wtorek, 4 sierpnia 2020

Tęczowa Madonna.



Kiedy przed laty we francuskim piśmie satyrycznym opublikowano karykatury wyśmiewające wyznawców Islamu, po kilku dniach przedstawiciele tejże religii poza falą oburzenia, korzystając z fanatycznych bojowników, dokonali spektakularnego odwetu, urządzając makabryczną jatkę na autorach obraźliwych w ich mniemaniu rysunków.
Cały cywilizowany świat potępił ten atak, zważywszy na to, że dokonano go w kraju, gdzie najważniejszą wartością i cywilizacyjnym dorobkiem była tolerancja także w kwestiach przekonań religijnych.
Oczywiście nie pochwalam chorego fundamentalizmu i filozofii bezpardonowej walki w obronie wyznawanych przekonań, z jakimi mieliśmy do czynienia w tamtym przypadku, ale to makabryczne zdarzenie nie było tak zero jedynkowe, jak zdawały się to przedstawiać autorytety liberalnego świata.
Postawmy się po drugiej stronie tej prasowej prowokacji, czyli po stronie ludzi, dla których wyznawana przez nich religia była czymś na tyle ważnym, że prowokacyjny rysunek satyryka dotknął ich na tyle mocno, że skutkował niekontrolowanym oburzeniem, a stąd już tylko był krok do tragicznych zdarzeń.
Na szczęście nas to nie dotyka, bo islamiści jakoś nie upodobali sobie naszego kraju, kiedy poza zachodnią granicą znaleźli swoją ziemię obiecaną i tam powyrastały jak grzyby po deszczu wieże minaretów, z których muezini pięć razy na dobę wzywają wiernych do codziennej modlitwy.
Nasza wiara też nie cechuje się takim fundamentalizmem i powoli stajemy się coraz bardziej tolerancyjni w jej kwestii.
Kiedy jednak przyglądam się jak tę tolerancję tratują niektóre wyzwolone grupy w naszym społeczeństwie, to rodzi się we mnie wątpliwość, czy granice w tych kwestiach nie są coraz bardziej naciąganie.
Ostatnie zdarzenia, a może trzeba by powiedzieć prowokacje niektórych środowisk, o których jesteśmy cyklicznie informowani w mediach: tęczowe flagi na pomnikach, także tych związanych
z kultem religijnym, parodie mszy świętej, procesje wyśmiewające najświętszy sakrament, to najbardziej spektakularne „dokonania” niektórych aktywistów ruchów mających w swoim przesłaniu walkę o równość i tolerancję, muszą rodzić pytanie:
Dlaczego tak się dzieje?
Dlaczego Kościół stał się tym „chłopcem do bicia” i w czym przeszkadza pewnym środowiskom wiara tych, dla których obrzędy liturgiczne stanowią wartość samą w sobie?
Jeden z uczestników marszu równości zapytany o to, z jakiego powodu protestuje niosąc transparent z tęczową Madonną, otwarcie przyznał, że jest przeciwko obecnemu Kościołowi, który dla niego jest synonimem starego porządku, czymś blokującym drogę do nowego świata: wolnego od skostniałych zakazów i nakazów ograniczających wolność jednostki.
Początkowo oburzyła mnie ta deklaracja, ale później zastanowiłem się i doszedłem do tego, że może ten młody człowiek nie do końca był bez racji.
Może Kościół powinien zweryfikować swoje poglądy w wielu kwestiach, aby przestał być tylko depozytariuszem starego porządku i otwarcie przyznał, że Chrystus zakładając tę instytucję wiary, dokonał tego z myślą o wszystkich ludziach, niezależnie od tego skąd przychodzili, z jakim bagażem doświadczeń, czy innych spraw, które o nich stanowiły.
Cieszę się, że chrześcijaństwu daleko jest do fundamentalizmu islamu i mam przekonanie, że paradoksalnie dzięki temu unikniemy mniej lub bardziej zaognionemu konfliktowi ze wszystkimi, którzy żyjąc obok nas i nie zawsze podzielając nasze przekonanie religijne, nie muszą być wrogami wartości, które wyznajemy.
Może potrzeba tylko uświadomić im, że religia wcale nie musi ograniczać wolności, bo realizuje przesłanie Założyciela, który ją nam dał z myślą, aby każdego człowieka uczynić wolnym w wyborze dobra, i to wystarczy.
Kryspin

wtorek, 28 lipca 2020

„Czy warto wierzyć?”



….” Mam do zadania multum pytań, które chciałbym zadać w kolejnych mailach: Jak teologia tłumaczy fakt, że dopiero 2 tys. lat temu Bóg przyszedł na ziemię?
Dla mnie to niezrozumiałe i dziwne!
Do tego wszystkiego tylko 17% ludzkości słyszało o Jezusie, i to też jest dziwne.”-napisał czytelnik i zaraz potem wspomniał spotkanie z prof. Sedlakiem, niekwestionowanym autorytetem teologii, cytując słowa tego myśliciela, którymi ten zakończył jedną ze głoszonych rekolekcyjnych nauk:...”Czy warto wierzyć? Jeszcze nie wiem”
Tak sobie myślę, że ten charyzmatyczny teolog jednak celowo postawił znak zapytania w końcu tego rozważania, i nie był to przejaw wątpliwości co do sensu wiary, a jedynie obraz stanu niepewności, który może pojawiać się w człowieku będącym na rozdrożu w kwestiach ostatecznego przeznaczenia.
Dlaczego Bóg zdecydował się wkroczyć w życie człowieka tak niedawno, bo przecież 2 tysiące lat, to zaledwie ułamek czasu, od kiedy nauka datuje istnienie istot rozumnych, czyli naszych bezpośrednich przodków.
Sądzę, że Bóg był zawsze blisko ludzkiego przekonania, iż jego przeznaczeniem jest coś więcej aniżeli kilkadziesiąt lat życia tu i teraz.
Historia religii odwołuje się do wczesnoludzkich wierzeń, kiedy w prymitywnych obrzędach nasi praprzodkowie wyrażali przekonanie o dalszym przeznaczeniu, i zawsze wtedy punktem odniesienia był On, Stwórca wszechrzeczy.
I choć używali różnych określeń, którymi starali się dotrzeć do Jego istoty, to zawsze chodziło o Niego, jako cel każdego ludzkiego życia.
Kiedy zadajemy sobie pytanie: dlaczego musiało minąć aż tyle lat, zanim Bóg zdecydował się przybliżyć do swoich stworzeń posyłając do naszej rzeczywistości swojego Syna, to trzeba zauważyć, że przyjście Zbawiciela było poprzedzone wieloma tysiącami lat dorastania do zrozumienia i przyjęcia jego osoby, o czym stanowi historia Starego Testamentu.
Inną kwestią jest to, czy człowiek był przygotowany na takie zbliżenie, bo odwołując się do historii, chyba nie, zaraz bowiem po tym zdarzeniu wprowadził podziały i z jednego pnia judaistycznej drogi stworzył zwalczające się nawzajem wielkie religie monoteistyczne: chrześcijaństwo i islam. I wszyscy zaklepali sobie prawo do monopolu prawdziwości swojej drogi.
Jeżeli do tego wszystkiego dołożyć wielkie religie dalekiego wschodu, to tworzy się prawdziwy galimatias i naturalnym staje się pytanie: która droga jest prawdziwą?
Do tego wszystkiego należałoby jeszcze doliczyć około 40% ludzi, którzy porzucili wiarę w to, że przeznaczeniem każdego z nas jest nieśmiertelność, i wtedy mamy obraz kompletnego chaosu myśli.
Konkludując musimy dojść do przekonania, iż Bóg przewidział różne drogi, którymi człowiek może przybliżać się do zrozumienia, kim jest i dokąd zmierza.
Dla naszego środowiska kulturowego i naszych chrześcijańskich korzeni przewidział drogę w cieniu swojego Syna, ale to wcale nie stawia nas w uprzywilejowanej pozycji i nie upoważnia do uważania się za szczególnie wybranych.
Przestrzeganie reguł wyznawanej wiary, bez fanatycznego samozadowolenia i braku tolerancji względem tych, którzy w swoim przekonaniu także wierzą, choć może zgoła w odmienny sposób, to właściwe nastawienie, które może nam wzajemnie pomagać.
To człowiek przez wieki pobudował zasieki, poza którymi umieścił tych, których określił mianem niewiernych i skutecznie prowadził politykę nienawiści, którą nazywał ewangelizacją, albo szerzeniem jedynej prawdziwej wiary objawionej Prorokowi Allaha.
Ale dobry Bóg tego nie chce.
Dla niego liczy się tylko dobro w każdym z nas, bo w tym zawiera się istota prawdziwego człowieczeństwa i pozytywna odpowiedź na pytanie, które swego czasu przed słuchaczami prowokacyjnie postawił profesor Sedlak: „Czy warto wierzyć?”
Watro, i to wiem na pewno.
Kryspin

wtorek, 21 lipca 2020

W Kościele nie ma rozwodów



Życie nie znosi próżni, to stara prawda, która co chwilę daje o sobie znać, także w kwestiach związanych z Kościołem, a ostatnio sprawdziła się poprzez prasowe doniesienia o rozwodzie, który umożliwił ponowne zaślubiny człowiekowi, który od ponad dwudziestu lat był już w poprzednim związku małżeńskim.
Sprawa może by i nie wzbudziła takiego zainteresowania, gdyby nie chodziło o człowieka ze świecznika elit.
Z racji, że nie był to zwyczajny Kowalski, ruszyła lawina mniej lu bardziej wnikliwych komentarzy różnych „autorytetów”znających się na tej materii, a zaraz po nich swoje dołożyli mniej kompetentni, ale zawsze gotowi do ferowania swoich opinii.
Co bardziej wnikliwi rozszerzyli swoje wnioski na kościelne władze, konkludując, jakie to przyniesie negatywne skutki dla życia religijnego szeregowych członków tejże wspólnoty.
Mnie „ujął” jeden wpis zamieszczony na portalu społecznościowym, gdzie autor wręcz przypisał winę za postępującą laicyzację kościelnym władzom, firmującym takie bezprawne działania.
W tej chwili trzeba stwierdzić jednak jasno, że w kościele katolickim nie ma czegoś takiego jak rozwód, a jedynym co może nastąpić, to orzeczenie o nieważności sakramentu małżeństwa, czyli stwierdzenie, że takowego nigdy nie było, choćby wszystkim wydawało się inaczej.
Owszem, nagłośnienie pojedynczego przypadku i to w połączeniu z osobą znaną, może rozbudzać emocje i podejrzenia, że ktoś sobie coś załatwił.
Śmiem twierdzić, że wcale nie tak łatwo jest załatwić sobie taki papierek, bo każdy przypadek związany z orzekaniem w tej kwestii musi przechodzić procedurę sądową sprawowaną przez kościelny organ do tego powołany, który wnikliwie każdorazowo bada, czy zachodzą przesłanki do wydania ostatecznej decyzji.
Już kiedyś pisałem na temat małżeństw, które tkwią w układzie, który nigdy nie był sakramentem.
Takich przypadków z wadą powodującą nieważność małżeńskiej przysięgi jest bardzo wiele, i niektóre osoby z takich związków wnoszą sprawę o orzeczenie nieważności czegoś, co nigdy nie było sakramentem.
Wielu decydujących się na rozwiązanie swoich małżeństw uzyskuje orzeczenie w sądach cywilnych i na tym poprzestają, choć mogliby swoją sprawę załatwić także w kościelnym trybunale.
Dlaczego więc tego nie robią?
Przyczyną często podnoszoną jest niewiedza i obawy związanie z tym, jak poruszać się w zawiłościach kościelnego prawa.
Istotnymi hamulcowymi w tych kwestiach są także bierni duszpasterze, którzy bardzo niechętnie deklarują chęć pomocy małżonkom z rezygnacją godzącym się na swój los.
Wracając do internetowego wpisu o winie Kościoła za postępującą laicyzację, rzeczywistą winę widzę w bierności poszczególnych duszpasterzy, którzy w swoich rocznych sprawozdaniach ujmują małżonków niesakramentalnych, jako jakiś odsetek owieczek, którymi owszem trzeba się zajmować, ale tak tylko przy okazji, bo to przecież gorszy sort religijnej wspólnoty, który nie sprawdził się w religijnej poprawności.
Łatwiej przecież raz po raz poklepać ich po plecach i powiedzieć: Trudno, ale sami zdecydowaliście i choć zwiedliście pokładaną w waszym związku nadzieję, to Kościół tak do końca was nie odrzuca i bożej miłości pozostawia osąd nad niedotrzymaniem przez was danego przed ołtarzem słowa.
Tacy wyautowani ludzie z niesakramentalnych związków stają się pierwszymi kandydatami do tego, aby swoje życie prowadzić poza wspólnotą wierzących, i trudno się temu dziwić.
Swoją drogą zastanawiam się, co kościelne władze powiedziały by na to, gdyby w rocznych parafialnych sprawozdaniach lokalni duszpasterze ujmowali także ilość spraw małżeńskich załatwianych w kościelnych trybunałach?
Kryspin

wtorek, 14 lipca 2020

Nadzieja w młodych



Obawiam się, że to było ostatnie zwycięstwo w starciu dwóch filozofii życia, jakie przedstawili nam rywalizujący ze sobą kandydaci na urząd Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
Póki co naród opowiedział się po stronie obrony korzeni naszej państwowości, wartości tradycyjnej rodziny i przywiązania do tego, co niektórzy nazywają chrześcijańskim rodowodem.
Nie sposób przemilczeć jednak faktu, że zwolennicy otwartości na to, co daje świat, tylko o włos przegrali i pozostają z nadzieją, że już i do naszych bram puka europejskość w wydaniu, które dla nich budzi nadzieję na nieuchronność zmian, a dla wygranych obecnego wyścigu jawi się zapowiedzią nieuchronnej porażki w niedalekiej przyszłości.
Kiedy po II Wojnie Światowej zwolennicy nowego ładu próbowali stworzyć nowego człowieka wolnego od zabobonów przeszłości, przegrali z kretesem.
Teraz jest inaczej, bo nasze społeczeństwo w znaczącej liczbie opowiada się za tym , by stać się otwartymi na powiew wolności i tego domagają się coraz głośniej już nie tylko mniejszościowe orientacje, ale czemu wtórują także elity szczycące się wykształceniem i dobrą pozycją materialną realizując w wielkich miastach swój sen o dobrobycie.
Jeszcze niedawno uchodziliśmy za naród tradycyjne wierzący, kiedy to dumnie przytaczaliśmy dane statystyczne, mówiące o ponad 90% tych, którzy deklarowali się jako katolicy.
To jednak był już wtedy zafałszowany obraz, bo z tym tradycyjnym przywiązaniem do chrześcijańskiej tożsamości było różnie, czego symptomem był swoisty laksyzm w podejściu do realizacji naszego członkostwa w tej wspólnocie.
I tu trzeba wrzucić kamyk do ogródka Kościoła jako instytucji biernie nic nierobiącej w tej kwestii, a co za tym idzie, taki sam kamień trzeba by wrzucić do ogródka rodzin, które stanowią drobne cegiełki tejże budowli.
Ktoś powie, że to nie my jesteśmy winni wygodnictwu młodych, którzy zaniechali obowiązkom wynikającym z wiary i wolą niedzielną chwilę oddechu od całotygodniowego młyna spędzić z rodziną, może na łonie przyrody, aniżeli odstawać godzinę w dusznym kościele.
Księża w swoich parafialnych okopach także rozkładają ręce i mówią -trudno jest nam konkurować z tym, co daje świat.
Czyżby Chrystus przestał już być atrakcyjnym i skazany jest na przegraną?
Ponad czterdzieści lat temu byłem uczestnikiem rekolekcji oazowych organizowanych przez charyzmatycznego księdza Blachnickiego. W międzynarodowej grupie młodych spotkałem wtedy dwie dziewczyny z Czechosłowacji. Jedna z nich była córką wysoko postawionego we władzach partyjnych urzędnika i bardzo przeżywała to, że musiała okłamać ojca zatajając fakt, że ponad wakacyjny wypoczynek, wybrała rekolekcje; ale jak sama stwierdziła, czuła taką potrzebę.
Wtedy spotkałem tam wielu takich młodych, którzy poświęcając swój czas, realizowali wewnętrzną potrzebę wiary.
Młode pokolenie nie znudziło się Chrystusem, ale niekiedy potrzeba mu animatorów ich pragnienia, które jest w każdym człowieku.
I tu jest rola, ale i wielka odpowiedzialność spływająca na barki rodziców i Kościoła w rozumieniu globalnym.
Młodzi często buntują się przeciwko temu, w co wyposażają ich najbliżsi, ale ten sprzeciw nie dotyczy prawdziwych wartości, a jest skierowany na wypaczone obrazy : mówią nie wierze bez tolerancji i otwartości na różnorodność, ale też mówią nie wobec obłudy pustych słów, którymi są karmieni przez przedstawicieli Kościoła, wplatających w naukę o wierze swoje geszefty, próbując usprawiedliwiać nawet największe świństwa, które ni jak nie są przesłaniem Chrystusa.
Nie tylko przedstawiciele różnych opcji politycznych stają przed dylematem pozyskania młodych do swoich wizji, bo Kościół także staje przed takim samym wyzwaniem, ale w jego przypadku nie chodzi tylko o wygraną w kolejnych wyborach.
Od jego postawy zależy, czy Chrystus dla nich będzie wygranym, czy tylko nikomu nie potrzebnym wspomnieniem.
Kryspin


wtorek, 7 lipca 2020

Kościelna kampania.



Już za nami jest czas kampanijnej gorączki i zakończył się wyborczy tasiemiec, w którym w ostatnich tygodniach byliśmy świadkami i uczestnikami spektaklu obietnic i nadziei, którymi mamili nas kandydaci na najważniejszy urząd w Rzeczypospolitej.
Teraz pozostał czas na analizy wygranych i przegranych w tym wyścigu.
Jedni wyliczają rachunki zysków, inni analizują, w czym zawinili, że coś poszło nie tak.
A wszystko po to, by wyciągnąć wnioski na przyszłość, aby lepiej przygotować się do następnych wyborów.
Nie próbując wyręczać politycznych strategów, można jednak stwierdzić, że te wybory odzwierciedliły rzeczywistość podziału, który w naszym społeczeństwie jak nigdy dotąd ujawnił, że daleko nam do jednomyślności.
Mnie najbardziej zastanowiły rezultaty pierwszej tury głosowania, kiedy obok dwóch odmiennych wizji przyszłej Polski prezentowanych przez dwa najsilniejsze ugrupowania polityczne, wśród głosujących pojawili się, i to w znaczącej liczbie, wyborcy stojący w opozycji do tradycyjnych politycznych gigantów i oddali swój głos na człowieka spoza układu, deklarując swoją anty systemowość.
Osobną kwestią jest to, że ponad 10 milionów wyborców w ogóle nie zagłosowało, co też winno stać się przedmiotem analiz poszczególnych sztabów kandydatów.
Jeszcze jednym tematem, który był mało akcentowany, to kwestia wiary kandydatów i ich ewentualnego zabiegania o względy kościelnych hierarchów, co w przeszłości było wykorzystywane w trakcie kampanijnej gorączki.
Chyba tylko raz padło takie pytanie, po którym jeden z głównych pretendentów do prezydenckiego fotela określił się jako człowiek wierzący, ale jednocześnie nie czujący się częścią Kościoła w tradycyjnym rozumieniu. Niejako dopełnieniem jego deklaracji była wypowiedź kandydatki na pierwszą Damę Rzeczypospolitej, która określiła się jako katolik, ale mający żal do hierarchicznego Kościoła, za jego postawę w kwestiach aborcyjnych, co zdecydowało o tym, że także i ona jest poza czynnym gronem członków tej instytucji.
Czy można być katolikiem i jednocześnie stawać w opozycji do wartości będących czymś istotnym, swoistym kanonem wyznaczającym ramy przynależności do tego grona?
Z pewnością nie, ale to nie przekreśla deklaracji, że ktoś wierzy, o czym przekonują mnie liczne deklaracje czytelników mojej rubryki.
Wśród osób, które cotygodniową lekturę Angory rozpoczynają od spotkań z Księdzem w cywilu, stanowi duża grupa tych, którzy określają się mianem ludzi wierzących, ale jednocześnie nie będących związanymi z Kościołem w rozumieniu tradycyjnym.
Ich można by określić mianem wierzących anty systemowców, co trafnie określałoby ich krytyczną ocenę rzeczywistości stanowiącej realia dzisiejszego Kościoła.
Ci ludzie kiedyś się zawiedli na wartościach, a może raczej na rozmazaniu wartości, od których Kościół odszedł poprzez swoje działania, zaniechania, jednocześnie usilnie pielęgnując w swoich szeregach patologie, zwyczajnie je oswajając i jednocześnie nie robiąc nic by je naprawiać.
Inną grupą bliską wiary anty systemowej są z pewnością i ci, którzy odeszli od Kościoła z innych powodów.
Może ich zaangażowanie uległo osłabieniu z powodu osobistych zaniedbań? Tacy wierzący zamiast niedzielnych nabożeństw, zazwyczaj wybierają inne atrakcje, którymi kusi ich życie ?
To grupa przypomina grono wielomilionowej rzeszy tych, którzy nie głosują w żadnych wyborach.
I nad tymi wszystkimi powinni pochylić się duchowni, bo w tym tkwi odpowiedzialność kościelnych strategów, aby przekonać do swojej wizji jak największą rzeszę wierzących z grona anty systemu, i tych zaniedbanych z własnego powodu także.
Ale by skutecznie zadziałać w tej kwestii, potrzeba dobrej, aktywnej kampanii, na którą Kościół powinien być nieustannie gotowy. Takie działanie ma nawet swoją nazwę, która od wieków się sprawdza, to ewangelizacja.
Może w naszych realiach trzeba by dodać przedrostek neo, ale on wymaga nowego spojrzenia i wyciągania wniosków z dotychczasowych niepowodzeń.
Czy Kościół na to jeszcze stać?
Kryspin

wtorek, 30 czerwca 2020

Kościelne tsunami



Papież Franciszek dał się poznać nie tylko jako przyjaciel biednych owieczek w Kościele, ale także jako bezkompromisowy czyściciel brudu, który nagromadzony przez stulecia skutkuje swoistym smrodkiem w tej instytucji.
Kiedy odór skandali w kościele południowoamerykańskim doszedł do swoistego apogeum, nie zawahał się zdymisjonować cały episkopat Chile. Pewnie, że ktoś wnikliwie śledzący wydarzenia około kościelne zripostuje, że to sami tamtejsi biskupi podali się do dymisji, ale jednak stało się to po ich wizycie u samego szefa w Watykanie, czyli po rozmowie z Franciszkiem, która z pewnością nie nosiła znamion kurtuazyjnej.
Przed kilkoma dniami media opublikowały wywiad z członkiem naszego episkopatu, młodym biskupem pomocniczym jednej z diecezji, który w kontekście nagłośnionej sprawy ordynariusza kaliskiego (jednego z „bohaterów” filmu braci Sekielskich i amatora mocnych trunków, którymi leczył frustracje po chłodnym przyjęciu listu rozpaczy skierowanego do współbraci w biskupstwie), stwierdził, że w polskim episkopacie szykuje się coś w rodzaju tsunami, które nadejdzie z samej centrali, czyli od Franciszka.
Na potwierdzenie swojej tezy ujawnił, że w ostatnim czasie do Watykanu trafiły obszerne pisma w sprawie 17 prominentnych biskupów z polskich diecezji.
Trzeba przyznać, że ta informacja poraża i zwiastuje swego rodzaju armagedon, który może skutkować poważnym przetrzebieniem szeregów dostojnych członków naszych kościelnych władz.
W tym kontekście może warto zastanowić się nad kluczem, z jakiego dokonuje się wyboru przyszłych pasterzy diecezjalnych stad.
Sam Kościół przy ogłaszaniu decyzji, która zawsze zarezerwowana jest dla Watykanu, informuje wiernych, że Stolica Apostolska mianowała księdza X do godności biskupa i w diecezjalnej katedrze wybrany otrzyma święcenia pełni kapłaństwa.
Spośród całej rzeszy diecezjalnego duchowieństwa ten zaszczyt dotyka niewielu, co rodzi uzasadnione pytanie:
-Kto może dostąpić takiego wyróżnienia?
Odpowiedź wydaje się oczywista:
-Każdy duchowny może zostać biskupem, jeżeli Duch Święty go sobie wybierze.
No nie do końca tak jest, choć trzeba przyznać, że pojedynczy kapłani z parafialną przeszłością niekiedy dostępują takiego zaszczytu, ale to tytko wyjątki wśród episkopalnego gremium.
Spośród rzeszy duchownych, niektórzy jakby mają bliższą drogę do biskupiego wyróżnienia.
Kiedyś takim biletem do kościelnej kariery było dobre urodzenie, majątek, jaki rodzinka była skłonna ofiarować na rzecz tej instytucji. To jednak już tylko historia, i dobrze.
Teraz przepustką do awansu jest wiedza, najlepiej potwierdzona doktoratem i to na zagranicznej (najlepiej watykańskiej uczelni), później praktyka w kurialnym młynie, bądź kolejne szczeble naukowej drabiny z zaliczeniem pracy w formowaniu kapłańskich powołań w roli profesora seminarium.
Później już tylko trzeba poczekać na to, by znaleźć się na magicznej karcie z 3 nazwiskami kandydatów i najlepiej być na pierwszym miejscu, by tam w Watykanie widzieli, kogo nazwisko zakreślić, i po sprawie.
A Duch Święty, czy już nie potrzeba jego głosu?
Pewnie nie?
Kiedy Chrystus powoływał swoich pomocników – apostołów, i miał łatwiej, choć pewnie wielu zastanawiało się dlaczego wybrał prostych rybaków, a nie zaprosił Uczonych w Piśmie, mądrych przedstawicieli elit intelektualnych.
Tak sobie myślę, że wielu naszych duszpasterzy (biskupów) nigdy nie zaznało parafialnego powietrza i rzeczywistości powszedniego dnia w takich wspólnotach.
To jest dla nich czymś zupełnie obcym, a szkoda.
Może więc potrzeba takiego kościelnego tsunami, aby Duch Święty przewietrzył szeregi tych szczególnie wybranych, bo wielu z nich nigdy nie dorosło do miana pasterzy.
Kryspin

wtorek, 23 czerwca 2020

Bóg niekiedy mówi-sprawdzam!



Wielka szkoda, że mamy coraz mniejszą szansę na spotkania z ostatnimi żyjącymi jeszcze uczestnikami Powstania Warszawskiego, od których możemy dowiedzieć się o heroizmie młodych ludzi walczących o zachowanie godności w starciu z niemieckim okupantem.
Oprócz walki ze znienawidzonym wrogiem, powstańcy starali się w zgliszczach zniszczonych domów pielęgnować normalność:
Działało powstańcze radio, drukowano gazety, organizowano podział żywności, a kapłani pełniący posługę kapelanów powstańczych szeregów, dbali o ich sferę duchową, sprawując msze na podwórkach nadpalonych kamienic i służyli posługą sakramentalną tym, którzy mieli świadomość, że może to ich ostatnia spowiedź, czy komunia święta.
Jeden z księży wspominał, że najpiękniejszymi dla niego przeżyciami tamtego czasu były sakramenty małżeństwa, o które prosili młodzi ludzie.
-”Kochamy się i pragniemy uświęcić naszą miłość z nadzieją, że Bóg otoczy nasz związek swoim błogosławieństwem.”
To były wyjątkowe uroczystości z młodą parą i świadkami, którzy w często zakrwawionych i poszarpanych niedawną walką ubraniach stawali przed kapłanem, aby przez chwilę pooddychać podniosłością tych chwil.
W tych młodych ludziach nie było kalkulacji, że może czas niestosowny, że może warto by było zaczekać, bo kiedyś ta uroczystość mogłaby być bardziej normalna, w gronie bliższych i dalszych przyjaciół.
Oni nie chcieli czekać, wiedząc, że najważniejszym gościem ich szczęścia był On i nic innego nie było ważne.
Wracając do tego, co jest tu i teraz, możemy powiedzieć, że w ostatnich miesiącach przeżywamy, oczywiście z zachowaniem rozsądnych proporcji, podobny czas, kiedy spadła na nas pandemia i życie, także te duchowe, nam się wywróciło:
Ograniczenia dotyczące liczby wiernych w niedzielnych nabożeństwach, przesunięte w czasie uroczystości pierwszych komunii, odwołane kościelne śluby i nawet pogrzeby znanych osób przesunięte na bardziej sposobny czas.
A może ten obecny czas, to swoiste -Sprawdzam:
-Dla społeczeństw, które dotąd żyły z nadzieją, że mają wpływ na wszystko: na wzrost gospodarczy, na dobrobyt będący owocem ciężkiej pracy, a pandemia pokazała, że poza tym wszystkim potrzeba solidaryzmu i odpowiedzialności za tych, którzy w tym wszystkim okazali się najsłabszym ogniwem i potrzebna jest im pomoc.
-Takie sprawdzam Dobry Bóg postawił także przed szeregowymi wierzącymi, beneficjentami kościelnych „usług”, jak i szafarzy bożych darów, kapłanów.
W takiej rzeczywistości rodzi się pytanie:
Czy można było nie przesuwać sakramenty chrztu, uroczystości pierwszych komunii, kościelnych ślubów, czy katolickich pochówków?
Pewnie, że można było, bo żadne pandemiczne restrykcje nie uniemożliwiały udzielania sakramentów.
I tu mam pretensje do parafialnych duszpasterzy, że zapominając o tym, kto w tym wszystkim jest najważniejszy, wpisywali się w narrację beneficjentów sakramentalnych posług:
-Komunia, czy chrzest bez przyjęcia w lokalu, ślub kościelny bez hucznego wesela, a pogrzeb tylko w gronie najbliższych?
Pamiętam jak w 1979 roku przygotowywano pielgrzymkę Jasna Pawła II do Gniezna, i jak wtedy wielu „pobożnych” walczyło o to, by znaleźć się w gronie wybrańców, którym papież osobiście udzieliłby komunii świętej.
Telefony w kurii i wśród parafialnych dostojników były rozgrzane do czerwoności, z jednym pytaniem:
-”Czy wielebny mógłby załatwić miejsce na liście?..... i załatwiali.
Jeden z moich kolegów postawił wtedy retoryczne pytanie:
-”Co jest ważniejsze, najpiękniejszy klejnot (ciało Bożego Syna), czy opakowanie, choćby było ubrane w papieskie szaty?
Bóg niekiedy mówi: Chcę sprawdzić twoją wiarę.
Kryspin

wtorek, 16 czerwca 2020

Jaka jest cena sumienia?



Gdybyśmy cofnęli się w czasie o kilka dobrych lat i znaleźli się w gorączce wyborczej (takiej jaką i teraz przeżywamy), to byśmy byli świadkami mniej lub bardziej jawnych umizgów kandydatów do najwyższych godności, którzy oprócz organizowania wieców, swe kroki kierowaliby w stronę kościelnych dostojników, by uzyskać ich poparcie w wyborczych staraniach.
Pewnie pamiętamy takie „nawrócenie” ze strony jednego z poważniejszych pretendentów do najważniejszego fotela w państwie, który w nadziei przyszłego sukcesu zdecydował się (i to w świetle kamer) na uzupełnienie sakramentalnych braków, by po dwudziestu latach „narzeczeństwa” zdecydować się na sakrament małżeństwa.
Lepiej późno, niż wcale - skomentowałby to ktoś naiwny, ale wielu trzeźwo myślących odebrało to za przejaw politycznego wyrachowania i nie dało się nabrać na ten pusty gest.
Teraz jesteśmy w nowej rzeczywistości i większości kandydatom w nadchodzących wyborach nawet przez myśl nie przemknie, bo w biskupich pałacach szukać przychylności, bo to zdaje się być zgrana karta, gdyż Kościół już przestał być „właścicielem” sumień ludzi zapisanych w metrykalnych księgach.
To kolos na glinianych nogach - twierdzi coraz więcej tych, którzy dotąd wydawali się bezkrytycznie wierni kościelnym włodarzom.
Dodatkowo cięgle wyłażą na światło dzienne afery i jakby tego było mało, pojawiają się kłótnie na górze, jak chociażby kazus ordynariusza diecezji kaliskiej, który uwikłany w tuszowanie obyczajowego skandalu swojego pomagiera w sutannie, zamiast posypać głowę popiołem, wytoczył działa agresji w stosunku do współbraci z Konferencji Episkopatu i nie zawahał się ogniem krytyki przypalić samego Prymasa.
Swoją drogą nie wyobrażam sobie czegoś takiego jeszcze kilkadziesiąt lat temu, kiedy na czele polskiego Kościoła stał Prymas Tysiąclecia, jak określano kardynała Wyszyńskiego; ale on był tym, wokół którego roztaczał się majestat prawdziwej wielkości.
Nie wyobrażałem sobie także, że za ułudę bycia postępowym tak łatwo można by wyrzec się wartości, którymi żyliśmy od pokoleń, a jednak?
Owszem był taki ciemny czas w naszej historii, kiedy etatowi agitatorzy dawnego(i to narzuconego ) systemu pouczali ciemny lud, że prawdziwy postęp staje w sprzeczności z zabobonami głoszonymi z kościelnych ambon.
Przegrali jednak batalię o wykreowanie „nowoczesnego” społeczeństwa, i Bogu dzięki.
Wtedy nieocenione zasługi oddał „niepokornym” Kościół, skutecznie broniący w nich tego, co stanowiło siłę tradycji.
Teraz jest inaczej i to mnie bardzo martwi.
I nie chodzi mi o to, by z kościelnych ambon księża promowali swoje polityczne poglądy, bo to zawsze obracało się przeciwko; ale by odbudowywali przekonanie, że nadal warto w swoim postępowaniu kierować się przesłaniem Chrystusa, i że Jego słowa wcale się nie przeżyły.
One nadal są adresowane do wszystkich, niezależnie od tego, czy noszą moherowy beret, czy stroją się w szaty intelektualisty i postępowca.
Jak niewiele potrzeba, by kupić ludzkie sumienie.
Niekiedy tą ceną są programy socjalne, a w innym przypadku wystarczy poklepanie po ramieniu i uścisk dłoni lansowanego kandydata.
Przeraża mnie, jak łatwo można kupić, a nawet wykreować ludzkie przekonania: sympatię, albo nienawiść, a z tym mamy do czynienia w trakcie kampanijnej gorączki.
Robią to praktycznie wszyscy kandydaci bez jakichkolwiek skrupułów.
Przed rokiem w trakcie towarzyskiego spotkania naraziłem się wszystkim, kiedy zaapelowałem o to, abyśmy dobrze wybrali (było to na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi).
Teraz pewnie ponownie się narażę, ale kolejny raz apeluję o dobry, rozsądny wybór, w którym jedynym głosem wskazującym nam, gdzie powinniśmy postawić krzyżyk, będzie głos naszego sumienia.
Kryspin

środa, 6 maja 2020

Mam się myć się raz do roku?



Jednym z nielicznych dobrych owoców obecnej pandemii jest świadomość, że skutecznym wrogiem tego paskudnego wirusa jest higiena - zachowanie czystości.
Pewnie wielu z nas mogłoby się podpisać pod tym, że jeszcze nigdy nie myliśmy tak często naszych dłoni, i do tego ze świadomością, że jest to odpowiedzialne działanie w profilaktyce przeciwko temu wrogowi, który nie tylko może zafundować nam ciężką chorobę, ale i w wielu przypadkach przyprawić nas o śmierć.
Gdyby ktoś zalecił nam (zwłaszcza teraz), że wystarczy raz do roku zażyć kąpieli i to załatwi sprawę higieny, to pewnie potraktowalibyśmy to jako żart i do tego niemile pachnący.
Tak jak mydło jest koniecznym środkiem wspomagającym nasze zabiegi w utrzymywania czystości naszych ciał, tak sakrament pojednania (spowiedź) dla katolików jest takim zabiegiem zapewniającym czystość duszy, i z tym każdy się zgodzi.
No i tu rodzi się moje zdziwienie, gdy przykazanie kościelne informuje, że katolik powinien: „Przynajmniej raz do roku przystąpić do sakramentu pojednania”...
Jeden raz na 365 dni - duchowa higiena raz do roku?
Ktoś powie: że przecież do spowiedzi każdy może przystępować częściej, w miarę potrzeby...
Czy aby na pewno?
Wyobraźmy sobie, że każdy katolik wyedukowany na dziewięciu pierwszych piątkach (ze spowiedzią), średnio raz w miesiącu zechciałby dokonać takiego duchowego obmycia, aby w znaczącym stopniu pomniejszyć ryzyko zdarzenia skutkującego niespodziewanym, ostatecznym spotkaniem ze Stwórcą.
Pojawić się na nim w brudzie grzechów, to tragedia skutkująca naszym wiecznym potępieniem.
Spowiedź raz w miesiącu dla każdego wiernego jest jednak niewykonalna , i to z prozaicznego powodu: za mało jest spowiedników!
Każdy kapłan musiałby codziennie w konfesjonale spędzać ponad 3 godziny, a to się nie zdarza.
A gdyby wiernym wzrosło zapotrzebowanie na duchową higienę i z sakramentu pojednania zachcieliby korzystać zdecydowanie częściej, to tylko pogorszyłoby sytuację.
Wielu Katolików uważa sakrament pojednania za najbardziej trudny dla nich:
- „Nie odpowiada mi forma Sakramentu spowiedzi, kiedy muszę się dzielić swoimi brudami z innym człowiekiem zasiadającym po drugiej stronie konfesjonału.”
Pewnie kapłani ucięliby to krótko :
-Chrystus jasno określił - „...komu grzechy odpuścicie, będą mu odpuszczone....”
To prawda, ale Zbawiciel nigdy nie wymagał, aby odbywało się to w takiej formie, gdy osoba przystępująca do sakramentu pojednania jest zmuszona do swoistego ekshibicjonizmu.
Wydaje mi się, że dalece ważniejszą od odklepania listy grzechów, jest osobista refleksja penitenta połączona z żalem, że popełnił niegodziwość .
Dla wielu odczuwających swoisty dyskomfort dzielenia się swoimi porażkami (a takimi są z pewnością nasze grzechy), rozwiązaniem byłaby spowiedź powszechna z rozgrzeszeniem dla wszystkich zgromadzonych.
Przecież Kościół w szczególnych okolicznościach dozwala na taką formę sakramentu pojednania, przypominają co bardziej obeznani z tematem.
I to jest prawda: w czasie wojny idącym w bój kapelani udzielali absolucji generalnej (zbiorowego rozgrzeszenia)
Choć nie żyjemy obecnie w takim stanie, to jednak nasza codzienność bardzo często niesie nie mniejsze zagrożenia: wypadki, choroby powodujące nagłe zgony, czy chociażby pandemia śmiercionośnego wirusa.
Może takie właśnie przesłanie dla Kościoła ma obecna rzeczywistość :
-Częsty sakrament pojednania (także w formie zbiorowej spowiedzi ), to największe dobro ze zła, którym dotyka nas obecny czas.
Kryspin, 

wtorek, 28 kwietnia 2020

„Skąd się wzięła żona Kaina?”



Jeden z moich mailowych rozmówców systematycznie dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami dotyczącymi religii, a ściślej rzecz ujmując wyraża krytyczny stosunek do Kościoła Katolickiego, jako depozytariusza prawdy objawionej na temat naszej przyszłości po.
Krytyczne zdanie na temat wiary pewnie czerpał z osobistego przekonania, że wiary w Absolut nijak nie da się racjonalnie uzasadnić, a już o zrozumieniu nie może być mowy.
Dlatego pewnie każdego maila mój adwersarz kończy podpisem: Agnostyk.
W naszej obecnej rzeczywistości, kiedy ludzie coraz bardziej świadomie starają się dociec prawdy, także w kwestiach wiary, systematycznie rośnie liczba osób, które od zgody na przyjęcie czegoś na wiarę, woli dążyć do racjonalnej wiedzy, i kiedy ta nie potrafi przebrnąć przez gąszcz rodzących się pytań, rozkłada bezradnie ręce i godzi się na to, że niektórych spraw nie jest wstanie ogarnąć, więc agnostycyzm jest najlepszą formą odpowiedzi.
To, że ktoś definiuje się jako osoba niezainteresowana pytaniami przyszłość po, wcale nie świadczy o tym, że jest od nich wolna, o czym przekonał mnie mój rozmówca prowokacją:
-„Skąd się wzięła żona Kaina?”
Przez stulecia historii Kościoła pewnie nikt takiego pytania nie stawiał, bo przecież nie wypadało poddawać w wątpliwość objawionych i do tego natchnionych boskim podszeptem treści.
Tak zostało nam przekazane przez Najwyższego i koniec dywagacji i dociekań, a jeżeli komuś rodziły się takie niewygodne pytania, to i tak pozostawał z nimi sam, bo przez wieki Kościół zadbał o to, aby takich dociekliwców skutecznie hamować wizją herezji, która najbardziej zajadłych prowadziła na stos, lub w najlepszym przypadku pieczętowała kościelną anatemą i nieborak już nie mógł liczyć chociażby na to, że po śmierci spocznie w poświęconej ziemi.
Na szczęście mamy już za sobą czas, kiedy ludzie Kościoła zarządzali swoimi stadami wykorzystując narzędzia strachu i katalog kar, którymi trzymali w ryzach owieczki, nawet te, które używając rozumu w codziennym życiu, pokornie wyłączały myślenie w kwestiach wiary, bojąc się niemiłych konsekwencji ze strony hierarchów.
Mój profesor z teologii fundamentalnej zwykł powtarzać:
-”Kościół nigdy nie będzie klubem dyskusyjnym”
I tu (według mnie) się mylił.
Kościół minionego czasu stawiał tezę, że tylko on ma monopol na wiedzę z zakresu wiary, a co za tym idzie, nie dozwalał na stawianie pytań, wątpliwości ze strony szeregowych członków wspólnoty.
Każdy, także szeregowy wierny stanowi istotną część Kościoła i ma pełnię praw stąd wynikających.
Kiedy świat biegnie w pogoni za przełamywaniem kolejnych barier niewiedzy, to także w tym „wyścigu”winien uczestniczyć Kościół, ale w pełnym akceptowaniu także niewygodnych pytań.
Wiernym już nie wystarcza niedzielna obecność na mszy świętej, w trakcie której są skazywani na uczestnictwo w swego rodzaju wiecu, w trakcie którego są zmuszani do wysłuchiwania mniej lub bardziej sensownych przemówień (kazań) aktywisty w sutannie, przekonywującego o słuszności drogi ich wiary.
Trzymając się tej przebrzmiałej już strategii, z pewnością nie przekonają dotąd nie przekonanych, a co za tym idzie, będą po równi pochyłej prowadzić Kościół w kierunku swego rodzaju teatru przeszłości, lub co najwyżej skansenu dawnej obrzędowości, którą jako ciekawostkę będą zaliczać turyści karmiący swoją potrzebę kulturalnego doznania tego, co już dawno stało się tylko historią.
Kościół powinien być otwarty na dyskusję, także na pytania tych, którzy kiedyś podjęli decyzję: „Nie rozumiem, wątpię, odchodzę”
-”Skąd się wzięła żona Kaina?-to wcale nie takie głupie pytanie.
Kryspin

czwartek, 19 marca 2020

Dyspensa – prawo, czy uzurpacja?



Pewnie nie ma osoby, nie tylko w naszym kraju, której nie zajmowałby temat koronawirusa.
Obok realnego zagrożenia naszego zdrowia i życia, skutecznie rujnuje on poukładane dotąd struktury gospodarczego i politycznego ładu, dzięki którym świat żył w miarę przewidywalnym rytmem.
Teraz praktycznie nie ma już żadnej dziedziny życia, która byłaby wolna od skutków, jakie rozsiewa ogólnoświatowa pandemia covi-19.
Paniczny strach przed chorobą wymusza wprowadzenie restrykcyjnych ograniczeń swobód wszystkich obywateli mieszkających na terenie potencjalnego zagrożenia: Zamknięte szkoły, teatry, kina, puby, większość sklepów, no i decyzja o ograniczeniu ilości przebywających w jednym miejscu do 50 osób, to zarządzenia mające na celu postawienie swoistej tamy pełzającej zarazie.
No i tu pojawia się problem, bo nie wszystkim odpowiadają ustanowione przez władze restrykcje.
Zżymają się zapewne kandydaci do prezydenckiego fotela, bo jak ty prowadzić kampanię wyborczą?
Największy zgryz ma jednak Kościół katolicki, bo więcej niż 50 osób, to jeszcze póki co norma niedzielnych mszy.
Członkowie episkopalnej wierchuszki przez kilka dni starali się więc znaleźć obejście przepisu wynikającego z nadzwyczajnej sytuacji i zaproponowali zwiększenie ilości niedzielnych mszy, co po kilkunastu godzinach sami uznali z głupi pomysł, więc zgodzili się na rzecz niebywałą – odwołanie niedzielnych nabożeństw dla wiernych.
Zaraz potem jednak zaznaczyli, że jest to decyzja tylko na pewien okres i dla tego, na ten czas biskupi udzielili dyspensy od obowiązku niedzielnego uczestnictwa we mszy świętej do 29 marca.
Hierarchowie magicznym słowem: dyspensa anulowali karę ustanowioną przykazaniem kościelnym (pierwszym z pięciu), które pod groźbą grzechu ciężkiego (śmiertelnego) nakazuje katolikom udział w niedzielnym nabożeństwie eucharystycznym.
Zasady rządzące Kościołem katolickim, to Pismo Święte i Tradycja, tak najkrócej można by zakreślić ramy moralne tej instytucji.
Jeśli z pierwszym źródłem wiary - biblią, nie ma problemu, to określenie-kościelna Tradycja już rodzi pytanie: kiedy ona powstała?
Tradycja w Kościele korzeniami sięga czasów Apostolskich i jako taka przekazuje to, co uczniowie otrzymali z nauczania i przykładu Jezusa, także i to, czego nauczał ich Duch Święty.
Trudno więc wtłoczyć w te ramy Przykazania kościelne, które w formie restrykcyjnych paragrafów tej instytucji ustanowiono dopiero w XV wieku.
No i dlatego teraz rodzą się więc pytania:
-Dlaczego akurat te zalecenia Kościół uznał za tak ważnie, że opatrzył je określeniem „Przykazania” ?
-Czy to doprecyzowanie miało na celu dookreślenie warunków koniecznych do tego by wierny nie zboczył z drogi zbawienia (niedotrzymanie któregokolwiek opieczętowano karą ciężkiego grzechu)?
-A może miało tylko służyć bezpieczeństwu zarządzających tą instytucją?
Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) jeszcze do niedawna (do Soboru Watykańskiego II) podawał, że: Obowiązek coniedzielnego uczestnictwa we mszy świętej, to pierwsze Przykazanie kościelne, a piąte mówi obowiązku troski o sprawy Kościoła i duchowieństwa.
Obecny KKK zmienił jednak treść obowiązujących katolików przepisów i w przykazaniu piątym nakazuje zachowywanie postu w dniach wyznaczonych przez Kościół.
Chrystus dał Apostołom i ich następcom prawo do sprawowania sakramentu pojednania: „komu grzechy odpuścicie...”, ale nie upoważnił ich do stanowienia, co grzechem jest, a co nie.
W świetle powyższego określenie: dyspensa - niezależnie od tego, czy chodzi o mięso na stołach piątkowej uroczystości, czy nabożne uczestnictwo w niedzielnej mszy, to uzurpacja ze strony tych, którzy sami sobie przyznali takie prawo.
Kryspin

wtorek, 10 marca 2020

Ad limina apostolorum



Biskupi Kościoła katolickiego są cyklicznie zobowiązani do swoistego rachunku sumienia, który składają w czasie wizyty w watykańskiej centrali.
„Ad limina apostolorum”- to cykliczny obowiązek biskupów przedkładania Papieżowi sprawozdania z duszpasterskiej aktywności w powierzonych im Kościołach lokalnych.
W minionych dniach taki rozrachunek przedłożyli Franciszkowi biskupi francuscy, którzy zasygnalizowali, że duszpasterska sytuacja w ich diecezjalnych owczarniach rysuje się tragicznie.
-„W mojej diecezji są obszary, w których właściwie już nie ma ludzi wierzących i duszpasterskie oddziaływanie na znacznych obszarach nie przynosi żadnych pozytywnych skutków...”- stwierdził jeden z hierarchów, a pozostali biskupi z Francji podzielili jego smutne podsumowanie.
No i Franciszek ma zgryz.
Pewnie, że można kolejny raz odwołać się do wielokrotnie już powtarzanej narracji, że świat się zmienia i laicyzacja zbiera swoje żniwo, a Kościół musi się z tym niestety pogodzić.
Bardziej wnikliwi pewnie dorzuciliby, że Francja od dawna przoduje w tym trendzie, bo wystarczy odwołać się chociażby do XVIII wieku, kiedy to Wielka Rewolucja Francuska na swoich sztandarach „zainfekowała” umysły mieszkańców, wskazując Kościół jako największego wroga wolności.
Ale to było już dawno, ponad dwieście lat temu, a problem kryzysu francuskiego Kościoła jest teraz, i może przyczyn obecnej zapaści powinno się poszukać w czymś innym?
Swoją drogą ciekawi mnie, jak będzie wyglądała „ad limina apostolorum”, z którą niebawem do Watykanu przybędą polscy biskupi, bo składając raport religijności w naszych diecezjach nie będą mieli wielu pozytywów, którymi mogliby uspokoić Franciszka, odwołując się do znanej maksymy: „Polonia semper fidelis”
Gdyby popatrzeć chłodnym okiem, to widać aż nadto, że niewiele pozostało z tego zawołania.
Kościoły stały się jakby większe, bo nawet w czasie niedzielnych nabożeństw bez trudu można znaleźć wolne miejsca, by siedząc zaliczyć obowiązkową eucharystię.
Do tego wszystkiego w świątyniach coraz mniej młodych ludzi szuka okazji do spotkania z wiarą, co przenosi się na kwestię sakramentu małżeństwa, który przegrywa z wolnymi związkami.
Tak można by jeszcze długo wyliczać mało chlubne przykłady, które owocują mizerią kondycji naszego Kościoła.
Trudno byłoby szukać tłumaczenia tego trendu w zamierzchłej historii, bo nie dotknęła nas żadna rewolucja, a zamiast porywu wolności, (w tym samym czasie) doświadczaliśmy buta zaborów.
Akurat ten ciemny okres naszej historii przyczynił się jednak rozkwitu wiary; więc to nie to.
A może hierarchowie ( ci z Francji, ale także i nasi rodzimi), winni poszukać przyczyn kryzysu lokalnego Kościoła w sobie samych?
Może żyjąc w „szklanych bańkach” nie rozumieją, że hierarcha to nie udzielny książę, i swoją pieczę nad lokalną owczarnią nie powinien ograniczać tylko do uświetniania parafialnych uroczystości, a kontrolę podległych im wspólnot przeprowadzać bez półrocznego uprzedzenia?
Może warto wsłuchiwać się w głosy szeregowych wiernych, którzy niekiedy latami błagają o zmiany parafialnych włodarzy, bo ci już dawno zapomnieli o tym, że zostali powołani nie po to, aby im służono, ale aby służyć?
Kiedy biskupi episkopatu z Ameryki południowej przez lata taili przed Papieżem pedofilskie skandale, Franciszek nie wahał się zdymisjonować wszystkich członków tamtejszego episkopatu.
Może taki drastyczny środek kościelna centrala winna stosować także wobec tych hierarchów, którzy zdając sprawozdanie ze swojej diecezjalnej aktywności, nie potrafią znaleźć w osobistym zaniedbaniu, bądź nieudolności, przyczyn opłakanej sytuacji swoich owczarni, ograniczając się tylko do gestu rozłożonych bezradnie rąk.
Zdecydowane działanie w takich przypadkach mogłoby być pierwszym krokiem do swoistego oczyszczenia, a co mogłoby prowadzić do powrotu zniesmaczonych obecną sytuacją owieczek.
Kryspin


środa, 4 marca 2020

Jak to jest z tym postem?



Jak to jest z tym postem?
Pytanie może i aktualne, bo czytelnik je zadał kilka dni po środzie popielcowej, która w Kościele rozpoczęła okres Wielkiego Postu.
Praktyki pokutne, a do takowych należy post, wrosły w naszą świadomość od samego początku naszej przygody z chrześcijaństwem i były traktowane całkiem serio, o czym mogły świadczyć chociażby restrykcje za nieprzestrzeganie tego nakazu.
W Polsce Piastów mięsożerca łamiący post musiał się liczyć z karą utraty zębów wyłamywanych przez wyznaczonego do tego procederu kata.
I wszystko to było praktykowane zgodnie z biblijnym zaleceniem: „Jeżeli ręka twoja jest powodem grzechu - odetnij ją..... (Mk 9, 38 )
W tym przypadku warto było poświęcić uzębienie, aby załapać się do Królestwa Niebieskiego.
Większość z nas pewnie z uśmiechem traktuje takie historie sprzed wieków i zastanawia się do jakich, niekiedy nawet okrutnych absurdów, prowadzi bezrozumna wiara.
Powróćmy jednak do listu czytelnika, bo tenże w dalszej treści uzasadnia postawione przez siebie pytanie:
„Siostra na lekcji religii mojej wnuczki w klasie trzeciej mówi, że w czasie postu to Ona pije tylko samą wodę, a ksiądz na religii w klasie piątej grzmi, że jak nie będziecie pościć, to pójdziecie do piekła, no i jeszcze inny duchowny w kościele mówi, że post nie obowiązuje do 18 roku życia i od 60 roku życia.
I bądź tu mądry, a wszystko to w czasie dwóch dni!!!”
No właśnie, jak być mądrym w aspekcie kościelnych zarządzeń w kwestii praktyki postnej.
-W piątki należy powstrzymać się do spożywania pokarmów mięsnych, ale w sytuacjach wyjątkowych: zbiorowe żywienie, przyjęcia okolicznościowe( np. wesele, stypa) zakaz zostaje zawieszony proboszczowską dyspensą.
A jaki jest sens w zakazie niejedzenia mięsa, kiedy delikwent jest wegetarianinem, albo weganinem?
Smakosz krewetek z rusztu, bądź karpia pieczonego na masełku pewnie byłby fanatycznym zwolennikiem takowych praktyk pokutnych.
Mój bliski znajomy, nałogowy palacz (40 papierosów dziennie), całkowicie odstawia papierosy i nie pali w czasie całego Wielkiego Postu, i tak czyni od lat.
Praktyki postne, to samoograniczenie się w różnych kwestiach:
Dla jednych będzie to rezygnacja z mięsa, dla innych odstawienie słodkich łakoci, czy praca nad swoimi wadami, aby choć na jakiś czas im się nie poddawać.
Kościół wchodząc w atmosferę Wielkiego Postu stara się wiernych, odwiedzających świątynie, „zarażać” powagą tego czasu.
W trakcie nabożeństw milkną radosne pieśni, celebrans odprawia mszę we filetowym ornacie, a na kilka dni przed Triduum Paschalnym kościelni aktywiści jak co roku szykują grób, do którego zostanie symbolicznie złożone ciało Zbawiciela po jego męczeńskiej śmierci.
Do tego wszystkiego copiątkowa droga krzyżowa odprawiana w podcieniach kościelnych naw, czy nabożeństwo gorzkich żali..... Czyli dużo się dzieje. .…..A może jednak tak nie do końca?
Kilkanaście osób przechodzących kolejne stacje drogi krzyżowej, czy wierni 70+ zasiadający w ławach nabożeństw gorzkich żali; to mało budzące nadzieje obrazki.
A może świadome, nawet tylko okresowe wyrzeczenie się czegoś, co podcina na skrzydła doskonalszego życia, to dobra droga także w kontekście wiary.
Post w ścisłym religijnie znaczeniu to zbliżenie się do Chrystusa także w poświęceniu, przyjmowaniu woli Ojca nawet wtedy, kiedy jest to dla nas trudne, czy wręcz bolesne.
Tego jednak nie osiągnie się świadectwami egzaltowanej siostry zakonnej, która podnieca swoje ego wielkopostną deklaracją gaszenia pragnienia wyłącznie wodą, czy ksiądz prokurator dusz małolatów, który roztacza przed mięsożercami wizję wiecznego potępienia, czy wreszcie duchowny powierzchownie informujący owieczki o wymogach postnych zaleceń.
Kryspin

wtorek, 25 lutego 2020

A może brom jak codzienny zastrzyk insuliny?



Jeszcze nie ucichły dyskusje, które swym filmem o pedofilii w Kościele wywołali bracia Sekielscy, a już zapowiedzieli kolejny obraz o tym problemie.
Nie wiem, czy odgrzewanie tego tematu wynikło z potrzeby kopania leżącego, czy może spodobał się im „sukces” poprzedniego dokonania i rozgłos okraszony nagrodami różnych mniej lub bardziej znanych instytucji, tego nie wiem?
Pewnie pokłosiem ich filmu stał się niedawno wywiad, rozmowa znanego katolickiego publicysty, który w towarzystwie doktora- seksuologa, próbował dociec, gdzie należałoby szukać przyczyn patologicznych zachowań ludzi w sutannach.
Lekarz odnosząc się do pedofilskich skłonności księży, postawił tezę, że przyczyn należałoby szukać daleko wcześniej, aniżeli w czasie, kiedy młody człowiek dotarł do seminarium, by tam przechodzić drogę formacji do przyszłej służby.
-”Środowisko rodziny, patologiczne zależności, przemoc skrywana pod pozorem pobożności, to praprzyczyny uwalniające późniejsze skłonności, także te, które prowadzą do dewiacyjnych zachowań niektórych kapłanów.”
Muszę przyznać, że to śmiała teza, z którą trudno polemizować, zważywszy, że postawił ją praktyk i znawca tematu.
Zaproszony rozmówca katolickiego redaktora w swojej diagnozie poszedł dalej, bo winą za nastanie złych skłonności w młodych adeptach kapłańskiego powołania obarczył także system formacyjny w seminariach, zauważył brak chociażby kwalifikowanych psychologów, którzy obok moderatorów winni sprawować pieczę nad gronem nieopierzonych kandydatów do służby ołtarza.
W przytoczonej wypowiedzi zabrakło mi szerszego przeanalizowania problemu z seksualnością ludzi w sutannach (podobny niedosyt miałem po filmie Sekielskich, którzy problemem nazywają tylko pedofilię, jakby tylko to było problemem)
To prawda, że Kościół winien staranniej dobierać przełożonych, opiekunów przyszłych duchownych, pomagających im także od strony psychologicznej, ale nie przywiązywał i nadal pewnie nie zauważa potrzeby takiego działania, stawiając na inne sposoby zaradzaniu temu problemowi.
Wspominając sześć lat, kiedy gościłem w seminaryjnych murach, muszę stwierdzić, że nasi przełożeni dobrze wiedzieli, że byliśmy normalnymi, zdrowymi młodymi facetami i hormony w nas buzowały tak samo mocno jak i u innych naszych rówieśników z zewnętrznego świata.
No i coś robili, by temu zaradzić, choć było to tylko „pudrowanie”problemu.
Ojciec duchowny w cotygodniowych prelekcjach przekonywał nas o sile modlitwy w walce z „grzesznymi” pragnieniami, a siostrzyczki serwujące codzienne posiłki, obficie skrapiały je bromem, aby nic głupiego nam po głowie się nie kołatało, i na tym koniec.
W „Zakochanej koloratce” odnosząc się do tych praktyk zaproponowałem, aby po święceniach wyposażać kapłanów nie tylko w brewiarze i różańce, ale także w porcje brunatnej cieczy, którą księża aplikowaliby sobie w trakcie posiłków w parafialnej jadalni.
Absurd?
A może wcale nie?
Cukrzycy wstrzykują sobie codzienną porcję leku by zachować zdrowie, to może i księża mogliby taką codzienną porcję bromu aplikować sobie dla dobra przyrzeczeń celibatu i bezpieczeństwa parafialnych owieczek także.
Problemem Kościoła nie jest tylko pedofilia, czy homoseksualne lobby, o którym tak często rozpisują się łowcy sensacji; prawdziwym złem jest brak prawdy o ludzkich skłonnościach i akceptacja przykrywania zła i pozorowane działania, także w kwestiach seksualności osób duchownych.
Byłem na drugim roku seminarium, kiedy dla kobiety porzucił kapłaństwo mój starszy kolega (dwa lata po święceniach) i wtedy diakon, z którym mieszkałem z cynicznym uśmiechem skwitował tę jego decyzję:
-”Miał ochotę napić się piwa, ale po co zaraz kupował browar?”
Kryspin

wtorek, 11 lutego 2020

„Zły dotyk biskupa”



Nieomal każdy dzień przynosi nam swoistą huśtawkę nastroju, a chodzi mi o zmienność w kwestiach związanych z Kościołem, a konkretnie o stanowisko hierarchów wobec coraz głośniejszej dyskusji o sensie celibatu kapłanów Kościoła Katolickiego.
Od jakiegoś czasu sam Franciszek, kolejnymi decyzjami, zdawał się przygotowywać grunt do zmian w tej materii (czego oznaką miał być chociażby Synod Amazonii mówiący o wyświęcaniu na kapłanów żonatych mężczyzn), ale został skutecznie głosami kościelnej konserwy sprowadzony na ziemię.
Czyli nawet Papież nie wszystko może i musi liczyć się z głosami tych, którzy uważają, że postęp nie musi w Kościele wiązać się z tak drastycznymi zmianami, bo przecież od ponad ośmiu wieków duchowni akceptowali bezżeństwo, jako dodatkowy atut ich powołania, i lepiej tego nie zmieniać.
Pomimo, że od mojej decyzji, iż chcę poświęcić swoje życie służbie kapłańskiej, upływają już 44 lata, nadal spotykam się z pytaniem:
-Dlaczego kiedyś zdecydowałeś się na ten krok?
Moi rozmówcy chcąc zaspokoić swoją ciekawość, zaraz dodają:
-Czy czułeś, że podejmując taką decyzję, odpowiadasz na głos powołania?
Za każdym razem odpowiadam tak samo:
-Tak, czułem, że Bóg chciał, abym odpowiedział na jego zaproszenie; no i zaraz potem dodaję:
-A co do pewności, że to nie była pomyłka, to sześć lat seminarium, których nie dałoby się przeżyć bez powołania.
Kolejnym pytaniem(rzadziej stawianym) jest to, dlaczego odszedłem z kapłaństwa?
Zawsze odpowiadam tak samo:
-Przez sześć lat seminaryjnej formacji żaden z moderatorów nie pomógł mi w rozeznaniu rodzaju powołania, które skierował do mnie Bóg.
Nikt z seminaryjnych władz w tym mi nie pomógł, bo nie mógł tego zrobić, będąc trybikiem tej machiny, która w XII wprowadziła bezżeństwo duchownych.
Celibat jest ludzkim zarządzeniem nie mającym żadnego odniesienia do tego, czego dla Kościoła chciał Chrystus, i także tego, czego oczekiwali od swoich następców pierwsi uczniowie Mistrza- Apostołowie.
To, czego nie uświadomiono mi w seminarium, to w prosty sposób wyjaśnił mi duchowny z Kościoła Prawosławnego:
-„Bóg powołuje swoich pomocników na dwóch poziomach:
-Pierwszym jest powołanie do życia monastycznego (zakonnego). Ci ludzie obdarzeni są wyjątkowym powołaniem, dlatego świadomie, poświęcając się takiej służbie na wyłączność, stojąc twarzą w twarz ze Stwórcą, rezygnują z małżeństwa.
-Drugim rodzajem powołania jest Jego wezwanie, aby powołani, żyjąc w świecie, stawali się pośrednikami Bożej miłości dla pozostałych wiernych, by dla nich sprawowali posługę hierarchicznych pośredników; no i w ich przypadku nie ma potrzeby rezygnacji z życia rodzinnego.”
Przed kilkoma dniami media przedstawiły kolejny kwiatek z kościelnej łączki, który opatrzono tytułem:”Zły dotyk biskupa”. To kolejny przypadek ujawniony przypadek kapłańskiego zachowania dalekiego od celibatowego przyrzeczenia. Dodatkowego smaczku temu doniesieniu dodają dwie kwestie:
Zły dotyk dotyczył molestowania nieletniej, a do tego duchowny w purpurze w przeszłości zajmował się kształtowaniem sumień przyszłych kapłanów jako Ojciec Duchowny - pierwszy po Rektorze w drabince seminaryjnej ważności.
„Nie ze wszystkim trzeba się zgadzać z Franciszkiem”- stwierdził ostatnio jeden z naszych purpuratów; co dziwi. Idąc za jego sugestią pozwolę sobie nie zgodzić się z głosem Papieża, że:” celibat jest niezaprzeczalną wartością Kościoła” .
Celibat jest zatrutym kwiatem, który kiedyś przyjął Kościół od tego, którego Zbawiciel określił mianem księcia ciemności.

Kryspin