wtorek, 20 września 2022

 

Żyć tak jak w Holandii

Do historii już przeszły czasy, kiedy to młodzi Polacy podejmowali desperackie decyzje o emigracji zarobkowej widząc w bogatych krajach zachodu szansę na lepsze jutro dla siebie i swoich bliskich, ale nadal pozostał niedosyt, że tam żyje się łatwiej.

Nadal więc wielu z nieukrywaną zazdrością przygląda się życiu swoich rówieśników w bogatych krajach, które przecież nadal są blisko naszych granic i kłują oczy tych, którzy nie skorzystali z pokusy zmian.

Takim z pewnością krajem jest Królestwo Niderlandów, dawna Holandia, która szczyci się jednym z najwyższych wskaźników dochodowych w przeliczeniu na głowę mieszkańca, i jeżeli do tego dołożyć swobodę życia, choćby w kwestii używek z legalną marihuaną dostępną na każdym rogu Amsterdamu, to nic tylko cieszyć się tak dalece posuniętą swobodą.

Dalece mniej optymistycznie jawi się ten kraj jeżeli poruszyć chociażby kwestię religijności, co spędza sen z powiek tamtejszych hierarchów.

Według oficjalnych danych ponad połowa mieszkańców tego kraju otwarcie deklaruje swój ateizm, a katolicy będący w mniejszości, tylko w śladowym procencie manifestują swoje przekonania religijne, a tylko 1% z nich deklaruje swój cotygodniowy zwyczaj bycia w kościele z zaliczeniem eucharystii.

Nikogo więc nie dziwią coraz liczniejsze przypadki wyzbywania się przez wspólnoty niepotrzebnych nikomu świątyń, które najczęściej zmieniają swoje przeznaczenie, by odtąd pełnić rolę minimarketu, sali teatralnej lub zwyczajnie mieszkań dla chętnych.

Jeżeli do tego czarnego obrazu dołożyć to, że od lat tamtejszy kościół dławi się brakiem powołań, a jeżeli w parafiach pojawiają się kapłani to są to Latynosi albo przybysze z dawnych terenów misyjnych, jakimi przed laty były kraje afrykańskie, to musi narastać przygnębienie w szeregach resztek kleru i garstce wiernych, którzy tam jeszcze pozostali.

Holandia przez wieki zapracowała sobie na taki los, zdają się teraz stwierdzić ci, którzy w najgorszych myślach nie dopuszczają do siebie takiej przyszłości u nas.

Może i jest trochę racji w tym, że Polska jest krajem bardziej zakorzenionym w tradycji krzyża i póki co ten czarny scenariusz się u nas nie ziści, ale czy na pewno?

Kiedy przed czterdziestu laty kończyłem seminaryjną formację, tylko w naszej diecezji wyświęcono nas 20 neopresbiterów i tak było i winnych częściach naszej ojczyzny.

Księży mieliśmy aż nadto, więc chętnym biskupi bez zbędnej wstrzemięźliwości pozwalali na dalszą realizację powołania także w krajach misyjnych.

Trzech z moich kolegów wybrało właśnie taką drogę i podjęli pracę w odległych zakątkach ziemi, by tam głosić ludziom Dobrą Nowinę o Chrystusie.

Można powiedzieć, że minęło jedno pokolenie i sytuacja uległa diametralnej zmianie.

Obecnie w seminariach studiuje zaledwie garstka tych, którzy w przyszłości winni zastąpić księży zaawansowanych wiekiem i już teraz kościelne władze mają zgryz, bo ich jest zwyczajnie za mało do przejęcia tej kościelnej pałeczki.

Pewnie, ze można póki co stosować rodzaj protez braku powołań łącząc pomniejsze parafie w jeden organizm i wtedy jeden proboszcz korzystając z dóbr cywilizacji może objeżdżać większy teren i odprawić liturgię w kilku kościołach w ciągu niedzielnej posługi, ale czy w takim przypadku można mówić jeszcze o duszpasterstwie?

Trzeba zadać sobie jedno zasadnicze pytanie: dlaczego jest tak źle?

Brak powołań w szeregach młodych to w prosty sposób wina laicyzacji, powie ktoś bez zastanowienia, ale prawda jest inna.

Kiedy media prawie codziennie informują o skandalach w szeregach duchownych, trudno się dziwić, że w sercach wielu młodych, którzy czując wewnętrzną potrzebę służby w kapłaństwie, odczuwają jednocześnie lęk przed zaszeregowaniem ich do grupy cieszącej się tak złą sławą i zwyczajnie rezygnują z pozytywnej odpowiedzi na ten wewnętrzny głos.

I tu kamyczek do Kościoła jako całości.

Dopóty będzie przyzwolenie na bagno moralne w jego szeregach, kryzys powołań będzie stale rósł.

Kryspin

wtorek, 13 września 2022

 

Teorie spiskowe żywią się niedomówieniami

Kiedy Stanisław Lem przelewał na papier swoje futurystyczne wizje, wielu czytelników z wypiekami na twarzy zaczytywało się w tych póki co fantazjach genialnego pisarza nie wiedząc nawet, że wiele z nich już niedługo się zmaterializuje, kiedy to nauka dokonując coraz to śmielszych odkryć uczyni je rzeczywistością.

Nieco inaczej ma się sprawa z prawdą historii i do tego opisującej zdarzenia sprzed ponad dwóch tysięcy lat, kiedy to na piachach pustynnej prowincji położonej na peryferiach wielkiego Rzymu narodziła się nowa religia od samego początku tak paradoksalna, że wielcy tamtych lat zupełnie nie zainteresowali się jej genezą, bo przecież trudno byłoby traktować poważnie incydent z nawiedzonym żydowskim nauczycielem, który głosząc swoje wizje o wiecznym szczęściu, skończył życie na drzewie hańby, jakim dla Rzymian był krzyż.

Dodatkowym uspokojeniem dla cywilizowanego świata było to, że ten nowy religijny ruch był popularny tylko wśród niepiśmiennej żydowskiej biedoty i przez pierwsze sto lat był przekazywany z ust do ust bez jakichkolwiek zapisanych treści.

Pierwsze Ewangelie, jak dokumentują badacze, zostały spisane dopiero pod koniec pierwszego wieku i do tego w rozbieżnych relacjach, które dopiero w późniejszym okresie uporządkowano w formie oficjalnego kanonu pism Nowego Testamentu.

Wobec takiego czynnika upływającego czasu, trudno nam teraz z całą pewnością określić ile w tych pierwszych decyzjach było troski o obiektywną prawdę, a ile celowego działania mającego ukształtować zręby nowej wiary z męskim punktem odniesienia.

Krytycy tej formy kanonu po wielokroć podnosili kwestie odrzucenia z niego tekstów niewygodnych, bądź w inny sposób obrazujących początek Apostolskiego dzieła.

To w prosty sposób prowadziło do tworzenia się ruchów schizmatyków, z którymi Kościół musiał się borykać przez długie stulecia, a i tak pozostały znaki zapytania.

Wraz z upływem czasu, przy intensywnej narracji o ortodoksyjności potwierdzonej odwieczną tradycją, udało się na wieki zażegnać kłopot, a niepokornych skutecznie przywoływać do opamiętania, kiedy to coraz silniejszy Kościół mógł skutecznie straszyć ich skutecznymi karami na płonących stosach kończąc.

To już jednak historia i obecnie nikomu nie przyjdzie na myśl bać się zadawać pytania o to, jak było naprawdę?

Póki co Watykan jest bardzo oszczędny w podejmowaniu kwestii początku swojego istnienia, co rodzi nie tylko pytania maluczkich, ale sprzyja uleganiu wszelkiego rodzaju teoriom spiskowym, a niektórym tak jak chociażby poczytnemu pisarzowi Donowi Brownowi sprzyja w tworzeniu książek typu „Kod Leonarda da Vinci”, w której to odnosi się do kwestii wygumkowania z historii Kościoła Marii Magdaleny, kiedy nawet na kartach Ewangelii autorzy zaznaczyli jej ważną rolę w historii Jezusa.

Pewnie, że można jego twórczość, tak jak i dokonania innych autorów piszących książki z nutą sensacji, traktować tylko jako przejaw wizji autorów niewiele mających wspólnego z rzeczywistością, to jednak w umysłach czytelników pozostawiają ziarno zwątpienia, a niekiedy dokonują swoistego przemodelowania ich myślenia o sprawach dotąd przyjmowanych jako prawdy wiary nie podlegające jakimkolwiek krytycznym rozważaniom.

A może warto, aby Watykan zabrał głos w trudnych być może sprawach, co wcale nie musiałoby zburzyć podstaw wiary wyznawców?

Prawda, nawet nie zawsze tożsama z tym, co być może było głoszone przez wieki, mogłaby tylko przybliżyć nas do tego, co od samego początku zamierzał nam pozostawić Chrystus.

Kościół przez wieki przeszedł bardzo długą drogę i być może nie wszystko jest takie jak w czasie, kiedy to Nauczyciel przemierzając piaski Palestyny głosił pierwszym wiernym naukę o Bożej miłości.

Sądzę, że nie trzeba się bać dochowania prawdy o Jego życiu i czasie, nawet kiedy być może jest inna od wizji stworzonej na użytek instytucji, która winna jednak bez zmian ją zachować.

Kryspin

wtorek, 6 września 2022

 

Komunia duchowa dla wykluczonych

„Małżeństwo niesakramentalne z autopsji” tak zatytułowała swój list czytelniczka, której „skopało” się małżeństwo, które przez kolejne 35 lat było koszmarem przez alkoholową chorobę sakramentalnego małżonka, bardziej ceniącego sobie rozrywkowe nawyki ponad rodzinną miłość i szczęście tej której w dniu ślubu przysięgał.

Decyzja o rozstaniu z pewnością nie była czymś łatwym dla kobiety, która przez tak długi czas łudziła się nadzieją, że jej ślubny kiedyś dojdzie do refleksji i zaprzestanie niszczyć ich związek, ale to były płonne nadzieje i kiedy doszła do ściany poza którą nie było już nadziei, postanowiła zakończyć ten chory układ.

Po kilku latach poznała innego mężczyznę, który stał się dla niej niczym promyk nadziei na normalność i szczerze ofiarował jej to, czego nie zaznała przez lata poprzedniego związku, ale to nie dało jej ukojenia, bo decydując się na miłość zamknęła sobie możliwość bycia poprawnym katolikiem, pełnoprawnym członkiem społeczności wierzących.

Razem z nowo poślubionym (tylko w Urzędzie Stanu Cywilnego) stali się katolikami drugiej kategorii, bez możliwości uczestnictwa w życiu sakramentalnym, co było do tej pory czymś bardzo istotnym dla niej.

Owszem, miejscowy duszpasterz zaproponował im coś w rodzaju „protezy” normalnego sakramentu, czyli komunię duchową, która będąc dyskretnym rozwiązaniem nie kłułaby w oczy tych „sprawiedliwych” mogących co niedziela raczyć się ciałem Chrystusa na oczach pozostałych wiernych.

Przepustką do eucharystii jest sakrament pokuty przywracający stan łaski uświęcającej, i chciałbym się zatrzymać na tym aspekcie.

Dobra spowiedź powinna zawierać kilka nieodłącznych warunków: rachunek sumienia, szczery żal, że zawiedliśmy Chrystusa, później wyznanie grzechów, przyjęcie i wypełnienie pokuty oraz szczere postanowienie poprawy.

Trudno mi uwierzyć, że gro „sprawiedliwych” tak do końca wypełnia te warunki, jeżeli najczęściej w pośpiechu zaliczają ten sakrament bez pogłębionej refleksji.

Ale wszystko wydaje się ok, bo ksiądz odpukał, a że później, po zaliczonej komunii powracają do „normalności” sprzed sakramentu pojednania, to przecież nikomu nic do tego.

W polityce prowadzenia owieczek ku zbawieniu Kościół zdaje się kierować i tak minimalizmem, bo wiernym zaleca co najmniej oszczędne serwowanie sobie Bożego pokarmu, nakazując by z sakramentu pojednania i komunii świętej korzystać chociażby jeden raz w roku, około świąt Wielkanocnych.

Ten minimalizm nie przysługuje jednak wykluczonym, dla których pozostaje zalecenie komunii duchowej i tu jawi mi się kolejny paradoks.

Duchowe przyjęcie eucharystii wiąże się z pogłębioną świadomością tych, którzy pragną tego Bożego pokarmu i czują w sobie czystość serc, aby gościć w swojej duszy tego, który z miłości do wszystkich ludzi ustanowił ten sakrament.

Kiedy do Chrystusa przyprowadzono kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, Nauczyciel odpowiedział: -”Kto z was jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień”.

Kościół jest wspólnotą ludzi skażonych skłonnością do grzechu i jako taki powinien gromadzić tych, którzy będąc świadomymi swoich ułomności, pragną swoim dobrym życiem odnajdywać drogę ku zbawieniu.

Rzesza wykluczonych skopanym życiem jest rzeczywistością, z którą Kościół musi się mierzyć i podawać im pomocną dłoń, także w możliwości otwarcia dla nich pełnego uczestnictwa w sakramentalnym życiu.

Pewnie, że można utrzymywać fikcję w myśl zasady: a co powiedzą „sprawiedliwi”?

Może warto zadawać pytanie:

-Co powiedziałby Chrystus, którego w kościelnym zaleceniu mogą gościć duchowo?

Kryspin, Ksiądz w cywilu

wtorek, 30 sierpnia 2022

Kropla drąży skałę.

Młody ksiądz prowadzący swój blog na portalu społecznościowym robi karierę wypowiadając się na problemy, przed którymi stajen coraz więcej wiernych, mających zgryz moralny wybierając rozwiązania nie do końca zgodne z odwiecznymi zasadami Kościoła.

Ostatnio jasno wypowiedział się na temat „problemem” dzieci poczętych przed sakramentalnym ślubem.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że młodzi ludzie zaczynają swoje życie intymne w coraz wcześniejszym okresie i dawno w niepamięć odeszła idea czystości przedmałżeńskiej, kiedy to dziewczyny po prostu informują rodziców, że zamierzają dzielić wspólne lokum z chłopakiem, którego pokochały i oboje pragną od tej chwili być razem tak do końca, a ślub to jednak oddzielny temat, o którym przyjdzie zastanowić się później.

Zasady kościelnej moralności zbladły i stały się czymś w rodzaju reliktu, którego wypełnienie stało się czymś drugoplanowym, bo życie uległo zmianie i stawia przed młodymi inne ważne dla nich wartości.

Czy jest to dobry trend?

Można z tym polemizować, ale to i tak nie zmieni rzeczywistości.

Tak samo nie da się obronić i innych odwiecznych zasad, którymi Kościół żył przez wieki i chcąc nie chcąc musi zrewidować swoje postanowienia dotyczące chociażby związków niesakramentalnych, w których jest obecnie większość wiernych po nieudanych ślubach kościelnych zakończonych cywilnymi rozwodami.

Pewnie, że znaczna część tych nieszczęśników, którym życie się pokopało, po prostu biernie godzi się z tym losem i tylko w trakcie komunii rozdawanej podczas niedzielnego nabożeństwa stają gdzieś w podcieniach świątyni z poczuciem bycia kimś gorszym, przyjmują tę sytuację w milczeniu.

W dalece gorszej psychicznej sytuacji pozostają jednak ci, którym pozostał „głód” Bożego pokarmu i jeżeli do tego muszą się mierzyć z pytającym wzrokiem swoich pociech nie rozumiejących dlaczego rodzic nie przyjmuje komunii, to staje się to nadzwyczaj trudne.

Kościół co prawda coś robi w tej trudnej sprawie dając wiernym rodzaj protezy na ich kłopoty i w coraz łatwiejszy sposób poddaje im możliwość unieważnienia ich dotychczasowego sakramentu, orzekając jego nieważność, ale to tylko zakłamywanie rzeczywistości, z którego póki co korzystają jednostki i to tylko te najbardziej zdesperowane lub będące w „dobrych” stosunkach z kościelnymi prokuratorami.

Trudno się dziwić młodym, że w tak krytycznym stopniu odnoszą się do sakramentu, który w swoim założeniu miałby uświęcić ich miłość będąc jednocześnie rodzajem pułapki mającej w sobie nieodwracalne skutki w przypadku życiowej pomyłki.

Młody kapłan prowadzący swój blog w jasny sposób określił swoją aprobatę dla dzieci poczętych w nieformalnych związkach i trzeba powiedzieć, że wykazał się nie lada odwagą idąc pod prąd kościelnego betonu, który po wielokroć stawia przeszkody chociażby w kwestii sakramentu chrztu dla takich dzieci argumentując swój sprzeciw obawą, że rodzice tychże nie gwarantują im należytego wychowania w wierze.

To kolejny głos Kościoła rozmijającego się z rzeczywistością, broniącego litery prawa nie widzącego poza nim człowieka.

Młyny kościelnych zmian mielą powoli, ale nawet to nie uchroni tej instytucji przed zmianą podejścia do duszpasterskiego problemu wiernych, którzy pragną realizować swoją życiową drogę po swojemu.

Papież Franciszek będąc szefem tej organizacji chyba jak mało kto stara się zauważać ten problem i dlatego podejmował próby wyjścia naprzeciw tym, którzy muszą się z tym mierzyć w swojej codzienności.

Póki co zdaje się przegrywać z tymi, którzy uważają, że powinno wszystko pozostać tak jak było, ale kropla drąży skałę i ostatecznie ją pokonuje.

Kryspin 

środa, 24 sierpnia 2022

 

Kto zawinił?

Młody chłopak, który rozpoczął swoje dorosłe życie, bo dopiero co zakończył edukację na poziomie szkoły średniej, zapytany o swój stosunek do wiary odpowiedział:

-”Na lekcje religii chodziłem z woli rodziców jeszcze w trzeciej klasie liceum, ale z chwilą, kiedy ukończyłem 18 lat i mogłem samodzielnie zdecydować o uczęszczaniu na te duchowe zajęcia, stwierdziłem, że już dosyć!

Nie był to bunt młodego człowieka, który sprzeciwia się wszelkim autorytetom, ale prosta konsekwencja oparta na pewności, iż ksiądz nie miał mi nic do zaoferowania oprócz steku banałów, w które tak do końca i on sam nie wierzył, co było widać gołym okiem, kiedy męczył się naszymi lekcjami i z niecierpliwością spoglądał na zegarek ile jeszcze czasu pozostało do końcowego dzwonka.

W podobnym tonie odbierałem konieczność odstania swojego czasu w trakcie niedzielnych nabożeństw, i jakby na deser moich męczarni, co tydzień musiałem odsłuchiwać infantylnych bajań naszego proboszcza, który za każdym razem zdawał się rozpływać nad swoją erudycją, w której zamiast istotnych treści, pouczał zebranych, że zbawienie to zadanie dla nich, ale jednocześnie coś tak dalece nieosiągalnego dla gnuśnych w swym lenistwie, że może nie warto poświęcać się tej sprawie, bo w ostatecznym efekcie i tak jego głos zdawał się być wołaniem na puszczy.

Pewnie miał trochę racji w swoich zawiedzionych staraniach, ale tak naprawdę nigdy nie znajdował dobrego, krzepiącego słowa nawet dla tych, którzy szczerze starali się być dobrymi chrześcijanami.

Koniec końców to już na szczęście nie jest mój problem, bo od dwóch lat uwolniłem swoje wnętrze od tego uzależnienia i wolę niedzielne poranki przeżywać w domu, w towarzystwie dobrej książki, bądź na rowerze, kiedy napawam się pięknem otaczającego mnie świata.

A czy jest to tylko cud natury, czy obraz wielkości bożego architekta, to już zupełnie mnie nie obchodzi.”

Wydaje się, że niewiele można by dodać do tego, zdawać by się mogło szczerego do bólu, manifestu wolności od wiary młodego człowieka, ale może warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić się czy powód jego odejścia z Kościoła to tylko przejaw otwartości na wiatr laicyzacji, który dotyka coraz więcej, zwłaszcza młodych ludzi, czy jest w tym wszystkim jakieś drugie dno?

-”Z woli rodziców uczęszczałem na lekcje religii...”- mnie zabrakło w tym wszystkim stwierdzenia, że udział w tych zajęciach był naturalnym kontynuowaniem wiary wyniesionej z domu.

-”Ksiądz znużony przekazywaniem treści, w które sam nie wierzył”- Jak wielu duchownych w podobnym tonie traktuje szkolne zajęcia z religii z góry zakładając, że najważniejszym jest zaliczenie kolejnych, do tego płatnych godzin w szkole bez troski, czy potrafią dotrzeć do młodych serc tych, którym winni przybliżyć sens Boga dla ich przyszłego życia.

Na koniec kolejna zmarnowana szansa na duszpasterskie działanie, jakim z pewnością winna być każda homilia.

Co prawda trudno skupić uwagę słuchaczy, kiedy przez ileś lat, co niedziela, zmusza się ich do słuchania tego samego księdza, który niekiedy oddaje się pokusie bajania o niczym, byle mógł odhaczyć kolejne kazanie w swojej duszpasterskiej karierze.

Najtrudniejszym wyzwaniem, przed którym staje każdy ksiądz, kiedy gramoli się na ambonę to to, aby zebrani chcieli słuchać tego, co im pragnie przekazać, zauważył stary kapłan pytany o swój sposób na to, by wierni stawali się aktywnymi odbiorcami kaznodziejskiego przekazu.

-”W kazaniu nie musisz udowadniać zebranym, że jesteś mistrzem mowy, ale o jednym nie możesz zapominać, że jesteś jednocześnie pierwszym słuchaczem treści, którymi zamierzasz docierać do pozostałych.

Nie pouczaj słowami, a staraj się pokazywać w nich dobroć i zrozumienie jakim Bóg obdarza każdego, kto potrafi z ufnością dziecka powierzać mu swoje troski i wątpliwości.”

Tylko tyle i aż tyle.

środa, 17 sierpnia 2022

 

Syndrom samotności powołanych

W związku z tym, że hierarchowie naszego Kościoła, jak każdy śmiertelnik nie są wolni od upływającego czasu, więc i oni po latach posługi przechodzą w stan spoczynku i nabywają statusu biskupów seniorów.

Jeden z dociekliwych i co by nie mówić, osoba mało przyjazna tej grupie społecznej, popełnił ostatnio artykuł, w którym zamierzał przybliżyć czytelnikom dolce vita, jakim rozkoszują się purpurowi emeryci.

Skwapliwie wyartykułował cały wachlarz przywilejów, które niejako z urzędu przysługują emerytowanym biskupom, niezależnie od zasług, czy czynów z przeszłości, którymi nie za bardzo mogliby się pochwalić.

Oprócz emerytury w wysokości 7000 zł, zajmują biskupie pałacyki obsługiwane przez kurialną służbę (najczęściej oddelegowane do takich posług zakonnice), ponadto etat ogrodnika odpowiedzialnego za jakość biskupich mini parczków, gdzie wśród wypielęgnowanych drzew można by schronić się przed wścibskimi spojrzeniami gapiów z sąsiedztwa, a przy letnim skwarze odpocząć w chłodnym cieniu.

Nieodłącznym towarzyszem takiego seniora w purpurowej sutannie winien być wyznaczony do tej roli osobisty sekretarz, już niekoniecznie wyposażony w skórzany terminarz, w którym do tej pory zapisywał harmonogram aktywności swojego pryncypała, bo póki co aktywność hierarchy na emeryturze wyraźnie wyhamowała i teraz młody kapłan musi się mierzyć z zadaniem bycia swoistym przybocznym dla towarzystwa, aby senior nie odczuwał samotności późnego wieku.

Pewnie można by zgodzić się z tym wszystkim, o czym napisał dziennikarz, gdyby cały artykuł nie zionął sensacją, jaką dziennikarz chciał potraktować sprawę, która wcale nie jest czymś wyjątkowym jeżeli analizujemy emerytalne przywileje osób, które zalicza się do świecznika w szeroko rozumianej hierarchii władzy.

Równie dosadny, acz nie koniecznie obiektywny artykuł można by popełnić opisując „ciężkie” życie byłych prominentów władzy, czy grona generałów naszej armii, cieszących się stanem spoczynku, który w ich przypadku obwarowany jest całym wianuszkiem przywilejów do grobowej deski, a nawet poza nią, jeśli podczepić pod nie rodziny tych zacnych emerytów w generalskich mundurach.

Jedna rzecz, którą poruszono w rzeczonym artykule, zwróciła jednak moją szczególną uwagę, to etat sekretarza, aby odpędzić demony samotności mogące doskwierać biskupowi seniorowi.

Syndrom samotności wzrasta wraz z upływającymi latami, w trakcie których człowiek może i potrafił sobie z nim w miarę radzić oddając się pracy, czy innej pasji, które tylko jednak tylko do czasu tłumiłyby wewnętrzny głos domagający się obecności drugiego człowieka obok, aby wszystko to co robimy nabierało głębszego sensu.

Kiedy rozpoczynałem moją kapłańską posługę, nasz biskup przemawiając do grona młodych facetów w sutannach, skazanych na samotność w ludzkim rozumieniu, zapewniał, że nigdy nie będziemy odczuwali tego dyskomfortu, jeżeli będziemy blisko Kościoła, naszej matki i środowiska duchownych tworzącego poczucie kapłańskiej wspólnoty.

Dwa tygodnie po tym biskupim zapewnieniu doszła do nas tragiczna wiadomość, że nasz o trzy lata starszy kolega powiesił się w swoim pokoju na plebani parafii, w której pełnił posługę wikariusza.

Nikt nie urodził się z pragnieniem życia w samotności, więc może warto, aby kościelny system zadbał o to, aby księża, nie koniecznie dopiero na emeryturze i to będąc hierarchą seniorem, byli pod opieką kapelana w randze sekretarza.

Każdy człowiek, także ten w sutannie pragnie obecności drugiego, życzliwego jego sercu człowieka i do tego nie potrzeba dogmatycznych rewolucji, a tylko rozsądnego podejścia do istoty kapłańskiego powołania, które w żaden sposób nie musi być związane ze zgodą na samotność.

środa, 27 lipca 2022

 

Bóg tak chciał.

Kiedy odwiedzamy cmentarze, miejsca wiecznego spoczynku naszych bliskich, możemy na niektórych grobach przeczytać sentencje wyrażające naszą wiarę, że to jest miejsce dopełnienia Bożego planu względem ludzkiej, ziemskiej pielgrzymki.

Na niektórych nagrobkach możemy przeczytać zdanie, że: ”Bóg tak chciał” i to jest swoista akceptacja Bożego planu, który wszystkim jest przeznaczony.

Oczywiście łatwiej jest zaakceptować Jego wolę, kiedy dotyczy osoby w podeszłym wieku, ale o wiele trudniejszym jest wyrażenie takiej akceptacji, kiedy dotyczy kogoś w sile wieku, lub zgoła za młodego, abyśmy mogli się tak spolegliwie zgodzić się z Bożym zamiarem.

Byłem jeszcze małym dzieckiem, kiedy po nieuleczalnej chorobie zmarł synek sąsiadki, osoby bogobojnej, która po jego stracie przez długie miesiące nie mogła powrócić do normalności i w rozmowach ze znajomymi powracała do tego tragicznego zdarzenia, które stało się jej udziałem mówiąc wprost, że nie potrafi zrozumieć, dlaczego Bóg, jeżeli jest samym dobrem, właśnie ją tak boleśnie doświadczył.

Sam także podzielałem jej żal i w rodzinnych rozmowach zadawałem to samo pytanie: Dlaczego?

Wtedy moja mama, osoba także blisko będąca z wiarą, opowiedziała mi historię kobiety, której los zafundował podobne doznanie.

Jej ukochany syn zginał tragicznie, kiedy miał naście lat i ona także wyrażała swój ból, pytając dlaczego Bóg go zabrał?

Wtedy zdarzyła się rzecz po ludzku niewyobrażalna.

Odwieczny ukazał tej zbolałej po stracie matce przyszłość, w której jej dorosły już syn w przypływie gniewu ją zamordował.

Pewnie to tylko legenda, ale jakże sugestywnie mówiąca o ludzkim przeznaczeniu, które w Bożych planach zawiera prawdę o ludzkim losie, nie do końca zależnym od naszych zamierzeń.

Nasza wiara, jakby nie patrzeć jest bardzo intencjonalna i znajduje swój wyraz w swoistym targu z naszym przeznaczeniem, a ściślej rzecz ujmując, często warunkujemy ją spełnieniem przez Boga łańcuszka naszych oczekiwań.

Niekiedy jest to oczekiwanie powodzenia w załatwieniu problemu, przed którym stajemy, a w poważniejszych kwestiach chociażby liczenia na Jego ingerencję w przypadku choroby, która niechybnie może doprowadzić do przedwczesnej śmierci kogoś nam bliskiego.

Wtedy zamawiamy mszę w intencji powodzenia naszych zamierzeń, bądź uratowania obłożnie chorego, bo bardzo nam na nim zależy.

Kościół dzielnie nam sekunduje w takim zwierzeniu połączonym z naszym interesem i organizuje takie akcje „wymuszenia” niekiedy cudu na nasze zamówienie.

Dodatkowo posiłkujemy się nadzieją, że przecież Chrystus wielokrotnie okazywał swoją moc, kiedy to nawet do życia przywracał zmarłych; dlaczego więc nie miałby coś spektakularnego uczynić dla nas?

W Piśmie Świętym jest wiele przykładów na to, że Boże palny względem nas dalece przekraczają nasze myślenie i może warto naszą wiarę opierać także na tych przykładach.

Mnie osobiście bardzo imponuje postawa Hioba, biblijnego nieszczęśnika( po ludzku rozumując), który przyjmując pasmo doświadczeń, niewyobrażalnych cierpień, po każdym z nich tak samo wyrażał swoje zawierzenie w Boską dobroć prosząc tylko o pewność dla swojej wiary, i na koniec doznał nagrody, kiedy Odwieczny „wyrównał” jego ból i obdarzył go szczęściem.

Może warto zrewidować swoją wiarę, w której intencję żądania zastąpić pokorą zgody wobec Jego decyzji, bo tylko Bóg wie co jest najlepszym dla nas.

Taka wiara jednak nie usprawiedliwia naszego nic nie robienia w kwestiach naszego życia, bo zawsze po naszej stronie pozostaje troska o zdrowie i uczciwość w postępowaniu.

To jest także część Bożego planu naszej przyszłości, której zwieńczeniem zawsze będzie zgoda na Jego ostanie słowo.

Kryspin

poniedziałek, 25 lipca 2022

Pasterze i najmnicy

 

Pasterze i najemnicy.

Pogrzeb, zwłaszcza obarczony dodatkowym „smaczkiem”, kiedy to delikwent nie był spolegliwą owieczką parafialnej trzódki, a dodatkowo zafundował sobie i bliskim swoje odejście w nagłym trybie i nie było czasu na ostatnie, potwierdzone przez wielebnego, westchnienie przyklepane sakramentem chorych, to z pochówkiem w poświęconej ziemi mógłby być kłopot.

Na szczęście to już pieśń przeszłości i wiele zmieniło się w kościelnych postanowieniach w sprawach katolickiego pochówku osób, których ziemska pielgrzymka zakończyła się w mało przyjemny sposób dla nich samych i pozostałych osób także.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, kiedy w parafii zdarzyła się np. tragedia samobójczej śmierci, proboszczowie byli zmuszeni do realizacji restrykcyjnego zalecenia kurii i jeżeli już zamierzali odprowadzić na miejsce wiecznego spoczynku takiego nieszczęśnika, to winni to zrobić nad wyraz skromnie (między innymi bez uroczystej kapy pogrzebowej), bez zbędnego przedłużania swojej obecności w gronie żałobników.

Tej twardej i mało duszpasterskiej linii kościelnych zaleceń, która za przewinienia zmarłego karała pogrążonych w żałobie pozostałych domowników nieboraka, nie uległ proboszcz małej wiejskiej parafii, kiedy przyszło mu odprowadzić na wieczny spoczynek parafianina, który za życia miał bardziej niż skromny związek z Kościołem.(Ten przypadek sprzed ponad czterdziestu lat opisałem w „Zatroskanej koloratce-pasterzach i najemnikach”, opisując uroczystości pogrzebowe Barana)

Miejscowy duszpasterz wykorzystał tę smutną uroczystość do duszpasterskiej lekcji dla wszystkich bliskich zmarłego, zapraszając na pogrzeb nałogowego alkoholika także jego kompanów od kieliszka i w klarowny sposób ukazał im, że póki żyją, mogą to wykorzystać ku naprawie swoich pokręconych relacji z Bogiem.

W ostaich doniesieniach prasowych dziennikarze lokalnej gazety pokazali zgoła odmienny styl duszpasterstwa księdza, który owszem, odprawił pogrzeb tragicznie zmarłego, młodego człowieka, który zginął rażony prądem, ale przy tej okazji nie omieszkał wylać na zmarłego wiadra pretensji wyliczając nieborakowi jego doczesne zaniedbania, co według kapłana, nie było przyczynkiem dla nadziei na jego bliskie spotkanie z Odwiecznym, który jest przede wszystkim sędzią sprawiedliwym i dlatego dla młodego człowieka, który tak tragicznie zakończył żywot,. nie rokował nadziei na wieczną nagrodę.

Pewnie to nie był pierwszy tego rodzaju osąd nad zmarłymi tego miejscowego duszpasterza, bo przelał czarę niezadowolenia wśród parafian, którzy w odruchu wzburzenia postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i pozbyć się księdza, w którym nie dostrzegli kszty powołania do głoszenia Bożej miłości.

Jeden z niezadowolonych postanowił dosadnie wyrazić swoją dezaprobatę dla „duszpasterskich” metod wielebnego i przygotował nawet taczkę, jako środek transportu dla pozbycia się ze wspólnoty niechcianego kapłana.

Pewnie sprawy wymknęły by się spod kontroli, gdyby nie część bardziej stonowanych parafian, którzy zaproponowali, aby kłopot rozwiązał przełożony księdza, czyli miejscowy biskup odwołując go ze skonfliktowanej z nim parafii.

Pewnie można i tak, ale to nie rozwiązuje problemu, bo to kukułcze jajo jakim jest ten kościelny inkwizytor, trafi do innej parafii i tam nadal będzie realizował twardą linię kościelnej konserwy, która ponad duszpasterską miłość przedkłada nad dura lex sed leks (twarde prawo, ale prawo), a to jest bardzo odległe od zasady, którą w swoim nauczaniu realizował Chrystus szukający odrobiny dobra nawet w największym złoczyńcu.

Dzisiejszy Kościół docieka przyczyn ochłodzenia religijności swoich wiernych w zlaicyzowanym świecie, choć może powinien baczniej przyjrzeć się swojemu ogródkowi i sam sobie odpowiedzieć, ile w jego szeregach jest prawdziwych duszpasterzy, a ile najemników.

Młode kadry wykształconych kapłanów nie gwarantują jeszcze tego, że w duszpasterskiej posłudze będą kierowali się Chrystusowym credo, jakim jest miłość.

Kryspin

Kościół geriatryczny

 

Od lat utrwala się w Polsce trend, który przyniesie prawdziwą zapaść w liczbie naszego społeczeństwa.

Specjaliści przewidujący naszą przyszłość, wieszczą stale wzrastająca tendencję do starzenia się populacji i przewidują, że w 2050 roku co trzeci mieszkaniec naszej ojczyzny będzie miał ponad 80 lat.

To rodzi wielkie wyzwanie dla młodszych osób, które będą musiały poświęcić się opiece nad tym geriatrycznym społeczeństwem, a dodatkową trudnością będzie fakt, że całkowita ilość mieszkańców Polski w tamtym okresie zmniejszy się do poziomu nieco ponad 30 milionów.

Jeszcze czarniej rysuje się dalsza nasza przyszłość w kolejnych dekadach, bo w roku 2100 ilość Polaków nie przekroczy 25 milionów z ciągłą tendencją spadkową.

Wobec takich czarnych prognoz jedyną, choć mocno iluzoryczną pociechą zdaje się być fakt, że sami już nie dożyjemy tamtego okresu, ale z tymi tendencjami będą musiały się mierzyć nasze dzieci i w nuki także, a to już musi budzić i nasz niepokój.

Z podobnym, a może i większym problemem starzejącego się gremium stanowiącego gwarancję trwania musi się mierzyć Kościół, w którym ludzie w mocno zaawansowanym wieku zdają się przeważać chociażby w coniedzielnych religijnych praktykach.

Najgorszym w tym wszystkim jest to, że demografia potęgowana jest w jego przypadku jeszcze laicyzacją przyspieszającą proces pustoszenia naszych świątyń, kiedy młode pokolenie zaczyna żyć pielęgnowaniem innych wartości, wśród których wiara w to co będzie być może po …, niewiele ich obchodzi, kiedy świat tu i teraz ma nie tylko masę trosk, ale i pokus bijących marketingiem po ludzkich oczekiwaniach.

Starzejące się szeregi parafialnych wspólnot prowadzonych przez zaawansowanych wiekiem proboszczów, dobiegających do mety swojej parafialnej posługi, nie tworzą atmosfery dla młodych, którzy zwyczajnie nie czują tej melodii minionego dla nich czasu.

Kościołowi potrzeba impulsów z odrobiną szaleństwa przypisnego młodości i włodarze tej instytucji mają tego świadomość, ale trudno realizować drogę ku nowemu, kiedy kierownicze kadry, jak można określić mieszkańców diecezjalnych biskupich pałaców, już dawno porzucili potrzebę reform na rzecz świętego spokoju będącego domeną starości.

W gronie najważniejszych biskupów naszego episkopatu znakomitą większość stanowią ludzie w wieku przedemerytalnym (pomimo, że dla hierarchów jego poziom ustanowiono na 75 lat), którzy w ciągu najbliższych dwóch lat będą zmuszeni złożyć na ręce Papieża swoje rezygnacje z zajmowanych stanowisk i przejdą w stan senioralnego nic nie robienia.

Wśród „młodszych” nadziei na bardziej efektywne duszpasterskie działania można na palcach jednej ręki wyliczyć hierarchów, z ktorymi nasz Kościół może wiązać nadzieje.

Jednym z nich zdaje się być Prymas z Gniezna, który jednak dobiega już 60-tki i w opinii nie tylko swoich współpracowników często zachowuje się nad wyraz poważnie i podejmuje decyzje nie bardzo zrozumiałe dla szerszego grona, dlatego utarło się powiedzenie, że jest człowiekiem żyjącym pod kloszem, poza którym niewielke może dostrzec rzeczywistych problemów.

Kolejną nadzieją na lepsze jutro tej instytucji zdaje się być arcybiskup z Łodzi kreowany przez media na swoistego trybuna ludowego, który zawsze znajdzie czas i ochotę na spotkanie z każdym człowiekiem, nawet wtedy, kiedy tamten ma odmienne od niego zdanie.

Cieniem w jego przypadku kładzie się jednak brak sukcesów duszpasterskich w jego rodzimej djecezji,w której laicyzacyjna gangrena posępuje najszybciej, no i wiek prawie dobijający do 60-tki także nie czyni z niego „nadziei białych”.

Może więc trzeba dokonać swoistego spłaszczenia poziomów duszpasterskiej aktywności do grona tych, którzy przez lata stoją na pierwszej linii frontu, zwyczajnych, dobrych kapłanów, a biskupi ?

No cóż niech będą jeżeli muszą, ale najlepiej niech pozostaną tylko „ozdobą” dorocznych uroczystości i nie przeszkadzają w codziennej duszpasterskiej pracy zwyczajnych księży.

Kryspin

czwartek, 21 lipca 2022

Ty jesteś Piotr-Skala.

 


Obserwatorzy kościelnej sceny w skali globalnej już od jakiegoś czasu snują domysły o tym jak będzie wyglądała rzeczywistość tej organizacji po odejściu Franciszka?

I nie chodzi tu tylko o ostateczne rozwiązanie, jakim byłoby zakończenie przez niego ziemskiej pielgrzymki, bo w grę mogą wchodzić i inne scenariusze tegoż finału, jak chociażby papieska emerytura.

To co jeszcze kilka lat temu wydawało się być niemożliwym, zmienił już jego poprzednik, Benedykt XVI, tłumacząc swoją abdykację względami zdrowotnymi i podeszłym wiekiem.

Franciszek ma także słuszny wiek (86 lat na karku), a i zdrowie ostatnimi laty też już nie to co dawniej, kiedy to w ukochanym Buenos Aires realizował swoją kardynalską posługę.

Niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość pontyfikatu obecnego Papieża, to jedno można uznać za pewnik:

Kościół już nigdy nie będzie taki sam jak przed Franciszkiem.

Nie chodzi tutaj tylko o szczególną haryzmę tego człowieka wywodzącego swoje korzenie wiary z twardej linii jezuickiej reguły, ale o wiele czynników będących niejako poza zasięgiem biskupa Rzymu, jak chociażby postępująca laicyzacja świata w skali makro, czy degrengolada postaw kościelnych dostojników, którym daleko do jezusowego przesłania o postawie służby najmniejszym; nieustannie powodują rysy na tej budowli i stanowią realne zagrożenie jej trwania.

Pewnie jeszcze nie czas na ferowanie ocen pontyfikatu obecnego zwierzchnika tej największej organizacji mającej w swoich korzeniach chrześciajański rodowód, ale już teraz można pokusić się o wstępną ocenę tej rzeczywistości wiary, jaką nam zaproponował Franciszek i z jaką przyjdzie nam się mierzyć po nim.

Od początku swojego rzymskiego urzędowania kardynał z dalekiej Argentyny zaczął łamać odwieczne standardy, uswięcone tradycją watykańskie zwyczaje, które do tej pory tworzyły swoisty blichtr, może niekiedy nie przystający do dzisiejszego świata, ale jedyny w swoim rodzaju i dlatego nikomu nie przyszło nawet do głowy, aby go zmienić.

On jednak to zrobił i można by długo wymieniać nowinki, z jakimi przyszło się mierzyć dworzanom watykańskiego pałacu, ale z pewnością można powiedzieć, że zdecydowana większość z nich nie przypadła do gustu purpuratom z otoczenia tego człowieka w bieli.

Owszem, z nutą politowania przyjmowali „fanaberie” swojego zwierzchnika, który zaczął jadać z obsługą papieskiego stołu, akceptowali nawet dziwactwa związane z łaźniami, których użyczył bezdomnym, ale ciągłe przypominanie o tym, że Kościół winien być ubogim w posłudze i jednym z tymi, którym najbardziej w oczy zaględa niedostatek, to już była przesada i dlatego za przyzwoleniem niezadowolonych dworzan z watykańskiej centrali, zaczęto lansować rewelacje o masońskim rodowodzie Bergolio i w tym tonie idąc, nawet podważać jego czyste intencje w sprawowaniu urzędu „Piotra”, opoki dla trwałości kościelnej historii.

Najbadziej spektakularnym zarzutem z jakim spotkał się ostanio Franciszek, to brak z jego strony jasnej deklaracji w sprwie wojny na Ukrainie, a konkretnie mało twardej linii w ocenie poczynań Putina, bezsprzecznie agresora w tym konflikcie.

To jednak nie jest prawdą, bo Papież bardzo często i dosadnie wyrażał się na temat tej wojny, jako najgorszym z ludzkich sposobów rozwiązywania sporu i w licznych apelach, widząc bezmiar cierpienia niewinnych ludzi, błagał i pełen smutku żądał , aby odpowiedzialni za tę gehennę opamiętali się w swoich poczynaniach.

Czy mógł więcej?

Pewnie zwolennicy twardej linii Kościoła z satysfakcją użyliby anatemy, którą obrzuciliby władcę Kremla, i po sprawie.

Ale czy tak samo uczyniłby Chrystus, który zawsze piętnując zło, w swojej ocenie walczył o człowieka, nawet gdyby ten był zbrodniarzem i w oczach świata zasługiwał tylko na potępienie, dla Boga zawsze i do końca będzie jednak człowiekiem, może pogubionym w swoim życiu, ale nadal człowikiem.

Kryspin

piątek, 8 lipca 2022

Nie kupuj browaru, aby napić się piwa.

 


Życie nie znosi próżni i „telenowela” z kwiatkami Kościoła dotyczącymi moralnego kaca, jakim jest problem relacji seksualnych wielebnych z owieczkami powierzonymi ich opiece ciągle powraca.

Tak stało się też za przyczyną jednego hierarchów, który ostatnio pokusił się o obronę swojego podwładnego przez atak na wiarygodność ofiary tego księdza.

Biskup wprost zadał pytanie o orientację seksualną molestowanego, jakby chciał usprawiedliwić seksualną aktywnbość księdza, który po prostu uległ pokusie i dostosował swoje postępowanie do „zachęcających” zachowań swojej seksualnej ofiary.

Trudno nawet ustosunkować się do takiego toku myślenia kościelnego zwierzchnika i nawet można by zbyć to wszystko tylko uśmiechem, gdyby to nie było tak tragicznie poważne.

Przeraża mnie myślenie niektórych kościelnych przedstawicieli, specjalistów od moralności, którzy ponad prawdę przedkładają pudrowanie rzeczywistości, aby na siłę wybielać to, czego nie da się uwolnić od moralnego ubabrania.

Problem pedofilii ludzi w sutannach nie jest jednak największym problemem Kościoła obecnego czasu, bo póki co doświadcza to ostracyzmu w tym gronie, ale i w organach ścigania także.

Daleko większem złem w tej instytucji jest sprawa nieformalnych związków damsko męskich, w których latami są uwikłani ci „normalni” faceci w sutannach.

-”Byłam wtedy w klasie maturalnej i udzielałam się w ruchu oazowym, którego animatorem był ksiądz w mojej parafii. Po pewnym czasie zwyczajnie się zadłużyłam w moim kapłanie, a on skwapliwie odwzazejmnił moje uczucie, przynajmniej tak mi się wydawało.

Po jednym ze spotkań naszej grupy, kiedy zostałam dłużej na plebanii, zaproponował mi, abyśmy się do siebie zbliżyli i stało się. Zostałam jego kochanką i każdą sposobność wykorzystywałam aby być blisko niego.

Mieszkałam w małej miejscowości i dlatego było to tylko kwestią czasu, aż nasz związek stał się publiczną tajemnicą, choć odniosłam wrażenie, że pomimo iż wszyscy wiedzieli(także moi bliscy), to nikomu to nie przeszkadzało.

Ta miłosna sielanka trwała przez kilka lat, a ja czułam się szczęśliwa choć nie mogłam mieć perspektyw na przyszłość, choć on wielokrotnie zapewniał mnie, że już zawsze będzie tylko dla mnie, ale nie zamierzał porzucić Kościoła, choć przecież mogliśmy być szczęśliwi w takim związku, jak wielokrotnie mnie zapewniał.

Czar prysł , kiedy powiedziałam mu że spodziewam się dziecka, jego dziecka.

Mój ukochany usztywnił się i postanowił, że sprawy zaszły za daleko i musimy nasz związek zakończyć, no chyba, że pozbędę się problemu.

Ja jednak zamierzałam urodzić naszego synka no i wtedy znalazło się inne rozwiązanie, bo mój luby otrzymał z kurii dekret o zmianie parafii, czyli mógł uciec od problemu, i tak skończyło się nasze „na zawsze”.

Z tego co wiem, teraz inna kobieta jest z nim w zażyłych stosunkach, a mnie pozostało wspomnienie i nasze dziecko, które nigdy nie pozna, mam taką nadzieję, kim był jego ojciec.”

To fragment listu czytelniczki, która przeżyła przygodę z kapłańskim pożądaniem.

Z tego co wiem, takich historii są tysiące i prawie wszystkie podobnie się kończą.

Przerażające w tym wszystkim jest to, że ludzie wiedzieli i przełożeni tego kapłana też byli świadomi zła jakie się działo, i nic.

Kiedy zakochałem się w kobiecie i postanowiłem dla naszej miłości opuścić stan kapłański, jeden ze starszych moich kolegów, próbując mnie odwieść od tego zamiaru powiedział wprost:

-”Rozumiem, ze zachciało ci się wypić piwa, ale nie musisz do tego kupować całego browaru”.

Fikcja celibatu i powszechny kompromis ze złem, jaki Kościół pielęgnuje w swoich szeregach nadal mnie przeraża, a może byłem tylko naiwnie wierzącym, że tak trzeba.

Nie żałuję tego, że stałem się właścicielem browaru, bo to chyba uczciwsze?

Kryspin

środa, 29 czerwca 2022

Kwiatki Bożego Ciała



„Po Bożym Ciele nic po księdzu w kościele”, można by zacytować ludowe powiedzenie obrazujące nadchodzący czas wakacyjnego nic nie robienia, który także w roku liturgicznym wyznacza okres kilkutygodniowego czasu bez corocznych świąt i podniosłych uroczystości.

Idąc dalej tym tokiem myślenia pewnie nie pozostało by i mnie nic do zauważenia i sam udałbym się gdzieś na kilkudniowy odpoczynek, aby po naładowaniu „akumulatorów” powrócić do otaczającej rzeczywistości, szczególnie związanej ze sprawami Kościoła.

No i na nic moje zamierzenia, bo w minionym tygodniu, zamiast sposobić się do podniosłości Bożego Ciala, szykować kosze kwiatowych pąków, które miałyby wypełnić kolorowe dywany podczas procesji samego Chrystusa, który właśnie w tym dniu odwiedza ulice naszych miast, media poinformowały maluczkich, że emerytowany już co prawda książę naszego Kościoła znowu będzie zmuszony bronić swojego dobrego imienia, bo prokuratura nadal nie przyjmuje jego tłumaczeń związanych z tuszowaniem afery pedofilskiej jego podwładnego w sutannie i jakby tego było mało, siostrzyczki w zakonnych habitach ze zgromadzenia prowadzącego w jego dawnej diecezji dom pomocy dla dzieci z problemami psychicznymi, przez lata ponoć( według doniesień jednego z portali internetowych) dopuszczały się niegodziwości w stosunku do niedorozwiniętych psychicznie małych podopiecznych.

Póki co bohaterowie tych medialnych i prokuratorskich doniesień zgodnie zaprzeczają i nie przyznają się do niczego złego chroniąc się za parawanem domniemania niewinności, ale wobec twardych dowodów taka linia obrony pewnie na niewiele się zda i smrodek będzie się roznosił.

Swoją drogą nie mogę zrozumieć tego stawania w zaparte i zaklinania rzeczywistości, która w jaskrawym świetle pokazuje to, że dokonało się zło za przyczyną tego, czy owego człowieka Kościoła.

Pewnie z upływem czasu inni członkowie tej wspólnoty, kierując się zasadą przebaczenia, dokonali by swoistego „zapomnienia” jego przewin, ale nie wtedy, kiedy on usilnie broni kłamstwa o sobie samym.

Każdego człowieka, niezależnie od pozycji społecznej czy stanu posiadania dotyka syndrom upływającego czasu i tak osoba kiedyś młoda z perspektywami, staje się nieuchronnie dojrzała w latach, by po mgnieniu oka zasiąść w loży seniorów, a później już tylko pozostanie wspomnienie ze strony tych, którzy zastąpią ją w tej sztafecie pokoleń.

Może więc warto czynić starania, aby dobrze i świadomie przeżywać każdy dany nam dzień i kiedy kładziemy się spać, dokonywać w ciszy przed sobą samym swoistego rozrachunku dobra, którego za moją przyczyną dostąpił ktoś, którego życie otarło się o mnie, niezależnie od tego, czy takie było jego zamierzenie, czy tylko ślepy los postawił go na kolizyjnej ścieżce mojego życia.

Przez ulice naszych miast i wiejskie polne drogi, jak co roku przeszedł w korowodzie wiary sam Chrystus i kolejny raz może przeżywaliśmy zachwyt nad niezwykłością tego korowodu i może nawet mieliśmy swój maleńki wkład w upiększenie tej trasy Bożego przemarszu, ale to jeszcze zbyt mało, abyśmy mogli poczuć się spełnieni po tym spotkaniu.

Zbawiciel każdego dnia zdaje się stawać na kolizyjnym kursie naszej drogi i pod postacią może małego chłopca, niekiedy zewnętrznie upośledzonego swoją chorobą, czy zwyczajnie nie potrafiącego bronić się przed niecnymi zamiarami człowieka o złym dotyku, zdaje się stawiać przed nami egzamin z dobra, jakie winniśmy mu okazać, niezależnie od tego, czy nosimy garnitur, zakonny habit czy kardynalską sutannę.

Każdego z nas dotyka syndrom upływającego czasu i od nas zależy, czy historia zapamięta nas jako ludzi wielkiego serca, czy tylko drobnych ciułaczy kariery, którzy gotowi byli na wiele kompromisów z dobrem dla ułudy i tak przemijającego sukcesu na targowisku owłdniętego gorączką chorego świata.

Kryspin 

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Lednica na krańce świata


Pierwsza sobota czerwca jest dniem corocznych spotkań młodych na Lednicy. Nie inaczej było także i teraz, choć przed rokiem takowe spotkanie nie miało miejsca ze względu na szalejącą wtedy pandemię.

Tak się szczęśliwie składa, że corocznie mogę być świadkiem tego wydarzenia, bo pomieszkuję niedaleko od milenijnej ryby będącej znakiem rozpoznawczym tego miejsca.

Już w piątkowe popołudnie w kierunku lednickich pól maszerowały grupki młodych, niekiedy w harcerskich mundurkach, i zawsze z nieodłącznym uśmiechem kroczyli drogą, której kresem było miejsce lednickiego spotkania.

Większość uczestników tego zlotu skorzystało z masowego transportu, autokarów zorganizowanych przez szefów parafialnych wspólnot z najodleglejszych zakątków naszej ojczyzny i docierali na miejsce od sobotniego poranka.

Bezpośrednio po uroczystościach organizatorzy obliczyli że ilość uczestników tej jedynej w swoim rodzaju liturgii grubo przekroczyło 20000.

Może to i niewiele, kiedy w minionych „tłustych” latach było ich ponad 150000, ale to i tak znacząca liczba wziąwszy pod uwagę realia rzeczywistości, która nie promuje duchowości jako stylu życia.

Tegoroczne zgromadzenie młodych odbyło się pod wezwaniem:” Na kraniec świata” i to w połączeniu z rozdawanymi różańcami był znak potrzeby świadectwa wiary, w którym ten maryjny rekwizyt winien odgrywać bardzo ważną rolę.

Obserwując nieco z oddali rzesze młodych ludzi pielgrzymujących na Lednicę z wiarą na ustach, zauważyłem, że ona emanowała także z ich serc, a to może budzić nadzieję, że z Kościołem wcale nie jest tak źle.

I na tym mógłbym zakończyć moje przemyślenie, gdyby nie głosy ludzi, którym nie jest po drodze z dobrostanem Kościoła i w kilka chwil po spotkaniu młodych na lednickich polach wtrącili swoje trzy grosze dokonując wyliczeń, kto i jaki biznes zrobił przy okazji tego spotkania.

W podobnym tonie wypowiedziała się czytelniczka „Księdza w cywilu”, która wyraziła swoje niezadowolenie z tego, że w ogóle redakcja pozwala mi na szerzenie nieprawdy i silenie się na eksperta od kościelnego podwórka, kiedy ona ma swoje krytyczne zdanie uznając, że:”kościół to instytucja tucząca się na ciemnogrodzie i nie dająca niczego prócz drenażu kieszeni ciemnego ludu”.

Uspakajając niepokój czytelniczki pragnę zapewnić, iż jestem dalekim od czynienia się ekspertem od kościelnych spraw, a jestem co najwyżej pokornym obserwatorem życia, kiedy ono zawiera także sprawy bliskie wielu moim czytelnikom.

Wracając do biznesu, jaki Kościół robi przy okazji takich wydarzeń jak Lednica 2000, to można spojrzeć na to i z innej strony.

Dzięki darczyńcom Dominikanie i Fundacja Lednica 2000 pobudowała wspaniały kompleks z miejscami spotkań, domami pielgrzyma i przestrzenią, w której przybywający czują się godnie.

Ojciec Jan Góra, charyzmatyczny założyciel idei spotkań młodych na lednickich polach, za życia wielokrotnie spotykał się z zarzutami iż budował sobie coś na kształt małego Watykanu, karmiąc tym swoją próżność.

Koniec końców zapracował sobie na wdzięczną pamięć niezliczonych rzesz młodych ludzi, którzy z wdzięcznością, przy okazji pobytu na Lednicy, często swój pobyt zaczynają od zapalenia znicza pamięci przy jego prostym grobie, który zwieńcza tylko potężny głaz.

Może ulegając pokusie rozliczania Kościoła z mitycznego bogactwa warto też ocenić jego dokonania, często monumentalne pomniki z architektonicznymi perełkami na czele, które jeszcze przez długi czas poza naszym istnieniem, będą pomnikami minionych pokoleń, które były dumne ze swojej wiary.

I tak na koniec: Kościół w równym stopniu stanowimy wszyscy, i ci w purpurach, ale także szarzy członkowie społeczności założonej kiedyś przez Chrystusa.

Kryspin 

środa, 15 czerwca 2022

Czterdzieści lat minęło.

 


„-Czterdzieści lat minęło”- mógłbym przywołać te słowa serialowego przeboju, kiedy przypominam sobie czerwcowy dzień naszych święceń kapłańskich w roku 1982.

Było nas wtedy dwudziestu młodych facetów, którzy po sześciu latach seminaryjnych przygotowań stali się najważniejszymi aktorami katedralnej uroczystości celebrowanej przez samego Prymasa.

Po kilku następnych dniach, otrzymawszy pierwsze dekrety, przeszliśmy do czynnej kapłańskiej służby w wyznaczonych parafiach.

Później, wraz z upływem lat, stan naszej kapłańskiej gromadki uległ znacznemu pomniejszeniu, bo czterech z nas zdecydowało się przejść do „cywila”, a po kolejnych dziesięcioleciach dwóch wielebnych z rocznika 1982 zakończyło ziemską posługę i przeniosło się do wieczności.

Kończąc te wspomnienie sięgające początków naszej kapłańskiej przygody, warto także zauważyć, że dla większości z moich kursowych kolegów te czterdzieści lat to nie tylko szarówka kapłańskiej posługi, bo dla aż jedenastu z nich przybrała ona kolor fioletowego, kanonickiego wyróżnienia.

Może już dosyć sentymentalnej podróży do przeszłości, bo rzeczywistość tu i teraz skrzeczy. Konkretnie chodzi o powszechną posuchę jeżeli chodzi o nowe kadry w hierarchicznym Kościele.

Biskup opolski będąc kolejnym z hierarchów poruszających ten temat, podzielił się tym razem troską ze swoimi wiernymi nazywając klęską suszy niedostatek powołań, kiedy w perspektywie kilku następnych lat zabraknie w diecezji kilkudziesięciu kapłanów.

Taki stan rodzi konieczność łączenia parafialnych wspólnot, którymi będzie zmuszony opiekować się jeden duszpasterz.

Opolski hierarcha i tak nie jest w najgorszej sytuacji, bo w bieżącym roku diecezja wzbogaci się o 14 neoprezbiterów, kiedy na Warmii, w olsztyńskiej katedrze nie będzie uroczystości święceń kapłańskich w ogóle, bo do końca seminaryjnej drogi nie dotarł żaden kandydat.

Swoją drogą to jest zastanawiające, że wobec nadmuchanej famy, że Kościół tuczy się swoim bogactwem, a szeregi kapłańskie to przechowalnie dla nierobów i życiowych nieudaczników, o dewiantach nie wspominając, a i tak brakuje chętnych , aby się załapać na takie „wygodne życie”?

Bezsprzecznie kapłaństwo ma obecnie złą prasę i mają dużo racji ci, którzy przyczyn takiej sytuacji upatrują w nieciekawych zachowaniach tych, którzy z nazwy winni być sługami bożego dzieła; ale to tylko część prawdy, bo jak zauważył jeden z mądrych przedstawicieli tej grupy „zawodowej”, jakość sług ołtarza to efekt poziomu wiary całej społeczności Kościoła.

Inaczej mówiąc wszyscy jego członkowie ponoszą równoważną odpowiedzialność za jakość sług ołtarza i gołym okiem widać, że jest ona pokłosiem wiary na pół gwizdka.

Poziom naszej wiary ma także bezpośredni wpływ na ilość młodych ludzi, którzy odpowiadając na głos wezwania założyciela tej instytucji, zechcieliby pozytywnie na nie odpowiedzieć.

Jedenastu z moich kursowych kolegów po latach kapłańskiej posługi zapracowało sobie na wyróżnienie w postaci powołania ich do godności kanoników świętego Kościoła i w tej chwili przypomina mi się cytat z Biblii, który w nieco zabawny sposób krąży wśród kapłanów w kontekście tego wyróżnienia:”-Śpijcie i odpoczywacie”(Mk 14, 41)

Poważnie rzecz traktując, sądzę, że od ludzi, których w ten sposób doceniono w kapłańskich szeregach, Bóg wymaga więcej i liczy na to, że swoją postawą będą torować dla Niego drogę do ludzkich serc.

To jest najlepsza forma spełnienia zadania które Odwieczny stawia przed każdym wierzącym, a kapłanami szczególnie, aby przez nich jak w kryształowym zwierciadle jawił się obraz Dobrego Pasterza gotowego na wiele dla dobra tych, którzy zostali powierzeni ich opiece.

Kryspin

środa, 8 czerwca 2022

Klejnot, czy opakowanie?

 


Kilka dni przed 3 czerwca 1979 roku, na który to przewidziano pierwszą wizytę Jana Pawła II w Gnieźnie, wszystkim udzielała się atmosfera oczekiwania na te historyczne wydarzenie.

Byliśmy wtedy alumnami Prymasowskiego Seminarium, więc chociażby z tej racji dane nam było być w samym środku gorączki przygotowań do godnego przyjęcia zastępcy św. Piotra na prastarej, piastowskiej ziemi.

Już zostały wyznaczone osoby mające sprawować służbę przy papieskim ołtarzu, członkowie chóru ćwiczyli kolejny raz Gaude Mater Polonia, a personel pomocniczy, czyli nasze siostry zakonne, nerwowo sposobiły się do tego, aby przygotować wystawny obiad dla grona znakomitych gości.

W pamięci pozostał mi jeden zgrzyt z tego czasu, który dotyczył listy 50 osób mających dostąpić zaszczytu otrzymania w czasie papieskiej liturgii komunii św. z rąk samego Jana Pawła II.

Do ostatnich chwil trwała batalia, w której prym wiedli miejscowi hierarchowie i inni kościelni decydenci, usiłujący załatwić to wyróżnienie swoim protegowanym, i wtedy w niepamięć odeszły wcześniejsze ustalenia, że miały to być świeckie osoby szczególnie zasłużone dla wspólnot parafialnych, bo zwyczajnie ich miejsce zajęli „znajomi królika”.

Pamiętam naszą (klerycką) rozmowę przy parkowej ławeczce, kiedy jeden z moich kolegów z niesmakiem stwierdził, że to najbardziej jaskrawy przykład braku wiary ze strony katolików, kiedy „opakowanie” jest dla niektórych ważniejsze od najcenniejszego klejnotu, jakim jest ciało Chrystusa, niezależnie od tego, kto jest jego szafarzem.

No cóż, wtedy Papież był niczym idol estrady i to z najwyższej półki, więc trudno się dziwić, że doczesne emocje wzięły górę nad pokorą wiary i Chrystus zwyczajnie przegrał z chwilowymi pragnieniami, nawet takimi, które wyzwalały doczesne pragnienia.

Po epidemicznym zastoju, który pozamykał naszą rzeczywistość do domowych pieleszy, nareszcie mogliśmy powrócić do pełni życia, także w sferze religijnych ceremonii.

No i nastał, przez wielu oczekiwany, czas komunijnej gorączki.

Na pełnię wolności także w tej kwestii oczekiwały pociechy sposobiące się od miesięcy do najważniejszego w ich dotychczasowym życiu wydarzenia, kiedy pierwszy raz mogliby ugościć w swoim sercu tego, który z miłości do ludzi ustanowił sakrament eucharystii, by po wsze czasy karmić wiernych swoim ciałem.

Nie można się dziwić niecierpliwości oczekiwania wśród najważniejszych „aktorów” majowych uroczystości, ale już przyglądając się gorączce wszystkich pozostałych, trudno nie doznać niesmaku.

Wytwórcy wszelkiego rodzaju gadżetów około komunijnych, czy restauratorzy zacierają ręce na spodziewane zyski, bo przecież trzeba ubrać dzieciaki i nakarmić przybyłych na ich uroczystość gości.

Jakby tego było mało, w tym chocholim tańcu swoje miejsce zajmują także rodzice małych bohaterów, z wypiekami na twarzy kalkujący, czy ich zabieganie znajdzie oddźwięk w hojności zaproszonych gości. Co prawda to jest szczególny dzień dla ich dzieci, ale co szkodzi, aby w komunijnych kopertach obok życzeń znalazły swoje miejsce także szeleszczące banknoty?

W ten racjonalny sposób konsumowania majowych uroczystości wpisują się także media prowadząc wywiady z nieodłącznym pytaniem o wymarzone prezenty, których oczekują dzieci, i zaraz potem w formie podpowiedzi następuje wyliczanka:laptop, rower, a może i coś większego, jak chociażby kład?

A biedne dzieciaki stoją zażenowane i najczęściej nie potrafią wpasować się w poprawność odpowiedzi, choć jedna z bohaterek telewizyjnej sądy po chwili zastanowienia odpowiedziała zdecydowanie:

-”Je już niczego więcej nie potrzebuję, bo w czasie eucharystii otrzymałam mój najpiękniejszy dzisiaj prezent”

Kryspin