poniedziałek, 24 stycznia 2022

Wiara świadoma

 

W moim parafialnym kościele tabernakulum, czyli miejsce przechowywania Najświętszego Sakramentu, mieściło się w nawie bocznej świątyni i choć znajdowała się przy nim zapalona czerwona lampka mająca przypominać o wadze tego miejsca, w większości ludzie przemieszczający się po kościele zdawali się w ogóle tego nie zauważać i przechodzili obok bez przyklęknięcia, nie zapominając o tym znaku wiary, kiedy przekraczali środek świątyni.

Pamiętam, jak mnie to irytowało, że przechodzący tak bezmyślnie zapominali o tym gdzie jest najważniejsze miejsce w świątyni.

Jeden z czytelników pewnie podzielił moje spostrzeżenia i w trakcie corocznej kolędy zadał pytanie swojemu proboszczowi, dlaczego w trakcie eucharystii celebrans i inni księża przechodzący przed tabernakulum oddają pokłon w kierunku ołtarza zupełnie zapominając o przyklęknięciu przed Najświętszym Sakramentem będącym tuż za nimi?

Ksiądz wyraźnie zażenowany tym pytaniem próbował wytłumaczyć, że gest pokłonu celebrans czyni z szacunku do znaku krzyża, który wieńczy ołtarz.

Takie tłumaczenie nie do końca wyczerpało niepokój pytającego i może dlatego drążył temat zauważając, że krucyfiks to rzeczywiście znak naszej wiary, ale ni jak się ma co do ważności z ciałem samego Boga, które przechowywane jest w tabernakulum.

To jednak okazało się stwierdzeniem retorycznym, bo kapłan nie odniósł się do jego rozważań i pospiesznie zakończył duszpasterskie odwiedziny.

Jeden z bohaterów „Zatroskanej koloratki”, proboszcz parafii, której tak naprawdę nie ma, dziennikarce przeprowadzającej z nim wywiad oznajmił, że jego parafianie nie mają obowiązku być co niedzielę na mszy świętej, a do kościoła przychodzą ze świadomej potrzeby serca i traktują to jak odpowiedź na głos gospodarza tego miejsca, który zaprasza ich na ucztę przygotowaną z myślą o nich wszystkich.

Takie postawienie sprawy już od samego początku stawia przed nimi obowiązek świadomej odpowiedzi na zaproszenie, co skutkuje po ich stronie potrzebą należytego potraktowania tego wyróżnienia.

Póki co katolicy są przymuszani do niedzielnej obecności w kościele, bo tak stanowi przykazanie kościelne: „W niedzielę i święta nakazane we mszy świętej nabożnie uczestniczyć”.

No i mamy to co mamy.

Większość z nas zalicza niedzielny obowiązek nie do końca zastanawiając się nad tym, że jest to coś niezwykle ważnego i traktują to jako zło konieczne, dodatek nie do końca harmonizujący z oczekiwaniami dnia wolnego, kiedy człowiek chciałby rozprostować kości na kanapie zamiast odstawać obowiązkową godzinę w podcieniu świątyni lub na przykościelnym placu, kiedy wewnątrz wielebny smęci fałszując kościelne androny.

Wiara oparta na tradycji, co wydaje się być dominantą w naszych praktykach to chyba nie najlepszy prognostyk w czasie, kiedy tracą na wartości wszelkie ideały z przeszłości, bo świat stawia na teraźniejszość i na to co zdaje się być atrakcyjne tu i teraz.

Tylko wiara pogłębiona świadomością daru, jaki daje wierzącym w Kościele Chrystus, staje się jedyną nadzieją na to, że zachowamy jej siłę otwierającą nadzieję przyszłości i przekażemy ją w swoistej sztafecie przyszłym pokoleniom.

Największą, współczesną troską rodziców jest to, aby zapewnić dobre wychowanie swoim pociechom. Jeżeli mogą, posyłają ich do renomowanych szkół, licząc na to, że przez to zapewnią im lepszy start w dorosłość, i chwała im za to.

Niemniej ważną troską rodziców wierzących winna być dbałość o przyszłość wiary swoich dzieci, ale tu już jest trudniej, bo tego za nich nie załatwią ani dobra uczelnia czy charyzmatyczny kapłan z parafii.

Brak świadomej wiary w nas samych, to jedna z najważniejszych przyczyn porażek w religijnym wyposażeniu naszych pociech, bo one nie zechcą powielać tradycyjnej, czyli nijakiej dla nich wiary przeszłych pokoleń.

Kryspin

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Aby wszyscy stanowili jedno

 


Na pogrzebie seniorki rodu Pawlaków doszło do spotkania zwaśnionych ze sobą sąsiadów z uciekinierami, którzy opuścili domowe pielesze, aby ratować miłość, na którą nie wyrażali zgody pokłóceni ze sobą ich rodzice.

Na pytanie ojca: kiedy wreszcie powrócą do domu, jego syn odpowiedział:”Dopóki w kupie będzie was trzymać tylko wzajemna złość, nie wrócimy ”.

Dopiero co przebrzmiały radosne bożonarodzeniowe pieśni, obwieszczających światu narodziny niezwykłego dzieciątka, które przyniosło światu radość pojednania Boga z ułomnym w swej niedoskonałości człowiekiem, a już zaraz potem do naszej świadomości dotarło takie samo przesłanie, choć ogłoszone dwa tygodnie później, w dniu Bożego Narodzenia u naszych prawosławnych braci.

Trudno przy tej okazji nie zauważyć, że prawie od tysiąca lat wyznawcy tego samego Boga, uznający przecież wszystkie objawione w Ewangeliach prawdy dotyczące wiary, jednocześnie przez długie stulecia tkwili w złości, której szczytowym akcentem stała się wzajemna anatema nałożona przez zwierzchników obu tych wielkich chrześcijańskich wspólnot.

Głębokie rowy podziałów, w które obrosły wspólnoty chrześcijańskie, uprawniają do stawiania pytania, jak obecne kościoły mające jednego założyciela, jakim bezsprzecznie był Chrystus, daleko odeszły od wyrażonego przez założyciela pragnienia, aby stanowiły jedność?

Bogu nie jest miła manifestacja wiary z cieniem podziału, który w przeszłości niejednokrotnie prowadził nawet do aktów przemocy, o braku wzajemnej miłości nie wspominając.

Co prawda w poszczególnych wspólnotach cyklicznie odbywają się ekumeniczne spotkania połączone z modlitwą o jedność, ale to tylko ceremonialne zabiegi pozbawione dobrej woli do wzajemnego pojednania i dlatego przez lata ani o jotę nie nastąpiło zbliżenie wzajemnie zwaśnionych stron.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa odnotowano najbardziej dynamiczny wzrost dziedzictwa chrystusowej wizji, jaką stał się założony przez Niego Kościół i to nie podlegało dyskusji, tak samo jak nie można było nie zauważyć, że temu fenomenowi towarzyszył niebywały wręcz żar wzajemnej miłości pomiędzy ludźmi przystępującymi do tej wspólnoty.

We wczesnych dokumentach, opisujących fenomen nowej wiary, za każdym razem autorzy podkreślali element wzajemnej życzliwości członków Kościoła, która wyrażała się troską o drugiego człowieka i gotowością do dzielenia się dobrem.

Wraz z upływem wieków zatraciła się gdzieś ta pierwotna życzliwość zastępowana coraz częściej partykularyzmem obliczonym na osobisty zysk, często mający twarz przyznawanych sobie godności i zaszczytów, a wcześniejsze idee odeszły w niepamięć ustępując miejsca wszechobecnej żądzy władzy i posiadania.

To musiało stać się pożywką do dramatu zatraty wszystkiego, czego nauczał u zarania dziejów sam Chrystus, którego apel o jedność w wierze stał się już tylko niesłyszalnym szeptem, albo czymś tak dalece wyidealizowanym, że aż nierealnym w drapieżnym świecie, gdzie liczy się tylko ten, który potrafi się skutecznie rozpychać w swoich często chorych pragnieniach.

Ostatnio spotkałem na swojej drodze bardzo wielu ludzi, którzy zapytani o wiarę, odpowiadali bardzo podobnie:

-”Jestem człowiekiem wierzącym, ale Kościół w takiej formie jaką prezentuje, nie przemawia do mojego serca i dlatego w sensie przynależności wyznaniowej, stawiam się poza nim i podejmuję drogę, może i trudniejszą, aby spotkać Boga bez pośredników, zwłaszcza takich, którzy tak dalece mnie zawiedli.”

Może to jest jeden z ważniejszych i jednocześnie dalece bagatelizowanych powodów decyzji o odejściach z Kościoła?

Może młodzi, podobnie jak filmowy bohater, mają dość trwania we wspólnocie, która konserwuje nienawiść i bezsens podziału.

Kryspin

wtorek, 11 stycznia 2022

Stracone pokolenie

 


Mądrość ludowa, pielęgnowana przez wieki, pozwalała naszym przodkom przewidywać czas ochłodzenia, atak mrozu, czy nadchodzące ocieplenie, i nie potrzeba było w tym wszystkim oczekiwać na prognozy naukowych ośrodków, bo ich zwyczajnie jeszcze nie było.

Obecnie nastąpiło swoiste stępienie tej pierwotnej wiedzy, bo przyzwyczailiśmy się do tego, że na ekranach naszych telewizorów każdego dnia etatowe pogodynki informuj nas o nadchodzących zmianach aury.

Dzięki postępowi świat stał się dla nas bardziej przewidywalny, choć nie do końca, bo cięgle zaskakują nas zjawiska trudne do przewidzenia i niekiedy borykamy się z anomaliami burzącymi pewność prognoz.

Oprócz zaskakujących nas niespodziewanych zjawisk w pogodzie, równie niemiłym doświadczeniem stała się obecnie sytuacja pandemiczna, która co róż zdaje się wymykać spod naukowych przewidywań i częstując nas kolejnymi falami wirusowej zarazy i burzy nadzieję na powrót do przewidywalnej normalności.

Mając to wszystko na względzie, musimy być przygotowani na kolejne zaskoczenia i potrzebę adekwatnej reakcji, abyśmy mogli zauważyć światełko w tunelu nadchodzącej rzeczywistości.

W podobnej niepewności musi się czuć także Kościół, który jak i inne instytucje, został zaskoczony skutkami obecnego, niejako anormalnego czasu.

I nie chodzi tu tylko o konieczność ograniczeń, którym został poddany chociażby w ilości wiernych w czasie niedzielnych nabożeństw, bo póki co może nadal prowadzić duszpasterską misję korzystając z pomocy mediów użyczających swoich częstotliwości do emitowania niedzielnych nabożeństw, aby wszystkim wiernym zapewnić chociażby zdalne wypełnienie kościelnego przykazania.

Daleko bardziej niepokojącym musi być dla niego to, co ostatnio zostało ujawnione po badaniach statystycznych przeprowadzonych na temat religijności naszego społeczeństwa.

Kiedy ankieta dotycząca religijności dojrzalej nacji wiernych winna budzić niepokój, gdy procentowo zanotowano znaczny spadek tych, którzy systematycznie wypełniają swój obowiązek bycia praktykującym wierzącym , to przy przedziale wiekowym 18-24 lata, ujawniła prawdziwą katastrofa.

Tylko niecałe 25% młodych deklaruje się jako ludzie lokujący swoje przekonania religijne w cieniu kościelnej nauki.

Wobec tak jednoznacznych deklaracji tej grupy wiekowej wyrażającej negatywny stosunek do praktyk religijnych, a ściślej rzecz ujmując deklarującej wprost swoją niewiarę, musieli zabrać głos hierarchowie, dzieląc się swoimi uwagami na temat zaistniałej sytuacji.

I tu pojawił się dwugłos:

Prymas w swej wypowiedzi nieśmiało zauważył, że część winy za ten niepokojący trend ponosi sam Kościół, a ściślej rzecz ujmując jego opieszałość w piętnowaniu patologii budzącej zgorszenie wśród wiernych, to już arcybiskup z południowej diecezji jedyną winą obarczył bliżej nie sprecyzowane okoliczności skłaniające młodych do bycia pokoleniem ze zwieszonymi głowami wpatrzonymi w ekrany smartfonów, poza którymi nie potrafią dostrzegać już nic ponad nierzeczywisty świat elektronicznej zarazy.

Pewnie wysiłkiem całej rzeszy ludzi nauki świat znajdzie panaceum na obecną zarazę, a przyroda siłą słońca przyniesie nadzieję wiosennej zmiany, ale trudno w tak optymistycznym tonie spoglądać w przyszłość dotyczącą Kościoła, i nie chodzi tu o wielkość kryzysu, ale o brak działania, aby zaświecić światełko w tym mroku.

Włodarze tej instytucji zachowują pełnię beztroski niczym pasażerowie Titanica i wciąż w ich głowie gra muzyka o niezniszczalności założonego przez Chrystusa Kościoła.

Zderzenie z potęgą lodowatej obojętności, która trawi młodych, mają za nic, a to prosty sposób na spektakularną katastrofę.

Kryspin

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Skazani na samotność

 


Jeden z wiodących portali internetowych opublikował niedawno fragmenty książki człowieka, który z woli przełożonych nie zdołał dokończyć studiów teologicznych w jednym z seminarium duchownym i został „wyrzucony”, jak sam określił, na miesiąc przed święceniami kapłańskimi.

Trudno się więc dziwić, że jego relacja jest pełna goryczy i pomyj jakie wylał wspominając lata spędzone w murach tejże uczelni.

Osobiście miałem możliwość przeżyć cały okres seminaryjnej formacji i trudno mi się zgodzić z tezami stawianymi w tej publikacji niedoszłego kapłana.

Z pewnością mija się z prawdą, kiedy feruje oceny dotyczące samych kandydatów, którzy według autora tego tekstu, trafiają do tych przybytków, jako niedojrzali frustraci, którzy wskutek niskiej samooceny wybierają tę drogę, nie widząc dla siebie miejsca w normalnym świecie.

Trudno mi się także zgodzić z krytyką samej drogi formacji w trakcie sześcioletnich studiów, choć w niektórych stawianych negatywnych tezach odnajduję źródło prawdy, ale to nie wyczerpuje problemu seminarium, jako instytucji przygotowujących kapłańskie kadry.

Kościół ustanowił model seminaryjnej drogi odwołując się do ustaleń Soboru Trydenckiego i kolejnego, już dalece bliższego naszym czasom Soboru Watykańskiego I, który uszczegółowił zasady edukacji przyszłych kapłanów.

I tu jest swoisty grzech pierworodny samej istoty seminaryjnej formacji, która w żadnym stopniu nie realizuje tego, do czego zmierzała kościelna reforma.

W powszechnej opinii tych, którzy z powodzeniem przeszli czas seminarium, największą niedogodnością z którą muszą się mierzyć kapłani od pierwszych chwil swojej posługi, to syndrom samotności księdza.

Trudno się temu dziwić, bo sześć lat pobytu w seminaryjnej rzeczywistości ni jak nie przygotowuje przyszłych prezbiterów to roli samotników wśród powierzonych ich opiece wiernych.

Na zawsze pozostaną w mojej pamięci moje pierwsze święta Bożego Narodzenia na parafii, które dane mi było przeżywać w samotności, kiedy w domach moich owieczek gromadziły się rodziny na wspólnotowym świętowaniu tego czasu.

Sześć lat seminarium wcale nie przygotowało mnie do bycia samotnym wśród tłumu, bo w trakcie lat formacji byliśmy ciągle razem. 365 dni w roku, 24 godziny na dobę w gronie bliskich sobie ludzi, i później pustka kapłańskiej rzeczywistości.

Pewnie, że najprostszym remedium na te kapłańskie frustracje byłaby sytuacja, kiedy kapłani mieli by swoje rodziny, ale to tylko daleka wizja zmian, które pewnie i tak kiedyś nastąpią.

Jeżeli Kościół nadal zamierza tkwić w takiej rzeczywistości, to może warto by było choć w kosmetycznym działaniu złagodzić to, co jest przyczyną wielu złych historii, które swoją praprzyczynę mają w kapłańskiej samotności.

Może kapłani, którzy podlegają przynależności dekanalnej (kilka parafii podlega dziekanowi) zamieszkaliby razem w jednym miejscu i dzielili pomiędzy siebie obowiązki duszpasterskie na zasadzie podobnej do szpitalnych dyżurów lekarzy.

Bez problemu mogliby na odległość zajmować się parafialnym duszyczkami, co w dobie, kiedy wszyscy są mobilni, nie byłoby żadnym problemem, a po skończonej posłudze wracaliby do dekanalnego domu?

Na takich zasadach przecież od stuleci działają wspólnoty zakonne i w miarę dobrze potrafią realizować duszpasterską misję.

Taki model kapłańskiej posługi byłby bardziej racjonalny i niwelowałby koszty utrzymywania iluś plebanijnych gospodarstw, o obsłudze nie wspominając.

Niezamieszkałe plebanie mogłyby służyć jako obiekty przeznaczone na inne zbożne cele, jak chociażby ogólnodostępne ośrodki duszpasterskie, domy dla biedniejszych parafian lub tymczasowe miejsca pobytu chociażby dla samotnych matek, których los doświadczył niegodziwością nieodpowiedzialnych ojców ich dziecka.

Kryspin

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Kolęda: wizytacja, czy spotkanie przyjaciół?

 


Mała parafia, oddalona od głównych szlaków komunikacyjnych, z kościółkiem posadowionym na lekkim wzgórzu, który otulają okoliczne gospodarstwa z domkami nie odnawianymi od lat.

W tej sielskiej wspólnocie jest ledwie 700 dusz, jak zwykło się określać ilość wiernych przynależnych do społeczności deklarującej swoją przynależność wiary.

Obok świątyni roztacza się magiczny ogród, nieco przygasły w zimowej scenerii, ale i tak budzący wyobraźnię przyszłego, wiosennego piękna.

Nie zawsze było tu tak pięknie, bo zaledwie kilkanaście lat temu, było to miejsce, które budziło strach duchownych, mających się tam zadomowić w duszpasterskiej, proboszczowskiej posłudze.

Świątynia jawiła się jako zaniedbany, przez długie lata nie remontowany przybytek, a plebania mieszcząca się nieopodal przypominała raczej pieczarę, ze śladami niedawnego pożaru, który prawie doszczętnie pozbawił ją funkcji mieszkalnych.

Tylko jeden z kapłanów przyjął bez skwaszonej miny decyzję biskupa i przyjął na siebie ciężar bycia proboszczem w tak niegościnnym miejscu.

Jak mi powiedział w trakcie moich odwiedzin, od samego początku poczuł, że to miejsce i ludzie z tej zapyziałej wspólnoty oczekiwali na kogoś takiego jak on.

Uporządkowanie zaniedbań zajęło mu kilka dobrych lat, a najgorszym było przezwyciężenie nieufności miejscowych, którzy początkowo traktowali go jak kogoś na chwilę, by przykładem poprzedników salwować się ucieczką z tego zapomnianego przez Boga i ludzi miejsca.

Ponad trzy lata mieszkał w jednym pokoiku, którego nie strawił pożar; tam spał, jadł skromne posiłki przygotowywane na starym piecyku i przyjmował rzadkie wizyty parafian, którzy musieli skorzystać z biura parafialnego.

Na ich hojność nie miał co liczyć, zwłaszcza po pierwszej kolędzie, kiedy zrozumiał, że sami niewiele mieli i w wielu przypadkach bardziej od niego potrzebowali wsparcia.

Nic tylko się rozpłakać i liczyć na to, że może kościelni zwierzchnicy nie pozwolą mu zbyt długo

być w tym miejscu zsyłki?

Takie czarne myśli niejednokrotnie towarzyszyły mu przed spaniem, ale zaraz odganiał od siebie je i niejednokrotnie sam sobie powtarzał, że ci ludzie nie zasługują na to, aby zawieść rodzącą się w nich nadzieję.

Teraz, kiedy wspomina tamten czas, uśmiecha się, bo najgorsze minęło i zrozumiał, że to miejsce jest jego przeznaczeniem, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Od ponad dziesięciu lat już nie organizuje tradycyjnych odwiedzin duszpasterskich, a zamiast tego często wprasza się do domów swoich parafian przy okazji ich rodzinnych uroczystości, i wcale nie czuje się tam nieproszonym gościem.

-„Przez lata poznałem ich wszystkich, dzieciaki rozpoznaję po imieniu, znam ich bolączki codzienności, i staram się im zaradzać nie tylko dobrym słowem, ale i w innym, egzystencjalnym charakterze także.

-Spotykam się z moimi przyjaciółmi z parafialnej trzódki bardzo często i znam ich na wylot. Oni także znają mnie równie dobrze i wiedzą, że także mam swoje ciemne sprawy z przeszłości, ale to tylko sprzyja naszemu wzajemnemu zaufaniu i dlatego mogę bez nuty wyższości kreślić nam wszystkim zadania jakie stawia przed nami nasz jedyny szef, Chrystus.”

W naszych parafialnych wspólnotach właśnie rozpoczyna się, choć poturbowany pandemią, czas duszpasterskich wizyt, tradycyjnej kolędy, która większości z nas kojarzy się z corocznym zbieraniem kopertowych danin i nic ponadto, a szkoda.

I tu mam gorącą prośbę do naszych kapłanów, aby te odwiedziny nie traktowali tylko jako swoistą wizytację, a coś w rodzaju spotkania przyjaciół.

Aby jednak tak się stało, potrzeba otwartej szczerości i rozmowy, w której ponad rozliczenia z religijnej poprawności, ważniejszym stanie się rozmowa przyjaciół, którzy w równym stopniu są świadomi odpowiedzialności za kierunek wyznaczony przez Zbawiciela.

Kryspin

wtorek, 21 grudnia 2021

Czy Bóg kolejny raz przegrywa?

 


Jak co roku pod koniec grudnia w naszych kościołach będzie przypominany fragment z Ewangelii św. Łukasza o narodzinach przyszłego Zbawiciela, który przyszedł na świat w bardzo nieciekawych okolicznościach.

Ubogi cieśla, wraz z poślubioną Maryją, odpowiadając na wezwanie cezara Augusta, przybył do swojego rodowego miejsca pochodzenia, Betlejem.

Ewangelista dość szczegółowo relacjonuje okoliczności narodzin ich dziecka, które na świat przyszło w skalnej grocie, miejscu przeznaczonym na tymczasowe schronienie dla bydła, bo jak zaznaczył św. Łukasz:”Nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Pewnie przemilczał przykrą przyczynę ich niedoli jaką z pewnością był fakt, że Józefa zwyczajnie nie było stać na opłacenie bardziej stosownego miejsca dla swojej rodziny.

I na tym można by zakończyć opis tego paradoksu historii, w którym najważniejsze wydarzenie dokonało się w tak spektakularnie przykrych okolicznościach, ale może warto pochylić się nad tym Bożym planem, po przecież dla nikogo nie jest tajemnicą, że to On wybrał takie okoliczności do narodzin swojego Syna.

Bóg wybrał te okoliczności, w których jego najważniejszy posłaniec od pierwszej chwili skazany został na bycie poza historią toczącą się tak niedaleko, ale jednocześnie na tyle odległej, że tylko nielicznym dane było bezpośrednio przeżywać ten cud ostatecznego zbliżenia Boga ze swoim ludem.

Pewnie dopiero po czasie wielu z wyznawców Nauczyciela z Nazaretu odczuwało swoisty wstyd, że przegapili początek historii jego pojawienia się pośród nich. Nie dało się jednak cofnąć czasu, choć wielu bardzo dużo by dało, aby naprawić przegapioną szansę.

Z takim moralnym kacem, choć może po latach, musieli się mierzyć także właściciele rozsianych wokół Betlejem zajazdów i ci, którzy w tamtym czasie gościli się w ich wnętrzach, i pewnie u niejednego tłukły się myśli typu: „gdybyśmy wiedzieli”, ale to już był tylko spóźniony żal.

Dla nas to już bardzo odległe czasy, kiedy Bóg narodził się w judzkim miasteczku i pozostało już tylko wspomnienie tamtych zdarzeń, które dzięki tradycji wiary naszych przodków zostało nam zadane, abyśmy mogli być częścią depozytu tego zdarzenia.

No i tu rodzi się problem, jakby historia miała zatoczyć koło, bo trudno nie odnieść wrażenia, że sprawa zbratania się Boga ze swoim ludem, kolejny raz zdaje się przegrywać z biegiem czasu.

Dziecię narodzone w betlejemskim żłobie zdaje się ponownie przegrywać z tym co jest dzisiaj.

Owszem, prawie z każdego kąta naszego życia zdają się wręcz krzyczeć wszelkiego rodzaju reklamy, że zbliża się ten wyjątkowy czas, kiedy zatrzymamy się w codziennym pędzie i zasiądziemy w gronie najbliższych przy odświętnych, suto zastawionych stołach, aby cieszyć się tym magicznym dniem.

Magicznym, czyli jakim?

Czy nadal będzie to rozpamiętywanie wydarzenia sprzed wieków, które było początkiem naszego odkupienia?

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że istota przeżywania betlejemskiego cudu jakoś zbladła, albo wręcz rozmyła się w naszym dzisiejszym świecie.

Owszem, na ulicach naszych miast kolorowe iluminacje podkreślają wyjątkowość obecnego czasu, ale małego Jezusa trudno szukać w świątecznych ozdobach, bo tam królują kolorowe bombki, ewentualnie symbole śnieżnych płatków.

W przedświątecznym zabieganiu media karmią nas inflacją ubolewając na wszędobylską drożyzną i ani słowa o tym co jest istotą tego czasu, który determinuje zbliżenie się Boga, który narodził się w biedzie, a jednak dał nam radość nadziei.

Jeżeli do tego dołożyć propagowanie poprawności wobec tych, dla których te święta niewiele w sobie niosą i należy dlatego unikać „drażniących” ich symboli, to trudno nie odnieść wrażenia, że kolejny raz mały Bóg przegrywa walkę o nasze sumienia.

Kryspin

niedziela, 12 grudnia 2021

Układ zamknięty

 

Kiedy Izraelici postanowili skierować swoją historię na drogę wolności, opuścili Egipt, gdzie przez stulecia przeżywali czas niewoli.

Mojżesz stanął na czele tego pochodu ku lepszemu jutru i skierował ich drogę na pustynię, poza którą rysował się dla nich kraj miodem i mlekiem płynący.

Fascynująca perspektywa miała się jednak dokonać dopiero po czterdziestu latach tułaczki, na co sami sobie zapracowali uwikłani w spory i tkwienie w układzie zwaśnionych plemion, bez wspólnej wizji.

Trzeba było długich lat oczyszczenia, by wymarło to pokolenie, które było odpowiedzialne za pielęgnowanie tego chorego układu, i tak się stało.

Minęło już sporo czasu od tamtych zdarzeń, a historia nadal uczy nas, że niekiedy potrzeba czasu, niekiedy bardzo długiego upływu lat, by skruszyć pęta układów determinujących rzeczywistość.

Mamy takich przykładów obecnie aż nadto, kiedy chociażby obserwujemy próby naprawy chorych układów w naszej rzeczywistości.

Można by teraz wspomnieć chociażby sprawę reformy naszego sądownictwa, w którym układ zamknięty nadal ma się dobrze i chroni swoje poletko w myśl zasady, aby nadal było jak do tej pory, i pewnie w tym przypadku potrzeba czasu, aby wymarło to pokolenie, które jest odpowiedzialne za ten stan.

Nie inaczej sprawa się ma w przypadku naszego Episkopatu, który jak nikt inny manifestuje zasadę konserwowania swoistego układu zamkniętego.

Płonne zdały się nadzieje, które zwolennicy „przewietrzenia” w tej instytucji wiązali z dopiero co zakończoną wizytą Ad Limina Apostolorum naszych biskupów w Watykanie.

Najbardziej optymistycznie nastawieni liczyli na swoiste trzęsienie ziemi i efekty w stylu chilijskim, kiedy to Franciszek zdymisjonował cały tamtejszy episkopat, ale nic z tych rzeczy nie miało miejsca.

Nasi hierarchowie, stosując zasadę kroków wyprzedzających, zdali stępić gniew swojego szefa i dokonali swoistej samokrytyki, uznając, że owszem, nie wszystko było cacy, ale biskupi ubabrani w skandale albo odeszli (ze względu na wiek lub stan zdrowia) na ciepłe emeryturki, a pozostali zdołali przekonać watykańskie szefostwo, że starali się, choć być może mało skutecznie.

Izraelitom porzucenie starych układów zabrało czterdzieści długich lat i oceniając ich dokonanie z perspektywy naszego czasu dochodzę do gorzkiego wniosku, że ta historia może wcale się nie powtórzyć, bo współczesny układ zamknięty, w którym tkwi między innymi nasz Episkopat, wyciągnął naukę z tamtego zdarzenia, i nie jest to zbieżne z tym doświadczeniem sprzed wieków.

Naszym biskupom wcale nie zależy na zmianach, o czym świadczą także ostatnie decyzje o przyznawaniu godności biskupich nowemu narybkowi do kościelnej wierchuszki.

Szerokim echem odbiła się ostatnio decyzja jednego z najważniejszych hierarchów naszego Kościoła, który na swojego biskupa pomocniczego wybrał kapłana budzącego wiele kontrowersji w samych szeregach duchownych jego archidiecezji, którzy mówią wprost, że jest on ulubieńcem swojego zwierzchnika, nie koniecznie nadając się na takie wyróżnienie.

W cieniu tej nominacji stoi sam Franciszek, bo przecież to on miał decydujący głos w tej sprawie, i albo nie wiedział o kontrowersjach związanych z tą nominacją, albo po prostu miał w głębokim poszanowaniu głosy tych, którzy otwarcie negowali słuszność tej decyzji.

Obrońcy Franciszka z pewnością podniosą głos uznając, że Papież nie znając wszystkich kandydatów do kościelnych zaszczytów, musi polegać na głosie swoich dalece wyżej postawionych

współpracowników i w takim toku rozumowania tenże wybór jest jak najbardziej zasadny.

Pewnie jest wiele racji w takim stanowisku, ale jednocześnie trudno jest się oprzeć wrażeniu, że takie nominacje swoich „dzieci” przez niektórych hierarchów jasno dowodzą, że jedyną ich troską jest pielęgnowanie tego zamkniętego układu, który gwarantuje, że nadal będzie tak jak było.

A droga ku Ziemi obiecanej?

No cóż, może dla nich ona jest już tu i teraz?

Kryspin

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Prawo stuły

 


Gdybyśmy się przenieśli oczami wyobraźni zupełnie niedaleko, bo zaledwie kilkaset kilometrów na zachód od naszych granic, to obserwując sytuację Kościoła u naszych sąsiadów, mogłyby nas przejść ciarki.

Najbardziej mrożącym krew naszej religijnej poprawności byłby obraz opustoszałych świątyń, które zatraciwszy swój dawny, sakralny charakter, stały się często obiektami przeznaczonymi na sprzedaż, lub co gorsza budynkami do wyburzenia, kiedy nie znalazły świeckich nabywców mających pomysł na ich dalsze trwanie.

Póki co u nas nie jest jeszcze tak źle, zdają się mówić nasi hierarchowie, choć coraz częściej i oni wyrażają swój niepokój co do przyszłości.

A jest się o co martwić, kiedy rzeczywistość, i nie tylko z powodu niekończącej się pandemii, musi budzić niepokój.

Do przeszłości i to nieodwracalnej przeszło powiedzenie, że:” kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dogodzie”.

Tak już jest, że to co zadziało się na zachodzie, niechybnie stanie się także i u nas i co do tego nikt nie ma wątpliwości.

Nasze tabloidy raz po raz publikują analizy związane z kieszenią naszego Kościoła, i tak stało się ostatnio za przyczyną reportażu:”Prawo stuły”, w którym dziennikarz korzystając z możliwości rozmowy z kilkoma duchownymi, przybliżył czytelnikom składowe parafialnej kasy.

Biorąc za przykład typową parafię z ponad tysiącem duszyczek, okazało się, że ich włodarze w sutannach już wcale nie są finansowymi krezusami i bardzo muszą się gimnastykować, aby ich comiesięczne dochody równoważyły wydatki związane z utrzymaniem kościelnego gospodarstwa.

Co prawda obecny obraz finansów parafialnych zaburza przeciągający się stan covidowego kryzysu, to jednak nie jest jedynym niepokojącym symptomem zwiastującym nadchodzące chude lata dla ich kieszeni. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że daleko groźniejszym dla ekonomicznej wydolności parafialnego gospodarstwa jest postępująca obojętność duszyczek na kościelne przykazanie, które dotąd w miarę skutecznie przynaglało ich do wypełniania obowiązkowego zaliczania świątecznej liturgii.

To jednak tylko jeden z symptomów wyznaczających trudną sytuację naszego Kościoła, który coraz wyraźniej jawi się być kolosem na glinianych nogach.

Drugą, póki co wyciszaną przez naszych hierarchów nadchodzącą zgryzotą jest perspektywa braków kadrowych, czyli kryzys nowych powołań do służby ołtarza.

Pewnie, że w formie swoistej protezy mającej zaradzić narastającemu problemowi, można dokonywać łączenia parafialnych wspólnot, by jeden ksiądz mógł, wzorem swoich misyjnych kolegów, odprawiać niedzielne nabożeństwa w kilku sąsiadujących ze sobą kościołach, ale na dłuższą metę ma się to ni jak do duszpasterskiej posługi w dotychczasowym rozumieniu i będzie kolejnym krokiem do zaniku emocjonalnego związku wiernych ze wspólnotą, której już tak naprawdę nie będzie.

I dochodzimy do sedna problemu i jedynej nadziei na odwrócenie tej równi pochyłej, na której znalazł się ten moloch.

Przed ludźmi w sutannach staje dzisiaj problem powrotu do fundamentalnej pracy nad przywróceniem świadomości w sercach szeregowych członków parafialnych wspólnot, że Kościół to nie tylko biskupi i księżą przechadzający się po parafialnych obejściach, ale także i oni, może i małe trybiki, ale jakże ważne, aby tam machina miała w ogóle jakikolwiek sens.

To z pewnością trudne zadnie, zważywszy, że przez bardzo długi czas w umysłach wiernych pielęgnowano przekonanie, że Kościół to hierarchiczny byt, w którym laikat to tylko bezrozumna glina potrzebna do budowania wielkości budowli zarezerwowanej tylko dla wybranych.

My wszyscy jesteśmy Kościołem, niezależnie od tego, czy mamy sutannę, nawet purpurową, zakonny habit, czy zwyczajną koszulę wkładaną na odświętny dzień.

Chrystus zakładając tę wspólnotę nie różnicował ważności członków, bo wszyscy stanowić mieli jedno Ciało.

Kryspin

niedziela, 28 listopada 2021

Rydwan od władz

 


Czasem trudno zająć stanowisko wobec tekstów, którymi jestem częstowany w korespondencji od niektórych czytelników „Księdza w cywilu”, i nie chodzi o to, że mają odmienne zdanie na temat moich przemyśleń, bo przecież każdy ma prawo do swojego stanowiska, ale trudno polemizować z kimś, kto akcentując swój pogląd, jednocześnie posługuje się językiem nie pozostawiającym miejsca na inne zdanie.

Tak było w przypadku maila podpisanego z imienia i nazwiska z dopiskiem: zwykły normalny Polak.

Czytelnik wyłuszczył szczegółowo swoje żale w stosunku do Kościoła oplatając je ostrym atakiem na polityków obecnie reprezentującym obóz władzy, wiążąc te dwa byty jako największych wrogów zwykłych, normalnych Polaków i jak można domniemywać, wierzących ludzi.

Choć skupił się szczególnie na jednym z ministrów obecnego rządu, to ostrze krytyki było skierowane na całą formację, którą przyrównał do targowicy XVIII wieku, kiedy wskutek partykularyzmu niektórych możnych tamtego czasu, spadło na naszą ojczyznę nieszczęście mające później skutek w okresie rozbiorowej gehenny.

Przy tej okazji dołączył do tego grona naszych biskupów, jako agentów reprezentujących interesy Rzymskiego hegemona, który za nic ma dobro jakiejś tam Polski, bo liczy się tylko korzyść watykańskiej centrali.

Trochę nie pasuje mi w tym wszystkim zakończenie tego zbioru zarzutów, kiedy czytelnik zwraca się do samego szefa kościelnej centrali, wyrażające nadzieję, że jeszcze długo w zdrowiu będzie rządził tą instytucją.

Pewnie można by pozostawić to bez odpowiedzi odkładając go na półkę z adnotacją, że był to tylko głos jakiegoś frustrata wylewającego swoje urojone żale, ale po dłuższym zastanowieniu doszedłem do przekonania, że jest coś w tym, co winno niepokoić.

Z pewnością czytelnik miał rację przywołując błędy naszego Kościoła z minionych wieków, przez co zapisał on mało chlubną historię, od której nie może się odcinać.

Sęk w tym, że w obecnej sytuacji nasi hierarchowie w jakimś stopniu powielają błędy przeszłości ładując się do rydwanu, który podstawiają mu obecne władze.

I tu mam zgryz, kto w tej układance rozdaje karty?

Czy to władzom zależy na przychylności ludzi w purpurach i dlatego podejmują decyzje o swoistej klerykalizacji naszej rzeczywistości, czy samemu Kościołowi wprost zależy na zapewnieniu sobie uprzywilejowanej pozycji w obecnych realiach?

Nie starając się odpowiedzieć na to pytanie, można jednak stwierdzić, że nikomu nie wyjdzie na dobre pielęgnowanie takiego układu.

Rządzący wprost idą na zwarcie z opozycyjnymi siłami, które skwapliwie wykorzystują taką polaryzację naszego życia, bo przecież nie wszystkim odpowiada taki sojusz ołtarza z tronem.

Sam Kościół także traci na tym „sprzyjającym” póki co układzie, bo wielu wiernym wcale nie zależy na przychylności władzy, bo jak uczy historia, ona skazana jest na zmianę.

Z racji wieku nalezę do pokolenia, które pamięta czasy, kiedy Kościół po ciemnym okresie powojennej marginalizacji prowadzonej przez siły wyraźnie mu nie sprzyjające, zachował swoją autonomiczną tożsamość i trwał wzmocniony siłą wiary pokolenia, które nie zwiodło się mirażem nowego ładu.

Dla młodszego pokolenia to już jednak tylko historia i trudno mu dokonywać ocen czasu, który znają tylko z relacji starszych.

Póki co wśród naszych hierarchów w znakomitej większości przeważają ludzie mojego wieku lub nawet starsi i dziwi mnie to, że zostali ogarnięci swoistą historyczną amnezją i nie pamiętają, że dobrostan kościelnego poletka jest równoznaczny z autonomią wolną od pokus przywilejów od władzy, bo ona jak łaska pańska na pstrym koniu się porusza i w efekcie ni jak nie przystaje do prawdy o Kościele, którego trwanie zapewnił sam Chrystus, bez konieczności przyjaźni z cesarskim tronem.

Kryspin

poniedziałek, 22 listopada 2021

"Marzy mi się orędzie"

 

Otrzymałem niedawno list od czytelnika, który wyraził troskę i niepokój o przyszłość instytucji, której stał się członkiem od chwili chrztu.

W pierwszej chwili odniosłem wrażenie, że moja skromna osoba nie jest najbardziej stosownym adresatem jego apelu, ale później odniosłem wrażenie, że on w bezsilnej trosce zrozumiał, że może za moim pośrednictwem ten apel znajdzie lepszą drogę do uszu i sumień tych, którzy byli rzeczywistymi adresatami jego słów.

Może miał rację, bo choć i ja niekiedy odnoszę wrażenie, że i moje medialne przemyślenia trafiają w próżnię, to jednak wiem, że w kościelnych kręgach „Ksiądz w cywilu” ma stałych czytelników, i to budzi moją nadzieję.

„Czy podjąłby się Pan wyjaśnienia, dlaczego władze kościelne milczą w zaistniałej sytuacji społecznej, obyczajowej i politycznej? Przecież doskonale widać jak społeczeństwo jest podzielone, kościoły pustoszeją, destrukcja demokracji postępuje a wolność obywatelska jest zagrożona. W mojej ocenie na dobry początek wystarczyłoby jednostronicowe, zgrabne oświadczenie do wiernych, aby pobudzić ludzi do myślenia i rozpocząć naprawę tej chorej sytuacji. Czyż Kościół Katolicki nie powinien być drogowskazem na suwerena? Nie ma już innych autorytetów. Trzeba sprawę postawić jasno. Marzy mi się, że w najbliższą niedzielę usłyszę orędzie, w którym zostałyby poruszone najbardziej palące sprawy.”

W dalszej części apelu następuje swoiste wyliczenie najważniejszych spraw, w których Kościół winien zabierać głos, ale w ramach swoich kompetencji i duszpasterskiej troski, jak chociażby w kwestii aborcji, która dla wierzących zawsze jest czymś moralnie złym i to winno przyświecać jego nauczaniu, ale winno ono być kierowane przede wszystkim do ludzi wyznających religijne wartości.

Kolejnym tematem krytycznego stanowiska mojego korespondenta stał się niczym nie uzasadniony „fenomen” Radiu Maryja, które według niego jest szkodliwym medium, dzielącym społeczeństwo i jako takie nie powinno zasługiwać na hołubione kościelnych władz.

Wreszcie sprawa nieustannego przyklaskiwania władzom, które wielokrotnie podejmują działania obliczone na podział wśród społeczeństwa, co także nie służy samemu Kościołowi i skutkuje narastającym kryzysem.

Milczenie wobec nacjonalistycznym środowiskom ni jak nie przystającym do filozofii miłości wobec wszystkich ludzi, to kolejny błąd zaniechania w kościelnym stanowisku.

I na koniec podsumowanie, którym zostałem zobligowany do zajęcia stanowiska:

Ciekaw jestem Pańskiej opinii w tej sprawie, bo szacuję, że czasu na dobrą zmianę w Kościele mamy tylko na jedno do dwóch pokoleń Polaków.

Pozdrawiam”

No cóż, podzielam ten niepokój i także uważam, że Kościół nie ma czasu na bierne oczekiwanie, iż ktoś za niego załatwi palące sprawy; a kunktatorstwo, bo tak trzeba nazwać jego bierność wobec stawianych w tym liście problemów, w prosty sposób doprowadzi do jego marginalizacji i ostatecznie upadnie jego moralny autorytet.

Kryspin

wtorek, 16 listopada 2021

Człowiek nie powinien być owocem naukowej hodowli

 


Galton, uważany za ojca nowej dziedziny wiedzy twierdził, że zdolność rozwoju każdej cywilizacji uzależniona jest od kondycji psychicznej i fizycznej rasy ludzkiej. Badania statystyczne nad wybitnymi rodzinami umocniły go w przekonaniu, że większość cech fizycznych i psychicznych, zarówno zamiłowanie do poezji, jak i skłonności zbrodnicze, przekazywane są z pokolenia na pokolenie w procesie dziedziczenia. Galton uważał, że najprostszym remedium na wzrost przestępczości, samobójstw, dewiacji, alkoholizmu, niedorozwoju umysłowego i wrodzonego kalectwa jest naukowa hodowla człowieka. Zachęcaniem zdolnych, majętnych do płodzenia dużej liczby potomstwa i uniemożliwianiem prokreacji „małowartościowym” miała się zająć nowa nauka – eugenika.

„Naukowa hodowla człowieka” eliminująca w zarodku możliwość patologii, także w sferze fizycznej, miała być wyrazem postępu i nadziei dla ludzkości.

Od czasu, kiedy głosił swoje „naukowe” przemyślenia minęło już sporo lat i wiele się zadziało.

Przez historię przetoczył się koszmar nazizmu, który w pogoni za doskonałością rasy skwapliwie wykorzystywał przemyślenia twórcy eugeniki, tworząc ułudę doskonałości rasy nadludzi, i nic to że tworzenie doskonałości związane było z nieznanym dotąd w historii okrucieństwem, na które skazano miliony tych gorszych, bo liczył się tylko końcowy „zysk”.

Kiedy ostatnio odżyła sprawa aborcji na życzenie, która na ulice naszych miast wyprowadziła tysiące zwolenniczek dowolności w tym zakresie, zastanowiłem się nad prawdziwym powodem tych protestów.

Owszem, liderzy tych wystąpień powoływali się na potrzebę ochrony zdrowia potencjalnych matek, ale największą traumą, na którą remedium miałaby być możliwość przerwania ciąży bez zbędnego tłumaczenia się, stał strach przed urodzeniem dziecka obciążonego wadami genetycznymi lub niedorozwojem fizycznym, ale to nie jedyne powody decyzji o zakończeniu ciąży, o czym stanowi jasno postawione żądanie dowolności aborcji we wczesnym okresie.

Póki co nasz ustawodawca staje w opozycji wobec żądań zwolenników nowoczesności, którą już przecież zaakceptował „postępowy” świat, który szeroko otworzył drzwi do eugeniki w nowym wydaniu i tylko kwestią czasu zdaje się być i u nas nieuniknione.

W cieniu tych moralnych zawirowań stanął polski Kościół, który znalazł się w sytuacji niezręcznej, bo przecież teraz jest w miarę po jego myśli, chociaż „nowe” zaczęło dobijać się do kurialnych drzwi, kiedy pod biskupimi rezydencjami zatrzymywali się uczestnicy protestów jasno manifestujący swój sprzeciw wobec fundamentalizmu tej instytucji w tejże kwestii.

Pewnie nie potrzeba być prorokiem, aby przewidzieć, że Kościół znalazł się na przegranej pozycji w tej batalii o rząd dusz, bo dla nikogo nie było czymś zaskakującym, że na ulicach naszych miast w jednym szeregu maszerowali ludzie wolni od kościelnej przynależności razem z tymi, którzy często dołączali do ich grona po dopiero co zaliczonej niedzielnej liturgii.

Trzeba jasno powiedzieć, że nie da się zadekretować poprawności poglądów w kwestii tak poważnej i delikatnej jak prawo do życia poczętego dziecka, i nic, nawet najbardziej restrykcyjna rządowa ustawa nie zastąpi mądrego podejścia Kościoła do tej kwestii.

I nie chodzi tu o konformizm wobec narastającego sprzeciwu tych, którzy wyznają inne wartości, aniżeli głoszona przez wieki doktryna instytucji nie będącej dla nich żadnym odniesieniem.

Bierne wyczekiwanie na rozwój wydarzeń i swoiste kunktatorstwo obliczone na korzyści mariażu „ołtarza z tronem”, to także prosty sposób na spektakularną porażkę.

Kościół nie może być niemym w kwestii prawa do życia każdego poczętego dziecka, ale swoje duszpasterskie nauczanie powinien kierować przede wszystkim do tych, którzy może w zawirowaniach życia pogubili wartości, które kiedyś wyznaczały ich „kręgosłup” wiary”.

Kryspin

niedziela, 7 listopada 2021

"Niewinni" o brudnych sumieniach

 


U ciężarnej kobiety lekarze stwierdzili wady rozwojowe płodu i dodatkowo wystąpiły u niej dodatkowe powikłania bezpośrednio zagrażające jej życiu.

W szpitalu jednak nie zrobiono nic, aby ratować matkę tłumacząc medyczną bezczynność restrykcyjnym orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego, który zaostrzył kryteria dozwalające na przerwanie ciąży.

Kobieta, której nie udzielono należytej pomocy lekarskiej zmarła i to wyzwoliło gniew środowisk popierających dowolność w zakresie aborcji, czego przejawem stały się kolejne demonstracje tychże środowisk.

Co prawda nie jestem lekarzem, jak i pewnie większość wyrażających swoją złość po niepotrzebnej śmierci niedoszłej matki tego, to jednak zastanawiam się dlaczego do tego doszło?

Przecież ustawa wyraźnie mówi, że w przypadku zagrożenia życia kobiety przerwanie ciąży jest zgodne z prawem i nic nie stało na przeszkodzie, aby medycy z powiatowej lecznicy z tego prawa skorzystali.

Jeżeli nawet komuś z lekarzy zdawało się ,że prawo jest w tym wypadku nie dość precyzyjne, to zważywszy na zaawansowanie ciąży (22 tydzień), mogli potraktować medyczną interwencję jako poród z zastosowaniem cesarskiego cięcia, które uratowałoby matkę i może dziecko także, bo ono było już na tyle dojrzałe, że mogłoby przeżyć ze szpitalnym wspomaganiem.

Najbardziej przykrym w tym wszystkim jest to, że osobistą tragedię rodziny, którą spowodowało zaniedbanie lekarzy, niektóre środowiska wykorzystały do podsycania kampanii przeciwko samej ustawie, która powstała, aby dać prawo do życia wszystkim, także tym dzieciom, które z przyczyn niezależnych od nikogo urodziłyby się może mniej doskonałe, to przez rodziców byłyby kochane pomimo kalectwa, jakiego doświadczyły.

Jakby w ostatnich dniach było mało emocji, to z pewnością takowe wywołało publiczne wystąpienie przedstawiciela naszego Episkopatu przy okazji dopiero co minionych świąt Wszystkich Świętych.

I może nie byłoby sprawy, bo przecież naturalnym zdawałby się fakt, że przy okazji kościelnego święta należało się spodziewać głosu hierarchów, ale osoba, którą wyasygnowano do tej formy kontaktów z wiernymi już nie do końca zdawała się być trafnym wyborem.

Co prawda abp Dzięga dopiero co w kwietniu został uhonorowany nagrodą KUL-u im. Stefana Wyszyńskiego Prymasa Tysiąclecia, którą przyznawało Stowarzyszenie Absolwentów i Przyjaciół Wydziału Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego "za wybitne osiągnięcia naukowe, dydaktyczne, zawodowe bądź organizacyjne mające na celu szerzenie zasad katolickich zgodnie z zasadą „Deo et Patriae", to jednak ogon zarzutów tuszowania spraw pedofilii podległych mu przez lata duchownych i to, że nigdy nie przeprosił ich ofiar, pozbawił go prawa do moralizatorskich orędzi.

Trudno nie odnieść wrażenia, że ironią podszyty stał się tytuł:”Dei et Patriae”, kiedy Bóg miałby legitymizować brak empatii w sprawach ludzkich krzywd, a tak było w przypadku tego uhonorowanego.

Nie można się więc co dziwić, że jego wystąpienie od razu spotkało się z licznymi krytycznymi komentarzami, w których głos dezaprobaty wyraziły nie tylko skrzywdzone przez kler ofiary kapłańskich chuci, ale także i ci, którzy poznali z dziennikarskich relacji ciemne strony jego wybiórczej moralności.

Pewnie czytelnikom zrodziło się pytanie dlaczego dzisiaj połączyłem tragedię zmarłej, ciężarnej kobiety z wystąpieniem kościelnego dostojnika?

Odpowiedzią na nie niech będzie głos jednego z dziennikarzy, który wyraził swoją opinię słowami:

-"Abp Andrzej Dzięga z okazji Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego wygłasza orędzie w imieniu Episkopatu.

Trafny wybór - jako obrońca pedofilów pewnie nie jedną ofiarę wpędził do grobu"

Kryspin

poniedziałek, 1 listopada 2021

Uroczystość Wszystkich Świętych niesie nadzieję

 


W życiu człowieka są dwie najpewniejsze sprawy: podatki i śmierć, przypomina nam to znane chyba wszystkim powiedzenie.

I wiele w tym jest racji, bo w dzisiejszym świecie, który oplata rzeczywistość instytucjami kontroli naszej zawodowej aktywności, każdy musi się liczyć z koniecznością danin od osobistych dochodów, aby zaspokoić budżet państwa, by ten później rozdzielał zebrane środki ku dobru wspólnemu.

Niekiedy trudno jest nam akceptować tę zasadę, ale odrzucając subiektywizm naszego niezadowolenia, nie pozostaje nam nic innego, jak zgodzić się na ten stan.

Daleko sprawiedliwszym ostatecznym rozwiązaniem zdaje się być śmierć, druga najpewniejsza rzecz, od której nikt nie może się uchronić.

Niezależnie od statusu społecznego, wielkości konta bankowego, i tak na koniec wszyscy doświadczą ostatniego tchnienia, które zakończy ich przygodę zwaną życiem.

Może dlatego tajemnica śmierci, odejścia, od zarania dziejów fascynowała ludzkość i w najstarszych artefaktach spotykamy ślady kultu tej najpewniejszej w życiu każdego człowieka sprawy.

Śmiem twierdzić, że kult odejścia człowieka ze świata żywych jest swoistą praprzyczyną powstania wszystkich religii, które jak gdyby dołożyły się do odwiecznego sprzeciwu wobec ostatecznego odejścia kogoś bliskiego, kto nie mógł przecież tak nagle, w jednej chwili stać się tylko bolesną przeszłością.

Nie inaczej jest także w naszej religii, która zbudowana jest na filozofii życia, w ostatecznym rozrachunku zwyciężającym pozorny tryumf śmierci.

Dla wierzących drogowskazem budzącym nadzieję na ostateczną wygraną w tej osobistej batalii jest sam Chrystus, który przeżył czas umierania i poddając się ludzkiemu przeznaczeniu doświadczył śmierci, to jednak ona nie stała się dla niego końcem.

Zmartwychwstanie stało się dopełnieniem jego zwycięstwa i wytyczyło drogę wiary dla wyznawców Nauczyciela z Nazaretu.

Jak co roku 1 listopada prawie wszyscy kierujemy swoje kroki do miejsc, do których kiedyś odprowadziliśmy tych, którzy dopełnili swojego czasu, i kolejny raz przy tej okazji przeżywamy tamten dzień ostatniego pożegnania.

Dzień Wszystkich Świętych winien jednoczyć naszą nadzieję, że życie bliskich nam zmarłych nie dobiegło do kresu, a jedynie uległo przemianie i nadal żyją, choć dla naszego pojmowania rzeczywistości trudno nam to pojąć.

Nasze spotkania przy mogiłach bliskich nam osób winny być tego wyrazem i nie potrzeba wcale komercjalnego blichtru, którym większość ulega, aby dać temu wyraz.

Osobiście nie jestem zwolennikiem festiwali grobów, który większość z nas urządza przy okazji tego dnia.

Pewnie teraz narażę się całemu cmentarnemu lobby, które liczy się w grube miliony, kasowane przez okazjonalnych biznesmenów zarabiających w czasie Wszystkich Świętych.

Może jednak tak musi być, bo trudno zmienić mentalność pielęgnowaną przez wieki.

To jednak nie znaczy, że nie można by kierować się umiarem i rozsądkiem w tym zakupowym szaleństwie.

I na koniec o taki sam umiar apelowałbym do gospodarzy religijnych spotkań tego dnia, kapłanów sprawujących liturgie na cmentarzach.

Osobiście budzą mój niesmak panowie z rad parafialnych, od początku liturgii przemierzających cmentarne alejki z koszami na datki.

Rezygnacja z tej formy przymusowej daniny byłaby także wyrazem taktu wobec tych wszystkich, którzy w tym dniu odwiedzają mogiły swoich bliskich bez religijnego podtekstu.

Może chociaż w tej scenerii zadumy można by się powstrzymać od wykorzystywania okazji do zasilania proboszczowskiej kasy, bo nawet wymyślone na tę okoliczność powody takiej kwesty nie usprawiedliwiają.

Kryspin

poniedziałek, 25 października 2021

Klękam bo wierzę

 


Dzisiaj chciałbym podzielić się informacjami mówiącymi, że „Ksiądz w cywilu” jest potrzebnym głosem, o czym świadczy systematyczna korespondencja od czytelników, którzy na tematy poruszane w moich artykułach dzielą się ze mną swoimi przemyśleniami.

Jestem wdzięczny za wszystkie głosy, także te polemiczne, bo świadczą one często o prawdziwej wiedzy z zakresu teologii i popierane są gruntowną znajomością Biblii będącej przecież zbiorem dogmatycznych prawd będących podstawowymi filarami naszej wiary.

Co prawda w niektórych opiniach spotykam się także ze stwierdzeniami jakby żywcem wziętymi z wykładów „oświeconych” aktywistów szczególnych tworów, na szczęście już z minionej epoki, kiedy to na przyspieszonych kursach określanych mianem szkół wyższych, tzw. WUML-ów, nabywali wiedzę negującą istnienie czegokolwiek ponadto, czym powinien żyć nowy człowiek, wolny od opium dla ludu jakim miała być wiara.

Te głosy są dla mnie równie ważne, bo prawie za każdym razem wyziera z nich pierwotne pragnienie poznania i zrozumienia tego, co dla każdego, także zdającego się być wolnym od kagańca wiary, jest istotne.

Oczywiście znakomitą większość korespondencji stanowią głosy szeregowych wiernych, którzy dzielą się swoimi spostrzeżeniami i często z prawdziwą troską odnoszą się do tematów poruszanych w mojej rubryce.

Głosy czytelników są dla mnie zawsze bardzo ważne i dlatego staram się odpowiadać na nie, niekiedy w osobistych mailach, a często w kolejnych tematach, którymi dzielę się na łamach gazety.

Napisał do mnie czytelnik z pytaniem, kiedy należy klękać w trakcie mszy świętej.

Pytanie zdaje się być mało ważne, ale mając na względzie dalece różne praktyki w sąsiadujących nieraz parafiach, wcale już takie bezprzedmiotowe nie jest.

Bezpośrednia odpowiedź zdaje się być prosta:

Klękamy dwa razy w czasie eucharystii: pierwszy raz w trakcie przeistoczenia, kiedy celebrans udzieloną mu mocą dokonuje przemiany chleba i wina w ciało i krew Chrystusa i drugi raz w trakcie ekspozycji konsekrowanego ciała Zbawiciela bezpośrednio przed komunią.

Odpowiadając na pytanie czytelnika chciałbym jeszcze odnieść się do staranności wykonania tego gestu pokory przed majestatem Boga.

Człowiek wierzący winien w pełni świadomie wykonywać pewne gesty i jeżeli ma to być przyklęknięcie, to nie jest to tożsame z gestem przykucnięcia, które nijak się ma do szacunku, który wierzący wyraża w postawie klęczącej.

Podobną sprawą jest gest zgięcia kolana przechodząc obok tabernakulum, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament. Większość przemieszczających się przed nim dodatkowo dokłada znak krzyża kreślony na swoim ciele, zupełnie niepotrzebnie.

No i mamy wtedy kolejny kwiatek bezmyślności, kiedy zamiast starannie wykonanego znaku krzyża mamy gest przypominający odganianie natrętnej muchy.

W przypadku ludzi starszych lub schorowanych równie odpowiednim gestem wyrażającym szacunek wobec Boskiego majestatu może być lekki skłon ciała z pochyleniem głowy i to całkowicie wystarczy.

Gest bardzo wiele znaczy, bo jest to znak wiary i wyraz świadomego szacunku wobec tego, w którym pokładam nadzieję.

Najwięcej problemów wierzący przeżywają, kiedy na ich drodze nagle pojawia się kapłan niosący Chrystusa do chorych. Te sytuacje zdarzają się niekiedy na szpitalnym korytarzu i wtedy wielu zakłopotanych odwraca się udając, że są bardzo czymś zajęci.

Zbawiciel nie domaga się bałwochwalczych pokłonów, ale taka sytuacja jest prostym sprawdzianem naszej wiary i pewnie można udawać, że nie zauważyliśmy go obok nas, ale możemy taką sytuację wykorzystać do zamanifestowania choćby minimalnego gestu szacunku wobec Niego.

Gest bardzo wiele mówi o naszej wierze, i tak niewiele kosztuje

Kryspin

niedziela, 17 października 2021

Wakacje Jasia

 

Po zakończonym roku szkolnym Jasiu zmierzał dziarskim krokiem w kierunku domu. Wydawał się być zadowolonym, bo rytmicznie radośnie podskakiwał i z uśmiechem przemierzał drogę.

Zaciekawiona sąsiadka zapytała, czy ma dobre oceny, które tłumaczyłyby jego dobry humor?

Szkrab zatrzymał się na chwilę i z niegasnącym uśmiechem odpowiedział: mam trzy oceny niedostateczne i pozostałem na drugi rok w tej samej klasie.

-Skąd więc u ciebie taki dobry nastrój- zdziwiła się kobieta.

-A co mi tam, jeszcze tylko raz dostanę manto, a później już tylko wakacje.-odpowiedział radośnie pogwizdując.

Nasi biskupi ostatnio przybyli do Watykanu, aby zaliczyć wizytę „Ad limina apostolorum”.

To jest swoiste podsumowanie ich duszpasterskiej aktywności, którym musieli się podzielić z biskupem Rzymu, czyli papieżem Franciszkiem, przyjmującym kolejne grupy polskich dostojników na prywatnej audiencji.

Poza zwyczajowym spotkaniem z głową Kościoła, hierarchowie byli także zobligowani do odwiedzin w watykańskich dykasteriach, by tam złożyć szczegółowe sprawozdania ze swoich obowiązków.

Gdyby polegać tylko na przekazywanych przez naszych dostojników informacjach o odbytych spotkaniach, moglibyśmy odnieść wrażenie, że wszystko było cacy, bo sam Papież, choć część z nich tego się wcześniej obawiało, okazał się być wyrozumiałym ojczulkiem i prawie nie okazał niepokoju, choć mógłby za niejedno wytargać ich za uszy.

Pewnie w tym samym tonie zaliczyli spotkania z innymi watykańskimi notablami, bo przecież zawsze można było „prawdę” pokazać w świetle jaśniejszym, a gdyby któremuś zachciało się kręcić nosem, to zawsze można by było odwołać się do niedawnej wizyty biskupów francuskich, no bo oni z pewnością wypadli bardziej blado i nie mieli się czym chwalić, kiedy religijność w ich diecezjach przeszła w fazę śladowych wielkości.

-Co prawda wiernych w kościołach jest coraz mniej i choć coroczny raport z liczenia duszyczek miałby ujrzeć światło dzienne dopiero za kilka miesięcy i przecież gołym okiem można zauważyć, że przybyło wolnych miejsc w modlitewnych ławeczkach, ale to pewnie przez pandemię, i wszystko jasne.

-Młodzież gremialnie zgłaszająca swoją niechęć do religijnej edukacji w szkolnych klasach, to też nie jest problem, bo przecież to taka przypadłość młodości i jak dorosną to z pewnością zmądrzeją.

-Ze skandalami obyczajowymi także sobie poradziliśmy, bo przecież powołano komisję do tych wstydliwości i już żaden wielebny nie ośmieliłby się folgować swoim żądzom, więc i ta sprawa została załatwiona.

-No a na koniec problem z naborem nowych pracowników do Pańskiej Winnicy, bo młodzi stali się niechętni do kapłańskiej kariery, to warto by było zauważyć, że przez lata to nasz Kościół zasilał kapłanami nawet najodleglejsze zakątki świata, więc może teraz przyszedł czas rewanżu i z misyjną posługą mogli by się pojawić u nas duchowni o innym kolorze skóry.

Najważniejsze to, aby mieć dobre samopoczucie i samozadowolenie ze swojej duszpasterskiej nieaktywności, a problemy?

No cóż, Kościół już wielokrotnie był narażony na tarapaty, ale jakoś przetrwał i może i tym razem wyjdzie wzmocniony?

Mentalność Jasia, który za nic sobie robił to, że zawalił rok nauki, bo ważniejszy dla niego był święty czas wakacyjnej laby, niestety w życiu się nie sprawdza.

On tylko sobie zrobił kuku.

Kiedy takim fałszywym zadowoleniem ze swoich zaniedbań żyją hierarchowie Kościoła, to krzywdzą wszystkich tych, którzy w nich pokładali nadzieję.

Kryspin