wtorek, 28 maja 2019

Nie należy kpić ze świętości



W jednym z peryskopów Angory pojawił się przedruk artykułu z brytyjskiego dziennika „The Independent”o święcie penisa, które corocznie sprowadza do miasta Kawasaki coraz to większe grono zwolenników reaktywowania tego dawnego święta.
Autorka opisując nastrój powszechnie panującej radości, której nie kryją uczestnicy tego dziwnego (dla nas europejczyków) marszu. W tej imprezie biorą udział całe rodziny (także z małymi dziećmi) i nikt nie czuje się zażenowany, czy zgorszony tym, że maluchy mogą zobaczyć wielkiego siusiaka niesionego na ozdobnym tronie przez dorosłych mężczyzn w tradycyjnych japońskich kimonach.
W dalszej części artykułu brytyjskiej dziennikarki dowiadujemy się także, że ta procesja nie jest rodzajem happeningu, czy wymyślonej prowokacji przeciwko komukolwiek, a poważnym świętem religijnym odwołującym się do starej tradycji modlitwy o potomstwo i harmonię małżeńską.
Co prawda przed laty ktoś nam obiecał, że będziemy u nas mieli drugą Japonię, ale nie myślałem, że doczekam jej w takiej formie, jaką zaprezentowały niedawno w Gdańsku panie nazywające siebie „Dziewuchami”.
Pewnie inspiracją do ich aktywności na Trójmiejskich ulicach nie był przywołany powyżej zwyczaj z japońskiego Kawasaki, bo nie powieliły religijnego rekwizytu, o którym wspomniałem, a zamiast męskiego narzędzia spełniającego ważną rolę w akcie prokreacji, na mało estetycznym kiju umieściły malowidło żeńskiej waginy.
To z pewnością nie była próba reaktywacji jakiegoś zapomnianego, religijnego obrzędu, a co najwyżej nieudolna, i wulgarna zarazem próba prowokacji wymierzonej w przekonania religijne tych z nas, którzy co roku biorą udział w ulicznych procesjach Bożego Ciała.
Pewnie znajdą się „adwokaci” gdańskiego ekscesu i będą próbować usprawiedliwić te panie: że była to ich, może trochę zbyt ostra, reakcja wywołana gniewem po pedofilskich skandalach wśród księży; to jednak nie usprawiedliwia brutalnego szargania religijnych uczuć wierzących.
I na tym warto zakończyć przywoływanie tamtego zdarzenia, bo rozdmuchiwanie go, kolejne piętnowania, czy angażowanie w tej kwestii chociażby organów ścigania, to tylko nadzieja na zyskanie kolejnego czasu i rozgłosu, którymi takie skandaliczne zachowania się karmią.
W naszej, uświęconej odwieczną tradycją, obrzędowości mamy wspaniałe religijne święto jakim jest Boże Ciało z kolorowymi procesjami do czterech, polowych ołtarzy.
Pewnie przy okazji tej uroczystości niejednokrotnie słyszeliśmy, w homiliach głoszonych przy tej okazji, że:
-„To jest jedyny dzień w roku, kiedy na naszych ulicach możemy spotkać Chrystusa, tak jak to szczęście mieli mieszkańcy Palestyny, gdy Nauczyciel z Nazaretu przemierzał tamtejsze szlaki: leczył poranione ciała i dusze napotkanych rodaków, mówił im o nadziei zbawienia i nauczał, że On sam jest dla wszystkich Chlebem na życie wieczne.”
To jednak nie jest do końca prawdą, o czym już kiedyś pisałem, ale warto może wrócić do już raz poruszanego tematu – naszych spotkań( naszych-ludzi wierzących)z Eucharystycznym Jezusem.
Konkretnie chodzi mi o formę uszanowania, które winniśmy bądź co bądź Bożemu Ciału pod postacią eucharystyczną.
Taka „etykieta” wiary stanowi, że przed Najświętszym Sakramentem najbardziej właściwą postawą jest przyklęk na jedno kolano.
W przypadku osób starszych, mniej sprawnych fizycznie będzie to skinienie głowy, które także wyraża szacunek do obecności najważniejszej dla nas Osoby.
Tak mało, a jednocześnie, kiedy człowiek poobserwuje dziwne kucki uprawiane przez uczestników niedzielnej mszy, czy rozbiegany wzrok i odwracanie głowy na widok kapłana spieszącego z Komunią św. do chorego; to odnosi się wrażenie, jakby taki prosty gest był czymś trudnym, albo wstydliwym.
A to tak mało wymagające zachowania. Ale one są jednocześnie bardzo ważne, bo one mówią, są rodzajem świadectwa i głosem dla innych:
-To są dla nas ważne, istotne sprawy, z których nie należy kpić, żartować, czy wręcz szydzić.
Kryspin

środa, 22 maja 2019

Piękno majowych dni



Pewnie wielu z nas( już bardzo dojrzałych w latach), kiedy nadchodzi kolejny maj, z rozrzewnieniem wspomina swój egzaminem dojrzałości.
Moja matura przypadła w gorącym okresie związanym z wydarzeniami czerwca 1976 roku.
W tamtym pamiętnym początku lata robotnicy Radomia zdecydowanie zaprotestowali przeciwko systemowi, w którym władza realizowała swoje coraz bardziej chore wizje mając za nic dobro swoich „poddanych”.
Patrząc teraz z perspektywy lat, mogę stwierdzić, że tamten system się rozłaził i na nic zdawały się nerwowe kroki ówczesnych decydentów, aby ocalić to, czego się zachować już nie dało.
Może brak świadomości, a może tylko fundamentalna nienawiść wobec wszystkich „innych”, były wtedy na tyle silne, że mimo świadomości przegranej, odgryzali się na lewo i prawo.
Wśród tych innych- potencjalnych wrogów tamtej rzeczywistości, jednym z ważniejszych był Kościół, a ja właśnie zamierzałem związać z nim swoją przeszłość zaczynając w 1976 roku mój seminaryjny etap przygotowania do kapłaństwa.
Gdyby wtedy ktoś powiedział nam, że już niebawem runą mury tego systemu i będziemy oddychali wolnością, pewnie niewielu z nas uwierzyło by w taki scenariusz przyszłości; a tak się stało zaledwie po kilkunastu latach.
A gdyby tenże „prorok” wbrew euforii, która opanowała nas 16. X.1978 roku ( data powołania na Tron Piotrowy naszego rodaka Karola Wojtyłę ), zapowiedział nam, że nie minie kolejnych kilkanaście lat od dnia odejścia Jana Pawła II, a dotknie nas niebezpieczeństwo o wiele gorsze od dawnych, zbrodniczych knowań komunistycznej bezpieki; pewnie kolejny raz niewielu uwierzyłoby jego słowom.
Mamy maj 2019 roku.
Dla młodych, których historia życia rozpoczęła się na początku XXI wielu, z pewnością jeszcze długo będzie jednym z ważniejszych miesięcy ich życia, bo matura, bo perturbacje i niezawiniona niepewność i stres, który maturzystom 2019 roku zgotowali „dorośli” wplątując ich w swoje kłótnie.
Dla polityków ten wiosenny tegoroczny miesiąc to ważny czas agitacji i walki o głosy wyborców, aby móc odtrąbić sukces przy urnach ustawionych w związku z „wyścigiem do europarlamentu”.
To także ważny czas dla Kościoła, choć ten maj jest zupełnie inny, i choć chcielibyśmy, aby jak co roku był zdominowany aromatem wiosennych kwiatów strojących przydrożne, Maryjne kapliczki i rozbrzmiewał pięknymi pieśniami na jej cześć; to zgoła inne głosy i nieprzyjemne „zapachy” zmąciły sielankowy nastrój tego czasu.
Przyznam, że trudno mi uwierzyć w zapewnienia ważnych członków naszej kościelnej hierarchii, którzy deklarują wolę „posprzątania” tych afer i sprawiedliwego rozliczenia każdego z ludzi Kościoła, na którym ciążyłyby zarzuty w tej materii.
Mam wątpliwości i z każdym dniem ich przybywa, kiedy co rusz dowiaduję się o nowych „rewelacjach”: a to, że kolejny biskup ma trudności, by wytłumaczyć dlaczego nic nie wiedział, gdy inni wiedzieli aż nadto, a to, że „bohater” jednej z pierwszych pedofilskich afer (prawomocnie skazany przez sąd za swoje chore dokonania) w każdy piątkowy poranek prowadzi katolickiej rozgłośni różaniec, by na koniec udzielać radiowym duszyczkom błogosławieństwa.
A może wobec takiego „pozorowania” woli naprawy winno się podziękować tym wszystkim, którzy w zdobnych szatach (zawsze mi przychodzi na myśl ten fragment Ewangelii o faryzeuszach i uczonych w piśmie: Mt 23) wcale nie realizują powołania do niesienia wiernym prawdy Ewangelii?
Może kiedy runą mury stawiane przez tych, w których osobista korzyść i strach przed utratą władzy nie pozwalają być tak zwyczajnie uczciwymi, to zobaczymy, że Bóg nadal jest blisko nas, a na ukwieconych, majowych łąkach usłyszymy radosną pieśń chwaląca Jego majestat.
Kryspin

środa, 15 maja 2019

Kryształowa noc Kościoła



No i nie da się odciąć od tematu, który jest obecnie na topie wszelkich mediów, dyskusji politycznych adwersarzy, czy na koniec ściszonym głosem powtarzanych opinii bazarowych znawców moralnych zawirowań związanych z ludźmi Kościoła.
Jedno mogę obiecać: nie będę recenzował internetowego hitu braci Sekielskich, bo nie oglądałem ich filmu i znam tylko szczątkowe, mimochodem zasłyszane relacje na temat ich dokonania.
Jedno co mogę powiedzieć, to to, że jestem przerażony tym wszystkim, czego obecnie doświadczamy.
Już kiedyś zdarzyło się coś podobnego. W listopadową noc 1938 roku na ulice Berlina wyszły oszalałe nienawiścią bojówki z kijami, aby dokonać „sprawiedliwości” na sąsiadach spod znaku Gwiazdy Dawida, a historia nadała temu wydarzeniu miano „Kryształowej nocy”.
Tamten pogrom żydów inspirowały elity ówczesnej władzy, by w konsekwencji doprowadzić do spirali nienawiści w stosunku do innych narodów, która swój finał miała przy krematoryjnych piecach koncentracyjnych obozów.
Kiedy przypominam sobie dzieło Pana Smarzowskiego, zawsze widzę scenę z księdzem uciekającym po zarośniętych moczarach, gdzie szukał ratunku przed linczem ze strony oszalałego nienawiścią tłumu.
„Cygan zawinił, a kowala powiesili” chciałoby się powiedzieć, i taką sytuację mamy obecnie.
Grono(mniejszość) pedofilii, którzy uwili sobie gniazdko swoich zboczonych potrzeb w cieniu kościelnych murów, sprowadziło gniew na pozostałych (zdecydowanie będących w większości) ludzi w koloratkach, którym obecnie nie zazdroszczę klimatu, a może trzeba by powiedzieć smrodu kolejnych moralnych skandali.
Gdyby zastanowić się nad problemem pedofilii wśród duchownych, który niektórzy określają poważną chorobą trawiącą Kościół, to trzeba otwarcie powiedzieć, że on sam ponosi największą winę za to wszystko.
Nie zamierzam kolejny raz wyliczać przyczyn takiego stanu rzeczy, bo już wielokrotnie o nich pisałem, ale chciałbym w tym miejscu postawić kilka ( mam nadzieję, że nie tylko retorycznych) pytań:
-Dlaczego dopiero teraz ( w tych dniach) porusza się te haniebne sprawy, o których wiedziano przecież od lat?
-Dlaczego nie reagowali na te ekscesy kościelni przełożeni i przez lata stosowali metodę miotły-zamiatać pod dywan, a może nikt nie zauważy.
-Dlaczego nie było zdecydowanych działań władz: obecnych i poprzednich rządów i służb specjalnych, z którymi współpracowali przez lata kościelni zboczeńcy, o czym otarcie mówi w swoim dokumencie Pan Sekielski.
A może przez lata nie było „klimatu” do wywlekania tych brudów?
Kiedy gromadziłem materiały do „Zaufanej koloratki-konfesjonału krzywd”, zgłosił się do mnie Michał (imię zmienione). Bo powiedzieć mi o swojej krzywdzie sprzed lat, kiedy przez 12 lat był deprawowany(delikatnie rzecz ujmując) przez swojego księdza proboszcza.
-”Rozmawiam z panem, bo nikogo nie interesuje moja historia i piekło, które zgotował mi człowiek Kościoła”-powiedział na koniec naszej rozmowy, a było to cztery lata temu.
Jeden z uczestników obecnej dyskusji prowadzonej na portalu społecznościowym napisał:
-”Pedofilski skandal będzie gwoździem do trumny Kościoła i dobrze, bo nareszcie zatriumfuje ateizm, trzeźwy osąd rozumu bez ogłupiającej ideologii z jakimś wymyślonym Bogiem.”
Ktoś powie, że to tylko mało znaczący głos nawiedzonego wroga Kościoła i nic poza tym.
Może i tak, może to tylko zwykły bojówkarz?
Dlaczego zatem wydaje mi się on tak bardzo podobnym do pałkarzy z berlińskiej, listopadowej nocy?
Kryspin


środa, 8 maja 2019

Kapłańska samotność, to kolejny zatruty owoc celibatu



W trakcie seminaryjnych praktyk trafiliśmy do ośrodka opieki paliatywnej, który prowadziły siostry zakonne.
Po tym szczególnym domu oprowadzała nas jedna z zakonnic i niejako na przywitanie powiedziała:
- „Najgorszym, co może spotkać człowieka, to samotność, która nie tylko bardzo boli, ale i może prowadzić do zaniku pragnienia życia.
W medycynie mówi się, że takiego człowieka dopadła depresja, a my mówimy o chorobie samotności, i dlatego w naszym domu, oprócz przepisanych leków, naszym podopiecznym staramy się dawać codzienną porcję naszej miłości, by nigdy nie czuli się samotni. ”
Później w jej towarzystwie odbyliśmy obchód po pokojach, w których przebywali mieszkańcy tego ośrodka. Część osób leżała w szpitalnych łóżkach, a ci bardziej zdrowi odbywali spacery od drzwi do okien, by przy nich postać przez chwilę i napawać się wiosennym słońcem zaglądającym przez szyby.
Osoby najbardziej sprawne zdobywały się na wysiłek krótkiego spaceru po alejkach mini parku otaczającego budynek.
Siostry rzeczywiście starały się troskliwie opiekować tymi staruszkami, co dało się zauważyć na każdym kroku, ale i tak to było za mało, by uwolnić ich od poczucia samotności, która malowała się chociażby w ich smutnych oczach.
Tegoroczny maj rozpoczął się pięknym, słonecznym dniem i pewnie wielu z nas zaplanowało na ten czas jakieś atrakcje: kilkudniowy wypad za miasto, odwiedziny znajomych, czy wspólny grill w podmiejskim ogrodzie.
Moje majowe plany zweryfikowała wiadomość, że zmarł jeden z moich seminaryjnych kolegów i jego pogrzeb przewidziano właśnie na pierwszy dzień majowego weekendu.
Mając na względzie to, że przez sześć lat seminarium byliśmy bliskimi przyjaciółmi, uważałem że powinienem na jego pożegnaniu być.
Pogrzeb księdza proboszcza (pracował w tej parafii 23 lata) stał się jednym z ważniejszych wydarzeń małej, wiejskiej społeczności.
Dodatkowo „atrakcyjności”tej uroczystości dodawał fakt, że swój udział w ostatnim pożegnaniu kapłana zapowiedział sam ks. Prymas i należało się spodziewać, że do małego kościółka ściągnie wielu księży by dołożyć swój „wieczny odpoczynek” za współbrata w kapłaństwie.
I wszystko sprawdziło się co do joty, a nawet ponad nią, bo biskupów było dwóch, a wielebnych kilkudziesięciu.
Nie zawiedli także parafianie i pewnie nie tylko z tej kościelnej gromadki, co dało się zauważyć po tablicach rejestracyjnych samochodów z różnych zakątków kraju.
Porządku wśród tłumu zebranych pilnowali strażacy w galowych strojach i dlatego uroczystość mogła imponować wszystkim przybyłym.
Ks. Proboszcz zmarł nagle, a o jego śmierci wierni dowiedzieli się, gdy zaniepokojeni nieobecnością księdza ( nie pojawił się w kościele by by odprawić mszę) wyważyli drzwi plebani i znaleźli martwego kapłana.
Wezwany lekarz stwierdził zgon w wyniku ataku serca, a prokurator potwierdził, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych.
Przez długą chwilę stałem przed pustym budynkiem plebani mojego zmarłego kolegi i poczułem dziwny chłód tego miejsca i nie rozumiałem dlaczego zrobiło mi się zimno, pomimo, że był wtedy piękny, słoneczny dzień.
Kiedy po skończonej mszy ustawił się przed kościołem żałobny szpaler, zrozumiałem, dlaczego przed chwilą doznałem wrażenia chłodu pustej plebani.
Odpowiedź malowała się w smutnych oczach kapłanów uczestniczących w tych uroczystościach, i nie była to powaga chwili, bo ich spojrzenia były identyczne z tymi, które widziałem przed laty u staruszków domu opieki zarażonych wirusem samotności.
Pomyślałem wtedy, że to jest kolejny owoc celibatu, śmiertelnej choroby Kościoła.
Kryspin, Ksiądz w cywilu

środa, 1 maja 2019

Majowy bukiet kwiatów dla Niej



Apogeum wiosennego piękna przypada na przełom kwietnia i maja.
Pewnie i z tergo powodu tak wielu z nas od tygodni czyniło przygotowania do majowego, długiego weekendu, który zamierzaliśmy spędzić z dala od codziennych trosk.
Chyba nie ma człowieka, który by nie zamarzył, aby choć przez chwilę pooddychać świeżością polnych kwiatów, pozachwycać się żółtymi dywanami kwitnących pól, lub posłuchać radosnego śpiewu ptaków cieszących się życiem otulonym promieniami wiosennego słońca.
Maj jest chyba najpiękniejszym miesiącem roku, i może dlatego od niepamiętnych czasów ten właśnie miesiąc tradycja ludowej religijności ofiarowała tej, która ponad dwa tysiące lat temu (od chwili spełnienia się cudu betlejemskich narodzin) stała się najlepszym ambasadorem ludzkich spraw składanych przed obliczem Odwiecznego.
Choć w wielu katolickich krajach kultywuje się kult Maryi- Bożej Rodzicielki, to jednak chyba ten nasz, polski charakter Maryjnej pobożności jest najbardziej kolorowy i ciepły szczerością prostej wiary, i wcale nie myślę teraz tylko o nabożeństwach majowych, które w tym miesiącu odprawiane są w naszych świątyniach.
Wystarczy człowiekowi wyjechać kilka kilometrów poza granice miasta, by wśród pól napotkać małe kapliczki, niekiedy może tylko figury Niepokalanej, przy których w majowe popołudnia gromadzą się ludzie z okolicznych domów, by wspólnie śpiewając religijne pieśni, spełniać w taki sposób dług wdzięczności, bo taką czują potrzebę.
Kilka dni temu zobaczyłem w jednym z portali społecznościowych filmik, na którym człowiek w turbanie, w prowokacyjny sposób zniszczył figurę Matki Bożej ciskając ją o beton chodnika.
Pomyślałem wtedy, ile musi być w człowieku nienawiści, by w taki sposób manifestować pogardę do czyiś przekonań.
Jeżeli jednak starałbym się „usprawiedliwić” przypadek z portalu, bo zrobił to być może jakiś religijny fanatyk; to trudno mi zrozumieć zdarzenie z Płocka, gdzie pod osłoną nocy ktoś porozklejał na murach i koszach na śmieci kopie obrazu Matki Bożej umieszczając na głowach Maryi i małego Jezusa kolorowe aureole, które są swego rodzajem podpisu pewnych środowisk z ich odmiennymi orientacjami seksualnymi.
W życiu człowieka są świętości, których nie wolno szargać, niezależnie od światopoglądu, obszarów wolności, granic prowokacji, czy czegoś, co niektórzy chcieliby chronić pod „parasolem” artystycznych dokonań.
Taką nieprzekraczalną linią jest szacunek do matki: mojej, Twojej i każdej innej, która „wykupiła” sobie prawo do niego, narodzinami:Twoimi, moimi i każdego innego człowieka.
Człowiek w turbanie z portalowego filmiku był bardzo zadowolony z siebie niszcząc symbol znienawidzonej religii.
Co jednak chcieli osiągnąć nocni pacykarze z Płocka?
Pewnie, gdyby dane nam było porozmawiać z choćby jednym z tych, którzy uczestniczyli w tej prowokacji, usłyszelibyśmy, że w ten sposób chcieli powiedzieć, że Ona jest także ich matką.
Mam nadzieję, że tak „usprawiedliwialiby” swoją nocną akcję na płockich murach.
Kiedy ludzie zbierają się w kościołach na nabożeństwach majowych, gdy spieszą z okolicznych wiosek, aby modlić się przy przydrożnych kapliczkach, spotykają się tam z Nią, Matką nas wszystkich.
Zbędne są wtedy dywagacje: czy to także moja matka?
Niezależnie od tego, kim jesteśmy, jakie mamy polityczne poglądy, orientację seksualną, zawsze u naszego początku jest i była matka.
Maj jest miesiącem naszej wdzięczności za dar naszej pierwszej chwili i dlatego spieszymy, aby kolorowymi kwiatami powiedzieć, jak szczerze jesteśmy im wdzięczni.
Jeżeli ktoś czuje potrzebę kolorowej aureoli, zawsze może siebie przystroić w taki atrybut, choćby w tak popularyzowanych marszach równości.
Dla Matki - zawsze kwiaty!
Kryspin

środa, 24 kwietnia 2019

Spalić kukłę Judasza-żyda!



W miejscowości mojego dzieciństwa, już prawie za miastem, stoi na małym wzgórzu drewniany kościółek, przy którym corocznie w drugim dniu Wielkanocy gromadzą się wierni z okolicznych parafii, aby przeżywać, opisane na kartach Ewangelii spotkanie Zmartwychwstałego Mistrza z Apostołami, kiedy ci przepełnieni smutkiem ( po tragedii Wielkiego Piątku) wracali w niedzielny poranek do rodzinnego Emaus.
Święta Wielkanocne obok najważniejszych prawd naszej wiary, które Kościół przypomina wiernym w kolejnych dniach (Triduum Paschalne) poprzedzających niedzielny poranek Zmartwychwstania, akceptuje tradycję, która nie zawsze zdaje się być spójna z misją głoszenia Wiary, Nadziei i Miłości, do której powołał go Chrystus.
Część z ludowych zwyczajów(inspirowanych bezsprzecznie milczącym przyzwoleniem Kościoła) nie za bardzo przystają do przeżywania radości, którą zafundował nam Zbawiciel, kiedy zamiast nas, odcierpiał za winy całego świata.
Owszem, uczestnicząc w nabożeństwach poprzedzających rezurekcyjne Alleluja, zdawaliśmy się rozumieć, iż każdy z nas ma na sumieniu coś, za co należałoby się szczere: Przepraszam.....
Ale już dzień po niektórzy z nas gromadzą się przed kukłą Żyda-Judasza, by dokonać symbolicznego kamienowania tego, który na wieli stał się synonimem zdrajcy.
Ktoś powie: że to przecież tylko ludowy zwyczaj, rodzaj tradycji, dawnej, prymitywnej religijności, więc nie ma o co kruszyć kopii.
Inni są jednak odmiennego zdania i próbują „robić sprawę” z tego ludowego zwyczaju, i podnoszą ją do rangi skandalu, uznając te praktyki, za sianie nienawiści i swoisty antysemityzm.
Przy małym kościółku, z doroczną uroczystością Emaus, znajduje się, obłożona kamiennymi kręgami studnia, w której jak legenda tradycja, od niepamiętnych czasów biło, mające uzdrawiającą moc, źródełko.
Okoliczni mieszkańcy wielokrotnie doznawali jego leczącej siły, kiedy na swoim ciele obmywali chore miejsca i dolegliwości ustępowały.
Tak było do czasu, gdy o cudownych właściwościach tegoż źródełka dowiedział się handlarz starzyzną, mający ślepego konia, który każdego dnia ciągnął wózek wyładowany garnkami i tandetnym suknem. Przebiegły kupiec postanowił poszerzyć asortyment swoich towarów o baniaki z cudowną wodą i w tym celu pojawił się przy studni. Przy sposobności zamierzał także uzdrowić swojego konia i obmył jego ślepe dotąd oczy. Zwierze doznawszy uzdrowienia przeraziło się blaskiem słońca i machając kopytami strąciło swojego właściciela do studni, gdzie ten, w tak tragicznych okolicznościach, dokonał żywota.
Od tego wypadku źródełko straciło swoją moc.....
A, i jeszcze jedno.
Tym chciwym handlarzem był oczywiście żyd!
Tyle ludowe podanie.
Ile w nim prawdy, to po latach nie wie nikt.
W pamięci tradycji pozostał jednak przekaz z informacją, kto ponosił za to wszystko winę i tak przez wieki utrwalał się obraz tych, którzy ponosili i ponoszą winę za wszystko, co nas dotknęło, co nam się nie udało:
„To oni są winni, bez nich ominęłoby nas wszelkie zło”-zdajemy się powtarzać i dlatego szukamy pretekstu usprawiedliwienia dla samych siebie.
To tylko słowa, niewinne gesty (Jak chociażby spalona kukła) - zdają się mówić ci, którzy tak łatwo akceptują niechęć do drugiego człowieka i nie rozumieją, że takie słowa torują drogę do czegoś o wiele bardziej strasznego.
Można to określić jako spiralę nakręcającej się niechęci nieuchronnie przechodzącej w nienawiść, a stąd już tylko krok do pragnienia rewanżu, niekiedy bez jakichkolwiek hamulców.....
A wtedy na końcu tego wszystkiego zostają już tylko łzy i tragedia zdarzeń, od których nie ma odwrotu.
Kryspin, 

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Tragedia i nadzieja Notre Dame



Wielki pożar paryskiej katedry Notre Dame stał się ostatnio najważniejszym wydarzeniem, które stało się nie tylko doniesieniem medialnym, ale i tematem oświadczeń najważniejszych ludzi polityki i Kościoła.
Wszyscy zgodnie podkreślali, że stała się wielka tragedia, gdy w płomieniach pożaru uległa zniszczeniu świątynia będąca najważniejszym świadectwem nie tylko chrześcijańskiej historii francuskiego narodu, ale i europejskiego dziedzictwa.
Oczywiście podzielam powszechny smutek i ubolewam, że nie byłem dotąd w Paryżu i nie będzie mi już dane na własne oczy zobaczyć tego cudu architektonicznego geniuszu średniowiecznych twórców (XII-XIV wiek, kiedy budowano tę świątynię), bo zwyczajnie nie dożyję końca odbudowy tej świątyni (planowanej na najbliższe 30 lat).
Jedno w tym wszystkim co mnie irytuje, to traktowanie tej budowli jako obiektu li tylko sakralnego i rozpatrywanie tego tragicznego wydarzenia w takim kontekście.
Owszem paryska katedra póki co była jeszcze obiektem sakralnym, bo nadal praktykowano tam liturgię, ale dla przytłaczającej większości z ponad 13 milionów corocznie ją odwiedzających stanowiła tylko atrakcję historycznej budowli.
Mój pogląd zdaje się podzielać jeden z internautów, który w kilka chwil po pierwszych doniesieniach na temat tego tragicznego w skutkach pożaru, napisał kilka słów wspomnienia ze swojego pobytu w Notre Dame:
„Zawsze będę pamiętał zdziwienie, jakim obrzucili nas jacyś turyści stojący w nawie głównej katedry, kiedy z małżonką przyklękliśmy, aby oddać cześć Chrystusowi w tabernakulum.”
Turystyczna atrakcja, przeżycie spotkania z historią-to z pewnością byłyby najczęściej używane odpowiedzi na pytanie: Dlaczego ktoś odwiedzał takie miejsca jak paryskie Notre Dame, watykańską katedrę św. Piotra, czy chociażby naszą Częstochowę.
Uderzającym było to, że jeszcze tliły się resztki dogasającego pożaru, kiedy wokół spalonej świątyni zaczęli gromadzić się okoliczni mieszkańcy i turyści wyrwani z wieczornej beztroski. Wszyscy stali w przerażeniu i nadziei zarazem, bo z zebranego tłumu, prócz głośnej rozpaczy zaczęły przebijać się słowa modlitwy i kościelnych śpiewów, jakby zebrani uświadomili sobie, że zniszczeniu uległa tylko zewnętrzna powłoka, a istota i sens tego miejsca pozostały nietknięte.
Zbliżał się czerwiec 1979 roku, kiedy do Gniezna miał przybyć Jan Paweł II papież.
Pamiętam gorączkowe przygotowania kościelnych(i nie tylko) władz, aby godnie ugościć na ojczystej ziemi następcę św. Piotra.
Krótko przed wyznaczoną datą uroczystej liturgii, którą zaplanowano na wzgórzu obok prastarej katedry, rozgorzała walka o miejscówki dotyczące komunii świętej, a ściślej mówiąc, kto miałby dostąpić zaszczytu otrzymania ciała Chrystusa z rąk samego Ojca Świętego.
Iluż wiernych szukało wtedy dojścia do tych, którzy ustalali listę szczęśliwców,ile wykonano telefonów, by załatwić dla kogoś takie wyróżnienie...
Pamiętam, z jakim niesmakiem obserwowałem te zabiegi, bo tyle w nich było próżności, a jednocześnie tak mało wiary.
Pozostały mi także w pamięci słowa mojego kolegi kursowego, który stwierdził z niesmakiem:
„Dla tych ludzi najważniejsze jest opakowanie, a nie najcenniejszy klejnot, jakim przecież jest Boskie Ciało.”
A później dodał:
„W małym, zapomnianym,wiejskim kościółku każdy może doświadczyć takiego samego wyróżnienia, kiedy z wiarą przyjmuje komunię świętą.”
Tak sobie myślę, że nadzieją płynącą z tragedii Notre Dame nie są wcale oszałamiające liczby deklarowanej pomocy w kosztach odbudowy zniszczonej świątyni, a ta mała grupka ludzi modlących się na zgliszczach spalonego kościoła.
Wielcy tego świata deklarują chęć odbudowy zniszczonego „opakowania”, ci normalni niosą promyk nadziei na odrodzenie tego, co jest sensem dla nawet najpiękniejszej kościelnej budowli.
Kryspin

czwartek, 11 kwietnia 2019

New Age dla zawiedzionych



-”Przeżyłam ostatnio swoje nawrócenie”- oznajmiła mi znajoma na początku naszego kawowego spotkania.
Przyznam, że byłem zaskoczony tą informacją i to z dwóch powodów.
Po pierwsze, że do tej pory deklarowała, iż sprawy wiary nie zajmowały w jej życiu jakiegoś znaczącego miejsca; a po drugie, radość z jaką poinformowała mnie o swoim religijnym doznaniu. To były wystarczające powody, by z autentycznym zainteresowaniem wysłuchać jej dalszej relacji.
Aby rozwiać wszelkie wątpliwości (a może i moje nadzieje), poinformowała mnie, że jej powrót do wiary nie ma żadnego związku z Kościołem, bo ta instytucja kiedyś ją zawiodła i jak krótko stwierdziła: nie zamierza wchodzić kolejny raz do tej samej wody.
Później opowiadała o cotygodniowych spotkaniach w prywatnym domu, gdzie ludzie tacy sami jak ona spotykają się, aby dzielić się osobistymi doświadczeniami z lektury Biblii. Całość grupy animuje ktoś w rodzaju lidera, który ma wiedzę i doświadczenie w tym zakresie.
Po tak nakreślonym obrazku religijnego doświadczenia zrodził się we mnie niepokój, że biedaczka stała się ofiarą jakiejś sekty, bodź religijnej agitacji osób określających siebie badaczami Pisma Świętego i nagabujących przechodniów wręczając kolorowe pisemka zapraszające „zbłąkane owieczki”do powrotu na pastwisko wiary, którą tylko oni reprezentują.
Ludzie często są zawiedzeni Kościołem.
Wiele razy obecnie słyszymy takie krytyczne oceny :
-Zawiodłem się na księdzu, który bardziej jest urzędnikiem, aniżeli przewodnikiem duchowym, -Zawiodłem się na kościelnych władzach tuszujących złe postępki kapłanów uważając jednocześnie, że zadośćuczynienie za wyrządzoną przez nich krzywdę można zamknąć w lapidarnym słowie: Przepraszam!
Kiedyś Kościół zmagał się z synkretyzmem religijnym wśród nowych członków religijnej społeczności, którym trudno było się rozstać z wierzeniami ojców i dlatego obok krzyża nadal wieszali maski pogańskich bożków.
Obecnie swoisty synkretyzm religijny (przejmowanie założeń innych religii teistycznych, a nawet takich ruchów wyznaniowych, które nie uznają istnienia duchowej siły sprawczej naszego świata) praktykuje coraz większa liczba osób zwiedziona niereformowalnością Kościoła i przez to szukająca zaspokojenia potrzeby wiary poza Nim.
Jestem zawiedziony milczeniem Kościoła w wielu istotnych kwestiach, także i w nasilającymi się krytycznymi ocenami „żelaznego” dotąd kościelnego elektoratu.
Taka bierność to wolne pole do tworzenia się nowych ruchów religijnych, które teraz wydając się mało skutecznymi, w niedalekiej przyszłości mogą się okazać śmiertelnym zagrożeniem dla Chrystusowego dziedzictwa.
W połowie ubiegłego stulecia narodził się ruch New Age, którego wyznawcy uważają, że dzisiejsze czasy to ostatni etap świata, jaki znamy. Po przejściu tego świata w nową rzeczywistość (Nową Erę), ma nastąpić, złoty wiek ludzkości.
Bliżej nieokreśloną, ale raczej niedaleką przyszłość zwolennicy New Age wyobrażają sobie jako czasy, w których nie będzie konfliktów, granic państwowych, zaś ludzkość będzie żyła w ogólnoświatowej wspólnocie kierowanej przez wspólny Rząd Światowy.
To czas, w którym ludzie całkowicie przewartościują swoje spojrzenie na otaczający ich świat. Zgodnie z tym przekonaniem nastanie wtedy kres wszelkich systemów religijnych oraz ich instytucji, zaś ludzi będzie jednoczyć wzajemnie zrozumienie, pozbawione wszelkich podziałów.
Pewnie, że można krótko skwitować założenia takiego ruchu, jako utopijne i powrócić do dobrego samopoczucia, i kolejny raz przypomnieć sobie, że przecież to sam założyciel Kościoła zapewnił, iż bramy piekielne nie przemogą tej instytucje, którą zbudował na Skale-Piotrze(Mt16,18) i pozostałych Apostołach.
Kiedy jednak doczytamy słowa z Ewangelii wg św. Łukasza, kiedy cytuje smutne, retoryczne pytanie wyrażające niepokój Mistrza o przyszłą wiarę Kościoła(Łk18,8), to ulatuje gdzieś błoga beztroska i kruchy spokój.
No właśnie: czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?
Kryspin

piątek, 29 marca 2019

ludzie listy piszą



Niekiedy czytelnicy stawiają mi zarzut, że nie mam prawa zabierać głosu w kwestiach instytucji, z którą wziąłem rozbrat rezygnując z noszenia sutanny.
Na szczęście takich głosów jest bardzo mało, w stosunku chociażby do znakomitej większości czytelników, którzy wyrażają zadowolenie z cotygodniowych spotkań z „Księdzem w cywilu”.
Ostatnio napisał do mnie Pan w średnim wielu (45 lat), i choć list był przeznaczony do mojej wiadomości, to uznałem, że powinienem jego treścią podzielić się z czytelnikami, co niniejszym czynię:
Jestem od dłuższego czasu mocno zniesmaczony i rozczarowany postępowaniem Kościoła katolickiego. I mówię to z pozycji zwykłego zasiadacza w kościelnej ławie.
Królestwo Niebieskie musi być naprawdę blisko, bo Kościół katolicki się kończy!
Ostatnio odkryłem z przerażeniem, że wszystko co dotyczy mojej duchowości i to całe wyobrażenie o religii, tkwi niestety tylko we mnie. Źródłem mojej wiary powoli przestaje być KOŚCIÓŁ ! Zadaję pytania i nie uzyskuję odpowiedzi na nie.
Kościół który spotykam w murach świątyni się kurczy, starzeje, nie docieka, nie protestuje i chyba już na nic nie liczy.
Od tak dawna nie usłyszałem z ambony żadnej pouczającej katechezy, żadnego radosnego słowa, wyjaśnienia bez patosu przeczytanych w Ewangelii słów. Za to jest mamona i pozorna braterska życzliwość, którą my Polacy prezentujemy od święta.
Ten Kościół w zasadzie już NIE ŁĄCZY.
Nawet radio, które mieni się być katolickim sygnałem w każdym domu, zionie tylko ksenofobią i wszechpolską polityką. Do tego hierarchowie kościelni wiją się wokół problemu pedofilii, seksu i bogactwa w swoich szeregach. Jakże żałosny to spektakl.
I na dokładkę nasz wiejski ksiądz przeniesiony za swoje wybryki z entej parafii, traktujący swoich wiejskich parafian jak tępy lud do robienia pieniędzy i łatania kościelnego dachu. Nic nowego prawda?
Jednak mam tego dość!
Czy ci ludzie w czarnych sukmanach się opamiętają?
Czy nie boli ich marnotrawienie Jezusowej spuścizny?
Czyż nie widzą co niedzielę, że moja czterdziestopięcioletnia łepetyna w rzedniejącym tłumie jest jedną z młodszych głów?
Kolejne pytania bez odpowiedzi.
Nie zdziwi mnie absolutnie jeśli za jakichś parę lat pochłonie nas, powiedzmy, muzułmański potop, który ma jasny cel, sztandar i poczucie jedności.”
Nie odpowiem czytelnikowi na ten list,mim to z jednego powodu.
Kilka razy przeczytałem go z wielką uwagą i jedyne co mógłbym powiedzieć, to to, że jest w nim wiele gorzkiej prawdy i zawiedzionej nadziei.
Tę beznadzieję żalu czytelnik podsumował także w zakończeniu korespondencji, i właśnie tam, paradoksalnie odnalazłem „promyk światła”:
-”Wiem, że ten list i zawarte w nim żale nic nie zmienią.
Ale wiem też, że wybrałem dobry adres. Bez koloratki jest w Panu więcej księdza niż w większości facetów w czarnych sutannach - wbrew temu co o sobie myślą i mówią.”
Głęboko wierzę szanowny Panie, że wśród ludzi w sutannach(także tych w odcieniu fioletu), da się odnaleźć wielu takich, dla których kapłaństwo nadal znaczy coś więcej, aniżeli ta poczyniona przez pańskie rozgoryczenie litania kapłańskich zachowań będących zaprzeczeniem głoszonej przez nich Dobrej Nowiny.
Tak sobie myślę, że także po to powstał „Ksiądz w cywilu”.
Pewnie, że każdy może napisać list do proboszcza, ale czy tenże się nad nim pochyli?
List do biskupa ma jeszcze mniejsze szanse na przeczytanie przez adresata, bo o spokój jego ekscelencji dba wierny sekretarz filtrujący korespondencję, by ta „niewłaściwa” lądowała w koszu lub kurialnej niszczarce.
I między innymi po to jest „Ksiądz w cywilu”.
Choć gdyby przeprowadzić ankietę wśród osób w koloratkach, to każdy z nich zaprzeczy, żeby kiedykolwiek przeczytał choćby słowo z zamieszczanych tam tekstów.
To zupełnie tak samo, jak z disco polo – nikt nie słucha tej muzyki, a wszyscy dziwnym zrządzeniem losu znają na pamięć słowa tych piosenek.
Dlatego dzisiaj szczególnie pozdrawiam wszystkich nieczytających „Księdza w cywilu”
Kryspin

środa, 20 marca 2019

Tabletka na celibat



Przed kilkoma laty niewolnik papierosowego nałogu zaskarżył wielki koncern tytoniowy, że tenże zataił, iż konsumowanie (palenie) jego produktów prowadzi do poważnych chorób, a w konsekwencji do przedwczesnej śmierci.
Pozywający, który od jakiegoś czasu zmagał się z chorobą nowotworową, wywołaną według lekarzy długoletnim nikotynizmem, domagał się gigantycznego odszkodowania, i sąd podzielił słuszność jego roszczeń.
Koncern tytoniowy został zobowiązany do wypłaty miliardowego odszkodowania i to uczynił.
Przed dwoma tygodniami, po dopiero co zakończonym posiedzeniu polskich hierarchów, najważniejsi przedstawiciele episkopatu pojawili się w mediach, by poinformować o prewencyjnym działaniu Kościoła w drażliwej kwestii pedofilii wśród duchownych.
Przyznam, że pewnie nie tylko mnie nie przekonały mgliste zapewnienia, iż w Kościele nie ma przyzwolenia na takie dewiacyjne praktyki i tenże z całą stanowczością będzie w przyszłości stał na straży dzieci, które winny w Kościele czuć się bezpiecznie.
Pewnie podobne odczucia niedosytu mieli także dziennikarze zadający pytania podczas zwołanej z tej okazji konferencji.
Owszem, przedstawiciele mediów zostali poinformowani o liczbie dewiantów i ofiar, które według oficjalnych ( zgłoszonych) danych doznały krzywd od osób w sutannach, ale zabrakło jasnych deklaracji o dalszych działaniach, które Kościół winien wziąć na siebie.
Ze strony hierarchów nie padła żadna konkretna deklaracja na temat zadośćuczynień, które Kościół winien wziąć na siebie, a zamiast tego padło krótkie stwierdzenie, że w takich sprawach decyzje podejmują stosowne organa prawne, czyli sądy, a Kościół w tym przypadku będzie stosował się do ewentualnych orzeczeń tych organów.
Mnie zainteresowało pytanie, o celibat, jako jedno z przyczyn dewiacyjnych zachowań niektórych kapłanów.
„-W żadnym stopniu nie można wiązać tej praktyki wstrzemięźliwości seksualnej praktykowanej w Kościele, z przypadkami nadużyć, o których tu mówimy”-odpowiedział jeden z najważniejszych naszych hierarchów.
Mnie zaskoczyło jednak to, jak wielebny w dalszej części uzasadnił, dlaczego w Kościele owa praktyka jest stosowana:
„-Geneza celibatu (bezżeństwa) w Kościele wynika z pragnienia doskonałego naśladowania Chrystusa, który zrezygnował z cielesnej miłości na rzecz doskonałego uczucia, jakim obdarzył wszystkich ludzi!”
Jeżeli mnie pamięć nie myli, to w Ewangeliach ten wymóg nie był istotny, bo Apostołowie- powołani przez Chrystusa uczniowie mieli żony (jedynie Jan był kawalerem!)
Do XII wielu Kościół nie doznał „oświecenia”, że tylko w takiej formie może naśladować Chrystusa?
Zostawmy historię, ale pozwolę sobie zdać pytanie:
-Dlaczego w procesie formowania przyszłych celibatariuszy jednym z istotnych „wspomagaczy” jest stosowanie środków farmakologicznych (za moich czasów był to brom dodawany do kleryckich posiłków)?
Tytoniowe molochy do swoich wyrobów dodają substancji uzależniających, by utrudnić porzucenie nałogu, i to stało się jednym z argumentów za gigantyczną karą, którą przyszło im zapłacić jako zadośćuczynienie.
Swoją drogą ciekawy byłby sądowy proces w którym zadośćuczynienia od Kościoła domagaliby się kapłani, którzy poczuli się wpuszczeni w praktykę celibatu.
A może Kościół, podobnie jak tytoniowe koncerny, winien na bieżąco dbać o dostarczanie „wspomagaczy” wszystkim kapłanom, także tym, którzy zakończyli już seminaryjną formację do przestrzegania zasad celibatu.
Taka tabletka na każdy poranek kapłańskiej posługi.
Kryspin

środa, 13 marca 2019

Wizyta, czy posługa?



Zaliczyłem ostatnio kilkudniowy pobyt w szpitalu. Nie trafiłem do tego przybytku w jakimś alarmowym trybie, nie musiałem więc korzystać z transportu z literką R.
Do lecznicy udałem ze skierowaniem od rodzinnego lekarza, który podczas jednej z ostatnich moich wizyt stwierdził, że niekiedy warto na zimne dmuchać i póki co przebadać się( najlepiej w szpitalnych warunkach), aby później uniknąć poważniejszych konsekwencji.
Trudno mi było nie zgodzić się z takim zaleceniem, zważywszy, że w przeszłości nie zawsze byłem taki zapobiegliwy, przez co zaliczyłem kilka zdrowotnych wpadek.
W wyznaczonym dniu dopełniłem więc formalności w szpitalnej Izbie Przyjęć, po czym skierowano mnie na oddział tych mniej zagrożonych, których w szpitalu leczy się z zasady mniej inwazyjnie, aniżeli pechowców z OIOM-u, gdzie cienkiej linii życia pilnują przyrządy i szpitalny personel pracujący ze świadomością niebezpieczeństw, na które są narażeni chorzy na ich oddziale.
Każdy szpitalny dzień na „normalnym”oddziale jest podobny do siebie: poranne mierzenie temperatury, obchód lekarski ze szczątkowymi info na temat przebiegu kuracji i zaleceniami co do dalszych działań, ku poprawie stanu zdrowia chorego, za który odpowiedzialność biorą lekarze i personel pomocniczy(pielęgniarki, laborantki i pozostali pracownicy z oddziału), i to by było na tyle......
Nie można jednak zapominać o „atrakcjach” szpitalnych dni: kateringu z posiłkami i o wyprawach szlafrokowych procesji do sklepiku, gdzie można kupić gazetę, butelkę wody mineralnej, a także słodkie łakocie umilające szpitalny pobyt.
Za każdym razem, kiedy dane mi jest zaliczyć kolejny pobyt w szpitalnej lecznicy, czekam także na wizytę kapelana tego przybytku.
Takie odwiedziny zazwyczaj odbywają się późnym popołudniem i za każdym razem są bardzo do siebie podobne.
Wielebny mniej lub bardziej zdecydowanym krokiem przemierza szpitalny korytarz i zaglądając do kolejnych pokoi wypełnionych białymi łóżkami chorych, zdaje się sprawdzać stan osobowy, niekiedy zadając wręcz pytanie: czy pojawił się wśród przebywających ktoś nowy, i przy tym zainteresowany jego posługą.
Jeżeli duszpasterz zakodował z poprzedniej wizyty, że facet z łóżka przy ścianie po prawej przyjmował komunię, to bez kolejnego pytania zatrzymuje się przy miejscu jego szpitalnego pobytu, by po krótkiej modlitwie uraczyć go ciałem Chrystusa, i zaraz potem w tył zwrot i przemarsz do kolejnej sali.
Ostatnio w jednym z portali społecznościowych ktoś umieścił zdjęcie ze szpitalnego korytarza. Ksiądz trzymający w ręku korporał (rodzaj ozdobnej torby, w której przenosi się eucharystię), a obok pielęgniarka trzymająca tacę z lekami dla chorych.
U dołu zdjęcia znajdował się napis, a właściwe liczby z podanym wynagrodzeniem:
pielęgniarka 2500 zł, kapelan 5800 zł
Tak sobie myślę, że podobną „agitkę” można by stworzyć wstawiając na fotografii zamiast kapłana np. lekarza z oddziału. Wtedy dysproporcja w wynagrodzeniu byłaby pewnie jeszcze większa....?
Dzień szpitalnego oddziału rozpoczyna wizyta lekarska – obchód medyków w asyście pozostałego personelu. Swoista celebracja ważności osób biorących w nim udział i nic ponadto – przynajmniej tak to odbierałem podczas mojego pobytu w lecznicy, i z pewnością to nie było tylko moje odczucie.
Dzień szpitalnego oddziału kończy wizyta kapelana.
A mnie marzy się, by nie była ona tylko celebracją, niekiedy zbyt pośpieszną, ale by była spotkaniem z Chrystusem, który będąc gościem przy łóżku chorego, nachyla się nad jego cierpieniem wlewając w jego duszę nadzieję, albo zgodę na przyjęcie przeznaczenia.
Ale tego nie osiąga się w trakcie pospiesznej i drętwej wizyty, a poprzez cierpliwe odwiedziny, posługę dobra przy spotkaniu dwóch najważniejszych dla siebie osób:
Chrystusa i cierpiącego chorego.
Kryspin

środa, 6 marca 2019

Wielkopostny obóz kondycyjny



Dokładnie od  środy weszliśmy w okres  Wielkiego  Postu.
Kościół corocznie wyznacza czterdziestodniowy okres poprzedzający święta Wielkanocy, jako czas przygotowania do godnego świętowania nadchodzącego triumfu życia, które niesie ze sobą niedziela Zmartwychwstania.
Pielęgnowanie praktyk polegających na świadomym umartwianiu się nie jest związane tylko z tradycją chrześcijańską, choć (zwłaszcza w Kościele Katolickim) często spotykamy się z takowymi praktykami, jako ćwiczeniami mającymi wyrobić w wierzącym zdolność do samoograniczenia swoich (nie zawsze dobrych) pragnień.
Nakazy postu- wstrzemięźliwości są narzędziem, którego Kościół często używa, by podtrzymać w nas świadomość potrzeby pokuty za …....?
No właśnie, za co?
Jedna z czytelniczek „Księdza w cywilu” pisząc o tym, co irytuje ją w Kościele, zapytała wprost:
„-Dlaczego w Kościele tak eksponuje się potrzebę nieustannego kajania się?
Przyznam, że rzadko uczestniczę we mszy świętej, ale jeżeli już mi się to zdarza, za każdym razem robię się wściekła, kiedy od początku uczty( bo tak przecież określa się mszę, jako ucztę eucharystyczną, prawda?), każe się mi bić w piersi i mówić, że nie jestem godna tego zaszczytu!”
Inny czytelnik także podzielił to krytyczne zdanie:
”-Nie lubię smutku, którym zioną kościelne ceremonie, i dlatego wolę posiedzieć w ciszy pustej świątyni, bo wtedy odczuwam prawdziwą bliskość Boga...... a on wcale nie jest smutnym starcem, zrzędliwym tetrykiem czerpiącym radość ze strachu rozsiewanego wśród uczestników liturgicznych spędów.”
Czy wobec tych powyższych, do tego najczęściej krytycznych opinii, winniśmy przekreślić mądrość minionych pokoleń i obśmiewać to, czym wyposażyli nas nasi przodkowie?
Chrystus wiedząc o wielkości zadania, które przed nim postawił Bóg Ojciec, odbył swój swoisty „obóz kondycyjny” - 40 dniowy post na pustyni, by później zmierzyć się wielkim ciężarem, jakim było wyzwanie krzyża.
Każdego roku na Filipinach rzesze wiernych uczestniczą w procesjach biczowników zadających sobie cierpień okładając się skórzanymi biczami zakończonymi ołowianymi kulkami i haczykami, którymi ranią swoje ciała, aby upodobnić je do okaleczonego ciała Jezusa, kiedy ten wspinał się na górę swej męczeńskiej śmierci.
Najbardziej zagorzali uczestnicy filipińskich procesji nie ograniczają się tylko do ran zadawanych sobie biczem i poddają swoje ciała (i to dosłownie) okrutnej praktyce krzyżowania.
Oczywiście nie namawiam nikogo do takiej „ekstremalnej jazdy”, ale może warto z dozą większej świadomości wykorzystać okres Wielkiego Postu na nasz osobisty „obóz kondycyjny”.
I nie chodzi tylko o to, by ograniczyć mięsiwa w naszych garach, czy odwiesić balowe suknie do następnego karnawału, ale ten czas każdy może wykorzystać ku temu, by stać się innym, lepszym człowiekiem.
Muzułmanie przeżywając swój ramadan, miesiąc postu, nie tylko odmawiają sobie jedzenia i picia od świtu do zmierzchu ( każdego dnia), ale i zawieszają wzajemne spory(także działania wojenne) i starają się pogodzić ze swoimi adwersarzami.....
Mamy teraz czas Wielkiego Postu, który wrósł w naszą tradycję i świadomość na tyle głęboko, że wiedzą o nim wszyscy, niezależnie od wyznawanego światopoglądu.
Może watro byłoby wykorzystać te dni na swoisty „kondycyjny obóz”, po którym łatwiej nam będzie w drugim człowieku zobaczyć innego, może o odmiennych poglądach na rzeczywistość, ale zawsze zasługującego na szacunek, człowieka.
Kryspin 

środa, 27 lutego 2019

Czy LGBT jest groźne?



Konia z rzędem temu, kto nie wgłębiając się w źródła, chociażby w Wikipedii, bez większych trudności rozszyfrowałby skrót LGBT.
A wypadałoby wiedzieć coś więcej na temat tego, czym bombardują nas w ostatnim czasie media, donosząc o tęczowych inicjatywach.
I tak dowiedzieliśmy się, że Prezydent Warszawy idąc w kierunku równości dla różnorodności w naszym codziennym życiu, zafundował mieszkańcom kolorowy tramwaj, następnie zapowiedział powstanie specjalnych hosteli dla zwolenników LGBT i pewnie podejmie inicjatywę powrotu tęczy na jednym z placów stolicy, bo kiedyś już przecież była.
Kolejnym krokiem w tej szczególnej aktywności miałoby być wprowadzenie do szkół kolejnego przedmiotu, na którym maluchy mogłyby od najwcześniejszych lat zaznajomić się z tym, że ludzie dorośli nie są tacy sami, a tym co ich odróżnia, to sfera seksualności.
No i wszystko wydaje się być zasadnym, bo lepiej wiedzieć, aniżeli później się dziwić i szepcząc w zaufaniu, powtarzając swoim bliskim:
„ A Filip to jest jakiś taki inny, bo nie bawi się z dziewczynkami, a woli chłopców”.
Kiedyś, jak to sam miałem naście lat, pamiętam, że naturalnym było to, że chłopacy bawili się w swoim gronie(kopali piłkę, ganiali po podwórku z kijakowymi karabinami) i nikomu ni przyszło do głowy, że mieliśmy wtedy zaburzony pogląd na swoją seksualność i pielęgnowaliśmy gejowskie zachowania.
Podobnie było z dziewczynami, które spalały kalorie skacząc w gumę i czuły się dobrze w swoim towarzystwie. Lubiły przebywać ze sobą, powierzać sobie dziewczęce tajemnice. A jeżeli przywołać we wspomnieniach częste przypadki, kiedy dziewczyny nocowały u siebie, bo wieczór i noc u koleżanki były dopełnieniem pragnienia bycia razem z przyjaciółką, to teraz byłoby to nie do pomyślenia.
A wszystko przez LGBT, czyli tajemniczy skrót, który warto rozszyfrować, by wiedzieć:
To skrót angielskich słów: Lesbian, Gay, Bisexual i Transgender; co w tłumaczeniu oznacza: lesbijki, geje biseksualiści i osoby o naturze transseksualnej(z przyczyn genetycznych nie akceptujących swojej biologicznej płci)
Choć określenie LGBT pojawiło się w USA w połowie minionego stulecia, to nie odkryło niczego nowego, bo od zarania dziejów ludzie należący do mniejszości seksualnych byli i pewnie będą do końca świata.
Pewnie byli także wśród nas, gdy bawiliśmy się razem mając naście lat, ale to nie zmieniło naszego nastawienia do kolegów, którzy okazali się w dorosłym życiu gejami i taką obrali drogę swojej seksualności.
Sądzę także, że wśród koleżanek, które zawiązały nastoletnie przyjaźnie, nie przekreśliły tego późniejsze wybory Hanki, Joli, czy Magdy, bo w dorosłym życiu pokochały inaczej.
Mój starszy kolega mieszkający obecnie w USA, opowiedział mi kiedyś o kobiecie z kościoła anglikańskiego, która pełniła funkcję kapłańską przy Uniwersytecie Stanforda. Dla nikogo nie było zgorszeniem, że w życiu prywatnym była zdeklarowaną lesbijką i do tego w stałym związku z kobietą.
Później dodał, że nasz Kościół zostaje daleko w tyle za świadomością, iż ludzie w swoich orientacjach seksualnych są różni, ale wszyscy tak samo wierzą, że Bóg ich kocha, a od innych oczekują tylko zrozumienia, że mają także prawo do życia w miłości.
Aby była jasność- nie popieram histerii zwolenników LGBT, ich działań, które mogą tylko wyrządzić wiele zła. Nie popieram „eksperymentów” na małych, delikatnych roślinkach (jakimi przecież są dzieci wkraczające w dorosłe życie, także w sferze seksualnej), ale także boję się bezczynności Kościoła w tych sprawach.
Same protesty Ordo Iuris, czy krzyk (nota bene słuszny) przy próbach niszczenia przez zwolenników LGBT idei Roberta Baden-Powella (twórcy ruchu skautowego), która realizowana jest przez ZHP; to ostry sygnał, aby Kościół podjął rękawicę w tej walce.
Kryspin, 

środa, 20 lutego 2019

Grzechy główne i kardynalne cnoty



Kiedy sięgamy pamięcią do wykutych kiedyś na przysłowiową blachę katechizmowych pouczeń, to wśród nich znajdziemy siedem grzechów głównych: pycha, chciwość, nienawiść, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, no i na koniec lenistwo.
Wśród tych wymienionych ludzkich przywar (grzechów) odnajdujemy te, które w jakimś stopniu zdają się nam bliższe i jesteśmy skłonni się do nich przyznawać.
Bo któż z nas nie uległ choćby sporadycznie pokusie dodatkowego kęsa, gdy zaliczaliśmy biesiadną imprezę i dopiero po zakończeniu uczty stwierdziliśmy, że może za dużo daliśmy pracy naszemu żołądkowi. Trudno, na przyszłość wykażemy się większą powściągliwością i potrafimy powiedzieć (także sobie): nie dziękuję za następny kawałek rozkoszy..
Kolejnym oswojonym grzechem głównym jest zazdrość, która dopada nas niekiedy w absurdalnych sytuacjach: sąsiad kupił nowy samochód, a koleżanka wygląda tak, jakby się jej lata nie imały i nadal wygląda jak swoja córka, gdy nam wiek zaznacza lata, no ale na to możemy zaradzić mniej lub bardziej udaną wizytą u chirurga kosmetycznego, i jakoś powraca nam dobre samopoczucie, a nowe cztery kółka możemy kupić na kredyt, a co tam.
Ostatnio w naszych międzynarodowych relacjach zaliczyliśmy dyplomatyczny zgrzyt, kiedy to wysoki dostojnik państwa Izrael odniósł się do zdarzeń, które dla większości z nas są już tylko historią. Przywołując tragiczne wydarzenia holokaustu, winnymi tychże uczynił także Polaków, którzy (w jego ocenie) dołożyli swoje ręce do zbrodni nazistowskiego okupanta.
Nie mam teraz zamiaru polemizować z tak jednostronnym osądem, ale pozwolę sobie zwrócić uwagę na mowę nienawiści, z jaką ów człowiek dokonał tej swojej oceny: „Zawsze będziemy pamiętać i nikt nam nie zabroni mówi w takim tonie o tamtych wydarzeniach!”
Nienawiść, to wśród siedmiu grzechów głównych matka wszelkiego zła, bo to ona jest początkiem swoistej „reakcji łańcuchowej” i otwiera w człowieku kolejne drzwi, za którymi na swoją, niszczącą wszystko co dobre w człowieku, rolę czekają:
-Dlaczego to mnie spotkało, a nie mojego sąsiada, którego nie lubię (zazdrość)?
-Pewnie, że jestem zły( gniew), że komuś idzie lepiej, choć to mnie winno należeć się szczęście.
-A w czym ja jestem gorszy, kiedy taki ze mnie prawy człowiek( pycha).
-A co tam, skorzystam z okazji, i nic to,że mój zysk owinięty jest w krzywdę drugiego(chciwość)
To wszystko są zatrute owoce nienawiści, której ulegamy tak sami z siebie, ale i wtedy, kiedy otwieramy się na głosy tych, którzy uczynili z niej oręż walki przeciwko innym.
W czasie okupacji nie wszyscy Polacy okazali się aniołami, i nie mam tu na myśli tych, którzy niezależnie od okoliczności zawsze karmią się nienawiścią i są gotowi do wyrządzenia krzywdy innym, chociażby dla sadystycznej satysfakcji, bo takich ludzi i teraz możemy spotkać.
Machina nienawiści, którą karmił się nazizm, zaowocowała strachem i dlatego niektórzy mając do wyboru dalsze życie za donos, uległo.
Co nie znaczy, że zdecydowana większość przeszła pozytywnie tę narzucaną im nieludzką próbę i zachowała godność, choć niekiedy okupioną najwyższą ceną.
To już tylko historia i nikt nie musi dokonywać takich wyborów, ale czy na pewno?
Na szczęście świat(także Polska) nauczony doświadczenie zabezpieczył się przed tym , aby powrócił koszmar czasu, gdy nazizm stworzył filozofię ksenofobicznej nienawiści i gdyby ktoś próbował wskrzeszać takie demony z przeszłości, szybko zapewniłby sobie darmowy wikt za kratami, gdzie miałby czas na przemyślenie swoich chorych pragnień, i dobrze.
Czy możemy więc być spokojni o nasze jutro?
Kiedy czytam internetowe dysputy domorosłych „znawców” politycznej sceny i gdy przerzucam na pilocie kolejne stacje telewizyjne, nieodparcie odnoszę wrażenie, że zioną z nich bardzo podobne (tym z przeszłości) demony, które przesiąknięte są obsesją nienawiści.
Najlepszą obroną przed bezmyślną nienawiścią są cztery kardynalne cnoty, o których także informuje nas katechizm:
Rozsądek, sprawiedliwość, umiar i odwaga.
Tylko tyle, ale i aż tyle, i tego życzmy sobie nawzajem.
Kryspin

środa, 13 lutego 2019

Przygotowanie do życia w miłości


    Gwoli wyjaśnienia. 
Poniższy tekst został przygotowany do publikacji w "Angorze", która będzie miała miejsce w przyszły poniedziałek (18.02.2019 r.), ale odwiedzającym mojego bloga mogę go udostępnić już dziś, co niniejszym czynię. 
     Pewnie już nieco straciły świeżość kolorowe bukiety, które zaledwie kilka dni temu z dumą wręczali zakochani swoim lubym w dniu św. Walentego. Może jeszcze gdzieś się walają ozdobne karteczki, z wydrukowanymi mniej lub bardziej kiczowatymi życzeniami mającymi zastąpić osobiste słowa, którymi zwykle zapewniamy naszą drugą połowę, że nasza miłość nadal jest aktualna, choć słowo: „Kocham” wydaje się jakoś zbyt infantylne i może dlatego tak rzadko pojawia się na naszych ustach.
     Kolejny Dzień Zakochanych został odfajkowany i większość z nas powróciła do rzeczywistości, w której nie bardzo jest miejsce na miłość, bo życie okrutnie domaga się od nas bycia silnymi, rozsądnymi i chłodnymi w podejmowanych decyzjach.
A mnie jest trochę smutno, że tak rzadko w swoich wyborach kierujemy się sercem, spychając jego cichy szept gdzieś na margines naszej codzienności.
Miałem wczoraj długą rozmowę z reżyserem. Spotkaliśmy się, aby omówić ewentualną ekranizację „Zakochanej koloratki”.
     W trakcie dyskusji o przesłaniu, jakie w sobie niesie ta książka, mój rozmówca poddał w wątpliwość, czy miłość, to nadal dobry temat, nadal mogący być „siłą” kinowego obrazu: bo to wszystko już było. Później na potwierdzenie swoich wątpliwości rzucił kilka głośnych tytułów, klasyków gatunku, więc poco tworzyć swego rodzaju kower znanego już tematu?
-A ja chciałbym, aby ta książka stała się lekturą szkolną-odpowiedziałem i zaraz dodałem, aby wyjaśnić memu rozmówcy, dlaczego tak uważam.
-Szkoła jest obecnie popularnym tematem dyskusji, chociażby w kontekście lekcji religii, której sens podważają zwolennicy świeckości naszego państwa.
     Kto ma rację? ...Pozostawię to „mądrzejszym” specom od argumentów: za - lub przeciw.
Szkoła mająca w swych założeniach przygotowanie młodego człowieka do dorosłego życia, realizuje swój program, by edukować przyszłych: robotników, inżynierów, ludzi nauki, wynalazców pchających wózek postępu, i to wszystko jest dobre.
     Pozostaje jednak jeszcze sprawa, którą określiłbym formowaniem duchowej dojrzałości, niemniej ważnej dla przyszłego, dorosłego życia absolwentów. Do tego zaliczyłbym całą gamę przedmiotów humanistycznych :język ojczysty, historia, inne przedmioty poszerzające wiedzę o otaczającym nas świecie, ale i przygotowanie do życia w rodzinie, przygotowanie do życia seksualnego, etyka, czy wreszcie lekcje religii-dla zdeklarowanych wierzących.
     Próżno jednak szukać przedmiotu w tym humanistycznym dziale przygotowania do życia w miłości!
     Czy jest to jednak potrzebnym, bo dzieciakom fundować kolejny przedmiot, kiedy o takich sprawach uczeń może zażywać edukacji poza lekcyjną salą?
     Przecież taką edukację ma w rodzinnym domu, ewentualnie na lekcjach religii, czy chociażby w parafialnej salce, kiedy zaliczy kurs przedmałżeński prowadzony przez zaufaną osobę księdza proboszcza. Do tego wszystkiego cotygodniowe szkolenie z miłości może mieć na niedzielnych nabożeństwach, które opakowane są w miłość Boga do ludzi.
     Obawiam się, że mało skuteczne są te swoiste „korepetycje” z miłości, zważywszy, że 30% młodych zatrzymuje się w deklaracji miłości na poziomie wolnych związków, argumentując swój wybór tym, że rozwodem kończy się ponad połowa małżeństw, nie wspominając już o patologii związków, w których miłość już dawno „wyparowała” i tacy żonkosie są ze sobą tylko przez „zasiedzenie”.
     Dużo jest racji w tych krytycznych głosach, ale to nie rozwiązuje problemu.
     Przygotowanie do życia w miłości, to bardzo ważny aspekt kształtowania przyszłego życia, w którym człowiek bierze odpowiedzialność za tego drugiego, i tu nie chodzi tylko o współmałżonka, ale i o dzieci, owoce ich bliskości. Tylko ludzie żyjący w cieniu miłości potrafią zaszczepić ten dar, jako najlepszy „posag”na przyszłość swoich pociech.
     To także dotyka maluchów, na długo przed tym, kiedy w chwili narodzin pierwszy raz zobaczą uśmiech kochających ich rodziców.
Kryspin