niedziela, 21 marca 2021

Dziurka od klucza

        Nasze życie uległo zmianie, i nie chodzi tu o nieuniknione, którym epatuje świat ze swoim postępem, bo w ostatnim czasie ono zostało przymuszone do zmian wszechobecnym wirusem najbardziej odciskającym swoje piętno na naszym osobistym zachowaniu.

Praktycznie każda dziedzina naszej aktywności została naznaczona piętnem tej zarazy.

Chyba już przyzwyczailiśmy się do pustych stadionów, sal koncertowych czy kin, a galerie handlowe przestały już być celem rodzinnych rozrywek, bo nawet trudno w nich posiedzieć przy słodkim deserze, kiedy spotykamy się z informacją, że łakocie czy inne pyszności są tylko na wynos.

Z odpryskami pandemii musi się mierzyć także Kościół, kiedy obostrzenia regulują nawet ilość wiernych w trakcie niedzielnych mszy i w mglistych barwach rysuje się perspektywa rodzinnego przeżywania wszelakich religijnych uroczystości.

Nadchodzące święta wielkanocne kolejny raz pewnie będą dotknięte zakazami i radość ze Zmartwychwstania będzie wyciszona niepewnością jutra, a plany naszych milusińskich szykujących się do pierwszego spotkania z Chrystusem Eucharystycznym, także zdają się wielką zagadką.

Póki co musimy godzić się z tą sytuacją i jedyne co nam zostaje, to życie nadzieją, że przecież kiedyś powróci normalność.

Niestety taką nadzieją nie może żyć Kościół, bo jego kłopoty nie pojawiły się wciągu ostatniego roku, a jedynie się zaogniły.

Problemem tej instytucji jest nienadążanie za zmianami, jakie niesie ze sobą świat, co starał się ostatnio zdiagnozować znany teolog ks. prof. Michał Heller w trakcie wywiadu, którego udzielił jednemu z portali internetowych.

Katolicki uczony dokonał swoistej retrospekcji poszukując przyczyn obecnego kryzysu Kościoła, odwołał się do jego nie zawsze chlubnej historii obfitującej niezliczoną ilością konfliktów wewnątrz tej instytucji, co owocowało niedomaganiem i kolejnymi kryzysami.

To wszystko jednak już jest tylko historią i pozostaje tu i teraz.

Generalnie Kościół przegrywa konserwatywnym oporem przed zmianami, co profesor zdefiniował pod koniec wywiadu:

...”Nie da się otworzyć nas współczesność, tkwiąc w starych strukturach i myśląc starymi kategoriami.

Uroczyste deklaracje, wygłaszane nawet w słusznych sprawach, jeżeli nie idą za nimi słuszne działania, nie stanowią otwarcia, lecz najwyżej beznadziejną próbę wychylenia się przez dziurkę od klucza....”

Dopełnieniem do tej smutnej konstatacji staje się ostatnie wystąpienie gospodarza Krakowskiej Archidiecezji, arcybiskupa Jędraszewskiego, który na spotkaniu z kapłanami wyraził ubolewanie z lawinowo rosnącej liczby aktów apostazji (oficjalnego wypisania się z kościelnych statystyk) wśród owieczek tamtejszej wspólnoty.

Antidotum na ten problem miałby być apel, który winni kierować duchowni do zbuntowanych, którym trzeba ukazywać Kościół jako ich Matkę i jednocześnie Ojca syna marnotrawnego, który nieustannie czeka na jego refleksję i samokrytyczny, pokorny powrót do wspólnoty.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że arcypasterz nie postarał się dociec przyczynom, dla których niektórzy wierni decydują się na tak spektakularny akt odejścia, i nie zauważa, że prawie zawsze za takim krokiem znajduje się coś więcej nad fanaberię rozkapryszonego dziecka.

-Jeżeli ktoś ponosi winę, to z pewnością nie my-to jedyne co wybrzmiewa ze słów Arcybiskupa.

Trwałość starych struktur i myślenie starymi kategoriami to rzeczywiście największy zgryz Kościoła, czego niestety nie zdają się zauważać ci, którzy póki co starają się szukać winy wszędzie i u wszystkich, skwapliwie nie zauważając belki we własnym oku.

Kryspin 

niedziela, 14 marca 2021

Lobby rozkwitłe na fikcji celibatu

 

Praktycznie każdy dzień oprócz rewelacji z  politycznych przepychanek przynosi nam kolejne kwiatki z kościelnego ogródka, i nie myślę tu wcale o skandalach mających zabarwienie pedofilskich ekscesów.

W najnowszych doniesieniach medialnych zostaliśmy ostatnio uraczeni oświadczeniem Dominikanów z wrocławskiej prowincji, którzy starając się uprzedzić kolejny obyczajowy smrodek, pokajali się publicznie przepraszając za ekscesy sprzed dwudziestu lat, których „bohaterami” byli zakonnicy z duszpasterstwa akademickiego.

Choć jeszcze prokuratura nie przedstawiła owoców swojego śledztwa, to zakonni bracia niejako uprzedzając nieuniknione, dokonali krytycznej samooceny, obiecując, że gorącym żelazem potraktują wszystkich winnych niecnych uczynków.

W podobnym tonie wypowiedział się ostatnio nowy gospodarz Diecezji Gdańskiej, obiecując w swoim inauguracyjnym orędziu zero tolerancji dla obyczajowych skandali z udziałem duchownych powierzonych jego opiece.

Czyli idzie nowe, zdałoby się powiedzieć, ale chyba nie do końca tak jest, bo to tylko słowa, którymi można mamić najbardziej naiwnych.

Swoją drogą współczuję zakonnym braciom i nowemu arcybiskupowi także, bo w obecnej rzeczywistości tylko do słów mogą ograniczyć swoje działanie.

Gaszenie coraz to nowych zarzewi obyczajowych pożarów jednak nie wróży rzeczywistego sukcesu, jeżeli Kościół nadal będzie stosował zasadę strażaka, który może i ma powołanie do tego, by gasić ogień, ale jednocześnie jest chorym piromanem, który najpierw te pożogi wznieca.

Niedawno dane mi było uczestniczyć w spotkaniu młodych ludzi, którzy otwarcie sypali przykładami znanych im księży, którzy oficjalnie głosząc potrzebę moralności w codziennym postępowaniu, jednocześnie utrzymywali bliskie kontakty z kobietami, i nie chodziło tu o aktywność duszpasterską.

-”Dlaczego Kościół utrzymuje fikcję celibatu duchownych, kiedy parafianie wiedzą, że jest zupełnie inaczej”-zapytał jeden z nich.

Pierwszym co przyszło mi na myśl, to obiegowe tłumaczenie, że Kościół wprowadzając pod koniec XII wieku obowiązek celibatu, kierował się względami ekonomicznymi, aby zabezpieczyć majątek mu przynależny.

To jeden z powodów, ale bynajmniej nie najważniejszy.

Znany ze swych bezkompromisowych poglądów duchowny zapytany przez przedstawiciela mediów o kwestię celibatu księży przedstawił tezę, że bezżenność duchownych Kościoła Katolickiego, choć szkodliwa dla niego samego, z pewnością będzie podtrzymywana przez hierarchów, wśród których znaczącą rolę odgrywa lobby homoseksualne.

-”Nie jest tajemnicą, że wśród duchownych jest wielu księży o orientacji homoseksualnej i oni tworzą swoiste lobby rozdzielając wśród swoich zaszczytne funkcje, dbając jednocześnie o wzajemne wspieranie się.”

Jeden z moich starszych kolegów, który opuścił szeregi kapłańskie po kilkunastu latach robienia kariery w Kościele, swoje cywile życie zrealizował w Stanach będąc pracownikiem naukowym znanego Uniwersytetu.

Przy jego uczelni znajduje się ekumeniczny kościół, w którym funkcję duszpasterską sprawuje kobieta będąca w oficjalnym związku lesbijskim, i nikogo to nie dziwi, bo jest oceniana jako człowiek i jej życie prywatne w żaden sposób nie interesuje tych, którzy przychodzą do tego kościoła, aby spełnić swoją potrzebę modlitewnego spotkania z Bogiem.

Tak sobie myślę, że w Kościele Katolickim jest miejsce dla wszystkich ludzi, także tych kochających inaczej, i to powinno stać się normą.

Aby jednak realizować życie w prawdzie, ta instytucja musi odrzucić fikcję celibatu krępującą swobodę wyboru wszystkim tym, którzy pozytywnie odpowiadają na głos powołania.

Kryspin

poniedziałek, 8 marca 2021

Znak, któremu sprzeciwiać się będą

 


Kiedy zagłębimy się w historię Kościoła, bezsprzecznie jednym z najlepszych jego okresów był początek jego dziejów, kiedy ta nowa religia musiała się mierzyć z czasem prześladowań, a krew pierwszych męczenników oddających swoje życie na arenach rzymskich cyrków stała się zaczynem jego przyszłej siły.

Później już zdawało się być łatwiej, kiedy Konstantyn zaakceptował nową wiarę i hojnie sypnął przywilejami wolności dla wyznawców Nauczyciela z Nazaretu; ale nie do końca ten okres przysłużył się Kościołowi.

Dar wolności wcale nie zaowocował dobrem, bo przez kolejne stulecia wyznawcy religii chrześcijańskiej, co prawda cieszyli się z przywilejów kolejnych właścicieli tronów, to jednak wcale to nie niosło wzrostu w wierze.

Owszem, szare masy starały się bezrefleksyjnie przestrzegać zasad często mało zrozumiałej dla nich wiary, to już na szczeblu wyższego wtajemniczenia, wśród elit politycznych i kościelnych także, te zasady coraz częściej były traktowane instrumentalnie dla uzyskiwania osobistych i doraźnych korzyści, często mając za nic podstawowe przesłanie, dla jakiego Chrystus powołał tę wspólnotę.

Starzec Symeon krótko po narodzinach Chrystusa wypowiedział znamienne proroctwo : ”Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą.”(Łk 2,34)

Pewnie, że można by stwierdzić, iż chodziło mu o przyszłe prześladowania, jakim będzie poddany Kościół, bo od zawsze towarzyszyły mu głosy sprzeciwu ze strony tych, którym nie było po drodze z nauką głoszoną przez tę instytucję, ale to nie wyczerpuje przestrogi jerozolimskiego starca.

Dalece bardziej niebezpiecznym dla Kościoła stały się wewnętrzne znaki sprzeciwu, jakimi w historii zapisali się ludzie będący wewnątrz tej instytucji.

Wśród tych odśrodkowych, szkodliwych działań z pewnością na czoło wybiły się zakusy bycia w przyjaźni z duchem tego świata, w czym „przyjaźń z tronem” wybiła się na pierwsze miejsce.

Nie inaczej rzecz się miała w przypadku polskiego Kościoła.

Kiedy wrócimy pamięcią do czasów nie tak odległych, do lat po koszmarze II Wojny Światowej, odnajdujemy tam czas dla naszego Kościoła bardzo trudny.

Przedstawiciele nowego porządku zdecydowali się na otwartą walkę z „ciemnogrodem watykańskiej agentury” i czynili wiele, aby stworzyć szczęśliwego człowieka bez Boga.

Dzięki mądrości ówczesnych hierarchów z kardynałem Wyszyńskim na czele, który nie uległ mirażowi przyjaźni z władzami, Kościół wyszedł z tego okresu silniejszym, gruntując w społeczeństwie przekonanie, że znak Chrystusa może być siłą nadziei.

W przytoczonym ostatnio na łamach mediów badaniu wykazano, że 88% naszego społeczeństwa krytycznie ocenia zaangażowanie Kościoła w polityczne układy, otwarcie negatywnie oceniając relacje przyjaźni z obozem politycznej władzy.

Jednocześnie podano, że 47% ludzi przyznających się do wiary, nie uczestniczy w aktywnym życiu Kościoła, tłumacząc, że powodem ich odejścia od praktyk religijnych jest polityczne zaangażowanie hierarchów.

Jeżeli do tego wszystkiego dołożyć ponad 20% aktywnych przeciwników deklarujących niechęć do chrześcijańskiej religii, to odsetek nadal pielęgnujących religijne tradycje, w ciemnych barwach rysuje nadzieję na przyszłość tej instytucji.

Swoją drogą zastanawiam się ile jeszcze czasu potrzebują sternicy naszego Kościoła, aby wyciągnąć wnioski z tych niepokojących bądź co bądź danych?

A może potrzeba jeszcze większego upadku, aby odeszli ci, którzy swoim zaślepieniem pozornej przyjaźni z tronem sami stają się znakiem sprzeciwu wobec tego, co w swych planach miał założyciel Kościoła?

Kryspin

niedziela, 28 lutego 2021

Męski szowinizm

 


Natrafiłem ostatnio na homilię jednego z wielebnych, który zamieścił ją w internecie i zdawał się być bardzo zadowolonym z treści, którymi się zechciał podzielić ze słuchaczami.

Całość tego wystąpienia, które trudno nazwać mszalnym kazaniem, poświęcił stosownemu odzieniu w jakim winna pokazywać się niewiasta, aby nie budzić „zgorszenia w oczach Pana.” Kobieta winna przyodziewać się schludnie, ale bez ekstrawagancji, a takową według kościelnego kreatora stosownej mody, z pewnością są spodnie, zarezerwowane dla mężczyzn.

Przyznam, że z osłupieniem słuchałem tych wynurzeń i w pierwszej chwili myślałem, że to jakiś żart, ale powaga z jaką prowadził ten moralizujący wykład, odebrała mi wszelkie wątpliwości.

On mówił to jak najbardziej serio i zdaje się, że wierzył w to wszystko.

Rzecz może byłaby i śmieszna, ale po zastanowieniu zdaje się być czymś przygnębiającym, bo ten ksiądz nie powiedział nic nowego, jeżeli byśmy wrócili do przeszłości Kościoła, w której świat kobiet nie tylko został zmarginalizowany, ale przez wieki utrwalano w nim pogląd, że niewiasty stanowią gorszą część stworzeń i tak do końca nie wiadomo, czy zostały stworzone na obraz i podobieństwo Najwyższego.

Owszem, nawet w Biblii pojawiają się fragmenty, kiedy zdają się one być ważne, ale do spraw najistotniejszych już niekoniecznie.

No może jedynie Maryja, która porodziła Boskiego Syna stanowi wyjątek w tym męskim świecie, ale przecież na końcu jej syn i tak na swoich uczniów wybrał tylko facetów i to już wystarczający argument, aby Kościół, jako depozytariusz Jego dzieła, postawił tylko na mężczyzn i kropka.

Owszem, Ewangelie wspominają jeszcze pobożne niewiasty kręcące się wokół Mistrza, ale to były tylko służebne epizody, kiedy najważniejsze było zarezerwowane dla facetów.

Czy to jest jednak prawda?

Kościół dopiero w IV wieku przyjął kanon ksiąg Nowego Testamentu i owszem zatwierdził tylko cztery przekazy Ewangelistów, z czego tylko dwóch z nich było świadkami życia Jezusa, jednocześnie wyrzucając przekazy innych świadków działalności Nauczyciela z Nazaretu, jak chociażby znaną w formie apokryfu Ewangelię Marii Magdaleny.

Można tylko domniemywać, że jej świadectwo nie pasowało do męskiego punktu widzenia i burzyło punkt widzenia, że Kościół od samego początku był tylko domeną mężczyzn.

Później już tylko wystarczyło utrwalać ten obraz i pilnować, aby kobiety przyjęły swój los i godziły się na to, że mogą być tylko bohaterkami drugiego planu.

Wertując karty historii trudno nie oprzeć się wrażeniu, że to właśnie Kościół wyrządził kobietom najwięcej krzywd, bo przecież z jego stanowiska czerpały świeckie systemy władzy i powielały pogląd, że tylko mężczyźni winni stanowić o losach świata.

Pokłosiem kościelnego nastawienia nie były tylko rozważania teologicznych tuzów negujących istnienie duszy w ciele niewiasty, ale i świeckie prawa nie dozwalające np. uczestniczenia niewiastom w życiu publicznym chociażby przez prawo wyborcze.

Na szczęście ten czas zdaje się być już tylko historią, ale nie do końca.

Choć co prawda zawirowania historii zniosły restrykcyjne nastawienia niektórych wyznań mających swoje chrześcijańskie korzenie i już od jakiegoś czasu w protestanckich kościołach niewiasty dostąpiły przywilejów dotąd zarezerwowanych dla męskiej nacji i zostały dopuszczone do sprawowania hierarchicznych posług, to jednak w Kościele Katolickim nadal tkwią w swoistej infamii.

Co prawda papież Franciszek stara się nieśmiało otwierać przed nimi drzwi do pełniejszego bycia w Kościele, ale póki co to tylko drobne gesty, kiedy do rzeczywistej rewolucji daleka droga.

Mam jednak nadzieję, że ten pierwszy krok z jego strony zapoczątkuje dalsze otwieranie się tej instytucji na sprawę pełnego ich uczestnictwa w hierarchicznym posługiwaniu.

Może wtedy i inni „wybrańcy” bożej winnicy zrozumieją, że Kościół to nie tylko poletko zarezerwowane facetom w sutannach, bo to w prosty sposób utrwala męski szowinizm.

Kryspin

poniedziałek, 22 lutego 2021

Moje ciało, moja wartość!

 


Kiedy w 1956 roku Sejm I kadencji wniósł pod obrady złagodzenie przepisów aborcyjnych, posłowie zagłosowali prawie jednomyślnie nad w prowadzeniem poluzowań w tym temacie i tylko jeden z nich wstrzymał się od głosu, tłumacząc swoją decyzję światopoglądem. Tym jedynym wyłamującym się był Jan Dobraczyński, człowiek otwarcie deklarujący się jako człowiek wierzący.

Wtedy zaskarbił sobie uznanie jednych i niechęć większości, która czuła się w obowiązku poprzeć rekomendowaną przez władzę ustawę.

Z perspektywy lat jego cichy sprzeciw należałoby uznać jednak za piłatowy gest umycia rąk, bo rzeczywiście takim było to wstrzymanie się od zajęcia przez Dobraczyńskiego stanowiska.

Od tamtego sejmowego werdyktu minęło ponad 60 lat i w międzyczasie nasz Parlament dopracował się kolejnych nowelizacji tej kłopotliwej ustawy, by w 1993 roku wypracować coś co na długie lata okrzyknięto „kompromisem aborcyjnym”, który zdawał się zadowalać większość społeczeństwa.

I pewnie jeszcze długo tkwili byśmy w tym błogim spokoju, gdyby nie ostatnie orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który wykazał, że i tamten kompromis staje w sprzeczności z naszą Konstytucją, która w równym stopniu chroni życie ludzkie w każdej fazie jego istnienia, czyli od czasu prenatalnego aż do naturalnej śmierci.

To stało się powodem niezadowolenia znacznej grupy naszego społeczeństwa, które uznało ten werdykt za pogwałcenie prawa kobiet do samostanowienia i także prawa do decydowania, czy mają urodzić dziecko, czy się go pozbyć, jak jakiegoś zbędnego balastu.

No i zaczął się dyskurs w którym przedstawiciele różnych opcji politycznych co róż wytaczają argumenty za aborcją z jednej strony i te przeciwne tejże z drugiej.

Istotą sporu jest kwestia od kiedy mamy do czynienia z początkiem ludzkiego życia, czyli inaczej mówiąc, czy dziecko w okresie płodowym jest już człowiekiem, czy tylko czymś, co nim się stanie dopiero po jakimś czasie?

To wbrew pozorom bardzo niebezpieczne stawianie granicy ludzkiego istnienia i może dlatego w opinii zwolenników proaborcyjnego trendu należałoby przesuwać czas podmiotowości nienarodzonego dziecka, co w prosty sposób mogłoby prowadzić do legalizacji zabijania go nawet w okresie, kiedy zbliżałby się czas naturalnego porodu.

A idąc dalej w tym kreowaniu absurdu, może można by decydować o życiu nowo narodzonych także w późniejszym czasie, kiedy już pojawili się na tym świecie, bo wtedy także mogliby okazać się kłopotem i ograniczaliby wolność kobiet i mężczyzn także?

W politycznej przepychance przeraża mnie niekonsekwencja ze strony obrońców podmiotowości nienarodzonego dziecka, a mam tu na myśli ciąże z czynu zabronionego.

To strasznie traumatyczne doświadczenie dla kobiety, która stała się ofiarą takiego czynu, ale proponowane rozwiązanie dopuszczające aborcję w takim przypadku, to najwyższa kara dla niewinnej ofiary, jaką jest dziecko.

Tu kłania się brak należytej kary dla sprawcy gwałtu, który po kilku latach odbytej odsiadki wraca do społeczeństwa i nie ponosi już żadnych konsekwencji swojego zbrodniczego działania.

Zwolennicy poluzowania restrykcji aborcyjnej ustawy podnoszą kwestię braku należytego uświadomienia, zwłaszcza młodych dziewczyn, w kwestiach prokreacyjnych i brak dostępu do środków zapobiegających niechcianym ciążom. Dużo prawdy w tym jest, ale to nie jedyna przyczyna „kłopotów” młodych kobiet wkraczających w dorosłość.

Mnie brakuje w tym wszystkim powszechnego wychowania młodych do życia w miłości.

Ktoś teraz wyciągnie wniosek, że odwołuję się do nauki Kościoła, który zaleca wstrzemięźliwość przedślubną, i będzie to błędny wniosek.

Wychowanie do życia w miłości to uniwersalna wartość, adresowana do wszystkich, niezależnie od przynależności religijnej.

„Moje ciało, moja sprawa”- to hasło wielu uczestniczek ulicznych protestów.

To jak najbardziej słuszny postulat i nikt nie ma prawa podważać prawa osoby do samostanowienia, ale może warto by było to zmienić na: Moje ciało to moja wartość?

Kryspin

poniedziałek, 15 lutego 2021

Wielki Post, a co to takiego?

 

Wracając pamięcią, zwłaszcza historyczną, możemy stwierdzić, że od wieków życie ludzi było determinowane kalendarzem kościelnym.

To on wyznaczał czas beztroskiej zabawy i okresy refleksji, kiedy wierni w poważnym nastroju przeżywali szczególny czas.

Okres wielkiego postu, który miał przygotowywać wyznawców Chrystusowej religii do należytego przeżywania powagi tajemnicy Zbawienia, był takim czasem zatrzymania się w beztrosce codzienności.

Kościół wpasowywał się w to swoimi zakazami i obostrzeniami, których realizacja miała pomagać godnemu traktowaniu tych tajemnic Bożego zamysłu.

Drogowskazami dla wiernych były między innymi przykazania kościelne jasno precyzujące, co jest dozwolone, a czego pobożny katolik winien się wystrzegać w tym świętym czasie wewnętrznego doskonalenia;

-W czasie zakazanym zabaw hucznych się wystrzegać, a w wyznaczonych dniach dodatkowo przez wstrzemięźliwość w spożywaniu pokarmów mięsnych realizować czas przeznaczony na pokutę.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że obecnie niewiele pozostało z tego dziedzictwa.

Kościelny kalendarz trąci myszką, zwłaszcza dla ludzi młodych, którzy pragną żyć pełnią swoich pragnień i nie widzą nic zdrożnego w tym, aby po tygodniu zabieganego życia zwyczajnie odreagować w beztroskich pląsach dyskotekowego spektaklu.

Owszem, media informują o zabawowych szaleństwach kończącego się karnawału, jak chociażby pokazując to relacjach z upojnych zabaw w Wenecji, czy spektakularnych przemarszów szkół samby w dalekim Rio De Janeiro, ale to dla dzisiejszego człowieka są wydarzenia nie sprzyjające wyciąganiu wniosków, że oto wchodzimy w czas mentalnej zmiany.

Owszem, niebawem Kościół rozpocznie coroczną ofensywę uświadamiania owieczkom, że warto zatrzymać się w biegu codzienności. Mają to spowodować coroczne rekolekcje wielkopostne. W większości parafii duszpasterze już przygotują duchowe ćwiczenia z myślą o dorosłych wiernych i dodatkowo zatrudniają animatorów rekolekcyjnych ćwiczeń, aby wdrażali program nawrócenia młodym.

Czyli wszystko wydaje się być pod kontrolą i zgodnie z zasadami tego czasu, ale?

Jeżeli Wielki Post winien być związany ze świadomością potrzeby wyrzeczenia i pokuty, to nie pasuje mi w tym wszystkim szczególny przywilej, jaki od początku konkordatowego porozumienia zadedykowano młodzieży.

Chodzi o dodatkowe wolne dni od nauki w czasie parafialnych rekolekcji wielkopostnych.

Młody człowiek otrzymuje bonus w postaci wolnego od szkolnych zajęć w zamian za to, że odsiedzi w kościelnej ławie godzinę rekolekcyjnej nauki, a później już tylko laba.

To nie jest sprawdzian dojrzałości wiary, a zwyczajny układ, jakby Kościół bał się, że bez tego bonusu młodym zwyczajnie nie będzie się chciało podjąć trudu poświęcenia czasu na duchowe ćwiczenia poza codziennymi obowiązkami.

Rekolekcje wielkopostne łączone z przerwą w zajęciach szkolnych to, po lekcjach religii w szkolnych murach, kolejny błąd w kształtowaniu dojrzałości wiary wśród młodych ludzi i równie szkodliwy „zysk” Kościoła, w prostej drodze prowadzący do kształtowania nowego pokolenia, któremu wyrzeczenie, czy pokuta będą obcym i anachronicznym pustosłowiem.

Kiedy ktoś popełnia błąd, pierwszym krokiem naprawy jest świadome jego uznanie i działanie ku naprawieniu nieszczęśliwego działania.

Czy jednak Kościół znajdzie w sobie dość siły, aby zrezygnować ze zdobyczy konkordatu?

Obawiam się, że jeszcze długo będzie uparcie tkwił w samozadowoleniu i przez kolejne lata w statystykach religijności młodych wielkopostne rekolekcje będą odhaczane jako duszpasterski sukces.

A że później z tego wszystkiego pozostanie już tylko wspomnienie, to zawsze będzie można winą obarczyć jakieś tajemne siły laicyzacji, no i trudno.

Kryspin


poniedziałek, 8 lutego 2021

Umiar jest lepszym od fiskalizmu

 

Jak podają statystyki, w 2020 roku zanotowano w naszym kraju rekordową ilość zgonów. Pewnie swoje dołożył covid zbierający żniwo zwłaszcza wśród ludzi starszych, ale i poza pandemicznych zejść było rekordowo dużo.

Każda śmierć osoby bliskiej to tragedia, smutek tych którzy zostali zmuszeni do przykrych rozstań, ale i coraz większy ból głowy związany z rosnącymi kosztami takiego ostatniego pożegnania.

10000 zł za miejsce na cmentarzu, 2000 za wykopanie grobu, do tego inne koszty cmentarnych zobowiązań i rodzi się kłopot, skąd na to wszystko wziąć.

Przytoczone powyżej liczby podano ostatnio przy okazji buntu parafian z małej miejscowości w diecezji łódzkiej, gdzie przyszło im się mierzyć z takimi taryfami pogrzebowych świadczeń. Jeżeli do tych wszystkich haraczy doliczyć jeszcze inne koszty z posługą księdza odprowadzającego zmarłego na wieczny spoczynek, to zasiłek pogrzebowy zdaje się być jałmużną ni jak nie zapewniającą pokrycia choćby ułamka poniesionych kosztów.

Nikogo więc nie dziwi, że poskutkowało to nie tylko pozwem sądowym, ale i projektem obywatelskim w sprawie zmiany przepisów regulujących miejsca pochówków zmarłych.

Wnioskodawcy postulują, aby ustawą dozwolić na dowolność pochówku zmarłych, po kremacji, w dowolnym miejscu, nie koniecznie za murami cmentarza. Argumentując ten wniosek podnoszą sprawę woli zmarłego, który za życia nie przejawiał nadmiernego związku z daną wspólnotą wyznaniową i wolałby, aby jego doczesne szczątki pozostały wśród bliskich, bądź zostały rozsypane w miejscach drogich mu za życia.

Jeżeli ten postulat przeszedłby legislacyjną akceptację, to pewnie wielu wybrałoby taką drogę ostatniego pożegnania, i trudno się temu dziwić.

Póki co jednak mamy klasyczny model ostatniej posługi i niezależnie od tego, czy pogrzeb prowadzi ksiądz, czy świecki mistrz ceremonii, zmarli trafiają na cmentarną kwaterę.

Może dlatego ksiądz jednej z bardziej zlaicyzowanej parafii ze spokojem podchodzi do tych spraw twierdząc:

-”W promieniu kilkunastu kilometrów jest tylko jeden cmentarz, nasz parafialny i tak naprawdę mało mnie to obchodzi, że komuś zamarzy się świecka ceremonia pogrzebowa, swoje i tak muszą zapłacić, bo miejsce kosztuje.”

Wielu wiernych systematycznie podnosi sprawę nadmiernego fiskalizmu, z jakim się spotykają w przypadku usług około kościelnych i coraz głośniej podnoszą tę kwestię tłumacząc swoje krytyczne nastawienie do tej instytucji. Pewnie, że najgłośniej protestują ci, którzy najoszczędniej wspierają kapłańskie posługi, ale ten głos wybrzmiewa i znajduje swoje poparcie także wśród tych, którzy dotąd byli mało krytyczni w tych kwestiach i posłusznie realizowali przykazanie troski o sprawy wspólnoty.

Dziwi mnie nastawienie, które zdają się popierać także hierarchowie pozostając głuchymi na głos skargi szeregowych wiernych w myśl zasady, że przecież nie tylko Kościół ma swoje za uszami, bo przecież podobne opłaty stosuje się w przypadku komunalnych cmentarzy.

Może i coś prawdy w tym jest, ale należy zauważyć pewną różnicę w fiskalizmie komunalnych zarządców z taryfami wyznaczonymi przez parafialnych włodarzy.

Kościelna ceremonia ostatniego pożegnania może mieć i ma wydźwięk duszpasterski, bo sprawowana jest także z myślą o tych, którzy w tych uroczystościach uczestniczą jako żywi.

Współczucie tym, którzy i tak przeżywają traumę pożegnania bliskiej osoby może pozostać tylko pustosłowiem i wtedy skutkuje osamotnionym bólem, ale może za tymi zapewnieniami iść kapłańskie zrozumienie chociażby w obniżonych opłatach około pogrzebowych.

Stare, ludowe przysłowie mówiące, że pokorne ciel dwie matki ssie, sprawdza się w każdej sytuacji.

Umiar w żądaniach tego co się należy, to najlepsze, co może ofiarować wiernym, i sobie także, roztropny duszpasterz.

Kryspin

wtorek, 26 stycznia 2021

Komu są potrzebni kapelani?

 

Miałem ostatnio okazję spotkać się z moim kolegą z seminaryjnej ławy, który po latach proboszczowskiej kariery zrealizował projekt budowy parafialnego kościoła na obrzeżach dość dużego miasta.

Z dumą pokazywał mi efekt wspólnego działania wspólnoty wierzących, wraz z którymi przed laty podjął się trudnego zadania, jakim była budowa świątyni w szczerym polu. To co początkowo wydawało się być prawie niemożliwym, teraz zaowocowało piękną budowlą będącą dumą dla wszystkich.

Mój kolega swoją parafialną posługę łączy z kontaktami w pobliskim zakładzie karnym, gdzie jest kapelanem.

Na moje pytanie, czy taka posługa ma sens, kiedy ma do czynienia z ludźmi po wyrokach, odpowiedział mi krótko:

„-Zaczynając moją posługę w miejscu za kratami, miałem te same obawy, ale już od pierwszego spotkania z tymi ludźmi, którzy kiedyś zababrali sobie życiorysy i teraz muszą swoje odcierpieć, zrozumiałem, jak bardzo im jest potrzebna taka forma pomocy ratowania resztek normalnego życia, jaką daje im kontakt z kapłanem.

Za więzienną kratą skazani są na kontakt ze strażnikami, sporadycznie próbują im pomagać w resocjalizacji wychowawcy przygotowani studiami do takich zadań, ale to wszystko są ludzie w mundurach penitencjarnych strażników, i z tym im się kojarzą.

Kapłan jest dla nich kimś spoza kratowej rzeczywistości i w tym tkwi jego przewaga, którą może wykorzystywać do tego, aby rozbudzić w nich nadzieję, że mogą stać się inni, lepsi.”

Kilka dni temu w komercyjnej stacji prowadzący redaktor zaproszonym gościom zadał pytanie na temat sensu utrzymywania w naszej rzeczywistości instytucji kapelanów i odwołał się do przykładu kapłanów, którzy ratują swój budżet będąc na dobrze płatnych etatach w szpitalach, szkołach, czy wreszcie w zakładach penitencjarnych.

W intencji tej narracji wybrzmiał głos, że obecne władze zbyt hojnie nagradzają rzeczonych duszpasterzy, i jeżeli już tak zależy im na takim rodzaju aktywności, to mogliby tę posługę wykonywać pro publiko bono, czyli bez wynagrodzenia.

Choć nie wybrzmiało to dosłownie, to prowadzący sugerował wprost, że w obecnej rzeczywistości posługa kapelanów jest rodzajem anachronicznego systemu, tak do końca nikomu nie potrzebnemu marnowaniu publicznych środków.

Pewnie dla wielu ludzi będących daleko od religijnych przekonań kapłan na szpitalnym oddziale, czy wśród żołnierskiej braci wydaje się niepotrzebnym elementem, bo przecież jego rolę może wypełnić psycholog kliniczny, czy szef kompanii, i trochę prawdy w tym jest, ale?

Póki co większość z naszego społeczeństwa identyfikuje się z religią i w ekstremalnych sytuacjach, a z takimi mamy do czynienia chociażby na szpitalnych oddziałach, kiedy cienka nić naszego życia uzależniona jest od lekarskich zabiegów, ale i od współpracy chorego, który w obliczu niepewności, co do stanu swojego zdrowia, często w kapłańskiej posłudze odnajduje spokój i nadzieję; to aż nadto tłumaczy sens obecności księży w takich miejscach.

Wracając do delikatnej materii pieniędzy, które zdają się być kluczowym argumentem przeciwników takiej aktywności Kościoła, to wydaje mi się, że jest to pretekst z podtekstem kampanii nienawiści tych, którzy chcieliby zmarginalizować jego wpływy.

Wobec takiej konkluzji rodzi się pytanie: a co w zamian?

Pewnie, że można by zaoszczędzone środki przeznaczyć na inne cele.

W permanentnej zapaści jest przecież wiele dziedzin naszego życia. Chociażby służba zdrowia (ostatnio modny kierunek rekomendowany przez niektóre środowiska) boryka się z ciągłym brakiem środków.

Obawiam się jednak, że takie myślenie po czasie odbiłoby się czkawką odhumanizowania kolejnych miejsc naszego życia, nie pozostawiając choćby cienkiej nici nadziei tym, dla których ważnym jest nie tylko to co tu i teraz.

Kryspin,

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Sanktuaria, miejsca cudów czy biznesu?

 


W ostatnim czasie na różnych stacjach telewizyjnych emitowany był film „Znachor”. W scenie procesu wiejskiego znachora Kosiby sąd przesłuchiwał lekarza, któremu zadano pytanie na temat powszechności procederu leczenia, którym trudnili się ludzie bez dyplomów lekarskich.

-”W powiecie jest kilkudziesięciu takich znachorów i jest to prawdziwa plaga”- zauważył doktor, czym zainspirował do frontalnego ataku prokuratora, nie pozostawiającego suchej nitki na ciemnogrodzie, jakim jawiła się polska wieś okresu międzywojennego.

Na szczęście mamy to już za sobą, bo obecna medycyna skutecznie wyparła wiarę w nadzwyczajne zdolności wszelkiej maści uzdrowicieli i dobrze, ale?

No właśnie, napisał do mnie czytelnik z pytaniem o szczególne miejsca kultu, w których od wieków kustosze tych przybytków skwapliwie prowadzą rejestr cudownych zdarzeń, w których boska siła co rusz naprawiała niedoskonałości medycyny i przywracała zdrowie niektórym nieborakom, którzy z wiarą prosili o taką łaskę.

-”Kiedy przemierzam szlaki polskich kościelnych zabytków, prawie w każdej gminie napotykam na mniej lub bardziej znane miejsca kultu, w których znajdują się obrazy, czy rzeźby opromienione tradycją boskiej macy, którą dodatkowo mają uwiarygodniać liczne wota wdzięczności pozostawione tam przez tych, którzy podobno doświadczyli cudownej łaski.

Pewnie, gdybym był mniej zakotwiczony w realnym oglądzie codzienności, po wielokroć przeżywałbym zachwyt na tajemniczą mocą tych miejsc, ale póki co zachowuję ostrożny dystans do tych niezwykłości.

W innym liście czytelnik stawia pytanie:

-”Jak należy traktować obrazoburcze praktyki w niektórych ośrodkach katolickiego kultu i przypisywanie obrazom Matki Bożej bądź figurom świętych nadzwyczajnych mocy, kiedy z takimi samymi historiami spotykamy się także w przypadku prawosławia, czy islamu także?”

Kościół w swoim nauczaniu jasno precyzje, że to sam Bóg decyduje o wyborze miejsc, z którymi łączy szczególne łaski jako swój dar dla wierzących, a on tylko potwierdza Jego zamierzenie.

Jakby na wzmocnienie takiego stanowiska powołuje się na działanie samego Chrystusa, który wypełniając zamysł Odwiecznego, niekiedy posługiwał się cudami, aby uwiarygodnić prawdziwość misji mu powierzonej.

Określenie: niekiedy, jest tu bardzo istotne i trochę nie przystaje do tego, co przez wieki Kościół rozbudował ponad miarę tworząc kult miejsc z wizerunkami Matki Bożej, które kiedyś artyści stworzyli z potrzeby wiary, ale z pewnością bez zamiaru nadawania im mocy cudownego działania.

Bogu nie są potrzebne miejsca, do których ciągną tłumy zdesperowanych ludzi oczekujących szczególnego potraktowania ich spraw, także tych związanych ze szwankującym zdrowiem, czy innymi zdarzeniami rujnującymi ich nadzieję na szczęście.

On najlepiej wie, co uwiera każdego człowieka i będąc Dobrem bez skazy każdemu z nas oddaje to, co jest najlepszym.

Na początku mojej seminaryjnej drogi zostałem przydzielony do służby liturgicznej w lokalnym sanktuarium maryjnym mieszczącym się w małej, wiejskiej parafii.

Dwa dni odpustowych uroczystości były czasem pielgrzymek wiernych z pobliskich parafii, którzy ściągali tam, aby we wspólnocie przeżywać podniosłość tych chwil.

Dla nas młodych kleryków były to dni wolności od seminaryjnej szarzyzny i okazja do posmakowania odpustowych specjałów, a dla proboszcza tejże parafii to był okres żniw, dlatego bacznie obserwował, czy dokładnie zbieraliśmy nas tacę datki od przybyłych.

Najbardziej zdziwili mnie jednak przybyli na uroczystości kapłani z innych parafii. Większość z nich nawet nie zaliczyła odwiedzin w kościele, by chociaż przez chwilę pobyć w bliskości tej, która z racji swej świętości zdawała się być najważniejszą.

Im wystarczył obficie zastawiony odpustowy stół na plebanii.

Kryspin

sobota, 9 stycznia 2021

Znajomi królika

 


Kiedy zdawało nam się , że nowy 2021 rok zacznie się wyciszeniem politycznych sporów, krótko po tym jak pojawiło się światełko w tunelu pandemicznej niepewności o nasze zdrowie, które miało zapewnić zapoczątkowana akcja szczepień przeciwko covid 19, znowu zawrzało polskie piekiełko.

Znajomi królika, w tym wypadku grupa celebrytów, załatwili sobie dawkę nadziei poza wyznaczoną kolejnością, i rozgorzała dyskusja o etyczne podejście tychże uprzywilejowanych, którzy zechcieli sobie zapewnić komfort przed innymi, którzy nie mieli takiego dojścia.

Pewnie jeszcze przez jakiś czas media będą się żywiły takimi sensacyjkami, a w naszej świadomości na długo pozostanie przekonanie, że wśród nas są równi i równiejsi, i nic tu się nie zmieniło od lat.

Niektórzy analitycy tej ułomności załatwienia sobie czegoś przed innymi, chyba nie bez racji, doszukują się w tym pozostałości po czasach słusznie minionych, kiedy taka zapobiegliwość cechowała naszych rodaków i nie uważano tego wtedy za przejaw braku solidarności, a za zwyczajną zaradność.

Najważniejsze jest być znajomym królika, bądź znać kogoś, kto tym znajomym jest, to nadal najpewniejszy sposób na załatwienie sobie uprzywilejowanej pozycji.

Nie inaczej jest w realiach polskiego Kościoła, choć w tym wypadku ta zasada nie powinna obowiązywać, a jednak.

W „Zatroskanej koloratce” pozwoliłem sobie na puszczenie wodzy fantazji i pod koniec książki umieściłem rozmowę dziennikarki z proboszczem wymyślonej przeze mnie parafii, który tłumaczył zasady kadencyjności swoje funkcji:

„…. Obecnie dobiega druga, pięcioletnia kadencja mojej posługi w tej parafii , a po niej moi zwierzchnicy dokonają zmiany i ktoś inny będzie kontynuował moje dzieło....”

To tylko fikcja literacka, bo realia obsadzania kościelnych stanowisk są zgoła zupełnie inne.

Biskup diecezjalny nominuje księdza na proboszczowskie stanowisko i sobie zostawia prawo do tego, jak długo dany nominat będzie sprawował ten urząd w danej parafii.

Nie każdy awans jednak cieszy nominowanych, bo parafie są różne.

Niektóre są jak „ziemia obiecana”, bogate z tradycyjnie religijnymi owieczkami, a inne nie dość że małe (liczące ledwie kilkaset wiernych), to jeszcze nie grzeszące religijnym zapałem.

Trudno się więc dziwić, że niektórzy kapłani czują się przegranymi już na starcie swojej samodzielności, a jeżeli w perspektywie mają niekiedy kilkadziesiąt lat takiej zsyłki, to pozostaje im już tylko czarna rozpacz.

Z drugiej strony pozostają parafialne owieczki, które nie mając szczęścia, niekiedy skazane są na duszpasterza, delikatnie rzecz ujmując, który nie grzeszy powołaniem i wtedy perspektywa nastu lat jego posługi jest ich katorgą.

Pewnie, że niekiedy oddolny głos niezadowolonych owieczek skutkuje zmianą, ale tylko wtedy, kiedy ich duszpasterz udzieli im „pomocy” ze swej strony, chociażby będąc bohaterem skandalu, którym da powód do reakcji zwierzchnika w kurialnym gabinecie.

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że biskupie serce jest zawsze nieczułe na działanie w tym względzie.

I tu sprawdza się zasada znajomości królika, o czym kilka lat temu poinformował mnie mój dawny kolega z seminaryjnej ławy, obecnie szanowany proboszcz miejskiej parafii , którego kościelne władze dowartościowały tytułem kanonika:

-”Załatwiłem naszemu koledze lepszą parafię, bo dobrze znam naszego biskupa, a ten mając do mnie słabość, przeniósł go i teraz żyje mu się o wiele lepiej”.

A mnie jest trochę żal, że bohater wywiadu z „Zatroskanej koloratki” to tylko mój literacki wymysł, i żal mi tych czytelników, którzy zatraciwszy poczucie realizmu pytali mnie o adres tej parafii i o szansę na to, że i w ich kościelnym środowisku mogłoby tak być?

Kryspin

niedziela, 3 stycznia 2021

Nadzieje i obawy na nadchodzący rok

 

Stając na progu nowego roku z pewnością zadajemy sobie pytania, jaki on będzie?

Zaraz potem nasze myśli zaprząta swoisty remanent tego, co zafundował nam rok, który pożegnaliśmy.

W naszym życiu publicznym z pewnością okazał się zaskakująco trudnym, dla wielu nawet tragicznym, kiedy w wyniku pandemicznej zarazy ucierpiały nie tylko nasze marzenia, upadły plany rozwoju różnorakich biznesów, ale najgorszym okazało się to, że wielu z nas straciło najbliższych, choć jeszcze nie był to stosowny czas do ich odejścia.

Z pewnością takiej retrospektywy minionych zdarzeń doświadcza także Kościół i licząc te wymierne straty nieobecności wiernych w trakcie pandemicznych nabożeństw, kiedy narzucone sytuacją ograniczenia zmusiły ludzi do pozostawania w domach, czy chociażby coroczne odwiedziny duszpasterskie w domach parafian, które także zostały odwołane i na koniec musiał się dodatkowo zmierzyć z masowymi protestami przeciwników orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w kwestii aborcji.

Co prawda głównym adresatem społecznego niezadowolenia okazał się rząd, to jednak dla nikogo nie było tajemnicą, że w tym wypadku ustawa powstała na moralne zamówienie kościelnego lobby, więc przeciwnicy zaostrzenia aborcyjnego kagańca nie ograniczyli się do ataku na twórców rzeczonej ustawy, ale także na tę instytucję, którą uważali za głównego beneficjenta tegoż wyroku.

Skutki pandemii, czy nawet zaciekły gniew przeciwników jednej ustawy, z czasem stracą na sile i powróci jakaś normalność codzienności; ale jest inna niepokojąca tendencja, która w odchodzącym do historii roku wybrzmiała jak złowrogi pomruk nadciągającej burzy.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że od wielu już lat następuje proces laicyzacji społeczeństwa, co ma odbicie nie tylko w zmniejszającej się liczbie „czynnych” katolików dorosłych, ale także w coraz większym odsetku młodych ludzi, którzy zamiast religijnej edukacji, wybierają w tym czasie lekcje etyki i otwarcie deklarują swój negatywny stosunek do czynnego życia w cieniu kościelnych nakazów.

Najbardziej niepokojącym jest to, że ten trend w roku 2020 przybrał na sile i dochodzimy nieuchronnie do efektu kuli śnieżnej, czyli gwałtownego przyspieszenia i nasilenia tej tendencji.

Można by tworzyć naukowe, socjologiczne modele tłumaczące to zjawisko, ale prawda jest na tyle prosta, że możemy je sobie darować.

Przez ostatnie lata Kościół nagromadził w swoim działaniu wielką ilość brudów, na które nie reagował, bądź czynił tylko pozorację działań, licząc na to, że jakoś się przypudruje rzeczywistość i będzie po staremu.

Taka polityka patrzenia przez palce na kolejne cuchnące „kwiatki” w szeregach duchowieństwa , i to nie tylko wśród szeregowych kapłanów, doprowadziła do sprzeciwu większości wiernych.

Co prawda nie doprowadziła do ulicznych manifestacji niezadowolenia, ale zasiała w ludziach ziarno zwątpienia, co wcale nie jest mniejszym zagrożeniem.

Ostatnio w mediach ukazał się wywiad z profesorem socjologii, który zawodowo zajmuje się analizą przyszłości polskiego Kościoła. Stwierdził on, że skutki działań kościelnych władz w minionych latach będą rzutowały na najbliższe trzy dekady, w trakcie których będziemy mieli do czynienia z narastającym kryzysem wiary, który może zakończyć się odrodzeniem wiary, lub doprowadzić do stopniowego jej zaniku.

Uczony kreśląc ten ponury scenariusz najbliższej przyszłości pozostawił jednak światełko w tunelu.

Aby pozostał promyk nadziei, potrzeba jednak zmiany pokoleniowej i mentalnej, także we władzach kościelnych struktur.

Jeżeli jednak nadal będzie wśród purpuratów lansowany pogląd, że Kościół jest ze swej natury niezniszczalny i będzie trwał niezależnie od cuchnących kwiatków, to może to być jak łabędzi śpiew, lub muzyka z Titanica.

Kryspin

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Prawda wiary pod pręgierzem dociekliwych pytań

 


Za nami kolejne Boże Narodzenie, które w tym roku przeżywaliśmy najczęściej zdalnie, bo rzeczywistość w cieniu pandemii wymusiła narzuconą wszystkim ostrożność, więc kolejne wspomnienie narodzin najważniejszego dla chrześcijan dziecka przeżywaliśmy z dystansem.

To jednak nie zmieniło, utrwalonego biblijnym przekazem obrazu betlejemskiej stajni, w której Bóg zapragnął zainicjować ziemską historię swojego Syna.

No i tu pojawiają się wątpliwości, które wielokrotnie podnoszą czytelnicy mojej rubryki.

Co prawda nie poddają w wątpliwość samego faktu narodzin małego Jezusa w Betlejem, ale już okoliczności tych narodzin budzą znaki zapytania.

Czy rzeczywiście należy przyjąć za prawdę historię, którą przecież spisano dobre kilkadziesiąt lat później, a do tego wszystkiego autorzy Ewangelii opisujących okoliczności przyjścia na świat przyszłego Mesjasza, wcale nie byli świadkami tychże zdarzeń?

Wątpliwości, co do prawdy ewangelicznych przekazów dotykają czytelników także w odniesieniu do późniejszej historii Nauczyciela z Nazaretu, bo także tutaj występuje przedział czasowy pomiędzy rzeczywistością opisywaną przez ewangelistów, a latami powstania samych spisanych Ewangelii.

Jeżeli do tego dołożyć fakt, że najstarsze artefakty zawierające ocalałe fragmenty ewangelicznych tekstów, datowane są na początek II wieku i wziąwszy pod uwagę to, że bezpośredni świadkowie Jezusa nie posługiwali się umiejętnością pisania, wątpliwości wydają się być zasadne.

I na koniec jeszcze jedno pytanie, które stawiają co bardziej dociekliwi:

-Jak należy traktować inne ewangelie, które nie znalazły się w kanonie ksiąg Nowego Testamentu, choć były niemniej popularnymi świadectwami opisującymi dzieje założyciela przyszłej wielkiej religii, a które dopiero w IV wieku, raczkujący póki co Kościół, uznał za mało istotne i zaliczył je do tekstów apokryficznych, bądź wręcz gnostycznych (Czyli obarczonych błędem teologicznej poprawności)

Kościół swoje nauczanie opiera na dwóch filarach:

-Pierwszy stanowi spisany kanon ksiąg nazywanych Nowym Testamentem,

-Drugim równie ważnym jest Tradycja zawierająca nauczanie i interpretacje objawionych prawd wiary przez Ojców Kościoła i późniejszych, uznanych autorytetów teologicznych działających w tej instytucji na przestrzeni kolejnych stuleci.

Trzeba przyznać, że takie autorytarne potraktowanie materii wiary, w którym ludzie będący znaczącymi w hierarchii uznania współczesnych im wiernych, sprawdzało się na przestrzeni prawie całej historii Kościoła i rzadko kiedy ktoś ośmielał się mieć odmienne zdanie, bojąc się nie tylko obstrukcji, ale i infamii często kończącej się na inkwizycyjnym stosie.

Właściwie tylko Luter, niepokorny mnich na początku XVI wieku pozwolił sobie na zdanie odrębne i zanegował wiele z dotychczasowych kanonów.

Później, prawie przez pół tysiąclecia, sprawy wydawały się być pod kontrolą i nikomu nie przychodziło nawet na myśl, aby zadawać niewygodne pytania i autorytaryzm nauczania miał się nadzwyczaj dobrze.

Niektórzy obserwatorzy życia uznają, że żyjemy w bardzo ciekawych czasach, kiedy każde następne pokolenie krytycznie podchodzi do doświadczenia przeszłości i dawne autorytety zdają się stawać tylko historyczną ciekawostką.

Nie inaczej jest w kwestiach wiary, co Kościół określa, używając błędnego, ale i tłumaczenia swojego wygodnego unikania odpowiedzi na trudne pytania, mianem laicyzacji życia.

A mnie się wydaje, że obecnie wchodzimy w czas pełnej świadomości i otwartych pytań, które stawiane są Kościołowi nie dlatego, że wierzący szukają usprawiedliwienia swojego chłodnego podejścia do prawd, które jakoś wyblakły wraz z rozwojem wiedzy, ale ich świadomość domaga się prawdy obiektywnej.

Kryspin

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Boże Narodzenie w wyjątkowym czasie

 


Ponad dwa tysiące lat temu Józef, ubogi cieśla z Nazaretu, spełniając obowiązek zafundowany mieszkańcom Izraela, wybrał się w daleką drogę do rodowego miasta Betlejem, by tam zapisać się w rejestrze poddanych wielkiego Rzymu.

Jego wyprawa była szczególnie trudna, bo odbywał ją w towarzystwie brzemiennej małżonki, a skromne środki nie pozwalały na nadzieję godziwego noclegu, gdyż zwyczajnie na takowy nie było ich stać.

Dopełnieniem kłopotów stało się to, że dla Maryi przyszedł czas rozwiązania i swojego pierworodnego syna musiała urodzić w skalnej grocie służącej jako schronienie dla wypasanych na okolicznych zboczach owiec. Jedynymi świadkami tych narodzin byli okoliczni pasterze, cieszący się cudem narodzin dzieciątka.

Nie wszyscy jednak podzielali radość z tych narodzin, bo pomny przepowiedni proroków, nienawiścią pałał do maleństwa Herod obawiający się ograniczenia swojej władzy.

Ta chora obsesja stała się wkrótce rzeczywistością, którą historia już po wsze czasy zapamiętała jako „Rzeź niewiniątek”, kiedy z rozkazu satrapy siepacze wymordowali niemowlęta z całej okolicy.

Teraz, kiedy minęły wieki, nam pozostał tylko obraz niezwykłego dziecka zrodzonego dla przyszłego odkupienia wszystkich ludzi, co pielęgnujemy wspomnieniem Bożego Narodzenia.

Już za kilka dni zasiądziemy przy wigilijnych stołach, aby wśród najbliższych, może przy śpiewie kolęd, choć na chwilę poczuć magię afirmacji nowo narodzonego życia, które przyniosło nadzieję.

W tym roku jednak magię świątecznej radości zakłócił czas, który pewnie na długie lata będzie obarczał nasze wspomnienia przygnębiającym określeniem:pandemia.

Z pewnością będzie on trwałą rysą dla tych, którzy w wyniku zakażenia covidem utracili najbliższych, bądź sami doznali takiego uszczerbku na zdrowiu, że jeszcze latami będą borykali się z jego skutkami.

To jednak nie jedyny ciemny punkt na radosnym przeżywaniu tegorocznego Bożego Narodzenia, a związany on jest z niepokojami społecznymi animowanymi pod hasłem:Strajku kobiet.

Od kilkunastu tygodni na ulicach naszych miast pojawiają się mniej lub bardziej liczne grupy demonstrantów manifestujących swoje niezadowolenie z orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego restrykcji aborcyjnych.

Wśród haseł tych zgromadzeń często powtarzają się te, które określają obecną sytuację polskich kobiet, jako ich piekło.

Pragnę przypomnieć, że już pisałem o tym, że nie można dekretami zmuszać kogoś do moralnych wyborów , które ze swej natury winny być wolne od przymusu, i nadal tak uważam, ale?

No właśnie, wolność wyboru kobiety zakładająca, że to ona sama powinna mieć prawo do tego, czy chce urodzić dziecko, czy pozbyć się go przez aborcję, nie do końca wydaje się słuszna.

Chodzi mi o równość w prawie do życia każdej osoby i w tym przypadku dziecko, jeszcze przed narodzinami winno być traktowane podmiotowo ze wszystkimi prawami przynależnymi człowiekowi.

Pewnie teraz przysporzyłem sobie kolejną grupę adwersarzy, którzy nie pozostawią na mnie suchej nitki, a uwagi, że szerzę ciemnogród rodem ze średniowiecza, kiedy owoczesny świat już dawno uporał się z takimi dylematami moralnymi, będą najdelikatniejszymi.

No i trudno, ale mam prawo do swojego zdania, zwłaszcza w czasie kiedy będziemy sposobili się do radości przeżywania narodzin Bożego Syna.

Korzystając teraz ze sposobności pozwolę sobie na to, by złożyć wszystkim czytelnikom szczere życzenia radosnego przeżywania Bożego Narodzenia, bo ono oprócz ewangelicznego przesłania, uczy nas jeszcze jednego:

Mały Jezus urodził się w biedzie, co wcale nie zmąciło wyjątkowości cudu, kiedy na świecie pojawia się nowy człowiek, a każdy nawet będący małym okruchem, zasługuje na prawo do oglądania słońca i uśmiechu szczęścia u swoich rodziców.

Kryspin

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Mariaż tronu z ołtarzem

 

Gdybyśmy cofnęli się w latach do bardzo zamierzchłych kart, to na samym początku nie tylko naszej państwowej ale i chrześcijańskiej historii, to spotkali byśmy się z pierwszym poważnym kryzysem na linii ołtarza z tronem.

Król Bolesław z przydomkiem Śmiały uważał, że jako najważniejszemu człowiekowi w państwie przysługiwało prawo do bezkarności w kwestii obyczajów i się przeliczył, bo Kościół w osobie krakowskiego biskupa powiedział mu stanowcze Nie!

Hierarcha co prawda zapłacił najwyższą cenę za stanowczy sprzeciw, ale to on paradoksalnie odniósł zwycięstwo, i teraz jest jednym z patronów Polski.

Wracając do naszego czasu, trudno nie zauważyć obecnego ścisłego mariażu ołtarza z tronem, czyli porozumienia na linii Kościoła z państwem, a ściślej rzecz ujmując z władzami obozu obecnie będącego u władzy.

W mateczniku Radia Maryja, przy okazji kolejnej rocznicy powołania do życia tej instytucji, zjechali niedawno nie tylko kościelni sympatycy tej rozgłośni, ale także przedstawiciele rządzącej większości, aby wspólnie zamanifestować bliskość interesów wszystkich obecnych.

I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo każdy ma prawo do zamanifestowania swoich światopoglądowych preferencji, gdyby nie sama forma tego zjazdu i słowa gospodarza tego spotkania, który w mszalnej homilii marginalnie potraktował samą rocznicę katolickiej rozgłośni, czym zapewne zawiódł szeregowych odbiorców tego radia, a skupił się na obronie kapłańskiego stanu, który jego zdaniem ostatnio poddawany był bezprzykładnym atakom sił zła.

Gdyby Ojciec Dyrektor poprzestał na ogólnym stwierdzeniu, można by przejść jakoś do porządku dziennego nad jego przemówieniem, ale on brnął dalej w tej narracji, czym winien wprowadzić w osłupienie wszystkich uczestników.

W jego opinii osoba skompromitowana chociażby niedawnymi decyzjami samego Watykanu, biskup znany z krycia pedofilskich zachowań niektórych duchownych, zasłużył na miano męczennika zniszczonego napastliwością mediów, a kapłańskie grzechy to nic takiego, bo któż nie ulega pokusom?

Gdyby takie słowa padły na jakimś agitacyjnym wiecu, to można by to jakoś usprawiedliwić, ale w gronie słuchaczy było wielu ludzi odpowiedzialnych za walkę z patologiami w naszym kraju, jak chociażby minister sprawiedliwości w obecnym rządzie, który ten swoisty spektakl zbył milczeniem.

Toruńskie spotkanie stało się swoistą wodą na młyn dla środowisk opozycyjnych i medialnych ośrodków nieprzychylnych obecnie rządzącym, co wykorzystali w telewizyjnych relacjach, i trudno im się dziwić.

Dziennikarze komercyjnej stacji trafnie zasygnalizowali, że w takiej narracji najbardziej dotkniętymi stały się osoby, które osobiście doznały krzywd od ludzi w sutannach, i trudno nie przyznać im racji, choć uważam, że dotkniętych jest o wiele więcej osób.

Szef toruńskiej rozgłośni wpisał się w narrację tych twardogłowych ludzi Kościoła, którzy uważają, że przysłowiowa świętość tej instytucji jest niczym tarcza, o którą zawsze będą się rozbijać nawet największe skandale i kolejny raz sprawdzi się prawda przysłowia:

-„Psy szczekają, a karawana pójdzie dalej”.

Przymierze tronu z ołtarzem, nie tylko w naszej historii prawie zawsze kończyło się spektakularną katastrofą.

Obecni w Toruniu przedstawiciele ołtarza pewnie wiązali z nim nadzieję na to, że przyschną sprawy, którymi Kościół póki co nie może się chwalić, a przedstawiciele tronu zjawili się tam w nadziei, że kościelny elektorat doceni ich deklaratywną lojalność w nadchodzących wyborach.

Sęk w tym, że wśród radiosłuchaczy katolickiego radia jest coraz więcej tych, którzy nie są już bezmyślną maszynką do głosowania i nie do końca podobają się im: ani ucieczka do przodu hierarchicznych notabli w ocenie Kościelnej patologii, ani milczenie tych, z którymi wiążą nadzieję na sprawiedliwy osąd zła, niezależnie od tego, kto się go dopuścił.

Kryspin

wtorek, 1 grudnia 2020

Przyzwyczajenie jest drugą naturą

 

Pr

Przyzwyczajenie staje się drugą naturą.

Powiedzenie ukute już dawno nie zawsze się sprawdza, zwłaszcza w czasie pandemii, bo jeżeli w okresie ustawowych obostrzeń rząd wyłączył działanie sklepów wielkopowierzchniowych i na cztery spusty zostały zamknięte centra handlowe, to owszem handel przeniósł się do internetu, gdzie rodacy realizowali swoje potrzeby w zakresie zakupów, ale?

No właśnie, już w minioną sobotę, kiedy powróciła możliwość odwiedzin w handlowych molochach, chętnych do tej formy bezpośredniego kontaktu ze sprzedawcami, ustawiły się tłumy.

Czyli chwilowy zakaz nie wpłynął na przyzwyczajenie wypracowane w naszej podświadomości przez lata.

Ale znowu nie do końca tak jest, bo wzrost obrotów w sieci stał się faktem i wielu dotychczasowych, tradycyjnych zakupoholików już na dobre przeniosło swoją „miłość” do rzeczywistości wirtualnej, jako nowo odkrytej, wygodniejszej formy zaspokojenia swoich zakupowych potrzeb.

Jeden z proboszczów okresu pandemii pochwalił się ostatnio pomysłem wykorzystania internetowej sieci do nowej formy duszpasterstwa.

W trakcie telewizyjnego wywiadu z dumą chwalił się aplikacją parafialnej strony, na której owieczki mogą zaspokajać potrzebę duchowej karmy, uczestnicząc wirtualnie w transmisji codziennych nabożeństw i nawet, jeżeli ktoś poczułby potrzebę materialnej wdzięczności wobec duszpasterskiego zaangażowania, mógłby skorzystać z aplikacji z podanym numerem konta, na które parafia zbiera ofiary.

Pewnie niebawem i inni kościelni włodarze powielą pomysł kolegi w sutannie i sieć zapełni się nowymi wirtualnymi stronami, i tylko trzeba się obawiać, czy w tym gąszczu odnajdą tę właściwą stronę parafianie.

Póki co państwo w miarę zadbało o zapewnienie laptopów na potrzeby maluchów zmuszonych do zdalnej nauki, a i tak ten system edukacji na odległość nie za bardzo się sprawdza, dlatego jego przeciwnicy coraz głośniej sygnalizują, że na dłuższą metę taka forma edukacji poskutkuje znaczącym obniżeniem poziomu edukacji, którego latami nie da się nadrobić.

Obawiam się że w przypadku seniorów ( a oni stanowią większość aktywnych parafian) szkody wirtualnego duszpasterstwa okażą się jeszcze większe.

Tworzenie swoistych protez rzeczywistości, a takimi są z pewnością pomysły duszpasterstwa wirtualnego, nie sprawdzą się.

Nie da się w sieci pielęgnować religijności, bo ona wymaga kontaktu w realu.

Nie da się w sieci sprawować chociażby niektórych sakramentów, które stanowią wagę wiary.

Obawiam się jednak, że pomysłowość niektórych duszpasterzy może wybiegać o wiele dalej i tylko patrzeć, kiedy pojawią się pomysły spowiedzi wirtualnej, a czemu nie.

Podany do wiadomości parafian telefon dyżurnego spowiednika mógłby służyć do sprawowania sakramentu pokuty na odległość.

Później dodatkowo konto na ofiarę, która byłaby formą zadośćuczynienia, czy pokuty, i po sprawie.

A eucharystię można by wysyłać poczteksem za potwierdzeniem odbioru, i wszyscy byliby szczęśliwi.

To oczywiście sarkazm z mojej strony i głęboko wierzę w to, że nikomu nigdy takie pomysły w realu nie przyjdą do głowy, ale do końca nie jestem przekonany, czy mam rację?

Może potrzeba było takiego zrządzenia losu, abyśmy osobiście dokonali w sobie oceny: ile w nas jest prawdziwej wiary, a ile odłamków dawnej tradycji?

To też znakomity sprawdzian dla całego Kościoła i dla tego hierarchicznego także, bo weryfikuje czy duszpasterskie oddziaływanie wyryło w duszach wiernych trwały ślad, czy tylko były pudrowaniem problemów.

Tak czy owak, przyzwyczajenie jest jednak drugą naturą i to musi budzić obawę Kościoła w kwestii religijności po okresie pandemii.

Kryspin