środa, 8 października 2014

Kamień oskarżenia!

     W punkcie handlowym, który świadczył usługi na jednym z wielkomiejskich osiedli pracowały trzy kobiety.
Właściciel placówki nie darzył ich zaufaniem i każdego dnia zagryzał wargi zastanawiając się, w jaki sposób personel go oszukuje, bo pewnie tak robi, myślał nieustannie i miał uzasadnienie swojej niepewności.
I wcale nie chodziło o to, że panie były nieuczciwe, przeciwnie.
    Pan Mieciu Dorsz [imię i nazwisko tego małego kapitalisty] nie był skończonym matołem i wiedział, że pensje w jego klepie urągają przyzwoitości. Kiedyś nawet po pijaku powiedział zdanie, które wzbudziło w nim samym obawę, a nawet przerażenie:
"Jak to dobrze, że wokół nieustannie nakręca się temat bezrobocia, bo przez to mogę te idiotki zatrudniać za psie pieniądze, a one nawet nie pomyślą, że są naiwnymi niewolnicami!"
     Na trzeźwo pan Mieciu każdego dnia przypominał przy byle okazji, że jest bezrobocie, a on jest "dobroczyńcą" dla nich, pomimo, że one okazują mu tak mało wdzięczności!
    Pan Dorsz w swoim braku wiary w ludzką uczciwość posuwał się do żałosnych rzeczy :
Kontrolował wszystko, aby chronić swój interes.
Wyrywkowe przeglądanie zawartości torebek pracownic  na zapleczu, gdy one przebywały za ladą, sprawdzanie śniadań, czy broń Boże nie okradają dobroczyńcy lokując pomiędzy kanapkami kawałek sera, czy kiełbasy skradzione ze sklepowej lodówki, stały się normalnością.
To było jednak trudne do udowodnienia, bo kiełbasa, to kiełbasa i nie ma przy plasterku metki:"Od pana Miecia".... Ale jeśli pani Krysia ma w kanapkach szynkę zbyt drogą, na którą normalnie nie powinno być ją stać, no to już powód do zapalenia czerwonej lampki ostrzegawczej w mózgownicy podejrzliwego Dorsza!
Granicę bezczelności pan Mieciu przeszedł poniedziałkowego wieczoru, gdy zwyczajowo po zamknięciu sklepu przetrząsał kieszenie fartuchów sklepowych pracownic
No nareszcie zdobył dowód: W kitlu Mileny znajdował się banknot 50 złotowy!
A więc mam! Milena kradnie i już teraz nie wyprze się, pomyślał zadowolony, jakby otrzymał niespodziewany prezent!
Nie mógł się już doczekać następnego dnia, gdy zamierzał zrobić coś na kształt procesu pokazowego i normalnie cieszył się przyszłym triumfem i miną obwinionej, na której będzie mógł poużywać sobie przy "publiczności"[ pozostałych pracownicach, dla których będzie to przestroga na zakusy podobnej niegodziwości!]
-Pani Mileno- zatrzymał pracownicę w korytarzu obok pokoju socjalnego.
-Proszę o powrót do waszego pokoju, bo chciałbym wyjaśnić przykrą sprawę, powiedział tonem rozkazującym.
Pozostałe panie zaskoczone nagłym wtargnięciem szefa zasiadły przy obskurnym stoliku oczekując na nową rewelację>
-Pani Milena ukradła w sklepie pieniądze i schowała je w kitlu, a później zapomniała ukryć złodziejski łup no i sprawa się rypła- Dorsz dokończył oskarżycielską mowę i spojrzał po zebranych.
-Mówi pan o 50 zł, panie kierowniku- wtrąciła się Krysia.
Mieciu już zamierzał potwierdzić, gdy zdziwiony powiedział odruchowo:
-A skąd pani wie, że chodzi o 50 zł?
-Bo to pieniądze, które oddałam Milenie.
-Pożyczyła mi na życie w ubiegłym tygodniu, a wychodząc wcześniej oodałam jej, gdy ona jeszcze była na sklepie- wyjaśniła spokojnie Krystyna.
-No taaak- przeciągnął pan Mieciu- no to do pracy moje panie- zakończył.
I pewnie kolejny raz jego niemiłe zachowanie odeszłoby w niebyt, gdyby nie sama Milena.
Ona jedyna nie opuściła pokoju i jednocześnie zatrzymała w pół kroku swego pracodawcę.
-Panie Dorsz!
Mam już dosyć tej chorej inwigilacji, przeszukiwania naszych rzeczy, zaglądania w kanapki i Bóg wie jeszcze czego.
Uważa nas pan za osoby, którym nie należy się szacunek za ciężką pracę płacąc nam głodowe pensje i uważa pan, że to jest normalne?
Dorsz rozdziawił tłustą gębę i nie mógł wypowiedzieć oni jednego słowa myśląc jedynie, jaka ta Milena jest bezczelna i pewnie po chwili wykrzyczałby w jej kierunku:"Dosyć tego jest pani zwolniona", gdyby nie dalsze jej słowa!
-Panie Mieczysławie, nie oczekuję przeprosin, bo pan nawet nie wie, że takie słowo istnieje.
Od tego miesiąca otrzymam od pana nową umowę i podwyżkę pensji o 30%!
-A gdyby panu przyszedł do głowy pomysł pozbycia się mnie, to niech pan najpierw pomyśli o tych wstydliwych tajemnicach, o których wolałby pan nie informować innych ludzi, urzędów kontroli i tak dalej!
Teraz spokojnie wstała i skierowała się na stanowisko przy kasie sklepowej!
Mieciu jeszcze długo stał w pokoju socjalnym i twego dnia już nie pojawił się w sklepie.
Przyszedł dopiero na zamknięcie i gdy już prawie wszyscy opuścili lokal, w drzwiach zatrzymał Milenę:
-Proszę jutro wejść rano do mojego biura, mam dla pani nową umowę i podwyżkę!
       Tak mi się wydaje, że bardzo wielu z nas ma w zakamarkach naszych dusz wstydliwe wspomnienia naszej niegodziwości i zanim będziemy chcieli dokonać "sądu" nad innymi, wejrzyjmy w siebie i może przypomni się nam, historia z Biblii: "Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień!" 
Kryspin

poniedziałek, 6 października 2014

Śniadaniowa celebracja!

      Gdy siadam rano do śniadania, zwłaszcza w świątecznym dniu, bardzo często przypominam sobie film:"Kate i Leopold", a szczególnie ich pierwsze śniadanie we współczesnym Nowym Jorku.
Mógłbym wielokrotnie oglądać tę scenę pierwszego śniadania głównych bohaterów, którzy za sprawą portalu czasu spotkali się we współczesnym Nowym Jorku.
Leopold [ Hugh Jackman], arystokrata z minionego czasu przeżywa szok obserwując zabieganą Kate [Meg Ryan], dla której poranny posiłek to strata czasu, dlatego połyka coś w pośpiechu by po chwili wybiec do zwariowanego świata.
Według Leopolda każdy posiłek powinna poprzedzać "celebracja" począwszy od samego przygotowania, aż po samo jedzenie [ powinno to być świadomym czasem przemyśleń i refleksji] i tylko wtedy ma sens i sprawia człowiekowi przyjemność.
No tak, powtórzymy za Kate:
Takie celebracje można było pielęgnować kiedyś, gdy świat jakoś wolniej się kręcił, a teraz trzeba nieustannie mierzyć się z czymś na kształt wyścigu: kto lepiej , szybciej, dalej....
Może i prawda?
Chcemy, czy nie; staliśmy się uczestnikami tego głupiego wyścigu i uciekają nam dni, byle do piątkowego popołudnia, byle zaznać chwili oddechu....
      Mam świeżo w pamięci wczorajszy poranny, świąteczny posiłek i odczuwam zadowolenie, że właśnie tak wyglądał i wcale nie chodzi mi o obfitość stołu, a coś co określiłbym czymś na kształt celebracji!.
Taka uroczysta forma jest szczególnie ważna, gdy zamierzamy go spożyć w towarzystwie osoby, która zajmuje bardzo ważne miejsce w naszym sercu i chcemy to zaakcentować także przy stole.
     Z taką motywacją zabrałem się więc do tworzenia "dzieła", które już nie było tylko zwykłym śniadaniem, a czymś o wiele ważniejszym. Przystroiłem więc talerze zieloną sałatą, plasterki pomidora poukładałem w szpalery,a  na nich cebulka i szczypta pieprzu. Obok porcji warzyw plasterki aromatycznej szynki, a całość "zimnej" części talerzy dopełniła, uprzednio zrobiona przez ukochaną osobę, sałatka jarzynowa, która trafiła na czarne, błyszczące talerze obok wędliny.[pewnie sałatka mogłaby pozostać w półmisku z lodówki, ale uformowana w kule przystrojone zieloną pietruszką jakoś bardziej pobudzała nasze kubki smakowe]
Ostatecznym dopełnieniem dekoracji śniadaniowego dzieła była  jajecznica przyrządzona na spokojnym ogniu. No i to wszystko!
A właśnie: Jeszcze coś do picia!
Poranna kawa była już po przebudzeniu więc teraz sok pomidorowy w pięknych pucharkach stał się uzupełnieniem stołu.
      Teraz można było już spokojnie zasiąść do posiłku i delektować się nim w ciszy niedzielnego poranka.
Gorąco zachęcam każdego z was, abyście choćby raz po raz zafundowali sobie takie świadome celebrowanie posiłku i to nie tylko od święta!
Myślę, że taka chwila zatrzymania w tym szaleńczym biegu naszego życia jest nam wszystkim potrzebna i to nie tylko od święta!.
    W salonie mojego domu, w rogu stoi duży kominek, który zimą  ogrzewa wszystkie pokoje.
Kominek to taki swoisty "antyk", niby przeżytek, ale jakże modny!
Niekiedy montowany jest tylko dla ozdoby, gdy cały ciężar ogrzewania złożony zostaje na kaloryfery, czy ogrzewanie montowane w płytach podłogowych, ale i tak w odpowiednim miejscu on także jest!
Niektórzy "nowocześni" właściciele stawiają kominki elektryczne, gazowe i mówią wtedy sami do siebie: To wygoda i oszczędność czasu.
A ja wolę jednak samemu rozpalać drewienka, później dokładać grube szczapy i patrzeć na taniec ognia, który odgrywa przed zapatrzonymi w płomienie szczególny spektakl.
Uwielbiam wtedy zasiąść obok trzymając w dłoni lampkę wina; patrzeć w zadumie i chłonąć piękno żywego ognia.
Kryspin

sobota, 4 października 2014

Zostań finansowym celebrytą !

       Zabrakło świeżego chleba i musiałem zaplanować spacer do sklepu, który na mojej wsi oddalony jest od mojego siedliska o dwa kilometry.
Połączę to ze spacerem dla Etny, pomyślałem szykując się do drogi.
Nie bardzo miałem ochotę na taką "wyprawę" po jeden bochenek, a gromadzenie zapasów w mojej sytuacji nie ma większego sensu, no ale mus, to mus!
Kilkadziesiąt metrów od mojego domu przed bramą dużego gospodarstwa spotkałem kobietę, która oczekiwała, jak się od niej dowiedziałem,na przyjazd sklepu.
     Na wiosce ludzie są bardziej otwarci na rozmowę i dlatego po wymianie zwyczajowego :dzień dobry, zatrzymałem się na chwilę, aby zamienić z nią kilka słów.
Taka zwyczajna sąsiedzka rozmowa, jakbyśmy się znali od zawsze.
     Dla mnie nie było istotnym, ile mają hektarów, że hodują świnki, a prosięta  kupują po jedenaście zł. Najistotniejsze było to, że wcale nie muszę drałować kawał drogi, aby kupić potrzebny mi produkt.
     Pomyślałem sobie, jakie to proste- w rozmowie przekazała mi informację, której oczekiwałem, nie wiedząc nawet o sobotnich odwiedzinach obok mnie objazdowego sklepu.
     Przedwczoraj pisałem o Mona Vie wspominając wpis faceta, który stosuje ten dodatek żywnościowy dla swojego zdrowia. 
W jego przypadku też ktoś przekazał mu informację, że coś takiego w ogóle istnieje, a on zdecydował o zakupie, bo stwierdził, że jest mu potrzebny ten produkt.
    Gdy przed laty pierwszy raz spotkałem się z fenomenem MLM [multi level marketingu, co w polskim tłumaczeni określa się marketingiem wielopoziomowym], tak do końca nie zrozumiałem tego fenomenu.
Jest to obrót towarowy, sprzedaż z polecenia, albo inaczej [i to chyba właściwsze określenie: zakup z polecenia!]
W systemie MLM Firma  wykorzystuje to, że ktoś mówi innemu o towarze, [usłudze], bo sam z niego korzysta i jest zadowolony i tak tworzy się rosnąca grupa klientów!
Fantastyczna forma docierania do odbiorców towarów bez kosztownej kampanii reklamowej, zatrudnianiu celebrytów, którzy każą sobie słono płacić za krzywy uśmiech, najczęściej nieszczerej zachęty!
      Sąsiadka z gospodarstwa, którą spotkałem przy drodze przekazała mi informację w trakcie naszej rozmowy i tak po prawdzie, pani z samochodowego sklepu powinna jej podziękować za nowego klienta i pewnie zrobiłaby to, gdyby słyszała naszą wcześniejszą rozmowę.
     Powróćmy teraz do Firmy rozprowadzającej towar w systemie MLM [Tak jak Mona Vie]
Wielu "znawców", którzy wiedzą lepiej, bo szwagier lub inny domorosły ekspert od wszystkiego im to powiedział, zajmują jednoznaczne stanowisko na  NIE!
To piramida, wykorzystywanie naiwnych, okradanie maluczkich, sposób wymyślony przez cwaniaków, aby inni na nich pracowali i nabijali im kabzy!
A mnie się wydaje, ba-jestem tego pewny!!!:  MLM jest najbardziej godziwym sposobem wynagradzania ludzi, którym Firma płaci za polecanie jej produktu!!!
Czyni to zarówno wobec współpracowników, którym płaci za "kampanie promocyjną"[ zarobki nie podlegają ograniczeniom], ale także klientom, konsumentom produktu bądź usługi, którym zwraca część[ aż do pełnej kwoty] kosztów poniesionych na zakup towaru!
To wszystko za polecenie, za kilka słów zadowolonego klienta!
-"A wie pani, ile ta aktorka dostała za to, że reklamuje telefon, serek, tabletkę....."
_"no tak moja droga sąsiadko, ale ani mnie ani pani nikt nie da pieniędzy, choćbyśmy  się bardzo starały, bo nie jesteśmy:celebrytkami!"- odpowiada ze smutną miną.
I to kolejny atut MLM: W takiej firmie możesz zarabiać jak celebryta!!!!
    Znam takich ludzi w MLM i jedno co ich różni od telewizyjnych celebrytów, to to, że ich sukces finansowy nie rodzi się z układów, szczęścia, poparcia "królika"; a z normalnej pracy polegającej na mówieniu- polecaniu!!!
Może dlatego chcę się zajmować Mona Vie, mówić o tym, co jej produkty mogą dać bardzo wielu ludziom, a Firma za moje słowa mi zapłaci!
Jeśli myślisz poważnie o profilaktyce swojego zdrowia, lub szukasz sposobu na dodatkowe dochody dla Twojego budżetu!!! Zadzwoń do mnie!
Tel: 507 877 445
P.S. Proszę także o tel. od" lepiej wiedzących", porozmawiajmy....... Bardzo lubię rozmawiać!
Kryspin 







czwartek, 2 października 2014

Poranne Kocham bez słów!

     Kolejny poranek przywitał nas jesiennym chłodem, ale dzisiaj znów słońce ogrzeje nasz dzień!
Nawet ranna rosa otulająca październikową zieleń wydaje się miła i daje nadzieję, gdy w sercu mamy radość!
     Piękne są poranki, gdy podajesz kawę ukochanej i patrzysz jak powraca z zaspanej nocy i uśmiechem dziękuje ci za to, że po prostu jesteś obok i dajesz jej pewność szczęścia.
To nic, że za chwilę w pośpiechu rozejdziecie się do swoich zajęć, że może będziecie oddaleni obowiązkami. To wszystko nic, gdy przez cały dzień karmić się będziecie wspomnieniem pięknego przebudzenia obok ukochanej osoby.
     Najgorsze są poranki smutne i to nie tylko dla tych, którzy budzą się w samotności.
Mogą one być także bardzo szare dla  żyjących obok siebie, gdy brakuje rannego uśmiechu i miłości, a jedyne, co wypełnia powietrze, to irytacja przyzwyczajenia i monotonia związku.
Wtedy nawet śniadanie jest mdłe, a gorąca, poranna kawa ma posmak napoju ze stacji benzynowej, który kupujemy z automatu  i wypijamy nie wiedząc właściwie po co?
    Życzmy sobie tylko ciepłych poranków, takich pogodnych pierwszych godzin kolejnego dnia i starajmy się przeżywać je ze świadomą miłością do[ tej, tego] człowieka, który jest obok, który jest nasz!
   Po takim rannym Kocham, które wypowiadamy bez słów , cały dzień będzie w słońcu, choćby na zewnątrz była plucha i zacinający deszcz!
Kryspin

 

Mona Vie- czy profilaktyka prozdrowotna jest czymś złym?

     Kiedyś, dawno temu kupiłem wymarzony samochód, który był mi bardzo potrzebny do pracy.
Do chwili zakupu autka cały towar do stołówki szkolnej,[ którą prowadziłem jako ajent] przynosiłem na własnych plecach.
     Ileż było radości, gdy zgrabny peugeot lśnił srebrzystym lakierem ciesząc serca całej naszej rodzinki.
Byłem wtedy mało zapobiegliwym właścicielem tego cacka i zaniedbałem pierwszą zasadę, której nie wolno bagatelizować przy zakupie używanego samochodu: zmień pasek rozrządu, niezależnie od tego, jak wygląda, bo ....No właśnie nieszczęście dopadło mnie niespodziewanie.
    Wjeżdżałem na działkę z prędkością 5 km na godzinę i nagle usłyszałem dziwny odgłos spod maski.
Diagnoza mechanika była jednoznaczna i bezlitośnie trafna: Pękł pasek rozrządu no i naprawa silnika wyniesie równowartość jednej trzeciej kwoty zakupu autka.
To była dla mnie bardzo bolesna lekcja, gdy pieniądze odłożone na wakacyjny wyjazd dla całej rodziny poszłyyyy....
    Od tego zdarzenia już zawsze pilnowałem terminów, okresowych napraw i koniecznych wymian [olej, płyny, filtry itd], których domagał się samochód, aby odwdzięczać mi się bezawaryjną pracą!
Później w trakcie "męskich" rozmów na tematy motoryzacyjne, [które chyba są najczęstszym tematem "eksperckich" porad facetów] zawsze wspominałem, z tonem przestrogi, moje przykre doświadczenie z paskiem rozrządu!
Gdy teraz wspominam tamto zdarzenie i naukę, jaka mi zapadła w świadomości, to przychodzi mi  refleksja, że szybko nabieramy "mądrości" i zapobiegliwej troski o rzeczy, które nabywamy: samochody, domy, sprzęt komputerowy i inne gadżety[ niekiedy nie są one nam nawet nam do życia niezbędne] i dbamy o nie, pamiętamy o ich "potrzebach"!
     A co z naszym najważniejszym mechanizmem, który służy nam od pierwszej chwili naszego życia aż po jego kres: naszym ciałem?
    Trzy lata temu, gdy kolejny raz poszukiwałem swojego sposobu na życie, zaproszono mnie na spotkanie firmy, która na na nasz rynek wprowadzała właśnie preparat o nazwie Mona Vie!
Prowadzący prelekcję zachwalał zalety mieszanki soków jako swego rodzaju panaceum na wszelkie dolegliwości, z którymi prędzej, czy później będzie musiało zmierzyć się nasze ciało.
    To ma sens, pomyślałem wtedy i gdy prelegent dodał jeszcze, że promując ten preparat można dobrze zarabiać; postanowiłem zająć się  szerzeniem profilaktyki zdrowego odżywiania!
    Przez ponad rok pozyskiwałem do idei Mona Vie coraz to nowych klientów i współpracowników i interes się kręcił.
Dodatkowo zaliczałem kolejne "spędy" w luksusowych ośrodkach szkoleniowych, gdzie liderzy firmy nieustannie podgrzewali zapał szaraczków,[ takich jak ja], kodując w naszej świadomości, że także przed nami droga do dobrobytu stoi otworem, trzeba tylko trochę czasu i wytrwałości.....
Ale później nastąpiło "zmęczenie materiału"- zapał ostygł i posypało się grono "nawiedzonych", zmatowiały nasze marzenia i odszedłem w niebyt nie widząc już celu, który zdawał mi się tylko fatamorganą,  jak oaza na pustyni, która często jest tylko mirażem rozpalonego słóońcem umysłu wędrowca spragnionego cienia i łyku chłodnej wody!
I pewnie nie powróciłbym do idei Mona Vie, gdyby nie internet i opinie na temat tych produktów, które jeszcze przecież tak niedawno gloryfikowałem i z uporem maniaka próbowałem mówić o ich "cudownych" właściwościach każdemu!
W trakcie przeglądania opinii internautów zauważyłem, że wielu krytycznie odnosi się do tych produktów:
A to: że są za drogie, że nie pomagają, że to wszystko, to jedna wielka ściema, że firma powstała tylko po to, aby "golić" naiwnych itd....
Wśród wielu wpisów zauważyłem jeden, który mnie zastanowił:
Swoją opinię zamieścił tam starszy facet: Lat 71.
Na wstępie zaznaczył, że nie jest dystrybutorem Mona Vie, ani żadnej innej firmy oferującej produkty prozdrowotne i zaraz potem przedstawił listę firm i produktów, które aplikuje sobie systematycznie w ramach profilaktyki prozdrowotnej!
Nie omieszkał podać także kwot, jakie przeznacza na zakupy tych produktów co miesiąc[ zaznaczając, że jest majętnym człowiekiem i stać go na to.] Miesięcznie wydaje 600- 700zł.
Na koniec dodał, że grono jego znajomych wydaje podobne kwoty, lub większe, ale na kuracje w szpitalach i na zakupy leków zapisywanych przez lekarzy specjalistów.
A on?
Jak sam określił:
-Jest zdrowy, w świetnej kondycji i uważa, że te pieniądze, które wydaje każdego miesiąca na zakup wymienionych przez siebie suplementów diety, to najlepsza inwestycja i zysk, którego nie sposób wycenić!
    To skłoniło mnie do powrotu do Mona Vie, do produktów, które zamierzam stosować, jako dodatek w mojej diecie, bo podobnie uważam jak ten internauta: to najlepsze inwestycja i zysk dla mojego organizmu!
I jeszcze coś, dlaczego Mona Vie?
Ktoś wtrąci, no może i te soki nie są najgorsze, ale jakie drogie....
No właśnie- cena zakupu jednej butelki to ponad 100 zł, drogo?
Mam pytanie: a gdyby to było 50 zł?, jeszcze za drogo?
A gdybyś mógł pić za darmo ? No teraz głupio by było ponowić w/w zarzut, prawda?
Dlatego wybieram Mona Vie, bo i mnie też nie stać na zakupy w cenie 100zł, nawet 50 zł też byłoby trudne dla mojego budżetu, ale gdy mogę nie płacić za zakup, to nic mnie nie tłumaczy, sam siebie nie mogę "usprawiedliwić", prawda?
   P.S. I tak na koniec mam prośbę do tych wszystkich "przeciw":
   Picie Mona Vie nie jest obowiązkowe, nawet dbanie o swoje zdrowie też nie jest obarczone kodeksem karnym więc nikt nic nie musi.
   A może taki atak z wyszukiwaniem haków, to nic innego jak próba usprawiedliwienia się przed sobą samym?
Pewnie tak, ale jest jeszcze coś:
Jeśli swoim " nie, bo nie"; zrobisz "krecią" robotę zniechęcając kogoś do autonomicznej decyzji na "tak", to bierzesz odpowiedzialność za to[ być może także za jego zdrowie], a to już jest Twoje moralne obciążenie !
Kryspin



środa, 1 października 2014

Kolczatka

     Mieszkam na wsi z moim towarzyszem, wyżłem weimarskim.
Mój pies nieustannie zażywa raju i swobody, której tak niedawno jeszcze nie miał żyjąc w miejskiej matni.
Oprócz ogromnej działki ma do dyspozycji ogromne pola sąsiadów, pobliski las z pięknym jeziorem i nieograniczaną możliwość wycieczek do zagród sąsiadów, aby przywitać się każdego ranka z ich pieskami i inną udomowioną zwierzyną .
    Etna jest w miarę posłusznym psem i do tego mądrym. Na wołanie swojego pana wraca  i po przygodach poranka wraca do domowego azylu i jest szczęśliwa.
Niekiedy wychodzimy poza nasze gospodarstwo, choćby po to, aby zrobić potrzebne zakupy w sklepie oddalonym o półtora kilometra .
To taki dłuższy spacer, w czasie którego część trasy mój towarzysz musi odbywać na uwięzi smyczy.
To jest konieczne na wiejskiej drodze, po której śmigają samochody.
Ona to wie, że potrzebuje ograniczenia dla swoje żywiołowej natury i dlatego z pokorą poddaje łeb w objęcia obroży i smyczy.
Nie jest to zniewolenie i ona to wie, choć niekiedy zwierzęcy temperament  bierze górę, [a może to także pragnienie smakołyku, który otrzymuje po mojej wizycie w sklepie] i wtedy nawet na smyczy ciągnie niemiłosiernie[ a jest to silne zwierzę o wadze prawie 50 kg] i mamy kłopot.
Obserwujący nas na takim spacerze mieli z pewnością niezły ubaw, gdy wyglądaliśmy jak bohaterowie z filmu "Poszukiwany, poszukiwana", gdy Marysia zaliczała spacer z olbrzymim dogiem, który  wyprowadzał ją na spacer  szarpiąc niemiłosiernie.
    Aby rozwiązać problem zastosowałem kolczatkę zamiast zwykłej skórzanej obroży.
To przecież okrutne, pomyślałem w pierwszej chwili oglądając "narzędzie psich tortur "
Zaraz jednak dotarło do mnie, ze taka obroża,[takie ograniczenie "wolności" dla psa] nie jest średniowiecznym narzędziem wymyślonym przez sadystycznego kata, a mądrym narzędziem "dyscypliny", powstrzymującym bezmyślny psi żywioł.
Założyłem Etnie kolczatkę, która wcale nie krępowała jej szyi i nie sprawiała bólu.
W czasie spaceru mój pies tylko na początku ruszył jak zwykle niczym  strongman mierzący się z ogromną ciężarówką przytroczoną pasami do jego barków.
Po chwili i lekkim pisku zrozumiała, ze odczuwa lekkie ukłucie szyi i pojęła, że nie sprawia jej bólu spacer, który uwielbia, a bezsensowne szarpanie i przestała bezmyślnie ciągnąć .
Nareszcie spacer przestał być dla nas  koszmarem[ ją do tej pory bolała podduszana obrożą szyja, a mnie tarmoszony bark i ręka, w której trzymałem smycz]
Teraz  ona i ja czerpiemy przyjemność ze wspólnej drogi na końcu której jest sklep, w którym robię zakupy. Etana w drodze powrotnej dumnie kroczy z chrupiącą bułką trzymaną w uśmiechniętej mordzie.
Taka kolczatka[ ograniczenie] wcale nie musi zadawać bólu, pomyślałem.
Może nie tylko psy powinny mieć" kolczatki"? Może i nam, ludziom taka swoista obroża służyłaby ?
Pewnie Tak!
Kryspin
     

sobota, 27 września 2014

Logika psychiatryka!

      W czasie dochodzenia do komunistycznego "raju" władze w krajach, gdzie "biblia" Marksa, Engelsa i Lenina była przewodniczką w jedynie słusznej drodze do szczęścia wszystkich maluczkich[gdy jednocześnie wmawiano im, ze to oni: robotnicy i chłopi dzierżą ster władzy!], ludzi zagrażających [inaczej myślących] izolowano w "sanatoriach", gdzie personel chodził w białych fartuchach, a drzwi nie miały klamek!
     Jaka szkoda, że obecnie w takich "sanatoriach" nie czekają miejsca dla współczesnych "chorych" kandydatów do szczególnej terapii.
Nie byłoby trudno takich  znaleźć w grupach świecznikowych naszego państwa!
Może kilka przykładów:
>Pani Premier proponuje koleżance pracę w ministerstwie za marne 15000zł miesięcznie i do tego z perspektywą użerania się z mediami i nieustannym stresem krytyki niezadowolonych członków opozycji.
-"Kochana moja, ja obecnie zarabiam trzy razy tyle[42000 zł miesięcznie] w zarządzie PKP i mam święty spokój, a za przejazdy też nie płacę- tak mogłaby i powinna odpowiedzieć koleżanka, prawda?
I co?
W myśl zasady-Premierowi się nie odpowiada, Pani z zarządu PKP mówi:" Cieszę się, zgoda"![ aby było efektowniej, pani  kandydatka na ministra /ministrę/ z radością przeznacza 514000 złotych"słusznej" odprawy na sierotki, a niech i one się cieszą!]

Niech każdy odpowie sobie sam: która z tych pań mogłaby być  kandydatem do leczenia w w/w sanatorium!
       Kolejny przykład: doradca na dworze ustępującego Premiera pewnie ze smutkiem patrzył na perspektywę przyszłości.
Przecież jego pan nie zabierze go ze sobą do Brukseli, bo tam mu nie będzie potrzebny ekonomista, a ten na dobrych obyczajach i nauce angielskiego się nie zna. 
Wierny sługa "małego Putina" nie pozostaje jednak "sierotą"bez wdzięcznej pamięci swego dobroczyńcy.
To takie proste:
Jeden telefon do prezesa Orlenu i ten posłusznie wymyśla stanowisko w radzie nadzorczej naftowego molocha.
To przecież tak niewiele kosztuje: dodatkowe krzesło [wygodny fotel] dostawi się przy ogromnym stole i te marne 230000 zł miesięcznie nie zrujnuje firmy, prawda?
I tu znowu sprawdza się powiedzenie "klasyka"-Premierowi się nie odmawia!
No i teraz mamy zgryza, kto z tego grona powinien trafić na "leczenie": wybierzcie sami!
A tak na koniec:
Może to wcale nie szpital psychiatryczny jest tym miejscem, gdzie powinni odbywać "kurację" niektórzy ludzie naszego politycznego świecznika?
A wnioski pozostawiam wam i sobie...... do zdrowej oceny!
Kryspin

piątek, 26 września 2014

Czy Kościół jest jeszcze komuś potrzebny?

     Wczoraj odwiedziłem starego przyjaciela, którego nie widziałem od trzydziestu lat.
Znalem go jeszcze z czasu, gdy przebywałem sześć lat w seminarium, a on był moim profesorem muzyki.
W tamtym czasie dał się  poznać[ mnie i moim rówieśnikom,] jako mądry pedagog i przyjaciel młodych kandydatów do posługi kapłańskiej.
     Umówiłem się, aby podarować Księdzu Profesorowi[ teraz już szacownemu kanonikowi] egzemplarz "Zakochanej koloratki", na jej kartach opisuję między innymi jego spotkania z bohaterami zdarzeń sprzed lat.
Nadal mieszka w budynku obok Seminarium, w tym samym mieszkaniu i wygląda  prawie tak samo jak kiedyś i gdyby nie białe włosy i sylwetka nieco pochylona przebytą chorobą, to można by zapomnieć o upływie czasu.
Może dlatego przez chwilę przemknęło mi przed oczami wspomnienie, gdy jako młodzi kandydaci do służby Bożej, z uśmiechem witaliśmy każdy nowy dzień i za każdym razem z radością spotykaliśmy się z księdzem Ryszardem.
     Cały teren Seminarium położony  jest w dolinie na tyłach Katedry.Nadal wygląda znajomo: ta sama bujna zieleń, alejki spacerowe w szpalerach zielonych żywopłotów i monumentalny gmach w oddali.
No jednak nie wszystko jest identyczne z moimi wspomnieniami, bo obok starego budynku wyrosło ogromne gmaszysko, chyba dwa razy większe od tego, w którym przebywałem ponad trzydzieści lat temu.
Gdy wysiadłem z samochodu, zdziwiła mnie cisza i pustka tego terenu.
Może to jeszcze okres wakacyjny dla studentów, pomyślałem przerywając moją zadumę i udałem się na umówioną kawę.
W trakcie naszej rozmowy zapytałem gospodarza: ilu jest obecnie studentów w uczelni i otrzymałem krotką odpowiedź:
-coś około trzydziestu- poinformował mnie Stary Profesor.
-Tak, ale ilu jest wszystkich- ponowiłem pytanie sądząc, że On mówi o jednym roczniku[ w moim okresie studiów było nas ponad 180 osób]
-no wszystkich jest około trzydziestu -ponowił odpowiedź.
-Takie czasy, ten zawód nie cieszy się już popularnością- dokończył ze smutkiem w oczach, który próbował ukryć pod wymuszonym uśmiechem.
Nie chciałem dalej drążyć tematu, ale mój gospodarz wyraźnie nie miał nic przeciwko temu i nawet sam prowokował do kolejnych zdań.
-Kościół nie umie wyciągać wniosków, nie uczy się na sygnałach, które niesie świat- powiedziałem poważnie i uzmysłowiłem sobie, że moja kolejna książka:"Pasterze i najemnicy" będzie bardzo na czasie i dlatego podzieliłem się z nim informacją, jakie kwestie chcę w niej poruszyć!
-Wiesz co- przerwał mi, jakby chciał pokazać,że podziela moje zdanie uważając, że Kościół poszedł w minionych latach w dziwnym kierunku, który z nauczaniem Chrystusa ma bardzo mało wspólnego.
- jestem na emeryturze i niekiedy myślę sobie, ze gdybym przy Katedrze postawił sobie mały domek z tektury, z małym okienkiem,przez które rozdawałbym turystom kartki Ewangelii, to pewnie po godzinie z pałacu Prymasowskiego, albo z Seminarium, byłby telefon na Dziekankę[szpital psychiatryczny w Gnieźnie] i zabraliby mnie na leczenie.
-Powiem więcej- dodał:
-Gdyby Jezus pojawił się w katedrze i nauczał i swoje słowa potwierdzał cudami, pewnie przegnaliby go jako nawiedzonego szarlatana.-dokończył jakby sam do siebie z głosem rezygnacji człowieka nie z tego czasu.
      Po chwili wyszedłem od Profesora, bo szykował się do świętowania 100 lecia katedralnego chóru.
Na zewnątrz myślałem o tym, czy Kościół już nikomu nie jest potrzebny, czy jego czas mija?
Kościół musi powrócić na tory ewangelicznej pokory, pomyślałem patrząc na zionące pustką gmaszysko obok starego budynku.
Gigantomania, buta i zadufanie, brak zdolności wyciągania wniosków, to główne "grzechy" polskiego Kościoła!
Czy Kościół jest potrzebny dzisiejszemu człowiekowi?- powróciło do moich myśli kolejny raz to samo pytanie, na które chciałem sam sobie odpowiedzieć! 
     Gabinety psychoanalityków, tabuny psychiatrów nie załatwią sprawy.
Na Zachodzie Europy o tym już się przekonali i dlatego po okresie zeświecczenia odradza się w ludziach zachodu potrzeba odnowy Ducha, ale tam brakuje kapłanów !
A co nas czeka?
Może ja nie doczekam tego czasu, ale obawiam się, że moim wnukom o Bogu naukę będzie głosił kapłan o ciemnym kolorze skóry.[ i taki wniosek nie jest to przejawem rasizmu z mojej strony]
Może tak będzie?
A może się mylę?
Nie wiem !
Kryspin



czwartek, 25 września 2014

Układ zamknięty!

     Zawsze z przyjemnością oglądałem filmy z Romanem Wilhelmim.
Wspominając jego role szczególnie lubię dwie: Anioła z "Alternatywy 4" i Dyzmy z "Kariery Nikodema Dyzmy". Role bardzo do siebie podobne, śmieszne i smutne zarazem.
     W "Alternatywach 4" spotykamy człowieka  "układu " z małej pipidówy, któremu powinęła się noga i ląduje na czymś w rodzaju wygnania, jako cieć w warszawskim blokowisku.
     Anioł nie poddaje się jednak w swoich "chorych" marzeniach o karierze i dlatego większość czasu poświęca na przemyślenia: jak powrócić na "salony", do kogo się podczepić, komu służyć, aby na nowo stać się człowiekiem "układu" i w jakimś sensie mu się udaje, gdy zostaje kierownikiem osiedla.
Zrealizował swoje plany "kariery".
       Jeszcze bardziej" fascynuje" mnie "Kariera Nikodema Dyzmy",  nieudacznika, który z grajka w podrzędnej knajpie staje się człowiekiem sukcesu, członkiem "układu zamkniętego", który  niczym winda w superwieżowcu winduje go błyskawicznie na szczyty władzy!
Obu bohaterów łączy jedno: obaj weszli do "układu zamkniętego", choć w różny sposób.
      Anioł przez wybujałe ego prowincjonalnego aparatczyka, który nad uczciwą pracę stawiał nieustanne  "podczepianie" się i pozyskiwanie "łaski" ludzi z układu i nie przepuszczał żadnej okazji, aby dać się im zapamiętać[ scena na klatce schodowej, gdy wraca na półpiętro, aby naprawić swoją gafę, by pokłonić się Winnickiemu, a inaczej mówiąc, by ten zapamiętał, kto go szanuje]
     Dyzma do" układu zamkniętego" dostaje się przypadkowo znajdując zaproszenie na raut elit władzy, a później jest już z górki.
Bezczelność do granic chamstwa no i ludzie z "układu zamkniętego", których fascynuje facet,  potrafiący rozpychać się łokciami i do tego ośmielił się być arogancki w stosunku do figury "układu".
W jednym i drugim przypadku "karier"widzimy jedno: nie potrzeba uczciwie pracować, by zdobyć uznanie !
Ba nie potrzeba mieć nawet podstawowych kwalifikacji, wykształcenia, by zrobić KARIERĘ!
"Układ zamknięty"[to określenie zapożyczyłem z głośnego filmu emitowanego u nas niedawno] funkcjonuje i ma się dobrze, ale.....?
No właśnie!
      Gdy wspominam  czas, gdy pracowałem w firmach ubezpieczeniowych[ kilku w mojej przeszłości] to tam spotkałem fenomen" układu" , gdy przez długi czas nie mogłem pojąć, że stanowiska dyrektorów oddziałów obejmowali stale ludzie z jakiegoś "klucza", a ściślej rzecz ujmując była to ekipa zmieniająca firmy   [ z powodu miernych efektów swojej pracy, nie mówiąc już o działaniach podlegających pod zarzuty prokuratorskie], ale zawsze na poziomie dyrektorów oddziałów, lub o zgrozo, awansujących do centrali Firmy na jeszcze bardziej lukratywne funkcje!.-ale o tym "fenomenie" napiszę innym razem.
Osobnym przykładem dziwnego "klucza "są trenerzy naszych piłkarzy!
Facet nie spełnia oczekiwań w jednym klubie ekstraligi i po chwili realizuje się w innym, za te same, albo lepsze pieniądz- dziwne prawda?
    No ale to już nie nasza sprawa, bo i w firmach ubezpieczeniowych i w klubach są Prezesi, właściciele, którzy wykładają własną kasę na tych nieudaczników z "układów"[dyrektorskich, trenerskich] i nic nam do tego! No może trochę żal, że mamy taką ligę, jaką mamy[ ale skoro ludzie chodzą na mecze i płacą bilety za miernotę.....? No to trudno.....]
     Mnie przeraża inny "układ zamknięty", ten który kręci się na szczytach naszej władzy!!!!
>Premierem  dużego państwa europejskiego, jakim jest Polska, zostaje prowincjonalna lekarka, która szlifowała przez lata swoją "karierę" niczym Anioł z serialu- nie jest ważne przygotowanie, ważna wiernopoddańcza miernota, coś na kształt służby panu Tuskowi![gdyby choć raz w ciągu minionych lat okazała, że jest osobą myślącą- pewnie już by była na aucie przychylności "małego Putina"]
Gdyby spojrzeć na osoby, które sobie Pani Premier dobrała, moglibyśmy kolejny raz przeżywać
"śmiech "serialowych karier Pana Romana Wilhelmiego.
Ktoś powie,przykłady:
-Minister zdrowia- buc[no może lekarz] z karetki pogotowia !
-Minister Spraw zagranicznych- facet nieznający języków obcych o wyglądzie wiejskiego karczmarza!
-Minister spraw wewnętrznych- katechetka, której największym atutem jest znajomość z Panią Kopacz!
       Może już wystarczy, choć można by wymieniać kolejne ministerstwa w takim samym tonie!
Śmieszne? 
Może....?
Ale tylko wtedy, gdy zapomni się, że nie jesteśmy w sali kinowej, w której zasiadamy wygodnie w fotelach, by przez dwie godziny bawić się do łez komedią!

Kryspin
 



środa, 24 września 2014

Aktywa i pasywa!

     W czasie, gdy zaliczałem okres edukacji, do głów wtłaczano nam: że miarą postępu, rozwoju państwa jest zmniejszający się procent ludzi zajmujących się rolnictwem!
W tamtym czasie byliśmy jeszcze krajem rolniczo- przemysłowym, o czym informowano nas w tzw.Rocznikach Statystycznych, mądrych książeczkach zawierających info o ilości produkcji w każdej dziedzinie aktywności, od ilości wyprodukowanych i skupionych buraków cukrowych do liczby dzieci narodzonych na polskiej ziemi w minionym roku.
     Nasi nauczyciele, niczym dzisiejsi eksperci z makro ekonomii, informowali nas o perspektywach i trendach koniecznych, aby nam wszystkim i naszym następcom żyło się lepiej.
Jak mantrę powtarzali: że postęp rozkwita się w miastach, w produkcji molochów: typu Nowa Huta, kopalnie Śląska i Zagłębia, dumne stocznie na Wybrzeżu i liczne zakłady produkcyjne w innych ośrodkach miejskich dających zatrudnienie milionom.
    Wizja raju stanie się rzeczywistością, gdy tylko odwrócimy tendencję i staniemy się krajem: przemysłowo- rolniczym, wieścili" mądrzy"!
Prosta definicja dochodzenia do szczęścia, prawda?
    Od czasu, gdy za przyczyną moich mentorów, poznawałem w jakim kierunku musi kroczyć nasze życie, aby niczego już nam nie brakowało, minęło kilkadziesiąt lat i choć już zestarzałem się nieco, przyznaję:  mieli rację, choć nie do końca!
Przeszliśmy okres dochodzenia do zmiany makroekonomicznej tendencji w naszej rzeczywistości i staliśmy się krajem przemysłowo- rolniczym!
      Huraaaa!
Czyli co, dotarliśmy do naszej "Ziemi obiecanej'!
      Nasze miasta wypiękniały, betony zastąpiła kostka pozbrukowa, koszmarne osiedla mieszkaniowe z blokami przypominającymi ogromne łoże fakira[bloki niczym gwoździe na przygotowanej płycie sterczały tworząc obraz zwany blokowiskami] zostały zastąpione ekskluzywnymi osiedlami [najczęściej zamkniętymi i strzeżonymi i nic to, że przez ledwo człapiących emerytów w śmiesznych uniformach- czymś na  kształt mundurów], na deser centra handlowe opasające obrzeża  naszych aglomeracji, no i jeszcze prestiżowe dzielnice, w których wyrosły fantazyjne posiadłości zamieszkiwane przez tych, którym życie dało najwięcej!
Piękne są nasze miasta, w których czuje się zapach zmian, konsumuje się owoce postępu.
No może ten zachwyt byłby mniejszy, gdyby powróciły zapomniane Roczniki statystyczne, bo wtedy oprócz samozadowolenia poczulibyśmy chyba trochę niepokoju?
Gdy media niekiedy, trochę wstydliwie informują nas o tzw deficycie budżetowym, to nie bardzo umiemy to usłyszeć, a już na pewno nie chce nam się o tym myśleć!
Deficyt: zadłużone miasta, państwo- a co to nas obchodzi, zdajemy się uspakajać samych siebie!
A my?
Nasze życie opasaliśmy także deficytem:
Dom, mieszkanie w kredycie na 30 lat!
Samochód[ nowy] w kredycie na 8 lat!
Studia w kredycie na 4 lata!
Wczasy za granicą w kredycie na 2 lata!
A jeśli brakuje nam gotówki, na każdym rogu ulicy bank, lub inne firmy oferujące pieniądz: Tylko bierz i nic to, że za kolejnym rogiem czeka komornik albo jakiś windykator: karuzela życia się kręci!
Człowiek lubi posiadać, czuć się ważnym, zaspokajać swoje pragnienia i brnie w pasywa!
       Kiedyś byłem na szkoleniu mądrego ekonomisty, który uświadomił mi, że wiele rzeczy, którymi się otaczamy, to nasze pasywa, które owszem, są przyjemne, ale nie tworzą bezpieczeństwa ekonomicznego, a niekiedy powodują zadyszkę płynności finansowej i w skrajnych okolicznościach prowadzą do bankructwa!
     Ta sama rzecz, którą posiadamy, może być aktywem lub pasywem!
Aktywem będzie samochód, który wozi nas do pracy, ale to samo auto staje się pasywem, gdy jego głównym zadaniem staje się zaspakajanie naszej zachcianki i używamy go tylko do przejażdżek poza miasto!
Oczywiście posiadanie pasywów nie jest niczym nagannym, ale staje się uciążliwym, gdy koszty utrzymania takowych nas przytłaczają powodując jakże znany nam stres: "Skąd mam na to wszystko brać, albo ile jeszcze godzin mam się zaharowywać, aby to wszystko spiąć w moim budżecie?"
     Człowiek ma pragnienia: samochodu, lepszego samochodu, domu, większego domu......itd.
No i dobrze,ale tylko wtedy gdy potrafimy w naszych marzeniach zachować umiar i rozsądek i nie tworzymy sami sobie nadmiernego deficytu[ kredytowego zadłużenia ponad możliwości!]
A ja?
Niejednokrotnie popadałem w pokusę życia w deficycie, a jakże!
Ale człowiek powinien się uczyć na własnych błędach i może z błędów innych wyciągać wnioski!
A jeszcze lepiej uczyć się od życiowo mądrzejszych !
       Jeszcze tak niedawno oglądałem w salonach piękne fury, nowe, pachnące luksusem samochody i marzyłem sobie o sprawieniu takiego i może los celowo "chronił" mnie przed takim zakupem[zwyczajnie nie miałem kasy i możliwości kredytowej] i nie nabyłem luksusowego pasywa!
     Mieszkam teraz na wsi i przypominam sobie czasy, gdy i rolnicy oddawali się fali pragnienia posiadania luksusowych pasywów.
Dawało się to zauważyć w niedzielne przedpołudnie, gdy przed wiejskimi kościółkami parkowały  pachnące świeżością lakieru polonezy kupione po kampanii buraczanej i nic to, że w stajni przy korytach nadal mieliły  owies  koniki.
Wtedy niedzielę miały  dzień odpoczynku, by w tygodniu nadal służyły do ciężkiej pracy, gdy ciągnąc pług, wyorywały kolejne fundusze na zakup wymarzonych przez rolnika pasywów..
A jak jest teraz?
Zdaje się, że teraz możemy się uczyć od tych samych rolników ekonomicznej mądrości:
Jeden przykład z gospodarstwa obok mojego siedliska
Pan Roman ma 12 hektarów ziemi.
Gospodarstwo małe jak na dzisiejsze czasy, ale na podwórzu stoją trzy ciągniki, choć jeden pewnie by mu wystarczył na pracę na tak małym areale, a on ma trzy?
Obserwowałem jego codzienną pracę:
Nie biegał, aby odczepiać i zaczepiać zmieniane narzędzia, maszyny rolnicze, a przesiadał się tylko z traktora na traktor i oszczędzał w ciągu dnia masę czasu i sił.
Mądre i wygodne, pomyślałem!
On wspaniale zarządza swoim czasem i unika stresu, zabiegania i jest stale zadowolony.
Później  obserwowałem i innych sąsiadów, którzy podobnie jak Roman zorganizowali sobie pracę bardzo mądrze z wykorzystaniem postępu,[ nowe maszyny ułatwiające wszystkie prace].
Otoczyli się aktywami [niekiedy bardzo drogimi], ale one pracują dla nich i tworzą nową "sielankę" wsi.
A co z niedzielą, pomyślałem i przeszedłem się wokół wiejskiego kościółka wypatrując wypasionych fur [tego można by oczekiwać mając w świeżej pamięci traktory za kilkaset tysięcy, który orzą pola rolników] i tu moje zaskoczenie,,,,,
W przytłaczającej większości przed świątynią stały  autka już nieco leciwe, a z pewnością nie mające nic wspólnego ze szpanem polonezów sprzed trzydziestu lat.
Po chwili z kościoła[ po niedzielnej mszy ]wyszli spokojni, zadowoleni z życia ludzie i wtedy przypomniałem sobie obrazek spotykanych  na parkingu przed centrum handlowym niedzielnych zakupowiczów!
Ujrzałem wtedy spoconych, umęczonych klimatyzowanymi wnętrzami sklepów klientów  popychających metalowe, wypełnione po brzegi pasywami wózki!
 I do tego wszystkiego ten  ich wyraz twarzy....l?
Nie było w nich beztroski i spokoju, a raczej ciągłe napięcie i wzrok niepewności.
Może już w tamtej chwili, gdy pakowali [do swych lśniących nowością leasingowych lub nabytych w kredycie samochodów] te kolejne pasywa, zastanawiali się po co im to wszystko?
      Kochani: zapraszam was na wieś i nie tylko na wczasy w gospodarstwie agroturystycznym, ale po naukę!
Może zrozumiecie lepiej: czym są aktywa i pasywa i jak ważną rzeczą jest równowaga pragnień i rozsądku?
Ja to zrozumiałem, czego i wam życzę!
 Kryspin
  

wtorek, 23 września 2014

Kto nie lubi, a kto nienawidzi szczęścia?

      Wczoraj powiedziałem, że jestem szczęśliwy, bo kocham i jestem kochany!
Dzisiaj chciałbym podzielić się moimi spostrzeżeniami dotyczącymi zazdrości i nienawiści!
      Tak: nie lubimy myśleć o szczęściu: zwłaszcza wtedy, gdy ono przechodzi   obok nas, a my jakoś go nie doświadczamy.
Czujemy wtedy smutek panny z  potańcówki, która grzeje ławę w rogu wiejskiej remizy, gdy wymarzeni kandydaci do kolejnego tańca zapraszają dziewczynę obok niej!
Nieszczęśnica myśli wtedy ze łzami w oczach: "Czym ona zasłużyła sobie na takie powodzenie, gdy ja jestem przecież niczego sobie, a tatuśko ma tyle świń i hektary w ilości powodującej zawrót głowy u niejednego łowcy wiejskiego posagu?
Dlaczego więc ona, a nie ja?"
Od takiej frustracji już tylko krok do złości i wtedy zaczyna się:
"Ta zdzira w ogóle siebie nie nie szanuje, a do twego......"
No właśnie tu następuje tworzenie fabuły do "scenariusza" -pisanego  niechęcią!
      >Jeśli doświadczasz szczęścia, przygotuj się na "scenariusz" pisany niechęcią i to przez najbliższych, bo ci z oddali będą co najwyżej kibicami, słuchaczami sensacji!
Tak powstają plotki życiowych "frustratów", którzy swoje niepowodzenia życiowe, pretensje, że los pominął ich w chwili, gdy rozdawał "szczęście"; wyładowują poprzez szerzenie nieprawdy o tych, którym się "udało"!
     >Jeśli doświadczasz szczęścia, to bój się innej grupy: ludzi karmiących się nienawiścią!
To grupa nieszczęśników, którym należy najbardziej współczuć!
Kim więc oni są?
Najkrócej określić ich można jako osoby nierozliczone ze swoim sumieniem!!!!
       Kiedyś w ich oku zagościła "ewangeliczna belka", gdy swoim postępowaniem zafundowali sami sobie traumę krzyczącego własnego sumienia: "popełniłeś zło, niegodziwość, zbrodnię ....., ale możesz uwolnić się od mego wyrzutu, ale uznaj swoją winę, żałuj i napraw krzywdę"-a człowiek nie podejmuje trudu, nie współpracuje ze swoim sumieniem licząc, że ta okropna "belka" jakoś sama zaniknie, może z czasem zmurszeje i wypadnie; a ona nadal tkwi w "oku" jego duszy przekreślając jakąkolwiek szansę na prawdziwe szczęście!
To jest największe nieszczęście osób nierozliczonych ze swoją[ niekiedy bardzo ciemną] przeszłością i wcale nie doznają ulgi nawet wtedy gdy zaczynają okupywać pierwsze ławy w kościele tworząc iluzję "dobrego katolika"!
       Taka osoba niczym potępieniec[ osoba przebywająca w piekle swojej beznadziei] skorzysta z pierwszej okazji, by jadem nienawiści zaatakować szczęście! 
       Taki człowiek opętany nienawiścią nie waha się przed tworzeniem najgorszych oszczerstw, by ranić szczęście i wtedy na "widowni" znajduje "klakierów", którzy z podobnymi "belkami "w swoich oczach, karmią się na uczcie 'nienawiści", na którą skwapliwie przybywają!
       To boli najwięcej, bo taki jad rozbryzgują najczęściej osoby, które wydawały nam się takie bliskie, które obdarzaliśmy miłością, to niestety boli!
Co nam więc pozostaje oprócz żalu?
Pozostaje nam współczucie i nadzieja, że Dobry Bóg nie zamyka swojej miłości przed nikim i nie chce:"...Śmierci grzesznika, ale by się nawrócił i żył...."
Kryspin


poniedziałek, 22 września 2014

Moja definicja szczęścia!

       Po kilkunastu latach transformacji tylko wspomnieniem mojego i starszego pokolenia pozostał czas, gdy wszystko zdawało się towarem deficytowym, a sklepy kojarzyły się nam z pustymi półkami, na których towar nigdy nie zagrzewał miejsca, bo w biegu, prawie nie dotykając sklepu, znajdował nabywcę, który zdawał się być szczęśliwcem, rodzajem zdobywcy paradującego z trofeum pośród tych niemających tyle szczęścia lub determinacji, aby wystać papier toaletowy, czy paczkę kawy!
      Dobrze, że zakończył się ten czas absurdu, gdy kazano nam się cieszyć z kubańskich niby pomarańczy, czy wyrobów czekoladopodobnych [dla młodszych: pomarańcze z Kuby w smaku przypominało rozmiękłe drewno,a wyroby imitujące czekoladę smakowały jak margaryna zabarwiona na brązowo].
jesteśmy wdzięczni, że opadła żelazna kurtyna, runął mur berliński i świat stał się jakby bliższy.
Teraz do woli możemy się pławić w wolności, podróżować za kilka złotych tanimi liniami lotniczymi na krańce Europy, a ci bardziej obdarzeni kasą i fantazją, mogą wylegiwać się na białym piachu Malediwów  w czasie, gdy u nas śnieg i zadymy okropnej zimy, która jakoś po staremu obdarza nas mrozem.
Staliśmy się nowocześni, otwarci na zdobywanie wszystkiego, co za pieniądze można sobie kupić!
       To nic, że teraz pracujemy po kilkanaście godzin na dobę! To nic, że niekiedy nie mamy czasu na widzenie naszych dzieci, którymi całymi dniami zajmują się dziadkowie, bo ich dzieci muszą się dorobić!To nic, że w rodzinach brakuje mężów z powodu tygodniowych, miesięcznych czy kwartalnych wyjazdów za "chlebem"!
      To wszystko nic, bo przecież tak trzeba: dla chleba z masełkiem, lepszym masełkiem , po które wypada pojechać na sąsiednią ulicę droższym, nowszym samochodem, z piękniejszego domu na prestiżowym osiedlu, gdzie nieustannie rozgrywane są "igrzyska": kto więcej, lepiej, w większym luksusie!
A może warto by zatrzymać się na chwilę i odpowiedzieć sobie samym: Po co żyjesz ?
      Ktoś powie teraz, że podejmuje trud, ciężką pracę, wyrzeczenie i niewygody, aby zapracować na szczęście swoje i swoich najbliższych, aby im [młodym] kiedyś było lepiej.
      Czym jest szczęście[ Możemy przewertować setki tomów z rozprawami filozoficznymi, aby tam odnaleźć odpowiedź na to pytanie], ale pewnie i tak nie wyczerpiemy definicji twego, czym jest szczęście?
Dla każdego pewnie jest ona inna, choć na pytanie, czego w życiu pragniesz najbardziej, większość bez namysłu odpowie: SZCZĘŚCIA!!!
Przy promocji "Zakochanej koloratki" często zadaję przyszłemu czytelnikowi to samo pytanie:
Czego pragniesz w życiu?
Wśród wielu odpowiedzi jedna zdecydowanie przeważa: Pragnę miłości!
Może więc w tym zawiera się szczęście?
Będę wdzięczny za wasze głosy: Co według was jest szczęściem i czego wam potrzeba, abyście określili siebie jako szczęśliwych!
Dla zachęty, odpowiem jako pierwszy:
Dla mnie szczęście, to kochać i być kochanym prawdziwą, wielką miłością!
Aby była jasność!:
        >Nie mam luksusowego samochodu[nawet nieluksusowego też nie mam!],
        >mieszkanie wynajmuję[nie dorobiłem się majątku w nieruchomościach],
        >nie posiadam nabrzmiałego konta w banku[ nienabrzmiałego też nie mam];
A jestem szczęśliwym człowiekiem, bo kocham i jestem kochany cudowną miłością!
Kryspin
P.S.
W zaufaniu wam powiem, że bardzo wielu ludzi mi zazdrości, ale czego?
No właśnie tego, o czym napisałem na końcu!
Pozdrawiam wszystkich szczęśliwych i tych nieszczęśliwych także
Kryspin   

sobota, 20 września 2014

Przygotowanie do życia z miłością!

      Telewizja ma wielką moc!
Z tym stwierdzeniem nikt nie dyskutuje, bo wszyscy mamy świadomość, że media,[ wśród których telewizja wiedzie prym,] są czwartą, a może nawet pierwszą władzą!
Świat idzie z postępem i nie mamy na to wpływu.
      Kiedyś władzą był senior rodu, który przy ognisku rozpalonym przed czymś, co dziś określilibyśmy domostwem, zasiadał w gronie bliskich i przekazywał im swoje rady, doświadczenie życiowe,pouczał , dyscyplinował i miał posłuch w gronie tych, którzy wierzyli jego mądrości.
      Następne pokolenia powielały ten model pozyskiwania i przyjmowania mądrości dla swoich celów, aby dobrze żyć.
      Później zaczęły się tworzyć grupy wpływające na pozostałych, mniej wyrywnych w potrzebie dzielenia się swoją mądrością, a może mniej odczuwający potrzebę posiadania władzy nad innymi i zaczęły brylować w społecznościach osoby o cechach przywódczych, które jednocześnie uzurpowały sobie prawo do narzucania pozostałym swojego widzenia świata, w którym to oni wiedzą lepiej.
      Tak narodziły się klany władzy, decydentów nadających sobie tytuły książąt, królów faraonów itd.
Obok tychże "ambitnych" homo sapiens, niemalże równolegle rozrastała się grupa osób, które uważały, że dla podkreślenia swojej pozycji warto podpierać się jeszcze kimś ponad masą współplemieńców i dlatego powoływali mitycznych nadludzi, bogów uwierzytelniających ich prawa do rządzenia tłumami.
Przez wieki grupy kapłanów[ osób bliskich tym najczęściej wymyślonym mitycznym władcom świata] stali się drugą, a później nawet pierwszą władzą w konfrontacji z ziemskimi decydentami!
       Kolejnym obozem władzy ludzkich dusz stał się Kościół, choć na swoją pozycję musiał pracować przez wieki, od okresu, gdy był małą organizacją "buntowników" zachwyconych swym przywódcą Chrystusem, dla którego gotowi byli składać daninę swojej krwi,gdy ginęli w czasie prześladowań pierwszych wieków!
Później było już tylko "lepiej"!
Krew przelewano[ a jakże], ale była to już krew tych, którzy nie potrafili zrozumieć, że trzeba z pokorą poddać się tworowi, który przez setki lat stał się niekwestionowaną pierwszą władzą!
      I oto w tak największym skrócie dochodzimy do naszych czasów, gdy na tron wdzierają się kolejni chętni do rządu dusz!
Czy media stają się dziś nową religią, czy czaka nas zmierzch Kościoła, po którym pozostanie tylko wspomnienie i stopniowo obracające się w ruinę monumentalne budowle, które po wiekach nawiedzać będą pokolenia nowych homo sapiens w towarzystwie niby ludzi, może androidów przewodników?
      Mam nadzieję, że nie bo....!
No właśnie: od niepamiętnych czasów[ przynajmniej od okresu pana Darwina] używamy dla siebie określenia homo sapiens- istota myśląca! 
To jest nadzieja na to, że nie pogrążymy się w kolejnym okresie poddaństwa nowej władzy, niezależnie czym lub kim ona będzie się podpierała.
Następną nadzieją, którą zauważam i to jest moim zdaniem największe bezpieczeństwo dla nas ludzi, to to, że człowiek oprócz myślenia, racjonalnego pojmowania rzeczywistości, ma jeszcze jedną piękną cechę: człowiek ma serce i potrafi je używać!
Nie myślę tu o tym, ze jest to zwykła pompa tłocząca krew, ale jest ono czymś więcej!
I tu dochodzę do sedna naszego dzisiejszego spotkania i wytłumaczenia, dlaczego tak długo dochodzę do tego, co mógłbym powiedzieć i bez tego wstępu!
      Przez kolejne telewizyjne stacje[ nastąpiła zmiana i już temat pedofili ustępuje pierwszeństwa] prowadzona jest dyskusja na temat wieku, w którym nasze pociechy powinny dowiedzieć się co to jest seks i do czego oprócz siusiania służą wiadome narządy u chłopca i dziewczynki.
I tu czwarta [może nawet i pierwsza władza] wypełnia nam czas i umysły poglądami dwóch stron:
Po lewej- zwolennicy edukacji seksualnej prawie od pieluch.
Tę opcję reprezentują najczęściej znane "osobistości", rodzaj celebrytów amoralności!
Pozwolę  sobie wymienić kilka nazwisk:
Pani Nowicka- vice Marszałek Sejmu, a prywatnie i z wewnętrznego przekonania pierwsza krzewicielka idei aborcyjnej na masową skalę,
Pani dr Kazimiera Szczuka- zdeklarowana lesbijka [proszę nie myśleć, że jestem homofobem, ale ona sama o tym mówi]
Pan, którego nazwiska nie pamiętam[radny z Warszawy o ciemnej karnacji, znany z tego, iż jest aktywnym krzewicielem małżeństw homoseksualnych]
Na miły Bóg, miejcie trochę pokory i nie wypowiadajcie się w sprawach, które was nie dotyczą, nie zabierajcie głosu w sprawie rządu dusz naszych dzieci!
       Po drugiej stronie barykady pan dr Terlikowski i inni przedstawiciele społeczności katolickich.
I tu uczciwie powiem, że ta grupa ma większe prawo do zabierania głosu na temat wychowania dzieci[chociażby dlatego, że je mają!]
Ale, no właśnie znowu ale!
       Wasz głoś jest zaszufladkowany i odbierany, atakowany, niekiedy obśmiewany[ pan Kuba Wojewódzki- naczelny pajac grup wrogich jakimkolwiek wartościom] jako słowa Katolików zniewolonych ramami narzuconymi przez organizację, do której należycie!
       Wyobraźcie sobie, ze w naszym społeczeństwie są wierzący, niewierzący, liberałowie hedoniści, moralni purytanie i wszelkie inne nacje wyznające swoje kanony moralności i co?
A do szkół trafią dzieci tych wszystkich grup o odmiennym podejściu do sprawy płciowości i ????
Przygotowanie do życia w rodzinie, przygotowanie seksualne- to najczęściej przewijające się tematy i propozycje aktywności w edukowaniu naszych pociech w sprawach ważnych, z którymi będą się spotykać w czasie swojego całego życia.
Niekiedy odnoszę wrażenie, że te dwie antagonizujące się strony podzieliły człowieka na pół:
Jedni uznali, że ośrodek decyzyjny odpowiedzialny za zachowania mieści się gdzieś od pasa w dół i tylko to powinno być tematem rozważań i nauki, a druga grupa widzi człowieka od szyi w górę i tam odnajduje adresata edukacji w sprawach intymnych.
A mnie się wydaje, że jedni i drudzy zapominają o środku człowieka,o jego sercu, gdzie symbolicznie postawiliśmy domek dla "Księżniczki " noszącej Tytuł: Miłość!
Może warto by nasze dzieci edukować właśnie w tym kierunku:
Może szanowni decydenci pomyślicie, niezależnie od waszych obozów wpływów, że Miłość jest najważniejsza!
Wnioskuję aby wprowadzono i realizowano przedmiot nauczania: Przygotowanie do życia z miłością!!!!
Słaby, pojedynczy głos nic nie znaczy,to prawda!
Proszę więc was wszystkich, którzy podzielacie taki pogląd: przyłączcie się do mnie i niech nas będzie wielu, coraz więcej: Postulujemy- niech nasze dzieci, my sami także; edukujmy się do życia w miłości i z miłością[także w sprawie seksu, który bez miłości jest tylko prymitywnym  rodzajem zaspokojenia naszego fizis!]
Kryspin
P.S.Jeśli podzielasz ten pogląd, prześlij ten post swoim znajomym!


piątek, 19 września 2014

"Obiad powinien zawierać deser!"

      Dzisiaj podzielę się z Wami fragmentem mojej kolejnej książki, która nie ma jeszcze tytułu, choć powstało już kilkadziesiąt stron zawiłej historii pragnienia powrotu szczęścia, które można odnaleźć tylko kochając i będąc kochanym!
...."Do mieszkania przy Wojskowej zapukał "Kosa", facet o wyglądzie, który nie zachęcał do otwarcia drzwi, nie wspominając o zaproszeniu go do środka.
Łysy Kark z widocznymi tatuażami wylewającymi się spod rozpiętej koszuli i fioletowa kropka przy oku, do tego umięśniony tors i ciuchy odpowiednie dla nastolatka; to wszystko nie pasowało do faceta po pięćdziesiątce.
Ksywa:"Kosa" też nie budziła dobrych skojarzeń przy przedstawieniu.
-Sie masz Roberto- wykrzyczał od progu i przystąpił do powitania żywcem przypominającego sceny z filmu o zwyczajach mafii lub czegoś co można zaobserwować w zachowaniach typów z półświatka.
 -Sie ma Darek, jak mnie tu znalazłeś- odpowiedział mu Robert z widocznym zażenowaniem spowodowanym niespodziewaną wizytą.
Po chwili przystąpił jednak do prezentacji kolegi Jerzemu, który stał  nieco z tyłu.
-To jest Kosa, mój kolega z piaskownicy można by rzec, to znaczy: dorastaliśmy na tym samym osiedlu i jeszcze coś.....
Zawiesił głos z lekkim uśmiechem:
-Oboje mieliśmy żony , baletnice - dokończył nadal szczerząc zęby.
-Sory brachu, ale nie przyszedłem do ciebie, abyś mi przypominał ten niemiły epizod, który dla mnie już dawno jest zamkniętą kartą- Kark odpowiedział z grymasem skrywanym pod krzywym uśmiechem
-Ale  zdaje się, że teraz i ty możesz powiedzieć o sobie, że wyzwoliłeś się z Renaty.-Powiedział poklepując Roberta po ramieniu, by po chwili dodać:
-No i dobrze, że wreszcie zmądrzałeś- dokończył rozsiadając się w fotelu.
  Jako gospodarz mieszkania Jerzy zaproponował kawę, na którą Kosa z pełnym luzem przystał w stylu stałego bywalca szemranego lokalu i tak też to odczuł Jerzy, bo przez chwilę poczuł się jak kelner,któremu klient wyraził niedbale aprobatę na polecone danie.
Teraz Kark od razu przeszedł do monologu, jakby kompletnie nie interesowało go to, dlaczego Robert wylądował na "wygnaniu", dlaczego Renata wyrzuciła go z domowych pieleszy enty raz, jak będą wyglądały kolejne dni  życia jego kolegi;to wszystko zdawało się dla Kosy mało istotne, i wcale po takie informacje do nich przybył.
-Wiedziałem, że prędzej czy później spotka ciebie to samo, co ta moja kurwa zrobiła ze mną stary- rozpoczął z miną człowieka doświadczonego życiem.
-Ale nie masz się co przejmować, bo teraz będziesz nareszcie wolny, a do ruchania dziwek jest na pęczki!- wygłosił swoją kwestię i zaciągnął się papierosem wyraźnie zadowolony z siebie i jakby na potwierdzenie swych słów opowiedział im o ostatnim swoim doświadczeniu, gdy na zapleczu hotelowej knajpy,[ a konkretnie w toalecie] zaliczył małolatę, która jak podkreślił:
"obsłużyła go jak najlepsza kurwa!"
Jerzy siedział naprzeciwko Łysola i cały czas odczuwał  on mówił to wszystko ze względu na niego, aby pochwalić się swoimi możliwościami, których[ w mniemaniu Kosy] mogliby pozazdrościć mu faceci wv jego wieku, nie wyłączając gospodarza!
-No widzisz przyjacielu- Jerzy odezwał się, gdy tamten zabrał się do lekko już przestudzonej kawy
-Nie mogę pochwalić się takimi historiami jak ta, którą tak obrazowo nam opowiedziałeś- zawiesił głos na chwilę, aby zaraz dodać:
-I to z prostego powodu...
-Bo nigdy nie ruchałeś takiej sztuki-Kark wtrącił z uśmiechem triumfu, który cały czas malował się na jego łysej gębie.
Jerzy w tym momencie pomyślał, że on jest bardzo podobny do Mussoliniego, który podobnie układał usta w charakterystyczny grymas zadowolenia z samego siebie po wygłoszonym dopiero co przemówieniu.
Rozbawiło go to porównanie tym bardziej, gdy w wyobraźni zobaczył obraz dyndającego na szubienicy Ducze, gdy dopadli go jego rodacy wymierzając sprawiedliwość za zbrodnie, których się dopuścił
-I to z prostego powodu- powtórzył zdecydowanym głosem zamykając usta  Kosy, który zamilkł
-Przez wszystkie lata, przez ponad trzydzieści lat miałem tylko jedną kobietę, którą kochałem- kolejny raz zawiesił głos nie spuszczając jednocześnie wzroku z milczącego teraz gościa
-Kiedyś mój kuzyn, trochę starszy od ciebie, zaproponował mi "rajd" po burdelach, których był stałym bywalcem.
Mial podobne wspomnienia do tych, o których przed chwilą opowiadałeś.
Zaoferował mi nawet, że pokryje koszty wszelakich "przyjemności",  a ja odmówiłem.....
-No i zrobiłeś błąd, bo nie wiesz, co cię ominęło- Kosa kolejny raz wtrącił bezczelnie.
-Powiem teraz tobie, co powiedziałem wtedy Stefanowi- Jerzy kontynuował, jakby nie słyszał głupiego wtrętu Łysola:
-Wtedy powiedziałem mu grzecznie, ze dziękuję, bo mam to wszystko: Piękną żonę, która ma tylko dla mnie cudowne ciało, jest mi najlepszym przyjacielem i niesamowitą kochanką!
Przerwał na chwilę i przybliżył się do Kosy, aby patrząc mu prosto w oczy dodać:
-Jednego mu nie powiedziałem i przez lata nie dawało mi to spokoju...
-Stefan wtedy był w twoim wieku, ale ty wyglądasz lepiej od niego. On do tego miał duży brzuch i dziury po zębach, które stracił prowadząc bujne życie!
Był  jednak równie stary jak my i po jego opowiadaniach miałem zawsze jeden obraz.....Jerzy kolejny raz zawiesił głos nabierając powietrza jak przed ktoś wysiłkiem.
-Przez wiele dni prześladował mnie obraz młodych, pięknych dziewczyn, które po spotkaniu z takim typem jak Stefan pewnie lądowały w kiblu i zwyczajnie rzygały na samo wspomnienie tego, co przeżyły.
Skończył mówić, ale cały czas patrzył na Kosę, kory nie odzywał się przez dłuższą chwilę i nawet głupawy uśmiech w stylu Mussoliniego jakoś nie chciał mu powrócić, a swoje zmieszanie próbował skryć nerwowo kręcąc zapalniczką przesuwając ją między palcami
-No nie porównuj mnie do bezzębnego penera, bo chyba wyglądam inaczej niż on..?
-Broń Boże, nie porównuję cię do niego, bo nie mam nawet prawa tak uczynić.
-Gdy wspominam to, to myślę także o sobie, bo chyba jesteśmy w podobnym wieku, prawda?
-I powiem tobie, że te3ż jestem normalnym facetem!
Jeszcze bardziej zbliżył się do Kosy, by kontynuować:
-Gdy siadam do obiadu, oprócz schabowego do pełni rozkoszy smaku potrzebuję deseru, bez którego posiłek jest mi niepełny.
-Gdybym intymne spotkanie z kobietą miał sprowadzić tylko do seksu bez uczucia, to właśnie tak bym się czul, jak przy obiedzie bez deseru!
-I jeszcze jedno.....To musi być słodki akcent; a staje się on taki tylko wtedy, gdy kobieta odczuwa to samo, czyli tez mnie kocha!
-No może masz trochę racji-Kosa skomentował jego słowa, ale powiedział je tak cicho, jakby mówił je tylko do siebie......
        Do końca spotkania ich gość nie wracał już do samochwalczych wypowiedzi w stylu macho i nawet ograniczył ilość wulgaryzmów, które do na początku spotkania mnożył niczym przecinki w zdaniu......"
Moi drodzy, chciałbym, aby ten fragment zapoczątkował naszą rozmowę na temat wagi miłości w naszym życiu i tak sobie myślę, że może dobrze by było, aby młodzi ludzie na progu dorosłości nie zadowalali się "Obiadem bez słodkiego deseru"
Kryspin



środa, 17 września 2014

Pasterz i najemnik!

      Każdego ranka pijąc poranną kawę na tarasie mojego wiejskiego siedliska spoglądam w kierunku monumentalnych budowli  na lednickich polach postawionych przez Ojca Jana
Pogasły już światła potężnych reflektorów strzegących ten teren każdej nocy i pewnie kolejna zmiana dozorujących te mury strażników udała się na spoczynek, a pracownicy[ woluntariusze] kręcący się po terenie każdego dnia, jeszcze śpią.
Może tylko ludzie dozorujący stado osłów zamieszkujących gustowne stajnie[ pobudowane lekko na uboczu Centrum] udali się do oślich apartamentów, aby zająć się zwierzyną.
Poza tym cisza i spokój.
Można by rzec:Sielanka kolejnego dnia i ta cisza wypełniająca dziesiątki pomieszczeń, w których nie słychać gwaru, bo nikogo nie ma.
Nawet piękny dom św. Augustyna posadowiony obok głównego gmachu, jest cichy i tylko info na drzwiach mówi: że jest to teren prywatny[ może to ostrzeżenie dla przypadkowego gapia, zagubionego turysty, by nie mącił spokoju tego miejsca]
Ta willa, która bardziej pasowałaby do osiedla vipów  na podwarszawskim osiedlu, także zionie cichą pustką, bo jej mieszkaniec rzadko w niej przebywa, zabiegany w kolejnych inicjatywach, by pozyskiwać środki na nowe inwestycje swojej wizji.
W tym miejscu przypomina mi się scena z Ewangelii, gdy do Jezusa podszedł młodzieniec i zapytał: "Mistrzu, co mam zrobić, abym zbliżył się do Królestwa Niebieskiego?"
Nauczyciel z Nazaretu odpowiedział mu wtedy: "Sprzedaj wszystko co masz, rozdaj ubogim i pójdź za mną!"
Biblia mówi o reakcji tego młodzieńca :"Odszedł ze smutkiem, bo miał wiele bogactw....!"
To jest ta "łyżka dziegciu", o której napisałem kilka dni temu, gdy pozwoliłem sobie stwierdzić, że jakoś nie pragnę poznać drugiego "Wielkiego "mojego sąsiada!
Może to kwestia bliskości od siebie dwóch posiadłości, ale patrząc na puste, potężne zabudowania otaczające Rybę III Tysiąclecia, gdzie tylko słychać niekiedy głosy osłów leniwie pasących się na ogrodzonym terenie; powracam myślami do obrazu "Patrii" i jej fundatora, który oddał wszystko na rzecz fundacji pozostawiając dla siebie mały pokoik do pracy i swoistego azylu od świata i przeszłości, gdy był "ulubieńcem fortuny"!
W życiu nic nie dzieje się bez powodu, powtarzam sobie od pewnego czasu i dlatego cieszę się, że zamieszkałem na tym "odludziu", bo kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że muszę  podzielić się z innymi moją kolejną książką, która już jest i czeka tylko na narodziny w drukarni.
Po "Zakochanej koloratce", książce o tym, że niekiedy trzeba poświęcić wiele, aby otrzymać wszystko; musi ukazać się także ta druga: "Pasterze i najemnicy"!
      Przygnębia mnie to, że kolejny raz spotykam się w Kościele z przykładem "Najemnika", który w cieniu Chrystusowej nauki, buduje swoją ambicję i dostatek!
     Ale jednocześnie odczuwam radość, że dane mi jest spotkać człowieka, który jest "Pasterzem"[choć nawet nie nosi kolorowej sutanny i  nie jest kapłanem]  
Kryspin