry, rozsądny wybór, w którym jedynym głosem wskazującym nam, gdzie powinniśmy postawić krzyżyk, będzie głos naszego sumienia.
Kryspin

środa, 6 maja 2020

Mam się myć się raz do roku?



Jednym z nielicznych dobrych owoców obecnej pandemii jest świadomość, że skutecznym wrogiem tego paskudnego wirusa jest higiena - zachowanie czystości.
Pewnie wielu z nas mogłoby się podpisać pod tym, że jeszcze nigdy nie myliśmy tak często naszych dłoni, i do tego ze świadomością, że jest to odpowiedzialne działanie w profilaktyce przeciwko temu wrogowi, który nie tylko może zafundować nam ciężką chorobę, ale i w wielu przypadkach przyprawić nas o śmierć.
Gdyby ktoś zalecił nam (zwłaszcza teraz), że wystarczy raz do roku zażyć kąpieli i to załatwi sprawę higieny, to pewnie potraktowalibyśmy to jako żart i do tego niemile pachnący.
Tak jak mydło jest koniecznym środkiem wspomagającym nasze zabiegi w utrzymywania czystości naszych ciał, tak sakrament pojednania (spowiedź) dla katolików jest takim zabiegiem zapewniającym czystość duszy, i z tym każdy się zgodzi.
No i tu rodzi się moje zdziwienie, gdy przykazanie kościelne informuje, że katolik powinien: „Przynajmniej raz do roku przystąpić do sakramentu pojednania”...
Jeden raz na 365 dni - duchowa higiena raz do roku?
Ktoś powie: że przecież do spowiedzi każdy może przystępować częściej, w miarę potrzeby...
Czy aby na pewno?
Wyobraźmy sobie, że każdy katolik wyedukowany na dziewięciu pierwszych piątkach (ze spowiedzią), średnio raz w miesiącu zechciałby dokonać takiego duchowego obmycia, aby w znaczącym stopniu pomniejszyć ryzyko zdarzenia skutkującego niespodziewanym, ostatecznym spotkaniem ze Stwórcą.
Pojawić się na nim w brudzie grzechów, to tragedia skutkująca naszym wiecznym potępieniem.
Spowiedź raz w miesiącu dla każdego wiernego jest jednak niewykonalna , i to z prozaicznego powodu: za mało jest spowiedników!
Każdy kapłan musiałby codziennie w konfesjonale spędzać ponad 3 godziny, a to się nie zdarza.
A gdyby wiernym wzrosło zapotrzebowanie na duchową higienę i z sakramentu pojednania zachcieliby korzystać zdecydowanie częściej, to tylko pogorszyłoby sytuację.
Wielu Katolików uważa sakrament pojednania za najbardziej trudny dla nich:
- „Nie odpowiada mi forma Sakramentu spowiedzi, kiedy muszę się dzielić swoimi brudami z innym człowiekiem zasiadającym po drugiej stronie konfesjonału.”
Pewnie kapłani ucięliby to krótko :
-Chrystus jasno określił - „...komu grzechy odpuścicie, będą mu odpuszczone....”
To prawda, ale Zbawiciel nigdy nie wymagał, aby odbywało się to w takiej formie, gdy osoba przystępująca do sakramentu pojednania jest zmuszona do swoistego ekshibicjonizmu.
Wydaje mi się, że dalece ważniejszą od odklepania listy grzechów, jest osobista refleksja penitenta połączona z żalem, że popełnił niegodziwość .
Dla wielu odczuwających swoisty dyskomfort dzielenia się swoimi porażkami (a takimi są z pewnością nasze grzechy), rozwiązaniem byłaby spowiedź powszechna z rozgrzeszeniem dla wszystkich zgromadzonych.
Przecież Kościół w szczególnych okolicznościach dozwala na taką formę sakramentu pojednania, przypominają co bardziej obeznani z tematem.
I to jest prawda: w czasie wojny idącym w bój kapelani udzielali absolucji generalnej (zbiorowego rozgrzeszenia)
Choć nie żyjemy obecnie w takim stanie, to jednak nasza codzienność bardzo często niesie nie mniejsze zagrożenia: wypadki, choroby powodujące nagłe zgony, czy chociażby pandemia śmiercionośnego wirusa.
Może takie właśnie przesłanie dla Kościoła ma obecna rzeczywistość :
-Częsty sakrament pojednania (także w formie zbiorowej spowiedzi ), to największe dobro ze zła, którym dotyka nas obecny czas.
Kryspin, 

wtorek, 28 kwietnia 2020

„Skąd się wzięła żona Kaina?”



Jeden z moich mailowych rozmówców systematycznie dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami dotyczącymi religii, a ściślej rzecz ujmując wyraża krytyczny stosunek do Kościoła Katolickiego, jako depozytariusza prawdy objawionej na temat naszej przyszłości po.
Krytyczne zdanie na temat wiary pewnie czerpał z osobistego przekonania, że wiary w Absolut nijak nie da się racjonalnie uzasadnić, a już o zrozumieniu nie może być mowy.
Dlatego pewnie każdego maila mój adwersarz kończy podpisem: Agnostyk.
W naszej obecnej rzeczywistości, kiedy ludzie coraz bardziej świadomie starają się dociec prawdy, także w kwestiach wiary, systematycznie rośnie liczba osób, które od zgody na przyjęcie czegoś na wiarę, woli dążyć do racjonalnej wiedzy, i kiedy ta nie potrafi przebrnąć przez gąszcz rodzących się pytań, rozkłada bezradnie ręce i godzi się na to, że niektórych spraw nie jest wstanie ogarnąć, więc agnostycyzm jest najlepszą formą odpowiedzi.
To, że ktoś definiuje się jako osoba niezainteresowana pytaniami przyszłość po, wcale nie świadczy o tym, że jest od nich wolna, o czym przekonał mnie mój rozmówca prowokacją:
-„Skąd się wzięła żona Kaina?”
Przez stulecia historii Kościoła pewnie nikt takiego pytania nie stawiał, bo przecież nie wypadało poddawać w wątpliwość objawionych i do tego natchnionych boskim podszeptem treści.
Tak zostało nam przekazane przez Najwyższego i koniec dywagacji i dociekań, a jeżeli komuś rodziły się takie niewygodne pytania, to i tak pozostawał z nimi sam, bo przez wieki Kościół zadbał o to, aby takich dociekliwców skutecznie hamować wizją herezji, która najbardziej zajadłych prowadziła na stos, lub w najlepszym przypadku pieczętowała kościelną anatemą i nieborak już nie mógł liczyć chociażby na to, że po śmierci spocznie w poświęconej ziemi.
Na szczęście mamy już za sobą czas, kiedy ludzie Kościoła zarządzali swoimi stadami wykorzystując narzędzia strachu i katalog kar, którymi trzymali w ryzach owieczki, nawet te, które używając rozumu w codziennym życiu, pokornie wyłączały myślenie w kwestiach wiary, bojąc się niemiłych konsekwencji ze strony hierarchów.
Mój profesor z teologii fundamentalnej zwykł powtarzać:
-”Kościół nigdy nie będzie klubem dyskusyjnym”
I tu (według mnie) się mylił.
Kościół minionego czasu stawiał tezę, że tylko on ma monopol na wiedzę z zakresu wiary, a co za tym idzie, nie dozwalał na stawianie pytań, wątpliwości ze strony szeregowych członków wspólnoty.
Każdy, także szeregowy wierny stanowi istotną część Kościoła i ma pełnię praw stąd wynikających.
Kiedy świat biegnie w pogoni za przełamywaniem kolejnych barier niewiedzy, to także w tym „wyścigu”winien uczestniczyć Kościół, ale w pełnym akceptowaniu także niewygodnych pytań.
Wiernym już nie wystarcza niedzielna obecność na mszy świętej, w trakcie której są skazywani na uczestnictwo w swego rodzaju wiecu, w trakcie którego są zmuszani do wysłuchiwania mniej lub bardziej sensownych przemówień (kazań) aktywisty w sutannie, przekonywującego o słuszności drogi ich wiary.
Trzymając się tej przebrzmiałej już strategii, z pewnością nie przekonają dotąd nie przekonanych, a co za tym idzie, będą po równi pochyłej prowadzić Kościół w kierunku swego rodzaju teatru przeszłości, lub co najwyżej skansenu dawnej obrzędowości, którą jako ciekawostkę będą zaliczać turyści karmiący swoją potrzebę kulturalnego doznania tego, co już dawno stało się tylko historią.
Kościół powinien być otwarty na dyskusję, także na pytania tych, którzy kiedyś podjęli decyzję: „Nie rozumiem, wątpię, odchodzę”
-”Skąd się wzięła żona Kaina?-to wcale nie takie głupie pytanie.
Kryspin

czwartek, 19 marca 2020

Dyspensa – prawo, czy uzurpacja?



Pewnie nie ma osoby, nie tylko w naszym kraju, której nie zajmowałby temat koronawirusa.
Obok realnego zagrożenia naszego zdrowia i życia, skutecznie rujnuje on poukładane dotąd struktury gospodarczego i politycznego ładu, dzięki którym świat żył w miarę przewidywalnym rytmem.
Teraz praktycznie nie ma już żadnej dziedziny życia, która byłaby wolna od skutków, jakie rozsiewa ogólnoświatowa pandemia covi-19.
Paniczny strach przed chorobą wymusza wprowadzenie restrykcyjnych ograniczeń swobód wszystkich obywateli mieszkających na terenie potencjalnego zagrożenia: Zamknięte szkoły, teatry, kina, puby, większość sklepów, no i decyzja o ograniczeniu ilości przebywających w jednym miejscu do 50 osób, to zarządzenia mające na celu postawienie swoistej tamy pełzającej zarazie.
No i tu pojawia się problem, bo nie wszystkim odpowiadają ustanowione przez władze restrykcje.
Zżymają się zapewne kandydaci do prezydenckiego fotela, bo jak ty prowadzić kampanię wyborczą?
Największy zgryz ma jednak Kościół katolicki, bo więcej niż 50 osób, to jeszcze póki co norma niedzielnych mszy.
Członkowie episkopalnej wierchuszki przez kilka dni starali się więc znaleźć obejście przepisu wynikającego z nadzwyczajnej sytuacji i zaproponowali zwiększenie ilości niedzielnych mszy, co po kilkunastu godzinach sami uznali z głupi pomysł, więc zgodzili się na rzecz niebywałą – odwołanie niedzielnych nabożeństw dla wiernych.
Zaraz potem jednak zaznaczyli, że jest to decyzja tylko na pewien okres i dla tego, na ten czas biskupi udzielili dyspensy od obowiązku niedzielnego uczestnictwa we mszy świętej do 29 marca.
Hierarchowie magicznym słowem: dyspensa anulowali karę ustanowioną przykazaniem kościelnym (pierwszym z pięciu), które pod groźbą grzechu ciężkiego (śmiertelnego) nakazuje katolikom udział w niedzielnym nabożeństwie eucharystycznym.
Zasady rządzące Kościołem katolickim, to Pismo Święte i Tradycja, tak najkrócej można by zakreślić ramy moralne tej instytucji.
Jeśli z pierwszym źródłem wiary - biblią, nie ma problemu, to określenie-kościelna Tradycja już rodzi pytanie: kiedy ona powstała?
Tradycja w Kościele korzeniami sięga czasów Apostolskich i jako taka przekazuje to, co uczniowie otrzymali z nauczania i przykładu Jezusa, także i to, czego nauczał ich Duch Święty.
Trudno więc wtłoczyć w te ramy Przykazania kościelne, które w formie restrykcyjnych paragrafów tej instytucji ustanowiono dopiero w XV wieku.
No i dlatego teraz rodzą się więc pytania:
-Dlaczego akurat te zalecenia Kościół uznał za tak ważnie, że opatrzył je określeniem „Przykazania” ?
-Czy to doprecyzowanie miało na celu dookreślenie warunków koniecznych do tego by wierny nie zboczył z drogi zbawienia (niedotrzymanie któregokolwiek opieczętowano karą ciężkiego grzechu)?
-A może miało tylko służyć bezpieczeństwu zarządzających tą instytucją?
Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) jeszcze do niedawna (do Soboru Watykańskiego II) podawał, że: Obowiązek coniedzielnego uczestnictwa we mszy świętej, to pierwsze Przykazanie kościelne, a piąte mówi obowiązku troski o sprawy Kościoła i duchowieństwa.
Obecny KKK zmienił jednak treść obowiązujących katolików przepisów i w przykazaniu piątym nakazuje zachowywanie postu w dniach wyznaczonych przez Kościół.
Chrystus dał Apostołom i ich następcom prawo do sprawowania sakramentu pojednania: „komu grzechy odpuścicie...”, ale nie upoważnił ich do stanowienia, co grzechem jest, a co nie.
W świetle powyższego określenie: dyspensa - niezależnie od tego, czy chodzi o mięso na stołach piątkowej uroczystości, czy nabożne uczestnictwo w niedzielnej mszy, to uzurpacja ze strony tych, którzy sami sobie przyznali takie prawo.
Kryspin

wtorek, 10 marca 2020

Ad limina apostolorum



Biskupi Kościoła katolickiego są cyklicznie zobowiązani do swoistego rachunku sumienia, który składają w czasie wizyty w watykańskiej centrali.
„Ad limina apostolorum”- to cykliczny obowiązek biskupów przedkładania Papieżowi sprawozdania z duszpasterskiej aktywności w powierzonych im Kościołach lokalnych.
W minionych dniach taki rozrachunek przedłożyli Franciszkowi biskupi francuscy, którzy zasygnalizowali, że duszpasterska sytuacja w ich diecezjalnych owczarniach rysuje się tragicznie.
-„W mojej diecezji są obszary, w których właściwie już nie ma ludzi wierzących i duszpasterskie oddziaływanie na znacznych obszarach nie przynosi żadnych pozytywnych skutków...”- stwierdził jeden z hierarchów, a pozostali biskupi z Francji podzielili jego smutne podsumowanie.
No i Franciszek ma zgryz.
Pewnie, że można kolejny raz odwołać się do wielokrotnie już powtarzanej narracji, że świat się zmienia i laicyzacja zbiera swoje żniwo, a Kościół musi się z tym niestety pogodzić.
Bardziej wnikliwi pewnie dorzuciliby, że Francja od dawna przoduje w tym trendzie, bo wystarczy odwołać się chociażby do XVIII wieku, kiedy to Wielka Rewolucja Francuska na swoich sztandarach „zainfekowała” umysły mieszkańców, wskazując Kościół jako największego wroga wolności.
Ale to było już dawno, ponad dwieście lat temu, a problem kryzysu francuskiego Kościoła jest teraz, i może przyczyn obecnej zapaści powinno się poszukać w czymś innym?
Swoją drogą ciekawi mnie, jak będzie wyglądała „ad limina apostolorum”, z którą niebawem do Watykanu przybędą polscy biskupi, bo składając raport religijności w naszych diecezjach nie będą mieli wielu pozytywów, którymi mogliby uspokoić Franciszka, odwołując się do znanej maksymy: „Polonia semper fidelis”
Gdyby popatrzeć chłodnym okiem, to widać aż nadto, że niewiele pozostało z tego zawołania.
Kościoły stały się jakby większe, bo nawet w czasie niedzielnych nabożeństw bez trudu można znaleźć wolne miejsca, by siedząc zaliczyć obowiązkową eucharystię.
Do tego wszystkiego w świątyniach coraz mniej młodych ludzi szuka okazji do spotkania z wiarą, co przenosi się na kwestię sakramentu małżeństwa, który przegrywa z wolnymi związkami.
Tak można by jeszcze długo wyliczać mało chlubne przykłady, które owocują mizerią kondycji naszego Kościoła.
Trudno byłoby szukać tłumaczenia tego trendu w zamierzchłej historii, bo nie dotknęła nas żadna rewolucja, a zamiast porywu wolności, (w tym samym czasie) doświadczaliśmy buta zaborów.
Akurat ten ciemny okres naszej historii przyczynił się jednak rozkwitu wiary; więc to nie to.
A może hierarchowie ( ci z Francji, ale także i nasi rodzimi), winni poszukać przyczyn kryzysu lokalnego Kościoła w sobie samych?
Może żyjąc w „szklanych bańkach” nie rozumieją, że hierarcha to nie udzielny książę, i swoją pieczę nad lokalną owczarnią nie powinien ograniczać tylko do uświetniania parafialnych uroczystości, a kontrolę podległych im wspólnot przeprowadzać bez półrocznego uprzedzenia?
Może warto wsłuchiwać się w głosy szeregowych wiernych, którzy niekiedy latami błagają o zmiany parafialnych włodarzy, bo ci już dawno zapomnieli o tym, że zostali powołani nie po to, aby im służono, ale aby służyć?
Kiedy biskupi episkopatu z Ameryki południowej przez lata taili przed Papieżem pedofilskie skandale, Franciszek nie wahał się zdymisjonować wszystkich członków tamtejszego episkopatu.
Może taki drastyczny środek kościelna centrala winna stosować także wobec tych hierarchów, którzy zdając sprawozdanie ze swojej diecezjalnej aktywności, nie potrafią znaleźć w osobistym zaniedbaniu, bądź nieudolności, przyczyn opłakanej sytuacji swoich owczarni, ograniczając się tylko do gestu rozłożonych bezradnie rąk.
Zdecydowane działanie w takich przypadkach mogłoby być pierwszym krokiem do swoistego oczyszczenia, a co mogłoby prowadzić do powrotu zniesmaczonych obecną sytuacją owieczek.
Kryspin


środa, 4 marca 2020

Jak to jest z tym postem?



Jak to jest z tym postem?
Pytanie może i aktualne, bo czytelnik je zadał kilka dni po środzie popielcowej, która w Kościele rozpoczęła okres Wielkiego Postu.
Praktyki pokutne, a do takowych należy post, wrosły w naszą świadomość od samego początku naszej przygody z chrześcijaństwem i były traktowane całkiem serio, o czym mogły świadczyć chociażby restrykcje za nieprzestrzeganie tego nakazu.
W Polsce Piastów mięsożerca łamiący post musiał się liczyć z karą utraty zębów wyłamywanych przez wyznaczonego do tego procederu kata.
I wszystko to było praktykowane zgodnie z biblijnym zaleceniem: „Jeżeli ręka twoja jest powodem grzechu - odetnij ją..... (Mk 9, 38 )
W tym przypadku warto było poświęcić uzębienie, aby załapać się do Królestwa Niebieskiego.
Większość z nas pewnie z uśmiechem traktuje takie historie sprzed wieków i zastanawia się do jakich, niekiedy nawet okrutnych absurdów, prowadzi bezrozumna wiara.
Powróćmy jednak do listu czytelnika, bo tenże w dalszej treści uzasadnia postawione przez siebie pytanie:
„Siostra na lekcji religii mojej wnuczki w klasie trzeciej mówi, że w czasie postu to Ona pije tylko samą wodę, a ksiądz na religii w klasie piątej grzmi, że jak nie będziecie pościć, to pójdziecie do piekła, no i jeszcze inny duchowny w kościele mówi, że post nie obowiązuje do 18 roku życia i od 60 roku życia.
I bądź tu mądry, a wszystko to w czasie dwóch dni!!!”
No właśnie, jak być mądrym w aspekcie kościelnych zarządzeń w kwestii praktyki postnej.
-W piątki należy powstrzymać się do spożywania pokarmów mięsnych, ale w sytuacjach wyjątkowych: zbiorowe żywienie, przyjęcia okolicznościowe( np. wesele, stypa) zakaz zostaje zawieszony proboszczowską dyspensą.
A jaki jest sens w zakazie niejedzenia mięsa, kiedy delikwent jest wegetarianinem, albo weganinem?
Smakosz krewetek z rusztu, bądź karpia pieczonego na masełku pewnie byłby fanatycznym zwolennikiem takowych praktyk pokutnych.
Mój bliski znajomy, nałogowy palacz (40 papierosów dziennie), całkowicie odstawia papierosy i nie pali w czasie całego Wielkiego Postu, i tak czyni od lat.
Praktyki postne, to samoograniczenie się w różnych kwestiach:
Dla jednych będzie to rezygnacja z mięsa, dla innych odstawienie słodkich łakoci, czy praca nad swoimi wadami, aby choć na jakiś czas im się nie poddawać.
Kościół wchodząc w atmosferę Wielkiego Postu stara się wiernych, odwiedzających świątynie, „zarażać” powagą tego czasu.
W trakcie nabożeństw milkną radosne pieśni, celebrans odprawia mszę we filetowym ornacie, a na kilka dni przed Triduum Paschalnym kościelni aktywiści jak co roku szykują grób, do którego zostanie symbolicznie złożone ciało Zbawiciela po jego męczeńskiej śmierci.
Do tego wszystkiego copiątkowa droga krzyżowa odprawiana w podcieniach kościelnych naw, czy nabożeństwo gorzkich żali..... Czyli dużo się dzieje. .…..A może jednak tak nie do końca?
Kilkanaście osób przechodzących kolejne stacje drogi krzyżowej, czy wierni 70+ zasiadający w ławach nabożeństw gorzkich żali; to mało budzące nadzieje obrazki.
A może świadome, nawet tylko okresowe wyrzeczenie się czegoś, co podcina na skrzydła doskonalszego życia, to dobra droga także w kontekście wiary.
Post w ścisłym religijnie znaczeniu to zbliżenie się do Chrystusa także w poświęceniu, przyjmowaniu woli Ojca nawet wtedy, kiedy jest to dla nas trudne, czy wręcz bolesne.
Tego jednak nie osiągnie się świadectwami egzaltowanej siostry zakonnej, która podnieca swoje ego wielkopostną deklaracją gaszenia pragnienia wyłącznie wodą, czy ksiądz prokurator dusz małolatów, który roztacza przed mięsożercami wizję wiecznego potępienia, czy wreszcie duchowny powierzchownie informujący owieczki o wymogach postnych zaleceń.
Kryspin

wtorek, 25 lutego 2020

A może brom jak codzienny zastrzyk insuliny?



Jeszcze nie ucichły dyskusje, które swym filmem o pedofilii w Kościele wywołali bracia Sekielscy, a już zapowiedzieli kolejny obraz o tym problemie.
Nie wiem, czy odgrzewanie tego tematu wynikło z potrzeby kopania leżącego, czy może spodobał się im „sukces” poprzedniego dokonania i rozgłos okraszony nagrodami różnych mniej lub bardziej znanych instytucji, tego nie wiem?
Pewnie pokłosiem ich filmu stał się niedawno wywiad, rozmowa znanego katolickiego publicysty, który w towarzystwie doktora- seksuologa, próbował dociec, gdzie należałoby szukać przyczyn patologicznych zachowań ludzi w sutannach.
Lekarz odnosząc się do pedofilskich skłonności księży, postawił tezę, że przyczyn należałoby szukać daleko wcześniej, aniżeli w czasie, kiedy młody człowiek dotarł do seminarium, by tam przechodzić drogę formacji do przyszłej służby.
-”Środowisko rodziny, patologiczne zależności, przemoc skrywana pod pozorem pobożności, to praprzyczyny uwalniające późniejsze skłonności, także te, które prowadzą do dewiacyjnych zachowań niektórych kapłanów.”
Muszę przyznać, że to śmiała teza, z którą trudno polemizować, zważywszy, że postawił ją praktyk i znawca tematu.
Zaproszony rozmówca katolickiego redaktora w swojej diagnozie poszedł dalej, bo winą za nastanie złych skłonności w młodych adeptach kapłańskiego powołania obarczył także system formacyjny w seminariach, zauważył brak chociażby kwalifikowanych psychologów, którzy obok moderatorów winni sprawować pieczę nad gronem nieopierzonych kandydatów do służby ołtarza.
W przytoczonej wypowiedzi zabrakło mi szerszego przeanalizowania problemu z seksualnością ludzi w sutannach (podobny niedosyt miałem po filmie Sekielskich, którzy problemem nazywają tylko pedofilię, jakby tylko to było problemem)
To prawda, że Kościół winien staranniej dobierać przełożonych, opiekunów przyszłych duchownych, pomagających im także od strony psychologicznej, ale nie przywiązywał i nadal pewnie nie zauważa potrzeby takiego działania, stawiając na inne sposoby zaradzaniu temu problemowi.
Wspominając sześć lat, kiedy gościłem w seminaryjnych murach, muszę stwierdzić, że nasi przełożeni dobrze wiedzieli, że byliśmy normalnymi, zdrowymi młodymi facetami i hormony w nas buzowały tak samo mocno jak i u innych naszych rówieśników z zewnętrznego świata.
No i coś robili, by temu zaradzić, choć było to tylko „pudrowanie”problemu.
Ojciec duchowny w cotygodniowych prelekcjach przekonywał nas o sile modlitwy w walce z „grzesznymi” pragnieniami, a siostrzyczki serwujące codzienne posiłki, obficie skrapiały je bromem, aby nic głupiego nam po głowie się nie kołatało, i na tym koniec.
W „Zakochanej koloratce” odnosząc się do tych praktyk zaproponowałem, aby po święceniach wyposażać kapłanów nie tylko w brewiarze i różańce, ale także w porcje brunatnej cieczy, którą księża aplikowaliby sobie w trakcie posiłków w parafialnej jadalni.
Absurd?
A może wcale nie?
Cukrzycy wstrzykują sobie codzienną porcję leku by zachować zdrowie, to może i księża mogliby taką codzienną porcję bromu aplikować sobie dla dobra przyrzeczeń celibatu i bezpieczeństwa parafialnych owieczek także.
Problemem Kościoła nie jest tylko pedofilia, czy homoseksualne lobby, o którym tak często rozpisują się łowcy sensacji; prawdziwym złem jest brak prawdy o ludzkich skłonnościach i akceptacja przykrywania zła i pozorowane działania, także w kwestiach seksualności osób duchownych.
Byłem na drugim roku seminarium, kiedy dla kobiety porzucił kapłaństwo mój starszy kolega (dwa lata po święceniach) i wtedy diakon, z którym mieszkałem z cynicznym uśmiechem skwitował tę jego decyzję:
-”Miał ochotę napić się piwa, ale po co zaraz kupował browar?”
Kryspin

wtorek, 11 lutego 2020

„Zły dotyk biskupa”



Nieomal każdy dzień przynosi nam swoistą huśtawkę nastroju, a chodzi mi o zmienność w kwestiach związanych z Kościołem, a konkretnie o stanowisko hierarchów wobec coraz głośniejszej dyskusji o sensie celibatu kapłanów Kościoła Katolickiego.
Od jakiegoś czasu sam Franciszek, kolejnymi decyzjami, zdawał się przygotowywać grunt do zmian w tej materii (czego oznaką miał być chociażby Synod Amazonii mówiący o wyświęcaniu na kapłanów żonatych mężczyzn), ale został skutecznie głosami kościelnej konserwy sprowadzony na ziemię.
Czyli nawet Papież nie wszystko może i musi liczyć się z głosami tych, którzy uważają, że postęp nie musi w Kościele wiązać się z tak drastycznymi zmianami, bo przecież od ponad ośmiu wieków duchowni akceptowali bezżeństwo, jako dodatkowy atut ich powołania, i lepiej tego nie zmieniać.
Pomimo, że od mojej decyzji, iż chcę poświęcić swoje życie służbie kapłańskiej, upływają już 44 lata, nadal spotykam się z pytaniem:
-Dlaczego kiedyś zdecydowałeś się na ten krok?
Moi rozmówcy chcąc zaspokoić swoją ciekawość, zaraz dodają:
-Czy czułeś, że podejmując taką decyzję, odpowiadasz na głos powołania?
Za każdym razem odpowiadam tak samo:
-Tak, czułem, że Bóg chciał, abym odpowiedział na jego zaproszenie; no i zaraz potem dodaję:
-A co do pewności, że to nie była pomyłka, to sześć lat seminarium, których nie dałoby się przeżyć bez powołania.
Kolejnym pytaniem(rzadziej stawianym) jest to, dlaczego odszedłem z kapłaństwa?
Zawsze odpowiadam tak samo:
-Przez sześć lat seminaryjnej formacji żaden z moderatorów nie pomógł mi w rozeznaniu rodzaju powołania, które skierował do mnie Bóg.
Nikt z seminaryjnych władz w tym mi nie pomógł, bo nie mógł tego zrobić, będąc trybikiem tej machiny, która w XII wprowadziła bezżeństwo duchownych.
Celibat jest ludzkim zarządzeniem nie mającym żadnego odniesienia do tego, czego dla Kościoła chciał Chrystus, i także tego, czego oczekiwali od swoich następców pierwsi uczniowie Mistrza- Apostołowie.
To, czego nie uświadomiono mi w seminarium, to w prosty sposób wyjaśnił mi duchowny z Kościoła Prawosławnego:
-„Bóg powołuje swoich pomocników na dwóch poziomach:
-Pierwszym jest powołanie do życia monastycznego (zakonnego). Ci ludzie obdarzeni są wyjątkowym powołaniem, dlatego świadomie, poświęcając się takiej służbie na wyłączność, stojąc twarzą w twarz ze Stwórcą, rezygnują z małżeństwa.
-Drugim rodzajem powołania jest Jego wezwanie, aby powołani, żyjąc w świecie, stawali się pośrednikami Bożej miłości dla pozostałych wiernych, by dla nich sprawowali posługę hierarchicznych pośredników; no i w ich przypadku nie ma potrzeby rezygnacji z życia rodzinnego.”
Przed kilkoma dniami media przedstawiły kolejny kwiatek z kościelnej łączki, który opatrzono tytułem:”Zły dotyk biskupa”. To kolejny przypadek ujawniony przypadek kapłańskiego zachowania dalekiego od celibatowego przyrzeczenia. Dodatkowego smaczku temu doniesieniu dodają dwie kwestie:
Zły dotyk dotyczył molestowania nieletniej, a do tego duchowny w purpurze w przeszłości zajmował się kształtowaniem sumień przyszłych kapłanów jako Ojciec Duchowny - pierwszy po Rektorze w drabince seminaryjnej ważności.
„Nie ze wszystkim trzeba się zgadzać z Franciszkiem”- stwierdził ostatnio jeden z naszych purpuratów; co dziwi. Idąc za jego sugestią pozwolę sobie nie zgodzić się z głosem Papieża, że:” celibat jest niezaprzeczalną wartością Kościoła” .
Celibat jest zatrutym kwiatem, który kiedyś przyjął Kościół od tego, którego Zbawiciel określił mianem księcia ciemności.

Kryspin

czwartek, 30 stycznia 2020

„Lekarza nie potrzebują zdrowi, ale ci, co się źle mają.”



Niezależnie od fali krytycznych uwag kierowanych do służby zdrowia, a szczególnie do instytucji NFZ (Narodowy Fundusz Zdrowia), która zajmuje się logistyką w świadczeniu usług medycznych, to pomysł podstawowej opieki medycznej świadczonej przez lekarzy rodzinnych, zasługuje na pochwałę.
Pewnie, że nie wszystko działa wzorowo, ale ludziom borykającym się ze zdrowiem łatwiej jest szukać pomocy u lekarza, którego zna i który zna także jego.
Podobnym sposobem bycia blisko potrzebujących jest instytucja dzielnicowych, przedstawicieli policji, którzy w założeniu powinni znać najbliższe im środowisko, aby zawczasu reagować na wszelkiego rodzaju zakusy tych, którzy w przekraczaniu prawa chcieliby uczynić sobie sposób na życie.
Kościół mógłby pochwalić się najdłuższą tradycją bycia blisko wiernych, bo od wieków realizuje swoją misję w ramach wspólnot parafialnych, które gęstą siecią pokrywają wszystkie zakątki naszej ojczyzny.
Niby wszystko jest dopracowane i kapłani spotykają się z wiernymi w trakcie niedzielnych nabożeństw, a jeżeli do tego dodać religijną edukację małolatów, to wydaje się, że już nic więcej nie potrzeba robić, aby każdy mógł (w razie potrzeby) otrzymać pomoc, poradę od swojego duszpasterza.
Pewnie, że można by jeszcze wyliczać bardzo długo inicjatywy parafialnych duszpasterzy:
Coroczne rekolekcje, dni spowiedzi przy okazji najważniejszych świąt, no i te inne akcje, którymi zajmują się parafialne aktywistki.
Księża jednak żyjąc w parafii zbyt często traktują to jako rodzaj Bożego dopustu i może w tym tkwi przyczyna, że korzystając z jakiejkolwiek okazji swój pobyt wśród wiernych ograniczają do absolutnego minimum.
Owszem, niekiedy obierają sobie kilka rodzin, z którymi nawiązują bliższe relacje: imieniny znajomego parafianina, czy chociażby popołudniowa kawka w zaprzyjaźnionym domu i na tym koniec bratania się z owieczkami.
„Lekarza nie potrzebują zdrowi, ale ci, co się źle mają”(Mk2,17)
To chyba najbardziej jasne polecenie Chrystusa skierowane do uczniów, ale i kapłanów także.
Aby być skutecznym lekarzem ludzkich sumień, duszpasterz winien być wśród swoich owieczek na stałe, 24 godziny na dobę, bo tylko wtedy będzie skutecznie realizował powierzoną mu misję.
Kiedyś poznałem proboszcza z małej, wiejskiej parafii, który powiedział mi:” Choć mam mało owieczek w parafialnej gromadce (raptem około 700 osób), to nigdy bym ich nie opuścił, choć biskup proponował mi inną parafię, większą i lepszą... To jest moja rodzina i znam wszystkich po imieniu . Odwiedzam ich przy okazji rodzinnych uroczystości, a na 18 urodziny każdemu daję prezent w postaci mszy w jego intencji, aby z Bogiem wchodził w dorosłe życie.”
Dobiegają końca coroczne odwiedziny duszpasterskie-parafialne kolędy i niestety w wielu przypadkach kapłani powielili coroczny styl poborcy rocznej daniny, ograniczając spotkania do kilku chwil, tak aby zainkasować kopertę i pognać dalej.
To przykry, ale coraz częstszy obrazek z kolędowych wizyt.
Znam jednak księdza, który informując parafian o porządku kolędy, z góry wyznacza trzy dłuższe przystanki:
Pierwszy to obiad z wyznaczoną rodziną, później, tak w połowie trasy kawa ze słodkościami u kolejnych parafian i na koniec odwiedzin kolacja w ostatnim domu.
Co roku przystanki są w innych rodzinach, bo w takich okolicznościach lepiej poznaje parafian.
Ktoś teraz wypaliłby, że facet ma tupet..... ale nic z tych rzeczy.
Dwa dni przed planowanymi odwiedzinami wysyła do tych rodzin ministranta z kopertami, w których są pieniądze na potrzebne zakupy związane z jego postojami.
A, i jeszcze jedno: Kolęda w jego parafii trwa wiele tygodni, a na odwiedziny w każdym domu przeznacza minimum pół godziny.
„Zawsze jest o czym pogadać w gronie bliskich.”-dodaje ze szczerym uśmiechem.
Kryspin.

piątek, 10 stycznia 2020

A dla kogo ten wywiad?



„A dla kogo ten wywiad?”
To pierwsze, wzięte rodem z klasyki kabaretu stwierdzenie, które mi przyszło na myśl po przeczytaniu sprawozdania KAI (Katolickiej Agencji Informacyjnej) z przeprowadzonego w grudniu(w ostatnią niedzielę roku liturgicznego) corocznego spisu religijności owieczek Kościoła Katolickiego w Polsce.
Co prawda komentatorzy Agencji stwierdzili, że religijność Polaków nadal miała tendencję spadkową , bo w 2018 roku 38,3% wiernych uczestniczyło w niedzielnych nabożeństwach, to w 2019 już tylko 38,2%.
Tegoroczny wynik jednak wcale nie okazał się taki zły, bo spadek o 0,1% to przecież mógł być efektem niedoskonałego liczenia, powiedziałby czytelnik raportu.
Mam osobiście poważne wątpliwości, czy owieczki zostały rzetelnie policzone i czy nie doszło w tym przypadku do „kreatywnej księgowości” ze strony parafialnych duszpasterzy, którzy wysokość religijnego słupka dostosowali do oczekiwań przełożonych z kurialnych salonów.
W raporcie podano ilość parafii w Polsce- ponad 10000, z czego większość ( wiernych im przypisanych) przypada na miasta, a tam odsetek uczestniczących w niedzielnych nabożeństwach spada do poziomu poniżej 20% z tendencją spadkową wprost proporcjonalnie do ich wielkości.
Małe wiejskie społeczności parafialne nie są wstanie nadrobić tej frekwencji.
Kolejne dane, mówiące o poziomie religijnego wyrobienia mierzone ilością niedzielnych komunii na poziomie 17% też wydają się przeszacowane i nie do końca jasne.
Bo w raporcie nie podano, czy chodzi o procent uczestniczących w liturgii, czy tzw. zobowiązanych.
Inną kwestią pozostaje to, ilu z wiernych przyjmowało komunię ze świadomością, a ilu z bezrefleksyjnym ceremoniałem, bo tak wypadało.
-„W kościele, obok mnie stał nasz sąsiad, ten wredny typ, którego nigdy nie strawię, i wyobraźcie sobie, że gdy poszedłem do komunii, on także do niej przystąpił zaraz po mnie...bezczelny typ.
Szlag by mnie trafił, kiedy tak bezczelnie się zachował. Po mszy kolejny raz spotkałem tego typa, bo stał i rozmawiał z naszą znajomą. Podszedłem blisko i powiedziałem: Dzień dobry Pani Mario, a jego potraktowałem jak powietrze. Musieli byście widzieć jego minę, kiedy obrzuciłem go tylko chłodnym wzrokiem, a co?”
To relacja katolika, który co niedzielę zaliczał niedzielną mszę z komunią włącznie.
Pewnie wielu doliczylibyśmy się takich bogobojnych wśród tych 17% komunikujących.
To przykra konkluzja, ale mnie przerażają inne dane, w których czytamy, że aż 86% dzieci i młodzieży zaliczało w minionym roku obowiązek religijnej edukacji.
To winno budzić niepokój, że wraz z zakończeniem katechezy szkolnej, następuje koniec religijności ludzi młodych: 86% - 38,2%
A może „sukces”Konkordatu wprowadzający religię do szkół nie był wcale zwycięstwem?
Dane raportu religijności polskich katolików byłyby zwyczajnym pustosłowiem, gdyby nie posłużyły do wnikliwej analizy i nie prowadziły do wniosków, że trzeba coś zmienić.
Duszpasterstwo rodzin to może nawet i pięknie brzmi, ale bez działania to tylko pusty slogan.
W raporcie KAI czytamy, że w Polsce jest 25000 księży, co pobieżnie licząc daje jednego kapłana na około 300 rodzin.
Tak się składa, że przeżywamy obecnie okres corocznych odwiedzin duszpasterskich, zwanych kolędą. Kapłani odwiedzają rodziny w swoich parafiach: 15 minut, błogosławieństwo i koperta.
A może warto, by duszpasterz postarał się lepiej poznać swoje owieczki w trakcie dłuższego spotkania, i nie koniecznie tylko przy okazji kolędy?
Może dobrze by było, gdyby zobaczył ich nie tylko w odświętnym ubraniu, ale i wtedy, kiedy mają troski, gdy są smutni, zapłakani, bo wtedy potrzeba im najbardziej życzliwego spotkania.
Takie odwiedziny bez okazji, jak to ma miejsce wśród przyjaciół.
Kryspin

środa, 18 grudnia 2019

Samotne święta bolą szczególnie.



„ Od jedenastu lat, kiedy umarł mój mąż, boję się kolejnych świąt Bożego Narodzenia, bo będą to bardzo smutne dla mnie dni.
Choć mam dwoje dzieci, to nie mogę liczyć na to, że razem będziemy oczekiwali na pierwszą gwiazdkę, wspólną wieczerzę wigilijną, by później uśmiechać się przy rozpakowywaniu prezentów.
To już nie dla mnie, bo choć mam dwoje dorosłych dzieci, to ze względu na odległość pomiędzy naszymi domami (syn mieszka w Norwegii, córka w Kanadzie), musi mi wystarczyć chwila rozmowy z nimi przez telefon, choć akurat w tym dniu nie specjalnie mam na nią ochotę.
Niekiedy wydaje mi się, że ktoś kiedyś wymyślił święta tylko po to, aby karać nimi tych, którzy pozostają w tych dniach bez kogokolwiek bliskiego....”
Samotność boli, samotność w świątecznym czasie, kiedy człowiek powinien się uśmiechać i przeżywać radość, boli szczególnie.
Co prawda jest wśród nas wielu wrażliwych, którzy nie licząc czasu, a niekiedy i niemałych środków finansowych, corocznie próbują „naprawiać” niesprawiedliwy los, który niektórych ludzi doświadcza ponad miarę.
-Dlaczego Dobry Boże tyle krzyży składasz na słabe, ludzkie ramiona?
-Czymże zawiniło Ci małe dziecko na oddziale onkologicznym, które pewnie nie dożyje kolejnych świąt, a i te są smutne, bo spędzone na kolejnej porcji chemii?
-Dlaczego pozwalasz, by walił się świat i sens życia ojcu, który stracił pracę, zupełnie nie widząc światełka nadziei i zżyma się na samą myśl, jak ma to powiedzieć najbliższym?
I tak można by mnożyć te pytania, ale Ty jesteś póki co malutki i nieporadny w betlejemskiej stajni, i pewnie przyjdzie nam czekać do czasu, kiedy odpowiedzią Boga stanie się krzyż, choć i tego do końca nie potrafimy zrozumieć....
W tym samym, retorycznym tonie pozostanie pytanie:
Dlaczego Dobry Bóg skazuje niektórych ludzi na przeżywanie samotności, choć nigdy o nią nie prosili i może dlatego jest im tak ciężko ją znosić.
Pamiętam z dzieciństwa rekolekcje parafialne i nauki misjonarza, który próbował dzieciom wytłumaczyć sens cierpienia, chorób dotykających nawet najmniejsze dzieci.
Rekolekcjonista wyciągnął przed siebie krzyż i trzymając go wysoko, powiedział, że to prezent od Pana Jezusa, dar doskonałej miłości, jaką na krzyżu rozsiewał Zbawiciel.
Trudno zrozumieć logikę Boga, który wybrał, Odkupienie naszych win przez krzyż, który „zafundował” swojemu synowi....
Czy więc samotność jest takim kolejnym, trudnym darem od Boga?
Pewnie już rozdano paczki ze świątecznych zbiórek, na mniejszych lub większych salach ludzie wrażliwych serc nakarmili bezdomnych i teraz pewnie sposobią się do domowej wigilii.
Przy nakrytym białym obrusem stole poustawiają nakrycia dla wszystkich zaproszonych na wigilijną wieczerzę, i pozostanie jedno wolne miejsce dla podróżnego, który niespodziewanie mógłby zapukać do ich drzwi.
A może warto wsłuchać się w cichy smutek samotnego człowieka, który może niedaleko: za ścianą, lub dwa domy od nas zza firanki będzie wpatrywał się w betlejemską gwiazdę wspominając czas, kiedy i wokół niego było życie, szczebiot dziecięcych głosów i gromkie tony śpiewanej wspólnie z innymi kolędy.
A może warto zaprosić kogoś samotnego na wspólne przeżywanie radości Bożego Narodzenia. Pewnie on (ona), zaskoczeni waszą propozycją, nie przyniosą ze sobą paczuszki z podarunkami dla domowników, i może nawet wyszukanymi słowami nie potrafią podziękować za gościnę, to ich oczy, w których może po raz pierwszy od lat rozbłyśnie iskierka radości, będą najpiękniejszym prezentem od nich.
I tego życzmy sobie nawzajem:
Abyśmy wszyscy dzielili się radością ze wspólnego przeżywania świąt Bożego Narodzenia.
Kryspin


środa, 11 grudnia 2019

Bożonarodzeniowe anty-aggiornamento



Mroźny grudniowy poranek, a właściwie schyłek nocy, bo do 6.00 rano pozostawało jeszcze sporo czasu i na dworze panował mrok.
Pamiętam takie grudniowe poranki, kiedy w towarzystwie mamy każdego dnia adwentowego oczekiwania przemierzałem drogę do kościoła, by razem z pokaźną gromadą niedorostków takich jak ja przeżywać szczególną liturgię adwentowej mszy.
To było niesamowite doznanie, które zaczynało się już chwilę po opuszczeniu ciepłego domu. Na ulicach iskrzyły się światełka zlewające się w jeden nurt niczym górskie strumyki, które wraz ze zbliżaniem się do kościoła stawały się się rzeką świateł stworzonych przez zapalone, kolorowe lampiony, dumnie trzymane w rękach małolatów spieszących na ranną liturgię.
W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że te świecące rekwizyty nie pochodziły ze stoiska w pobliskim markecie, bo tych zwyczajnie jeszcze nie było, a jedynym towarem kojarzonym z dalekimi Chinami był ryż z półek osiedlowego sklepu.
Lampiony robiły dzieciaki w szkole na zajęciach z prac ręcznych, ale w przypadku tych mniejszych, nie mających jeszcze umiejętności samodzielnego budowania kolorowo świecących lampek, do pomocy stawali ojcowie i pomagali im w domowym zaciszu tworzyć delikatną konstrukcję z kolorowej krepy.
Najpiękniejszym wspomnieniem z tamtych Rorat na zawsze pozostanie mi obraz kościoła pogrążonego w mroku i moment liturgii, kiedy celebrans intonował: „Chwała na wysokości Bogu..” i ciemności świątyni eksplodowały zapalanymi w tym momencie wszystkimi światłami.
Minęło od tego czasu tyle lat, że tamte obrazy dla wielu są już tylko historią, bo świat się zmienia.
Przy małym, drewnianym kościółku, który mijam za każdym razem, kiedy muszę załatwić coś w pobliskiej miejscowości, na początku adwentu zainstalowano ogromną, sztuczną choinkę ze srebrnymi, plastikowymi ozdobami i pewnie jak co roku obok niej pojawi się dmuchany św. Mikołaj, aby całość dopasowała się do otoczenia przystrojonego w świecące, pozawieszane na okolicznych latarniach neony, jakby chciały stworzyć nastrój nadchodzącego święta.
Pewnie w niedalekiej przyszłości ktoś opracuje także sposób na sztuczny śnieg, rozsypywany wokół naszych domów, by było tak jak kiedyś.
Ale to wszystko będzie tylko rodzajem teatralnej scenografii, którą potem posprząta się do magazynów, by za rok na nowo z niej tworzyć ten rekonstrukcyjny miraż.
Świat już taki jest i to co było, już nie wróci, bo człowiek łatwo przyzwyczaja się do dobrego i nie chce wracać do siermiężnej rzeczywistości minionych lat-twierdzą koryfeusze postępu i w ten ton zdaje się wpisywać także współczesny Kościół.
Przecież żyjemy tradycją, zdają się głosić kapłani wyliczając, że tak naprawdę się nic nie zmieniło.
Nadal w świątyniach celebruje się adwentowe roraty...... a że nie są to już poranne msze? Popołudniowa pora jest bardziej stosowna, bo dzieciaki i tak mają deficyt snu w codziennych obowiązkach, które serwuje im życie.
Nadal w świątyniach są instalowane bożonarodzeniowe żłóbki, a że z plastikowymi figurkami, to przecież może i lepiej, bo są bardziej bliskie dzieciom wychowanym na klockach Lego.
A że coraz mniej ich przy tych nowoczesnych żłóbkach....to wina laicyzacji życia, od której one także nie są wolne i trudno.
W połowie XX wieku Kościół wprowadzając idee Soboru Watykańskiego II przyjął zasadę, że tenże winien dostosowywać się do zmieniającego się świata, dlatego Ojcowie tegoż zgromadzenia wprowadzili słynne Aggiornamento, czyli dostosowanie się Kościoła do dzisiejszego dnia.
Nie negując słuszności tamtych założeń, sądzę,że Kościół dzisiaj winien wprowadzić chociażby w w tak drobnych sprawach, jak pielęgnowanie około-świątecznych zwyczajów, zasadę anty-aggiornamento, co mogłoby być dobrym darem dla tych, którym święta Bożego Narodzenia, ale i te inne, kojarzą się z czymś więcej aniżeli tylko z tym, co niesie ze sobą komercja.
Kryspin

środa, 4 grudnia 2019

Lęki Herodów



A może zmierzyłby się pan z takim tematem i zajął stanowisko?
Niedawno leżałam w szpitalu. Budząc się z narkozy pierwsze co zobaczyłam to wiszący naprzeciwko konający na krzyżu człowiek.
Unieruchomiona w łóżku nie miałam ucieczki od tego widoku przez kilkanaście dni. Każdorazowe otwarcie oczu nieuchronnie zmuszało mnie do konstatacji :”Memento mori”
Proszę mi wierzyć że dla człowieka walczącego o życie, balansującego na granicy śmierci taki widok jest psychiczną torturą.
Czy naprawdę nasz kraj musi być wszędzie oznaczony krzyżami jak psim moczem terytorium?”
Przyznam, że miałem wątpliwości, czy w formie publicznej mierzyć się z tym wywołanym przez czytelniczkę tematem, ale kiedy sam sobie zdawałem pytanie, czy jest on właściwym, zwłaszcza w kontekście nadchodzących świąt, kiedy (niezależnie od poziomu naszej wiary) będziemy przeżywać siłę bożonarodzeniowej tradycji, w medialnych doniesieniach pojawił się tenże sam problem:
Konkretnie decyzja radnych miasta Warszawy, że tego roku rezygnują z wigilijnego opłatka z duchownymi w tle.
Aby uciąć jakiekolwiek rozważania, czy to słuszna decyzja, przeciwniczki wigilijnego spotkania podjęły tę inicjatywę, powołując się na konstytucyjny rozdział Państwa i Kościoła, dodatkowo uznały także, że marnowanie półtorej godziny na rozmowy o niczym przy łamaniu się białym wafelkiem, to strata cennego czasu, który można wykorzystać chociażby na dopracowanie kolejnych, ważnych dla miasta uchwał.
W dalszej części medialnej dyskusji oponenci pielęgnowania tradycji także zauważają, że Kościół jest zbyt nachalny włażąc w sfery publicznego życia, kiedy już dawno utracił legitymację do tego, by mienić się rzecznikiem spraw duchowych ogółu.
Kiedy na świat przyszedł Boży Syn narodzony w betlejemskim żłobie, wywołał strach u Heroda i ten postanowił wymazać go historii przez morderstwo. Później, kiedy Nauczyciel z Galilei poinformował świat o swojej zbawczej misji, przedstawiciele Sanhedrynu zafundowali mu krzyż, a On jakby uprzedzając historię zapowiedział, że będzie to znak, któremu sprzeciwiać się będą.
No i przez wieki narodziło się wielu Robespierrów, Hitlerów, Stalinów, czy ojców „postępu” w stylu chińskiego „wizjonera” Mao Tse-tunga, którym przeszkadzał swoim przesłaniem.
Swoją drogą to bardzo przykre, że dzisiaj odżywa u nas, w niektórych ludziach niechęć, albo wręcz nienawiść do tego, co przez stulecia stanowiło siłę naszej tradycji i dlatego podnoszą krzyk sprzeciwu.
A może to swoisty wyrzut sumienia, który w ten sposób akcentuje i lęk przed zmarnowaną szansą bycia w pobliżu małego Jezusa i później tego na krzyżu, który może w dalece niezrozumiały dla nich sposób, manifestował miłość do każdego człowieka, także do tego, który niekiedy w bardzo obcesowy sposób stara się stawiać siebie po stronie Herodów.
Krzyż w szpitalnej sali, który dla wielu jest balsamem łagodzącym cierpienie, dla tej pani wywołuje przerażenie. Podobnie i biały opłatek, przez który przekazujemy dobre myśli osobom będącym wokół nas, to są wyrzuty sumienia dla „wyzwolonych” radnych, którzy już bardzo daleko odeszli nie tylko od korzeni, tradycji, czy jak byśmy to nazywali, ale i od istoty ludzkiego przeznaczenia. Pani ze szpitala boi się kołaczącego się w jej umyśle zawołania:”Memento mori”, bo dla niej po spełnieniu się tej zapowiedzi nie pozostanie już nic.
Dla radnych przerażonych perspektywą zobowiązania, które wypowiedzieliby przy łamaniu się chlebem, Bóg zachowuje jeszcze promyk nadziei, że może kiedyś przełamią w sobie nienawiść i w ich sercach na nowo zagości nadzieja.
Kryspin