poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Liderzy kreujący rzeczywistość

Liderzy” kreujący rzeczywistość.

Dopiero co przeżywaliśmy wspomnienie wyjątkowej niedzieli opisanej na kartach Ewangelii, którą ze względu na wydarzenia z przedmieść Jerozolimy, kiedy to w asyście najbliższych przyjaciół do bram tego świętego miasta przybył Nauczyciel z Nazaretu.

To była wyjątkowa okoliczność, bo przecież już było po szabatowej sobocie i większość mieszkańców i przybywających do miasta, pielgrzymów oraz kupców, było zajętych swoimi sprawami i mogli zwyczajnie nie zwrócić uwagi na przemieszczającego się obok nich człowieka na ośle, a jednak stało się wtedy coś niezwykłego, co historia po wsze czasy nazwała Niedzielą Palmową.

Na wieść, że do bram miasta zbliżał się zapowiadany przez proroków Mesjasz, zebrały się tłumy pragnące zamanifestować swoje uwielbienie do tego człowieka, czego wyrazem stały się palmy ścielone na trasie jego przejazdu.

Wśród zebranych dało się słyszeć okrzyki: hosanna i cześć Synowi Dawida oraz inne wyrazy aplauzu wobec Jego osoby.

I pewnie można by na tym zakończyć wspomnienia tamtych wydarzeń, gdy nie to, że po kilku dniach taki sam tłum towarzyszył Chrystusowi w drodze na Golgotę i wtedy żywili swoją nienawiść do niego powtarzając swoje słowa z dziedzińca Piłata, kiedy wyjąc z nienawiści domagali się kary krzyża dla Nazareńczyka.

Cienka jak jedno westchnienie jest nić, która towarzyszy nam w chwilach zachwytu nad kimś niezwykłym, idolem naszego pragnienia, bohaterem niezwykłości, który swoimi dokonaniami zdaje się zadawać kłam, że nie da się zrobić nic więcej ponad przeciętność.

Tylko w nielicznych sytuacjach potrafimy nasz zachwyt przekuć w coś więcej, co jest bardziej trwałe i nie ulegnie zniszczeniu przy pierwszej negatywnej ocenie, którą z pewnością wysunie ktoś, komu nigdy nie będzie po drodze z tym co dobre i ponadprzeciętne.

Kiedy tłum wiwatował na cześć Proroka z Nazaretu, z pewnością wśród zebranych byli swoiści liderzy, którzy nadawali ton i sterowali pozytywnym nastawieniem pozostałych.

Podobnie zdarzyło się i kilka dni później, kiedy także dali o sobie znać swoiści „liderzy”, którzy sterowali emocjami zebranych i poddawali im okrzyki pełne nienawiści.

Niestety te manipulacje ludzkimi zachowaniami i wyborami czynionymi przez jednostki, nie odeszły do kart historii i nadal triumfują.

W ostatnich dniach media ukazały nam ogrom zła, jakiego dopuścili się okupujący ukraińskie miasta sowieccy żołnierze. Trudno jest nam uwierzyć, że człowiek może dojść do takiego stanu, że zdaje się napawać swoją nienawiść sadystycznymi zbrodniami na bezbronnych.

Czy wśród okupujących te ziemie żołnierzy znaleźli się sami do szpiku źli ludzie?

Sądzę, że nie, ale zdecydowana większość tych młodych osób w mundurach uległa swoistym „animatorom” zagłady, którzy stoją za tymi wszystkimi zbrodniami jako nadrzędni sprawcy tego zła.

Aby nie być tak do końca zadowolonym w odbiorze rzeczywistości, to chciałbym zauważyć, że nasze spokojne póki co życie jest także często sterowane przez swoistych „liderów” próbujących nadawać ton naszemu życiu.

Niekiedy są to delikatne sugestie dotyczące elit politycznych, którym przeciwnicy zarzucają brak szczerości w ich działaniach, a w niektórych sytuacjach próbują odwoływać się do naszego umiłowania niezależności, podpowiadając nam, że ona jest wystawiona na szwank, z najróżniejszych powodów.

„Liderzy” nienawiści, którzy doprowadzili do ukrzyżowania Bożego Syna ostatecznie przegrali w czasie wielkanocnego poranka i pewnie długo jeszcze leczyli swoje ciemne pragnienia, ale bezskutecznie.

Podobnie swoje przegrane zainkasują także ci „animatorzy”, którzy pragnęliby kreować rzeczywistość pełną konfliktów i wątpliwości rzucanych do naszego życia.

Wielkanocny poranek jest nie tylko wspomnieniem minionego cudu Bożej Miłości, ale także zapowiedzią triumfu dobra nad złem, w każdej odsłonie.

Kryspin 

piątek, 8 kwietnia 2022

Dlaczego Watykan nie potępił Putina?

 


Wraz z pływem kolejnych dni, kiedy na Ukrainie dokonuje się nieludzka agresja przeciwko narodowi będącemu dotąd niezależnym europejskim społeczeństwem, narasta ilość krytycznych ocen stawianych możnym tego świata.

Pomimo, że sprawa wydaje się oczywistą, to niektórzy przywódcy tak zwanego wolnego świata nie zawsze jednym głosem opowiadają się po stronie ciemiężonych, szukając usprawiedliwienia dla swojej politycznej powściągliwości i tłumacząc się względami ekonomicznymi, które nie pozwalają im do końca nazwać zła po imieniu.

Większości obserwatorów tego dramatu, który dokonuje się na oczach spokojnej do tej pory Europy z niesmakiem odbiera nie do końca jednoznaczne stanowiska Niemiec, czy Francji, którym bardziej zależy na zachowaniu porozumienia z rosyjskim satrapą, bo z tyłu głowy mają nadal nadzieję na ekonomiczne bezpieczeństwo, które jest uzależnione od dostaw surowców i innych dóbr z terenów wielkiego, wschodniego sąsiada.

Polityczne kalkulacje kolejny raz biorą górę nad zwyczajną uczciwością wobec zła dziejącego się tuż za granicami ich spokojnego dotąd życia, i to boli.

Fala krytyki tego kunktatorskiego zachowania dosięgła ostatnio także Kościoła katolickiego, a ściślej rzecz ujmując samego papieża Franciszka, któremu niektóre środowiska zarzucają zbytnią powściągliwość w potępieniu i nazwaniu po imieniu agresorów ukraińskiego nieszczęścia.

Choć głowa Kościoła wielokrotnie piętnował w swoich wystąpieniach zło wojennej pożogi, to według jego krytyków, zabrakło w nich słów: Rosja czy Putin.

Rzeczywiście Biskup Rzymu nie użył tych słów, ale po wielokroć podkreślał, że to Ukraina jest ofiarą niesprawiedliwego ataku i piętnował zło, którego owocem stało się morze niewinnie przelewanej krwi na jej terytorium.

Kiedy Rosja łamiąc wszelkie konwencje rozpoczęła inwazję na tereny swojego sąsiada, to Biskup Rzymu udał się do konsulatu tegoż kraju, by osobiście prosić o zaniechanie tego okropieństwa, tylko to jakoś nie zostało zauważone przez tropicieli politycznych sensacji.

Czy Papież mógł więcej uczynić dla zażegnania złu, które dzieje się na naszych oczach, pewnie i tak?

Niektórzy mają mu za złe, że pozostawił bez odpowiedzi zaproszenie mera Kijowa do złożenia w trybie nagłym wizyty w tym mieście i nie wybrał się do oczekujących moralnego wsparcia ukraińskich braci w wierze.

Ci sami zawiedzeni jakoś nie przenieśli swoich pretensji na innych możnych tego świata, którym także nie przyszło do głowy peregrynować do oblężonego przez wrogów Kijowa, ale to być może jest nieistotny szczegół.

Franciszek jest głową Kościoła, instytucji innej od wszystkich organizmów politycznych, bo wprost realizuje depozyt samego Boga, a ten nigdy nie potępia człowieka, choćby był sprawcą najgorszego świństwa, ale jednocześnie zawsze doznaje smutku, kiedy owoc jego miłości czyni zło i dlatego w wystąpieniach zastępcy Chrystusa jest tak wiele słów potępienia dla zła jakie niesie ze sobą wojna, jako następstwo ludzkiego szaleństwa i milczące przygnębienie, bez wymienienia z nazwy sprawców tej tragedii, którzy przecież są wszystkim znani.

Jakby dopełnieniem krytyki watykańskiej polityki stało się ostatnio porównanie zachowania Franciszka do niefortunnego działania Piusa XII, który dopiero po dłuższym czasie odciął się od polityki nazistowskich Niemiec i późno ujął się za ofiarami nazistowskiego szaleństwa..

To dalece krzywdzący osąd, bo obecny papież od pierwszych chwil tego zbrodniczego napadu po wielokroć zajmował stanowisko i piętnował ten obłęd nienawiści jeszcze na długo przed tym, kiedy na ukraińskie miasta spadły pierwsze rosyjskie pociski.

Czy Franciszek mógł zrobić więcej dla pokoju na Ukrainie?

Pewnie w ludzkim mniemaniu mógł, tak jak mogli tego dokonać i inni wielcy tego świata?

Kryspin

środa, 30 marca 2022

Matczyna miłość z Fatimy

 


Kiedy ktoś trafia do jedynego w swoim rodzaju muzeum w dawnych budynkach machiny nienawiści i zagłady, które powstały w okresie nazistowskiego obłędu, stawiającemu sobie za cel unicestwienie całych podbitych w czasie II wojny światowej narodów; przechodząc wśród stosów pozostałych butów, niezliczonych ilości okularów, stosów włosów obciętych skazanym na śmierć w komorach gazowych, stertami zabawek pomordowanych dzieci, nieco z boku trafi na pamiątki związane z wiarą w lepsze jutro dla tych, którym tego odmówiono.

Mnie szczególnie uderzył widok różańca, który powstał z okruchów obozowego chleba.

Ktoś mógłby się zdziwić, że komuś przyszło na myśl odmówić sobie głodowej porcji pożywienia, aby wykonać z niej religijny gadżet, którym ni jak się nie dało zaspokoić pragnienia, które przenikało wygłodniałe ciało, a jednak!

Nieliczni ocalali świadkowie tamtego czasu, którym los pozwolił przetrwać ten koszmar, prawie zawsze podkreślają, że to było bardzo ważne dla ich woli przetrwania, kiedy esesmani przeprowadzający kontrolę ich dobytku, nie zauważyli medalika czy choćby małego, świętego obrazka, bo to one dawały im siłę i nadzieję.

Przeżywając obecnie koszmar wojennej zawieruchy naszych wschodnich sąsiadów, jesteśmy pod wrażeniem z jakim otwartym sercem prawie cały świat spieszy im z humanitarną pomocą, aby choć w małym stopniu podtrzymywać ich nadzieję na lepsze jutro bez bomb niosących cierpienie i śmierć.

Wśród darów, którymi wrażliwi ludzie dzielą się z tymi nieborakami, jeden wzbudził ostatnio sporo kontrowersji.

Sanktuarium z Fatimy postanowiło wysłać na Ukrainę figurkę Matki Bożej, patronki upamiętniającej zdarzenia, których ponad wiek temu światkami były dziesiątki tysięcy ludzi przybywających na łąki wokół portugalskiej wioski, kiedy rozeszła się wieść o objawieniach, których bohaterami stało się troje małych dzieci.

Przez kolejne lata urosła historia tego niezwykłego miejsca, które stało się jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych, i turystycznych także.

Mali pastuszkowie w trakcie spotkań z Piękną Panią otrzymali od niej pewne wskazówki. Po latach zaistniały one jako tajemnice fatimskie, przedmiot dociekań poszukiwaczy sensacji i dogłębnej analizy kościelnych komisji, które próbowały zweryfikować ich świadectwo.

Pewnie nigdy do końca nie poznamy prawdy o wadze przekazu, który stał się depozytem złożonym małym świadkom tamtych zdarzeń, ale jedno przez lata było intrygujące:

-”Pragnę tego, aby Rosja przeżyła nawrócenie i dlatego proszę was, abyście modliły się za nią i zawierzyli ją Bożemu miłosierdziu.”

W ukraińskim konflikcie naprzeciwko siebie stanęły dziesiątki tysięcy młodych ludzi, z których jedni bronią swojej niepodległości, a ci naprzeciwko prowadzą działania zbrojne tak do końca nie wiedząc, dlaczego znaleźli się w tym piekle, kiedy ich ojczyzna pozostała daleko od nich.

Na piersiach jednych i drugich wojskowi zwierzchnicy zawiesili żołnierskie nieśmiertelniki i nakazali im zabijać.

Wielu z tych młodych ludzi na swoich szyjach ma także jeszcze coś – medaliki, niekiedy w kształcie krzyża, bo kiedyś te znaki zawierzenia na ich piersiach zawiesiły ich matki wierząc, że to są znaki nadziei.

Nie da się rozstrzygnąć sporów przy użyciu przemocy i żadna wojna, choć znawcy od ludzkich dusz znaleźli określenie usprawiedliwiające niektóre działania zbrojne mianem wojny sprawiedliwej, to i tak śmierć i cierpienie niewinnych ofiar nie daje usprawiedliwienia do takich działań.

A może zbyt daleko odeszliśmy od wartości, które będąc może bezbronne rozumując po ludzku, powinny być także brane pod uwagę w próbie naprawy ludzkiej psychiki, bo przecież nikt tak do końca nie jest z natury złym i wystarczy dać mu alternatywę, a taką jest nawrócenie i powrót do matczynej miłości.

Kryspin

poniedziałek, 28 marca 2022

Miara człowieczeństwa

 


Od ponad trzech tygodni Ukraina płonie, a niczemu niewinni ludzie zostali zmuszeni do szukania nadziei na dalsze życie wybierając dolę tułaczy liczących na dobre serca tych, którym póki co los oszczędził grozy wojennej niedoli.

Naturalnym kierunkiem ich ucieczki stała się nasza ojczyzna, która od pierwszych chwil zdaje egzamin z bezinteresownej miłości.

Dziesiątki tysięcy ludzi o wrażliwych sercach odłożyło na bok swoje codzienne sprawy, aby przez długie godziny służyć dobrem tym, którym okrutny los i wrogowie u bram odmówili prawa do szczęścia i pokoju.

Z pewnością budujący to widok, kiedy do tej pory zwaśnione w politycznych sporach strony naszej sceny politycznej zdecydowały się powstrzymać od waśni i wzajemnych zarzutów, aby w zjednoczeniu nieść dobro tym, którzy teraz go najbardziej potrzebują.

Nie wszystko jednak jest tak krystalicznie pozytywne, bo co rusz musimy mierzyć się z doniesieniami o hienach żerujących na ludzkim nieszczęściu uchodźców kasując od nieboraków chociażby bajońskie sumy za kilka kilometrów spędzonych przez nich w ich środkach transportu.

Na szczęście to tylko incydenty, które jednak jawią się niczym gorzki piołun w beczce miodu.

Ostatnio miałem okazję usłyszeć głos pani posłanki z Parlamentu Europejskiego, kobiety niezaprzeczalnie zasłużonej na polu bezinteresownej pomocy, którą od wielu lat realizowała poprzez założoną przez siebie organizację, i przyznam, że przeżyłem niesmak, kiedy zajęła stanowisko i dokonała oceny polskich władz w kwestii pomocy humanitarnej dla uchodźców z Ukrainy.

„-Pomocy nieborakom udzielają w spontanicznym odruchu serca zwykli ludzie, a rząd się przy tej okazji lansuje nie robiąc nic.”

To mocne i niesprawiedliwe słowa, bo chyba to nasze władze są w awangardzie wrażliwości, czego po cichu zazdroszczą nam inni możni z ościennych państw, które mając więcej bardzo oszczędnie chcą się dzielić dobrocią serca z tymi, których przecież uznają za swoich sąsiadów, póki co w niedoli.

Kolejnym lapsusem ze strony naszej parlamentarzystki był zarzut skierowany w stronę naszego Kościoła, który według niej, kolejny raz nie zdaje egzaminu z przykazania miłości i trwa w izolacji wobec potrzeb uchodźców.

Jej głos pewnie zainspirował aktora, znanego chociażby z kultowego serialu, w którym grał rolę biskupa.

Tenże skierował apel do naszych hierarchów, aby otworzyli dla nieszczęśników zza wschodniej granicy drzwi pustych seminariów i rekolekcyjnych domów, które mogłyby posłużyć za tymczasowe lokum dla uciekających przed wojną matek z dziećmi.

Przyznam, że byłem zszokowany takim brakiem dobrej woli, kiedy lans zaślepił te osoby naprawdę, którą można bez żadnych trudności zweryfikować chociażby korzystając z informacji zawartych w necie.

Tam można przeczytać o inicjatywach polskich hierarchów, którzy nie tylko patronują akcjom niesienia bezpośredniej pomocy przez caritas, ale idąc dalej, na potrzeby uchodźców przeznaczyli budynki seminaryjne, domy pielgrzyma i inne będące w ich gestii pomieszczenia łącznie z własnymi siedzibami, w których goszczą potrzebujących pomocy.

Nie potrzeba nam teraz takich „rewelacji”, bo przeżywamy obecnie trudny, ale i pełen nadziei czas, kiedy wszyscy zdajemy egzamin z bycia człowiekiem.

I tak na koniec moja prośba do tych wszystkich, którzy podnoszą głos niezadowolenia, że nasze państwo ludziom z Ukrainy dają zbyt wiele, kiedy nam także brakuje.

Na Facebooku pojawił się obrazek malkontenta, któremu nie podobał się „dobrobyt”, jakiego doświadczają uchodźcy.

Podsumowując swoje niezadowolenie doszedł jednak do wniosku, że przecież także mógłby się załapać na te kokosy, wystarczy aby ktoś zburzył jego dotychczasowy świat.

Kryspin

niedziela, 20 marca 2022

"Ja wierzę dlatego wiem"

 

-”Ja wierzę, dlatego wiem!”

To jest zdanie kończące długi wywód mojego czytelnika, który wcześniej przedstawił mi swoją drogę do zrozumienia tajemnicy Boga, którego szukał przez całe swoje dorosłe życie.

Jak sam zaznaczył, nie od razu przyjął za pewnik zawiłości faktów, które On postawił na jego drodze, zważywszy, że przez długie zawodowe życie, z racji swojego ścisłego wykształcenia, trudno mu było ograniczyć swoje dociekania tylko do poziomu wiary w to, co mu głoszono w kościelnej nauce.

Pewnie można i tak podchodzić do tych ważnych spraw, co zdaje się być skrajnie inną konkluzją chociażby do materialnego radykalizmu, jakim się posiłkował mój poprzedni rozmówca, który opierając się na tych samych naukowych dociekaniach wykluczył temat Boga jako pierwotnego sprawcy wszechrzeczy.

Wracając do pana inżyniera, który obrał drogę zawierzenia Bogu po analizie faktów przytoczonych w biblijnym przekazie, widzę jednak pewne niebezpieczeństwo, które staje się cienkim lodem dla wszystkich tych, którzy może trochę na siłę próbują w racjonalnym dociekaniu dowieść zgodności przekazu wiary z faktami obrazującymi historię Narodu Wybranego, którym bezsprzecznie Jahwe się opiekował w szczególny sposób.

Czy jednak to upoważnia współczesnych poszukiwaczy oznak tego zaangażowania Boga w sprawy ludzi do szukania na siłę racjonalnego wytłumaczenia zjawisk, które dla ludzi sprzed tysięcy lat miały tylko i aż wydźwięk tajemnicy zarezerwowanej samemu Stwórcy?

Żyjemy obecnie w czasie przyspieszonego rozwoju wiedzy o otaczającym nas świecie i w wielu z nas rodzi się pokusa uzyskania odpowiedzi na pytania, których przez wieki ludzie nie zadawali, bo wystarczało im to, co w teologicznym przekazie im dawano, ale to wcale nie oznacza, że był to ciemny lud bezrefleksyjnie przyjmujący za pewnik to, co wcale tak do końca pewnym nie musiało być.

Jesteśmy obecnie w okresie liturgicznego rozpamiętywania najbardziej drastycznego w swej wymowie czasu realizacji Bożego planu zabawienia, które według kościelnej nauki związane było z męczeństwem i śmiercią Jego Syna na drzewie krzyża, i to także mogłoby być zanegowane przez domorosłych śledczych spiskowych teorii, bo przecież o męczeństwie i śmierci Chrystusa mówią tylko biblijne przekazy i to z opóźnieniem kilkudziesięciu lat, jeżeli liczyć czas spisania pierwszych relacji ewangelicznych.

Czy więc w przekazie tych relacji mogą pojawiać się nieścisłości, czy nawet fakty, których w żaden sposób nie da się potwierdzić używając do tego nawet najnowszych sposobów śledczych; pewnie i tak, ale to przecież w żaden sposób nie zmienia pewności wiary tych, którzy pozostawiają Bogu margines tajemnicy.

Kościół prze wieki gruntował wśród swoich wiernych przekonanie, że ma monopol na prawdę i wytycza jedyną słuszną drogę do zbawienia, ale w dzisiejszym świecie, który skurczył się dzięki poszerzonej świadomości, że większość ludzi wyznaje inne przekonania w kwestii naszej przyszłości po ( 6 miliardów ludzi wierzy poza kościelnymi kanonami) i chcąc nie chcąc musi się podzielić „nieomylnością” w tej sprawie.

I tu dochodzimy do konkluzji, że wiara jest czymś ponad tym, co utrwalano w naszej świadomości przez wieki.

Wiara jest także wyrazem pokory wobec tajemnicy, której nigdy nie zdołamy tak do końca pojąć i zrozumieć ludzkim umysłem, ale to w żaden sposób nie jest powodem do jej negacji.

Tylko tyle i aż tyle.

Na ludzkiej drodze Bóg wyznaczył wiele ścieżek, które do Niego prowadzą i ta, którą stawia przed nami ze swoimi drogowskazami Kościół jest jedną z nich, ale z pewnością nie jedyną.

Każdy człowiek ma przed sobą prawo wyboru i nikt mu tego nie może odebrać, czy pouczać w tej materii.

Kryspin

sobota, 12 marca 2022

Być w życiu człowiekiem, tylko tyle i aż tyle

 


W „Zaufanej koloratce” podzieliłem się z czytelnikami pełną emocji relacją lekarki, która jako młoda dziewczyna przeżyła koszmar niespodziewanego rozstania z ukochanym człowiekiem, który zmarł nagle w trakcie lekarskiego dyżuru, kiedy ratował życie choremu.

W jednej chwili zawalił się dla niej świat i umarła nadzieja na szczęśliwe życie z ukochanym, który dopiero co poprosił ją o rękę nie wiedząc, że los nakreślił dla nich swój okrutny scenariusz.

Jej ból po stracie miłości paradoksalnie złagodziła chwila pożegnania, kiedy na cmentarzu młodego lekarza żegnało wielu ludzi okazujących tym wdzięczność za jego krótkie, ale naznaczone dobrem życie.

Wśród zebranych pojawił się także ich znajomy ksiądz, choć Marek nie był nawet ochrzczony:

-„Nie mogło mnie tu zabraknąć, bo on był bliżej Boga aniżeli niejeden z tych, którzy co niedziela obnoszą się ze swoją wiarą, a brakuje im zwyczajnie dobra, którym on emanował każdego dnia”- powiedział przybitej stratą młodej kobiecie.

Teraz może fragment listu od czytelnika:

-”Nie jestem osobą uduchowioną, ale wyznaję ideę dobra. Nie jestem osobą  wierzącą, ale mam pewność, co jest słuszne. Jestem spokojnym człowiekiem i  najchętniej tak właśnie o sobie myślę - człowiek. A reszta to dodatkowe  umiejętności, nabyte w szkole i pracy. Mam rodzinę, ale wszystkich ludzi  staram się traktować jak bliskich. Czy to możliwe w obecnym świecie? Moje  zachowanie jest odczytywane jako dziwaczne, ale co tam. 
Czy mam sympatie  polityczne? Owszem, ale staram się ich wyzbyć. A społeczne? Tak, staję  zawsze po stronie biednych. Ale staram się też zrozumieć inną biedę -  
bogaczy i tych, którzy są u władzy.”

W dalszej części doprecyzował swój kodeks bycia człowiekiem:

-Cenię każdą naukę: i tę od ludzi pochodzącą (opartą na logice i sprawdzoną  w doświadczeniach), i tę od Boga (objawioną i stawiającą wspólne dobro na  pierwszym miejscu). I jedna, i druga mnie przekonuje. Kiedy puszczam wodze  wyobraźni mogę je połączyć tak, że nie tylko się nie wykluczają, ale i  łączą w jedno. Ale teraz nie o tym chciałem pisać. Teraz tylko o nauce,  którą mamy podaną na tacy. Zebrałem ją i streściłem, aby stale mieć ją  przed oczami. A nauka ta to: pokój, otwartość, sprawiedliwość,  solidarność, uczciwość i mądrość.
I Pokój
Wyzbądź się przemocy. Nie nakręcaj spirali nienawiści. Nie miej wrogów
II Otwartość
Nie dziel na swoich i obcych. Nie dziel na kobiety i mężczyzn. Nie dziel ludzi wedle urodzenia czy majątku
III Sprawiedliwość
Nie osądzaj innych. Nie zachowuj urazy. Nie wymierzaj kar
IV Solidarność
Pomagaj ludziom. Dziel się bogactwem. Dziel się wiedzą
V Uczciwość
Pracuj dla wszystkich ludzi. Zaprzyj się fałszywego bogactwa. Oddaj wyzyskiwanym, co im należne
VI Mądrość
Mów tylko o tym, na czym się znasz. Podejmuj decyzje mądrze. O sobie decyduj sam.”

Ktoś mógłby odebrać to jak jakiś wyrzut w stosunku do tych, którzy w swoim życiu wyznają wartości oparte o 10 Przykazań, ale tak nie jest.

Jeżeli jednak ktoś poczuł się urażonym w swoim dobrym samopoczuciu wierzącego, to niepotrzebnie, bo wszyscy kiedyś będziemy rozliczani z tego ile w nas było człowieka w naszym życiu tylko tyle i aż tyle

Kryspin

wtorek, 8 marca 2022

Czy wiara jest tylko tradycją ciemnych przodków?

 


No i dostało mi się za artykuł, w którym ośmieliłem się zacytować stwierdzenie mądrego człowieka twierdzącego, że mała wiedza od Boga oddala, a większa do Niego przybliża.

Mój internetowy adwersarz określający się jako ateista, raczył mi przypomnieć, że od tamtego czasu (XIX wiek) nauka poszła już na tyle do przodu, że myślący człowiek nie musi już posiłkować się wiarą, aby uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania o to skąd się wziął i dokąd zmierza.

I pewnie bym pozostawił tę „pewność” mojego rozmówcy bez reakcji, bo każdy ma prawo do swojego przekonania, gdyby nie otwarty atak z jego strony na instytucję, z której jak raczył zauważyć, wyszedłem po moim odejściu z kapłańskich struktur.

Czytelnik podzielił przedstawicieli mojego dawnego środowiska na trzy części równie niedojrzałych osób głoszących prawdziwość tego co jest tylko mitem dla gawiedzi.

Pierwszą grupę, według niego, stanowią ludzie podobni małym chłopcom w krótkich spodenkach, do drugiej części zaliczył cynicznych biznesmenów robiących interesy na głoszeniu bredni dla maluczkich, a do trzeciej nacji zaliczył dewiantów w sutannach, którzy znaleźli sobie taki sposób na życie.

Moją skromną osobę zaliczył do pierwszej grupy tych w krótkich spodenkach naiwności, i tak do końca nie wiem, czy chciał mnie tym pocieszyć, czy obrazić, ale potraktuję to bez komentarza.

Przyznam natomiast, że był to ostry atak na wszystkich wierzących, bo przecież Kościół to nie tylko ludzie w sutannach, ale i miliony wiernych, którzy go tworzą.

Jesteśmy w przededniu szczególnego czasu w Kościele, bo już za dwa dni nastąpi w nim liturgiczny czas szczególnej refleksji jakim jest okres Wielkiego Postu i może nad tym warto się pochylić ku pożytkowi tych, którym jest on ważnym, jak i pozostałym, dla których już niewiele znaczy.

Chrystus przed rozpoczęciem swojej ziemskiej misji udał się na pustynię aby tam przez czterdzieści dni poszcząc w samotności zahartować swoje ciało i ducha do przyszłych zadań, które przed nim nakreślił Stwórca wszechrzeczy.

Nasi przodkowie bardzo serio traktowali ten czas i dokładali szczególnej staranności, aby dobrze wypełnić kościelne zalecenia: Naczynia dotąd używane do przyrządzania potraw były starannie szorowane, aby nie pozostało na nich nawet wspomnienie mięsnych specjałów, a czas beztroskich zabaw zamienili na coniedzielne rozpamiętywanie męki pańskiej w czasie wielkopostnej liturgii.

Wszystko po to, aby jak najlepiej przygotować się do przyszłej radości niedzieli wielkanocnej, i było im z tym dobrze.

Pewnie dla wielu ludzi pokroju mego internetowego rozmówcy, wierzących, że ich życie to tylko kaprys przyrody i zbiór przypadkowych komórek z których powstało ich ciało, którego przeznaczeniem jest tylko powrót do ziemi, gdzie dzieła dokończą robaki, takie wspomnienie Wielkiego Postu to tylko tradycja ciemnych przodków, i pewnie niewiele zmieni ich w filozofii, ale?

Mnie bardziej odpowiada „naiwność” chłopca w krótkich spodenkach i dlatego wolę żyć nadzieją, że moje życie ma sens głębszy i ktoś, kto może wydawać się wielu tylko mitem dla naiwnych, ma wobec mnie swój zamysł przekraczający ludzkie wyobrażenia, ale jednak jest czymś rzeczywistym.

I tak na koniec kolejne już też bardzo obrosłe w latach (XVII w)słowa mądrego człowieka

Blaise'a Pascala, który stwierdził:

„Człowiek może wierzyć lub nie wierzyć w istnienie Boga. Jeśli wierzy, to traci życie doczesne (na rzecz modlitw i czynienia dobra) i otrzymuje życie wieczne. Jeśli nie wierzy, to zatrzymuje życie doczesne i traci życie wieczne.”

Pascal wywnioskował, że wiara bardziej się opłaca, ponieważ ryzykujemy tylko czas życia, który jest zazwyczaj krótki, a nagrodą może być życie wieczne .

Kryspin

niedziela, 20 lutego 2022

Nieważny sakrament przez jedno słowo?


W Kościele amerykańskim wyszedł na jaw problem ważności chrztu dla ponad 20 000 tysięcy wiernych, którym jeden z kapłanów przez ponad dwadzieścia lat szafował ten sakrament z istotną wadą, używając niezgodnej z kanonem formuły.

Sprawa dotyczy jednego słowa:” chrzcimy cię zamiast ja ciebie chrzczę”.

Kongregacja wiary jednoznacznie uznała to za wystarczający powód, aby te sakramenty uznać za niebyłe, i zrodził się problem.

Problem z tym sakramentem inicjacji chrześcijańskiej był właściwie od zawsze.

W pierwszych wiekach nowej wiary miał nieco inny charakter, bo często brakowało osoby, która była konieczna jako szafarz tego sakramentu i dlatego w praktyce pierwszych wyznawców Nauczyciela z Nazaretu, kiedy do nowej wiary zgłaszali wolę przystąpienia kolejni wyznawcy, dopuszczano aby wprowadzającym mógł być każdy człowiek, nawet nieochrzczony, który zachowując formułę sakramentu-polanie wodą i wypowiedzenie nakazanej treści :”Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”mógł być szafarzem sakramentu dla kogoś, kto tego świadomie pragnął.

W późniejszym okresie Kościoła wprowadzono zasadę chrztu małych dzieci i w tym przypadku wolę przyjęcia sakramentu deklarowali rodzice malucha wraz z obecnymi przy tej ceremonii świadkami, rodzicami chrzestnymi.

I tu narodził się kolejny problem, który jest obecnie podnoszony przez niektórych niezadowolonych tym, że zostali zaliczeni w poczet członków społeczności wierzących wbrew własnej woli, bo decyzje zapadły w czasie, kiedy byli jeszcze mali i nikt ich nie pytał, czy chcą tego sakramentu.

Wracając do sprawy z kościoła w amerykańskiej diecezji rodzi się pytanie, czy jedno słowo użyte w liczbie mnogiej: chrzcimy cię, tak istotnie może rzutować na ważności Bożego daru, jakim bezsprzecznie jest dla wierzących sakrament chrztu?

Do tego, aby mogła się zadziać łaska płynąca z sakramentu, najistotniejszym jest wola przyjęcia tego daru, i to ona winna decydować o tym, czy stał się rzeczywistym.

Stanowcze stanowisko kongregacji wiary w tym przypadku zdaje się stosować zasadę legalizmu nad Bożą miłością, którą Stwórca daruje tym, którzy deklarują wolę bycia z Nim w bliskości.

Przy tej okazji warto wspomnieć, że kościelne władze nie zawsze tak pryncypialnie podchodzą do należytego traktowania legalizmu w szafowaniu sakramentalnymi darami, co widać gołym okiem chociażby w kwestii eucharystii.

Zgodnie z zasadami określonymi w kanonach naszej wiary, do przyjęcia komunii potrzeba u wiernego stanu łaski uświęcającej, czyli duszy wolnej od grzechu śmiertelnego, i to dotyczy każdego.

Jednocześnie dopuszczalnym jest, aby ten sakrament mógł sprawować kapłan, który na przykład przed odprawianą mszą dopuścił się grzechu ciężkiego.

Teologowie z tej samej kongregacji wiary tłumaczą to stanem wyższej konieczności i potrzebą uniknięcia zgorszenia wśród szeregowych owieczek, które będąc w niedzielę w kościele mogliby snuć domysły na temat powodu „moralnej niedyspozycji” kapłana, który nie odprawiłby przewidzianej liturgii.

Jedynym do czego zobowiązuje się takiego nieboraka w sutannie, to to, aby w najbliższym możliwym czasie w sakramencie pokuty nie zapomniał o tym powiedzieć spowiednikowi i sprawa załatwiona.

Swoją drogą współczuję Stwórcy, że tak często musi mierzyć się taką teologiczną żonglerką na jaką jest narażony przez teologicznych „mecenasów” potrafiących uczynić z jednego pomylonego słowa sprawę, która dotyka sumień tysięcy ofiar ludzkiego błędu, kiedy na drugim końcu potrafią umniejszyć wagę niegodziwości popełnionych przez swoje środowisko i dla zachowania pozorów oraz uniknięcia poczucia zgorszenia wśród tych, którym serwują „doskonałość” wcale tak niedoskonałych sług, potrafią być tak gorliwie zapobiegliwi.

Kryspin 

niedziela, 13 lutego 2022

"Kosmos jest pusty i tam Boga nie widzieliśmy"

 

Kiedy radzieccy kosmonauci wrócili na ziemię po zakończonej kosmicznej wyprawie, byli pytani o wrażenia z co dopiero odbytego lotu, stwierdzili, że kosmos jest pusty i żadnego Boga tam nie spotkali, więc wiara w życie po życiu nie ma sensu.

Podobny pogląd wyraził jeden z moich czytelników, który najpierw opisał swoją drogę do negacji tego, o czym mówiono mu, kiedy był jeszcze bardzo młodym człowiekiem.

Owszem, w szkole podstawowej, kiedy zaliczał także lekcje religii, jego katecheci wieszczyli mu przyszłość w kapłańskim stanie, ale on szybko zweryfikował ich marzenia, bo już pod koniec podstawówki sam zdecydował, że to wszystko nie miało sensu, a rzewne historyjki o boskim planie zbawienia zaliczył do sfery mitów, które ludzie wymyślili z niewiedzy o świecie i o prawach fizyki, które całkowicie wystarczają do tego, aby starać się poszerzać ludzkie pragnienie wiedzy.

W dalszej części listu czytelnik rzucił mi garść informacji z pogranicza astronomii i innych dziedzin wiedzy ogólnie dostępnych, które według niego w wystarczający sposób zaspakajają ludzkie pragnienie poznania rzeczywistości i teologiczne dyrdymały nikomu myślącemu już do niczego nie są potrzebne.

Jakby na deser swoich rozważań odwołał się do biblijnego przekazu traktującego o Wniebowstąpieniu, co w jego mniemaniu jest koronnym dowodem na irracjonalność wiary i należy ją traktować jak każdą inną legendę.

Długo zastanawiałem się nad odpowiedzią mojemu internetowemu rozmówcy i doszedłem do wniosku, że może warto w szerszym gronie poruszyć ten temat „konfliktu” wiedzy z wiarą, bo wielu ludzi dochodzi do krawędzi nie radząc sobie z tymi pytaniami, które stawia przed nimi materialny świat.

Może na początek warto odnieść się do zarzutu o skalę prawdziwości niektórych faktów zapisanych w Biblii, bo wraz z rozwojem nauki wiele z nich wydaje się nie wytrzymywać tego starcia, co w prosty sposób rodzi wątpliwości.

Biblia nie jest książką traktującą o prawach fizyki, astronomii czy innych dziedzin nauk ścisłych, a zawiera przekaz o wymowie teologicznej i do tego była pisana ponad dwa tysiące lat temu językiem akceptowalnym dla wiedzy ówczesnych odbiorców, i tylko tak winna być odbierana.

To jednak wcale nie umniejsza wagi prawd wiary, które autorzy zawarli na jej kartach.

Ludzie od wieków żyli pragnieniem dopasowania ustaleń biblijnych do rzeczywistości materialnego świata i nawet obecnie są niestrudzeni poszukiwacze zgodności zdarzeń opisanych w Starym Testamencie z historycznymi faktami i starają się doszukać śladów potopu, czy zbiegu sił przyrody powodujących rozstąpienie się morza Czerwonego , kiedy Izraelici uciekali z egipskiej niewoli; ale to wcale nie jest ważne do istoty teologicznego przekazu, bo on posługując się obrazami akceptowalnymi dla ludzkiej świadomości sprzed tysięcy lat , zawierał tylko przekaz o Bożej opiece nad Narodem Wybranym i nic ponad to.

Przed kilkoma laty ludzie nauki ogłosili, że w laboratorium udało się wyodrębnić materię tłumaczącą początki wszechświata i ogłoszono, że jest to cząstka wykluczająca potrzebę Boga, jako tego, który zapoczątkował istnienie wszystkiego.

I to jest kolejny błąd pomieszania pojęć w stawianiu na tej samej płaszczyźnie wiary i wiedzy.

W tym miejscu może warto przypomnieć sobie słowa Ludwika Pasteura francuskiego chemika, który miał bardzo duży udział w rozwoju nauk przyrodniczych. Był on niezwykłym człowiekiem.

Naukowiec ten, osoba kierująca się w życiu empiryzmem, rozumem, poświęcająca życie dla dziedzin najbliższych życiu doczesnemu wypowiedziała znamienite słowa:

Trochę wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem”. 

Może warto przypominać sobie te słowa ilekroć zrodzi się w nas pokusa wolności od wiary, kiedy w pragnieniu poznania rzeczy po ludzku nie poznawalnych tak łatwo negujemy wagę wiary.

Kryspin

poniedziałek, 7 lutego 2022

Światełko do nieba

 


Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku młody twórca witraży tworzonych w większości na kościelne zamówienia, postanowił wprowadzić w życie pomysł organizowania pieniężnych zbiórek na rzecz oddziałów szpitalnych, chyba nikt nie spodziewał się, że ta akcja przybierze po latach monstrualne rozmiary.

Kiedy dzisiaj chcielibyśmy dokonać swoistego podsumowania ciągle rosnącego dzieła jakim jest WOŚP(Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy), to bezsprzecznie ta idea zarażania ludzi potrzebą dzielenia się drobnymi datkami na rzecz poprawy standardów leczenia w naszych placówkach medycznych, przerosła najśmielsze oczekiwania.

Nie sposób nie zauważyć, że idea Orkiestry Jerzego Owsiaka nie wszystkim od początku się spodobała i aż przykro to przyznać, pierwszym i największym oponentem stał się Kościół.

Niezadowolenie z kwesty organizowanej przez jakiegoś cywilnego idealistę najpierw wyrazili duchowni, którym nie w smak było tracić przychody z niedzielnej kasy, kiedy przed drzwiami kościołów pojawiali się młodzi ludzie namawiający parafian do wrzucenia choćby kilku groszy do ich puszek, przez co mogli by wspomóc leczenie chorych na szpitalnych i póki co niedoinwestowanych oddziałach.

Młodzi zapaleńcy dodatkowo przyklejali darczyńcom czerwone serduszka, jakby chcieli odznaczyć ludzką wrażliwość i chęć dzielenia się dobrem przez nich.

Niestety to oddolne niezadowolenie w następnych latach podzielili także kościelni hierarchowie i skutecznie tworzyli narrację negacji akcji uważając za dalece niestosowne, aby jakiś człowiek znikąd skradł tej instytucji swoisty monopol na dobroć.

-Przecież nie potrzeba ograniczać się do jednodniowej hojności, kiedy w naszych strukturach od lat prężnie działa dzieło pomocy potrzebującym realizowane przez kościelny Caritas - zdawali się niejednokrotnie akcentować w wypowiedziach przesiąkniętych nieukrywanym niezadowoleniem.

Nikt nie neguje dobra jakie od lat realizuje ten nurt, jakim jest dzieło firmowane przez kościelną organizację i wielu ludzi nadal wspiera ideę pomocy, jaką realizuje Caritas, ale niezrozumiałym jest podsycana przez lata negacja, że w podobny sposób ideę dobra realizują aktywiści spod znaku WOŚP.

Kiedy Chrystus w trakcie swojego ziemskiego nauczania, jak gdyby przy okazji rozsiewał wśród swoich słuchaczy ideę wrażliwości na ludzkie nieszczęścia i legitymizował swoje słowa cudami, wielu poprawnych przeciwników jego aktywności doszukiwało się w tym sił zła; nieliczni jedynie zachowywali powściągliwość twierdząc, że potrzeba czasu, aby ferować oceny co do źródła jego mocy i mówili, że czas zweryfikuje, czy moc cudów Nauczyciela z Nazaretu pochodzi od samego Boga, czy nie.

Można być dalece krytycznym wobec aktywności ludzi spod znaku WOŚP, ale nie sposób nie przyznać, że ich zaangażowanie broni się, o czym mogą zaświadczyć tysiące ludzi spotykający na szpitalnych oddziałach aparaturę ratującą ludzkie życie, na której są serduszka tej akcji.

Sądzę, że wielkim błędem kościelnej konserwy jest nieukrywana niechęć do tego dzieła, bo jednocześnie ta negacja uderza we wrażliwość tysięcy ludzi, którzy corocznie tę inicjatywę wspierają.

Może sam Owsiak i „zapracował” sobie na miano człowieka daleko sadowiącego się od kościelnego ogródka, ale trudno mu zarzucić otwartą niechęć do tego, czego nauczał w trakcie swojego ziemskiego epizodu sam Chrystus, który otwarcie mówił, że ludzką wiarę Bóg będzie kiedyś rozliczał z przysłowiowej szklanki wody podanej spragnionemu i nie zapomni nawet najmniejszego dobra świadczonego osobie w potrzebie.

Może więc jest już najwyższy, i nie daj Boże ostatni czas, aby zakopać ten topór niechęci wobec tych, którzy niezależnie od deklarowanej czy też nie, przynależności wiary, w tym samym dobrym dziele uczestniczą, a wtedy światełko do nieba mogłoby połączyć dobroć wszystkich serc i to nie tylko na jeden dzień w roku.

Kryspin

poniedziałek, 31 stycznia 2022

Maraton wiary

 


„W dobrych zawodach uczestniczyłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem”.

Apostoł Paweł te słowa skierował także do nas, choć bezpośrednim adresatem był jego uczeń Tymoteusz.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Apostoł Narodów chciał w ten sposób zaznaczyć wagę świadomego uczestnictwa w jedynych w swoim rodzaju zawodach jakim jest przynależność do grona wspólnoty wierzących będących członkami Kościoła założonego przez Chrystusa.

I tak już od ponad dwóch tysięcy lat odbywa się ten swoisty maraton wiary, którego metę sam Zbawiciel wyznaczył każdemu z uczestników.

Gdyby się przyjrzeć poszczególnym „zawodnikom” tego bożego maratonu, to trudno nie zauważyć, że praktycznie każdy z nas swoim tempem realizuje ten bieg, często borykając się z przeszkodami, które życie stawia na naszym torze.

Swego czasu miałem okazję spotkać ciekawego człowieka, który w trakcie naszej rozmowy pochwalił mi się medalem otrzymanym za ukończenie maratonu w Nowym Yorku. Brał w nim udział będąc już człowiekiem w mocno średnim wieku i dlatego zajęcie 3454 miejsca w tych zawodach trzeba by było uznać za sukces.

Kiedy z dumą chwalił się tym wyróżnieniem, uprzedził moje pytanie o to czy było warto podejmować taki trud i narazić się na koszty takiej wyprawy, kiedy można było samemu pobiegać po okolicy i zaliczyć swój maraton w pobliżu domu?

„-Tego nie da się opisać i do końca życia z dumą będę wspominał tamten bieg i atmosferę tych jedynych w swoim rodzaju zawodów”-odparł szczęśliwy swoimi wspomnieniami.

Kiedy przyjmowaliśmy sakrament chrztu inicjujący nasze uczestnictwo w tym bożym maratonie, do którego zaprosił nas Zbawiciel, wcale nie zapewnił nas, że na naszej trasie będzie zawsze z górki i z biegiem lat naszego życia pojawią się trudne chwile.

Sam przeżyłem taki czas, kiedy podjąłem decyzję o odejściu do stanu świeckiego wybierając miłość do kobiety, przez co naraziłem się na kanoniczne konsekwencje skutkujące formalnym wykluczeniem mnie z kościelnych struktur. To jednak nie było wystarczającym powodem, abym obraził się na tego, który jest ponad ludzkim osądem, czym niejednokrotnie wzbudzałem zdziwienie wielu ludzi, którzy z własnej woli zdecydowali się postawić siebie poza tym „bożym maratonem”.

Dlatego ze zdziwieniem przyjmuję modny ostatnio trend chwalenia się swoistą apostazją w kręgach niektórych celebrytów, którzy ze swoistą dumą ogłaszają wszem i wobec, że postanowili odejść z Kościoła w geście protestu na to, z czym dane im było się spotykać w tej instytucji.

Ksiądz, który sprzeniewierzył się swojemu powołaniu, pazerność hierarchów żyjących pod kloszem swojej hipokryzji, czy jakiekolwiek inne zatrute kwiatki ludzi odpowiedzialnych za tę instytucję, to z pewnością pożywka dla tych, którzy szukają usprawiedliwienia dla swoich decyzji o zaniechaniu udziału w tym „bożym maratonie” jakim jest Kościół, ale zawsze to będzie tylko pretekst.

„-Już od wielu lat nie wierzę w księży, nie spowiadam się na ucho innemu człowiekowi i nie zaliczam niedzielnych mszy, bo zbyt często wracają mi w pamięci niecne uczynki, którymi splamili swoje powołanie ci, którzy winni nieść kaganek wiary przed naszymi ścieżkami, ale pomimo tego wszystkiego nadal czuję potrzebę bycia w kościele, więc przy okazji zachodzę do świątyni, kiedy jest tam pusto i cicho, bo wtedy paradoksalnie najlepiej słyszę Jego głos i czuję, że On nadal mnie kocha.”

Wiele razy słyszałem takie zdania i tak sobie myślę, że jest w nich wiele nadziei i prawdy, bo Kościół to nie tylko budowle kiedyś wzniesione przez naszych poprzedników, kapłani i kolorowe ceremonie przez nich sprawowane; ale to także, a może przede wszystkim On, który nieustannie wierzy w nas i liczy na nasze świadome uczestnictwo w maratonie wiary, którego ukończenie zaowocuje nieprzemijającą nagrodą.

Kryspin

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Wiara świadoma

 

W moim parafialnym kościele tabernakulum, czyli miejsce przechowywania Najświętszego Sakramentu, mieściło się w nawie bocznej świątyni i choć znajdowała się przy nim zapalona czerwona lampka mająca przypominać o wadze tego miejsca, w większości ludzie przemieszczający się po kościele zdawali się w ogóle tego nie zauważać i przechodzili obok bez przyklęknięcia, nie zapominając o tym znaku wiary, kiedy przekraczali środek świątyni.

Pamiętam, jak mnie to irytowało, że przechodzący tak bezmyślnie zapominali o tym gdzie jest najważniejsze miejsce w świątyni.

Jeden z czytelników pewnie podzielił moje spostrzeżenia i w trakcie corocznej kolędy zadał pytanie swojemu proboszczowi, dlaczego w trakcie eucharystii celebrans i inni księża przechodzący przed tabernakulum oddają pokłon w kierunku ołtarza zupełnie zapominając o przyklęknięciu przed Najświętszym Sakramentem będącym tuż za nimi?

Ksiądz wyraźnie zażenowany tym pytaniem próbował wytłumaczyć, że gest pokłonu celebrans czyni z szacunku do znaku krzyża, który wieńczy ołtarz.

Takie tłumaczenie nie do końca wyczerpało niepokój pytającego i może dlatego drążył temat zauważając, że krucyfiks to rzeczywiście znak naszej wiary, ale ni jak się ma co do ważności z ciałem samego Boga, które przechowywane jest w tabernakulum.

To jednak okazało się stwierdzeniem retorycznym, bo kapłan nie odniósł się do jego rozważań i pospiesznie zakończył duszpasterskie odwiedziny.

Jeden z bohaterów „Zatroskanej koloratki”, proboszcz parafii, której tak naprawdę nie ma, dziennikarce przeprowadzającej z nim wywiad oznajmił, że jego parafianie nie mają obowiązku być co niedzielę na mszy świętej, a do kościoła przychodzą ze świadomej potrzeby serca i traktują to jak odpowiedź na głos gospodarza tego miejsca, który zaprasza ich na ucztę przygotowaną z myślą o nich wszystkich.

Takie postawienie sprawy już od samego początku stawia przed nimi obowiązek świadomej odpowiedzi na zaproszenie, co skutkuje po ich stronie potrzebą należytego potraktowania tego wyróżnienia.

Póki co katolicy są przymuszani do niedzielnej obecności w kościele, bo tak stanowi przykazanie kościelne: „W niedzielę i święta nakazane we mszy świętej nabożnie uczestniczyć”.

No i mamy to co mamy.

Większość z nas zalicza niedzielny obowiązek nie do końca zastanawiając się nad tym, że jest to coś niezwykle ważnego i traktują to jako zło konieczne, dodatek nie do końca harmonizujący z oczekiwaniami dnia wolnego, kiedy człowiek chciałby rozprostować kości na kanapie zamiast odstawać obowiązkową godzinę w podcieniu świątyni lub na przykościelnym placu, kiedy wewnątrz wielebny smęci fałszując kościelne androny.

Wiara oparta na tradycji, co wydaje się być dominantą w naszych praktykach to chyba nie najlepszy prognostyk w czasie, kiedy tracą na wartości wszelkie ideały z przeszłości, bo świat stawia na teraźniejszość i na to co zdaje się być atrakcyjne tu i teraz.

Tylko wiara pogłębiona świadomością daru, jaki daje wierzącym w Kościele Chrystus, staje się jedyną nadzieją na to, że zachowamy jej siłę otwierającą nadzieję przyszłości i przekażemy ją w swoistej sztafecie przyszłym pokoleniom.

Największą, współczesną troską rodziców jest to, aby zapewnić dobre wychowanie swoim pociechom. Jeżeli mogą, posyłają ich do renomowanych szkół, licząc na to, że przez to zapewnią im lepszy start w dorosłość, i chwała im za to.

Niemniej ważną troską rodziców wierzących winna być dbałość o przyszłość wiary swoich dzieci, ale tu już jest trudniej, bo tego za nich nie załatwią ani dobra uczelnia czy charyzmatyczny kapłan z parafii.

Brak świadomej wiary w nas samych, to jedna z najważniejszych przyczyn porażek w religijnym wyposażeniu naszych pociech, bo one nie zechcą powielać tradycyjnej, czyli nijakiej dla nich wiary przeszłych pokoleń.

Kryspin

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Aby wszyscy stanowili jedno

 


Na pogrzebie seniorki rodu Pawlaków doszło do spotkania zwaśnionych ze sobą sąsiadów z uciekinierami, którzy opuścili domowe pielesze, aby ratować miłość, na którą nie wyrażali zgody pokłóceni ze sobą ich rodzice.

Na pytanie ojca: kiedy wreszcie powrócą do domu, jego syn odpowiedział:”Dopóki w kupie będzie was trzymać tylko wzajemna złość, nie wrócimy ”.

Dopiero co przebrzmiały radosne bożonarodzeniowe pieśni, obwieszczających światu narodziny niezwykłego dzieciątka, które przyniosło światu radość pojednania Boga z ułomnym w swej niedoskonałości człowiekiem, a już zaraz potem do naszej świadomości dotarło takie samo przesłanie, choć ogłoszone dwa tygodnie później, w dniu Bożego Narodzenia u naszych prawosławnych braci.

Trudno przy tej okazji nie zauważyć, że prawie od tysiąca lat wyznawcy tego samego Boga, uznający przecież wszystkie objawione w Ewangeliach prawdy dotyczące wiary, jednocześnie przez długie stulecia tkwili w złości, której szczytowym akcentem stała się wzajemna anatema nałożona przez zwierzchników obu tych wielkich chrześcijańskich wspólnot.

Głębokie rowy podziałów, w które obrosły wspólnoty chrześcijańskie, uprawniają do stawiania pytania, jak obecne kościoły mające jednego założyciela, jakim bezsprzecznie był Chrystus, daleko odeszły od wyrażonego przez założyciela pragnienia, aby stanowiły jedność?

Bogu nie jest miła manifestacja wiary z cieniem podziału, który w przeszłości niejednokrotnie prowadził nawet do aktów przemocy, o braku wzajemnej miłości nie wspominając.

Co prawda w poszczególnych wspólnotach cyklicznie odbywają się ekumeniczne spotkania połączone z modlitwą o jedność, ale to tylko ceremonialne zabiegi pozbawione dobrej woli do wzajemnego pojednania i dlatego przez lata ani o jotę nie nastąpiło zbliżenie wzajemnie zwaśnionych stron.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa odnotowano najbardziej dynamiczny wzrost dziedzictwa chrystusowej wizji, jaką stał się założony przez Niego Kościół i to nie podlegało dyskusji, tak samo jak nie można było nie zauważyć, że temu fenomenowi towarzyszył niebywały wręcz żar wzajemnej miłości pomiędzy ludźmi przystępującymi do tej wspólnoty.

We wczesnych dokumentach, opisujących fenomen nowej wiary, za każdym razem autorzy podkreślali element wzajemnej życzliwości członków Kościoła, która wyrażała się troską o drugiego człowieka i gotowością do dzielenia się dobrem.

Wraz z upływem wieków zatraciła się gdzieś ta pierwotna życzliwość zastępowana coraz częściej partykularyzmem obliczonym na osobisty zysk, często mający twarz przyznawanych sobie godności i zaszczytów, a wcześniejsze idee odeszły w niepamięć ustępując miejsca wszechobecnej żądzy władzy i posiadania.

To musiało stać się pożywką do dramatu zatraty wszystkiego, czego nauczał u zarania dziejów sam Chrystus, którego apel o jedność w wierze stał się już tylko niesłyszalnym szeptem, albo czymś tak dalece wyidealizowanym, że aż nierealnym w drapieżnym świecie, gdzie liczy się tylko ten, który potrafi się skutecznie rozpychać w swoich często chorych pragnieniach.

Ostatnio spotkałem na swojej drodze bardzo wielu ludzi, którzy zapytani o wiarę, odpowiadali bardzo podobnie:

-”Jestem człowiekiem wierzącym, ale Kościół w takiej formie jaką prezentuje, nie przemawia do mojego serca i dlatego w sensie przynależności wyznaniowej, stawiam się poza nim i podejmuję drogę, może i trudniejszą, aby spotkać Boga bez pośredników, zwłaszcza takich, którzy tak dalece mnie zawiedli.”

Może to jest jeden z ważniejszych i jednocześnie dalece bagatelizowanych powodów decyzji o odejściach z Kościoła?

Może młodzi, podobnie jak filmowy bohater, mają dość trwania we wspólnocie, która konserwuje nienawiść i bezsens podziału.

Kryspin

wtorek, 11 stycznia 2022

Stracone pokolenie

 


Mądrość ludowa, pielęgnowana przez wieki, pozwalała naszym przodkom przewidywać czas ochłodzenia, atak mrozu, czy nadchodzące ocieplenie, i nie potrzeba było w tym wszystkim oczekiwać na prognozy naukowych ośrodków, bo ich zwyczajnie jeszcze nie było.

Obecnie nastąpiło swoiste stępienie tej pierwotnej wiedzy, bo przyzwyczailiśmy się do tego, że na ekranach naszych telewizorów każdego dnia etatowe pogodynki informuj nas o nadchodzących zmianach aury.

Dzięki postępowi świat stał się dla nas bardziej przewidywalny, choć nie do końca, bo cięgle zaskakują nas zjawiska trudne do przewidzenia i niekiedy borykamy się z anomaliami burzącymi pewność prognoz.

Oprócz zaskakujących nas niespodziewanych zjawisk w pogodzie, równie niemiłym doświadczeniem stała się obecnie sytuacja pandemiczna, która co róż zdaje się wymykać spod naukowych przewidywań i częstując nas kolejnymi falami wirusowej zarazy i burzy nadzieję na powrót do przewidywalnej normalności.

Mając to wszystko na względzie, musimy być przygotowani na kolejne zaskoczenia i potrzebę adekwatnej reakcji, abyśmy mogli zauważyć światełko w tunelu nadchodzącej rzeczywistości.

W podobnej niepewności musi się czuć także Kościół, który jak i inne instytucje, został zaskoczony skutkami obecnego, niejako anormalnego czasu.

I nie chodzi tu tylko o konieczność ograniczeń, którym został poddany chociażby w ilości wiernych w czasie niedzielnych nabożeństw, bo póki co może nadal prowadzić duszpasterską misję korzystając z pomocy mediów użyczających swoich częstotliwości do emitowania niedzielnych nabożeństw, aby wszystkim wiernym zapewnić chociażby zdalne wypełnienie kościelnego przykazania.

Daleko bardziej niepokojącym musi być dla niego to, co ostatnio zostało ujawnione po badaniach statystycznych przeprowadzonych na temat religijności naszego społeczeństwa.

Kiedy ankieta dotycząca religijności dojrzalej nacji wiernych winna budzić niepokój, gdy procentowo zanotowano znaczny spadek tych, którzy systematycznie wypełniają swój obowiązek bycia praktykującym wierzącym , to przy przedziale wiekowym 18-24 lata, ujawniła prawdziwą katastrofa.

Tylko niecałe 25% młodych deklaruje się jako ludzie lokujący swoje przekonania religijne w cieniu kościelnej nauki.

Wobec tak jednoznacznych deklaracji tej grupy wiekowej wyrażającej negatywny stosunek do praktyk religijnych, a ściślej rzecz ujmując deklarującej wprost swoją niewiarę, musieli zabrać głos hierarchowie, dzieląc się swoimi uwagami na temat zaistniałej sytuacji.

I tu pojawił się dwugłos:

Prymas w swej wypowiedzi nieśmiało zauważył, że część winy za ten niepokojący trend ponosi sam Kościół, a ściślej rzecz ujmując jego opieszałość w piętnowaniu patologii budzącej zgorszenie wśród wiernych, to już arcybiskup z południowej diecezji jedyną winą obarczył bliżej nie sprecyzowane okoliczności skłaniające młodych do bycia pokoleniem ze zwieszonymi głowami wpatrzonymi w ekrany smartfonów, poza którymi nie potrafią dostrzegać już nic ponad nierzeczywisty świat elektronicznej zarazy.

Pewnie wysiłkiem całej rzeszy ludzi nauki świat znajdzie panaceum na obecną zarazę, a przyroda siłą słońca przyniesie nadzieję wiosennej zmiany, ale trudno w tak optymistycznym tonie spoglądać w przyszłość dotyczącą Kościoła, i nie chodzi tu o wielkość kryzysu, ale o brak działania, aby zaświecić światełko w tym mroku.

Włodarze tej instytucji zachowują pełnię beztroski niczym pasażerowie Titanica i wciąż w ich głowie gra muzyka o niezniszczalności założonego przez Chrystusa Kościoła.

Zderzenie z potęgą lodowatej obojętności, która trawi młodych, mają za nic, a to prosty sposób na spektakularną katastrofę.

Kryspin

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Skazani na samotność

 


Jeden z wiodących portali internetowych opublikował niedawno fragmenty książki człowieka, który z woli przełożonych nie zdołał dokończyć studiów teologicznych w jednym z seminarium duchownym i został „wyrzucony”, jak sam określił, na miesiąc przed święceniami kapłańskimi.

Trudno się więc dziwić, że jego relacja jest pełna goryczy i pomyj jakie wylał wspominając lata spędzone w murach tejże uczelni.

Osobiście miałem możliwość przeżyć cały okres seminaryjnej formacji i trudno mi się zgodzić z tezami stawianymi w tej publikacji niedoszłego kapłana.

Z pewnością mija się z prawdą, kiedy feruje oceny dotyczące samych kandydatów, którzy według autora tego tekstu, trafiają do tych przybytków, jako niedojrzali frustraci, którzy wskutek niskiej samooceny wybierają tę drogę, nie widząc dla siebie miejsca w normalnym świecie.

Trudno mi się także zgodzić z krytyką samej drogi formacji w trakcie sześcioletnich studiów, choć w niektórych stawianych negatywnych tezach odnajduję źródło prawdy, ale to nie wyczerpuje problemu seminarium, jako instytucji przygotowujących kapłańskie kadry.

Kościół ustanowił model seminaryjnej drogi odwołując się do ustaleń Soboru Trydenckiego i kolejnego, już dalece bliższego naszym czasom Soboru Watykańskiego I, który uszczegółowił zasady edukacji przyszłych kapłanów.

I tu jest swoisty grzech pierworodny samej istoty seminaryjnej formacji, która w żadnym stopniu nie realizuje tego, do czego zmierzała kościelna reforma.

W powszechnej opinii tych, którzy z powodzeniem przeszli czas seminarium, największą niedogodnością z którą muszą się mierzyć kapłani od pierwszych chwil swojej posługi, to syndrom samotności księdza.

Trudno się temu dziwić, bo sześć lat pobytu w seminaryjnej rzeczywistości ni jak nie przygotowuje przyszłych prezbiterów to roli samotników wśród powierzonych ich opiece wiernych.

Na zawsze pozostaną w mojej pamięci moje pierwsze święta Bożego Narodzenia na parafii, które dane mi było przeżywać w samotności, kiedy w domach moich owieczek gromadziły się rodziny na wspólnotowym świętowaniu tego czasu.

Sześć lat seminarium wcale nie przygotowało mnie do bycia samotnym wśród tłumu, bo w trakcie lat formacji byliśmy ciągle razem. 365 dni w roku, 24 godziny na dobę w gronie bliskich sobie ludzi, i później pustka kapłańskiej rzeczywistości.

Pewnie, że najprostszym remedium na te kapłańskie frustracje byłaby sytuacja, kiedy kapłani mieli by swoje rodziny, ale to tylko daleka wizja zmian, które pewnie i tak kiedyś nastąpią.

Jeżeli Kościół nadal zamierza tkwić w takiej rzeczywistości, to może warto by było choć w kosmetycznym działaniu złagodzić to, co jest przyczyną wielu złych historii, które swoją praprzyczynę mają w kapłańskiej samotności.

Może kapłani, którzy podlegają przynależności dekanalnej (kilka parafii podlega dziekanowi) zamieszkaliby razem w jednym miejscu i dzielili pomiędzy siebie obowiązki duszpasterskie na zasadzie podobnej do szpitalnych dyżurów lekarzy.

Bez problemu mogliby na odległość zajmować się parafialnym duszyczkami, co w dobie, kiedy wszyscy są mobilni, nie byłoby żadnym problemem, a po skończonej posłudze wracaliby do dekanalnego domu?

Na takich zasadach przecież od stuleci działają wspólnoty zakonne i w miarę dobrze potrafią realizować duszpasterską misję.

Taki model kapłańskiej posługi byłby bardziej racjonalny i niwelowałby koszty utrzymywania iluś plebanijnych gospodarstw, o obsłudze nie wspominając.

Niezamieszkałe plebanie mogłyby służyć jako obiekty przeznaczone na inne zbożne cele, jak chociażby ogólnodostępne ośrodki duszpasterskie, domy dla biedniejszych parafian lub tymczasowe miejsca pobytu chociażby dla samotnych matek, których los doświadczył niegodziwością nieodpowiedzialnych ojców ich dziecka.

Kryspin