wtorek, 8 marca 2022

Czy wiara jest tylko tradycją ciemnych przodków?

 


No i dostało mi się za artykuł, w którym ośmieliłem się zacytować stwierdzenie mądrego człowieka twierdzącego, że mała wiedza od Boga oddala, a większa do Niego przybliża.

Mój internetowy adwersarz określający się jako ateista, raczył mi przypomnieć, że od tamtego czasu (XIX wiek) nauka poszła już na tyle do przodu, że myślący człowiek nie musi już posiłkować się wiarą, aby uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania o to skąd się wziął i dokąd zmierza.

I pewnie bym pozostawił tę „pewność” mojego rozmówcy bez reakcji, bo każdy ma prawo do swojego przekonania, gdyby nie otwarty atak z jego strony na instytucję, z której jak raczył zauważyć, wyszedłem po moim odejściu z kapłańskich struktur.

Czytelnik podzielił przedstawicieli mojego dawnego środowiska na trzy części równie niedojrzałych osób głoszących prawdziwość tego co jest tylko mitem dla gawiedzi.

Pierwszą grupę, według niego, stanowią ludzie podobni małym chłopcom w krótkich spodenkach, do drugiej części zaliczył cynicznych biznesmenów robiących interesy na głoszeniu bredni dla maluczkich, a do trzeciej nacji zaliczył dewiantów w sutannach, którzy znaleźli sobie taki sposób na życie.

Moją skromną osobę zaliczył do pierwszej grupy tych w krótkich spodenkach naiwności, i tak do końca nie wiem, czy chciał mnie tym pocieszyć, czy obrazić, ale potraktuję to bez komentarza.

Przyznam natomiast, że był to ostry atak na wszystkich wierzących, bo przecież Kościół to nie tylko ludzie w sutannach, ale i miliony wiernych, którzy go tworzą.

Jesteśmy w przededniu szczególnego czasu w Kościele, bo już za dwa dni nastąpi w nim liturgiczny czas szczególnej refleksji jakim jest okres Wielkiego Postu i może nad tym warto się pochylić ku pożytkowi tych, którym jest on ważnym, jak i pozostałym, dla których już niewiele znaczy.

Chrystus przed rozpoczęciem swojej ziemskiej misji udał się na pustynię aby tam przez czterdzieści dni poszcząc w samotności zahartować swoje ciało i ducha do przyszłych zadań, które przed nim nakreślił Stwórca wszechrzeczy.

Nasi przodkowie bardzo serio traktowali ten czas i dokładali szczególnej staranności, aby dobrze wypełnić kościelne zalecenia: Naczynia dotąd używane do przyrządzania potraw były starannie szorowane, aby nie pozostało na nich nawet wspomnienie mięsnych specjałów, a czas beztroskich zabaw zamienili na coniedzielne rozpamiętywanie męki pańskiej w czasie wielkopostnej liturgii.

Wszystko po to, aby jak najlepiej przygotować się do przyszłej radości niedzieli wielkanocnej, i było im z tym dobrze.

Pewnie dla wielu ludzi pokroju mego internetowego rozmówcy, wierzących, że ich życie to tylko kaprys przyrody i zbiór przypadkowych komórek z których powstało ich ciało, którego przeznaczeniem jest tylko powrót do ziemi, gdzie dzieła dokończą robaki, takie wspomnienie Wielkiego Postu to tylko tradycja ciemnych przodków, i pewnie niewiele zmieni ich w filozofii, ale?

Mnie bardziej odpowiada „naiwność” chłopca w krótkich spodenkach i dlatego wolę żyć nadzieją, że moje życie ma sens głębszy i ktoś, kto może wydawać się wielu tylko mitem dla naiwnych, ma wobec mnie swój zamysł przekraczający ludzkie wyobrażenia, ale jednak jest czymś rzeczywistym.

I tak na koniec kolejne już też bardzo obrosłe w latach (XVII w)słowa mądrego człowieka

Blaise'a Pascala, który stwierdził:

„Człowiek może wierzyć lub nie wierzyć w istnienie Boga. Jeśli wierzy, to traci życie doczesne (na rzecz modlitw i czynienia dobra) i otrzymuje życie wieczne. Jeśli nie wierzy, to zatrzymuje życie doczesne i traci życie wieczne.”

Pascal wywnioskował, że wiara bardziej się opłaca, ponieważ ryzykujemy tylko czas życia, który jest zazwyczaj krótki, a nagrodą może być życie wieczne .

Kryspin

niedziela, 20 lutego 2022

Nieważny sakrament przez jedno słowo?


W Kościele amerykańskim wyszedł na jaw problem ważności chrztu dla ponad 20 000 tysięcy wiernych, którym jeden z kapłanów przez ponad dwadzieścia lat szafował ten sakrament z istotną wadą, używając niezgodnej z kanonem formuły.

Sprawa dotyczy jednego słowa:” chrzcimy cię zamiast ja ciebie chrzczę”.

Kongregacja wiary jednoznacznie uznała to za wystarczający powód, aby te sakramenty uznać za niebyłe, i zrodził się problem.

Problem z tym sakramentem inicjacji chrześcijańskiej był właściwie od zawsze.

W pierwszych wiekach nowej wiary miał nieco inny charakter, bo często brakowało osoby, która była konieczna jako szafarz tego sakramentu i dlatego w praktyce pierwszych wyznawców Nauczyciela z Nazaretu, kiedy do nowej wiary zgłaszali wolę przystąpienia kolejni wyznawcy, dopuszczano aby wprowadzającym mógł być każdy człowiek, nawet nieochrzczony, który zachowując formułę sakramentu-polanie wodą i wypowiedzenie nakazanej treści :”Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”mógł być szafarzem sakramentu dla kogoś, kto tego świadomie pragnął.

W późniejszym okresie Kościoła wprowadzono zasadę chrztu małych dzieci i w tym przypadku wolę przyjęcia sakramentu deklarowali rodzice malucha wraz z obecnymi przy tej ceremonii świadkami, rodzicami chrzestnymi.

I tu narodził się kolejny problem, który jest obecnie podnoszony przez niektórych niezadowolonych tym, że zostali zaliczeni w poczet członków społeczności wierzących wbrew własnej woli, bo decyzje zapadły w czasie, kiedy byli jeszcze mali i nikt ich nie pytał, czy chcą tego sakramentu.

Wracając do sprawy z kościoła w amerykańskiej diecezji rodzi się pytanie, czy jedno słowo użyte w liczbie mnogiej: chrzcimy cię, tak istotnie może rzutować na ważności Bożego daru, jakim bezsprzecznie jest dla wierzących sakrament chrztu?

Do tego, aby mogła się zadziać łaska płynąca z sakramentu, najistotniejszym jest wola przyjęcia tego daru, i to ona winna decydować o tym, czy stał się rzeczywistym.

Stanowcze stanowisko kongregacji wiary w tym przypadku zdaje się stosować zasadę legalizmu nad Bożą miłością, którą Stwórca daruje tym, którzy deklarują wolę bycia z Nim w bliskości.

Przy tej okazji warto wspomnieć, że kościelne władze nie zawsze tak pryncypialnie podchodzą do należytego traktowania legalizmu w szafowaniu sakramentalnymi darami, co widać gołym okiem chociażby w kwestii eucharystii.

Zgodnie z zasadami określonymi w kanonach naszej wiary, do przyjęcia komunii potrzeba u wiernego stanu łaski uświęcającej, czyli duszy wolnej od grzechu śmiertelnego, i to dotyczy każdego.

Jednocześnie dopuszczalnym jest, aby ten sakrament mógł sprawować kapłan, który na przykład przed odprawianą mszą dopuścił się grzechu ciężkiego.

Teologowie z tej samej kongregacji wiary tłumaczą to stanem wyższej konieczności i potrzebą uniknięcia zgorszenia wśród szeregowych owieczek, które będąc w niedzielę w kościele mogliby snuć domysły na temat powodu „moralnej niedyspozycji” kapłana, który nie odprawiłby przewidzianej liturgii.

Jedynym do czego zobowiązuje się takiego nieboraka w sutannie, to to, aby w najbliższym możliwym czasie w sakramencie pokuty nie zapomniał o tym powiedzieć spowiednikowi i sprawa załatwiona.

Swoją drogą współczuję Stwórcy, że tak często musi mierzyć się taką teologiczną żonglerką na jaką jest narażony przez teologicznych „mecenasów” potrafiących uczynić z jednego pomylonego słowa sprawę, która dotyka sumień tysięcy ofiar ludzkiego błędu, kiedy na drugim końcu potrafią umniejszyć wagę niegodziwości popełnionych przez swoje środowisko i dla zachowania pozorów oraz uniknięcia poczucia zgorszenia wśród tych, którym serwują „doskonałość” wcale tak niedoskonałych sług, potrafią być tak gorliwie zapobiegliwi.

Kryspin 

niedziela, 13 lutego 2022

"Kosmos jest pusty i tam Boga nie widzieliśmy"

 

Kiedy radzieccy kosmonauci wrócili na ziemię po zakończonej kosmicznej wyprawie, byli pytani o wrażenia z co dopiero odbytego lotu, stwierdzili, że kosmos jest pusty i żadnego Boga tam nie spotkali, więc wiara w życie po życiu nie ma sensu.

Podobny pogląd wyraził jeden z moich czytelników, który najpierw opisał swoją drogę do negacji tego, o czym mówiono mu, kiedy był jeszcze bardzo młodym człowiekiem.

Owszem, w szkole podstawowej, kiedy zaliczał także lekcje religii, jego katecheci wieszczyli mu przyszłość w kapłańskim stanie, ale on szybko zweryfikował ich marzenia, bo już pod koniec podstawówki sam zdecydował, że to wszystko nie miało sensu, a rzewne historyjki o boskim planie zbawienia zaliczył do sfery mitów, które ludzie wymyślili z niewiedzy o świecie i o prawach fizyki, które całkowicie wystarczają do tego, aby starać się poszerzać ludzkie pragnienie wiedzy.

W dalszej części listu czytelnik rzucił mi garść informacji z pogranicza astronomii i innych dziedzin wiedzy ogólnie dostępnych, które według niego w wystarczający sposób zaspakajają ludzkie pragnienie poznania rzeczywistości i teologiczne dyrdymały nikomu myślącemu już do niczego nie są potrzebne.

Jakby na deser swoich rozważań odwołał się do biblijnego przekazu traktującego o Wniebowstąpieniu, co w jego mniemaniu jest koronnym dowodem na irracjonalność wiary i należy ją traktować jak każdą inną legendę.

Długo zastanawiałem się nad odpowiedzią mojemu internetowemu rozmówcy i doszedłem do wniosku, że może warto w szerszym gronie poruszyć ten temat „konfliktu” wiedzy z wiarą, bo wielu ludzi dochodzi do krawędzi nie radząc sobie z tymi pytaniami, które stawia przed nimi materialny świat.

Może na początek warto odnieść się do zarzutu o skalę prawdziwości niektórych faktów zapisanych w Biblii, bo wraz z rozwojem nauki wiele z nich wydaje się nie wytrzymywać tego starcia, co w prosty sposób rodzi wątpliwości.

Biblia nie jest książką traktującą o prawach fizyki, astronomii czy innych dziedzin nauk ścisłych, a zawiera przekaz o wymowie teologicznej i do tego była pisana ponad dwa tysiące lat temu językiem akceptowalnym dla wiedzy ówczesnych odbiorców, i tylko tak winna być odbierana.

To jednak wcale nie umniejsza wagi prawd wiary, które autorzy zawarli na jej kartach.

Ludzie od wieków żyli pragnieniem dopasowania ustaleń biblijnych do rzeczywistości materialnego świata i nawet obecnie są niestrudzeni poszukiwacze zgodności zdarzeń opisanych w Starym Testamencie z historycznymi faktami i starają się doszukać śladów potopu, czy zbiegu sił przyrody powodujących rozstąpienie się morza Czerwonego , kiedy Izraelici uciekali z egipskiej niewoli; ale to wcale nie jest ważne do istoty teologicznego przekazu, bo on posługując się obrazami akceptowalnymi dla ludzkiej świadomości sprzed tysięcy lat , zawierał tylko przekaz o Bożej opiece nad Narodem Wybranym i nic ponad to.

Przed kilkoma laty ludzie nauki ogłosili, że w laboratorium udało się wyodrębnić materię tłumaczącą początki wszechświata i ogłoszono, że jest to cząstka wykluczająca potrzebę Boga, jako tego, który zapoczątkował istnienie wszystkiego.

I to jest kolejny błąd pomieszania pojęć w stawianiu na tej samej płaszczyźnie wiary i wiedzy.

W tym miejscu może warto przypomnieć sobie słowa Ludwika Pasteura francuskiego chemika, który miał bardzo duży udział w rozwoju nauk przyrodniczych. Był on niezwykłym człowiekiem.

Naukowiec ten, osoba kierująca się w życiu empiryzmem, rozumem, poświęcająca życie dla dziedzin najbliższych życiu doczesnemu wypowiedziała znamienite słowa:

Trochę wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem”. 

Może warto przypominać sobie te słowa ilekroć zrodzi się w nas pokusa wolności od wiary, kiedy w pragnieniu poznania rzeczy po ludzku nie poznawalnych tak łatwo negujemy wagę wiary.

Kryspin

poniedziałek, 7 lutego 2022

Światełko do nieba

 


Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku młody twórca witraży tworzonych w większości na kościelne zamówienia, postanowił wprowadzić w życie pomysł organizowania pieniężnych zbiórek na rzecz oddziałów szpitalnych, chyba nikt nie spodziewał się, że ta akcja przybierze po latach monstrualne rozmiary.

Kiedy dzisiaj chcielibyśmy dokonać swoistego podsumowania ciągle rosnącego dzieła jakim jest WOŚP(Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy), to bezsprzecznie ta idea zarażania ludzi potrzebą dzielenia się drobnymi datkami na rzecz poprawy standardów leczenia w naszych placówkach medycznych, przerosła najśmielsze oczekiwania.

Nie sposób nie zauważyć, że idea Orkiestry Jerzego Owsiaka nie wszystkim od początku się spodobała i aż przykro to przyznać, pierwszym i największym oponentem stał się Kościół.

Niezadowolenie z kwesty organizowanej przez jakiegoś cywilnego idealistę najpierw wyrazili duchowni, którym nie w smak było tracić przychody z niedzielnej kasy, kiedy przed drzwiami kościołów pojawiali się młodzi ludzie namawiający parafian do wrzucenia choćby kilku groszy do ich puszek, przez co mogli by wspomóc leczenie chorych na szpitalnych i póki co niedoinwestowanych oddziałach.

Młodzi zapaleńcy dodatkowo przyklejali darczyńcom czerwone serduszka, jakby chcieli odznaczyć ludzką wrażliwość i chęć dzielenia się dobrem przez nich.

Niestety to oddolne niezadowolenie w następnych latach podzielili także kościelni hierarchowie i skutecznie tworzyli narrację negacji akcji uważając za dalece niestosowne, aby jakiś człowiek znikąd skradł tej instytucji swoisty monopol na dobroć.

-Przecież nie potrzeba ograniczać się do jednodniowej hojności, kiedy w naszych strukturach od lat prężnie działa dzieło pomocy potrzebującym realizowane przez kościelny Caritas - zdawali się niejednokrotnie akcentować w wypowiedziach przesiąkniętych nieukrywanym niezadowoleniem.

Nikt nie neguje dobra jakie od lat realizuje ten nurt, jakim jest dzieło firmowane przez kościelną organizację i wielu ludzi nadal wspiera ideę pomocy, jaką realizuje Caritas, ale niezrozumiałym jest podsycana przez lata negacja, że w podobny sposób ideę dobra realizują aktywiści spod znaku WOŚP.

Kiedy Chrystus w trakcie swojego ziemskiego nauczania, jak gdyby przy okazji rozsiewał wśród swoich słuchaczy ideę wrażliwości na ludzkie nieszczęścia i legitymizował swoje słowa cudami, wielu poprawnych przeciwników jego aktywności doszukiwało się w tym sił zła; nieliczni jedynie zachowywali powściągliwość twierdząc, że potrzeba czasu, aby ferować oceny co do źródła jego mocy i mówili, że czas zweryfikuje, czy moc cudów Nauczyciela z Nazaretu pochodzi od samego Boga, czy nie.

Można być dalece krytycznym wobec aktywności ludzi spod znaku WOŚP, ale nie sposób nie przyznać, że ich zaangażowanie broni się, o czym mogą zaświadczyć tysiące ludzi spotykający na szpitalnych oddziałach aparaturę ratującą ludzkie życie, na której są serduszka tej akcji.

Sądzę, że wielkim błędem kościelnej konserwy jest nieukrywana niechęć do tego dzieła, bo jednocześnie ta negacja uderza we wrażliwość tysięcy ludzi, którzy corocznie tę inicjatywę wspierają.

Może sam Owsiak i „zapracował” sobie na miano człowieka daleko sadowiącego się od kościelnego ogródka, ale trudno mu zarzucić otwartą niechęć do tego, czego nauczał w trakcie swojego ziemskiego epizodu sam Chrystus, który otwarcie mówił, że ludzką wiarę Bóg będzie kiedyś rozliczał z przysłowiowej szklanki wody podanej spragnionemu i nie zapomni nawet najmniejszego dobra świadczonego osobie w potrzebie.

Może więc jest już najwyższy, i nie daj Boże ostatni czas, aby zakopać ten topór niechęci wobec tych, którzy niezależnie od deklarowanej czy też nie, przynależności wiary, w tym samym dobrym dziele uczestniczą, a wtedy światełko do nieba mogłoby połączyć dobroć wszystkich serc i to nie tylko na jeden dzień w roku.

Kryspin

poniedziałek, 31 stycznia 2022

Maraton wiary

 


„W dobrych zawodach uczestniczyłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem”.

Apostoł Paweł te słowa skierował także do nas, choć bezpośrednim adresatem był jego uczeń Tymoteusz.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Apostoł Narodów chciał w ten sposób zaznaczyć wagę świadomego uczestnictwa w jedynych w swoim rodzaju zawodach jakim jest przynależność do grona wspólnoty wierzących będących członkami Kościoła założonego przez Chrystusa.

I tak już od ponad dwóch tysięcy lat odbywa się ten swoisty maraton wiary, którego metę sam Zbawiciel wyznaczył każdemu z uczestników.

Gdyby się przyjrzeć poszczególnym „zawodnikom” tego bożego maratonu, to trudno nie zauważyć, że praktycznie każdy z nas swoim tempem realizuje ten bieg, często borykając się z przeszkodami, które życie stawia na naszym torze.

Swego czasu miałem okazję spotkać ciekawego człowieka, który w trakcie naszej rozmowy pochwalił mi się medalem otrzymanym za ukończenie maratonu w Nowym Yorku. Brał w nim udział będąc już człowiekiem w mocno średnim wieku i dlatego zajęcie 3454 miejsca w tych zawodach trzeba by było uznać za sukces.

Kiedy z dumą chwalił się tym wyróżnieniem, uprzedził moje pytanie o to czy było warto podejmować taki trud i narazić się na koszty takiej wyprawy, kiedy można było samemu pobiegać po okolicy i zaliczyć swój maraton w pobliżu domu?

„-Tego nie da się opisać i do końca życia z dumą będę wspominał tamten bieg i atmosferę tych jedynych w swoim rodzaju zawodów”-odparł szczęśliwy swoimi wspomnieniami.

Kiedy przyjmowaliśmy sakrament chrztu inicjujący nasze uczestnictwo w tym bożym maratonie, do którego zaprosił nas Zbawiciel, wcale nie zapewnił nas, że na naszej trasie będzie zawsze z górki i z biegiem lat naszego życia pojawią się trudne chwile.

Sam przeżyłem taki czas, kiedy podjąłem decyzję o odejściu do stanu świeckiego wybierając miłość do kobiety, przez co naraziłem się na kanoniczne konsekwencje skutkujące formalnym wykluczeniem mnie z kościelnych struktur. To jednak nie było wystarczającym powodem, abym obraził się na tego, który jest ponad ludzkim osądem, czym niejednokrotnie wzbudzałem zdziwienie wielu ludzi, którzy z własnej woli zdecydowali się postawić siebie poza tym „bożym maratonem”.

Dlatego ze zdziwieniem przyjmuję modny ostatnio trend chwalenia się swoistą apostazją w kręgach niektórych celebrytów, którzy ze swoistą dumą ogłaszają wszem i wobec, że postanowili odejść z Kościoła w geście protestu na to, z czym dane im było się spotykać w tej instytucji.

Ksiądz, który sprzeniewierzył się swojemu powołaniu, pazerność hierarchów żyjących pod kloszem swojej hipokryzji, czy jakiekolwiek inne zatrute kwiatki ludzi odpowiedzialnych za tę instytucję, to z pewnością pożywka dla tych, którzy szukają usprawiedliwienia dla swoich decyzji o zaniechaniu udziału w tym „bożym maratonie” jakim jest Kościół, ale zawsze to będzie tylko pretekst.

„-Już od wielu lat nie wierzę w księży, nie spowiadam się na ucho innemu człowiekowi i nie zaliczam niedzielnych mszy, bo zbyt często wracają mi w pamięci niecne uczynki, którymi splamili swoje powołanie ci, którzy winni nieść kaganek wiary przed naszymi ścieżkami, ale pomimo tego wszystkiego nadal czuję potrzebę bycia w kościele, więc przy okazji zachodzę do świątyni, kiedy jest tam pusto i cicho, bo wtedy paradoksalnie najlepiej słyszę Jego głos i czuję, że On nadal mnie kocha.”

Wiele razy słyszałem takie zdania i tak sobie myślę, że jest w nich wiele nadziei i prawdy, bo Kościół to nie tylko budowle kiedyś wzniesione przez naszych poprzedników, kapłani i kolorowe ceremonie przez nich sprawowane; ale to także, a może przede wszystkim On, który nieustannie wierzy w nas i liczy na nasze świadome uczestnictwo w maratonie wiary, którego ukończenie zaowocuje nieprzemijającą nagrodą.

Kryspin

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Wiara świadoma

 

W moim parafialnym kościele tabernakulum, czyli miejsce przechowywania Najświętszego Sakramentu, mieściło się w nawie bocznej świątyni i choć znajdowała się przy nim zapalona czerwona lampka mająca przypominać o wadze tego miejsca, w większości ludzie przemieszczający się po kościele zdawali się w ogóle tego nie zauważać i przechodzili obok bez przyklęknięcia, nie zapominając o tym znaku wiary, kiedy przekraczali środek świątyni.

Pamiętam, jak mnie to irytowało, że przechodzący tak bezmyślnie zapominali o tym gdzie jest najważniejsze miejsce w świątyni.

Jeden z czytelników pewnie podzielił moje spostrzeżenia i w trakcie corocznej kolędy zadał pytanie swojemu proboszczowi, dlaczego w trakcie eucharystii celebrans i inni księża przechodzący przed tabernakulum oddają pokłon w kierunku ołtarza zupełnie zapominając o przyklęknięciu przed Najświętszym Sakramentem będącym tuż za nimi?

Ksiądz wyraźnie zażenowany tym pytaniem próbował wytłumaczyć, że gest pokłonu celebrans czyni z szacunku do znaku krzyża, który wieńczy ołtarz.

Takie tłumaczenie nie do końca wyczerpało niepokój pytającego i może dlatego drążył temat zauważając, że krucyfiks to rzeczywiście znak naszej wiary, ale ni jak się ma co do ważności z ciałem samego Boga, które przechowywane jest w tabernakulum.

To jednak okazało się stwierdzeniem retorycznym, bo kapłan nie odniósł się do jego rozważań i pospiesznie zakończył duszpasterskie odwiedziny.

Jeden z bohaterów „Zatroskanej koloratki”, proboszcz parafii, której tak naprawdę nie ma, dziennikarce przeprowadzającej z nim wywiad oznajmił, że jego parafianie nie mają obowiązku być co niedzielę na mszy świętej, a do kościoła przychodzą ze świadomej potrzeby serca i traktują to jak odpowiedź na głos gospodarza tego miejsca, który zaprasza ich na ucztę przygotowaną z myślą o nich wszystkich.

Takie postawienie sprawy już od samego początku stawia przed nimi obowiązek świadomej odpowiedzi na zaproszenie, co skutkuje po ich stronie potrzebą należytego potraktowania tego wyróżnienia.

Póki co katolicy są przymuszani do niedzielnej obecności w kościele, bo tak stanowi przykazanie kościelne: „W niedzielę i święta nakazane we mszy świętej nabożnie uczestniczyć”.

No i mamy to co mamy.

Większość z nas zalicza niedzielny obowiązek nie do końca zastanawiając się nad tym, że jest to coś niezwykle ważnego i traktują to jako zło konieczne, dodatek nie do końca harmonizujący z oczekiwaniami dnia wolnego, kiedy człowiek chciałby rozprostować kości na kanapie zamiast odstawać obowiązkową godzinę w podcieniu świątyni lub na przykościelnym placu, kiedy wewnątrz wielebny smęci fałszując kościelne androny.

Wiara oparta na tradycji, co wydaje się być dominantą w naszych praktykach to chyba nie najlepszy prognostyk w czasie, kiedy tracą na wartości wszelkie ideały z przeszłości, bo świat stawia na teraźniejszość i na to co zdaje się być atrakcyjne tu i teraz.

Tylko wiara pogłębiona świadomością daru, jaki daje wierzącym w Kościele Chrystus, staje się jedyną nadzieją na to, że zachowamy jej siłę otwierającą nadzieję przyszłości i przekażemy ją w swoistej sztafecie przyszłym pokoleniom.

Największą, współczesną troską rodziców jest to, aby zapewnić dobre wychowanie swoim pociechom. Jeżeli mogą, posyłają ich do renomowanych szkół, licząc na to, że przez to zapewnią im lepszy start w dorosłość, i chwała im za to.

Niemniej ważną troską rodziców wierzących winna być dbałość o przyszłość wiary swoich dzieci, ale tu już jest trudniej, bo tego za nich nie załatwią ani dobra uczelnia czy charyzmatyczny kapłan z parafii.

Brak świadomej wiary w nas samych, to jedna z najważniejszych przyczyn porażek w religijnym wyposażeniu naszych pociech, bo one nie zechcą powielać tradycyjnej, czyli nijakiej dla nich wiary przeszłych pokoleń.

Kryspin

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Aby wszyscy stanowili jedno

 


Na pogrzebie seniorki rodu Pawlaków doszło do spotkania zwaśnionych ze sobą sąsiadów z uciekinierami, którzy opuścili domowe pielesze, aby ratować miłość, na którą nie wyrażali zgody pokłóceni ze sobą ich rodzice.

Na pytanie ojca: kiedy wreszcie powrócą do domu, jego syn odpowiedział:”Dopóki w kupie będzie was trzymać tylko wzajemna złość, nie wrócimy ”.

Dopiero co przebrzmiały radosne bożonarodzeniowe pieśni, obwieszczających światu narodziny niezwykłego dzieciątka, które przyniosło światu radość pojednania Boga z ułomnym w swej niedoskonałości człowiekiem, a już zaraz potem do naszej świadomości dotarło takie samo przesłanie, choć ogłoszone dwa tygodnie później, w dniu Bożego Narodzenia u naszych prawosławnych braci.

Trudno przy tej okazji nie zauważyć, że prawie od tysiąca lat wyznawcy tego samego Boga, uznający przecież wszystkie objawione w Ewangeliach prawdy dotyczące wiary, jednocześnie przez długie stulecia tkwili w złości, której szczytowym akcentem stała się wzajemna anatema nałożona przez zwierzchników obu tych wielkich chrześcijańskich wspólnot.

Głębokie rowy podziałów, w które obrosły wspólnoty chrześcijańskie, uprawniają do stawiania pytania, jak obecne kościoły mające jednego założyciela, jakim bezsprzecznie był Chrystus, daleko odeszły od wyrażonego przez założyciela pragnienia, aby stanowiły jedność?

Bogu nie jest miła manifestacja wiary z cieniem podziału, który w przeszłości niejednokrotnie prowadził nawet do aktów przemocy, o braku wzajemnej miłości nie wspominając.

Co prawda w poszczególnych wspólnotach cyklicznie odbywają się ekumeniczne spotkania połączone z modlitwą o jedność, ale to tylko ceremonialne zabiegi pozbawione dobrej woli do wzajemnego pojednania i dlatego przez lata ani o jotę nie nastąpiło zbliżenie wzajemnie zwaśnionych stron.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa odnotowano najbardziej dynamiczny wzrost dziedzictwa chrystusowej wizji, jaką stał się założony przez Niego Kościół i to nie podlegało dyskusji, tak samo jak nie można było nie zauważyć, że temu fenomenowi towarzyszył niebywały wręcz żar wzajemnej miłości pomiędzy ludźmi przystępującymi do tej wspólnoty.

We wczesnych dokumentach, opisujących fenomen nowej wiary, za każdym razem autorzy podkreślali element wzajemnej życzliwości członków Kościoła, która wyrażała się troską o drugiego człowieka i gotowością do dzielenia się dobrem.

Wraz z upływem wieków zatraciła się gdzieś ta pierwotna życzliwość zastępowana coraz częściej partykularyzmem obliczonym na osobisty zysk, często mający twarz przyznawanych sobie godności i zaszczytów, a wcześniejsze idee odeszły w niepamięć ustępując miejsca wszechobecnej żądzy władzy i posiadania.

To musiało stać się pożywką do dramatu zatraty wszystkiego, czego nauczał u zarania dziejów sam Chrystus, którego apel o jedność w wierze stał się już tylko niesłyszalnym szeptem, albo czymś tak dalece wyidealizowanym, że aż nierealnym w drapieżnym świecie, gdzie liczy się tylko ten, który potrafi się skutecznie rozpychać w swoich często chorych pragnieniach.

Ostatnio spotkałem na swojej drodze bardzo wielu ludzi, którzy zapytani o wiarę, odpowiadali bardzo podobnie:

-”Jestem człowiekiem wierzącym, ale Kościół w takiej formie jaką prezentuje, nie przemawia do mojego serca i dlatego w sensie przynależności wyznaniowej, stawiam się poza nim i podejmuję drogę, może i trudniejszą, aby spotkać Boga bez pośredników, zwłaszcza takich, którzy tak dalece mnie zawiedli.”

Może to jest jeden z ważniejszych i jednocześnie dalece bagatelizowanych powodów decyzji o odejściach z Kościoła?

Może młodzi, podobnie jak filmowy bohater, mają dość trwania we wspólnocie, która konserwuje nienawiść i bezsens podziału.

Kryspin

wtorek, 11 stycznia 2022

Stracone pokolenie

 


Mądrość ludowa, pielęgnowana przez wieki, pozwalała naszym przodkom przewidywać czas ochłodzenia, atak mrozu, czy nadchodzące ocieplenie, i nie potrzeba było w tym wszystkim oczekiwać na prognozy naukowych ośrodków, bo ich zwyczajnie jeszcze nie było.

Obecnie nastąpiło swoiste stępienie tej pierwotnej wiedzy, bo przyzwyczailiśmy się do tego, że na ekranach naszych telewizorów każdego dnia etatowe pogodynki informuj nas o nadchodzących zmianach aury.

Dzięki postępowi świat stał się dla nas bardziej przewidywalny, choć nie do końca, bo cięgle zaskakują nas zjawiska trudne do przewidzenia i niekiedy borykamy się z anomaliami burzącymi pewność prognoz.

Oprócz zaskakujących nas niespodziewanych zjawisk w pogodzie, równie niemiłym doświadczeniem stała się obecnie sytuacja pandemiczna, która co róż zdaje się wymykać spod naukowych przewidywań i częstując nas kolejnymi falami wirusowej zarazy i burzy nadzieję na powrót do przewidywalnej normalności.

Mając to wszystko na względzie, musimy być przygotowani na kolejne zaskoczenia i potrzebę adekwatnej reakcji, abyśmy mogli zauważyć światełko w tunelu nadchodzącej rzeczywistości.

W podobnej niepewności musi się czuć także Kościół, który jak i inne instytucje, został zaskoczony skutkami obecnego, niejako anormalnego czasu.

I nie chodzi tu tylko o konieczność ograniczeń, którym został poddany chociażby w ilości wiernych w czasie niedzielnych nabożeństw, bo póki co może nadal prowadzić duszpasterską misję korzystając z pomocy mediów użyczających swoich częstotliwości do emitowania niedzielnych nabożeństw, aby wszystkim wiernym zapewnić chociażby zdalne wypełnienie kościelnego przykazania.

Daleko bardziej niepokojącym musi być dla niego to, co ostatnio zostało ujawnione po badaniach statystycznych przeprowadzonych na temat religijności naszego społeczeństwa.

Kiedy ankieta dotycząca religijności dojrzalej nacji wiernych winna budzić niepokój, gdy procentowo zanotowano znaczny spadek tych, którzy systematycznie wypełniają swój obowiązek bycia praktykującym wierzącym , to przy przedziale wiekowym 18-24 lata, ujawniła prawdziwą katastrofa.

Tylko niecałe 25% młodych deklaruje się jako ludzie lokujący swoje przekonania religijne w cieniu kościelnej nauki.

Wobec tak jednoznacznych deklaracji tej grupy wiekowej wyrażającej negatywny stosunek do praktyk religijnych, a ściślej rzecz ujmując deklarującej wprost swoją niewiarę, musieli zabrać głos hierarchowie, dzieląc się swoimi uwagami na temat zaistniałej sytuacji.

I tu pojawił się dwugłos:

Prymas w swej wypowiedzi nieśmiało zauważył, że część winy za ten niepokojący trend ponosi sam Kościół, a ściślej rzecz ujmując jego opieszałość w piętnowaniu patologii budzącej zgorszenie wśród wiernych, to już arcybiskup z południowej diecezji jedyną winą obarczył bliżej nie sprecyzowane okoliczności skłaniające młodych do bycia pokoleniem ze zwieszonymi głowami wpatrzonymi w ekrany smartfonów, poza którymi nie potrafią dostrzegać już nic ponad nierzeczywisty świat elektronicznej zarazy.

Pewnie wysiłkiem całej rzeszy ludzi nauki świat znajdzie panaceum na obecną zarazę, a przyroda siłą słońca przyniesie nadzieję wiosennej zmiany, ale trudno w tak optymistycznym tonie spoglądać w przyszłość dotyczącą Kościoła, i nie chodzi tu o wielkość kryzysu, ale o brak działania, aby zaświecić światełko w tym mroku.

Włodarze tej instytucji zachowują pełnię beztroski niczym pasażerowie Titanica i wciąż w ich głowie gra muzyka o niezniszczalności założonego przez Chrystusa Kościoła.

Zderzenie z potęgą lodowatej obojętności, która trawi młodych, mają za nic, a to prosty sposób na spektakularną katastrofę.

Kryspin

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Skazani na samotność

 


Jeden z wiodących portali internetowych opublikował niedawno fragmenty książki człowieka, który z woli przełożonych nie zdołał dokończyć studiów teologicznych w jednym z seminarium duchownym i został „wyrzucony”, jak sam określił, na miesiąc przed święceniami kapłańskimi.

Trudno się więc dziwić, że jego relacja jest pełna goryczy i pomyj jakie wylał wspominając lata spędzone w murach tejże uczelni.

Osobiście miałem możliwość przeżyć cały okres seminaryjnej formacji i trudno mi się zgodzić z tezami stawianymi w tej publikacji niedoszłego kapłana.

Z pewnością mija się z prawdą, kiedy feruje oceny dotyczące samych kandydatów, którzy według autora tego tekstu, trafiają do tych przybytków, jako niedojrzali frustraci, którzy wskutek niskiej samooceny wybierają tę drogę, nie widząc dla siebie miejsca w normalnym świecie.

Trudno mi się także zgodzić z krytyką samej drogi formacji w trakcie sześcioletnich studiów, choć w niektórych stawianych negatywnych tezach odnajduję źródło prawdy, ale to nie wyczerpuje problemu seminarium, jako instytucji przygotowujących kapłańskie kadry.

Kościół ustanowił model seminaryjnej drogi odwołując się do ustaleń Soboru Trydenckiego i kolejnego, już dalece bliższego naszym czasom Soboru Watykańskiego I, który uszczegółowił zasady edukacji przyszłych kapłanów.

I tu jest swoisty grzech pierworodny samej istoty seminaryjnej formacji, która w żadnym stopniu nie realizuje tego, do czego zmierzała kościelna reforma.

W powszechnej opinii tych, którzy z powodzeniem przeszli czas seminarium, największą niedogodnością z którą muszą się mierzyć kapłani od pierwszych chwil swojej posługi, to syndrom samotności księdza.

Trudno się temu dziwić, bo sześć lat pobytu w seminaryjnej rzeczywistości ni jak nie przygotowuje przyszłych prezbiterów to roli samotników wśród powierzonych ich opiece wiernych.

Na zawsze pozostaną w mojej pamięci moje pierwsze święta Bożego Narodzenia na parafii, które dane mi było przeżywać w samotności, kiedy w domach moich owieczek gromadziły się rodziny na wspólnotowym świętowaniu tego czasu.

Sześć lat seminarium wcale nie przygotowało mnie do bycia samotnym wśród tłumu, bo w trakcie lat formacji byliśmy ciągle razem. 365 dni w roku, 24 godziny na dobę w gronie bliskich sobie ludzi, i później pustka kapłańskiej rzeczywistości.

Pewnie, że najprostszym remedium na te kapłańskie frustracje byłaby sytuacja, kiedy kapłani mieli by swoje rodziny, ale to tylko daleka wizja zmian, które pewnie i tak kiedyś nastąpią.

Jeżeli Kościół nadal zamierza tkwić w takiej rzeczywistości, to może warto by było choć w kosmetycznym działaniu złagodzić to, co jest przyczyną wielu złych historii, które swoją praprzyczynę mają w kapłańskiej samotności.

Może kapłani, którzy podlegają przynależności dekanalnej (kilka parafii podlega dziekanowi) zamieszkaliby razem w jednym miejscu i dzielili pomiędzy siebie obowiązki duszpasterskie na zasadzie podobnej do szpitalnych dyżurów lekarzy.

Bez problemu mogliby na odległość zajmować się parafialnym duszyczkami, co w dobie, kiedy wszyscy są mobilni, nie byłoby żadnym problemem, a po skończonej posłudze wracaliby do dekanalnego domu?

Na takich zasadach przecież od stuleci działają wspólnoty zakonne i w miarę dobrze potrafią realizować duszpasterską misję.

Taki model kapłańskiej posługi byłby bardziej racjonalny i niwelowałby koszty utrzymywania iluś plebanijnych gospodarstw, o obsłudze nie wspominając.

Niezamieszkałe plebanie mogłyby służyć jako obiekty przeznaczone na inne zbożne cele, jak chociażby ogólnodostępne ośrodki duszpasterskie, domy dla biedniejszych parafian lub tymczasowe miejsca pobytu chociażby dla samotnych matek, których los doświadczył niegodziwością nieodpowiedzialnych ojców ich dziecka.

Kryspin

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Kolęda: wizytacja, czy spotkanie przyjaciół?

 


Mała parafia, oddalona od głównych szlaków komunikacyjnych, z kościółkiem posadowionym na lekkim wzgórzu, który otulają okoliczne gospodarstwa z domkami nie odnawianymi od lat.

W tej sielskiej wspólnocie jest ledwie 700 dusz, jak zwykło się określać ilość wiernych przynależnych do społeczności deklarującej swoją przynależność wiary.

Obok świątyni roztacza się magiczny ogród, nieco przygasły w zimowej scenerii, ale i tak budzący wyobraźnię przyszłego, wiosennego piękna.

Nie zawsze było tu tak pięknie, bo zaledwie kilkanaście lat temu, było to miejsce, które budziło strach duchownych, mających się tam zadomowić w duszpasterskiej, proboszczowskiej posłudze.

Świątynia jawiła się jako zaniedbany, przez długie lata nie remontowany przybytek, a plebania mieszcząca się nieopodal przypominała raczej pieczarę, ze śladami niedawnego pożaru, który prawie doszczętnie pozbawił ją funkcji mieszkalnych.

Tylko jeden z kapłanów przyjął bez skwaszonej miny decyzję biskupa i przyjął na siebie ciężar bycia proboszczem w tak niegościnnym miejscu.

Jak mi powiedział w trakcie moich odwiedzin, od samego początku poczuł, że to miejsce i ludzie z tej zapyziałej wspólnoty oczekiwali na kogoś takiego jak on.

Uporządkowanie zaniedbań zajęło mu kilka dobrych lat, a najgorszym było przezwyciężenie nieufności miejscowych, którzy początkowo traktowali go jak kogoś na chwilę, by przykładem poprzedników salwować się ucieczką z tego zapomnianego przez Boga i ludzi miejsca.

Ponad trzy lata mieszkał w jednym pokoiku, którego nie strawił pożar; tam spał, jadł skromne posiłki przygotowywane na starym piecyku i przyjmował rzadkie wizyty parafian, którzy musieli skorzystać z biura parafialnego.

Na ich hojność nie miał co liczyć, zwłaszcza po pierwszej kolędzie, kiedy zrozumiał, że sami niewiele mieli i w wielu przypadkach bardziej od niego potrzebowali wsparcia.

Nic tylko się rozpłakać i liczyć na to, że może kościelni zwierzchnicy nie pozwolą mu zbyt długo

być w tym miejscu zsyłki?

Takie czarne myśli niejednokrotnie towarzyszyły mu przed spaniem, ale zaraz odganiał od siebie je i niejednokrotnie sam sobie powtarzał, że ci ludzie nie zasługują na to, aby zawieść rodzącą się w nich nadzieję.

Teraz, kiedy wspomina tamten czas, uśmiecha się, bo najgorsze minęło i zrozumiał, że to miejsce jest jego przeznaczeniem, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Od ponad dziesięciu lat już nie organizuje tradycyjnych odwiedzin duszpasterskich, a zamiast tego często wprasza się do domów swoich parafian przy okazji ich rodzinnych uroczystości, i wcale nie czuje się tam nieproszonym gościem.

-„Przez lata poznałem ich wszystkich, dzieciaki rozpoznaję po imieniu, znam ich bolączki codzienności, i staram się im zaradzać nie tylko dobrym słowem, ale i w innym, egzystencjalnym charakterze także.

-Spotykam się z moimi przyjaciółmi z parafialnej trzódki bardzo często i znam ich na wylot. Oni także znają mnie równie dobrze i wiedzą, że także mam swoje ciemne sprawy z przeszłości, ale to tylko sprzyja naszemu wzajemnemu zaufaniu i dlatego mogę bez nuty wyższości kreślić nam wszystkim zadania jakie stawia przed nami nasz jedyny szef, Chrystus.”

W naszych parafialnych wspólnotach właśnie rozpoczyna się, choć poturbowany pandemią, czas duszpasterskich wizyt, tradycyjnej kolędy, która większości z nas kojarzy się z corocznym zbieraniem kopertowych danin i nic ponadto, a szkoda.

I tu mam gorącą prośbę do naszych kapłanów, aby te odwiedziny nie traktowali tylko jako swoistą wizytację, a coś w rodzaju spotkania przyjaciół.

Aby jednak tak się stało, potrzeba otwartej szczerości i rozmowy, w której ponad rozliczenia z religijnej poprawności, ważniejszym stanie się rozmowa przyjaciół, którzy w równym stopniu są świadomi odpowiedzialności za kierunek wyznaczony przez Zbawiciela.

Kryspin

wtorek, 21 grudnia 2021

Czy Bóg kolejny raz przegrywa?

 


Jak co roku pod koniec grudnia w naszych kościołach będzie przypominany fragment z Ewangelii św. Łukasza o narodzinach przyszłego Zbawiciela, który przyszedł na świat w bardzo nieciekawych okolicznościach.

Ubogi cieśla, wraz z poślubioną Maryją, odpowiadając na wezwanie cezara Augusta, przybył do swojego rodowego miejsca pochodzenia, Betlejem.

Ewangelista dość szczegółowo relacjonuje okoliczności narodzin ich dziecka, które na świat przyszło w skalnej grocie, miejscu przeznaczonym na tymczasowe schronienie dla bydła, bo jak zaznaczył św. Łukasz:”Nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Pewnie przemilczał przykrą przyczynę ich niedoli jaką z pewnością był fakt, że Józefa zwyczajnie nie było stać na opłacenie bardziej stosownego miejsca dla swojej rodziny.

I na tym można by zakończyć opis tego paradoksu historii, w którym najważniejsze wydarzenie dokonało się w tak spektakularnie przykrych okolicznościach, ale może warto pochylić się nad tym Bożym planem, po przecież dla nikogo nie jest tajemnicą, że to On wybrał takie okoliczności do narodzin swojego Syna.

Bóg wybrał te okoliczności, w których jego najważniejszy posłaniec od pierwszej chwili skazany został na bycie poza historią toczącą się tak niedaleko, ale jednocześnie na tyle odległej, że tylko nielicznym dane było bezpośrednio przeżywać ten cud ostatecznego zbliżenia Boga ze swoim ludem.

Pewnie dopiero po czasie wielu z wyznawców Nauczyciela z Nazaretu odczuwało swoisty wstyd, że przegapili początek historii jego pojawienia się pośród nich. Nie dało się jednak cofnąć czasu, choć wielu bardzo dużo by dało, aby naprawić przegapioną szansę.

Z takim moralnym kacem, choć może po latach, musieli się mierzyć także właściciele rozsianych wokół Betlejem zajazdów i ci, którzy w tamtym czasie gościli się w ich wnętrzach, i pewnie u niejednego tłukły się myśli typu: „gdybyśmy wiedzieli”, ale to już był tylko spóźniony żal.

Dla nas to już bardzo odległe czasy, kiedy Bóg narodził się w judzkim miasteczku i pozostało już tylko wspomnienie tamtych zdarzeń, które dzięki tradycji wiary naszych przodków zostało nam zadane, abyśmy mogli być częścią depozytu tego zdarzenia.

No i tu rodzi się problem, jakby historia miała zatoczyć koło, bo trudno nie odnieść wrażenia, że sprawa zbratania się Boga ze swoim ludem, kolejny raz zdaje się przegrywać z biegiem czasu.

Dziecię narodzone w betlejemskim żłobie zdaje się ponownie przegrywać z tym co jest dzisiaj.

Owszem, prawie z każdego kąta naszego życia zdają się wręcz krzyczeć wszelkiego rodzaju reklamy, że zbliża się ten wyjątkowy czas, kiedy zatrzymamy się w codziennym pędzie i zasiądziemy w gronie najbliższych przy odświętnych, suto zastawionych stołach, aby cieszyć się tym magicznym dniem.

Magicznym, czyli jakim?

Czy nadal będzie to rozpamiętywanie wydarzenia sprzed wieków, które było początkiem naszego odkupienia?

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że istota przeżywania betlejemskiego cudu jakoś zbladła, albo wręcz rozmyła się w naszym dzisiejszym świecie.

Owszem, na ulicach naszych miast kolorowe iluminacje podkreślają wyjątkowość obecnego czasu, ale małego Jezusa trudno szukać w świątecznych ozdobach, bo tam królują kolorowe bombki, ewentualnie symbole śnieżnych płatków.

W przedświątecznym zabieganiu media karmią nas inflacją ubolewając na wszędobylską drożyzną i ani słowa o tym co jest istotą tego czasu, który determinuje zbliżenie się Boga, który narodził się w biedzie, a jednak dał nam radość nadziei.

Jeżeli do tego dołożyć propagowanie poprawności wobec tych, dla których te święta niewiele w sobie niosą i należy dlatego unikać „drażniących” ich symboli, to trudno nie odnieść wrażenia, że kolejny raz mały Bóg przegrywa walkę o nasze sumienia.

Kryspin

niedziela, 12 grudnia 2021

Układ zamknięty

 

Kiedy Izraelici postanowili skierować swoją historię na drogę wolności, opuścili Egipt, gdzie przez stulecia przeżywali czas niewoli.

Mojżesz stanął na czele tego pochodu ku lepszemu jutru i skierował ich drogę na pustynię, poza którą rysował się dla nich kraj miodem i mlekiem płynący.

Fascynująca perspektywa miała się jednak dokonać dopiero po czterdziestu latach tułaczki, na co sami sobie zapracowali uwikłani w spory i tkwienie w układzie zwaśnionych plemion, bez wspólnej wizji.

Trzeba było długich lat oczyszczenia, by wymarło to pokolenie, które było odpowiedzialne za pielęgnowanie tego chorego układu, i tak się stało.

Minęło już sporo czasu od tamtych zdarzeń, a historia nadal uczy nas, że niekiedy potrzeba czasu, niekiedy bardzo długiego upływu lat, by skruszyć pęta układów determinujących rzeczywistość.

Mamy takich przykładów obecnie aż nadto, kiedy chociażby obserwujemy próby naprawy chorych układów w naszej rzeczywistości.

Można by teraz wspomnieć chociażby sprawę reformy naszego sądownictwa, w którym układ zamknięty nadal ma się dobrze i chroni swoje poletko w myśl zasady, aby nadal było jak do tej pory, i pewnie w tym przypadku potrzeba czasu, aby wymarło to pokolenie, które jest odpowiedzialne za ten stan.

Nie inaczej sprawa się ma w przypadku naszego Episkopatu, który jak nikt inny manifestuje zasadę konserwowania swoistego układu zamkniętego.

Płonne zdały się nadzieje, które zwolennicy „przewietrzenia” w tej instytucji wiązali z dopiero co zakończoną wizytą Ad Limina Apostolorum naszych biskupów w Watykanie.

Najbardziej optymistycznie nastawieni liczyli na swoiste trzęsienie ziemi i efekty w stylu chilijskim, kiedy to Franciszek zdymisjonował cały tamtejszy episkopat, ale nic z tych rzeczy nie miało miejsca.

Nasi hierarchowie, stosując zasadę kroków wyprzedzających, zdali stępić gniew swojego szefa i dokonali swoistej samokrytyki, uznając, że owszem, nie wszystko było cacy, ale biskupi ubabrani w skandale albo odeszli (ze względu na wiek lub stan zdrowia) na ciepłe emeryturki, a pozostali zdołali przekonać watykańskie szefostwo, że starali się, choć być może mało skutecznie.

Izraelitom porzucenie starych układów zabrało czterdzieści długich lat i oceniając ich dokonanie z perspektywy naszego czasu dochodzę do gorzkiego wniosku, że ta historia może wcale się nie powtórzyć, bo współczesny układ zamknięty, w którym tkwi między innymi nasz Episkopat, wyciągnął naukę z tamtego zdarzenia, i nie jest to zbieżne z tym doświadczeniem sprzed wieków.

Naszym biskupom wcale nie zależy na zmianach, o czym świadczą także ostatnie decyzje o przyznawaniu godności biskupich nowemu narybkowi do kościelnej wierchuszki.

Szerokim echem odbiła się ostatnio decyzja jednego z najważniejszych hierarchów naszego Kościoła, który na swojego biskupa pomocniczego wybrał kapłana budzącego wiele kontrowersji w samych szeregach duchownych jego archidiecezji, którzy mówią wprost, że jest on ulubieńcem swojego zwierzchnika, nie koniecznie nadając się na takie wyróżnienie.

W cieniu tej nominacji stoi sam Franciszek, bo przecież to on miał decydujący głos w tej sprawie, i albo nie wiedział o kontrowersjach związanych z tą nominacją, albo po prostu miał w głębokim poszanowaniu głosy tych, którzy otwarcie negowali słuszność tej decyzji.

Obrońcy Franciszka z pewnością podniosą głos uznając, że Papież nie znając wszystkich kandydatów do kościelnych zaszczytów, musi polegać na głosie swoich dalece wyżej postawionych

współpracowników i w takim toku rozumowania tenże wybór jest jak najbardziej zasadny.

Pewnie jest wiele racji w takim stanowisku, ale jednocześnie trudno jest się oprzeć wrażeniu, że takie nominacje swoich „dzieci” przez niektórych hierarchów jasno dowodzą, że jedyną ich troską jest pielęgnowanie tego zamkniętego układu, który gwarantuje, że nadal będzie tak jak było.

A droga ku Ziemi obiecanej?

No cóż, może dla nich ona jest już tu i teraz?

Kryspin

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Prawo stuły

 


Gdybyśmy się przenieśli oczami wyobraźni zupełnie niedaleko, bo zaledwie kilkaset kilometrów na zachód od naszych granic, to obserwując sytuację Kościoła u naszych sąsiadów, mogłyby nas przejść ciarki.

Najbardziej mrożącym krew naszej religijnej poprawności byłby obraz opustoszałych świątyń, które zatraciwszy swój dawny, sakralny charakter, stały się często obiektami przeznaczonymi na sprzedaż, lub co gorsza budynkami do wyburzenia, kiedy nie znalazły świeckich nabywców mających pomysł na ich dalsze trwanie.

Póki co u nas nie jest jeszcze tak źle, zdają się mówić nasi hierarchowie, choć coraz częściej i oni wyrażają swój niepokój co do przyszłości.

A jest się o co martwić, kiedy rzeczywistość, i nie tylko z powodu niekończącej się pandemii, musi budzić niepokój.

Do przeszłości i to nieodwracalnej przeszło powiedzenie, że:” kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dogodzie”.

Tak już jest, że to co zadziało się na zachodzie, niechybnie stanie się także i u nas i co do tego nikt nie ma wątpliwości.

Nasze tabloidy raz po raz publikują analizy związane z kieszenią naszego Kościoła, i tak stało się ostatnio za przyczyną reportażu:”Prawo stuły”, w którym dziennikarz korzystając z możliwości rozmowy z kilkoma duchownymi, przybliżył czytelnikom składowe parafialnej kasy.

Biorąc za przykład typową parafię z ponad tysiącem duszyczek, okazało się, że ich włodarze w sutannach już wcale nie są finansowymi krezusami i bardzo muszą się gimnastykować, aby ich comiesięczne dochody równoważyły wydatki związane z utrzymaniem kościelnego gospodarstwa.

Co prawda obecny obraz finansów parafialnych zaburza przeciągający się stan covidowego kryzysu, to jednak nie jest jedynym niepokojącym symptomem zwiastującym nadchodzące chude lata dla ich kieszeni. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że daleko groźniejszym dla ekonomicznej wydolności parafialnego gospodarstwa jest postępująca obojętność duszyczek na kościelne przykazanie, które dotąd w miarę skutecznie przynaglało ich do wypełniania obowiązkowego zaliczania świątecznej liturgii.

To jednak tylko jeden z symptomów wyznaczających trudną sytuację naszego Kościoła, który coraz wyraźniej jawi się być kolosem na glinianych nogach.

Drugą, póki co wyciszaną przez naszych hierarchów nadchodzącą zgryzotą jest perspektywa braków kadrowych, czyli kryzys nowych powołań do służby ołtarza.

Pewnie, że w formie swoistej protezy mającej zaradzić narastającemu problemowi, można dokonywać łączenia parafialnych wspólnot, by jeden ksiądz mógł, wzorem swoich misyjnych kolegów, odprawiać niedzielne nabożeństwa w kilku sąsiadujących ze sobą kościołach, ale na dłuższą metę ma się to ni jak do duszpasterskiej posługi w dotychczasowym rozumieniu i będzie kolejnym krokiem do zaniku emocjonalnego związku wiernych ze wspólnotą, której już tak naprawdę nie będzie.

I dochodzimy do sedna problemu i jedynej nadziei na odwrócenie tej równi pochyłej, na której znalazł się ten moloch.

Przed ludźmi w sutannach staje dzisiaj problem powrotu do fundamentalnej pracy nad przywróceniem świadomości w sercach szeregowych członków parafialnych wspólnot, że Kościół to nie tylko biskupi i księżą przechadzający się po parafialnych obejściach, ale także i oni, może i małe trybiki, ale jakże ważne, aby tam machina miała w ogóle jakikolwiek sens.

To z pewnością trudne zadnie, zważywszy, że przez bardzo długi czas w umysłach wiernych pielęgnowano przekonanie, że Kościół to hierarchiczny byt, w którym laikat to tylko bezrozumna glina potrzebna do budowania wielkości budowli zarezerwowanej tylko dla wybranych.

My wszyscy jesteśmy Kościołem, niezależnie od tego, czy mamy sutannę, nawet purpurową, zakonny habit, czy zwyczajną koszulę wkładaną na odświętny dzień.

Chrystus zakładając tę wspólnotę nie różnicował ważności członków, bo wszyscy stanowić mieli jedno Ciało.

Kryspin

niedziela, 28 listopada 2021

Rydwan od władz

 


Czasem trudno zająć stanowisko wobec tekstów, którymi jestem częstowany w korespondencji od niektórych czytelników „Księdza w cywilu”, i nie chodzi o to, że mają odmienne zdanie na temat moich przemyśleń, bo przecież każdy ma prawo do swojego stanowiska, ale trudno polemizować z kimś, kto akcentując swój pogląd, jednocześnie posługuje się językiem nie pozostawiającym miejsca na inne zdanie.

Tak było w przypadku maila podpisanego z imienia i nazwiska z dopiskiem: zwykły normalny Polak.

Czytelnik wyłuszczył szczegółowo swoje żale w stosunku do Kościoła oplatając je ostrym atakiem na polityków obecnie reprezentującym obóz władzy, wiążąc te dwa byty jako największych wrogów zwykłych, normalnych Polaków i jak można domniemywać, wierzących ludzi.

Choć skupił się szczególnie na jednym z ministrów obecnego rządu, to ostrze krytyki było skierowane na całą formację, którą przyrównał do targowicy XVIII wieku, kiedy wskutek partykularyzmu niektórych możnych tamtego czasu, spadło na naszą ojczyznę nieszczęście mające później skutek w okresie rozbiorowej gehenny.

Przy tej okazji dołączył do tego grona naszych biskupów, jako agentów reprezentujących interesy Rzymskiego hegemona, który za nic ma dobro jakiejś tam Polski, bo liczy się tylko korzyść watykańskiej centrali.

Trochę nie pasuje mi w tym wszystkim zakończenie tego zbioru zarzutów, kiedy czytelnik zwraca się do samego szefa kościelnej centrali, wyrażające nadzieję, że jeszcze długo w zdrowiu będzie rządził tą instytucją.

Pewnie można by pozostawić to bez odpowiedzi odkładając go na półkę z adnotacją, że był to tylko głos jakiegoś frustrata wylewającego swoje urojone żale, ale po dłuższym zastanowieniu doszedłem do przekonania, że jest coś w tym, co winno niepokoić.

Z pewnością czytelnik miał rację przywołując błędy naszego Kościoła z minionych wieków, przez co zapisał on mało chlubną historię, od której nie może się odcinać.

Sęk w tym, że w obecnej sytuacji nasi hierarchowie w jakimś stopniu powielają błędy przeszłości ładując się do rydwanu, który podstawiają mu obecne władze.

I tu mam zgryz, kto w tej układance rozdaje karty?

Czy to władzom zależy na przychylności ludzi w purpurach i dlatego podejmują decyzje o swoistej klerykalizacji naszej rzeczywistości, czy samemu Kościołowi wprost zależy na zapewnieniu sobie uprzywilejowanej pozycji w obecnych realiach?

Nie starając się odpowiedzieć na to pytanie, można jednak stwierdzić, że nikomu nie wyjdzie na dobre pielęgnowanie takiego układu.

Rządzący wprost idą na zwarcie z opozycyjnymi siłami, które skwapliwie wykorzystują taką polaryzację naszego życia, bo przecież nie wszystkim odpowiada taki sojusz ołtarza z tronem.

Sam Kościół także traci na tym „sprzyjającym” póki co układzie, bo wielu wiernym wcale nie zależy na przychylności władzy, bo jak uczy historia, ona skazana jest na zmianę.

Z racji wieku nalezę do pokolenia, które pamięta czasy, kiedy Kościół po ciemnym okresie powojennej marginalizacji prowadzonej przez siły wyraźnie mu nie sprzyjające, zachował swoją autonomiczną tożsamość i trwał wzmocniony siłą wiary pokolenia, które nie zwiodło się mirażem nowego ładu.

Dla młodszego pokolenia to już jednak tylko historia i trudno mu dokonywać ocen czasu, który znają tylko z relacji starszych.

Póki co wśród naszych hierarchów w znakomitej większości przeważają ludzie mojego wieku lub nawet starsi i dziwi mnie to, że zostali ogarnięci swoistą historyczną amnezją i nie pamiętają, że dobrostan kościelnego poletka jest równoznaczny z autonomią wolną od pokus przywilejów od władzy, bo ona jak łaska pańska na pstrym koniu się porusza i w efekcie ni jak nie przystaje do prawdy o Kościele, którego trwanie zapewnił sam Chrystus, bez konieczności przyjaźni z cesarskim tronem.

Kryspin

poniedziałek, 22 listopada 2021

"Marzy mi się orędzie"

 

Otrzymałem niedawno list od czytelnika, który wyraził troskę i niepokój o przyszłość instytucji, której stał się członkiem od chwili chrztu.

W pierwszej chwili odniosłem wrażenie, że moja skromna osoba nie jest najbardziej stosownym adresatem jego apelu, ale później odniosłem wrażenie, że on w bezsilnej trosce zrozumiał, że może za moim pośrednictwem ten apel znajdzie lepszą drogę do uszu i sumień tych, którzy byli rzeczywistymi adresatami jego słów.

Może miał rację, bo choć i ja niekiedy odnoszę wrażenie, że i moje medialne przemyślenia trafiają w próżnię, to jednak wiem, że w kościelnych kręgach „Ksiądz w cywilu” ma stałych czytelników, i to budzi moją nadzieję.

„Czy podjąłby się Pan wyjaśnienia, dlaczego władze kościelne milczą w zaistniałej sytuacji społecznej, obyczajowej i politycznej? Przecież doskonale widać jak społeczeństwo jest podzielone, kościoły pustoszeją, destrukcja demokracji postępuje a wolność obywatelska jest zagrożona. W mojej ocenie na dobry początek wystarczyłoby jednostronicowe, zgrabne oświadczenie do wiernych, aby pobudzić ludzi do myślenia i rozpocząć naprawę tej chorej sytuacji. Czyż Kościół Katolicki nie powinien być drogowskazem na suwerena? Nie ma już innych autorytetów. Trzeba sprawę postawić jasno. Marzy mi się, że w najbliższą niedzielę usłyszę orędzie, w którym zostałyby poruszone najbardziej palące sprawy.”

W dalszej części apelu następuje swoiste wyliczenie najważniejszych spraw, w których Kościół winien zabierać głos, ale w ramach swoich kompetencji i duszpasterskiej troski, jak chociażby w kwestii aborcji, która dla wierzących zawsze jest czymś moralnie złym i to winno przyświecać jego nauczaniu, ale winno ono być kierowane przede wszystkim do ludzi wyznających religijne wartości.

Kolejnym tematem krytycznego stanowiska mojego korespondenta stał się niczym nie uzasadniony „fenomen” Radiu Maryja, które według niego jest szkodliwym medium, dzielącym społeczeństwo i jako takie nie powinno zasługiwać na hołubione kościelnych władz.

Wreszcie sprawa nieustannego przyklaskiwania władzom, które wielokrotnie podejmują działania obliczone na podział wśród społeczeństwa, co także nie służy samemu Kościołowi i skutkuje narastającym kryzysem.

Milczenie wobec nacjonalistycznym środowiskom ni jak nie przystającym do filozofii miłości wobec wszystkich ludzi, to kolejny błąd zaniechania w kościelnym stanowisku.

I na koniec podsumowanie, którym zostałem zobligowany do zajęcia stanowiska:

Ciekaw jestem Pańskiej opinii w tej sprawie, bo szacuję, że czasu na dobrą zmianę w Kościele mamy tylko na jedno do dwóch pokoleń Polaków.

Pozdrawiam”

No cóż, podzielam ten niepokój i także uważam, że Kościół nie ma czasu na bierne oczekiwanie, iż ktoś za niego załatwi palące sprawy; a kunktatorstwo, bo tak trzeba nazwać jego bierność wobec stawianych w tym liście problemów, w prosty sposób doprowadzi do jego marginalizacji i ostatecznie upadnie jego moralny autorytet.

Kryspin