wtorek, 25 czerwca 2019

Młot, czy młoteczek na kościelnych pedofilów?



No i z wielkiej chmury spadł mały deszcz, a może raczej trzeba by powiedzieć, że był to ledwie kapuśniaczek.
Tak można by podsumować przyjazd do naszego Kościoła biskupa Malty Charlesa Sciclunę.
Co prawda zaproszenie do tego dostojnika nasi dostojnicy wysłali już ponad rok temu, ale musieli uzbroić się w cierpliwość( a może i obawę), bo tenże bliski współpracownik samego Franciszka miał póki co pełne ręce roboty ze sprzątaniem pedofilskich skandali w innych częściach światowego Kościoła.
Trzeba przyznać, że Scicluna na poważnie potraktował wytyczne o zeru tolerancji względem dewiacyjnych zachowań niektórych duchownych, co dało mu przydomek „młota na pedofilii w sutannach”. To określenie wcale nie było czymś nad wyraz, co biskup z Malty udowodnił stanowczym działaniem w przypadku hierarchów chilijskiego episkopatu, którzy po jego „kontroli”zostali odwołani ze swoich stanowisk.
Chyba nikogo nie dziwiły więc spekulacje, którymi żyli ostatnio przedstawiciele różnych środowisk: tych pro i anty kościelnych, i każde z nich miało swoje oczekiwania, nadzieje i strach związany z wizytą w polskim episkopacie watykańskiego młota na pedofilów.
Dodatkowego smaczku dodał,(z pewnością zupełnie przypadkowo) wyemitowany ostatnio w naszych kinach film braci Sekielskich, który musiał znaleźć się w programie odwiedzającego polskich biskupów „kolegi” z Malty.
Watykański wysłannik przyjechał, obejrzał seans filmowy, posiedział przy prezydialnym stole w trakcie spotkania polskiego Episkopatu, zabrał nawet głos, by uciąć spekulacje co do powodu przyjazdu i na koniec wystawił swoistą laurkę zebranym biskupom, że ich działania w bliskiej mu kwestii zwalczania pedofilii w Kościele, w jego ocenie w pełni realizują linię Franciszka.
Po takim podsumowaniu zabrakło mi już tylko gestu uniesionej pięści i głośnego wezwania:
”Tak trzymać!”
Scicluna pewnie zawiódł tych, którzy oczekiwali swoistego trzęsienia ziemi, bo nic takiego nie miało miejsca, a młot okazał się młoteczkiem rodem z zapomnianego już przez wielu z nas programu „zrób to sam”, gdzie prowadzący używał takiego miniaturowego rekwizytu, by w listewki wbijać gwoździe z małymi łepkami.
Po wyjeździe bp-a Malty odezwali się komentatorzy kościelnej sceny i szukając pozytywów jego odwiedzin, doszli do wniosku, że zaowocuje ona samooczyszczeniem się naszego Kościoła.
Czyli jak w telewizyjnym programie pana Słodowego - zrób to sam!
Można by rzec, że cuda się niekiedy zdarzają, ale czy w tym przypadku także?
Mam obawy, że nie.
Dlaczego jestem takim niedowiarkiem?
No bo już kiedyś (i to wcale nie tak dawno) w podobnie wyjątkowej grupie przedstawiciele szczególnego zawodu (niektórzy określają to także swoistym powołaniem), jakim są Sędziowie, zapewniali, że ta grupa także dokona samooczyszczenia.
No i póki co jest tak jak jest, czyli cytując klasyka-”lipa”
Oba te środowiska winna cechować cnota zaufania publicznego, ale w obu tych przypadkach mamy do czynienia z wyborem na te stanowiska dokonywanym bez zapytania suwerena, czy akceptuje te nominacje.
Jest jeszcze jedna wspólna cecha łącząca te dwie profesje-nieusuwalność (choć w przypadku kościelnych procedur wyznaczono granicę 75 lat, jako rozsądny wiek do przejścia na emeryturę)
A gdyby tak zastosować zasadę, że takie nominacje na piastowanie tychże urzędów podlegałyby cyklicznym (powiedzmy raz na pięć lat) wotum zaufania, które wyrażał by suweren w formie swoistego referendum?
W takim przypadku uniknęli byśmy bezsensownych dyskusji ilu potrzeba lat, by ktoś przechodził w stan spoczynku, a jedynym kryterium pozostania w pełnionej służbie byłoby to, czy taki delikwent jest odpowiedzialnym w swych decyzjach i z mądrością kieruje się zasadą dobra dla tych, którzy zostali powierzeni jego opiece, czy osądowi.
Kryspin

wtorek, 18 czerwca 2019

"Paradoks Papieża Franciszka"


Paradoks Papieża Franciszka”
Luca Diotallevi, wybitny socjolog, wykładowca wielu prestiżowych uczelni, opublikował ostatnio książkę:”Paradoks Papieża Franciszka” z podtytułem:”Sekularyzacja między boomem religijnym, a kryzysem chrześcijaństwa”.
Na początku tego opracowania autor stawia tezę, że w żaden sposób nauka nie jest w stanie wytłumaczyć „fenomenu Franciszka”, który jest niekwestionowanym „idolem” dla milionów ( i to nie tylko Katolików), a jednocześnie kierowany przez niego Kościół stacza się coraz bardziej w odmęty skandali i traci pozycję moralnego guru wyznaczającego drogę postępowania dla członków tej religijnej wspólnoty.
Luca Diotallevi, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie o przyczynę tego paradoksu, stawia tezę, że obecnie mamy do czynienia ze „zjawiskiem paradoksalnym, z jakim nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy”. Chce on wyjaśnić ów fenomen – jak sam zastrzega – jako socjolog a nie jako teolog. Podkreśla, że nie utożsamia się ani ze zwolennikami, ani z przeciwnikami obecnej linii papiestwa i dochodzi przy tym do wniosku, że paradoksu Franciszka nie da się wyjaśnić w świetle klasycznej teorii sekularyzacji.
Na koniec wybitny socjolog zauważa, że dziś na całym świecie obserwujemy religijny boom, który nie wiąże się jednak z tradycyjnymi wyznaniami, lecz z tym, co nazywa:„religią o niskiej intensywności”, która selektywnie traktuje style, symbole i retorykę, kierując się konsumpcyjnym prymatem popytu nad podażą.
Przyznam, że odczuwam pewien niedosyt po lekturze rozważań Diotalleviego, bo autor, owszem, naszkicował problem, który określił mianem „paradoksu Franciszka”, ale potem zabrakło mi tego, co winno się znaleźć w podsumowaniu naukowych dociekań. Autor, pewnie uznając to za zbyt ryzykowną tezę, nie starał się udzielić odpowiedzi na istotne w tym wszystkim pytanie: czym może skutkować ten fenomen.
Religia o niskiej intensywności”- to określenie zastosowane w opracowaniu Diotalleviego oddaje istotę obecnego „paradoksu” wiary, któremu poddaje się coraz więcej osób poszukujących pożywki dla swoich duchowych pragnień.
Może trzeba by pójść jeszcze o krok dalej i użyć określenia: religijność o niskiej intensywności, by problem stał się bardziej bliski, taki skrojony na naszą miarę.
Zatem to wszystko, co nas spotyka w kwestii naszych religijnych przeżyć, ma swoje źródło w niskiej intensywności wiary?
Czyli co ?.............Mam chodzić do kościoła każdego dnia, klepać pacierze od rana do nocy i może jeszcze wyzbywać się wszystkiego (także dorobku ciężkiej pracy) by stawać się bardziej „intensywnym” w swojej wierze?
Papież Franciszek swoim osobistym przekładem pokazuje światu, że intensywności wiary nie mierzy się ilością zaliczonych „sprawności”dobrego katolika, ale prostotą w przeżywaniu głębi spotkań człowieka z fenomenem Bożej miłości, której apogeum dokonało się ponad dwa tysiące lat temu w osobie Jezusa Chrystusa.
I tak na koniec jeszcze jedno, o czym warto by było pamiętać, zwłaszcza wtedy, kiedy ustawiamy się w jednym szeregu tych, którzy karmią swoje frustracje w kwestii wiary pełnymi jadu atakami na sprawy religii: A to pedofilia w Kościele, a to mamona zionąca z każdego zakamarku kościelnej kruchty, a jeszcze pycha hierarchów żyjących w podwójnych standardach moralności........ i tak można by mnożyć kolejne przykłady usprawiedliwiające nasze NIE!
Pewnie, że można i tak?
A może właśnie „Paradoks Franciszka” zdarzył nam się po to, byśmy nie tylko na chwilę zachwycili się jego postawą, ale może by stał się inspiracją dla naszego przeżywania wiary bardziej intensywnie, bo jeślim nie......
To pozostanie nam biegać z durszlakiem na głowie i w religii potwora Spaghetti szukać sensu tego wszystkiego co będzie z nami po.
Kryspin

środa, 12 czerwca 2019

Prawo fatwy



Kiedy Salman Rushdie w 1988 roku opublikował swoją powieść „Szatańskie wersety”, z pewnością nie s[podziewał się tego, że kilka miesięcy po tym wydarzeniu doczeka się reakcji samego wielkiego Chomeiniego, religijnego guru wyznaczającego moralne standardy dla milionów wyznawców Allaha, i to nie tylko zamieszkujących tereny Iranu, ale i pozostałych, żyjących w krajach całego świata.
Tenże religijny przywódca bardzo ostro zareagował na treści zawarte w książce Salmana i długo się nie zastanawiając ogłosił w stosunku do prowokującego swoją twórczością literata fatwę, czyli islamską klątwę, która w muzułmańskim prawie stała się jednocześnie wyrokiem śmierci na niego.
Religijny kontekst tego wyroku, który w 1989 roku transmitowała irańska telewizja i w jednej chwili stał się swoistym listem gończym, przyzwalającym na dokonanie sprawiedliwości (zabicie Rushdiego) przez każdego wyznawcę Allaha.
Fatwą objęto nie tylko autora „Szatańskich wersetów”, ale i wszystkich tych, którzy będą mu pomagali w szerzeniu treści zawartych na stronach powieści.
I znowu nie były to tylko czcze pogróżki, o czym tragicznie przekonali się popularyzatorzy tej książki spoza kręgu islamskich wpływów, jak chociażby zamordowany jej japoński tłumacz Hitoshi Igarashi, czy właściciele kilku europejskich wydawnictw, pod którymi wybuchały podłożone bomby.
Islam, zwłaszcza ten fundamentalny, nie idzie na kompromisy z nikim, kto ośmiela się na głoszenie kontrowersyjnych treści związanych z wiarą ponad miliarda wyznawców tejże religii.
Nie dopuszcza także innych form ingerowania w świętość wiary wyznawców Allaha, a do takich niestosowności z pewnością zaliczają wszelkie treści traktujące z humorem objawione przez Mahometa prawdy ich religii.
Przekonało się o tym redakcyjne grono francuskiego tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo”.
Kilka karykaturalnych rysunków ilustrujących frywolne treści zaowocowało tragedią i utratą życia 12 pracowników tejże gazety, kiedy w styczniowy poranek 2015 roku „sprawiedliwość” wymierzyli im wyznawcy Allaha, religii głoszącej przecież zasadę miłości (Allah kocha ludzi i swoim wyznawcom także nakazuje kochać bliźnich).
I teraz należałoby powiedzieć, że dobrze, iż nie żyjemy w jednym z tych wyznaniowych rezerwatów i do woli możemy upajać się prowokowaniem.
-A kto nam zabroni?
Jakże to zdaje się być miłe, gdy możemy: ośmieszyć i obrazić, zwłaszcza tych z innej opcji politycznej, albo wyznawców idei dla nas zdających się być bez wartości....
-To takie rozkoszne doznanie, gdy możemy zadać ból naszym adwersarzom, a że jest to najczęściej zwyczajne świństwo, no i co z tego?
Pewnie z takiego założenia wyszli organizatorzy i pomysłodawcy religijnych prowokacji z ulic Gdańska i Warszawy, gdy niedawno zdawali się dobrze bawić obrażając uczucia religijne znakomitej większości naszego społeczeństwa.
I tu rodzi się pytanie:
-Czy równie beztrosko i z takim samym samozadowoleniem ośmieliliby się na tego rodzaju happeningi, gdyby wśród chrześcijan obowiązywało prawo fatwy?
Pewnie nie?
I nawet do głowy by im nie przyszło okraszać swoich manif, czy innych marszów hasłami:
„Żądamy wolności, jeszcze więcej swobody itd....”
No cóż, obecne prawo zdaje się być bezsilne i mało skuteczne w kazaniu tych, którzy obrażają innych.
Jakiś wyrok w zawieszeniu, przeprosiny w prasie i po sprawie.
Kiedyś, gdy wszystko było prostsze, taki członek prowokacyjnego marszu, obrażający uczucia religijne innych, zasłużyłby na wymierną i bolesną karę, tak jak chociażby człowiek łamiący w średniowieczu nakaz postu, któremu wyłamywano zęby.
Kryspin


środa, 5 czerwca 2019

Aktywność zdrowego życia


Kiedy puka czerwiec z coraz to cieplejszymi dniami, u większości z nas rodzi się pragnienie, by choć na chwilę uwolnić się od kieratu codziennych obowiązków i wyruszyć gdzieś poza miejsce naszego zamieszkania, aby tam rozkoszować się urlopową swobodą.
Dla jednych takim azylem będą być może zielone ogródki, często oplatające tzw. Rodami (Rodzinne ogródki działkowe) peryferie miast i miasteczek, dając spragnionym namiastkę spotkania z naturą, której tak im brakuje w betonowych „bunkrach” osiedlowych blokowisk..
Dla tych z bardziej zasobnymi portfelami sposobem na wakacyjny odpoczynek będą być może i dalekie wyprawy, niekiedy do bardzo egzotycznych miejsc...... bo morze tam cieplejsze, a i pogoda gwarantowana.
Jest także spora grupa ludzi preferujących aktywną formę „ładowania akumulatorów” i ci nie szukają nic nie robienia, a paradoksalnie odpoczywają każdego dnia podejmując trud przemierzania drogi.
Każdego roku (od ponad 20 lat) w pierwszą sobotę czerwca na Pola Lednickie zmierzają tysiące młodych, by niekiedy po długiej drodze, przeżywać spotkanie wiary w tego, który ponad dwa tysiące lat temu obwieścił, że jest Drogą, poprzez którą człowiek, pomimo swojej niedoskonałości, ma szansę na zbliżenie się do Absolutu, podmiotu wyznawanej przez siebie wiary.
Pewnie nie wszyscy podejmują odpowiedzialnie decyzję o udziale w tym religijnym wydarzeniu, o czym już kiedyś pisałem wyrażając moje osobiste spostrzeżenia na temat niektórych młodych, którzy Lednicę traktują jak kolejną okazję do wyrwania się spod czujnego oka dorosłych i nic poza tym.
To jednak jest margines w stosunku do tysięcy tych nastolatków, którzy w tanecznych pląsach przekraczając o północy ( z soboty na niedzielę) Bramę Rybę, manifestują swoją wiarę.
W podobnym tonie zachowują się uczestnicy letnich pielgrzymek na Jasną Górę, kiedy mając w nogach niekiedy setki przebytych kilometrów, potrafią rozdawać uśmiechy wszystkim tym, którzy ograniczają się tylko do roli widzów tworzących szpaler do bram częstochowskiego sanktuarium.
No i w tym momencie dochodzimy do sedna problemu.
Ludzie uznający się za wierzących dzielą się na tych, o których św. Paweł pisał, iż są uczestnikami wielkiego biegu (….........), i na tych, którzy stojąc nieco z boku, ograniczają się do roli kibiców, obserwatorów, przy pierwszej okazji poddających krytycznemu osądowi potknięcia i upadki biegnących.
Żyjemy obecnie w czasie mody na zdrowy styl życia, i to widać na każdym kroku.
Wystarczy się porozglądać po alejkach miejskich parków, gdzie co chwilę mijają nas okazjonalni biegacze, czy nobliwe panie mające w ręku, zamiast przeciwsłonecznej parasolki, kijki wspomagające dziarski chód.
Może warto by promować modę na podobnie zdrowy styl życia dla naszej wiary?
Wśród wielu listów od czytelników „Księdza w cywilu”, często powtarza się zarzut, że ludzie zawiedli się na Kościele i dlatego wybierają życie bez Boga. Otwarcie manifestują swoje odejście i zdają się być zadowolonymi z takich decyzji.
Dlaczego więc nie odkładam tych listów na stertę osób straconych dla Kościoła?
Tak sobie myślę, że i Kościół nie powinien rezygnować z tych ludzi, ale nic samo się nie zadzieje.
Gdyby, dajmy na to w dużej grupie pielgrzymkowej, znalazło się miejsce dla tych, którzy poszukują dla siebie odpowiedzi i ponad klepanie marszowych pacierzy, czy śpiewanie infantylnych religijnych piosenek, bardziej szukają ciszy by móc w osobistym zmęczeniu usłyszeć Jego głos; to może z czasem stałoby się skutecznym narzędziem dla uzyskiwania odpowiedzi na pytania:
Kim jestem...... dokąd zmierzam....... czy cierpienie ma sens …...... i wiele, wiele innych.
Kryspin

wtorek, 28 maja 2019

Nie należy kpić ze świętości



W jednym z peryskopów Angory pojawił się przedruk artykułu z brytyjskiego dziennika „The Independent”o święcie penisa, które corocznie sprowadza do miasta Kawasaki coraz to większe grono zwolenników reaktywowania tego dawnego święta.
Autorka opisując nastrój powszechnie panującej radości, której nie kryją uczestnicy tego dziwnego (dla nas europejczyków) marszu. W tej imprezie biorą udział całe rodziny (także z małymi dziećmi) i nikt nie czuje się zażenowany, czy zgorszony tym, że maluchy mogą zobaczyć wielkiego siusiaka niesionego na ozdobnym tronie przez dorosłych mężczyzn w tradycyjnych japońskich kimonach.
W dalszej części artykułu brytyjskiej dziennikarki dowiadujemy się także, że ta procesja nie jest rodzajem happeningu, czy wymyślonej prowokacji przeciwko komukolwiek, a poważnym świętem religijnym odwołującym się do starej tradycji modlitwy o potomstwo i harmonię małżeńską.
Co prawda przed laty ktoś nam obiecał, że będziemy u nas mieli drugą Japonię, ale nie myślałem, że doczekam jej w takiej formie, jaką zaprezentowały niedawno w Gdańsku panie nazywające siebie „Dziewuchami”.
Pewnie inspiracją do ich aktywności na Trójmiejskich ulicach nie był przywołany powyżej zwyczaj z japońskiego Kawasaki, bo nie powieliły religijnego rekwizytu, o którym wspomniałem, a zamiast męskiego narzędzia spełniającego ważną rolę w akcie prokreacji, na mało estetycznym kiju umieściły malowidło żeńskiej waginy.
To z pewnością nie była próba reaktywacji jakiegoś zapomnianego, religijnego obrzędu, a co najwyżej nieudolna, i wulgarna zarazem próba prowokacji wymierzonej w przekonania religijne tych z nas, którzy co roku biorą udział w ulicznych procesjach Bożego Ciała.
Pewnie znajdą się „adwokaci” gdańskiego ekscesu i będą próbować usprawiedliwić te panie: że była to ich, może trochę zbyt ostra, reakcja wywołana gniewem po pedofilskich skandalach wśród księży; to jednak nie usprawiedliwia brutalnego szargania religijnych uczuć wierzących.
I na tym warto zakończyć przywoływanie tamtego zdarzenia, bo rozdmuchiwanie go, kolejne piętnowania, czy angażowanie w tej kwestii chociażby organów ścigania, to tylko nadzieja na zyskanie kolejnego czasu i rozgłosu, którymi takie skandaliczne zachowania się karmią.
W naszej, uświęconej odwieczną tradycją, obrzędowości mamy wspaniałe religijne święto jakim jest Boże Ciało z kolorowymi procesjami do czterech, polowych ołtarzy.
Pewnie przy okazji tej uroczystości niejednokrotnie słyszeliśmy, w homiliach głoszonych przy tej okazji, że:
-„To jest jedyny dzień w roku, kiedy na naszych ulicach możemy spotkać Chrystusa, tak jak to szczęście mieli mieszkańcy Palestyny, gdy Nauczyciel z Nazaretu przemierzał tamtejsze szlaki: leczył poranione ciała i dusze napotkanych rodaków, mówił im o nadziei zbawienia i nauczał, że On sam jest dla wszystkich Chlebem na życie wieczne.”
To jednak nie jest do końca prawdą, o czym już kiedyś pisałem, ale warto może wrócić do już raz poruszanego tematu – naszych spotkań( naszych-ludzi wierzących)z Eucharystycznym Jezusem.
Konkretnie chodzi mi o formę uszanowania, które winniśmy bądź co bądź Bożemu Ciału pod postacią eucharystyczną.
Taka „etykieta” wiary stanowi, że przed Najświętszym Sakramentem najbardziej właściwą postawą jest przyklęk na jedno kolano.
W przypadku osób starszych, mniej sprawnych fizycznie będzie to skinienie głowy, które także wyraża szacunek do obecności najważniejszej dla nas Osoby.
Tak mało, a jednocześnie, kiedy człowiek poobserwuje dziwne kucki uprawiane przez uczestników niedzielnej mszy, czy rozbiegany wzrok i odwracanie głowy na widok kapłana spieszącego z Komunią św. do chorego; to odnosi się wrażenie, jakby taki prosty gest był czymś trudnym, albo wstydliwym.
A to tak mało wymagające zachowania. Ale one są jednocześnie bardzo ważne, bo one mówią, są rodzajem świadectwa i głosem dla innych:
-To są dla nas ważne, istotne sprawy, z których nie należy kpić, żartować, czy wręcz szydzić.
Kryspin

środa, 22 maja 2019

Piękno majowych dni



Pewnie wielu z nas( już bardzo dojrzałych w latach), kiedy nadchodzi kolejny maj, z rozrzewnieniem wspomina swój egzaminem dojrzałości.
Moja matura przypadła w gorącym okresie związanym z wydarzeniami czerwca 1976 roku.
W tamtym pamiętnym początku lata robotnicy Radomia zdecydowanie zaprotestowali przeciwko systemowi, w którym władza realizowała swoje coraz bardziej chore wizje mając za nic dobro swoich „poddanych”.
Patrząc teraz z perspektywy lat, mogę stwierdzić, że tamten system się rozłaził i na nic zdawały się nerwowe kroki ówczesnych decydentów, aby ocalić to, czego się zachować już nie dało.
Może brak świadomości, a może tylko fundamentalna nienawiść wobec wszystkich „innych”, były wtedy na tyle silne, że mimo świadomości przegranej, odgryzali się na lewo i prawo.
Wśród tych innych- potencjalnych wrogów tamtej rzeczywistości, jednym z ważniejszych był Kościół, a ja właśnie zamierzałem związać z nim swoją przeszłość zaczynając w 1976 roku mój seminaryjny etap przygotowania do kapłaństwa.
Gdyby wtedy ktoś powiedział nam, że już niebawem runą mury tego systemu i będziemy oddychali wolnością, pewnie niewielu z nas uwierzyło by w taki scenariusz przyszłości; a tak się stało zaledwie po kilkunastu latach.
A gdyby tenże „prorok” wbrew euforii, która opanowała nas 16. X.1978 roku ( data powołania na Tron Piotrowy naszego rodaka Karola Wojtyłę ), zapowiedział nam, że nie minie kolejnych kilkanaście lat od dnia odejścia Jana Pawła II, a dotknie nas niebezpieczeństwo o wiele gorsze od dawnych, zbrodniczych knowań komunistycznej bezpieki; pewnie kolejny raz niewielu uwierzyłoby jego słowom.
Mamy maj 2019 roku.
Dla młodych, których historia życia rozpoczęła się na początku XXI wielu, z pewnością jeszcze długo będzie jednym z ważniejszych miesięcy ich życia, bo matura, bo perturbacje i niezawiniona niepewność i stres, który maturzystom 2019 roku zgotowali „dorośli” wplątując ich w swoje kłótnie.
Dla polityków ten wiosenny tegoroczny miesiąc to ważny czas agitacji i walki o głosy wyborców, aby móc odtrąbić sukces przy urnach ustawionych w związku z „wyścigiem do europarlamentu”.
To także ważny czas dla Kościoła, choć ten maj jest zupełnie inny, i choć chcielibyśmy, aby jak co roku był zdominowany aromatem wiosennych kwiatów strojących przydrożne, Maryjne kapliczki i rozbrzmiewał pięknymi pieśniami na jej cześć; to zgoła inne głosy i nieprzyjemne „zapachy” zmąciły sielankowy nastrój tego czasu.
Przyznam, że trudno mi uwierzyć w zapewnienia ważnych członków naszej kościelnej hierarchii, którzy deklarują wolę „posprzątania” tych afer i sprawiedliwego rozliczenia każdego z ludzi Kościoła, na którym ciążyłyby zarzuty w tej materii.
Mam wątpliwości i z każdym dniem ich przybywa, kiedy co rusz dowiaduję się o nowych „rewelacjach”: a to, że kolejny biskup ma trudności, by wytłumaczyć dlaczego nic nie wiedział, gdy inni wiedzieli aż nadto, a to, że „bohater” jednej z pierwszych pedofilskich afer (prawomocnie skazany przez sąd za swoje chore dokonania) w każdy piątkowy poranek prowadzi katolickiej rozgłośni różaniec, by na koniec udzielać radiowym duszyczkom błogosławieństwa.
A może wobec takiego „pozorowania” woli naprawy winno się podziękować tym wszystkim, którzy w zdobnych szatach (zawsze mi przychodzi na myśl ten fragment Ewangelii o faryzeuszach i uczonych w piśmie: Mt 23) wcale nie realizują powołania do niesienia wiernym prawdy Ewangelii?
Może kiedy runą mury stawiane przez tych, w których osobista korzyść i strach przed utratą władzy nie pozwalają być tak zwyczajnie uczciwymi, to zobaczymy, że Bóg nadal jest blisko nas, a na ukwieconych, majowych łąkach usłyszymy radosną pieśń chwaląca Jego majestat.
Kryspin

środa, 15 maja 2019

Kryształowa noc Kościoła



No i nie da się odciąć od tematu, który jest obecnie na topie wszelkich mediów, dyskusji politycznych adwersarzy, czy na koniec ściszonym głosem powtarzanych opinii bazarowych znawców moralnych zawirowań związanych z ludźmi Kościoła.
Jedno mogę obiecać: nie będę recenzował internetowego hitu braci Sekielskich, bo nie oglądałem ich filmu i znam tylko szczątkowe, mimochodem zasłyszane relacje na temat ich dokonania.
Jedno co mogę powiedzieć, to to, że jestem przerażony tym wszystkim, czego obecnie doświadczamy.
Już kiedyś zdarzyło się coś podobnego. W listopadową noc 1938 roku na ulice Berlina wyszły oszalałe nienawiścią bojówki z kijami, aby dokonać „sprawiedliwości” na sąsiadach spod znaku Gwiazdy Dawida, a historia nadała temu wydarzeniu miano „Kryształowej nocy”.
Tamten pogrom żydów inspirowały elity ówczesnej władzy, by w konsekwencji doprowadzić do spirali nienawiści w stosunku do innych narodów, która swój finał miała przy krematoryjnych piecach koncentracyjnych obozów.
Kiedy przypominam sobie dzieło Pana Smarzowskiego, zawsze widzę scenę z księdzem uciekającym po zarośniętych moczarach, gdzie szukał ratunku przed linczem ze strony oszalałego nienawiścią tłumu.
„Cygan zawinił, a kowala powiesili” chciałoby się powiedzieć, i taką sytuację mamy obecnie.
Grono(mniejszość) pedofilii, którzy uwili sobie gniazdko swoich zboczonych potrzeb w cieniu kościelnych murów, sprowadziło gniew na pozostałych (zdecydowanie będących w większości) ludzi w koloratkach, którym obecnie nie zazdroszczę klimatu, a może trzeba by powiedzieć smrodu kolejnych moralnych skandali.
Gdyby zastanowić się nad problemem pedofilii wśród duchownych, który niektórzy określają poważną chorobą trawiącą Kościół, to trzeba otwarcie powiedzieć, że on sam ponosi największą winę za to wszystko.
Nie zamierzam kolejny raz wyliczać przyczyn takiego stanu rzeczy, bo już wielokrotnie o nich pisałem, ale chciałbym w tym miejscu postawić kilka ( mam nadzieję, że nie tylko retorycznych) pytań:
-Dlaczego dopiero teraz ( w tych dniach) porusza się te haniebne sprawy, o których wiedziano przecież od lat?
-Dlaczego nie reagowali na te ekscesy kościelni przełożeni i przez lata stosowali metodę miotły-zamiatać pod dywan, a może nikt nie zauważy.
-Dlaczego nie było zdecydowanych działań władz: obecnych i poprzednich rządów i służb specjalnych, z którymi współpracowali przez lata kościelni zboczeńcy, o czym otarcie mówi w swoim dokumencie Pan Sekielski.
A może przez lata nie było „klimatu” do wywlekania tych brudów?
Kiedy gromadziłem materiały do „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”, zgłosił się do mnie Michał (imię zmienione). Bo powiedzieć mi o swojej krzywdzie sprzed lat, kiedy przez 12 lat był deprawowany(delikatnie rzecz ujmując) przez swojego księdza proboszcza.
-”Rozmawiam z panem, bo nikogo nie interesuje moja historia i piekło, które zgotował mi człowiek Kościoła”-powiedział na koniec naszej rozmowy, a było to cztery lata temu.
Jeden z uczestników obecnej dyskusji prowadzonej na portalu społecznościowym napisał:
-”Pedofilski skandal będzie gwoździem do trumny Kościoła i dobrze, bo nareszcie zatriumfuje ateizm, trzeźwy osąd rozumu bez ogłupiającej ideologii z jakimś wymyślonym Bogiem.”
Ktoś powie, że to tylko mało znaczący głos nawiedzonego wroga Kościoła i nic poza tym.
Może i tak, może to tylko zwykły bojówkarz?
Dlaczego zatem wydaje mi się on tak bardzo podobnym do pałkarzy z berlińskiej, listopadowej nocy?
Kryspin


środa, 8 maja 2019

Kapłańska samotność, to kolejny zatruty owoc celibatu



W trakcie seminaryjnych praktyk trafiliśmy do ośrodka opieki paliatywnej, który prowadziły siostry zakonne.
Po tym szczególnym domu oprowadzała nas jedna z zakonnic i niejako na przywitanie powiedziała:
- „Najgorszym, co może spotkać człowieka, to samotność, która nie tylko bardzo boli, ale i może prowadzić do zaniku pragnienia życia.
W medycynie mówi się, że takiego człowieka dopadła depresja, a my mówimy o chorobie samotności, i dlatego w naszym domu, oprócz przepisanych leków, naszym podopiecznym staramy się dawać codzienną porcję naszej miłości, by nigdy nie czuli się samotni. ”
Później w jej towarzystwie odbyliśmy obchód po pokojach, w których przebywali mieszkańcy tego ośrodka. Część osób leżała w szpitalnych łóżkach, a ci bardziej zdrowi odbywali spacery od drzwi do okien, by przy nich postać przez chwilę i napawać się wiosennym słońcem zaglądającym przez szyby.
Osoby najbardziej sprawne zdobywały się na wysiłek krótkiego spaceru po alejkach mini parku otaczającego budynek.
Siostry rzeczywiście starały się troskliwie opiekować tymi staruszkami, co dało się zauważyć na każdym kroku, ale i tak to było za mało, by uwolnić ich od poczucia samotności, która malowała się chociażby w ich smutnych oczach.
Tegoroczny maj rozpoczął się pięknym, słonecznym dniem i pewnie wielu z nas zaplanowało na ten czas jakieś atrakcje: kilkudniowy wypad za miasto, odwiedziny znajomych, czy wspólny grill w podmiejskim ogrodzie.
Moje majowe plany zweryfikowała wiadomość, że zmarł jeden z moich seminaryjnych kolegów i jego pogrzeb przewidziano właśnie na pierwszy dzień majowego weekendu.
Mając na względzie to, że przez sześć lat seminarium byliśmy bliskimi przyjaciółmi, uważałem że powinienem na jego pożegnaniu być.
Pogrzeb księdza proboszcza (pracował w tej parafii 23 lata) stał się jednym z ważniejszych wydarzeń małej, wiejskiej społeczności.
Dodatkowo „atrakcyjności”tej uroczystości dodawał fakt, że swój udział w ostatnim pożegnaniu kapłana zapowiedział sam ks. Prymas i należało się spodziewać, że do małego kościółka ściągnie wielu księży by dołożyć swój „wieczny odpoczynek” za współbrata w kapłaństwie.
I wszystko sprawdziło się co do joty, a nawet ponad nią, bo biskupów było dwóch, a wielebnych kilkudziesięciu.
Nie zawiedli także parafianie i pewnie nie tylko z tej kościelnej gromadki, co dało się zauważyć po tablicach rejestracyjnych samochodów z różnych zakątków kraju.
Porządku wśród tłumu zebranych pilnowali strażacy w galowych strojach i dlatego uroczystość mogła imponować wszystkim przybyłym.
Ks. Proboszcz zmarł nagle, a o jego śmierci wierni dowiedzieli się, gdy zaniepokojeni nieobecnością księdza ( nie pojawił się w kościele by by odprawić mszę) wyważyli drzwi plebani i znaleźli martwego kapłana.
Wezwany lekarz stwierdził zgon w wyniku ataku serca, a prokurator potwierdził, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych.
Przez długą chwilę stałem przed pustym budynkiem plebani mojego zmarłego kolegi i poczułem dziwny chłód tego miejsca i nie rozumiałem dlaczego zrobiło mi się zimno, pomimo, że był wtedy piękny, słoneczny dzień.
Kiedy po skończonej mszy ustawił się przed kościołem żałobny szpaler, zrozumiałem, dlaczego przed chwilą doznałem wrażenia chłodu pustej plebani.
Odpowiedź malowała się w smutnych oczach kapłanów uczestniczących w tych uroczystościach, i nie była to powaga chwili, bo ich spojrzenia były identyczne z tymi, które widziałem przed laty u staruszków domu opieki zarażonych wirusem samotności.
Pomyślałem wtedy, że to jest kolejny owoc celibatu, śmiertelnej choroby Kościoła.
Kryspin, Ksiądz w cywilu

środa, 1 maja 2019

Majowy bukiet kwiatów dla Niej



Apogeum wiosennego piękna przypada na przełom kwietnia i maja.
Pewnie i z tergo powodu tak wielu z nas od tygodni czyniło przygotowania do majowego, długiego weekendu, który zamierzaliśmy spędzić z dala od codziennych trosk.
Chyba nie ma człowieka, który by nie zamarzył, aby choć przez chwilę pooddychać świeżością polnych kwiatów, pozachwycać się żółtymi dywanami kwitnących pól, lub posłuchać radosnego śpiewu ptaków cieszących się życiem otulonym promieniami wiosennego słońca.
Maj jest chyba najpiękniejszym miesiącem roku, i może dlatego od niepamiętnych czasów ten właśnie miesiąc tradycja ludowej religijności ofiarowała tej, która ponad dwa tysiące lat temu (od chwili spełnienia się cudu betlejemskich narodzin) stała się najlepszym ambasadorem ludzkich spraw składanych przed obliczem Odwiecznego.
Choć w wielu katolickich krajach kultywuje się kult Maryi- Bożej Rodzicielki, to jednak chyba ten nasz, polski charakter Maryjnej pobożności jest najbardziej kolorowy i ciepły szczerością prostej wiary, i wcale nie myślę teraz tylko o nabożeństwach majowych, które w tym miesiącu odprawiane są w naszych świątyniach.
Wystarczy człowiekowi wyjechać kilka kilometrów poza granice miasta, by wśród pól napotkać małe kapliczki, niekiedy może tylko figury Niepokalanej, przy których w majowe popołudnia gromadzą się ludzie z okolicznych domów, by wspólnie śpiewając religijne pieśni, spełniać w taki sposób dług wdzięczności, bo taką czują potrzebę.
Kilka dni temu zobaczyłem w jednym z portali społecznościowych filmik, na którym człowiek w turbanie, w prowokacyjny sposób zniszczył figurę Matki Bożej ciskając ją o beton chodnika.
Pomyślałem wtedy, ile musi być w człowieku nienawiści, by w taki sposób manifestować pogardę do czyiś przekonań.
Jeżeli jednak starałbym się „usprawiedliwić” przypadek z portalu, bo zrobił to być może jakiś religijny fanatyk; to trudno mi zrozumieć zdarzenie z Płocka, gdzie pod osłoną nocy ktoś porozklejał na murach i koszach na śmieci kopie obrazu Matki Bożej umieszczając na głowach Maryi i małego Jezusa kolorowe aureole, które są swego rodzajem podpisu pewnych środowisk z ich odmiennymi orientacjami seksualnymi.
W życiu człowieka są świętości, których nie wolno szargać, niezależnie od światopoglądu, obszarów wolności, granic prowokacji, czy czegoś, co niektórzy chcieliby chronić pod „parasolem” artystycznych dokonań.
Taką nieprzekraczalną linią jest szacunek do matki: mojej, Twojej i każdej innej, która „wykupiła” sobie prawo do niego, narodzinami:Twoimi, moimi i każdego innego człowieka.
Człowiek w turbanie z portalowego filmiku był bardzo zadowolony z siebie niszcząc symbol znienawidzonej religii.
Co jednak chcieli osiągnąć nocni pacykarze z Płocka?
Pewnie, gdyby dane nam było porozmawiać z choćby jednym z tych, którzy uczestniczyli w tej prowokacji, usłyszelibyśmy, że w ten sposób chcieli powiedzieć, że Ona jest także ich matką.
Mam nadzieję, że tak „usprawiedliwialiby” swoją nocną akcję na płockich murach.
Kiedy ludzie zbierają się w kościołach na nabożeństwach majowych, gdy spieszą z okolicznych wiosek, aby modlić się przy przydrożnych kapliczkach, spotykają się tam z Nią, Matką nas wszystkich.
Zbędne są wtedy dywagacje: czy to także moja matka?
Niezależnie od tego, kim jesteśmy, jakie mamy polityczne poglądy, orientację seksualną, zawsze u naszego początku jest i była matka.
Maj jest miesiącem naszej wdzięczności za dar naszej pierwszej chwili i dlatego spieszymy, aby kolorowymi kwiatami powiedzieć, jak szczerze jesteśmy im wdzięczni.
Jeżeli ktoś czuje potrzebę kolorowej aureoli, zawsze może siebie przystroić w taki atrybut, choćby w tak popularyzowanych marszach równości.
Dla Matki - zawsze kwiaty!
Kryspin

środa, 24 kwietnia 2019

Spalić kukłę Judasza-żyda!



W miejscowości mojego dzieciństwa, już prawie za miastem, stoi na małym wzgórzu drewniany kościółek, przy którym corocznie w drugim dniu Wielkanocy gromadzą się wierni z okolicznych parafii, aby przeżywać, opisane na kartach Ewangelii spotkanie Zmartwychwstałego Mistrza z Apostołami, kiedy ci przepełnieni smutkiem ( po tragedii Wielkiego Piątku) wracali w niedzielny poranek do rodzinnego Emaus.
Święta Wielkanocne obok najważniejszych prawd naszej wiary, które Kościół przypomina wiernym w kolejnych dniach (Triduum Paschalne) poprzedzających niedzielny poranek Zmartwychwstania, akceptuje tradycję, która nie zawsze zdaje się być spójna z misją głoszenia Wiary, Nadziei i Miłości, do której powołał go Chrystus.
Część z ludowych zwyczajów(inspirowanych bezsprzecznie milczącym przyzwoleniem Kościoła) nie za bardzo przystają do przeżywania radości, którą zafundował nam Zbawiciel, kiedy zamiast nas, odcierpiał za winy całego świata.
Owszem, uczestnicząc w nabożeństwach poprzedzających rezurekcyjne Alleluja, zdawaliśmy się rozumieć, iż każdy z nas ma na sumieniu coś, za co należałoby się szczere: Przepraszam.....
Ale już dzień po niektórzy z nas gromadzą się przed kukłą Żyda-Judasza, by dokonać symbolicznego kamienowania tego, który na wieli stał się synonimem zdrajcy.
Ktoś powie: że to przecież tylko ludowy zwyczaj, rodzaj tradycji, dawnej, prymitywnej religijności, więc nie ma o co kruszyć kopii.
Inni są jednak odmiennego zdania i próbują „robić sprawę” z tego ludowego zwyczaju, i podnoszą ją do rangi skandalu, uznając te praktyki, za sianie nienawiści i swoisty antysemityzm.
Przy małym kościółku, z doroczną uroczystością Emaus, znajduje się, obłożona kamiennymi kręgami studnia, w której jak legenda tradycja, od niepamiętnych czasów biło, mające uzdrawiającą moc, źródełko.
Okoliczni mieszkańcy wielokrotnie doznawali jego leczącej siły, kiedy na swoim ciele obmywali chore miejsca i dolegliwości ustępowały.
Tak było do czasu, gdy o cudownych właściwościach tegoż źródełka dowiedział się handlarz starzyzną, mający ślepego konia, który każdego dnia ciągnął wózek wyładowany garnkami i tandetnym suknem. Przebiegły kupiec postanowił poszerzyć asortyment swoich towarów o baniaki z cudowną wodą i w tym celu pojawił się przy studni. Przy sposobności zamierzał także uzdrowić swojego konia i obmył jego ślepe dotąd oczy. Zwierze doznawszy uzdrowienia przeraziło się blaskiem słońca i machając kopytami strąciło swojego właściciela do studni, gdzie ten, w tak tragicznych okolicznościach, dokonał żywota.
Od tego wypadku źródełko straciło swoją moc.....
A, i jeszcze jedno.
Tym chciwym handlarzem był oczywiście żyd!
Tyle ludowe podanie.
Ile w nim prawdy, to po latach nie wie nikt.
W pamięci tradycji pozostał jednak przekaz z informacją, kto ponosił za to wszystko winę i tak przez wieki utrwalał się obraz tych, którzy ponosili i ponoszą winę za wszystko, co nas dotknęło, co nam się nie udało:
„To oni są winni, bez nich ominęłoby nas wszelkie zło”-zdajemy się powtarzać i dlatego szukamy pretekstu usprawiedliwienia dla samych siebie.
To tylko słowa, niewinne gesty (Jak chociażby spalona kukła) - zdają się mówić ci, którzy tak łatwo akceptują niechęć do drugiego człowieka i nie rozumieją, że takie słowa torują drogę do czegoś o wiele bardziej strasznego.
Można to określić jako spiralę nakręcającej się niechęci nieuchronnie przechodzącej w nienawiść, a stąd już tylko krok do pragnienia rewanżu, niekiedy bez jakichkolwiek hamulców.....
A wtedy na końcu tego wszystkiego zostają już tylko łzy i tragedia zdarzeń, od których nie ma odwrotu.
Kryspin, 

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Tragedia i nadzieja Notre Dame



Wielki pożar paryskiej katedry Notre Dame stał się ostatnio najważniejszym wydarzeniem, które stało się nie tylko doniesieniem medialnym, ale i tematem oświadczeń najważniejszych ludzi polityki i Kościoła.
Wszyscy zgodnie podkreślali, że stała się wielka tragedia, gdy w płomieniach pożaru uległa zniszczeniu świątynia będąca najważniejszym świadectwem nie tylko chrześcijańskiej historii francuskiego narodu, ale i europejskiego dziedzictwa.
Oczywiście podzielam powszechny smutek i ubolewam, że nie byłem dotąd w Paryżu i nie będzie mi już dane na własne oczy zobaczyć tego cudu architektonicznego geniuszu średniowiecznych twórców (XII-XIV wiek, kiedy budowano tę świątynię), bo zwyczajnie nie dożyję końca odbudowy tej świątyni (planowanej na najbliższe 30 lat).
Jedno w tym wszystkim co mnie irytuje, to traktowanie tej budowli jako obiektu li tylko sakralnego i rozpatrywanie tego tragicznego wydarzenia w takim kontekście.
Owszem paryska katedra póki co była jeszcze obiektem sakralnym, bo nadal praktykowano tam liturgię, ale dla przytłaczającej większości z ponad 13 milionów corocznie ją odwiedzających stanowiła tylko atrakcję historycznej budowli.
Mój pogląd zdaje się podzielać jeden z internautów, który w kilka chwil po pierwszych doniesieniach na temat tego tragicznego w skutkach pożaru, napisał kilka słów wspomnienia ze swojego pobytu w Notre Dame:
„Zawsze będę pamiętał zdziwienie, jakim obrzucili nas jacyś turyści stojący w nawie głównej katedry, kiedy z małżonką przyklękliśmy, aby oddać cześć Chrystusowi w tabernakulum.”
Turystyczna atrakcja, przeżycie spotkania z historią-to z pewnością byłyby najczęściej używane odpowiedzi na pytanie: Dlaczego ktoś odwiedzał takie miejsca jak paryskie Notre Dame, watykańską katedrę św. Piotra, czy chociażby naszą Częstochowę.
Uderzającym było to, że jeszcze tliły się resztki dogasającego pożaru, kiedy wokół spalonej świątyni zaczęli gromadzić się okoliczni mieszkańcy i turyści wyrwani z wieczornej beztroski. Wszyscy stali w przerażeniu i nadziei zarazem, bo z zebranego tłumu, prócz głośnej rozpaczy zaczęły przebijać się słowa modlitwy i kościelnych śpiewów, jakby zebrani uświadomili sobie, że zniszczeniu uległa tylko zewnętrzna powłoka, a istota i sens tego miejsca pozostały nietknięte.
Zbliżał się czerwiec 1979 roku, kiedy do Gniezna miał przybyć Jan Paweł II papież.
Pamiętam gorączkowe przygotowania kościelnych(i nie tylko) władz, aby godnie ugościć na ojczystej ziemi następcę św. Piotra.
Krótko przed wyznaczoną datą uroczystej liturgii, którą zaplanowano na wzgórzu obok prastarej katedry, rozgorzała walka o miejscówki dotyczące komunii świętej, a ściślej mówiąc, kto miałby dostąpić zaszczytu otrzymania ciała Chrystusa z rąk samego Ojca Świętego.
Iluż wiernych szukało wtedy dojścia do tych, którzy ustalali listę szczęśliwców,ile wykonano telefonów, by załatwić dla kogoś takie wyróżnienie...
Pamiętam, z jakim niesmakiem obserwowałem te zabiegi, bo tyle w nich było próżności, a jednocześnie tak mało wiary.
Pozostały mi także w pamięci słowa mojego kolegi kursowego, który stwierdził z niesmakiem:
„Dla tych ludzi najważniejsze jest opakowanie, a nie najcenniejszy klejnot, jakim przecież jest Boskie Ciało.”
A później dodał:
„W małym, zapomnianym,wiejskim kościółku każdy może doświadczyć takiego samego wyróżnienia, kiedy z wiarą przyjmuje komunię świętą.”
Tak sobie myślę, że nadzieją płynącą z tragedii Notre Dame nie są wcale oszałamiające liczby deklarowanej pomocy w kosztach odbudowy zniszczonej świątyni, a ta mała grupka ludzi modlących się na zgliszczach spalonego kościoła.
Wielcy tego świata deklarują chęć odbudowy zniszczonego „opakowania”, ci normalni niosą promyk nadziei na odrodzenie tego, co jest sensem dla nawet najpiękniejszej kościelnej budowli.
Kryspin

czwartek, 11 kwietnia 2019

New Age dla zawiedzionych



-”Przeżyłam ostatnio swoje nawrócenie”- oznajmiła mi znajoma na początku naszego kawowego spotkania.
Przyznam, że byłem zaskoczony tą informacją i to z dwóch powodów.
Po pierwsze, że do tej pory deklarowała, iż sprawy wiary nie zajmowały w jej życiu jakiegoś znaczącego miejsca; a po drugie, radość z jaką poinformowała mnie o swoim religijnym doznaniu. To były wystarczające powody, by z autentycznym zainteresowaniem wysłuchać jej dalszej relacji.
Aby rozwiać wszelkie wątpliwości (a może i moje nadzieje), poinformowała mnie, że jej powrót do wiary nie ma żadnego związku z Kościołem, bo ta instytucja kiedyś ją zawiodła i jak krótko stwierdziła: nie zamierza wchodzić kolejny raz do tej samej wody.
Później opowiadała o cotygodniowych spotkaniach w prywatnym domu, gdzie ludzie tacy sami jak ona spotykają się, aby dzielić się osobistymi doświadczeniami z lektury Biblii. Całość grupy animuje ktoś w rodzaju lidera, który ma wiedzę i doświadczenie w tym zakresie.
Po tak nakreślonym obrazku religijnego doświadczenia zrodził się we mnie niepokój, że biedaczka stała się ofiarą jakiejś sekty, bodź religijnej agitacji osób określających siebie badaczami Pisma Świętego i nagabujących przechodniów wręczając kolorowe pisemka zapraszające „zbłąkane owieczki”do powrotu na pastwisko wiary, którą tylko oni reprezentują.
Ludzie często są zawiedzeni Kościołem.
Wiele razy obecnie słyszymy takie krytyczne oceny :
-Zawiodłem się na księdzu, który bardziej jest urzędnikiem, aniżeli przewodnikiem duchowym, -Zawiodłem się na kościelnych władzach tuszujących złe postępki kapłanów uważając jednocześnie, że zadośćuczynienie za wyrządzoną przez nich krzywdę można zamknąć w lapidarnym słowie: Przepraszam!
Kiedyś Kościół zmagał się z synkretyzmem religijnym wśród nowych członków religijnej społeczności, którym trudno było się rozstać z wierzeniami ojców i dlatego obok krzyża nadal wieszali maski pogańskich bożków.
Obecnie swoisty synkretyzm religijny (przejmowanie założeń innych religii teistycznych, a nawet takich ruchów wyznaniowych, które nie uznają istnienia duchowej siły sprawczej naszego świata) praktykuje coraz większa liczba osób zwiedziona niereformowalnością Kościoła i przez to szukająca zaspokojenia potrzeby wiary poza Nim.
Jestem zawiedziony milczeniem Kościoła w wielu istotnych kwestiach, także i w nasilającymi się krytycznymi ocenami „żelaznego” dotąd kościelnego elektoratu.
Taka bierność to wolne pole do tworzenia się nowych ruchów religijnych, które teraz wydając się mało skutecznymi, w niedalekiej przyszłości mogą się okazać śmiertelnym zagrożeniem dla Chrystusowego dziedzictwa.
W połowie ubiegłego stulecia narodził się ruch New Age, którego wyznawcy uważają, że dzisiejsze czasy to ostatni etap świata, jaki znamy. Po przejściu tego świata w nową rzeczywistość (Nową Erę), ma nastąpić, złoty wiek ludzkości.
Bliżej nieokreśloną, ale raczej niedaleką przyszłość zwolennicy New Age wyobrażają sobie jako czasy, w których nie będzie konfliktów, granic państwowych, zaś ludzkość będzie żyła w ogólnoświatowej wspólnocie kierowanej przez wspólny Rząd Światowy.
To czas, w którym ludzie całkowicie przewartościują swoje spojrzenie na otaczający ich świat. Zgodnie z tym przekonaniem nastanie wtedy kres wszelkich systemów religijnych oraz ich instytucji, zaś ludzi będzie jednoczyć wzajemnie zrozumienie, pozbawione wszelkich podziałów.
Pewnie, że można krótko skwitować założenia takiego ruchu, jako utopijne i powrócić do dobrego samopoczucia, i kolejny raz przypomnieć sobie, że przecież to sam założyciel Kościoła zapewnił, iż bramy piekielne nie przemogą tej instytucje, którą zbudował na Skale-Piotrze(Mt16,18) i pozostałych Apostołach.
Kiedy jednak doczytamy słowa z Ewangelii wg św. Łukasza, kiedy cytuje smutne, retoryczne pytanie wyrażające niepokój Mistrza o przyszłą wiarę Kościoła(Łk18,8), to ulatuje gdzieś błoga beztroska i kruchy spokój.
No właśnie: czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?
Kryspin

piątek, 29 marca 2019

ludzie listy piszą



Niekiedy czytelnicy stawiają mi zarzut, że nie mam prawa zabierać głosu w kwestiach instytucji, z którą wziąłem rozbrat rezygnując z noszenia sutanny.
Na szczęście takich głosów jest bardzo mało, w stosunku chociażby do znakomitej większości czytelników, którzy wyrażają zadowolenie z cotygodniowych spotkań z „Księdzem w cywilu”.
Ostatnio napisał do mnie Pan w średnim wielu (45 lat), i choć list był przeznaczony do mojej wiadomości, to uznałem, że powinienem jego treścią podzielić się z czytelnikami, co niniejszym czynię:
Jestem od dłuższego czasu mocno zniesmaczony i rozczarowany postępowaniem Kościoła katolickiego. I mówię to z pozycji zwykłego zasiadacza w kościelnej ławie.
Królestwo Niebieskie musi być naprawdę blisko, bo Kościół katolicki się kończy!
Ostatnio odkryłem z przerażeniem, że wszystko co dotyczy mojej duchowości i to całe wyobrażenie o religii, tkwi niestety tylko we mnie. Źródłem mojej wiary powoli przestaje być KOŚCIÓŁ ! Zadaję pytania i nie uzyskuję odpowiedzi na nie.
Kościół który spotykam w murach świątyni się kurczy, starzeje, nie docieka, nie protestuje i chyba już na nic nie liczy.
Od tak dawna nie usłyszałem z ambony żadnej pouczającej katechezy, żadnego radosnego słowa, wyjaśnienia bez patosu przeczytanych w Ewangelii słów. Za to jest mamona i pozorna braterska życzliwość, którą my Polacy prezentujemy od święta.
Ten Kościół w zasadzie już NIE ŁĄCZY.
Nawet radio, które mieni się być katolickim sygnałem w każdym domu, zionie tylko ksenofobią i wszechpolską polityką. Do tego hierarchowie kościelni wiją się wokół problemu pedofilii, seksu i bogactwa w swoich szeregach. Jakże żałosny to spektakl.
I na dokładkę nasz wiejski ksiądz przeniesiony za swoje wybryki z entej parafii, traktujący swoich wiejskich parafian jak tępy lud do robienia pieniędzy i łatania kościelnego dachu. Nic nowego prawda?
Jednak mam tego dość!
Czy ci ludzie w czarnych sukmanach się opamiętają?
Czy nie boli ich marnotrawienie Jezusowej spuścizny?
Czyż nie widzą co niedzielę, że moja czterdziestopięcioletnia łepetyna w rzedniejącym tłumie jest jedną z młodszych głów?
Kolejne pytania bez odpowiedzi.
Nie zdziwi mnie absolutnie jeśli za jakichś parę lat pochłonie nas, powiedzmy, muzułmański potop, który ma jasny cel, sztandar i poczucie jedności.”
Nie odpowiem czytelnikowi na ten list,mim to z jednego powodu.
Kilka razy przeczytałem go z wielką uwagą i jedyne co mógłbym powiedzieć, to to, że jest w nim wiele gorzkiej prawdy i zawiedzionej nadziei.
Tę beznadzieję żalu czytelnik podsumował także w zakończeniu korespondencji, i właśnie tam, paradoksalnie odnalazłem „promyk światła”:
-”Wiem, że ten list i zawarte w nim żale nic nie zmienią.
Ale wiem też, że wybrałem dobry adres. Bez koloratki jest w Panu więcej księdza niż w większości facetów w czarnych sutannach - wbrew temu co o sobie myślą i mówią.”
Głęboko wierzę szanowny Panie, że wśród ludzi w sutannach(także tych w odcieniu fioletu), da się odnaleźć wielu takich, dla których kapłaństwo nadal znaczy coś więcej, aniżeli ta poczyniona przez pańskie rozgoryczenie litania kapłańskich zachowań będących zaprzeczeniem głoszonej przez nich Dobrej Nowiny.
Tak sobie myślę, że także po to powstał „Ksiądz w cywilu”.
Pewnie, że każdy może napisać list do proboszcza, ale czy tenże się nad nim pochyli?
List do biskupa ma jeszcze mniejsze szanse na przeczytanie przez adresata, bo o spokój jego ekscelencji dba wierny sekretarz filtrujący korespondencję, by ta „niewłaściwa” lądowała w koszu lub kurialnej niszczarce.
I między innymi po to jest „Ksiądz w cywilu”.
Choć gdyby przeprowadzić ankietę wśród osób w koloratkach, to każdy z nich zaprzeczy, żeby kiedykolwiek przeczytał choćby słowo z zamieszczanych tam tekstów.
To zupełnie tak samo, jak z disco polo – nikt nie słucha tej muzyki, a wszyscy dziwnym zrządzeniem losu znają na pamięć słowa tych piosenek.
Dlatego dzisiaj szczególnie pozdrawiam wszystkich nieczytających „Księdza w cywilu”
Kryspin

środa, 20 marca 2019

Tabletka na celibat



Przed kilkoma laty niewolnik papierosowego nałogu zaskarżył wielki koncern tytoniowy, że tenże zataił, iż konsumowanie (palenie) jego produktów prowadzi do poważnych chorób, a w konsekwencji do przedwczesnej śmierci.
Pozywający, który od jakiegoś czasu zmagał się z chorobą nowotworową, wywołaną według lekarzy długoletnim nikotynizmem, domagał się gigantycznego odszkodowania, i sąd podzielił słuszność jego roszczeń.
Koncern tytoniowy został zobowiązany do wypłaty miliardowego odszkodowania i to uczynił.
Przed dwoma tygodniami, po dopiero co zakończonym posiedzeniu polskich hierarchów, najważniejsi przedstawiciele episkopatu pojawili się w mediach, by poinformować o prewencyjnym działaniu Kościoła w drażliwej kwestii pedofilii wśród duchownych.
Przyznam, że pewnie nie tylko mnie nie przekonały mgliste zapewnienia, iż w Kościele nie ma przyzwolenia na takie dewiacyjne praktyki i tenże z całą stanowczością będzie w przyszłości stał na straży dzieci, które winny w Kościele czuć się bezpiecznie.
Pewnie podobne odczucia niedosytu mieli także dziennikarze zadający pytania podczas zwołanej z tej okazji konferencji.
Owszem, przedstawiciele mediów zostali poinformowani o liczbie dewiantów i ofiar, które według oficjalnych ( zgłoszonych) danych doznały krzywd od osób w sutannach, ale zabrakło jasnych deklaracji o dalszych działaniach, które Kościół winien wziąć na siebie.
Ze strony hierarchów nie padła żadna konkretna deklaracja na temat zadośćuczynień, które Kościół winien wziąć na siebie, a zamiast tego padło krótkie stwierdzenie, że w takich sprawach decyzje podejmują stosowne organa prawne, czyli sądy, a Kościół w tym przypadku będzie stosował się do ewentualnych orzeczeń tych organów.
Mnie zainteresowało pytanie, o celibat, jako jedno z przyczyn dewiacyjnych zachowań niektórych kapłanów.
„-W żadnym stopniu nie można wiązać tej praktyki wstrzemięźliwości seksualnej praktykowanej w Kościele, z przypadkami nadużyć, o których tu mówimy”-odpowiedział jeden z najważniejszych naszych hierarchów.
Mnie zaskoczyło jednak to, jak wielebny w dalszej części uzasadnił, dlaczego w Kościele owa praktyka jest stosowana:
„-Geneza celibatu (bezżeństwa) w Kościele wynika z pragnienia doskonałego naśladowania Chrystusa, który zrezygnował z cielesnej miłości na rzecz doskonałego uczucia, jakim obdarzył wszystkich ludzi!”
Jeżeli mnie pamięć nie myli, to w Ewangeliach ten wymóg nie był istotny, bo Apostołowie- powołani przez Chrystusa uczniowie mieli żony (jedynie Jan był kawalerem!)
Do XII wielu Kościół nie doznał „oświecenia”, że tylko w takiej formie może naśladować Chrystusa?
Zostawmy historię, ale pozwolę sobie zdać pytanie:
-Dlaczego w procesie formowania przyszłych celibatariuszy jednym z istotnych „wspomagaczy” jest stosowanie środków farmakologicznych (za moich czasów był to brom dodawany do kleryckich posiłków)?
Tytoniowe molochy do swoich wyrobów dodają substancji uzależniających, by utrudnić porzucenie nałogu, i to stało się jednym z argumentów za gigantyczną karą, którą przyszło im zapłacić jako zadośćuczynienie.
Swoją drogą ciekawy byłby sądowy proces w którym zadośćuczynienia od Kościoła domagaliby się kapłani, którzy poczuli się wpuszczeni w praktykę celibatu.
A może Kościół, podobnie jak tytoniowe koncerny, winien na bieżąco dbać o dostarczanie „wspomagaczy” wszystkim kapłanom, także tym, którzy zakończyli już seminaryjną formację do przestrzegania zasad celibatu.
Taka tabletka na każdy poranek kapłańskiej posługi.
Kryspin

środa, 13 marca 2019

Wizyta, czy posługa?



Zaliczyłem ostatnio kilkudniowy pobyt w szpitalu. Nie trafiłem do tego przybytku w jakimś alarmowym trybie, nie musiałem więc korzystać z transportu z literką R.
Do lecznicy udałem ze skierowaniem od rodzinnego lekarza, który podczas jednej z ostatnich moich wizyt stwierdził, że niekiedy warto na zimne dmuchać i póki co przebadać się( najlepiej w szpitalnych warunkach), aby później uniknąć poważniejszych konsekwencji.
Trudno mi było nie zgodzić się z takim zaleceniem, zważywszy, że w przeszłości nie zawsze byłem taki zapobiegliwy, przez co zaliczyłem kilka zdrowotnych wpadek.
W wyznaczonym dniu dopełniłem więc formalności w szpitalnej Izbie Przyjęć, po czym skierowano mnie na oddział tych mniej zagrożonych, których w szpitalu leczy się z zasady mniej inwazyjnie, aniżeli pechowców z OIOM-u, gdzie cienkiej linii życia pilnują przyrządy i szpitalny personel pracujący ze świadomością niebezpieczeństw, na które są narażeni chorzy na ich oddziale.
Każdy szpitalny dzień na „normalnym”oddziale jest podobny do siebie: poranne mierzenie temperatury, obchód lekarski ze szczątkowymi info na temat przebiegu kuracji i zaleceniami co do dalszych działań, ku poprawie stanu zdrowia chorego, za który odpowiedzialność biorą lekarze i personel pomocniczy(pielęgniarki, laborantki i pozostali pracownicy z oddziału), i to by było na tyle......
Nie można jednak zapominać o „atrakcjach” szpitalnych dni: kateringu z posiłkami i o wyprawach szlafrokowych procesji do sklepiku, gdzie można kupić gazetę, butelkę wody mineralnej, a także słodkie łakocie umilające szpitalny pobyt.
Za każdym razem, kiedy dane mi jest zaliczyć kolejny pobyt w szpitalnej lecznicy, czekam także na wizytę kapelana tego przybytku.
Takie odwiedziny zazwyczaj odbywają się późnym popołudniem i za każdym razem są bardzo do siebie podobne.
Wielebny mniej lub bardziej zdecydowanym krokiem przemierza szpitalny korytarz i zaglądając do kolejnych pokoi wypełnionych białymi łóżkami chorych, zdaje się sprawdzać stan osobowy, niekiedy zadając wręcz pytanie: czy pojawił się wśród przebywających ktoś nowy, i przy tym zainteresowany jego posługą.
Jeżeli duszpasterz zakodował z poprzedniej wizyty, że facet z łóżka przy ścianie po prawej przyjmował komunię, to bez kolejnego pytania zatrzymuje się przy miejscu jego szpitalnego pobytu, by po krótkiej modlitwie uraczyć go ciałem Chrystusa, i zaraz potem w tył zwrot i przemarsz do kolejnej sali.
Ostatnio w jednym z portali społecznościowych ktoś umieścił zdjęcie ze szpitalnego korytarza. Ksiądz trzymający w ręku korporał (rodzaj ozdobnej torby, w której przenosi się eucharystię), a obok pielęgniarka trzymająca tacę z lekami dla chorych.
U dołu zdjęcia znajdował się napis, a właściwe liczby z podanym wynagrodzeniem:
pielęgniarka 2500 zł, kapelan 5800 zł
Tak sobie myślę, że podobną „agitkę” można by stworzyć wstawiając na fotografii zamiast kapłana np. lekarza z oddziału. Wtedy dysproporcja w wynagrodzeniu byłaby pewnie jeszcze większa....?
Dzień szpitalnego oddziału rozpoczyna wizyta lekarska – obchód medyków w asyście pozostałego personelu. Swoista celebracja ważności osób biorących w nim udział i nic ponadto – przynajmniej tak to odbierałem podczas mojego pobytu w lecznicy, i z pewnością to nie było tylko moje odczucie.
Dzień szpitalnego oddziału kończy wizyta kapelana.
A mnie marzy się, by nie była ona tylko celebracją, niekiedy zbyt pośpieszną, ale by była spotkaniem z Chrystusem, który będąc gościem przy łóżku chorego, nachyla się nad jego cierpieniem wlewając w jego duszę nadzieję, albo zgodę na przyjęcie przeznaczenia.
Ale tego nie osiąga się w trakcie pospiesznej i drętwej wizyty, a poprzez cierpliwe odwiedziny, posługę dobra przy spotkaniu dwóch najważniejszych dla siebie osób:
Chrystusa i cierpiącego chorego.
Kryspin