wtorek, 7 marca 2023

 

Dom mam

W jednym z programów komercyjnej stacji telewizyjnej swoimi przemyśleniami podzieliła się przedstawicielka opozycji, która na pytanie o referendum w sprawie aborcji wyraziła opinię, że to Kościół nie odrobił zadania, które przed nim stawiano i dlatego odżyła sprawa prawa kobiet w tej kwestii.

Trudno się nie zgodzić z takim zdaniem, bo rzeczywiście brakuje nie tylko zdecydowanego głosu hierarchów w tej sprawie, ale co jest o wiele większym grzechem tychże, zdecydowanego działania.

Pozwolę sobie teraz powrócić do „Zatroskanej koloratki” i posłużyć się jej fragmentem o tytule: „Dom mam”:

-”Mamy tu „Dom mam”

Teraz jego oczy nabrały blasku, który maluje się na obliczach rodziców przeżywających chwile zachwytu nad swoim dzieckiem, najpiękniejszym owocem ich miłości...

Po chwili zatrzymaliśmy się przed domkiem w kształcie wiejskiego dworku, ale widać było, że jest to nowy budynek.

Miał kremową elewację, małe, białe okna z pastelowymi firankami, które wręcz prowokowały, aby zajrzeć do środka.

Całości dopełniała zieleń kwiatów, które były dosłownie wszędzie...

To jest pani Elżbieta, nasza Mama młodych mam!

Ksiądz Piotr przedstawił mi starszą panią, która pojawiła się w drzwiach wejściowych, gdy ja nadal z zachwytem wpatrywałam się w okienka.

Dopiero po chwili powróciłam do rzeczywistości i zobaczyłam przed sobą kobietę w wieku, który zaznaczył swe piękno na siwych włosach ułożonych w nienaganny kok. Upływający czas nie pozbawił jej jednak ciepła i młodości spojrzenia. Jej oczy były przyjazne i szczerze uśmiechały się przy przywitaniu.

Po krótkiej prezentacji i zdawkowym wyjaśnieniu powodu mojej wizyty weszliśmy do środka.

Do wnętrza domu prowadził krużganek i rodzaj holu. Po jego prawej stronie, nieopodal wejścia stał

mały stolik nakryty białą serwetą dumnie eksponującą pękaty wazon pełen świeżych kwiatów.

Obok umieszczono małe foteliki wręcz zapraszające do tego, aby przysiąść na nich choć na chwilę.

Cały hol emanował dziwnym spokojem i sprawiał, że wchodzący do środka instynktownie ściszali głos i starali się stawiać kroki ostrożnie, by zbędnym hałasem nie zakłócić spokoju tego miejsca.

Przez chwilę miałam wrażenie, że znalazłam się w świątyni, gdzie człowiek instynktownie czuje, że takie miejsce szczególnie wymaga ciszy i szacunku...

Z holu prowadziły drzwi w podobnym pastelowym kolorze, by przejść w w długi korytarz, u którego końca majaczyło okna z firankami podobnymi do tych, które urzekły mnie jeszcze przed wejściem.

Półmrok wnętrza rozświetlały małe kinkieciki umieszczone po obu stronach tej radosnej przestrzeni, i nie chodziło tylko o jasną wykładzinę na posadzce, bo choć i ona emanowała przyjaznym ciepłem, to pierwsze, co chwytało za serce, mieściło się na obu ścianach korytarza. Wisiały tam zdjęcia małych, uśmiechniętych buziek, i człowiek odnosił wrażenie, że to one są prawdziwym źródłem światła w tym pomieszczeniu...

Były to zwyczajne, naturalne, ale i zabawne zarazem sytuacje uchwycone obiektywem aparatu, jakby ktoś chciał uwiecznić pierwszą radość nowego życia...

Poczułam się przez chwilę jak widz, któremu dane było po raz pierwszy znaleźć się na planie filmowym i tylko niekiedy dociera do niego, że to co widzi, nie przystaje w żaden sposób do rzeczywistego świata, z którego tu przybył...

-Zostawię panią pod opieką naszej „Mamy mam” Ona o wiele lepiej zapozna panią z naszym domem; tym po co powstał i jak żyje...”

Za tydzień dowiemy się więcej, dlaczego powstał „Dom mam” i jak w nim realizowane jest działanie dla życia, tego dopiero co zaczynającego się.

Kryspin

wtorek, 28 lutego 2023

Wielkanocna spowiedź to sakrament z taśmy.

Jesteśmy w okresie Wielkiego Postu i widzimy jak zmieniła się liturgia tego czasu. Nie tylko chodzi mi o kolor szat celebransów sprawujących ceremonie, czy zmiany w samym rycie mszalnym okrojonym z radosnych śpiewów alleluja dotąd poprzedzających chociażby czytane fragmenty ewangelicznego przesłania, ale także dodatkowe nabożeństwa przynależne temu okresowi, czyli popołudniowe niedzielne gorzkie żale i piątkowe drogi krzyżowe.

W większości parafii wyznaczono także dzień powszechnej spowiedzi, kiedy miejscowi duszpasterze zasileni kapłanami z sąsiednich wspólnot zasiądą w prowizorycznych konfesjonałach, by dać szansę na gremialne przeżywanie sakramentu pojednania wszystkim parafianom. Pewnie, że jest to wypełnienie kościelnego nakazu, by wierni co najmniej raz do roku, w okolicach Wielkanocy spowiadali się i przyjęli Chrystusa w komunii, ale?

Od zawsze miałem wątpliwości do takiej formy chrześcijańskiej aktywności, kiedy to w tak taśmowym systemie Kościół legitymuje fikcję wiary swoich wyznawców.

Ksiądz odpukał i mam obowiązek z głowy, to konkluzja większości uczestników takich pokutnych akcji, i trudno im się dziwić.

Dodatkowo trzeba zauważyć, że takie pokutne praktyki poza tym, że ni jak nie wypełniają wymogów dobrej spowiedzi, to i tak wielu zapisanych w kościelnych statystykach wiernych szerokim kołem unika takich spędów, bo zwyczajnie kontestują konfesjonał jako miejsce do składania oskarżeń dotyczących swojego postępowania.

-”Dlaczego mam dzielić się wstydliwymi sprawami z człowiekiem, który być może ma na swoim sumieniu dalece większe grzechy od moich?”- to częste zdania tych, którzy już dawno odpuścili sobie taką formę pokutnego sakramentu.

Niekiedy sami kapłani stawiają swoistą tamę przed wiernymi w tej kwestii.

Jeden z katolików wspominał czas sprzed lat, kiedy ostatni raz przystąpił, a może należałoby powiedzieć, zamierzał przystąpić do spowiedzi i oczekując w małej kolejce przed konfesjonałem usłyszał od kapłana, że nie będzie mógł spełnić swojego zamiaru, bo ten w tym dniu będzie spowiadał tylko dziewczynki.

-”To była moja ostania próba spowiedzi i po dziś dzień nie umiem sobie odpowiedzieć: dlaczego ten ksiądz mnie tak potraktował”-stwierdził z niekrywanym przygnębieniem.

Wielu wiernych coraz głośniej wyraża swoją dezaprobatę do takiej formy sakramentu pokuty, który wymaga wyartykułowania swoich grzechów w indywidualnym wyznaniu grzechów i wyrażają pragnienie zmiany na formę spowiedzi powszechnej.

Kościół przecież aprobuje taką formę w szczególnych okolicznościach, jak chociażby w czasie wojennego zagrożenia życia, kiedy wojskowi kapelani mogą stosować ryt zbiorowej absolucji żołnierzom przed bitwą.

Przed laty byłem na mszy w kościele Polsko-katolickim i pamiętam swoje zdziwienie, kiedy celebrans przed liturgią poprowadził spowiedź powszechną dla wszystkich zebranych.

Moje zdumienie jeszcze wzrosło, kiedy później w trakcie komunii nie wszyscy przystąpili do stołu pańskiego, choć także byli uczestnikami obrzędu poprzedzającego liturgię mszy świętej.

Moje wątpliwości rozwiał zapytany przeze mnie bezpośrednio po liturgii ksiądz będący co dopiero celebransem:

-”Do komunii przystąpili tylko ci, którzy w swoim sumieniu spełnili wszystkie warunki dobrej spowiedzi kładąc nacisk na szczery żal i postanowienie poprawy,”

Uprzedzając moje kolejne pytanie dodał:

-”W naszym Kościele mamy także formę spowiedzi bezpośredniej, kiedy ktoś czuje potrzebę pomocy kapłana będącego dla skruszonego grzesznika swoistym przewodnikiem naprawy osobistych relacji z Bogiem.”

Jeszcze długo myślałem dlaczego u nas, w katolickiej wspólnocie sprowadzono ten jeden z najważniejszych sakramentów do płytkiego ceremoniału niewiele, albo wręcz wcale nie mającego nic wspólnego z szansą na coś więcej, aniżeli tylko odpukanie przy konfesjonale.

Kryspin 

wtorek, 21 lutego 2023

 

Polski Kościół na krawędzi

„Nuncjusz apostolski kończy swoją misję. Pozostawia polski Kościół na krawędzi”, to tytuł z portalu informacyjnego, który w tych lapidarnych słowach dokonał swoistej oceny pracy papieskiego wysłannika od lat sprawującego nadzór nad sprawami duszpasterstwa lokalnej wspólnoty stanowiącej ważny puzel w ogólnej układance watykańskiej mapy wiary.

Chociaż autorzy tergo podsumowania dokonali krytycznej oceny rzymskiego delegata, to dalece bardziej istotnym stało się opatrzenie rzeczonego artykułu zdjęciem, na którym ukazano dostojnika w otoczeniu polskich hierarchów, delikatnie rzecz ujmując, będących twarzami polskiego Kościoła na krawędzi.

Dwóch biskupów „seniorów”, czyli już będących poza czynnymi strukturami władzy, choć ubabranych w ciemne dokonania z przeszłości i arcybiskup kluczowej diecezji, który także nie ma dobrej prasy w związku z poziomem swoich wystąpień dalece odbiegających od pasterskiego nauczania, to nie do końca dobre towarzystwo do pamiątkowej fotki.

Od kilku dni w Kościele rozpoczął się najważniejszy czas w roku liturgicznym, którym jest wielki post.

To szczególny okres swoistego rozliczenia naszej wiary, kiedy po radości obcowania z Chrystusem odnoszącym sukcesy, kiedy przemierzając palestyńskie piachy niósł nadzieję tym, którzy stali się nie tylko świadkami jego nauki, ale i niezwykłych dokonań oczekiwanego od wieków Mesjasza, na koniec musieli doznać swoistego szoku, widząc upadek nadziei, gdy nienawiść obarczyła go drzewem krzyża.

Wielki post to czas sprawdzenia naszej wiary i jako taki wymaga od wiernych autentycznej refleksji nad tym, ile w nas pragnienia bycia z Nim, co niesie w sobie konieczność nawrócenia z drogi świata będącego w opozycji dla Jego przesłania.

-„Pozostawił polski Kościół na krawędzi”, te słowa tytułujące artykuł o zakończeniu misji watykańskiego administratora w naszej ojczyźnie zbiegające się z początkiem tegorocznego wielkiego postu nabierają szczególnego znaczenia także dla hierarchów odpowiedzialnych za kondycję naszej wspólnoty wiary.

Pewnie, że czterdzieści dni, które w kalendarzu dzielą nas od radości wielkanocnego Alleluja to zbyt krótki czas na radykalne zmiany, to jednak mógłby to być znakomity początek nowego.

W otoczeniu skazańca na golgotowym wzgórzu było wielu gapiów tylko żądnych mrocznego przeżycia cierpienia, którzy po tym zwyczajnie opuścili to miejsce i udali się do swoich zajęć, szybko zamazując w swojej pamięci dopiero co doświadczone makabryczne przeżycie.

Stali jednak tam także i ci, którzy z radością napawali swoją nienawiść do tego, który jeszcze tak niedawno burzył spokój ich dawnego porządku.

I nieco z boku pozostała garstka tych, których ta śmierć przybiła, bo niosła w sobie tragedię ukrzyżowanej miłości.

Przed nami wszystkimi, szeregowymi członkami wspólnoty wiary i także tymi, których odbieramy jako tych szczególnie wyróżnionych noszących purpurowe szaty kościelnych dostojników, szczególny czas wymagający jasnej deklaracji wobec Ukrzyżowanego.

Wszyscy winniśmy mieć w pamięci to, że po koszmarze wielkiego piątku nadszedł czas wielkanocnego zwycięstwa. Wtedy Bóg nie tylko dokonał swojego zwycięstwa, ale rozpoczął także czas szczególnego rozrachunku deklaracji naszego życia.

W której grupie zastanie nas w czasie swojego triumfu?

Czy będziemy w grupie gapiów nadal żyjących tylko chwilą, czy nasze miejsce będzie w gronie autentycznie opowiadających się za miłością, a może niestety będziemy w gronie tych, którzy będą niepocieszeni jego ingerencją w dawny spokój bez niego?

Na to pytanie muszą odpowiedzieć sobie wszyscy świadkowie Jego śmierci i triumfu, także ci odpowiedzialni za dzisiejszy nasz Kościół, który bez autentycznego nawrócenia będzie o krok dalej poza krawędzią, gdzie jest już tylko otchłań historii.

Kryspin

wtorek, 14 lutego 2023

 

Święty to drogowskaz naszej nadziei.

W trakcie jednego ze spotkań autorskich promujących „Zakochaną koloratkę”, odchodząc nieco od tematu książki, zadałem zebranym pytanie:

-Kto z was ma nadzieję zostać kiedyś świętym?

Wtedy byliśmy świeżo po tym, jak Kościół zaliczył w poczet błogosławionych niedawno zmarłego papieża Jana Pawła II i wszystkich nas rozpierała duma, że ten wybitny Polak dostąpił takiego wyróżnienia, co było swoistym hołdem dla jego wielkości.

Trochę się zdziwiłem, bo nikt z zebranych nie podniósł ręki na znak, że mieliby nadzieję na świętość, czyli nagrodę wiecznego szczęścia.

Zamiast tego dało się tylko usłyszeć pomruk rezygnacji, jakby chcieli powiedzieć, że nie wierzyli w możliwość osobistej świętości.

-A kto z was w niedzielę uczestniczy we mszy świętej, a w tygodniu ciężkiej pracy nie stara się być dobrym człowiekiem?- zadałem kolejne pytanie i wtedy prawie wszyscy podnieśli ręce.

Nie czekając skwitowałem tę ich deklarację prowokacyjnie pytając:

-Ale po co to robicie nie mając nadziei?

W odpowiedzi zabrała głos starsza kobieta:

„-No właściwie Bóg w swojej dobroci pewnie patrzy przychylnym okiem na nasze niedoskonałości i w przeciwieństwie do naszego proboszcza, uważa nas za nie tak do końca niegodnych wiecznej nagrody...”

Przez wieki utarł się obraz świętych jako ludzi doskonałych, których często w hagiografii przedstawiano w rozmodlonych pozach, jak gdyby żyjących poza rzeczywistym światem, ale to wcale nie przystawało do ich codzienności.

Historia Kościoła może za mało ukazywała, że świętość to proces, który wcale nie musiał determinować zwyczajności życia przyszłych patronów ołtarzy.

Jeden z wielkich pośredników bożej miłości, jakim bezsprzecznie był Augustyn, teolog żyjący ponad 1500 lat przed nami, wcale nie zapowiadał się na kogoś świętego prowadząc hulaszcze życie, nie stroniąc od doczesnych uciech i dopiero po latach zmienił swoje postępowanie kierując się ku wartościom, które Kościół uznał za na tyle wystarczające, by zaliczyć go w poczet świętych.

Ludzie, którym w niesmak był pontyfikat naszego wielkiego rodaka, zarzucali mu, że w trakcie papieskiej posługi namnożył tabuny świętych, jakby chciał tym utorować i sobie drogę do tego wyróżnienia.

Jan Paweł II rzeczywiście zintensyfikował otwarcie Kościoła na procesy kanoniczne nawet zwyczajnych ludzi, aby ukazywać drogę dla pozostałych wiernych, których przeznaczeniem jest droga do grona szczęśliwych w domu Ojca, i nie powinno to nikogo dziwić.

Święci to tacy sami pielgrzymi wiary jak my wszyscy i dlatego tak wielu przewodników dla naszej drogi nadziei Jan Paweł II nazwał po imieniu.

Czy byli to ludzie bez skaz?

Z pewnością nie, ale nieśli w sobie nadzieję, że w ekstremalnych okolicznościach obierali dobro, niekiedy opłacone najwyższą ceną, jak chociażby w przypadku rodziny Ulmów, prostych ludzi, którzy w imię miłości wobec krzywdy oddali życie chroniąc żydowską rodzinę przed oprawcami z trupimi czaszkami na mundurach, to aż nadto było wystarczającym powodem, by nazwać ich świętymi.

I na koniec sprawa Jana Pawła II, którego kościół uznał za godnego miana świętego.

Dokonał tego nie na zasadzie emocji, choć bezpośrednio po śmierci papieża Polaka tłum zgromadzony na placu Świętego Piotra domagał się tego skandując Santo subito,

Proces kanoniczny trwał rzeczywiście w szybkim tempie, ale skrupulatnie rozważył za i przeciw, aby nikomu nie przyszło na myśl, aby podważyć jego decyzję, a jednak?

To przykre, że właśnie u nas w Polsce odzywają się głosy adwocatus diaboli, którzy próbują negować jego drogę ku doskonałej przyjaźni z Bogiem.

Czy Jan Paweł II był człowiekiem bez skazy i słabości?

Z pewnością nie, ale to na Boskiej szali ni jak się miało do jego pragnienia wierności służbie, której był oddany do ostatniego tchnienia.

wtorek, 7 lutego 2023

 

Gra w mszę świtą

Wirtualny świat to rzeczywistość naszego współczesnego świata i trudno się z tym nie zgodzić.

Od czasu, kiedy komputery wyznaczają linie postępu, trudno powrócić do ery sprzed smartfonów, czy innych gadżetów, bez których współczesny człowiek nie wyobraża sobie życia.

Młyny postępu nie mielą już powoli jak kiedyś, gdy osiągnięciem myśli wizjonerów było wynalezienie koła, czy chociażby niedawna nam epoka industrializacji owocująca erą uprzemysłowienia, która jeszcze tak niedawno zdawała się być kresem możliwości ludzkiego rozwoju.

Teraz wkraczamy w czas sztucznej inteligencji i horyzont postępu zdaje się być niezmierzonym.

Wiek XXI z pewnością dokona zmian w naszej rzeczywistości i to w skali, jakiej nawet nie jesteśmy wstanie sobie wyobrazić.

Postęp zmieni dosłownie wszystko i nie mam tu taj na myśli tylko sfery przemysłowej, bo to już ma miejsce, kiedy roboty zajmują miejsca do tej pory zarezerwowane dla ludzkich rąk, bo i w innych dziedzinach ekspansja sztucznej inteligencji zmieni wszystko.

Potrafię sobie wyobrazić także kulturę kreowaną przez świat wirtualny, czego doświadczamy już dziś, kiedy w filmach animacje komputerowe tworzą iluzję rzeczywistości i tylko patrzeć, kiedy aktorów zastępią awatary.

Jednym z ostatnich bastionów rzeczywistego świata pozostaje paradoksalnie sfera sacrum, której depozytariuszem w naszej kulturze jest Kościół Katolicki, ale i tu świat sztucznej inteligencji zaczyna roztaczać swoją władzę.

W ostatnim czasie, kiedy świat dotknęła pandemia, zostaliśmy zmuszeni do samoograniczenia naszej aktywności i nasze życie zostało ograniczone do ścian naszych domów, naturalnym stało się to, że musieliśmy zmienić nasze przyzwyczajenia nie tylko w sprawach dotyczących pacy, ale i potrzeb duchowych.

Zamknięte kina, teatry i inne ośrodki masowej kultury zmusiły nas do korzystania zdalnego z tych przybytków.

Tak samo stało się z kościołami, gdzie dotąd gromadzili się wierni, aby spełniać swoje potrzeby bliskości z sacrum.

I w tym wypadku postęp zdawał się wychodzić naprzeciw tym potrzebom, kiedy w mediach transmitowano niedzielne msze, aby wierni w ten sposób mogli doświadczać kontaktu z Bogiem.

Pewnie jeszcze nikt nie pokusił się o przeprowadzenie badań nad skutkami takich duchowych „protez”, ale obserwując stan po, można wyciągnąć wnioski, że pandemia także przyczyniła się do spadku religijności wiernych, którzy trwale ostygli w swojej potrzebie praktyk religijnych.

Kolejnym skutkiem takiego stanu rzeczy jest nastawienie młodych ludzi, którzy gremialnie wyrażają swoją dezaprobatę do wszystkiego, co do tej pory było im wpajane i decydują się na swoisty rozbrat z religią w ogóle.

I tu rodzi się kolejny paradoks kryzysu sacrum, kiedy od kilku tygodni święci triumf wirtualna gra, która ogarnia całe rzesze młodych namiętnie uczestniczących w wirtualnych mszach celebrowanych przez nich samych.

Kościelni fundamentaliści co prawda podnieśli larum, że to jest obraza wiary, ale zaraz potem głos zabrali także ci, którzy obserwując to zjawisko, nie dostrzegli w nim nic zdrożnego, bo młodzi nie bawią się w parodię mszy i traktują tę grę poważnie.

Może więc to nie jest wcale zagrożenie dla wiary, a głos potrzeby sacrum u tych młodych ludzi, którym brakuje autentyczności w rzeczywistym świecie?

Sądzę, że oni swoją grą wyrażają pragnienie, które Kościół może spełnić podając im mądrą alternatywę w rzeczywistym świecie.

Wirtualny postęp wcale nie musi zagrażać sacrum, które jest swoistym DNA człowieka.

Kryspin

wtorek, 31 stycznia 2023

 

Opiłować Kościół z przywilejów

Kościół na poznańskich Jeżycach od końca XIX wieku wrósł w pejzaż Poznania i nikomu by do głowy nie przyszedł pomysł, że może być przedmiotem niezgody, a jednak?

Pewnej grupie okolicznych mieszkańców nagle stał się uciążliwym sąsiedztwem za przyczyną za głośnych dzwonów przeszkadzającym im w niedzielnym odsypianiu tygodniowych zaległości.

Jeżeli do tego dodać zbyt okazałe nagłośnienie świątecznych celebr, to czara goryczy amatorów spokoju została przelana ponad miarę.

Na nic się zdały głosy obrońców kościelnych dźwięków, którzy ośmielili się zauważyć, że świątynia od ponad stu lat dźwiękiem dzwonów zaznaczała swoją obecność w dzielnicy i nikomu to nie wadziło, podobnie jak hałas pojazdów zaopatrujących znajdujące się nieopodal targowisko, nie wspominając już decybeli przemieszczających się innych środków komunikacji miejskiej z głośnymi tramwajami na czele.

Wobec zgłoszonego problemu zebrała się rada dzielnicy, zaangażowała mierniczych ze specjalistycznymi urządzeniami do pomiaru hałasu i orzekała, iż kościół musi zadbać o wyciszenie spiżowych potworów, a siłę wzmacniaczy mikrofonów znacznie pomniejszyć.

Swoją drogą jesteśmy i tak w dobrej sytuacji, bo nie mamy wśród nas innych mniejszości wyznaniowych, bo chociażby gdyby w dzielnicy znajdował się islamski meczet, to donośny głos muezina wzywający kilka razy dziennie wiernych na modlitwę też z pewnością przekraczałby dozwolony poziom hałasu.

Ale czy w takiej sytuacji znaleźliby się odważni w radzie dzielnicy, aby żądać porannej ciszy; śmiem wątpić.

Decyzja poznańskich rajców ni jak się ma do lansowanej tezy, że Kościół w Polsce cieszy się niczym nie uzasadnionymi przywilejami, o których co chwilę da się słyszeć nie tylko z ust jego przeciwników, ale i podczas rozmów szarych obywateli także.

Sam doświadczyłem tej niechęci wobec rzekomych przywilejów, jakimi cieszyć się ma Kościół, kiedy w trakcie krytycznego wywodu na temat obecnie rządzących, pani zakończyła swój wywód, że dobro powróci do nas dopiero po zmianie władzy i opiłowaniu korzyści jakimi cieszy się Kościół.

Trzeba otwarcie przyznać, że Kościół swoim umiłowaniem przywilejów, których mu nie szczędziła obecna władza, zapracował sobie na niechęć tych, którym taka rzeczywistość stała się solą w oku i nie omieszkali wyartykułować swojego sprzeciwu.

Co prawda główna niechęć politycznych antagonistów dotyczy przeciwnego obozu i całość wróci do normy po najbliższych wyborach, to jednak w przypadku obrazu na jaki zapracował sobie Kościół, obawiam się, że efekt będzie długotrwały.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, kiedy żyliśmy w czasie realnego socjalizmu, Kościół był obiektem nieukrywanego ataku władz, którym zależało na ukształtowaniu „nowego” człowieka na miarę postępu jaki na sztandarach głosili piewcy marksizmu, ale szczęśliwie wyszedł z tej batalii wzmocniony.

Obecnie przeżywamy czas nowej batalii o rząd dusz i trzeba przyznać, że jest to walka o wiele trudniejsza, bo zdaje się, że nie ma zewnętrznego wroga, z którym przyszłoby się mu mierzyć, to jednak wcale nie ułatwia sprawy.

Kościół musi się zmienić, aby wymazać ze świadomości wiernych często wypaczony obraz namalowany farbami tych, którym od zawsze zależało i nadal zależy, aby utrwalać to, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Chrystus, mówiąc o założonym przez siebie Kościele, przestrzegał, że zawsze będą siły jemu przeciwne: ”To jest znak, któremu sprzeciwiać się będą...”

Możemy być pewni, że na nic się zdadzą wszelkiego rodzaju kalumnie, jeżeli On będzie trwał w świetle prawdy i odrzuci „ogarek” przyjaźni ze światem.

Kryspin

wtorek, 24 stycznia 2023

 

Ojciec święty”

Polska to dziwny kraj, w którym nasi rodacy potrafiący się kiedyś jednoczyć w chwilach trudnych, potrafią jednocześnie kierować się pełnym nienawiści politycznym partykularyzmem, który przenoszą na forum daleko przekraczające nasze granice, aby dopiec chociażby przeciwnikom, bez względu na to, jak to będzie miało opłakane skutki dla naszej ojczyzny.

Pewnie do niechlubnej historii przejdzie także ostatnie dokonanie naszego byłego prominentnego polityka, który w wywiadzie udzielonym znanej rozgłośni radiowej postawił wprost absurdalną tezę, że Polacy w pierwszych dniach agresji naszego wschodniego sąsiada, rozważali możliwość jawnej aneksji ziem zaatakowanej Ukrainy.

Pewnie, że można przejść do porządku dziennego nad tym haniebnym osądem, ale niesmak jeszcze długo pozostanie będąc pożywką dla wszelkich teorii spiskowych obliczonych na tworzenie podziałów w tej kwestii.

W podobnym tonie odbieram ostanie dokonanie literackie pana Szumlewicza, który wysilił się na napisanie książki :”Ojciec święty”

Autor tego „dzieła” spisał opinie wielu osób, delikatnie rzecz ujmując, znanych z krytycznego stosunku do wszystkiego, co jest związane ze sprawami wiary.

Nie będę tu przytaczał z nazwisk tych „autorytetów” od obiektywnych ocen dotyczących Kościoła, bo są oni li tylko siewcami hejtu karmiącego ich nienawiść do wszystkiego, co go stanowi.

Minęło dopiero kilkanaście lat od dnia, kiedy w kwietniowy wieczór 2005 roku świat żegnał wielkiego człowieka, jakim bezsprzecznie był papież Jan Paweł II.

Wtedy na placu Świętego Piotra tłum przeżywający misterium umierania kogoś niezwykłego, po chwilach zadumy wykrzyczał: „Santo subito” wyrażając przekonanie o jego świętości.

Pokłosiem tego pontyfikatu był także ruch młodych, którzy bezpośrednio po śmierci Jana Pawła II, zapragnęli swoim życiem pielęgnować jego dziedzictwo.

Wtedy w tak podniosłej atmosferze zamilkły na chwilę głosy tych, którym zawsze w niesmak był ten nasz wielki rodak i w niepamięć poszły ich pełne nienawiści głosy, choć one także i wtedy były.

Warto w tym miejscu przywołać głos jednego z bohaterów książki wcześniej przywołanego autora.

Kiedy Papież w ostatnich dniach swojej ziemskiej posługi dawał świadectwo wagi ludzkiego cierpienia, tenże publicznie nawoływał, aby uwolnił świat od siebie i po prostu umarł „...Kończ Waść i wstydu oszczędź...”

Pomimo, że portal internetowy, który promuje nowe dzieło pana Szumlewicza, zauważył, iż książka ta w wielu odbiorcach nie znajdzie poklasku, nie omieszkał przeprowadzić wywiad z Tomaszem Piątkiem, jednym z piewców krytyki w stosunku do zmarłego przed kilkunastu laty Papieża.

Ten protestancki fundamentalista pozwolił sobie na całą falę krytyki w stosunku do Jana Pawła II odbierając mu nawet prawo do miana chrześcijanina, o pozycji w panteonie gigantów teologii kończąc, to jednak przeszedł samego siebie zarzucając zmarłemu biskupowi Rzymu, że swoim zachowawczym pontyfikatem odciął wiernych od perspektywy zbawienia, dając im jednocześnie watahę świętych, których naprodukował ponad miarę, by mogli bałwochwalczo ich adorować.

Przyznam, że trudno ustosunkować się tego steku bzdur, to jednak nie wszystkim jest tu po drodze, o czym może świadczyć obszerność rzeczonego artykułu.

Polacy to dziwny naród, który potrafi szargać pamięć wielkości w imię własnej sfrustrowanej nienawiści, a komuś, jak to aż nadto widać, wyraźnie chodzi o to, aby te niskie cechy podsycać.

Kościół, pomimo swoich ciemnych stron, był od zawsze ostoją polskości i strażnikiem naszych korzeni.

Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że są wśród nas także i tacy, którym to doskwiera i z zapałem realizują swoją strategię hejtu, na który zgody nigdy być nie powinno.

Kryspin

wtorek, 17 stycznia 2023

 

Moje dziecko nie potrzebuje lekcji religii

Ponad 1500 szkół zrezygnowało z prowadzenia lekcji religii tłumacząc swoją decyzję brakiem chętnych do tych nieobowiązkowych póki co zajęć.

Ponad 700 szkół podstawowych podjęło taką decyzję szanując wolę rodzicieli nastoletnich pociech, którzy wybrali dla nich zajęcia z etyki, zamiast religijnej edukacji.

To pierwszy taki przypadek, aby tak wielka ilość edukacyjnych przybytków zdecydowało się na jawny rozbrat z wielowiekową tradycją, kiedy to religijna edukacja była podstawą wpajania zasad moralnych opartych na 10 przykazaniach.

Kiedyś mądry człowiek, jakim bezsprzecznie był marszałek Józef Piłsudzki wyraził pogląd, że naród nie pielęgnujący tradycji (korzeni) przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości, ani prawa do przyszłości, i choć mówił o patriotyzmie w sensie politycznym, to jego wypowiedź ma charakter uniwersalny.

Owszem, każdy ma prawo do samostanowienia w kwestiach wiary, ale stawianie swoistej tamy wiedzy przed dziećmi w okresie edukacji, bo tak należy potraktować decyzje rodziców nastoletnich pociech o zamianie religijnej edukacji na bliżej nie sprecyzowane programy z zakresu etyki, to proste podcinanie korzeni ich przeszłości.

Abstrahując już od tego, że mają je prowadzić osoby niewiele znające ramy programowe tego przedmiotu, to dodatkowo będą musiały asymilować treści mało zrozumiałe dla nich samych, no chyba, że będą narybkiem nowych trendów, dla których jedynym wyznacznikiem poprawności będzie negacja wszystkiego, co nie mieści się w filozofii kształtowania nowego człowieka wolnego od religijnego garbu, to realizacja planu tych, którym zależy li tylko na realizowaniu swojej wizji kreowania nowego pokolenia bez tradycji.

Jeszcze raz zaznaczę, że każdy człowiek ma prawo do samostanowienia w kwestiach religijnych przekonań, ale nie można młodego pokolenia pozbawiać możliwości świadomego wyboru.

Część z rodziców zapytanych o powód rezygnacji z religijnej edukacji swoich pociech stara się przerzucić odpowiedzialność za tę decyzję na same dzieci, tłumacząc, że ich nastoletni syn, czy córka sami podjęli taką decyzję, a oni ją tylko szanują.

Jakoś trudno mi przyjąć takie tłumaczenie, bo nikomu nie przychodzi do głowy pomysł rezygnacji z nauki matematyki, bo pociecha nie zamierza w przyszłości realizować się w naukach ścisłych, więc po co zaśmiecać mu głowę niepotrzebną nauką o całkach i różniczkach.

Innym pretekstem do sztywnego stanowiska dorosłych w kwestii nauki religii w szkole jest pogląd, że oddelegowani przez władze kościelne nauczyciele tego przedmiotu nie sprawdzają się mając często mizerną wiedzę w tych kwestiach i dodatkowo zajęcia prowadzą także księża, a im niejedno można zarzucić, o czym głoszą chociażby powszechnie znane plotki.

To niestety jest także prawda, ale to nie powinno stanowić alibi do rezygnacji ze zdobywania wiedzy o samej religii będącej naszymi korzeniami.

Do niedawna lansowany był pogląd, że nasza polska religijność czerpie swoją siłę z tradycji i nic nie zdoła tego zmienić.

Pewnie część prawdy w tym jest, a może należało by stwierdzić, że taką ona była do czasu.

Teraz wobec tego, że świat poszedł z postępem i liczy się wiedza wobec wszystkich tajemnic, które zamierza poznać, także w kwestiach wiary zaczyna doceniać wiedzę o tajemnicach ludzkiego przeznaczenia, a tę może człowiekowi dać edukacja w kwestiach religijnych.

Wracając do słów naszego wielkiego przodka, który apelował o szacunek do korzeni naszej przeszłości, nie stawiajmy tamy niewiedzy naszym pociechom i pozwólmy im na podejmowanie rozumnych decyzji w kwestiach ich świadomego wyboru drogi, w której religia nie będzie li tylko nieznaną krainą.

Każdy dorosły człowiek ma prawo do samookreślenia w kwestiach wiary, ale musi być ona poparta gruntowną wiedzą, także tą zaczerpniętą w trakcie religijnej edukacji.

Kryspin

wtorek, 10 stycznia 2023

 

Zatruty kwiat

W jednym z portali internetowych uraczono czytelników nowym dokonaniem literackim niedoszłego duchownego, który karierę w seminarium zakończył na diakonacie, bo przed przyjęciem święceń kapłańskich po prostu mu władze duchowne podziękowały.

W swoim nowym dziele autor podzielił się z nami swoimi przemyśleniami dotyczącymi Kościoła i to w makro skali, o czym stanowi tytuł jego książki: ”Kościoła nie ma- wspomnienia z seminarium”.

Choć pan Santorski próbował tłumaczyć, że nie zamierzał kolejny raz pastwić się nad krętymi powodami, dla których młodzi ludzie zdecydowali się na obranie drogi powołania, to z całości wyziera jego przekonanie, iż seminarium to swoista przechowalnia dla kochających inaczej, czyli osób o skłonnościach homoseksualnych.

Przyznam, że trudno mi podzielić tę tezę, zwłaszcza, że postawił ją zfruztrowany człowiek po osobistym niepowodzeniu.

Procentowy udział osób o orientacji homoseksualnej w szeregach kandydatów do kapłaństwa nie odbiega od średnich statystycznych, ale w jednym się muszę zgodzić, sito kościelnej rekrutacji nie radzi sobie z odsiewem takich ludzi, i jak tego sam doświadczyłem w seminarium, kiedy przełożeni przez palce patrzyli na niestandardowe zachowania niektórych kandydatów do służby ołtarza, którzy nawet nie starali się skrywać swoich odmiennych seksualnych preferencji.

Sęk w tym, że w podobny sposób podchodzili także do zapatrywań na seksualność tych „normalnych” i może dlatego rzadko był poruszony problem czystości życia kapłańskiego już w trakcie księżowskiej kariery.

Autor rzeczonego dzieła zauważa, że jest społecznie przyzwolenie na zachowania dalece odbiegające od wymogów celibatu, jeżeli chodzi o relacje kapłanów z kobietami, i tu muszę podzielić jego osąd, ale?

W tym jest największa niekonsekwencja samego Kościoła, który choć wprowadził wymóg celibatu już bardzo dawno(XII wiek), to nigdy tak do końca nie starał się być restrykcyjnym w jego realizacji, i to jasno dowodzi, że w tym tkwi zło, z którym nikomu nawet nie przyjdzie na myśl, aby odrzucić balast martwego zarządzenia.

Kiedy kościoły wschodnie wypowiedziały posłuszeństwo rzymskiemu włodarzowi, jednym z pierwszych postanowień było zniesienie wymogu bezżenności sług ołtarza, pozostawiając śluby czystości tylko dla tych, którzy doświadczali szczególnego powołania i zdecydowali się prowadzić monastyczny styl oddania się Bogu.

Po raz enty będę powtarzał, że celibat jest zatrutym kwiatem, który jest bezrefleksyjnie pielęgnowany przez hierarchiczny Kościół żyjący nadal w przekonaniu, że to dobry sposób na kontrolę dóbr, które w innym przypadku mogłyby stać się przedmiotem roszczeń ze strony świeckiego świata, czyli małżonek i potomstwa bożych sług, trąci zatęchłym konserwatyzmem.

Stanowcze stwierdzenie o śmierci Kościoła („Kościoła już nie ma...”) kłujące czytelnika w tytule książki pana Santorskiego jest także dalece przedwczesne, bo póki co on istnieje i pewnie będzie nadal żywym organizmem, choć w obecnym kształcie pewnie będzie staczał się nadal ku niebytowi, coraz bardziej nie przystając do obecnego świata, ale?

Nadzieją na odrodzenie tej Instytucji jest jej odnowa, odrzucenie kompromisów ze złem i mozolna naprawa moralnych zawirowań, także w kwestiach seksualności powierzonych jej opiece duszyczek , z akceptacją odmienności w tych kwestiach.

Autor przytaczanej tutaj książki podzielił się wspomnieniem, że w seminarium przełożeni seksualność zrównali ze zwierzęcą żądzą, od której kapłani winni być wolni.

Paradoksalnie utrzymywanie fikcji celibatu wpisuje się w tę narrację, ale ludzka miłość z fizycznym spełnieniem jest zgoła czymś innym i pięknym wyróżnikiem nas od świata zwierząt.

Bóg dał możliwość pielęgnowania tego Jego daru wszystkim ludziom.

Księża realizujący swoje powołanie i dodatkowo doświadczając ludzkiej miłości, w najlepszy sposób mogliby wpisywać się w Jego zamiar.

To stanie się jednak tylko wtedy, kiedy zniknie ten zatruty kwiat jakim od wieków jest celibat.

Kryspin

wtorek, 3 stycznia 2023

Odszedł Benedykt XVI

 

Początek obecnego roku został w Kościele naznaczony odejściem i pogrzebem emerytowanego biskupa Rzymu, jednocześnie papieża seniora, który już dość dawno (2013 rok) ogłosił światu, że podeszły wiek i uszczerbek sił zmusił go do podjęcia decyzji o oddaniu absolutnej władzy, którą do tej pory sprawował w całym Kościele.

W tamtym czasie jego decyzja wywołała rodzaj szoku nie tylko w umysłach katolików, ale i innych dociekliwych obserwatorów polityki w największym wymiarze, bo przecież od ponad 5 wieków taki fakt nie miał miejsca, a jego bezpośredni poprzednik, Jan Paweł II trwał na swoim posterunku pomimo trawiącej jego organizm choroby, która w bolesny sposób odzierała jego życie doprowadzając ostatecznie jego organizm do stanu skrajnego wyniszczenia.

Pomimo tych cierpień jednak trwał w tej posłudze do ostatniego tchnienia, aby kwietniowego wieczoru 2005 roku powrócić do domu Ojca.

Kiedy już w czwartym głosowaniu konklawe zdecydowało o wyborze kardynała Ratzingera na sternika Łodzi Piotrowej, był już w podeszłym wieku i do tego trzy lata wcześniej prosił swojego zwierzchnika o zwolnienie z funkcji prefekta jednej z najważniejszych dykasterii rzymskiej kurii, Kongregacji do Spraw Wiary, tłumacząc swoją prośbę nie tylko wiekiem, ale i zmęczeniem.

Bezpośrednio po wyborze do objęcia Stolicy Piotrowej w jednym z wywiadów stwierdził, iż ma nadzieję, że Bóg wybaczy kolegium kardynalskiemu taką decyzję, z której on wcale nie wydawał się być zadowolonym.

Chociaż był bezpośrednim następcą Jana Pawła II, to mając świadomość wielkości swojego poprzednika i niezwykłą charyzmę tego Papieża, miał świadomość jak bardzo trudnego się podjął zadania i być może dlatego obrał dla siebie imię już nieco zapomnianego papieża z początku dwudziestego wieku, Benedykta, bliskiego mu pod względem intelektu, ale nie koniecznie przebojowego reformatora.

Benedykt, bez wątpienia jeden z największych umysłów minionego wieku miał świadomość, że jego pontyfikat przypadł na trudny okres w dziejach Kościoła.

Postępująca laicyzacja społeczeństw, które do tej pory były bastionem wiary, do tego wysyp skandali obyczajowych w szeregach kleru począwszy od zwykłych kapłanów a na najwyższych hierarchach kończąc, musiały skutkować postępującym przygnębieniem i w końcu doprowadziły do swoistej kapitulacji z jego strony.

Decyzja o abdykacji z najwyższej w Kościele godności wcale nie była, w przypadku Benedykta XVI, podyktowana podeszłym wiekiem, czy stanem zdrowia, czemu kłam zadał sam jego organizm, kiedy opaczność darowała mu jeszcze ponad dziewięć lat życia, ale odważną decyzją podyktowaną odpowiedzialnością.

Papież zdecydował o swoim odejściu chcąc ratować, jak to określił:” tonący Kościół” i dlatego postanowił zamienić aktywność najwyższego hierarchy na ciszę klasztornej celi, gdzie nie tylko szukał ukojenia dla swojego niepokoju co do przyszłości tej instytucji, ale i nadziei płynącej z modlitwy.

W tym duchu oceniał jego decyzję obecny papież Franciszek, niejednokrotnie dając wyraz szacunku dla jego postawy i dlatego w ostatnich dniach poprzedzających jego odejście otwarcie poprosił cały Kościół, aby jednoczył się nie tylko z nieuchronnym pogodzeniem się z nieuniknionym, ale by także miliony wrażliwych serc potęgowały siłę jego słabnącego głosu, którym do końca dawał wyraz troski i świadectwa przepełnionego miłością i wiarą siły modlitewnego wstawiennictwa.

Pewnie jeszcze długo będą trwały dyskusje znawców tematów okołokościelnych i z pewnością wraz z upływem czasu analitycy papieskich pontyfikatów dokonają oceny także i tych minionych ośmiu lat Benedykta XVI, ale zawsze ich konkluzje będą tylko dotykać wielkości spraw i nigdy nie będą do końca obiektywne, bo nie da się ocenić tego, co przekracza ludzkie kalkulacje i już na zawsze pozostaną w sferze tajemnicy pomiędzy Bogiem a ludzką wiarą.

Kryspin

wtorek, 27 grudnia 2022

Czy doroczna kolęda ma jeszcze sens?

Kiedy realizowałem się jako młody kapłan w dużej miejskiej parafii, szczególnym przeżyciem była kolęda rozpoczynająca się zaraz po świętach Bożego Narodzenia.

Od proboszcza odbieraliśmy kartoteki z umieszczonymi na nich personaliami naszych duszyczek i ruszaliśmy do ich domów.

Szczególnym przeżyciem były odwiedziny w okalających naszą parafię wiejskich przysiółkach, do których w czasie roztopów można było dojechać tylko użyczonym przez bogatszych mieszkańców ciągnikiem. Kiedy już udało się pokonać te niedogodności zmiennej aury, witały nas całe rodziny i jak pamiętam, dbały o to, aby te odwiedziny kapłana odbywały się w podniosłej i przyjaznej atmosferze.

Bardzo często te spotkania kończyły się poczęstunkiem, w trakcie którego mogliśmy zakosztować miejscowych specjałów i poczuć gościnność domowników.

Aby nie burzyć przyjemnej atmosfery, staraliśmy się nie poruszać tematów drażliwych, a takimi z pewnością byłyby pytania o systematyczność praktyk religijnych obecnych domowników, bo obie strony miały świadomość, że z tym bywało różnie, ale koniec końców liczyło się to, że pomimo zaniedbywania systematyczności w wywiązywaniu się ze swoich powinności wiary, to w tym szczególnym dniu odwiedzin duszpasterza deklarowali swoją wiarę, choć może nieco wyblakłą.

Na koniec tego duszpasterskiego rytuału wręczali nam kopertę dla proboszcza i dodatkowo rodzaj „gratisu” dla nas wikariuszy, palety jaj, które później rozdawaliśmy po rodzinie, wśród przyjaciół i biedniejszych ludzi z naszej parafii.

W tamtym okresie systematycznie uczęszczało do naszego kościoła tylko nieco ponad 40% z parafialnego stadka, ale doroczną kolędę przyjmowali prawie wszyscy i na palcach jednej ręki mogliśmy policzyć tych nielicznych, których drzwi przed kapłanami pozostawały zamknięte.

Z tego, co donoszą duszpasterze obecnie sprawujący swoją posługę, sytuacja uległa diametralnej zmianie i to w tym negatywnym kierunku.

Jeden z proboszczów dużej miejskiej parafii ze smutkiem stwierdził, że spośród 11000 zapisanych w parafialnych księgach wiernych, w niedzielnych nabożeństwach bierze udział mniej niż 2000 osób, co stanowi poniżej 20%.

-”Nie będziemy w tym roku realizowali tradycyjnej kolędy, kiedy tylko w co dziesiątym domu znajdziemy aprobatę do odwiedzin duszpasterza”- stwierdził z nieukrywanym smutkiem.

Inny z proboszczów zapowiedział, że nie życzy sobie kopert przy dorocznym spotkaniu w domach wiernych, aby nie dawać asumptu do szerzenia famy, iż one są tylko jedynym ważnym powodem takich spotkań.

Rozpoczynamy nowy rok i może to stosowny czas, aby zweryfikować dotychczasową strategię naszej wiary.

Za nami trudny czas covidovego armagedonu, który powywracał nam życie w wielu aspektach.

Ponad dwa lata życia w ograniczeniach z pewnością odbiło się także na naszym stosunku do kwestii wiary, ale to nie tłumaczy wszystkiego.

Pewnie już nie wrócą te czasy, kiedy księdzu wystarczyła magia sutanny, aby mógł budować swój dobry nastrój kogoś lepszego od szarej masy wiernych, którymi zarządzał.

Obecny Kościół stał się bardziej wymagającym, zwłaszcza od tych, których ustanowił jako przewodników wiary i dawno już minął czas bezkrytycznego akceptowania bylejakości tych, którzy winni w pokorze służby realizować swoje powołanie.

W kręgach hierarchicznych utarło się przekonanie, że jakość kapłanów jest prostym obrazem religijności Kościoła, a mnie się wydaje, że jest akurat odwrotnie.

To kapłani winni dźwigać świadomość, że od ich postawy zależy poziom religijności powierzonych ich opiece wiernych.

Kryspin 

wtorek, 20 grudnia 2022

 

Pokora służby, to jedyna nadzieja dla przyszłości Kościoła

Papież Franciszek nie przestaje zadziwiać i co chwilę daje nam kolejne przykłady, że jest nie tylko najważniejszym z hierarchów Kościoła, ale ponad wszystko odpowiedzialnym w swojej misji następcą św. Piotra.

Już od początku swojego pontyfikatu pokazał, że chciał w pełni realizować zasadę, iż będąc wywyższonym ponad wszystkich, stał się do końca sługą misji, którą zlecił mu sam Chrystus.

Od pierwszych chwil, kiedy konklawe powierzyło mu kierowanie Kościołem, nie przestał szokować łamiąc odwieczne zasady przynależne głowie tej instytucji.

Od dnia wyboru na najwyższy urząd w Kościele zdecydował, że niepotrzebne są mu papieskie komnaty, które zamienił na skromne mieszkanie w domu pielgrzyma i tam zamieszkał, aby być bliżej zwykłych ludzi.

Uważnym obserwatorom nie uszły uwadze także kolejne łamania watykańskiego protokołu, kiedy wypasioną limuzynę zamienił na skromny seryjny samochód, uznając go za wystarczający środek lokomocji i na dodatek ta słynna teczka z dokumentami, którą do tej pory zwyczajowo zajmował się towarzyszący papieżowi sekretarz, w przypadku Franciszka on sam ją nosi.

Jeżeli do tego wszystkiego dołożyć jego wrażliwość na niedostatek i biedę, z którą muszą się mierzyć zwykli zjadacze chleba, to w pełni tłumaczy filozofię papieża, iż Kościół winien być otwartym na najbiedniejszych, bo oni są prawdziwym bogactwem tej wspólnoty, dlatego zasługują na szacunek i wsparcie, które nieustannie realizuje.

Ostatnio media doniosły o tym, że Franciszek zdeponował w watykańskiej centrali swoją decyzję o rezygnacji z zajmowanej godności i pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, zważywszy na zaawansowany wiek papieża, który kończy obecnie 86 lat, ale on tę deklarację złożył już dawno temu, kiedy co dopiero rozpoczął swój pontyfikat.

To kolejny akt odpowiedzialności z jego strony i swego rodzaju wskazówka dla innych kościelnych dostojników, ale póki co Ojciec Święty pozostał osamotniony w swoim postanowieniu, bo jakoś nie słychać, aby inni hierarchowie poszli w jego ślady.

Dla kościelnych dostojników nadal zdaje się obowiązywać zasada przejścia w stan spoczynku po osiągnięciu 75 roku życia i nic nie jest wstanie wpłynąć na ich decyzję o wcześniejszym ustąpieniu.

Podobną zasadę stosuje się w przypadku kapłanów piastujących pomniejsze urzędy, z proboszczami parafialnymi włącznie.

Tak postawiony próg przejścia na emerytalne nic nie robienie sprawia, że wspólnoty parafialne skazane są po wielokroć na rządy ludzi dotkniętych nie tylko starczą demencją, ale i rodzajem złośliwości cechującej ludzi starszych nie mogących pogodzić się z ograniczeniami upływającego czasu.

Jeżeli do tego wszystkiego dołożyć zbyt częste „zatrute kwiatki” skandali, którymi przesiąknięte jest parafialne codzienne życie, to najprostszym sposobem naprawy tych smrodków byłyby in blanco podpisane dymisje zajmowanych kościelnych stanowisk, co uprościłoby konieczne reakcje przełożonych i byłoby po sprawie.

„Ryba psuje się od głowy” i niestety to powiedzenie w przypadku kościelnych realiów ma wiele słuszności, bo aby oczyścić tę „stajnię Augiasza”, najprostszym i skutecznym posunięciem byłoby to, aby także hierarchowie w dniu dostąpienia tego szczególnego wyróżnienia jakie niesie w sobie biskupia sakra, także składali deklaracje rezygnacji z zajmowanego stanowiska i to nie tylko po upływie kanonicznego wieku, ale także w przypadkach, kiedy zwyczajnie przerosłaby ich odpowiedzialność zajmowanego urzędu.

Chrystus uczył całym sobą, że wielkość mierzona jest gotowością do służby (Mt 20, 26-28) i trochę szkoda, że Franciszek zdaje się być osamotnionym w zrozumieniu tego przesłania.

Potrafię jednak wyobrazić sobie, że wśród jego pomocników na każdym szczeblu kościelnej posługi znajdzie się spore grono tych, którzy w podobny sposób pojmują swoją posługę.

Gdyby było inaczej, to ciemno widzę przyszłość tego, co w swoim założeniu powołał do życia Zbawiciel ponad dwa tysiące lat temu.

Kryspin

wtorek, 13 grudnia 2022

 

Prezent dla małego Jezusa

Dosłownie dni dzielą nas od wspomnienia magicznej i jedynej w swoim rodzaju nocy, kiedy ponad dwa tysiące lat temu na przedmieściach Betlejem, w grocie służącej okolicznym pasterzom jako prowizoryczne schronienie dla ich zwierząt, na świat przyszedł ten, który stał się nadzieją dla wszystkich ludzi, zapowiadany przez proroków Zbawiciel, Mesjasz.

Jakże inaczej potoczyła się historia na przestrzeni stuleci i teraz zupełnie inaczej sposobimy się do przeżywania pamiątki tamtego czasu.

Od tygodni żyjemy przygotowaniami do odświętnego przeżywania narodzin tego, który i dla nas uosabia nadzieję na lepsze jutro przekraczające horyzont lat poza rzeczywistość tego co tu i teraz.

Już tylko w pamięci pielęgnujemy tamte wydarzenia i rzeczywistość ubogiego żłobu z betlejemskiej groty zmieniliśmy na ciepło naszych domostw, w których będziemy w gronie najbliższych celebrowali ten cud narodzin Boga.

Jak co roku nasila się przedświąteczna gorączka przygotowań, które akcentują wszyscy wokół nas.

Markety, współczesne „świątynie” konsumpcjonizmu już od jakiegoś czasu zmieniły swój wystrój i z każdego miejsca epatują zachętami do tego, abyśmy kupowali to, czego potrzeba naszym zamierzeniom, abyśmy w wyjątkowy sposób przygotowali swoje otoczenie do godnego przeżywania nadchodzących dni.

Jedynym zgrzytem obecnych przygotowań zdaje się być wszechobecna drożyzna, kiedy za zakupy trzeba nam zapłacić drożej, ale cóż, święta są takim wyzwaniem, że trzeba się pogodzić z tym faktem i wysupłać ostatni grosz, aby pod choinką i na świątecznym stole nie zabrakło niczego.

Może teraz na chwilę powróćmy do betlejemskiej groty. Tam z dala od zgiełku tych zamożnych, którzy w tym samym czasie nawiedzili to miasteczko, aby spełnić nakaz zapisu w spisie ludności zgodnym z miejscem pochodzenia, wygodnie rozlokowali się w okolicznych oberżach i w dostatku przeżywali tamten czas, kiedy niejako poza ich świadomością zdarzyło się coś, co w historii było najważniejsze.

Tylko okoliczni pasterze, ludzie codziennie mierzący się z niedostatkiem swojego losu, dostąpili wyróżnienia spotkania z tym, który podzielając niejako ich niedolę, narodził się w żłobie, który stał się pierwszym tronem Boga.

Oni zostali pierwszymi wygranymi tamtej tajemnicy, choć po ludzku nikomu ich życie nie mogło imponować.

Bezpośrednie przeżywanie tajemnicy bliskości z nowonarodzonym Bogiem to najważniejszy zysk, o którym niestety zapominamy w okowach tego, co wyznacza nasz czas świątecznego zabiegania.

Kiedy wspominam moje dziecięce lata i czas przygotowania do zbliżających się świąt, pamiętam magię codziennych porannych mszy roratnich i serduszka zawieszane na kościelnej choince.

Każde z nich oznaczało dobry uczynek względem drugiego człowieka, przez co staraliśmy się przygotować prezent dla małego Jezusa.

Za kilka dni zasiądziemy do odświętnego, wigilijnego stołu, będziemy łamali opłatek i życzyli sobie wszystkiego, co dobre.

Może warto jeszcze teraz, na dosłownie kilkadziesiąt godzin przed tę magią wzajemnej życzliwości zrobić sobie taki szybki rachunek sumienia, w którym przeanalizujemy nasze przygotowania do świątecznego spotkania z małym Jezusem.

Kiedy będziemy spoglądać na rozłożone pod świąteczną choinką prezenty, odpowiedzmy sobie, czy wśród nich znalazł się także prezent dla Niego?

I tak na koniec pragnę złożyć życzenia wszystkim, także i sobie, abyśmy przeżyli ten magiczny czas z prezentem dla małego Jezusa, bo wtedy będziemy doświadczali prawdziwej radości bliskości z najpiękniejszą tajemnicą, którą jest Boże Narodzenie.

Kryspin

wtorek, 6 grudnia 2022

 

Owoce epidemii

Minęły trzy lata od chwili, kiedy dane nam było przeżyć najgorsze doświadczenie, z którym przyszło się mierzyć naszemu pokoleniu, jakim stała się pandemia covidowa.

Po tym okresie traumy, kiedy wszyscy przeżywaliśmy przymusowe zamknięcie nie tylko gospodarki, ale i innych dziedzin naszego życia: zdalna nauka naszych dzieci, kościoły z limitem wiernych w czasie nabożeństw, wszechobecne maseczki i dystans w relacjach międzyludzkich, to wszystko musiało skutkować przygnębieniem i niepewnością co do jutra.

Dzięki Bogu tamten czas wydaje się być już tylko traumatyczną historią, choć jak zauważają wszyscy, świat wokół nas już na lata będzie się musiał mierzyć ze skutkami tamtego okresu.

Jak podają specjaliści, jeszcze długo będziemy musieli pracować nad rysami, które w świadomości naszych dzieci spowodowała nauka zdalna mająca wpływ na obniżenie edukacyjnego poziomu wiedzy naszych pociech, przedsiębiorcy jeszcze przez miesiące albo nawet lata będą zmuszeni do wytężonych wysiłków, aby gospodarka powróciła na tory wzrostu, aby powrócił optymizm znoju ich zaangażowania.

Poobijanym tym doświadczeniem ostatnich lat stał się także Kościół, bo chociaż zniesiono większość obostrzeń, gołym okiem daje się zauważyć, że daleko mu do kondycji kreatora sprawującego rząd dusz, kiedy w niedzielnych spotkaniach eucharystycznych cięgle jest wiele wolnych miejsc w kościelnych ławach, a obserwując masowy odpływ z ich wpływów ludzi młodych, to już jakby obraz nowej epidemii, choć z medycznego punktu widzenia, najgorsze winno być już tylko historią.

Trochę mnie dziwi podejście kościelnych optymistów, którzy posiłkując się zapewnieniem samego Chrystusa zapowiadającego niezniszczalność instytucji założonej z Bożej woli (...”na skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”-Mt 16), zdają się być spokojni.

W tym duchu powołują się na przykłady z historii, zarówno tej odległej, kiedy młode drzewko wiary było wystawione na czas rzymskich prześladowań, jak i na bardziej nam bliskie doświadczenie z czasu komunistycznego terroru.

To prawda, że Kościół wychodził zwycięsko z tych doświadczeń, ale trzeba w tym miejscu zauważyć, że zawsze dane mu było mierzyć się z zewnętrznym wrogiem.

Teraz sytuacja jest zgoła odmienna, o czym może świadczyć chociażby list, który przysłała mi czytelniczka z południa Polski.

To emerytka określająca się jako osoba wierząca zmuszona w okresie pandemii do realizowania swoich obowiązków wiary zdalnie, uczestnicząc w niedzielnych nabożeństwach za pośrednictwem środków masowego przekazu, czyli mszy świętej transmitowanej w telewizji.

Teraz, kiedy zakończył się przymusowy lockdown, nie powróciła do stacjonarnych praktyk religijnych i napisała dlaczego:

-„Cenię mądre kazania i ciepło, które mam w domu. Nasz kościół -piękny, duży , jest niewyobrażalnie zimny, bo ogrzewania brak (kiedyś było, ale zepsuło się i od wielu lat nie działa). Proboszcz - niezwykle przebiegły ,chytry i skąpy nam się trafił, wyjeżdża w ciepłe kraje i tam się wygrzewa, choć kości jeszcze niestare i tłuszczyku sporo.”

Później dodała i inne powody zniechęcenia, którymi tłumaczy swoją decyzję pozostania w systemie zdalnego praktykowania wiary: pazerność duchownego, brak empatii do zwykłych ludzi i ciągłe dążenie do zaspakajania swoich potrzeb bez względu na cenę, jaką muszą ponosić wierni.

Choć covidowa epidemia na dobre uwolniła nas od siebie, to z pewnością nadal trwa w Kościele, który winien jak najszybciej dokonać swoistego lockdownu na tolerancję patologii w swoich szeregach i nie chodzi tylko o grube sprawy cięgle pozostające w nierozliczeniu, ale i zdawać by się mogło te mniejsze, jak naiwne przeświadczenie, że wierni z przymrużeniem oka będą patrzyli na codzienność kapłańskich przywar, którymi częstują ich w swojej pracy.

Emerytka z południowej diecezji zauważyła, że część wiernych z jej parafii poszukała alternatywy dla swoich religijnych potrzeb, przenosząc się na niedzielne nabożeństwa do sąsiednich parafii.

Wielu poszuka jednak swoich dróg wiary zupełnie poza Kościołem i z tej „epidemii” kiedyś Chrystus rozliczy tych, którzy od środka niszczą to, co od początku zadał im jako Boży depozyt.

Kryspin

wtorek, 29 listopada 2022

 

Adwent, oczekiwanie na nadzieję

Jesteśmy w trakcie adwentu, szczególnego czasu w kalendarzu Kościoła, który już z samej nazwy: adventus, który u schyłku starożytności oznaczał czas przybycia do miasta cesarza lub innego ważnego dostojnika, w tradycji chrześcijańskiej wiązał się z narodzinami Bożego Syna.

Nieodłącznym elementem, poprzedzającym takie zdarzenie było godne przygotowanie się na tę niecodzienną wizytę i dlatego Kościół od zarania nauczał, że wierni winni dokonać należytej staranności, aby w tygodniach poprzedzających narodziny Zbawiciela, uporządkować swoje życie na godne jego przyjęcie.

Przez wieki wierni byli pouczani, że adwent to czas pokutnego skupienia, aby poprzez post i wyrzeczenia jak najlepiej przygotować swoje dusze na godne przeżywanie tych jednych z ważniejszych chwil Bożego planu zbawienia, i w tym duchu wierzący realizowali swoje przygotowanie.

Obecnie Kościół nieco zmienił swoje zalecenia, uznając, że ten czas nie koniecznie winien być naznaczony pokutnym smutkiem, a zamiast tego w sercach wiernych winno dominować radosne oczekiwanie na spotkanie z nowonarodzonym Bożym Synem.

Pewnie w wielu parafialnych wspólnotach taki radosny nastrój będzie dominował w tych dniach i nic nie zmąci tego czasu.

W tym okresie ważnym jednak jest zachowanie właściwych proporcji w gradacji ważności, a w tej kwestii rodzą się jednak zagrożenia.

Takim zagrożeniem może się stać cała otoczka towarzysząca temu czasowi, kiedy markety od tygodni są wypacykowane świątecznymi ozdobami i wręcz krzyczą: kupuj.

Takim zagrożeniem może się stać choinka i wigilijny karp sposobiony na odświętny stół, czy paczki prezentów kuszących kolorowymi opakowaniami, budzące ciekawość i niepewność oczekiwań co do ich zawartości.

Te wszystkie składowe świątecznego podniecenia mogą być zagrożeniem, ale tylko wtedy, kiedy ponad nimi zatraci się sens tego czasu, gdy najważniejszym winien być gość tego niezwykłego wieczoru, nowonarodzony Boży Syn.

W godnym przygotowaniu do należytego przeżywania nadchodzących świat bardzo ważną rolę mają duszpasterze animując w wiernych potrzebę „prostowania dróg” dla przychodzącego do nas Bożego Posłańca.

Mądre nakierowywanie naszych sumień na potrzebę zmian tego, co w naszym życiu się pokopało, to istotny duszpasterski element i ku temu winny służyć między innymi mądre homilie na czas adwentu.

Tego samego należałoby oczekiwać od hierarchicznych przewodników naszych dróg, ale nie zawsze możemy liczyć na ich pasterską mądrość, czego wyrazem ostatnio stał się list jednego z ważniejszych diecezjalnych biskupów, który jakby pomijając istotę tego czasu, wezwał wiernych do gotowości walki z bliżej nieokreślonym wrogiem czyhającym na miotające się w swojej słabości duszyczki, i ani słowem nie wspomniał o nadziei związanej z narodzinami Tego, który jest ponad wszelkimi zakusami zła.

W pierwszej homilii, którą dane mi było wygłosić w mojej rodzimej parafii, przywołałem przykład Hitlera i Stalina, oraz innych siewców zła, akcentując, że ich czas przeminął w cieniu wielkości małego dziecka zrodzonego w Betlejem, gdzie dokonał się czas nadziei.

Publicysta, analizujący wyżej przywołany list hierarchy, nie szczędził mu krytyki w kwestii politycznego charakteru tego wystąpienia i na koniec zaapelował, aby ten powrócił do tego, co winno być istotą nauczania Kościoła, czyli duszpasterskiego wskazywania dróg tym, którzy swoje życie opierają na zawierzeniu Bożej mądrości.

Może warto porzucić obawy związane ze zmianami, które być może wywrócą polityczne układy, bo ponad tym wszystkim jest ten, na którego narodziny przygotowuje nas czas adwentu i tylko to ma znaczenie.

Kryspin