środa, 25 lipca 2018

"....A bramy piekielne go nie przemogą...."



    Po publikacji mojej pierwszej książki („Zakochana koloratka”) rozpisały się maile od księży, którzy odeszli z szeregów kapłańskich i rozpoczęli życie w cywilu. 
    Wielu było dopiero na początku nowej rzeczywistości i ci często pytali o to, jak znaleźć się w nowej dla nich sytuacji, i jak przełamywać w sobie poczucie wstydu, że zawiedli.
    Wśród moich mailowych rozmówców byli także „weterani”, którzy decyzję o wyborze nowej drogi życiowej podjęli (podobnie jak ja) już bardzo dawno, i od lat z mniejszym, lub większym powodzeniem realizują się w „normalnym” świecie.
    Wojciech decyzję o przejściu do stanu świeckiego podjął ponad czterdzieści lat temu i odnalazł się w nowym życiu w USA, dokąd rzucił go ślepy traf. Nie był już kapłańskim „żółtodziobem”, bo miał za sobą doktorat z teologii i watykański epizod, ale odszedł.
    W jednej z pierwszych naszych rozmów opowiedział mi o reakcji kościelnego zwierzchnika, gdy poinformował go o swojej decyzji.
    Biskup najpierw próbował go od niej odwieść, proponując danie sobie czasu na przemyślenie (najlepiej gdzieś w klasztornym odosobnieniu), ale gdy on kategorycznie się temu sprzeciwił, jego hierarcha z niezadowoleniem przyjął to do wiadomości, i tylko na odchodne polecił mu, by nowe (cywilne) życie rozpoczął gdzieś daleko (najlepiej poza granicami diecezji), by nie siać zgorszenia.
    Kiedy przed laty znalazłem się w podobnej sytuacji, pofatygował się do mojego poznańskiego mieszkania ksiądz dziekan i otwarcie zaproponował mi pomoc, bym mógł wrócić pod kurialne skrzydła.
    Przeżyłem wtedy szok, i wcale nie chodziło o propozycję pomocy w „odkęceniu niezręcznej sytuacji”, ale o reakcję wielebnego, gdy ucinając rozmowę, powiedziałem:
-Księże dziekanie, ja mam syna i uczciwość wymaga, bym był mu ojcem?
-”A myślisz, że tylko ty masz taki kłopot.....?
-Gdyby w naszej diecezji każdy rodzic w koloratce decydował się na przejście do życia w cywilu, to w wielu parafiach ludzie byliby zmuszeni modlić się przy pustych ornatach.”
    Ta rozmowa odbyła się ponad trzydzieści lat temu i pewnie przez kolejne lata takich propozycji rozwiązania „problemłów” było wiele i wielu je usłyszało.
    Tak sobie myślę, że słowo: "zgorszenie" odeszło gdzieś w niepamięć, bo dzisiaj odejścia kapłanów z hierarchicznych szeregów, mogą wywołać co najwyżej lokalną sensacyjkę i to na kilka dni. „Pobożni” parafianie urozmaicą sobie taką nowiną obiad po niedzielnej sumie i na tym koniec.
    Daleko poważniejszym problemem dla Kościoła są ci kapłani, którzy stosując zasadę relatywizmu moralnego, przyjmują w sprawach moralnych dla siebie inną miarę.
Od tego już jest prosta droga do „rozgrzeszania” swoich słabości, czy praktyk budzących niesmak wiernych, którzy wiedzą więcej, aniżeli się im wydaje.
    Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że hierarchowie Kościoła dają ku temu nadal ciche przyzwolenienie i starają się bagatelizować problem.
    Polski Kościół odtrąbił ostatnio kolejny sondażowy sukces!
Według najnowszych badań 34 miliony naszych rodaków w rubryce: wyznanie postawiło krzyżyk przy określeniu katolik.
    Ta „beczka miodu” ma jednak gorzki smak.
-Praktyki religijne spełnia obecnie tylko dwadzieściakilka procent wiernych.
-Połowa Polaków opowiada się za liberalizacją ustaw antyaborcyjnych, i w tej grupie miażdżącą przewagę mają ci, którzy w/w ankiecie zdeklarowali się jako ludzie wierzący!
-Większość katolickich małżeństw dożywa swojego czasu na sądowej sali rozwodowej, i może dlatego wśród młodego pokolenia ten sakrament staje się coraz mniej atrakcyjny....
-Ponad 30% systematycznie biorących udział w religijnych praktykach nie wierzy w życie wieczne, nie mówiąc już o nadziei na zbawienie.
„Na skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”(MT 16)- zapewnił Chrystus u jego początku.
Czy dzisiaj Jego zapewnienie nadal obowiązuje?
Kryspin

środa, 18 lipca 2018

Dogmaty nie dają odpowiedzi na trudne pytania.



     Jeden z czytelników moich cotygodniowych felietonów, przed zadaniem pytania Księdzu w cywilu, opisał spotkanie z kapłanem swojej parafii, w trakcie którego pierwszy raz poprosił o wytłumaczenie problemu zła w człowieku, skoro zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Stwórcy, bytu doskonałego i wolnego od takiej przypadłości.
     Proboszcz po chwili namysłu odpowiedział mu pytaniem:”Adasiu, czy wolałbyś być pieskiem prowadzonym na smyczy, czy mieć wolność wyboru drogi, którą chciałbyś podążać?
    W następnych zdaniach kapłan odniósł się do wolnej woli, jako największego daru Boga względem swojego dzieła (człowieka) i na tym zakończył odpowiedź.
    Adam po tej rozmowie nie poczuł się bardziej świadomym, i nadal nie wiedział: dlaczego człowiek w swoim postępowaniu potrafi posunąć się do największych świństw, a nawet zbrodni, skoro jest doskonałym stworzeniem.
    Swój niepokój zawarł w pytaniach, którymi wprawił mnie w zakłopotanie, bo jak miałem odpowiedzieć na tezę zawartą w mailu od niego, w której stwierdził, że może Bóg wcale nie tak do końca jest bytem doskonałym, wolnym od słabości (skłonności do zła), a idąć tym tokiem rozumowania: może człowiek wcale nie jest tak doskonałym jego dziełem?
    Odpowiadając na tak postawione pytania starałem się użyć całej mojej wiedzy, którą przez lata tłoczono w moje szare komórki na wykładach z teologii fundamentalnej i dogmatyki, i odpisałem mu.
    Minęło kilka tygodni od mojej korespondencji z Adamem i nie wiem, czy zdołałem choć odrobinę rozproszyć jego niepewność, i to nie daje mi spokoju.
    Im więcej czasu minęło od naszej mailowej rozmowy, tym bardziej odnoszę wrażenie, że moje tłumaczenie niczym się nie różniło od tego, jakiego w swojej odpowiedzi użył jego duszpasterz.
    Tak sobie myślę, że tak musiało być, bo przecież obaj wywodzimy się z tego samego pnia i przed laty zgłębialiśmy tajniki prawd teologicznych podawanych z tego samego źródła.
    Mam jednak pewną przewagę nad wielebnym, bo będąc teraz księdzem w cywilu, mogę przyznać, że i ja nie potrafię pewnych spraw zrozumieć.
    Owszem, przed laty także mieliśmy (pamiętam) wątpliwości i zadawaliśmy trudne pytania naszym profesorom, ale wtedy musiało nam wystarczyć, że niektórych spraw nie można tak po ludzku zrozumieć i w takim przypadku winno nam wystarczyć to, że są to tajemnice Boga, które staną się nam zrozumiałe dopiero wtedy, gdy dostąpimy pełni wiedzy w wiecznym szczęści, czyli niebie.
    Aby tak do końca odebrać nam ochotę do wątpliwości, teologia została naszpilkowaną dogmatami, czyli prawdami wiary nie podlegającymi dyskusji i podawanymi do bezkrytycznej akceptacji.
Czy to załatwiło sprawę?
    Na poziomie seminaryjnej edukacji tak, bo kto chciałby się wtedy narazić na łatkę niedowiarka, który ( w opinii przełożonych) byłby wątpliwym materiałem na przyszłego szafarza Bożych tajemnic?
    Także na poziomie kapłanów w „czynnej służbie”, sprawa wydaje się oczywista.
To jednak nie działa na poziomie pytań stawianych przez dociekliwych wiernych, którym stwierdzenie: że to jest prawda dogmatyczna, nie wystarcza.
„Nie potrafię zrozumieć, mam wątpliwości, czuję się zawiedziony, odchodzę!”- To skutek, o którym często informują mnie czytelnicy.
     Pewnie mógłbym odciąć się od tego wszystkiego i odpisywać: Jestem Księdzem w cywilu i to już nie moje zmartwienie, a jednak nie!
     Może dlatego mam propozycję dla czcigodnych teologicznych gigantów, może by zechcieli spożytkować swoją wiedzę, by rozwiać mroki niezrozumienia tym, którzy pytając, wcale nie są wrogami wiary.
     Mój mail jest dla Waszej dyspozycji dostojni znawcy teologicznych tajemnic, starajmy się razem pomagać.
Kryspin, 

środa, 11 lipca 2018

Chocholi taniec.



    W jednym z minionych artykułów napisałem, że Jezus z Nazaretu nie umiał robić interesów.
    Ze swoimi ponadludzkimi zdolnościami (jako Boży Syn potrafił przecież czynić cuda) i z charyzmą, którą przyciągał tłumy, mógłby zapewnić sobie (i swoim najbliższym towarzyszom) raj na ziemi; a skończył jak pospolity wichrzyciel, na drzewie hańby.
    Dzisiaj dołożę jeszcze jeden „zarzut”.
Nauczyciel z Nazaretu nie miał politycznego nosa.
    Przecież mógł zaistnieć jako zręczny polityczny „żongler” i w przyjaźni z możnymi tamtego czasu budować swoją pozycję, a przy okazji stworzyć podwaliny przyszłego Kościoła.
    Wystarczyło pójść o krok dalej ponad to, gdy w rozmowie ze świątynnymi prowokatorami tłumaczył, że trzeba oddawać Cezarowi, co należy do Cezara. Świątynni spece od prawniczych pułapek postawili mu pytanie, na które każda inna odpowiedź byłaby dalece niezręczna, a nawet niebezpieczna dla niego samego.
    Mógł wtedy pójść krok dalej i załatwić sobie posłuchanie u Piłata, by w bezpośredniej rozmowie zapewnić Namiestnika, że w żaden sposób nie zamierza być jego konkurentem, a co najwyżej sprzymierzeńcem w studzeniu zapędów świątynnych wrogów okupacyjnego decydenta.
    Gdyby Jezus pozyskał przyjaźń Namiestnika Rzymu (przedstawiciela realnej władzy), z pewnością załatwiłby sobie immunitet-nietykalność przed religijnymi wrogami i mógłby spokojnie rozwijać ideę, dla której został posłany.
    Piłatowi taki układ z pewnością by odpowiadał, bo gwarantowałby mu spokój kolejnych lat rządów w niespokojnej dotąd prowincji.
    Mając za sobą tak przemożnego mecenasa, Nauczyciel z Nazaretu mógłby dokonywać kolejnych „cudów”, bez angażowania swojej boskiej mocy.
Chciałby organizować wiece poparcia dla siebie - jaki problem?
    Żołnierze rzymskiej kohorty zapewnialiby należytą oprawę (bezpieczeństwo), bo może i sam Piłat zaszczycałby takowe. Każda taka sposobność przecież byłaby dobra i warta wykorzystania, aby wśród gawiedzi pozyskiwać kolejnych lojalnych poddanych.
   Zgłębianie bożych tajemnic wymagało wiedzy, a na edukację w rabinackich szkołach zwolennicy Jezusa z Nazaretu nie mogli liczyć, więc i ten problem wymagałby rozwiązania.
To także żaden kłopot!
   Nawet Piłat, który nie lubił rozstawać się z groszem, zainwestowałby w edukację przyszłych, lojalnych poddanych, a jeżeli Jezus przemówiłby do sakiewek swoich wyznawców i dorzuciłby co nieco, to sukces murowany.
   Ostatnim, najważniejszym efektem takiej politycznej przyjaźni mogłoby być jeszcze jedno: Rzymski Namiestnik pewnie przyjąłby chrzest i stał się wyznawcą nowej , ale jakże słusznej religii.
   Podsumowująć- byłyby z tego same korzyści:
-Kościół uniknąłby pierwszych wieków prześladowań (kilkadziesiąt tysięcy wyznawców, którzy stracili życie za wiarę opartą na krzyżu)
-Historia nie odnotowałaby w pamięci Cesarza Konstantyna, którego wspominamy jako tego, który uczynił z chrześcijaństwa religię legalną, bo niemiałby żadnej zasługi w jej wyzwoleniu.
   To tylko moja wizja, namalowana ludzkim myśleniem, a takowe często prowadzi do ślepego zaułka.
   Dwa tysiące lat historii Kościoła pokazało, że najciemniejszymi czasami dla niego były te, gdy wydawał się nietykalnym poprzez polityczne przyjaźnie z możnymi tego świata.
   Może dlatego smuci mnie takie ludzkie kalkulowanie ludzi Kościoła, jak chociażby miało to miejsce w trakcie dorocznych uroczystości „wyznawców” Radia Maryja, zakończone obrazkiem jakby żywcem przejętym z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego, gdy uczestnicy bronowickiego wesela tańczą w rytm muzyki chochoła.
   A Jezus z Nazaretu nie był zręcznym politykiem, a zamiast układów z możnymi tego świata wybrał krzyż i od ponad dwóch tysięcy lat on jest drogowskazem Jego Kościoła.
Kryspin

wtorek, 3 lipca 2018

Nadzwyczajna kasta



    Był wtedy koniec maja. Do święceń kapłańskich pozostało nam kilkanaście dni.
Siedzieliśmy wtedy w przyseminaryjnym parku i zastanawialiśmy się nad naszym przyszłym kapłaństwem. Jeden z kolegów (teraz po latach zacny kanonik) p[odsumował wtedy naszą dyskusję ciekawym stwierdzeniem:
-„Nie wiemy, jak potoczą się nasze kapłańskie losy, ile będzie sukcesów, a ile zawiedzionych nadziei, ale jedno jest pewne:
-dzięki święceniom zaklepiemy sobie chociaż czyściec i to jest najważniejsze”
    Zapadło mi w pamięci to zdanie i nadal nie do końca pojmuję, czy to był tylko żart, czy jego przeświadczenie, że święcenia kapłańskie stają się przepustką do układu z Panem Bogiem.
Od miesięcy nasze media żyją tematem sędziów, jak to określiła jedna z Pań będących kimś ważnym w tym środowisku: „stanowiących szczególną kastę, której nie można porównywać z innymi profesjami”.
    Czyli idąc tym torem rozumowania: Sędziowie - to ludzie, którym więcej wolno i którym nie wypada przykładać miary przewidzianej dla maluczkich.
    Wracając jednak do istoty, która winna wyznaczać ramy działania tej grupy zawodowej, ich aktywność winna realizować się w służbie sprawiedliwości i prawdy, którą winni chronić swoimi wyrokami.
    Liczne skandale w orzeczeniach, nierówne traktowanie tych, których sprawy rozpatrywali, do tego arogancja i gotowość do ferowania werdyktów krzywdzących tych, którzy w sądach liczyli na sprawiedliwość i poczuli się oszukani; to przelało czarę goryczy i ponad 80% społeczeństwa opowiedziało się za gruntownym posprzątaniem tego „bałaganu”, co skutkowało zamianami, i chwała tym, którzy odważyli się na takowe działanie.
    Kiedy wspominam zdanie mojego kursowego kolegi, gdy mówił o gwarancji czyśćca dla ludzi naznaczonych sakramentem kapłaństwa, to jakbym kolejny raz słyszał zdanie, którym zapamiętaliśmy Panią w sędziowskiej todze:
-„Kapłani, to kasta wyjątkowych ludzi, którym z racji święceń należy się więcej!”
Czy rzeczywiście tak jest?
    Kilka dni temu przedstawiciel jednego z zakonów, analizując przyczynę laicyzacji naszego społeczeństwa, postawił tezę, że to wcale nie jest efekt „mody zachodniej cywilizacji”, którą tak często przywołują analitycy problemu odchodzenia ludzi z Kościoła.
-”Wierni odchodzą z polskiego Kościoła z winy księży, a ściślej rzecz ujmując, krytycznie odbierając, manifestowaną przez kler przepaść pomiędzy osobami duchownymi, a wiernymi.
    Zakonnik twierdzi, że:" Postawy kapłanów, którzy uważają się za kogoś ponad pozostałymi duszyczkami stada, nie tworzą wspólnotowej więzi i w efekcie prowadzą do dramatu osamotnienia i poczucia wśród wiernych, że są kimś gorszym i wszelkie starania o doskonalenie wewnętrzne, z góry skazane są na niepowodzenie, więc nie warto się trudzić i odchodzą!
    Tezy te zdają się potwierdzać przeprowadzone w tej materii badania, w których pytani podawali powody swojego odejścia od kościelnych praktyk.
    Najwięcej z nich wskazało na rozczarowanie kapłanami: ich pazernością, politykierstwem i pychą w stosunku do pozostałych wiernych.
    Gwoli ścisłości, wśród odpowiadających znaleźli się także i ci, którzy swoje odejścia wiązali z osobistym zaniedbaniem i wygodnictwem. Takich odpowiedzi była jednak znacząca mniejszość.
    Papież Franciszek wyniósł ostatnio do godności kardynalskiej naszego rodaka: księdza Konrada Krajewskiego, jałmużnika Stolicy Apostolskiej. Gdy ten odchodząc od zwyczaju wydania z tej okazji wystawnego przyjęcia, zamiast tego zaprosił na obiad 250 biedaków, Ojciec Święty także pojawił się na ich wspólnym posiłku.
-„Nie przyszedłem tu dla ciebie, ale dla nich”- powiedział, witając się z nowo mianowanym purpuratem.
     Tak sobie myślę, że kiedyś Dobry Bóg, przy ostatecznym spotkaniu z kapłanem powie:
-Przyczyną twojej nagrody nie były święcenia, a ta rzesza owieczek, które do mnie prowadziłeś swoją pokorną służbą.

Kryspin

wtorek, 26 czerwca 2018

Proboszcz na pensji.... a czemu nie?



     „Pod koniec pierwszego miesiąca mojej pracy proboszcza, ogłosiłem,m że w następną niedzielę odbędą się wybory członków nowej Rady Parafialnej.
      W trakcie moich domowych spotkań z rodzinami naszej parafialnej wspólnoty powstała lista kandydatów w liczbie 26.
      Biorąc pod uwagę, że nasza parafia nie należała do zbyt dużych, zdecydowałem (zgodnie z wytycznymi naszej kurii), że nasza Rada będzie liczyła 12 członków.
      Pomysł z parafialnymi wyborami pewnie spodobał się moim owieczkom, bo w dniu głosowania (w czasie niedzielnych nabożeństw), ilość uczestniczących we mszy świętej znacząco się zwiększyła.
     To był pierwszy krok, którym chciałem im uświadomić, że wszyscy tworzymy wspólnotę i każdy ma prawo decydować o niej, jak przystało na dobrą rodzinę.
    „Rada Parafialna ma być ciałem doradczym, pomagającym proboszczowi w administrowaniu parafią i winna dbać o sprawy związane z jej należytym funkcjonowaniem- tyle w największym skrócie podaje definicja tego organu.
I tu dochodzimy do istoty sprawy, czyli jak przełożyć to na praktykę?
     Dla nikogo nie jest tajemnicą, że najbardziej drażliwym tematem, o którym się dyskutuje, są sprawy finansowe.
    W przypadku księży, ich dostatniego życia, pieniędzy, którymi napychają sutanny, można by zapisać wiele tomów sensacyjnych czytadeł i to nie zakończyłoby sprawy.
    Aby ten temat nie krążył wśród moich owieczek, zdecydowałem się poinformować ich o moim „stanie majątkowym”.
    Miałem wtedy roczny samochód dobrej klasy (w bankowym kredycie) i kilka tysięcy oszczędności z czasu wikariuszoskiej posługi, o czym poinformowałem w czasie niedzielnych ogłoszeń.
    Później przy pulpicie zastąpił mnie Pan Mieczysław, członek naszej Rady Parafialnej i poinformował zebranych o decyzjach podjętych w trakcie pierwszego zebrania.
    Od tej chwili nasza wspólnota przekształciła się w swego rodzaju jednostkę budżetową, z proboszczem otrzymującym uzgodnioną pensję i aktywną Radą, która nie tylko jest ciałem doradczym, ale i głosem inicjującym aktywność poszczególnych grup parafialnych.
    Każdej pierwszej niedzieli miesiąca parafianie otrzymują sprawozdanie ze stanu naszego budżetu i informacje o etapie realizacji zaplanowanych działań, i tak jest już od kilku lat.”
    -Może na koniec kilka konkretów – wtrąciłem prowokując księdza Marka do „pochwalenia się” zmianami, które zaszły w jego parafii.
   -"Gdy rozpoczynałem moją posługę, na niedzielnych mszach było kilkanaście procent wiernych, teraz ponad 80% duszyczek spełnia swój niedzielny obowiązek.
    Problemem u nas była i jest bieda, ale największym wyzwaniem były dwie sprawy: samotność ludzi starszych, których dzieci wyjechały(niekiedy bardzo daleko) i alkohol, w którym topili smutek beznadziei ci, którzy nie potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
    I teraz przyszedł czas, abym powrócił do roli tego stołu, przy którym piliśmy kawę.
    Dwa razy w miesiącu organizujemy przy nim niedzielny obiad, na który zapraszamy samotnych z naszej parafii, ale powiem jeszcze, że nie jest to jedyny taki stół w naszej parafii, bo z tego co wiem, na takie niedzielne obiady zapraszają swoich samotnych sąsiadów i inni parafianie.
   W każdy czwartek zapraszam do siebie na kolację naszych współbraci, którzy mają problem z chorobą alkoholową.
   Jest tylko jeden warunek: że w minionym tygodniu nie umoczyli dzioba. Pozostali muszą się zadowolić spotkaniem AA, które w salce obok organizuje Pan Henryk- od czterech lat niepijący alkoholik.
   Można by jeszcze długo tak wymieniać zmiany, które zaszły od tamtego czasu, gdy pierwszy raz pojawiłem się w mojej pierwszej parafii, ale mogę na koniec powiedzieć jedno:
   Tego wszystkiego nie zdołałbym osiągnąć bez pomocy innych, którzy poczuli w sobie odpowiedzialność za nasz wspólny dom, którym przecież jest Kościół.”
   Rozmowę z Proboszczem małej parafii spisał Kryspin.

wtorek, 19 czerwca 2018

Jak zmienić ugór w piękny ogród?



    Na kawę i apetycznie pachnące ciasto przeszliśmy do jadalni, w której większość miejsca zajmował obszerny stół, przy którym mogło biesiadować nawet kilkanaście osób. Całość tego pokoju dopełniał mały kredens i masa kwiatów, poustawianych w zielone piramidy. Przy ścianie, obok drzwi balkonowych prowadzących na obszerny taras od strony ogrodu, z było ustawione wielkie akwarium, w którym baraszkowały kolorowe rybki.
-Piękny salon i ten ogromny stół-wyraziłem swój podziw rozglądając się po tym salonie.
-”I nie jest wykorzystywany tylko sporadycznie, z okazji odpustu, czy imienin proboszcza”-wtrącił z uśmiechem i dodał:
-”Później opowiem o jego przeznaczeniu, ale najpierw podzielę się wspomnieniem moim początu w tej parafii.
-”Ksiądz dziekan, jak obiecał, pojawił się na pierwszej niedzielnej mszy(o 9.00), by przedstawić mnie moim naiwym duszyczkom. Ludzi w kościele nie było jednak zbyt wielu, bo swobodnie mieścili się w ławkach, a i ter nie do końca były zajęte.
    Mój przełożony poinformował zebranych o decyzji biskupa i na tym skończyła się uroczystość powitalna. Po skończonej mszy, ksiądz kanonik przeprosił mnie, że nie skorzysta ze śniadania, które zaproponowałem (tłumaczył się brakiem czasu) i odjechał.
   W niedzielnym grafiku naszego kościoła była jeszcze jedna msza o godzinie 11.00, więc nie miałem wiele czasu na rozmowy z nielicznymi parafianami, którzy stojąc obok świątyni, bacznie mnie obserwowali.
   Druga Eucharystia niewiele różniła się od wcześniejszej mszy, jeśli chodzi o ilość duszyczek spełniających swój niedzielny obowiązek. Ludzi było chyba jeszcze mniej, bo miejsc pustych zdecydowanie przybyło.
Przyznam, że byłem smutny tak niską frekwencją, która pobieżnie licząc nie dobiła do 20%.
Byłem załamany i czułem się bezradny.
    W poniedziałek postanowiłem odwiedzić wójta, którego urząd mieścił się nieopodal kościelnego muru.
    Wypadało przedstawić się sąsiadowi i zaliczyć kurtuazyjną wizytę, pomyślałem i tak zrobiłem, nie licząc na to, że te odwiedziny poprawią mój przygnębiający nastrój, i pomyliłem się.
"-Witam sąsiada w niedoli początku"-powitał mnie w progu swojego biura.
    Później odpowiadając na moje zaskoczenie, opowiedział mi o swoich pierwszych miesiącach pracy w tym urzędzie, gdy jego poprzednik odszedł w trakcie trwania kadencji. Oficjalnie ze względu na stan zdrowia, a publiczną tajemnicą było to, że ciągnął się za nim ogon nadużyć z perspektywą prokuratorskich zarzutów włącznie.
-”Przez rok, do kolejnych wyborów byłem pełniącym obowiązki wójta, a później już oficjalnie wygrałem, i już drugą kadencję uprawiam tę rolę.
-Na początku był to zwyczajny ugór, ale teraz, po tych liku latach stał się ona żyzną glebą, choć ziemie u nas słabe, ale ludzie są dobrzy.....Trzeba tylko pobudzić w nich podmiotowość, świadomość odpowiedzialności i tego, że ich: wieś, gmina - to ich wspólne dobro.
-Sam bym tego nie dokonał, dlatego po roku czekania, przy okazji wyborów, zachęciłem mieszkańców, by dobrali mi odpowiednich ludzi, którzy nie tylko będą przyklepywać moje decyzje, ale i sami będą proponować to, czego naszej gminie najbardziej potrzeba.
No i udało się, mam 12 radnych, którzy tworzą taki zespół.
-Ksiądz Proboszcz ma łatwiej, bo już od razu może to zrobić wybierając odpowiednich ludzi do Rady Parafialnej"- powiedział na koniec naszego spotkania.
To pierwszy krok, który powinienem uczynić, aby ten parafialny ugór zmienić w piękny ogród-pomyślałem wychodząc wtedy z budynku gminy.
     W najbliższych , niedzielnych ogłoszeniach poinformowałem, że zamierzam powołać nową Radę Parafialną i z tego powodu, w celu konsultacji ze wszystkimi członkami naszej wspólnoty, zamierzam niebawem odwiedzić każdy dom w naszej parafii.
   Przez kolejne pięć tygodni poznałem prawie wszystkie moje owieczki (372 rodziny), zachęcając przy tej okazji, by zgłaszali swoich kandydatów na członków naszej, parafialnej Rady.”
Całość wysłuchał Kryspin
(Za tydzień: codzienność parafii Księdza Marka)

wtorek, 12 czerwca 2018

Nie chciałem być postrzygaczem baranów.



   „Pochodzę z dużego miasta. Ojciec odkąd sięgam pamięcią, prowadził dochodowy interes, a mama realizowała się w pracy lekarza i oprócz etatu w szpitalu, popołudniami przyjmowała pacjentów w prywatnej przychodni mieszczącej się na tyłach naszego domu.
    Mogę powiedzieć, że miałem szczęśliwe dzieciństwo i nigdy nie brakowało mi chlebka z masełkiem i na dodatek szyneczki na nim.
    Po skończeniu liceum zdecydowałem się na seminarium duchowne, co nie wszystkim przypadło do gustu i niekiedy dawali mi to odczuć, otwarcie dziwiąc się mojej decyzji.
    Po święceniach moi przełożeni skierowali mnie do pierwszej parafii, gdzie miałem realizować swoją posługę wikariusza.
    Była to duża wielkomiejska parafia z trzema wikariuszami i nobliwym(choć jeszcze wcale nie tak posuniętym w latach) kanonikiem.
    Moja pierwsza kapłańska placówka niczym specjalnym jednak mnie nie zaskoczyła, bo moja rodzima parafia także była takim miejskim kolosem, gdzie duszpasterstwo przypominało bardziej fabrykę, aniżeli wspólnotę owieczek kroczących ku wiecznej nadziei.
   Tego samego odczucia doświadczałem w moich kolejnych placówkach, które hierarchowie stawiali na mojej drodze.
   Zawsze były to miejskie parafie, w których pracowało się według ustalonego grafiku: ileś niedzielnych mszy, dyżury w biurze parafialnym, pogrzeby, chrzciny i śluby według wyznaczonych tygodni, a do tego lekcje religii według szkolnego planu oraz comiesięczny objazd chorych, no i kolęda ciągnąca się tygodniami(po kilkadziesiąt adresów dziennie).”
   Mój gospodarz przerwał na chwilę, jakby chciał uspokoić emocje, które rysowały się grymasem w jego spojrzeniu.
- „Nie pamiętam tytułu filmu, w którym głównym bohaterem jest postrzygacz owiec, który przemierzał australijskie bezdroża, by zatrudniać się na farmach owiec. Tam właściciele tych ogromnych farm dawali mu lokum do spania, całodzienne wyżywienie i zatrudniali do tego, by strzygł barany...
    Gdy odpowiadając no wewnętrzny głos wzywający mnie:”Pójdź za mną”, zdecydowałem się na kapłańską drogę, nie myślałem o perspektywie pracy w roli postrzygacza owiec, a tak wielokroć się czułem w czasie mojej kapłóańskiej posługi.
    Moi koledzy niekiedy uważali, że przesadzam, gdy otwarcie wyrażałem swoje wątpliwości, co do „taśmowego”duszpasterstwa, bo tak nazywaliśmy pracę w miejskich parafiach.
-”Zmienisz zdanie, gdy pójdziesz na swoje”-Odprawił moje wątpliwości starszy kolega, gdy otrzymał swój pierwszy proboszczowski dekret.
Aby do końca uświadomić mi, że nie mam racji, dodał na koniec:
-”A mnie wcale by nie przeszkadzało, gdybym dostał taki miejski kąsek i dlatego pomęczę się przez jakiś czas na tym wiejskim zadupiu (otrzymał dekret do parafii, w której było niespełna tysiąc wiernych) licząc na to, że nasze władze awansują mnie już niebawem.”
    Ksiądz Marek kolejny raz zatrzymał się w swoim opowiadaniu, by po chwili z pogodnym spojrzeniem stwierdzić:
-”Dwa lata później i mnie biskup wezwał do kurii, by wręczyć mi mją pierwszą proboszczowską nominację....
    Przypomniałem sobie wtedy pouczenie mojego starszego kolegi i poczułem dumę z tego, że nie miał racji.
-Nie zmieniłem swojego zdania, co do istoty kapłańskiej posługi i może dlatego nie czułem się zawiedziony parafią, przed którą wzbraniali się inni kandydaci.
-Od ponad siedmiu lat jestem wśród ludzi, którzy każdego dnia potwierdzają mi sens mojego powołania i czuję się wśród nich szczęśliwym.
     Bliżej o tym, jak wspólnie realizujemy nasze powołanie do nadziei w Bogu, opowiem po przerwie na kawę. Pani Maria nie darowałaby nam, gdybyśmy przy tej okazji nie skosztowali jej niebiańskiego wypieku.”
Za tydzień zapraszam do ostatniej części rozmowy z księdzem Markiem.
Kryspin

wtorek, 5 czerwca 2018

A jednak jest taka parafia



     Kiedy pisałem „Zatroskaną Koloratkę - Pasterzy i najemników”, w zamyśle miałem intencję retrospektywnego spojrzenia na bliskie mi sprawy związane z Kościołem i moją drogą powołania do kapłańskiej służby.
     Efektem wspomnień z lat seminaryjnej drogi i wiedzy, którą nabyłem w tamtym okresie, były dwie pierwsze części książki, i na tym zamierzałem zakończyć.
     Pozostało mi tylko ( tak wtedy myślałem) dokonać korekt redakcyjnych i oddać całość do druku.
Zaraz potem uświadomiłem sobie jednak, że moje literackie dziecko wcale nie jest skończone i czegoś w nim brakuje?
„Jeżeli chcesz mnie poinformować o problemie, nie wchodź! Jeśli chciałbyś porozmawiać o jego rozwiązaniu- Zapraszam!”
     Przypomniałem sobie wtedy tę sentencję wypisaną na drzwiach jednego z szefów korporacyjnego biura!
     Trzecia część „Zatroskanej koloratki”, to była moja wizja rozwiązania problemów, o których pisałem na początku książki.
     I tak powstał wywiad z parafii, która póki co, była tylko moim marzeniem, i chyba także marzeniem wielu czytelników, którzy w mailach prosili mnie o adres tejże parafii, bo :
”Chcieliby do takiej wspólnoty należeć...”
     I tak byłem zmuszony studzić ich pragnienia, mówiąc że to była tylko literacka fikcja i niestety takiej parafii nie ma....... ale może kiedyś-dodawałem bez wiary....?
     I myliłem się, o czym przekonałem się niedawno, gdy poznałem księdza z małej parafii we wschodniej Polsce.
     Do naszego spotkania doszło z jego inicjatywy, gdy (łamiąc cichy zakaz kościelnych cenzorów) przeczytał moją książkę.
    W krótkich słowach zaprosił mnie do siebie, bym osobiście się przekonał, że wcale nie byłem daleki od prawdy w moim wywiadzie z parafii marzeń.
    Jego krótki list sprawił, że odbyłem siedmiogodzinną podróż i spotkałem się na miejscu z księdzem Markiem, który od kilku lat prowadzi duszpasterską pracę, będąc proboszczem w miejscowości, która choć mała, jest także siedzibą gminy.
    Naszą rozmowę, zaczęliśmy na słonecznym tarasie umieszczonym na tyłach skromnego, ale bardzo schludnego proboszczowskiego domu, gdzie gospodarz poczęstował mnie kawą i pysznym wypiekiem plebanijnej gospodyni.
-„Kiedy otrzymałem dekret biskupa, w którym mój przełożony skierował mnie do pracy na rubieżach naszej diecezji, nie do końca byłem ucieszony tym „awansem”.
Parafia mała (nieco ponad 1000 dusz), ludzie biedni, w większości żyjący w popegeerowskich czworakach i zaledwie kilkanaście prywatnych gospodarstw, choć i tam nie było obszarników, bo licha ziemia nie dawała krociowych zysków.
Mój poprzednik na plebanijnym gospodarstwie nie czekał nawet na mój przyjazd, bo dwa dni przed terminem zdał klucze od kościoła kurialnemu wizytatorowi i razem z nim (zabierając ze sobą tylko małą podręczną walizkę) odjechał do szpitala, gdzie nasze władze załatwiły mu pobyt, dla poratowania nadwątlonego zdrowia (wersja oficjalna)...
A tak naprawdę skierowały go na leczenie odwykowe, bo biedak już od dawna topił w alkoholu swoją beznadzieję i nie był wstanie dłużej być przewodnikiem parafialnego stadka.
Do nowego gospodarstwa wprowadził mnie ksiądz dziekan, z którym udałem się do parafii w piątkowe przedpołudnie.
-”To są klucze od plebanii, a te do kościoła”-oznajmił przed odrapanymi drzwiami, za którymi miał być mój dom.
Nie wszedł ze mną do środka. Zamiast tego, poinformował krótko, że zjawi się na pierwszej, niedzielnej mszy, by przedstawić mnie parafianom, i się oddalił.
Rozpakowałem swoje podręczne bagaże w przedsionku i zaraz potem otworzyłem okna, by pozbyć się przykrego zaduchu, który wypełniał pozostałe pomieszczenia.....”
Na tym ksiądz Marek przerwał swoje wspomnienia i zaraz potem z uśmiechem dodał:
-”Dalszy ciąg po obiedzie...... bo zdaje się, że z jadalni dochodzi zapach pyszności, które przygotowała Pani Maria”
Na dalszy ciąg rozmowy z księdzem Markiem zapraszam za tydzień.
Kryspin,

wtorek, 29 maja 2018

Ile kosztuje miłosierdzie?



      Wśród postulatów, których spełnienia się domagali, był stały dodatek na życie w określonej (skromnej ) kwocie 500 zł, i tego im odmówiono.
      Nie zamierzam teraz snuć rozważań, czy naszego państwa zwyczajnie nie stać na takie wsparcie, czy jest to przejaw złej woli ze strony władzy?
      Jedynym „zwycięstwem” protestujących w gmachu Parlamentu było to, że media nagłośniły ich desperację i pewnie to przyciągało ludzi ze społecznego świecznika, którzy można rzec, lawinowo pojawiali się wśród inwalidzkich wózków, do których przykutych było większość okupujących sejmowy korytarz.
     I znowu nie mnie jest oceniać, ilu z naszych politycznych (i nie tylko politycznych) celebrytów, pojawiło się tam po to, by im pomóc, a ilu dlatego, że wypadało się tam pokazać.
     Któregoś dnia protestujących odwiedził także przedstawiciel Kościoła, by pewnie przekazać im duchowe wsparcie i zapewnienie, że ta instytucja popiera ich słuszne żądania.
Na koniec duszpasterskiej (bo chyba tak należało to odebrać) ksiądz Kardynał z pewnością pobłogosławił zebranych i oddalił się.
    A mnie zaraz po tym, jak zakończyła się krótka, telewizyjna relacja z tego wydarzenia, przyszła na myśl ewangeliczna Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,30-37).
    On zatrzymał się i zaopiekował poranionym człowiekiem, którego pobito przy uczęszczanym przez wielu trakcie.
Jako jedyny okazał serce człowiekowi w potrzebie, choć obok tego pobitego nieszczęśnika przechodziło wielu, którym zabrakło wrażliwości serca.
    Choć głównym bohaterem Jezusowej opowieści był anonimowy cudzoziemiec, to Nauczyciel z Nazaretu nie pominął w swojej relacji także negatywnych bohaterów tamtego zdarzenia (kapłana i Lewitę), którzy przeszli obok i pewnie odwracali głowy, by nie widzieć problemu.
    Kilkanaście osób okupujących sejmowy budynek to przedstawiciele około 280 tysięcy podobnym im, którzy każdego dnia przeżywają tragedię swojej ułomności.
    Tak sobie myślę, że przez tych „pobitych przez los” Dobry Bóg kolejny raz daje szansę swojemu Kościołowi ( czyli hierarchii i laikatowi-szeregowym wierzącym), aby napisali nową przypowieść:
" O miłosiernym Katoliku."
To wcale nie jest takie trudne!
    Rząd rzucił pomysł, aby wprowadzić podatek solidarnościowy(od tych, którzy mają najwięcej).
To wbrew pozorom nioe jest nic odkrywczego, bo w tradycji Kościoła coś takiego już było.
    Pierwsi Chrześcijanie zachwycali innych tym, że potrafili się dzielić wszystkim, co mieli, by wspomagać potrzebujących.
Teraz trochę liczb:
    Katolików w Polsce jest +/- około 28 milionów, co daje stu wiernych na jednego z tych, których reprezentowały w sejmowym proteście rodziny niepełnosprawnych.
    Czyli rachunek jest prosty- 5 zł miesięcznie ofiarowane na ten cel przez jednego członka kościelnej wspólnoty, to chyba bardzo mała sprawa, prawda.
    I jeszcze jedno: 
Takie działanie nie wymaga tabunu urzędników, etatowych pracowników socjalnych, bo wszystko można by załatwiać na poziomie parafialnych wspólnot, które mają rozeznanie o potrzebujących takowego wsparcia.
    Ostatnio mogliśmy przeczytać doniesienia z Irlandii (bardzo katolickiego kraju), w której odbyło się referendum na temat liberalizacji prawa aborcyjnego. Większość z pytanych, opowiedziało się za złagodzeniem restrykcyjnego prawa, co światowe media skwitowały krótko:
„Przegrana Kościoła katolickiego”!     Nasz Kościół póki co czuje się pewnym swego, ale sprzyjająca (politycznie) passa nie będzie trwać wiecznie i może warto byłoby swój autorytet budować nie tylko na politycznych układach, ale na codziennej wrażliwości, której może powinien uczyć siebie i nas wszystkich od ewangelicznego Samarytanina?
Kryspin

wtorek, 22 maja 2018

Jeden Kościół o wielu twarzach?



„...Jeden, Święty i Apostolski Kościół...
I niby wszystko jasne, ale?
     Odwiedziło mnie ostatnio kilkoro znajomych, którzy dopiero co wrócili z uroczystości Pierwszej Komunii, do której przystąpił synek ich bliskich w Holandii.
Niby uroczystość taka jak u nas.
     Na wyznaczoną godzinę, zaproszeni goście, rodzice no i ci najważniejsi w tym dni, czyli pierwszo-komunijni stawili się w kościele.
Punktualnie o 10.00 rozpoczęła się uroczysta msza, której najważniejszym punktem była Komunia Święta.
     Dzieciaki, ubrane w schludne stroje ( z dużą dozą dowolności), pomaszerowały do stóp ołtarza, by pierwszy raz przyjąć do serca Chrystusa Eucharystycznego.
    To nie było nic dziwnego i szczególnego-skwitowałby niecierpliwy słuchacz relacji.
-”Zaraz po małych „bohaterach” tej uroczystości do ołtarza podeszli wszyscy zebrani w kościele i także przystąpili do komunii świętej.”-relacjonowała dalej.
-A spowiedź i kościelne przeszkody? 
-Przecież ludzie żyjący w nieformalnych związkach, rozwodnicy mający nowe rodziny i oni także przyjmowali Eucharystię?-Rzuciłem zdumiony.
-”Tam nie ma spowiedzi poza tą w czasie mszy i wszyscy obecni po wzbudzeniu żalu, przystępują do komunii.”
-”Jeden...Kościół” i tak fundamentalne różnice?-Zadałem retoryczne pytanie i wtedy przypomniałem sobie list od czytelnika, w którym opisał swoją trudną sytuację w perspektywie zbliżającej się komunii swojego syna.
    Od lat tworzyli kochającą się rodzinę, a Michał był owocem ich miłości. Starali się wychować go na porządnego człowieka, wpajając, że łatwiej być dobrym, gdy zawierzy się swoje życie Bogu, z którym spotykali się na coniedzielnym nabożeństwie.
     I tylko jednego ich synek nie umiał zrozumieć: 
Dlaczego jego rodzice w czasie mszy nie przystępują do komunii, chociaż inni dorośli tak?
„-Trudno małemu dziecku wytłumaczyć, że tatuś kochał kiedyś inną kobietę, i że tamten związek był smutną pomyłką, za którą teraz razem z jego mamą płacą dożywotnią karę wykluczenia ze wspólnoty wierzących, których Kościół uważa za godnych sakramentalnego wyróżnienia.”
    Przyznam, że też tego nie rozumiem i pewnie tak do końca z tym także nie zgadza się sam Papież, rozważając możliwość aby w wyjątkowych sytuacjach udzielić swojego rodzaju „aktu łaski” dla wiernych żyjących z sakramentalną przeszkodą.
    Dotąd rygorystyczne stanowisko Kościoła w tej kwestii mogłoby w taki sposób wyjść naprzeciw oczekiwaniom coraz to większej rzeszy wykluczonych.
    Póki co, nasi Hierarchowie są dalecy od zaakceptowania sugestii, którą rzucił Franciszek, i w tej kwestii są „świętsi od Papieża”.
-”Kościół nie pozwala rozwodnikom na komunię świętą, ale w trakcie uroczystości waszego syna (wzbudzając żal za grzechy) możecie przystąpić do komunii duchowo”-poradził rodzicom Michała miejscowy duszpasterz.
-Czyli nie ma dla nas nadziei?-zapytał załamany rodzic, a ksiądz tylko bezradnie rozłożył ręce, które były ostateczną odpowiedzią.
-”Czy nie ma dla nas nadziei?- ponowił pytanie w mailu, na który oczekiwał ode mnie odpowiedzi.
I co miałem mu odpowiedzieć?
     Może, że powinien urządzić synowi komunię w Holandii?
Ale to by był kiepski żart i pewnie nikogo by nie rozśmieszył?
A tak na serio.
     Jeden Kościół i zupełnie inne podejście do wiernych, także do tych  owieczek, które kiedyś zabłądziły w chaszczach błędnych decyzji.
Które oblicze Kościoła jest bliższe Boskiej idei przebaczającej miłości?
Kryspin

wtorek, 15 maja 2018

Rozmowy przy grillu



    Wiosna to piękny czas.
    Przyroda zapraszająco eksplodowała nowym życiem, a my ciesząc się promieniami coraz cieplejszego słońca, pełnymi garściami czerpiemy z każdej okazji, aby zażywać dobrodziejstw tego okresu.
    Zaliczyliśmy co niedawno ogólnonarodową majówkę, gdy w wolne dni raczyliśmy się odpoczynkiem od mozolnej pracy . W zaciszu domowym, a niekiedy i w atrakcyjnych miejscach stworzonych specjalnie do relaksu, spędzaliśmy czas na spotkaniach z przyjaciółmi.
   Tradycją stały się przy tej okazji biesiady przy grillach, które jak kraj długi i szeroki, roztaczały przyjemną dla naszych podniebień woń soczystych mięs i innych smakowitości, którymi raczyliśmy się do późnych godzin wieczornych.
   Nie samymi zmysłami smaku jednak człowiek żyje, dlatego przy okazji takich spotkań uczestnicy oddają się mniej lub bardziej ciekawym tematom rozmów.
   Nie wchodząc w szczegóły tychże, można zauważyć, że te dysputy mają charakter branżowy: Lekarze rozmawiają przy okazji takich spotkań o przypadkach medycznych, politycy o perspektywie wyborczych notowań, przedsiębiorcy o koniunkturze i ucisku ustawodawców, którzy wymyślają coraz to nowe przepisy mające gnębić zaradnych.
    Można by tak wyliczać kolejne tematy ogólnonarodowej grillówki i pewnie nie byłby to pełen katalog poruszanych zagadnień.
    Nie inaczej odbyło się podczas mojego majówkowego wieczoru przy unoszącym się zapachu pieczonej karkówki.
    Może z racji, że spotkanie, na które przybyło kilkoro moich znajomych, organizował ksiądz (choć już od wielu lat w cywilu), ponad inne tematy przebił się ten z kościołem w tle.
    Moi goście w trakcie kolacji na świeżym powietrzu zadali kilka pytań dotyczących spraw, których najbardziej odpowiednim adresatem byłby człowiek w koloratce (niestety nieobecny wśród zaproszonych), więc musiała im wystarczyć odpowiedź „Księdza w cywilu”.
   Pewnie w jakimś stopniu sprostałem wyzwaniu, bo nie omieszkali wyrazić zadowolenia z moich odpowiedzi.
-”Szkoda, że w Kościele nie mówi się tak prosto o tak ważnych sprawach”-podsumowała jedna z Pań, wyraźnie zadowolona z naszej rozmowy.
-”A ja jestem ateistą i mnie te problemy nie dotykają”-skwitował inny uczestnik naszego grilla.
    Nie była to jednak tylko prowokacyjna deklaracja kogoś anty, o czym wyjaśnił w dalszej części swojej wypowiedzi.
-”W moim życiu nie kieruję się nadzieją, że kiedyś dostąpię zbawienia i nie drżę o to, czy na liczniku mojego życia odnotuję odpowiednią ilość plusików, którymi kupię sobie prawo do wiecznego szczęścia.
Jako młody chłopak rozczytywałem się w dziełach Platona i w nich zafascynowała mnie idea, że człowiek żyje tak długo, jak długo trwa o nim pamięć, i to stało się moim pragnieniem: aby żyła o mnie pamięć, że byłem dobrym człowiekiem.”
    Była już późna noc, gdy zakończył się nasz majówkowy grill, a ja jeszcze długo myślałem o tej pięknej deklaracji:” aby żyła o mnie pamięć, że byłem dobrym człowiekiem.”
    „Sukcesem” Kościoła, wynikającym z Konkordatu, stały się szkolne lekcje religii, a prawdziwą, choć nie do końca docenioną, zdobyczą szkoły z tego porozumienia stał się przedmiot, który władze oświatowe wprowadziły niejako z musu, ( dla przeciwwagi) jako alternatywę dla uczniów spoza kościelnego kręgu, czyli lekcje etyki.
    Szkoda tylko, że od samego początku ten przedmiot stał się alternatywą, a nie obowiązkowym dla wszystkich uczniów (także tych z kościelną etykietką).
A lekcja religii w szkolnych klasach? Nadal nie zmieniłem zdania, że to jest porażka Kościoła.
    W szkołach oprócz przedmiotów obowiązkowych, są jeszcze zajęcia dodatkowe(np. SKS dla uzdolnionych fizycznie i pragnących czegoś więcej).
Lekcja religii jako dodatkowy przedmiot, czemu nie.
Nie potrzeba być wierzącym, aby budować w sobie pragnienie bycia dobrym człowiekiem.
Kryspin

wtorek, 8 maja 2018

Jak pomóc samobójcy?



   ”Kilka dni temu mój przyjaciel z Hiszpanii popełnił samobójstwo. Zastanawiam się, co Kościół mówi na temat duszy samobójcy. Czy można jej jakoś pomóc? Gdzie szukać informacji..?”
    Krótki mail i szereg pytań, z którymi muszą się mierzyć ludzie wierzący, dotknięci tragicznym odejściem kogoś, na kim im zależało.
Szanowna Pani.
    Zdanie Kościoła na temat przyszłości człowieka, który targnął się na swoje życie, od zawsze było bardzo jednoznaczne, czego sam doświadczyłem w mojej dawnej pracy duszpasterskiej.
    Był wtedy kwiecień i zbliżał się w inowrocławskim liceum czas matur.
Kilka dni przed egzaminem dojrzałości jeden z uczniów maturalnej klasy odebrał sobie życie.
Był bardzo zdolnym uczniem, miał dziewczynę i plany, o których mówił najbliższym, i może dlatego nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego zdecydował się na tak desperacki krok?
    Katolicki pogrzeb Andrzeja, o który prosili rodzice, wymagał wtedy specjalnej zgody kurii.
Nie umiałem pogodzić się z tym, że bliskim tego nieszczęśnika Kościół, dołożył dodatkową karę upokorzenia, jakby było w nich mało bólu, i może dlatego głośno wyraziłem swoje zdanie na ten temat.
Mój proboszcz skwitowal wtedy sprawę krótko:
-”Ciesz się, że kuria okazała łaskawość, bo gdy ja zaczynałem duszpasterską posługę, takich chowano pod płotem cmentarza, na niepoświęconej ziemi i bez księdza”.
Jakby tego było mało później dodał jeszcze :
-” Gdy Judasz po zdradzie Jezusa powiesił się poza murami Jerozolimy, też obyło się bez uroczystych ceremonii i pewnie zakopano go gdzieś w piaszczystej rozpadlinie, i na tym koniec”.
    Na szczęście Kościół już nie jest obecnie tak radykalnym w swojej ocenie osób decydujących się na ten desperacki krok i odszedł od dawnych restrykcji związanych z pogrzebowym ceremoniałem.
To jednak wcale nie oznacza, że zmieniła się wykładnia kościelnego nauczania, która jednoznacznie ocenia samobójstwo, jako ciężki (śmiertelny) grzech, naruszający piąte Przykazanie Boskie.
    No i tu rodzi się problem.
    Bo w dzisiejszym świecie wielu ludzi odchodzi w sposób nagły (wypadki drogowe, zawały, wylewy i inne niespodziewane zejścia) i śmięm wątpić, że taka śmierć dotyka tylko bezgrzesznych, „ należycie przygotowanych”na spotkanie z Odwiecznym?
    Kościół od swego zarania tworzył katalog świętych, czyli tych, którzy swoim dobrym życiem (niekiedy męczeńskim świadectwem), tu i teraz zapracowali sobie na wieczną nagrodę w niebie i stali się szczęściarzami, których określono mianem zbawionych.
    Pozostali członkowie wierzącej wspólnoty, mogliby liczyć na swoje niebieskie lokum po okresie czyśćcowego oczyszczenia.
Dla takich duszyczek (pogrążonych w czasowym cierpieniu) Kościół przewidział pomoc w postaci modlitwy za zmarłych; z jednym zastrzeżeniem: nie wolno modlić się za potępionych!
    Sęk w tym, że oficjalnie nie istnieje taki katalog, w którym by znajdowały się nazwiska nieszczęśników skazanych na wieczne męki w piekielnej odhłani.
    Zmarły niedawno Ks. Mieczysław Maliński (bliski przyjaciel św.Jana Pawła II) napisał książkę o osobach blisko związanych z Nauczycielem z Nazaretu, którzy stali się ważnymi uczestnikami jego historii: „Świadkowie Jezusa”.
   Wśród bohaterów książki znalazł się między innymi Judasz-Apostoł, któremu historia na zawsze przypisała „łatę” tego, który dla kasy zdradził Mistrza, a później gryziony wyrzutami sumienia się powiesił.
   Może to tylko literacka fikcja, ale i ciekawa „spekulacja” autora ukazująca Judasza jako człowieka, który był zafascynowany Jezusem i pewnie kochał go niemniej niż inni uczniowie.
Jego zdrada była częścią tragicznego planu, prowokacji Iskarioty, poprzez którą chciał zmusić Mesjasza, by ten okazał swoją moc, gdy siepacze Heroda mieli się pojawić w oliwnym ogrodzie. Samobójcza śmierć była zaś karą, którą Judasz sam sobie wymierzył.
   Jak można pomóc duszy zmarłego?
   Osoba wierząca może poprzez modlitwę wspierać jej starania o czyśćcowe oczyszczenie.
   Człowiek nie żyjący nadzieją na wieczność, zawsze o zmarłym, którego znał za jego życia, może zachować dobre wspomnienie i pamięć.

Kryspin

wtorek, 1 maja 2018

Kościele, gdzie jest Twój Bóg?



    Kiedy niepokorny mnich, Marcin Luter przybił na drzwiach zamkowego kościoła w Wittenberdze spisane żale nad chorobą trawiącą ówczesny Kościół ( między innymi krytycznie oceniał aprobowaną przez Papieża ideę kupczenia odpustami, czyli załatwiania sobie przychylności Odwiecznego za kasę).
   Dorobił się za to ekskomuniki i watykańskim dostojnikom wydawało się, że to załatwiło kłopotliwą sprawę.
   To były jednak płonne nadzieje, co pokazała historia.
   Całkiem niedawno, bo w 2017 roku świat obchodził pięćsetną rocznicę tamtego „skandalu”, który stał się początkiem kolejnego rozpadu Owczarni Chrystusa ( w jedenastym wieku odłączył się Kościół wschodni, czyli dzisiejsze Prawosławie) i kolejne owieczki (liczone w setki milionów wiernych), od tej pory swoją wiarę realizują poza Kościołem Katolickim.
   Historycy analizujący tamten akt buntu niemieckiego zakonnika, jasno stwierdzili, że to nie był spontaniczny odruch niezadowolenia, bo ten spisał swoje tezy po bezskutecznych próbach rozmów, o które zabiegał u hierarchów dzierżących wtedy stery Łodzi Piotrowej.
„ To tylko nawiedzony mnich, który zapomniał o pierwszej zasadzie Kościoła- czyli pokorze i posłuszeństwie, i nie jest godzien posłuchania”- gasili wtedy niepokój swoich sumień Watykańscy książęta, licząc na to, że tylko oni mają monopol na mądrość, bo przecież byli pomazańcami samego Boga.
   Niekiedy dochodzę do wniosku, że Kościół pomimo religijnych burz, niczego się nie nauczył, i to mnie przeraża.
   Kilka dni temu internetowy portal zamieścił informację, że na drzwiach kościołów w Diecezji Gdańskiej, ktoś przybił obraźliwe hasła, w których pojawiły się prowokacyjne zdania:
”Zgubiliście Boga księża-Szukajcie, Gdzie zgubiliście Boga Księża?”, a obok:
”Za dużo puchy, za mało pokory”
   Pewnie te pytania nie doczekają się odpowiedzi i kolejny raz sprawa „przyschnie” , a ludzie? Zapomną.
   No tak nie do końca, bo praktycznie każdego dnia media rzucają w obieg kolejne „kwiatki” związane z chorymi zachowaniami ludzi Kościoła.
   W minionym tygodniu, na przykład mogliśmy przeczytać o konflikcie proboszcza z parafianami z Gryfina, a zaraz potem dziennikarze donieśli o procesie watykańskiego kardynała (numer 3 w kościelnej centrali), któremu prokuratorzy zarzucają skandale obyczajowe na przestrzeni wielu minionych lat, i pewnie swoją karierę zakończy za kratami.
   Nie trzeba kończyć studiów z metereologii, by przewidywać pogodę. Wystarczy obserwować nadciągające ciemne chmury i rozbłyski pojawiające się na ołowianym niebie, by wiedzieć, że to są zapowiedzi burzy.
   Czego zapowiedzią są dzisiejsze rozbłyski, które wypisały „Kobiety z Gdańska”?
Napisy z oliwskiej katedry jakoś dziwnie kojarzą mi się z protestem sprzed Wittenberskiej świątyni.
   Tezy Marcina Lutra były rozbłyskami zapowiadającymi nadciągającą burzę Reformacji.
   Kościół potrzebuje odwagi, by zmierzyć się z koniecznością zmian, a mogą to zrobić tylko kapłani żyjący Bogiem.
   Sądzę, że wiele racji miały anonimowe niewiasty, gdy obok trudnych pytań o zgubionego Boga, umieściły hasła, które wybrzmiewają jak kierunek, w jakim Kapłani (Także ci najważniejsi) powinni podążać: mniej pychy i więcej pokornej refleksji nad istotą powołania: swojego i tych, za których przyjmują odpowiedzialność.
    Na koniec maja (niekiedy w pierwszą sobotę czerwca) w diecezjalnych katedrach odbywać się będą uroczyste święcenia nowych kapłanów i tak sobie myślę, z nadzieją, że może wśród nich pojawi się choćby jeden, który stanie się nadzieją Kościoła na konieczne zmiany, by już nigdy na świątynnych murach nie musiały pojawiać się pytania o zagubionego Boga
Kryspin

wtorek, 24 kwietnia 2018

Higiena duszy



    Gdyby w kościołach ustawiono urny, do których wierni mogliby wrzucać zapisane postulaty dotyczące ich oczekiwań w kwestii zmian, których oczekują, pewnie zrobiłby się z tego ciekawy materiał dla uczonych teologów i tych, którzy będąc na szczytach kościelnej władzy, mieliby o czym dyskutować.
     Póki co nigdzie nie zauważyłem takowych, a jedynymi puszkami w kościelnych podcieniach są tylko te, do których bogobojni parafianie mogą wrzucać datki na potrzeby wspólnoty.
    Ale dobre i to, pewnie skwitowałby taki uczynek niejeden proboszcz, tłumacząc, że w ten sposób realizują piąte przykazanie kościelne nakazujące dbałość o potrzebujących.
    Życie nie znosi próżni i może dlatego wielu czytelników Księdza w cywilu zaadoptowało mojego maila na taką „urnę”, do której wrzucają swoje zapytania, a niekiedy także oczekiwania zmian w kościelnych nakazach i zakazach, które wcale nie przybliżają ich do nadziei zbawienia, a co najwyżej utrwalają w nich permanentne poczucie winy.
     „Od pewnego czasu omijam niedzielne msze i do kościoła zachodzę wtedy, gdy jest w nim cicho i wtedy siadam w ławie i czuję bliskość Boga, który mówi, że mnie kocha i to sprawia, że czuję się dobrze.
Kiedyś nauczono nas na lekcjach religii, że msza święta, to uczta, na którą zaprasza nas Zbawiciel.
Mnie jednak nie odpowiada to, że zaraz od wejścia słyszę, że jestem grzesznikiem i niegodnym tego zaproszenia, więc zwyczajnie omijam taką „imprezę”.
     Przyznam, że i mnie nie buduje ciągłe przypominanie tego, że jesteśmy grzesznikami, a na tym niestety Kościół buduje szkielet naszej wiary.
     Pomijam już kwestię Sakramentu Chrztu, w którym według nauki Kościoła dokonuje się obmycie z grzechu pierworodnego, bo to możemy przyjąć na wiarę, że tak jest i basta.
     Problem zaczyna się później, gdy warunkiem przyjęcia Ciała Chrystusa Eucharystycznego jest stan łaski uświęcającej.
     Niby kiedyś, gdy przygotowywano nas do I Komunii, ksiądz na lekcji religii zakodował nam, że : stan łaski uświęcającej, to wolność od brudu grzechu śmiertelnego i potrzeba nam sakramentu spowiedzi, by takowego „pskudstwa” się pozbyć!
I tu rodzi się problem!
     Grzech śmiertelny i sakrament pojednania (inaczej zwany sakramentem pokuty), czyli spowiedź, jako swego rodzaju pralka wybielająca brudy naszej duszy, a może proszek zabijający zło zżerające jej życie?
„Dlaczego w Kościele nie ma spowiedzi powszechnej, bez konfesjonału i mówienia na ucho księdzu swoich przewinień?”
„Nie chodzę do spowiedzi, bo moje grzechy przedstawiam Bogu w bezpośredniej rozmowie i nikt nie jest mi potrzebny do tego”
„Co z tego, że ksiądz odpuka komuś w konfesjonale, gdy ten później robi to samo?”
     To kilka głosów z mojej mailowej „urny”, na które staram się odpowiadać indywidualnie, ale problem jest.
     Nie lubimy spowiedzi, jako sakramentu, a Kościół zdaje się rozumieć niechęć swoich owieczek, bo w drugim Przykazaniu Kościelnym wyznaczył minimalizm z nim związany:
-Raz do roku masz się spowiadać !
Podobne minimum występuje w kolejnym Przykazaniu nakazującym przyjęcie Chrystusa w Eucharystii także jeden raz (tak około Wielkanocy)”
     Przyznam, że nie wiem o co w tym wszystkim chodzi?
Bo na pewno nie jest to wyraz troski o zbawienie duszyczek!
     Kiedy małe dziecko ma pierwsze mleczaki, mądry rodzic zabiera je do gabinetu stomatologicznego (aby przyzwyczaić je, że tam jest ktoś, kto mu pomoże ) oraz kupuje mu szczoteczkę do zębów i pastę, by w nim wyrobić nawyk higieny.
    Później, gdy maluch dorośnie, będzie wiedział, że warto szczotkować zęby codziennie, a gdy zajdzie potrzeba, odwiedzić dentystę, by cieszyć się swoim uśmiechem do późnej starości.
Kryspin, Ksiądz w cywilu

wtorek, 17 kwietnia 2018

"Kochaj i czyń co chcesz"



     Zadzwonił do mnie znajomy z pytaniem:
-”Czy czerpanie rozkoszy z seksu jest grzechem- a jeśli nie ( zgodnie z nauczaniem Jana Pawła II, na które powoływał się stawiający to pytanie); to czy z tego należy wyciągnąć wniosek, że także seks pozamałżeński nie jest niczym złym?”
    Później poinformował mnie, że w gronie przyjaciół właśnie rozmawiają na temat stanowiska Kościoła w tej kwestii i wobec różnicy zdań, postanowili zaciągnąć opinii „eksperta”( czyli mnie) od tego: co grzechem jest, a co nie, w tej materii.
    W krótkich słowach wyjaśniłem, że Papież mówiąc o rozkoszy z intymnego pożycia, miał na myśli małżonków, co nie uprawnia do wyciągania wniosku, iż każdy akt seksualny (także ten pozamałżeński) ze swej natury jest bezgrzeszny.
    Czyli mówiąc krótko: Według nauki Kościoła Katolickiego każde pozamałżeńskie współżycie jest moralnie czymś złym, czyli grzechem!
    W tym miejscu warto przypomnieć sobie co jest istotą grzechu.
Samą definicję tego nichlubnmego czynu podaje Katechizm Kościoła Katolickiego, który mówi, że:
    ” Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu; jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr. Rani on naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność. Został określony jako "słowo, czyn lub pragnienie przeciwne prawu wiecznemu" (Św. Augustyn, Contra Faustum manichaeum, 22: PL 42, 418; św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, I-II, 71, 6)”.(KKK1849).
W kolejnym punkcie (KKK1850) uściśla, że:
Grzech jest obrazą Boga. Grzech przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego nasze serca. Grzech jest więc "miłością siebie, posuniętą aż do pogardy Boga" (Św. Augustyn, De civitate Dei, 14, 28).”
     Oczywiście to nie wszystkie punkty KKK w tej materii i w tym momencie zadaję pytanie: Po co spisano tyle prawniczo-filozoficznych zawiłości, które nawet kapłanom muszą utrudnić zdefiniowanie tego, co jest grzechem ( nie wspominając o dzieciakach wkuwających te frazy, by zaliczyć egzamin pierwszokomunijny)? „Miłość siebie, posunięta aż do pogardy Boga”- to najkrótsza definicja grzechu i jeżeli byśmy tylko to zapamiętali z zawiłości, jakimi karmi nas KKK, to może uniknęli byśmy wątpliwości, co jest grzechem, a co nim nie jest.
    Ten sam św. Augustyn, na którego przemyśleniach Kościół oparł naukę o istocie grzechu, jest autorem jeszcze jednego ważnego zdania (będącego powtórzeniem nauki Chrystusa o najważniejszym przykazaniu: Przykazaniu miłości do Boga i bliźniego):
-”Kochaj i czyń co chcesz”; i wszystko jasne.
Kryspin