Od trzech tygodni mieszkam na wsi!
To kolejna zmiana w moim życiu i nawet zastanawiałem się, czy aby ostatnia?
Ludzkie życie przebiega okresami zmian, moje także
Mam prawie 57 lat i ktoś mógłby powiedzieć, że to trochę późny czas na takie decyzje, a ja uważam inaczej.
Przez ponad trzydzieści lat mieszkałem w mieście i może już dosyć?
Zmiana, to także czas na zastanowienie, ocenę minionego okresu, dochodzenia do wniosków.
Niekiedy nasze zmiany są powodowane decyzjami istotnie zmieniającymi nasze dotychczasowe życie, kierujące je na nowe tory, fundujące nam podróż w nieznane...
Pierwszą istotną moją zmianą była decyzja o odejściu ze stanu kapłańskiego i związek z kobietą, którą pokochałem ze wzajemnością i przeżyliśmy 10000 cudownych dni wzrastając w "zabronionej miłości", którą długo było nam oswajać świat, który nie tolerował takich decyzji i długo nie chciał kibicować naszemu uczuciu.
A my byliśmy szczęśliwi sobą i tym, że w zmieniającej się wokół codzienności potrafiliśmy cieszyć się z tego, że potrafimy pokonywać małe i większe kłopoty razem.
Od półtora roku pozostałem sam, bo tak chciał los, który zadecydował za nas i uczynił nam "zmianę", której najbardziej nie chcieliśmy.
Od trzech tygodni mieszkam na wsi!
Tak sobie myślę, że ta decyzja o moim nowym miejscu zamieszkania jest wyrazem pragnienia zmiany połączonej z nadzieją, którą noszę w sobie:
Nie chcę odejść na ślepy tor, rodzaj życiowej bocznicy, której tory wegetują wspomnieniem pociągu, żelaznej maszyny już nigdy nie mającej pieścić ich swymi kołami.
Gdy niekiedy myślałem o cichej wsi, oddalonej od zgiełku miejskich ulic, zawsze tworzyłem sobie obraz sielankowego stanu, gdzie czas płynie wolniej, a pośpiech miasta zdaje się daleki, prawie nierealny.
Tak myślałem, ale chyba się myliłem?
Od trzech tygodni odkrywam inny obraz miejsca, które obrałem sobie na moje życie po "zmianie"
Rzeczywiście, doświadczam innego odbioru czasu, nie odczuwam zabiegania miasta, smrodu spalin karawany samochodów przemierzających zatłoczone ulice, prawie biegu ludzi z pochylonymi głowami i dzikimi oczami rozbieganymi w trosce o zdobycie uprzywilejowanej pozycji w wyścigu "szczurów" etatowego zatrudnienia...
Od trzech tygodni mieszkam na wsi i zaczynam rozumieć, że ta zmiana była mi potrzebna, abym na nowo odkrywał nadzieję, że los kieruje mnie ku ciekawej przyszłości.
Tak na koniec dzisiejszego spotkania, chciałbym przeprosić, za okres milczenia przez kilka tgygodni.
Obiecuję poprawę i czuję, że moje nowe otoczenie będzie sprzyjało w odkrywaniu ciekawych przemyśleń, którymi chcę się z wami dzielić.
Kryspin
.
środa, 10 września 2014
wtorek, 22 lipca 2014
Loteria budżetowa!
Duży może więcej!
Znamy wszyscy tę zasadę:
Silniejszy dopcha się do korytka z delicjami, gdy chuderlak z boku będzie mógł tylko przełykać ślinę.
Pobawmy się dzisiaj trochę w mikro i makro ekonomię załatwiania sobie kasy!
Co pewien czas z mównicy sejmowej wybrańcy ludu zastanawiają się jak łatać dziurę budżetową i rzucają coraz to nowe pomysły, komu tu by zabrać, bo otrzymuje niesprawiedliwie, bo tak nie powinno być!
Nie będę teraz robił wyliczeń kosztów utrzymania tych mężów zatroskanych o los maluczkich[ zrobimy to innym razem]
Jaśnie oświeceni przedstawiciele z lewej strony budynku przy Wiejskiej systematycznie powracają do pieniędzy z budżetu, które przepadają w czeluściach Kościoła!
Ponad 100 000 000 milionów złotych państwo przeznacza na wspieranie działalności tej instytucji.
O zgrozo, krzyczą wolnomyśliciele, którzy otwarcie manifestują, że tak dalej być nie może:"Nie należę do tej instytucji, nawet publicznie ogłosiłem swój akt apostazji[ ceremoniał publicznie ogłoszony] i nie życzę sobie, aby moje pieniądze przepadały"- otwarcie domagają się tego- no i mają rację!
Problem jednak w tym, że ponad 90% społeczeństwa należy do Kościoła i mogą życzyć sobie, aby ich pieniądze[ także te z podatków], zasilały ich organizację!
Tu musimy podać kwotę- 3,5 zł na rok!!!!
Może teraz przyjrzyjmy się innym "dotacjom" hojnie rozdawanym z naszych pieniędzy i posłużmy się tym 3,5 zł jako przelicznikiem!
Platforma Obywatelska- 40 000 członków x 3,5 zł= 140000 zł dajmy z budżetu[ a niech mają!]
Ta partia przyznała sobie zgodnie z kluczem sejmowym- 120 000 000 zł .Prosty wniosek 119 840 000 zł.
zabrali z moich podatków, a ja sobie tego nie życzę, bo do tej partii nie należę!!!!!
Ktoś powie, czepiasz się PO, bo nie lubisz tej partii!
Nic z tych rzeczy, nie lubię, gdy ktoś dorabia się moim kosztem i bez mojej zgody.
Ktoś powie, to są ustalenia, które chronią państwo przed szarą strefą finansowania lobbystycznego[ daję coś, ale przysługa za przysługę.....]
Ok!
Szanowni mężowie opatrznościowi, zapomnijmy o tym, że głos maluczkiego jest nieważny i cichy do granic nieusłyszenia.
Proszę, wprowadźcie ustawę loteryjną:
Niech z budżetu[ z naszych pieniędzy] raz do roku wylosujecie 100 osób, którym ustanowicie budżet wypłacany na utrzymanie rodziny.
Przeznaczcie na jednego szczęśliwca 0,01 zł[ jeden grosz od każdego obywatela Polski], to chyba nie jest dużo, prawda?
Co roku uszczęśliwicie 100 rodzin, które mając łut szczęścia, będą otrzymywały przez 12 miesięcy dodatkowo 3000zl na utrzymanie![ proszę tylko o to, aby ZUS nie wyciągał łapy po te pieniądze, tak jak nie są ozusowane dotacje partyjne!]
Nie chcę, abyście uszczęśliwiali wszystkich, bo to byłaby utopia.
Może wtedy wszyscy potrafiliby próbować zrozumieć, dlaczego garstka przy korytku zasługuje na delicje, gdy im pozostaje codzienna polewka i pomyje!
Kryspin
Znamy wszyscy tę zasadę:
Silniejszy dopcha się do korytka z delicjami, gdy chuderlak z boku będzie mógł tylko przełykać ślinę.
Pobawmy się dzisiaj trochę w mikro i makro ekonomię załatwiania sobie kasy!
Co pewien czas z mównicy sejmowej wybrańcy ludu zastanawiają się jak łatać dziurę budżetową i rzucają coraz to nowe pomysły, komu tu by zabrać, bo otrzymuje niesprawiedliwie, bo tak nie powinno być!
Nie będę teraz robił wyliczeń kosztów utrzymania tych mężów zatroskanych o los maluczkich[ zrobimy to innym razem]
Jaśnie oświeceni przedstawiciele z lewej strony budynku przy Wiejskiej systematycznie powracają do pieniędzy z budżetu, które przepadają w czeluściach Kościoła!
Ponad 100 000 000 milionów złotych państwo przeznacza na wspieranie działalności tej instytucji.
O zgrozo, krzyczą wolnomyśliciele, którzy otwarcie manifestują, że tak dalej być nie może:"Nie należę do tej instytucji, nawet publicznie ogłosiłem swój akt apostazji[ ceremoniał publicznie ogłoszony] i nie życzę sobie, aby moje pieniądze przepadały"- otwarcie domagają się tego- no i mają rację!
Problem jednak w tym, że ponad 90% społeczeństwa należy do Kościoła i mogą życzyć sobie, aby ich pieniądze[ także te z podatków], zasilały ich organizację!
Tu musimy podać kwotę- 3,5 zł na rok!!!!
Może teraz przyjrzyjmy się innym "dotacjom" hojnie rozdawanym z naszych pieniędzy i posłużmy się tym 3,5 zł jako przelicznikiem!
Platforma Obywatelska- 40 000 członków x 3,5 zł= 140000 zł dajmy z budżetu[ a niech mają!]
Ta partia przyznała sobie zgodnie z kluczem sejmowym- 120 000 000 zł .Prosty wniosek 119 840 000 zł.
zabrali z moich podatków, a ja sobie tego nie życzę, bo do tej partii nie należę!!!!!
Ktoś powie, czepiasz się PO, bo nie lubisz tej partii!
Nic z tych rzeczy, nie lubię, gdy ktoś dorabia się moim kosztem i bez mojej zgody.
Ktoś powie, to są ustalenia, które chronią państwo przed szarą strefą finansowania lobbystycznego[ daję coś, ale przysługa za przysługę.....]
Ok!
Szanowni mężowie opatrznościowi, zapomnijmy o tym, że głos maluczkiego jest nieważny i cichy do granic nieusłyszenia.
Proszę, wprowadźcie ustawę loteryjną:
Niech z budżetu[ z naszych pieniędzy] raz do roku wylosujecie 100 osób, którym ustanowicie budżet wypłacany na utrzymanie rodziny.
Przeznaczcie na jednego szczęśliwca 0,01 zł[ jeden grosz od każdego obywatela Polski], to chyba nie jest dużo, prawda?
Co roku uszczęśliwicie 100 rodzin, które mając łut szczęścia, będą otrzymywały przez 12 miesięcy dodatkowo 3000zl na utrzymanie![ proszę tylko o to, aby ZUS nie wyciągał łapy po te pieniądze, tak jak nie są ozusowane dotacje partyjne!]
Nie chcę, abyście uszczęśliwiali wszystkich, bo to byłaby utopia.
Może wtedy wszyscy potrafiliby próbować zrozumieć, dlaczego garstka przy korytku zasługuje na delicje, gdy im pozostaje codzienna polewka i pomyje!
Kryspin
niedziela, 20 lipca 2014
"Zakochana Koloratka" - jak kupić książkę?
W związku z licznymi zapytaniami o możliwość nabycia "Zakochanej koloratki" przekazujemy informacje o sposobie zakupu:
Książkę możesz zamówić bezpośrednio u autora:
Adres mailowy: kryspinkrystek@onet.eu
Tel: 536 425 831
Zamówienie może być dedykowane[ z osobistym wpisem autora]
Zamówienie będzie zrealizowane po potwierdzeniu wpłaty na konto:
Julia Krystek
60-802 Poznań
Wojskowa 21/7
Nr. konta: 06 1910 1048 2944 3926 0942 0001
Tytułem: książka
Kwota:
1 egz- 36.90 zł
1+5 egz-160 zł
1+10 egz-280 zł
W zamówieniu prosimy o podanie adresu dostarczenia i ew. imion wpisów dedykacyjnych[nr tel, osoby zamawiającej]
Zamówienia na terenie kraju realizujemy bez dodatkowej opłaty wysyłkowej.
Do wysyłki zagranicznej należy doliczyć 10 zł opłaty wysyłkowej.
Z każdej zakupionej książki przekazujemy symboliczną złotówkę na rzecz "Uśmiechu nadziei" -Fundacji im.Romany Krystek[ pomoc chorym z oddziałów onkologicznych]
Przekazujcie swoim znajomym informacje o "Zakochanej Koloratce", gdyż książka nie będzie dostępna [w najbliższym czasie] w sieci tradycyjnej sprzedaży!
Pozdrawiam wszystkich,
Kryspin Krystek
Książkę możesz zamówić bezpośrednio u autora:
Adres mailowy: kryspinkrystek@onet.eu
Tel: 536 425 831
Zamówienie może być dedykowane[ z osobistym wpisem autora]
Zamówienie będzie zrealizowane po potwierdzeniu wpłaty na konto:
Julia Krystek
60-802 Poznań
Wojskowa 21/7
Nr. konta: 06 1910 1048 2944 3926 0942 0001
Tytułem: książka
Kwota:
1 egz- 36.90 zł
1+5 egz-160 zł
1+10 egz-280 zł
W zamówieniu prosimy o podanie adresu dostarczenia i ew. imion wpisów dedykacyjnych[nr tel, osoby zamawiającej]
Zamówienia na terenie kraju realizujemy bez dodatkowej opłaty wysyłkowej.
Do wysyłki zagranicznej należy doliczyć 10 zł opłaty wysyłkowej.
Z każdej zakupionej książki przekazujemy symboliczną złotówkę na rzecz "Uśmiechu nadziei" -Fundacji im.Romany Krystek[ pomoc chorym z oddziałów onkologicznych]
Przekazujcie swoim znajomym informacje o "Zakochanej Koloratce", gdyż książka nie będzie dostępna [w najbliższym czasie] w sieci tradycyjnej sprzedaży!
Pozdrawiam wszystkich,
Kryspin Krystek
Płomień serca!
Byłem wczoraj w moim rodzinnym mieście.
Zostałem zaproszony na kawę do bliskich mieszkających na osiedlu domków jednorodzinnych przy ulicy Ciszaka.
Gdy zajechałem przed ich dom, przez chwilę zatrzymałem się na tej niepozornej uliczce i pomyślałem sobie:
Ciekawe ile osób zamieszkujących ten zaułek wie cokolwiek o patronie tego miejsca?
Kim był Ciszak?
Co takiego stało się powodem upamiętnienia tego człowieka, by kolejne pokolenia wspominały jego nazwisko?
Przez chwilę miałem nawet ochotę zapytać przechodzących, kim on był?
Nie zadałem tego pytania, bo znałem tego człowieka.
No może określenie: znałem jest trochę nad wyraz, ale zapamiętałem jego postać z dzieciństwa, gdy klasową wycieczką odwiedzaliśmy miejscowe muzeum: klasę, w której w 1901 roku dzieci miejscowej szkoły zastrajkowały przeciwko germanizacji, a ich bunt stał się głośny jako:Strajk dzieci wrzesińskich!
Pan Ciszak, staruszek o dobrym spojrzeniu opowiadał nam o tych zdarzeniach i wtedy dowiedzieliśmy się, jak bardzo zależało mu na zachowaniu pamięci o małych bohaterach.
Pan Ciszak był znaną postacią z mojego dzieciństwa i dobrze się stało, ze mieszkańcy miasteczka w ten sposób postanowili zachować pamięć o nim.
Dobrzy ludzie zasługują na pamięć!
W sercach nosimy pamięć naszych bliskich, pamiętamy ich twarze, uśmiech, niekiedy słowa, które zapadły nam w sercu na lata.
Pamięć o niezwykłych ludziach zasługuje na szczególne potraktowanie i to nie tylko ze względu na
nasz może subiektywny obraz, który nosimy w naszym sercu.
Bohaterka "Zakochanej koloratki " była osobą, którą zachowuję w mojej pamięci, jako cudowną żonę i matkę, ale takich osób pewnie jest wiele we wspomnieniach ich najbliższych więc po co powstała ta książka?
Odpowiem na to pytanie.
Nie zapala się światła i nie stawia pod korcem; a unosi się je wysoko, by swym blaskiem dawało ciepło i rozświetlało mrok!
Romeczka była takim zapalonym światłem dla bardzo wielu ludzi, którzy ją znali:
W książce jest takie zdanie, które wyjaśnia moją potrzebę zachowania jej "światła" dla tych, którzy jej nie mieli okazji poznać:...
"Nie jesteś posągową świętą, a jednak masz w sobie coś, co sprawia, że przemieniasz ludzkie serca"....
Zwyczajna kobieta, żona i matka, która roztaczała wokół uśmiech i nadzieję!
Fundacja imieniem Romeczki "Uśmiech nadziei" ;powstała także po to!
Ma ona w swoim "Credo"być nieustannym przenoszeniem jej "światła" tym wszystkim, którzy najbardziej potrzebują uśmiechu i nadziei!
W czasie kolejnego pobytu Romeczki w szpitalu, w którym toczyła walkę ze złośliwością swojej choroby, w jednej z sal spotkała dawną koleżankę, której nie widziała od lat.
Kobieta ze smutnym wzrokiem beznadziei i strachu prze chwilę powitała ją lekkim uśmiechem, a później zalała się łzami.
A ona usiadła na brzegu jej łózka i rozmawiały przez chwilę.
Stałem wtedy nieco w oddali, w cieniu szpitalnego korytarza i nie słyszałem ich rozmowy, ale byłem na tyle blisko, bym mógł dostrzec jak zmieniają się oczy nieznajomej, jak powraca w nich nadzieja, jak powraca uśmiech na jej twarzy.
To było ich jedyne i ostatnie spotkanie.
Romeczka odeszła po kilku dniach, a koleżanka powróciła do swego domu, do bliskich.
Ktoś, kto zna dalsze losy tej chorej, pewnie doda teraz:
"No i co dało to spotkanie, przecież ta kobieta zmarła kilka miesięcy później!"
Tak, to prawda, ale ona sama dawała odpowiedź: co dało jej to spotkanie:
Nie spotkałam nigdy takiej osoby, choć znałam ją latami, to w tej szpitalnej sali dostałam od niej coś, co pozwoliło mi żyć nadzieją!"
Lubimy karmić się wspomnieniami "bohaterów" różnych bajek.
Zwołujemy się przez portale społecznościowe na wspólne celebrowanie wspomnienia np. jakiegoś muzyka, zespołu rockowego[i nic to, że był to ćpun i alkoholik], doceniając geniusz muzycznych dokonań, i dobrze, bo coś ponadprzeciętnego zasługuje na pamięć.
Mnie[ może dlatego, że nie jestem muzycznym fanatykiem] marzy się taki czas, byśmy potrafili zachwycić się ponadprzeciętnością takich "zwyczajnych"osób jak Romeczka!
Ona żyła wśród nas i teraz, gdy po ludzku zgasło jej światło, może warto zwoływać się po to, by na nowo dostrzegać płomień jej serca.
On nie zgasł, pali się nieustannie, dla nas!
Kryspin
Zostałem zaproszony na kawę do bliskich mieszkających na osiedlu domków jednorodzinnych przy ulicy Ciszaka.
Gdy zajechałem przed ich dom, przez chwilę zatrzymałem się na tej niepozornej uliczce i pomyślałem sobie:
Ciekawe ile osób zamieszkujących ten zaułek wie cokolwiek o patronie tego miejsca?
Kim był Ciszak?
Co takiego stało się powodem upamiętnienia tego człowieka, by kolejne pokolenia wspominały jego nazwisko?
Przez chwilę miałem nawet ochotę zapytać przechodzących, kim on był?
Nie zadałem tego pytania, bo znałem tego człowieka.
No może określenie: znałem jest trochę nad wyraz, ale zapamiętałem jego postać z dzieciństwa, gdy klasową wycieczką odwiedzaliśmy miejscowe muzeum: klasę, w której w 1901 roku dzieci miejscowej szkoły zastrajkowały przeciwko germanizacji, a ich bunt stał się głośny jako:Strajk dzieci wrzesińskich!
Pan Ciszak, staruszek o dobrym spojrzeniu opowiadał nam o tych zdarzeniach i wtedy dowiedzieliśmy się, jak bardzo zależało mu na zachowaniu pamięci o małych bohaterach.
Pan Ciszak był znaną postacią z mojego dzieciństwa i dobrze się stało, ze mieszkańcy miasteczka w ten sposób postanowili zachować pamięć o nim.
Dobrzy ludzie zasługują na pamięć!
W sercach nosimy pamięć naszych bliskich, pamiętamy ich twarze, uśmiech, niekiedy słowa, które zapadły nam w sercu na lata.
Pamięć o niezwykłych ludziach zasługuje na szczególne potraktowanie i to nie tylko ze względu na
nasz może subiektywny obraz, który nosimy w naszym sercu.
Bohaterka "Zakochanej koloratki " była osobą, którą zachowuję w mojej pamięci, jako cudowną żonę i matkę, ale takich osób pewnie jest wiele we wspomnieniach ich najbliższych więc po co powstała ta książka?
Odpowiem na to pytanie.
Nie zapala się światła i nie stawia pod korcem; a unosi się je wysoko, by swym blaskiem dawało ciepło i rozświetlało mrok!
Romeczka była takim zapalonym światłem dla bardzo wielu ludzi, którzy ją znali:
W książce jest takie zdanie, które wyjaśnia moją potrzebę zachowania jej "światła" dla tych, którzy jej nie mieli okazji poznać:...
"Nie jesteś posągową świętą, a jednak masz w sobie coś, co sprawia, że przemieniasz ludzkie serca"....
Zwyczajna kobieta, żona i matka, która roztaczała wokół uśmiech i nadzieję!
Fundacja imieniem Romeczki "Uśmiech nadziei" ;powstała także po to!
Ma ona w swoim "Credo"być nieustannym przenoszeniem jej "światła" tym wszystkim, którzy najbardziej potrzebują uśmiechu i nadziei!
W czasie kolejnego pobytu Romeczki w szpitalu, w którym toczyła walkę ze złośliwością swojej choroby, w jednej z sal spotkała dawną koleżankę, której nie widziała od lat.
Kobieta ze smutnym wzrokiem beznadziei i strachu prze chwilę powitała ją lekkim uśmiechem, a później zalała się łzami.
A ona usiadła na brzegu jej łózka i rozmawiały przez chwilę.
Stałem wtedy nieco w oddali, w cieniu szpitalnego korytarza i nie słyszałem ich rozmowy, ale byłem na tyle blisko, bym mógł dostrzec jak zmieniają się oczy nieznajomej, jak powraca w nich nadzieja, jak powraca uśmiech na jej twarzy.
To było ich jedyne i ostatnie spotkanie.
Romeczka odeszła po kilku dniach, a koleżanka powróciła do swego domu, do bliskich.
Ktoś, kto zna dalsze losy tej chorej, pewnie doda teraz:
"No i co dało to spotkanie, przecież ta kobieta zmarła kilka miesięcy później!"
Tak, to prawda, ale ona sama dawała odpowiedź: co dało jej to spotkanie:
Nie spotkałam nigdy takiej osoby, choć znałam ją latami, to w tej szpitalnej sali dostałam od niej coś, co pozwoliło mi żyć nadzieją!"
Lubimy karmić się wspomnieniami "bohaterów" różnych bajek.
Zwołujemy się przez portale społecznościowe na wspólne celebrowanie wspomnienia np. jakiegoś muzyka, zespołu rockowego[i nic to, że był to ćpun i alkoholik], doceniając geniusz muzycznych dokonań, i dobrze, bo coś ponadprzeciętnego zasługuje na pamięć.
Mnie[ może dlatego, że nie jestem muzycznym fanatykiem] marzy się taki czas, byśmy potrafili zachwycić się ponadprzeciętnością takich "zwyczajnych"osób jak Romeczka!
Ona żyła wśród nas i teraz, gdy po ludzku zgasło jej światło, może warto zwoływać się po to, by na nowo dostrzegać płomień jej serca.
On nie zgasł, pali się nieustannie, dla nas!
Kryspin
niedziela, 13 lipca 2014
Policzek Korwina!
Korwin-Mikke spoliczkował Boniego!
Afera[ jak to okrzyknięto] barbarzyńskiego zachowania polityka, nad którą zjednoczyli się wszyscy od lewa do prawa!
Zdziczenie politycznych obyczajów, czyn godny potępienia itd....
Nie popieram przemocy wobec kogokolwiek, ale niekiedy człowiekowi puszczają nerwy i tak do końca nie jestem pewien, czy wszyscy niezadowoleni w naszym społeczeństwie będą zawsze tak powściągliwi i pokojowo nastawieni wobec naszych"elit" politycznych, jak ja?
Są pewne granice, swoisty "rubikon", którego przekroczenie [celowe, czy bezmyślne] musi spowodować reakcję trudną do opanowania nawet przez najlepiej dozbrojonych strażników "demokracji dla swoich"!
Jestem pokojowo nastawionym człowiekiem, ale także tracę cierpliwość patrząc na bezczelną butę naszych elit, które śmieją się z podstawowych reguł sprawiedliwości: honoru, poczucia służby, do której zostali powołani.
We wczorajszym poście opisywałem, jak sam doświadczyłem spoliczkowania jako młody chłopak i napisałem, że jestem wdzięczny po dziś dzień za tamtą lekcję!
Każdy, nawet najbardziej "radykalny" przejaw dezaprobaty wobec buty władzy powinien być czymś w rodzaju lekcji!!!
Nie wszyscy potępiają Korwina za ten spektakularny odruch "dotrzymania " słowa.
Spoliczkował człowieka, który kiedyś podpisał deklarację pracy dla służb bezprawia[ TW: tajny współpracownik SB, inaczej- donosiciel!]
Zapytajcie tych wszystkich, którzy doświadczyli "dobra" tych służb[ represjonowani, bici, mordowani], czy oni potępiają Korwina?
Sądzę, że nie, i gdy uświadamiają sobie, że ci sami oprawcy dożywają swych dni z dobrymi emeryturkami, lub kręcą"lody" jako biznesmeni i nikt im złego słowa nie powie; potrafię ich zrozumieć!
Tak sądzę, że nie byłoby wielkim trudem sporządzenie listy osób ze "świecznika władzy", którym należałby się policzek!
Jeden przykład:
Pan Arłukowicz: człowiek odpowiedzialny za nasze zdrowie, lekarz!
Gdyby każda ofiara jego bufonady i niekompetencji lekko go spoliczkowała, to i tak jego twarz przybrałaby kształt siekanego kotleta i wtedy dopiero byłaby draka!
Tak można by krok po kroku, osoba po osobie wybierać kolejnych kandydatów do...,
No właśnie, chyba nie tylko do policzkowania, a raczej do potężnej chłosty !
Panie Korwinie, źle Pan zrobił, bo taki gest[ kiedyś stosowany w czymś, co nazywano "kodeksem honorowym"] jest dalece niezrozumiały dla niektórych ludzi z układu!
Już nie ma ludzi z honorem, przynajmniej w elitach naszej władzy!
Ostatni" policzkowano" pana Sienkiewicza na oczach telewidzów całego kraju i co?
Przyjął to wszystko z kamienną twarzą, w której nie zauważyliśmy cienia honoru!
Zdeprawowanych ludzi bez honoru to nie ruszy i trzeba by pejcza, potężnego bata, aby może przy średniowiecznym pręgierzu hańby przywracać im potrzebę powrotu do minimalnej choćby przyzwoitości!
Panowie i panie z lewa do prawa:
Podziękujcie Korwinowi za taki "delikatny" gest, rodzaj politycznego klapsa i wyciągnijcie z niego lekcję!
Naciąganie strun bezprawia, granie na frustracji niezadowolonych mas, buta władzy; to igranie z ogniem.
Nawet najspokojniejsi, słabi pojedynczo ludzie, gdy żyją z poczuciem krzywdy; stają się po pewnym czasie groźnym w swej sile niezadowolonym tłumem.
Kryspin
Afera[ jak to okrzyknięto] barbarzyńskiego zachowania polityka, nad którą zjednoczyli się wszyscy od lewa do prawa!
Zdziczenie politycznych obyczajów, czyn godny potępienia itd....
Nie popieram przemocy wobec kogokolwiek, ale niekiedy człowiekowi puszczają nerwy i tak do końca nie jestem pewien, czy wszyscy niezadowoleni w naszym społeczeństwie będą zawsze tak powściągliwi i pokojowo nastawieni wobec naszych"elit" politycznych, jak ja?
Są pewne granice, swoisty "rubikon", którego przekroczenie [celowe, czy bezmyślne] musi spowodować reakcję trudną do opanowania nawet przez najlepiej dozbrojonych strażników "demokracji dla swoich"!
Jestem pokojowo nastawionym człowiekiem, ale także tracę cierpliwość patrząc na bezczelną butę naszych elit, które śmieją się z podstawowych reguł sprawiedliwości: honoru, poczucia służby, do której zostali powołani.
We wczorajszym poście opisywałem, jak sam doświadczyłem spoliczkowania jako młody chłopak i napisałem, że jestem wdzięczny po dziś dzień za tamtą lekcję!
Każdy, nawet najbardziej "radykalny" przejaw dezaprobaty wobec buty władzy powinien być czymś w rodzaju lekcji!!!
Nie wszyscy potępiają Korwina za ten spektakularny odruch "dotrzymania " słowa.
Spoliczkował człowieka, który kiedyś podpisał deklarację pracy dla służb bezprawia[ TW: tajny współpracownik SB, inaczej- donosiciel!]
Zapytajcie tych wszystkich, którzy doświadczyli "dobra" tych służb[ represjonowani, bici, mordowani], czy oni potępiają Korwina?
Sądzę, że nie, i gdy uświadamiają sobie, że ci sami oprawcy dożywają swych dni z dobrymi emeryturkami, lub kręcą"lody" jako biznesmeni i nikt im złego słowa nie powie; potrafię ich zrozumieć!
Tak sądzę, że nie byłoby wielkim trudem sporządzenie listy osób ze "świecznika władzy", którym należałby się policzek!
Jeden przykład:
Pan Arłukowicz: człowiek odpowiedzialny za nasze zdrowie, lekarz!
Gdyby każda ofiara jego bufonady i niekompetencji lekko go spoliczkowała, to i tak jego twarz przybrałaby kształt siekanego kotleta i wtedy dopiero byłaby draka!
Tak można by krok po kroku, osoba po osobie wybierać kolejnych kandydatów do...,
No właśnie, chyba nie tylko do policzkowania, a raczej do potężnej chłosty !
Panie Korwinie, źle Pan zrobił, bo taki gest[ kiedyś stosowany w czymś, co nazywano "kodeksem honorowym"] jest dalece niezrozumiały dla niektórych ludzi z układu!
Już nie ma ludzi z honorem, przynajmniej w elitach naszej władzy!
Ostatni" policzkowano" pana Sienkiewicza na oczach telewidzów całego kraju i co?
Przyjął to wszystko z kamienną twarzą, w której nie zauważyliśmy cienia honoru!
Zdeprawowanych ludzi bez honoru to nie ruszy i trzeba by pejcza, potężnego bata, aby może przy średniowiecznym pręgierzu hańby przywracać im potrzebę powrotu do minimalnej choćby przyzwoitości!
Panowie i panie z lewa do prawa:
Podziękujcie Korwinowi za taki "delikatny" gest, rodzaj politycznego klapsa i wyciągnijcie z niego lekcję!
Naciąganie strun bezprawia, granie na frustracji niezadowolonych mas, buta władzy; to igranie z ogniem.
Nawet najspokojniejsi, słabi pojedynczo ludzie, gdy żyją z poczuciem krzywdy; stają się po pewnym czasie groźnym w swej sile niezadowolonym tłumem.
Kryspin
sobota, 12 lipca 2014
Spoliczkowany!
Miałem wtedy trzynaście lat.
Było ciepłe popołudnie początku lata.
Mama rozwieszała pranie na zielonym placyku przed blokiem, w którym mieszkaliśmy.
Wróciłem właśnie ze szkoły i zobaczyłem ją z daleka.
Każdego innego dnia podbiegłbym aby się przywitać, może pomóc w babskim zajęciu, ale tego dnia wolałbym czmychnąć do domu, zaszyć się w pokoju i przeczekać kilka godzin w samotności.
Pewnie zrobiłbym to, gdyby nie jej głos, którym zawróciła mnie prawie z klatki schodowej:
"Pozwól na chwilę, chciałam cię o coś zapytać"
Nie było innej możliwości więc podszedłem zbierając w sobie wszystkie siły, aby nie okazać grymasu bólu porządnie rozwalonego uda, pamiątki wczorajszego wygłupu, gdy wpadłem pod motocykl faceta przejeżdżającego osiedlową drogą.
Była to moja oczywista wina, gdyż wbiegłem mu prosto pod koła.
Na szczęście skończyło się to tylko moim potłuczeniem, a ja przezornie ulotniłem się, zanim on pozbierał się po salcie zakończonym na przyblokowym asfalcie.
Koledzy opowiadali mi tylko, że nic mu się wielkiego nie stało poza rozdartą marynarką.
Uciekłem, aby broń boże nie ponieść konsekwencji mojego głupiego zachowania.
Póżniej, wieczorem tłumaczyłem sam sobie, że przecież to też była jego wina, bo może jechał za szybko itd.
Ale tak do końca nie umiałem sobie dać "rozgrzeszenia" i w gruncie rzeczy wiedziałem, że to była moja wina!
"Masz mi coś do powiedzenia"- zapytała patrząc mi prosto w oczy.
"Nie mamo; w szkole wszystko dobrze, a ja teraz chciałbym pójść do domu"-dodałem starając się ukryć łzy, które napływały mi do oczu wraz z narastającym bólem zranionego uda.
Nagle dostałem w twarz![to był pierwszy i ostatni zarazem policzek od niej!]
Moja kochana mama uderzyła mnie i zobaczyłem, że to ją zabolało chyba bardziej niż mnie; bo w jej spojrzeniu ujrzałem smutek i łzy.
"Masz mi coś do powiedzenia o wczorajszym zdarzeniu przed blokiem"- zapytała kolejny raz ze smutkiem.
"Mamo ty wiesz co się stało"-odpowiedziałem na jej pytanie, ale wcale nie myślałem w tej chwili o tym moim wybryku, a patrzyłem w jej smutne oczy i odczułem cholerny ból.
Nie chodziło w tej chwili o moją zranioną nogę; poczułem ból tego,że zawiodłem ją moim kłamstwem!!!
Minęło kilkadziesiąt lat, a ja nadal widzę jej smutne oczy i nadal mi jest wstyd.
Dziękuję Ci mamo za tamten policzek i za Twoją mądrą, kochającą miłość!
Kryspin
.
Było ciepłe popołudnie początku lata.
Mama rozwieszała pranie na zielonym placyku przed blokiem, w którym mieszkaliśmy.
Wróciłem właśnie ze szkoły i zobaczyłem ją z daleka.
Każdego innego dnia podbiegłbym aby się przywitać, może pomóc w babskim zajęciu, ale tego dnia wolałbym czmychnąć do domu, zaszyć się w pokoju i przeczekać kilka godzin w samotności.
Pewnie zrobiłbym to, gdyby nie jej głos, którym zawróciła mnie prawie z klatki schodowej:
"Pozwól na chwilę, chciałam cię o coś zapytać"
Nie było innej możliwości więc podszedłem zbierając w sobie wszystkie siły, aby nie okazać grymasu bólu porządnie rozwalonego uda, pamiątki wczorajszego wygłupu, gdy wpadłem pod motocykl faceta przejeżdżającego osiedlową drogą.
Była to moja oczywista wina, gdyż wbiegłem mu prosto pod koła.
Na szczęście skończyło się to tylko moim potłuczeniem, a ja przezornie ulotniłem się, zanim on pozbierał się po salcie zakończonym na przyblokowym asfalcie.
Koledzy opowiadali mi tylko, że nic mu się wielkiego nie stało poza rozdartą marynarką.
Uciekłem, aby broń boże nie ponieść konsekwencji mojego głupiego zachowania.
Póżniej, wieczorem tłumaczyłem sam sobie, że przecież to też była jego wina, bo może jechał za szybko itd.
Ale tak do końca nie umiałem sobie dać "rozgrzeszenia" i w gruncie rzeczy wiedziałem, że to była moja wina!
"Masz mi coś do powiedzenia"- zapytała patrząc mi prosto w oczy.
"Nie mamo; w szkole wszystko dobrze, a ja teraz chciałbym pójść do domu"-dodałem starając się ukryć łzy, które napływały mi do oczu wraz z narastającym bólem zranionego uda.
Nagle dostałem w twarz![to był pierwszy i ostatni zarazem policzek od niej!]
Moja kochana mama uderzyła mnie i zobaczyłem, że to ją zabolało chyba bardziej niż mnie; bo w jej spojrzeniu ujrzałem smutek i łzy.
"Masz mi coś do powiedzenia o wczorajszym zdarzeniu przed blokiem"- zapytała kolejny raz ze smutkiem.
"Mamo ty wiesz co się stało"-odpowiedziałem na jej pytanie, ale wcale nie myślałem w tej chwili o tym moim wybryku, a patrzyłem w jej smutne oczy i odczułem cholerny ból.
Nie chodziło w tej chwili o moją zranioną nogę; poczułem ból tego,że zawiodłem ją moim kłamstwem!!!
Minęło kilkadziesiąt lat, a ja nadal widzę jej smutne oczy i nadal mi jest wstyd.
Dziękuję Ci mamo za tamten policzek i za Twoją mądrą, kochającą miłość!
Kryspin
.
poniedziałek, 7 lipca 2014
Dwie premiery: Fundacja i książka!
Drodzy przyjaciele!
Z wielką radością możemy przekazać Wam tę informację!
Dzisiaj premiera "Zakochanej koloratki", książki bardzo ważnej dla mnie, bo nie rozpoczyna ona nowego rozdziału mojego życia po życiu, jak mogłoby wywnioskować!
Ta książka nie otwiera mojego nowego życia, a tworzy dalszy etap miłości, która kiedyś dotknęła dwoje młodych ludzi i pomimo okrutnego zrządzenia losu, nie została pokonana przez śmierć!
Bohaterka tej historii w jednym z listów napisała:"Kocham cię i będę kochała do końca mych dni, a jednocześnie głęboko wierzę w to, że i później też będę mogła Cię kochać..."
Ta niezwykła osoba, której jedyną błogosławioną winą było to, że przez całe życie pragnęła wielkiej miłości i nią żyła każdego dnia; dała tego świadectwo pod koniec pobytu wśród nas.
Lekarka z oddziału onkologicznego powiedziała o niej:" Jeszcze nie mieliśmy na oddziale takiej chorej, która okrutnie świadoma swego stanu , sama doznając nieustannego cierpienia fizycznego; potrafiła dobrym słowem i ciepłym uśmiechem przywracać nadzieję innym towarzyszkom niedoli, gdy te przeżywały czas załamania."
Drodzy Przyjaciele!
A teraz najważniejsza nowina!
Od dzisiaj rozpoczyna swoją działalność:
"Uśmiech nadziei" Fundacja im. Romany Krystek!
Z każdej książki sprzedanej będziemy przeznaczali symboliczną złotówkę na pomoc osobom dotkniętym chorobą nowotworową [ pomoc w zakupie leków, turnusy rehabilitacyjne, organizacja grup wsparcia, współpraca z innymi organizacjami tego typu]
To taki kolejny uśmiech Romy dla tych wszystkich, którzy szczególnie potrzebują miłości i nadziei!
Drodzy Przyjaciele!
Proszę was o wsparcie i pomoc, aby jej historia trafiła do serc jak największej liczby osób.
Książka będzie docierała do czytelników poza siecią oficjalnych księgarni, ale możecie ją mieć dla siebie i swoich bliskich, poprzez zakup bezpośredni:
Zasady dystrybucji:
Książkę możecie zamówić poprzez błoga, facebooka, lub bezpośrednio mailem.
1- egzemplarz -35 zł
1+ 5 egzemplarzy- 160 zł
1+10 egzemplarzy- 280 zł
Książki będą zawierały osobistą dedykację od autora[ jeśli taką wolę wyrazi osoba zamawiająca]
Wysyłka jest bezpłatna na terenie kraju[ Koszt wysyłki poza granice Polski + 20zł]
Dane do przelewu:
Julia Krystek
60-802 Poznań
Wojskowa 21/7
Nr konta 06 1910 10 48 2944 3926 0001
Tytułem :Książka
Dane odbiorcy: adres dostarczenia, tel kom lub mail
Dane kontaktowe do autora: Tel: 048 507 877 445, mail: kryspinkrystek@onet.eu
Na koniec:
Prośba do Was wszystkich:
Poinformujcie waszych znajomych, bliskich [kręgi przyjaciół facebookowych, mailowych i innych]
Bądźmy wszyscy pomocnikami: Uśmiechu nadziei tym wszystkim, którzy jej potrzebują szczególnie, a zapewniam Was, że odczujecie ciepło uśmiechu Romeczki, tak ja odczuwam każdego dnia!
Kryspin.
Z wielką radością możemy przekazać Wam tę informację!
Dzisiaj premiera "Zakochanej koloratki", książki bardzo ważnej dla mnie, bo nie rozpoczyna ona nowego rozdziału mojego życia po życiu, jak mogłoby wywnioskować!
Ta książka nie otwiera mojego nowego życia, a tworzy dalszy etap miłości, która kiedyś dotknęła dwoje młodych ludzi i pomimo okrutnego zrządzenia losu, nie została pokonana przez śmierć!
Bohaterka tej historii w jednym z listów napisała:"Kocham cię i będę kochała do końca mych dni, a jednocześnie głęboko wierzę w to, że i później też będę mogła Cię kochać..."
Ta niezwykła osoba, której jedyną błogosławioną winą było to, że przez całe życie pragnęła wielkiej miłości i nią żyła każdego dnia; dała tego świadectwo pod koniec pobytu wśród nas.
Lekarka z oddziału onkologicznego powiedziała o niej:" Jeszcze nie mieliśmy na oddziale takiej chorej, która okrutnie świadoma swego stanu , sama doznając nieustannego cierpienia fizycznego; potrafiła dobrym słowem i ciepłym uśmiechem przywracać nadzieję innym towarzyszkom niedoli, gdy te przeżywały czas załamania."
Drodzy Przyjaciele!
A teraz najważniejsza nowina!
Od dzisiaj rozpoczyna swoją działalność:
"Uśmiech nadziei" Fundacja im. Romany Krystek!
Z każdej książki sprzedanej będziemy przeznaczali symboliczną złotówkę na pomoc osobom dotkniętym chorobą nowotworową [ pomoc w zakupie leków, turnusy rehabilitacyjne, organizacja grup wsparcia, współpraca z innymi organizacjami tego typu]
To taki kolejny uśmiech Romy dla tych wszystkich, którzy szczególnie potrzebują miłości i nadziei!
Drodzy Przyjaciele!
Proszę was o wsparcie i pomoc, aby jej historia trafiła do serc jak największej liczby osób.
Książka będzie docierała do czytelników poza siecią oficjalnych księgarni, ale możecie ją mieć dla siebie i swoich bliskich, poprzez zakup bezpośredni:
Zasady dystrybucji:
Książkę możecie zamówić poprzez błoga, facebooka, lub bezpośrednio mailem.
1- egzemplarz -35 zł
1+ 5 egzemplarzy- 160 zł
1+10 egzemplarzy- 280 zł
Książki będą zawierały osobistą dedykację od autora[ jeśli taką wolę wyrazi osoba zamawiająca]
Wysyłka jest bezpłatna na terenie kraju[ Koszt wysyłki poza granice Polski + 20zł]
Dane do przelewu:
Julia Krystek
60-802 Poznań
Wojskowa 21/7
Nr konta 06 1910 10 48 2944 3926 0001
Tytułem :Książka
Dane odbiorcy: adres dostarczenia, tel kom lub mail
Dane kontaktowe do autora: Tel: 048 507 877 445, mail: kryspinkrystek@onet.eu
Na koniec:
Prośba do Was wszystkich:
Poinformujcie waszych znajomych, bliskich [kręgi przyjaciół facebookowych, mailowych i innych]
Bądźmy wszyscy pomocnikami: Uśmiechu nadziei tym wszystkim, którzy jej potrzebują szczególnie, a zapewniam Was, że odczujecie ciepło uśmiechu Romeczki, tak ja odczuwam każdego dnia!
Kryspin.
niedziela, 6 lipca 2014
"Demokracja"- mniejszości[ krzykaczy]!
Demokracja!
Piękne słowo, a może zwyczajny slogan, który używamy po to, aby szczycić się zdobyczami....
No właśnie? Jakimi?
Dziecko, które przestaje brudzić pieluchy, dostaje tel. komórkowy, aby czuło się bardziej dorosłe. A kolega z grupy starszaków jest jeszcze bardziej niezależny, demokratyczny bo posiada numer alarmowy do takiej pani, która czeka non stop na info. o prześladowaniu malca przez rodziców.
Starszak poucza smutnego średniaka, gdy mama tamtego postawiła szlaban na komputer, który zajmował go wiele godzin po dobranocce:
"Zadzwonisz tam, a oni załatwią tobie zdjęcie blokady!"
Takie przedszkolne doświadczenie później bywa bardzo" przydatne" w szkole, gdy nauczyciel "wymyśla" i prześladuje" pokornego" tumana!
A co tam: naśle mu się Kuratorium, niech belfer się tłumaczy!
Z Jasia wyrasta Jan i wtedy już zaprawiony w walce o swoje, zawsze znajdzie "haka", aby "udupić" pracodawcę.
Ktoś teraz powie, że generalizuję, że nie ma wcale tak wielu kombinatorów, krzykaczy, ciągłych niezadowolonych!
I macie rację: To jest margines, mały odsetek, ale tak sobie myślę, że takie grupy roszczeniowe mają wielką moc!
No właśnie- margines dzierżący władzę, domagający się praw i ustaw pisanych pod ich widzimisię.
Przykład?
Gdyby zapytać Polaków o przynależność wyznaniową- ponad 80% bez wahania odpowie: Katolik!
Jak to się więc dzieje, że taka większość staje się ludźmi ze "skazą"?
W państwie o takiej przewadze ludzi wierzących Parlament [ nasz sejm, w ławach którego zasiadają przedstawiciele narodu] uchwala ustawy sprzeczne z zasadami moralnymi większości?
Aby było śmieszniej [może to niewłaściwe słowo?] słyszymy ostatnio głosy krzykaczy[ w kampanii przeciwko prof. Chazanowi]:"Jeśli ktoś nie zgadza się na to, że lekarz musi zabijać, niech nie idzie na medycynę!"
Chciałoby się zawołać: Katolicy obudźcie się, bo margines w naszej ojczyźnie ustawi was w drugim rzędzie!
No tak!
Ale to jeszcze wcale nie jest najgorsze!
Bo ci sami zdeklarowani Katolicy w rzeczonej sprawie zdają się przyjmować stanowisko tych "wyzwolonych wolnomyślicieli" mówiąc:"No właściwie, to tak do końca trudno powiedzieć, po której stronie jest racja, bo życie jest takie skomplikowane itd"
Ponad 80% ludzi wierzących...Ilu z nas Pana Boga postawiło "demokratycznym" wyborem w swoistym "konkordacie".
Rozdział wiary od życia:" Jestem człowiekiem wierzącym w niedzielę, w tygodniu no idę na kompromis demokratycznego myślenia"
A dorośli krzykacze z mniejszości puszą się w sobie i z dumą obnoszą się kolejnymi "zwycięstwami"! I znowu przychodzi mi na myśl starszak z przedszkola, ale on załatwił tylko pogrożenie palcem urzędniczki z biura do przeciwdziałania przemocy w rodzinie.
Oni załatwiają przemoc w imię demokracji i załatwiają krzywdę o wiele większą i aby było"śmieszniej" ubierają ją w prawo!
Piękne słowo, a może zwyczajny slogan, który używamy po to, aby szczycić się zdobyczami....
No właśnie? Jakimi?
Dziecko, które przestaje brudzić pieluchy, dostaje tel. komórkowy, aby czuło się bardziej dorosłe. A kolega z grupy starszaków jest jeszcze bardziej niezależny, demokratyczny bo posiada numer alarmowy do takiej pani, która czeka non stop na info. o prześladowaniu malca przez rodziców.
Starszak poucza smutnego średniaka, gdy mama tamtego postawiła szlaban na komputer, który zajmował go wiele godzin po dobranocce:
"Zadzwonisz tam, a oni załatwią tobie zdjęcie blokady!"
Takie przedszkolne doświadczenie później bywa bardzo" przydatne" w szkole, gdy nauczyciel "wymyśla" i prześladuje" pokornego" tumana!
A co tam: naśle mu się Kuratorium, niech belfer się tłumaczy!
Z Jasia wyrasta Jan i wtedy już zaprawiony w walce o swoje, zawsze znajdzie "haka", aby "udupić" pracodawcę.
Ktoś teraz powie, że generalizuję, że nie ma wcale tak wielu kombinatorów, krzykaczy, ciągłych niezadowolonych!
I macie rację: To jest margines, mały odsetek, ale tak sobie myślę, że takie grupy roszczeniowe mają wielką moc!
No właśnie- margines dzierżący władzę, domagający się praw i ustaw pisanych pod ich widzimisię.
Przykład?
Gdyby zapytać Polaków o przynależność wyznaniową- ponad 80% bez wahania odpowie: Katolik!
Jak to się więc dzieje, że taka większość staje się ludźmi ze "skazą"?
W państwie o takiej przewadze ludzi wierzących Parlament [ nasz sejm, w ławach którego zasiadają przedstawiciele narodu] uchwala ustawy sprzeczne z zasadami moralnymi większości?
Aby było śmieszniej [może to niewłaściwe słowo?] słyszymy ostatnio głosy krzykaczy[ w kampanii przeciwko prof. Chazanowi]:"Jeśli ktoś nie zgadza się na to, że lekarz musi zabijać, niech nie idzie na medycynę!"
Chciałoby się zawołać: Katolicy obudźcie się, bo margines w naszej ojczyźnie ustawi was w drugim rzędzie!
No tak!
Ale to jeszcze wcale nie jest najgorsze!
Bo ci sami zdeklarowani Katolicy w rzeczonej sprawie zdają się przyjmować stanowisko tych "wyzwolonych wolnomyślicieli" mówiąc:"No właściwie, to tak do końca trudno powiedzieć, po której stronie jest racja, bo życie jest takie skomplikowane itd"
Ponad 80% ludzi wierzących...Ilu z nas Pana Boga postawiło "demokratycznym" wyborem w swoistym "konkordacie".
Rozdział wiary od życia:" Jestem człowiekiem wierzącym w niedzielę, w tygodniu no idę na kompromis demokratycznego myślenia"
A dorośli krzykacze z mniejszości puszą się w sobie i z dumą obnoszą się kolejnymi "zwycięstwami"! I znowu przychodzi mi na myśl starszak z przedszkola, ale on załatwił tylko pogrożenie palcem urzędniczki z biura do przeciwdziałania przemocy w rodzinie.
Oni załatwiają przemoc w imię demokracji i załatwiają krzywdę o wiele większą i aby było"śmieszniej" ubierają ją w prawo!
czwartek, 3 lipca 2014
Samochód bez hamulców!
Lubicie zakazy, nakazy i wszelkie inne ramy, w których się poruszacie?
Właściwie od wczesnego dzieciństwa nasze życie przebiega po "drodze" z nakazami i zakazami.
Żyjemy w świecie naszpilkowanym przepisami, które w swym założeniu mają nam pomagać w naszym postępowaniu i chronić przed zderzeniami z innymi uczestnikami życia wokół nas.
Chciałbym, abyśmy zastanowili się nad dwoma przykładami zakazów!
Od niepamiętnych czasów człowiek poruszał się po drogach.
Najpierw były to ścieżki wydeptywane przez pieszych podróżnych, którzy zwyczajowo wyznaczonym traktem tuptali sobie z tłumoczkami na plecach przemieszczając się do obranego celu.
Później trakty stawały się bardziej szerokie od końskich kopyt, aż, dla wygody pojazdów wyposażonych w naturalny napęd, drogi stawały się wygodniejsze, szersze, nawet "sztucznie" ulepszone kamiennymi podwalinami.
Tak idąc w czasie dochodzimy do dnia dzisiejszego i stajemy z dumą przed widokiem ślicznych autostrad i wszelkiego rodzaju dróg, po których coraz szybciej możemy realizować swoje zamierzenia dotarcia do obranego celu.
Wszystko świetnie, gdyby nie te ograniczenia, znaki nakazujące zwolnienie prędkości, przepisy regulujące nasze poruszanie się po drogach.
Ale to dobrze, tak musi być i nic to, że niekiedy odczuwamy pokusę nadepnięcia mocniej pedału gazu, przepisy mają chronić nas przed nami samymi i innych uczestników jazdy przed naszymi złymi zapędami i dobrze!
Niekiedy jednak spotykamy na drodze absurdy.
Kierowcy wyliczają takie miejsca, w których ktoś postawił znak ograniczający prędkość bez sensu i ni jak nie mogą zrozumieć po co?
Samo zdziwienie nie jest w tym najgorsze, ale takie absurdy na drodze mają bardzo szkodliwe konsekwencje: wśród kierowców; powodują coś w rodzaju efektu odrzucenia, pominięcia, negacji.
Jeśli na drodze spotykam absurd, bezmyślność tych, którzy ustawili niepotrzebny zakaz; to kolejny znak ograniczenia przyjmuję za równie niepotrzebny i w konsekwencji doprowadzam do wypadku i nieszczęścia swojego i innych.
Byłem jeszcze małym dzieckiem, gdy moja matka, osoba bogobojna rozmawiała pewnego razu z moją starszą siostrą, dziewczyną już na tyle dojrzałą,że rozumiała to, o czym mówiła jej mama.
Chodziło o tak zwane "grzechy małżeńskie", które gnębiły jej sumienie przy każdej spowiedzi.
Nie rozumiałem wtedy o co chodziło, ale pozostał mi w pamięci jej obraz i to poczucie winy, które w niej utrwalił "przepis" o intymnym pożyciu małżonków.
Coś, co ze swej natury jest czymś pięknym, jako fizyczne dopełnienie miłości dwojga ludzi; zostało obarczone znakiem zakazu przez "mądrych " teologów- przez Kościół!
I tak utrwaliło się przekonanie, że każde zbliżenie, którego efektem nie jest ciąża, było grzesznym przeżyciem.
Ten absurd myślenia został zakorzeniony tak bardzo, że mało kto z bogobojnych wiernych jest świadomy, że jest zupełnie inaczej!
I tu dochodzimy do sprawy antykoncepcji, która przez Kościół została zaszufladkowana jako grzech, zło!
Ale nie tak do końca!
I tu docieramy do obłudy, albo bezmyślności, czy hipokryzji "uczonych "teologów!
Intymne zbliżenie: tak, może być nawet wtedy, gdy jego efektem nie jest nowy potomek i wcale nie jest czymś nagannym- to tzw stosunek bezpłodny!
Ale stosunek uczyniony bezpłodnym [to ten słynny "grzech małżeński"] już jest czymś złym, godnym potępienia!- tyle teologiczna wykładnia dotycząca poprawności stosunków małżeńskich
Ustanowiono taki znak ograniczenia i uśpiono zrozumienie różnicy pomiędzy antykoncepcją, a aborcją!!!
To grzech i to grzech, tak w tej chwili odpowiedziało by bogobojne grono !
To jeszcze nie największe zło absurdalnych zakazów.
Najgorsze jest zanegowanie w naszej [chodzi o ludzi chcących kierować się Bożymi prawami] wagi tego znaku zakazu, którego nie wolno odrzucić, różnicy pomiędzy antykoncepcją, a aborcją!!!
Wyobrażacie sobie przepis, który zabraniałby stosowanie w samochodach hamulców?
Takowych wynalazków nie miały przecież dawne pojazdy, bo wystarczał kamień umieszczany pod kołem w czasie postoju i jakoś to było.
Czy mechanizm hamulca jest więc czymś złym ?.
Kryspin
Właściwie od wczesnego dzieciństwa nasze życie przebiega po "drodze" z nakazami i zakazami.
Żyjemy w świecie naszpilkowanym przepisami, które w swym założeniu mają nam pomagać w naszym postępowaniu i chronić przed zderzeniami z innymi uczestnikami życia wokół nas.
Chciałbym, abyśmy zastanowili się nad dwoma przykładami zakazów!
Od niepamiętnych czasów człowiek poruszał się po drogach.
Najpierw były to ścieżki wydeptywane przez pieszych podróżnych, którzy zwyczajowo wyznaczonym traktem tuptali sobie z tłumoczkami na plecach przemieszczając się do obranego celu.
Później trakty stawały się bardziej szerokie od końskich kopyt, aż, dla wygody pojazdów wyposażonych w naturalny napęd, drogi stawały się wygodniejsze, szersze, nawet "sztucznie" ulepszone kamiennymi podwalinami.
Tak idąc w czasie dochodzimy do dnia dzisiejszego i stajemy z dumą przed widokiem ślicznych autostrad i wszelkiego rodzaju dróg, po których coraz szybciej możemy realizować swoje zamierzenia dotarcia do obranego celu.
Wszystko świetnie, gdyby nie te ograniczenia, znaki nakazujące zwolnienie prędkości, przepisy regulujące nasze poruszanie się po drogach.
Ale to dobrze, tak musi być i nic to, że niekiedy odczuwamy pokusę nadepnięcia mocniej pedału gazu, przepisy mają chronić nas przed nami samymi i innych uczestników jazdy przed naszymi złymi zapędami i dobrze!
Niekiedy jednak spotykamy na drodze absurdy.
Kierowcy wyliczają takie miejsca, w których ktoś postawił znak ograniczający prędkość bez sensu i ni jak nie mogą zrozumieć po co?
Samo zdziwienie nie jest w tym najgorsze, ale takie absurdy na drodze mają bardzo szkodliwe konsekwencje: wśród kierowców; powodują coś w rodzaju efektu odrzucenia, pominięcia, negacji.
Jeśli na drodze spotykam absurd, bezmyślność tych, którzy ustawili niepotrzebny zakaz; to kolejny znak ograniczenia przyjmuję za równie niepotrzebny i w konsekwencji doprowadzam do wypadku i nieszczęścia swojego i innych.
Byłem jeszcze małym dzieckiem, gdy moja matka, osoba bogobojna rozmawiała pewnego razu z moją starszą siostrą, dziewczyną już na tyle dojrzałą,że rozumiała to, o czym mówiła jej mama.
Chodziło o tak zwane "grzechy małżeńskie", które gnębiły jej sumienie przy każdej spowiedzi.
Nie rozumiałem wtedy o co chodziło, ale pozostał mi w pamięci jej obraz i to poczucie winy, które w niej utrwalił "przepis" o intymnym pożyciu małżonków.
Coś, co ze swej natury jest czymś pięknym, jako fizyczne dopełnienie miłości dwojga ludzi; zostało obarczone znakiem zakazu przez "mądrych " teologów- przez Kościół!
I tak utrwaliło się przekonanie, że każde zbliżenie, którego efektem nie jest ciąża, było grzesznym przeżyciem.
Ten absurd myślenia został zakorzeniony tak bardzo, że mało kto z bogobojnych wiernych jest świadomy, że jest zupełnie inaczej!
I tu dochodzimy do sprawy antykoncepcji, która przez Kościół została zaszufladkowana jako grzech, zło!
Ale nie tak do końca!
I tu docieramy do obłudy, albo bezmyślności, czy hipokryzji "uczonych "teologów!
Intymne zbliżenie: tak, może być nawet wtedy, gdy jego efektem nie jest nowy potomek i wcale nie jest czymś nagannym- to tzw stosunek bezpłodny!
Ale stosunek uczyniony bezpłodnym [to ten słynny "grzech małżeński"] już jest czymś złym, godnym potępienia!- tyle teologiczna wykładnia dotycząca poprawności stosunków małżeńskich
Ustanowiono taki znak ograniczenia i uśpiono zrozumienie różnicy pomiędzy antykoncepcją, a aborcją!!!
To grzech i to grzech, tak w tej chwili odpowiedziało by bogobojne grono !
To jeszcze nie największe zło absurdalnych zakazów.
Najgorsze jest zanegowanie w naszej [chodzi o ludzi chcących kierować się Bożymi prawami] wagi tego znaku zakazu, którego nie wolno odrzucić, różnicy pomiędzy antykoncepcją, a aborcją!!!
Wyobrażacie sobie przepis, który zabraniałby stosowanie w samochodach hamulców?
Takowych wynalazków nie miały przecież dawne pojazdy, bo wystarczał kamień umieszczany pod kołem w czasie postoju i jakoś to było.
Czy mechanizm hamulca jest więc czymś złym ?.
Kryspin
czwartek, 26 czerwca 2014
Egzamin z oddawania miłości!
Życie jest piękne!
Ile razy ta myśl nas dopada w chwilach: gdy jesteśmy szczęśliwi, zdrowi, po odniesionym sukcesie, w czasie przyjemnego doznania.
Lubimy być szczęśliwi, prawda?
Pragniemy tego dla siebie i dla wszystkich, których lubimy [przy celebracji imienin, urodzin, z okazji ślubów itd ; ]:
- "Życzę tobie szczęścia, bądź szczęśliwy"
Niekiedy dokładamy jeszcze jedno słowo: "bądź zdrowy"!
Zdrowie stało się synonimem szczęścia:
-"Jeśli będzie zdrowie, to już nic więcej mnie nie potrzeba"- tak zwykle odpowiadamy, albo chociaż pomyślimy odbierając szczere życzenia przyjaznych nam osób.
Czy można być szczęśliwy będąc chorym, czy można być szczęśliwym, gdy choruje ktoś, kto jest nam drogi, najbliższy?
Głupie pytanie, prawda?
Pewnie, że nie!!!
Swoistym stanem chorobowym jest starość i chyba nie ma w tym żadnej przesady.
Boimy się tego stanu i nie mówię tu o paniach, które szczególnie cierpią, gdy po pewnym czasie lustro, dawny przyjaciel początku każdego poranka, nagle staje się wrogiem dręczącym je widokiem jakiejś podstarzałej matrony z siwymi odrostami i zmarszczkami na szyi.
Takie "chorujące" kobiety mogą i zaprzyjaźniają się z lekarzami od ładnego wyglądu i z ich pomocą mogą choć na chwilę oszukać kalendarz.
Starość jest jednak dotknięta stanem choroby i może dlatego tak często słyszymy powiedzenie,że to jest jedyna rzecz, która Panu bogu się nie udała.
No właśnie: Nasz kochany Stwórco, po co stworzyłeś przemijanie, dlaczego skazałeś nas na starość!
Świat byłby taki piękny i ludzie byliby szczęśliwi, zadowoleni, gdybyś im oszczędził widoku:starości, kalectwa, chorych, niedorozwiniętych!
Dlaczego nam to zrobiłeś?
Kobieta po śmierci małżonka, gdy dzieciaki dorosły, wykształciły się, poszły na swoje; postanowiła sprzedać małe gospodarstwo, na którym nikt już nie chciał pracować.
Po naradzie rodzinnej dorosłe latorośle przyklasnęły takiemu pomysłowi steranej, już nieco przygarbionej matki zapewniając:
-Nie musi mama się martwić, bo ma nas, my się zaopiekujemy tobą po sprzedaży tej pateraki.
A ona zgodziła się na ich zapewnienia, choć trochę zrobiło jej się smutno, że tak beztrosko, bez choćby nuty żalu postanowili o pozbyciu się tego wszystkiego, co dla niej było przepełnione wspomnieniami ich dzieciństwa i jej minionego życia .
Ale może tak musi być, pomyślała ze łzami, które skrywała w samotności.
Może oni już nic nie czują, może postanowili zapomnieć obrazy z dzieciństwa i może pamiętają tylko niewygody starego domu bez łazienki i bieżącej wody.
Ich życie w nowych domach, którymi się szczycili w czasie jej krótkich odwiedzin, teraz było o niebo wygodniejsze i dlatego rozumiała ich słowa zachęty do pozbycia się starego "kłopotu".
Sprzedała wszystko.
Pieniądze podzieliła pomiędzy troje.
Najwięcej dla najmłodszej córki, bo to u niej miała dożyć swoich dni.
Zamieszkała w małym pokoiku na piętrze domu, który młodzi wybudowali dzięki pieniądzom ze sprzedaży ojcowizny.
Starość Panie Boże nie udała się Tobie, myślała w małym pokoiku na piętrze i tylko w samotności przesuwała koraliki różańca i wsłuchiwała się w słowa monotonnie powtarzanej modlitwy.
Choroba okaleczyła jej spracowane ciało i po latach nieleczona cukrzyca pozbawiła ją nóg i pozostał jej tylko wózek z dwoma kółkami.
Jak dobrze, że mam dzieci -pomyślała wtedy i uspokoiła się na chwilę.
-Teraz mama pomieszka trochę u Zenka, oni mają także duże mieszkanie, pieniądze też dostali z naszej pateraki, to niech teraz zaopiekują się tobą- oznajmiła córunia pakując mały tłumoczek w którym zmieściło się to, co pozostało starej matce z jej przeszłości.
Jeszcze kilka razy odbywała "wycieczki" po domach swych dzieci, które przekazywały ją sobie jak kłopotliwy mebel, niepasujący do ich wygodnej rzeczywistości.
A ona coraz bardziej nie potrafiła zrozumieć, dlaczego?
Przecież kochała ich szczerą matczyną miłością i zawsze pragnęła, aby tę wartość zabrali ze sobą w nowe życie.
A oni przestali się odwiedzać, rozmawiać ze sobą i spotykali się teraz tylko przy okazji przekazywania, a raczej wciskania inwalidzkiego wózka z zawartością.
Po kilku miesiącach spotkali się jeszcze raz, na jej pogrzebie.
Stali w kondukcie bezpiecznie daleko od siebie, bo o czym niby mieli rozmawiać.
Powrócili po tym do swojej rzeczywistości z poczuciem ulgi, że już po wszystkim.
Panie Boże nie udała się tobie starość, pomyśleli i nagle uświadomili sobie, że Stwórca dał im jeszcze jeden kłopotliwy dar: czas, przesypującą się klepsydrę życia, która i im została ustawiona.
Jak mgnienie powieki przemijają chwile i to, co było proste młodością, nagle okazuje się pochylonym, zeschniętym kwiatem dotkniętym przemijającym czasem.
A może właśnie po to Panie Boże dałeś nam starość, choroby, cierpienie.
Może to wcale nie nas chciałeś pokarać, doświadczyć, a zrobiłeś to dla naszej miłości.
Może to wszystko jest po to, abyśmy mogli oddawać miłość?
Może starość, cierpienie, kalectwo innych, niekiedy nam bliskich osób, to swoisty egzamin, przed którym stajemy, przed którym staje nasze serce?
Egzamin z oddawania miłości!
Bohaterowie "Zakochanej koloratki" taki egzamin przechodzili w czasie odchodzenia tej, która przez całe życie karmiła ich miłością:
-"Tak bardzo pragnęłam mieć dzieci; gdy jednak przychodziliście na świat, wasze porody były takie trudne.
Ty narodziłaś się z jednym punktem Abgara, Borys z dwoma, i pomyślałam wtedy, i przez kolejne lata zastanawiałam się nad tym, czy to ma jakieś znaczenie.
Patrzyłam jak dorastacie, i stale miałam w myślach chwile waszych narodzin. Ciągle nawiedzało mnie to samo pytanie: Dlaczego tak musiało być?
Teraz myślę,że dałam wam życie i darzyłam was miłością od pierwszej chwili i przez cały okres waszego dorastania może właśnie po to, abyście teraz mogli oddać mi to samo w mojej chorobie.
Jest coś niezwykłego, można powiedzieć mistycznego, w tej ostatniej chwili, gdy wasze ręce, złączone z cierpieniem odchodzenia, oddają nagromadzoną przez lata miłość...."
Wiem Boże dlaczego dałeś nam: starość, choroby, kalectwa; to jest także Twój dar miłości!
Kryspin
.
Ile razy ta myśl nas dopada w chwilach: gdy jesteśmy szczęśliwi, zdrowi, po odniesionym sukcesie, w czasie przyjemnego doznania.
Lubimy być szczęśliwi, prawda?
Pragniemy tego dla siebie i dla wszystkich, których lubimy [przy celebracji imienin, urodzin, z okazji ślubów itd ; ]:
- "Życzę tobie szczęścia, bądź szczęśliwy"
Niekiedy dokładamy jeszcze jedno słowo: "bądź zdrowy"!
Zdrowie stało się synonimem szczęścia:
-"Jeśli będzie zdrowie, to już nic więcej mnie nie potrzeba"- tak zwykle odpowiadamy, albo chociaż pomyślimy odbierając szczere życzenia przyjaznych nam osób.
Czy można być szczęśliwy będąc chorym, czy można być szczęśliwym, gdy choruje ktoś, kto jest nam drogi, najbliższy?
Głupie pytanie, prawda?
Pewnie, że nie!!!
Swoistym stanem chorobowym jest starość i chyba nie ma w tym żadnej przesady.
Boimy się tego stanu i nie mówię tu o paniach, które szczególnie cierpią, gdy po pewnym czasie lustro, dawny przyjaciel początku każdego poranka, nagle staje się wrogiem dręczącym je widokiem jakiejś podstarzałej matrony z siwymi odrostami i zmarszczkami na szyi.
Takie "chorujące" kobiety mogą i zaprzyjaźniają się z lekarzami od ładnego wyglądu i z ich pomocą mogą choć na chwilę oszukać kalendarz.
Starość jest jednak dotknięta stanem choroby i może dlatego tak często słyszymy powiedzenie,że to jest jedyna rzecz, która Panu bogu się nie udała.
No właśnie: Nasz kochany Stwórco, po co stworzyłeś przemijanie, dlaczego skazałeś nas na starość!
Świat byłby taki piękny i ludzie byliby szczęśliwi, zadowoleni, gdybyś im oszczędził widoku:starości, kalectwa, chorych, niedorozwiniętych!
Dlaczego nam to zrobiłeś?
Kobieta po śmierci małżonka, gdy dzieciaki dorosły, wykształciły się, poszły na swoje; postanowiła sprzedać małe gospodarstwo, na którym nikt już nie chciał pracować.
Po naradzie rodzinnej dorosłe latorośle przyklasnęły takiemu pomysłowi steranej, już nieco przygarbionej matki zapewniając:
-Nie musi mama się martwić, bo ma nas, my się zaopiekujemy tobą po sprzedaży tej pateraki.
A ona zgodziła się na ich zapewnienia, choć trochę zrobiło jej się smutno, że tak beztrosko, bez choćby nuty żalu postanowili o pozbyciu się tego wszystkiego, co dla niej było przepełnione wspomnieniami ich dzieciństwa i jej minionego życia .
Ale może tak musi być, pomyślała ze łzami, które skrywała w samotności.
Może oni już nic nie czują, może postanowili zapomnieć obrazy z dzieciństwa i może pamiętają tylko niewygody starego domu bez łazienki i bieżącej wody.
Ich życie w nowych domach, którymi się szczycili w czasie jej krótkich odwiedzin, teraz było o niebo wygodniejsze i dlatego rozumiała ich słowa zachęty do pozbycia się starego "kłopotu".
Sprzedała wszystko.
Pieniądze podzieliła pomiędzy troje.
Najwięcej dla najmłodszej córki, bo to u niej miała dożyć swoich dni.
Zamieszkała w małym pokoiku na piętrze domu, który młodzi wybudowali dzięki pieniądzom ze sprzedaży ojcowizny.
Starość Panie Boże nie udała się Tobie, myślała w małym pokoiku na piętrze i tylko w samotności przesuwała koraliki różańca i wsłuchiwała się w słowa monotonnie powtarzanej modlitwy.
Choroba okaleczyła jej spracowane ciało i po latach nieleczona cukrzyca pozbawiła ją nóg i pozostał jej tylko wózek z dwoma kółkami.
Jak dobrze, że mam dzieci -pomyślała wtedy i uspokoiła się na chwilę.
-Teraz mama pomieszka trochę u Zenka, oni mają także duże mieszkanie, pieniądze też dostali z naszej pateraki, to niech teraz zaopiekują się tobą- oznajmiła córunia pakując mały tłumoczek w którym zmieściło się to, co pozostało starej matce z jej przeszłości.
Jeszcze kilka razy odbywała "wycieczki" po domach swych dzieci, które przekazywały ją sobie jak kłopotliwy mebel, niepasujący do ich wygodnej rzeczywistości.
A ona coraz bardziej nie potrafiła zrozumieć, dlaczego?
Przecież kochała ich szczerą matczyną miłością i zawsze pragnęła, aby tę wartość zabrali ze sobą w nowe życie.
A oni przestali się odwiedzać, rozmawiać ze sobą i spotykali się teraz tylko przy okazji przekazywania, a raczej wciskania inwalidzkiego wózka z zawartością.
Po kilku miesiącach spotkali się jeszcze raz, na jej pogrzebie.
Stali w kondukcie bezpiecznie daleko od siebie, bo o czym niby mieli rozmawiać.
Powrócili po tym do swojej rzeczywistości z poczuciem ulgi, że już po wszystkim.
Panie Boże nie udała się tobie starość, pomyśleli i nagle uświadomili sobie, że Stwórca dał im jeszcze jeden kłopotliwy dar: czas, przesypującą się klepsydrę życia, która i im została ustawiona.
Jak mgnienie powieki przemijają chwile i to, co było proste młodością, nagle okazuje się pochylonym, zeschniętym kwiatem dotkniętym przemijającym czasem.
A może właśnie po to Panie Boże dałeś nam starość, choroby, cierpienie.
Może to wcale nie nas chciałeś pokarać, doświadczyć, a zrobiłeś to dla naszej miłości.
Może to wszystko jest po to, abyśmy mogli oddawać miłość?
Może starość, cierpienie, kalectwo innych, niekiedy nam bliskich osób, to swoisty egzamin, przed którym stajemy, przed którym staje nasze serce?
Egzamin z oddawania miłości!
Bohaterowie "Zakochanej koloratki" taki egzamin przechodzili w czasie odchodzenia tej, która przez całe życie karmiła ich miłością:
-"Tak bardzo pragnęłam mieć dzieci; gdy jednak przychodziliście na świat, wasze porody były takie trudne.
Ty narodziłaś się z jednym punktem Abgara, Borys z dwoma, i pomyślałam wtedy, i przez kolejne lata zastanawiałam się nad tym, czy to ma jakieś znaczenie.
Patrzyłam jak dorastacie, i stale miałam w myślach chwile waszych narodzin. Ciągle nawiedzało mnie to samo pytanie: Dlaczego tak musiało być?
Teraz myślę,że dałam wam życie i darzyłam was miłością od pierwszej chwili i przez cały okres waszego dorastania może właśnie po to, abyście teraz mogli oddać mi to samo w mojej chorobie.
Jest coś niezwykłego, można powiedzieć mistycznego, w tej ostatniej chwili, gdy wasze ręce, złączone z cierpieniem odchodzenia, oddają nagromadzoną przez lata miłość...."
Wiem Boże dlaczego dałeś nam: starość, choroby, kalectwa; to jest także Twój dar miłości!
Kryspin
.
wtorek, 24 czerwca 2014
"Zakochana koloratka"- książka z dedykacją dla Ciebie!
W związku z licznymi zapytaniami o możliwość nabycie "Zakochanej koloratki", pragnę poinformować:
Książka trafi do sprzedaży w dniu 07.07.2014
Możesz jako jeden z pierwszych poznać historię miłości, która nie miała prawa się zdarzyć!!!
Zamów już dziś książkę, a otrzymasz egzemplarz z dedykacją autora napisaną tylko dla Ciebie!!!
Jak dokonać zamówienia:
Dokonaj wpłaty- 36.90 zł na konto:
-Julia Krystek, 60-802 Poznań, Wojskowa 21/7
-Nr konta: 06 1910 1048 2944 3926 0942 0001
-Tytułem: Książka
-Wpłacający[Podaj dane osoby: imię i nazwisko, adres wysyłki i nr tel.]
Cena zawiera już koszty wysyłki i książkę otrzymasz bezpośrednio do domu![dotyczy przesyłki krajowej]*
Przedsprzedaż z osobistą dedykacją dla ciebie, w terminie do 05.07.2014r.!!!
"Zakochana koloratka"- to prawdziwa historia, która dla niektórych będzie sensacją, zgorszeniem !!!
"Zakochana koloratka" to książka dla osób, które pragną kochać i być kochanym przez całe!!! Niekiedy trzeba poświęcić bardzo wiele, aby otrzymać wszystko!!!
Na koniec gorąca prośba : "Zakochana koloratka" nie będzie dostępna w sieci księgarni, polecajcie ją swoim bliskim, znajomym [ poinstruujcie ich o sposobie nabycia ]aby i oni skorzystać z doświadczenia bohaterów tej książki:Jak kochać i być kochanym przez całe życie!
Przyjemnej lektury i mam nadzieję na kolejne spotkanie z wami przy okazji publikacji moich kolejnych książek[ w przygotowaniu jest książka:"Pasterze i najemnicy", w której ukazuję niewygodne kulisy pewnej znanej mi instytucji]
Kryspin Krystek
* przy przesyłce poza granice Polski należy doliczyć 10 żł zwiększonego kosztu wysyłki!
Masz pytanie: napisz: kryspinkrystek@onet.eu lub zadzwoń : 536 425 831
Książka trafi do sprzedaży w dniu 07.07.2014
Możesz jako jeden z pierwszych poznać historię miłości, która nie miała prawa się zdarzyć!!!
Zamów już dziś książkę, a otrzymasz egzemplarz z dedykacją autora napisaną tylko dla Ciebie!!!
Jak dokonać zamówienia:
Dokonaj wpłaty- 36.90 zł na konto:
-Julia Krystek, 60-802 Poznań, Wojskowa 21/7
-Nr konta: 06 1910 1048 2944 3926 0942 0001
-Tytułem: Książka
-Wpłacający[Podaj dane osoby: imię i nazwisko, adres wysyłki i nr tel.]
Cena zawiera już koszty wysyłki i książkę otrzymasz bezpośrednio do domu![dotyczy przesyłki krajowej]*
Przedsprzedaż z osobistą dedykacją dla ciebie, w terminie do 05.07.2014r.!!!
"Zakochana koloratka"- to prawdziwa historia, która dla niektórych będzie sensacją, zgorszeniem !!!
"Zakochana koloratka" to książka dla osób, które pragną kochać i być kochanym przez całe!!! Niekiedy trzeba poświęcić bardzo wiele, aby otrzymać wszystko!!!
Na koniec gorąca prośba : "Zakochana koloratka" nie będzie dostępna w sieci księgarni, polecajcie ją swoim bliskim, znajomym [ poinstruujcie ich o sposobie nabycia ]aby i oni skorzystać z doświadczenia bohaterów tej książki:Jak kochać i być kochanym przez całe życie!
Przyjemnej lektury i mam nadzieję na kolejne spotkanie z wami przy okazji publikacji moich kolejnych książek[ w przygotowaniu jest książka:"Pasterze i najemnicy", w której ukazuję niewygodne kulisy pewnej znanej mi instytucji]
Kryspin Krystek
* przy przesyłce poza granice Polski należy doliczyć 10 żł zwiększonego kosztu wysyłki!
Masz pytanie: napisz: kryspinkrystek@onet.eu lub zadzwoń : 536 425 831
Święty Janie XXIII: Kościól potrzebuje Twojej odwagi do zmian!
Przypomniałem sobie dowcip o facecie, który zanosi modły do nieba:
"Panie Boże, tyle robię dla Ciebie:
Modlę się systematycznie, chodzę do kościoła w każdą niedzielę, nie krzywdzę zwierzątek, jestem dobry, a Ty? Kowalskiemu dałeś wygraną w totka, co więc szkodzi, abyś i mnie pozwolił wygrać?
Niebo się otwiera i Bóg oznajmia:
Daj mi szansę, abym mógł wysłuchać twojej prośby- wyślij choć jeden kupon!"
Nie śmieszy mnie ten dowcip, choć nie jest wcale taki głupi.
Daj mi szansę, zrób coś w sprawie, o którą.... prosisz
Kilka dni minęło od medialnie nagłośnionej konferencji zorganizowanej w Krakowie przez Ruch Obrońców Dzieci przed pedofilami w sutannach.
Relacjonujący to spotkanie odtrąbili sukces, bo po raz pierwszy tak gremialnie pokazali się tam purpuraci, aby "uświetnić" sympozjum.
Całość rozpoczęła modlitwa połączona z publiczną ekspiacją[ formą przeprosin] za niegodziwości popełnione na maluczkich, i dobrze, bo od tego trzeba było rozpocząć!
Spotkanie ponad 400 uczestników trwało całe dwa dni i tak, jak szumnie nagłośniono jego początek, tak na zakończenie trudno było usłyszeć konkrety, co zmieni się w przyszłości.
Owszem, kapłan oddelegowany przez Episkopat do nadzorowania działań na przyszłość w przeciwdziałaniu patologii; mówił iście jak polityk.
Tak, planujemy tworzenie systemu pomocy ofiarom pedofilii, nawet będziemy prowadzili programy edukacyjne, aby dzieci mogły unikać zagrożenia ze strony dorosłych....[ i tym podobne komunały.]
Tak, slogany, komunały, mowa na okrągło!
Ani jednego słowa o potrzebie dotarcia do korzeni zła, do sposobu usunięcia, wyrwania go do cna.
Owszem, naprawa krzywdy już wyrządzonej [i to nie tylko ograniczona do modlitwy] jest jak najbardziej słuszna, ale co w przyszłości?
No właśnie!
Wcale się nie zdziwię, gdy w następnych latach odbywać się będą kolejne sympozja, na które będą zapraszane nowe ofiary.
A potem: kolejne uroczyste nabożeństwa z dymem kadzideł i choć nie zatuszują "smrodu" podłych czynów , to można będzie puścić w świat informację, że coś tam się robi:
Usłyszymy wtedy:
No, jest problem: widzimy go, robimy przecież tak wiele, wszystko co możemy!
Wiara bez uczynków martwa jest, panowie decydenci Kościoła.
Panie Boże:
Proszę Cię w imieniu tych maluczkich, którzy będą kolejnymi ofiarami takiej "aktywności" Kościoła.
Zrób to dla dzieci krzywdzonych teraz i w przyszłości.
Daj nam mądrych pasterzy, którzy nie będą bali się zmian.
Święty Janie XXIII, może potrzeba, abyś stał się patronem odważnych decyzji naszego Kościoła!
Gdy wstępując na Tron Piotrowy dokonałeś cudu otwarcia i odnowy "Łodzi", którą powierzył Ci Chrystus, powróciła nadzieja.
Bądź patronem odważnych zmian w Kościele!
To prośba nie moja, ale błaganie przyszłych ofiar: skrzywdzonych dzieci!
Kryspin
"Panie Boże, tyle robię dla Ciebie:
Modlę się systematycznie, chodzę do kościoła w każdą niedzielę, nie krzywdzę zwierzątek, jestem dobry, a Ty? Kowalskiemu dałeś wygraną w totka, co więc szkodzi, abyś i mnie pozwolił wygrać?
Niebo się otwiera i Bóg oznajmia:
Daj mi szansę, abym mógł wysłuchać twojej prośby- wyślij choć jeden kupon!"
Nie śmieszy mnie ten dowcip, choć nie jest wcale taki głupi.
Daj mi szansę, zrób coś w sprawie, o którą.... prosisz
Kilka dni minęło od medialnie nagłośnionej konferencji zorganizowanej w Krakowie przez Ruch Obrońców Dzieci przed pedofilami w sutannach.
Relacjonujący to spotkanie odtrąbili sukces, bo po raz pierwszy tak gremialnie pokazali się tam purpuraci, aby "uświetnić" sympozjum.
Całość rozpoczęła modlitwa połączona z publiczną ekspiacją[ formą przeprosin] za niegodziwości popełnione na maluczkich, i dobrze, bo od tego trzeba było rozpocząć!
Spotkanie ponad 400 uczestników trwało całe dwa dni i tak, jak szumnie nagłośniono jego początek, tak na zakończenie trudno było usłyszeć konkrety, co zmieni się w przyszłości.
Owszem, kapłan oddelegowany przez Episkopat do nadzorowania działań na przyszłość w przeciwdziałaniu patologii; mówił iście jak polityk.
Tak, planujemy tworzenie systemu pomocy ofiarom pedofilii, nawet będziemy prowadzili programy edukacyjne, aby dzieci mogły unikać zagrożenia ze strony dorosłych....[ i tym podobne komunały.]
Tak, slogany, komunały, mowa na okrągło!
Ani jednego słowa o potrzebie dotarcia do korzeni zła, do sposobu usunięcia, wyrwania go do cna.
Owszem, naprawa krzywdy już wyrządzonej [i to nie tylko ograniczona do modlitwy] jest jak najbardziej słuszna, ale co w przyszłości?
No właśnie!
Wcale się nie zdziwię, gdy w następnych latach odbywać się będą kolejne sympozja, na które będą zapraszane nowe ofiary.
A potem: kolejne uroczyste nabożeństwa z dymem kadzideł i choć nie zatuszują "smrodu" podłych czynów , to można będzie puścić w świat informację, że coś tam się robi:
Usłyszymy wtedy:
No, jest problem: widzimy go, robimy przecież tak wiele, wszystko co możemy!
Wiara bez uczynków martwa jest, panowie decydenci Kościoła.
Panie Boże:
Proszę Cię w imieniu tych maluczkich, którzy będą kolejnymi ofiarami takiej "aktywności" Kościoła.
Zrób to dla dzieci krzywdzonych teraz i w przyszłości.
Daj nam mądrych pasterzy, którzy nie będą bali się zmian.
Święty Janie XXIII, może potrzeba, abyś stał się patronem odważnych decyzji naszego Kościoła!
Gdy wstępując na Tron Piotrowy dokonałeś cudu otwarcia i odnowy "Łodzi", którą powierzył Ci Chrystus, powróciła nadzieja.
Bądź patronem odważnych zmian w Kościele!
To prośba nie moja, ale błaganie przyszłych ofiar: skrzywdzonych dzieci!
Kryspin
niedziela, 22 czerwca 2014
"Bądż ostrożniejszy"
Bohater "Zakochanej koloratki" następnego dnia po telefonie z Kurii, udaje się na rozmowę z biskupem.
"W Gnieżnie jestem następnego ranka i nie muszę długo czekać na audiencję, gdyż sekretarz po chwili otwiera masywne drzwi i wskazuje mi kierunek, w którym mam się udać.
Biskup siedzi za dębowym, masywnym biurkiem, trochę nawet za dużym dla suchej postaci tego starca.
Bez słowa pokazuje mi krzesło przed sobą; siadam i zamieniam się w słuch.
-Tedy jesteś w Inowrocławiu u świętego Józefa ?
Magiczne słowo"tedy" rozpoczyna każde jego zdanie i obrosło już legendą.
U niektórych wywołuje irytację; u mnie raczej rozbawienie, ale teraz nie mogę tego okazać, bo powaga gospodarza nie pozwala mi na to.
-Tak Ekscelencjo-n odpowiadam więc spokojnie.
-A masz rodzeństwo?- pada ;pytanie zadane beznamiętnym tonem Sfinksa, do którego w tej chwili jest niesamowicie podobny. Łypie jednocześnie na mnie znad okularów w złotych, delikatnych oprawkach.
-Mam dwóch braci i siostrę- odpowiadam rzeczowo, zastanawiając się jednocześnie, ku czemu zmierzają te pytania?
-Tedy odwiedzasz ich ?- kolejne dziwne pytanie.
-Tak, w miarę możliwości spotykamy się.
-A byłeś w Gnieżnie u brata w sylwestra ?- pada pierwsze konkretne pytanie, które zaczyna kierunkować naszą dalszą rozmowę.
-Tak, byłem kilka godzin w odwiedzinach w tym dniu - odpowiadam bez zbędnej przerwy i do tego krótko, oczekując na dalszy bieg wydarzeń.
-No widzisz- zawiesza głos na chwilę, jakby szukał w starej głowie dalszych słów.
-Wodzisz, a mnie doniesiono, że byłeś tam całą noc z kobietą i obtańcowywałeś inne kobiety aż do rana.- kończy i wzrok kieruje prosto w moje oczy.
W tej chwili rozumiem, że w gronie osób z sylwestra znalazły się "usłużne dusze", które skwapliwie doniosły!
Wiem, że nie mogę zaprzeczać, ani milczeć.
Przechodzę więc do wyjaśnień i ataku jednocześnie [w myśl zasady: że najlepszą obroną jest atak, a zarzuty trzeba wykorzystać do obrony, podważając je lub pomniejszając]
-Ekscelencjo: to prawda, byłem w Gnieżnie u brata na sylwestra, ale jednocześnie nie jest prawdą, że byłem tam z kobietą, a ze znajomą naszej rodziny, którą spotkałem przy wejściu, gdy przybyła zaproszona na ten sam wieczór.- odpowiadam pewnie i stanowczo, co nie uchodzi jego uwadze.
-Co do pobytu do rana: nieprawda!- ucinam krótko, obalając kolejny zarzut i na potwierdzenie dodaję:
-Od rana pracowałem w Inowrocławiu.
"Sfinks" nie poruszył nawet powieką, ale widzę, że słucha uważnie, a ja czuję się coraz pewniej.
-Na koniec Ekscelencjo: ja nie umiem i nie lubię tańczyć.
Chwila ciszy i wnikliwe badanie wzrokiem siły przeciwnika.
Nie obchodzi mnie jego reakcja, choć nadal nie spuszczam wzroku, czekając na dalszy ciąg spotkania.
Moje myśli kieruję jednocześnie do tych ludzi, którzy "załatwili" mi tę dzisiejszą wizytę.
W czasie rozmów w gronie gości sylwestrowej nocy jedna z par chwaliła się bliskimi kontaktami ze znanym im proboszczem. Mówili, że są z nim nawet zaprzyjażnieni.
Teraz już wiem kto!
Szef nadal milczy i przez moment odnoszę wrażenie, że zasnął.
W tej chwili rozważam możliwość bardziej zdecydowanego odporu zarzutów, obnażając osobę, która mi się "przysłużyła".
Znam proboszcza, który doniósł i znam też wiele "kwiatków" z życia tego człowieka.
Przecież powszechnie jest znany jako bawidamek, który systematycznie urządza sobie wypady do Poznania, aby tam anonimowo, a nawet bez zachowywania pozorów; systematycznie doskonalić się w roli bawidamka.
Powszechnie jest też jednak znany jako ulubieniec Kurii i osób decyzyjnych w tej instytucji.
Teraz przynajmniej wiem,w jaki sposób zaskarbia sobie tę przychylność!
Siedzę spokojnie i obmyślam dalszy scenariusz naszego dzisiejszego spotkania, nawet w myślach układam zdania, którymi zamierzam dokonać kontrataku, i pewnie nasza dalsza rozmowa nabrałaby nieco kolorytu, gdyby nie sam biskup.
-Tedy widzisz, ja powiem tak: uważaj na ludzi, bo oni nie t6ylko widzą, ale i donoszą.-przerwał na chwilę, zawieszając dalsze słowa, po czym dodaje:
-Tedy bądż na przyszłość bardziej ostrożny!
Siedzą i czekam na ciąg dalszy, może na stanowcze pouczenie, lub nawet naganę....
Ale dalej nie pada już żadne słowo, nic!
To mnie rozwala do końca.
Miecz zemst, który trzymam w dłoni, wypada,staje się nagle bezużyteczny.
Audiencja została zakończona i wychodzę oszołomiony.
Zatrzymuję się na schodach, przed moimi oczami majaczy monumentalna fasada Katedry, przy której gromadzą się kolejne grupy turystów.
A ja jeszcze długo stoję w bezruchu i jedynie w myślach powtarzają mi się jego słowa:
"Bądż na przyszłość bardziej ostrożny...."
Ten dzisiejszy fragment pozostawiam bez komentarza, który znajdziecie w "Zakochanej koloratce"
Jutro pozwolę sobie jednak nawiązać do dzisiejszego fragmentu, gdy podzielę się z wami moimi odczuciami po krakowskiej konferencji dotyczącej pedofilii w Kościele [Wiem, że o tym problemie pisałem niedawno w poście o "trującym grzybie Kościoła" ] Sądziłem, ba nawet miałem nadzieję, że nie będę długo wracał do tego mrocznego moralnie tematu, a jednak muszę!
Kryspin
"W Gnieżnie jestem następnego ranka i nie muszę długo czekać na audiencję, gdyż sekretarz po chwili otwiera masywne drzwi i wskazuje mi kierunek, w którym mam się udać.
Biskup siedzi za dębowym, masywnym biurkiem, trochę nawet za dużym dla suchej postaci tego starca.
Bez słowa pokazuje mi krzesło przed sobą; siadam i zamieniam się w słuch.
-Tedy jesteś w Inowrocławiu u świętego Józefa ?
Magiczne słowo"tedy" rozpoczyna każde jego zdanie i obrosło już legendą.
U niektórych wywołuje irytację; u mnie raczej rozbawienie, ale teraz nie mogę tego okazać, bo powaga gospodarza nie pozwala mi na to.
-Tak Ekscelencjo-n odpowiadam więc spokojnie.
-A masz rodzeństwo?- pada ;pytanie zadane beznamiętnym tonem Sfinksa, do którego w tej chwili jest niesamowicie podobny. Łypie jednocześnie na mnie znad okularów w złotych, delikatnych oprawkach.
-Mam dwóch braci i siostrę- odpowiadam rzeczowo, zastanawiając się jednocześnie, ku czemu zmierzają te pytania?
-Tedy odwiedzasz ich ?- kolejne dziwne pytanie.
-Tak, w miarę możliwości spotykamy się.
-A byłeś w Gnieżnie u brata w sylwestra ?- pada pierwsze konkretne pytanie, które zaczyna kierunkować naszą dalszą rozmowę.
-Tak, byłem kilka godzin w odwiedzinach w tym dniu - odpowiadam bez zbędnej przerwy i do tego krótko, oczekując na dalszy bieg wydarzeń.
-No widzisz- zawiesza głos na chwilę, jakby szukał w starej głowie dalszych słów.
-Wodzisz, a mnie doniesiono, że byłeś tam całą noc z kobietą i obtańcowywałeś inne kobiety aż do rana.- kończy i wzrok kieruje prosto w moje oczy.
W tej chwili rozumiem, że w gronie osób z sylwestra znalazły się "usłużne dusze", które skwapliwie doniosły!
Wiem, że nie mogę zaprzeczać, ani milczeć.
Przechodzę więc do wyjaśnień i ataku jednocześnie [w myśl zasady: że najlepszą obroną jest atak, a zarzuty trzeba wykorzystać do obrony, podważając je lub pomniejszając]
-Ekscelencjo: to prawda, byłem w Gnieżnie u brata na sylwestra, ale jednocześnie nie jest prawdą, że byłem tam z kobietą, a ze znajomą naszej rodziny, którą spotkałem przy wejściu, gdy przybyła zaproszona na ten sam wieczór.- odpowiadam pewnie i stanowczo, co nie uchodzi jego uwadze.
-Co do pobytu do rana: nieprawda!- ucinam krótko, obalając kolejny zarzut i na potwierdzenie dodaję:
-Od rana pracowałem w Inowrocławiu.
"Sfinks" nie poruszył nawet powieką, ale widzę, że słucha uważnie, a ja czuję się coraz pewniej.
-Na koniec Ekscelencjo: ja nie umiem i nie lubię tańczyć.
Chwila ciszy i wnikliwe badanie wzrokiem siły przeciwnika.
Nie obchodzi mnie jego reakcja, choć nadal nie spuszczam wzroku, czekając na dalszy ciąg spotkania.
Moje myśli kieruję jednocześnie do tych ludzi, którzy "załatwili" mi tę dzisiejszą wizytę.
W czasie rozmów w gronie gości sylwestrowej nocy jedna z par chwaliła się bliskimi kontaktami ze znanym im proboszczem. Mówili, że są z nim nawet zaprzyjażnieni.
Teraz już wiem kto!
Szef nadal milczy i przez moment odnoszę wrażenie, że zasnął.
W tej chwili rozważam możliwość bardziej zdecydowanego odporu zarzutów, obnażając osobę, która mi się "przysłużyła".
Znam proboszcza, który doniósł i znam też wiele "kwiatków" z życia tego człowieka.
Przecież powszechnie jest znany jako bawidamek, który systematycznie urządza sobie wypady do Poznania, aby tam anonimowo, a nawet bez zachowywania pozorów; systematycznie doskonalić się w roli bawidamka.
Powszechnie jest też jednak znany jako ulubieniec Kurii i osób decyzyjnych w tej instytucji.
Teraz przynajmniej wiem,w jaki sposób zaskarbia sobie tę przychylność!
Siedzę spokojnie i obmyślam dalszy scenariusz naszego dzisiejszego spotkania, nawet w myślach układam zdania, którymi zamierzam dokonać kontrataku, i pewnie nasza dalsza rozmowa nabrałaby nieco kolorytu, gdyby nie sam biskup.
-Tedy widzisz, ja powiem tak: uważaj na ludzi, bo oni nie t6ylko widzą, ale i donoszą.-przerwał na chwilę, zawieszając dalsze słowa, po czym dodaje:
-Tedy bądż na przyszłość bardziej ostrożny!
Siedzą i czekam na ciąg dalszy, może na stanowcze pouczenie, lub nawet naganę....
Ale dalej nie pada już żadne słowo, nic!
To mnie rozwala do końca.
Miecz zemst, który trzymam w dłoni, wypada,staje się nagle bezużyteczny.
Audiencja została zakończona i wychodzę oszołomiony.
Zatrzymuję się na schodach, przed moimi oczami majaczy monumentalna fasada Katedry, przy której gromadzą się kolejne grupy turystów.
A ja jeszcze długo stoję w bezruchu i jedynie w myślach powtarzają mi się jego słowa:
"Bądż na przyszłość bardziej ostrożny...."
Ten dzisiejszy fragment pozostawiam bez komentarza, który znajdziecie w "Zakochanej koloratce"
Jutro pozwolę sobie jednak nawiązać do dzisiejszego fragmentu, gdy podzielę się z wami moimi odczuciami po krakowskiej konferencji dotyczącej pedofilii w Kościele [Wiem, że o tym problemie pisałem niedawno w poście o "trującym grzybie Kościoła" ] Sądziłem, ba nawet miałem nadzieję, że nie będę długo wracał do tego mrocznego moralnie tematu, a jednak muszę!
Kryspin
sobota, 21 czerwca 2014
Uprzejmie donoszę!
Uprzejmie donoszę, że dnia 07.07.2014 pojawi się "Zakochana koloratka" i jako prawy członek społeczności Kościoła, wyrażam oburzenie tym faktem.
Choć co prawda jeszcze nie czytałem tej książki, to jednak sam tytuł obraża moje uczucia religijne.
Dla dobra maluczkich i z troski o możliwość zgorszenia wśród porządnych parafian, domagam się, aby odpowiednie służby uniemożliwiły tej publikacji.
P.S. Najlepiej w liście odczytywanym w czasie nabożeństw pouczyć wiernych, aby broń Boże nie ulegli pokusie czytania, a gdyby w swoim otoczeniu spotkali osoby, które takowe zalecenie łamią, aby donieśli komu trzeba!
Zatroskany parafianin.
Ten donos na razie się jeszcze nie pojawił, ale nigdy nic nie wiadomo?
No właśnie:
Donosy usłużnych, prawych, zgorszonych - ku czemu służą?
Bo przecież ubrane: w szaty troski, zgorszenia, umiłowania prawdy czy sprawiedliwości ; tak na prawdę u swego żródła mają : zawiść, zazdrość, niekiedy chęć usprawiedliwienia swoich małych i większych świństewek.
Doświadczyliście kiedyś takiej "życzliwości"?
Bohaterowie "Zakochanej koloratki" wielokrotnie doświadczali "troski życzliwych ".
......" W listach, które czytam od Ciebie i w naszych licznych rozmowach o wielu sprawach, zauważasz ze smutkiem i przygnębieniem, że najbardziej człowieka boli to, czego potrafią dokonać ludzkie języki.
Donosy " usłużnych" ludzi, którzy z dziwną lubością, często ubraną w maskę życzliwości i udawanej troski, zadaję rany nam i naszym najbliższym.
To bardzo boli i musi budzić gniew; ale nie zrozumie tego nikt, kto sam nie doświadczył "życzliwości" donosicieli
Ja doświadczam jej już czwartego stycznia,zaledwie kilka dni po sylwestrze.
W czasie obiadu dowiaduję się, ze był telefon z Kurii, że biskup chce mnie widzieć niezwłocznie.
-No to mam randkę z Szefem- komentuję spokojnie.
Jednocześnie zauważam podniecenie pozostałych zebranych i zaciekawienie malujące się na ich twarzach.
-Ciekawe o co mu chodzi?- Bury pierwszy zadaje pytanie, na które przecież nie oczekuje odpowiedzi.
Niezaspokojona ciekawość tego plotkarza maluje się wyrażnie na jego obliczu.
Za każdym razem zdradza go jego twarz, która czerwienieje w takich sytuacjach jak przysłowiowy burak.
Fred nie zabiera głosu, ale i on wydaje się żywo zainteresowany zagadkową sytuacją.
-Pewnie chce mnie awansować- kończę żartobliwie i wychodzę do siebie, aby nie prowokować dalszych rozważań...."
Jutro kolejny fragment!!!
Spotkanie w Kurii i dziwna rozmowa z Biskupem.
Kryspin
Choć co prawda jeszcze nie czytałem tej książki, to jednak sam tytuł obraża moje uczucia religijne.
Dla dobra maluczkich i z troski o możliwość zgorszenia wśród porządnych parafian, domagam się, aby odpowiednie służby uniemożliwiły tej publikacji.
P.S. Najlepiej w liście odczytywanym w czasie nabożeństw pouczyć wiernych, aby broń Boże nie ulegli pokusie czytania, a gdyby w swoim otoczeniu spotkali osoby, które takowe zalecenie łamią, aby donieśli komu trzeba!
Zatroskany parafianin.
Ten donos na razie się jeszcze nie pojawił, ale nigdy nic nie wiadomo?
No właśnie:
Donosy usłużnych, prawych, zgorszonych - ku czemu służą?
Bo przecież ubrane: w szaty troski, zgorszenia, umiłowania prawdy czy sprawiedliwości ; tak na prawdę u swego żródła mają : zawiść, zazdrość, niekiedy chęć usprawiedliwienia swoich małych i większych świństewek.
Doświadczyliście kiedyś takiej "życzliwości"?
Bohaterowie "Zakochanej koloratki" wielokrotnie doświadczali "troski życzliwych ".
......" W listach, które czytam od Ciebie i w naszych licznych rozmowach o wielu sprawach, zauważasz ze smutkiem i przygnębieniem, że najbardziej człowieka boli to, czego potrafią dokonać ludzkie języki.
Donosy " usłużnych" ludzi, którzy z dziwną lubością, często ubraną w maskę życzliwości i udawanej troski, zadaję rany nam i naszym najbliższym.
To bardzo boli i musi budzić gniew; ale nie zrozumie tego nikt, kto sam nie doświadczył "życzliwości" donosicieli
Ja doświadczam jej już czwartego stycznia,zaledwie kilka dni po sylwestrze.
W czasie obiadu dowiaduję się, ze był telefon z Kurii, że biskup chce mnie widzieć niezwłocznie.
-No to mam randkę z Szefem- komentuję spokojnie.
Jednocześnie zauważam podniecenie pozostałych zebranych i zaciekawienie malujące się na ich twarzach.
-Ciekawe o co mu chodzi?- Bury pierwszy zadaje pytanie, na które przecież nie oczekuje odpowiedzi.
Niezaspokojona ciekawość tego plotkarza maluje się wyrażnie na jego obliczu.
Za każdym razem zdradza go jego twarz, która czerwienieje w takich sytuacjach jak przysłowiowy burak.
Fred nie zabiera głosu, ale i on wydaje się żywo zainteresowany zagadkową sytuacją.
-Pewnie chce mnie awansować- kończę żartobliwie i wychodzę do siebie, aby nie prowokować dalszych rozważań...."
Jutro kolejny fragment!!!
Spotkanie w Kurii i dziwna rozmowa z Biskupem.
Kryspin
piątek, 20 czerwca 2014
Boże Ciało!
Wczoraj świętowaliśmy Boże Ciało.
Przez ulice naszych miast i nawet najmniejszych wiejskich przysiółków przetoczyły się uroczyste procesje.
Odświętnie ubrani uczestnicy kolorowego obrzędu: na czele dziewczynki w białych sukienkach, z koszyczkami pełnymi płatków wiosennych kwiatów, delegacje organizacji parafialnych, służba liturgiczna , kapłan pod baldachimem z monstrancją w dłoniach i tłumek wiernych; stworzyli rodzaj spektaklu.
Po uroczystych procesjach najwytrwalsi powrócili do kościołów, ostatnia chwila modlitwy,biały opłatek z ciałem Chrystusa do specjalnego zdobionego pojemniczka trafił do tabernakulum, ostatnie przyklęknięcie i koniec.
Każdy poszedł do swojej codzienności.
Kapłani na plebanie,wierni do swoich domów i jedno, co ich połączyło, to wrażenie, że rozpoczyna się czas wolnego.
"Po Bożym Ciele nic po księdzu w kościele"- takie powiedzenie często powtarzają duchowni oddające ducha odprężenia po okresie "przeładowania" świętami pierwszego półrocza liturgicznego roku [on zaczyna się na początku grudnia od Adwentu]
Teraz Panie Boże czas dla nas,dla naszej codzienności, zdają się mówić wszyscy.
Mnie jest żal Chrystusa w czasie procesji Bożego Ciała i może dlatego nie lubię twego święta.
Dlaczego?
Za każdym razem ta uroczystość przypomina mi niedzielę palmową, gdy tłumek wyznawców Mesjasza wprowadzał swego Zbawiciela do Jerozolimy
Wtedy też wielu w porywie zachwytu słało przed wjeżdżającym na osiołku Nauczycielem z Nazaretu zielone palmy i kwiaty.
Po kilku dniach ci sami wyznawcy zebrali się wśród tych, którzy wyli:" Ukrzyżuj go!"
Dlaczego tak zrobili?
Powrócili do swojej codzienności i zapomnieli?
A może kilka dni przed jego odwiedzinami ulegli tylko magii niezwykłości i na chwilę przyłączyli się do celebry, ale na chwilę tylko poczuli radość i nic więcej.
Mam jeszcze inne skojarzenie z Bożym Ciałem.
Na kilka godzin łaskawie pozwalamy Chrystusowi wyjść z jego miejsca odosobnienia, zabieramy go na spacer po naszej rzeczywistości tak na chwilę, aby pooddychał naszym powietrzem i po spełnionym przez nas "obowiązku", zadowoleni wracamy do siebie bez niego.
Po co jest więc Boże Ciało?
Dla tradycji, potrzeby atrakcji, z poczucia przyzwoitości ....?
Monstrancje od wieków artyści tworzyli w kształtach przypominających słońce w pełnym blasku.
Do tego szlachetny metal oprawy dla małego, białego kawałka chleba,które dla wierzących mieści w sobie Ciało Boga, to akt wiary twórców tych pięknych dzieł sztuki.
Bóg przemierza ulice naszej rzeczywistości, aby oświetlać zakamarki naszego życia, aby być z nami i po to jest Boże Ciało,
abyśmy kroczyli w "świetle"!
Przed kościołami w tym dniu wyrastają stragany zapobiegliwych handlarzy z balonikami, specjalnymi wypiekami[ tzw rury] i innymi kolorowymi błyskotkami tandety.
Wszystko po to, aby opłacił się mały handelek.
Tak sobie myślę, że Bóg jest "naiwny" w swojej nadziei.
Nieustannie wyciąga do nas rękę, mówi wręcz:
"Weż mnie ze sobą do codzienności,do twojego normalnego życia, bo chcę dzielić z tobą mój blask, aby było ci łatwiej omijać wyboje drogi..."
Bóg jest cierpliwy w swojej nadziei i może dlatego co roku wychodzi na spotkanie z nami na ulicach naszego życia licząc na to, ze do naszych domów powrócimy kiedyś z czymś więcej ponad baloniki,czy świąteczne twarde wypieki.
Może kiedyś ze zdziwieniem stwierdzimy, że On jest z nami i poczujemy się lepiej.
Kryspin
Przez ulice naszych miast i nawet najmniejszych wiejskich przysiółków przetoczyły się uroczyste procesje.
Odświętnie ubrani uczestnicy kolorowego obrzędu: na czele dziewczynki w białych sukienkach, z koszyczkami pełnymi płatków wiosennych kwiatów, delegacje organizacji parafialnych, służba liturgiczna , kapłan pod baldachimem z monstrancją w dłoniach i tłumek wiernych; stworzyli rodzaj spektaklu.
Po uroczystych procesjach najwytrwalsi powrócili do kościołów, ostatnia chwila modlitwy,biały opłatek z ciałem Chrystusa do specjalnego zdobionego pojemniczka trafił do tabernakulum, ostatnie przyklęknięcie i koniec.
Każdy poszedł do swojej codzienności.
Kapłani na plebanie,wierni do swoich domów i jedno, co ich połączyło, to wrażenie, że rozpoczyna się czas wolnego.
"Po Bożym Ciele nic po księdzu w kościele"- takie powiedzenie często powtarzają duchowni oddające ducha odprężenia po okresie "przeładowania" świętami pierwszego półrocza liturgicznego roku [on zaczyna się na początku grudnia od Adwentu]
Teraz Panie Boże czas dla nas,dla naszej codzienności, zdają się mówić wszyscy.
Mnie jest żal Chrystusa w czasie procesji Bożego Ciała i może dlatego nie lubię twego święta.
Dlaczego?
Za każdym razem ta uroczystość przypomina mi niedzielę palmową, gdy tłumek wyznawców Mesjasza wprowadzał swego Zbawiciela do Jerozolimy
Wtedy też wielu w porywie zachwytu słało przed wjeżdżającym na osiołku Nauczycielem z Nazaretu zielone palmy i kwiaty.
Po kilku dniach ci sami wyznawcy zebrali się wśród tych, którzy wyli:" Ukrzyżuj go!"
Dlaczego tak zrobili?
Powrócili do swojej codzienności i zapomnieli?
A może kilka dni przed jego odwiedzinami ulegli tylko magii niezwykłości i na chwilę przyłączyli się do celebry, ale na chwilę tylko poczuli radość i nic więcej.
Mam jeszcze inne skojarzenie z Bożym Ciałem.
Na kilka godzin łaskawie pozwalamy Chrystusowi wyjść z jego miejsca odosobnienia, zabieramy go na spacer po naszej rzeczywistości tak na chwilę, aby pooddychał naszym powietrzem i po spełnionym przez nas "obowiązku", zadowoleni wracamy do siebie bez niego.
Po co jest więc Boże Ciało?
Dla tradycji, potrzeby atrakcji, z poczucia przyzwoitości ....?
Monstrancje od wieków artyści tworzyli w kształtach przypominających słońce w pełnym blasku.
Do tego szlachetny metal oprawy dla małego, białego kawałka chleba,które dla wierzących mieści w sobie Ciało Boga, to akt wiary twórców tych pięknych dzieł sztuki.
Bóg przemierza ulice naszej rzeczywistości, aby oświetlać zakamarki naszego życia, aby być z nami i po to jest Boże Ciało,
abyśmy kroczyli w "świetle"!
Przed kościołami w tym dniu wyrastają stragany zapobiegliwych handlarzy z balonikami, specjalnymi wypiekami[ tzw rury] i innymi kolorowymi błyskotkami tandety.
Wszystko po to, aby opłacił się mały handelek.
Tak sobie myślę, że Bóg jest "naiwny" w swojej nadziei.
Nieustannie wyciąga do nas rękę, mówi wręcz:
"Weż mnie ze sobą do codzienności,do twojego normalnego życia, bo chcę dzielić z tobą mój blask, aby było ci łatwiej omijać wyboje drogi..."
Bóg jest cierpliwy w swojej nadziei i może dlatego co roku wychodzi na spotkanie z nami na ulicach naszego życia licząc na to, ze do naszych domów powrócimy kiedyś z czymś więcej ponad baloniki,czy świąteczne twarde wypieki.
Może kiedyś ze zdziwieniem stwierdzimy, że On jest z nami i poczujemy się lepiej.
Kryspin
Subskrybuj:
Posty (Atom)


