środa, 11 października 2023

 

Czy Kościół dryfuje ku protestantyzmowi?

„Synod o synodalności-odnowa, czy protestantyzacja Kościoła”- z takim kontrowersyjnym tematem ukazał się kilka dni temu w mediach społecznościowych ukazał się wywiad z kardynałem Rysiem ,jednym z głównych naszych hierarchów uczestniczących w rozpoczętej rzymskiej odsłonie  zgromadzenia biskupów, którzy pod przewodnictwem Papieża podjęli się pracy nad przyszłością tej instytucji.

Obecny etap Synodu (drugiego pod względem ważności zgromadzenia hierarchów po Soborze Powszechnym) jest drugim etapem tego gremium, bo już przed rokiem odbyły się konsultacje na poziomach wspólnot diecezjalnych, w których swój głos mogli zabrać także świeccy przedstawiciele religijnych wspólnot.

Pewnie to legło u podstaw, aby na rzymskie obrady zaprosić, i to z możliwością czynnego uczestnictwa także świeckich, mających być oddolnym głosem Kościoła.

Jeszcze jednym wyróżnikiem obecnego wydarzenia stało się zaproszenie na obrady przedstawicieli innych kościołów chrześcijańskich, i tak w synodalnych obradach zapowiedzieli swój akces najważniejsi przedstawiciele Kościołów protestanckich,  Prawosławia i na koniec sam zwierzchnik Kościoła anglikańskiego także zapowiedział swój udział.

Taki zestaw uczestników mógłby wieszczyć, że będą to szczególne obrady, których owocem mogły by być rewolucyjne ustalenia szerzej otwierające póki co przez wieki zamknięte, bądź tylko lekko uchylone drzwi do wzajemnego zbliżenia się zwaśnionych podziałem wspólnot ludzi wyznających przecież wiarę w tego samego Boga.

Rozbudzone nadzieje jednak stonował sam kardynał, który zaraz po tym, jak starał się przybliżyć idee synodalnych spotkań odwołał się do przekazu z Dziejów Apostolskich, kiedy to uczniowie toczyli spór, jak ma wyglądać dopiero co rodzący się Kościół po desperackim kroku apostoła Judasza, który sprzeniewierzył się samemu Chrystusowi i dopuścił się względem niego zdrady.

Sprawę roztrzygnął sam Piotr uważając, że tylko jemu przystoi ostatnie słowo.

Hierarcha nawiązał tym ewangelicznym przykładem do obecnej sytuacji, kiedy owszem szeregowi wierni byli proszeni o zabranie głosu w kwestiach przyszłości Kościoła, ba nawet zostali zaproszeni do Rzymu, aby być bezpośrednim oddolnym głosem, ale tak na koniec trzeba mieć na uwadze, że Synod to zgromadzenie hierarchów i tak na koniec to do nich należy ostateczny werdykt, w jakim kierunku będzie zmierzał Kościół.

Uściślając sprawę, ostatecznym decydentem na temat kształtu końcowych ustaleń biskupich obrad i tak będzie jeden człowiek, następca Piotra tu na ziemi, czyli Papież.

Kardynał Ryś jednak nie do końca obronił swoje stwierdzenie o nadrzędności głosu Piotra, bo w dalszej części wywiadu, odnosząc się do roli laikatu w tej wspólnocie, przywołując stwierdzenie Jana Pawła II, powtórzył za nim zdanie, że wierni nie są tylko częścią Kościoła, a są Kościołem.

W takim razie rodzi się pytanie, którzy wierni są Kościołem?

Czy do nich zaliczają się tylko ci nieskalani, co niedziela uczestniczący w liturgii i przyjmujący systematycznie komunię?

A co z pozostałymi, którym życie się pokopało i po nieudanych sakramentalnych związkach zapragnęli nowej miłości i podjęli decyzję o założeni nowych rodzin?

Owszem kapłani oferują im swego rodzaju protezy namawiając ich do duchowych spotkań z Chrystusem, kiedy nie mogą jak pozostali cieszyć się normalnym życiem sakramentalnym. Niektórzy hierarchowie, choć póki co jest ich mniejszość, uważają, że Kościół musi się zmierzyć z wyzwaniami obecnego świata, albo w krótkiej przyszłości stanie się tylko skansenem przeszłości.

Chciałbym mieć nadzieję, że obecny Synod zmierzy się z wyzwaniami, jakie niesie przed wiernymi życie, ale żywię też obawę, że będzie kolejnym zdarzeniem pudrującym problemy, i nic ponad to.

Szeregowi wierni są także Kościołem i jako tacy mają prawo mieć głos, w jakim kierunku powinien o zmierzać.

Warto aby o tym pamiętali także ci, którzy z racji swojej uprzywilejowanej pozycji decydują o jego przyszłości.

Kryspin

środa, 4 października 2023

 

Puszka Pandory ?

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Kościół katolicki jest w głębokim kryzysie i potrzebuje radykalnych zmian nie tylko w kwestiach duszpasterskich, ale i w kwestiach, które do tej pory były uznawane za niezmienne zważywszy na tradycję tej instytucji opartą na prawdach objawionych zawartych w ewangelicznych kanonach.

Wychodząc naprzeciw tym wyzwaniom Kościół przygotowuje się do jednego z najważniejszych wydarzeń, jakim ma być zbliżający się Synod biskupi, kolegialnego ciała doradczego, z którego zdaniem musi się liczyć sam Papież, niekwestionowany autorytet i depozytariusz czystości doktryny tej instytucji.

Dosłownie w przededniu zapowiedzianego Synodu ukazała się publikacja teologów Urety i Loredo: ”Proces synodalny puszka Pandory” która niejako uprzedziła sprawy z którymi przyjdzie się niebawem mierzyć biskupim doradcom następcy Św. Piotra.

Bezpośrednim pokłosiem tej książki stał się zapewne list 5 kardynałów, w którym zwracają się bezpośrednio do papieża Franciszka przedstawiając mu pięć zapytań o kwestie doktrynalne, które do tej pory zdawały się bezprzedmiotowe i niezmienne.

Wśród pytań (dubiów) znalazły się między innym wątpliwości dotyczące osób o orientacji homoseksualnej i problemie ich miejsca w Bożym planie zbawienia oraz kwestia zabetonowanej przez wieki kwestii sakramentu kapłaństwa dla kobiet.

Niejako dopełnieniem wątpliwości stała się w tych kwestiach sprawa sakramentu pokuty w przypadku, kiedy grzesznik nie spełnia aspektu skruchy wobec niegodziwości względem Bożego miłosierdzia.

List kardynałów stawia Franciszka w trudnym położeniu, bo jest swoistym głosem troski hierarchów w sprawach, z którymi Kościół musi się zmierzyć zważywszy na zmiany w świadomości wiernych i wyzwaniami jakimi niesie ze sobą obecna wiedza.

Trudno przejść do porządku dziennego chociażby na sprawami orientacji seksualnej, kiedy nauka udowodniła, ze około 5% populacji to ludzie o orientacji homoseksualnej i Kościół nie może stawiać ich poza nawiasem Bożego miłosierdzia.

Kiedyś mój znajomy( nota bene były ksiądz) opowiedział mi o swojej pracy naukowej na Uniwersytecie Stanforda i przy tej okazji wspomniał o sprawie religijnego przeżycia, jakiego doświadczył uczestnicząc w nabożeństwie sprawowanym w kościele znajdującym się na terenie kampusu.

Liturgię sprawowała kobieta będąca księdzem anglikańskim i do tego pozostająca w związku z inną kobietą będącą jej towarzyszką życia, i u nikogo to nie budziło żadnego zgorszenia.

Pewnie jeszcze dużo wody będzie musiało upłynąć, zanim jako członkowie społeczności wierzących będziemy wstanie przeorientować swoje myślenie, że Chrystus powołując do życia Kościół, pragnął, aby był on szansą dla wszystkich i chociażby z tego powodu, że każdego z nas dotyka niedoskonałość na naszej drodze ku zbawieniu, i chociażby z tego powodu nie powinniśmy zamykać drzwi do bezgranicznego Bożego miłosierdzia tym, których natura uczyniła innymi od nas.

Kościół hierarchiczny będzie także musiał zrewidować swoją nieomylność, która wobec zmieniającego się świata weryfikuje wiele spraw, które do tej pory były uznawane za niezmienne.

Ojcowie zbliżającego się Synodu staną przed trudnym zadaniem, aby uczynić Kościół odpowiednim dla wyzwań, które przed nim stawia obecny czas, ale to wcale nie musi być otwarcie przysłowiowej „puszki Pandory”, mitycznej siewczyni zła i nieszczęść, bo ten czas głębokiego kryzysu tej instytucji już się zadział i odwaga zmian może tylko pobudzić promyki nadziei, że jutro Chrystusowej Owczarni powróci na właściwe tory.

Kościołowi potrzeba ludzi, którzy nie żyją tylko przeszłością, ale zdolnych do myślenia o przyszłości i w takim tonie należy odczytywać apel tych pięciu hierarchów kierujących do Franciszka swój głos troski o to, aby Kościół akceptując zmiany mógł trwać realizując pragnienie jego założyciela o nieustannym szerzeniu Bożego miłosierdzia dla wszystkich.

Kryspin

środa, 27 września 2023

 

Dopóty dzban wodę nosi...

Dopóty dzban wodę nosi póki mu się ucho nie urwie, głosi stare przysłowie i niestety życie ciągle czyni je aktualnym, o czym przekonali się uczestnicy seks-libacji urządzonej na jednej z plebanii na południu Polski.

Aby uatrakcyjnić męski wieczór, postanowili zaprosić na imprezę pana trudniącego się świadczeniem usług seksualnych na telefon.

Pewnie to szczególne spotkanie przebiegłby w miłej dla obecnych uczestników atmosferze, gdyby zaproszonemu gościowi emocje nie spowodowały palpitacji serca, co zaowocowało jego zasłabnięciem, no i trzeba było na pomoc wzywać medycznych ratowników, co z góry przekreśliło zachowanie intymności zdarzenia.

No i urwało się uszko kościelnego dzbana, bo bohaterami tej nagłośnionej afery byli ludzie w sutannach(no może akurat tego wieczoru bez kapłańskiego odzienia), a w ich przypadku taka wpadka chluby im nie przyniosła.

Takie sensacyjki rozchodzą się błyskawicznie i już w kilka godzin od zajścia w przykościelnym domu wiedziała o tym cała społeczność przynależna do parafialnej trzódki, a dzięki mediom o feralnym zajściu dowiedziała się cała Polska.

Najgorszym w tym wszystkim jest jednak to, że to nie był pierwszy kompromitujący miejscowych kapłanów przypadek, o czym mogłaby świadczyć odpowiedź przypadkowo napotkanej parafianki, która otwarcie przyznała, że publiczną tajemnicą w parafii było to, iż wikarzy bardzo luźno traktowali swoje powołanie i wszystkim były znane ich bezeceństwa, z którymi nawet się nie kryli.

No właśnie, wszystkim było wiadomym to, że ich postępowanie było dalekie od tego, z czym zwykliśmy kojarzyć kapłańskie życie.

Jeżeli takie zachowanie było publiczną tajemnicą, to rodzi się pytanie, gdzie w tym wszystkim umieścić odpowiedzialność ich przełożonych: proboszcza, dziekana i na koniec biskupa, na którym ciąży odpowiedzialność za każdego delegowanego do duszpasterskiej pracy księdza?

Ucho się urwało i teraz hierarcha będzie musiał zareagować, ale czy aby nie za późno?

Jak znam kościelne realia, tym luzakom w sutannach kuria co najwyżej pogrozi palcem i może w ramach „kary” przeniesie ich do jakiejś zapyziałej parafii licząc na to, że będzie to wystarczająca reprymenda.

Przeraża mnie to wszystko.

Przeraża mnie pogodzenie się z tym, że w Kościele nastąpił swoisty kompromis, gdy wierni wiedząc o ciemnych sprawach swoich kapłanów, przechodzą nad nimi do porządku dziennego, jakby były bez znaczenia.

Przeraża mnie to, co usłyszałem od jednego z niedzielnych katolików, który otwarcie przyznał, że wie o tym, co pochłania proboszcza w tygodniu pomiędzy świątecznymi liturgiami i akceptuje to pod warunkiem, że wielebny nie będzie miał pretensji do tego, jakim on jest w życiu codziennym.

To jest największe oskarżenie z jakim musi się mierzyć obecny Kościół, że wpoił swoim zachowaniem wśród wiernych przekonanie, iż kompromis ze złem to nic takiego.

Środowiska liberalne co pewien czas postulują konieczność referendum w sprawie aborcji i właściwie Kościół nie powinien się bać stanąć wobec tej prowokacji, bo przecież znakomita większość społeczeństwa deklaruje się jako wierzący, więc wynik powinien nie budzić obaw, a jednak?

Prawie 50% ankietowanych opowiada się za poluzowaniem moralnych restrykcji w tej kwestii, i dla nikogo nie jest tajemnicą, że wśród pytanych jest wiele osób wierzących.

Kościele to twoje dzieło, zdałoby się wykrzyczeć, bo zamazałeś w wiernych wrażliwość i uczyniłeś z nich żołnierzy kompromisu ze złem.

Ucho się urwało i to nie tylko w tym jednym na początku przytoczonym przypadku.

Dzisiaj kościelny dzban bardzo często przypomina moralne sito o uszach nie wspominając.

Kryspin

środa, 20 września 2023

 

Fundusz kościelny do likwidacji.

Kiedy Chrystus wraz ze swoimi uczniami odwiedził Betanię, pobożna niewiasta namaściła go drogim olejkiem (MT 26, 6-13).

Jeden z Apostołów stanowczo zareagował na ten gest mówiąc, że to była zbyteczna rozrzutność, kiedy należało sprzedać tę drogą wonność, a za uzyskane pieniądze można by obdarować potrzebujących.

Nauczyciel nie podzielił jego zdania i strofując go wyjaśnił, iż uczyniła to przygotowując go na pogrzeb. Mateusz dodał zaś, że Judasz wcale nie miał na myśli pomocy biednym, a po prostu nie chciał się zgodzić na ten gest, bo sam był złodziejem i systematycznie podkradał środki ze wspólnego trzosu.

Przedwyborcza gorączka jest u nas w pełni i co chwilę do publicznej wiadomości przenikają kolejne pomysły na „lepszą Polskę” po wyborach.

Główny pomysł, który lansują obecnie przeciwnicy Kościoła w naszej ojczyźnie jest teza, że nadszedł już czas na zdecydowany rozdział tej instytucji od państwa.

Jednym z pierwszych postulatów jest likwidacja funduszu kościelnego, który nas podatników kosztuje rocznie 270 milionów zł, które to środki można by przeznaczyć chociażby na onkologię.

Kolejnym pomysłem będzie rewizja konkordatu (z roku 1993) i wyprowadzenie religii ze szkół, co miało by dać kolejne oszczędności w publicznej kasie.

Skromnie licząc nauka religii w naszym systemie oświaty to kilka miliardów złotych i w znaczący sposób drenuje szkolne budżety, więc może mają rację ci, którzy chętnie pozbyliby się kościelnych agitatorów?

W podobnym tonie realizowano edukację w nieistniejącym już „raju” Niemiec Wschodnich (NRD), gdzie przez dziesięciolecia budowano społeczeństwo wole od „opium”, jakim dla spadkobierców Marksa i Lenina była religia.

Zgoła inne zasady przyjęło społeczeństwo Niemiec Zachodnich, które realizując zasadę rozdziału Kościoła od państwa, jednocześnie w konstytucji zapisało, iż każdy obywatel ma prawo do religijnej edukacji z zachowaniem wzajemnego poszanowania swoich przekonań, i tak w systemie oświaty zachowali naukę religii w szkołach na wszystkich poziomach nauczania.

Ciekawym jest także to w jaki sposób państwo realizuje sprawą finansowania religijnych potrzeb swoich obywateli, którzy przy podatkowych daninach deklarują swoją przynależność wyznaniową i płacą co miesiąc od 7-9% z podatku na rzecz swojego Kościoła.

Przy porównywalnej do Polski liczbie wiernych( katolików niemieckich jest około 27 milionów) na rzecz tej wspólnoty państwo przekazuje rocznie ponad 5 miliardów euro i nikomu to nie przeszkadza.

Z tych pieniędzy utrzymywane są parafie: dla księży ustanowiono pensje, dla kościelnych organizacji desygnowane są środki na działalność charytatywną, a część środków wykorzystywane jest na bieżące remonty i modernizację kościelnej infrastruktury.

No i jeszcze jedno, aktywność duszpasterska została uwolniona od zwyczajowych opłat za kapłańskie posługi, które są bezpłatne.

Ktoś teraz powie, że jesteśmy nadal krajem na dorobku i takie porównania z europejskim krezusem ni jak się mają do naszych realiów.

Owszem, dużo jest racji w takim stanowisku, ale bawiąc się liczbami warto zauważyć, że 270 milionów zł w skali roku, jaki „zjada” kościelny fundusz, to raptem jest 10 zł od każdego zdeklarowanego wierzącego.

Jeżeli więc szukać oszczędności, to może warto by było pomyśleć o budżetach organizacji pozarządowych hojnie sponsorowanych przez samorządy, kiedy sama Warszawa przeznacza na ich działalność statutową kilkaset milionów rocznie.

Może warto by było się przyjrzeć takim wydatkom, kiedy na organizację promującą naukę krzyku w trakcie manifestacji stołeczny ratusz asygnuje grubo ponad milion złotych, a to tylko jeden z licznych przykładów budzących zdziwienie grantów.

Kryspin

środa, 13 września 2023

 

Silna rodzina jedyną receptą naszej przyszłości.

W Polsce rodzi się coraz mniej dzieci.

To jeden z ważniejszych kampanijnych tematów od lewa do prawa sceny politycznej, i to prawda, z którą trzeba się zgodzić.

Aktywiści z lewicowej strony ideologicznego sporu z nieukrywaną satysfakcją punktują rządzących, że na nic się zdały rozdawnicze programy prospołeczne i nawet podniesienie kwoty dodatku na wychowanie dzieci do niebagatelnej kwoty 800 zł. miesięcznie ni jak się nie przełożyło na dzietność naszych rodzin.

Aby nie być posądzonym o malkontenctwo zaraz potem stawiają diagnozę, że polskim rodzicielom potrzeba żłobków, gdzie fachowcy zajęliby się maluchami, kiedy mamuśki mogłyby się realizować zawodowo, do tego pomysł finansowego wsparcia, gdyby rodzicielki nie za bardzo ufałyby systemowi żłobkowej opieki, wtedy w sukurs mogłyby pospieszyć babcie i to wcale nie za darmo, bo państwo uruchomiłoby finansowanie w formie dodatku babcinego (1500 zł miesięcznie), no i na koniec sprawa godziwego lokum dla młodych rodzin, które zapewniłyby lokalne samorządy w ekspresowym tempie budujące tanie lokale na wynajem.

Reasumując należałoby stwierdzić, że nikt nam więcej nie obieca ponad tych, którzy stawają w szranki do sejmowych foteli i w efekcie do władzy.

A i jeszcze zapomniałem, że w tym festiwalu obietnic nikogo nie pominięto, bo przecież społeczeństwo to nie tylko heteroseksualna masa, ale i także ci pozostali, którzy będąc w odmiennych orientacjach raczej nie przyczynią się do wzrostu narodzin, ale także o swoje zamierzają walczyć, więc i im się należy garść przywilejów.

W Polsce przeżywamy demograficzny kryzys i socjologowie biją na alarm, że za kilkanaście lat nasza populacja zmniejszy się tak znacznie, iż nie będzie komu pracować, bo przecież żyjemy dłużej i drastycznie się rozrasta rzesza tych, którzy co miesiąc będą drenować system emerytalno-rentowy, a ten przecież nie jest z gumy.

W tym politycznym jazgocie bardzo cichym zdają się być głosy tych, którzy źródła problemu starają się upatrywać w kryzysie rodziny, a to ona przecież w najprostszy sposób jest gwarantem dzietności.

Nie jest żadną tajemnicą, że od stuleci strażnikami wartości prorodzinnych był i jest Kościół i to niezależnie od klimatu w jakim się obecnie znajduje.

To w jego doktrynie rodzina jest szczególną wartością, choć w ostatnich latach jego głos stracił na znaczeniu, a i on sam ponosi znaczną część winy za ten stan rzeczy.

Hierarchowie ponoszą winę za to, że Kościół stał się obiektem ataku, bo sprzeniewierzyli się zasadzie politycznej neutralności i związali swój dobrostan z partią władzy, otwierając swoistą puszkę Pandory wykorzystywaną przez religijnych przeciwników.

Jeżeli do tego dołożyć falę brudów wśród ludzi w sutannach, to mamy gotowy przepis na kryzys, który owocuje upadkiem wartości rodzinnych.

Pokłosiem tego stanu rzeczy jest chociażby malejąca ilość dzieciaków i młodzieży uczestniczących w lekcjach religii. Według danych z największych miast to jest tylko 50% dzieci uczących się o katolickich wartościach w szkołach podstawowych i zaledwie 20% wśród uczącej się młodzieży.

Środowiska antyklerykalne odtrąbiły już sukces i zacierają ręce w nadziei, że jeszcze za naszych czasów Kościół stanie się rodzajem skansenu dawnej ciemnoty, ale czy na pewno jest się czym cieszyć?

Jaką alternatywę mogą zaproponować ci piewcy nowoczesności bez Boga?

Marsze kolorowych buntowników głoszące na sztandarach hasła o równości ni jak nie przedsatwiają wizji, czym ma się stać świat, który tak ochoczo krytykują.

W demokracji każdy ma prawo do manifestowania swoich przekonań i nikomu nic do tego, ale może już najwyższy czas, aby stawać w obronie także tych wartości, bez których nie ma przyszłości, a tylko silna rodzina ją gwarantuje.

Kryspin

środa, 6 września 2023

 

Samotność decyzji.

Na naszej scenie politycznej dysputy raz na cztery lata tematem wiodącym staje się sprawa aborcji.

Nie inaczej stało się i teraz na kilkadziesiąt dni przed parlamentarnymi „igrzyskami”, kiedy to po gorączce kampanii wybrańcy narodu rozsiądą się w poselskich fotelach przy ulicy Wiejskiej w Warszawie.

Tradycyjnie przedstawiciele partii lewicowych podnoszą głos za poluzowaniem aborcyjnego kagańca, czyli dalece posuniętej granicy, do której nienarodzone dziecko winno być swoistym zakładnikiem czekającym we niepewności, czy jego matka da mu szansę na to by mogło oglądać świat.

Nieco bardziej powściągliwi są przedstawiciele tak zwanego środka politycznej sceny, ale i oni jeszcze przed tym, zanim Sejm zajmie stanowisko w tej kwestii, licząc na głośny wrzask środowisk proaborcyjnych, w szeregach swoich potencjalnych parlamentarzystów wprowadzają cenzurę dotyczącą przyszłych głosowań za poluzowaniem przepisów w tej kwestii.

No i na koniec parlamentarna konserwa licząca na poparcie środowisk związanych z linią Kościoła, który w naturalny sposób jest przeciwny aborcyjnej dowolności.

W tym przypadku trzeba zauważyć, że hierarchowie wykorzystują przychylność tej politycznej strony sporu, próbują ugrać dla siebie jak najkorzystniejsze rozwiązanie.

No i mamy całą paletę stanowisk, kiedy jedni mówią o „piekle kobiet” traktowanych jak inkubatory do rodzenia dzieci bez względu na wszystko, a po drugiej stronie stawiają się ci, którzy mówią, że każde życie od początku ( od chwili poczęcia) zasługuje na szacunek i ochronę.

Póki co ci ostatni, przy aktywnym stanowisku środowiska kościelnego, zdają się być w uprzywilejowanej sytuacji posiadając za sobą aparat władzy i w takim przypadku mogą nawet kreować ustawy sprzyjające ich stanowisku (słynne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego zaostrzające prawo aborcyjne jest tego przykładem).

Reasumując, żadna ze stron politycznej sceny nie staje po stronie kobiet, bo nikt nie przedstawia wiarygodnej recepty, w jaki sposób zaopiekować się tymi często poobijanymi przez strach i niepewność przyszłości w sytuacji, kiedy będą musiały się mierzyć z wyzwaniem, jakie niesie macierzyństwo.

Żadna ze stron politycznej sceny nie przedstawia rozwiązań sprzyjających kobietom, bo jedni aborcją starają się rozwiązać problem kobiety, która w samotności musi mierzyć się z pełną traumy decyzją o tym, czy urodzić dziecko, a inni będący po drugiej stronie zachowują się tak jak przechodzący obok poobijanego wędrowca z ewangelicznej przypowieści. Kapłan i lewita przechodzący obok tego problemu nie zareagowali i dopiero miłościwy Samarytanin pochylił się nad poobijanym i otoczył go opieką.

Kobiety, przyszłe matki często czują się poobijane sytuacją, kiedy zachodzą w ciążę i wtedy potrzebują kogoś, kto nie tylko podsunie im ustawę, ale da rzeczywiste wsparcie.

Ktoś kiedyś zarzucił mi, że jako facetowi i do tego posuniętemu w latach, nie przystoi zajmować stanowiska, kiedy jedynymi uprawnionymi do podjęcia decyzji są kobiety, i miał w tym wiele racji, dlatego jestem dalekim od ferowania wyroków, czy zajmowaniu stanowiska w tej kwestii.

To kobieta jest jedyną uprawnioną do decyzji o swoim macierzyństwie, bądź a zakończeniu ciąży w tak drastyczny sposób, jakim jest aborcja, ale na koniec chciałbym przytoczyć stanowisko lekarzy opisujących dziecko w 12 tygodniu ciąży:

-”Szybko zwiększa się masa ciała (o ok. 75%). Płód ziewa i często otwiera oraz zamyka usta. Większość płodów ssie prawy kciuk. Jelita powracają do jamy brzusznej. Trwa proces kostnienia większości kości. Rozwijają się paznokcie u rąk i stóp. Pod koniec tego tygodnia wykształcone zostaną linie papilarne, niepowtarzalny znak indentyfikacyjny na całe życie. Długość ciała płodu wynosi 60–65 mm.

Dziecko ma rozwinięte wszystkie organy: serce i mózg i cały układ nerwowy. Potrafi się uśmiechać i poruszać kończynami.”

Może warto przeczytać, że to już nie tylko zlepek komórek, ale człowiek, choć jeszcze bardzo mały.

Kryspin

środa, 30 sierpnia 2023

 

Parafialny dopust Boży

W trzeciej części „Zatroskanej koloratki” pozwoliłem sobie na puszczenie literackiej fantazji i przedstawiłem proboszcza parafii, który dziennikarce przedstawiając zasady swojej pracy duszpasterskiej nadmienił, że funkcję kierownika wspólnoty parafialnej będzie sprawował tylko w wyznaczonym czasie, po którym nastąpi zmiana i ktoś inny będzie po nim sprawował tę posługę.

Póki co to tylko moja wizja, bo w kościelnej rzeczywistości takich praktyk się nie stosuje, i może szkoda, zwłaszcza w przypadkach, kiedy wspólnoty parafialne z woli hierarchów skazywane są na swoisty dopust Boży, kiedy ksiądz proboszcz ni jak im nie pasuje.

Praktyka kadrowa stosowana przez diecezjalnych włodarzy owszem przewiduje roszady wikariuszowskich pomocników, ale już w przypadku stanowisk proboszczowskich jest nacechowana powściągliwością i jeżeli już biskupi decydują się na zmiany, to tylko w dwóch przypadkach, i wcale nie mam tu na myśli głosu parafialnych owieczek.

Proboszczowie zmieniają swoje kościelne gospodarstwa, kiedy trafiają na parafie tzw. przejściowe, czyli mało atrakcyjne, bo duszyczek mało, albo środowisko nad wyraz duszpastersko zaniedbane i trudno związać koniec z końcem, o odłożeniu czegoś na czarną godzinę nie wspominając.

Wtedy nieocenioną zdaje się być dobra relacja z kurialną centralą i systematyczne przypominanie o sobie przełożonym.

Drugim przypadkiem, kiedy biskupi decydują się na personalne roszady proboszczów, jest sytuacja konfliktowa, kiedy ksiądz ni jak nie potrafi się dogadać z owieczkami, bądź moralny smrodek powstały po skandalu, którym nierozważny proboszcz przekroczył granice uniemożliwiające zamiecenia takiej niezręczności pod kościelny dywan.

No i mamy taką rzeczywistość, że wspólnoty parafialne są skazane na swoistą ruletkę.

Owszem zdarzają się na niej szczęściarze, kiedy trafiają się im kapłani z powołania realizujący przesłanie samego Chrystusa o potrzebie otwartości na służenie innym, ale po stronie tych, którym los(a może trzeba by powiedzieć biskupi diecezjalni) zafundował kapłanów mających z tyłu głowy samouwielbienie i pielęgnowaną przez lata zasadę, iż są tak nadzwyczajnymi wybrańcami Bożej profesji, że należy im się więcej aniżeli tym zwyczajnym zjadaczom parafialnego chleba, to mamy gotowy przepis na swoisty dopust Boży i wieloletnią perspektywę wegetacji w cieniu kościelnego despoty, prokuratora ludzkich sumień, bądź innego samoluba żyjącego w myśl zasady, że przyszedł do nich tylko po to, aby mu służono.

Kościół przeżywa czas kryzysu i do jego bram coraz głośniej dobija się laicyzacja, czego dowody aż nadto są widoczne, kiedy to nawet w trakcie świątecznych liturgii ławki zaczynają świecić pustakami.

Wielu kapłanów to zauważa, a i ich hierarchiczni przełożeni także dostrzegają ten niepokojący trend, ale nie robią nic, albo za mało, aby coś zmienić.

Naturalnym po tym wszystkim zdaje się być pytanie, za ile strat odpowiada Kościół uparcie prowadząc w taki sposób swoją politykę personalną w obsadzie stanowisk proboszczowskich?

Przytaczając fragment z „Zatroskanej koloratki” stwierdziłem, że to tylko moje literacka wizja, ale to nie do końca prawda.

Kiedy pod koniec liceum dane mi było uczestniczyć w trzydniowych rekolekcjach organizowanych w parafii zarządzanej przez Paulinów, proboszcz tego sanktuarium przedstawił nam swoich pomocników(wikariuszy) ,n wśród których był starszy zakonnik.

Pełnię zdumienia przeżyliśmy, kiedy poinformował nas, że to były generał ich zakonu.

Później doprecyzował, że każdy z zakonników spełnia swoją posługę z zachowaniem kadencyjności, czyli po czasie może zostać powołany do innych zadań, niekiedy wiąże się to z awansem, a jeżeli będzie taka wola zgromadzenia, w duchu posłuszeństwa będzie gotowy do wypełnienia mniej odpowiedzialnej posługi.

Czyli można i w ten sposób wypełniać swoje powołanie i może w tym jest metoda, aby polityka personalna w środowisku kleru nie skazywała wiernych na swoisty dopust Boży.

Kryspin

środa, 23 sierpnia 2023

List zawiedzionej kobiety.

Napisała do mnie kobieta w bardzo średnim wieku, o czym świadczyła treść listu.

-”Ponad pięćdziesiąt lat byłam członkinią Kościoła katolickiego i jak większość z moich znajomych, rodziny i przyjaciół, prawie w każdą niedzielę uczestniczyłam w liturgii unikając skrzętnie plotek z kościelnego podwórka, którymi podniecały się panie uważąjące się z porządne córy parafialnej wspólnoty, co nie przeszkadzało im jednocześnie powtarzanie mniej lub bardziej pikantnych historyjek z naszymi księżmi w roli głównej.

Sama uważałam się za osobę nie pozbawioną wad, więc tłumaczyłam sobie, że przecież duchowni są też tylko ludźmi, a Kościół stoi na grzesznikach.

Przez lata jednak narastał we mnie swoisty bunt, że księża mówią jedno, a w wielu wypadkach, nie kryjąc się z tym, postępują zgoła odmiennie.

Czarę goryczy przelał nasz proboszcz, kiedy ostentacyjnie odmówił posługi pogrzebowej pewnemu nieborakowi uznając go z niegodnego, bo popijał za bardzo, a kościół często zaniedbywał.

To prawda że zmarły miał swoje za uszami, ale mało kto wiedział, że nie zawsze taki był, a wszystko się posypało kiedy zmarła jego małżonka, a dzieci po pogrzebie zwyczajnie o nim zapomniały.

Próbowałam osobiście ubłagać księdza, aby zmienił swoje zdanie i odprowadził tego osamotnionego życiem nieboraka na wieczny spoczynek, ale kolejny raz odmówił.

Przez długi czas czułam rozgoryczenie i złość, aż do dnia, kiedy daleka znajoma zaprosiła mnie na niedzielną mszę do Kościoła polsko-katolickiego, obiecując mi, że tam spotkam innego kapłana, który wobec wszystkich emanował dobrocią i zrozumieniem.

Już ponad sześć lat dojeżdżam, często w towarzystwie moje znajomej, na niedzielną liturgię ponad dwadzieścia kilometrów, bo tyle dzieli mnie od naszego kościoła, ale czynię to za każdym razem z radością, bo tam spotykam życzliwych i uśmiechniętych do siebie ludzi, którzy podobnie jak ja cieszą się bliskością Boga, i tylko niekiedy mi żal, że w moim dawnym kościele nigdy nie czułam takiej prawdziwej wspólnoty.”

Sam przed laty odwiedziłem świątynię należącą do Kościoła polsko-katolickiego i wystarczył mi ten jdnorazowy pobyt, abym odczuł coś podobnego, do tego o czym napisała ta kobieta.

Miałem wtedy okazję porozmawiać z księdzem, który co dopiero skończył niedzielną liturgię i nie zbył mnie brakiem czasu, a wręcz przeciwnie, cierpliwie odpowiadał na moje pytania i widziałem, że nie była to tylko udawana życzliwość.

Także i mnie wtedy zakołatała myśl, dlaczego w Kościele katolickim tak trudno odnaleźć tę bezinteresowną życzliwość, kiedy po niedzielnej mszy wierni zasępieni w swoich myślach wracając do swoich domów prawie nigdy się nie uśmiechają, a symboliczne skinienie głowy wobec znajomej twarzy to jedyna oznaka, że ten przechodzący obok nas, został przez nas zauważony.

Kościół może przez swoją monstrualną wielkość, bo przecież należą do niego miliony wyznawców, stał się takim inkubatorem anonimowości, a przecież parafie to wspólnoty ludzi gromadzących się w jednym miejscu, aby wspólnie przeżywać misterium łączności z Najwyższym, a dla Niego każdy z osobna jest kimś ważnym i jedyny w swoim rodzaju.

I na koniec kamyczek do ogródka kapłańskiego.

„-Tam spotkasz kapłana, który wobec wszystkich emanuje dobrocią i zrozumieniem....”

Dobroć i zrozumienie, to tak niewiele, ale jakże często terra incognita dla sług ołtarza, którzy owszem mają wśród parafian swoich wybranych, z którymi chętnie potrafią się spotykać przy każdej nadarzającej się okazji, ale poza tym kręgiem bliskich pozostaje cała szara masa tych anonimowych wiernych, dla których jawią się tylko jako administratorzy kościelnych obrzędów, a wtedy pryska gdzieś dobroć i zrozumienie, a zastępuje je upięta mina i postawa prokuratora strzegącego Bożego poletka.

Gdyby wierni, często będący w kryzysie, w Kościele spotykali dobroć i zrozumienie, nie szukali by Boga poza parafialnym kościołem.

Kryspin 

środa, 16 sierpnia 2023

 

To Kościół jest wszystkiemu winien.

Kiedy przed ponad czterdziestu laty zdecydowałem o swoistym zawróceniu mojej drogi życiowej i pożegnałem się przyszłością w kapłańskich szeregach, nagle uświadomiłem sobie, że pozostałem zupełnie sam z problemem niepewności jutra.

Owszem byłem jeszcze na tyle młodym i pełnym zapału człowiekiem, ale jednocześnie w swoim sv miałem przeszłość, z którą w tamtych czasach nie mogłem się chwalić, no chyba, że wybrałbym proponowaną mi zresztą wtedy lukratywną posadką z dopiskiem w aktach: współpracownik wiadomych służb.

Przy dużej dozie szczęścia i sprzyjającemu zbiegowi okoliczności udało mi się nie skorzystać z tej drogi na skróty i przez kolejne lata realizowałem się jako pedagog w jednej ze szkół.

Ku zdziwieniu nie tylko najbliższych mi ludzi z chwilą mojego przejścia do stanu świeckiego, nie dokonałem drastycznego odcięcia się od wszystkiego, co wiązało się z realiami dawnego stanu i kiedy byłem pytany, czy nie mam żalu, że nieudane kapłaństwo zabrało mi na tyle dużo, iż teraz już nic nie mogło być łatwe, odpowiadałem niezmiennie, że niczego nie żałuję i nie żywię urazy wobec instytucji, którą porzuciłem z własnej woli i bez żadnych dodatkowych podtekstów.

Przyznam, że z dużym niesmakiem odbieram relację „zawiedzionych” kościelnymi realiami, którzy dzieląc się swoimi historiami odejścia, bardzo często poszukują odpowiedzialności za swoją decyzję nie w sobie samych i próbują dodatkowo usprawiedliwiać tę swoją decyzję tym, że za wszystkim kryje się wina instytucji (oczywiście uzbrojonej w hierarchicznym klanie), która nie tylko ich zawiodła, ale wręcz zniszczyła im życie.

Aż trudno uwierzyć, ale w znakomitej większości relacji „zawiedzionych” Kościołem przejawia się zawsze ten sam stereotyp: mu biedni i zgnębieni i oni, jakaś mityczna wręcz siła zła, która nie tylko dokonała zmian w samym Kościele, ale jeszcze dodatkowo uczyniła z niego potwora niszczącego delikatne kwiaty wiary kiełkujące w duszyczkach pojedynczych wiernych.

Są dwie grypy ludzi, których szczególnie się obawiam jeżeli chodzi o kwestie wiary.

Na jednym biegunie rozsiadają się neofici (z języka łacińskiego; neophytus- nowo nawrócony lub z greki: neóphytos- na nowo zasadzony)

To grupa wiernych, w świadomości których Kościół jawi się swego rodzaju podnóżkiem dla ich nowego życia przenikniętego świadomością, że teraz to oni stanowią moralny kręgosłup tej społeczności i posiadają charyzmę do czynienia wielkich rzeczy.

Drugi biegun spojrzenia na Kościół, to wzrok tych zawiedzionych w swoich oczekiwaniach.

Wtedy mamy do czynienia z pełnym pretensji stanowiskiem wyrażający niezadowolenie z tego jakim on jest i dlatego ci ludzie otwarcie występują z krytyką często posuniętą do nienawiści, a wtedy już tylko krok od otwartej walki ze wszystkimi przejawami wiary.

Ktoś powie, że przesadzam, ale rzeczywistość co chwilę potwierdza moje wnioski.

Nie wchodząc w prywatność świeckich przeciwników Kościoła, wystarczy kilka przykładów jego „oświeconych” adwersarzy, którzy kiedyś nosili sutannę lub zakonny habit i dodatkowo przed nazwiskiem wypisywali tytuły naukowe uzyskane na katolickich uczelniach, a teraz zioną jadem nienawiści wobec wszystkiego, czego byli do tej pory obrońcami.

To jest ten szczególny przejaw neofityzmu w greckim znaczeniu. Nowo zasadzeni bywają często najbardziej aktywnymi stronnikami tego, co jeszcze niedawno jawiło im się jako coś gorszego.

Największy zbrodniarz w historii Józef Stalin swoją edukację pobierał w seminarium duchownym, co nie przeszkodziło mu później z sadystyczną ekstazą mordować milionów, czy na tej podstawie można by wysnuć wniosek, że to wina religii, czy Kościoła, że stworzył potwora?

Grecki neofityzm, to zresztą nie tylko specyfika wiary, bo mamy na bieżąco przykłady takich „na nowo zasadzonych” chociażby w naszym życiu politycznym, gdzie najbardziej zażartymi adwersarzami swoich dawnych przyjaciół jawią się politycznie nawróceni, ale to już zmartwienie wykraczające poza zainteresowania Księdza w cywilu.

Kryspin

środa, 9 sierpnia 2023

 

Jego i nasza Matka

Bliscy jednego z bywalców kultowej ławeczki z „Rancza” przymusili go do abstynencji i kiedy zamierzali dodatkowo przypieczętować jego przyrzeczenie uroczystym ślubowaniem przed ołtarzem, głos zabrał ksiądz proboszcz odradzając im takie rozwiązanie:

-”Bóg, to dla nich to pojęcie abstrakcyjne, ale przyrzeczenie złożone przed obliczem Najświętszej Panienki, to zupełnie co innego, i takiego słowa łatwiej będzie dotrzymać.”

Miał dużo racji serialowy duszpasterz kiedy odniósł się do naszej pobożności, bo w świadomości Polaków Maryja od dawna zajęła miejsce najważniejszego pośrednika pomiędzy doskonałym Bogiem i ułomnym człowiekiem, którego jedyną nadzieją pozostała wiara w to, że dobrym życiem może zasłużyć sobie na wieczną przyjaźń z Odwiecznym.

Polska Maryjność to z pewnością fenomen na skalę całego Kościoła, bo choć narody z południa naszego kontynentu, czy Ameryki Środkowej także w szczególny sposób traktują Maryję, to jednak to u nas jest najwięcej małych sanktuariów, gdzie wierni pielęgnują przeświadczenie, że to ich figurka, czy obraz obdarzone są łaskami, szczególnymi darami od Najświętszej Panienki.

Jeżeli do tego dodać rozsiane na rozstajach dróg małe kapliczki z jej wizerunkiem, gdzie ludowa pobożność w majowe popołudnia gromadzi wiernych śpiewających pieśni ku jej czci, to tylko utwierdza nas w przekonaniu, że Maryja zajmuje szczególne miejsce w naszej pobożności.

Sierpień, to szczególny miesiąc, kiedy następuje swoiste apogeum maryjnej pobożności, bo właśnie w tym miesiącu nasi wierni dwa razy kierują swoje kroki w kierunku najważniejszego Maryjnego sanktuarium na naszych ziemiach, na Jasnogórskie wzgórze, gdzie oczekuje ich od stuleci łaskami słynący Jej wizerunek.

To właśnie teraz ze wszystkich kierunków naszej ojczyzny ściągają przed Jej oblicze piesze pielgrzymki pątników niosących z sobą wszelakie prośby, licząc na to, że Jasnogórska Pani „załatwi” ich życzliwe rozpatrzenie przez tego, który zasiada po prawicy Ojca Niebieskiego.

Taka to jest ta nasza Maryjna pobożność i na pierwszy rzut oka jest czymś dogmatycznie poprawnym, bo przecież ta, która dostępując szczególnego zaszczytu bycia matką zrodzonego na ludzki sposób Bożego Syna, stała się swoistym pomostem pomiędzy tym co ludzkie i przez to bliskie każdemu człowiekowi, a wielkością niewyobrażalną dla śmiertelników, jaką stał się cud Betlejemskiej groty, kiedy Bóg dzięki niej nabrał ludzkiego wymiaru stając się człowiekiem.

Taka Maryjna pobożność rodzi jednak i pewne niebezpieczeństwa i nie chodzi mi o zarzuty stawiane katolikom przez ludzi innej wiary, że łamią jedno z dziesięciorga przykazań mówiących o bałwochwalstwie czczenia obrazów i rzeźb ręką ludzką uczynionych, bo to zarzut chybiony, ale pewna niezręczność wiary pojawia się w nas samych, a konkretnie w kwestiach ważności podmiotów naszej wiary.

Maryja będąc matką Jezusa, zawsze starała się być na drugim planie i nawet wtedy, kiedy postronni próbowali wykorzystywać ją do tego by coś załatwiła im u swojego syna, dyskretnie usuwała się w cień.

Dla przykładu jeden obrazek z naszych świątyń i pobożna niewiasta z pasją oddaje się modlitwie różańcowej, kiedy jednocześnie jest uczestnikiem eucharystii.

I znowu kołatają w mojej pamięci słowa serialowego proboszcza, że Najświętsza Panienka jest nam bliska, kiedy Bóg zdaje się być kimś bardzo odległym i do końca niezrozumiałym.

Bóg w swoim zamyśle postanowił stać się bliskim każdemu z nas, dlatego wybrał na swoją rodzicielkę jedną z ludzi, niewiastę, która może nawet tak do końca nie była świadoma niezwykłości wybrania, jakiego dokonał sam Odwieczny.

Maryja nie jest kimś najważniejszym w hierarchii naszej wiary i sama nigdy nie aspirowała do takiej roli, bo zawsze o sobie samej mówiła i myślała, iż jest tylko służebnicą Pańską i to tylko Bóg dał jej łaskę pośredniczenia w rozdzielaniu swoich łask.

Może więc tak nie do końca miał rację serialowy proboszcz, bo Bóg wcale nie musi nam się jawić jako ktoś bardzo odległy i niezrozumiały, a to wszystko za przyczyną Najświętszej Panienki, jego i naszej matki.

Kryspin

środa, 2 sierpnia 2023

 

Marsz dwóch milionów!

W czwartkowe przedpołudnie dźwięk domofonu wyrwał mnie z codzienności.

Przed furtką mojego domu zauważyłem dwie kobiety, których nie znałem, ale po chwili dojrzałem, że są uzbrojone w małą książeczkę i kolorowe broszury, którymi próbowały mnie zainteresować po kilku słowach rozmowy.

Teraz już wiedziałem, że odwiedziły mnie świadkowe Jehowy.

Obie panie były nad wyraz grzeczne, więc przystałem na propozycję zamienienia kilku słów na tematy, z którymi przybyły.

Pewnie były nieco zawiedzione tym, że podzielając ich poglądy co do przyszłego życia po śmierci, ale nie do końca zgadzałem się z ich wizją raju tu na ziemi.

Z braku czasu rozmowa zakończyła się po kilku minutach i życząc sobie dobrego dnia, rozstaliśmy się.

Wracając do domu przyszła mi myśl refleksja, że one poświęcając swój czas realizują to, o czym przecież tak często mówił Chrystus nakazujący wierzącym dawanie świadectwa swoich przekonań, czyli bycie na co dzień przedłużeniem Jego nauki.

Ewangelizacja, czyli być świadkiem Chrystusa, to nie tylko zadanie stawiane wybranym, ale normalność, którą winniśmy my wszyscy.

Kościół ze swoimi strukturami jest niczym innym, jak organizmem powołanym nie tylko do tworzenia enklawy dla wiary, ale także zadaniem, którego misja ewangelizacji jest jedną z najważniejszych prerogatyw.

Jako wierzący, pobożni uczestnicy będący blisko objawionych nam Bożych tajemnic niestety popadliśmy w rodzaj rutyny i swoistego lenistwa uważając, że niedzielna msza, spowiedź raz na jakiś czas no i niekiedy charytatywne zaangażowanie, kiedy wrzucając na tacę datek, kupujemy sobie spokój dobrych dzieci Kościoła, zapominamy, że On wymaga od nas jeszcze czegoś więcej.

Wiara żywa, a takiej od nas wymaga nasz Zbawiciel, wymaga codziennego świadectwa, a to realizuje się w tym, co Kościół czyni bytem aktywnym, otwartym na nieustanną ewangelizację.

Człowiek Kościoła winien nieustannie dawać świadectwo swojej wiary wobec tych, którzy być może zatracili się w świecie i nie dostrzegają światła Bożego planu.

Może jedną z takich zagubionych jest także pani Joanna, medialna bohaterka ostatnich dni, która zachęcana środowiskami dalekimi od Chrystusa obnosiła się ze swoją radością po dokonanej aborcji.

Najbardziej przykrym w tym wszystkim jest jednak to, że jej desperacki krok został wykorzystany do politycznej nawalanki i jakby tego wszystkiego było mało, w umysłach niektórych ludzi powstał plan, aby odgrzewać te chore emocje planując marsz niby w obronie takich pań jak ta nieszczęsna kobieta.

Marsz „miliona serc” jakim jest zaplanowane na październik wydarzenie to nic innego, jak wykorzystanie konfrontacyjnych nastawień naszego spolaryzowanego polityczną nienawiścią społeczeństwa i w tym przypadku trzeba by odwołać się do starego porzekadła, że:

-”Kto sieje wiatr, ten ściągnie na siebie burzę”

W Polsce jest ponad 20000 parafii i gdyby z każdej z nich tylko 100 wiernych znalazłoby w sobie tyle apostolskiej desperacji, aby zamanifestować swoją wolę w obronie życia, także tych jeszcze nie cieszących się słońcem po narodzinach, to można by w jednym miejscu zgromadzić ponad dwa miliony osób, bez partyjnych sztandarów i kartonowych agitek ziejących nienawistnymi inwektywami, bo to byłby marsz wolny od politycznego kontekstu.

Pomysł nierealny?

A dlaczego?

Może jestem naiwny, ale wierzę w to, co już kiedyś wykrzyczał nasz znany artysta:

-„Głęboko wierzę w to, że ludzi dobrej woli jest więcej i dzięki nim nie zginie ten świat...”

Może już najwyższy czas, aby obudził się olbrzym, jakim bezsprzecznie jest Kościół i głośno upomniał się o obronę największej wartości jaką jest życie, każde życie.

Kryspin

środa, 26 lipca 2023

Plagiat a prowokacja.

Jerzy Owsiak, charyzmatyczny pomysłodawca corocznych zbiórek środków na dziurawą służbę zdrowia, którymi zaraził dziesiątki tysięcy młodych wolontariuszy corocznie kwestujących w najmniejszych nawet zakątkach nie tylko naszej ojczyzny, wpadł na kolejny pomysł, aby nagrodzić ich zaangażowanie organizując dla nich, w miesiącach letnich rokowy koncert pod nazwą „Przystanek Woodstock”, gromadzącym na rozległych polach dziesiątki tysięcy fanów takiej muzyki.

Ten niewątpliwy sukces twórcy WOŚP(Wielkiej orkiestry świątecznej pomocy) w krótkim czasie chciały wyzyskać środowiska nie bardzo popierające jego inicjatywę i rzuciły pomysł stworzenia swoistej alternatywy dla mało chrześcijańskiej ich zdaniem idei tego człowieka, który ośmielił się zburzyć spokój kościelnych niedziel, kiedy w znacznym stopniu „podkradał” środki, które przez nachalność puszkowych wolontariuszy nie trafiały na parafialne tace.

Dodatkowym argumentem za podjęciem działań zaradczych było także to, że ten człowiek stał się swoistym guru dla rzesz młodych, a to mogło być realnym zagrożeniem dla Kościoła tracącego nad nimi kontrolę.

No i w efekcie tego „strachu” przed zagrożeniem tego świeckiego charyzmatyka grupa kościelnych aktywistów rzuciła pomysł alternatywnego festiwalu z muzyką kościelną nazywając go „Przystanek Jezus”.

W efekcie wyszedł z tego knot nie mający nic wspólnego z poważną alternatywą dla działań strony przeciwnej i pozostał w pamięci wielu jako nieudolny plagiat.

Oceniając ze wszech miar negatywnie kościelną inicjatywę w kwestii „Przystanku Woodstock” trzeba w tym miejscu zauważyć, że podobne działanie obecnie przejawiają środowiska nieprzychylne Kościołowi, bo jak nazwać i ocenić decyzję władz samorządowych Częstochowy z ostatnich dni, kiedy władze wydały pozwolenie na „Marsz równości” bezpośrednio pod murami Jasnogórskiego klasztoru w czasie największego nasilenia ruchu pielgrzymkowego.

Wszyscy mamy w pamięci sprzed niewielu lat wystąpienia pseudo artystów parodiujących obrzędy religijne środowisk związanych z tradycyjną wiarą i przemarsze dziwacznie odzianych indywiduów niosących obrazy Matki Bożej upstrzone w tęczowe korony.

Odnosząc się do wyżej przytoczonego przykładu nieudolnego naśladownictwa twórców „Przystanku Jezus”, którzy chcieli stworzyć alternatywę do „Przystanku Woodstock”, trzeba zauważyć diametralną różnicę towarzyszącą aktywistom ”Marszu równości”, którym przysługuje zupełnie inny cel, czyli działanie obliczone na prowokację wobec inaczej pojmujących świat i nie ma to nic wspólnego z walką o równość.

Broń Boże nie mam nic przeciwko ludziom o innych priorytetach w kwestiach płciowości, bo to jest indywidualna sprawa każdego człowieka i jako taka nie powinna podlegać ocenie, ale niedopuszczalnym jest wykorzystywanie tych odmiennych zapatrywań do legitymizowania działań prowokacyjnych przez żadną ze stron.

Czy więc „Marsz równości” ma prawo się odbyć w Częstochowie?

Absolutnie tak, jak zresztą i inne zgromadzenia, jak chociażby zwolenników kościoła sphagetti, czy innych mniej lub bardziej egzotycznych inicjatyw, bo żyjemy w kraju demokratycznym i każdy może manifestować swoje przekonania, ale z poszanowaniem czasu i miejsca, a nad tym winny mieć pieczę władze udzielające pozwoleń na takie wydarzenia.

Co więc nie zadziałało w decyzjach lokalnych władz Częstochowy?

Chciałbym mieć przekonanie, że było to tylko bezmyślne działanie nie poprzedzone refleksją, bo trudno mi sobie wyobrazić, że władze mogłyby posunąć się do celowej prowokacji, bo w takim przypadku same pozbawiłyby się moralnego prawa do sprawowania funkcji decyzyjnej, kiedy by celowo działały przeciw tym, którzy w minionych wyborach powierzyli im mandat decydentów.

Jeszcze gorszym byłaby opcja, że te decyzje zostały podyktowane doraźnym interesem politycznym obliczonym na dokopanie oponentom, bo wtedy byłoby to działanie obliczone na konfrontację, a jej wynik póki co zdaje się być dalece niepewnym.

Kryspin 

środa, 19 lipca 2023

 

Kardynalski kapelusz

Kiedy przed kilkoma dniami dotarła do nas informacja z Watykanu, że Papież Franciszek powołał do godności kardynalskiej włodarza diecezji łódzkiej, arcybiskupa Rysia, wśród znawców kościelnej sceny nastąpiło małe trzęsienie ziemi.

Co bardziej dociekliwi od razu poinformowali, że tym posunięciem gospodarz rzymskiego Kościoła kolejny raz dał do zrozumienia, że utracił zaufanie do polskiego episkopatu, bo w swojej decyzji pominął oczywistych kandydatów do tej godności, jak chociażby hierarchów z tradycyjnie „kardynalskich” diecezji, czyli: Krakowa, Poznania, czy chociażby Wrocławia.

Kiedy jednak przyjrzeć się chociażby metrykom naszych niedoszłych kandydatów do kardynalskiego kapelusza, decyzja Franciszka wydaje się ze wszech miar słuszna.

Papież od początku swojego pontyfikatu kompletuje grono swoich najbliższych doradców bardzo racjonalnie, aby właśnie z tego grona pojawił się jego następca.

Z całego kolegium elektorów(kardynałów przed 80 rokiem życia) liczącego obecnie około 130 kardynałów, 89 to jego nominaci.

Kiedy Franciszek zasiadł na Stolicy Piotrowej sam był już podeszłych w latach, ale jak mało kto rozumiał, że Kościół potrzebuje nowego spojrzenia, by samemu nie tylko nadążać za zmieniającym się światem, ale i aktywnie otwierać się na konieczne zmiany w nim samym, a to gwarantują tylko otwarte umysły nieprzeciętnych hierarchów nie bojących się tego co nowe.

Patrząc z tej perspektywy biskup diecezji Łódzkiej jak ulał pasuje do tego zadania.

Kiedy przed 12 laty został powołany do godności biskupiej, od samego początku dał się poznać jako duszpasterz nie bojący się wyzwań, czego dowiódł chociażby obejmując najbardziej zlaicyzowaną diecezję w środkowej Polsce i po latach pokazał, że potrafi prowadzić ten Kościół lokalny pomimo zawirowań i kryzysów, od których także i on nie był wolny.

Arcybiskup Ryś, pomimo swojego młodego wieku i trochę marginalizowanej pozycji wśród pozostałych episkopalnych wyjadaczy, nie zgodził się z powszechnie lansowaną diagnozą, że Kościół jest w kryzysie i nic się na to nie poradzi.

Przed kilkoma dniami w Onecie ukazał się wywiad, który przeprowadził z kardynałem nominatem jeden z dziennikarzy.

Na samym początku dowiadujemy się z tej rozmowy, że ta nominacja była całkowitym zaskoczeniem dla biskupa łódzkiego, gdyż jak sam o sobie zaznaczył, nie spodziewał się takiego wyróżnienia.

Później jednak dał się namówić na szerszą analizę tego czym Kościół jest, albo raczej czym był przez ostatnie dziesięciolecia i otwarcie krytycznie ocenił dawny rodzaj religijności opartej tylko na modelu tradycyjnym, swoistej sztafecie pokoleń.

Kościół musi mierzyć się z nowymi wyzwaniami, przywracając styl religijności otwartej na świadomą ewangelizację. To wbrew pozorom nie jest nic odkrywczego, bo taki przekaz otrzymaliśmy od samego Chrystusa, który już swoim uczniom polecił, aby najpierw sami karmili swoją wiarę przekonaniem o słuszności drogi, aby potem być drogowskazem dla innych.

Kościół otwarty na potrzebę nieustannej ewangelizacji to nie jest proste zadnie, gdyż wymaga permanentnej pracy u podstaw, którą muszą realizować wszyscy wierzący, od hierarchów poczynając poprzez kapłanów a na laikacie kończąc.

Taką ideę nowej drogi wiary biskup Ryś realizuje na swoim diecezjalnym poletku i teraz, kiedy z woli watykańskiego szefa został zaliczony do grona najbliższych mu współpracowników, będzie mógł powielać w szerszym spektrum.

Kardynał nominat zapytany o swoje zadania w tym szacownym gronie odpowiedział krótko: dla mnie to terra incogniata, ziemia nieznana, ale wierzę w mądrość Kościoła i jeżeli Bóg głosem Następcy św. Piotra powołał mnie do tego zadania, to ufając Jego wsparciu, będę się starał najlepiej jak potrafię wywiązać się z tego zadania.

Nie wiemy jeszcze ku jakim wyzwaniom Opaczność wyznaczyła przyszłość drogi tego nowego Księcia Kościoła, ale mam głębokie przekonanie, że to była jedna z najlepszych informacji, jaką otrzymaliśmy ostatnio z watykańskiej centrali.

Kryspin

wtorek, 11 lipca 2023

 

Od pasji do charyzmy

Rzeczywistość Kościoła zdaje się przebiegać w odwiecznych schematach wytyczanych czasem roku liturgicznego i nawet się nad tym niewielu zastanawia, biernie realizując swoją drogę ku zbawieniu, że jest to organizm żywy w swoim założeniu.

Ta wspólnota wiary realizująca od ponad dwóch tysięcy lat testament swojego założyciela jest jednak dalece więcej złożonym organizmem i dlatego jego życie wyznaczają także niestandardowe działania u których podstawy znajdują się wizjonerzy pragnący poszerzać horyzonty myślenia i działania.

Niewątpliwie do takich niespokojnych duchów na przestrzeni dziejów można zaliczyć twórców reguł zakonnych, wokół których gromadzili się entuzjaści pogłębionej duchowości, jako sposobu uzyskania bliskości z Odwiecznym, czego efektem stały się pierwsze klasztory, miejsca dla tych, którzy w takiej drodze zamierzali realizować swoje powołanie do świętości.

Przyglądając się nieco zboku rzeczywistości naszego Kościoła, nie sposób nie zauważyć, że i dzisiaj on jest aktywnym ciałem, które co pewien czas rodzi szczególnych liderów-wizjonerów ukazujących potrzebę dawania z siebie czegoś więcej ponad przeciętność.

Po okresie drugiej wojny światowej, kiedy zalewała nas propaganda tworzenia nowego człowieka wolnego od zabobonu wiary, Opatrzność powoływała do pomocy ludzi nieprzeciętnych, którzy odpowiadając na potrzebę obecnego czasu, zarażali coraz większe rzesze tych, którzy także zrozumieli, że dla Boga warto poświęcić coś więcej, aniżeli bierną przeciętność.

W tym miejscu warto wspomnieć jednego z wielkich charyzmatyków księdza Blachnickiego, wizjonera i założyciela wspólnoty „Światło życie”, czyli znanego pod potoczną nazwą jako ruch Oazowy.

Najpierw było to miejsce rekolekcyjnych spotkań służby liturgicznej, które urządzał w Krościenku, ale z biegiem lat poszerzał swój obszar duchowego oddziaływania na kolejne grupy najczęściej młodych ludzi, którzy potem zaczęli tworzyć wspólnoty rodzin bliskich Bożym wyzwaniom.

Z pewnością ten duchowny nie pasował różnym świecko oświeconym, dlatego przy sprzyjającej okazji zamordowali go, kiedy przebywał poza terenem Polski.

Jego dzieło było jednak już na tyle okrzepłe, że teraz po kilkudziesięciu latach nadal prężnie się rozwija w ponad 30 krajach całego świata.

Duchowny z podgórskiego Krościenka nie był jedynym „Bożym szaleńcem” bo na takie miano z pewnością zasłużył sobie także niedawno zmarły Ojciec Góra, twórca corocznych spotkań młodych na Lednicy, gdzie co roku w pierwszą sobotę czerwca po dziś dzień ściągają tłumy młodych, aby w radości przeżywać spotkania z Chrystusem.

Na koniec, i tu pewnie narażę się wielu, nie sposób do tego grona wizjonerów nie zaliczyć także Ojca Rydzyka, który powołał do życia w Polsce pierwsze katolickie radio i kanał telewizyjny dla wierzących.

Przy całej fali krytyki, że przy tej okazji drenował kieszenie ubogich staruszków, aby realizować coraz to nowe zamierzenia w toruńskim imperium, to jednak trzeba przyznać, że stworzył to na samym początku bez tajemniczych toreb z biedronki, którymi nawet czołowi obecnie politycy tłumaczą się z kasy na utworzenie swoich partii i jakoś nikomu to nie przeszkadza.

Zapiekłym przeciwnikom jego działalności nie pozostaje jednak nic innego, jak czekać na dalszy rozwój wydarzeń, a ściślej rzecz ujmując obserwować, czy ten ruch przeżyje swojego twórcę. Ojciec Rydzyk ma już swoje lata (78) i wieczny nie będzie.

Twórca toruńskiego, kościelnego imperium pewnie zawsze będzie budził emocje, ale dla Kościoła stał się ważnym chociażby ze względu na wielomilionową rzeszę tych, którzy korzystają z tej ścieżki ewangelizacji.

Gwoli ścisłości, kiedy piszę o tych kapłanach używając określenia charyzmatycy, nie przesądzam o ich duchowej doskonałości, bo pewnie mieli i mają swoje ułomności, ale przecież cały Kościół dotknięty jest tym, co potocznie nazywamy skłonnością do grzechu, co jednak nie przekreśla tego co w nim dobre.

Kryspin

środa, 5 lipca 2023

 

Kościelna rada nadzorcza.

W okresie przedwyborczej gorączki co pewien czas powraca temat rad nadzorczych w spółkach skarbu państwa. Przeciwnicy polityczni przy tej okazji nie szczędzą krytycznych uwag do ich sposobu działania i wytykają obozowi władzy, że te gremia ni jak nie spełniają swoich statutowych zadań będąc jedynie miejscem ciepłych posadek dla swoich, nie koniecznie kompetentnych osób.

-„Rada nadzorcza jest organem powoływanym przez walne zgromadzenie lub zgromadzenie wspólników, które powołuje przewodniczący rady nadzorczej i prowadzi nadzór nad działalnością spółki w tym nad działaniami w spółce akcyjnej i innych. Sprawdza także zgodność działania spółki z zapisami obecnymi w statucie spółki.”

Tyle stanowi definicja mówiąca o tym, czym rada nadzorcza winna być, i trudno się z nią nie zgodzić.

W tym krótkim zapisie brakuje jednak istotnych uprawnień, którymi takowy organ może się posługiwać, a chodzi o to, że prowadząc nadzór nad działalnością danego przedsiębiorstwa, członkowie rady nie tylko mają za zadanie nadzorować pracę zarządu, ale i w sytuacjach ekstremalnych wnioskować o odwołanie osób ustanowionych przez założyciela jako zarządzających.

Niestety, w wielu przypadkach to jest martwy przepis, bo dziwnym trafem bardzo rzadko się zdarza, że dochodzi do takich dymisji na wniosek członków rady nadzorczej, a szkoda.

W podobnym stylu powoływane są rady parafialne, jednak w samym założeniu, są to tylko gremia doradcze mające służyć pomocą jedynemu szefowi wspólnoty jakim jest miejscowy proboszcz.

W polskich parafiach zostały powołane ze świeckich wiernych jako swoisty pomost pomiędzy powołanym przez biskupa kapłanem odpowiedzialnym za parafialne poletko, a pozostałymi wiernymi stanowiącymi szarą masę.

Próżno zatem szukać pasusu mówiącego o roli nadzorczej rady i w efekcie możliwości kreowania przez nią polityki personalnej na parafialnym odcinku.

-”Jestem od kilku lat członkiem rady parafialnej w naszej wspólnocie i uwiera mnie to, że nasz proboszcz otwarcie wyznacza nam ramy naszej aktywności, które ogranicza do troski o płot przy kościelnym murze, czy rozdzielanie zadań przy okazji zbliżających się świąt.

Aby była jasność, nie dopuszcza żadnej krytyki w stosunku do siebie i nieśmiałe głosy niezadowolenia z podejmowanych przez niego działań odbiera zawsze w ten sam sposób, twierdząc, że to on wie najlepiej, co jest dobre dla ogółu i koniec dyskusji.

Aby nie być gołosłownym, przytoczę kilka „kwiatków” despotyzmu naszego księdza.

Opublikował niedawno taryfikator kościelnych posług i sztywno wyznaczył kwoty należne za swoją duszpasterską aktywność. Masza zwykła 50 zł, niedzielna 100 zł, a pogrzeb w przedziale od 1200 do 1800 zł( w zależności od dodatkowych „atrakcji” jak pobyt nieboszczyka w kościele w trakcie mszy pogrzebowej i obecność na ceremonii naszego organisty)

Czarę niezadowolenia przelała decyzja o podziale dzieci przystępujących do pierwszej komunii, kiedy zarządził, iż dzieci z rodzin bez ślubu kościelnego będą stanowiły oddzielną grupę, która do sakramentu przystąpi w sobotnie popołudnie.

Po tym zarządzeniu część parafian otwarcie się sprzeciwiła i zamierzała poskarżyć się na niego w kurii.

Przyznam, że i mnie to ubodło, dlatego sam z siebie zaoferowałem pomoc wiedząc, że niebawem ksiądz biskup będzie w naszej wspólnocie i może wtedy mógłbym przedstawić mu tę sprawę w trakcie chociażby krótkiej rozmowy.

Spotkanie z członkami rady parafialnej było bardzo krótkie i ograniczyło się tylko do kilku zdań, w których nasz hierarcha, a jakże, podziękował członkom rady za skuteczne wspieranie swojego proboszcza.

Kończąc swoje krótkie wystąpienie nie zapomniał także zaznaczyć, jak wielkim zaufaniem darzy miejscowego włodarza i na tym miało się skończyć, gdyby nie moja niewyparzona gęba i obietnica, jaką złożyłem tym, którzy wcale nie tak różowo odbierali aktywność naszego księdza.

Nie dane mi było jednak skutecznie przedstawić żali dotkniętych sankcjami parafian, bo wkroczył we wszystko sekretarz biskupa twierdząc, że nie pora, aby ekscelencji zajmować czas wydumanymi żalami nielicznych niezadowolonych, a jeżeli chciałbym coś jeszcze dodać, to mógłbym to uczynić drogą pisemną, a w kurii ktoś się nad tym pochyli.

Ksiądz biskup podzielił zdanie swojego przybocznego, a mnie tylko pozostał jeszcze we wspomnieniu karcący wzrok naszego proboszcza i wiedziałem, że jeszcze długo będę na cenzurowanym”.

Tak sobie marzę, aby przy okazji biskupich odwiedzin w parafialnych wspólnotach hierarchowie zanleźli by czas na choćby krótką szczerą rozmowę z przedstawicielami parafialnych rad, może z konkluzji po nich zrodziłoby się coś dobrego i na konieczne zmiany nie trzeba by czekać do czasu, aż popękają wrzody patologicznego zachowania niektórych włodarzy parafialnych poletek, bo działanie po niewczasie zawsze rodzi smrodek, a niekiedy okropny swąd zaniedbanych decyzji.

Kryspin