wtorek, 23 stycznia 2024

 

Krytyka z troską to szansa na refleksję.

Przyznam, że odebrałem z niesmakiem zachowanie hierarchy krakowskiego, który ostentacyjnie odmówił udziału w pożegnaniu zmarłego księdza Isakowicza - Zalewskiego, kapłana, który przez cały okres swojej duszpasterskiej posługi zawsze kierował się troską o skrzywdzonych i nigdy nie splamił się kunktatorskim milczeniem, kiedy otwarcie należało piętnować zło, nawet wtedy, kiedy przyszło mu zabierać głos w sprawach dotyczących gorszących historii z kapłańskiego poletka.

Swoją drogą zastanawiam się jak trzeba być człowiekiem małego formatu, aby tak publicznie manifestować swoje animozje wobec człowieka powszechnie szanowanego przez tłumy towarzyszące mu w ostatniej drodze.

A może nie powinienem się dziwić temu, że w Kościele jest już coraz mniej ludzi dużego formatu, a zamiast nich coraz większe grono tych, którzy pielęgnując swoje małości systematycznie oddalają się od tego, aby zasługiwać na miano duszpasterzy.

Zachowując skalę, sam ostatnio doświadczyłem przykrości skarlenia jakim wykazał się ksiądz proboszcz parafii, w której od lat zamieszkuję.

Chodzi o odwiedziny duszpasterskie jakie odbyły się na moim osiedlu, gdzie wszyscy żyjemy w dobrosąsiedzkich relacjach. Spośród mieszkańców naszej małej wspólnoty na przyjęcie księdza corocznie decyduje się tylko około 1/3, gdy pozostali zachowują daleką powściągliwość co do tych kontaktów i systematycznie rezygnują z tych spotkań.

Pomimo wyboistych relacji łączących mnie z tą instytucją, co jest zrozumiałym, kiedy od lat jestem księdzem w cywilu, z należytą powagą przygotowałem się do kolędy licząc na to, że będzie mi dane zamienić choćby kilka słów z wielebnym.

Krzyż, kropidło, zapalona świeca i koperta z ofiarą na potrzeby parafii długo czekały na białym obrusie, a ja odświętnie ubrany do późnych godzin wieczornych łudziłem się, że spotkanie dojdzie do skutku, tym bardziej, że zaprzyjaźniona z nami i wielebnym sąsiadka uprzedziła duchownego o naszej gotowości do jego wizyty.

No i wszystko jasne.

Jakiś czas temu, kiedy spotkałem się z zaprzyjaźnionym kapłanem, moim dawnym kolegą z seminarium, dowiedziałem się, że miejscowym hierarchom nie podobają się moje książki i wydali zakaz ich czytania swoim podwładnym. Trochę to dziwne, że przełożeni obłożyli nieformalnym indeksem to, z czym i tak wielu czytelników mogło się zapoznać i jakoś nikogo nie zgorszyłem treściami tam zawartymi, ale cóż, osąd wydali ci, którzy wcale nie znali treści, bo uznali, że trzeba dmuchać na zimno.

Dodatkowo nagrabiłem sobie tym, że ośmielam się na łamach prasy zabierać głos w sprawach okołokościelnych, a owieczki przecież winny przyjmować tylko treści podawane im chociażby w coniedzielnej papce, którą serwują im ich pasterze publikując cykliczne wypociny w formie ogólnie niestrawnych listów duszpasterskich, w których próżno szukać niewygodnych treści, o ciemnych sprawach dotyczących ich kapłanów już nie wspominając.

Pewnie że można i tak, ale w dobie internetu i powszechności w dostępie do informacji, trudno taić prawdy niewygodne, bo okres bezrefleksyjnej wiary już dawno przeszedł do historii.

I tak na koniec mam serdeczny apel do Waszej Ekscelencji, dostojny Księże Prymasie.

Wiem, że nie są Ci obce wypowiedzi „Księdza w cywilu” i licząc na Twoją inteligencję żywię nadzieję, że nie znajdujesz w nich wrogich treści, bo ich zwyczajnie tam nie ma, więc może warto zdjąć zakaz, aby poza tysiącami cotygodniowych czytelników tych felietonów, mogli bez obawy o łamanie odgórnego zakazu, zapoznawać się z nimi także ci, którzy będąc na pierwszej linii duszpasterskiego frontu mogliby dyskretnie korzystać z moich sugestii.

Obecny Kościół ma aż nadto wrogów, którzy nieustannie kibicują jego trudnościom, więc może warto być otwartym na głos życzliwy choć może i niekiedy krytyczny, ale zawsze szczery i pełen troski o jego przyszłe dobro.

Kryspin

środa, 17 stycznia 2024

 

Czy jest nam potrzebna edukacja religijna?

Kiedy zapoznaję się listami od czytelników „Księdza w cywilu”, to po wielokroć odnoszę wrażenie, że swoimi spostrzeżeniami dzielą się ze mną najczęściej ludzie nie posiadający fundamentalnej wiedzy w tematach, o którym się wypowiadają. Nie jest to broń boże zarzut z mojej strony, bo każdy zna się na tym, co zgłębił w wyniku długich lat edukacji i to trzeba szanować, ale swego rodzaju frustracji doświadczam, kiedy może i pasjonat literatury fantazy posiłkując się „rewelacjami” autorów pokroju Dana Browna (autora którego cenię z warsztat literacki) zabierają głos w sprawach będących domeną teologów i biblijnych egzegetów.

Do klasyki krytycznych analiz z zakresu tekstów biblijnych należą dociekania amatorów sensacji w kwestiach naszych prarodziców Adama i Ewy oraz ich dzieci, które de facto z braku innych możliwości skazane były na stosunki kazirodcze.

Inne „rewelacje” często podnoszone w zadawanych mi pytaniach dotyczą chociażby kwestii rodzeństwa Chrystusa, syna Niepokalanej, która ponoć swoje macierzyństwo zakończyła na narodzinach Mesjasza?

Do osobnej grupy należą pytania pasjonatów poletka historycznego, kiedy to osoby najczęściej będące na obrzeżach kościelnych spraw, krytycznie odnoszą się do kwestii legitymacji tej instytucji do bycia moralnym guru dla ponad miliarda wyznawców, kiedy przez wieki wcale nie świecił przykładem rządząc twardą, aby nie powiedzieć okrutną ręką bez cienia miłości, którą mając na sztandarach, jednocześnie niósł trwogę i bezprawie wśród tych, którym nie było po drodze z siewcami nowego porządku.

Jeżeli do tego wszystkiego dołożyć „kwiatki” najnowszej odsłony, którymi z pewnością są kolejne skandale ludzi ze świecznika watykańskiej centrali i hierarchów z kolejnych popapranych brudem moralnego upadku diecezji, to rodzi się nam gotowy przepis na prokuratorską pełną oskarżeń przemowę, której tak chętnie używają kolejni rozczarowani.

Nie mam zamiaru być apologetą broniącym ciemnych spraw, którymi Kościół jest targany przez wieki, ale pragnę zauważyć, że jego historia jest wprost tożsama z tym co dotyczy dziejów świata także w aspekcie cywilnym i nic na to nie poradzimy, ale warto zauważyć, że religia to nie tylko kwestia instytucji, ale wiary w Tego, który jest ponad tym wszystkim.

-”Mój 14 letni syn oznajmił nam, że kończy swój udział w religijnej edukacji, bo z mitami zapoznał się już na lekcjach historii i języka polskiego, więc nie musi tracić czasu na wypociny kościelnych edukatorów w tych kwestiach, więc szanując jego decyzję zgodziliśmy się na jego zdanie, a jeżeli kiedyś zmieni zdanie to sam się podszkoli w tych sprawach”- to fragment listu mamy nastolatka, która uważa, że syn ma prawo do takiej decyzji.

Jednocześnie kobieta nie zakłada, aby ten mógł swoją dezaprobatę wyrazić wobec innych przedmiotów szkolnej edukacji, których on może nie za bardzo lubić, bo edukacja wymaga obowiązku poznawczego, nawet z przedmiotów, które w przyszłości młodemu się na nic nie przydadzą.

-”Przed laty zapisałem córkę na lekcje gry w tenisa mając nadzieję, że będzie drugą Światek, ale po latach okazało się, że setki godzin ciężkiej pracy i pieniędzy z naszej strony nie wystarczą, kiedy nie będzie talentu i determinacji z jej strony. W trakcie tych lat moja pociecha wielokrotnie starała się studzić nasz zapał i zrezygnować z naszych i jej marzeń, ale wtedy mówiliśmy jej, że to nic złego, jeżeli nawet nie osiągnie spektakularnego sukcesu, ale liczy się upór w dążeniu do celu. Teraz po latach widzę, że warto było jej i naszego poświęcenia, bo wyrosła na odpowiedzialnego człowieka, choć tenis obecnie jest tylko dodatkiem do rzeczywistości, którą pokonuje przełamując swoje zniechęcenia, kiedy nie wszystko układa się po jej myśli.”

Wielu młodych ludzi podejmuje decyzje o zaniechaniu religijnej edukacji i wcale nie trzeba się dziwić ich buntowi, ale może wtedy rodzice w trosce o ich późniejsze odpowiedzialne wybory nie powinni kibicować ich emocjonalnemu lenistwu, bo ona nie ogranicza się tylko do kwestii poznawczej, ale otwiera drzwi do zrozumienia czegoś szerszego, co niesie w sobie odpowiedzi na pytania o sens naszego życia. Także ich dojrzałości w kwestii zawierzenia Temu, który jest celem każdego człowieka.

Kryspin

środa, 10 stycznia 2024

 

Duszpasterskie odwiedziny czy wizyta teściowej?

Odwiedziny duszpasterskie potocznie nazywane kolędą to aktualny temat aktywności księży po Nowym Roku i w większości odbywają się z zachowaniem atmosfery kurtuazyjnej aprobaty ze strony odwiedzanych rodzin, ale nie zawsze.

W ogólnopolskim portalu internetowym ukazał się ostatnio wywiad z jedną z parafianek, która podsumowując dopiero co odbytą wizytę księdza w jej domu, stwierdziła, że być może to ostatnia kolęda w jej rodzinnych pieleszach. Argumentując swoją decyzję powołała się na stres swojej pociechy, która odwiedziny księdza w ich domu odebrała w sposób bardzo stresogenny i jeszcze długo po zakończeniu tego spotkania nie mogła dojść do siebie.

Z lapidarnej relacji tej kobiety trudno wyciągnąć wniosek, co było przyczyną takiego stresu u jej dziecka, bo nie pogłębiła wiedzy czytelników chociażby dlaczego te odwiedziny były tak nieprzyjemne, ale można się domyślić, że u źródła tej niezręcznej sytuacji mógł być fakt, że domownicy mają luźny kontakt z Kościołem, a maluch z księdzem miał do czynienia tylko na lekcjach religii i tylko z tego kojarzył przybysza w sutannie, kiedy rodzice swoje życie wiary z kościoła już dawno porzucili na rzecz niedzielnych odwiedzin w galeriach handlowych, bądź wypadach na łono natury, bo przecież niedziela winna służyć do ładowania akumulatorów po ciężkim tygodniu pracy.

Odwiedziny duszpasterskie to swoisty papierek lakmusowy weryfikujący obie strony takiego spotkania.

Po jednej stronie stają przedstawiciele kościelnego laikatu ze swoimi problemami codzienności, kiedy to nie zawsze mogą się chwalić religijną gorliwością, a po drugiej stronie pojawiają się u nich księża będący przedstawicielami kierownictwa lokalnej wspólnoty wierzących i to może rodzić niezręczność sytuacji, do której obie strony mogą prowadzić.

-”Często w trakcie kolędy spotykam się z zabawnymi pytaniami co do mojej osoby”- podzielił się ze mną swoimi spostrzeżeniami jeden z kapłanów przytaczający niezręczność początkowej rozmowy przy tej okazji

-”Ksiądz chyba nowy w naszej parafii, bo do tej pory nie mieliśmy okazji się poznać?-Tak zaczęła

ze mną rozmowę jedna z parafianek usiłując być przy tym miła.”

-”Rzeczywiście jestem świeżynką w tej wspólnocie, bo dopiero od czterech lat posługuję w naszym kościele - Odpowiedziałem z uśmiechem.”

Część parafian przyjmuje postawę usztywnienia licząc na to, że odwiedziny księdza będą krótkie jak przysłowiowa wizyta teściowej i dlatego najczęściej milczą nerwowo spoglądając na kopertę, która winna w szybki sposób zakończyć wymuszone odwiedziny.

Niestety do rzadkości należą sytuacje, kiedy obie strony łapią się na tym, że czas tak szybko płynie, a tyle informacji chcieliby sobie przekazać, jak to w przypadku przyjaciół, którzy spotykają się zbyt rzadko, aby się sobą wzajemnie nacieszyć.

Kolęda powinna być takim spotkaniem przyjaciół, którzy mają sobie dużo do powiedzenia.

Wśród tematów pewnie nie wszystkie powinny być zbiorem kurtuazyjnych ogólników, bo nie powinno się także pomijać spraw istotnych, ale zawsze z zachowaniem szacunku i obopólnego zrozumienia.

Księża, przynajmniej niektórzy, zapominają o tym, że Kościół to nie tylko wspólnota wierzących bezproblemowych, bo są także wśród parafialnych owieczek i takie, które potrzebują szczególnej troski jednak bez akcentu prokuratorskiego.

Z roku na rok gruntuje się tendencja, że coraz mniej ludzi chce gościć w swoich domach księdza w trakcie kolędy i szkoda, bo owszem można podjąć taką decyzję tłumacząc sobie, że jest ona zbędnym balastem przeszłości, kiedy i tak mnie z Kościołem już prawie nic nie łączy, ale?

Może nie warto przecinać cienkiej nici, która przecież w nas jest, choć byśmy w sobie pielęgnowali żale, te prawdziwe, ale i te subiektywne także.

Spotkanie z kapłanem może być dla nas szansą na połatanie naszych relacji nie z tym duchownym , ale z Bogiem, a na niego nie powinniśmy się zamykać, choć On szanując nasze decyzje wejdzie tylko tam, gdzie drzwi zastanie otwarte.

Kryspin

środa, 3 stycznia 2024

 

Proroctwo Symeona

W latach dwudziestych minionego wieku szerokim echem w świecie naukowych dociekań odbiły się ustalenia badaczy historii religii (Szkoła wiedeńska), którzy po wnikliwych badaniach doszli to tego, że religijność jest immanentną częścią ludzkiej natury od zarania dziejów.

Człowiek w swojej istocie jest genetycznie obciążonym potrzebą religijnych doznań i dlatego od zawsze żył w przekonaniu, iż ziemska historia to tylko część jego dziejów.

To w jasny sposób skutkowało rozwojem potrzeb duchowych od religii animistycznych, poprzez wierzenia politeistyczne aż po przyjęcie idei, w których wierni zaczęli utożsamiać swoje religijne przekonani z obrazem jednego Boga Stwórcy wszech rzeczy.

Niejako potwierdzeniem słuszności dociekań naukowców z minionego wieku było także to, że nie sprawdzała się teza przeciwników ich ustaleń, iż religijność ściśle wiązała się z poziomem kulturalnego rozwoju ludzkości, czemu przeczyła idea monoteistycznego Boga w ludach nomadycznych (Izrael) w okalającym ich świecie będącym na wyższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego, jednocześnie będącym nadal w realiach wiary politeistycznej (Egipt, Asyria czy Babilonia).

I tak w telegraficznym skrócie doszliśmy do historii, w której mamy do czynienia z początkiem i niebywałym rozkwitem monoteistycznych religii jakimi stały się chrześcijaństwo i islam, będące po dziś dzień głównymi ideami mającymi kolosalne znaczenie spełniające religijne zapotrzebowanie na odwieczną potrzebę wiary.

Przyglądając się początkowi chrześcijaństwa nie sposób pominąć zdarzenia ze świątyni Jerozolimskiej, kiedy to rodzice nowonarodzonego przyszli aby dopełnić odwiecznego zwyczaju ofiarowania go Bogu. Wtedy to starzec Symeon wypowiedział słowa proroctwa iż ten chłopiec będzie impulsem do powstania dla wielu, ale i znakiem sprzeciwu dla tych, którzy nie zamierzali poddawać się ludzkiej naturze wiary.

Niemal przez dwa tysiące lat przewidywania charyzmatycznego starca zdawały się być tylko zapowiedzią bez istotnych skutków, bo choć Kościół przeżywał przez ten czas wiele zakrętów, to były to tylko pomruki ze strony jego przeciwników, aż do naszych czasów.

Co prawda już w czasach Oświecenia dochodzili do głosu piewcy historii bez wiary, ale dopiero wiek XX zaowocował prawdziwą lawiną sprzeciwu wobec tego, co od zarania dziejów było czymś immanentnym dla ludzkiej natury.

Idee marksistowskich wolnomyślicieli znalazły podatny grunt najpierw w Rosji sowieckiej, w której po raz pierwszy zakiełkowała idea stworzenia nowego człowieka wolnego od religijnego opium, a później te zapatrywania przejęli neoliberalni zwolennicy wolności od religijnego uzależnienia, lansując ideę uwolnienia się od kagańca wiary, kiedy tak naprawdę warto żyć tylko tym co tu i teraz.

Zwolennicy czasu post religijnego od pewnego czasu lansują modę na areligijność posiłkując się tym, że Kościół ostatnio uwikłał się w ciąg skandali i o zgrozo, stawał po stronie władzy słusznie minionej.

Publikując nie zawsze rzetelne dane z nieukrywaną satysfakcją przytaczają procenty młodzieży rezygnującej z lekcji religii, którą obecna Pani Minister Edukacji uważa za zupełnie zbędną i dlatego zaleca by odbywała się tylko raz w tygodniu i to niejako poza planem lekcji.

Pewnie, że można przeprowadzać systematyczną walkę z Kościołem jako takim, ale tworzenie iluzji, że przy tej okazji zdoła się zmienić ludzkie dna, to karkołomne założenie.

Człowiek ze swej natury jest „obciążony” genem religijności i wszelki próby pozbawienia go tego, co stanowi istotę jego człowieczeństwa, to nie tylko kosmetyczny zabieg, ale coś, co należy uznać za próbę odebrania mu istotnej części jego samego.

I tu ważne zadanie dla Kościoła jako tego swoistego strażnika tego ludzkiego dna.

Odrzucając poza nawias to, w czym podważył swoją wiarygodność, winien nieustannie umacniać w gronie wiernych przekonanie, iż są kimś więcej ponad to, co tu i teraz, a wtedy nie będzie strasznym memento starca Symeona.

Kryspin

wtorek, 26 grudnia 2023

 

Kolęda

Było czerwcowe popołudnie, kiedy spotkałem się z proboszczem małej wiejskiej parafii. To mój dawny starszy kolega z seminarium, więc oprócz prywatnej sprawy, którą zamierzałem z nim skonsultować, przez chwilę wróciliśmy do wspomnień z naszej wspólnej przeszłości.

Czas naszego spotkania płynął szybko, kiedy w pewnym momencie ksiądz Marek, spoglądając dyskretnie na zegarek, poinformował mnie, że musimy kończyć, gdyż zamierza udać się na kolędę.

Zdziwiło mnie to, bo za oknem promienie popołudniowego słońca nieustannie przypominały, że był środek lata, więc to nie czas na duszpasterskie odwiedziny w domach parafian.

-”Widzę, że na twojej twarzy maluje się pytanie?” – zauważył z uśmiechem, by zaraz wytłumaczyć mi o co chodziło.

-”U mnie kolęda trwa cały rok i w każdy pierwszy i trzeci czwartek miesiąca odwiedzam po dziesięć rodzin w mojej parafii. Osiem z nich to planowe spotkania, a dwa pozostałe to takie odwiedziny na cito z tymi, którzy z różnych powodów potrzebują spotkania na już.”

Ksiądz proboszcz powiedział mi jeszcze jedną ważną rzecz:

-”My tutaj tworzymy jedną rodzinę, może i dużą, bo liczącą ponad 900 osób, ale dbamy o szczerość wzajemnych relacji. Wiemy o naszych osiągnięciach, ale i o mniej chlubnych dokonaniach także.

Moi parafianie znają mnie i wiedzą, że miałem czas trudny, kiedy w alkoholu próbowałem leczyć kapłańskie frustracje, ale dzięki nim wyszedłem na prostą. Ja także znam ich codzienność, która niekiedy wymaga dużej dozy cierpliwości i serca otwartego na pomoc wzajemną.

Systematycznie odwiedzam ich na rodzinnych uroczystościach, na osiemnastkę nastolatkowie otrzymują ode mnie prezent, liturgię odprawianą specjalnie dla nich, abyśmy wspólnie mogli prosić Boga o pomyślność dla ich dorosłości.

-Pewnie chciałbyś spytać, czy nasza parafialność to nieustanna sielanka?

-Odpowiem, że nie, bo tak jak to bywa w rodzinach, musimy mierzyć się trudnościami, kiedy któryś z nas przegrywa z samym sobą, ale wtedy ma wsparcie pozostałych bez kodowania wzajemnych pretensji.”

Jakże inny obraz kolędowych odwiedzin mamy zakodowany w naszych umysłach, kiedy kapłani w kilka dni po Bożym Narodzeniu zaliczają maraton odwiedzin w domach parafian i te spotkania coraz mniej przypominają odwiedziny duszpasterskie, a zamiast tego pozostają w naszej świadomości jak wizyty inkasentów, czy innego rodzaju poborców.

Proboszcz dużej, miejskiej parafii w wywiadzie udzielonym ogólnopolskim mediom zauważył, że proces laicyzacji w jego parafii to nie tylko coraz bardziej puste ławki w trakcie kościelnych liturgii, czy rosnąca rzesza młodych odchodzących od praktyki katechetycznej edukacji, ale i coraz mniejsza liczba otwartych drzwi dla duszpasterskich odwiedzin.

Jeszcze kilka lat temu ponad 7000 rodzin przyjmowało kolędę, a w minionym roku było ich już tylko niespełna tysiąc.

W tym miejskim parafialnym molochu pracuje pięciu księży, nie licząc dwóch seniorów w sutannach, czyli na jednego kapłana przypada mniej niż dwieście rodzin, które go przyjmą w trakcie kolędy.

Trudno nie pokusić się o porównanie z działalnością księdza Marka, który ma do kolędowego „obsłużenia” nieco więcej rodzin, a efekt w jego przypadku jest zupełnie inny.

Kościół rzeczywiście jest w głębokim kryzysie i zasiadł na równi pochyłej, na której będzie coraz bardziej karłowaciał i musi coś zrobić z tym faktem.

Odwiedziny duszpasterskie wśród tych, którzy nadal odczuwają potrzebę wspólnoty, to szansa na to, aby kapłani starali się zawiązywać więzi przyjaźni z tymi, którym oświetlają drogę do Bożej miłości.

Tylko wtedy, kiedy odrzucą mit wyjątkowości swojego wybrania i przyjmą niekiedy bolesną prawdę o swojej niedoskonałości, by otwarcie o niej mówić, tyko wtedy będą potrafili zatrzymać tę równię pochyłą wieszczącą koniec instytucji, którą firmują.

Kryspin

wtorek, 19 grudnia 2023

 

Teologiczna prawda o narodzinach w Betlejem

Za nami kolejny, szczególny dzień, kiedy w Kościele, jak co roku pod koniec grudnia przeżywaliśmy magię narodzin Boga w betlejemskiej stajence.

Może przez chwilę zatrzymaliśmy się w codziennym zabieganiu, aby namacalnie poczuć tę niezwykłość spotkania sacrum z profanum, zbratania Bożej nieskończoności z małością ludzkiego życia i to w tym najbardziej skromnym wydaniu, kiedy jedynymi świadkami narodzin oczekiwanego od stuleci Odkupiciela zostali prości pasterze z okolicznych pastwisk, co z perspektywy czasu, który minął od chwili, kiedy Ewangeliści spisali te wspomnienia (prawie 100 lat),wydaje się utwierdzać tezę, że mamy tu do czynienia z rodzajem mitu spisanego na potrzebę wiary początku nowej religii, i może jest w tym trochę prawdy.

Historia narodzin Boga, który w taki sposób zapragnął zapoczątkować swoje zbratanie z ludźmi niesie jednak w sobie bardzo głęboki sens i przekaz ewangeliczny nacechowany jest wielkim przekazem teologicznym, który nam poddali ci, którzy pragnęli potomnym ukazać głębię prawdy o Bożym planie przekraczającym wszelkie ludzkie wyobrażenie.

Idea Boga, który ośmielił się zaingerować w ludzką rzeczywistość od zawsze była czymś niewygodnym dla świata ludzi, którzy zamierzali tworzyć swoją historię bez Jego obecności, bo uważali, że tylko ludzki rozum ma prawo tworzyć rzeczywistość, i dlatego od początku tej religii teistycznej stawali przeciwko niej.

Historia chrześcijaństwa to nieustanne zmaganie się z zaakceptowaniem idei, że może być coś ponad ludzkie pojęcie w kwestii przyszłości wykraczającej ponadto co tu i teraz.

Należało by tu wspomnieć chociażby idee myśli oświeceniowej, która wprost utorowała drogę do negacji chociażby myśli teologicznej poprzednich epok, która wprost nie pasowała do ich założeń.

Pokłosiem tamtego czasu stało się gruntowanie nowoczesnej tezy, że człowiek osiąga wolność tylko bez „mrzonek” o wieczności.

Żyjemy obecnie w czasie, kiedy modnym stało się być wolnym od dawnego „opium' dla codziennego ludu i może dlatego nowoczesny świat tak systematycznie próbuje zeświedczyć to co do tej pory było świętością ludzkich korzeni.

Aby osiągnąć swój cel uwolnienia człowieka od tradycyjnych wartości będących spuścizną naszej chrześcijańskiej historii, pewne środowiska od lat prowadzą kampanię spłycania ludzkiej wiedzy chociażby w kwestii nauczania religii, co w efekcie miałoby stworzyć nowe pokolenie religijnych analfabetów, czyli ludzi wolnych od stawiania fundamentalnych dla człowieka pytań: kim jestem, skąd pochodzę i dokąd zmierzam.

Ostatnie rozporządzenie nowej Pani Minister Edukacji zdają się wpisywać w ten ton nowoczesności, kiedy zdecydowała, iż w procesie kształtowania wiedzy młodych ludzi wystarczy tylko jedna lekcja religii w tygodniu, no bo po co zaśmiecać umysły dzieci jakimiś „bajkami” o ludzkim przeznaczeniu wykraczającym ponad to co tu i teraz.

Z pewnością to nie koniec „naprawy” systemu szkolnictwa w rozumieniu obecnych władz, bo w następnym kroku będzie decyzja o całkowitym wyrugowaniu nauczania religii ze szkół i dobrze.

Dobrze, bo nauczanie o Bogu w oparach eksperymentów edukacyjnych nie służy nikomu i może już najwyższy czas, aby Kościół powrócił do nauczania religii w swoich zasobach.

Oczywiście to nie będzie łatwe zadanie zważywszy na rodzaj rozleniwienia, kiedy to ktoś inny brał odpowiedzialność za tę szczególną edukację.

Kościelni włodarze będą zmuszeni do szeregu działań, aby nauczanie o Bożym planie zbawienia nie było tylko prostym powielaniem stereotypów z niedouczonymi kościelnymi edukatorami, bo nowa rzeczywistość wymaga gruntownej wiedzy tych, przed którymi zostanie postawione zadanie kształtowania młodych ludzi mających solidne podstawy do poszerzania swojej wiedzy w tak istotnej sprawie, którą jest zrozumienie i przyjęcie prawdy o Bożym planie dotyczącym przyszłości każdego człowieka.

Kryspin

środa, 13 grudnia 2023

Apostazja to efekt ograniczonej wiary.

Znany aktywista kościelny, dyrektor białostockiego oddziału Caritas, od 2019 roku kandydat na szafarza nadzwyczajnego mającego uprawnienia do udzielania sakramentu eucharystii, nagle ogłosił swoją decyzję o akcie apostazji.

Ta spektakularna decyzja z jego strony odbiła się głośnym echem w lokalnej społeczności i zrodziła szereg pytań, co legło u podstaw takiej decyzji.

Sam bohater tego wydarzenia bardzo oszczędnie poinformował ciekawskich, że podjął taką decyzję w akcie sprzeciwu przeciwko patologiom, z którymi od dłuższego czasu nie radzi sobie instytucja, z którą do tej pory był związany i ma dosyć tego wszystkiego.

Apostazja jest najbardziej drastycznym aktem rozbratu z dotychczasowym życiem w cieniu wiary związanej z Kościołem, ale wcale to nie znaczy, że osoba podejmująca taką decyzję odcina się od wiary jako takiej.

W pamięci mamy inny taki akt, kiedy przed laty na ten sam krok zdecydował się znany teolog, autor wielu rozpraw z teologii fundamentalnej, niedoszły kandydat do godności biskupiej, który w geście sprzeciwu wypisał się z kościelnego katalogu wierzących i zdecydował się na życie w cywilu.

Także i w jego przypadku trzeba zauważyć, że to odejście z Kościoła nie było tożsame z odejściem od wiary jako takiej.

W ostatnich latach apostazja stała się modna, o czym może świadczyć chociażby liczba osób, które zdecydowały się na ten krok i sformalizowali swój sprzeciw przeciwko trwaniu w gronie członków Kościoła i za prawie każdym razem swoją decyzję motywowali bardzo podobnie:

-„Odchodzę z tej wspólnoty, bo poczułem się zawiedziony i zniesmaczony Kościołem targanym aferami i moralną degrengoladą”.

Jeżeli do tego dołożyć te „ciche apostazje”, kiedy swoją decyzję o odejściu wielu nie sformalizowało, to jednak dokonali swojego odejścia od kościelnych struktur, to okazuje się, że jest to znacząca grupa zawiedzionych.

-Wierę, zawiodłem się i dlatego odchodzę, to za każdym razem jest czymś bolesnym, ale problem Kościoła sięga daleko głębiej.

Prawdziwym zgryzem z którym musi się mierzyć ta instytucja to wiara ograniczona.

W Kościele jest „żelazny elektorat”, jak moglibyśmy użyć tego określenia znanego nam z politycznych salonów, kiedy mamy do czynienia z ludźmi głębokiej, bezwarunkowej wiary, której bezpośrednim adresatem jest Chrystus Syn Najwyższego, i żaden, nawet nie dostający do powagi swojego powołania pośrednik (kapłan) nie jest wstanie zamazać Jego obrazu i osłabić zaufania.

Na drugim biegunie tej wspólnoty są jednak i ci, którzy charakteryzują się wiarą ograniczoną, kiedy jej siła jest uzależniona od zaufania pośrednikom i wtedy przy pierwszym rozczarowaniu powoduje rozbrat z Tym, który jest istotą i jej celem.

Był maj 1979 roku, kiedy przed zapowiedzianą pielgrzymką do Gniezna Jana Pawła II w zaciszu kurialnych pomieszczeń rozgorzała walka o znalezienie się na liście wyróżnionych mających otrzymać komunię z jego rąk.

Byliśmy wtedy na III roku formacji ku przyszłemu kapłaństwu i wtedy jeden z kolegów stwierdził z niesmakiem:

-”Jak trzeba być człowiekiem małej wiary, aby bić się o opakowanie, kiedy ma się otrzymać drogocenną perłę. Przecież Chrystus eucharystyczny jest najważniejszym, niezależnie od tego, czy szafarzem jest człowiek w białej szacie, czy ksiądz w znoszonej sutannie gdzieś w małym wiejskim kościółku.”

Minęło od tamtego czasu wiele lat, ale Kościół ma nadal problem z wiarą ograniczoną swoich członków i na tym polu musi dokonać tytanicznej pracy, aby otworzyć przed nami wszystkimi nadzieję na stanie się „żelaznym elektoratem”, kiedy jednym wyznacznikiem naszej wiary powinien na powrót stać się ten, który ponad dwa tysiące lat temu powołał do życia swój Kościół, którego jest i będzie jedynym pośrednikiem Bożego planu.

Kryspin 

środa, 6 grudnia 2023

 

Rozdział Kościoła od wiernych.

Dominikanin Piotr Gużyński znany z licznych komentarzy dotyczących Kościoła opublikował niedawno krótki wpis o panice duchownych oczekujących na skutki wprowadzenia ustawy o rozdziale tejże instytucji od państwa i wyraził przy tym swoje zdziwienie, że za tym strachem nie idą żadne działania z ich strony.

Kościół rzeczywiście ma czego się bać, bo tracąc przyjaźń z „tronem”, czyli z władzą, która do tej pory roztaczała finansowy parasol ochronny nad jego poczynaniami, będzie musiał się mierzyć z wyzwaniami sam, a jeżeli do tego dołożyć coraz mniejszą tacę, bo owieczek ubywa, to strach wydaje się jak najbardziej zasadny.

Ta niepewność jutra dotyka także kościelne doły, czyli kapłanów będących na pierwszej linii frontu we wspólnotach parafialnych, bo to istotny element kościelnego poletka zasilającego finanse diecezjalnej kasy, a jej głębia jest niezmierzona.

Proboszczowie nie od dziś wiedzą, że z górą trzeba się dzielić, aby zaskarbiać sobie jej przychylność, bo codzienne duszpasterstwo, które mogłoby się wydawać najważniejszym, to jednak ma niewielkie znaczenie, o czym mogą świadczyć liczne przykłady.

Aby nie być gołosłownym przytoczę dwa przykłady:

Pierwszy dotyczy zacnego kapłana, znakomitego duszpasterza przez okrągłą dobę zaangażowanego w sprawy parafialne, organizatora licznych charytatywnych akcji dla najbiedniejszych owieczek ze swego stada, póki co będącego w łaskach kurialnych zwierzchników, a wszystko to do czasu, kiedy to jedną decyzją sprzeciwiającą się nadmiernej pazerności centrali, odmówił przesłania parafialnej corocznej daniny na jej rzecz, bo akurat remontował jadłodajnię dla ubogich, i zaraz po tym otrzymał dekret przeniesienia do mniej prestiżowej parafii z informacją, że nie bardzo radzi sobie z wyzwaniami.

Krótko po tym zdarzeniu jeden z jego kolegów w sutannie stwierdził krótko:

-”Tak się kończy, kiedy nie potrafisz się dzielić z tymi, od których zależy twój los”

Drugi przykład zgoła odmienny, który zamieszczono na portalu społecznościowym:

-”Święty Deweloper !
Jerzyka przedstawiać nie trzeba.
Proboszcz ( tu pada nazwa parafii) ma swój styl, dlatego parafianie go nie lubią. Ma straszne parcie na kasę, dlatego na tacy interesują go zawsze banknoty a nie bilon.
Od dziś Jerzyk dostaje ksywkę Święty Deweloper, bo jak wejdzie ustawa o zakazie sprzedaży ziemi z wyjątkiem Kościoła, to na 1000000 % Jerzyk będzie solidnie mieszał.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że ten proboszcz, choć jak zauważają piszący nie bardzo lubiany przez parafian i pewnie mający dystans do bezinteresownego zaangażowania się w sprawy duszpasterskie, przeliczający swoje powołanie na obfitość niedzielnej tacy, jednocześnie jest w dobrych stosunkach ze swoimi przełożonymi, którzy nagrodzili jego „prawidłową” postawę godnością kanonika pobliskiej kapituły, a głosy niezadowolenia owieczek, no ale, nikt nie jest doskonały.

Ks. Jerzyk ma jeszcze jeden ważny walor, bo póki co pozostało w jego włościach jeszcze sporo ziemi, z której zyskiem po sprzedaży z pewnością się podzieli z kim trzeba.

Rozdział Kościoła od państwa nie jest tragedią, a co najwyżej nowym doświadczeniem, z którym ten będzie się musiał zmierzyć.

Daleko gorszym jest perspektywa rozbratu tej instytucji z wiernymi, o czym póki co hierarchowie i ich parafialni pomagierzy zdają się nie myśleć.

Jeżeli nadal będzie głuchy na oddolne niezadowolenie dochodzące z parafialnych poletek, które nie bez powodu sygnalizują, że nie godzą się na kapłanów „Jerzyków”, których z jakiejś przyczyny nie darzą sympatią, to konsekwencją będą coraz bardziej puste kościelne ławy.

Może już ostatni czas, aby rezydenci biskupich pałaców zaczęli zauważać, że ich dobrostan jest wprost uzależniony nie od dóbr, które jeszcze pozostały do spieniężenia, bo prędzej czy później i one się wyczerpią.

Bogactwem Kościoła są wierni i od dobrego duszpasterstwa zależy, czy będą z nim jednością, czy nastąpi ich odejście od tej instytucji.

Kryspin

środa, 29 listopada 2023

 

Koniec roku liturgicznego - czas podsumowania

Przełom listopada i grudnia jest w Kościele czasem szczególnym i nie chodzi tylko o adwentowy okres oczekiwania na narodziny Bożego Syna, co miało zapoczątkować nowy czas, od którego już nic nie pozostałoby takie jak do tej pory.

Pierwszą niedzielę adwentowego przygotowania do przeżywania cudu narodzin Boga w betlejemskiej stajence, jak co roku, zawsze poprzedza uroczystość Chrystusa Króla spinająca swoistą klamrą kończący się kolejny rok liturgiczny (w tym roku obchodziliśmy ją 26 listopada).

Tak już jest, że w czasie kończącym jakiś okres w naszej historii dokonujemy podsumowania zysków i strat z danego czasu. Nie inaczej jest z Kościołem, dlatego między innymi od lat w tę ostatnią niedzielę roku liturgicznego proboszczowie w trakcie ogłoszeń parafialnych informują zebranych o najważniejszych sprawach, z jakimi przyszło się mierzyć w mijającym okresie.

Po każdej liturgii sprawowanej tego dnia parafialni pomocnicy dokonują liczenia wiernych uczestniczących w kościelnych wydarzeniach.

To w pewien sposób dopełnia obrazu kondycji parafialnych wspólnot i może być przekazywana dalej, aby na diecezjalnym szczeblu kościelni analitycy mogli opracować zestawienie dla biskupich włodarzy tychże wspólnot.

Patrząc nieco z boku trzeba zauważyć, że mijający rok liturgiczny przyniósł wiernym i radosne przeżycia, jak chociażby decyzję Watykanu o powołaniu w poczet kolegium kardynalskiego naszego arcybiskupa diecezji łódzkiej Grzegorza Rysia. Dla obserwatorów kościelnego poletka to jeden z jaśniejszych punktów na mocno zachmurzonym firmamencie polskiego, hierarchicznego Kościoła.

Na drugim biegunie rzeczywistości musieliśmy odnotować kolejne ekscesy ludzi w sutannach, którzy uraczyli żądnych sensacji ludzi daleko będących od kościelnego poletka i zatracili się w seksualnych doznaniach zakończonych z poważnych powodów wizytą ratowników medycznych i miejscowych stróżów prawa, wezwanych przez tych ostatnich nie mogących czynić swoich powinności ratujących życie.

Istotnym efektem tego skandalu stała się rezygnacja miejscowego biskupa, któremu już wcześniej zarzucano, że nie bardzo interesował się kondycją moralną swoich współpracowników i lepiej by było gdyby oddał ster diecezjalnej łodzi komuś, komu zwyczajnie by się bardziej chciało.

W makro skali najbardziej zauważalnymi skazami na budowli polskiego Kościoła i to nie tylko w minionym roku, były dwa zjawiska: lawinowe rezygnacje z lekcji religii prowadzonych póki co w szkołach i coraz częstsze omijanie ołtarza przy sposobności zawierania związków małżeńskich, o czym świadczą oficjalne dane statystyczne mówiące o rosnącej przewadze urzędników stanu cywilnego nad kapłanami z sakramentalną stułą.

W minionym roku ponad 50% młodych zdecydowało, że swoje „tak” ograniczą do państwowego urzędnika, i to musi rodzić pytanie, dlaczego tak wielu katolików ( choćby z metryki) porzuca tradycyjne dla swoich rodziców wartości?

W jednym z prasowych wywiadów redaktor zadał pytanie młodym kapłanom o przyczynę obecnego kryzysu Kościoła w Polsce?

Księża nie szukali tajemniczych sił działających przeciwko ich posłannictwu, a zamiast tego przyznali wprost, że winę za obecny stan ponoszą ich przełożeni i to na różnych szczeblach kościelnej władzy, począwszy od parafialnych poletek zarządzanych często przez tetryków w sutannach, a na purpuratach żyjących w szklanych bańkach odrealnienia, będących daleko o ludzkich problemów także tych dotyczących spraw wiary,

„-Kościół z obecnego doła wyjdzie mocno okrojony, ale głęboko wierzę w to, że będzie jednocześnie bardziej autentyczny i gotowy służyć rzetelną odpowiedzią wszystkim, którzy przed nim będą stawiali pytania, nawet najtrudniejsze w swoich treściach, ale jednocześnie naładowane pragnieniem dotarcia do prawdy, także tej dotyczącej naszej wiary i przeznaczenia.”
To słowa młodego księdza, który jest gotowy realizować swoją trudną drogę i być przewodnikiem dla tych, którzy w nim będą pokładać nadzieję.

Kryspin

środa, 22 listopada 2023

 

W Kościele nigdy nie będzie rozwodów

-”Jestem chrześcijaninem, choć skonfliktowanym z Kościołem poprzez rozwód i ponowne zawarcie związku małżeńskiego”- to fragment maila czytelnika, w którym w bardzo lapidarny sposób wyraził swoją sytuację członka wspólnoty wiary będącego poza możliwościami pełnego uczestnictwa w codzienności dostępnej tym żyjącym w zgodzie z przyjętymi kościelnymi normami.

To jeden z wielu głosów ludzi pozostających poza nawiasem sakramentalnego życia, które zostało niejako zarezerwowane dla tych, których codzienność oszczędziła w życiowych zawirowaniach, co nie znaczy, że uczyniła ich obojętnymi na te kwestie.

Jeżeli mówimy tu o ponad 30% wiernych, którzy wskutek różnorakich przyczyn doznali tragedii rozpadu swoich sakramentalnych związków i utracili przez to prawo do pełni uczestnictwa w sakramentalnym życiu wiary, to Kościół zaczyna przypominać dziwny twór, w którym coraz więcej jest takich wyautowanych ludzi żyjących ze stygmatem zmarnowanego daru jaki w sobie niesie łaska małżeńskiego sakramentu.

Jakby tego było mało do tej przykrej statystyki należałoby doliczyć jeszcze spore grono tych, którzy już dawno zapomnieli o istocie tego sakramentu, który zasadza się na słowach przysięgi mówiących o wzajemnej miłości, wierności i uczciwości wzajemnej, jako istotnych filarach prawdziwości wzajemnych relacji poślubionych sobie małżonków i mamy gotowy, ciemny obraz rzeczywistości.

Tylko znikomy procent tych, którym wspólne życie się pokopało, stara się znaleźć wyjście z tego ciemnego i często przez nich niezawinionego zaułka i próbuje szukać ratunku dla zdeptanej miłości i zgłasza się do kościelnego trybunału licząc na to, że tam ktoś unieważni ich błąd orzekając, że ich małżeństwo choć zawarte w blasku ołtarza tak naprawdę nigdy się nie dokonało i wobec Boga są w porządku nawet jeżeli ponawiają kolejną próbę sakramentalnego tak, ale to wciąż ułamek procenta tych szczęśliwców, którzy mieli w sobie dość determinacji, aby w ten sposób szukać usprawiedliwienia dla swojej minionej, błędnej decyzji.

Unieważnianie sakramentu poprzez decyzję kościelnych speców od prawa kanonicznego uważam jednak za dalece niesprawiedliwe i faworyzujące tych, którzy takowe często sobie załatwiają, a to nie ma nic wspólnego z przywracaniem porządku prawdy, i tu dochodzimy do ściany, bo Kościół owszem staje się otwartym na tworzenie swoistych protez dla nielicznych pozostając w „piekle” związków tych, którzy często zaciskając zęby muszą się godzić ze swoim losem nawet wtedy, kiedy nie pozostało już nic z dawnej miłości, wierności, czy uczciwości wzajemnej.

W Kościele nigdy nie będzie rozwodów – stwierdzają puryści tej instytucji i póki co będzie trudno zmienić ten konserwatywny trend, ale przecież Bóg nie powołał do życia tę wspólnotę wiary tylko dla nielicznych, którym los oszczędził goryczy porażek.

W kościołach protestanckich, które przecież też aspirują do chrześcijańskiej tradycji, sakrament małżeństwa traktowany jest także bardzo poważnie, a jednak dopuszczają rozstanie małżonków, kiedy następuje śmierć ich związku.

W Kościele nigdy nie będzie rozwodów i to jest raczej pewne, ale ten sam Kościół musi stać się otwartym na to, aby nie być w opozycji do najważniejszego przykazania, które sam Bóg uczynił najważniejszym Jego darem.

To on powołał tę wspólnotę, aby dać nadzieję na wieczną nagrodę wszystkim tym, którzy niekiedy w niedoskonały sposób, ale odpowiadają wiarą w Jego nieograniczone pokłady miłości i nadziei.

Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską aż do śmierci wcale nie musi się ograniczać do jednoznacznego rozumienia, że tylko odejście z tego świata kogoś, kto żył tylko po to, aby niszczyć piękno małżeńskiego związku, jest jedynym rozwiązaniem.

Reformacja Lutra była głosem sprzeciwu wobec rozbratu Kościoła z depozytem złożonym jemu przez tego, który nadal jest jedynym i najważniejszym.

Może warto by było aby dzisiejsi włodarze Łodzi Piotrowej rozważyli, że postanowienia protestanckiej teologii w kwestii małżeństwa nie są wcale odległe od zamysłu tego, który dał ludziom tenże sakrament.

Kryspin

środa, 15 listopada 2023

 

Rozdział Kościoła od Państwa.

No i dostało mi się od czytelniczki, która zarzuciła mi niedouczenie, dlatego pozwolę sobie na przytoczenie w całości jej maila :

-”Szanowny Panie!

W XXI wieku nadal Pan sądzi, że antykoncepcja równa się aborcja?

Wielkie niedouczenie. Chyba że w kontekście odchodzącej większości parlamentarnej, która najchętniej by zakazała wszelkich środków antykoncepcyjnych.

Z wyrazami szacunku” i podpis Pani M.

Pewnie, że każdy może wyrazić swoją dezaprobatę wobec poruszanego tematu, z którym wcale nie musi się zgadzać, ale trzeba odnosić się do treści, a tam ani słowem nie zrównałem antykoncepcji z aborcją, no chyba, że interlokutorka uważa, iż aborcja do 12 tygodnia to swego rodzaju krok antykoncepcyjny i nic więcej.

Po tym wpisie muszę prosić, aby stosując polemikę najpierw starać się czytać ze zrozumieniem, to co zostało przeze mnie napisane, no chyba, że chodzi o to, aby z góry się nie zgadzać niezależnie od tego, czego dotyczy tekst.

Już na koniec, trudno nie odnieść wrażenia, że w naszej rzeczywistości narasta niebezpieczeństwo polaryzacji wobec spraw, które nie powinny nas dzielić, bo to może tylko cieszyć tych, którym nasza różnorodność jest swoistą zadrą wobec laickiego liberalizmu.

Czy należy się obawiać przyszłości?

W nowo powołanym Parlamencie jednym z pierwszych zadań do załatwienia obecna większość postukuje pilne przeprowadzenie rozdziału Kościoła od Państwa i pewnie nie byłoby sprawy, gdyby nie było to pokłosiem niechęci do tej instytucji.

Rozdział Kościoła od państwa, czyli co?

Czy chodzi o uzdrowienie wzajemnych relacji zachwianych przez odchodzący polityczny układ, czy o marginalizację tej instytucji jako nie przystającej do wizji nowego społeczeństwa?

Marszałek Senior inaugurujący obrady nowo powołanego Parlamentu wspomniał o chrześcijańskich korzeniach będących gwarantem naszej państwowości, akcentując przy tym istotne działanie Kościoła jako strażnika tejże.

Pewnie, że relacje Państwo-Kościół wymagają jasnych, wolnych od politycznych kontekstów relacji, ale rządzący nie mogą zapominać, że tworzenie rozdziału nie może być równoznaczne z tworzeniem rzeczywistości, w której ta separacja miałaby być równoznaczna z tworzeniem swoistego muru ze społeczeństwem będącym w przeważającej liczbie członkami tej społeczności.

Pewnie jednym z pierwszych działań uwalniania Państwa od kościelnego kagańca będzie zdjęcie krzyży z miejsc publicznych (szkoły, szpitale i sala sejmowych obrad), a później przyjdzie czas na lekcje religii w szkołach, ale to tylko gesty obliczone na poklask tych, którym od zawsze one przeszkadzały, i nic ponad to.

Paradoksalnie takie działanie wcale nie będzie służyło „opiłowywaniu wierzących”, a tylko pobudzi w nich potrzebę pogłębionej wiary.

Religia może wrócić do parafialnych salek i dobrze, bo wtedy Kościół uniknie iluzji, że wszyscy są za i zmusi go do wytężonej pracy duszpasterskiej.

Prof. Stanisław Stabryła, polski filozof kultury napisał książkę : „Znak, któremu sprzeciwiać się będą – pierwsi wrogowie Chrystusa”, w której przybliża czytelnikom bohaterów prześladujących Kościół u jego zarania i przy tej okazji przybliża nam ich historię owładniętych nienawiścią ludzi, którzy poświęcili swoje życie na walkę z nową religią.

Wśród nich szczególną uwagę poświęcił trzem: Judaszowi, Piłatowi i żyjącemu obsesją Neronowi.

Historia zapamiętała ich tylko z tej niechlubnej strony i tylko z niej.

Pewnie historia zatoczy koło i wielu z tych „przedstawicieli narodu”, którym obecnie przeszkadza Chrystus, zostanie zapamiętanych tylko w tym kontekście.

Kryspin

wtorek, 7 listopada 2023

 

To tylko żołądź!

-”Byłam na trzecim roku studiów, kiedy wdałam się w romans z Markiem, adiunktem z naszego wydziału i będąc szaleńczo w nim zakochana liczyłam na to, że porzuci dla mnie swoją rodzinę, bo często mnie zapewniał, że tylko mnie kocha, a jego małżeństwo to już tylko przeszłość.

Moja sielanka trwała do czasu, kiedy poinformowałam go, że będziemy mieli dziecko.

Marek od tego czasu się zmienił i po kilku dniach postawił mi warunek, że możemy być razem ale bez zbędnego bagażu, jakim miało być nasze dziecko i stanowczo zdecydował, że muszę się go pozbyć.

Po tej naszej rozmowie wręczył mi kopertę i adres lekarza, który szybko załatwiłby nasz problem.

Choć przepłakałam całą następną noc, zrobiłam to, czego się domagał i pozbyłam się „kłopotu”.

To jednak nie załatwiło sprawy, bo po kilku następnych dniach oznajmił mi, że może lepiej by było gdybyśmy się rozstali i tak zakończyła się nasza miłość, a może tylko moja miłość, bo on pewnie nigdy mnie nie kochał.

Od tego czasu minęło kilka lat, a ja ciągle myślę o tym, że wtedy zabiłam część siebie i tylko ze smutkiem obserwuję szczęśliwe kobiety cieszące się widokiem swoich baraszkujących pociech, kiedy ja mogę sobie tylko wyobrażać uśmiech mojego dziecka, któremu odebrałam do niego prawa.”

Taki smutny list napisała do mnie kobieta, która pozbyła się „kłopotu” dla iluzji ratowania swojego szczęścia.

I jeszcze jeden list od czytelniczki „Księdza w cywilu”

-”To miało być nasze trzecie dziecko, kiedy po badaniach prenatalnych dowiedzieliśmy się, że coś jest nie tak.

Lekarz prowadzący moją ciążę poinformował, że wszystko wskazuje na to, iż płód ma wadę genetyczną i dziecko będzie obarczone zespołem Downa.

Mój mąż od razu stanowczo domagał się tego, bym poddała się aborcji, ale je się na to nie zgodziłam, pomimo, że zagroził, że jeżeli je urodzę, to on odejdzie.

Kilka miesięcy później, kiedy Michaś miał dwa miesiące po prostu nas zostawił, aby szukać szczęścia u innej kobiety.

Już od ośmiu lat musimy radzić sobie sami bez ojca, który podobno jest już z nową, kolejną partnerką i robi karierę w biznesie, ale to my jesteśmy szczęśliwi codziennością, która wita nas każdego poranka uśmiechem kochającego się rodzeństwa, a Michaś choć inny od nas fizycznie, potrafi kraść nasze uczucia jak nikt inny.”

Dwa jakże różne od siebie listy, ale traktujące o tym samym czyli o cudzie narodzin, który dany jest tylko kobiecie.

W czasie telewizyjnej dyskusji na temat projektu dowolności aborcyjnej starli się politycy będący za utrzymaniem wyroku Trybunału Konstytucyjnego chroniącego prawo dziecka do życia ze zwolennikami liberalizmu aborcyjnego mającego chronić kobiety przed niechcianą ciążą.

Pani posłanka z lewicy zapytana o to, czym się różni 12 tygodniowe dziecko będące w łonie matki od tego, które przychodzi na świat, odpowiedziała, że różni się tym jak żołądź od dębu i koniec.

Pewnie można i tak.

Aborcja nie jest środkiem antykoncepcyjnym i dziwi mnie to, że środowiska noszące na sztandarach hasła opieki nad kobietami nie starają się pochylać nad tragedią tych, które osamotnione decydują się na taki desperacki krok, po którym w ich psychice pozostaje niezabliźniona rana i trauma straconej szansy na najpiękniejsze doznanie, jakim dla kobiety jest chwila, kiedy do swojego serca może przytulić własne dziecko.

Pewnie, że można tłumaczyć sobie, że kobieta ma prawo do pozbycia się „problemu”, bo przecież to tylko żołądź i nic to, iż z niego wyrasta piękne drzewo, albo że to tylko „galaretka”, której można się pozbyć jak niechcianego kataru.

Kobietom z „problemem” potrzeba wyciągniętej do nich pomocnej dłoni, której mają prawo oczekiwać od nas wszystkich.

Kryspin

niedziela, 5 listopada 2023

 

Europa chrześcijańska, albo żadna

Według badań Eurostatu ludność Europy wzrosła ostatnio o ponad 1, 7 miliona obywateli i wynosi obecnie 448 milionów ludzi (bez Rosji).

Te dane mogłyby napawać optymizmem, gdyby nie jeden istotny element, o którym się nie wspomina.

Przyrost ludności naszego kontynentu odbywa się dzięki wzmożonej fali migracyjnej, która od kilkunastu lat transferuje setki tysięcy nowych Europejczyków z obszarów obcych nam kulturowo i do tego opowiadających się za odmiennością w kwestii wyznania, preferując islam jako swoją, jedyną religię.

Europa jako gwarant chrześcijańskiego dziedzictwa jest w odwrocie, o czym mogą świadczyć chociażby w ekspresowym tempie powstające nowe świątynie z półksiężycem chociażby w sąsiadującym z nami trenem na zachód od Odry.

Nie inaczej jest w drugim co do wielkości państwie europejskim, czyli we Francji, gdzie już obecnie przybysze z obszarów muzułmańskich stanowią ponad 15% ogółu mieszkańców.

Jeżeli do tego wszystkiego dołożyć badania zmian demograficznych, które czekają nasz kontynent w perspektywie kilkudziesięciu następnych lat, to jawi się nam nieciekawa perspektywa.

Specjaliści przewidują, że za około 30 lat ludność Europy i owszem pozostanie na niezmienionym poziomie, ale rdzennych obywateli będzie o około 25% mniej, a lukę demograficzną wypełnią potomkowie nacji napływowych i w dalszej perspektywie ta tendencja będzie się już tylko pogłębiała.

W naszych mediach przetoczyła się ostatnio dyskusja nad tym w jaki sposób winniśmy się zabezpieczyć na niepewne czasy, kiedy to u wrót naszego europejskiego dobrostanu co chwilę wybuchają konflikty zbrojne mogące łatwo podpalić ten nasz spokój.

Jedni nawołują do zbrojenia się po zęby, inni podniecają się perspektywą utworzenia europejskiej armii jako gwaranta bezpieczeństwa naszych granic, ale niepewność i tak pozostaje.

Europa i my w niej boimy się wojny z czołgami i śmiercionośnymi rakietami, a nie jesteśmy świadomi, że ona już u nas jest.

XXI wiek zmieni jej oblicze i teraz to nie pancerne zagony u naszych granic są zwiastunem zagłady.

Nasze czasy są areną wojny cywilizacyjnej i jeżeli tego nie zauważymy, to będzie koniec świata, który do tej pory znaliśmy.

Najgorszym w tym wszystkim jest to, że my sami, może nieświadomie, tworzymy coś na kształt piątej kolumny szykującej pole dla wrogów naszego świata, bo z pewnością z radością przyjmują oni działania podcinające korzenie europejskiej tradycji będącej dotąd gwarantem naszego jutra.

We Francji prezydent z satysfakcją zapowiada że już niebawem do ichniejszej konstytucji zostanie wprowadzony zapis o dowolnej aborcji na życzenie, i to wszystko w imię wolności od religijnego uzależnienia.

W Polsce jesteśmy na progu zmiany politycznych sił cieszących się z przejęcia władzy, i wszystko wydaje się być naturalnym, gdyby nie to, że szykują czystki a może trzeba by powiedzieć spustoszenie w kwestiach moralnych, czego wyrazem ma być dowolność w kwestiach aborcyjnych, a w dalszej polityce otwarta walka z Kościołem, który ma zostać zmarginalizowany.

Trudno nie uznać tego, jako działanie podcinające korzenie chrześcijańskiego dziedzictwa, które na przestrzeni wieków było gwarantem naszego istnienia.

Można mieć wiele zastrzeżeń co do zachowania kościelnych władz, można piętnować i słusznie patologie, które owocują brakiem szacunku dla kapłańskich szeregów, ale nie można się tym upajać i cieszyć się perspektywą jego całkowitego upadku, bo wtedy przez wieki budowany mur chrześcijańskiego bezpieczeństwa stanie się li tylko dziurawym płotem, przez który zaleje nas nie tylko obca kultura, ale i nowy porządek religijności zupełnie nam obcej.

Kryspin

środa, 25 października 2023

 

Czy można być niewierzącym w Kościele?

W „Faraonie” Prusa pojawił się fragment, kiedy to egipscy kapłani, obawiając się gniewu ludu, wykorzystali swoją wiedzę z dziedziny astronomii i przewidując nadchodzące zaćmienie słońca, wykorzystali to zjawisko, aby wprowadzić w zgromadzonych paniczny strach, mówiąc, że to widomy znak gniewu bogów wobec ludzkiej niegodziwości.

Strażnicy tajemnic świątyni  posiadali wiedzę o świecie, ale czy mieli także wiarę w tego, którego kult szerzyli?

Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi, ale jeżeli dla zachowania swojej pozycji posługiwali się kłamstwem, to w człowieku musi się rodzić wątpliwość co do ich religijnych przekonań.

Minęły całe tysiąclecia i wiara starożytnych jest dla nas co najwyżej religijną ciekawostką i nikt z trzeźwo myślących już nie wierzy w bóstwa powołane do życia przez kastę egipskich kapłanów.

Przez ponad dwa tysiące lat żyjemy w religijnej rzeczywistości, którą zapoczątkował niezwykły człowiek z galilejskich piachów, który za swoje przekonania nie wahał się poświęcić życia na drzewie krzyża, ale przed tym tragicznym epilogiem swojej misji nie tylko powołał do życia nową religijną wspólnotę, ale niejako legitymując swoją misję, obiecał, że będzie najważniejszą częścią swojego Kościoła także po osobistym triumfie nad śmiercią w akcie zmartwychwstania.

Dwadzieścia wieków trwania i wiele wichrów targających Kościół nie zniszczyło go. Bolesne podziały i ataki zwolenników rozumu na niewiele się zdały i ta wspólnota przetrwała do naszych czasów.

Walka o rząd dusz jednak nie ustaje i co chwilę Kościół musi się mierzyć z nowymi atakami. Niekiedy są to publikacje z literackiego podwórka, jak chociażby beletrystyka Dona Browna, który wykorzystując powściągliwość Watykanu do ujawniania tajemnic skrywanych w swoich archiwach, dołożył lekkość , by stworzyć poczytne sensacyjki, którym z wypiekami na twarzy sekundują rzesze czytelników, twierdzących, że musi być w tym coś na rzeczy, i literacka fikcja przybiera formę skrywanej prawdy.

Kolejną cegiełkę do tych spektakli sensacji dołożył ostatnio znany u nas trener wizerunku personalnego, a później bohater skandalu z pornografią dziecięcą, pan Tymochowicz, który obwieścił swoją przyjaźń z kardynałem Rysiem i powołując się na rzekomą rozmowę z hierarchą ujawnił, że ten otwarcie zadeklarował się jako ateista, a Kościół określił li tylko jako biznes.

Trzeba w tym miejscu powiedzieć, że jest to rzadko spotykana perfidna intryga, zważywszy na to, że jej autor czuje swoją bezkarność chroniąc się poza granicami naszego kraju.

Kuria diecezji łódzkiej od razu złożyła dementi wobec tego pomówienia, ale smrodek z pewnością się rozniesie i kolejni zwolennicy odzierania Kościoła z godności już zacierają ręce, przyjmując to za sensacyjną prawdę.

Pomijając te wszystkie wyżej wymienione przykłady ataków na Kościół, trzeba sobie jasno powiedzieć, że ta instytucja przeżywa głęboki kryzys, o czym mówił w ostatnim wywiadzie wspomniany powyżej Kardynał.

Katolicyzm polski przeżywa trudny czas i jasno wyzierają w nim oznaki braku wiary wśród tych, którzy go tworzą, i tu trzeba jasno stwierdzić, że winą za taki stan ponosimy my wszyscy, począwszy od rodzin, w których zatraciły się tradycyjne wartości.

Zaraz potem trzeba dołożyć i to, że wielu ludzi Kościoła odzianych w sutanny(i to we wszystkich kolorach) swoim życiem nie umacnia religijnej gorliwości w swoich owieczkach zachowując się tak, jakby sami byli niewierzącymi.

Chrystus kończąc swoją ziemską misję podzielił się ze swoimi uczniami gorzką refleksją stawiając ze smutkiem pytanie: „Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”(Łk 18,8)

Kryspin

środa, 18 października 2023

 

Zatruty kwiat na drodze powołania.

W portalu internetowym ukazał się wywiad, jakiego udzielił mu były ksiądz, obecnie pastor kościoła protestanckiego, który odnosząc się do ekscesów seksualnych na jednej z katolickich parafii, o których szeroko informowały media, stwierdził, że kiedyś klerycy wymykali się z seminarium, aby zażywać cielesnych rozkoszy w agencjach towarzyskich, kiedy dziś nie muszą się już trudzić, bo panienki lekkich obyczajów przychodzą bezpośrednio do ich seminaryjnych pokoi.

Wiem, że dawny wielebny ponoć w młodości na własnej skórze doświadczył niecnych praktyk ze strony ludzi w sutannach (przynajmniej tak swego czasu twierdził), ale to nie uprawnia go do snucia historyjek nie mających nic wspólnego z rzeczywistością.

Mam prawo do tak krytycznej oceny, bo zdaje się jesteśmy w podobnym wieku i seminaryjną przygodę zaliczaliśmy w tym samym okresie.

Owszem, zdarzały się przypadki, że wśród kolegów mieliśmy być może takich, którzy kochają inaczej i to było można zauważyć po ich zachowaniu.

Trzymanie się dyskretnie za ręce w czasie poobiedniego spaceru, siadanie sobie na kolanach w pokojowym zaciszu, czy wymiana spojrzeń mówiących wiele, ale nic ponadto.

Pewnie, że może niektórzy przynieśli ze sobą bagaż przed seminaryjnych doświadczeń ze swoich kontaktów ze starszymi duchownymi, ale starali się to pozostawiać za sobą, choć może tkwiły w nich te moralne zadry, ale starali się być normalnymi w tym inwigilowanym na każdym kroku kieracie, kiedy dzwonki i regulamin kształtowały każdy dzień, godzinę i minutę ich seminaryjnego życia.

Jeżeli do tego dołożyć nadzór moderatorów, którzy zachowywali się jak cyborgi nie ulegające pokusie snu i nieustannie zjawiające się znikąd, aby przyłapać tych, którzy ośmielili by się choćby pomyśleć o jakimkolwiek wykroczeniu przeciwko surowym zasadom, to mamy gotowy przepis na seminaryjną codzienność.

Problem przed kapłańskiej formacji nie polega na tym, że do tych przybytków trafiają dewianci ogarnięci obsesją seksualności, ale w nieprzystających do ludzkich potrzeb formach opartych na bezrefleksyjnym posłuszeństwie wobec regulaminu, a ten zupełnie wyklucza fizyczne pragnienia jako coś grzesznego i dyskredytuje kandydata do posługi ołtarza.

Już wiele razy pisałem o tym, że tym zatrutym „kwiatkiem” niszczącym przyszłe kapłaństwo młodych ludzi, którzy przecież na początku swoje drogi zjawili się w seminarium z głowami pełnymi ideałów, jest celibat, do którego wymogów w żaden sposób nie przygotowują spędzone poza tymi murami lata.

Młodzi ludzie zgromadzeni w jednym miejscu skazani są na siebie i tylko na siebie przez 6 długich lat, 365 dni w każdym roku, przez 24 godziny na dobę, a obok, wcale nie tak daleko dzieje się normalne życie. Ludzie się uśmiechają do siebie, rodzą się przyjaźnie, niekiedy kwestie miłość pomiędzy dwojgiem ludzi, a klerycy pozostają sami ze swoimi pragnieniami i może tylko niekiedy liczą dni i godziny, kiedy i dla nich zakończy się ten wyrok samotnego życia.

Przetrzymać te sześć lat, a później będzie już „normalnie” i mamy tego efekty, że księża po seminaryjnym „poście” zaczynają się zachowywać jak przysłowiowe psy spuszczone z łańcucha.

W procesie Norymberskim sądzono zbrodniarzy, którzy niekiedy nigdy nie posługiwali się bronią i broniąc siebie tłumaczyli, że nikogo nie zabili, a służyli tylko systemowi. Sąd jednak potraktował ich surowo, bo to na nich ciążyła wina sprawstwa kierowniczego.

Kiedy odchodziłem z szeregów kapłańskich z powodu uczucia jakim obdarzyłem ukochaną kobietę, zwróciłem się do Boga świadomym swojej winy, ale zaraz potem skierowałem do Niego prośbę, aby sprawiedliwie osądził winę tych, którzy stworzyli nieludzkie prawo łamiące sumienia kapłanom takim jak ja.

Chociaż nie wpisuję się w narrację byłego księdza, który używając konfabulacji próbuje tworzyć fałszywy obraz tych, którzy zdecydowali się pójść drogą powołania, to w pełni oskarżam Kościół za to, że wprowadził nieludzkie prawo, które od XII wieku kaleczy tych, którzy odpowiadając na Boże wezwanie, zdecydowali się na kapłaństwo.

Kryspin