wtorek, 20 sierpnia 2019

Przygotowanie do życia w miłości



Kiedy zaczynałem szkolną edukację w 1964 roku, mama ubrała mnie w odświętną koszulę, starannie zaprasowane krótkie spodenki i tak wyekspediowała na pierwsze w moim życiu rozpoczęcie roku szkolnego.
Gdy teraz wspominam tamten czas, to wydaje mi się, że byliśmy (myślę o sobie i całym pokoleniu moich rówieśników) szczęśliwcami.
Przed nami, siedmioletnimi szkolnymi rekrutami, jawiła się klarowna perspektywa, w której szkolne lata miały nam służyć do poznawania otaczającej nas rzeczywistości i kształtowania w naszych głowach postaw życzliwości wobec innych ludzi, bez drążenia różnic pomiędzy nimi. Może dlatego murzynek Bambo, o którym czytaliśmy w elementarzu, to był nasz koleżka z dalekiej afryki i nikt nie myślał o nim przez pryzmat koloru jego skóry, czy wyznania.
I tak dorastaliśmy w latach szkolnej edukacji, a ci, których rodziny w niedzielne przedpołudnia nie omijały parafialnych kościołów, dodatkowo poznawali katechizmowe zalecenia, jak należy kochać bliźniego na wzór bożej miłości, i tak wzrastaliśmy w dorosłość.
Rok po roku stawaliśmy się coraz bardziej dorośli, co pokazywało się na naszych twarzach najpierw meszkowatym zarostem, który z czasem stawał się zaczynem pierwszych wąsików dumnie naśladujących zarost bohaterów szkolnych lektur.
Dziewczyny w tym samym czasie z „brzydkich kaczątek” przemieniały się w śliczne „łabędzie”, których urodę podkreślały krągłości, gołym okiem mówiące o różnicy pomiędzy nimi, a ich kolegami ze szkolnej ławy.
Wszyscy byliśmy tego świadomi i może dlatego stopniowo zanikały wspólne zabawy (chłopaków z dziewczynami), a na ich miejscu pojawiały się pierwsze miłostki i randki proponowane przez jedną ze stron, aby w czasie parkowego spaceru nieśmiało dotknąć ręki dziewczyny, a na koniec, ukradkiem musnąć ją pocałunkiem na pożegnanie.
I to było piękne, delikatne wkraczanie w emocje dorosłych relacji pomiędzy rówieśnikami.
Czy w tym samym czasie budziły się pragnienia naszych rówieśników o odmiennych preferencjach seksualnych?
Pewnie tak, ale to pozostawało w sferze ich prywatności i nikomu nie było nic do tego.
Napisałem powyżej, że szkoła mojego dzieciństwa jawiła się klarowną perspektywą i kiedy odwracam się do wspomnień, zdecydowanie pomagała nam stawania się dorosłymi w każdej dziedzinie naszego życia.
Pewnie, że przekraczając kolejne wtajemniczenia naszej dojrzałości robiliśmy niekiedy błędy, których później żałowaliśmy, próbując naprawiać to, co było możliwe do naprawy.
Żal mi, że dzisiejsza szkoła nie daje przejrzystości w kwestii edukowania naszych pociech do odpowiedzialnej dorosłości.
Pomijam już to, że nasze dzieci co chwilę są wplątywane w spektakl nienawiści dorosłych, którzy używają ich niczym żywych tarcz, próbują dopiec okopanym w swoich przekonaniach politycznym przeciwnikom.
Przyznam, że przeraża mnie, od kilku miesięcy lansowany, pomysł wprowadzania do programów szkolnych, a co za tym idzie, do umysłów dzieci tematów, w których miłość sprowadza się do seksualnego zaspokojenia, a miarą dorosłości w zachowaniu jest wyzwolenie od jakichkolwiek hamulców w kwestiach moralności.
W książce, która była moim literackim debiutem, zauważyłem, że w naszych szkołach bardzo forsuje się potrzebę edukacji seksualnej, przygotowanie do życia w rodzinie sprowadza tylko do
sypialnianego łóżka małżonków (partnerów), a cała reszta jest jakby mniej ważna.
Stąd moje pytanie na koniec „Zakochanej koloratki”:
Dlaczego w programie edukacyjnym naszych pociech zupełnie pomija się kwestie ich przygotowania do życia w miłości?
Póki co, to pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi, i to mnie smuci.
Kryspin

wtorek, 13 sierpnia 2019

Kościół ma problem



     Może niektórym czytelnikom wyda się to już nieco nudne i pewnie zapracuję sobie na uwagi w stylu, że ktoś się zawiódł moim wracaniem do tematów, które do cna przewałkowały różnego rodzaju media od brukowców karmiących się każdą sensacją, nawet tą nie do końca rzetelną, po opiniotwórcze czasopisma rezerwujące dla siebie miano poważnych, publikujących tylko wyważone treści, i do tego podpisane głośnymi nazwiskami prasowych tuzów.
     Wracam do „tęczowej zarazy”, czyli problemu Kościoła, do którego odniósł się, w tych źle odebranych słowach, czołowy hierarcha tejże instytucji gromadzącej w trakcie liturgicznych zgromadzeń spore rzesze wyznawców.
     Może zanim przejdę do istoty dzisiejszego tematu, kolejny raz opowiem się po stronie krytykowanego przez niektóre środowiska biskupa, i kolejny raz postaram się to uzasadnić:
    Metropolita krakowski, co sam wielokrotnie tłumaczył, nie kierował określenia „tęczowa zaraza” do kogokolwiek ad personam, a nazwał tym mianem jedynie sposób manifestowania poglądów środowiska tęczowej flagi, czyli osób domagających się równego traktowania każdego człowieka bez względu na orientację seksualną.
    Trzeba też jednak jasno powiedzieć, że żądania manifestujących są słuszne, ale nieszczęśliwie, zważywszy na sposób, artykułowane.
    Każdemu człowiekowi należy się szacunek i nikogo nie powinno się stygmatyzować. To dotyczy także orientacji seksualnej, i co za tym idzie, także potrzeb w tej sprawie, jeżeli nie są one obiektywnie rzecz ujmując dewiacjami, nie mówiąc już o zachowaniach ściganych prawem, i tego nie neguje także Metropolita.
    Kościół ma jednak inny problem z ruchem gromadzącym ludzi spod tęczowej flagi i to nie dlatego, że ci pukają do drzwi tej instytucji, bo oni w nim już są: jako szeregowi wierni i ci w liturgicznych szatach także.
    Kiedyś, gdy rodzice przynieśli swoją nowo narodzoną pociechę do parafialnej świątyni, poprosili kapłana o chrzest dla ich owocu miłości, i nikt wtedy nie żądał deklaracji, że będzie to bezproblemowy członek wspólnoty wiary, bo Kościół ze swej natury od zawsze gromadzi ludzi z ich słabościami, które próbuje co prawda okiełznać w konfesjonałach przebaczenia, ale i tak czyni to z połowicznym skutkiem, bo apel: „idź i nie grzesz więcej”, rozmywa się w ludzkiej niedoskonałości.
    Problem dzisiejszego Kościoła polega na tym, że on sam w sobie wymaga zmian, niektórych bardzo radykalnych, dotykających nawet niezmiennych, jak się dotąd wydawało, ustaleń określanych mianem dogmatów, a niekiedy i takich, które tylko przez wieki obrosły przeświadczeniem niemożności zmian (na przykład kwestia celibatu wśród duchownych).
    Problemem Kościoła nie jest „tęczowa zaraza”, ale swoista rewolucja wśród pewnych środowisk i jednoczesnym braku woli dialogu z obu stron.
    Tęczowa barwa niezadowolonej grupy domagającej się swoich praw w Kościele, to nie jedyny odgłos domagających się spełnienia swoich oczekiwań.
    W kolejce oczekujących na swoje miejsce w katolickiej wspólnocie wiary stoją także i inni „wykluczani”, jak chociażby małżonkowie skażeni piętnem nieudanej miłości zaklepanej kiedyś sakramentalnym „Tak”.
    W ich przypadku Kościół zdaje się zauważać problem, dlatego też widać działanie Franciszka idące w stronę poluźnienia więzów zakazów w stosunku do tej grupy wiernych.
    Pewnie podobne stanowisko przyjmie Watykan w kwestii tęczowych buntowników, ale wszystko w miarę rozsądku, którego z pewnością zaprzeczeniem jest forsowanie przez środowiska LGBT żądania, by Kościół stał się „tęczowym”, bo w tym kierunku niestety zmierzają prowokacje: kolorowa korona ikony częstochowskiej, czy parodia liturgii sprawowana przez faceta z durszlakiem na głowie.
    Kościół nigdy nie powinien być zawłaszczany przez jakąkolwiek opcję, czy orientację, bo zaprzeczyłby misji, dla której prawie dwa tysiące lat temu powołał go Jezus Chrystus .
Kryspin, 

środa, 7 sierpnia 2019

"Psy szczekają, karawana idzie dalej"



Od kilku miesięcy trwa spektakl wzajemnych pretensji w kwestiach prawa do zajmowania stanowiska w sprawach o których katolicka nauka wydawała się do tej pory jasna i jednoznaczna.
Kościół nigdy nie dopuści do kompromisu z nieporządkiem moralnym, za jako uważa praktykowanie zachowań seksualnych innych od tych, które od wieków wyznaczały poprawność praktyk zgodnych z głoszoną teologią moralną. Ta zaś swoje korzenie ma w dogmatach, niepodważalnych ustaleniach mających z kolei swoje kotwice w tradycji Kościoła i nauczaniu samego Jezusa Chrystusa, czyli w Piśmie świętym.
-Roma locuta, causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona.
Jeżeli do tego dorzucić jeszcze hierarchiczną podległość i posłuszeństwo tworzące drabinę zależności, w której na samym szczycie prawa do zabierania głosu Kościół posadowił biskupów, w prostej linii sukcesorów apostolskich przyjaciół Mistrza, to ostatni zgrzyt, kiedy to hierarcha krakowski dokonał oceny środowisk głoszących wolność od kościelnych zakazów i tę ideologię określił „tęczową zarazą”; to staliśmy się nie tylko świadkami, ale i uczestnikami tego kryzysu.
Tylko kwestią czasu było więc to, aż środowiska mało przychylne Kościołowi podniosą krzyk na jawną, w ich ocenie prowokację ze strony ważnego przedstawiciela Episkopatu i w konsekwencji posypały się głosy, że taka zniewaga winna być brzemienną w skutkach, dla arcybiskupa, no i dla całego środowiska, które się utożsamia z tym obraźliwym stwierdzeniem.
Swoje święte oburzenie, dołożyli prominentni politycy opozycji, którzy od wielu miesięcy zagryzają palce szukając skutecznego sposobu dowalenia rządzącym i w konsekwencji przejęciu „korytka” władzy, i tu niczym manna z nieba wpadł im w ręce kazus arcybiskupa, który wdał się w konflikt z ruchami popieranymi przez politycznych opozycjonistów.
Teraz wystarczyło tylko kilka konferencji prasowych i krytyczna ocena wypowiedzi hierarchy, a i na koniec stanowcze żądanie, by ten podniósł łapki do góry i ze wstydem przyznał, że przesadził, no i na koniec odszedł w niesławie z zajmowanego urzędu.
-„Psy szczekają, karawana idzie dalej”, można by podsumować raban, jaki zrobiono wokół słów z krakowskiej homilii arcybiskupa, gdyby nie głos ze środka tejże karawany.
Na scenie politycznej oceny zjawił się kolejny krytyczny cenzor słów hierarchy, choć określenie, że był to głos ze środka karawany, w kontekście słów, jakie padły, stawia znak zapytania, czy aby wypowiedział je przedstawiciel przychylny Kościołowi.
Znany, można rzec medialny zakonnik, zaapelował wprost do arcybiskupa, by ten nie tylko przeprosił za złe słowa z wawelskiej katedry, ale uznając swój błąd, zrzekł się piastowanego urzędu, a zaraz potem rozpoczął pokutę, by z dala od świata, w modlitwie i odosobnieniu próbować naprawić krzywdy, jakich się do;puścił swoją homilią.
Przyznam, że z niedowierzaniem przyjąłem słowa znanego Dominikanina, bo choć nie podlega on bezpośrednio biskupiej władzy, bo ślubował posłuszeństwo swoim zakonnym przełożonym, to jednak w hierarchicznym porządku nie ma prawa do takiego ataku wobec bądź co bądź jednego z najwyższych rangą przedstawiciela naszego kościoła.
Zdenerwowany zakonnik w białym habicie wiedział, że jego sugestie, żądania, warte są przysłowiowego „funta kłaków” i może dlatego zaraz po tym zaapelował, aby i inni pisali listy wzywające nie tylko do dymisji hierarchy, ale i zmian w ocenie moralnej tak drażliwych i niesłusznie ostro określonych przez biskupa sprawach.
To bardzo przykre, że jesteśmy obecnie świadkami kłótni, sporów, przepychanek:kto ma rację i kto komu dołoży; bo w efekcie nie będzie od tych (zajadłych nienawiścią) słów, ani o jotę lepiej.
Zakonnik na koniec swojej krytycznej oceny zaapelował o listy poparcia dla swojego „świętego oburzenia” i może to jest ten promyk nadziei na lepsze jutro polskiego Kościoła.
Może warto aby obudziła się w nas potrzeba głośnego mówienia o tych sprawach, które winny ulec zmianie, by Kościół stał się prawdziwy i nasz jednocześnie.
Piszmy o tym co nas boli w Kościele, nie koniecznie ograniczając się do oceny stwierdzenia o „tęczowej zarazie”
Kryspin,

wtorek, 30 lipca 2019

Religiotyzm



No i oberwałem za próbę obiektywnej oceny działań zakonnicy z ulic Kalkuty, która dla świata już na zawsze będzie utożsamiała osobowość zarażoną wirusem miłości i współczucia wobec cierpienia, nad którym tak mało serca okazywali wolni od biedy mieszkańcy tego indyjskiego molocha.
Czytelnik, z pewnością reprezentujący obóz przeciwników wartości determinujących budzenie ducha współczucia wobec ludzkiego cierpienia, co jest jednym z filarów katolickiej wiary; wprost dokonał krytycznej oceny zachowań Matki Teresy, uważając ją za szkodliwy produkt chorej, kościelnej filozofii uznającej ludzkie cierpienie za coś istotnego w doskonaleniu naszego człowieczeństwa.
...”To jest wykładnia filozofii katolickiej, w mojej ocenie wybitnie szkodliwej społecznie”-pisze mój mailowy adwersarz i zaraz dodaje:
Korporacja, którą Pan reprezentuje, od kilkunastu wieków stoi w moralnym rozkroku, opierając się obłudnie, z jednej strony na fałszywej "dobroczynności", "miłości bliźniego" i.t.d,
a z drugiej strony gromadząc niezliczone dobra materialne, zapewniające jej władzę nad owieczkami i baranami.”
Wydaje mi się, że już gdzieś słyszałem podobne określenia o owieczkach i baranach zaganianych kościelnymi pastorałami?
Mój mailowy rozmówca poszedł dalej w swojej analizie, i dokonał medycznej diagnozy mojego skażenia wirusem Religiotyzmu, i tu wprawił mnie w zakłopotanie, bo pierwszy raz spotkałem się z tym określeniem i dlatego od razu rzuciłem się do komputerowej encyklopedii, by zrozumieć czym objawia się ta choroba, której i ja stałem się ofiarą:
Religiotyzm - rzadko diagnozowana (mimo to często występująca) forma upośledzenia umysłowego, spowodowana przez intensywną indoktrynację religijną, przede wszystkim w wieku dziecięcym.”
No i dowiedziałem się, że zostałem zainfekowany, a co za tym idzie, w moim organizmie buszuje ten wirus niszczący moje zdroworozsądkowe myślenie.
Pół biedy, gdyby ta choroba dopadła tylko mnie, ale z tego co widzę, ten problem dotyczy wielkiej rzeszy tych, którzy nie tylko z deklaracji, ale i z potrzeby serca uznają wartości chrześcijańskie za dobre drogowskazy do wewnętrznego rozwoju.
Czytelnik, ten który zdiagnozował nie tylko mój Religiotyzm, nie pozostawił nas z niepewnością, co mamy uczynić, by znów stać się „zdrowymi”.
Mam nadzieję, że młode pokolenie odejdzie w końcu od religii opartej o groby, truchła, trupie czaszki i piszczele, wyglądające z każdej bez wyjątku katolickiej świątyni, zza każdego rogu, i zajmie się realnymi problemami naszej planety – przeludnieniem, zalewającymi nas odpadami, dewastującymi środowisko naturalne, a nie problemami semickich plemion bliskiego wschodu sprzed wielu tysięcy lat.”
Przyznam, że przeszły mnie ciarki czytając ten manifest, który określiłbym mianem Antyreligiotyzmu, by nie użyć bardziej dosadnego określenia.
Przeraża mnie, że antidotum na wszelkie zło, to zniszczenie w ludziach wiary, wyrwanie korzeni, na których wyrosło tyle dobra stanowiącego kręgosłup naszej historii.
Już kiedyś próbowano budować ludzki raj wolny od „opium dla mas” i wtedy liczono, że nowe pokolenie rozprawi się z wszystkimi problemami:
  • Przeludnienie to żadne zmartwienie: pobudujemy kliniki z taśmową regulacją urodzeń, programową eutanazją ludzi chorych, starych.
  • Zalewające nas odpady nie będą problemem, bo nowi, światli obywatele będą dbali o czystość środowiska.
Jeżeli objawami Religiotyzmu są: wrażliwość na ludzkie cierpienie i współczucie wobec tych, których los, a niekiedy i źli ludzie, boleśnie doświadczyli, to ja chcę nadal być dotknięty tym „wirusem”.
Kryspin

sobota, 27 lipca 2019

Rzucić palenie po latach nałogu- to trudne, ale możliwe!



-Mam na imię Kryspin i jestem niepalącym palaczem- tak mógłbym przedstawiać się każdemu, bo z tego powodu odczuwam dumę i potrzebę mówienia o tym.
Mój licznik wolności od nałogu, który pielęgnowałem przez ponad czterdzieści lat, w dniu dzisiejszym (27.VII, 2019 r.) pokazał 150 dzień bez tytoniowego dymu.
Rzucenie palenia nie jest czymś prostym i łatwym, o czym przekonałeś się pewnie nie raz, kiedy kładłeś się spać z postanowieniem: „od jutra nie palę!”
Niekiedy zakupiłeś sobie dodatkowe zabezpieczenia: plastry nasączone nikotyną, tabletki mające zniwelować głód tytoniu , i obudził was następny poranek, a z nim poranna kawa, no i jak tu odmówić sobie „rytualnego” dymka?
Później droga do pracy i oczekiwanie na autobus, który spóźnił się jak zwykle, a obok mnie nieszczęśnicy denerwujący się tak samo jak ja, że nie zdążą na czas....ale oni i tak są w lepszej sytuacji, bo swoje zdenerwowanie mogą złagodzić zapalonym papierosem....a ja od rana nie palę, ale choć przez chwilę postoję blisko i dyskretnie powdycham kłębiący się wokół dymek.
Pobyt w pracy wcale nie pomaga wczorajszemu postanowieniu, bo przecież od zawsze lubiłem przerwy, kiedy z innymi palaczami dbaliśmy o to, by znaleźć chwilę na kolejnego dymka.
Wieczorem Michał wprosił się na wspólne oglądanie meczu. Pewnie przyniesie ze sobą browary i jak mam mu powiedzieć, że nie zapalę z nim, kiedy razem będziemy emocjonowali się kolejną zmarnowaną sytuacją pod bramką przeciwników?
Tak moglibyśmy mnożyć preteksty, by przy wieczornym rachunku sumienia rozgrzeszyć swoją porażkę z „pochopnie”poczynionego postanowienia.
Może kiedyś uda mi się spełnić to przyrzeczenie dane samemu sobie i uda mi się rzucić nałóg, ale może to będzie kiedyś, na jutro jestem za słaby, albo przeciwności, którymi częstuje mnie życie póki co są zbyt wielkie!
Nie palę od 150 dni!!!! Bez wspomagaczy, bez cierpienia głodu za codzienną porcją nikotyny i jestem szczęśliwym, wolnym człowiekiem!
Może dlatego chciałbym się z tobą podzielić tym, jak udało mi się zasmakować tego zwycięstwa!
Jeżeli chcesz - ujawnię Ci tajemnicę mojego sukcesu i gwarantuję, że także i Ty osiągniesz zwycięstwo przestając palić!
Zadzwoń do mnie:- 536 425 831
Pozdrawiam, Kryspin

wtorek, 23 lipca 2019

Hyde Park studzi gorączkę sporu.



    Od kiedy pamiętam, zawsze fascynował mnie londyński Hyde Park, i nie chodzi mi o to, że od małego byłem miłośnikiem angielskich ogrodów, bo pięknem przyrody zachwyciłem się o wiele później.
    Ten królewski skwer (całkiem spory-ponad 159 hektarów) praktycznie od chwili zakupu angielski monarcha (Henryk VIII) przeznaczył na miejsce, gdzie poddani mogli swobodnie się gromadzić i wyrażać swoje poglądy, z jednym zastrzeżeniem, że w słowach i gestach nie będą dotykać majestatu miłościwie panującego.
    Wertując karty historii możemy więc doczytać, że przez stulecia ten zielony obszar gościł wielu znanych ludzi ówczesnych czasów, którzy na stałe zajęli miejsca w podręcznikach historii.
    Wystarczy wspomnieć, że tam głosili swoje przemyślenia chociażby: Marks, Lenin i wielu innych, którym daleko było do popierania tamtego porządku politycznego, jakim była monarchia.
     I nikomu nie przyszło do głowy, by w trakcie nawet najbardziej kontrowersyjnych wystąpień wobec głoszących swoje przekonania używać siły; a jedynym dozwolonym sposobem wyrażania swojej dezaprobaty na zasłyszane rewelacje była możliwość ustawienia swojego zydelka ( małego taboretu), by z jego wysokości wyrazić zdanie odmienne.
    Tak sobie myślę, że pomimo tego, iż gospodarczo udaje się nam od jakiegoś czasu galopem doganiać najbardziej rozwinięte kraje naszego regionu, to w kwestiach kultury politycznych sporów, czy sposobu manifestowania swoich oczekiwań, chociażby w kwestiach odmienności, która jest niezbywalnym prawem każdego człowieka, jeszcze nam daleko do innych.
    Na poparcie przytoczonego powyżej zdania odniosę się do ostatnich „kwiatków” z naszego podwórka, czyli marszu ludzi spod tęczowej flagi, którzy ostatnio skrzyknęli się na wschodniej flance naszej kochanej ojczyzny i..?
   No właśnie, kolejny raz powtórzył się scenariusz, w którym spotkali się po jednej stronie zwolennicy kolorowego ( i prowokacyjnego przemarszu) i naprzeciwko ich przeciwnicy, którzy przybrani w białe koszulki ze znakiem zakazu do pewnych zachowań, dali jasny przekaz, że nie zamierzają ustępować pola tym pierwszym.
   Dopełnieniem tego nieciekawego obrazu stały się oddziały policyjne, które uzbrojone w armatki wodne i ochronne tarcze, wyznaczyły bufory bezpieczeństwa, by nikomu z „aktorów” tego przedstawienia włos z głowy nie spadł.
Jednak myliłby się ktoś, gdyby uznał, że wymieniłem już wszystkich uczestników tej historii.
   Trzeba otwarcie powiedzieć, że w tym wszystkim są jeszcze „aktorzy drugiego planu” tych ulicznych manifestacji: politycy od lewa do prawa- każdy z inną rolą.
   I na koniec pozostają jeszcze ci, których kolorowi uczestnicy tychże zgromadzeń szczególnie „umiłowali” ludzi Kościoła, których wyznawcy ideologii LGBT uznali za osobistych wrogów ich wolności.
   I w ten sposób moralność oparta na chrześcijańskich wartościach stała się przysłowiowym „chłopcem do bicia” i jakie by stanowisko nie zajęli w tych kwestiach hierarchowie, zawsze byłoby to złe.
   No i reasumując można by tę zaistniałą sytuację skwitować krótko:
-„Jak się nie obrócisz, to i tak d.... zawsze będzie z tyłu”.
    Tak więc sytuacja wydaje się być bez wyjścia, a je nie zamierzam dalej drążyć tematu, kto ponosi większą winę za obecny stan niezgody, i wyrokować po jakiej stronie pozostaje słuszność, ale tak sobie myślę, że może dobrze by było gdyby wyznaczono w każdym z naszych większych miast taką strefę Hyde Parku i mogliby się w nim gromadzić zwolennicy najróżniejszych opcji, by tam manifestować swoje prawa do inności?
    No i jeszcze jedno: byłoby to o wiele tańsze, licząc chociażby koszty policyjnych akcji, i do tego bardziej przyjazne rozwiązanie dla tych wszystkich, którzy uważają, że ulice ktoś kiedyś wytyczył, by służyły lepszej komunikacji pomiędzy, niekiedy oddalonymi od siebie, ludźmi.
Kryspin

wtorek, 16 lipca 2019

Anioł, czy wysłannik piekieł?



      Prawie czterdzieści lat temu, kiedy rozpoczynałem pracę po dopiero co skończonym seminarium duchownym, miałem okazję spotkać się z kobietą, która przez kilka miesięcy pracowała jako wolontariuszka wśród biedaków w dalekiej Kalkucie.
      Ewa, będąc na czwartym roku medycyny, przypadkowo natrafiła w jednym z anglojęzycznych periodyków artykuł o umieralniach prowadzonych w Kalkucie przez zakonnice Matki Teresy.
     Autorzy, lekarze specjaliści opieki paliatywnej postanowili poznać prawdę o domach prowadzonych przez zakonnice w białych przyozdobionych niebieskimi pasami habitach noszonych na wzór hinduskich sari.
     Europejczycy krytycznie ocenili miejsca, w których siostry gromadziły zbieranych z ulic bezdomnych, będących na granicy życia pariasów, by ci nieszczęśnicy nie byli skazani na umieranie w rynsztokach hinduskiego molocha (Kalkuta jest jednym z największych miast w Indiach).
    To nie były sterylne szpitale, w których na białych łóżkach chorzy mogliby oczekiwać na śmierć, a zamiast tego wychudzonym, poskręcanym latami nieleczonych schorzeń, nieszczęśnikom musiały wystarczyć szare sienniki ułożone na drewnianych pryczach.
     I w takich, urągających naszym wyobrażeniom warunkach, towarzyszyły umierającym Misjonarki Miłości, zastępując im niekiedy braki środków medycznych czułym uściskiem ich wychudzonych dłoni, by nie czuli bólu samotności przejścia.
     Ewa sam chciała wyrobić sobie zdanie na temat tych swoistych ośrodków paliatywnych i pojechała do Indii, by przez dziewięć miesięcy pracować w ośrodkach Matki Teresy w Kalkucie. Przerwała studia na rok, by z bliska doświadczyć tego, jak wielką wartością jest miłość dawana drugiemu człowiekowi w takim miejscu, w którym trudno ekstremalnie trudno jest ją realizować czymś więcej aniżeli tylko słowem.
-”Po dziś dzień czuję smród rozkładających się za życia ludzkich ciał i zaduch przepełnionych cierpieniem obskurnych sal, gdzie każdego dnia próg wieczności przechodziły dziesiątki umierających nędzarzy, a jedynymi bliskimi w ich ostatniej drodze były zakonnice w białych sari.
-Kiedy teraz moimi wspomnieniami przywołuję te obrazy, kiedy każdego dnia wracałam po kilkunastu godzinach spędzonych na ulicach Kalkuty i w umieralniach, to pewnie bardzo szybko wylądowała bym w Warszawie z jedynym pragnieniem, by zapomnieć o tym wszystkim, gdyby nie jedno spotkanie.
Zakonnice każdy dzień kończyły w sali modlitwy, gdzie pozostawały przez długie długie godziny, i tam przy wejściu spotkałam Matkę Teresę, gdy ta udawała się do kaplicy.
Ta malutka, nieco przygarbiona starsza kobieta zatrzymała się przede mną, spojrzała mi w oczy, a później chwyciła mnie delikatnie za rękę i z uśmiechem powiedziała:
-”Choć ze mną, a pokażę ci miejsce, gdzie odzyskujemy siły po zmęczeniu nawet najcięższym dniem....tu gromadzimy się by zatopić się w spotkaniu z Mistrzem naszego powołania, tym który z wysokości krzyża na zawsze wyznaczył granice, a raczej trzeba by powiedzieć brak granic dokąd winna sięgać miłość.”
Kiedy ostatnio przeczytałem na portalu społecznościowym artykuł przywołujący wypociny pełne nienawiści, w których autor opisał „ciemne” strony dzieła Matki Teresy zarzucając jej, że nie była wcale tak święta, jak ją przedstawiono w beatyfikacyjnym procesie, to przyznam, że trudno mi było mnie użyć (choćby w myślach) odpowiednich słów, by ustosunkować się do tych podłych insynuacji.
Najgorszym w tym wszystkim było jednak to, że w komentarzach pod tekstem swoje opinie typu:
-”A jednak coś musi być na rzeczy”- zamieszczali ludzie deklarujący się jako wierzący.
A może wcale nie był daleki od prawdy pan Jażdżewski mówiący o niektórych ludziach uwielbiających taplać się w błocie?
Agnes Gonxha Bojaxhin zmarła w 1997 roku w wieku 87 lat.
Dla świata świata, który przyznał jej Pokojową nagrodę Nobla, już na zawsze pozostanie Matką Teresą z Kalkuty, a dla Kościoła od 2016 roku świętą Matką Teresą z Kalkuty.
Kryspin

poniedziałek, 15 lipca 2019

Założę partię polityczną, a co mi tam!

    Od dłuższego czasu starałem się trzymać z dala od polityki i jedynie, sporadycznie pozwalałem sobie na krótką polemikę w bezpośrednich rozmowach ze znajomymi, niekiedy rodziną. Udzielałem sobie swoistej dyspensy od sobie wcześniej danego słowa, że nie będę komentował bieżących wydarzeń politycznych, których profesjonalną oceną chwalili się zapraszani przez media spece od takowych ocen.
    Niekiedy jednak nasi wybrańcy politycznych salonów przekraczają granice absurdu, niekiedy dobrego smaku i nagminnie zwyczajną przyzwoitość wobec słuchaczy i samych siebie także.
I wcale nie myślę tu o "perełkach" wybrańców różnych maści elektoratów, jak chociażby pan P. nieco już przybladła persona specjalizująca się w święcie sześciu króli, czy pan B, który wymyślił sobie , że na wiosnę zdałoby się ogłosić nowy byt polityczny, w którym tęczowi wyborcy zapewnili by mu miejsce w Brukseli.
    Mam teraz  na myśli innych tuzów naszej tragikomicznej sceny, którzy co kilka godzin zaskakują nie tylko swoich politycznych klakierów, ale i szary motłoch, który przez miesiące był uczony nienawiści do tych drugich z hasłami obrony demokracji, a teraz nie wiedzą, czy program ich idola to jest żart, czy mowa szaleńca.
   Kiedyś, zupełnie niedawno, kilku czytelników moich felietonów napisało do mnie listy, apele, bym założył nową partię polityczną i stojąc na jej czele w bliżej nieokreślonej perspektywie został premierem z namaszczenia mojego elektoratu.
Z uśmiechem przyjąłem ten apel i listy od przyszłych członków wyrzuciłem do kosza.
Teraz tak sobie myślę, że może szkoda, iż do wielu spraw podchodzę z takim dystansem i filtruję pomysły na moją przyszłość odrzucając wszystko, co oceniam za absurdalne.
A może w Polsce trzeba brać życie na bezczela i poddać się nawet najbardziej absurdalnym pomysłom, bo z biegiem czasu każdy, nawet najbardziej chory pomysł może zaowocować niezrozumiałym powodzeniem, by nie użyć słowa sukcesem.
    Już Reymont ukazał w swojej powieści o robotniczej Łodzi, że do powodzenia nawet absurdalnego pomysłu nie potrzeba majątku, ale bezczelnego przekonania, że mnożone zera nie zawsze muszą skutkować finalną klapą (..."Ty nie masz nic, ja nie mam nic, więc razem mamy w sam raz, by zbudować fabrykę....")
    Aby nie przynudzać, będę zbliżał się do końca tych moich "myśli nieuczesanych".
    A może założę jednak nową partię.....?
    Nie mam co prawda pieniędzy z Fundacji Batorego, czy Szumana. Nie stoją za mną lobbyści, którzy mogliby załatwić mi przychylność biznesowych tuzów; ale przecież to nie jest najważniejsze.
   Tylko czy potrafię być bezczelny i pozbawiony do cna samokrytycyzmu wobec siebie i nie licząc się z tym, iż w życiu potrzeba choć w odrobinie być uczciwym, byłbym wstanie ludziom wciskać farmazony i zaklinać się, że to jest prawda?
A może można w polityce zachować się przyzwoicie?
Pewnie tak.....tak przynajmniej czuję.......
Czyli postanowione:
    Założę partię polityczną, a co!!!
Kryspin
   

wtorek, 9 lipca 2019

Kazanie, czy polityczna agitacja?



    -”Nie chodzę do kościoła, bo księża na kazaniach zamiast mówić o Bogu, urządzają coś w rodzaju partyjnych wieców, w trakcie których otwarcie agitują na rzecz określonej opcji politycznej.”
     To częsty argument tych, którzy tak próbują usprawiedliwiać swoją nadwątloną wiarę, która w ich przypadku, przegrywa konfrontację z pokusą alternatywnego spędzania niedzielnego przedpołudnia.
     Już dawno pożegnaliśmy czasy, kiedy ktoś za nas decydował, co jest właściwe, co trzeba, a czego nie wolno nam zrobić, i wcale nie chodzi tutaj tylko o naszych starszych- rodzicieli, którzy od najmłodszych lat starali się wyhodować nas na dobrych i odpowiedzialnych uczestników tej swoistej sztafety pokoleń.
     Pokolenie moich rówieśników ( i ja także) pamięta czasy, kiedy to w zaciszu partyjnych gabinetów zasiadali ludzie uzurpujący sobie prawo do wyznaczania jedynie„słusznej”drogi, którą winni kroczyć ci, którzy mieli stać się awangardą nowego człowieka, światłego ludzką mądrością, stojącego w opozycji do starego porządku, w którym bardzo istotną rolę odgrywał Kościół.
     Paradoksalnie wtedy także księżom zarzucano polityczne zaangażowanie i nawet wielu z nich musiało się tłumaczyć ze słów, które nie przypadły do gustu tym, którzy niedzielne msze zaliczali w ramach swojej pracy.
     Jakoś nie przypominam sobie, aby ktokolwiek z normalnie praktykujących wiernych skarżył się wtedy na polityczny charakter wystąpień jakiegoś księdza.
     Takie były czasy, a Kościół mógł ze zwieszoną głową ukazywać pokorną lojalność wobec władzy i milczeć licząc na „łaskę” panów tamtego czasu. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca, bo nie taka była jego rola, o czym głośno mówili wielcy hierarchowie z ks. Kardynałem Stefanem Wyszyńskim na czele.
     -„Kościół był wtedy depozytariuszem naszej wolności i Prawdy, których brakowało nam wszystkim w tamtym „socjalistycznym raju”- podsumował w jednym z maili czytelnik „Księdza w cywilu”, i z tym wypada się zgodzić!
     Tak sobie myślę, że teraz, kiedy od trzydziestu lat jako naród oddychamy wolnością, warto by było zastanowić się, czy nie ulegamy niekiedy swoistej „chorobie”, której doświadcza organizm otrzymujący nadmiar tlenu (za duża dawka tlenu w inkubatorach prowadziła do ślepoty u niedojrzałych wcześniaków)?
     Kościół dzisiejszy nadal winien być depozytariuszem wolności i Prawdy, co nie zawsze jest akceptowalne przez tych, którzy którzy korzystając z prawa do swobodnego manifestowania swoich przekonań, starają się jednocześnie tego prawa pozbawić innych, myślących inaczej.
Pewnie taka swego rodzaju obsesja „prewencyjnego” zachowania przenika działania niektórych grup, które manifestują swoje prawa poprzez atak, którego adresatem staje się Kościół i wszyscy ci, których z nim kojarzą.
     Naturalnym jest więc to, że nasi hierarchowie nie milczą w tych kwestiach i zdecydowanie nie zgadzają się na takie działania wymierzone w ludzi wierzących.
     No i na tym można by zakończyć tę kwestię, gdyby nie „gwiazdy” polityki, które w obecnym czasie narastającej przedwyborczej gorączki, taki konflikt traktują jak łakomy kąsek, który można rzucić na żer potencjalnemu elektoratowi.
     Wracając do „usprawiedliwienia”, jakim tłumaczą się niektórzy letni katolicy: nie chodzę do kościoła, bo tam księża mówią o polityce; to przyznam, że pewnie niejeden duchowny ulega pokusie zacietrzewienia i agituje w kwestiach, od których winien być wolny, ale to wcale nie jest usprawiedliwienie zwalniające mnie od bycia przy Prawdzie.
     Tak się szczęśliwie składa, że mamy wielu księży, kościoły na wyciągnięcie ręki, a w ekstremalnych alergiach na głoszone tam homilie, zawsze możemy w ich trakcie odmówić sobie różaniec i odciąć się myślami od słów, które uznamy za polityczną agitację.
Kryspin

wtorek, 2 lipca 2019

Puszka Pandory



Pewne wydarzenia, w których chcąc nie chcąc ostatnio coraz częściej uczestniczymy, niosą w sobie skrajne emocje w kwestiach odmiennych poglądów na rzeczywistość, która co chwilę dostarcza pożywki do podsycania wzajemnych konfliktów.
Z pewnością takim zatrutym owocem, który wydostał się ostatnio z tej naszej współczesnej „Puszki Pandory”, było zwolnienie w trybie natychmiastowym pracownika dużej, międzynarodowej firmy, który manifestując swoje poglądy w kwestiach obyczajowych i naraził tym na przykrość współpracowników mających odmienne preferencje w kwestiach intymnego życia .
Nieborak poczuł się skrzywdzonym, zważywszy na to, że przez dotychczasowy okres kariery w tejże firmie, zawsze starał się solidnie wypełniać postawione przed nim zadania i w grupie współpracowników uchodził za solidnego i unikającego konfliktów, które niekiedy zdarzały się wśród osób tam zatrudnionych.
Aby było jeszcze ciekawiej, to jego dobrą postawę zauważali także przełożeni, co skutkowało systematycznymi dowodami uznania dla jego postawy, czyli dodatkowymi premiami, czy innymi nagrodami, które tenże kolekcjonował niczym dobry zawodnik w trakcie sportowej kariery.
No i to wszystko się posypało przez jedno „Nie zgadzam się”, gdy w formie pisemnego zalecenia przełożeni poinformowali pracowników o szczególnym traktowaniu współtowarzyszy przynależnych do środowiska LGTB
W myśl tego postanowienia tacy pracownicy także zasługują na szacunek, jak każdy inny w tym zakładzie.
Pewnie nie tylko nasz bohater był zdziwiony tym odgórnym rozporządzeniem, bo co by nie powiedzieć, to jakoś do tej pory nikt się nie uskarżał na to, że w pracy jest prześladowany za to, z kim śpi pod jedną pierzyną, albo spędza romantyczne chwile we dwoje, jako homo, czy hetero.
To wszystko było dotąd poza murami zakładu, w którym pracowali jedni i drudzy i nikt im nie kazał w kwestionariuszach osobowych wypełniać rubryki z preferencjami seksualnymi, bo niby po co?
Nieszczęściem ofiary restrykcyjnej decyzji o rozwiązaniu stosunku pracy było także i to, że tenże nie ograniczył się tylko do słownego sprzeciwu, ale na swoje nieszczęście zapisał to w medium społecznościowym i jakby tego było mało, swoje „Nie” uzbroił (jako człowiek wiary) w stosowne cytaty ze Starego Testamentu, w których osoby dzisiaj maszerujące pod tęczowymi sztandarami, określane są epitetami, których nie będę przytaczał obawiając się o to, że i mnie się by dostało od redakcji tygodnika, w którym mogę póki co prowadzić dialog z czytelnikami „Księdza w cywilu”.
Nie dokonując oceny, kto miał rację w opisanej powyżej sprawie, trzeba jednak zauważyć, że dzisiejszy świat posunął się w świadomości i nie wszystko, co spisali starożytni skrybowie w Świętej Księdze Narodu Wybranego, można w prosty sposób przenieść w czasy nam współczesne, bo mogli byśmy dojść do przekonania, że Bóg ze swoimi restrykcyjnymi prawami przypominałby bardziej srogiego tyrana, aniżeli miłosiernego ojca.
Chociaż Starty Testament jest integralną częścią, i dla nas najważniejszej księgi naszej wiary, to między innymi po to przyszedł na świat Jezus Chrystus, by dostosować do naszych czasów zalecenia kodeksu Nowego Testamentu, który wyczerpuje nauka i życie Mistrza z Nazaretu.
Tak sobie myślę, że każdemu z nas: wierzącym, którzy wertują niekiedy pożółkłe od starości stronice Pisma Świętego, które kiedyś ktoś przyniósł do domu naszych dziadków i tych, którzy w otępiającym rytmie muzyki techno przemierzają ulice naszych miast, by manifestować prawo do swojej odmienności; przyda się chwila zatrzymania i zastanowienia...
Tak sobie myślę, że pomimo różnic(swoistego rowu podziału), przykazanie miłości, to uniwersalny Kodeks- jedno prawo, które niweczy oręż zapiekłości wszystkich uważających, że wokół nas jest zbyt mało miejsca, aby pomieścić ludzi o skrajnie różnych poglądach.
Kryspin, 

wtorek, 25 czerwca 2019

Młot, czy młoteczek na kościelnych pedofilów?



No i z wielkiej chmury spadł mały deszcz, a może raczej trzeba by powiedzieć, że był to ledwie kapuśniaczek.
Tak można by podsumować przyjazd do naszego Kościoła biskupa Malty Charlesa Sciclunę.
Co prawda zaproszenie do tego dostojnika nasi dostojnicy wysłali już ponad rok temu, ale musieli uzbroić się w cierpliwość( a może i obawę), bo tenże bliski współpracownik samego Franciszka miał póki co pełne ręce roboty ze sprzątaniem pedofilskich skandali w innych częściach światowego Kościoła.
Trzeba przyznać, że Scicluna na poważnie potraktował wytyczne o zeru tolerancji względem dewiacyjnych zachowań niektórych duchownych, co dało mu przydomek „młota na pedofilii w sutannach”. To określenie wcale nie było czymś nad wyraz, co biskup z Malty udowodnił stanowczym działaniem w przypadku hierarchów chilijskiego episkopatu, którzy po jego „kontroli”zostali odwołani ze swoich stanowisk.
Chyba nikogo nie dziwiły więc spekulacje, którymi żyli ostatnio przedstawiciele różnych środowisk: tych pro i anty kościelnych, i każde z nich miało swoje oczekiwania, nadzieje i strach związany z wizytą w polskim episkopacie watykańskiego młota na pedofilów.
Dodatkowego smaczku dodał,(z pewnością zupełnie przypadkowo) wyemitowany ostatnio w naszych kinach film braci Sekielskich, który musiał znaleźć się w programie odwiedzającego polskich biskupów „kolegi” z Malty.
Watykański wysłannik przyjechał, obejrzał seans filmowy, posiedział przy prezydialnym stole w trakcie spotkania polskiego Episkopatu, zabrał nawet głos, by uciąć spekulacje co do powodu przyjazdu i na koniec wystawił swoistą laurkę zebranym biskupom, że ich działania w bliskiej mu kwestii zwalczania pedofilii w Kościele, w jego ocenie w pełni realizują linię Franciszka.
Po takim podsumowaniu zabrakło mi już tylko gestu uniesionej pięści i głośnego wezwania:
”Tak trzymać!”
Scicluna pewnie zawiódł tych, którzy oczekiwali swoistego trzęsienia ziemi, bo nic takiego nie miało miejsca, a młot okazał się młoteczkiem rodem z zapomnianego już przez wielu z nas programu „zrób to sam”, gdzie prowadzący używał takiego miniaturowego rekwizytu, by w listewki wbijać gwoździe z małymi łepkami.
Po wyjeździe bp-a Malty odezwali się komentatorzy kościelnej sceny i szukając pozytywów jego odwiedzin, doszli do wniosku, że zaowocuje ona samooczyszczeniem się naszego Kościoła.
Czyli jak w telewizyjnym programie pana Słodowego - zrób to sam!
Można by rzec, że cuda się niekiedy zdarzają, ale czy w tym przypadku także?
Mam obawy, że nie.
Dlaczego jestem takim niedowiarkiem?
No bo już kiedyś (i to wcale nie tak dawno) w podobnie wyjątkowej grupie przedstawiciele szczególnego zawodu (niektórzy określają to także swoistym powołaniem), jakim są Sędziowie, zapewniali, że ta grupa także dokona samooczyszczenia.
No i póki co jest tak jak jest, czyli cytując klasyka-”lipa”
Oba te środowiska winna cechować cnota zaufania publicznego, ale w obu tych przypadkach mamy do czynienia z wyborem na te stanowiska dokonywanym bez zapytania suwerena, czy akceptuje te nominacje.
Jest jeszcze jedna wspólna cecha łącząca te dwie profesje-nieusuwalność (choć w przypadku kościelnych procedur wyznaczono granicę 75 lat, jako rozsądny wiek do przejścia na emeryturę)
A gdyby tak zastosować zasadę, że takie nominacje na piastowanie tychże urzędów podlegałyby cyklicznym (powiedzmy raz na pięć lat) wotum zaufania, które wyrażał by suweren w formie swoistego referendum?
W takim przypadku uniknęli byśmy bezsensownych dyskusji ilu potrzeba lat, by ktoś przechodził w stan spoczynku, a jedynym kryterium pozostania w pełnionej służbie byłoby to, czy taki delikwent jest odpowiedzialnym w swych decyzjach i z mądrością kieruje się zasadą dobra dla tych, którzy zostali powierzeni jego opiece, czy osądowi.
Kryspin

wtorek, 18 czerwca 2019

"Paradoks Papieża Franciszka"


Paradoks Papieża Franciszka”
Luca Diotallevi, wybitny socjolog, wykładowca wielu prestiżowych uczelni, opublikował ostatnio książkę:”Paradoks Papieża Franciszka” z podtytułem:”Sekularyzacja między boomem religijnym, a kryzysem chrześcijaństwa”.
Na początku tego opracowania autor stawia tezę, że w żaden sposób nauka nie jest w stanie wytłumaczyć „fenomenu Franciszka”, który jest niekwestionowanym „idolem” dla milionów ( i to nie tylko Katolików), a jednocześnie kierowany przez niego Kościół stacza się coraz bardziej w odmęty skandali i traci pozycję moralnego guru wyznaczającego drogę postępowania dla członków tej religijnej wspólnoty.
Luca Diotallevi, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie o przyczynę tego paradoksu, stawia tezę, że obecnie mamy do czynienia ze „zjawiskiem paradoksalnym, z jakim nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy”. Chce on wyjaśnić ów fenomen – jak sam zastrzega – jako socjolog a nie jako teolog. Podkreśla, że nie utożsamia się ani ze zwolennikami, ani z przeciwnikami obecnej linii papiestwa i dochodzi przy tym do wniosku, że paradoksu Franciszka nie da się wyjaśnić w świetle klasycznej teorii sekularyzacji.
Na koniec wybitny socjolog zauważa, że dziś na całym świecie obserwujemy religijny boom, który nie wiąże się jednak z tradycyjnymi wyznaniami, lecz z tym, co nazywa:„religią o niskiej intensywności”, która selektywnie traktuje style, symbole i retorykę, kierując się konsumpcyjnym prymatem popytu nad podażą.
Przyznam, że odczuwam pewien niedosyt po lekturze rozważań Diotalleviego, bo autor, owszem, naszkicował problem, który określił mianem „paradoksu Franciszka”, ale potem zabrakło mi tego, co winno się znaleźć w podsumowaniu naukowych dociekań. Autor, pewnie uznając to za zbyt ryzykowną tezę, nie starał się udzielić odpowiedzi na istotne w tym wszystkim pytanie: czym może skutkować ten fenomen.
Religia o niskiej intensywności”- to określenie zastosowane w opracowaniu Diotalleviego oddaje istotę obecnego „paradoksu” wiary, któremu poddaje się coraz więcej osób poszukujących pożywki dla swoich duchowych pragnień.
Może trzeba by pójść jeszcze o krok dalej i użyć określenia: religijność o niskiej intensywności, by problem stał się bardziej bliski, taki skrojony na naszą miarę.
Zatem to wszystko, co nas spotyka w kwestii naszych religijnych przeżyć, ma swoje źródło w niskiej intensywności wiary?
Czyli co ?.............Mam chodzić do kościoła każdego dnia, klepać pacierze od rana do nocy i może jeszcze wyzbywać się wszystkiego (także dorobku ciężkiej pracy) by stawać się bardziej „intensywnym” w swojej wierze?
Papież Franciszek swoim osobistym przekładem pokazuje światu, że intensywności wiary nie mierzy się ilością zaliczonych „sprawności”dobrego katolika, ale prostotą w przeżywaniu głębi spotkań człowieka z fenomenem Bożej miłości, której apogeum dokonało się ponad dwa tysiące lat temu w osobie Jezusa Chrystusa.
I tak na koniec jeszcze jedno, o czym warto by było pamiętać, zwłaszcza wtedy, kiedy ustawiamy się w jednym szeregu tych, którzy karmią swoje frustracje w kwestii wiary pełnymi jadu atakami na sprawy religii: A to pedofilia w Kościele, a to mamona zionąca z każdego zakamarku kościelnej kruchty, a jeszcze pycha hierarchów żyjących w podwójnych standardach moralności........ i tak można by mnożyć kolejne przykłady usprawiedliwiające nasze NIE!
Pewnie, że można i tak?
A może właśnie „Paradoks Franciszka” zdarzył nam się po to, byśmy nie tylko na chwilę zachwycili się jego postawą, ale może by stał się inspiracją dla naszego przeżywania wiary bardziej intensywnie, bo jeślim nie......
To pozostanie nam biegać z durszlakiem na głowie i w religii potwora Spaghetti szukać sensu tego wszystkiego co będzie z nami po.
Kryspin

środa, 12 czerwca 2019

Prawo fatwy



Kiedy Salman Rushdie w 1988 roku opublikował swoją powieść „Szatańskie wersety”, z pewnością nie s[podziewał się tego, że kilka miesięcy po tym wydarzeniu doczeka się reakcji samego wielkiego Chomeiniego, religijnego guru wyznaczającego moralne standardy dla milionów wyznawców Allaha, i to nie tylko zamieszkujących tereny Iranu, ale i pozostałych, żyjących w krajach całego świata.
Tenże religijny przywódca bardzo ostro zareagował na treści zawarte w książce Salmana i długo się nie zastanawiając ogłosił w stosunku do prowokującego swoją twórczością literata fatwę, czyli islamską klątwę, która w muzułmańskim prawie stała się jednocześnie wyrokiem śmierci na niego.
Religijny kontekst tego wyroku, który w 1989 roku transmitowała irańska telewizja i w jednej chwili stał się swoistym listem gończym, przyzwalającym na dokonanie sprawiedliwości (zabicie Rushdiego) przez każdego wyznawcę Allaha.
Fatwą objęto nie tylko autora „Szatańskich wersetów”, ale i wszystkich tych, którzy będą mu pomagali w szerzeniu treści zawartych na stronach powieści.
I znowu nie były to tylko czcze pogróżki, o czym tragicznie przekonali się popularyzatorzy tej książki spoza kręgu islamskich wpływów, jak chociażby zamordowany jej japoński tłumacz Hitoshi Igarashi, czy właściciele kilku europejskich wydawnictw, pod którymi wybuchały podłożone bomby.
Islam, zwłaszcza ten fundamentalny, nie idzie na kompromisy z nikim, kto ośmiela się na głoszenie kontrowersyjnych treści związanych z wiarą ponad miliarda wyznawców tejże religii.
Nie dopuszcza także innych form ingerowania w świętość wiary wyznawców Allaha, a do takich niestosowności z pewnością zaliczają wszelkie treści traktujące z humorem objawione przez Mahometa prawdy ich religii.
Przekonało się o tym redakcyjne grono francuskiego tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo”.
Kilka karykaturalnych rysunków ilustrujących frywolne treści zaowocowało tragedią i utratą życia 12 pracowników tejże gazety, kiedy w styczniowy poranek 2015 roku „sprawiedliwość” wymierzyli im wyznawcy Allaha, religii głoszącej przecież zasadę miłości (Allah kocha ludzi i swoim wyznawcom także nakazuje kochać bliźnich).
I teraz należałoby powiedzieć, że dobrze, iż nie żyjemy w jednym z tych wyznaniowych rezerwatów i do woli możemy upajać się prowokowaniem.
-A kto nam zabroni?
Jakże to zdaje się być miłe, gdy możemy: ośmieszyć i obrazić, zwłaszcza tych z innej opcji politycznej, albo wyznawców idei dla nas zdających się być bez wartości....
-To takie rozkoszne doznanie, gdy możemy zadać ból naszym adwersarzom, a że jest to najczęściej zwyczajne świństwo, no i co z tego?
Pewnie z takiego założenia wyszli organizatorzy i pomysłodawcy religijnych prowokacji z ulic Gdańska i Warszawy, gdy niedawno zdawali się dobrze bawić obrażając uczucia religijne znakomitej większości naszego społeczeństwa.
I tu rodzi się pytanie:
-Czy równie beztrosko i z takim samym samozadowoleniem ośmieliliby się na tego rodzaju happeningi, gdyby wśród chrześcijan obowiązywało prawo fatwy?
Pewnie nie?
I nawet do głowy by im nie przyszło okraszać swoich manif, czy innych marszów hasłami:
„Żądamy wolności, jeszcze więcej swobody itd....”
No cóż, obecne prawo zdaje się być bezsilne i mało skuteczne w kazaniu tych, którzy obrażają innych.
Jakiś wyrok w zawieszeniu, przeprosiny w prasie i po sprawie.
Kiedyś, gdy wszystko było prostsze, taki członek prowokacyjnego marszu, obrażający uczucia religijne innych, zasłużyłby na wymierną i bolesną karę, tak jak chociażby człowiek łamiący w średniowieczu nakaz postu, któremu wyłamywano zęby.
Kryspin


środa, 5 czerwca 2019

Aktywność zdrowego życia


Kiedy puka czerwiec z coraz to cieplejszymi dniami, u większości z nas rodzi się pragnienie, by choć na chwilę uwolnić się od kieratu codziennych obowiązków i wyruszyć gdzieś poza miejsce naszego zamieszkania, aby tam rozkoszować się urlopową swobodą.
Dla jednych takim azylem będą być może zielone ogródki, często oplatające tzw. Rodami (Rodzinne ogródki działkowe) peryferie miast i miasteczek, dając spragnionym namiastkę spotkania z naturą, której tak im brakuje w betonowych „bunkrach” osiedlowych blokowisk..
Dla tych z bardziej zasobnymi portfelami sposobem na wakacyjny odpoczynek będą być może i dalekie wyprawy, niekiedy do bardzo egzotycznych miejsc...... bo morze tam cieplejsze, a i pogoda gwarantowana.
Jest także spora grupa ludzi preferujących aktywną formę „ładowania akumulatorów” i ci nie szukają nic nie robienia, a paradoksalnie odpoczywają każdego dnia podejmując trud przemierzania drogi.
Każdego roku (od ponad 20 lat) w pierwszą sobotę czerwca na Pola Lednickie zmierzają tysiące młodych, by niekiedy po długiej drodze, przeżywać spotkanie wiary w tego, który ponad dwa tysiące lat temu obwieścił, że jest Drogą, poprzez którą człowiek, pomimo swojej niedoskonałości, ma szansę na zbliżenie się do Absolutu, podmiotu wyznawanej przez siebie wiary.
Pewnie nie wszyscy podejmują odpowiedzialnie decyzję o udziale w tym religijnym wydarzeniu, o czym już kiedyś pisałem wyrażając moje osobiste spostrzeżenia na temat niektórych młodych, którzy Lednicę traktują jak kolejną okazję do wyrwania się spod czujnego oka dorosłych i nic poza tym.
To jednak jest margines w stosunku do tysięcy tych nastolatków, którzy w tanecznych pląsach przekraczając o północy ( z soboty na niedzielę) Bramę Rybę, manifestują swoją wiarę.
W podobnym tonie zachowują się uczestnicy letnich pielgrzymek na Jasną Górę, kiedy mając w nogach niekiedy setki przebytych kilometrów, potrafią rozdawać uśmiechy wszystkim tym, którzy ograniczają się tylko do roli widzów tworzących szpaler do bram częstochowskiego sanktuarium.
No i w tym momencie dochodzimy do sedna problemu.
Ludzie uznający się za wierzących dzielą się na tych, o których św. Paweł pisał, iż są uczestnikami wielkiego biegu (….........), i na tych, którzy stojąc nieco z boku, ograniczają się do roli kibiców, obserwatorów, przy pierwszej okazji poddających krytycznemu osądowi potknięcia i upadki biegnących.
Żyjemy obecnie w czasie mody na zdrowy styl życia, i to widać na każdym kroku.
Wystarczy się porozglądać po alejkach miejskich parków, gdzie co chwilę mijają nas okazjonalni biegacze, czy nobliwe panie mające w ręku, zamiast przeciwsłonecznej parasolki, kijki wspomagające dziarski chód.
Może warto by promować modę na podobnie zdrowy styl życia dla naszej wiary?
Wśród wielu listów od czytelników „Księdza w cywilu”, często powtarza się zarzut, że ludzie zawiedli się na Kościele i dlatego wybierają życie bez Boga. Otwarcie manifestują swoje odejście i zdają się być zadowolonymi z takich decyzji.
Dlaczego więc nie odkładam tych listów na stertę osób straconych dla Kościoła?
Tak sobie myślę, że i Kościół nie powinien rezygnować z tych ludzi, ale nic samo się nie zadzieje.
Gdyby, dajmy na to w dużej grupie pielgrzymkowej, znalazło się miejsce dla tych, którzy poszukują dla siebie odpowiedzi i ponad klepanie marszowych pacierzy, czy śpiewanie infantylnych religijnych piosenek, bardziej szukają ciszy by móc w osobistym zmęczeniu usłyszeć Jego głos; to może z czasem stałoby się skutecznym narzędziem dla uzyskiwania odpowiedzi na pytania:
Kim jestem...... dokąd zmierzam....... czy cierpienie ma sens …...... i wiele, wiele innych.
Kryspin

wtorek, 28 maja 2019

Nie należy kpić ze świętości



W jednym z peryskopów Angory pojawił się przedruk artykułu z brytyjskiego dziennika „The Independent”o święcie penisa, które corocznie sprowadza do miasta Kawasaki coraz to większe grono zwolenników reaktywowania tego dawnego święta.
Autorka opisując nastrój powszechnie panującej radości, której nie kryją uczestnicy tego dziwnego (dla nas europejczyków) marszu. W tej imprezie biorą udział całe rodziny (także z małymi dziećmi) i nikt nie czuje się zażenowany, czy zgorszony tym, że maluchy mogą zobaczyć wielkiego siusiaka niesionego na ozdobnym tronie przez dorosłych mężczyzn w tradycyjnych japońskich kimonach.
W dalszej części artykułu brytyjskiej dziennikarki dowiadujemy się także, że ta procesja nie jest rodzajem happeningu, czy wymyślonej prowokacji przeciwko komukolwiek, a poważnym świętem religijnym odwołującym się do starej tradycji modlitwy o potomstwo i harmonię małżeńską.
Co prawda przed laty ktoś nam obiecał, że będziemy u nas mieli drugą Japonię, ale nie myślałem, że doczekam jej w takiej formie, jaką zaprezentowały niedawno w Gdańsku panie nazywające siebie „Dziewuchami”.
Pewnie inspiracją do ich aktywności na Trójmiejskich ulicach nie był przywołany powyżej zwyczaj z japońskiego Kawasaki, bo nie powieliły religijnego rekwizytu, o którym wspomniałem, a zamiast męskiego narzędzia spełniającego ważną rolę w akcie prokreacji, na mało estetycznym kiju umieściły malowidło żeńskiej waginy.
To z pewnością nie była próba reaktywacji jakiegoś zapomnianego, religijnego obrzędu, a co najwyżej nieudolna, i wulgarna zarazem próba prowokacji wymierzonej w przekonania religijne tych z nas, którzy co roku biorą udział w ulicznych procesjach Bożego Ciała.
Pewnie znajdą się „adwokaci” gdańskiego ekscesu i będą próbować usprawiedliwić te panie: że była to ich, może trochę zbyt ostra, reakcja wywołana gniewem po pedofilskich skandalach wśród księży; to jednak nie usprawiedliwia brutalnego szargania religijnych uczuć wierzących.
I na tym warto zakończyć przywoływanie tamtego zdarzenia, bo rozdmuchiwanie go, kolejne piętnowania, czy angażowanie w tej kwestii chociażby organów ścigania, to tylko nadzieja na zyskanie kolejnego czasu i rozgłosu, którymi takie skandaliczne zachowania się karmią.
W naszej, uświęconej odwieczną tradycją, obrzędowości mamy wspaniałe religijne święto jakim jest Boże Ciało z kolorowymi procesjami do czterech, polowych ołtarzy.
Pewnie przy okazji tej uroczystości niejednokrotnie słyszeliśmy, w homiliach głoszonych przy tej okazji, że:
-„To jest jedyny dzień w roku, kiedy na naszych ulicach możemy spotkać Chrystusa, tak jak to szczęście mieli mieszkańcy Palestyny, gdy Nauczyciel z Nazaretu przemierzał tamtejsze szlaki: leczył poranione ciała i dusze napotkanych rodaków, mówił im o nadziei zbawienia i nauczał, że On sam jest dla wszystkich Chlebem na życie wieczne.”
To jednak nie jest do końca prawdą, o czym już kiedyś pisałem, ale warto może wrócić do już raz poruszanego tematu – naszych spotkań( naszych-ludzi wierzących)z Eucharystycznym Jezusem.
Konkretnie chodzi mi o formę uszanowania, które winniśmy bądź co bądź Bożemu Ciału pod postacią eucharystyczną.
Taka „etykieta” wiary stanowi, że przed Najświętszym Sakramentem najbardziej właściwą postawą jest przyklęk na jedno kolano.
W przypadku osób starszych, mniej sprawnych fizycznie będzie to skinienie głowy, które także wyraża szacunek do obecności najważniejszej dla nas Osoby.
Tak mało, a jednocześnie, kiedy człowiek poobserwuje dziwne kucki uprawiane przez uczestników niedzielnej mszy, czy rozbiegany wzrok i odwracanie głowy na widok kapłana spieszącego z Komunią św. do chorego; to odnosi się wrażenie, jakby taki prosty gest był czymś trudnym, albo wstydliwym.
A to tak mało wymagające zachowania. Ale one są jednocześnie bardzo ważne, bo one mówią, są rodzajem świadectwa i głosem dla innych:
-To są dla nas ważne, istotne sprawy, z których nie należy kpić, żartować, czy wręcz szydzić.
Kryspin