wtorek, 6 października 2020

Edukacja w cieniu magla


Jestem z pokolenia, które chyba jako ostatnie miało normalne dzieciństwo.

Świat był wtedy prostszy i wolny od codzienności magla, z którym młody człowiek musi się mierzyć.

W szkole obowiązywała wtedy zasada pełnego zaufania do świata dorosłych i nawet nam nie przychodziło do głowy, by negować ich wizję naszego rozwoju. Szkoła może i była trochę siermiężna z obowiązkowymi mundurkami, a nauczyciele choć pewnie nie zawsze spełniali nasze oczekiwania, to jednak roznosił się wokół nimb ich misji kreowania naszych charakterów.

Kiedy miałem naście lat gdzieś na Wybrzeżu przetaczały się fale robotniczego niezadowolenia, ale to wszystko był świat dorosłych i nie bardzo nas to obchodziło.

Dla nas najważniejszym był ogródek edukacji i w tym realizowaliśmy swoją drogę do dorosłości.

Teraz wszystko się zmieniło i sprawy dorosłości jakoś zaczęły przenikać do rzeczywistości na poziomie dziecięcego świata.

Może jeszcze jedno wspomnienie, które utkwiło mi z dziecięcych lat.

W mediach z tamtego czasu pojawiały się informacje o zabranym dzieciństwie naszych rówieśników z niektórych afrykańskich krajów, w których walczące ze sobą plemiona wykorzystywały małe dzieci, aby zamiast szkolnego tornistra, dawać im do ręki broń, by od dziecka uczestniczyły w walce dorosłych.

W komentarzu do tych obrazów mówiono o zbrodni straconego pokolenia, któremu dorośli zabrali beztroskie dzieciństwo.

Odnoszę wrażenie, że kiedyś historia podobnie oceni działania z naszego edukacyjnego ogródka, bo choć do rąk małolatów nikt teraz nie wkłada śmiercionośnych narzędzi, to jednak rzeczywistość magla, jaką stała się współczesna polityka negacji wszystkiego, co nie jest po stronie naszego myślenia, największe piętno odciśnie na najmłodszych.

Kryzys autorytetów, to nie jest coś co bierze się znikąd, a rodzi się w umysłach młodych z celowej inspiracji, bądź błędów zaniechania ludzi dorosłych, i to owocuje tym, że młody człowiek pozbawiony jasnego celu sięga po „wolność”, która jest daleka od autentyczności.

Takiej ułudy wolności doświadczył z pewnością młody, dwunastoletni Rafał, który oznajmił rodzicom, że kończy edukację religijną, bo zrozumiał, że jest ateistą i nie wierzy w bzdury głoszone na szkolnych katechezach.

Szanując jego zdanie jest mi jednocześnie trochę go żal, bo na tę decyzję mieli wpływ dorośli: rodzice, którzy od lat byli daleko od wiary i władze Kościelne także, zmuszając go do traktowania lekcji religii jak jednego z przedmiotów szkolnych, których on zwyczajnie nie lubił.

Jeżeli do tego wszystkiego dołożyć rzeczywistość magla, który co rusz nagłaśnia afery związane z przedstawicielami tej instytucji, to trudno się dziwić, że obecnie w religijnej edukacji bierze udział niecałe 50% młodych ludzi, a i tak są to wartości zawyżone, bo wlicza się w ten odsetek także tych, którzy traktują ten przedmiot w sposób mało poważny i chodzą na te zajęcia tylko dla świętego spokoju.

Sądzę, że to jest już ostatni dzwonek dla Kościoła, aby odwrócić ten trend.

„Dobrodziejstwo” religijnej edukacji w szkołach to dwa stracone pokolenia i jeżeli nadal będzie się utrzymywać tę fikcję, następne będzie ostatnim, zaliczającym archaiczny ( w jego rozumieniu) przedmiot szkolnej edukacji.

Tylko powrót do nauki o Bogu w parafialnych salkach może odwrócić ten trend.

I niech na początek w tych zajęciach będą brać udział tylko nieliczni, to będzie to początek nowej ewangelizacji, w której będą się realizowali młodzi ludzie nie z przymusu, a z potrzeby wiedzy; a to prowadzi do świadomości wiary.

To jest cena, którą trzeba zapłacić, aby uratować to, co jest jednym z najważniejszych zadań, jakie przed Kościołem postawił Chrystus.

Rzetelna wiedza rodzi świadomość wiary i czyni człowieka odpowiedzialnym w obliczu kryzysów, które obecnie funduje świat pełen magla.

Kryspin, Ksiądz w cywil

wtorek, 29 września 2020

Bidule to wstyd naszej współczesności

 


„-Jestem dzieckiem z bidula. Od zawsze jak sięgam pamięcią, moje życie było wyznaczane regulaminem domu, w którym nie było mamy, a zamiast niej były „ciocie”, które oszczędnie obdarzały nas przychylnością, którą w nieudolny sposób próbowały dać nam namiastkę tego, czego doświadczały dzieci w rodzinnych domach, czyli szczerej miłości.

Mnie tego pozbawiono i może dlatego od najwcześniejszych lat czułam się kimś gorszym chociażby od innych dzieci, które miały prawdziwych rodziców.

Niekiedy w trakcie zajęć szkolnych one żaliły się pomiędzy sobą, że rodzice nie zawsze spełniają ich zachcianki, a ja wtedy stojąc z boku, słuchałam tego z zazdrością i bardzo marzyłam, abym mogła choć raz doświadczyć takich „problemów”....”

W Polsce jest kilkadziesiąt tysięcy takich dzieci, dla których zabrakło miłości rodzinnego domu.

Większość z nich wcale nie trafiło do bidula z powodu okrutnego losu, który pozbawił ich rodziców, a trafiły tam dlatego, że zabrakło dla nich miłości w rodzinach biologicznych.

Do domów dziecka trafiają dzieci w różnym wieku, od dopiero co narodzonych niemowląt, których rodzicielki zdecydowały się je oddać, bo nie poczuły z nimi więzi, albo zwyczajnie potraktowały je jako „kłopot” w dalszym swobodnym życiu, ale i te starsze, zabrane z rodzin patologicznych, które nie gwarantowały im należytej troski w przekazaniu rodzinnej miłości.

Domy dziecka, czy nawet instytucja rodzin zastępczych, w których tzw. rodzice zawodowi wykonują pracę imitującą ciepło rodzinnego domu, nie złagodzą wstydu, jakim historia zapamięta nasze czasy.

Owszem, państwo szczyci się, że poprzez poszerzanie programów socjalnego wsparcia udało się prawie zlikwidować kwestię ubóstwa, do tego liczne organizacje pozarządowe dokładające swoją cegiełkę wrażliwości, starając się pomagać najuboższym rodzinom i na koniec siostrzyczki zakonne z oknami życia, do których mają trafiać niechciane przez matki noworodki, to jednak to wszystko nie załatwia problemu dzieci z bidula

Dla nich jedyną szansą na normalność jest dom rodzinny i świadomość, że są kochani.

Paradoksalnie, obecnie nasi wybrańcy narodu zasiadający w naszym parlamencie co jakiś czas prowadzą dysputy na temat dzieci. Wśród tych tematów brylują: sprawy in vitro, jako panaceum na problemy rodzin, które nie mogą liczyć na potomstwo, czy chociażby, uznawane za nadużycie , zakusy środowisk nie hetero normatywnych w kwestii adopcji maluchów.

A mnie brakuje w tym wszystkim rzeczywistego programu, który pomógłby rodzinom otwartym na to, aby ofiarować rodzicielską miłość dziecku, które nie z własnej winy tej miłości było pozbawione.

Zasadniczą kwestią, która powinna ulec zmianie, to uproszczenie procedur adopcyjnych i stworzenie klimatu opieki nad tymi rodzinami o wrażliwym sercu.

I w tych kwestiach niebagatelną rolę mógłby odegrać Kościół.

W Polsce jest ponad dwadzieścia tysięcy parafii i gdyby duszpasterze z tychże ośrodków włączyli się w pozytywną kampanię podzielenia się miłością z dzieckiem niechcianym, to nie wyobrażam sobie, aby nie pojawiły się rodziny, które same przeżywając traumę braku własnego dziecka, nie otworzyłyby się na możliwość przelania miłości na dziecko z adopcji.

Inną kwestią jest klimat opieki nad każdym nowo powołanym do życia człowiekiem jeszcze przed jego narodzinami.

Dziecko, zwłaszcza poczęte z „przypadku” nie powinno być traktowane jak problem młodej dziewczyny, czy powód do wstydu.

Niestety nadal pokutuje takie przekonanie w niektórych małomiasteczkowych, czy wiejskich środowiskach, i to kolejne zadanie dla duszpasterskiej troski kapłanów pracujących w tych środowiskach.

Dziecko nigdy nie powinno być „kłopotem”, ale zawsze powinno być czymś wstydliwym skazywanie go na bezdomność bidula dla ratowania pozorów poprawności, czy iluzji wolności.

Kryspin



wtorek, 22 września 2020

Miara dobrego człowieczeństwa

 

Trzy tygodnie minęły od dnia, kiedy zabrakło w naszym domu radości, jaką każdego dnia dawała nam ukochana przez nas sunia Saba. Ponad pięć lat każdego dnia okazywała nam swoją miłość i przywiązanie, i może nawet nie wiedziała, jak bardzo nam będzie smutno, kiedy jej zabraknie.

Kiedy ponad miesiąc temu, w trakcie wizyty w gabinecie weterynaryjnym, dowiedzieliśmy się o tym, że dopadł ją nowotwór, robiliśmy wszystko, aby ją ratować, a kiedy zgasła ostatnia nadzieja na odwrócenie czarnej karty jej życia, musieliśmy podjąć decyzję o skróceniu jej cierpienia i ofiarowaliśmy jej ostatni dar naszego smutku, spokojne odejście.

Zaśnięcie Sabiny zbiegło się z głośną ostatnio ustawą o ochronie praw zwierząt, jaką zajął się nasz Parlament.

Wydawać by się mogło, że to nic bardziej oczywistego, iż wreszcie posłowie pochylili się nad smutnym losem naszych Braci Mniejszych, jak przed wiekami nazwał ich największy orędownik losu zwierząt, św. Franciszek; a jednak rzeczywistość wcale nie stała się tak jednoznaczna.

Dla części z wybrańców narodu wcale nie było to tak oczywiste, aby zlikwidować fermy z klatkami, w których krótkie życie, i to w koszmarnych warunkach spędzają norki i lisy, bo przecież jeżeli nie u nas, to te zwierzęta będą hodowane gdzie indziej, a bydło dla rytualnego uboju i tak będzie zarzynane w bestialski sposób w ubojniach zagranicznych producentów, którzy nie mają takich skrupułów co my.

Koniec końców wypracowano jednak kompromis, aby rytualne barbarzyństwo ograniczyć do ilości niezbędnych, mających na celu zaspokojenie wymagań, mniejszościowych u nas, gmin wyznaniowych, które od setek lat praktykują ten archaiczny i jednocześnie okrutny zwyczaj.

I tu mam poważną wątpliwość co do dobrych intencji naszych parlamentarzystów, bo zaraz rodzi mi się pytanie o wzajemność oczekiwań:

Czy w krajach muzułmańskich, bądź chociażby w ojczyźnie wyznawców religii Mojżeszowej, zaoferowano by nam potrawy z wieprzowiny, chyba nie?

Pozostawmy jednak tę kwestię, bo musieli byśmy dojść do smutnego wniosku, że nawet w tak szczytnej, humanitarnej rzec by można sprawie, biznes i zysk okazały się ważniejszymi ponad szczytne idee.

Nowa ustawa odnosi się także do polepszenia dobrostanu naszych czworonożnych przyjaciół i zakazuje trzymania psów na łańcuchach, przynajmniej przez 12 godzin na dobę, to dobry kierunek.

Kiedyś psy w wiejskich obejściach pełniły rolę stróżów i były odpowiedzialne za odstraszanie leśnych szkodników, którzy pod osłoną nocy robili spustoszenia pośród drobiu, czy nawet większego dobytku.

Tamten czas jednak odszedł już dawno w zapomnienie, a łańcuchy nadal pozostały atrybutem wiejskiego krajobrazu i to musi się zmienić.

I tu widzę rolę Kościoła, a szczególnie duszpasterzy wiejskich środowisk, ale nie tylko.

Pewnie, że proboszczowie nie zamienią się w społeczników wszelkiej maści organizacji mających na względzie humanitaryzm traktowania zwierząt w obejściach, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby przy okazji corocznych odwiedzin duszpasterskich zainteresowali się losem zwierząt, nad którymi pieczę roztaczają ich parafianie.

Może także w niedzielnych homiliach częściej powinni przypominać o tym, że zwierzęta to nie tylko stwory, których hodowla ma pomnażać zysk, ale przede wszystkim żywe istoty, które czują ból i cierpią, kiedy ktoś traktuje je w sposób niegodny miana człowieka.

Nadużyciem byłoby jednak mówienie, że tylko na wsi mamy problem z nieludzkim traktowaniem zwierząt, o czym mogą chociażby świadczyć schroniska niechcianych psów.

Ktoś kiedyś je przygarnął, ale po jakimś czasie wyrzucił jak zabawkę, która przestała być potrzebna, albo nie spełniła oczekiwań bezproblemowego członka rodziny.

Miarą prawdziwego, dobrego człowieczeństwa jest to, ile dobra świadczymy naszym bliźnim, ale Dobry Bóg, kiedy będzie kiedyś ważył nasze zasługi, z pewnością na szali postawi także i to, jakimi za życia byliśmy dla zwierząt.

Kryspin 

wtorek, 15 września 2020

Czy powolanie do pełni miłości jest nie dla wszystkich?


Jeden z najważniejszych hierarchów polskiego Kościoła wygłosił niedawno homilię przy okazji pielgrzymki rodzin do sanktuarium maryjnego.

I nie było by w tym nic dziwnego, że zebranym przypomniał, iż:” pełnię życia osiąga się podczas życia rodzinnego i małżeńskiego..”, gdyby zaraz potem nie dodał ostrzeżenia przed ideologią singli, która każe człowiekowi żyć jak samotna wyspa.

Na poparcie swojego stwierdzenia zaznaczył, że: „Mężczyzna i kobieta mają żyć dla siebie, a ich miłość ma być pełna...”

Aby podnieść jeszcze wagę swojego osądu, na koniec podparł się stwierdzeniem św. Pawła, który nauczał, że:” nikt nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie.”

No i dobrze, że arcybiskup wlał w serca zebranych sporą porcję miodu, gdyby nie to że jednocześnie dziegciem obryzgał wszystkich tych, którzy inaczej zaprojektowali swoje życie.

Hierarcha zapomniał, a może celowo pominął ważniejsze nauczanie, które pozostawił nam sam Chrystus, na kartach Ewangelii wyjaśniając, że:” Są wśród nas także ludzie niezdolni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się narodzili, a są i niezdolni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili, a na koniec są i tacy, którzy dla królestwa niebieskiego sami wybrali bezżeństwo (Mt 19, 12)

Zbawiciel nie dokonał tej analizy ludzkich orientacji, by tylko gloryfikować tych, którzy z naturalnej kolei rzeczy zakładają klasyczną rodzinę, potępiając jednocześnie tych spośród nas, którzy z obiektywnych, niezależnych od nich przyczyn są inni, bo to nie odbiera im prawa do bycia w kręgu ukochanych przez Boga dzieci.

Pozostając przy nauczaniu przekazanym nam na kartach Ewangelii według św. Mateusza, Chrystus zauważa szczególne powołanie tych, którzy dla królestwa niebieskiego sami wybrali bezżeństwo, jasno tym definiując osoby szczególnego powołania, którym jest życie monastyczne. Ludzie decydujący się na wyłączną służbę Bogu poza światem wybierają klasztorne mury, by w ich podcieniach realizować pełnię zjednoczenia z Bogiem poprzez kontemplację i modlitwę.

Powołanie zakonne, niezależnie od reguły klasztornej, zawsze wiąże się z całkowitym wyzwoleniem od spraw tego świata na rzecz pełnej jedności z Bogiem, niejako twarzą w twarz, i mam w tym wypadku wielki szacunek do tych wszystkich, którzy pozytywnie odpowiadają na to szczególne Boże wezwanie.

Jeszcze inną grupą, o której mówi Chrystus, to osoby które z przyczyny innych stali się niezdolni do małżeństwa.

Wśród tych skrzywdzonych można by powołać się na przykłady osób okaleczonych w wyniku okrucieństwa im zadanego, i na przestrzeni wieków zebrała by się z tego spora rzesza, ale to nie tylko ci, którzy doznali fizycznej krzywdy.

W tej grupie mieszczą się także ci, których okaleczono moralnie ustanawiając ludzkimi nakazami ich niezdolność do założenia rodziny.

Odwołując się kolejny raz do kart Ewangelii, nie sposób pominąć też nauczania św. Pawła, który w liście do Tymoteusza wyjaśnia, że „Biskup więc powinien być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania.....dobrze rządzący swoim domem...Jeżeli ktoś bowiem nie umie stanąć na czele własnego domu, jakże będzie się troszczył o Kościół Boży?”

Czym więc kierowali się następcy w. Piotra wprowadzając w XII wieku nakaz bezżeństwa duchownych?

Od tamtego czasu celibat obowiązuje wszystkich tych, którzy odpowiadając na głos Bożego powołania zdecydowali się na służbę przy jego ołtarzu.

Szkoda tylko, odwołując się do nauczania arcybiskupa, że wiąże się to z jednoczesną rezygnacją z możliwości pełni życia, którą osiąga się tylko podczas życia rodzinnego i małżeńskiego.

I w tym wypada nam się tylko zgodzić z przytoczonymi na początku słowami kościelnego hierarchy.

Kryspin

wtorek, 8 września 2020

Teologia moralna od pasa w dół

 

Miałem wtedy niewiele lat, a świat postrzegałem przez pryzmat relacji rodzinnych i wiedzę o rzeczywistości czerpałem obserwując moich najbliższych. Niekwestionowanym autorytetem była wtedy dla mnie moja matka, strażniczka relacji miłości w naszej rodzinie.

Kiedyś przypadkowo byłem świadkiem jej rozmowy z zaprzyjaźnioną sąsiadką i wtedy usłyszałem coś, co przez kolejne lata nie dawało mi spokoju, a byłem zbyt mały, aby zrozumieć, o czym mówiła.

Do tej pory uchodziła dla mnie za wzór osoby wierzącej, a ona powiedziała, że bardzo jej trudno żyć ze świadomością ciągle popełnianego grzechu małżeńskiego.

Później zrozumiałem, że chodziło jej o pożycie intymne, które było przecież czymś naturalnym w kochającym się związku.

Pełnię wiedzy na temat tego, co według Kościoła jest moralnie dobre, w odróżnieniu od praktyk nieakceptowalnych, dowiedziałem się tak naprawdę dopiero w trakcie wykładów z teologii moralnej.

Prowadzący wykłady przedstawił nam cały katalog praktyk niegodnych, na które Kościół nigdy nie wyrazi akceptacji, i tak utrwalono w nas przekonanie, że większość seksualnych zachowań, pomimo tego, że dziejących się w sakramentalnych związkach, obarczonych jest skazą niemoralności, czyli grzechu.

Może teraz odwołajmy się do tego, czym jest sama teologia moralna, strażniczka należytych zachowań wierzących, co może przybliży nas do zrozumienia problemu:

-”Teologia moralna jest dyscypliną teologiczną, która zajmuje się moralnością czynów ludzkich w świetle Objawienia Bożego. Do jej uprawiania potrzebny jest rozum kierowany przez wiarę, co oznacza, że poza argumentacją ściśle teologiczną, posługuje się ona także argumentami rozumowymi. Teologia moralna, będąc nauką teologiczną, formułuje zasady postępowania dotyczące różnych dziedzin ludzkiego życia i jest jednocześnie otwarta na aktualne uwarunkowania ludzkich czynów. Wychodzi naprzeciw wyzwaniom, jakie niesie ze sobą postęp naukowy, techniczny i cywilizacyjny. Dziś w epoce postmodernizmu dominuje tendencja sprowadzania wszelkiego sądu do indywidualnej oceny, do przedkładania jej ponad obiektywną prawdę. To skutkuje niekiedy odrywaniem moralnych rozstrzygnięć od doktrynalnych fundamentów Kościoła i zbytnim skupianiem się nad skomplikowaną etycznie sytuacją człowieka. Teologia moralna stanowi taką dziedzinę wiedzy, która jakby z natury swej domaga się ciągłej odnowy i nowej, pogłębionej refleksji nad moralnymi zagadnieniami życia człowieka. Tak zresztą było w historii tej dyscypliny i tak dzieje się dzisiaj.”

Ten krótki fragment z opracowania autorytetów od moralności ukazuje nam szerszy aspekt tej dziedziny teologicznej wiedzy i mówi wprost, że będąc wykładnią tego co jest moralnie właściwe (w zgodności z Bożym Objawieniem), wychodzi jednocześnie naprzeciw wyzwaniom, jakie niesie ze sobą postęp naukowy, techniczny i cywilizacyjny.

Nie negując istoty fundamentów doktrynalnych Kościoła, trzeba jednak wypracowywania odnowionego spojrzenia także na sprawy związane z seksualnością, także w związkach sakramentalnych.

Jeżeli do tego dodali byśmy jeszcze całą sferę zaniku świadomości grzechu w kwestiach seksualności, która dotyka coraz większe grono ludzi z metryki przynależnych do grona wierzących, to jawi nam się prawdziwy problem.

Przeciwnicy kościelnego twardego stanowiska w tych kwestiach wielokrotnie zarzucają, że Kościół od wieków moralność ograniczył do sfery ludzkiej aktywności od pasa w dół, nie zauważając, że ponad tym wszystkim jest jest jeszcze normalne życie, w którym wiarę powinno się manifestować chociażby codziennymi dobrymi uczynkami wobec innych.

Tak sobie myślę, że może w tym jest wiele racji i dobrze by było, gdyby w Kościele zwracano większą uwagę na należyty poziom wiary w sercu każdego z wyznawców, a wtedy każdy jego uczynek będzie moralnie dobrym.

Kryspin

wtorek, 1 września 2020

Trzydzieści lat minęło.

 


We wspomnieniach ze szkolnych doświadczeń, których byłem uczestnikiem z pozycji nauczyciela, na zawsze pozostaną mi obrazy uczniów, którym porozumienia konkordatowe zafundowały lekcje religii w szkolnych salach.

Choć minęło od tamtego czasu już całe trzydzieści lat, to nadal prześladuje mnie widok głupawego uśmiechu zadowolenia na twarzy księdza maszerującego wtedy szkolnym korytarzem.

No może z jego perspektywy były powody do zadowolenia, gdy po tylu latach okresu wygnania, jaki przeżywała religia sprowadzona do przedmiotu mało znaczącego w procesie edukacji, a co za tym szło, skazana na najczęściej obskurne salki przykościelne, nareszcie zajęła należne jej miejsce. No i nie bez znaczenia była kwestia prestiżu bycia pedagogiem pośród innych nauczycieli, nie wspominając już o sprawach finansowych, którymi dotąd Kościół nie rozpieszczał swoich edukacyjnych pracowników, niezależnie od tego, czy ubrani byli w sutannę, habit, czy skromną garsonkę katechetki.

Jeżeli do tego wszystkiego dołożyć kolejne „gratisy” w postaci czasu rekolekcji wielkopostnych, które dawały młodym oddech od szarzyzny szkolnej nauki i na koniec sprawa decyzyjna w obsadzaniu etatów katechetycznych, którą zachowali dla siebie biskupi diecezjalni, to jawi nam się obraz władzy kościelnej w aż nadto uprzywilejowanej pozycji.

Może więc uśmiech kapłana z mojego wspomnienia był uzasadniony?

Może i byłby, gdyby nie drobny szczegół, ale istotny w tej kwestii.

Chodzi mi o młodych ludzi, bez których żaden proces edukacyjny nie miałby sensu.

I tu odnoszę wrażenie, że dobre samopoczucie przedstawicieli Kościoła ni jak ma się do rzeczywistości.

W „Zatroskanej koloratce” opisując „zdobycze” konkordatowego porozumienia pozwoliłem sobie na przeanalizowanie tego, w jaki sposób dzieciaki przyjęły wprowadzenie religii do szkół.

Aby to zrozumieć, trzeba by zastanowić się nad tym, z czym kojarzy się szkoła młodym ludziom:

Absurdalne programy i profil nauczania od małego dzieciaka uświadamia uczniom, że do głów wtłacza się im bzdury, które nie mają nic wspólnego z tym, co czeka je w dorosłym życiu. Do tego wszystkiego uczniowie codziennie skazywani są na spotkania z frustratami, których zwyczajnie nie lubią, uważając nauczycieli za grupę dziwaków, którzy niesłychanie rzadko potrafią zarazić ich pasją, bo najczęściej sami jej nie mają.

I w ten chory układ wpisali się pedagodzy w sutannach, a co za tym idzie przenieśli to wszystko na cały przekaz religijnej wiedzy.

Kilka dni temu w jednym z programów radiowych mogliśmy usłyszeć wywiad, którego udzielił słuchaczom wyznaczony z ramienia Episkopatu biskup zajmujący się sprawami katechizacji szkolnej.

Rozmowa odbyła się przy okazji 30 rocznicy powrotu religii do szkół.

Wnikliwa dziennikarka dopytywała hierarchę o to, czy z perspektywy czasu Kościół nadal uważa, że to było dobrym posunięciem w obliczu narastającej laicyzacji, zwłaszcza wśród młodego pokolenia?

Rozmówca, jak rasowy polityk, unikał odpowiedzi wprost i jak mantrę po wielokroć powtarzał, że to było ważne i dobre osiągnięcie dla Kościoła.

I znowu zabrakło w tym wszystkim oceny, czy było to aby także dobre dla całego pokolenia młodzieży, może i lepiej wyedukowanej religijnie; ale ni jak nie znalazło to odzwierciedlenia w kwestii religijności tychże ludzi.

Choć wspomniany przeze mnie wywiad odbył się na falach radiowych, to trudno mi było nie oprzeć się wrażeniu, że byłem świadkiem powtórki z rozrywki, i oczami wyobraźni zobaczyłem ten sam głupawy uśmiech samozadowolenia, jaki zapadł mi w pamięci, kiedy przed laty na szkolnym korytarzu zobaczyłem uśmiechniętego katechetę w sutannie.

Ani wtedy, ani teraz wcale nie było mi do śmiechu.

Kryspin,

wtorek, 25 sierpnia 2020

Tragedia Judasza


Za czasów studenckich miałem sposobność poznać ks. Mieczysława Malińskiego, ekscentrycznego myśliciela, który w swym dorobku literackim miał kilka kontrowersyjnych książek, w których co prawda z zaznaczeniem, iż były to tylko literackie wizje autora, to jednak prowokował do myślenia o najróżniejszych sprawach dotykających delikatnych materii od wieków zabezpieczonych klamrą Tradycji, albo niepodważalnych dogmatów.

Mnie najbardziej w pamięci utkwiła jego książka:”Świadkowie Jezusa”, w której bohaterami swoich rozważań uczynił kilku Apostołów, najbliższych sercu Mistrza.

Wśród nich znalazł się Judasz, ten o którym Ewangelie zawyrokowały , że lepiej żeby się nie narodził, a wszystko przez zdradę, której się dopuścił bezpośrednio po Ostatniej Wieczerzy.

W Książce Malińskiego Judasz jednak nie jest trak jednoznacznie negatywną postacią, a autor snując swoją wizję, przedstawił go jako osobę tragiczną, ale nie zasługującą na jednoznaczne potępienie.

Jako jeden z bystrzejszych uczniów Mistrza z Nazaretu uroił sobie, że Zbawiciela trzeba by sprowokować, by ten w sytuacji zagrożenia okazał wobec wrogów swoją Boską moc i tak światu objawił wielkość Mesjasza.

W swoim rozumowaniu wcale się nie różnił od innych Apostołów, bo przecież i oni prowadzili rozmowy na temat funkcji, które Mistrz im już niebawem przydzieli, kiedy światu objawi nadejście swojego królestwa.

Później, kiedy siepacze Heroda, a następnie żołdacy Piłata upokorzyli do granic ich nadzieje, wszyscy jak jeden mąż rozbiegli się, a Judasz dodatkowo nękany wyrzutami sumienia targnął się na swoje życie.

Przecież nie musiał tego zrobić, ale ból połączony z beznadzieją i świadomość zdradzonej miłości popchnęły go tego tragicznego czynu.

Pod koniec fragmentu książki mówiącym o tym tragicznym Apostole, autor niejako w podsumowaniu zauważa, że jego dramat wynikał także z tego, że on na prawdę kochał Jezusa, i to wcale nie mniej niż pozostali.

Gdybyśmy spojrzeli na statystyki, to z przerażeniem dowiedzieli byśmy się, że tylko w Polsce corocznie kilka tysięcy osób decyduje się na ten ostateczny akt desperacji, jakim jest samobójstwo.

Kiedyś Kościół był bardzo stanowczy w ocenie takich osób i przewidywał sankcje nawet po ich śmierci.

Nieszczęśnik był pozbawiony katolickiego pogrzebu, a miejsce pochówku było wyznaczone w ustronnym miejscu nekropolii, i to w ziemi niepoświęconej.

Dodatkowo odmawiano możliwości modlitwy za takiego zmarłego a priori uznając, że za taki czyn na trwałe zamknął sobie drogę do zbawienia, więc apele do Boskiej miłości na nic by się zdały.

Na szczęście to już są czasy minione, choć niektórzy kapłani nadal stosują „sankcje”wobec ludzi targających się na swoje życie, choć bardziej dotykają one bliskich zmarłego i to rodzina musi przyjmować upokorzenie w jego imieniu.

A później pozostaje im już tylko smutek i cięgle powtarzane pytanie bez odpowiedzi: Dlaczego?

W trakcie moje kapłańskiej posługi przyszło mi żegnać młodego chłopaka, maturzystę, który odebrał sobie życie na dwa tygodnie przed egzaminem dojrzałości.

Chłopak miał dziewczynę i grono przyjaciół, i wszyscy oni zadawali sobie także to pytanie: Dlaczego?

Przy grobie powiedziałem, że Andrzeja zabiło zwątpienie w siłę miłości, a zamiast niej swoją duszę wypełnił poczuciem osamotnienia, a takie zmaganie się z przeciwnością może doprowadzić człowieka do desperackiej decyzji, i nam złączonym w bólu pozostaje już tylko modlitwa za niego, czym możemy zadośćuczynić może naszemu brakowi wrażliwości i niezauważeniu samotności kogoś nam bliskiego.

Judasz kochając Mistrza nie potrafił przyjąć jego miłości i dlatego czuł się osamotniony z tym co uczynił i to było jego tragedią i największą przewiną.

Kryspin, 

wtorek, 18 sierpnia 2020

Czy można być wiernym chrześcijaninem i dobrym żołnierzem?

 


W 1989 roku Papież spotkał się z ponad 7000 kadetów w rzymskim garnizonie Cecchignola. Czterech młodych chorążych, reprezentujących garnizon zadało mu tam pytanie czy służbę wojskową da się pogodzić z chrześcijańskim sumieniem. Według watykańskiego czasopisma L’Osservatore Romano, interesowała ich między innymi kwestia: ,,Czy można być wiernym chrześcijaninem i jednocześnie wiernym żołnierzem?" Odpowiadając papież oświadczył: ,,Połączenie powołania chrześcijańskiego z powołaniem do służby wojskowej nie sprawia zasadniczej trudności ani nie jest niemożliwe. Jeżeli ustosunkujemy się pozytywnie do służby wojskowej, to uznamy ją za piękną, przyjemną i wartościową".
A zatem, jak łatwo zauważyć, JPII nie podzielał opinii założyciela chrystianizmu. Nieodparcie nasuwa mi się wniosek, że chrześcijaństwo z IV wieku, nie było religią, którą założył Chrystus.
Ponieważ Kościół katolicki został utworzony z inicjatywy cesarza rzymskiego , na fundamencie sojuszu ołtarza z tronem, czyli praktyki sprzecznej z ideą chrystianizmu - ma on więc tyle wspólnego z kościołem założonym przez Jezusa z Nazaretu, co krzesło elektryczne z krzesłem.”

To końcowy fragment maila czytelnika, który wcześniej, odwołując się do listu św. Pawła o miłości do nieprzyjaciół i zwyciężania zła dobrem, nie pozostawił suchej nitki na całej historii Kościoła, uważając ją za pasmo nieustannej przemocy i filozofii miecza, jako jedynie skutecznego narzędzia szerzenia nauki Chrystusa, która ni jak się miała do zamysłu Zbawiciela i jego pacyfistycznego nastawienia.

Trudno nie zgodzić się z twierdzeniem, że w dziejach chrześcijaństwa pojawiały się ciemne strony, kiedy przemoc wobec „wrogów” uważano za cnotę, i z tym nie można dyskutować.

W teologii moralnej znajduje się passus mówiący o wojnie, czyli przemocy, którą od zarania dziejów świat starał się rozwiązywać kwestie sporne dzielące plemiona, narody i całe imperia.

W doprecyzowaniu kwestii konfliktów zbrojnych znajdujemy tam określenie wojny sprawiedliwej, czyli takiej, która ma moralne uzasadnienie, ale to z pewnością nie przemawia do wyznawców teorii, że wszelkie działania z użyciem przemocy zawsze są czymś złym.

Ostatnio obchodziliśmy setną rocznicę „Cudu nad Wisłą”, zbrojnego konfliktu, który pochłonął dziesiątki tysięcy ofiar wśród walczących.

Nikomu nie przyszło by jednak do głowy, aby uczestników tych zmagań pozbawić słuszności walki z agresorem, który w zamiarach miał rozlanie na całą Europę niszczącego wpływu ideologii, w której nie byłoby miejsca dla wiary powszechnie w niej wyznawanej.

Można by mnożyć przykłady wojen sprawiedliwych, w których heroizm obrońców najważniejszych wartości był odpowiedzią na zło.

Walczący w dobrej sprawie stawali się przedłużeniem Bożego planu, aby to zło dobrem zwyciężać.

Pojęcie wojny sprawiedliwej zawiera w sobie także odpowiedź, którą niekiedy stawiają przeciwnicy wiary pytając:

-Gdzie był Bóg, kiedy w czasie okupacyjnego terroru rozlewało się zło w czystej postaci?

Bóg objawiał swoją moc poprzez ludzi, którzy w sprawiedliwej walce temu złu się przeciwstawiali, często płacąc za to najwyższą cenę.

Kościół jak nikt inny pielęgnuje pamięć bohaterów, którzy z miłości do ojczyzny ni zawahali się oddać najcenniejszego dobra, czyli swojego życia.

Chrystus, na którego pacyfizm powołują się przeciwnicy koniecznej walki, sam złożył siebie w ofierze z miłości do dobra, które widział w każdym człowieku, czyli Kościół się nie zmienił, bo od wieków jest depozytariuszem jego miłości.

Kryspin

wtorek, 11 sierpnia 2020

Na dziedzińcu Piłata

 

Kiedyś, prawie dwa tysiące lat temu, na dziedziniec Antonii przywleczono skazańca. W opinii Piłata był zupełnie bez winy, a pomimo to Imperator zgodził się go poniżyć, poddać procedurze biczowania, a żołdakom dodatkowo dozwolił, aby ci ku uciesze gawiedzi na koniec przyoblekli go w szaty niby króla, a na głowę wtłoczyli mu cierniową koronę.

I jakby tego było mało, na koniec wydał wyrok, aby tenże skończył życie na drzewie hańby.

Efektem tej rozprawy miało być całkowite zakończenie sprawy Mesjasza i ostateczne zwycięstwo nad religią, która jawiła się zagrożeniem dla ówczesnego porządku.

Znamy z historii następnych lat i wieków, które minęły od tamtych tragicznych zdarzeń, że ten spektakl nienawiści spełzł na niczym, a przyniósł tylko wzmocnienie prześladowanej na samym początku wspólnoty.

W historii Kościoła takich doświadczeń było wiele i zawsze po nich odradzał się z jeszcze większą siłą, bo jego moc tkwiła w wierze milionów.

Gdybyśmy przyjrzeli się tylko temu, z czym Kościół musiał się mierzyć w ostatnim stuleciu, to zobaczyli byśmy co najmniej dwa takie „dziedzińce Piłata” przyobleczone we flagi „wolności”. Pierwszą z nich był sztandar czerwony, symbol iluzji nowego człowieka kreującego swoją przyszłość bez Boga, druga brunatna obrazująca system, który chciał wykreować obraz Boga dla wybranych nadludzi, który jednocześnie błogosławiłby wszelkie zbrodnie na tych pozostałych, którym odmówiono prawa do życia, także do tego, w którym zawierzali siebie Bogu miłującemu wszystkich żyjących.

Dzisiejszy Kościół musi się mierzyć z kolejnym nurtem, który choć póki co stawia się na pozycji uciśnionego, w swej filozofii bezkompromisowo stara się zagościć w historii człowieka, domagając się równości i należnego dla siebie miejsca.

Papież Franciszek zapytany o sprawę mniejszości seksualnych, przedstawił stanowisko Kościoła w jednym zdaniu:

- „Jeżeli Bóg stworzył ciebie w orientacji homoseksualnej, to takim cię kocha.”

Idąc dalej za tą deklaracją, możemy stwierdzić, że Kościół nigdy nie przekreśla człowieka i jedynym, o co go prosi, to to, aby realizował swoje życie szukając dobra w każdym postępowaniu.

Ten apel skierowany jest do wszystkich, którzy w wierze chcą realizować swoje powołanie, i nie ma w tym żadnych wykluczeń ze względu na orientację seksualną, kolor skóry, czy inne odróżniające nas cechy, czy cokolwiek byśmy jeszcze w tym względzie rozumieli.

Kiedy obserwuję prowokacyjne wieszanie tęczowych flag na pomnikach przeszłości lub tych związanych z kultem religijnym, to odbieram to jako wyraz bezsilnej wrogości do czegoś, co jest swoistym wyrzutem sumienia dla tych, którzy zatraciwszy swoją tożsamość, w takich gestach szukają usprawiedliwienia dla swojego zagubienia.

Część wierzących poczuła się dotknięta takimi ekscesami i trudno się dziwić. Mnie jednak w tej chwili przypomina się scena z dziedzińca Piłata i powraca mi obraz Chrystusa przyobleczonego w purpurową szatę.

Tłum napawał się szyderstwem i nawet pewnie bawił się tym makabrycznym dowcipem, a On milczał i nie było w Nim złości wobec tych, którzy częstowali go bezzasadną nienawiścią.

W tym tkwiła Jego siła i to pozostawił jako testament swoim wyznawcom.

Pewnie za jakiś czas miną te akty prowokacyjnej nienawiści wobec wszystkiego, co niektórym środowiskom kojarzy się z Kościołem.

Politycy ugrywający swój kapitał na dzieleniu społeczeństwa znajdą sobie nowe wyzwania, a aktywiści wszelkiej maści ruchów anty, stwierdzą, że na dłuższą metę nie da się utrzymać napięcia wśród szeregowych „wyznawców” i na jakiś czas zwiną sztandary.

A Kościół nadal będzie trwał, niezależnie od tego, czy kolejni niezadowoleni będą głosić swoją wolność bez Boga, czy nawet wtedy, gdy w jego wnętrzu będą „gościły” kolejne afery niszczące go od środka; bo ponad to wszystko jest w nim wiara milionów i opieka Tego, który nigdy nikogo nie odrzucił i szczerą miłością obdarzał także wrogów.

Kryspin

wtorek, 4 sierpnia 2020

Tęczowa Madonna.



Kiedy przed laty we francuskim piśmie satyrycznym opublikowano karykatury wyśmiewające wyznawców Islamu, po kilku dniach przedstawiciele tejże religii poza falą oburzenia, korzystając z fanatycznych bojowników, dokonali spektakularnego odwetu, urządzając makabryczną jatkę na autorach obraźliwych w ich mniemaniu rysunków.
Cały cywilizowany świat potępił ten atak, zważywszy na to, że dokonano go w kraju, gdzie najważniejszą wartością i cywilizacyjnym dorobkiem była tolerancja także w kwestiach przekonań religijnych.
Oczywiście nie pochwalam chorego fundamentalizmu i filozofii bezpardonowej walki w obronie wyznawanych przekonań, z jakimi mieliśmy do czynienia w tamtym przypadku, ale to makabryczne zdarzenie nie było tak zero jedynkowe, jak zdawały się to przedstawiać autorytety liberalnego świata.
Postawmy się po drugiej stronie tej prasowej prowokacji, czyli po stronie ludzi, dla których wyznawana przez nich religia była czymś na tyle ważnym, że prowokacyjny rysunek satyryka dotknął ich na tyle mocno, że skutkował niekontrolowanym oburzeniem, a stąd już tylko był krok do tragicznych zdarzeń.
Na szczęście nas to nie dotyka, bo islamiści jakoś nie upodobali sobie naszego kraju, kiedy poza zachodnią granicą znaleźli swoją ziemię obiecaną i tam powyrastały jak grzyby po deszczu wieże minaretów, z których muezini pięć razy na dobę wzywają wiernych do codziennej modlitwy.
Nasza wiara też nie cechuje się takim fundamentalizmem i powoli stajemy się coraz bardziej tolerancyjni w jej kwestii.
Kiedy jednak przyglądam się jak tę tolerancję tratują niektóre wyzwolone grupy w naszym społeczeństwie, to rodzi się we mnie wątpliwość, czy granice w tych kwestiach nie są coraz bardziej naciąganie.
Ostatnie zdarzenia, a może trzeba by powiedzieć prowokacje niektórych środowisk, o których jesteśmy cyklicznie informowani w mediach: tęczowe flagi na pomnikach, także tych związanych
z kultem religijnym, parodie mszy świętej, procesje wyśmiewające najświętszy sakrament, to najbardziej spektakularne „dokonania” niektórych aktywistów ruchów mających w swoim przesłaniu walkę o równość i tolerancję, muszą rodzić pytanie:
Dlaczego tak się dzieje?
Dlaczego Kościół stał się tym „chłopcem do bicia” i w czym przeszkadza pewnym środowiskom wiara tych, dla których obrzędy liturgiczne stanowią wartość samą w sobie?
Jeden z uczestników marszu równości zapytany o to, z jakiego powodu protestuje niosąc transparent z tęczową Madonną, otwarcie przyznał, że jest przeciwko obecnemu Kościołowi, który dla niego jest synonimem starego porządku, czymś blokującym drogę do nowego świata: wolnego od skostniałych zakazów i nakazów ograniczających wolność jednostki.
Początkowo oburzyła mnie ta deklaracja, ale później zastanowiłem się i doszedłem do tego, że może ten młody człowiek nie do końca był bez racji.
Może Kościół powinien zweryfikować swoje poglądy w wielu kwestiach, aby przestał być tylko depozytariuszem starego porządku i otwarcie przyznał, że Chrystus zakładając tę instytucję wiary, dokonał tego z myślą o wszystkich ludziach, niezależnie od tego skąd przychodzili, z jakim bagażem doświadczeń, czy innych spraw, które o nich stanowiły.
Cieszę się, że chrześcijaństwu daleko jest do fundamentalizmu islamu i mam przekonanie, że paradoksalnie dzięki temu unikniemy mniej lub bardziej zaognionemu konfliktowi ze wszystkimi, którzy żyjąc obok nas i nie zawsze podzielając nasze przekonanie religijne, nie muszą być wrogami wartości, które wyznajemy.
Może potrzeba tylko uświadomić im, że religia wcale nie musi ograniczać wolności, bo realizuje przesłanie Założyciela, który ją nam dał z myślą, aby każdego człowieka uczynić wolnym w wyborze dobra, i to wystarczy.
Kryspin

wtorek, 28 lipca 2020

„Czy warto wierzyć?”



….” Mam do zadania multum pytań, które chciałbym zadać w kolejnych mailach: Jak teologia tłumaczy fakt, że dopiero 2 tys. lat temu Bóg przyszedł na ziemię?
Dla mnie to niezrozumiałe i dziwne!
Do tego wszystkiego tylko 17% ludzkości słyszało o Jezusie, i to też jest dziwne.”-napisał czytelnik i zaraz potem wspomniał spotkanie z prof. Sedlakiem, niekwestionowanym autorytetem teologii, cytując słowa tego myśliciela, którymi ten zakończył jedną ze głoszonych rekolekcyjnych nauk:...”Czy warto wierzyć? Jeszcze nie wiem”
Tak sobie myślę, że ten charyzmatyczny teolog jednak celowo postawił znak zapytania w końcu tego rozważania, i nie był to przejaw wątpliwości co do sensu wiary, a jedynie obraz stanu niepewności, który może pojawiać się w człowieku będącym na rozdrożu w kwestiach ostatecznego przeznaczenia.
Dlaczego Bóg zdecydował się wkroczyć w życie człowieka tak niedawno, bo przecież 2 tysiące lat, to zaledwie ułamek czasu, od kiedy nauka datuje istnienie istot rozumnych, czyli naszych bezpośrednich przodków.
Sądzę, że Bóg był zawsze blisko ludzkiego przekonania, iż jego przeznaczeniem jest coś więcej aniżeli kilkadziesiąt lat życia tu i teraz.
Historia religii odwołuje się do wczesnoludzkich wierzeń, kiedy w prymitywnych obrzędach nasi praprzodkowie wyrażali przekonanie o dalszym przeznaczeniu, i zawsze wtedy punktem odniesienia był On, Stwórca wszechrzeczy.
I choć używali różnych określeń, którymi starali się dotrzeć do Jego istoty, to zawsze chodziło o Niego, jako cel każdego ludzkiego życia.
Kiedy zadajemy sobie pytanie: dlaczego musiało minąć aż tyle lat, zanim Bóg zdecydował się przybliżyć do swoich stworzeń posyłając do naszej rzeczywistości swojego Syna, to trzeba zauważyć, że przyjście Zbawiciela było poprzedzone wieloma tysiącami lat dorastania do zrozumienia i przyjęcia jego osoby, o czym stanowi historia Starego Testamentu.
Inną kwestią jest to, czy człowiek był przygotowany na takie zbliżenie, bo odwołując się do historii, chyba nie, zaraz bowiem po tym zdarzeniu wprowadził podziały i z jednego pnia judaistycznej drogi stworzył zwalczające się nawzajem wielkie religie monoteistyczne: chrześcijaństwo i islam. I wszyscy zaklepali sobie prawo do monopolu prawdziwości swojej drogi.
Jeżeli do tego wszystkiego dołożyć wielkie religie dalekiego wschodu, to tworzy się prawdziwy galimatias i naturalnym staje się pytanie: która droga jest prawdziwą?
Do tego wszystkiego należałoby jeszcze doliczyć około 40% ludzi, którzy porzucili wiarę w to, że przeznaczeniem każdego z nas jest nieśmiertelność, i wtedy mamy obraz kompletnego chaosu myśli.
Konkludując musimy dojść do przekonania, iż Bóg przewidział różne drogi, którymi człowiek może przybliżać się do zrozumienia, kim jest i dokąd zmierza.
Dla naszego środowiska kulturowego i naszych chrześcijańskich korzeni przewidział drogę w cieniu swojego Syna, ale to wcale nie stawia nas w uprzywilejowanej pozycji i nie upoważnia do uważania się za szczególnie wybranych.
Przestrzeganie reguł wyznawanej wiary, bez fanatycznego samozadowolenia i braku tolerancji względem tych, którzy w swoim przekonaniu także wierzą, choć może zgoła w odmienny sposób, to właściwe nastawienie, które może nam wzajemnie pomagać.
To człowiek przez wieki pobudował zasieki, poza którymi umieścił tych, których określił mianem niewiernych i skutecznie prowadził politykę nienawiści, którą nazywał ewangelizacją, albo szerzeniem jedynej prawdziwej wiary objawionej Prorokowi Allaha.
Ale dobry Bóg tego nie chce.
Dla niego liczy się tylko dobro w każdym z nas, bo w tym zawiera się istota prawdziwego człowieczeństwa i pozytywna odpowiedź na pytanie, które swego czasu przed słuchaczami prowokacyjnie postawił profesor Sedlak: „Czy warto wierzyć?”
Watro, i to wiem na pewno.
Kryspin

wtorek, 21 lipca 2020

W Kościele nie ma rozwodów



Życie nie znosi próżni, to stara prawda, która co chwilę daje o sobie znać, także w kwestiach związanych z Kościołem, a ostatnio sprawdziła się poprzez prasowe doniesienia o rozwodzie, który umożliwił ponowne zaślubiny człowiekowi, który od ponad dwudziestu lat był już w poprzednim związku małżeńskim.
Sprawa może by i nie wzbudziła takiego zainteresowania, gdyby nie chodziło o człowieka ze świecznika elit.
Z racji, że nie był to zwyczajny Kowalski, ruszyła lawina mniej lu bardziej wnikliwych komentarzy różnych „autorytetów”znających się na tej materii, a zaraz po nich swoje dołożyli mniej kompetentni, ale zawsze gotowi do ferowania swoich opinii.
Co bardziej wnikliwi rozszerzyli swoje wnioski na kościelne władze, konkludując, jakie to przyniesie negatywne skutki dla życia religijnego szeregowych członków tejże wspólnoty.
Mnie „ujął” jeden wpis zamieszczony na portalu społecznościowym, gdzie autor wręcz przypisał winę za postępującą laicyzację kościelnym władzom, firmującym takie bezprawne działania.
W tej chwili trzeba stwierdzić jednak jasno, że w kościele katolickim nie ma czegoś takiego jak rozwód, a jedynym co może nastąpić, to orzeczenie o nieważności sakramentu małżeństwa, czyli stwierdzenie, że takowego nigdy nie było, choćby wszystkim wydawało się inaczej.
Owszem, nagłośnienie pojedynczego przypadku i to w połączeniu z osobą znaną, może rozbudzać emocje i podejrzenia, że ktoś sobie coś załatwił.
Śmiem twierdzić, że wcale nie tak łatwo jest załatwić sobie taki papierek, bo każdy przypadek związany z orzekaniem w tej kwestii musi przechodzić procedurę sądową sprawowaną przez kościelny organ do tego powołany, który wnikliwie każdorazowo bada, czy zachodzą przesłanki do wydania ostatecznej decyzji.
Już kiedyś pisałem na temat małżeństw, które tkwią w układzie, który nigdy nie był sakramentem.
Takich przypadków z wadą powodującą nieważność małżeńskiej przysięgi jest bardzo wiele, i niektóre osoby z takich związków wnoszą sprawę o orzeczenie nieważności czegoś, co nigdy nie było sakramentem.
Wielu decydujących się na rozwiązanie swoich małżeństw uzyskuje orzeczenie w sądach cywilnych i na tym poprzestają, choć mogliby swoją sprawę załatwić także w kościelnym trybunale.
Dlaczego więc tego nie robią?
Przyczyną często podnoszoną jest niewiedza i obawy związanie z tym, jak poruszać się w zawiłościach kościelnego prawa.
Istotnymi hamulcowymi w tych kwestiach są także bierni duszpasterze, którzy bardzo niechętnie deklarują chęć pomocy małżonkom z rezygnacją godzącym się na swój los.
Wracając do internetowego wpisu o winie Kościoła za postępującą laicyzację, rzeczywistą winę widzę w bierności poszczególnych duszpasterzy, którzy w swoich rocznych sprawozdaniach ujmują małżonków niesakramentalnych, jako jakiś odsetek owieczek, którymi owszem trzeba się zajmować, ale tak tylko przy okazji, bo to przecież gorszy sort religijnej wspólnoty, który nie sprawdził się w religijnej poprawności.
Łatwiej przecież raz po raz poklepać ich po plecach i powiedzieć: Trudno, ale sami zdecydowaliście i choć zwiedliście pokładaną w waszym związku nadzieję, to Kościół tak do końca was nie odrzuca i bożej miłości pozostawia osąd nad niedotrzymaniem przez was danego przed ołtarzem słowa.
Tacy wyautowani ludzie z niesakramentalnych związków stają się pierwszymi kandydatami do tego, aby swoje życie prowadzić poza wspólnotą wierzących, i trudno się temu dziwić.
Swoją drogą zastanawiam się, co kościelne władze powiedziały by na to, gdyby w rocznych parafialnych sprawozdaniach lokalni duszpasterze ujmowali także ilość spraw małżeńskich załatwianych w kościelnych trybunałach?
Kryspin

wtorek, 14 lipca 2020

Nadzieja w młodych



Obawiam się, że to było ostatnie zwycięstwo w starciu dwóch filozofii życia, jakie przedstawili nam rywalizujący ze sobą kandydaci na urząd Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
Póki co naród opowiedział się po stronie obrony korzeni naszej państwowości, wartości tradycyjnej rodziny i przywiązania do tego, co niektórzy nazywają chrześcijańskim rodowodem.
Nie sposób przemilczeć jednak faktu, że zwolennicy otwartości na to, co daje świat, tylko o włos przegrali i pozostają z nadzieją, że już i do naszych bram puka europejskość w wydaniu, które dla nich budzi nadzieję na nieuchronność zmian, a dla wygranych obecnego wyścigu jawi się zapowiedzią nieuchronnej porażki w niedalekiej przyszłości.
Kiedy po II Wojnie Światowej zwolennicy nowego ładu próbowali stworzyć nowego człowieka wolnego od zabobonów przeszłości, przegrali z kretesem.
Teraz jest inaczej, bo nasze społeczeństwo w znaczącej liczbie opowiada się za tym , by stać się otwartymi na powiew wolności i tego domagają się coraz głośniej już nie tylko mniejszościowe orientacje, ale czemu wtórują także elity szczycące się wykształceniem i dobrą pozycją materialną realizując w wielkich miastach swój sen o dobrobycie.
Jeszcze niedawno uchodziliśmy za naród tradycyjne wierzący, kiedy to dumnie przytaczaliśmy dane statystyczne, mówiące o ponad 90% tych, którzy deklarowali się jako katolicy.
To jednak był już wtedy zafałszowany obraz, bo z tym tradycyjnym przywiązaniem do chrześcijańskiej tożsamości było różnie, czego symptomem był swoisty laksyzm w podejściu do realizacji naszego członkostwa w tej wspólnocie.
I tu trzeba wrzucić kamyk do ogródka Kościoła jako instytucji biernie nic nierobiącej w tej kwestii, a co za tym idzie, taki sam kamień trzeba by wrzucić do ogródka rodzin, które stanowią drobne cegiełki tejże budowli.
Ktoś powie, że to nie my jesteśmy winni wygodnictwu młodych, którzy zaniechali obowiązkom wynikającym z wiary i wolą niedzielną chwilę oddechu od całotygodniowego młyna spędzić z rodziną, może na łonie przyrody, aniżeli odstawać godzinę w dusznym kościele.
Księża w swoich parafialnych okopach także rozkładają ręce i mówią -trudno jest nam konkurować z tym, co daje świat.
Czyżby Chrystus przestał już być atrakcyjnym i skazany jest na przegraną?
Ponad czterdzieści lat temu byłem uczestnikiem rekolekcji oazowych organizowanych przez charyzmatycznego księdza Blachnickiego. W międzynarodowej grupie młodych spotkałem wtedy dwie dziewczyny z Czechosłowacji. Jedna z nich była córką wysoko postawionego we władzach partyjnych urzędnika i bardzo przeżywała to, że musiała okłamać ojca zatajając fakt, że ponad wakacyjny wypoczynek, wybrała rekolekcje; ale jak sama stwierdziła, czuła taką potrzebę.
Wtedy spotkałem tam wielu takich młodych, którzy poświęcając swój czas, realizowali wewnętrzną potrzebę wiary.
Młode pokolenie nie znudziło się Chrystusem, ale niekiedy potrzeba mu animatorów ich pragnienia, które jest w każdym człowieku.
I tu jest rola, ale i wielka odpowiedzialność spływająca na barki rodziców i Kościoła w rozumieniu globalnym.
Młodzi często buntują się przeciwko temu, w co wyposażają ich najbliżsi, ale ten sprzeciw nie dotyczy prawdziwych wartości, a jest skierowany na wypaczone obrazy : mówią nie wierze bez tolerancji i otwartości na różnorodność, ale też mówią nie wobec obłudy pustych słów, którymi są karmieni przez przedstawicieli Kościoła, wplatających w naukę o wierze swoje geszefty, próbując usprawiedliwiać nawet największe świństwa, które ni jak nie są przesłaniem Chrystusa.
Nie tylko przedstawiciele różnych opcji politycznych stają przed dylematem pozyskania młodych do swoich wizji, bo Kościół także staje przed takim samym wyzwaniem, ale w jego przypadku nie chodzi tylko o wygraną w kolejnych wyborach.
Od jego postawy zależy, czy Chrystus dla nich będzie wygranym, czy tylko nikomu nie potrzebnym wspomnieniem.
Kryspin


wtorek, 7 lipca 2020

Kościelna kampania.



Już za nami jest czas kampanijnej gorączki i zakończył się wyborczy tasiemiec, w którym w ostatnich tygodniach byliśmy świadkami i uczestnikami spektaklu obietnic i nadziei, którymi mamili nas kandydaci na najważniejszy urząd w Rzeczypospolitej.
Teraz pozostał czas na analizy wygranych i przegranych w tym wyścigu.
Jedni wyliczają rachunki zysków, inni analizują, w czym zawinili, że coś poszło nie tak.
A wszystko po to, by wyciągnąć wnioski na przyszłość, aby lepiej przygotować się do następnych wyborów.
Nie próbując wyręczać politycznych strategów, można jednak stwierdzić, że te wybory odzwierciedliły rzeczywistość podziału, który w naszym społeczeństwie jak nigdy dotąd ujawnił, że daleko nam do jednomyślności.
Mnie najbardziej zastanowiły rezultaty pierwszej tury głosowania, kiedy obok dwóch odmiennych wizji przyszłej Polski prezentowanych przez dwa najsilniejsze ugrupowania polityczne, wśród głosujących pojawili się, i to w znaczącej liczbie, wyborcy stojący w opozycji do tradycyjnych politycznych gigantów i oddali swój głos na człowieka spoza układu, deklarując swoją anty systemowość.
Osobną kwestią jest to, że ponad 10 milionów wyborców w ogóle nie zagłosowało, co też winno stać się przedmiotem analiz poszczególnych sztabów kandydatów.
Jeszcze jednym tematem, który był mało akcentowany, to kwestia wiary kandydatów i ich ewentualnego zabiegania o względy kościelnych hierarchów, co w przeszłości było wykorzystywane w trakcie kampanijnej gorączki.
Chyba tylko raz padło takie pytanie, po którym jeden z głównych pretendentów do prezydenckiego fotela określił się jako człowiek wierzący, ale jednocześnie nie czujący się częścią Kościoła w tradycyjnym rozumieniu. Niejako dopełnieniem jego deklaracji była wypowiedź kandydatki na pierwszą Damę Rzeczypospolitej, która określiła się jako katolik, ale mający żal do hierarchicznego Kościoła, za jego postawę w kwestiach aborcyjnych, co zdecydowało o tym, że także i ona jest poza czynnym gronem członków tej instytucji.
Czy można być katolikiem i jednocześnie stawać w opozycji do wartości będących czymś istotnym, swoistym kanonem wyznaczającym ramy przynależności do tego grona?
Z pewnością nie, ale to nie przekreśla deklaracji, że ktoś wierzy, o czym przekonują mnie liczne deklaracje czytelników mojej rubryki.
Wśród osób, które cotygodniową lekturę Angory rozpoczynają od spotkań z Księdzem w cywilu, stanowi duża grupa tych, którzy określają się mianem ludzi wierzących, ale jednocześnie nie będących związanymi z Kościołem w rozumieniu tradycyjnym.
Ich można by określić mianem wierzących anty systemowców, co trafnie określałoby ich krytyczną ocenę rzeczywistości stanowiącej realia dzisiejszego Kościoła.
Ci ludzie kiedyś się zawiedli na wartościach, a może raczej na rozmazaniu wartości, od których Kościół odszedł poprzez swoje działania, zaniechania, jednocześnie usilnie pielęgnując w swoich szeregach patologie, zwyczajnie je oswajając i jednocześnie nie robiąc nic by je naprawiać.
Inną grupą bliską wiary anty systemowej są z pewnością i ci, którzy odeszli od Kościoła z innych powodów.
Może ich zaangażowanie uległo osłabieniu z powodu osobistych zaniedbań? Tacy wierzący zamiast niedzielnych nabożeństw, zazwyczaj wybierają inne atrakcje, którymi kusi ich życie ?
To grupa przypomina grono wielomilionowej rzeszy tych, którzy nie głosują w żadnych wyborach.
I nad tymi wszystkimi powinni pochylić się duchowni, bo w tym tkwi odpowiedzialność kościelnych strategów, aby przekonać do swojej wizji jak największą rzeszę wierzących z grona anty systemu, i tych zaniedbanych z własnego powodu także.
Ale by skutecznie zadziałać w tej kwestii, potrzeba dobrej, aktywnej kampanii, na którą Kościół powinien być nieustannie gotowy. Takie działanie ma nawet swoją nazwę, która od wieków się sprawdza, to ewangelizacja.
Może w naszych realiach trzeba by dodać przedrostek neo, ale on wymaga nowego spojrzenia i wyciągania wniosków z dotychczasowych niepowodzeń.
Czy Kościół na to jeszcze stać?
Kryspin

wtorek, 30 czerwca 2020

Kościelne tsunami



Papież Franciszek dał się poznać nie tylko jako przyjaciel biednych owieczek w Kościele, ale także jako bezkompromisowy czyściciel brudu, który nagromadzony przez stulecia skutkuje swoistym smrodkiem w tej instytucji.
Kiedy odór skandali w kościele południowoamerykańskim doszedł do swoistego apogeum, nie zawahał się zdymisjonować cały episkopat Chile. Pewnie, że ktoś wnikliwie śledzący wydarzenia około kościelne zripostuje, że to sami tamtejsi biskupi podali się do dymisji, ale jednak stało się to po ich wizycie u samego szefa w Watykanie, czyli po rozmowie z Franciszkiem, która z pewnością nie nosiła znamion kurtuazyjnej.
Przed kilkoma dniami media opublikowały wywiad z członkiem naszego episkopatu, młodym biskupem pomocniczym jednej z diecezji, który w kontekście nagłośnionej sprawy ordynariusza kaliskiego (jednego z „bohaterów” filmu braci Sekielskich i amatora mocnych trunków, którymi leczył frustracje po chłodnym przyjęciu listu rozpaczy skierowanego do współbraci w biskupstwie), stwierdził, że w polskim episkopacie szykuje się coś w rodzaju tsunami, które nadejdzie z samej centrali, czyli od Franciszka.
Na potwierdzenie swojej tezy ujawnił, że w ostatnim czasie do Watykanu trafiły obszerne pisma w sprawie 17 prominentnych biskupów z polskich diecezji.
Trzeba przyznać, że ta informacja poraża i zwiastuje swego rodzaju armagedon, który może skutkować poważnym przetrzebieniem szeregów dostojnych członków naszych kościelnych władz.
W tym kontekście może warto zastanowić się nad kluczem, z jakiego dokonuje się wyboru przyszłych pasterzy diecezjalnych stad.
Sam Kościół przy ogłaszaniu decyzji, która zawsze zarezerwowana jest dla Watykanu, informuje wiernych, że Stolica Apostolska mianowała księdza X do godności biskupa i w diecezjalnej katedrze wybrany otrzyma święcenia pełni kapłaństwa.
Spośród całej rzeszy diecezjalnego duchowieństwa ten zaszczyt dotyka niewielu, co rodzi uzasadnione pytanie:
-Kto może dostąpić takiego wyróżnienia?
Odpowiedź wydaje się oczywista:
-Każdy duchowny może zostać biskupem, jeżeli Duch Święty go sobie wybierze.
No nie do końca tak jest, choć trzeba przyznać, że pojedynczy kapłani z parafialną przeszłością niekiedy dostępują takiego zaszczytu, ale to tytko wyjątki wśród episkopalnego gremium.
Spośród rzeszy duchownych, niektórzy jakby mają bliższą drogę do biskupiego wyróżnienia.
Kiedyś takim biletem do kościelnej kariery było dobre urodzenie, majątek, jaki rodzinka była skłonna ofiarować na rzecz tej instytucji. To jednak już tylko historia, i dobrze.
Teraz przepustką do awansu jest wiedza, najlepiej potwierdzona doktoratem i to na zagranicznej (najlepiej watykańskiej uczelni), później praktyka w kurialnym młynie, bądź kolejne szczeble naukowej drabiny z zaliczeniem pracy w formowaniu kapłańskich powołań w roli profesora seminarium.
Później już tylko trzeba poczekać na to, by znaleźć się na magicznej karcie z 3 nazwiskami kandydatów i najlepiej być na pierwszym miejscu, by tam w Watykanie widzieli, kogo nazwisko zakreślić, i po sprawie.
A Duch Święty, czy już nie potrzeba jego głosu?
Pewnie nie?
Kiedy Chrystus powoływał swoich pomocników – apostołów, i miał łatwiej, choć pewnie wielu zastanawiało się dlaczego wybrał prostych rybaków, a nie zaprosił Uczonych w Piśmie, mądrych przedstawicieli elit intelektualnych.
Tak sobie myślę, że wielu naszych duszpasterzy (biskupów) nigdy nie zaznało parafialnego powietrza i rzeczywistości powszedniego dnia w takich wspólnotach.
To jest dla nich czymś zupełnie obcym, a szkoda.
Może więc potrzeba takiego kościelnego tsunami, aby Duch Święty przewietrzył szeregi tych szczególnie wybranych, bo wielu z nich nigdy nie dorosło do miana pasterzy.
Kryspin