No i zaczęło się!
To kolejna "tradycja"- dyskusja nad teologiczną niepoprawnością importowanego do nas święta: halloween!
Od czasu otwarcia się nas na świat po transformacji 1989 roku, nieustannie powraca dyskusja nad tym amerykańskim dziwolągiem, który [ w mniemaniu wielu domorosłych "teologów"] jest wymysłem samego diabła!
A tak nam było dobrze, gdy żyliśmy zaściankową pobożnością i nawet celowe mylenie w mediach minionego reżimu święta Wszystkich Świętych z dniem zmarłych, który Kościół celebruje dopiero 2 listopada, jakoś tolerowaliśmy.
Ale zwyczaj radosnego przeżywania dnia 1 listopada, a raczej wigilii święta Wszystkich Świętych, bo halloween przypisany jest dzisiejszemu dniu[31 października], to istna zgroza!
Księża już w minioną niedzielę i w kolejnych dniach, gdy spotykali się z dzieciakami na szkolnych katechezach, wielokrotnie ze srogą miną informowali maluczkich: że nadchodzące święto to czas wzmożonego działania złego[ diabła], który odrywa nasze myśli od spraw najważniejszych, ostatecznych.
"My, katolicy winniśmy nadchodzące dni przeżywać refleksyjnie, może nawet w zadumie nad prawdą oczywistą, że na tej ziemi jesteśmy tylko pielgrzymami i każdego człowieczka czeka ten moment, gdy Pan powołuje go do wieczności!
Czyli po ludzku- funduje nam śmierć![przepraszam za to dopowiedzenie, ale tak jakoś samo mi się cisnęło na usta]
Zadziwia mnie jednak logika, choć może lepsze byłoby określenie: brak logiki w Kościele w sprawach związanych z dniem 1 listopada i tym, jak godzi się obchodzić to święto!
Wielokrotnie obserwowałem na naszych cmentarzach Cyganów, którzy w dziwny dla ogółu sposób obchodzą ten dzień przy mogiłach swoich bliskich.
Stawiają stoły, na których pojawiają się potrawy i alkohol, a wszyscy obecni zachowują się jak na biesiadzie i trudno wśród zgromadzonych doszukać się smutku, a często wręcz przeciwnie- ucztują z radością!
No ale "pobożny " katolik przechodzi obok i ze zgorszeniem pomyśli tylko: "Te brudasy to nawet takiego miejsca nie potrafią uszanować; zgroza!"
No to może inny przykład:
W zakonach kontemplacyjnych, gdzie pobożni bracia[ i siostry także], prowadzą życie polegające na umartwieniu i modlitwie, gdy umiera jeden z nich, ogłaszają dzień świąteczny i autentycznie się radują!
Jak to więc jest?
A może te "brudasy" i pobożni braciszkowie mają rację??
Wróćmy do otoczki święta 1 listopada.
Dziwi mnie, że nasi "nauczyciele" od tego, co wypada i jak powinniśmy przeżywać święto Wszystkich Świętych, jakoś nie piętnują niekończących się szpalerów straganów handlarzy, którzy w tych dniach mają swoje żniwa.
Miliony kwiatów, tysiące ton zniczy i wszelkiego rodzaju kiczowatych ozdób[ często produkowanych daleko od nas, gdzie wykonują je małe rączki chińskich pracowników], jakoś nie sprowadzają gromów oburzenia kościelnych "nadzorców" !
Jeśli ten jarmark jest cacy, to dlaczego wydrążona dynia powoduje tyle emocji?
Kochani apologeci [obrońcy] tradycyjnych, "naszych" zwyczajów związanych z 1 listopada; tak sobie myślę, że za tym wszystkim stoi prawda zupełnie nie mająca związku z "teologicznymi" aspektami tych dni!
Aby wszystko było jasne, to może wróćmy na chwilę do czasów, gdy po Palestynie chodził Nauczyciel i do jednego zgrzytu, którego był sprawcą, do grandy na dziedzińcu świątynnym!
Powywracał stoły handlarzy i przepędził kupczyków kręcących swoje interesiki przy okazji licznych świąt!
Ale musiał wtedy wkurzyć kapłanów, którzy nie brudząc sobie łapek, kasowali swoją działkę od każdego przedmiotu sprzedawanego w cieniu ołtarza!
No i chyba mam sposób, który zakończy wojnę z haloween!
Może załatwcie "czcigodni" dla.... Kościoła..???, podatek od drążonych dyń i kolorowych szmatek, w które przebierają się rozbawione maluchy w trakcie halloweenowych zabaw i wtedy będzie to bardziej teologicznie poprawne!
Kryspin
piątek, 31 października 2014
czwartek, 30 października 2014
Po obu stronach życia!
Wracałem dzisiaj z Poznania drogą obok największej nekropolii tego miasta.
W innym czasie przejazd trasą z niezależnymi pasami ruchu nie sprawiał problemu i pewnie mało kto uświadamiał sobie wtedy, że tuż obok, za kępami drzew i torami kolejowymi, znajduje się miasto umarłych; ale dzisiaj już tak nie było.
Choć do Wszystkich świętych pozostały jeszcze dwa dni, trudno byłoby nie zauważyć wzmożonego ruchu, zapchanych, prowizorycznych parkingów na pasach rozdzielających obie nitki trasy.
Zbliża się ten szczególny czas odwiedzin,spotkań żywych z tymi, którzy, jak to się często określa: "Poprzedzili nas w drodze do wieczności"!
No właśnie, jadąc zastanawiałem się: Ile w tych przygotowaniach jest w nas wiary, a ile tylko poczucia przyzwoitości, że trzeba pielęgnować pamięć przeszłości i może i nam trochę lżej na sercu, gdy karmimy się nadzieją, że kiedyś i na naszym miejscu spoczynku ktoś zapali znicz pamięci i wspomni naszą osobę.
Ktoś kiedyś powiedział: że:" Człowiek istnieje tak długo, jak długo trwa o nim pamięć następnych pokoleń"
Może to i piękna idea, ale mnie jednak bardziej odpowiada nadzieja spotkania z tymi, których kochałem, i nic to, że już nie ma ich tu obok nas.
Bardziej cieszę się na perspektywę ostatecznego spotkania, aniżeli zwyczajowych odwiedzin miejsc, w których pielęgnuje się pamięć smutnego pożegnania ukochanych.
Nie lubię atmosfery cmentarzy w dniu 1 listopada.
Przypominają one wtedy targowisko, rodzaj giełdy z tłumami upoconych ludków dopieszczających grobowe kwatery stosami kolorowych ozdób, aby nikt broń Boże nie zarzucił im, że zapomnieli o......
No właśnie o kim, a może o czym?
Lubię cmentarze powszednich dni, gdy mało się na nich kręci ludzi, a jeśli są, to przychodzą, aby się spotkać ze swoimi żywymi po tamtej stronie.
Gdy odwiedzam moją małżonkę na małym cmentarzu na Nowinie, to przychodzę z nią porozmawiać, opowiedzieć jej o tym, czym żyję:
Mówię jej o swoich rozterkach i kłopotach, ale i o radości, której doświadcza moje serce otwarte na miłość!
I powracam potem spokojny do gwaru ulicy wielkiego miasta, bo wiem, że ona nieustannie mnie wspiera i cieszy się moim szczęściem po tej stronie.
Kryspin
W innym czasie przejazd trasą z niezależnymi pasami ruchu nie sprawiał problemu i pewnie mało kto uświadamiał sobie wtedy, że tuż obok, za kępami drzew i torami kolejowymi, znajduje się miasto umarłych; ale dzisiaj już tak nie było.
Choć do Wszystkich świętych pozostały jeszcze dwa dni, trudno byłoby nie zauważyć wzmożonego ruchu, zapchanych, prowizorycznych parkingów na pasach rozdzielających obie nitki trasy.
Zbliża się ten szczególny czas odwiedzin,spotkań żywych z tymi, którzy, jak to się często określa: "Poprzedzili nas w drodze do wieczności"!
No właśnie, jadąc zastanawiałem się: Ile w tych przygotowaniach jest w nas wiary, a ile tylko poczucia przyzwoitości, że trzeba pielęgnować pamięć przeszłości i może i nam trochę lżej na sercu, gdy karmimy się nadzieją, że kiedyś i na naszym miejscu spoczynku ktoś zapali znicz pamięci i wspomni naszą osobę.
Ktoś kiedyś powiedział: że:" Człowiek istnieje tak długo, jak długo trwa o nim pamięć następnych pokoleń"
Może to i piękna idea, ale mnie jednak bardziej odpowiada nadzieja spotkania z tymi, których kochałem, i nic to, że już nie ma ich tu obok nas.
Bardziej cieszę się na perspektywę ostatecznego spotkania, aniżeli zwyczajowych odwiedzin miejsc, w których pielęgnuje się pamięć smutnego pożegnania ukochanych.
Nie lubię atmosfery cmentarzy w dniu 1 listopada.
Przypominają one wtedy targowisko, rodzaj giełdy z tłumami upoconych ludków dopieszczających grobowe kwatery stosami kolorowych ozdób, aby nikt broń Boże nie zarzucił im, że zapomnieli o......
No właśnie o kim, a może o czym?
Lubię cmentarze powszednich dni, gdy mało się na nich kręci ludzi, a jeśli są, to przychodzą, aby się spotkać ze swoimi żywymi po tamtej stronie.
Gdy odwiedzam moją małżonkę na małym cmentarzu na Nowinie, to przychodzę z nią porozmawiać, opowiedzieć jej o tym, czym żyję:
Mówię jej o swoich rozterkach i kłopotach, ale i o radości, której doświadcza moje serce otwarte na miłość!
I powracam potem spokojny do gwaru ulicy wielkiego miasta, bo wiem, że ona nieustannie mnie wspiera i cieszy się moim szczęściem po tej stronie.
Kryspin
wtorek, 28 października 2014
Chory z nienawiści!
Wczoraj przypadkowo na Facebooku przeczytałem wypowiedź pana Jakuba Wojewódzkiego, który zapałał zaznaczyć swoją chorobę nienawiści.
Najbardziej przykre jest to, że uczynił to strojąc się w piórka współczucia wobec ludzi dotkniętych osobistą tragedią, gdy żegnali swoją mamę i żonę: Anię Przybylską.
Jak dalece musi być podłym człowiek, który w takim traumatycznym dla nich przeżyciu dolewa im jeszcze goryczy?
Nie będę przytaczał tu jego żałosnych wypocin, w których opluwał ich wolę, aby Anię pochować w asyście Kościoła.
Dlaczego tak uczynił...?
Uchodzi przecież za człowieka inteligentnego, nawet błyskotliwego....I taki język ziejący jadem....?
Kubo, a może w swej zajadłości powinien pan[piszę pan z małej litery, bo jesteś na tyle karłowatym osobnikiem, że nie potrudzę się, aby przestrzegać zasad dobrego smaku] otwarcie tym dzieciom, już na tyle dużym, że mogły świadomie przeżywać ból po stracie mamy; powiedzieć, że powinny ten dzień zapamiętać jeszcze z jednego powodu.
"Kim jest ten wasz Bóg, który zabrał wam ukochaną?"- takich słów użyłeś etyczny karle!
A czemu wprost im nie powiedziałeś: Skończyło się, zakopali waszą nadzieję i już nie pozostało wam nic!!!!
A może w tobie, marny człowieczku, sumienie krzyczy: Zniszczyłeś w sobie nadzieję i bronisz się nienawiścią do tego, który tak denerwuje twoje wybujałe "ja".
Żal mi ciebie panie Kubo, bo nawet gdybyś otoczył się przepychem, liftingiem chirurgicznego skalpela, nie zatrzymasz czasu i kiedyś staniesz na miejscu Ani,[ jak zresztą my wszyscy] i pewnie się zdziwisz, albo choćby będziesz udawał zdziwienie, że On jednak jest i wtedy poczujesz się głupio???
Nie to byłoby za mało.....
Kryspin
Najbardziej przykre jest to, że uczynił to strojąc się w piórka współczucia wobec ludzi dotkniętych osobistą tragedią, gdy żegnali swoją mamę i żonę: Anię Przybylską.
Jak dalece musi być podłym człowiek, który w takim traumatycznym dla nich przeżyciu dolewa im jeszcze goryczy?
Nie będę przytaczał tu jego żałosnych wypocin, w których opluwał ich wolę, aby Anię pochować w asyście Kościoła.
Dlaczego tak uczynił...?
Uchodzi przecież za człowieka inteligentnego, nawet błyskotliwego....I taki język ziejący jadem....?
Kubo, a może w swej zajadłości powinien pan[piszę pan z małej litery, bo jesteś na tyle karłowatym osobnikiem, że nie potrudzę się, aby przestrzegać zasad dobrego smaku] otwarcie tym dzieciom, już na tyle dużym, że mogły świadomie przeżywać ból po stracie mamy; powiedzieć, że powinny ten dzień zapamiętać jeszcze z jednego powodu.
"Kim jest ten wasz Bóg, który zabrał wam ukochaną?"- takich słów użyłeś etyczny karle!
A czemu wprost im nie powiedziałeś: Skończyło się, zakopali waszą nadzieję i już nie pozostało wam nic!!!!
A może w tobie, marny człowieczku, sumienie krzyczy: Zniszczyłeś w sobie nadzieję i bronisz się nienawiścią do tego, który tak denerwuje twoje wybujałe "ja".
Żal mi ciebie panie Kubo, bo nawet gdybyś otoczył się przepychem, liftingiem chirurgicznego skalpela, nie zatrzymasz czasu i kiedyś staniesz na miejscu Ani,[ jak zresztą my wszyscy] i pewnie się zdziwisz, albo choćby będziesz udawał zdziwienie, że On jednak jest i wtedy poczujesz się głupio???
Nie to byłoby za mało.....
Kryspin
niedziela, 26 października 2014
Imieninowy stół!
Pierwsze moje imieniny na wsi!
Od rana oboje z moją Beatką, czyniliśmy przygotowania do popołudniowego spotkania, na które zaprosiłem najbliższych: moje dzieci oraz Hanię, przyjaciółkę naszej rodziny od lat.
Aby uczynić za dość miejscowemu zwyczajowi, nie pominąłem wśród zaproszonych gości sąsiadów, od których często kupuję jajka i drób[nie ma porównania , gdy ugotuje się rosół z takiego kuraka] .
Poza tym postanowiłem ich zaprosić , bo to są przemili ludzie i lubię z nimi porozmawiać, gdy spotykam ich niekiedy wracając ze spaceru z Etną.
Ostatnio dodatkowo pokusiłem się o zakup od Romana [sąsiada] świniaka, którego w pobliskiej masarni przerobiono na pyszne specjały, których nie uświadczysz w miejskim sklepie, gdzie kupujemy kiełbasy z "niby świń" [ piszę" niby świń", bo trudno nazwać wiejskim tucznikiem produkt z fermy hodowlanej, w którym więcej jest chemii i innych genetycznych ulepszaczy, aniżeli mięsa z naturalnej paszy i ziemniaków, na których rósł kaban przerobiony teraz na pyszne kiełbasy roztaczające po całym naszym domu aromat wędzarni ]
Wyroby ze świniobicia , to był hit wieczornego stołu w trakcie moich imienin, choć, i to trzeba podkreślić: kolację poprzedziła kawa z niemniej pysznym domowym ciastem przygotowanym przez moją ukochaną Beatkę[np: tort z naturalnym ananasem- pychota i niebo w ustach!!!] .
Przybyłych gości powitaliśmy w dużym salonie, gdzie w narożniku wesoło połyskiwał ogień kominka, a całości nastroju dopełniało masę zapalonych świeczek rozmieszczonych na kandelabrach spowitych kolorowymi kwiatami.
Bardzo zależało mi na tym, aby wszystkim w trakcie tego wieczoru udzieliła się atmosfera ciepła!
Ale nie chodziło mi tylko o to, by poczuli żar z kominka, lecz by odczuli miłe przyjęcie od nas, ucieszonych ich przybyciem.
Nie będę opisywał potraw suto zastawionego imieninowego stołu, bo zrobiłby się może z tego typowy kulinarny bedeker, a chciałbym przez chwilę zatrzymać się nad tą niezwykłą atmosferą: gdy w naszym domu spotkali się i to pierwszy raz przypadkowi goście[ pomijam tu moje pociechy], do tego w różnym wieku i o odmiennych profesjach; a od samego początku rozmawiali ze sobą przyjaźnie niczym starzy znajomi i nikt nie czuł się niezręcznie i sztywno, co w takim "zestawie" jest nader częstym zjawiskiem, gdy imieninowy wieczór przeradza się w normalną nasiadówę.
Odczuwałem i chyba nie tylko ja, że nikt tu nie odprawiał "pańszczyzny" bycia, bo wypada!
Śmiem twierdzić, że wszyscy czuli się przyjemnie i może dlatego nie spoglądali ukradkiem na zegarki, by znaleźć pretekst do szybszego opuszczenia pozostałych.
Aby była jasność: atmosfery nie podkręcaliśmy nadmierną ilością alkoholu, który niekiedy jest używany jako swoiste spoiwo dla biesiadników!
Nie w tym przypadku!
Owszem, były toasty zakrapiane dobrymi trunkami, ale z zachowaniem rozsądku i umiaru.
Po odjeździe naszych gości siedliśmy z Beatką przy kominku.
Trzymaliśmy szklaneczki whiskacza w rękach i cieszyliśmy się wspomnieniem miłego wieczóru w gronie życzliwych nam osób.
A ja zamarzyłem sobie wtedy, by na kolejnych takich imieninach [ Jej lub moich] to grono powiększyło się o kolejne osoby! [drogie naszym sercom.]
Na koniec pomyślałem sobie, że może kiedyś przy takim stole zasiądą wszyscy ci, których oboje kochamy....?
Tego najbardziej pragniemy i to byłby najmilszy prezent dla nas obojga!
Kryspin
Od rana oboje z moją Beatką, czyniliśmy przygotowania do popołudniowego spotkania, na które zaprosiłem najbliższych: moje dzieci oraz Hanię, przyjaciółkę naszej rodziny od lat.
Aby uczynić za dość miejscowemu zwyczajowi, nie pominąłem wśród zaproszonych gości sąsiadów, od których często kupuję jajka i drób[nie ma porównania , gdy ugotuje się rosół z takiego kuraka] .
Poza tym postanowiłem ich zaprosić , bo to są przemili ludzie i lubię z nimi porozmawiać, gdy spotykam ich niekiedy wracając ze spaceru z Etną.
Ostatnio dodatkowo pokusiłem się o zakup od Romana [sąsiada] świniaka, którego w pobliskiej masarni przerobiono na pyszne specjały, których nie uświadczysz w miejskim sklepie, gdzie kupujemy kiełbasy z "niby świń" [ piszę" niby świń", bo trudno nazwać wiejskim tucznikiem produkt z fermy hodowlanej, w którym więcej jest chemii i innych genetycznych ulepszaczy, aniżeli mięsa z naturalnej paszy i ziemniaków, na których rósł kaban przerobiony teraz na pyszne kiełbasy roztaczające po całym naszym domu aromat wędzarni ]
Wyroby ze świniobicia , to był hit wieczornego stołu w trakcie moich imienin, choć, i to trzeba podkreślić: kolację poprzedziła kawa z niemniej pysznym domowym ciastem przygotowanym przez moją ukochaną Beatkę[np: tort z naturalnym ananasem- pychota i niebo w ustach!!!] .
Przybyłych gości powitaliśmy w dużym salonie, gdzie w narożniku wesoło połyskiwał ogień kominka, a całości nastroju dopełniało masę zapalonych świeczek rozmieszczonych na kandelabrach spowitych kolorowymi kwiatami.
Bardzo zależało mi na tym, aby wszystkim w trakcie tego wieczoru udzieliła się atmosfera ciepła!
Ale nie chodziło mi tylko o to, by poczuli żar z kominka, lecz by odczuli miłe przyjęcie od nas, ucieszonych ich przybyciem.
Nie będę opisywał potraw suto zastawionego imieninowego stołu, bo zrobiłby się może z tego typowy kulinarny bedeker, a chciałbym przez chwilę zatrzymać się nad tą niezwykłą atmosferą: gdy w naszym domu spotkali się i to pierwszy raz przypadkowi goście[ pomijam tu moje pociechy], do tego w różnym wieku i o odmiennych profesjach; a od samego początku rozmawiali ze sobą przyjaźnie niczym starzy znajomi i nikt nie czuł się niezręcznie i sztywno, co w takim "zestawie" jest nader częstym zjawiskiem, gdy imieninowy wieczór przeradza się w normalną nasiadówę.
Odczuwałem i chyba nie tylko ja, że nikt tu nie odprawiał "pańszczyzny" bycia, bo wypada!
Śmiem twierdzić, że wszyscy czuli się przyjemnie i może dlatego nie spoglądali ukradkiem na zegarki, by znaleźć pretekst do szybszego opuszczenia pozostałych.
Aby była jasność: atmosfery nie podkręcaliśmy nadmierną ilością alkoholu, który niekiedy jest używany jako swoiste spoiwo dla biesiadników!
Nie w tym przypadku!
Owszem, były toasty zakrapiane dobrymi trunkami, ale z zachowaniem rozsądku i umiaru.
Po odjeździe naszych gości siedliśmy z Beatką przy kominku.
Trzymaliśmy szklaneczki whiskacza w rękach i cieszyliśmy się wspomnieniem miłego wieczóru w gronie życzliwych nam osób.
A ja zamarzyłem sobie wtedy, by na kolejnych takich imieninach [ Jej lub moich] to grono powiększyło się o kolejne osoby! [drogie naszym sercom.]
Na koniec pomyślałem sobie, że może kiedyś przy takim stole zasiądą wszyscy ci, których oboje kochamy....?
Tego najbardziej pragniemy i to byłby najmilszy prezent dla nas obojga!
Kryspin
sobota, 25 października 2014
Imieniny!!!
Dzisiaj miałem imieniny!
Jutro napiszę więcej.
Teraz mogę powiedzieć tylko tyle, że mam cudowne dzieci i wspaniałych przyjaciół.
Jutro napiszę więcej!
Jutro napiszę więcej.
Teraz mogę powiedzieć tylko tyle, że mam cudowne dzieci i wspaniałych przyjaciół.
Jutro napiszę więcej!
piątek, 24 października 2014
Świeżość oceanicznej bryzy!
Nie chciałem pisać dzisiaj niczego przykrego, ale jestem smutny i muszęsię podzielić tym, co mi nie daje spokoju!
Wczoraj bliska memu sercu osoba otrzymała smsa, w którym osoba niby jej życzliwa stwierdziła:
" Miłość przemija szybko, jak sraczka, a później nie pozostaje już nic!"
Przepraszam w tej chwili wszystkich, których dobry smak obraziło to porównanie, ale pozwoliłem sobie na dosłowne przytoczenie tego wulgaryzmu.
Nie, nie zamierzam polemizować z autorką tego językowego "kwiatka", bo jest mi jej autentycznie żal.
Tak określić najpiękniejsze doznanie, jakim Bóg nas obdarzył, może tylko ktoś, kto nigdy nie doznał tego daru i powtarza określenie, którego pierwszym autorem był niestety jej rodzic przesiąknięty nienawiścią do wszystkiego, co mogłoby choćby o miłość zahaczać!
Dlaczego w niektórych ludziach tyle zła?
Odpowiedź nasuwa się sama...
Może to zwykłe wyrzuty sumienia, które nie pozwalają na spokój tym, którzy kiedyś zdeptali ten dar i teraz boli ich to, że ktoś może być szczęśliwy kochając?
Żal mi takich ludzi, którzy w łańcuch nienawiści wplatają kolejne rodzinne ogniwa: Rodzice dzieciom, a one swoim pociechom i tak dalej powielają zło....
Miłość jest jak świeża wiosenna bryza nad oceanem, ludzie zgorzkniali, którzy nigdy nie doświadczyli, tego pięknego aromatu , nie zdołają zakrzyczeć prawdy i nigdy nie znajdą zwolenników smrodu kloaki w której siedzą.
A ja, mogę tylko prosić i może wszyscy prośmy tych nieszczęśników, niewolników kloaki nienawiści:
Wyjdźcie na świeże powietrze przesiąknięte miłością!
Ona nie znajduje się na zamkniętej plaży, jest dostępna każdemu, który jej pragnie
Kryspin
Wczoraj bliska memu sercu osoba otrzymała smsa, w którym osoba niby jej życzliwa stwierdziła:
" Miłość przemija szybko, jak sraczka, a później nie pozostaje już nic!"
Przepraszam w tej chwili wszystkich, których dobry smak obraziło to porównanie, ale pozwoliłem sobie na dosłowne przytoczenie tego wulgaryzmu.
Nie, nie zamierzam polemizować z autorką tego językowego "kwiatka", bo jest mi jej autentycznie żal.
Tak określić najpiękniejsze doznanie, jakim Bóg nas obdarzył, może tylko ktoś, kto nigdy nie doznał tego daru i powtarza określenie, którego pierwszym autorem był niestety jej rodzic przesiąknięty nienawiścią do wszystkiego, co mogłoby choćby o miłość zahaczać!
Dlaczego w niektórych ludziach tyle zła?
Odpowiedź nasuwa się sama...
Może to zwykłe wyrzuty sumienia, które nie pozwalają na spokój tym, którzy kiedyś zdeptali ten dar i teraz boli ich to, że ktoś może być szczęśliwy kochając?
Żal mi takich ludzi, którzy w łańcuch nienawiści wplatają kolejne rodzinne ogniwa: Rodzice dzieciom, a one swoim pociechom i tak dalej powielają zło....
Miłość jest jak świeża wiosenna bryza nad oceanem, ludzie zgorzkniali, którzy nigdy nie doświadczyli, tego pięknego aromatu , nie zdołają zakrzyczeć prawdy i nigdy nie znajdą zwolenników smrodu kloaki w której siedzą.
A ja, mogę tylko prosić i może wszyscy prośmy tych nieszczęśników, niewolników kloaki nienawiści:
Wyjdźcie na świeże powietrze przesiąknięte miłością!
Ona nie znajduje się na zamkniętej plaży, jest dostępna każdemu, który jej pragnie
Kryspin
czwartek, 23 października 2014
Czwartkowy poranek może być piękny!
Czwartek wydaje się nam najgorszym dniem tygodnia.
Gdy do tego dołożymy październikowy ciemny poranek, który wcale nie podrywa nas z ciepłego łóżeczka, to mamy gotowy przepis na nieudany początek dnia.
Dzisiaj jest czwarty dzień tygodnia i odczuwamy już zmęczenie monotonią naszego kieratu codziennej pracy i to dotyka znakomitej większości z nas.
Pomyślcie: jakże inaczej wstajemy do naszych zajęć w piątek, prawda?
Wtedy budzimy się z myślą pełną radości:
-Jeszcze tylko kilka godzin i dwa dni laby, no i może odeśpimy zaległości minionych rannych przebudzeń[Ilu z nas składa samemu sobie takie przyrzeczenie, prawda?].
Tak sobie przynajmniej obiecujemy i to wystarczy, aby chciało się nam podjąć trud piątkowej rannej mobilizacji!
Inna sprawa, że w dniach bez obowiązków i tak budzimy się za wcześnie, choć nie musimy....
Zganiamy to na nasz zegar biologiczny, który nastawiony jest w naszej głowie niczym budzik w telefonie.
Gdy go nie wyłączymy go [a często się to zdarza, prawda?] ponawia swoje hałaśliwe przypomnienie co kilka minut .
Mało kto potrafi taki wewnętrzny budzik wyłączyć na wolne od pracy dni i dlatego on działa także w sobotni, czy niedzielny poranek!
Najgorzej jednak jest się zmobilizować do rannego wstawania, gdy skazani jesteśmy na samotne przebudzenie, gdy otwieramy oczy ze świadomością, że inni jeszcze smacznie sobie mogą pospać.
Trudno nam wtedy o poranny uśmiech i zadowolenie.
Jaka jest więc na to rada i czy jest na to sposób, aby powitać poranne czwartkowe przebudzenie z uśmiechem?
A może potrzeba by usłyszeć nam choćby jedno słowo od kogoś nam bliskiego?
Jedno słowo nawet przez telefon, i dotyka nas przyjemna świadomość, że jest ktoś[może nawet daleko,] kto pragnie pocałunkiem powiedzieć :
-Kochanie otwórz oczka, bo dzisiaj jest piękny dzień, kolejny nasz dzień!
I wtedy sercem poczujesz dotyk, muśnięcie ust ukochanego na swoich ustach.
I tak się dzieje, bo dla naszej duszy przestrzeń nie istnieje, to tylko wymysł naszych ciał, które same nie są wstanie przeżyć piękna spotkania z oddali, gdy serce śpi w otchłani niekochania!
Gdy się kocha i jest się kochanym, każdy poranek, nawet czwartkowy, nawet zabiegany pracą- jest piękny, bo wtedy nie odczuwa się uczucia samotności przebudzenia!
Kryspin
Gdy do tego dołożymy październikowy ciemny poranek, który wcale nie podrywa nas z ciepłego łóżeczka, to mamy gotowy przepis na nieudany początek dnia.
Dzisiaj jest czwarty dzień tygodnia i odczuwamy już zmęczenie monotonią naszego kieratu codziennej pracy i to dotyka znakomitej większości z nas.
Pomyślcie: jakże inaczej wstajemy do naszych zajęć w piątek, prawda?
Wtedy budzimy się z myślą pełną radości:
-Jeszcze tylko kilka godzin i dwa dni laby, no i może odeśpimy zaległości minionych rannych przebudzeń[Ilu z nas składa samemu sobie takie przyrzeczenie, prawda?].
Tak sobie przynajmniej obiecujemy i to wystarczy, aby chciało się nam podjąć trud piątkowej rannej mobilizacji!
Inna sprawa, że w dniach bez obowiązków i tak budzimy się za wcześnie, choć nie musimy....
Zganiamy to na nasz zegar biologiczny, który nastawiony jest w naszej głowie niczym budzik w telefonie.
Gdy go nie wyłączymy go [a często się to zdarza, prawda?] ponawia swoje hałaśliwe przypomnienie co kilka minut .
Mało kto potrafi taki wewnętrzny budzik wyłączyć na wolne od pracy dni i dlatego on działa także w sobotni, czy niedzielny poranek!
Najgorzej jednak jest się zmobilizować do rannego wstawania, gdy skazani jesteśmy na samotne przebudzenie, gdy otwieramy oczy ze świadomością, że inni jeszcze smacznie sobie mogą pospać.
Trudno nam wtedy o poranny uśmiech i zadowolenie.
Jaka jest więc na to rada i czy jest na to sposób, aby powitać poranne czwartkowe przebudzenie z uśmiechem?
A może potrzeba by usłyszeć nam choćby jedno słowo od kogoś nam bliskiego?
Jedno słowo nawet przez telefon, i dotyka nas przyjemna świadomość, że jest ktoś[może nawet daleko,] kto pragnie pocałunkiem powiedzieć :
-Kochanie otwórz oczka, bo dzisiaj jest piękny dzień, kolejny nasz dzień!
I wtedy sercem poczujesz dotyk, muśnięcie ust ukochanego na swoich ustach.
I tak się dzieje, bo dla naszej duszy przestrzeń nie istnieje, to tylko wymysł naszych ciał, które same nie są wstanie przeżyć piękna spotkania z oddali, gdy serce śpi w otchłani niekochania!
Gdy się kocha i jest się kochanym, każdy poranek, nawet czwartkowy, nawet zabiegany pracą- jest piękny, bo wtedy nie odczuwa się uczucia samotności przebudzenia!
Kryspin
wtorek, 21 października 2014
Śniadanie we dwoje na początek pięknego dnia!
Piękny jest poranek, gdy rozpoczyna się go we dwoje.
Kawa lepiej smakuje, gdy pijemy ją w towarzystwie ukochanej!
Piękny jest taki poranek, gdy potrafimy przeżyć zachwyt patrząc na dzikie gęsi przelatujące w regularnym kluczu nad naszym domem i zdaje nam się, że one nas pozdrawiają majestatycznym trzepotem wielkich skrzydeł udając się w kierunku swoich żerowisk.
Piękne są doznania, gdy z kuchni dochodzi aromat śniadanka, które z chwile ucieszy nie tylko nasze ciała, ale i dusze!
Życzę wszystkim miłych doznań przy śniadaniu we dwoje!
Kryspin
Kawa lepiej smakuje, gdy pijemy ją w towarzystwie ukochanej!
Piękny jest taki poranek, gdy potrafimy przeżyć zachwyt patrząc na dzikie gęsi przelatujące w regularnym kluczu nad naszym domem i zdaje nam się, że one nas pozdrawiają majestatycznym trzepotem wielkich skrzydeł udając się w kierunku swoich żerowisk.
Piękne są doznania, gdy z kuchni dochodzi aromat śniadanka, które z chwile ucieszy nie tylko nasze ciała, ale i dusze!
Życzę wszystkim miłych doznań przy śniadaniu we dwoje!
Kryspin
poniedziałek, 20 października 2014
Dywizjon 303!
Któż z naszego pokolenia nie czytał książki Arkadego Fiedlera:"Dywizjon 303" ...?
Sam wielokrotnie powracałem do tej książki o historii bohaterstwa zwykłych ludzi, którzy z miłości do ojczyzny potrafili w każdym dniu swojej wojennej służby dokonywać rzeczy niezwykłych.
Dobrze, że w naszej historii [ niekiedy tragicznej] pojawiali się ludzie ponadprzeciętni zasługujący na podziw i szacunek, a niekiedy nawet na miano bohaterów !
Przyszło mi teraz do głowy pytanie, z którym pewnie wielu z nas miałoby problem:
Czy ktokolwiek z nas mógłby wymienić nazwiska pilotów z tego najsłynniejszego dywizjonu- 303 ?
Sądzę, że bardzo mało potrafiłoby to zrobić?
A przecież to ludzie, piloci tej bojowej formacji swoim bohaterstwem stworzyli legendę dywizjonu 303!
Ale może i dobrze, że właśnie tak zapamiętaliśmy historię tej grupy niezwykłych ludzi nie wyróżniając nikogo, oddajemy szacunek wszystkim, którzy dokładali swoją "cegiełkę" do tworzenia legendy!
Wczoraj byłem na podwójnych urodzinach.
Moja synowa świętowała swoje trzydzieste urodziny, a wnusia, trzecie!
Młodzi od miesiąca zamieszkali w nowym, wynajmowanym trzypokojowym mieszkaniu, do którego przenieśli się, bo oczekują na kolejne dziecko- synka, który niebawem ma przyjść na świat!
Najważniejszym akcentem tego podwójnego, wczorajszego święta, na które zaprosili bliskich, był tort z zapalonymi świeczkami.
-"To nasz dywizjon 303 oznajmił Borys[ głowa młodej rodziny] wnosząc na stół czekoladową słodkość, na której paliły się świece w kształcie liczb: 30 i 3 !
Siedziałem nieco z boku i pomyślałem wtedy, że jest wiele racji w tym niby żartobliwym stwierdzeniu!
Wczoraj byłem w gronie osób, które mają prawo do nazwania się mianem tej bohaterskiej formacji!
Borys ze swoją rodziną i wiele im podobnych młodych małżeństw zasługują na szacunek, może inny od legendarnych pilotów wojennego dywizjonu, ale zasługują na uznanie!
Nie jest łatwo być młodą rodziną w naszej kochanej ojczyźnie, zwłaszcza dziś!
Owszem nasi decydenci, najczęściej w okresach około wyborczych zalewają elektorat potokiem słów, w których rodzina, młoda przyszłość narodu, to najważniejszy priorytet deklarowanych działań!
I co ?
Minie czas walki o stołki i powróci siermiężna rzeczywistość.
I pewnie nadal młode Polki najwięcej dzieci będą rodzić na Wyspach, a minister Kamysz z dumą będzie mówił o spadku bezrobocia[bo nadal młodzi wyjeżdżają szanowny panie!!!]
Banki nadal będą służyły najbogatszym tworząc bariery "zdolności kredytowej", której nie przeskoczą młode rodziny z umowami śmieciowymi!
No ale buduje się przecież nowe mieszkania i można takowe nawet wynająć zawtóruje minister Szczurek
[ten od kasy!]
Borys z bliskimi miesiąc temu podpisał umowę najmu mieszkania od dewelopera i muszą płacić prawie 2000 zł miesięcznie!
Owszem, starali się o kredyt na zakup swojego lokum i wtedy w banku uprzejma pani wyliczyła dla nich koszt miesięczny takowego na 1400 zł -świetnie pomyśleli młodzi z nadzieją.
Po chwili jednak pani sprowadziła ich radość na ziemię:
-"No ale macie dziecko, to niestety obniża waszą zdolność kredytową, a już to, że wasza rodzina się wkrótce powiększy.....no to niestety, nie możemy spełnić waszych marzeń o własnym gniazdku!"
Jakiż żałosny jest chichot historii!
Kiedyś młodzi ludzie, aby stać się częścią legendy[pilotami bohaterskich dywizjonów] musieli uciekać do Anglii i tam swoim poświęceniem zasługiwali na wdzięczność Ojczyzny i ordery, którymi niestety dopiero prezydent wolnej Polski odznaczył[ niektórych pośmiertnie, niestety!] !
To jest kolejna bolesna sprawa naszej historii, gdy bohaterstwo zostało postawione w stan oskarżenia!
W pierwszych latach powojennych, reżim[ komuna] próbował przekreślić zasługi i ofiarę krwi, którą składali polscy żołnierze walczący na zachodzie.
Na szczęście mamy teraz wolną Polskę i można było nadrobić wstydliwy miniony okres i dobrze!
Panie Prezydencie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej!
W Polsce dzisiejszej są także takie "Dywizjony"anonimowych bohaterów, to są młodzi ludzie zakładający rodziny u nas w Ojczyźnie; to młode matki pragnące rodzić i wychowywać dzieci nie na Wyspach, a tu!
Panie Prezydencie!
Zbliża się czas reelekcji, ale nie chcę nawet pomyśleć, że Pańska troska o młode rodziny, o polepszenie ich startu[o czym tak często Pan zapewnia], to tylko pustosłowie.
Kryspin
Sam wielokrotnie powracałem do tej książki o historii bohaterstwa zwykłych ludzi, którzy z miłości do ojczyzny potrafili w każdym dniu swojej wojennej służby dokonywać rzeczy niezwykłych.
Dobrze, że w naszej historii [ niekiedy tragicznej] pojawiali się ludzie ponadprzeciętni zasługujący na podziw i szacunek, a niekiedy nawet na miano bohaterów !
Przyszło mi teraz do głowy pytanie, z którym pewnie wielu z nas miałoby problem:
Czy ktokolwiek z nas mógłby wymienić nazwiska pilotów z tego najsłynniejszego dywizjonu- 303 ?
Sądzę, że bardzo mało potrafiłoby to zrobić?
A przecież to ludzie, piloci tej bojowej formacji swoim bohaterstwem stworzyli legendę dywizjonu 303!
Ale może i dobrze, że właśnie tak zapamiętaliśmy historię tej grupy niezwykłych ludzi nie wyróżniając nikogo, oddajemy szacunek wszystkim, którzy dokładali swoją "cegiełkę" do tworzenia legendy!
Wczoraj byłem na podwójnych urodzinach.
Moja synowa świętowała swoje trzydzieste urodziny, a wnusia, trzecie!
Młodzi od miesiąca zamieszkali w nowym, wynajmowanym trzypokojowym mieszkaniu, do którego przenieśli się, bo oczekują na kolejne dziecko- synka, który niebawem ma przyjść na świat!
Najważniejszym akcentem tego podwójnego, wczorajszego święta, na które zaprosili bliskich, był tort z zapalonymi świeczkami.
-"To nasz dywizjon 303 oznajmił Borys[ głowa młodej rodziny] wnosząc na stół czekoladową słodkość, na której paliły się świece w kształcie liczb: 30 i 3 !
Siedziałem nieco z boku i pomyślałem wtedy, że jest wiele racji w tym niby żartobliwym stwierdzeniu!
Wczoraj byłem w gronie osób, które mają prawo do nazwania się mianem tej bohaterskiej formacji!
Borys ze swoją rodziną i wiele im podobnych młodych małżeństw zasługują na szacunek, może inny od legendarnych pilotów wojennego dywizjonu, ale zasługują na uznanie!
Nie jest łatwo być młodą rodziną w naszej kochanej ojczyźnie, zwłaszcza dziś!
Owszem nasi decydenci, najczęściej w okresach około wyborczych zalewają elektorat potokiem słów, w których rodzina, młoda przyszłość narodu, to najważniejszy priorytet deklarowanych działań!
I co ?
Minie czas walki o stołki i powróci siermiężna rzeczywistość.
I pewnie nadal młode Polki najwięcej dzieci będą rodzić na Wyspach, a minister Kamysz z dumą będzie mówił o spadku bezrobocia[bo nadal młodzi wyjeżdżają szanowny panie!!!]
Banki nadal będą służyły najbogatszym tworząc bariery "zdolności kredytowej", której nie przeskoczą młode rodziny z umowami śmieciowymi!
No ale buduje się przecież nowe mieszkania i można takowe nawet wynająć zawtóruje minister Szczurek
[ten od kasy!]
Borys z bliskimi miesiąc temu podpisał umowę najmu mieszkania od dewelopera i muszą płacić prawie 2000 zł miesięcznie!
Owszem, starali się o kredyt na zakup swojego lokum i wtedy w banku uprzejma pani wyliczyła dla nich koszt miesięczny takowego na 1400 zł -świetnie pomyśleli młodzi z nadzieją.
Po chwili jednak pani sprowadziła ich radość na ziemię:
-"No ale macie dziecko, to niestety obniża waszą zdolność kredytową, a już to, że wasza rodzina się wkrótce powiększy.....no to niestety, nie możemy spełnić waszych marzeń o własnym gniazdku!"
Jakiż żałosny jest chichot historii!
Kiedyś młodzi ludzie, aby stać się częścią legendy[pilotami bohaterskich dywizjonów] musieli uciekać do Anglii i tam swoim poświęceniem zasługiwali na wdzięczność Ojczyzny i ordery, którymi niestety dopiero prezydent wolnej Polski odznaczył[ niektórych pośmiertnie, niestety!] !
To jest kolejna bolesna sprawa naszej historii, gdy bohaterstwo zostało postawione w stan oskarżenia!
W pierwszych latach powojennych, reżim[ komuna] próbował przekreślić zasługi i ofiarę krwi, którą składali polscy żołnierze walczący na zachodzie.
Na szczęście mamy teraz wolną Polskę i można było nadrobić wstydliwy miniony okres i dobrze!
Panie Prezydencie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej!
W Polsce dzisiejszej są także takie "Dywizjony"anonimowych bohaterów, to są młodzi ludzie zakładający rodziny u nas w Ojczyźnie; to młode matki pragnące rodzić i wychowywać dzieci nie na Wyspach, a tu!
Panie Prezydencie!
Zbliża się czas reelekcji, ale nie chcę nawet pomyśleć, że Pańska troska o młode rodziny, o polepszenie ich startu[o czym tak często Pan zapewnia], to tylko pustosłowie.
Kryspin
niedziela, 19 października 2014
Nigdy nie zostanę politykiem!
-Chcę przedstawić cię mojemu mężowi- zaproponowała Beata po naszym kolejnym spotkaniu.
Zgodziłem się i pojechaliśmy do ich domu.
-Chciałeś poznać mojego przyjaciela- usłyszałem jej słowa, gdy byłem jeszcze na tarasie przed wejściem.
-No to go teraz tobie przedstawię- dokończyła zapowiedź i po chwili dokonała pomiędzy nami prezentacji.
Jej małżonek, facet trochę młodszy ode mnie, podał mi rękę na powitanie i już tym mnie zaskoczył.
Od pierwszej chwili naszej rozmowy byłem pod wrażeniem opanowania z jego strony.
Przez chwilę poczułem się, jakbym spotkał się z wytrawnym graczem politycznej gry!
Nie okazywał zdenerwowania i nawet starał się być miły. W trakcie rozmowy wypiliśmy po lampce białego wina i w spokojnej, aby nie powiedzieć, miłej atmosferze gawędziliśmy: o tym, czym on się zajmuje, o mojej pracy i o Beatce, przemiłej osobie, która stała się mi bardzo droga, czego także nie omieszkałem mu powiedzieć.
Przyjmował moje kolejne wypowiedzi z nieodłącznym uśmiechem, co mnie zastanawiało coraz bardziej ??
Miałem spotkanie z mężem, czy politykiem- myślałem w trakcie kolejnych spokojnych zdań wypowiadanych przez niego?
Temat polityki był z resztą jedną z kwestii, którą poruszyliśmy w czasie naszej rozmowy i zdążyłem wywnioskować, że ona[ polityka] jest jego miłością .
Przyznam szczerze, że on bardzo dobrze wypadał w moich oczach jako człowiek, który [bez zbędnego kadzenia] medialnie byłby lepszy od wielu "buraków", którzy codziennie irytują miliony przed telewizorami, gdy opowiadają swoje "mądrości" dotyczące najważniejszych spraw dla wszystkich!
Tak, miałem dzisiaj spotkanie z politykiem!
Nasze miłe[ bez ironii] spotkanie było krótkie i powróciłem do swego mieszkania.
Gdy byłem już u siebie, jeszcze długo zastanawiałem się nad tym, czego doświadczyłem niedawno w ich mieszkaniu?
Zachował klasę i.....?
No właśnie....?
Co ja bym zrobił w takiej sytuacji...?- zadałem sam sobie to pytanie
Wydaje mi się, nawet to wiem!!!
Nie potrafiłbym być tak opanowanym facetem w sytuacji, gdyby moja małżonka, którą kocham, zaproponowała mi spotkanie ze swoim przyjacielem [ nowym właścicielem jej serca] ?
Nie potrafię sobie wyobrazić, abym zachował wtedy spokój, był zimno opanowanym w takim momencie!
Nie nadaję się więc na polityka, choć wielu moich przyjaciół znając mnie do głębi, wielokrotnie namawiało mnie do przygody z polityką!
Nie potrafiłbym być politycznie obojętnym w sytuacji, gdy waga zdarzenia wymagałaby reakcji.
Gdy kocham i odczuwam zagrożenie tego, co jest mi najdroższe; podejmuję walkę!
A może dobrze, że nie zostałem i nigdy nie zostanę politykiem!
Kryspin
Zgodziłem się i pojechaliśmy do ich domu.
-Chciałeś poznać mojego przyjaciela- usłyszałem jej słowa, gdy byłem jeszcze na tarasie przed wejściem.
-No to go teraz tobie przedstawię- dokończyła zapowiedź i po chwili dokonała pomiędzy nami prezentacji.
Jej małżonek, facet trochę młodszy ode mnie, podał mi rękę na powitanie i już tym mnie zaskoczył.
Od pierwszej chwili naszej rozmowy byłem pod wrażeniem opanowania z jego strony.
Przez chwilę poczułem się, jakbym spotkał się z wytrawnym graczem politycznej gry!
Nie okazywał zdenerwowania i nawet starał się być miły. W trakcie rozmowy wypiliśmy po lampce białego wina i w spokojnej, aby nie powiedzieć, miłej atmosferze gawędziliśmy: o tym, czym on się zajmuje, o mojej pracy i o Beatce, przemiłej osobie, która stała się mi bardzo droga, czego także nie omieszkałem mu powiedzieć.
Przyjmował moje kolejne wypowiedzi z nieodłącznym uśmiechem, co mnie zastanawiało coraz bardziej ??
Miałem spotkanie z mężem, czy politykiem- myślałem w trakcie kolejnych spokojnych zdań wypowiadanych przez niego?
Temat polityki był z resztą jedną z kwestii, którą poruszyliśmy w czasie naszej rozmowy i zdążyłem wywnioskować, że ona[ polityka] jest jego miłością .
Przyznam szczerze, że on bardzo dobrze wypadał w moich oczach jako człowiek, który [bez zbędnego kadzenia] medialnie byłby lepszy od wielu "buraków", którzy codziennie irytują miliony przed telewizorami, gdy opowiadają swoje "mądrości" dotyczące najważniejszych spraw dla wszystkich!
Tak, miałem dzisiaj spotkanie z politykiem!
Nasze miłe[ bez ironii] spotkanie było krótkie i powróciłem do swego mieszkania.
Gdy byłem już u siebie, jeszcze długo zastanawiałem się nad tym, czego doświadczyłem niedawno w ich mieszkaniu?
Zachował klasę i.....?
No właśnie....?
Co ja bym zrobił w takiej sytuacji...?- zadałem sam sobie to pytanie
Wydaje mi się, nawet to wiem!!!
Nie potrafiłbym być tak opanowanym facetem w sytuacji, gdyby moja małżonka, którą kocham, zaproponowała mi spotkanie ze swoim przyjacielem [ nowym właścicielem jej serca] ?
Nie potrafię sobie wyobrazić, abym zachował wtedy spokój, był zimno opanowanym w takim momencie!
Nie nadaję się więc na polityka, choć wielu moich przyjaciół znając mnie do głębi, wielokrotnie namawiało mnie do przygody z polityką!
Nie potrafiłbym być politycznie obojętnym w sytuacji, gdy waga zdarzenia wymagałaby reakcji.
Gdy kocham i odczuwam zagrożenie tego, co jest mi najdroższe; podejmuję walkę!
A może dobrze, że nie zostałem i nigdy nie zostanę politykiem!
Kryspin
sobota, 18 października 2014
Nie można zburzyć ruin!
-"Powiedziałam o nas mojej córce"-Beata oznajmiła mi w czasie naszego trzeciego spotkania.
Zdziwiło mnie to, że tak szybko postanowiła ujawnić bliskim, że w jej życiu nastąpiła istotna zmiana.
-I co na to Twoja Agnieszka?-podjąłem temat przytulając ją do siebie.
Ona spojrzała mi w oczy i z uśmiechem oznajmiła:
-Aga ucieszyła się, gdy powiedziałam jej, że poznałam i pokochałam cudownego człowieka. Pokazałam jej nawet twoją książkę["Zakochaną koloratkę"].
Słuchałem, co mi mówiła i myślałem o tym, jak musiało wyglądać jej małżeństwo, że bez obawy mogła swojej córce powiedzieć:"Pokochałam innego człowieka "
Los dziwnie prowadzi drogi naszego życia-pomyślałem przez chwilę.
Pokochałem kobietę i kolejny raz staję przed dylematem decyzji:
Czy mam prawo do miłości osoby, która kiedyś komuś innemu przyrzekła miłość, wierność i uczciwość małżeńską?
Czy Beata ma prawo do uczucia, którym mnie obdarzyła?
Pewnie ktoś zgorszony jej niewiernością i mniej lub bardziej otwarcie będzie wyrażał swoje oburzenie....
A jej córka ucieszyła się?
A może los połączył nas, abym przywrócił jej uśmiech serca i spełnił pragnienie bycia kochaną?
Pokochałem Beatę od pierwszej chwili i nie czułem żadnej niepewności: wyrzutów, że nie powinienem burzyć szczęścia rodziny, bliskich i jej samej.
Ale czy w tej rodzinie, czy w jej sercu, było szczęście...?
Jestem pewien, że nie!
Dlatego nie czuję wyrzutów, a wręcz przeciwnie: jestem szczęśliwy, bo ona mnie także pokochała i to czuję całym sobą!
Nie jestem typem faceta, który upaja się swoim zwycięstwem, nie zważając na "zgliszcza" pozostałe po odniesionym sukcesie!
-"Pragnę miłości, pragnę kochać i być kochaną"-Te słowa Beaty, którymi obdarowała mnie po pierwszym naszym całkowitym oddaniu się sobie, uświadomiły mi, że Ona nigdy nie była kochana....
Przez trzydzieści lat był obok niej mężczyzna, mąż , ojciec jej dzieci, ale nigdy nie była kochana......
Nie czuję wyrzutów, że pokochałem Beatę i myślę, bo wiem,że nie zburzyłem szczęścia jej dotychczasowego życia, bo go zwyczajnie nigdy go nie było!
Miałem się o tym jeszcze bardziej przekonać, gdy poznałem jej męża......
CDN
Kryspin
Zdziwiło mnie to, że tak szybko postanowiła ujawnić bliskim, że w jej życiu nastąpiła istotna zmiana.
-I co na to Twoja Agnieszka?-podjąłem temat przytulając ją do siebie.
Ona spojrzała mi w oczy i z uśmiechem oznajmiła:
-Aga ucieszyła się, gdy powiedziałam jej, że poznałam i pokochałam cudownego człowieka. Pokazałam jej nawet twoją książkę["Zakochaną koloratkę"].
Słuchałem, co mi mówiła i myślałem o tym, jak musiało wyglądać jej małżeństwo, że bez obawy mogła swojej córce powiedzieć:"Pokochałam innego człowieka "
Los dziwnie prowadzi drogi naszego życia-pomyślałem przez chwilę.
Pokochałem kobietę i kolejny raz staję przed dylematem decyzji:
Czy mam prawo do miłości osoby, która kiedyś komuś innemu przyrzekła miłość, wierność i uczciwość małżeńską?
Czy Beata ma prawo do uczucia, którym mnie obdarzyła?
Pewnie ktoś zgorszony jej niewiernością i mniej lub bardziej otwarcie będzie wyrażał swoje oburzenie....
A jej córka ucieszyła się?
A może los połączył nas, abym przywrócił jej uśmiech serca i spełnił pragnienie bycia kochaną?
Pokochałem Beatę od pierwszej chwili i nie czułem żadnej niepewności: wyrzutów, że nie powinienem burzyć szczęścia rodziny, bliskich i jej samej.
Ale czy w tej rodzinie, czy w jej sercu, było szczęście...?
Jestem pewien, że nie!
Dlatego nie czuję wyrzutów, a wręcz przeciwnie: jestem szczęśliwy, bo ona mnie także pokochała i to czuję całym sobą!
Nie jestem typem faceta, który upaja się swoim zwycięstwem, nie zważając na "zgliszcza" pozostałe po odniesionym sukcesie!
-"Pragnę miłości, pragnę kochać i być kochaną"-Te słowa Beaty, którymi obdarowała mnie po pierwszym naszym całkowitym oddaniu się sobie, uświadomiły mi, że Ona nigdy nie była kochana....
Przez trzydzieści lat był obok niej mężczyzna, mąż , ojciec jej dzieci, ale nigdy nie była kochana......
Nie czuję wyrzutów, że pokochałem Beatę i myślę, bo wiem,że nie zburzyłem szczęścia jej dotychczasowego życia, bo go zwyczajnie nigdy go nie było!
Miałem się o tym jeszcze bardziej przekonać, gdy poznałem jej męża......
CDN
Kryspin
piątek, 17 października 2014
Rentier, to nie rencista!
Wróciłem ze spaceru połączonego z zakupami w pobliskim[1,5km] sklepie.
Pogoda już dalece jesienna:jest szaro na polach, w niektórych miejscach zalegała jeszcze poranna mgła i tylko stada wróbli całymi gromadami robiły naloty na zielone liście rzepaku, baraszkując w nich z donośnym jazgotem, jakby kłóciły się między sobą, a może prowadziły tylko głośne rozmowy?
Nie znam ich mowy więc trudno mi wypowiadać się na temat charakteru ich zebrania.
A propos rozmów.
Od kiedy zamieszkałem w tym[ oddalonym od hałasu wielkiego miasta] wiejskim siedlisku, dostrzegłem, że ludzie tu są bardziej otwarci na rozmowę i przez to nie czuje się chłodu anonimowości.
Pomyślałem sobie, że oni znakomicie sprostaliby pracy w marketingu i aż dziw mnie bierze, że firmy o takim charakterze od lat budują swoją wielkość na ludziach z ośrodków miejskich, zupełnie nie próbując zarazić tą szczególną formą zarabiania ludzi z takich miejsc jak to, w którym zamieszkałem, ludzi z wiosek.
Nie myślę teraz o firmach, które posługują się tabunami wyszkolonych sprzedawców biegających od domu do domu i oferujących towary, których nie można kupić w klasycznym handlu boprzy takim charakterze dystrybucji pewnie skupiska miejskie są lepszym terenem do działania.
Ale przecież na rynku działają firmy, które tworzą obrót towarowy na zasadach czysto MLM-owych [tworzenie sieci klientów poprzez wzajemne polecanie: jedna pani drugiej pani poleca produkt, który sama stosuje] i do tego mają prosty system wynagradzania za polecenia innym konsumentom ich produktów! Ludzie ze wsi do tego chyba nadają się lepiej, aniżeli ci z dużych miast?
Jest jeszcze jeden atut przemawiający za podjęciem próby zaszczepienia w moich nowych sąsiadach idei MLM, to kwestia czasu.
Wieś żyje innym rytmem, spokojniejszym-wolnym od miejskiego zabiegania.
Niebagatelną kwestią jest także perspektywa finansowych korzyści i tworzenia tzw. dochodu pasywnego!!!
Mało z nas kto wie, że wszyscy jesteśmy przymuszeni do tworzenia dla siebie rezerw na poczet przyszłego dochodu pasywnego.Nasze emerytury nie są niczym innym, jak pasywnym dochodem.
Zupełnie inną kwestią jest to, że jest to system najbardziej niesprawiedliwy, obliczony na to, że nie skonsumujemy należnych nam pieniędzy chociażby z tego powodu, że wielu nie dożywa do emerytury, albo umiera w pierwszych latach przebywania na niej!
Ludzie nieznający zasad budowy sieci konsumenckich[ każdy kupuje tylko dla siebie produkty] obrzuca błotem firmy działające w systemie MLM i dlatego chciałbym na koniec posłużyć się przykładem takiej firmy podając kilka liczb[ogólnie dostępnych w internecie]
Jest taka firma MLM o zasięgu ogólnoświatowym, która co roku na pensje[także w formie rentierskiej-nie mylić z czymś, co nasz ZUS określa mianem renty!] wypłaca ponad 6 000 000 000 dolarów dla 1 200 000 współpracowników.
Duża Firma , prawda?
Aby wyobrazić sobie skalę wynagrodzeń i ich wielkość, to 200 000 osób w tej firmie otrzymuje miesięcznie ponad 1500 dolarów na swoje osobiste konta.
Należy przy tym dodać, że spośród tych osób[200 000]- 70 % już nie pracuje aktywnie otrzymując nadal wynagrodzenie z firmy za pracę kiedyś wykonaną[ na rzecz tej firmy]- to jest około 140 000 rentierów[ nie rencistów!!!]
Aby obraz był pełny- z tej liczby[140000] 30% już nie żyje, a pieniądze firma nadal przekazuje ich spadkobiercom[ dzieciom, wnukom]
Zapytacie: co to za firma, która jest tak hojna[a ja powiedziałbym- sprawiedliwa]
I tu pewnie wielu skrzywi się, gdy powiem: AMWEY!!!![działa na rykach światowych-80 państw od ponad 60 lat]
A teraz, żeby nie było niedomówień: Nie pracuję dla Amweya!!!!, bo......
To byłby materiał na kolejnego posta, dlatego posłużę się skrótem przykładowym:
Ktoś podejmujący w Polsce dzisiaj współprace z Amweyem jest jak kupujący na giełdzie starego poloneza[pewnie nim trochę pojeździ].
Wolę kupić sobie nowego mercedesa! [jeśli będzie mnie na niego oczywiście stać!]
Takim "mercedesem" wśród firm MLM na dzień dzisiejszy jest Mona Vie!!!
P.S. Informacja dla wszystkich zamieszkałych w miastach: wszyscy możemy stać się rentierami-niekoniecznie czekając do emerytury, czy renty!!!
Kryspin
Pogoda już dalece jesienna:jest szaro na polach, w niektórych miejscach zalegała jeszcze poranna mgła i tylko stada wróbli całymi gromadami robiły naloty na zielone liście rzepaku, baraszkując w nich z donośnym jazgotem, jakby kłóciły się między sobą, a może prowadziły tylko głośne rozmowy?
Nie znam ich mowy więc trudno mi wypowiadać się na temat charakteru ich zebrania.
A propos rozmów.
Od kiedy zamieszkałem w tym[ oddalonym od hałasu wielkiego miasta] wiejskim siedlisku, dostrzegłem, że ludzie tu są bardziej otwarci na rozmowę i przez to nie czuje się chłodu anonimowości.
Pomyślałem sobie, że oni znakomicie sprostaliby pracy w marketingu i aż dziw mnie bierze, że firmy o takim charakterze od lat budują swoją wielkość na ludziach z ośrodków miejskich, zupełnie nie próbując zarazić tą szczególną formą zarabiania ludzi z takich miejsc jak to, w którym zamieszkałem, ludzi z wiosek.
Nie myślę teraz o firmach, które posługują się tabunami wyszkolonych sprzedawców biegających od domu do domu i oferujących towary, których nie można kupić w klasycznym handlu boprzy takim charakterze dystrybucji pewnie skupiska miejskie są lepszym terenem do działania.
Ale przecież na rynku działają firmy, które tworzą obrót towarowy na zasadach czysto MLM-owych [tworzenie sieci klientów poprzez wzajemne polecanie: jedna pani drugiej pani poleca produkt, który sama stosuje] i do tego mają prosty system wynagradzania za polecenia innym konsumentom ich produktów! Ludzie ze wsi do tego chyba nadają się lepiej, aniżeli ci z dużych miast?
Jest jeszcze jeden atut przemawiający za podjęciem próby zaszczepienia w moich nowych sąsiadach idei MLM, to kwestia czasu.
Wieś żyje innym rytmem, spokojniejszym-wolnym od miejskiego zabiegania.
Niebagatelną kwestią jest także perspektywa finansowych korzyści i tworzenia tzw. dochodu pasywnego!!!
Mało z nas kto wie, że wszyscy jesteśmy przymuszeni do tworzenia dla siebie rezerw na poczet przyszłego dochodu pasywnego.Nasze emerytury nie są niczym innym, jak pasywnym dochodem.
Zupełnie inną kwestią jest to, że jest to system najbardziej niesprawiedliwy, obliczony na to, że nie skonsumujemy należnych nam pieniędzy chociażby z tego powodu, że wielu nie dożywa do emerytury, albo umiera w pierwszych latach przebywania na niej!
Ludzie nieznający zasad budowy sieci konsumenckich[ każdy kupuje tylko dla siebie produkty] obrzuca błotem firmy działające w systemie MLM i dlatego chciałbym na koniec posłużyć się przykładem takiej firmy podając kilka liczb[ogólnie dostępnych w internecie]
Jest taka firma MLM o zasięgu ogólnoświatowym, która co roku na pensje[także w formie rentierskiej-nie mylić z czymś, co nasz ZUS określa mianem renty!] wypłaca ponad 6 000 000 000 dolarów dla 1 200 000 współpracowników.
Duża Firma , prawda?
Aby wyobrazić sobie skalę wynagrodzeń i ich wielkość, to 200 000 osób w tej firmie otrzymuje miesięcznie ponad 1500 dolarów na swoje osobiste konta.
Należy przy tym dodać, że spośród tych osób[200 000]- 70 % już nie pracuje aktywnie otrzymując nadal wynagrodzenie z firmy za pracę kiedyś wykonaną[ na rzecz tej firmy]- to jest około 140 000 rentierów[ nie rencistów!!!]
Aby obraz był pełny- z tej liczby[140000] 30% już nie żyje, a pieniądze firma nadal przekazuje ich spadkobiercom[ dzieciom, wnukom]
Zapytacie: co to za firma, która jest tak hojna[a ja powiedziałbym- sprawiedliwa]
I tu pewnie wielu skrzywi się, gdy powiem: AMWEY!!!![działa na rykach światowych-80 państw od ponad 60 lat]
A teraz, żeby nie było niedomówień: Nie pracuję dla Amweya!!!!, bo......
To byłby materiał na kolejnego posta, dlatego posłużę się skrótem przykładowym:
Ktoś podejmujący w Polsce dzisiaj współprace z Amweyem jest jak kupujący na giełdzie starego poloneza[pewnie nim trochę pojeździ].
Wolę kupić sobie nowego mercedesa! [jeśli będzie mnie na niego oczywiście stać!]
Takim "mercedesem" wśród firm MLM na dzień dzisiejszy jest Mona Vie!!!
P.S. Informacja dla wszystkich zamieszkałych w miastach: wszyscy możemy stać się rentierami-niekoniecznie czekając do emerytury, czy renty!!!
Kryspin
czwartek, 16 października 2014
Urodzinowe życzenie!
Dzisiaj mam moje święto- Dzisiaj mam urodziny!
W naszym zabieganym życiu lata uciekają nam w coraz szybszym tempie i tylko zatrzymując się na chwilę wspomnieniami wracamy do przeszłości przeglądając niekiedy obrazy zachowane w naszej pamięci.
Każdy z nas ma taki album zdjęć przechowywanych w zakamarkach naszych dusz i może przy takiej okazji jak urodziny warto usiąść samemu ze sobą i poprzewracać pożółkłe czasem obrazki z naszego minionego życia?
Dzisiaj szczególnie pielęgnuję wspomnienia kolejnych urodzin, które przeżywałem.
To może dziwne, ale nie pamiętam swojej osiemnastki, bo może wcale tak uroczyście jej nie obchodziłem? [pewnie nie było wtedy takiej mody...? Nie wiem!].
>Pamiętam za to o wcześniejszych uroczystych dla mnie datach, gdy mama stawiała torcik z zapalonymi świeczkami, a bliscy [bracia i siostra] zasiadali wokół stołu, aby pałaszować kolorowe słodkości.
>Najlepiej pamiętam 40 urodziny przeżywane z moimi bliskimi, gdy od ukochanej małżonki otrzymałem śliczny wisior ze złotą,wygrawerowaną wagą[mój znak zodiaku], a moje dzieci [jeszcze małe] wręczyły mi piękny bukiet z czterdziestu róż.
Ubawiłem się wtedy, gdy dyskretnie podsłuchiwałem ich rozmowę, w której ustalały, kto będzie wręczał tatusiowi kwiaty, a komu przypadnie obowiązek złożenia życzeń!
>Najbardziej okazałe miałem 50 urodziny, na które zaprosiłem całą rodzinę do nowej siedziby firmy, którą prowadziłem i wtedy miałem pyszną zabawę widząc ich zaskoczenie przepychem przyjęcia w pięknych wnętrzach.
>Magiczne urodziny przeżywałem rok później, gdy świętowałem 51 urodziny w San Francisco , gdy tam byliśmy z Romeczką w naszej podróży życia.
>W pamięci pozostaną mi na zawsze 55 moje urodziny, smutne, ostatnie przeżywane z moją ukochaną małżonką.
Gdy składała mi życzenia widziałem w jej oczach smutek świadomości nadchodzącego rozstania, bo ona to wiedziała[choć ja nie chciałem tego przyjąć do świadomości] Powiedziała wtedy : "Wszystkiego najlepszego kochany mój"- ale w oczach zamiast iskierek radości miała łzy.
Dzisiaj przeżywam szczególne urodziny, które obchodzi się tylko raz w życiu: W mojej świątecznej dacie powtarza się 2 x liczba 57! [ narodziny-1957 rok i dzisiaj kończę 57 lat!]
Gdy teraz siedzę sam ze sobą przeglądając "album" mojej przeszłości, to kolejny raz dziękuję Bogu [losowi] za szczęśliwe życie, które na kartach mojej pamięci zapisały się magią 10000 dni przeżywanej Miłości [ opisałem to w "Zakochanej koloratce"]
Teraz siedząc sam ze sobą, w dniu szczególnych moich urodzin, ośmielam się przerzucać księgę mojego życia ku przyszłości. Są w niej jeszcze karty niezapisane i tak naprawdę nie mogę powiedzieć, ile ich jeszcze przeznaczył w niej dla mnie Dobry Bóg [los], ale mam nadzieję, że jeszcze coś dla mnie uszykował.
Na te moje szczególne urodziny otrzymałem najpiękniejszy prezent, a jest nim Beatka, która ofiarowała mi nadzieję, że mogę kolejny raz Kochać i być Kochanym.
Solenizant w takim uroczystym dla siebie dniu ma prawo wypowiedzieć życzenie:
Moim życzeniem i pragnieniem jest to, abym mógł jeszcze raz przeżyć 10000 dni magicznej Miłości i daj mi to, proszę Dobry Boże, niech tak się stanie!!!
Kryspin
W naszym zabieganym życiu lata uciekają nam w coraz szybszym tempie i tylko zatrzymując się na chwilę wspomnieniami wracamy do przeszłości przeglądając niekiedy obrazy zachowane w naszej pamięci.
Każdy z nas ma taki album zdjęć przechowywanych w zakamarkach naszych dusz i może przy takiej okazji jak urodziny warto usiąść samemu ze sobą i poprzewracać pożółkłe czasem obrazki z naszego minionego życia?
Dzisiaj szczególnie pielęgnuję wspomnienia kolejnych urodzin, które przeżywałem.
To może dziwne, ale nie pamiętam swojej osiemnastki, bo może wcale tak uroczyście jej nie obchodziłem? [pewnie nie było wtedy takiej mody...? Nie wiem!].
>Pamiętam za to o wcześniejszych uroczystych dla mnie datach, gdy mama stawiała torcik z zapalonymi świeczkami, a bliscy [bracia i siostra] zasiadali wokół stołu, aby pałaszować kolorowe słodkości.
>Najlepiej pamiętam 40 urodziny przeżywane z moimi bliskimi, gdy od ukochanej małżonki otrzymałem śliczny wisior ze złotą,wygrawerowaną wagą[mój znak zodiaku], a moje dzieci [jeszcze małe] wręczyły mi piękny bukiet z czterdziestu róż.
Ubawiłem się wtedy, gdy dyskretnie podsłuchiwałem ich rozmowę, w której ustalały, kto będzie wręczał tatusiowi kwiaty, a komu przypadnie obowiązek złożenia życzeń!
>Najbardziej okazałe miałem 50 urodziny, na które zaprosiłem całą rodzinę do nowej siedziby firmy, którą prowadziłem i wtedy miałem pyszną zabawę widząc ich zaskoczenie przepychem przyjęcia w pięknych wnętrzach.
>Magiczne urodziny przeżywałem rok później, gdy świętowałem 51 urodziny w San Francisco , gdy tam byliśmy z Romeczką w naszej podróży życia.
>W pamięci pozostaną mi na zawsze 55 moje urodziny, smutne, ostatnie przeżywane z moją ukochaną małżonką.
Gdy składała mi życzenia widziałem w jej oczach smutek świadomości nadchodzącego rozstania, bo ona to wiedziała[choć ja nie chciałem tego przyjąć do świadomości] Powiedziała wtedy : "Wszystkiego najlepszego kochany mój"- ale w oczach zamiast iskierek radości miała łzy.
Dzisiaj przeżywam szczególne urodziny, które obchodzi się tylko raz w życiu: W mojej świątecznej dacie powtarza się 2 x liczba 57! [ narodziny-1957 rok i dzisiaj kończę 57 lat!]
Gdy teraz siedzę sam ze sobą przeglądając "album" mojej przeszłości, to kolejny raz dziękuję Bogu [losowi] za szczęśliwe życie, które na kartach mojej pamięci zapisały się magią 10000 dni przeżywanej Miłości [ opisałem to w "Zakochanej koloratce"]
Teraz siedząc sam ze sobą, w dniu szczególnych moich urodzin, ośmielam się przerzucać księgę mojego życia ku przyszłości. Są w niej jeszcze karty niezapisane i tak naprawdę nie mogę powiedzieć, ile ich jeszcze przeznaczył w niej dla mnie Dobry Bóg [los], ale mam nadzieję, że jeszcze coś dla mnie uszykował.
Na te moje szczególne urodziny otrzymałem najpiękniejszy prezent, a jest nim Beatka, która ofiarowała mi nadzieję, że mogę kolejny raz Kochać i być Kochanym.
Solenizant w takim uroczystym dla siebie dniu ma prawo wypowiedzieć życzenie:
Moim życzeniem i pragnieniem jest to, abym mógł jeszcze raz przeżyć 10000 dni magicznej Miłości i daj mi to, proszę Dobry Boże, niech tak się stanie!!!
Kryspin
środa, 15 października 2014
Ścieżki losu!
Po powrocie ze spotkania z Beatką całe popołudnie spędziłem w swoim mieszkaniu i myślami powracałem do tego czasu, gdy byliśmy w magicznej kawiarence.
Położyłem się na tapczanie, zamknąłem oczy i przeżywałem na nowo każdą chwilę jej bliskości.
I choć bałem się sam przed sobą przyznać, to pokochałem ją od pierwszej chwili.
Drugi raz w swoim życiu przeżywałem tę magię.
Kiedyś pokochałem nieznajomą o ślicznych i smutnych oczach i choć nic o niej jeszcze wtedy nie wiedziałem, to czułem to całym sobą, że to jest właśnie to.
Pokochałem wtedy Romeczkę każdym zakamarkiem mojej duszy i nie był to tylko chwilowy zachwyt, rodzaj oszołomienia, które stygnie po jakimś czasie.Wtedy pierwszy raz świadomie odczułem, że to jest magia niesamowitego uczucia.
Podobnie, jak w przypadku ziarenka, które kiełkuje ku słońcu, aby już nieustannie wzrastać w przepiękny kwiat, tak w mym sercu wzrastała Miłość!
Dzisiaj przeżyłem to samo.
I odczułem to bardzo świadomie, bo przecież pamiętałem smak tego, co mi kiedyś zostało ofiarowane. Pragnąłem powrotu piękna i ono minie dotknęło!
Beatka przyjechała do mnie następnego dnia po pracy.
Gdy żegnaliśmy się wczoraj, zaproponowałem jej następne spotkanie w moim domu.
Trochę się wtedy speszyła i pewnie nie wyraziłaby zgody na moją propozycję, gdyby nie szczera prośba z mej strony i zapewnienie, że będę dżentelmenem i nie zrobię nic niestosownego, co mogłoby ją obrazić!
Dodatkowym argumentem przemawiającym za jej odwiedzinami stała się Etna, moja sunia, weimar, który nie lubił, gdy jego pan zamykał ją samą w pustym mieszkaniu.
Beatka kochała pieski i może to także przekonało ją do decyzji na tak!
Przygotowałem kawę, ustawiłem kieliszki do szampana i niecierpliwie spoglądałem na zegarek, oczekując na jej przybycie.
-Nareszcie jest!
Delikatnie przytuliłem ją na powitanie i w tej samej chwili opuściła mnie trema niepewności, która jeszcze tak niedawno kołatała się w moich myślach:
-A może nie przyjedzie, a jeśli nawet, to czy będzie tak w pełni zadowolona z mojego pomysłu "domowej randki"?
Usiedliśmy na kanapie blisko siebie, a Etna nadal przeciągała moment powitania nadstawiając wielką mordę, aby Beatka głaskaniem zaakceptowała jej przyjaźń.
Przez chwilę patrzyłem, jak ona szmera sunię za wielkimi uszami i widziałem, że nie robi tego tylko tak dla świętego spokoju, co mój pies odczuwał rozkosznie pomrukując z zadowoleniem.
-Muszę ci coś powiedzieć- powiedziała nie przestając szmerać Etny.
- Zamierzałam wczoraj po pracy, przed snem przeczytać kilka stron "Zakochanej koloratki", ale nie mogłam poprzestać na zamierzonej chwili z tą książką z kilku powodów:
Najpierw poryczałam się czytając początek i historię odejścia twojej żony, a później zdębiałam, gdy czytałam o jej mężu Krzysztofie. Nie uwierzysz, ale w trakcie poznawania jakim był człowiekiem, to tak jakbym czytała opis mojego Piotra[męża] .
I na koniec wasza historia z Dębek.....Ja tam jeździłam co roku do ciotki, która tam mieszka.
Przerwała na chwilę i spojrzała na mnie pytającym wzrokiem, by po chwili dodać:
-Nie uważasz, że to jest niesamowite...?
Chwyciłem delikatnie jej dłonie i powiedziałem:
-Beatuś! Nic nie dzieje się bez powodu, a my tego nie rozumiemy, że los, może Bóg, kieruje naszymi drogami i tylko niekiedy jak przez mgłę dostrzegamy zarysy tego planu i mówimy: to niesamowite!
Spojrzała mi prosto w oczy i zrozumiałem, że pragniemy w tej chwili tego samego:
Nasze usta zbliżyły się do siebie, aby najpierw delikatnymi muśnięciami obdarzać się słodyczą , by później przerodzić się w namiętność całkowitego oddania.
Zatrzymaliśmy się na chwilę w miłosnym zapomnieniu, nasze pobłyskujące przeżywanym podnieceniem oczy spotkały się i wtedy jednocześnie z naszych ust padły te same słowa: Kocham Cię..........
CDN
Kryspin
Położyłem się na tapczanie, zamknąłem oczy i przeżywałem na nowo każdą chwilę jej bliskości.
I choć bałem się sam przed sobą przyznać, to pokochałem ją od pierwszej chwili.
Drugi raz w swoim życiu przeżywałem tę magię.
Kiedyś pokochałem nieznajomą o ślicznych i smutnych oczach i choć nic o niej jeszcze wtedy nie wiedziałem, to czułem to całym sobą, że to jest właśnie to.
Pokochałem wtedy Romeczkę każdym zakamarkiem mojej duszy i nie był to tylko chwilowy zachwyt, rodzaj oszołomienia, które stygnie po jakimś czasie.Wtedy pierwszy raz świadomie odczułem, że to jest magia niesamowitego uczucia.
Podobnie, jak w przypadku ziarenka, które kiełkuje ku słońcu, aby już nieustannie wzrastać w przepiękny kwiat, tak w mym sercu wzrastała Miłość!
Dzisiaj przeżyłem to samo.
I odczułem to bardzo świadomie, bo przecież pamiętałem smak tego, co mi kiedyś zostało ofiarowane. Pragnąłem powrotu piękna i ono minie dotknęło!
Beatka przyjechała do mnie następnego dnia po pracy.
Gdy żegnaliśmy się wczoraj, zaproponowałem jej następne spotkanie w moim domu.
Trochę się wtedy speszyła i pewnie nie wyraziłaby zgody na moją propozycję, gdyby nie szczera prośba z mej strony i zapewnienie, że będę dżentelmenem i nie zrobię nic niestosownego, co mogłoby ją obrazić!
Dodatkowym argumentem przemawiającym za jej odwiedzinami stała się Etna, moja sunia, weimar, który nie lubił, gdy jego pan zamykał ją samą w pustym mieszkaniu.
Beatka kochała pieski i może to także przekonało ją do decyzji na tak!
Przygotowałem kawę, ustawiłem kieliszki do szampana i niecierpliwie spoglądałem na zegarek, oczekując na jej przybycie.
-Nareszcie jest!
Delikatnie przytuliłem ją na powitanie i w tej samej chwili opuściła mnie trema niepewności, która jeszcze tak niedawno kołatała się w moich myślach:
-A może nie przyjedzie, a jeśli nawet, to czy będzie tak w pełni zadowolona z mojego pomysłu "domowej randki"?
Usiedliśmy na kanapie blisko siebie, a Etna nadal przeciągała moment powitania nadstawiając wielką mordę, aby Beatka głaskaniem zaakceptowała jej przyjaźń.
Przez chwilę patrzyłem, jak ona szmera sunię za wielkimi uszami i widziałem, że nie robi tego tylko tak dla świętego spokoju, co mój pies odczuwał rozkosznie pomrukując z zadowoleniem.
-Muszę ci coś powiedzieć- powiedziała nie przestając szmerać Etny.
- Zamierzałam wczoraj po pracy, przed snem przeczytać kilka stron "Zakochanej koloratki", ale nie mogłam poprzestać na zamierzonej chwili z tą książką z kilku powodów:
Najpierw poryczałam się czytając początek i historię odejścia twojej żony, a później zdębiałam, gdy czytałam o jej mężu Krzysztofie. Nie uwierzysz, ale w trakcie poznawania jakim był człowiekiem, to tak jakbym czytała opis mojego Piotra[męża] .
I na koniec wasza historia z Dębek.....Ja tam jeździłam co roku do ciotki, która tam mieszka.
Przerwała na chwilę i spojrzała na mnie pytającym wzrokiem, by po chwili dodać:
-Nie uważasz, że to jest niesamowite...?
Chwyciłem delikatnie jej dłonie i powiedziałem:
-Beatuś! Nic nie dzieje się bez powodu, a my tego nie rozumiemy, że los, może Bóg, kieruje naszymi drogami i tylko niekiedy jak przez mgłę dostrzegamy zarysy tego planu i mówimy: to niesamowite!
Spojrzała mi prosto w oczy i zrozumiałem, że pragniemy w tej chwili tego samego:
Nasze usta zbliżyły się do siebie, aby najpierw delikatnymi muśnięciami obdarzać się słodyczą , by później przerodzić się w namiętność całkowitego oddania.
Zatrzymaliśmy się na chwilę w miłosnym zapomnieniu, nasze pobłyskujące przeżywanym podnieceniem oczy spotkały się i wtedy jednocześnie z naszych ust padły te same słowa: Kocham Cię..........
CDN
Kryspin
wtorek, 14 października 2014
Magiczna kawiarenka!
Lipcowe przedpołudnie zapraszało do romantycznego spaceru w kierunku magicznych uliczek okalających Stary Rynek Poznania.
Po uliczkach snuli się najczęściej młodzi ludzie, trzymali się za ręce,a w ich spojrzeniach można było dostrzec pragnienie miłości.
Ten nastrój udzielił się także nam, choć znaliśmy się dopiero przez chwilę, ale oboje odczuwaliśmy ten aromat ludzkich pragnień unoszący się wokół i pragnęliśmy nim oddychać.
Chwyciłem Beatę za rękę i delikatnie poprowadziłem ku naszemu przeznaczeniu.
Zauważyłem, że to sprawia przyjemność nie tylko mnie, bo Beatka raz po raz spoglądała na mnie ciepłym wzrokiem jakby chciała powiedzieć, że i dla niej jest to miłe.
Zatrzymaliśmy się przed kawiarenką z letnim ogródkiem mieszczącym małe stoliczki przed wejściem do środka.
Wszystkie miejsca były jednak zajęte przez tych, którzy podobnie jak my spotkali się, aby prowadzić rozmowy serc.
Weszliśmy do środka, gdzie mieściły się podobne jasne stoliki z małymi wazonikami, w których obok maleńkich świeczek gości witały polne ,kolorowe kwiatki.
Jeż zamierzaliśmy zasiąść przy jednym z nich, gdy młoda dziewczyna, zapewne studentka pracująca jako kelnerka, powiedziała nam, że w głębi lokalu jest jeszcze jeden ogródek i tam możemy posiedzieć w intymnej atmosferze.
Miała rację, bo po chwili zobaczyliśmy śliczne miejsce, jakby stworzone do spotkań kochanków, gdy potrzebują tylko jednego: ciszy i spokoju przy delikatnej muzyce dobiegającej z sali obok, a oni mogą zasiąść bliziutko siebie trzymając się za ręce.
W kawiarnianym ogródku przesiedzieliśmy ponad dwie godziny i rozmawialiśmy o naszych przeszłościach, o mojej utraconej miłości i o pragnieniu miłości, które wypełniało serce Beatki.
Na stoliku leżała róża, którą ona raz po raz delikatnie dotykała powtarzając: jaka ona jest piękna i spragniona ożywczej wody.
Młoda dziewczyna po chwili przyniosła nam do stolika wazonik, abyśmy mogli uratować ten śliczny, spragniony kwiat.
Pomyślałem wtedy, że oboje potrzebujemy i pragniemy takiego powrotu życia, choć jesteśmy po różnej przeszłości.
Obojgu potrzeba nam było tej wody przywracającej życie naszym duszom.
W czasie naszego pierwszego spotkania dałem Beatce "Zakochaną koloratkę", aby na jej kartach mogła poznać mnie bliżej i aby odczuła moje pragnienie, które przyprowadziło mnie tutaj, do magicznej kawiarenki, która stała się miejscem spotkania mojej nowej Miłości.
Siedzieliśmy długo wpatrzeni w siebie, nasze dłonie prowadziły rozmowę delikatnymi muśnięciami, ciepłym dotykiem i chyba właśnie one pierwsze podjęły dialog zakochanych.
Nagle uświadomiliśmy sobie, że czas naszego spotkania dobiegł końca, bo życie ze swoją prozą domagało się swoich praw i Beatka musiała powrócić do pracy.
Ostatnie chwile we dwoje i pocałunek na pożegnanie, który przerodził się w cudowne zespolenie naszych ust, gdy oboje zapragnęliśmy, aby ta chwila trwała wiecznie.
Później Beatka wtuliła się mocno w moje ramiona, potem spotkanie naszych oczu mówiących to, czego jeszcze nie powiedzieliśmy słowami.
Czy spotkamy się jutro- zapytałem szeptem, a ona najpierw podarowała mi kolejny gorący pocałunek, a później równie cicho dodała:
Tak spotkamy się, pragniemy tego oboje prawda?
Po uliczkach snuli się najczęściej młodzi ludzie, trzymali się za ręce,a w ich spojrzeniach można było dostrzec pragnienie miłości.
Ten nastrój udzielił się także nam, choć znaliśmy się dopiero przez chwilę, ale oboje odczuwaliśmy ten aromat ludzkich pragnień unoszący się wokół i pragnęliśmy nim oddychać.
Chwyciłem Beatę za rękę i delikatnie poprowadziłem ku naszemu przeznaczeniu.
Zauważyłem, że to sprawia przyjemność nie tylko mnie, bo Beatka raz po raz spoglądała na mnie ciepłym wzrokiem jakby chciała powiedzieć, że i dla niej jest to miłe.
Zatrzymaliśmy się przed kawiarenką z letnim ogródkiem mieszczącym małe stoliczki przed wejściem do środka.
Wszystkie miejsca były jednak zajęte przez tych, którzy podobnie jak my spotkali się, aby prowadzić rozmowy serc.
Weszliśmy do środka, gdzie mieściły się podobne jasne stoliki z małymi wazonikami, w których obok maleńkich świeczek gości witały polne ,kolorowe kwiatki.
Jeż zamierzaliśmy zasiąść przy jednym z nich, gdy młoda dziewczyna, zapewne studentka pracująca jako kelnerka, powiedziała nam, że w głębi lokalu jest jeszcze jeden ogródek i tam możemy posiedzieć w intymnej atmosferze.
Miała rację, bo po chwili zobaczyliśmy śliczne miejsce, jakby stworzone do spotkań kochanków, gdy potrzebują tylko jednego: ciszy i spokoju przy delikatnej muzyce dobiegającej z sali obok, a oni mogą zasiąść bliziutko siebie trzymając się za ręce.
W kawiarnianym ogródku przesiedzieliśmy ponad dwie godziny i rozmawialiśmy o naszych przeszłościach, o mojej utraconej miłości i o pragnieniu miłości, które wypełniało serce Beatki.
Na stoliku leżała róża, którą ona raz po raz delikatnie dotykała powtarzając: jaka ona jest piękna i spragniona ożywczej wody.
Młoda dziewczyna po chwili przyniosła nam do stolika wazonik, abyśmy mogli uratować ten śliczny, spragniony kwiat.
Pomyślałem wtedy, że oboje potrzebujemy i pragniemy takiego powrotu życia, choć jesteśmy po różnej przeszłości.
Obojgu potrzeba nam było tej wody przywracającej życie naszym duszom.
W czasie naszego pierwszego spotkania dałem Beatce "Zakochaną koloratkę", aby na jej kartach mogła poznać mnie bliżej i aby odczuła moje pragnienie, które przyprowadziło mnie tutaj, do magicznej kawiarenki, która stała się miejscem spotkania mojej nowej Miłości.
Siedzieliśmy długo wpatrzeni w siebie, nasze dłonie prowadziły rozmowę delikatnymi muśnięciami, ciepłym dotykiem i chyba właśnie one pierwsze podjęły dialog zakochanych.
Nagle uświadomiliśmy sobie, że czas naszego spotkania dobiegł końca, bo życie ze swoją prozą domagało się swoich praw i Beatka musiała powrócić do pracy.
Ostatnie chwile we dwoje i pocałunek na pożegnanie, który przerodził się w cudowne zespolenie naszych ust, gdy oboje zapragnęliśmy, aby ta chwila trwała wiecznie.
Później Beatka wtuliła się mocno w moje ramiona, potem spotkanie naszych oczu mówiących to, czego jeszcze nie powiedzieliśmy słowami.
Czy spotkamy się jutro- zapytałem szeptem, a ona najpierw podarowała mi kolejny gorący pocałunek, a później równie cicho dodała:
Tak spotkamy się, pragniemy tego oboje prawda?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
