niedziela, 18 maja 2014

Serce, czy rozum?

       Był rok 1984, gdy dwoje młodych ludzi prowadziło rozmowę o swojej, przyszłości.
Zakochani w sobie, z bagażem przeszłości [ona po koszmarze nieudanego małżeństwa, on kapłan na początku drogi szczególnego powołania, które mówiło: Nie dla ludzkiej miłości]
Dwoje szaleńców uczucia, które od samego początku stawiało ich na przegranej pozycji w tamtej rzeczywistości.
      Gdy zrozumieli, że nie potrafią w imię poprawności świata, zrezygnować z miłości;stanęli przed dylematem wyboru, gdzie znajdą azyl dla uczucia?
      Rozum dyktował im wyjazd, ucieczkę do "normalnego" świata, gdzie mogli rozpocząć nowe życie.
Kanada, Nowa Zelandia: rozważali w trakcie godzinnych dysput.
Nie byli jedynymi, którzy w swych sercach stawiali sobie te pytania, snuli plany  na nowe, lepsze życie. 
Wtedy te kierunki wyjazdu wydawały się dla wielu bramami do wolności, ucieczki z kraju beznadziei, jak odbierano rzeczywistość siermiężnej Polski.
      Wystarczyło zabrać ze sobą dowód osobisty z wbitą pieczątką uprawniającą do przekroczenia granicy Austrii, by stamtąd po pobycie w obozie azylowym, otrzymać bilet w jedną stronę, do nowej nadziei.
{Jeszcze był tylko jeden warunek do spełnienia: Trzeba było udowodnić we wniosku azylowym powód pragnienia wyjazdu. Z tym jednak nie było problemu: Czuję się prześladowany przez reżim komunistyczny; i wystarczyło!]
      Dwoje niewolników zakazanej miłości musiało podjąć decyzję.
Pozostali w Polsce i tylko przez lata życzliwi im znajomi nie mogli zrozumieć dlaczego tak zrobili, a oni lekko się uśmiechając odpowiadali:
"Zostaliśmy, bo taka była nasza decyzja  i przeświadczenie, że tylko tu możemy być szczęśliwi.
Wybraliśmy decyzję naszych serc, one nigdy nas nie zawiodły dyktując nam nasze wybory."
Dyktat serca czy rozumu?
      W ostatnich latach z naszej ojczyzny wyjechało ponad dwa miliony młodych ludzi w poszukiwaniu lepszej przyszłości, nowej nadziei i nikt nie może oceniać ich decyzji, i tylko trochę żal!
      W desperacji, z braku perspektyw, z chłodnej kalkulacji, codziennie rodzą się "dyktaty rozumu" i decyzje:
-Jadę, tu nie ma dla mnie przyszłości i nic to, że kiedyś miałem marzenia, snułem plany i kończyłem studia, aby żyć tu: bo nigdzie chleb nie smakuje tak słodko, a dom nie daje takiego ciepła jak tu, ale......
      Mówi się, że nie należy przesadzać starych drzew! 
A mnie się wydaje, że nie można przesadzać niektórych roślin niezależnie od ich wieku!  
Są na świecie miejsca, gdzie one nie zaowocują, nie wypuszczą pięknych kwiatów i to rodzi smutek.
Niektóre roślinki potrzebują odpowiedniego klimatu i tylko w takich miejscach mogą się rozwijać.
      Kiedyś rozmawiałem z osobą, która od wojny żyła na emigracji, w "wolnym świecie".
Stary Polonus powiedział mi wtedy, że najbardziej nie lubi dnia odlotu po krótkich odwiedzinach w starej ojczyżnie, gdy wraca do swego domu w Stanach.  
      "Wujek z Ameryki", mówili o nim najbliżsi ze starej ojczyzny, gdy całą gromadą odwozili go na lotnisko i wtedy zawsze miał  łzy w oczach i patrzył gdzieś ponad ich głowami, jakby chciał naładować pamięć tęsknoty , a gdy był już wysoko, w samolocie, rozklejał się kompletnie i za każdym razem płakał.
       Według oficjalnych danych ponad 30% związków osób czasowo wyjeżdżających do pracy poza granice Polski na okres ponad pół roku, rozpada się!
Nikt nie podaje statystyk, jaki procent związków, które trwają, już nigdy nie będzie taki jak przed "czasowym" rozstaniem i jakie rysy na nich pozostaną na zawsze!
Nie ma także opracowań naukowych mierzących poziom szczęścia[a może nostalgii] tych, którzy zdecydowali na zapuszczenie korzeni w nowej ziemi i do bliskich będą wracali tylko na czas urlopów od pracy w angielskim pubie.
       Rozum czy serce?
Pomyślmy choć przez chwilę, nawet wtedy, gdy przed nami leżą już zapakowane torby emigrantów.
Co powinno decydować o naszych wyborach; tak ważnych, nieraz na całe życie?
Tam jest nasze szczęście, gdzie pozostaje nasze serce, a ono nie zawsze pragnie tego co dyktuje rozum!
Pozdrawiam i zapraszam do przemyśleń, czy nadzieja na wygodną przyszłość jest warta ceny, której nie jesteśmy wstanie wyliczyć w dolarach, czy euro!
Kryspin

Mam marzenie!

      "Mam marzenie..."
       Kto nie zna tych słów wypowiedzianych przez M.L. Kinga pół wieku temu, gdy rozbudził  pragnienia Afroamerykanów i stał się symbolem walki o realizację pragnień wolności!
       Kilka lat temu miałem szczęście odwiedzić ojczyznę tego wielkiego "Marzyciela".
Z grupą przyjaciół podróżując po zachodnich Stanach USA dotarliśmy do Uniwersytetu Stanforda.
Jechaliśmy szeroką aleją majestatycznych drzew, aby po chwili zatrzymać się przy historycznych budynkach tej uczelni zrodzonej z marzenia i wyobrażni syna tamtej ziemi, milionera i filantropa: Stanforda.
Zaraz po opuszczeniu samochodów wszyscy odczuliśmy magię tego miejsca i w pełni podzieliliśmy słowa jednego z kolegów [człowieka w póżno średnim wieku], który na głos wyraził marzenia nas wszystkich:
"Gdybym mógł cofnąć czas, to chciałbym tu studiować!"
       Mam marzenie, które tkwi we mnie od czasu, gdy dane mi było pod koniec lat osiemdziesiątych pracować w naszym szkolnictwie.
!989 rok !- zachwyt wolności, to także był czas rozbudzonych marzeń polskich nauczycieli, którzy przez kilkadziesiąt lat powojennej historii żyli pragnieniem odbudowy etosu pracy pedagoga.
     Polska PRL-u była okresem ciągłej walki prowadzonej przez władze przeciwko narodowi.
Jedną z największych zbrodni tamtego okresu była polityka pauperyzacji elit intelektualnych w naszej ojczyżnie w myśl zasady: że łatwiej jest rządzić ciemną masą, której intelekt nie powinien mieć marzeń ponad to, co przyziemne, co miało zaspakajać tylko najbardziej fundamentalne potrzeby ciała, bo przecież o potrzebach duszy nie powinno się mówić, gdyż jej nie ma!
        Naród bez elit intelektualnych, naród nie stawiający na naukę, to nacja skazana na zatratę.
Jako młody nauczyciel przeżywałem frustrację, obserwując szeregi "pedagogów", którym władza powierzyła przyszłość naszej ojczyzny.
W gronie osób, którym powierzono misję kształcenia ludzi młodych, wprowadzania ich w świat wiedzy, która winna nieść wolność i rozbudzać marzenia przekraczania barier ograniczenia ludzkiego umysłu, gro stanowili ludzie z przypadku.
Etos nauczyciela, pedagoga rozmył się w przypadkowym "naborze" kandydatów do tego zawodu, a które jeszcze tak niedawno określano mianem powołania.
Negatywna selekcja w pozyskiwaniu osób do pracy w oświacie doszła do takiego bezczelnego rozmiaru, że obrosła w żałosne anegdoty typu: "Nie nadajesz się do innej pracy, zostań nauczycielem..."
      Mija 25 lat od dnia odzyskania wolności[1989 rok], a ja nadal mam marzenia i sądzę, że nie tylko ja.
Przeraża mnie, że nadal w naszej ojczyżnie nie robi się nic, aby przywrócić etos "Pedagogów ".
      Nauczyciele, to grupa[ po rodzicach], na której sumienia spada odpowiedzialność za to, co wyrośnie z naszych dzieci.
     Ciągle brzmią mi w duszy słowa dawno nam zadanie:przez światłe umysły naszego Oświecenia:
 "Taka będzie przyszłość narodu, jakie jest dzieci chowanie..."
     Ostatnio miałem sposobność rozmawiać z pedagogiem, który stwierdził: 
" Nie ma złej młodzieży, ale jest tak wiele ludzi młodych, którzy są często jak dzieciaki z sierocińca, gdy mają niezaspokojone pragnienia. Podobne jak one marzą o cieple rodzinnego domu, w którym mogłyby wzrastać, tak młodzi ludzie pragną  dobrej szkoły z pedagogami z powołania, a nie z przypadku!
Młodzież pragnie szkoły, w której zrealizują marzenia o swojej mądrej przyszłości, a tego dzisiejsza szkoła, nauczyciele im  często nie dają!"

     Młodzież ma  marzenia i jest niekiedy bardziej dojrzała od nas dorosłych i to budzi moją nadzieję.
     Mamy cudowne dzieci, obiecującą młodzież i na nas wszystkich, począwszy od rodzinnego domu poczynając, poprzez mądrych pedagogów, którzy jeszcze się "zdarzają", a na naszych władzach kończąc: budujmy podstawy do marzeń. o pięknej przyszłości naszego narodu Może się to spełnić także w należytej trosce o etos Pedagoga, bo to on bierze odpowiedzialność za przyszłość nas wszystkich.
     Ponad dwadzieścia lat temu znajoma nauczycielka robiąc zakup w jednym ze sklepów osiedlowych spotkała swoją byłą uczennicę, która tam pracowała.
"Pani profesor! Jak się cieszę, że Panią widzę": powitała ją z uśmiechem i dodała pytanie:
"Czy Pani profesor, jest nadal na tym zasiłku?"
Zdziwiona pedagog spojrzała pytająco i usłyszała:
"No bo przecież Pani pensja jest taka jak zasiłek dla bezrobotnych, prawda?"
     Pedagog w Polsce nadal zarabia na poziomie osoby z pośredniaka dla bezrobotnych, który unika oferowanej mu pracy, bo najczęściej jest równa zasiłkowi, który odbiera nic nie robiąc!
Mam marzenie.....
     Pozdrawiam wszystkich pedagogów, za to że jeszcze są i do tych pozdrowień dołączam nadzieje ludzi młodych, których marzenia wy kształtujecie i rozbudzacie!
Kryspin

sobota, 17 maja 2014

Dworzec kolejowy

       Gdy byłem jeszcze małym chłopcem, przeżywałem za każdym razem chwile ekscytacji, gdy rodzice informowali mnie o planowanym wyjeżdzie.
Wtedy wiedziałem, że podróż rozpoczniemy od dworca kolejowego  
Wtedy nie zastanawiałem się nawet nad celem naszej podróży, a tylko on: dworzec kolejowy był ważny w moich marzeniach.
       Od zawsze fascynowały mnie kolejowe dworce: z peronami, tłumami anonimowych podróżnych, wielkimi stalowymi potworami, do których podoczepiano wagony dla tych, którzy zamierzali odbyć swoją podróż od stacji początkowej, aż do celu,  który obrali.
       Fascynują mnie nadal kolejowe dworce i lubię te miejsca; niezależnie, czy są pięknie odnowione, pachnące świeżością i napawające dobrym humorem tych, którzy z nich korzystają; ale lubię także  te, które wyglądają na smutne, brudne i opuszczone, jakby czas ich minął i tylko los niekiedy lituje się nad nimi i pozwala na "radość" przejazdu pociągu. 
A on wtedy zatrzymuje się  na  porośniętym trawą peronie i czeka przez chwilę na podróżnego, który wsiądzie, aby odbyć drogę ku obranemu celowi.
Dworce kolejowe są jak nasze życie:
Każdy człowiek doświadcza fenomenu spotkania ze swoim "dworcem kolejowym", gdy rozpoczyna się jego "podróż" .
      Los wyposaża nas w bilety przeznaczenia i w jakiś niezrozumiały sposób wybiera dla nas perony i pociągi, którymi odbywamy naszą drogę.
      Dzisiaj nie chcę jednak dzielić się zwami moimi przemyśleniami dotyczącymi pociągów naszego przeznaczenia, bo wiem, że jest to temat na niejedną książkę i w krótkim poście nie zdołam nawet dotknąć natłoku myśli z nimi związanych.
      Może kiedyś się tym podzielę, co mnie przenika, gdy myślę o "pociągach naszego przeznaczenia".
      Tak, nieustannie przeżywam fascynacje dworcami kolejowymi i tym, co jest także ich "wizytówką ", o której niewielu chce mówić, poruszać tego "problemu", bo budzi niesmak i drgawki odrazy:
      Bezdomni z dworców kolejowych!
      Ludzie marginesu: osoby z przeszłością, która odarła ich z człowieczeństwa w naszym rozumieniu:
Brudni, cuchnący ludzie. 
Odziani w łachmany, z dobytkiem tego co pozostało z dawnego życia, a teraz mieści się w foliowych torbach mozolnie targanych na kolejne miejsce, gdy włócząc nogami we wrzodach, z trudem szukają azylu, z którego nikt ich nie przepędzi.
To jest moja smutna fascynacja tymi ludżmi dworców kolejowych, którzy nie przybywają tam, aby kupić swój bilet i nie czekają na nadjeżdżający pociąg, aby wsiąść do niego, by zmierzać w kierunku swoich marzeń.
Ludzie bez marzeń i przyszłości. 
Oni przybywają na dworzec kolejowy, aby się trochę ogrzać jego ciepłem, może zjeść wyrzucą strawę, która trafiła do kosza, bo nie spełniła oczekiwań smaku kogoś sytego.
       Przyznam, że czasem odruchowo odsuwam się od takich nieszczęśników i często odczuwam coś w rodzaju samousprawiedliwienia i zawsze wtedy towarzyszy mi ta sama myśl, której używam, jak ochronnej tarczy," rękawiczek" wielorazowych, które zakładam, aby broń boże nie zarazić się ich "chorobą" , ale po chwili jest mi trochę wstyd.
Owszem, przyznaję, jest dużo racji w naszych osądach dotyczących tych ludzi.
Tak: to jest los, który wybrali, odeszli z normalności często na własne życzenie.
Poddali się swoim nałogom, które uczyniły z nich "żywe trupy"! 
Bo tym są!
 Ludzie bez przyszłości, bez nadziei ze smutnym otępiałym alkoholem spojrzeniem i to ciągłe ich wyczekiwanie na..... ?
No właśnie, na co czeka człowiek bez nadziei i przyszłości, gdy jednak tli się w nim ciągle człowieczeństwo?
       Moi drodzy: my wszyscy: syci, normalni podróżni w drodze naszego przeznaczenia; pomyślmy niekiedy z odrobiną empatii o tych ludziach dworców kolejowych, którzy nigdy nie kupią biletu i nie odbędą swojej podróży nadziei.
Może oni zasługują na iskierkę ciepła także od nas, bo nadal są ludżmi!
       Gdy wspominam tych nieszczęśników z dworców kolejowych to myślę sobie, że oni są dla nas wszystkich; począwszy ode mnie, poprzez Ciebie, a kończąc na naszych władzach czymś w rodzaju wyrzutu i zadania, które powinniśmy podjąć i nie mówmy, że to nie nasza sprawa!.
       Oni sami sobie nie potrafią już pomóc, ale nadal jest w nich Człowiek!
Pozdrawiam Kryspin
 



czwartek, 15 maja 2014

Tatuaż miłości!

        Dzisiaj kolejne spotkanie z "Zakochaną koloratką"
Miłość wypełniająca serce i duszę zakochanych pragnie ostatecznego spełnienia, zespolenia ciał, gdy dwoje stają się jednym.
Ta swoista pieczęć uczucia i pozostaje w sercu na całe życie, dlatego tak ważny jest ten: "pierwszy raz" i to prawda!
Pierwsze przeżycie najpełniejszej bliskości w naszych duszach pozostaje jak tatuaż, który kreślimy na naszym ciele.
Ono pozostanie w naszej duszy na zawsze i albo będzie to piękny obraz, który nawet po latach będzie budził nasz ciepły zachwyt, który daje tylko prawdziwa miłość; albo niemiły koszmar naszego zapomnienia, które z miłością nie miało nic wspólnego.
Niekiedy młode dziewczyny mówią,, chwaląc się nawet pomiędzy sobą seksualnym doświadczeniem: mam to już za sobą i są zadowolone, jak po wizycie u dentysty, gdy pozbyły się bolącego zęba.
Młodzi mężczyżni, chłopcy za punkt honoru poczytują sobie bicie rekordów w zaliczeniu kolejnych panienek na dyskotece, szkolnej wycieczce, czy przy okazji domówek z przyjaciółmi.
"Mam to już za sobą!"
Ja mam to w sobie, w mojej duszy nadal jest ten cudowny tatuaż i będzie ze mną jako najcudowniejsze wspomnienie i nigdy nie powiem, że :"Mam to za sobą!"

      "Jest ósma rano!
Już nie śpię, ale nadal leżę z zamkniętymi oczyma i rozmyślam o wspaniałym czasie, gdy przez kilka dni byliśmy tak blisko siebie.
Widzę nadal nasz magiczny spacer w nadmorskim lesie.
Moje usta nadal odczuwają słodycz Twoich pocałunków.
Ciągle jawi mi się obraz Twoich zakochanych oczu powtarzających bez słów: Kocham Cię!
       Leżę teraz sam w pokoju i nie chce mi się wracać z tego stanu rozmarzenia pięknymi wspomnieniami.
       Nagle słyszę, że drzwi delikatnie się otwierają.
Jeśli to jesteś Ty, to czeka mnie kolejna chwila szczęścia: myślę z nadzieją.
Nie otwieram jeszcze oczu przez chwilę bojąc się, że to tylko sen, ale wiem jednocześnie, że to nie jest sen
       Podchodzisz cicho, delikatnie i tylko zapach Twoich perfum, które polubiłem od pierwszego spotkania w waszym domu, zdradza, że to jesteś Ty!
       Otwieram oczy i widzę, jak stoisz nade mną i także patrzysz na mnie.
Twoje usta poruszają się delikatnie, jakbyś szeptała słowa tak cicho, że nie przerywają niezwykłej ciszy i magii naszego rannego spotkania.
Patrzysz na mnie i twoje oczy także szepczą słowa, jak refren pieśni cicho śpiewanej Twoim sercem.
Twoje spojrzenie mówi także o walce, która rozgrywa się w duszy, o zmaganiu z góry stojącym na przegranej pozycji, bo i Ty i ja wiemy to, bo oboje tego chcemy.
Tak długo nasze serca i dusze czekały na tę chwilę spełnienia,która teraz się staje.
Stoisz nade mną w bordowym szlafroku i lekko się uśmiechasz na powitanie naszego dnia.
       Po chwili przysiadasz obok mnie i delikatnie zaczynasz dotykać mojej dłoni.
Nadal nie pada żadne słowo, jakbyśmy bali się zakłócić ciszę miłości, gdy ona nuci delikatną melodią zakochanych naszych serc.
Trwamy w tym stanie, gdy delikatne muśnięcia naszych dłoni odwzajemniają rozkosz bliskości i dopiero po chwili proszę cicho:
-Połóż się przy mnie...
       Wstajesz powoli i szlafrok opada na podłogę.
Bez słowa kładziesz się przy mnie i wtulamy się w siebie.
Odczuwam aksamit Twojego gorącego, nagiego ciała, ciepło nabrzmiałych piersi, delikatne muśnięcia rąk, a nasze usta zatapiają się w sobie bez pamięci!
Doznajemy teraz naszego pierwszego całkowitego, cudownego zespolenia naszych ciał.
Przeżywamy niesamowite chwile miłosnego zjednoczenia i świat zaczyna wirować, a rzeczywistość i ograniczenia naszej sytuacji nie mają teraz żadnego znaczenia!
        Jeszcze bardzo długo nie możemy ochłonąć po tym wszystkim, czego doświadczyliśmy i zwyczajnie nie chce nam się powracać z tego misterium rozkoszy.
Leżymy wtuleni w siebie i oboje mamy jedno pragnienie:aby ten stan nie skończył się nigdy!
Nic w tej chwili nie ma znaczenia, nic nie jest ważne, co jest poza nami..."

Boję się "religii" Palikota!

        Ponad ćwierć wieku temu odbył się proces człowieka, który w chorym zwidzie, realizując zboczone pragnienia, pozbawił życia  małych chłopców.
        Sąd skazał go na karę śmierci, ale w odruchu humanitaryzmu, karę zamieniono mu na dwadzieścia pięć lat za kratami i dzisiaj nasze państwo ma kłopot.
Bestia w majestacie prawa mogła wyjść na  wolność i stanowić zagrożenie!
I następny kłopot dla tych, którzy kiedyś kierowali się chrześcijańskim humanitaryzmem[ nie zabijaj! i trzeba było stworzyć dla dewianta kolejny azyl odosobnienia na nasz koszt, ale dochowanie wierności ideałom, które nasze państwo głosi z racji swych korzeni[ chrześcijańskich] kosztuje i dlatego Trynkiewicz żyje i na szczęście [mam nadzieję] już nie będzie nikomu zagrożeniem.
        Panie Palikocie i panie Hartmanie[ nie poprzedzam waszych nazwisk tytułami naukowymi, przepraszam, choć nie powinienem: w imię mojej wolności!]
        Już kiedyś, zupełnie niedawno, istniała grupa ludzi, którzy mozolnie budowali ideologię podobną do waszej filozofii stworzenia człowieka wolnego od wartości: to był nazizm.
Faszyzm  w Niemczech doby kryzysu lat dwudziestych, zaoferował swoim rodakom zamiast prawdziwych reform, walkę z wrogiem i niewygodnymi im wartościami ; wtedy Bóg został postawiony na "ławie oskarżonych" jako przyczyna wszelkiego zła i niedoli szarych ludzi!
       Póżniej, gdy "prorocy nowej religii"poczuli się silni, poszli dalej!
Rasę ludzką podzielili na: nadludzi[wybranych] i tę resztę, która powinna im służyć !
Po pewnym czasie, gdy rasa wybranych uznała, że ci pozostali są już niepotrzebni, albo broń boże mogą zagrażać "wolności" ich-nadludzi, to trzeba ich usunąć, zneutralizować i to robili w obozach koncentracyjnych!
        Faszyzm, gdy był jeszcze słaby, posługiwał się krzykiem i ciągłym domaganiem się wolności dla swoich chorych żądzy, które ubierał w idee humanizmu bez Boga, bo to On stał na drodze do realizacji ich zamierzeń!
        Marzy wam się nowa "religia", chcielibyście nowego" konkordatu" naszego państwa z waszym wyznaniem?
        Panie Hartmanie ["profesorze"] i panie Palikocie [filozofie niedouczony] gdybyście wyszli ponad zajadłość nienawiści i uruchomili myślenie, to byście to wiedzieli; a jednak sądzę, że wiecie i to mnie przeraża najbardziej: Nie można człowieka pozbawić wiary, wartości, które nim kierują, bo to nam [ludziom] przynależy z natury: jesteśmy, czy wam się podoba, czy nie:  homo fidelis.
        Człowiek z natury, na którą nikt nie ma wpływu[także wy!], jest istotą wierzącą z natury!
Można wierzyć, że Bóg istnieje i wtedy jako człowiek kieruję się  wartościami religii, która Go mi przybliża; albo mogę wierzyć, że Go nie ma i wtedy muszę kierować się wartościami, które i tak kształtuje mi prawo naturalne.
        To nas odróżnia od zwierząt- świat wartości i to jest niekiedy naszym zagrożeniem, że pojawiają się ludzie, którzy głoszą: w imię wolności odrzuć wszelkie wartości!
Jaka jest propozycja waszej nowej "religii"?
Żyj jak chcesz i domagaj się praw, krzycz, że wolno tobie wszystko, nawet, gdyby to wiązało się z krzywdą dla innych,dla większości i najlepiej szukaj powodów, wymyślaj je, aby mieć "powód" do krzyku!
        Panie Palikot, panie Hartman w myśl waszej ideologii "wolności od" Trynkiewicz może także bronić swojego świata bez wartości.
        Całe szczęście, że on już nigdy nie będzie mógł wprowadzić swoich chorych żądzy w życie i mam nadzieję, że mądrość naszego Państwa, na którą się tak często powołujecie i mówicie, że jesteście jego "wyzwolicielami" , zabezpieczy nas przed waszą "wolnością od" w sposób równie skuteczny, jak zrobiła to z Trynkiewiczem!
Pełen nadziei na mądrość naszego Państwa pozdrawiam wszystkich,
Kryspin

środa, 14 maja 2014

Mercedes dla każdej rodziny!

       W rodzinnym domu było nas czworo rodzeństwa i żyliśmy przeciętnie: ani lepiej, ani gorzej od innych znajomych z sąsiedztwa.
Niekiedy tylko patrzyliśmy z zazdrością na pucowanego w każdą sobotę kremowego moskwicza sąsiada z piętra, lekarza dra Felickiego.
Niekiedy nawet wzdychaliśmy w marzeniach mysląc o tym, jak musi być cudownie tak pojechać sobie autkiem do lasu, posiedzieć nad wodą i raczyć się kawusią z termosu nad brzegiem jeziora, czy wśród drzew pachnącego lasu.
Niekiedy nawet o tym mówiliśmy głośno w czasie rodzinnych wieczorów, gdy rodzice znajdowali czas po pracy, aby być razem, wspólnie.
      Kiedyś ojciec wsłuchany w nasze relacje o tym jak dobrze byłoby mieć samochód, choćby stary, powiedział coś co postawiło nas na równe nogi!
-"A ja mam nie jeden, a cztery samochody i to nie byle jakie: cztery nowiutkie, śliczne mercedesy!"
Nie bawił nas ten" żart "  taty i nawet poczuliśmy się lekko nieswojo ,a on wtedy powiedział nam coś, co zapamiętaliśmy na długo, chyba na zawsze:
-"Jest was czworo rodzeństwa, a wasze wychowanie, opieka nad wami do czasu, gdy założycie swoje rodziny, to koszt równy cenie nowego mercedesa i to za każdego z was!"
Pamiętam, jak uśmiechnął się do nas widząc nasze głupawe miny, bo przecież byliśmy mali i mieliśmy prawo nie rozumieć praw ekonomii.
A on nadal z uśmiechem zakończył:
-"Żadnego z was nie zamieniłbym nawet na tysiąc nowych samochodów, bo one nie potrafią uśmiechnąć się do mnie tak jak wy, nie potrafią też kochać i odwzajemniać miłości"!
                                                                               *
        Mój syn przyszedł kilka dni temu do mnie i z uroczystą miną oznajmił:
-"Będziesz w listopadzie kolejny raz dziadkiem, bo my będziemy mieli dziecko!"
Duma i radość warta każdych pieniędzy, to cudowny prezent, dzięki któremu chce się żyć, tak można by  określić nasz nastrój tego wieczoru!
       Moi młodzi[ syn i synowa] są sześć lat po ślubie: oboje pracują, mają jedno dziecko i mieszkanko wynajmowane, za które płacą krocie [w stosunku do zarobków za uczciwą pracę].
Kilka miesięcy temu złożyli wniosek o kredyt na własne lokum i otrzymali odpowiedż:
-Nie mają państwo zdolności kredytowej, bo wasz dochód obciąża wasze dziecko!!!
       Kilku z przyjaciół mojego syna wyjechało do Anglii i teraz na skeypie tylko niekiedy rozmawiają  ze sobą, a tamci kolejny raz powtarzają: "Nie bądżcie frajerami i spieprzajcie z tego chorego kraju!"
       Chyba podobnie moi młodzi powinni odbierać słowa ich przyjaciela [ojca chrzestnego ich córeczki], który podobnie ma długi staż małżeński co oni.
Nie mają dziecka i na delikatne pytania w tej kwestii, odpowiada wyliczeniem:
-Najpierw dom, stabilizacja, a póżniej się zobaczy!
       Jestem dumny z mojej rodziny, z rodziny mojego syna i tylko szkoda , że marzenia o swoim mieszkanku muszą odłożyć do innych normalnych czasów, gdy ktoś wreszcie potrafi myśleć i rządzić w tym kraju!
                                                                             * 
       Polityka prorodzinna, to nie slogan wyborczy, to okrutne prawo ekonomii i nasze być, albo nie być !!!
       Kilka dni temu w naszej telewizji pan Kalinowski[ kandydat do Europarlamentu] tłumaczył dlaczego zarabiamy 1/4 pensji innych w Europie:
-" W 1989 roku mieliśmy 25% PKB średniej krajów zachodnich, obecnie jest już 75%: będzie lepiej, zobaczycie!"
Przyznam, że zdziwiła mnie niekonsekwencja pytających, którzy nie drążyli dalej, bo naturalnym byłoby to, aby zapytać: dlaczego więc nasze zarobki obecnie nie wynoszą 75 % ich pensji ?
Może jednak dobrze, bo łatwiej będzie przekuć zaniedbanie w sukces:
Dziecko kosztuje tyle co mercedes: około 300000zł
Szanowni rządzący: Każda rodzina mająca dziecko dla nas, dla naszego państwa, dla przyszłości Polski, zaciąga kredyt, który będzie spłacała przez dwadzieścia kilka lat!!!
Oni nie zaciągają tego kredytu na przejedzenie, to jest kredyt inwestycyjny, który jak budowane fabryki, czy autostrady: są tworzone, aby w efekcie przynosić zysk!
Ekonomiści mówią, że są to aktywa, a to jest mądrość inwestora!
       Nie podwyższajmy pensji pracownikom, podnieśmy wreszcie dodatek na dziecko[ ono kosztuje rodziców miesięcznie około 1000zł] i gdyby nawet całą tę kwotę dofinansowywało Państwo, to byłaby to najlepsza inwestycja!!!!
Mam marzenie, że kiedyś będziemy żyli w normalnym kraju, gdzie u władzy będą ludzie mądrzy, którzy potrafią patrzeć dalej, aniżeli do następnych wyborów!!!
Teraz wiecie, dlaczego nie pójdę 25 maja na głosowanie!!!
Kryspin

      

-

wtorek, 13 maja 2014

Nie pójdę na wybory 25 maja!

      Nie pójdę na wybory 25 maja i was też do tego zachęcam!
      Zbiera mi się na wymioty, gdy otwieram telewizor i jestem nieustannie raczony agitkami wyborczymi  oszołomów, którzy z politycznego bełkotu  uczynili sposób na wygodne, dostatnie życie.
      Niekiedy wśród znajomych prowadzimy szczątkową dyskusję i zawsze kończy się ona bezradnym pytaniem i odpowiedzią jednocześnie:"Nie ma na kogo głosować" i znowu staniemy w naszych wyborach, jak to niestety[ piszę niestety: bo powiedział  to komuch, który już dawno powinien być na śmietniku zapomnienia]określił  Leszek Miler:"Pozostaje nam wybór pomiędzy dżumą i cholerą".
Oto mam wybór:
-Twój ruch, a raczej ruch pana Palikota: partia składająca się z dewiantów i grona innych równie niebezpiecznych osób, które kapitał polityczny zbijają na szerzeniu nienawiści i wyśmiewaniu wszystkiego, co zahacza o świat wartości
-SLD- przechowalnia starych aparatczyków i tych którzy nie nasycili się władzą za komuny, bo  zwyczajnie byli nieraz gołowąsami[dziewczynkami], gdy tow Rakowski zarządził:"Sztandar PZPR wyprowadzić"
-PIS i PO- piszę o nich w jednej linijce, bo są jak bracia, którzy kłócą  się o ojcowiznę i każdy uważa, że dostał za mało
-PSL- oni zawsze przytakują, aby możni koalicjańci zaprosili ich do korytka, a chłopi?
Partia chłoska, która dla naszej wsi zrobiła mniej przez cały ten okres[ gdy cieszyła się iluzją rządzenia  z każdym, kto ich tolerował przy korytku] aniżeli prosty sołtys z Pcimia Dolnego!
Nie będę wymieniał pozostałych oszołomów, bo nie chcę się dalej denerwować!
      Marzę sobie, że kiedyś zostaną rozpędzeni ci cwaniacy, którzy jak pijawki żywią się naszymi podatkami i kosztują nas krocie, nie dając nic
      Marzę sobie, że kiedyś nastanie normalny szereg ludzkich pragnień
Skrzypek na dachu  śpiewał:: gdybym był bogaty.i tego pragnął i dobrze!

      Marzy mi się taka kolej rzeczy, aby ludzie pragnęli najpierw się wzbogacić[najlepiej uczciwie], a póżniej niech z takowych wyłaniają się altruiści, filantropii i realizują swoje następne pragnienie:pragnienie władzy! Niech obsadzają gabinety ministrów, posłów i niech służą swoim doświadczeniem, może i smykałką, wiedzą i niech uczą innych, niech nami rządzą.
Póki co słyszę ciągle inny śpiew: Gdy dorwę się do władzy, to będę bogaty...
Tacy ludzie niestety nie zrobią nic dla wszystkich, bo zwyczajnie nie starczy[no może ustawią najbliższych na intratnych posadkach] i koniec pieśni!
       A może powinniśmy zrobić ogólnoeuropejskie referendum[byłoby taniej!] i w nim odpowiedzieć na jedno pytanie:
Czy jesteś za tym, aby politycy[łącznie z rozdętym zapleczem doradców, sekretarzy itp]  sprawowali swoje mandaty w formie wolontariatu: pro publico bono, a partie polityczne aby żyły tylko ze składek szeregowych członków?
Nie pójdę na wybory 25 maja!!!!
Kryspin

Niemoralna propozycja!

      Dzisiaj kolejny fragment "Zakochanej koloratki", który nazwałem tytułem zaczerpniętym z hitu kinowego.
Świat filmu ukazuje nam wizje reżysera, który ubiera je w ładne "szaty", aby widz przeżywał miłe chwile, rozbudzał swoje pragnienia.
      Któż bowiem z nas nie chciał choć raz: być bogatym, pomieszkiwać w luksusowym hotelu, przeżywać adrenalinę w kasynie w Vegas, czy popływać po ciepłym oceanie pięknym jachtem?
      Życie nie tylko wita nas szarością zwykłego dnia, ale często rozbudza w naszej duszy pragnienia.
      Los stawia przed nami, tak zwyczajnie, prawie na tacy, rozmaite propozycje.
Może warto wtedy zastanowić się i "przekalkulować": czy dary losu staną się dla nas czymś w rodzaju szansy, której nie wolno zmarnować, czy może on stawia przed nami "niemoralną propozycję"?
Pomyślmy o tym!
...."W chwili, gdy ona przygotowuje nasze zamówienie, Krzysztof podchodzi w kierunku ekspresu do kawy i zagaduje ją na tyle cicho, że nie możemy usłyszeć ich rozmowy.
     Przyznam, że wcale nas to nie obchodzi, gdy jesteśmy blisko siebie.
     Po chwili wraca do naszego stolika dziwnie podniecony.
-Słuchajcie! Umówiłem się z nią, gdy ona skończy swoją pracę!
Krzysztof kolejny raz mnie zaskakuje!
Przecież siedzimy tu razem; obok mnie jest jego żona, a on oznajmia z podnieceniem małolata, że właśnie umówił się na randkę z inną kobietą?
To jest chore- myślę z niesmakiem!
To jednak nie jest koniec niespodzianek, które on dla nas szykuje:
-Przedstawiłem was jako małżeństwo, a ja jestem twoim bratem- kończy nowinę chichocząc tobie prosto w twarz.
-Świetny pomysł, prawda?- dopowiada ciągle zadowolony z siebie.
      Siedzę w osłupieniu i myślę w tej chwili nad absurdalnością sytuacji:
Brat swojej żony!!!
Pewnie bym się roześmiał, gdyby nie kolejne moje zdziwienie
Kątem oka zauważam, że Twój Krzysiek nie ma na ręce obrączki!
Chory "kolekcjoner" pragnie nowej zabawki- pomyślałem z niesmakiem.
-Słuchaj- rzucam nagle dziwną propozycję:
-Jeśli chcesz się bawić w taki sposób, to zabawmy się wszyscy....
Zawieszam na krótko głos wpatrując się w jego pusty palec serdeczny i po chwili na stoliku kładę kluczyki od samochodu.
-Proponuję zamianę na tydzień: moje auto za twoją obrączkę!
Zapada kłopotliwa cisza i tylko nasz wzrok się spotyka, jak wejrzenia dwóch przeciwników przed walką.
Chwila zastanowienia,jakby analizował swoje szanse i na koniec błysk w jego oczach:
-Dobrze, zgadzam się!
W tym samym momencie na stoliku ląduje złoty krążek.
Jestem w szoku!
W tej chwili nawet nie jestem świadomy, że uprzedziłem o dobre kilka lat kinowy hit:"Niemoralna
 propozycja", z małą różnicą:
On sprzedaje Ciebie za cenę tygodniowego posiadania starego samochodu!
     Zastanawiam się do jakich granic będę mógł obnażać jego ślepą żądzę  posiadania?
Do czego jest jeszcze zdolny w swoim "szaleństwie?".....
     Moi drodzy, los nie zawsze stawia przed nami szanse; niekiedy podsuwa nam "niemoralne propozycje"!
Pomyślmy o tym w naszych wyborach; tych wielkich, które nazywamy" życiowymi" i przy okazji tych małych, które także budują, lub rujnują nasze życie!
Pozdrawiam Kryspin

poniedziałek, 12 maja 2014

Celibat - smycz Kościoła!

      Dzisiaj drażliwy dla wielu i niewygodny zarazem temat, który budzi emocje od wielu lat, a ostatnio powraca przy okazji smutnych "dokonań" kapłanów trzymanych przez Kościół na czymś w rodzaju smyczy, która jest jednak na tyle długa, że pozwala na  gorszące,[ ale i często milcząco akceptowane przez wiernych] odstępstwa od tego zakazu!
Według oficjalnych badań przeprowadzanych przez niezależne instytucje:
-ponad 80% kapłanów uznaje celibat, za relikt przeszłości i jest za jego zniesieniem!
-około 60% przyznaje się do łamania słowa danego w czasie święceń diakonatu, gdy przyszli kapłani składają Kościołowi przyrzeczenie przestrzegania nakazu celibatu!
-ponad 30% tkwi w nieformalnych konkubinatach i nie uznaje tego za coś nagannego!
      Moi drodzy!
      Dzisiaj kolejny fragment"Zakochanej koloratki" zahaczający o sprawy celibatu kapłanów
Temat powstał podczas lekcji religii, w czasie której ksiądz katecheta powrócił do sprawy tragicznej śmierci maturzysty, ich kolegi
Kapłan, jako jeden z fundamentalnych powodów tego desperackiego kroku młodego człowieka, podał poczucie samotności, która potrafi nawet zabić!
......"Młodzi ludzie są dociekliwi i autentyczni w swoich dociekaniach
Niekiedy stawiają mnie w niewygodnej sytuacji, pytając bez skrępowania o wiele trudnych spraw
-Jak księża radzą sobie z samotnością, bo przecież celibat skazuje was na życie bez drugiej, ukochanej osoby, prawda?
Milena z klasy Andrzeja pyta mnie na kolejnej lekcji i nie odczytuję tego jako prowokację, a raczej nie tylko jej ciekawość o sens takiego życia.
-Samotność z wyboru, albo jak to określają niektórzy: z powołania, to szczególny dar i wcale tak często się nie zdarza...
-Może tak wielu kapłanów jest smutnych! 
Kończę żartobliwie, ale nie chcę, aby pozostało niedomówienie i dlatego zaraz dodaję:
-Nasi bracia prawosławni, którzy tego samego Boga czczą w sposób bardzo podobny do nas, sprawę celibatu- bezżeństwa traktują inaczej, może nawet mądrzej od nas?
Powiedziałem przed chwilą, że dar życia samotnego nie tak często się zdarza i to prawda!
      Prawosławie dar powołania i dlatego nieliczni, którzy rozpoznają w sobie takie szczególne wezwanie, idą do klasztoru.
Pozostają bezżenni i poświęcają się modlitwie w wyłącznej służbie Bogu.
Rzesza powołanych do pośrednictwa wiary, służby wiernym w drodze do Boga: kapłani- popi, zakładają rodziny i pełnią rolę przewodników w drodze do tego samego Stwórcy
Kończę bez zagłębiania się w szczegóły różnic największych chrześcijańskich wspólnot, ale widzę, że na ich twarzach rodzi się jeszcze jedno pytanie, na które muszę im odpowiedzieć:
-Jeśli w tej chwili chcielibyście zadać mi kolejne pytanie, to odpowiem wam:
Tak!
Uważam, że Prawosławie lepiej rozumie specyfikę powołania do służby kapłańskiej aniżeli my!"
      Tyle na dzisiaj
A wy przyjaciele: jakie jest wasze zdanie na ten temat ?
Pozdrawiam, Kryspin

niedziela, 11 maja 2014

Dziwny jest ten "niby świat", a ja mu mówię: Nie!

       Od razu przepraszam z kolejny powrót do przeszłości, ale muszę!
       Starsi z nas pamiętają czas, gdy żyliśmy w niby rzeczywistości, w świecie absurdu!
Wtedy "jedynie słuszna władza" wmawiała nam: że wyrób czekoladopodobny jest tak samo dobry jak czekolada, masło roślinne, to to samo co masło od krowy, niby pomarańcza z Kuby tak samo smaczne, jak te "burżuazyjne" z Maroka, a banany to nic innego, jak ziemniaki zjadane przez tubylców w krajach Trzeciego świata!
       W niby normalnym świecie: niby pracowaliśmy, a władza płaciła nam biletami Narodowego Banku Polskiego!
Już myślałem, że nie wróci niby świat i wczoraj przeżyłem szok!
       Konkurs piosenki Eurowizji wygrał/ła/ przedstawiciel/ka/ Austrii i to nie to, abym miał coś przeciwko tej nacji mającej swoją stolicę nad:pięknym i modrym Dunajem, nic z tych rzeczy!
Głosami Europejczyków wygrała niby kobieta, a może niby facet i to jest przerażające!
Nie jestem muzykiem, jak pewnie większość tych, którzy wczoraj poparli to, no właśnie: co?
      Osobiście uważam, ze kilkanaście piosenek było równie pięknych dla ucha i nie będę oryginalny, gdy niektóre się wyróżniały, gdyby dołożyć walory estetyczne!
      Nasza Cleo w wianuszku urodziwych Słowianek[ nie zapominając o paniach praczkach] z pewnością była o niebo bardziej normalna od??? 
 Ale świat, Europa potrzebuje widocznie udziwnień i dlatego triumf tego niby????
      Już wyobrażam sobie ekstatyczną radość: prof . Środy, dr Szczuki, pana/sory/pani Grockiej i całego tabunu miłośników "niby normalności "i to mnie przeraża!
      Z pewnością do póżnych godzin nocnych odpijali szampana w cieniu tęczy przy Placu Zbawiciela w Warszawie i to przygnębia normalny świat, a mnie osobiście przeraża!
      Zakończę parafrazą Niemena i to są także moje słowa nadziei: Głęboko wierzę w to, że ludzi normalnych jest więcej i ten świat nie zginie dzięki nim!
      Pozdrawiam wszystkich, którzy nie godzą się na" niby Świat, bo w was jest nadzieja, że on nie zginie dzięki Wam!
Kryspin- normalny facet z wąsem.

Niedziela!

          Pamiętam,że gdy nadchodziła sobota, to mama zarabiała placek, który trzeba było zanieść do piekarza, aby tam nabrał smaku i aromatu w chlebowym piecu.
Tak przy okazji, gdy w rozgrzanym wnętrzu rodziły się chleby z chrupiącą skórką, wypiekał dla nas słodki akcent nadchodzącego święta.
          Póżniej wracaliśmy z blachą pełną pachnącej słodkości i dumnie kroczyliśmy uliczkami miasteczka, jakbyśmy nieśli  sztandar wolności ku przypomnieniu innym, że jutro będziemy świętować.
          W niedzielny poranek dom wydawał się inny:
Wszyscy szykowaliśmy się do radosnego dnia.
Ojciec zakładał odświętny garnitur, my zaś odstawialiśmy znoszone trampki, które tyle razy były zmoczone błotem czegoś, co nazywaliśmy boiskiem, a było zwykłym placem na końcu naszego osiedla, a nam wydawało się wtedy najlepszą areną do rozgrywania pojedynków piłkarskich.
        Była niedziela!
Rano śniadanie i wspólne wyjście do kościoła.
Póżniej mama kończyła przygotowania do obiadu, na który kupiła na targowisku kurę od kobiety ze wsi.
W całym domu roznosił się zapach święta.
        Pamiętam takie niedziele z dzieciństwa, gdy był to jedyny dzień  wolności, bo cały tydzień był pod kontrolą "jedynie słusznego systemu".
        Lubiliśmy nasze niedziele, gdy oddychaliśmy wolnością  
Pamiętam uśmiech rodziców i radość ze spotkań, gdy odwiedzali nas krewni, aby razem przeżywać radość niedzielnego święta.
Cały czas mam w głowie zapach placka i smak kawy, którą trzeba było "zdobywać", a ona smakowała wybornie
        Dziś uleciała gdzieś radość niedzieli i to mnie smuci.
W powietrzu nie unosi się już zapach święta 
        Poranek jest taki zwyczajny, a dzień witamy przy telewizorze lub komputerze i często rozmemłani i zmęczeni tygodniem, najchętniej nie wstawalibyśmy z łóżka i łudzili się, że w ten sposób odzyskamy siły, aby jutro wejść znowu w kierat dziwnej,męczącej "wolności".
        Brakuje mi tych niedziel, kiedy było święto i potrafiliśmy cieszyć się życiem i mieliśmy siłę do szczerego uśmiechu.
        Może kiedyś zatrzymamy się choć na chwilę i zastanowimy się po co żyjemy?
Mam taką nadzieję i mam nadzieję, że wtedy powróci do nas niedziela pachnąca innością, aromatem święta!
        Pozdrawiam i takiej niedzieli życzę wam i sobie:
Kryspin.

sobota, 10 maja 2014

Pierwsza komunia!

       W czasie dzisiejszego spaceru z psem przechodziłem obok kościoła, który znajduje się niedaleko mojego domu.
        Już w okolicy świątyni zobaczyłem odświętnie ubrane dzieci, przy nich rodzice i gromadki gości, którzy towarzyszyli im w drodze na najważniejsze spotkanie, na które zaprosił ich Ten, który kiedyś, wędrując po palestyńskich bezdrożach zatrzymywał się widząc umorusanych maluchów, beztrosko bawiących się w okolicach ubogich, glinianych domów ich rodziców.
       Wyobraziłem sobie, jak zatrzymał się w drodze, zasiadł na kamiennym wzgórku pod cieniem cedrowego drzewa i uśmiechem zapraszał ich do spotkania, a oni podchodzili  z ciekawością i pełną ufnością; bo to był Rabbi, o którym mówili rodzice przed  snem:
Matki głaszcząc ich małe główki mówiły im, że nastał czas łaski na ich ziemi, bo nawiedził naród Izraela sam Bóg, który w osobie Mesjasza zaprasza ludzi do przejścia na stronę miłości.
Opowiadały, że Jezus przemierza drogi Palestyny, aby wszyscy mogli przeżyć cud spotkania z Bożą Miłością. 
On zasiadł w ich wesołej gromadzie i odczuwały szczęście spotkania.
       Zrobiło mi się nagle trochę smutno, bo uświadomiłem sobie, że jestem bardzo daleko od cedrowego cienia, że te maluchy maszerujące do kościoła pewnie w rozbieganych marzeniach, które rozbudziła w nich tradycja przeżywania dzisiejszego ich święta, jakoś zamazała obraz Jezusa i też są dalecy od cedrowego cienia.
Trudno im dostrzec Chrystusa, bo serca naładowano im pragnieniami: nowego roweru, laptopa, może wymarzonego quada, czy już Bóg jeden wie, czego jeszcze, a Jezus skurczył się do wielkości małego białego wafelka i jakoś trudno w nim dojrzeć Jego ciało.
       Ten problem niezauważenia przeżywają także rodzice i krewni nerwowo wychodzący przed kościół, aby zadzwonić do lokalu, czy aby na pewno sala została przystrojona według ich wskazówek i czy kucharz stanie na wysokości zadania; bo przecież od tego zależy opinia zaproszonych gości, a oni potrafią rozpuścić plotki i szlag trafi opinię, na którą pracowaliśmy tak długo.
       Kilka dni temu przeczytałem, że w roku 2016 nie odbędzie Pierwsza Komunia w żadnej parafii, bo zmienia się program oświatowy i Kościół dostosowuje się do ogólnonarodowej reformy.
       Znowu przeżyłem  chwilę nostalgii, wspomnienia czasu, gdy lekcje religii odbywały się w obskurnych salkach przy kościele, ale jakoś nikomu to nie przeszkadzało i nawet te spotkania były radosnym przeżyciem, odskocznią od szkolnej codzienności.
Pamiętam religię jako coś innego od pozostałych przedmiotów, bo choć mieliśmy zeszyty i zniszczone katechizmy, to oddychaliśmy atmosferą mistycznej tajemnicy unoszącej się ze świątyni, i ta duchowa mgiełk nas otaczała i było nam dobrze.
       Pyrrusowe zwycięstwo Kościoła, gdy kapłani rozsiedli się za szkolnymi stolikami, to nic innego, jak gorzki owoc niepohamowanego pragnienia posiadania: władzy, pieniędzy i wygody ze strony decydentów tej instytucji.
I nie jest ważne to, że ceną za te posunięcia[owoce konkordatu] jest rzeczywistość coraz bardziej pustych świątyń i to, że kolejne pokolenia dzieci krótko po "białej niedzieli" zasilą szeregi tych, którzy zapatrzeni na wzór rodziców z niecierpliwością czekają czasu, gdy w kościele będą rzadziej niż w kinie, czy teatrze.
       Dawno temu, prawie pięćdziesiąt lat temu pojechaliśmy na Śląsk do Bytomia, na uroczystość Pierwszej Komunii mojej kuzynki i nie wspominałbym tego, gdyby nie fakt, że ona miała wtedy sześć lat!
Powiedziano nam wtedy, że to jest powszechny zwyczaj i za zgodą biskupa, tak jest w wielu parafiach.
       Dzisiaj decyzje Episkopatu popiera się koniecznością dojrzałości i czasu na przyswojenie sobie wiedzy przez dzieci, aby świadomie mogły przyjmować Ciało Chrystusa!
Idąc tą" logiką" aż boję się pomyśleć, w jakim wieku do sakramentu zostaną dopuszczone dzieci z niedorozwojem umysłowym, czy i one staną się "gorszymi dziećmi Boga"?
       Śmiem twierdzić, że wiek nie decyduje o tym, że dziecko starsze jest bardziej uprawnione do zrozumienia, że Bóg je kocha i zaprasza na ucztę Eucharystii.
Nauka Jezusa wbrew "uczonym w piśmie", jest prosta i dlatego Nauczyciel z Palestyny wielokrotnie domagał się:"Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie"!
       My dorośli bez wyjątku: począwszy od rodziców, poprzez kapłanów i decydentów Kościoła; musimy wziąć odpowiedzialność za to, aby Pierwsza Komunia naszych pociech stała się dla nich  chwilą radosnego spotkania z Rabbim z Palestyny.
Zróbmy to tak, aby dla nich stało się  najważniejszym i najpiękniejszym wydearzeniem  życia, które będzie cementowało ich przyjażń z Jezusem na lata, na wieczność!
       Pozdrawiam rodziców i dzieci, które w tym roku przeżywają najpiękniejszą uroczystość swojego młodego życia!
Kryspin


       
 

Nie można zabić miłości!

      Czym właściwie jest Miłość?
Zastanawialiście się choćby raz nad wagą słowa Kocham?
Słowo "Kocham"!
      Tak wiele razy powtarzane bezmyślnie: zwyczajowo, niekiedy klepane z przymusu, bo komuś sprawimy przyjemność, bo otworzy nam przyzwolenie dla naszych pragnień.
Można by mnożyć przykłady sytuacji, w których nadużywamy tego wielkiego słowa.
       W jednym z listów, które otrzymałem od mojej przyszłej żony [Listy Romeczki są częścią "Zakochanej koloratki], napisała:
...."Kocham Cię!
Teraz dopiero wiem, jak bardzo jest to odpowiedzialne słowo i jeśli kiedyś będę miała dziecko, to nauczę je, co to znaczy, jak wielkie ma znaczenie i jak wiele potrzeba, aby je powiedzieć
Bardzo wiele potrzeba!"
         W poprzednim poście, gdy byliście świadkami opisu narodzin naszej miłości, Romeczka powiedziała:
"Bądż tylko mój, jak ja od tej chwili staję się tylko twoja"
Sądzę, że właśnie tym jest Miłość:
Kocham Cię, to nie tylko piękne słowa, to całkowita rezygnacja z siebie, ze swojego ja.
Oddaję się Tobie w całkowitą niewolę i nie zostawiam sobie nic! 
Nie zostawiam sobie żadnych marginesów mojego "ja"!
         Jeśli obie strony uczciwie rezygnują z  siebie, ofiarują siebie nawzajem w całości, to nigdy nie będzie przegranej strony związku.
Miłość zniewala! 
         To prawda, ale ona rodzi także wolność, którą obdarowują się on i ona nawzajem.
To jest wolność "od" i  jest jednocześnie darem "do".
         Człowiek Kochający nie odwraca się za pragnieniami wspomnień za tym co było, a kieruje się nieustannym pragnieniu, swoistej ciekawości tego, co piękne dla dwojga.
         Miłość mnoży szczęście i dzieli smutek ,a doświadczenia losu, który niekiedy zsyła na nas złe doświadczenia , jakby chciał pozbawić nas tego co piękne, najpiękniejsze, stają się bezsilne!  
Prawdziwe: Kocham łączy oboje ku przyszłości w cudzie jedności!
         Miłość prawdziwa dwojga ludzi pokonuje wszystko i nieprawdą jest twierdzenie, że można ją zabić!
Pozdrawiam szczęśliwych w miłości!
 :Kryspin


"Zaślubiny miłości"

W naszym życiu doświadczamy chwil, które zapadają nam na całe życie.
Często w takim momencie towarzyszą nam "świadkowie" tych zdarzeń i dlatego i oni pozostają z nami niczym tło pięknego obrazu, którym już na zawsze karmimy szczęście i cudowne wspomnienia.
Muzyka Procol Harum stała się "świadkiem" zaślubin Miłości dwojga zakochanych, o których mówi "Zakochana koloratka" i dlatego wybrane fragmenty książki zacznę od tego obrazu, który w mojej duszy ciągle trwa i powraca uśmiech na mojej twarzy, gdy kolejny raz słyszę "Bielszy odcień bieli"

....."-Może zatańczymy?
Słyszę nagle twój figlarny, radosny głos zapraszający do zabawy i aby nie było rozważań z kim chcesz iść do małego pokoju, chwytasz moją dłoń.
Przenika mnie cudowne uczucie ciepła tej Twojej: dobrej, małej dłoni, a muzyka Procol Harum:"Bielszy odcień bieli" i do tego mały pokoik z dyskretnym światłem zapewniającym intymność spotkania ciał i dusz, dopełniają szczęścia, które wypełnia moje serce.
       Nasza nieobecność wśród gości, przedłużający się taniec dwojga kochanków, jest z pewnością dla nich kłopotliwy?
Niezręczność tej sytuacji dotyka jednak tylko ich; my o tym nie myślimy w tej chwili
       Bliskość naszych ciał; Twoje włosy na moim ramieniu i muzyka sprzyjająca intymności; to wszystko sprawia, że przeżywamy okres "odlotu",cudownej nierealności chwili, która  trwa i trwa..
       Spoglądasz w moje oczy i nie musimy nic mówić, a mówimy sobie wszystko!
To jest ten moment, na który tak długo oboje czekaliśmy.
Nic w tej chwili nie ma znaczenia, nic nie jest ważne:
Nie ma świata wokół!
Nie ma.ludzi obok!
Nie ma skrępowania,wstydu, gry pozorów!
Jesteśmy w tej chwili tylko my: dwoje zatraconych kochanków zespolonych w namiętnym, niekończącym się pocałunku!
       Dopełnieniem tej nieziemskiej chwili są słowa, które brzmią niczym najpiękniejsza pieśń:
-Kocham Cię!
-Bądż tylko mój, jak ja od tej chwili staję się tylko twoja!
Delikatne muśnięcia gorących ust i łzy szczęścia spływające po policzkach, sprawiają, że moje serce wręcz krzyczy powtarzając jedno pragnienie:
-Szczęśliwa chwilo, cudowny losie, który otwierasz przede mną najcenniejszy skarb:
Trwaj nieustannie, trwaj wiecznie!!!!
       Delikatnymi pocałunkami spijam kropelki miłości z Twojej twarzy przeplatając cichymi:
-Kocham Cię,Kocham Cię...."

piątek, 9 maja 2014

"Zakochana koloratka"

Przyjaciele!
Od jutra na blogu będę publikował wybrane fragmenty mojej książki:"Zakochana koloratka". Mam nadzieję, że wielu z was będzie chciało wyrazić swoją opinię na tematy w niej poruszane.
Będę wdzięczny za każdy wpis, nawet najbardziej polemiczny i obiecuję odpowiadać na wszystkie wasze opinie.
Mam mam nadzieję, że lektura mojej książki dla wielu z was będzie inspiracją do pragnienia przeżywania cudu miłości, bo ona o niej mówi i pozwala uwierzyć, że można kochać i być kochanym przez całe życie i być szczęśliwym niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy dotykają nas burze i
grad!