środa, 24 kwietnia 2019

Spalić kukłę Judasza-żyda!



W miejscowości mojego dzieciństwa, już prawie za miastem, stoi na małym wzgórzu drewniany kościółek, przy którym corocznie w drugim dniu Wielkanocy gromadzą się wierni z okolicznych parafii, aby przeżywać, opisane na kartach Ewangelii spotkanie Zmartwychwstałego Mistrza z Apostołami, kiedy ci przepełnieni smutkiem ( po tragedii Wielkiego Piątku) wracali w niedzielny poranek do rodzinnego Emaus.
Święta Wielkanocne obok najważniejszych prawd naszej wiary, które Kościół przypomina wiernym w kolejnych dniach (Triduum Paschalne) poprzedzających niedzielny poranek Zmartwychwstania, akceptuje tradycję, która nie zawsze zdaje się być spójna z misją głoszenia Wiary, Nadziei i Miłości, do której powołał go Chrystus.
Część z ludowych zwyczajów(inspirowanych bezsprzecznie milczącym przyzwoleniem Kościoła) nie za bardzo przystają do przeżywania radości, którą zafundował nam Zbawiciel, kiedy zamiast nas, odcierpiał za winy całego świata.
Owszem, uczestnicząc w nabożeństwach poprzedzających rezurekcyjne Alleluja, zdawaliśmy się rozumieć, iż każdy z nas ma na sumieniu coś, za co należałoby się szczere: Przepraszam.....
Ale już dzień po niektórzy z nas gromadzą się przed kukłą Żyda-Judasza, by dokonać symbolicznego kamienowania tego, który na wieli stał się synonimem zdrajcy.
Ktoś powie: że to przecież tylko ludowy zwyczaj, rodzaj tradycji, dawnej, prymitywnej religijności, więc nie ma o co kruszyć kopii.
Inni są jednak odmiennego zdania i próbują „robić sprawę” z tego ludowego zwyczaju, i podnoszą ją do rangi skandalu, uznając te praktyki, za sianie nienawiści i swoisty antysemityzm.
Przy małym kościółku, z doroczną uroczystością Emaus, znajduje się, obłożona kamiennymi kręgami studnia, w której jak legenda tradycja, od niepamiętnych czasów biło, mające uzdrawiającą moc, źródełko.
Okoliczni mieszkańcy wielokrotnie doznawali jego leczącej siły, kiedy na swoim ciele obmywali chore miejsca i dolegliwości ustępowały.
Tak było do czasu, gdy o cudownych właściwościach tegoż źródełka dowiedział się handlarz starzyzną, mający ślepego konia, który każdego dnia ciągnął wózek wyładowany garnkami i tandetnym suknem. Przebiegły kupiec postanowił poszerzyć asortyment swoich towarów o baniaki z cudowną wodą i w tym celu pojawił się przy studni. Przy sposobności zamierzał także uzdrowić swojego konia i obmył jego ślepe dotąd oczy. Zwierze doznawszy uzdrowienia przeraziło się blaskiem słońca i machając kopytami strąciło swojego właściciela do studni, gdzie ten, w tak tragicznych okolicznościach, dokonał żywota.
Od tego wypadku źródełko straciło swoją moc.....
A, i jeszcze jedno.
Tym chciwym handlarzem był oczywiście żyd!
Tyle ludowe podanie.
Ile w nim prawdy, to po latach nie wie nikt.
W pamięci tradycji pozostał jednak przekaz z informacją, kto ponosił za to wszystko winę i tak przez wieki utrwalał się obraz tych, którzy ponosili i ponoszą winę za wszystko, co nas dotknęło, co nam się nie udało:
„To oni są winni, bez nich ominęłoby nas wszelkie zło”-zdajemy się powtarzać i dlatego szukamy pretekstu usprawiedliwienia dla samych siebie.
To tylko słowa, niewinne gesty (Jak chociażby spalona kukła) - zdają się mówić ci, którzy tak łatwo akceptują niechęć do drugiego człowieka i nie rozumieją, że takie słowa torują drogę do czegoś o wiele bardziej strasznego.
Można to określić jako spiralę nakręcającej się niechęci nieuchronnie przechodzącej w nienawiść, a stąd już tylko krok do pragnienia rewanżu, niekiedy bez jakichkolwiek hamulców.....
A wtedy na końcu tego wszystkiego zostają już tylko łzy i tragedia zdarzeń, od których nie ma odwrotu.
Kryspin, 

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Tragedia i nadzieja Notre Dame



Wielki pożar paryskiej katedry Notre Dame stał się ostatnio najważniejszym wydarzeniem, które stało się nie tylko doniesieniem medialnym, ale i tematem oświadczeń najważniejszych ludzi polityki i Kościoła.
Wszyscy zgodnie podkreślali, że stała się wielka tragedia, gdy w płomieniach pożaru uległa zniszczeniu świątynia będąca najważniejszym świadectwem nie tylko chrześcijańskiej historii francuskiego narodu, ale i europejskiego dziedzictwa.
Oczywiście podzielam powszechny smutek i ubolewam, że nie byłem dotąd w Paryżu i nie będzie mi już dane na własne oczy zobaczyć tego cudu architektonicznego geniuszu średniowiecznych twórców (XII-XIV wiek, kiedy budowano tę świątynię), bo zwyczajnie nie dożyję końca odbudowy tej świątyni (planowanej na najbliższe 30 lat).
Jedno w tym wszystkim co mnie irytuje, to traktowanie tej budowli jako obiektu li tylko sakralnego i rozpatrywanie tego tragicznego wydarzenia w takim kontekście.
Owszem paryska katedra póki co była jeszcze obiektem sakralnym, bo nadal praktykowano tam liturgię, ale dla przytłaczającej większości z ponad 13 milionów corocznie ją odwiedzających stanowiła tylko atrakcję historycznej budowli.
Mój pogląd zdaje się podzielać jeden z internautów, który w kilka chwil po pierwszych doniesieniach na temat tego tragicznego w skutkach pożaru, napisał kilka słów wspomnienia ze swojego pobytu w Notre Dame:
„Zawsze będę pamiętał zdziwienie, jakim obrzucili nas jacyś turyści stojący w nawie głównej katedry, kiedy z małżonką przyklękliśmy, aby oddać cześć Chrystusowi w tabernakulum.”
Turystyczna atrakcja, przeżycie spotkania z historią-to z pewnością byłyby najczęściej używane odpowiedzi na pytanie: Dlaczego ktoś odwiedzał takie miejsca jak paryskie Notre Dame, watykańską katedrę św. Piotra, czy chociażby naszą Częstochowę.
Uderzającym było to, że jeszcze tliły się resztki dogasającego pożaru, kiedy wokół spalonej świątyni zaczęli gromadzić się okoliczni mieszkańcy i turyści wyrwani z wieczornej beztroski. Wszyscy stali w przerażeniu i nadziei zarazem, bo z zebranego tłumu, prócz głośnej rozpaczy zaczęły przebijać się słowa modlitwy i kościelnych śpiewów, jakby zebrani uświadomili sobie, że zniszczeniu uległa tylko zewnętrzna powłoka, a istota i sens tego miejsca pozostały nietknięte.
Zbliżał się czerwiec 1979 roku, kiedy do Gniezna miał przybyć Jan Paweł II papież.
Pamiętam gorączkowe przygotowania kościelnych(i nie tylko) władz, aby godnie ugościć na ojczystej ziemi następcę św. Piotra.
Krótko przed wyznaczoną datą uroczystej liturgii, którą zaplanowano na wzgórzu obok prastarej katedry, rozgorzała walka o miejscówki dotyczące komunii świętej, a ściślej mówiąc, kto miałby dostąpić zaszczytu otrzymania ciała Chrystusa z rąk samego Ojca Świętego.
Iluż wiernych szukało wtedy dojścia do tych, którzy ustalali listę szczęśliwców,ile wykonano telefonów, by załatwić dla kogoś takie wyróżnienie...
Pamiętam, z jakim niesmakiem obserwowałem te zabiegi, bo tyle w nich było próżności, a jednocześnie tak mało wiary.
Pozostały mi także w pamięci słowa mojego kolegi kursowego, który stwierdził z niesmakiem:
„Dla tych ludzi najważniejsze jest opakowanie, a nie najcenniejszy klejnot, jakim przecież jest Boskie Ciało.”
A później dodał:
„W małym, zapomnianym,wiejskim kościółku każdy może doświadczyć takiego samego wyróżnienia, kiedy z wiarą przyjmuje komunię świętą.”
Tak sobie myślę, że nadzieją płynącą z tragedii Notre Dame nie są wcale oszałamiające liczby deklarowanej pomocy w kosztach odbudowy zniszczonej świątyni, a ta mała grupka ludzi modlących się na zgliszczach spalonego kościoła.
Wielcy tego świata deklarują chęć odbudowy zniszczonego „opakowania”, ci normalni niosą promyk nadziei na odrodzenie tego, co jest sensem dla nawet najpiękniejszej kościelnej budowli.
Kryspin

czwartek, 11 kwietnia 2019

New Age dla zawiedzionych



-”Przeżyłam ostatnio swoje nawrócenie”- oznajmiła mi znajoma na początku naszego kawowego spotkania.
Przyznam, że byłem zaskoczony tą informacją i to z dwóch powodów.
Po pierwsze, że do tej pory deklarowała, iż sprawy wiary nie zajmowały w jej życiu jakiegoś znaczącego miejsca; a po drugie, radość z jaką poinformowała mnie o swoim religijnym doznaniu. To były wystarczające powody, by z autentycznym zainteresowaniem wysłuchać jej dalszej relacji.
Aby rozwiać wszelkie wątpliwości (a może i moje nadzieje), poinformowała mnie, że jej powrót do wiary nie ma żadnego związku z Kościołem, bo ta instytucja kiedyś ją zawiodła i jak krótko stwierdziła: nie zamierza wchodzić kolejny raz do tej samej wody.
Później opowiadała o cotygodniowych spotkaniach w prywatnym domu, gdzie ludzie tacy sami jak ona spotykają się, aby dzielić się osobistymi doświadczeniami z lektury Biblii. Całość grupy animuje ktoś w rodzaju lidera, który ma wiedzę i doświadczenie w tym zakresie.
Po tak nakreślonym obrazku religijnego doświadczenia zrodził się we mnie niepokój, że biedaczka stała się ofiarą jakiejś sekty, bodź religijnej agitacji osób określających siebie badaczami Pisma Świętego i nagabujących przechodniów wręczając kolorowe pisemka zapraszające „zbłąkane owieczki”do powrotu na pastwisko wiary, którą tylko oni reprezentują.
Ludzie często są zawiedzeni Kościołem.
Wiele razy obecnie słyszymy takie krytyczne oceny :
-Zawiodłem się na księdzu, który bardziej jest urzędnikiem, aniżeli przewodnikiem duchowym, -Zawiodłem się na kościelnych władzach tuszujących złe postępki kapłanów uważając jednocześnie, że zadośćuczynienie za wyrządzoną przez nich krzywdę można zamknąć w lapidarnym słowie: Przepraszam!
Kiedyś Kościół zmagał się z synkretyzmem religijnym wśród nowych członków religijnej społeczności, którym trudno było się rozstać z wierzeniami ojców i dlatego obok krzyża nadal wieszali maski pogańskich bożków.
Obecnie swoisty synkretyzm religijny (przejmowanie założeń innych religii teistycznych, a nawet takich ruchów wyznaniowych, które nie uznają istnienia duchowej siły sprawczej naszego świata) praktykuje coraz większa liczba osób zwiedziona niereformowalnością Kościoła i przez to szukająca zaspokojenia potrzeby wiary poza Nim.
Jestem zawiedziony milczeniem Kościoła w wielu istotnych kwestiach, także i w nasilającymi się krytycznymi ocenami „żelaznego” dotąd kościelnego elektoratu.
Taka bierność to wolne pole do tworzenia się nowych ruchów religijnych, które teraz wydając się mało skutecznymi, w niedalekiej przyszłości mogą się okazać śmiertelnym zagrożeniem dla Chrystusowego dziedzictwa.
W połowie ubiegłego stulecia narodził się ruch New Age, którego wyznawcy uważają, że dzisiejsze czasy to ostatni etap świata, jaki znamy. Po przejściu tego świata w nową rzeczywistość (Nową Erę), ma nastąpić, złoty wiek ludzkości.
Bliżej nieokreśloną, ale raczej niedaleką przyszłość zwolennicy New Age wyobrażają sobie jako czasy, w których nie będzie konfliktów, granic państwowych, zaś ludzkość będzie żyła w ogólnoświatowej wspólnocie kierowanej przez wspólny Rząd Światowy.
To czas, w którym ludzie całkowicie przewartościują swoje spojrzenie na otaczający ich świat. Zgodnie z tym przekonaniem nastanie wtedy kres wszelkich systemów religijnych oraz ich instytucji, zaś ludzi będzie jednoczyć wzajemnie zrozumienie, pozbawione wszelkich podziałów.
Pewnie, że można krótko skwitować założenia takiego ruchu, jako utopijne i powrócić do dobrego samopoczucia, i kolejny raz przypomnieć sobie, że przecież to sam założyciel Kościoła zapewnił, iż bramy piekielne nie przemogą tej instytucje, którą zbudował na Skale-Piotrze(Mt16,18) i pozostałych Apostołach.
Kiedy jednak doczytamy słowa z Ewangelii wg św. Łukasza, kiedy cytuje smutne, retoryczne pytanie wyrażające niepokój Mistrza o przyszłą wiarę Kościoła(Łk18,8), to ulatuje gdzieś błoga beztroska i kruchy spokój.
No właśnie: czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?
Kryspin

piątek, 29 marca 2019

ludzie listy piszą



Niekiedy czytelnicy stawiają mi zarzut, że nie mam prawa zabierać głosu w kwestiach instytucji, z którą wziąłem rozbrat rezygnując z noszenia sutanny.
Na szczęście takich głosów jest bardzo mało, w stosunku chociażby do znakomitej większości czytelników, którzy wyrażają zadowolenie z cotygodniowych spotkań z „Księdzem w cywilu”.
Ostatnio napisał do mnie Pan w średnim wielu (45 lat), i choć list był przeznaczony do mojej wiadomości, to uznałem, że powinienem jego treścią podzielić się z czytelnikami, co niniejszym czynię:
Jestem od dłuższego czasu mocno zniesmaczony i rozczarowany postępowaniem Kościoła katolickiego. I mówię to z pozycji zwykłego zasiadacza w kościelnej ławie.
Królestwo Niebieskie musi być naprawdę blisko, bo Kościół katolicki się kończy!
Ostatnio odkryłem z przerażeniem, że wszystko co dotyczy mojej duchowości i to całe wyobrażenie o religii, tkwi niestety tylko we mnie. Źródłem mojej wiary powoli przestaje być KOŚCIÓŁ ! Zadaję pytania i nie uzyskuję odpowiedzi na nie.
Kościół który spotykam w murach świątyni się kurczy, starzeje, nie docieka, nie protestuje i chyba już na nic nie liczy.
Od tak dawna nie usłyszałem z ambony żadnej pouczającej katechezy, żadnego radosnego słowa, wyjaśnienia bez patosu przeczytanych w Ewangelii słów. Za to jest mamona i pozorna braterska życzliwość, którą my Polacy prezentujemy od święta.
Ten Kościół w zasadzie już NIE ŁĄCZY.
Nawet radio, które mieni się być katolickim sygnałem w każdym domu, zionie tylko ksenofobią i wszechpolską polityką. Do tego hierarchowie kościelni wiją się wokół problemu pedofilii, seksu i bogactwa w swoich szeregach. Jakże żałosny to spektakl.
I na dokładkę nasz wiejski ksiądz przeniesiony za swoje wybryki z entej parafii, traktujący swoich wiejskich parafian jak tępy lud do robienia pieniędzy i łatania kościelnego dachu. Nic nowego prawda?
Jednak mam tego dość!
Czy ci ludzie w czarnych sukmanach się opamiętają?
Czy nie boli ich marnotrawienie Jezusowej spuścizny?
Czyż nie widzą co niedzielę, że moja czterdziestopięcioletnia łepetyna w rzedniejącym tłumie jest jedną z młodszych głów?
Kolejne pytania bez odpowiedzi.
Nie zdziwi mnie absolutnie jeśli za jakichś parę lat pochłonie nas, powiedzmy, muzułmański potop, który ma jasny cel, sztandar i poczucie jedności.”
Nie odpowiem czytelnikowi na ten list,mim to z jednego powodu.
Kilka razy przeczytałem go z wielką uwagą i jedyne co mógłbym powiedzieć, to to, że jest w nim wiele gorzkiej prawdy i zawiedzionej nadziei.
Tę beznadzieję żalu czytelnik podsumował także w zakończeniu korespondencji, i właśnie tam, paradoksalnie odnalazłem „promyk światła”:
-”Wiem, że ten list i zawarte w nim żale nic nie zmienią.
Ale wiem też, że wybrałem dobry adres. Bez koloratki jest w Panu więcej księdza niż w większości facetów w czarnych sutannach - wbrew temu co o sobie myślą i mówią.”
Głęboko wierzę szanowny Panie, że wśród ludzi w sutannach(także tych w odcieniu fioletu), da się odnaleźć wielu takich, dla których kapłaństwo nadal znaczy coś więcej, aniżeli ta poczyniona przez pańskie rozgoryczenie litania kapłańskich zachowań będących zaprzeczeniem głoszonej przez nich Dobrej Nowiny.
Tak sobie myślę, że także po to powstał „Ksiądz w cywilu”.
Pewnie, że każdy może napisać list do proboszcza, ale czy tenże się nad nim pochyli?
List do biskupa ma jeszcze mniejsze szanse na przeczytanie przez adresata, bo o spokój jego ekscelencji dba wierny sekretarz filtrujący korespondencję, by ta „niewłaściwa” lądowała w koszu lub kurialnej niszczarce.
I między innymi po to jest „Ksiądz w cywilu”.
Choć gdyby przeprowadzić ankietę wśród osób w koloratkach, to każdy z nich zaprzeczy, żeby kiedykolwiek przeczytał choćby słowo z zamieszczanych tam tekstów.
To zupełnie tak samo, jak z disco polo – nikt nie słucha tej muzyki, a wszyscy dziwnym zrządzeniem losu znają na pamięć słowa tych piosenek.
Dlatego dzisiaj szczególnie pozdrawiam wszystkich nieczytających „Księdza w cywilu”
Kryspin

środa, 20 marca 2019

Tabletka na celibat



Przed kilkoma laty niewolnik papierosowego nałogu zaskarżył wielki koncern tytoniowy, że tenże zataił, iż konsumowanie (palenie) jego produktów prowadzi do poważnych chorób, a w konsekwencji do przedwczesnej śmierci.
Pozywający, który od jakiegoś czasu zmagał się z chorobą nowotworową, wywołaną według lekarzy długoletnim nikotynizmem, domagał się gigantycznego odszkodowania, i sąd podzielił słuszność jego roszczeń.
Koncern tytoniowy został zobowiązany do wypłaty miliardowego odszkodowania i to uczynił.
Przed dwoma tygodniami, po dopiero co zakończonym posiedzeniu polskich hierarchów, najważniejsi przedstawiciele episkopatu pojawili się w mediach, by poinformować o prewencyjnym działaniu Kościoła w drażliwej kwestii pedofilii wśród duchownych.
Przyznam, że pewnie nie tylko mnie nie przekonały mgliste zapewnienia, iż w Kościele nie ma przyzwolenia na takie dewiacyjne praktyki i tenże z całą stanowczością będzie w przyszłości stał na straży dzieci, które winny w Kościele czuć się bezpiecznie.
Pewnie podobne odczucia niedosytu mieli także dziennikarze zadający pytania podczas zwołanej z tej okazji konferencji.
Owszem, przedstawiciele mediów zostali poinformowani o liczbie dewiantów i ofiar, które według oficjalnych ( zgłoszonych) danych doznały krzywd od osób w sutannach, ale zabrakło jasnych deklaracji o dalszych działaniach, które Kościół winien wziąć na siebie.
Ze strony hierarchów nie padła żadna konkretna deklaracja na temat zadośćuczynień, które Kościół winien wziąć na siebie, a zamiast tego padło krótkie stwierdzenie, że w takich sprawach decyzje podejmują stosowne organa prawne, czyli sądy, a Kościół w tym przypadku będzie stosował się do ewentualnych orzeczeń tych organów.
Mnie zainteresowało pytanie, o celibat, jako jedno z przyczyn dewiacyjnych zachowań niektórych kapłanów.
„-W żadnym stopniu nie można wiązać tej praktyki wstrzemięźliwości seksualnej praktykowanej w Kościele, z przypadkami nadużyć, o których tu mówimy”-odpowiedział jeden z najważniejszych naszych hierarchów.
Mnie zaskoczyło jednak to, jak wielebny w dalszej części uzasadnił, dlaczego w Kościele owa praktyka jest stosowana:
„-Geneza celibatu (bezżeństwa) w Kościele wynika z pragnienia doskonałego naśladowania Chrystusa, który zrezygnował z cielesnej miłości na rzecz doskonałego uczucia, jakim obdarzył wszystkich ludzi!”
Jeżeli mnie pamięć nie myli, to w Ewangeliach ten wymóg nie był istotny, bo Apostołowie- powołani przez Chrystusa uczniowie mieli żony (jedynie Jan był kawalerem!)
Do XII wielu Kościół nie doznał „oświecenia”, że tylko w takiej formie może naśladować Chrystusa?
Zostawmy historię, ale pozwolę sobie zdać pytanie:
-Dlaczego w procesie formowania przyszłych celibatariuszy jednym z istotnych „wspomagaczy” jest stosowanie środków farmakologicznych (za moich czasów był to brom dodawany do kleryckich posiłków)?
Tytoniowe molochy do swoich wyrobów dodają substancji uzależniających, by utrudnić porzucenie nałogu, i to stało się jednym z argumentów za gigantyczną karą, którą przyszło im zapłacić jako zadośćuczynienie.
Swoją drogą ciekawy byłby sądowy proces w którym zadośćuczynienia od Kościoła domagaliby się kapłani, którzy poczuli się wpuszczeni w praktykę celibatu.
A może Kościół, podobnie jak tytoniowe koncerny, winien na bieżąco dbać o dostarczanie „wspomagaczy” wszystkim kapłanom, także tym, którzy zakończyli już seminaryjną formację do przestrzegania zasad celibatu.
Taka tabletka na każdy poranek kapłańskiej posługi.
Kryspin

środa, 13 marca 2019

Wizyta, czy posługa?



Zaliczyłem ostatnio kilkudniowy pobyt w szpitalu. Nie trafiłem do tego przybytku w jakimś alarmowym trybie, nie musiałem więc korzystać z transportu z literką R.
Do lecznicy udałem ze skierowaniem od rodzinnego lekarza, który podczas jednej z ostatnich moich wizyt stwierdził, że niekiedy warto na zimne dmuchać i póki co przebadać się( najlepiej w szpitalnych warunkach), aby później uniknąć poważniejszych konsekwencji.
Trudno mi było nie zgodzić się z takim zaleceniem, zważywszy, że w przeszłości nie zawsze byłem taki zapobiegliwy, przez co zaliczyłem kilka zdrowotnych wpadek.
W wyznaczonym dniu dopełniłem więc formalności w szpitalnej Izbie Przyjęć, po czym skierowano mnie na oddział tych mniej zagrożonych, których w szpitalu leczy się z zasady mniej inwazyjnie, aniżeli pechowców z OIOM-u, gdzie cienkiej linii życia pilnują przyrządy i szpitalny personel pracujący ze świadomością niebezpieczeństw, na które są narażeni chorzy na ich oddziale.
Każdy szpitalny dzień na „normalnym”oddziale jest podobny do siebie: poranne mierzenie temperatury, obchód lekarski ze szczątkowymi info na temat przebiegu kuracji i zaleceniami co do dalszych działań, ku poprawie stanu zdrowia chorego, za który odpowiedzialność biorą lekarze i personel pomocniczy(pielęgniarki, laborantki i pozostali pracownicy z oddziału), i to by było na tyle......
Nie można jednak zapominać o „atrakcjach” szpitalnych dni: kateringu z posiłkami i o wyprawach szlafrokowych procesji do sklepiku, gdzie można kupić gazetę, butelkę wody mineralnej, a także słodkie łakocie umilające szpitalny pobyt.
Za każdym razem, kiedy dane mi jest zaliczyć kolejny pobyt w szpitalnej lecznicy, czekam także na wizytę kapelana tego przybytku.
Takie odwiedziny zazwyczaj odbywają się późnym popołudniem i za każdym razem są bardzo do siebie podobne.
Wielebny mniej lub bardziej zdecydowanym krokiem przemierza szpitalny korytarz i zaglądając do kolejnych pokoi wypełnionych białymi łóżkami chorych, zdaje się sprawdzać stan osobowy, niekiedy zadając wręcz pytanie: czy pojawił się wśród przebywających ktoś nowy, i przy tym zainteresowany jego posługą.
Jeżeli duszpasterz zakodował z poprzedniej wizyty, że facet z łóżka przy ścianie po prawej przyjmował komunię, to bez kolejnego pytania zatrzymuje się przy miejscu jego szpitalnego pobytu, by po krótkiej modlitwie uraczyć go ciałem Chrystusa, i zaraz potem w tył zwrot i przemarsz do kolejnej sali.
Ostatnio w jednym z portali społecznościowych ktoś umieścił zdjęcie ze szpitalnego korytarza. Ksiądz trzymający w ręku korporał (rodzaj ozdobnej torby, w której przenosi się eucharystię), a obok pielęgniarka trzymająca tacę z lekami dla chorych.
U dołu zdjęcia znajdował się napis, a właściwe liczby z podanym wynagrodzeniem:
pielęgniarka 2500 zł, kapelan 5800 zł
Tak sobie myślę, że podobną „agitkę” można by stworzyć wstawiając na fotografii zamiast kapłana np. lekarza z oddziału. Wtedy dysproporcja w wynagrodzeniu byłaby pewnie jeszcze większa....?
Dzień szpitalnego oddziału rozpoczyna wizyta lekarska – obchód medyków w asyście pozostałego personelu. Swoista celebracja ważności osób biorących w nim udział i nic ponadto – przynajmniej tak to odbierałem podczas mojego pobytu w lecznicy, i z pewnością to nie było tylko moje odczucie.
Dzień szpitalnego oddziału kończy wizyta kapelana.
A mnie marzy się, by nie była ona tylko celebracją, niekiedy zbyt pośpieszną, ale by była spotkaniem z Chrystusem, który będąc gościem przy łóżku chorego, nachyla się nad jego cierpieniem wlewając w jego duszę nadzieję, albo zgodę na przyjęcie przeznaczenia.
Ale tego nie osiąga się w trakcie pospiesznej i drętwej wizyty, a poprzez cierpliwe odwiedziny, posługę dobra przy spotkaniu dwóch najważniejszych dla siebie osób:
Chrystusa i cierpiącego chorego.
Kryspin

środa, 6 marca 2019

Wielkopostny obóz kondycyjny



Dokładnie od  środy weszliśmy w okres  Wielkiego  Postu.
Kościół corocznie wyznacza czterdziestodniowy okres poprzedzający święta Wielkanocy, jako czas przygotowania do godnego świętowania nadchodzącego triumfu życia, które niesie ze sobą niedziela Zmartwychwstania.
Pielęgnowanie praktyk polegających na świadomym umartwianiu się nie jest związane tylko z tradycją chrześcijańską, choć (zwłaszcza w Kościele Katolickim) często spotykamy się z takowymi praktykami, jako ćwiczeniami mającymi wyrobić w wierzącym zdolność do samoograniczenia swoich (nie zawsze dobrych) pragnień.
Nakazy postu- wstrzemięźliwości są narzędziem, którego Kościół często używa, by podtrzymać w nas świadomość potrzeby pokuty za …....?
No właśnie, za co?
Jedna z czytelniczek „Księdza w cywilu” pisząc o tym, co irytuje ją w Kościele, zapytała wprost:
„-Dlaczego w Kościele tak eksponuje się potrzebę nieustannego kajania się?
Przyznam, że rzadko uczestniczę we mszy świętej, ale jeżeli już mi się to zdarza, za każdym razem robię się wściekła, kiedy od początku uczty( bo tak przecież określa się mszę, jako ucztę eucharystyczną, prawda?), każe się mi bić w piersi i mówić, że nie jestem godna tego zaszczytu!”
Inny czytelnik także podzielił to krytyczne zdanie:
”-Nie lubię smutku, którym zioną kościelne ceremonie, i dlatego wolę posiedzieć w ciszy pustej świątyni, bo wtedy odczuwam prawdziwą bliskość Boga...... a on wcale nie jest smutnym starcem, zrzędliwym tetrykiem czerpiącym radość ze strachu rozsiewanego wśród uczestników liturgicznych spędów.”
Czy wobec tych powyższych, do tego najczęściej krytycznych opinii, winniśmy przekreślić mądrość minionych pokoleń i obśmiewać to, czym wyposażyli nas nasi przodkowie?
Chrystus wiedząc o wielkości zadania, które przed nim postawił Bóg Ojciec, odbył swój swoisty „obóz kondycyjny” - 40 dniowy post na pustyni, by później zmierzyć się wielkim ciężarem, jakim było wyzwanie krzyża.
Każdego roku na Filipinach rzesze wiernych uczestniczą w procesjach biczowników zadających sobie cierpień okładając się skórzanymi biczami zakończonymi ołowianymi kulkami i haczykami, którymi ranią swoje ciała, aby upodobnić je do okaleczonego ciała Jezusa, kiedy ten wspinał się na górę swej męczeńskiej śmierci.
Najbardziej zagorzali uczestnicy filipińskich procesji nie ograniczają się tylko do ran zadawanych sobie biczem i poddają swoje ciała (i to dosłownie) okrutnej praktyce krzyżowania.
Oczywiście nie namawiam nikogo do takiej „ekstremalnej jazdy”, ale może warto z dozą większej świadomości wykorzystać okres Wielkiego Postu na nasz osobisty „obóz kondycyjny”.
I nie chodzi tylko o to, by ograniczyć mięsiwa w naszych garach, czy odwiesić balowe suknie do następnego karnawału, ale ten czas każdy może wykorzystać ku temu, by stać się innym, lepszym człowiekiem.
Muzułmanie przeżywając swój ramadan, miesiąc postu, nie tylko odmawiają sobie jedzenia i picia od świtu do zmierzchu ( każdego dnia), ale i zawieszają wzajemne spory(także działania wojenne) i starają się pogodzić ze swoimi adwersarzami.....
Mamy teraz czas Wielkiego Postu, który wrósł w naszą tradycję i świadomość na tyle głęboko, że wiedzą o nim wszyscy, niezależnie od wyznawanego światopoglądu.
Może watro byłoby wykorzystać te dni na swoisty „kondycyjny obóz”, po którym łatwiej nam będzie w drugim człowieku zobaczyć innego, może o odmiennych poglądach na rzeczywistość, ale zawsze zasługującego na szacunek, człowieka.
Kryspin 

środa, 27 lutego 2019

Czy LGBT jest groźne?



Konia z rzędem temu, kto nie wgłębiając się w źródła, chociażby w Wikipedii, bez większych trudności rozszyfrowałby skrót LGBT.
A wypadałoby wiedzieć coś więcej na temat tego, czym bombardują nas w ostatnim czasie media, donosząc o tęczowych inicjatywach.
I tak dowiedzieliśmy się, że Prezydent Warszawy idąc w kierunku równości dla różnorodności w naszym codziennym życiu, zafundował mieszkańcom kolorowy tramwaj, następnie zapowiedział powstanie specjalnych hosteli dla zwolenników LGBT i pewnie podejmie inicjatywę powrotu tęczy na jednym z placów stolicy, bo kiedyś już przecież była.
Kolejnym krokiem w tej szczególnej aktywności miałoby być wprowadzenie do szkół kolejnego przedmiotu, na którym maluchy mogłyby od najwcześniejszych lat zaznajomić się z tym, że ludzie dorośli nie są tacy sami, a tym co ich odróżnia, to sfera seksualności.
No i wszystko wydaje się być zasadnym, bo lepiej wiedzieć, aniżeli później się dziwić i szepcząc w zaufaniu, powtarzając swoim bliskim:
„ A Filip to jest jakiś taki inny, bo nie bawi się z dziewczynkami, a woli chłopców”.
Kiedyś, jak to sam miałem naście lat, pamiętam, że naturalnym było to, że chłopacy bawili się w swoim gronie(kopali piłkę, ganiali po podwórku z kijakowymi karabinami) i nikomu ni przyszło do głowy, że mieliśmy wtedy zaburzony pogląd na swoją seksualność i pielęgnowaliśmy gejowskie zachowania.
Podobnie było z dziewczynami, które spalały kalorie skacząc w gumę i czuły się dobrze w swoim towarzystwie. Lubiły przebywać ze sobą, powierzać sobie dziewczęce tajemnice. A jeżeli przywołać we wspomnieniach częste przypadki, kiedy dziewczyny nocowały u siebie, bo wieczór i noc u koleżanki były dopełnieniem pragnienia bycia razem z przyjaciółką, to teraz byłoby to nie do pomyślenia.
A wszystko przez LGBT, czyli tajemniczy skrót, który warto rozszyfrować, by wiedzieć:
To skrót angielskich słów: Lesbian, Gay, Bisexual i Transgender; co w tłumaczeniu oznacza: lesbijki, geje biseksualiści i osoby o naturze transseksualnej(z przyczyn genetycznych nie akceptujących swojej biologicznej płci)
Choć określenie LGBT pojawiło się w USA w połowie minionego stulecia, to nie odkryło niczego nowego, bo od zarania dziejów ludzie należący do mniejszości seksualnych byli i pewnie będą do końca świata.
Pewnie byli także wśród nas, gdy bawiliśmy się razem mając naście lat, ale to nie zmieniło naszego nastawienia do kolegów, którzy okazali się w dorosłym życiu gejami i taką obrali drogę swojej seksualności.
Sądzę także, że wśród koleżanek, które zawiązały nastoletnie przyjaźnie, nie przekreśliły tego późniejsze wybory Hanki, Joli, czy Magdy, bo w dorosłym życiu pokochały inaczej.
Mój starszy kolega mieszkający obecnie w USA, opowiedział mi kiedyś o kobiecie z kościoła anglikańskiego, która pełniła funkcję kapłańską przy Uniwersytecie Stanforda. Dla nikogo nie było zgorszeniem, że w życiu prywatnym była zdeklarowaną lesbijką i do tego w stałym związku z kobietą.
Później dodał, że nasz Kościół zostaje daleko w tyle za świadomością, iż ludzie w swoich orientacjach seksualnych są różni, ale wszyscy tak samo wierzą, że Bóg ich kocha, a od innych oczekują tylko zrozumienia, że mają także prawo do życia w miłości.
Aby była jasność- nie popieram histerii zwolenników LGBT, ich działań, które mogą tylko wyrządzić wiele zła. Nie popieram „eksperymentów” na małych, delikatnych roślinkach (jakimi przecież są dzieci wkraczające w dorosłe życie, także w sferze seksualnej), ale także boję się bezczynności Kościoła w tych sprawach.
Same protesty Ordo Iuris, czy krzyk (nota bene słuszny) przy próbach niszczenia przez zwolenników LGBT idei Roberta Baden-Powella (twórcy ruchu skautowego), która realizowana jest przez ZHP; to ostry sygnał, aby Kościół podjął rękawicę w tej walce.
Kryspin, 

środa, 20 lutego 2019

Grzechy główne i kardynalne cnoty



Kiedy sięgamy pamięcią do wykutych kiedyś na przysłowiową blachę katechizmowych pouczeń, to wśród nich znajdziemy siedem grzechów głównych: pycha, chciwość, nienawiść, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, no i na koniec lenistwo.
Wśród tych wymienionych ludzkich przywar (grzechów) odnajdujemy te, które w jakimś stopniu zdają się nam bliższe i jesteśmy skłonni się do nich przyznawać.
Bo któż z nas nie uległ choćby sporadycznie pokusie dodatkowego kęsa, gdy zaliczaliśmy biesiadną imprezę i dopiero po zakończeniu uczty stwierdziliśmy, że może za dużo daliśmy pracy naszemu żołądkowi. Trudno, na przyszłość wykażemy się większą powściągliwością i potrafimy powiedzieć (także sobie): nie dziękuję za następny kawałek rozkoszy..
Kolejnym oswojonym grzechem głównym jest zazdrość, która dopada nas niekiedy w absurdalnych sytuacjach: sąsiad kupił nowy samochód, a koleżanka wygląda tak, jakby się jej lata nie imały i nadal wygląda jak swoja córka, gdy nam wiek zaznacza lata, no ale na to możemy zaradzić mniej lub bardziej udaną wizytą u chirurga kosmetycznego, i jakoś powraca nam dobre samopoczucie, a nowe cztery kółka możemy kupić na kredyt, a co tam.
Ostatnio w naszych międzynarodowych relacjach zaliczyliśmy dyplomatyczny zgrzyt, kiedy to wysoki dostojnik państwa Izrael odniósł się do zdarzeń, które dla większości z nas są już tylko historią. Przywołując tragiczne wydarzenia holokaustu, winnymi tychże uczynił także Polaków, którzy (w jego ocenie) dołożyli swoje ręce do zbrodni nazistowskiego okupanta.
Nie mam teraz zamiaru polemizować z tak jednostronnym osądem, ale pozwolę sobie zwrócić uwagę na mowę nienawiści, z jaką ów człowiek dokonał tej swojej oceny: „Zawsze będziemy pamiętać i nikt nam nie zabroni mówi w takim tonie o tamtych wydarzeniach!”
Nienawiść, to wśród siedmiu grzechów głównych matka wszelkiego zła, bo to ona jest początkiem swoistej „reakcji łańcuchowej” i otwiera w człowieku kolejne drzwi, za którymi na swoją, niszczącą wszystko co dobre w człowieku, rolę czekają:
-Dlaczego to mnie spotkało, a nie mojego sąsiada, którego nie lubię (zazdrość)?
-Pewnie, że jestem zły( gniew), że komuś idzie lepiej, choć to mnie winno należeć się szczęście.
-A w czym ja jestem gorszy, kiedy taki ze mnie prawy człowiek( pycha).
-A co tam, skorzystam z okazji, i nic to,że mój zysk owinięty jest w krzywdę drugiego(chciwość)
To wszystko są zatrute owoce nienawiści, której ulegamy tak sami z siebie, ale i wtedy, kiedy otwieramy się na głosy tych, którzy uczynili z niej oręż walki przeciwko innym.
W czasie okupacji nie wszyscy Polacy okazali się aniołami, i nie mam tu na myśli tych, którzy niezależnie od okoliczności zawsze karmią się nienawiścią i są gotowi do wyrządzenia krzywdy innym, chociażby dla sadystycznej satysfakcji, bo takich ludzi i teraz możemy spotkać.
Machina nienawiści, którą karmił się nazizm, zaowocowała strachem i dlatego niektórzy mając do wyboru dalsze życie za donos, uległo.
Co nie znaczy, że zdecydowana większość przeszła pozytywnie tę narzucaną im nieludzką próbę i zachowała godność, choć niekiedy okupioną najwyższą ceną.
To już tylko historia i nikt nie musi dokonywać takich wyborów, ale czy na pewno?
Na szczęście świat(także Polska) nauczony doświadczenie zabezpieczył się przed tym , aby powrócił koszmar czasu, gdy nazizm stworzył filozofię ksenofobicznej nienawiści i gdyby ktoś próbował wskrzeszać takie demony z przeszłości, szybko zapewniłby sobie darmowy wikt za kratami, gdzie miałby czas na przemyślenie swoich chorych pragnień, i dobrze.
Czy możemy więc być spokojni o nasze jutro?
Kiedy czytam internetowe dysputy domorosłych „znawców” politycznej sceny i gdy przerzucam na pilocie kolejne stacje telewizyjne, nieodparcie odnoszę wrażenie, że zioną z nich bardzo podobne (tym z przeszłości) demony, które przesiąknięte są obsesją nienawiści.
Najlepszą obroną przed bezmyślną nienawiścią są cztery kardynalne cnoty, o których także informuje nas katechizm:
Rozsądek, sprawiedliwość, umiar i odwaga.
Tylko tyle, ale i aż tyle, i tego życzmy sobie nawzajem.
Kryspin

środa, 13 lutego 2019

Przygotowanie do życia w miłości


    Gwoli wyjaśnienia. 
Poniższy tekst został przygotowany do publikacji w "Angorze", która będzie miała miejsce w przyszły poniedziałek (18.02.2019 r.), ale odwiedzającym mojego bloga mogę go udostępnić już dziś, co niniejszym czynię. 
     Pewnie już nieco straciły świeżość kolorowe bukiety, które zaledwie kilka dni temu z dumą wręczali zakochani swoim lubym w dniu św. Walentego. Może jeszcze gdzieś się walają ozdobne karteczki, z wydrukowanymi mniej lub bardziej kiczowatymi życzeniami mającymi zastąpić osobiste słowa, którymi zwykle zapewniamy naszą drugą połowę, że nasza miłość nadal jest aktualna, choć słowo: „Kocham” wydaje się jakoś zbyt infantylne i może dlatego tak rzadko pojawia się na naszych ustach.
     Kolejny Dzień Zakochanych został odfajkowany i większość z nas powróciła do rzeczywistości, w której nie bardzo jest miejsce na miłość, bo życie okrutnie domaga się od nas bycia silnymi, rozsądnymi i chłodnymi w podejmowanych decyzjach.
A mnie jest trochę smutno, że tak rzadko w swoich wyborach kierujemy się sercem, spychając jego cichy szept gdzieś na margines naszej codzienności.
Miałem wczoraj długą rozmowę z reżyserem. Spotkaliśmy się, aby omówić ewentualną ekranizację „Zakochanej koloratki”.
     W trakcie dyskusji o przesłaniu, jakie w sobie niesie ta książka, mój rozmówca poddał w wątpliwość, czy miłość, to nadal dobry temat, nadal mogący być „siłą” kinowego obrazu: bo to wszystko już było. Później na potwierdzenie swoich wątpliwości rzucił kilka głośnych tytułów, klasyków gatunku, więc poco tworzyć swego rodzaju kower znanego już tematu?
-A ja chciałbym, aby ta książka stała się lekturą szkolną-odpowiedziałem i zaraz dodałem, aby wyjaśnić memu rozmówcy, dlaczego tak uważam.
-Szkoła jest obecnie popularnym tematem dyskusji, chociażby w kontekście lekcji religii, której sens podważają zwolennicy świeckości naszego państwa.
     Kto ma rację? ...Pozostawię to „mądrzejszym” specom od argumentów: za - lub przeciw.
Szkoła mająca w swych założeniach przygotowanie młodego człowieka do dorosłego życia, realizuje swój program, by edukować przyszłych: robotników, inżynierów, ludzi nauki, wynalazców pchających wózek postępu, i to wszystko jest dobre.
     Pozostaje jednak jeszcze sprawa, którą określiłbym formowaniem duchowej dojrzałości, niemniej ważnej dla przyszłego, dorosłego życia absolwentów. Do tego zaliczyłbym całą gamę przedmiotów humanistycznych :język ojczysty, historia, inne przedmioty poszerzające wiedzę o otaczającym nas świecie, ale i przygotowanie do życia w rodzinie, przygotowanie do życia seksualnego, etyka, czy wreszcie lekcje religii-dla zdeklarowanych wierzących.
     Próżno jednak szukać przedmiotu w tym humanistycznym dziale przygotowania do życia w miłości!
     Czy jest to jednak potrzebnym, bo dzieciakom fundować kolejny przedmiot, kiedy o takich sprawach uczeń może zażywać edukacji poza lekcyjną salą?
     Przecież taką edukację ma w rodzinnym domu, ewentualnie na lekcjach religii, czy chociażby w parafialnej salce, kiedy zaliczy kurs przedmałżeński prowadzony przez zaufaną osobę księdza proboszcza. Do tego wszystkiego cotygodniowe szkolenie z miłości może mieć na niedzielnych nabożeństwach, które opakowane są w miłość Boga do ludzi.
     Obawiam się, że mało skuteczne są te swoiste „korepetycje” z miłości, zważywszy, że 30% młodych zatrzymuje się w deklaracji miłości na poziomie wolnych związków, argumentując swój wybór tym, że rozwodem kończy się ponad połowa małżeństw, nie wspominając już o patologii związków, w których miłość już dawno „wyparowała” i tacy żonkosie są ze sobą tylko przez „zasiedzenie”.
     Dużo jest racji w tych krytycznych głosach, ale to nie rozwiązuje problemu.
     Przygotowanie do życia w miłości, to bardzo ważny aspekt kształtowania przyszłego życia, w którym człowiek bierze odpowiedzialność za tego drugiego, i tu nie chodzi tylko o współmałżonka, ale i o dzieci, owoce ich bliskości. Tylko ludzie żyjący w cieniu miłości potrafią zaszczepić ten dar, jako najlepszy „posag”na przyszłość swoich pociech.
     To także dotyka maluchów, na długo przed tym, kiedy w chwili narodzin pierwszy raz zobaczą uśmiech kochających ich rodziców.
Kryspin

środa, 6 lutego 2019

Konkordatowe dzieci



Luty jest czasem karnawałowych harców, i mnie dopadł ten nastrój beztroskiej radości przy muzyce z lat amerykańskiej prohibicji, kiedy skorzystałem z zaproszenia przyjaciół i razem z nimi wziąłem udział w „Balu gangsterskim”.
Oczywiście była to zabawa maskaradowa; pistolety i karabiny były atrapami, ale już alkohol ( w rozsądnych ilościach) jak najbardziej prawdziwy, co z upływem czasu powodowało, że rozmowy, nawet jeszcze przed chwilą obcych sobie osób, stawały się szczersze.
W trakcie jednej z przerw od parkietowego szaleństwa, stałem się mimowolnym świadkiem dysputy dwojga młodych ludzi.
Tematem ich rozważań nie była moda, czy inne sprawy, którymi ludzie w ich wieku zdają się żyć na co dzień, a polityka. Rozmawiali o „Wiośnie”, nowym podmiocie, który dopiero co pojawił się na scenie naszego politycznego tortu.
-”Nareszcie będzie inaczej i może to jest alternatywa do tej zgranej płyty, a dla wielu młodych i nadzieja, że odejdą do lamusa historii dawne układy.”- stwierdziła młoda kobieta, a jej koleżanka dodała:
-”Nienawidzę …..(tu wymieniła nazwę partii) i mam nadzieję, że wreszcie ich popędzą.”
Nie wytrzymałem i zadałem pytanie:
-Czy aż tak źle wam się żyje w ostatnim czasie? I zaraz zacząłem wyliczać osiągnięcia (także te pro społeczne) obecnie rządzących.
-”Jestem z Podkarpacia, Pan wie, że to bastion …..., ale ja i wielu moich rówieśników nie godzi się na to, że …... tak służalczo klęczy przed Kościołem, dlatego mówimy: Nie!”
Kilka dni po ogłoszeniu „Wiosny” wszyscy „ważni” gracze naszej sceny politycznej zabrali głos starając się oceniać szanse nowej formacji. Zabrakło tylko oceny wywołanych do „tablicy” przedstawicieli Kościoła, który chyba w największym stopniu winien być zaniepokojony większością nowinek, na których „Wiosna” zamierza rozkwitnąć.
-Konkordat i kościelne przywileje do lamusa!
-Podważenie moralnych zasad głoszonych przez Kościół, dla którego wolność aborcyjna, czy zanegowanie małżeństwa, jako wyłącznego związku mężczyzny i kobiety!
To tylko główne bomby, którymi nowa partia zamierza zbroić swoje działa zagłady dawnego układu.
Czy więc milczenie hierarchów, to oznaka pewności, że z szumnych zapowiedzi „Mesjasza” laickiego porządku nic nie wyniknie, czy coś innego jest na rzeczy?
Najgorszym dla Kościoła byłoby przeświadczenie, że już nie takie burze historii targały jego posadami, jak chociażby w czasach komuny, kiedy władze otwarcie prowadziły krucjatę przeciw Krzyżowi, i co: Krzykacze dawnego ustroju odeszli w niepamięć, a Kościół trwa niewzruszony!
Po śmierci Jana Pawła II zrodził się ruch młodych JP II, i to był piękny owoc świętości naszego wielkiego rodaka.
Od tego czasu minęło już jednak wiele lat i teraz dorasta pokolenie „Dzieci Konkordatu”: młodych po szkolnych lekcjach religii, świadków mało „świętych” dokonań przedstawicieli Kościoła, jego umiłowania dostatku i jak to określił już dawno Nauczyciel z Nazaretu:” rozmiłowanych w zajmowaniu pierwszych miejsc w Synagogach”, i zupełnie inaczej widzą swoją przyszłość.
„Dzieci Konkordatu” nie kupują już tego, że jesteśmy narodem tradycyjnie religijnym i uważają, że wcale nie potrzebują Kościoła, by być dobrym człowiekiem, wiedzieć co jest dobrem, a co zwyczajnym świństwem.
Paradoksalnie pojawienie się „Wiosny” może być szansą dla Kościoła, bo z dużą dozą pewności można przewidzieć, że populistyczne hasła „Mesjasza” spłyną w niebyt, niczym wiosenne roztopy.
Ale to wcale nie znaczy, że odwróci to krytyczny trend młodych i ruszą skruszeni pod skrzydła kościelnych guru.
Jeżeli Kościół nie dokona samoograniczenia (także w sprawach Konkordatu), „Dzieci Konkordatu” pozostaną na polu niczyim czekając na kolejnego „Zbawcę” ich oczekiwań, i nie będzie to Kościół!
Kryspin

środa, 30 stycznia 2019

Byłem na pogrzebie



W minionych dniach dane mi było przeżywać skrajnie różne doświadczenia.
Pierwszym, radosnym były relacje z Panamy, miejsca duchowej fiesty, na którą ściągnęli młodzi z całego świata, by w cieniu Franciszka przeżywać radość bliskości z Chrystusem.
Pewnie wielu ich rówieśników, których tam zabrakło, trochę z zazdrością obserwowało medialne relacje z odległego kraju i wzdychając myślało sobie, że też chcieliby choć raz doświadczyć takiego przeżycia.
Nadzieją dla wielu niespełnionych stała się informacja, że już za trzy lata podobna feta odbędzie się w Portugalii, a to znacznie bliżej ich możliwości, więc może?
Czy wielu skorzysta z tej okazji? Życie pokazuje nam, że pewnie nie, i znowu kolejne zastępy niespełnionych będą się pocieszały, że ,może przy kolejnej okazji załapią się na to wydarzenie.
Czas, który dany jest każdemu z nas płynie szybko i ani się obejrzymy, kiedy uświadamiamy sobie, że życie przetoczyło się w tak błyskawicznym tempie, iż na wiele rzeczy jest już za późno.
Drugim doświadczeniem minionych dni, do tego smutnym, był udział w pogrzebie znajomego, Leszka.
Pierwszy raz spotkaliśmy się, kiedy on był młodym ojcem rodziny, mężem swojej żony, a ja jeszcze młokosem, który dorosłe życie miał dopiero przed sobą.
Teraz stałem w cmentarnej kaplicy, patrzyłem na jego zdjęcie ustawione przy trumnie okrytej kwiatami i uświadomiłem sobie, że to, co pozostało poza nami, te wszystkie lata, które przeżywaliśmy na swój sposób, tak bardzo szybko przeminęły i stały się już tylko wspomnieniem.
Ksiądz prowadzący ceremonię pożegnania przeczytał fragment z Ewangelii o tym, jak Syn Człowieczy (Chrystus) dokona swoistego osądu nad każdym, kto przekroczył próg wieczności i dokonując oceny jego życia, stawi go po stronie tych, którym przeznaczył nagrodę, bądź tych, dla których sprawiedliwy Jego osąd przeznaczy wieczną karę (Mt.25,31-46)
Przyznam, że to jest mocny przekaz i pewnie tak go rozumiał prowadzący uroczystości pogrzebowe, bo zaraz przystąpił do laudacji na temat życia św. pamięci zmarłego, aby jednocześnie w obecnych nakreślić nadzieję, że po dobrym życiu każdy może załapać się do grona tych, którzy znajdą się po właściwej stronie.
Może ktoś teraz postawić mi pytanie: A co mają wspólnego radosne dni młodych z Panamy z pogrzebem jakiegoś człowieka, do tego posuniętego już w latach, który swoją młodość przeżył już dawno i pewnie nigdy nawet nie pragnął doświadczyć takiego spotkania?
Leszek w chwili śmierci zaliczył spotkanie z Chrystusem i to w bardziej dosłowny sposób, aniżeli te setki tysięcy zgromadzonych na panamskim placu, i takiego spotkania doświadcza każdy, kto przekracza próg wieczności.
Pewnie teraz, naraziłem się tym, którzy odcinają się od wiary w cokolwiek i wyznają przekonanie, że śmierć jest końcem wszystkiego.
Uważam, że trzeba uszanować także i taki głos, każdy ma prawo do swojej wizji przyszłości(także tej bez przyszłości), ale tak sobie myślę, że w panamskim spotkaniu obok młodych zakochanych w Chrystusie, byli pewnie i tacy, którzy tam pojechali z prostej ciekawości, może tylko dlatego, by zobaczyć idola w białej sutannie?
Papież w trakcie spotkania z młodymi niejednokrotnie powtarzał, że oni są nadzieją Kościoła, ale i człowieka, każdego człowieka, gdy realizują posłanie Syna Człowieczego, które zawarte jest między innymi w cytowanym w trakcie pogrzebu fragmencie Ewangelii mówiącym o uczynkach miłosierdzia.
Często się mówi, że do wieczności nikt nic nie zabierze, a dobra które człowiek gromadził za życia pokryje kurz zapomnienia, i to prawda.
Jedynym kapitałem, za który możemy wykupić sobie miejscówkę w wieczności, to dobro, które po sobie zostawimy.
Dla wierzących to będzie przepustka do radosnego spotkania z Chrystusem.
Dla niewierzących może miła niespodzianka, że jednak się mylili; a jeżeli nawet nie, to i tak warto po sobie pozostawić dobre wspomnienie.
Kryspin

środa, 23 stycznia 2019

Rachunek sumienia po gdańskiej tragedii



Jesteśmy w samym centrum karnawału.
Pewnie nikomu w tej chwili nie przychodzi na myśl chwila refleksji, że każdy czas kiedyś dobiega swojego kresu i po dniach beztroski nad naszą rzeczywistością pojawiają się chmury zapowiadające zmianę.
Niekiedy natura dodatkowo ściele przed naszym poznaniem swoje sygnały, żebyśmy może zatrzymali się w beztroskich pląsach i pomyśleli o tym, że los może wcisnąć i w nasze przeznaczenie kartę złą, która jednym, niespodziewanym zdarzeniem, odmieni nasze życie.
Dobry Bóg tak przedziwnie „zaprogramował” nasze losy, że w chwilach, gdy zupełnie się tego nie spodziewamy, dotyka nas coś, co zdaje się krzyczeć: sprawdzam.
Z pewnością takim sprawdzam były ostatnie, tragiczne wydarzenia z gdańskiej starówki, gdy nikt z zebranych nie przypuszczał, że radosny wieczór, będący zwieńczeniem szlachetnego dnia, zakończy się tragedią.
Po kilku dniach od tego zdarzenia, niewątpliwie będąc jeszcze w stanie traumy niezrozumienia, co bardziej trzeźwo myślący podnoszą głos, że ten tragiczny znak winien w nas wszystkich wzbudzić refleksję, swoisty rachunek sumienia, w czym my przyczyniliśmy się do tego, że w naszej rzeczywistości mógł zaistnieć ktoś taki, że nie zawahał się w zbrodniczym akcie zburzyć nasze dobre samopoczucie.
Z pewnością swego rodzaju terapią i poszukiwaniem sposobu na odzyskanie wewnętrznego spokoju stała się przede wszystkim, smutna uroczystość pogrzebowa w gdańskiej Bazylice, która zgromadziła nie tylko rzesze szczerze poruszonych tą tragedią mieszkańców tego miasta, ale i wachlarz ludzi ze świecznika stojących w zadumie przed ołtarzem, gdzie najważniejsi przedstawiciele kościelnej hierarchii przewodniczyli żałobnym uroczystościom.
Ktoś stojący obok tych wydarzeń powiedziałby:
-Normalna rzecz, bo przecież w naczelnych zadaniach ludzi Kościoła jest przewodniczenie w tego rodzaju obrzędach.
Ktoś inny może inny mógłby spojrzeć krytycznym okiem i zauważyć, że było w tym aż nadto przesady.
Nie zamierzam dokonywać oceny tamtych wydarzeń, bo nie mam do tego prawa, a zamiast tego chciałbym powrócić do konkluzji, którą powtarzają wszyscy, a i o której w pogrzebowej mowie nie zapomnieli kapłani: To tragiczne zdarzenie winno nas skłonić do refleksji i rachunku sumienia.
Może wyda się to dziwnym skojarzeniem, ale zaraz po obejrzeniu telewizyjnego przekazu z tego pogrzebu, przypomniał mi się fragment z „Zatroskanej koloratki”, a konkretnie obraz młodego kanonika z przedwojennej parafii.
Ten „dobrze” urodzony kapłan nie krył sympatii do ludzi z towarzystwa, dlatego bardziej pielęgnował dobre stosunki z mieszkańcami dworu, aniżeli pracę duszpasterską wśród gminu,którą pozostawił wikaremu pochodzącemu z ludu.
To on odwiedzał biednych i chorych, odprowadzał w ostatnią drogę tych, których nie było stać na wystawny pogrzeb. Kanonik poświęcał czas na to, by brylować wśród elit: zaliczał obiadki przy suto zastawionym stole, gdzie często gościła dziczyzna, efekt polowań, w których duchowny był rozmiłowany.
Już kiedyś ośmieliłem się rekomendować moje książki czcigodnym Hierarchom i wtedy napisałem, że dobrze by było, aby przeczytali je jako lekturę obowiązkową podlegli im kapłani.
Teraz ponawiam apel, do Was czcigodni purpuraci. Jeżeli nawał obowiązków nie pozwala Wam na lekturę całej książki, to znajdźcie chociaż czas na zapoznanie się z historią młodego Kanonika.
W dalszej części tych wspomnień jest mowa o swoistych rekolekcjach, które Dobry Bóg „zafundował” temu kapłanowi, i pomimo tego, że było to bardzo gorzkie doświadczenie (obóz koncentracyjny), to on wspominając tamten czas, dziękował Bogu za to, że w trakcie tych „rekolekcji” przeżył swoje nawrócenie stając się innym, lepszym człowiekiem.
Czyż nie o to chodzi, gdy mówimy, że wszyscy potrzebujemy refleksji i rachunku sumienia?
Kryspin

środa, 16 stycznia 2019

Oszukać przeznaczenie


„Oszukać przeznaczenie”
Pewnie wielu z nas pamięta ten film, w którym bohater mający dar widzenia przyszłych zdarzeń, do tego tragicznych w skutkach, próbuje zmieniać bieg przyszłości.
Stara się ostrzec przyszłych uczestników tragicznych wypadków i w większości udaje mu się uchronić ich od tragicznego przeznaczenia, ale to jest tylko iluzoryczne zwycięstwo.
Kiedy wydaje mu się, że zdołał oszukać los, „przepowiednia” ich dopada i spełniają się jego wizje o ich tragicznej śmierci.
Pewnie każdy z nas przeżywał takie chwile, kiedy żałował, że nie miał takiej zdolności, aby zobaczyć choćby choć ułamek przyszłości, bo mógłby wtedy zapobiec tragedii bliskiej osoby.
Pewnie tego pragnęłaby matka dziecka ginącego w trakcie zabawy na kruchym, zimowym lodzie, bo mogłaby ostrzec go, aby tego dnia nie wchodził na zamarznięty staw.
Z pewnością żona górnika, szykując mu śniadanie na kolejną szychtę w kopalni, powiedziałaby mu, by tego dnia nie zjeżdżał do wyrobiska, bo będzie zawał węglowej ściany, która stanie się dla niego mogiłą.
Mała córeczka znanego polityka usiadłaby na kolanach ojca prosząc, aby nie szedł tego wieczoru w radosny tłum, bo tam będzie także człowiek, który ugodzi go nożem i zabierze mu życie w tragicznych, bezsensownych okolicznościach.
W podobnych sytuacjach są ci, którzy muszą się mierzyć z chorobą bliskiej osoby i wtedy próbują zaklinać rzeczywistość prosząc Boga (jeżeli w Niego wierzą) lub uciekając się do desperackich poszukiwań sposobu, by oszukać przeznaczenie.
A później trudno jest im zaakceptować. inną aniżeli tę, o którą skamleli rzeczywistość, i w wielu przypadkach pozostają z pytaniem, na które tym bardziej nie znajdują odpowiedzi: Dlaczego?
To jednak bardzo trafnie postawione pytanie-dlaczego?
Sęk jednak w tym, że stawiamy je z intencją sprzeciwu i gdyby nawet Bóg każdemu z osobna udzielił odpowiedzi, to wielu i tak stałoby się głuchymi na jakiekolwiek wytłumaczenie i nadal powtarzałoby je jak jakieś beznadziejne zaklinanie ludzkiej rzeczywistości, w której trudno odnaleźć odpowiedź – Dlaczego?
Może więc bardziej stosownym byłoby postawienie pytania:
-Co chciałeś nam powiedzieć i jak to jest ważne dla nas, że musiałeś w tak drastyczny sposób nam przekazać tę wiadomość?
Pewnie dla nikogo nie jest zaskoczeniem, że inspiracją dla dzisiejszego tematu spotkania z „Księdzem w cywilu”stały się wydarzenia z gdańskiego Długiego Targu, którymi zostaliśmy dotknięci tak niedawno.
Najpierw bezsensowna, wywołująca szok, niezrozumienia zbrodnia dokonana przez chorego człowieka, później dziesiątki tysięcy modlących się o „oszukanie przeznaczenia”, a na koniec morze zniczy pamięci rozpalanych spontanicznie z zapewnieniem, że będziemy pamiętać, i że nie godzimy się, aby kiedyś w przyszłości doszło do tak absurdalnego zła.
No może jeszcze lawina zapewnień polityków, że zrobią wszystko, by zmienić język wzajemnej nienawiści, by już nigdy nie czuć moralnego kaca , poczucia winy, przypominając sobie słowa Niemena, że :”Słowem złym zabija się jak nożem”
A mnie cały czas kołacze się pytanie :
-Co chciałeś nam powiedzieć Boże przez tę niewinnie przelaną krew?
Może warto by to pytanie uczynić mottem naszych modlitw w tych dniach i przy tym poprosić Go, by te tragiczne gdańskie doświadczenie nauczyło nas, jak bronić się przed tymi, dla których Polska, Polacy, to tylko sposób na „dobro” dla swoich partykularyzmów.
Nie pozwól Panie byśmy ulegali ich apelom manifestowanym w mowie nienawiści, i abyśmy zawsze pamiętali, że w każdym działaniu, zdaniu wypowiadanym wobec drugiego człowieka, złe słowo zabija jak nóż!
Kryspin

środa, 9 stycznia 2019

Fenomen Pana O.



     Za kilka dni zaliczymy kolejną akcję (chyba 27) kupowania sobie spokoju sumienia, że spełniliśmy odruch wrażliwości w sprawach pomocy bardziej potrzebującym (w kwestiach medycznych) od nas.
Pan O. odtrąbi kolejny sukces ogłaszając za kilka miesięcy bilans dochodów, za które zostaną zakupione kolejne, mające łatać dziurawy (państwowy) system opieki zdrowotnej urządzenia medyczne.
Później już tylko wystarczy ponalepiać czerwone serduszka na zakupione w ten sposób sprzęty, i wszyscy będą zadowoleni.
Wypada teraz określić się, więc powiem otwarcie i posłużę się słowem, którego zazwyczaj nie używam, bo może jestem już nieco za stary, ale co tam: Szacun dla tego człowieka, który, może w nieco za krzykliwy(dla mnie) sposób, ale od ponad dwóch dekad zaraża radością dzielenia się z innymi setki tysięcy młodych(a licząc także tych, którzy wrzucają do kolorowych puszek drobniaki ze swoich portfeli), miliony osób.
Przy tym wszystkim robi to pomimo tego, że każdego roku znajdują się malkontenci rzucający mu pod nogi kłody. Od tygodni w mediach społecznościowych ukazywały się wyliczenia, że prawie 50% zebranych pieniążków i tak nie trafia na założone cele, bo fundacja(i sam organizator) zżera część pieniędzy.
Problem pana O. wydaje się na tyle „groźny”, że nawet organa władzy(chyba pod naciskami jakichś lobby) nie pomagają mu w jego zamierzeniach i w cichych rozporządzeniach zabraniają służbom (policja, straż pożarna, wojsko) oficjalnego wspierania jego inicjatywy.
Na koniec pozostał jeszcze Kościół, któremu nie bardzo odpowiada konkurencja, kiedy przy kościołach w tę szczególną niedzielę ustawiają się maluchy z puszkami i zamiast komeżek mają identyfikatory WOŚP; bo a nuż wierni ulegną ich presji i w ten sposób uszczuplą coniedzielną, kościelną tacę?
No i tu dochodzimy do sedna.
Gdyby tak pobawić się w wyliczenia, to szacunkowo na mszalną tacę trafia co niedziela około 40000000 zł (10 milionów uczestników niedzielnych nabożeństw x 4 zł). Jest to milcząca składka, pomijając okazjonalne cele:budowa kościoła, zakup opału, na remont organów itd.
Nie ujmuję w tych przykładach innych zbożnych celów-pomoc kościołom na wschodzie, ofiary na seminarium, czy inne poza parafialne akcje, bo wtedy o chrześcijańską wrażliwość dbają panie z rady parafialnej(niekiedy klerycy z seminarium) i ustawiają się przy wyjściu ze świątyni, by tam kolejny raz zebrać co łaska.
„Dziegciem” kościelnej strategii jest brak transparentności przychodów i jasno określonych celów, na co idą zbierane środki w trakcie niedzielnych zgromadzeń, i to rodzi falę krytyki, nie tylko przeciwników tejże instytucji, ale i wiernych rzucających swój grosz.
Pan O. budzi emocje i zazdrość, bo jemu dają.
A może zamiast wypieków gniewu zrobić mu konkurencję?
Taka zdrowa rywalizacja w pozyskiwaniu kasy na zbożne cele....
Gdyby z niedzielnej tacy, zawsze 10% było dedykowane na pomoc najbiedniejszym, i gdyby do tego dołożyć 10% comiesięcznych poborów, które dostają kapłani uczący w szkołach religii (pomijam w tej grupie katechetów świeckich, bo to ich jedyne źródło dochodu no i muszą z tych pieniędzy utrzymywać rodziny) to skromnie licząc uzbierałaby się kwota ponad 300.000.000 zł.(4000000 zł z tacy x 60 dni świątecznych=240.000.000 zł rocznie; do tego 20000 księży uczących religii x 300 zł x 12 miesięcy=72.000.000- w sumie daje 312.000.000 zł)
To 3 razy tyle, co zbiera WOŚP, a z takich pieniędzy można zrobić już bardzo wiele!
I tak na koniec.
Ta propozycja znakomicie wpisuje się w ( trochę może zapomnianą prawdę), że:
-Więcej radości jest w dawaniu, aniżeli w braniu.
Kryspin